III. Klasztor Matki Boskiéj - da Mai de Deos.
Klasztor Matki Boskiej, stojący naprzeciw pałacu Xabregas, królewskiéj rezydencyi - od dawna dawał schronienie znakomitym gościom.
Zewnątrz, obszerny ten gmach przedstawiał długi kwadrat - wewnątrz zaś owal albo okrągłą alleję, podwójnym rzędem kolumn utworzoną. Królowa-regentka, donna Luiza, przez pół monarchini, przez pół pustelnica - rozkazała wybudować długą skrytą galerję, łączącą klasztor z pałacem Xabregas. Tym sposobem, mogła poświecić Bogu wszystkie chwile, od spraw państwa wolne...
W klasztorze zajmowała ona pokój, którego, że był dość obszerny, celą nazwać nie można; w pokoju tym stały sprzęty tak proste, jakie tylko u najsurowszych pustelnic napotkać można. Łóżko, kilka stołków, modlitewnik przed krucyfixem i wizerunek ś. Antoniego, patrona Lizbony - oto wszystko, co mieścił ten obszerny pokój. A jego mury pokryte staremi herbami, wśród których panował krzyż Bragancki - ledwie się oświecały blademi słońca promieńmi, z trudnością się przedzierającemi przez wysokie o różnobarwnych szybach okno.
W tym-to pokoju znajdziemy donnę Luizę de Guzman, wdowę po Janie Portugalskim.
W téj epoce (w 1662 roku) już ją starość ku ziemi pochyliła; lecz lata, nadawszy srébrny jéj włosom odblask, nie ujęły ani wspaniałości postawie, ani nie zmieniły dumnego jéj twarzy wyrazu. I piękna ona jeszcze była - piękna tą pięknością, która tylko pod koroną w całym się blasku przedstawia. Każdy w niéj łatwo mógł odgadnąć kobiétę z sercem silném, duszą męzką - kobiétę, która w chwili niebezpieczeństwa obnażała miecz swego słabego małżonka - kobiétę, co podbita tron; a podbiwszy go, spokojnie na jego stopniach siadła, jako pokorna żona i wierna poddana.
Obok niéj były dwie kobiéty. Jedna z nich już nie młoda, lecz z obliczem, co na sobie ślady dawnéj pozostawiło piękności - miała nieco do królowéj podobieństwa: była-to taż sama powierzchowna surowość, toż samo dumne spojrzenie. Nazwisko jéj: Donna Ximena de Vasconcellos y Souza, hrabini de Castelmelhort.
Druga, była dziewicą lat szesnastu. Jéj powabna twarzyczka ginęła prawie pod pół-zasłoną z czarnéj koronki. Gdy ukradkiem spojrzała na królowe, zaraz rumieniec jéj policzki oblewał; a w oczach malowało się głębokie poszanowanie, z bojaźnią i miłością połączone. Donna In?s de Cadaval, jedyna córka i sierota po księciu tegoż samego nazwiska - najbogatszą była w całém królestwie dziedziczką. Już od dwóch lat, znajdowała się pod opieką swéj krewnéj, hrabinéj wdowy de Castelmelhor, z rodziną Cadaval spokrewnionéj.
Donna Ximena klęczała przed królową, która jéj rękę w swych dłoniach ściskała.
In?s siedziała na poduszce, u ich nóg.
- Ximeno, córko moja! - mówiła królowa - oh! od jakże dawna widzieć cię pragnęłam. Niestety! tyś teraz także tak jak i ja wdowa.
- Wasza Królewska Mość i król jéj syn, utracili wiernego poddanego - rzekła hrabini, spokojną starając się okazać; lecz łza powoli spłynęła po twarzy - a ja... utraciłam...
Skończyć nie mogła; głowa na piersi opadła. Królowa się nachyliła i złożyła na jéj czole pocałunek.
- Dzięki, dzięki Waszéj Królewskiéj Mości - powstając przemówiła hrabini - Bóg zostawił mi dwóch synów.
- Zawsze silna i bogobojna! - poszepnęła królowa - Bóg pobłogosławił ją, dając jéj godnych niéj synów... Mów mi o swych synach - głośno królowa dodała - czy tak zawsze jak w dzieciństwie są do siebie podobni?
- Zawsze, pani.
- Spodziéwam się, że nie tylko obliczem lecz i sercem... Ah! bo téż to było zadziwiające podobieństwo! Przecież ja Don Ludwika do chrztu trzymałam, a nigdy go jednak od brata odróżnić nie mogłam. Była to taż sama twarz, ten sam wzrost, ten sam głos nawet. To téż żadnéj między nimi różnicy znaleźć nie mogąc, obydwóch ich zarówno kochałam.
Hrabini pocałowała ją w rękę, z pełną uszanowania czułością.
Donna Luiza tak daléj mówiła:
- Kocham ich, bo są twemi dziećmi, Ximeno. Czyż nie ty wychowałaś Donnę Katarzynę, moją najukochańszą córkę?.. Wówczas, gdy ja zupełnie byłam zajętą sprawami państwra, tyś nad nią czuwała... uczyłaś ją mnie kochać... O hrabino! nie ty wdzięczność mi winnaś.
Przy tych słowach, Donna Luiza twarz ręką zakryła. Przedmiot ten rozmowy zdawał się być przykrym dla téj wielkiéj królowéj, któréj starość tak nieszczęśliwą być miała, Katarzyna Bragancka, jéj córka, dopiéro co wyjechała do Londynu, aby siąść obok Karola Sztuarta, na Anglii tronie. Wiadomo, że w związku tym Katarzyna smutek tylko i gorycz znalazła. Może téż listy jéj zawiadomiły już matkę o tęschnocie młodéj królowéj i obrażającéj obojętności rozwiązłego Karola II.
- I ja mam dwóch synów - z westchnieniem dalej mówiła królowa - daj Boże! żeby obaj do siebie podobni byli; bo co mój Fedro, to uczciwy człowiek.
Hrabini nic nie odpowiedziała.
- I drugi także! drugi także! - śpiesznie dorzuciła królowa - jestem niesprawiedliwą dla Alfonsa, któremu winnam cześć i posłuszeństwo, jako następcy mego małżonka. On uszczęśliwi Portugalją. Lecz ty nic nie odpowiadasz, hrabino?
Zazwyczaj, o téj godzinie, ulice były puste: zaledwie kilku zgłodniałych włóczęgów ośmielało się wchodzić w sprzeczkę z patrolującą królewską strażą. Lecz tego wieczora ciągnęły w ciemności liczne tłumy ludzi; a wszystkie szły w jednym kierunku.
Grobowe milczenie panowało pomiędzy nocnymi przechodniami. Szli oni szybkim krokiem, czasami zatrzymując się nagle i nadsłuchując; lecz potém zdążali daléj, nie oglądając się i starannie swe twarze zakrywając szerokiemi płaszczami.
Przechodzili oni miasto wzdłuż, w górę Tagu. W miarę lego jak się zbliżali do przedmieścia Alcantara, ich liczba rosła; wkrótce też zformowali zupełną processyę. A im bardziéj ich szeregi powiększały się, leni więcéj przedsiębierali środków ostrożności. Skoro zaś gdzie na ulicy dwie podobne spotkały się gromady - to mijały siebie nie rzekłszy i słowa.
Ni końcu przedmieścia stał murowany dom, długi a nizki; dawniéj był on bez wątpienia ujeżdżalnią. Teraz zaś należał do Miguel'a Osorio, oberżysty, który przyszedł powoli do majątku, zarabiając na sprzedaży win francuzkich szlachcie, do dworu należącéj. W saméj rzeczy, panowie koniecznie musieli przejeżdżać koło oberży, ile razy udawali się do pałacu d'Alcantara, będącego zwykłą rezydencją Alfonsa Vigo; a za każdym razem, skoro przejeżdżali, oberżysta niezły miewał zarobek. Za to też Miguel, z powierzchowności przynajmniéj zdawał się być uniżonym sługą segnora Conti i wszystkich tych panów, którzy mieli wolny do króla przystęp. Oprócz tego, Miguel upewniał wszystkich, że Portugalja jeszcze nigdy tak sławnie rządzoną nie była.
Wybacz, hrabino! zasmuciłam cię, jak równie i to biedne dziécię... Lecz myśl ta jest tak straszna!... Nie wierzę im, nie chcę im wierzyć!.. Trzeba, żeby kto taki, w kim zupełne pokładam zaufanie... jak ty, naprzykład, Ximeno... ty, coś nigdy nie kłamała... przyszedł do mnie i powiedział, że syn mój uchybił obowiązkom króla i szlachcica, zboczył z drogi honoru!.. wtedy... lecz ty mi tego nigdy nie powiesz, nie prawdaż?
- Uchowaj Boże!
- O nie! bo tobie-bym uwierzyła i... umarła!
Długie nastąpiło milczenie.
Hrabini, czując spół-ubolewanie, nie śmiała przeszkodzić zadumie swéj monarchini.
Lecz wkrótce królowa nagle się ocknęła, a z przymusem się uśmiéchając, tak się do donny In?s ozwała:
- Ah! moja kochana, smutnie cię przyjmujemy... Hrabino, masz zachwycającą wychowankę; dziękuję ci, żeś mi ją na dwór syna mego przywiozła. A choć ona pochodzi z jednéj z najznakomitszych rodzin, postaramy się odpowiedniego rodem poszukać jéj męża.
In?s, któréj piękna twarzyczka rumieńcem pokrytą była, zbladła na te ostatnie wyrazy.
- Co to ma znaczyć? - spytała królowa - czoło senority pochmurzyło się nagle! Czy czasem niéma zamiaru wstąpić do klasztoru?
- Jeśli Wasza Królewska Mość zezwolisz - odpowiedziała hrabini - In?s de Cadaval zostanie żoną mego młodszego syna.
- Doskonale!.. Czyż nie mówiłam ci, że znajdzie się dla ciebie odpowiedni co do rodu małżonek? Cadaval i Vasconcellos! Trudno połączyć dwie znaczniejsze rodziny... A twój starszy syn?
- Mój starszy syn jest hrabią de Caslelmelhor; a co więcéj, ma zaszczyt być synem chrzestnym Waszéj Królewskiéj Mości... Za młodszym nic nie przemawiało, a jednak go Donna In?s pokochała.
- Hrabia de Caslelmelhor! znakomity to tytuł, którego nigdy zdrajcy nie nosili... Mój Ludwik musi miéć szlachetne serce, nie prawdaż?
- Tak sądzę, pani.
- Szczęśliwa matka! - powiedziała z westchnieniem królowa.
Wyraz ten znowu ją pogrążył w zamyślenie. Nim przyszła do siebie, dzwon klasztorny oznajmił nabożeństwo wieczorne - a wtedy trzy damy weszły do kaplicy. Każdy zgadnie, o co Donna Luiza de Guzman błagała Boga tego wieczora! lecz Bóg jéj modłów nie wysłuchał. Alfons Portugalski dobrze był przez swego ulubieńca strzeżony, by miał czas się upamiętać.
II. Antoni Conti-Vintimille.
Donna Luiza de Guzman, wdowa po królu Portugalii, Janie IV Braganckim, rządziła regencyą na mocy praw państwa - i w skutek testamentu swego małżonka. Epoka ta Portugalskiéj historyi tak jest znana, że każdemu wiadomém jest pewnie, jak ta nieustraszona i szlachetna kobiéta zachęcała i podtrzymywała Jana w jego walce z Hiszpanami.
Starszy jéj syn, don Alfons, liczył lat ośmnaście.
Był on słabego umysłu i charakteru złośliwego.
Wychowano go surowo... a może nawet za surowo, jak na tak słaby umysł. Jego nauczyciele, Azeredo i Odemira - obaj, ludzie surowych i niezłomnych obyczajów, trzymali go, długo jeszcze po wyjściu z dzieciństwa, w ciągłéj i ścisłéj uległości. Uwalniał się on od nich przy pomocy niewiernych służalców - plemienia szkaradnego i bardzo obfitego na dworach. Za ich to staraniem, wychodził w nocy.
W dzień przyprowadzano mu dzieci nizkiego urodzenia, których nikczemne uczucia i grubijańskie rozmowy, podobały się królowi więcéj, niż sobie wyobrazić można.
Takim-to sposobem, wcisnęło się do pałacu dwoje dzieci z ostatniej klassy ludu: Antoni i Jan Conli-Vintimiglia. Ojciec ich, rzeźnik, rodził się w Vintimiglii i mieszkał w Campo-Lido. Byli oni dobrze zbudowani i silni, często potykali się w przytomności króla, i prawie zawsze zostawali zwycięzcami w walkach, odbywanych między tą młodocianą gawiedzią, której usłużni służalce otwierali pałacowe podwoje.
Alfons zauważył ich i bezrozumne uczuł do nich przywiązanie. Nieszczęśliwy chłopiec tém więcéj podziwiał siłę i zręczność, iż sam słabym był bardzo; jeszcze bowiem gdy miał trzy lata, upadł - co odtąd tak zgubny wpływ nie tylko na jego ciało lecz i umysł wywarło, że zupełnie stał się niedołężnym. Jednakowoż rósł i wkrótce dojrzałego doszedł wieku. Wtedy rozrywki jego zmieniły się i przyjęły charakter, nagany godzien; nietylko bowiem nie zapomniał braci Conti, lecz nawet coraz więcéj zbliżał Antoniego do siebie - tak dalece, iż go zrobił pierwszym doradcą swoim i ulubieńcem. Młodszego zaś brata Jana, przeznaczył na archidjakona w Sobredella.
Żaden nigdy faworyt nie wzbudzał takiego, jak Antoni Conti, przestrachu. Wszyscy głośno przyznawali mu starożytne szlachectwo, chociaż każdy znał jego plebejuszowskie pochodzenie; wszyscy drżeli na jego nazwisko. Brakowało mu tylko jeszcze podpory jakiego wielkiego pana; gdyż, pomimo swych wszystkich starań, zdołał tylko przyciągnąć do siebie dorobkiewiczów i drobną szlachtę. Był on jednak wszechwładny, i za prawdę! więcéj sam jeden miał pochlebców, niż infant don Pedro, brat Alfonsa, i donna Luiza de Guzman, królowa-regentka Portugalii.
Infant był piękny młodzieniec, świetnych bardzo nadziej; z bratem swoim we wszystkiém rażącą tworzył sprzeczność. Mówiono nawet między narodem, że żal widziéć szaleńca na tronie, gdy obok niego rośnie bohater, królewskiéj krwi także. Lecz królowa-regentka bardzo była surowa; wszyscy to wiedzieli. I chociaż dla swego drugiego syna wiele okazywała czułości, bardziéj jednak kochała Alfonsa; znienawidziła-by nawet don Pedra, gdyby myśl zdradzenia brata do jego duszy się wkradła. Zresztą, sam infant, dobry brat i wierny poddany, szczerze był do swego starszego przywiązany brata.
W piérwszych latach małoletności Alfonsa, królowa dzielną dłonią kierowała sterem rządu; lecz w miarę, jak król zbliżał się do pełnoletności, po mału oddalała się od spraw, władzy jednakże się nie zarzekając - i prawie wyłącznie modlitwie się poświęciła. Osiadłszy w klasztorze Matki Bozkiéj, wtedy tylko zajmowała się świeckiemi sprawami, jeśli dwór, ministrowie i inni znakomici urzędnicy, usilnie ja o rady prosili.
Szacunek dla jéj szlachetnego charakteru i miłość dla jéj osoby - zniewalały wszystkich, do ukrywania przed nią większéj części występków jéj starszego syna; chociaż występki to coraz bardziéj zatrważającą przybierały postać. Królowa, o niczém nie wiedząc, uważała Alfonsa jako młodzieńca, słabego na umyśle, niezdolnego do rozkazywania; nigdy jednak nie przewidywała, że w jego sercu wszelkie gnieżdżą się występki, i że na całym pół-wyspie niéma podobnego, jemu rozpustnika.
Bezrozumna do mieszkańców Lizbony odezwa, którąśmy słyszeli czytaną we dnie, na placu, przy odgłosie trąb - nie była w téj epoce rzeczą nadzwyczajną. Codziennie Lizbona była świadkiem podobnych scen, które Conti obmyślał dla rozrywki biednego szaleńca, zasiadającego na tronie. Lecz to jeszcze nie koniec. W nocy, Miasto stawało się istną Sodomą.
Conti uorganizował liczne wojsko, przezwane królewską strażą. i podzieli! go na dwa bataljony, różniące się ubiorem. Piérwszy, w czerwonych kurtkach z białemi wypustkami, składał się z piechurów, i Niewzruszonych (fixos) miał nazwę. Żołniérze drugiego bataljonu zwali się Fanfaroni (porradas) i nosili tok, mundur i pantaljony niebieskiego koloru - a wszystko srébrnemi obsiane gwiazdkami. Nad tokami ich błyszczał, zamiast pióra, srebrny księżyc - jak-by byli poganie, Mahometa czciciele. Nazywano ich także żarłokami, a to z przyczyny ich zwyczajów; zaś rycerzami Niebokręgu dla ich ubioru: ten ostatni tytuł sami oni sobie przywłaszczali. Oddział ten żarłoków, albo fanfaronów, formowano z włóczęgów wszystkich narodów. Aby być do niego przyjętym, dosyć było dać dowód zatwardziałego zbrodniarstwa.
We dnie, straż ta, to jest: Niewzruszeni i Fanfaroni, nosiła mundur straży pałacowej, z małą tylko srébrną na toku gwiazdeczką - a to dla odróżnienia. I nasz szlachetny przyjaciel, Ascanio Macarone dwll'Acquamonda, miał zaszczyt należéć do tego zaszczytnego oddziału. Conti pozostawił sobie najwyższe dowództwo.
Z pomocą tej straży, dziwne uroczystości odbywały się często na ulicach Lizbony. O jedenastej godzinie wieczorem, w godzinę po wydzwonieniu gaszenia ognia, zaczynały się łowy królewskie. Niewzruszeni i Fanfaroni rozbiegali się po ulicach i rozdrożach, nakształt myśliwych, co oczekując zdobyczy, rozstawiają się w lesie. A jeśli jaka dama lub mieszczka powracała do domu o téj nieszczęsnéj godzinie, biada jéj!.. Dojeżdżacze trąbili; Niewzruszeni rzucali się jak psy w lesie; a Fanfaroni, pod dowództwem króla, pędzili za nimi co tylko konie wyskoczyć mogły. Nie było rodziny, gdzie-by nie opłakiwano jakiéj niecnéj zniewagi - a ludzie na półwyspie bardzo są zawzięci.
Jednakże dotychczas, miłość powszechna dla prawéj dynastyi, nie dawno na tron przodków powróconéj - tłumiła nieukontentowanie. Mieszczanie szemrali i grozili; lecz wszędzie i zawsze mieszczanie grożą i szemrzą; nikt się więc tém nie niepokoił.
Na początku roku 1662, nieukontentowanie widoczniéj już okazywać się zaczęło; z rzemieślniczych cechów utworzyły się tajne, obradujące towarzystwa. Wszystko zapowiadało blizką burzę. Należy się także spodziewać, że edykt królewski, czytany na placu publicznym, nie mógł przyczynić się do zniweczenia narodowego gniewu. Było to zdumiewająco-tyrańskie rozporządzenie, któremu podobnego w historyi się nie znajdzie. Odtąd, domy, otwarte dla bandy złoczyńców, przebiegających nocną porą miasto pod dowództwem Alfonsa, nie miały żadnéj od napadu obrony; zabraniano zapalać latarnie i pochodnie; zabraniano nosić broń - rzecz niesłychana w Portugalii!
Wszyscy więc rzemieślnicy i kupcy Lizbońscy, spokojni zazwyczaj ludzie, okropnie uczuli ten cios ostatni. Powróciwszy do siebie, złowrogiém milczeniem na pytania ciekawych żon odpowiadali.
Kiedy kruki milczą (mówią doświadczeni ludzie) niezawodnie będzie burza.
V. Jan de Souza.
Nieboszczyk hrabia de Caslelmelhor, Jan de Vasconcellos y Souza, był silną podporą domu Braganckiego, podczas wypadków 1640 roku. W epoce téj, hrabia był jedynym przyjacielem księcia Jana, który po wstąpieniu na tron łaskami go obsypał.
Po przyjściu na świat Donny Katarzyny Portugalskiej, hrabinę Castelmelhor mianowano ochmistrzynią nowo-narodzonéj. Hrabina czuwała nad wychowaniem księżnej aż do chwili jéj odjazdu do Anglji. Pomimo jednak tych wszystkich związków, jakie łączyły króla z domem de Souza - w roku 1652, to jest na dziesięć lat przed epoką rozpoczęcia się naszego opowiadania - hrabia de Castelmelhor nagle wyjechał z Lizbony, i osiadł z dwoma synami w zamku Vasconcellos, w Estremadurze. Donna Ximena na usilne prośby królowéj, która była jéj najszczerszą przyjaciółką, nie udała się za mężem, lecz pozostała przy Katarzynie de Braganza.
Nagły wyjazd hrabiego, długo służył za przedmiot do rozmowy dworzanom, nic do czynienia niemającym. Niektórzy głosili, że hrabia rozgniewał się na króla Jana za to, iż król dać mu nie chciał księztwa Cadaval, bezdziedzicznego po śmierci ostatniego księcia nazwiskiem Nuno Alvarez Pereira; który-to postępek tém niesprawiedliwszym zdawał się, że hrabia de Castelmelhor, oprócz osobistych zasług, miał prawo do księztwa Cadaval przez żonę swoja, z domu Pereira pochodząca. Inni utrzymywali znowu, że infant Alfons (teraźniejszy król) ciężko obraził starszego syna Souzy, w obec licznego zgromadzenia - i że go potém przeprosić się wzbraniał. I ci i tamci mylili się. Sam król ofiarował hrabiemu księztwo Cadaval; lecz hrabia, typ szlachetności i wspaniałomyślności rycerskiéj, odpowiedział, że księztwo dziedziczyć teraz powinna jedyna po zmarłym księciu pozostała córka, która książęcą mytrę przekaże wybranemu przez się małżonkowi; że zatém nie myśli obdzierać sieroty, któréj został opiekunem.
Co się tycze drugiego powodu, ten także nie mógł być przyczyną odjazdu; każdemu bowiem wiadomém było, że infant Alfons obraza wszystkich, i że na nieszczęście, nie należy do liczby tych ludzi, od których można-by żądać zadosyć uczynienia za ich postępki.
Ważniejszy musiał być przeto powód, skoro taki człowiek jak hrabia, usunął się od spraw państwa i opuścił dwór, na którym wszyscy kochali go i poważali. Powodem tym była nienawiść jego ku Anglji, i głęboka znajomość chytréj polityki jéj rządu.
W saméj rzeczy, zaledwie król Jan zasiadł na tronie przodków, natychmiast dwór Londyński przysłał posła do Lizbony i starał się przyjąć udział w sprawach Portugalskich. Cromwell rządził natenczas Anglją, pod imieniem protektora. Ten zręczny władzca, Anglik w duszy, instynktownie trzymał się polityki swoich poprzedników - wszystko grabić by jak najwięcéj przedawać można - oto było jego zadanie.
Zasiadłszy na miejscu nieszczęśliwego Karola I, Cromwel pomimowolnie był posłusznym wymaganiom chytréj polityki, którą Anglicy, ów naród handlujący, od wieków króli swych uciskają. Król Jan, olśniony złudnemi ofiarami Cromwela, natychmiast je przyjął, nie zważając na prośby hrabiego de Castelmelhor i innych rozsądnych doradzców. Jan wszedł z Anglją w handlowe stosunki, które na pozór korzystnemi się wydawały, w rzeczywistości zaś rujnowały państwo. Hrabia wszelkiemi środkami starał się zapobiedz temu; nawet w obec całéj rady protestował przeciw działaniom angielskiego poselstwa. Lecz wszystko było napróżno. Nie chcąc więc zatwierdzać niejako swoją obecnością, zawartego przez państwo traktatu - traktatu, który uważał nietylko za hańbiący, ale i niszczący Portugalię, hrabia wyjechał z Lizbony przed jego podpisaniem i już od tego czasu nie pokazywał się na Dworze.
Poślubiwszy Donnę Ximene Pereira, hrabia miał z nią bliźnięta: Ludwika i Simona de Souza. Już wiemy, że ci dwaj bracia z powierzchowności byli bardzo do siebie podobni: obydwaj byli przystojni i szlachetnego oblicza. Pod względem moralnym, Ludwik byłto młodzieniec poważny, pilny, lecz skryty. Simon przeciwnie był żywym, nawet lekkomyślnym. Po upływie lat kilku, oba charaktery wyrobiły się. Z lekkomyślności Simona pozostały tylko męzka szczerość i nieograniczona wspaniałomyślność; tymczasem skryty, chytry, i samolubny Ludwik, powabną powierzchownością odziewał wcale nieszlachetną duszę.
Bracia kochali się nawzajem, to jest Simon był czule przywiązany do Ludwika; a Ludwik z przyzwyczajenia, czy tez inném powodowany uczuciem, nie traktował brata tą nienawiścią, jaką pałał ku wszystkim, czyto równym czy też wyższym od siebie.
Nareszcie jedno zdarzenie, zupełnie wyrugowało z serca starszego Souzy, bratnią przyjaźń; wcale jednak nie oziębiło uczuć Simona.
Dwa lata przed wypadkiem, który opowiedzieliśmy w poprzednich rozdziałach, Donna Ximena hrabina de Castelmelhor opuściła Dwór Lizboński, gdzie jéj obecność była już niepotrzebną, i przyjechała do swego męża do zamku Vasconcellos, przywożąc ze sobą wychowankę swą Inez de Cadaval.
Inez, jak już wiémy, była piękną, a rozum jéj wdzięki nawet przewyższał. Obaj bracia zobaczywszy, pokochali ją, i obydwaj, dla zupełnie różnych przyczyn, wcale się przed sobą ze swych uczuć nie wywnętrzyli. Skromny Simon sądził, iż zbezcześci świętość swych uczuć, jeżeli się komu z nich zwierzy; Ludwik, odgadnąwszy tajemnicę brata a chcąc go uprzedzić, chciał oddalić wszelką - myśl o współzawodnictwie, by tym sposobem, swych czynów zazdrością i interesem nie nacechować.
Rachuby te jednak omyliły go. Donna Inez pokochała Simona, i uroczyście zaręczoną mu została w kaplicy Vasconcellos. Od téj chwili w sercu Ludwika tajemna dla brata zawrzala nienawiść. Powodzenie Simona nietylko wydzierało mu ukochaną przezeń kobiétę, lecz i ogromne bogactwa. Ludwik nie mógł tego przebaczyć bratu. Zwyciężony, nietracący jednak nadziei - bo małżeństwo jeszcze zawarte nie zostało - Ludwik swe myśli na siebie samego skierował, a bogactw i dostojeństw żądny, za jedyny je teraz cel uważał: i postanowił znaleźć najkrótszą drogę do osiągnięcia władzy.
Stary hrabia niknął widocznie. Szybko zbliżała się chwila, w któréj obaj bracia będą mogli wybrać sobie i stanowisko i rolę na świecie. Dotychczas wola starego hrabiego de Souza więziła ich w zamku Vasconcellos; lecz ze śmiercią hrabiego ginęła i władza, coby ich tam dłużéj zatrzymywać mogła.
Ludwik wiedział o t rm; zgodnie też z tą myślą postępował. Mając ciągłe za dworem stosunki, wszelkich tam wydarzonych wypadków był świadom.
- Kto się może poszczycić podobném jak moje nazwiskiem - myślał Ludwik - kto tyle co ja posiada zręczności, przebiegłości, i zarazem z najdrobniejszych wypadków lak dobrze korzystać umie - ten może bardzo wysokie zająć stanowisko, a jeszcze przy takim jak Alfons VI księciu.
Jedyną dlań przeszkodą w osiągnięciu władzy był Conti ten wyrostek z gminu, którego już los, to wreszcie kaprys słabego króla, do tak wysokich wyniosły godności. Ludwik długo myślał, jaką względem niego przyjąć pozycję? Czy mu niewolniczo ulegać, czy téź otwartą z nim rozpocząć walkę? Lecz zdradziecki Ludwika charakter podał mu najlepsze na to zapytanie odpowiedz: postanowił oszukać Conti'ego.
Nieszczęście mieć chciało, że nie długo na ziszczenie swych zamiarów czekał. Hrabia jęczał złożony ciężką chorobą; wkrótce następny wypadek rozwiązanie przyśpieszył.
Pewnéj nocy, straszne krzyki, obydwóch braci zbudziły.
- Hrabia umiera! - rozlegało się po zamku.
Ludwik i Simon pobiegli do pokoju ojca.
Hrabia wstał z łoza i siedział w starożytném krześle herbami domu Souza ozdobioném; podanie mówiło: że w tém krześle umierali wszyscy przodkowie znakomitego rodu Souza, poczynając od Hiszpana Ruy de Souza, przybyłego z Kastylji za panowania króla Pelaga.
Hrabia był blady ową bladością śmierć zapowiadającą. Hrabina klęcząc obok męża, płakała i modliła się; kapelan zamkowy czytał modlitwę za konających. Bracia uklękli między służącymi, a gdy kapelan domówił modlitwę, zbliżyli się do ojca. Zdawało się, iż obecność dzieci ożywiła starca, iskra życia błysnęła z jego zamglonych oczu.
- Zegnam cię! - rzekł starzec do żony. - Mam nadzieję, iż jeszcze przed śmiercią, Bóg doda mi siły do spełnienia koniecznego obowiązku; niezadługo rozstać się musiemy.
Donna Ximena chciała coś zarzucić.
- Musiemy się rozstać; moje chwile już są policzone. Zegnam cię. Obyś była szczęśliwą w tém i w przyszłém życiu, tak jak na to zasługujesz!
Hrabina ucałowała zlodowaciałą rękę męża, i zwolna wyszła. Na jéj znak słudzy także opuścili pokój.
- Mój ojcze - rzekł hrabia do kapelana - wkrótce powrócisz do mnie; każę cię zawołać przed skonem. A teraz pozostaw nas samych.
Gdy ksiądz oddalił się, stary Souza pozostał sam-na-sam ze swemi dziećmi, u nóg jego klęczącemi. Starzec w każdym z osobna badawcze zagłębił spojrzenie, jak gdyby zbliżająca się śmierć usposobiała go do czytania w ich sercach, - Bądź ostrożnym! - rzeki do Simona.
- Bądź odważnym! - rzekł do Ludwika.
Potém zamknął oczy, a zebrawszy myśli tak daléj mówić zaczął:
- Jesteście młodzi; macie przed sobą obszerne pole! Pozostawiam wam nazwisko Souza nieskalane; jakiem mi go i mój ojciec zostawił. Gdyby który z was kiedykolwiek zniesławił go... Lecz nie! to niepodobna!.. Przed dziesięciu laty opuściłem Dwór, myśląc, iż nie mogę tam pozostać, bez skalania honoru. Być może, iż niesłusznie wtedy postąpiłem. Obowiązkiem obywatela jest pracować ciągle, chociażby przekonany był, iż ta jego praca jest bezużyteczną. Moje dzieci, naprawcie mój błąd jeżelim go popełnił. Portugalja znajduje się w niebezpieczeństwie-, potrzebuje ona pomocy wszystkich swych dzieci. Jedzcie do stolicy. Mówią iż podły służalec jest tam silniejszym od wszystkich magnatów. Człowiek ten korzysta ze słabości króla. Zamordujcie niegodnego faworyta; lecz ocalcie króla... króla! czy słyszycie? Cokolwiek by się stało, cierpcie za niego, umrzyjcie za niego!
Głos starca dźwięczał jak za lat jego młodości. Oczy pałały jakimś dziwnym ogniem. Wyprostował się na starożytném krześle z którego jego przodkowie swą ostatnią wolę rodzinie głosili; bo członkowie rodziny Souza nie na łożu konali: i jeśli nie ginęli na polu bitwy, to dowlekłszy się do tego krzesła podaniem uświęconego, w nim śmierć znachodzili. Synowie ze łzami w oczach, szlachetnych słów ojca słuchali. Ludwik czuł, iż wszystko dobre w jego krwi płynące do piersi mu się rzucało. Simon naprzód już przysięgał sobie w duszy; iż wypełni wolę ojca.
Hrabia tak kończył:
- Między zdrajcami znajdzie się taki co powie wam: "Jestem silnym! Pomagaj mi, a podzielę się z tobą mą władzą!" Nie wierz im Don Ludwiku. Fałszywi mędrkowie pojawią się i rzekną: "Król jest słabego umysłu; dla szczęścia dla sławy Porlugalji, wybierzmy innego, godniejszego tronu." Simonie, jesteś szczerze przywiązanym do swojéj ojczyzny, nie słuchaj tych rad zdradzieckich. Bądźcie obydwaj wiernymi, szlachetnymi, niewzruszonymi: nosicie nazwisko Souza. Hrabio de Castelmelhor (Ludwik zadrżał i powstał), i ty, Don Simonie de Vasconcellos, połóżcie ręce na mojém sercu, które za kilka chwil bić przestanie, i przysięgnijcie mi, że uwolnicie Alfonsa VI od otaczających go zdrajców.
- Przysięgamy! - jednogłośnie zawołali bracia.
- Przysięgnijcie mi także, iż będziecie strzedz króla, bronić go, choćby z narażeniem własnego życia...
- Przysięgam! - wyjąkał Don Ludwik słabym głosem.
- O gdyby Bóg, jak najprędzej podał mi sposobność wypełnienia twéj woli, ojcze! - zawołał z uniesieniem Simon. - Przysięgam więc, przysięgam!
- Błogosławię was, moje dzieci - szeptał starzec, którego głos nagle osłabł: jak gdyby śmierć tyle mu dała czasu, ile było potrzeba na spełnienie ostatniéj powinności.
- Ojcze!.. najdroższy ojcze! - jęczał Simon, całując ręce hrabiego.
- Zegnam cię, Simonie! - rzekł hrabia - ty będziesz szlachetnym. Zegnam cię Don Ludwiku! proszę Boga, abyś był szlachetnym... A teraz każcie zawołać do mnie kapelana: już ziemskie sprawy załatwiłem.
W pół godziny, stary hrabia żyć przestał. Wypełniając jego wolę, hrabina wdowa i dzieci, udali się w następnym miesiącu do Lizbony wraz z Donną Inez de Cadaval.
Wrażenie, jakie wywarł na Don Ludwiku widok umierającego ojca, nie było ani silném ani długotrwałém. Jeszcze tegoż samego dnia, w którym przybył do stolicy, Ludwik nie przedstawiwszy się pierwéj królowi, pojechał z odwiedzinami do Conti'ego, chcąc zgłębić charakter i zamiary tego człowieka. Hrabia de Castelmelhor z łatwością poznał, iż faworyt stara się wszelkiemi środkami przeciągnąć na swą stronę, starą i prawdziwą dziedziczną szlachtę. Serce jego silniéj uderzyło po odkryciu téj prawdy, która nagle pomnażała nadzieję osiągnięcia upragnionego celu, i podawała mu od piérwszego widzenia się z faworytem, środki do zawiązania z nim ściślejszych stosunków.
IV. Oberża na przedmieściu. Alkantara
Zmierzchać się zaczynało, i światła gasły zwolna we wszystkich oknach domów Lizbony. Niebo pokryte było chmurami, za które skrył się księżyc. I gdyby nie kilka latarń, które gorzały nad bramami bogatych mieszczan (wbrew nie dawno wydanemu przez króla zakazowi) i kilka lampek, palących się przed wizerunkami madonnów - miasto w zupełnéj było-by pogrążone ciemności
- Proszę Boga, żeby zesłał błogosławieństwo na króla Don Alfonsa.
- O! Bóg go pobłogosławi, moja córko Alfons jest dobrym chrześcjaninem, chociaż mówią, i...
- Chociaż mówią! - powtórzyła z zadziwieniem hrabini.
- Ty tego jeszcze nie wiész - powiedziała królowa, a głos jéj drżéć zaczął - ty już tak dawno żyjesz zdała od dworu!.. mówią... tajne doszły mię poszepty... Lecz to wszystko potwarz, moja córko!... Mówią, że Alfons prowadzi życie rozpustne i okrutne... Mówią...
- To są kłamstwa!
- Tak, tak... a jednak... Ah! prawdę mówisz, moja córko: to są kłamstwa, potwarze... nieuzasadnione pogłoski, przez Hiszpanów rzucane!
- Może Wasza Królewska Mość mogłabyś to zbadać; a gdyby pogłoski te, co nie wątpię, fałszywemi się okazały, oszczerców ukarać? - bojaźliwie ozwała się hrabini.
I zamilkła.
Królowa bacznie na nią spojrzała. W błędnych jéj oczach rozpacz i smutek przebijał.
- Ja nie śmiałam! - poszepnęła z trudnością - ja go kocham!... A przytém... wiem, to fałsz!. Bragancka krew jest czystą i w odważnych tylko płynie sercach... Czy słyszysz, hrabino?... Oni kłamią! kłamią, podli!...
Donna Luiza drżącym te słowa wyrzekła głosem. Zwyciężona wewnętrzném wzruszeniem, głowę w tył spuściła i zamknęła oczy.
Hrabini i Ines natychmiast rzuciły się na jéj pomoc.
- Dajcie pokój - powiedziała królowa - trudno już omdléć temu, co od kilku lat na ciągłe jest wystawiony cierpienia.
Pomimo tych stronnych opinji, Miguel z chęcią przedawni swoje wino niezadowolonym. A nawet, kiedy był zupełnie przekonanym, iż go nie usłyszą panowie ani ich służący, Miguel zmieniał nagle swe opinje i w wyrazach bardzo czułych, malował smutny los mieszkańców Lizbony. Wtedy-to Conti był dla niego tylko drobnowzrostkiem z pospólstwa, któremu koronki i axamity przystawały jak osłu lwia skóra.
- Ten uliczny rozpustnik - mówił daléj Miguel - jest raną Portugalji; a najszczęśliwszym dniem dla Lizbony będzie ten, w którym powieszą tego łotra na szubienicy, w pałacowém wystawionéj podwórcu.
Jeżeli Miguel przestawał wyrażać się podobnie, było można być pewnym, że zwęszył gdzieś tok z piórami lub haftowany kaftan. Chcąc być sprawiedliwym, wyznać musimy, że żaden z oberżystów niémiał tak delikatnego jak on węchu.
Przed domkiem lego-to człowieka zatrzymały się pierwsze gromadki. Goście ściskali gospodarza domu za rękę, wymawiali po cichu jakieś słowo i wchodzili. Nadchodzący późniéj robili toż samo - i wkrótce cała sala, jakkolwiek obszerna, napełniła się ludem.
O téj saméj godzinie, w jednej z pustych ulic dolnéj strony miasta, przechadzał się jakiś człowiek: to raz zatrzymywał się, to znowu nagle zawracał, jak gdyby zabłądził w tym ciemnym labiryncie, przezwanym cyrkułem szlachty; a to z powodu, iż w nim nie było sklepów, a natomiast wiele pałaców. Za nim, w niejakiéj odległości, jakiś drugi człowiek zupełnie jego ruchy naśladował. Skoro pierwszy zatrzymał się, drugi czynił toż samo; skoro piérwszy obracał się, drugi szybko ukrywał się w jakiéj bramie; a przepuściwszy koło siebie swego awanturniczego towarzysza, znowu go śledzić zaczynał.
- Ciemno tu jak w piekle! - myślał piérwszy. - Byłem jeszcze dzieckiem, kiedym przed dziesięciu laty wyjechał z Lizbony; wszystko się tu teraz zmieniło; nie wiem, gdzie jestem. Ah! gdyby tez przypadek zesłał mi jakiego przechodnia, a wreszcie i złodzieja, który-by w zamian za mój worek wskazał mi drogę!
- Mój młody przyjacielu - mówił do siebie drugi - napróżno się kręcisz to w tę to w ową stronę; przysiągłem sobie na wszystko co jest najświętszém, ze zarobię na tobie czterysta pistoli; a ja wtedy tylko łamię słowo, gdy idzie o dotrzymanie obietnic, które innym wypełniać się zobowiązuję.
Dotychczas Simon, robotnik sukienny, którego bez wątpienia czytelnicy już poznali ze słów Ascania Macarone - nie spostrzegł, że jest szpiegowanym; lecz w jednym ze swoich nagłych zwrotów zetknął się z Padewczykiem.
- Którędy droga do oberży d'Alcantara? - spytał Simon.
- Idę tam - odpowiedział Macarone, zmieniając głos.
- Jeżeli pozwolisz, panie kawalerze, pójdziemy razem.
- I owszem, mój szlachcicu! o! bo widać zaraz, że jesteś szlachcicem... a ponieważ i ja nim jestem... wypada być dla siebie nawzajem grzecznymi.
- I ja tak sądzę, panie kawalerze.
Simon powiedział te słowa dosyć oschłym tonem; a zarzuciwszy kaptur na głowę, przyśpieszył kroku. Macarone toż samo uczynił. Po kilkakroć chciał wszcząć rozmowę; lecz z obawy, by się nie zdradzić, zaniechał tego.
Włoch był-to człowiek od trzydziestu pięciu do czterdziestu lat, wysoki, chudy, lecz zgrabny. Z jego zwinnych, gibkich i muszkularnych członków wnosić należało, że natura stworzyła go na skoczka na linie. Idąc, przybierał pozy teatralne, układał na sobie draperye z płaszcza i często podpiérał się pod boki.
Simon nie był zbyt wysokim, jak zwykle Portugalczycy; lecz jego szybkie ruchy i szerokie plecy znamionowały, że ten mały wzrost wcale nie jest słabości cechą.
Padewczyk z pod oka ciągle na niego spoglądał. Rozmyślał zapewne, wiele też segnor Conti dorzuci do umówionéj summy, za porządne pchnięcie sztyletem tego nieznajomego zuchwalca; lecz od czasów Horacjusza Koklesa, nieustraszoność nie jest głównym Włochów występkiem. Padewczyk spostrzegł, że z pod płaszcza Simona wygląda koniec szpady; był więc ostrożniejszym.
- Na co mam go zabijać? - pomyślał sobie - nie poznał mię wcale. Jeżeli wejdzie do oberży, to i ja z nim wejdę; jeżeli go nie puszczą, to znowuż śledzić go będę; pójdę za nim do jego mieszkania, a gdy się dowiem gdzie mieszka, łatwo mi przyjdzie dowiedziéć się jak się nazywa.
W téj chwili Włoch i Simon znajdowali się na końcu przedmieścia; oberża Alcantara wznosiła się przednimi. Lecz z jéj okien żadne nie błyszczało światło; szanowny Miguel Osorio, siedząc u drzwi, palił segaretto z ową powagą, jaka zawsze cechuje Hiszpanów i Portugalczyków, ten ważny akt odbywających.
- Oho! już jesteśmy! - powiedział Padewczyk, wskazując na oberżę - czy wejdziesz pan?
- Wejdę - odrzekł Simon.
- Znasz więc pan hasło?
- Nie! A pan?
- O! ja wcale nie potrzebuję znać hasła. Zaraz pan zobaczysz... Miguelu! przeklęty łotrze! kogóż dzisiaj mamy w wielkiéj sali?
- Łotrze! - powtórzył Miguel, zadrżawszy na głos kawalera Macarone. - Któż-to śmie przezywać łotrem oberżystę dworu? Założyłbym się, że to jaki kupiec z górnego miasta... Precz! włóczęgi!.. ja tylko szlachtę przyjmuję!
- Dobrze, dobrze, zuchu Miguelu; a ponieważ jesteśmy szlachtą, idź nam przygotuj kolację w wielkiéj sali. No! tylko prędko.
Przy ostatnich słowach, Macarone schwytał Miguela za ramiona, obrócił go i wszedł za próg; lecz w chwili gdy się zbliżał do drzwi, do wielkiéj sali wiodących, jakieś silne ręce ujęły go za barki i w tył cofnęły. Tylko, ze cofnięcie Wiocha było tak silném, iż zatoczył się na drugi koniec korytarza.
- Do widzenia, segnor Ascanio Macarone dell'Acquamonda - powiedział sukiennik tonem szydzącym - możesz pan tu na mnie zaczekać, jeżeli ci się podoba zamknąłem drzwi od ulicy, a teraz zamknę i te co do sali prowadzą.
W saméj rzeczy, Simon wszedł, drzwi na dwa spusty zamknąwszy.
Zaledwie powstał Ascanio, zaraz zaczął się macać po wszystkich członkach, ażeby się przekonać, czy niéma gdzie jakiego stłuczenia.
- Poznał mnie - szepnął z cicha do siebie. - Miałem piękną myśl, żem nie chciał poigrać sztyletem z tym szaleńcem. Ma rękę Herkulesa; teraz więc śledzić go tylko będę z daleka. A tym czasem zobaczmy, czy mówił prawdę...
Ascanio chciał otworzyć drzwi zewnętrzne; lecz te były zamknięte. Drzwi, do sali wiodących, dotknąć się nawet nie śmiał; zbliżywszy ucho do dziurki od klucza, starał się usłyszéć o czém w sali mówiono. Lecz napróżno: słyszał tylko w sali wielki hałas i kilka głosów, jednocześnie mówiących.
- Jakby tu ich schwytać! - Włoch pomyślał. - Gdyby te przeklęte drzwi nie były zamknięte, zabrałbym konia temu łotrowi Miguel'owi - a za godzinę, wszyscy ci mieszczanie siedzieli-by w pałacowém więzieniu.
Na szczęście obywateli Lizbony, taż sama myśl przyszła do głowy Simona - a ciężki klucz od drzwi wchodowych spoczywał u niego w kieszeni kaftana.
W chwili, kiedy Simon wszedł do sali, w któréj były zgromadzone wszystkie cechy Lizbony, spory tak żywo prowadzono, iż go nikt nie spostrzegł. Z trudnością przez tłum się przecisnąwszy, usiadł w piérwszym rzędzie krzeseł, na przeciwko stołu, przy którym zajmował miejsce jeden tylko Gaspar Orta Vaz, dziekan cechu garbarzy i zarazem prezes zgromadzenia.
Zgromadzenie, jak to już mówiliśmy, bardzo było liczne. Cechowi, ugruppowani naokoło prezesa, piérwszy stanowili szereg. Za nimi siedzieli majstrowie, następnie drobni kupcy, a nakoniec rzemieślnicy. Simon, o niczém nie wiedząc, zajął miejsce pomiędzy cechowymi. Jego płaszcz na rękę zarzucony; jego kostjum podobny do tego, jaki zwykle szlachta rano nosić zwykła - całe w ogóle ubranie nadawało mu postać bogatego mieszczanina. Miał na sobie nowy, sukienny, aksamitem lamowany kaftan; ciężki złoty łańcuch spadał mu na piersi.
Gdy się Simon obejrzał i spostrzegł na około siebie siwe brody i szlachetne twarze, chciał się cofnąć; lecz już było zapóżno. Droga, którą sobie oczyścił silnémi uderzeniami łokci, już się zamknęła; a hałas tak nagle się zmniejszał, że Simon nie mógł miéć nadziei ponowienia swéj przeprawy z pożądanym skutkiem. Pozostał więc na miejscu, nasunąwszy kapelusz na oczy.
- Dzieci! - mówił stary Gaspar - dzieci! słuchajcie starych!
- Śmierć panom dworu! - odpowiedzieli chórem rzemieślnicy i kupcy. - Śmierć synowi rzeźnika!
- Dobrze, dobrze, lecz zamilknijcie chociaż na chwilkę! - wołał nieszczęśliwy prezes - już ochrzypłem, a jeżeli taki hałas dłużéj trwać będzie, nie będę wam w stanie rad moich udzielić.
Simon słuchał i potrząsał głową.
- Wiec to ja mam liczyć na tych bezsilnych starców i na te gadatliwe dzieci, w wykonaniu dzielą, do którego mnie zobowiązał ojciec na loża śmierci? - do siebie mówił Simon - Lecz niémam w czém wybierać... czekajmy wiec, a wola Boża się spełni.
- Moi przyjaciele i współobywatele - zaczął znowu Gaspar Orta Vaz, korzystając z chwilki milczenia - każdy z was wie, że już skończyłem siedmdziesiąt trzy lat w dniu przestawnego Świętego Antoniego, patrona naszego ratusza. Już lat jedenaście i miesięcy siedm mam honor być starszym cechu farbiarzy, garbarzy i białoskórników Lizbońskich. Wszystko to przemawia za mną, moje dzieci; tém bardziéj, skoro jeszcze kto może powiedziéć jak ja: "Jestem ten i ton, i mogę od piérwszego stycznia do Świętego Sylwestra przejadać dziennie na swoją osobę pięć dukatów;" samo więc przez się rozumie...
- Co on plecie? - zawołało razem sto silnych głosów - czyż dla tego, że jesteśmy biedni, mówić nam zabrania?
- Alboż nas tu dla tego wezwano, żeby tyranję miecza zamieniono nam na kassę z piéniędzmi?
- Na Świętego Marcina!
- Na Świętego Antoniego!
- Na Świętego Rafaela! majstrze Casparze Orla Vaz, jesteś stary głupiec pomimo to, że masz łysą głowę i że możesz przejeść codzień pięć dukatów.
Stary garbarz powstał i zażądał milczenia: zapewne mając zamiar objaśnić swe nieostrożne słowa lub za nie przeprosić; lecz, pomimo wszelkich jego usiłowań, hałas w zgromadzeniu coraz bardziéj się wzmagał, i wkrótce wysilony starzec upadł na krzesło. Wtedy nastąpiło milczenie - a jeden z cechowych zajął miejsce Gaspara chcąc prezydować.
- Pozwólcie mówić Baltazarowi - ryknął ktoś głosem stentora, ze zbitéj gromadki ostatnich szeregów - Baltazar wydźwignie was z tego kłopotliwego położenia.
- Co to za jeden, ten Baltazar? zapytał prezes.
- Jest-to Baltazar! - odpowiedział tenże sam głos.
- Dobrze odpowiedziano! brawo, brawo! - ze wszystkich zawołano stron.
Głośny śmiéch wstrząsnął ścianami budynku; co dowodzi, jak łatwo zgromadzenie ludowe przechodzi z gniéwu do wesołości i nawzajem.
- Zbliż się i mów - rzekł prezes.
Natychmiast wszyscy poruszyli się, i ogromny kolos, w płóciennéj kurtce, krwią zbrukanéj.
zbliżył się do stołu prezesa, przewracając wszystko co tylko spotkał na drodze.
- Oto macie Baltazara! - powiedział olbrzym, nogę na stopniach stawiając.
- Brawo! Baltazar! - krzyknęły tłumy.
- Nie będę długo rozprawiał, lecz za to powiem wam mądrze... Tylko co mówiono o Conti'm i zarzucano mu, iż jest synem rzeźnika. Wszystko to jest prawdą; ponieważ ja sam służyłem u jego ojca, który umarł z rozpaczy, że synek nie chce się zajmować jego rzemiosłem... o! bo piękne jest nasze rzemiosło, moi przyjaciele!..
- Do rzeczy! - powiedział prezes.
- Masz pan zupełną słuszność. Idzie o zabicie człowieka, nieprawdaż? Jeżeliście już jego śmierć postanowili, niema co już nad tém rozprawiać. Conti wierutny-to łotr, lecz i król słabego jest umysłu. Po Conti'm nastanie drugi faworyt...
- Baltazar ma słuszność! - zawołało kilka głosów.
- Dajmy na to, że zabijemy i drugiego - mówił dalej Baltazar - lecz cóż z tego? po drugim nastąpi trzeci. Tym sposobem, nigdy-by się nie skończyło. Najlepiéj przeto zabić Alfonsa, a rejentkę donnę Luizę królową ogłosić.
W sali nagle wszyscy umilkli.
- Nieszczęśliwy! - zawołał Simon - jak śmiész to mówić?
- Dla czegóż nie? - obojętnie zapylał Baltazar.
- Przysięgam na krew domu de Souza! te twe wyrazy ostatniemi już będą! - zawołał oburzony Simon.
I wywijając szpadą, młodzieniec na olbrzyma się rzucił.
- Zdrada! zdrada! - ze wszech stron zawołano - To szpieg!.. śmierć mu! śmierć!
Otoczono Simona i w jednej chwili rozbroiwszy, na ziemię powalono.
- Zaklinał się na krew domu Souza - mówili najzacieklejsi - zapewne jest służącym nowego hrabiego de Castelmelhor, który wczoraj przyjechał do Lizbony; tego panka, co to przedewszystkiém Couti'ego odwiedził.
- Nieprawda! - chciał zawołać Simon - hrabia de Castelmelhor jest uczciwym Portugalczykiem, który bardziéj niż wy nie nawidzi Conti'ego...
Lecz było tu kilku szpiegów Conti'ego; bo rzemieślnik może wam rano przymierzać buty lub aksamitną kamizelkę - a wieczorem żądać twéj głowy: niektórzy z nich widzieli rano Ludwika de Vasconcellos y Souza, hrabiego de Castelmelhor, u królewskiego faworyta. Okoliczność więc ta stawiała Simona w niebezpieczném powożeniu: Simon nie mógł się obronić.
- Panowie oddajcie każdemu co do kogo należy! - zawołał jakiś podmajstrzy, - rola kata, według nienaruszonego prawa, do Baltazara należy.
Starsi cechów już niemogli trzymać na wodzy rozjuszonego tłumu. Zresztą, nie chcieli ratować człowieka, który na drugi dzień mógł ich oddać w ręce sprawiedliwości. Zostali więc milczącymi téj sceny świadkami. Tłum jednakże z hucznemi oklaskami wniosek podmajstrzego przyjął.
Baltazar, sam o tém nie wiedząc, stał się między ludem popularnym. Simona przyciągnięto do niego; a podmajstrzy, podając rzeźnikowi szpadę nieszczęśliwego młodzieńca, uczynił bardzo znaczący gest.
Rzeźnik zrozumiał go i z zimną krwią nie jąkając się wcale rzekł.
- Dla czego nie?
Potém, wziąwszy szpadę, zaczął przypatrywać się okiem znawcy klindze; potrząsł głową na znak, że broń dobra - i stanął w gotowości do dzieła.
W téj stanowczéj chwili, Simon podniósł głowę do góry, i śmiało spojrzał w twarz swojego kata.
Baltazar upuścił szpadę i przetarł sob:e oczy.
- To co innego! - zawołał - to zupełnie co innego!..
- Co to jest? - chórem zawrzasło zgromadzenie, które wcale nie miało zamiaru wyroku śmierci odwołać.
- To zupełnie co innego! - powtórzył Baltazar.
- Diego, podnieś szpadę! - ozwał się jakiś głos - ten człowiek umie tylko zabijać barany: boi się widać.
Dwóch czy trzech ludzi pośpieszyło podniéść szpadę; lecz Baltazar uprzedził ich, a, stanąwszy między tłumem i Simon'em, z taką zaciętością szpadą wywijać zaczął, iż wkrótce na około niego uformowało się obszerne puste miejsce.
- Przecież wam mówię, panowie, że teraz zupełnie jest co innego! - powtórzył Baltazar z zadziwiającą oziębłością. Posłuchajcie: jeżeli chcecie wiedziéć jak ja odcinam głowy, to złóżcie się i kupcie mi jaką inną. Bo co tę głowę, to mężny nosi człowiek; a wiecie, jak to się rzadko zdarza. To téż ani ja, ani wy, nikt zgoła niepoważy się go dotknąć.
- Więc go znasz? - zapytał jeden ze starszych zgromadzenia.
- Czy go znam? I tak i nie... A wy, którzy tylko-co nosiliście mnie na rękach, czyście mnie znali?
- Ręczysz-że za niego?
- Swoją głową.
- Jak się on nazywa?
- Nie wiém.
- Ten człowiek urąga nam! - uradzili starsi cechów, z przerażeniem myśląc o dniu następnym. - On trzyma z tym młodzieńcem; obydwaj wiec są pewnie szpiegami!
- Wszystko to jest prawdą! - poszepnął stary Gaspar do ucha swemu sąsiadowi - dzisiaj rano, spotkałem na placu tego chłopca, rozmawiającego z królewskim fanfaronem.
- O! tak jest, niema wątpliwości!.. trzeba ich schwytać obydwóch!
Baltazar przybrał obronną postawę.
- Wstawaj! - rzekł do Simona - weź szpadę; wiem, że nią dzielnie umiesz władać. Ja mam nóż... Dwóch naprzeciwko tysiąca, to niewielu; lecz kiedy już tak wypadło... No! broń się!
Mieszczanie podżegali się nawzajem, by rzucić się na tych dwóch ludzi; lecz nikt przykładu dać nie chciał. Simon powstał. Twarz jego, na któréj zimna malowała się obojętność, jeszcze bardziéj wachanie tłumów powiększyła.
- No! panowie! - ozwał się Baltazar po kilku chwilach milczenia - widzę, że wy coś, tak jak i my, bójki wszcząć nie chcecie. Pogadajmy więc trochę... Powiedźcie, czy nie raczycie mi pozwolić, bym wam opowiedział dobrą historyjkę? To wam pomoże do ubicia czasu; a wasze żony myśléć będą mogły, że przecież cośkolwiek zrobiliście téj nocy. Moja historya jest zupełnie wczesną; zaszła dzisiaj rano. I wy i ja, wszyscy odgrywaliśmy w niej rolę: ja miałem rolę ofiary; wy panowie odgrywaliście swą zwyczajną, to jest tchórzliwych widzów rolę. Co się zaś tyczć roli bohatera, zaraz wam opowiem kto ją wziął na siebie. Wiécie, że dzisiaj rano Conti kazał wszystkim trębaczom trąbić, by was zgromadzić na placu, a następnie ciężko obrazić. Ci z was, którym strach nie odjął zmysłu widzenia, widzieli, że faworyt uderzył szpadą nieszczęśliwego, który nie mógł się nad nim zemścić... Widzieliścież to?
- Widzieliśmy!..
- Nieszczęśliwy cierpiał. Wówczas jakiś człowiek zbliżywszy się do niego, w oczach Conti'ego podał mu chustkę; trębacz krew chustką obtarł, a ranę przewiązał.
- Był-to człowiek honorowy i odważny - powiedział jeden ze starszych - nie bał on się gniéwu faworyta; a gniew faworyta - to śmierć... Kto jest len człowiek? Jak się on nazywa?
- Zaraz się dowiecie... Trębaczem ja byłem... O! uspokójcie się. Co komu do tego, czém byłem dziś rano? Dzisiaj wieczór jestem rzeźnikiem, zupełnie na wasze usługi oddanym. Oprócz lego, widzę tutaj krawca Conti'ego, jego tapicera, jego puszkarza. Dla czegóż bardziéj tym ludziom niż mnie zawierzacie? Conti płaci im dobrze, mnie zaś nędznie; nienawidząc go, oni stają się dlań niewdzięcznymi; ja, niecierpiąc go, jestem sprawiedliwym. Nie we mnie-ż tedy więcéj niż w nich zaufania mieć winniście? Lecz idźmy daléj... Gdy faworyt, przeczytawszy nam pełen podłości edykt, chciał powrócić do domu - wy wszyscy daliście mu wolne przejście, usunęliście się przed nim z trwogą jak barany, o których tylko co mówiliście. Jeden tylko człowiek nie ruszył się z miejsca, jeden tylko nie chciał go przepuścić; a gdy Conti swoim zwyczajem wzniósł nań rękę, znalazł w nim tęgiego przeciwnika. Wszyscy widzieliście, jak go dzielnie uczęstował; wszyscy słyszeliście te słowa: "Oto masz, synu rzeźnika, od mieszkańców Lizbony!" Mógłże to uczynić i powiedzieć szpieg?
- Nie! nie! - wołał tłum, pojmować zaczynający - tylko człowiek, pełen honoru, Conti'ego mógł uderzyć. Kto faworyta uderzył w imieniu mieszkańców Lizbony, ten jest naszym towarzyszem... Lecz jakże on się nazywa? Powiedz nam jego nazwisko?
- Już wam mówiłem, że sam nazwiska jego nie znam. Lecz co nam po jego nazwisku!.. Ten, co się nie bał gniewu, z pomocą mi pospieszając; ten, co uderzył Conti'ego, otoczonego strażą, chcąc zemścić się za was wszystkich... ten jest tutaj... przed wami... Oto on sam!
I Baltazar położył rękę na ramieniu Simon'a.
- Prawda! - zawołał jakiś podmajstrzy - poznaję go.
- I ja... i ja go poznaje... - wszyscy jednogłośnie odwtórzyli.
- Mówiłem ci, żem widział gdzieś tego młodego człowieka - szepnął Gaspar Orta Vaz do ucha swojemu sąsiadowi.
- I upewniałeś, że chodził z królewskim fanfaronem - dorzucił sąsiad.
- Czy w saméj rzeczy mówiłem to, mój przyjacielu? - zapytał stary Gaspar Orta Vaz.
- Teraz - począł znowu mówić Baltazar - pozwólcie mi jeszcze dodać słówko. Potrzebujecie mężnego dowódzcy; ten młodzieniec dowiódł, iż jest nieustraszonym; obierzmy go więc sobie za wodza!
Wybór ten jednogłośnie zatwierdzono; nikt sprzeciwiać się nie poważył. Wszyscy młodzi ludzie znajdujący się w zgromadzeniu, uczuli jakąś przychylność do mężnego nieznajomego; a starcy radzi byli, iż odpowiedzialność na kogo innego złożyć mogą.
Orta Vaz, przybierając znowu rolę prezesa, klasnął rękoma i milczenie nakazał.
- Cudzoziemcze - rzekł - wyświadczyłeś wielką usługę mieszkańcom i cechom Lizbony. Możemyż wiedziéć nazwisko naszego nieustraszonego obrońcy?
- Nazywam się Simon.
- Don Simonie, czy chcesz być naszym dowódzcą?
- Być może, iż się na to zgodzę... Wprzód jednak podam warunki... Lecz otóż i mój zbawca, któremu zapomniałem uścisnąć ręki.
Baltazar zbliżył się i wyciągnął swą széroka dłoń; lecz Simon cofnął się.
- Zaczekaj - powiedział - wyrzekłeś słowa, które odwołać musisz, jeżeli chcesz być moim przyjacielem.
- Uczynię wszystko co zechcesz, Don Simonie! - odpowiedział Baltazar z uszanowaniem.
- Wniosłeś projekt zamordowania Alfonsa Portugalskiego - przysięgnij mi, że go bronić będziesz.
- Niech i tak będzie - wyszeptał olbrzym.
Potém silnym głosem zawołał:
- Przysięgam!
- Dobrze! Masz teraz moją rękę, dziękuję ci.
Baltazar uchwyciwszy rękę Simona, nietylko że ją uścisnął, ale nawet ucałował.
Simon patrzał na niego zdumiały.
- Uspokój się, segnor - cichym przemówił Baltazar głosem - nie znam cię, lecz jeżeli kiedykolwiek będziesz potrzebował kogo, coby za ciebie swoje życie poświęcić był gotów - przypomnij sobie o Baltazarze.
W téjże chwili, olbrzym wyjął chustkę Simona, na teraz podartą i okrwawioną.
- Za tę chustkę kupiłeś mnie segnor całego, z duszą i ciałem - dodał Baltazar. - No! panowie, przejść mi dajcie!
I olbrzym zaczął rozpychać sąsiadów łokciami, i na dawném usiadł miejscu.
- Posłuchajcie mię teraz, panowie - przemówił Simon do zgromadzenia. - Moje godło tak brzmi: Wojna z Contimi.. uszanowanie dla domu Braganza!.. Zgadzacież się na nie?
Obecni przez chwil kilka milczeli.
- Kochamy, szanujemy dom Bragancki - odpowiedział jeden ze starszych cechu - lecz cóż? wie każdy, że dla zachowania drzewa, potrzeba obcinać uschnięte gałęzie... Alfons VI słabego jest umysłu... rządzić niezdolny...
- Alfons VI jest naszym prawym królem! - zawołał Simon silnym głosem - Zdrajcy na złe użyli jego niedoświadczenia; winniśmy go od nich oswobodzić, nie zaś targać się na niego! Pamiętajcie! Wojna z Contim! uszanowanie dla domu Bragdnza.
- Oszczędzać więc Alfonsa będziemy.
- Nie dość na tein; w potrzebie bronić go winiliście.
- Dobrze! bronić go będziemy.
- Będę więc waszym dowódzcą.
Od téj chwili zgromadzenie przyjęło więcéj poważny charakter. Simon nieraz zmuszał je do uległości; w wykonywaniu czego pomagał mu piorunujący glos Baltazara, który zdaleka jego wnioski popierał. Postanowiono, że każdy mieszczanin skrycie nabyć sobie winien broń; na témże samém posiedzeniu wybrano cyrkułowych naczelników i oficerów.
Świtać już zaczynało kiedy Simon oznajmił, że czas rozejść się do domów.
- Zgromadzać się nam więcéj niéma potrzeby - rzekł Simon, zamykając rozprawy - mogłyby one wzbudzić podejrzenie. Ja będę się tylko naradzał z naczelnikami cyrkułów; a ci będą wam mą wolę objawiać. Gdy zaś nadejdzie chwila działania, hańba temu, co się cofnie!
Tłum rozszedł się w milczeniu; starsi cechów pochwalali niezmordowanego Miguela, którego znaleźli śpiącego u drzwi. Simon wyszedł ostatni; zapomniał zupełnie o Padewczyku Macarone, i w myślach pogrążony, przeszedł przez korytarz. Zaledwie wyszedł na ulicę, Włoch czekający na niego znowu śledzić go zaczął.
- Pewnie ani pomyślał ten tłum, iż znakomitego szlachcica miał tak blizko siebie - dumał Macarone - zresztą, nic nie słyszałem; nie znam nawet nazwiska mego młodego towarzysza; a jeżeli nieszczęście prześladować mię nie przestanie - to Conti, zamiast dwustu dublonów, chyba dwieście kijów wyliczyć mi każe.
Dumając jednak, Włoch z oczu Simona nie spuszczał.
Młodzieniec przeszedł przez całe miasto i zatrzymał się na końcu cyrkułu szlachty, przed wspaniałym gmachem.
- O-ho! - pomyślał Macarone - miałże-by-to być lokaj hrabiego de Castelmelhor?
Simon zastukał. Odźwierny otworzył mu; a na widok młodzieńca, śpiesznie zdjął tok i do ziemi się skłonił.
Przez otwartą bramę Padewczyk widział jak Simon postępował przez podwórzec, i jak masztalerze i służalce rodziny de Souza głowy przed nim odkrywali.
- Na mego patrona! - zawołał zdziwiony - Toć-to sam hrabia!
VI. Król Alfons.
Nazajutrz rano, młody hrabia de Castelmelhor i Simon de Vasconcellos udali się konno do zamku d'Alcantara, gdzie ich wuj, Henryk Moura Tellés margrabia de Saldanha, miał ich przedstawić królowi. Bracia przejeżdżali przez miasto, otoczeni tłumem dworzan. Lud kupił się na ich drodze; wszyscy mówili, iż już dawno nie widziano tak pięknych panów, i dwóch braci, tak zadziwiająco do siebie podobnych.
- To bliźnięta - ze wszech stron słyszéć się dało - dzieci starego hrabiego de Castelmelhor, który sam skazał się na wygnanie przez nienawiść ku przeklętym Anglikom. Daj Boże, ażeby dzieci wstąpiły w ślady ojca!
Na końcu przedmieścia d'Alcantara, orszak zatrzymać się musiał: przejazd tamowała jakaś lektyka bez herbów. Dworzanie ze świty hrabiego de Castelmelhor domagali się wolnego przejazdu, i podług zwyczaju, wymienili wszystkie nazwiska i tytuły swego pana.
Na to głos jakiś odpowiedział z głębi lektyki:
- Niech djabli porwą Castelmelhorów, Castelrealów i wszystkich hidalgów, którzy do swego nazwiska dodają nazwiska swych chałup!.. Bądźcie pewni, że lektyka moja ani na krok się nie usunie!.. Znam pewnego nędznika... nazywał się on Rodrique, zupełnie jak ten piękny brytan... którego podarował mi p. de Montaique, hrabia Sandwich... I cóż? teraz ten łotr tytułuje się księciem, hrabią, czy leź markizem... ale czort go wie jak on się nazywa... a! podobno de Castelrodrigo... Nie prawdaż to bardzo śmieszne!.. Nie ustąpię z drogi ani na włos!..
- Cóż to za uparty bałwan! - zawołał Simon de Vasconcellos. - Usuńcie na bok tę lektykę!
- Oho, co z tego to nic kotku nie będzie! - znowu ozwał się głos z lektyki. Kto się mnie dotknie, przekona się, że jestem bardzo ciężki; dla tego téż nie tak łatwo moją lektykę usunąć można... Ale! wracając do tego hrabiego... markiza... czy téż księcia Castelrodrigo - kazałem go deportować, ponieważ mi się nie podobało jego nazwisko...
Simon zeskoczył z konia i zbliżył się do drzwiczek lektyki.
- Szanowny panie - rzekł Vasconcellos - ktokolwiek jesteś nie ściągaj na siebie uporem swym nieprzyjemności. My chcemy przejechać, i przejedziemy natychmiast.
- Castro, szpady!.. Podaj mi pistolety Menezes! - ryknął głos, drżący od wściekłości - przysięgam na Wenerę i Bachusa! zabijemy tych zdrajców! Co za szkoda, że niema z nami naszego kochanego Conti z kilkunastą rycerzami firmamentu!. Lecz to wszystko jedno: naprzód! Drzwiczki roztworzyły się i wyszedł chwiejąc się, człowiek młody, blady, upadający na nogę. Młodzieniec ten natychmiast wystrzelił z obu pistoletów, które nikogo nie zraniły - i, rzucił się z obnażoną szpadą na świtę hrabiego de Castelmelhor.
- To król! To król! - zawołali jednocześnie Castro, Sebastian, Menezes i Jan Cabral de Barras, jeden ze cztérech piérwszych dworskich urzędników; wszyscy ci panowie wyskoczyli z lektyki za królem. I w samą porę się pojawili.
Simon wytrącił już z rąk króla szpadę, niewoląc go by błagał o przebaczenie.
Panowie i dworzanie królewscy rzucili się by podnieść Alfonsa; Simon smutnie zdziwiony widokiem nieszczęśliwego króla (idjoty), złożył na piersiach ręce i spuścił oczy. Castelmelhor natychmiast zeskoczył z konia i padł do nóg zwyciężonego.
- Niechaj Wasza Królewska Mość, skarżę mnie za przestępstwo mego brata! - zawołał Castelmelhor z udanym smutkiem, podając Alfonsowi swą szpadę.
- A więc ja nie umarłem, Cabralu? zapytał Alfons - Sebastjanie Menezes! będziesz wisiał mój przyjacielu, za to, żeś nie pobiegł po naszego nadwornego doktora!.. No, policzmy teraz nasze rany!..
- Wasza Królewska Mość, jak mi się zdaje, wcale ranionym nie jesteś - odrzekł Cabral de Barros.
- Tak mówisz?.. A ja sądziłem, że ten młody gbur przebił mię szpadą na wskroś... Ha! kiedy ranny nie jestem... tém lepiéj... Jedźmy do zamku d'Alcantara.
- Najjaśniejszy Panie!.. zaczął Castelmelhor.
- Czego chcesz?.. Czyś to ty nas rozbroił?
- Uchowaj Boże!
- Więc to twój brat? Jakże on się nazywa? Bo wy hidaldzy, książęcych nabieracie nawyknień; wam mało jednego nazwiska... To bardzo śmieszne!
- Nazywam się Don Simon de Vasconcellos y Souza - odpowiedział Simon poważnie.
- A cóż wam mówiłem? Otóż znowu taki, co sam jeden ma dwa nazwiska! To bardzo śmieszne!.. No! Don Simonie de Vasconcellos, etc. etc. etc., rozkazujemy ci nigdy nie pokazywać się nam na oczy... Odejdź!.. Co się tyczéé ciebie hrabio - dodał Alfons - zdaje się nam, iż jesteś dla nas z należytem uszanowaniem; przebaczamy ci, iż jesteś bratem tego nieuka, i poprosimy Conti'ego naszego ukochanego towarzysza, by się wami zajął... Czy lubisz walkę byków?
- Nad życie!
- Doprawdy!.. I my także!.. No hrabio, podobałeś się nam; siadaj więc na koń i jedź z nami.
Castelmelhor był posłusznym; nie śmiał nawet spojrzeć na brata, który powoli w przeciwną udał się stronę.
Simon tak myślał przez drogę.
- "Bądź ostrożnym" mówił mi ojciec; a ja w przeciągu dwóch dni, ściągnąłem na siebie nienawiść króla i jego faworyta; przemilczając już wreszcie ów spisek, na czele którego stanąłem tak nierozważnie. Żem obraził Contego, wcale tego nie żałuję; lecz króla... Ach! czyż mogłem przypuścić, iż Alfons do tego stopnia jest ograniczonym? Mogłem-że mniemać, iż między magnatami znajdą się ludzie tak podli, co-by mu pomagali w wykonywaniu podobnych czynów?... A mój brat?... Brat opuścił mię! Tem lepiej ostatnia wola mego ojca będzie spełnioną zupełnie: dla króla będę działał; a jeżeli tego będzie potrzeba, gotów jestem umrzéć za niego!
Pogrążony w takich myślach, młodszy Souza - w którym czytelnicy z łatwością zapewne poznali wczorajszego sukiennika, - wszedł pod sklepienie wysokich drzew, ocieniających prawy brzeg Tagu w górnéj części miasta. Zwolna rozkoszne myśli smutek jego rozpędziły: Simon widział się mężem Jnez'y de Cadaval swéj ślicznéj narzeczonéj, która wzajemnością jego miłość odpłacała.
- Przynajmniej téj słodkiéj nadziei nikt mi wydrzeć nie jest w stanie - marzył daléj Vasconcellos. Inez będzie mię wspierać, wtenczas, kiedy ja żyjąc w samotności, tajemnie będę pracował dla króla. Ona to zachęcać mię będzie w chwilach mego zwątpienia... Ona mię zrozumie, i jeżeli umrę, nie dokończywszy poczętego dzieła, ona tylko będzie wiedziéć, jak byłem szlachetnym, mężnym, ile się poświęcać umiałem! A gdy jéj powierzę tajemnicę swego życia, co to szkodzi, że inni pamięć o mnie oczerniać będą...
Tymczasem król popędził do zamku d'Alkantara, ciesząc się z zaszłego zdarzenia, które jak najprędzej rad był opowiedzieć ze wszystkiemi szczegółami swemu przyjacielowi Conti. [Szanowni czytelnicy mogą pomyśléć, iż tylko umyślnie przedstawiamy dziwny charakter Alfonsa VI. ze śmiesznéj strony; dla tego téż podajemy tu urywek z dziełka ówczasowego pod tytułem: Opisanie bezprawiów w r. 1668 na Portugalskim dworze wydarzonych. Dziełko to, któremu z wielu względów wierzyć można, wydrukowane było w Paryżu u Franciszka Cousier, w roku 1674. Oto są słowa książki: "Przejeżdżając wązką ulicą świętego Piotra d'Alfama, król spotkał karetę Marcina Correa de Sa, wice-hrabiego Asseca. Ponieważ król spieszył się bardzo, orszak więc jego rozkazał ludziom wice-hrabiego by się usunęli i lektykę przepuścili - a to w wyrazach tak obelżywych, iż ostatni ścierpieć tego nie mogli. Obie strony dobyły szpad i rzuciły się na siebie; bitwa doszła do tego stopnia, iż wice-hrabia widział się zmuszonym wysiąść z karety w celu dania pomocy swym ludziom; co także uczynił Franciszek Sequeira (szatny królewski) by dodać ducha królewskiej świcie. Król jedném słowem mógł przerwać bitwę; lecz nie chciał tego uczynić; co więcéj, wypadłszy z karety wraz z Conti'm, przyłożył pistolet do piersi rannego już wice-hrabiego, i nieochybnie byłby go zabił, gdyby pistolet nie spalił na panewce. Wice-hrabia skoro tylko poznał króla, spuścił natychmiast szpadę, a ukląkłszy prosił o przebaczenie; lecz ani poniżenie się magnata, ani téż jego niewiadomość, nie wstrzymała króla od zelżenia go jak najszkaradniejszemi wyrazy.Wszyscy byli zadziwieni, gdy ujrzeli, iż król wyjechał z tak nieliczną świtą, i że wśród dnia, w publiczném miejscu, chciał zabić magnata, który wraz z nim wychował się na dworze. Natenczas wszyscy naocznie przekonali się, że niebezpieczeństwo ogołowi zagraża; każdy téż lękać się zaczął o siebie...." Przypisek Autora].
Powróciwszy do domu, kazał zawołać, jak to zawsze robił kiedy był w dobrym humorze, swego psa Rodriga i brata don Pedra.
- Najjaśniejszy Panie - oznajmił krółowi kamerdyner - sekretarz przyboczny przyszedł po rozkazy Waszéj Królewskiéj Mości.
- Po rozkazy?... Rozkazuję mu, ażeby nigdy nie ważył się przychodzić do mnie w tym celu - odpowiedział Alfons. - Przekonasz się, hrabio - dodał król zwracając się do Castelmelhor'a - że Rodrigue jest śliczny pies. Chciałem go kiedyś zastrzelić, bo szkaradnie kulał.... a ja nienawidzę kulawych.... Lecz namyśliłem się, i chętniejbym teraz oddał Alentejo, niż się rozłączył z Rodrigiem. To moje dlań przywiązanie uczyniło Conti'ego bardzo zazdrosnym.
Castelmelhor kłaniał się i uśmiéchał; najlepszy-to sposób utrzymywania rozmowy z ludźmi gadatliwymi. Don Ludwik, wiedziony pewnym rodzajem instynktu, czuł, iż zyskuje przywiązanie króla; każdy niemal jego władcy wyraz, nieznaną mu jakąś wykrywał tajemnicę - a każda podobna tajemnica podawała mu nowe środki do zaskarbienia łask Alfonsa.
Król, wziąwszy hrabiego pod rękę, wszedł z nim do długiéj galerji, do prywatnych apartamentów wiodącéj.
- Przysięgam na mą duszę, hrabio! - zawołał nagle król - jeden z nas niezawodnie kuléć musi.
Castelmelhor poczerwieniał.
Król, w skutek nieszczęśliwego spadnięcia, o którém już wyżéj mówiliśmy, nie mógł zrobić ani kroku bez kołysania się na wszystkie strony.
Chwila więc ta bardzo była niebezpieczną dla niepewnego dworaka.
- Wasza Królewska Mość - odpowiedział Castelmelhor - dopiéro co wyrzec raczyłeś, iż nienawidzisz kulawych. Mogęż więc po podobném oświadczeniu przyznać się....
- Że kulejesz? Dziękuję ci za twą szczerość, mój przyjacielu. Bez wątpienia, że życie kulawego nie bardzo przyjemne.... No! lecz przecież wszyscy nie mogą być podobnymi do pięknego Narcyza; a wreszcie wyznam, iż jak na kulawego, dosyć jesteś zgrabnym.
Zaprawdę, litość brała, słysząc to chude, blade, wyniszczone suchotami dziecko, odzywające się podobnie do jednego z najpiękniejszych wówczas na dworze lizbońskim młodzieńców. Alfons sam siebie nie znał, a pochlebcy zdołali go przekonać, że on w fizycznym i moralnym względzie, jest ideałem człowieka.
Castelmelhor pospieszył ugiąć kolano przed tą mniemaną wyższością swojego monarchy.
- Piękność przystoi królowi - wyszeptał hrabia - i niegodnym byłoby czynem, zazdrościć królowi dobra, którem go od innych sama natura odróżniła.
- Panowie! - zawołał król, zwracając się do tłumu dworzan, czekających na niego u drzwi apartamentów - Wenera i Bachus są świadkami, że w tym oto, jednym kulawym więcéj jest rozumu, aniżeli w was wszystkich razem. Jeżeli mój kochany Conti nie każę go zamordować jeszcze w tym tygodniu, w takim razie nie bardzo może być pewnym swego miejsca.... Możesz pocałować naszą rękę, hrabio! Alfons ze szczególniejszą grzecznością uwolnił nowego pochlebcę.
Don Ludwik potrzebował ochłonąć z wzruszenia, dla tego téż spiesznie opuścił pokoje i udał się do ogrodu, by tam swobodniéj pomyśléć o nowém swojém stanowisku.
W jednéj z ulic ogrodu spostrzegł Conti'ego, patrzącego nań wzrokiem pełnym dumy i złości. Castelmelhor posiadał wrodzoną umiejętność dworskiego życia, zbliżył się więc śmiało do faworyta, a po grzecznym ukłonie, rzekł:
- Czy nie raczysz pan poświęcić mi chwil kilku, dając mi posłuchanie?
- Jeszcze nie teraz - sucho odparł Conti.
- I ja tak myślałem - mówił daléj Caslelmelhor, kłaniając się prawie do ziemi; lecz głos jego wzmocnił się i dźwięczał jakąś dumą - za godzinę czekać będę na Waszą Wysokość w ogrodzie, w miejscu, które mu się podoba wyznaczyć mi.
Conti, zdziwiony tą zmianą, bacznie spojrzał na młodego hrabiego; lecz ten dumnie wytrzymał to badawcze spojrzenie.
- A jeżeli nie podoba mi się naznaczyć panu téj schadzki - zapytał faworyt.
- Ha! to w takim razie o drugą prosić nie będę.
- Czy doprawdy?
- Przecież jestem starszy Souza.
- A oprócz tego hrabią Castelmelhor, wiem i o tém... Ja zaś jestem tylko biédnym hidalgą; lecz król mianował mnie kawalerem, następnie gubernatorem Algarwii i Prezydentem Rady Dwudziestu Cztérech.
- Rozkaz; małoletniego króla mogą być unieważnione przez królowę-rejentkę.
- Ona nie śmiała-by tego uczynić.
- Niéma co liczyć na słabość kobiéty, która zawładnęła tronem.... Lecz nas podglądają. Gdzież mam czekać na pana?
- W gaiku Apollina. Będę tam.
Castelmelhor ukłonił się i udał do królewskiego ogrodu.
- W jednym dniu pozyskał przyjaźń króla i faworyta! - szeptali zdziwieni dworzanie. - Niech djabli porwą! Ten parafianin daleko jest od nas zręczniejszym!
TOM PIERWSZY
I. Edykt.
W końcu maja 1662 roku, o drugiej godzinie po południu, świetny orszak wyjechał z ulicy Nowéj i udał się na wielki plac Lizboński. Byli to wszystko konni rycerze w szyszakach, przepysznemi ozdobionych piórami; konie ich harcowały z wielkiém niezadowoleniem mieszczan, cisnących się do muru i mruczących cóś, co zupełnie do błogosławieństw podobnym nie było.
Wcale to jednak nie trwożyło orszaku, który coraz daléj się posuwał. Nie zadługo téż z za węgła ulicy Nowéj, ostatni ukazał się rycerz. Trąby głośno zabrzmiały; a orszak uszykował się w około jakiegoś pięknéj postawy pana, który niedbale dotknąwszy ręką kapelusza, rozwinął pargamin, opatrzony herbową pieczęcią Braganckiego domu.
- Trębacze piekła! - wrzasnął tenże nieprzyjemnym głosem, tworzącym rażącą sprzeczność z jego pełną wdzięku jazdą - Czyż już wam w piersiach oddechu zabrakło? Trąbcie lepiéj, bo... klnę się na moich przodków, niepodległych władców Wintimilii, w pięknéj Italii leżącéj... że po powrocie wychłostać was każę.
Potém, do swoich towarzyszy się zwróciwszy, dodał:
- Czyż ci głupcy sądzą, że czytać będę królewskie postanowienie dla kilkudziesięciu przestraszonych osłów, których strach uszów pozbawił? Hola! trąbcie łajdaki! trąbcie dopóty, dopóki się cały plac mieszczaństwem nie zapełni.
- Dobrze powiedziano, segnor Conti de Vintimille! - kilkanaście krzyknęło głosów. - Trzeba szanować rozkazy Jego Królewskiej Mości don Alfonsa Braganckiego, króla Portugalii!
- I być posłusznym woli jego piórwszego ministra! - dodali niektórzy półgłosem.
Trąby zagrzmiały jeszcze głośniéj. Ze wszystkich ulic sąsiednich, tłum mieszczan na plac wylewać się począł; wkrótce téż życzenie Conti'ego literalnie się spełniło: na placu kołysało się morze ciemnych głów, ogolonych na przodzie, według zwyczaju ludu i rzemieślników Lizbońskich. Wszystkie te twarze ciekawość i trwogę wyrażały. Nowe bowiem w tym czasie postanowienie króla, ogłaszane przy odgłosie trąb przez jego ulubieńca segnora Conti, publiczną tylko klęskę zapowiadać mogło.
Grobowe milczenie panowało w tym tłumie, coraz bardziéj plac zalegającym. Żaden mieszczanin ust otworzyć nie śmiał; a ci, których tłum popchnął aż do koni rycerzy, spuszczali głowę i w ziemi oczy tkwili. W liczbie tych ostatnich, znajdował się zaledwie wyszły z dzieciństwa młodzieniec, w ubraniu sukiennego robotnika, ze szpadą u boku. Przypadkiem czy téż z własnéj woli, stał on około samego Conti, od którego jeden go tylko konny żołniérz oddzielał.
- Na mych przodków! - wrzasnął Conti do trębaczy, trąbić nieprzestających. - Czy nie zamilczycie, łajdaki?
Nieszczęśliwi trębacze, własną ogłuszeni muzyką, rozkazu tego nie słyszeli.
Conti poczerwieniał, spiął konia ostrogami, i rękojeścią szpady uderzył w twarz jednego z trębaczy. Krew trysnęła, trąby zamilkły; lecz głuche szepty krążyć w tłumie poczęły.
- Panowie! - rzekł Manuel Antunez, oficer królewskiéj straży - otóż-to żart doskonały... żart co się nazywa.
- Doskonały! doskonały! - odwtórzono chorem.
A trębacz tym czasem krew rękoma tamował; chwiał się na koniu; zdawało się, że omdleje. Młody sukiennik - o którym jużeśmy wspominali - okrążył orszak; a zbliżywszy się do niego, podał mu, na końcu swéj szpady, cienką płócienną chustkę, którą ranny porwał z chciwością. Rozwinąwszy ją, spostrzegł na rogu wyhaftowany herb; lecz chcąc czém predzéj płótno do rany przyłożyć, długo się herbowi nie przypatrywał; wejrzenie tylko, wdzięczności pełne, młodzieńcowi zasłał Młodzieniec spokojnie się oddalił i znowu obok Conli'ego stanął.
- Słuchajcie! słuchajcie! - krzyknęli dwaj koronni heroldowie.
Conti podniósł się na strzemionach i zwolna pargamin rozwinął; nim zaczął czytać, rzucił w około, na cały tłum, wejrzenie, pogardliwéj ironii pełne.
- Słuchajcie, mieszczanie, niegodziwcy, gbury! - powiedział z przesadą. - Wszystko to, klnę się na moich szlachetnych przodków - was się tylko tyczé: "W imieniu i z woli wielkiego i potężnego księcia Alfonsa, szóstego z imienia, króla Portugalii i Algarwii, po téj i po tamtéj stronie morza, w Afryce - władcy Gwinei i morskich zaborów; handlu w tjopii, Arabii, Persyi, Indjach i innych okolicach, odkrytych lub téż odkryć się mających - rozkazano i rozkazuje się:
"1. Wszystkim mieszkańcom Lizbony, nie zamykać drzwi po wydzwonieniu godziny na gaszenie ognia; a to dla tego, żeby żebracy, podróżni i pielgrzymi, mogli wszędzie o każdej porze znaleźć schronienie.
"2. Wszystkim rzeczonym mieszkańcom wspomnionego miasta, odmykać okiennice i podnosić żaluzje, któremi nocną porą zasłaniają się z zewnątrz okna; rzeczone bowiem okiennice i żaluzje są wynalazkami nieufności i dają do myślenia, jakoby w królewskiem mieście znajdowali się złodzieje i oszuści.
"Zakazano i zakazuje się:
"1 Wszystkim wyż-wymienionym mieszkańcom, zapalać latarnie nad drzwiami, jak to było dotąd w zwyczaju; a to w celu oszczędzenia kieski rzeczonych mieszczan, dziećmi króla będących.
"2. Wszystkim wyż-wymienionym, nosić pochodnie po mieście - począwszy od zmierzchu; jednak pozostawia się im wolność używania pochodni od wschodu aż do zachodu słońca.
"3. Nakoniec: wszystkim wyż-wymienionym mieszkańcom rzeczonego miasta Lizbony, zabrania się noszenia broni palnéj i ostrej; pozwalając jedynie, dla własnej obrony i osobistego bezpieczeństwa, nosić tylko szpady do pochew przymocowane.
"W dowód czego, wyż-wspomniony wielki i potężny książę Alfons, szósty z imienia, król Portugalii i Algarwii, po téj i po tamtéj stronie morza, w Afryce, etc... własnoręcznie podpisał niniejsze postanowienie, które, oprócz tego, opatrzone jest jego prywatną pieczęcią:
"Podpisano: JA KRÓL.
"Tym wszystkim co to słyszą: Niech was Bóg strzeże!"
Conti-Vintimille zamilkł. W tłumie ani jeden wyraz słyszéć się n
ie dał; lecz każdemu tajemne uczucie mówiło o głębokiém oburzeniu sąsiada. Obelga, zresztą, była wielka i nie do darowania. Szydzono publicznie z dawnych praw i z całego Portugalskiego narodu. Skoro Conti dał znak do odjazdu, tłum oddalił się z złowieszczą powolnością.
- Ah! - zawołał Conti z gniéwem - sądziłem, że te bałwany wiérżgać będą. Zobaczycie, że nie dadzą nam nawet sposobności zmierzenia ich pleców naszemi pochwami.
Zaledwie zdążył wyrzec te słowa, głowa jego konia trąciła o jakąś zawadę. Zawadą tą był młody sukiennik, który, pogrążony w głębokich rozmyślaniach, nie usunął się jak inni, aby zrobić miejsce orszakowi. Chytry uśmiéch przebiegł po ustach Conti'ego. - Ten zapłaci za wszystko - rzekł. I silnie młodzieńca płazem szpady uderzył.
- Doskonale trafiono! - powiedział Manuel Antunez, oficer królewskiéj straży.
- Mogę trafić jeszcze lepiéj! - odparł Conti z uśmiéchem, po drugi raz szpadę podnosząc.
Lecz tym czasem, gdy wyciągał rękę, młodzieniec rzucił się naprzód, i z szybkością błyskawicy obnażywszy szpadę, jedném silném uderzeniem téj-że zabił konia Conli'ego; po czém, uderzywszy samego faworyta w twarz, krzyknął:
- Oto masz, synu rzeźnika, od mieszkańców Lizbony!
Zdumieni rycerze osłupieli. A gdy Conti wstał, pieniąc się z wściekłości, młodzieniec już zniknął w tłumie: zapóźno ścigać-by go było.
- Umknął! - pomruknął Conti.
Potém, do orszaku się obróciwszy, dodał:
- Czy słyszeliście tego człowieka, panowie?
Wszyscy skłonili się w milczeniu.
- On powiedział: synu rzeźnika, nie prawdaż
- Segnor - odrzekł jeden z rycerzy - to bez-rozumna potwarz; wszyscy znamy twoje szlachetne pochodzenie.
- Najlepszy tego dowód jest, iż sam nieraz obłożyłem kijami jego znakomitego ojca - pomyślał Antunez.
Głośno zaś dodał:
- Segnor! lepiéj niż kto inny mogę zaświadczyć niegodziwość tego łgarstwa.
- Mniejsza o to! cały tłum i wy wszyscy to słyszeliście; a jeśli między wami lub w tłumie znajdzie się śmiałek, co-by chciał potwierdzić wyrazy tego żebrzącego włóczęgi, niech wystąpi ze mną do walki.
Orszak jeszcze raz się skłonił, a w tłumie nikt na wyzwanie nie odpowiedział Po tych bez-korzystnych przechwałkach. Conti siadł na konia jednego z rycerz i cały orszak plac opuścił; lecz przy skrócie na ulicę Nową, ulubieniec odwrócił się, a pięścią pogroziwszy, rzekł do swego niewidzialnego nieprzyjaciela:
- Schowaj się dobrze! gdyż, na zbawienie! postaram się ciebie odszukać.
- Nazywam się, jeśli Wasza Excellencja chcesz wiedziéć... Ascanio Macarone dell'Acquamonda... - jakiś głos mu do ucha poszepnął.
Conti śpiesznie się odwrócił.
Obok niego jechał żołniérz królewskiéj straży, który się lak pochylił, że dotykał czołem grzywy swego konia.
- A mnie co do twego nazwiska? - zapylał z ofuknieniem.
- Nazwisko to nosi poczciwy Padewski kawaler, prześladowany losem i...
- To warjat! - krzyknął Conti.
Orszak wyprzedzi! ich o kilka kroków.
Włoch wziął konia Conti'ego za cugle.
- Wasza Excellencja jesteś bardzo niecierpliwy - rzekł tenże - sadzę, że było-by Wam przyjemnie poznać nazwisko zuchwalca...
- Czy go znasz? - przerwa! Conti - pięćdziesiąt dukatów dam za to nazwisko!
- Pfe!... ofiarować piéniądze... mnie!
- Pięćdziesiąt pistoli...
- Wasza Excellencja krzywdzisz mnie. Kawalerowi Padewskiemu... pięćdziesiąt pistoli...
- Masz słuszność; mówisz, żeś jest szlachcicem: a więc sto dublonów!
- No! to lepiéj... Posłuchaj Wasza Excellencja: zdwój te summę... a zgoda!
- Dobrze! - rzekł pałający żądzą dowiedzenia się Conti - lecz mów prędzéj. Muszę wiedziéć to nazwisko.
- Wasza Excellencjo!...
- No cóż?
- Ja go nie wiem.
- Nędzniku! - zawołał faworyt - czyż, byś się ośmielił żartować ze mnie?
- Uchowaj Boże!... Chciałem tylko zabezpieczyć siebie i postępować melodycznie. Tak robią w Padwie, i robią słusznie. To uwalnia od sprzeczek... Teraz, całuję ręce Waszéj Excellencii i głoszę się najpoddanniejszym z Jego niewolników. Jutro nazwisko wiedziéć będę. Wasza Excellencja przygotuj pistole.
Po tych słowach, Włoch zniknął w bocznéj ulicy i na plac powrócił.
Conti dognał orszak i bardzo rozśmieszył Jego Królewską Mość don Alfonsa, skoro mu opowiedział zdziwienie ludu przy ogłoszeniu edyktu. Wcale jednak o sukienniku nie wspomniał.
Po odjeździe Conti'ego, tłum przez kilka chwil stał na placu, milcząc i nie poruszając się z miejsca. Każdy bojaźliwie poglądał na sąsiada: wszyscy bali się szpiegów Conti'ego. Nakoniec ze wszystkich stron dały się słyszéć te wyrazy, a wszystkie niemal usta jedno powtarzały:
- Dziś wieczór, w oberży Alcantara... Nie zapominajcie tylko hasła!
Nasz młody sukiennik, który nie schował się, a tylko znikł w tłumie - słyszał te wyrazy ze wszystkich stron na około siebie. Uważnie słuchał, sądząc, że jaki mniej ostróżny mieszczanin wymówi hasło. Lecz nadzieja go omyliła: wszyscy wzajemnie zachęcali się. żeby nie zapominać hasła; nikt jednak go nie wymówił.
Tymczasem, tłum powoli rozchodził się. Na placu pozostało tylko trzech ludzi: starzec, nazwiskiem Gaspar Orta Vaz, dziekan cechu Lizbońskich garbarzy; nasz znajomy, Ascanio Macarone dell'Acquamonda, Padewski kawaler; i młody sukiennik.
- Mój synu - tajemniczo rzekł mu starzec - dziś wieczór, w oberży Alcantara... Nie zapomnij hasła!
- Właśnie go zapomniałem - śmiało odrzekł młodzieniec.
- Zapomnieliśmy go, szanowny panie - dodał Macarone, zbliżając się do starca.
Starzec niedowierzająco spojrzał na sukiennika.
- Tak młody! - pomruknął.
- No! mój kochany panie? - powiedział Ascanio - to djabelskie hasło! mam go na języku.
- Pamiętam jeszcze ten czas - rzekł starzec, wskazując palcem na długi rapir i wytarty Padewczyka kapelusz, na którym błyszczała mała srébrna gwiazdka - pamiętam ten czas, kiedy w Lizbonie było hasło: "Szubienica dla szpiegów i zawadjaków..." Niech cię Bóg strzeże, mój panie! Tobie zaś, młodzieńcze, uczciwszego życzę rzemiosła.
I po tych słowach, starzec odszedł.
Na placu pozostał tylko młody sukiennik i dzielny Padewski kawaler.
Sukiennik skrzyżował rękę na piersiach; zdawało się, iż w głęboka wpadł zadumę.
Włoch śledził go oczyma; przemyśliwał, jakim-by sposobem mógł dostać czterysta pistoli.
Nareszcie tak go zagadnął:
- Mój młody panie, czyśmy się już z sobą gdzie nie spotykali?
- Nie.
- Coś nie bardzo rozmowny! - mruknął Padewczyk - lecz to nic nie szkodzi: wszyscy oni nazywają się albo Herman, albo Ruy, albo Vasco; wybiorę jedno z tych trzech... Jakto! więc się nigdzie nie widzieliśmy, segnor Herman?...
Sukiennik oddalił się, głowy nawet nie odwróciwszy.
- Złe imię wybrałem - pomyślał Macarone - trzeba było powiedziéć Ruy... Hola! segnor don Ruy!.. I teraz nie odpowiada?... A więc... don Vasco!... oho! trafiłem... zatrzymuje się.
Sukiennik w rzeczy saméj obejrzał się i mierzył nieznajomego spokojnym i dumnym wzrokiem.
- Wielką więc masz chęć wiedziéć imię moje - spytał.
- Chęć niepowściągnioną, mój młody przyjacielu.
- Obiecano ci zań zapłacić, nie prawdaż?
- Co znowu! Ascanio Macarone dell'Acquamonda... (tak się nazywani, mój młody panie) kawaler Padewski (bo rodziłem się w Padwie) ma serce szlachetne i worek dobrze nabity...
- Milcz! Nazywam się Simon.
- Śliczne imię! A nazwisko?
- Mówię ci, milcz... Odnieś to imię twemu Conti i powiédz mu, że mnie znajdzie bez poszukiwania... a wtedy pozna, ile jest warta ręka... Lizbońskiego mieszczanina! Do widzenia!
Włoch śledził go oczyma, aż póki nie skręcił na ulicę Calvaire, do arystokrtycznego wiodącą cyrkułu.
- Simon!... - mówił do siebie - Simon! Wypada z tego, że nie jest ani Vasco, ani Herman, ani Ruy. A byłbym sic założył że on Herman... Lecz cóż powiedziéć temu plebejuszowskiemu dorobkowiczowi Conti? Simon!... To dopiero połowa nazwiska... Po dobréj sprawie, należało-by mi się dwieście pistoli... lecz on się na to nie zgodzi... Ha! dziś wieczór stanę u drzwi oberży Alcantara. Będzie tam można zobaczyć wiele dobrych rzeczy - i stawiłbym mój sławny zamek dell'Acquamonda, przeciw jednemu marawedisowi [drobna miedziana moneta, w Hiszpanii i Portugalii używana.Przyp. tłom.], że tam spotkam tego pana Simon, który w téj chwili mój cały stanowi majątek.