Lowizm, czyli na szlaku po ulgę - Filip Cembala

Kup ebooka

47.90 zł
37.79 zł (38,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Osobna Osobo,

po­zwól, że tak się będę do Cie­bie zwra­cał.

Ten zwrot przy­szedł do mnie kilka lat temu, kiedy szu­ka­łem for­muły po­wi­tal­nej, któ­rej mógł­bym uży­wać w ko­mu­ni­ka­cji ze słu­cha­czo-oglą­da­czami to­wa­rzy­szą­cymi mi na szla­kach "soł­szial­mi­dyj­skich". Sta­ra­łem się unik­nąć formy do­myśl­nej (mę­skiej), draż­nił mnie zwrot "hej, ko­chani" (nie moje) i czu­łem, że musi być coś, co po­mie­ści nas wszyst­kich. I tak oto "uro­dziła się" OSOBNA OSOBA. Dla­czego osobna? Bo to pach­nie mi pasz­por­tem do osob­nych ko­lo­rów, in­dy­wi­du­al­nych hi­sto­rii, zu­peł­nie osob­nych po­trzeb, rów­no­cze­śnie zry­mo­wa­nych we wspól­nym mia­now­niku pod ty­tu­łem: "Lo­wizm".

No wła­śnie... LO­WIZM. Czy od niego wszystko się za­częło? Nie. Wszystko za­częło się znacz­nie wcze­śniej - ale od LO­WI­ZMU wszystko za­częło się raz jesz­cze, za­częło się lep­sze, praw­dziw­sze, a przede wszyst­kim od­waż­niej­sze. I o tym Ci opo­wiem.

Już te­raz za­pra­szam Cię do po­dróży "szla­kiem po ulgę", któ­rej to prze­cież wszyst­kim nam chwi­lami bra­kuje.

Do­bra, za­ry­zy­kuję stwier­dze­nie, że bra­kuje nam jej cią­gle.

Do­sta­li­śmy w pre­zen­cie czasy szcze­gólne. Ja, uro­dzony w dru­giej po­ło­wie lat osiem­dzie­sią­tych, wy­cho­wany na wsi, pa­mię­tam świat pach­nący bez­pie­czeń­stwem, sko­szoną trawą, mle­kiem, po które cho­dzi­łem do są­siada, spo­ko­jem, za­bawą i (uwaga, wer­ble) nudą. Pa­mię­tasz, kiedy się ostat­nio, Osobo, nu­dzi­łaś? Dzi­siaj nuda brzmi jak to­war luk­su­sowy, jak marka pre­mium. No do­bra, w tam­tym świe­cie się uro­dzi­łem, mru­gną­łem trzy razy, skoń­czy­łem kilka szkół, dwa razy ob­la­łem eg­za­min na prawko i tak oto mamy 2024 rok - świat in­ter­netu, wy­bo­rów, w któ­rych co­dzien­nie to­niemy, pędu i co naj­waż­niej­sze, MI­STRZÓW ŚWIATA w dzie­dzi­nie KAŻ­DEJ.

Ku­szą­cych nas wła­sną au­tor­ską i je­dyną słuszną re­ceptą na szczę­ście.

I tak so­bie cho­dzimy po tej pla­ne­cie z mapą, na któ­rej na­pi­sane jest: "radź so­bie". Pod­krę­camy tempo, w uszach brzmią nam wszech­obecne, wy­krzy­ki­wane zda­nia: "zo­stań naj­lep­szą wer­sją sie­bie!", więc wy­ta­pe­to­wani re­cep­tami od róż­nych, mniej lub bar­dziej kom­pe­tent­nych spe­cja­li­stów pró­bu­jemy tań­czyć tę cho­re­ogra­fię "ob­rotu spraw" naj­le­piej, jak po­tra­fimy. A ja Ci po­wiem tak: cza­sami, ni chuja, nie po­tra­fię jej tań­czyć. I mo­ment, w któ­rym to względ­nie za­ak­cep­to­wa­łem, oka­zał się w moim ży­ciu punk­tem zwrot­nym. To wła­śnie wtedy zre­wi­do­wa­łem swoje ma­rze­nia i uświa­do­mi­łem so­bie, a może bar­dziej po­czu­łem, że de­spe­racko po­trze­buję cen­TY­me­tra ulgi, ma­łego łyku uko­je­nia, za­pa­chu luzu, więc za­czą­łem szu­kać "mi­strza, co mi rękę poda i po­wie: od­pocz­nij, mo­żesz".

Spo­iler alert: nie zna­la­złem.

Choć lu­dzi zmie­nia­ją­cych (no­men omen) bieg mo­jego ży­cia nie bra­ko­wało - opo­wiem Ci o nich na dal­szych eta­pach na­szej po­dróży - zro­zu­mia­łem, że je­dy­nym ad­re­sem, pod któ­rym mogę zna­leźć uko­je­nie, jest moja Osobna Osoba.

Co ozna­cza, że chyba mamy pierw­szą, nie­śmiałą od­po­wiedź na py­ta­nie, u kogo szu­kać "Two­jego pasz­portu do ulgi".

Dla­czego tak czuję?

Kilka lat temu "uro­dzi­łem" utwór ko­meTY z de­dy­ka­cją dla wraż­liw­ców. Trak­tuje on o ba­ta­lii, jaką my, wraż­liwcy, to­czymy na co dzień z kry­ty­kiem we­wnętrz­nym. Śpie­wa­jąc ten utwór, przy­glą­da­jąc się dia­lo­gom i ne­go­cja­cjom, które pro­wa­dzi­łem ze swoim kry­ty­kiem przez lata, uświa­do­mi­łem so­bie, że jego nar­ra­cja nie jest moja, nie jest mną i co naj­waż­niej­sze - nie jest praw­dziwa. On oczy­wi­ście zo­stał mi dany po coś, może na­wet chce mnie chro­nić, ale jego na­rzę­dzia są nie­do­pusz­czalne.

"Wy­ho­do­wa­łem w so­bie zwie­rza, se­kun­danta, de­cy­denta, re­cen­zenta" - śpie­wam i wiem, że skoro to ja go kar­mi­łem wiarą w te bzdury, któ­rymi mnie na mój te­mat in­fe­ko­wał, to rów­nież ja mogę zde­cy­do­wać o zmia­nie karmy.

Czy na tym skoń­czyły się moje małe eu­reki? Nie. Da­lej robi się tylko cie­ka­wiej. Znasz ten mo­ment, kiedy się orien­tu­jesz, że nie­spo­strze­że­nie znowu star­tu­jesz w ja­kimś nie­wi­dzial­nym wy­ścigu w swo­jej gło­wie?

O uzna­nie szefa, part­nera, part­nerki. O awans.

O randkę ze świa­tem "w za­uwa­że­niu".

Wiesz, kto jest ju­ro­rem? Wiesz, kto jest władny do prze­rwa­nia tego wy­ścigu?

Wiem, że wiesz. Tylko Ty. I ja­sne, zdaję so­bie sprawę, że faj­nie się to czyta w okrą­głych, kwie­ci­stych i wie­lo­krot­nie zło­żo­nych zda­niach, ale pew­nie na­suwa Ci się py­ta­nie: "jak to, do cho­lery, zro­bić i czy ty, osobo cem­bal­ska, to aby po­tra­fisz, skoro się tak mą­dru­jesz?".

"Nie" - od­po­wia­dam. To zna­czy, bywa, że umiem, ale zda­rza się, że kiedy ży­cie przy­cho­dzi do mnie z nie­za­po­wie­dzianą kart­kówką - ob­le­wam.

Ale wiesz, co się zmie­niło w tej wy­ści­go­wej za­ba­wie ostat­nimi czasy?

To, że gram w swo­jej dru­ży­nie, je­stem swoim "czir­li­der­kiem", już się nie za­pier­da­lam w gło­wie, kiedy się prze­wrócę, tylko sta­ram się być pierw­szą wy­cią­gniętą w swoim kie­runku po­mocną ręką.

Raz się udaje, raz nie... Ale czy to aby nie o tym jest ży­cie?

Chyba o tym - tak so­bie my­ślę.

Mu­szę Ci się zwie­rzyć, że pi­sząc tę książkę, co ja­kiś czas się za­trzy­muję i spraw­dzam, czy nie robi się men­tor­sko. We­ry­fi­kuję to dla­tego, że ja nie mam i nie za­mie­rzam mieć pasz­portu do ra­cji, ja so­bie po pro­stu "gło­śno czuję" i sta­ram się "sej­wo­wać" oraz ce­men­to­wać te mo­menty, które przy­no­szą mi ulgę i uko­je­nie - i do nich Cię za­pra­szać, ale nie w cha­rak­te­rze ucznia, ra­czej go­ścia, który wpada na kawkę za­sta­no­wić się i po­czuć, czy ta pa­rzona przeze mnie mu sma­kuje, czy może to jed­nak nie jego arom­taTY.

Ko­lejne "zwie­rze­nie tajm". (Tyle mam tych "sło­wo­try­sków" no­wo­mowy, że ła­twiej by­łoby wziąć całą tę książkę w cu­dzy­słów albo ja­kiś inny "wła­sny­słów". Wie­rzę, że ten styl opo­wie­ści Cię za­prosi).

Mo­ment roz­po­czę­cia pi­sa­nia tej książki prze­cią­ga­łem nie­mi­ło­sier­nie - do tego stop­nia, że mógł­bym wy­star­to­wać w olim­pia­dzie w ka­te­go­rii "gim­na­styka ar­ty­styczna mo­men­tów - roz­cią­ga­nie w cza­sie" i zdo­był­bym nie­po­bite przez ko­lejne de­kady ZŁOTO.

Czy ten stan rze­czy wpra­wił mnie w zdzi­wie­nie? A skądże! Wszak znam swoją Osobną Osobę od dawna i wiem, że sły­nie z wy­szu­ki­wa­nia "nie­od­po­wied­nich do startu mo­men­tów", a na bierz­mo­wa­niu po­wi­nie­nem był wziąć so­bie imię "pro­kra­sty­na­cJA".

Skoro nie ze zdzi­wie­niem tań­czy­łem to sza­lone "paso do­ble nie­wy­star­to­wa­nia", to z czym? Z za­sta­no­wie­niem: dla­czego ża­den mo­ment na roz­po­czę­cie tej mo­jej z Tobą po­dróży nie jest do­bry, skoro się cie­szę na to jak dziecko na zwol­nie­nie ze szkoły w dniu, w któ­rym ma trzy spraw­dziany?

Bo mi za­leży.

Za­leży mi, żeby było szcze­rze, tre­ści­wie, bez "od­klejki" i żeby pach­niało ulgą. (Gdzie bę­dziemy jej szu­kać? W sa­mo­roz­grze­sze­niu, sa­mo­przy­tu­le­niu, sa­mo­sie­bie­zau­wa­że­niu).

To dla­czego, skoro mi za­leży, cią­gle od­kła­dam mo­ment od­cu­mo­wa­nia tego statku i za­bra­nia nas na Mo­rza Gdy­bań­skie i Oce­any Dy­gre­sji?

Bo przy­pa­łę­tała się w tym te­ma­cie moja dawna zna­joma - pre­sja. Wpa­dła wraz ze swoją ko­chanką nie­wy­star­czal­no­ścią i mó­wią: "rób kawę, a my Ci wy­ja­śnimy, dla­czego nie po­wi­nie­neś pi­sać tej książki". Są­dząc jed­nak po obec­no­ści przed­miotu z pa­pieru w Two­ich dło­niach albo dźwięku mo­jego głosu w Two­ich uszach - nie udało im się i chyba mimo wszystko na­pi­sa­łem. (Ale skoro już się po­ja­wiły, po­zwól, że to im przyj­rzymy się w pierw­szych roz­dzia­łach tej książki).

Stało się, pi­szę, pły­niemy i tak oto za­ha­czamy o pierw­szy Ocean Dy­gre­sji, która brzmi: czy nie by­łoby do­brze, za­nim za­czniemy nur­ko­wać po ra­fach do­my­słów i ana­lizy ży­cia, przed­sta­wić się?

Sprawdźmy ten sce­na­riusz.

Je­stem Fi­li­pem Cem­balą, Osobną Osobą (to jest aku­rat na­sza ce­cha wspólna, moja i Twoja), i we wszyst­kim, czym się zaj­muję - po­szu­ki­wa­czem ulgi.

Czło­wie­kiem z krwi i ko­ści, i wąt­pli­wo­ści.

Z za­wodu: ak­to­rem i wo­ka­li­stą. Nie ża­łuję tych wy­bo­rów. A czy te za­wody mnie aby cza­sami nie za­wo­dziły? Bar­dzo czę­sto, ale o tym po­roz­ma­wiamy so­bie w dal­szej czę­ści tej po­dróży sło­wami prawdy wie­dzio­nej.

Ja­kiś czas temu do­wie­dzia­łem się, że mno­gość mo­ich dzia­łań za­wo­do­wych unie­moż­liwi mi sym­pa­tię al­go­ryt­mów in­ter­ne­to­wych, które po­dobno pro­mują tych "okre­ślo­nych w jed­nym kie­runku". Nie ukry­wam, że wraz z tym wy­klu­cze­niem przy­szedł bunt. Bo niby dla­czego mamy się okre­ślać? Za­my­kać w jed­nej cia­snej de­fi­ni­cji tylko dla­tego, że ja­kiś al­go­rytm so­bie z tym nie po­ra­dzi. Za­pro­po­no­wa­łem mu więc, żeby po­ca­ło­wał mnie w tę część ciała, w któ­rej od ja­kie­goś czasu prze­cho­wuję na­rzu­cane mi roz­wią­za­nia, pę­ta­jące i ogra­ni­cza­jące normy spo­łeczne oraz inne głosy, które każą mi się zde­cy­do­wać.

Z tej oka­zji na­wet przy­szły do mnie ta­kie słowa, które de­dy­kuję i To­bie, i so­bie, je­śli po­zwo­lisz:

Nie ka­struj się z po­ten­cja­łów tylko dla­tego, że ktoś nie po­trafi ich zmie­ścić w szu­fla­dzie z na­pi­sem "ro­zu­miem".

Za­nim po­wiem Ci, co przed nami w tej po­dróży, wy­znam Ci, co Cię tu­taj nie czeka na pewno:

- Nie za­pro­szę Cię do okre­śla­nia sie­bie i ubie­ra­nia się w jedno słowo czy zda­nie. Ani razu nie otrzemy się o po­win­no­ści i inne "nie­wy­pa­da­nie".

- Nie sta­niesz się w moim to­wa­rzy­stwie NAJ­LEP­SZĄ WER­SJĄ SIE­BIE, ale może uda nam się w tej po­dróży uwie­rzyć, że o wiele le­piej jest być SOBĄ.

- Nie znaj­dziesz tu żad­nej re­cepty na udane ży­cie w trzech kro­kach. Ale je­śli zde­cy­du­jesz się mi za­ufać i po­sta­wić te "trzy kroki na szlaku po ulgę", to ist­nieje spora szansa, że się o nią otrzeMY. Tego nam bar­dzo ży­czę.

Mam dla Cie­bie ko­stium z "po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa" - i w drogę.

Je­śli czu­jesz, że "ry­mu­jesz się" z tym wdzian­kiem, to wkła­daj je na sie­bie i pły­niemy. Por­tem do­ce­lo­wym jest Wy­spa Bez­złudna Spo­kój.

Czy do­pły­niemy? Pew­nie wie­lo­krot­nie, ale ko­lejny spo­iler alert jest taki, że "ży­cie za­wiera lo­ko­wa­nie błę­dów i nie roz­daje wiz sta­łego za­miesz­ka­nia w spo­koju".

Czy to źle, czy do­brze...? Te od­po­wie­dzi spró­bu­jemy zna­leźć ra­zem.

Za­nim jed­nak za­cu­mu­jemy w roz­dziale pierw­szym, prze­proś się, pro­szę, za wszyst­kie sa­mo­sądy, któ­rych na so­bie, droga Osobo, ostat­nio do­ko­na­łaś, i z otwar­tym na sie­bie ser­cem płyń po swoje małe ulgi... Uznaj wszyst­kie swoje ko­lory, bo czy­nią Cię ab­so­lutną wy­jąt­ko­wo­ścią, a je­śli ktoś so­bie z nimi nie ra­dzi, to naj­pew­niej nie za­pro­sił jesz­cze wła­snych ko­lo­rów na po­kład.

To co? Wi­dzimy się na szlaku?

Jak czę­sto zda­rza Ci się po­my­śleć, Osobo naj­droż­sza, że to, co naj­lep­sze, już za Tobą?

Albo że mo­ment na za­wal­cze­nie o sie­bie, o swoją mi­łość, o swoje ma­rze­nia, o ży­cie, ja­kim chcesz żyć, już dawno od­je­chał po­cią­giem, po któ­rym w po­wie­trzu uło­żył się z kłę­bów dymu hi­sto­rii na­pis: "STARE DZIEJE".

Czę­sto? Cza­sem?

Znam te my­śli, które jak klu­cze nie­pro­szo­nych ka­czek for­mują się w prze­ko­na­nia, wąt­pli­wo­ści i lęki, na­stęp­nie wla­tują pro­sto w to miej­sce w To­bie, które jest kru­che, de­li­katne i czę­sto nie­pewne swo­jego "za­słu­gi­wa­nia" na zmianę za­wia­dowcy w "ko­lei rze­czy" i prawa do przy­zna­nia so­bie de­cy­zji, czy za­grać o sie­bie w "grze w ży­cie", czy od­dać roz­grywkę wal­ko­we­rem i na­kar­mić się prze­ko­na­niem, że jest to już tylko pieśń prze­szło­ści.

Je­śli do­piero się po­zna­jemy, bo jesz­cze, naj­mil­sza Osobo, nie by­łaś do tej pory czę­ścią wspa­nia­łej dru­żyny lo­wi­zmu na roz­licz­nych po­ła­ciach soł­szial­mi­dyj­skich, to po pierw­sze, wiedz, że je­steś tam naj­mi­lej wi­dziana, a po dru­gie, na ko­lej­nych stro­nach tej po­dróży do­wiesz się, że mam dość oso­bliwy sto­su­nek do wieku, mia­no­wi­cie - nie ist­nieje dla mnie coś ta­kiego jak "pewny wiek"!

Wiesz, ten z po­wie­dze­nia, że "w pew­nym wieku już nie wy­pada". (A pro­pos "wy­pada/nie wy­pada" - na ten te­mat też bę­dzie roz­dzia­lik).

Można wiek ubrać w wiele rze­czow­ni­ków - ta­kich jak doj­rza­łość, sa­mo­sta­no­wie­nie, spraw­czość - ale zde­cy­do­wa­nie nie pa­suje mu ubie­ra­nie go w cy­fry. To jak za cia­sne ubranko, szyte na nie swoją miarę, z ogra­ni­cza­ją­cych prze­ko­nań, w któ­rym zmie­rzasz pro­sto do "smut­nego miej­sca", ja­kim jest... roz­cza­ro­wa­nie.

Roz­cza­ro­wa­nia - oj, znamy się do­brze z tymi sy­tu­acyj­kami, mam na­wet po­czu­cie, że przez lata by­łem po­sia­da­czem "karty sta­łego by­walca".

Gdy dzi­siaj pa­trzę na tam­ten czas z nieco in­nej per­spek­tywy, przy­cho­dzi do mnie wra­że­nie, któ­remu nie mogę i nie chcę się opie­rać, że tro­chę sam sie­bie za rączkę do tych roz­cza­ro­wań pro­wa­dzi­łem, od­da­jąc mi­kro­fon swo­jej we­wnątrz­o­so­bo­wej roz­gło­śni - nar­ra­cji ro­man­tycz­nego wy­cze­ki­wa­nia na "złote za­pro­sze­nie" do osią­gnięć.

Już roz­wi­jam tę myśl.

Jako dziecko wy­cho­wane na baj­kach Di­sneya, ko­me­diach ro­man­tycz­nych i spo­ra­dycz­nie fil­mach sen­sa­cyj­nych po­zwo­li­łem się za­in­fe­ko­wać wiarą "w na­le­żące się każ­demu do­bre za­koń­cze­nie, które jest dzie­łem... przy­padku".

Tak więc la­tami wy­cze­ki­wa­łem, aż na wi­downi jed­nego z te­atrów, w któ­rych gra­łem i śpie­wa­łem, po­jawi się pro­du­cent fil­mowy lub mu­zyczny i po­wie: "Tak, to jest to! To jego szu­kamy i oto zna­leź­li­śmy. Da­waj do nas, od te­raz już tylko twórz i kreuj, a całą resztą zaj­miemy się my", a w tle grała mu­zyka ro­dem wła­śnie z fil­mów Di­sneya.

Brzmi prze­faj­nie i prze­nie­re­al­nie. Wiesz, ile ja, bę­dąc od 2005 roku czę­ścią za­wo­do­wej spo­łecz­no­ści ar­ty­stycz­nej, znam tego typu sce­na­riu­szy, które ucie­le­śniły się w re­al­nym ży­ciu? Zero.

To chyba nie za wiele, a na pewno nie­wy­star­cza­jąco wiele, żeby la­tami cze­kać i wy­glą­dać ko­goś, kto bę­dzie miał pi­lota do mo­ich ma­rzeń i po­wie: "Już, te­raz ty".

Dzi­siaj wiem, z czego to wy­ni­kało. Ty za­pewne też to wiesz. Z ab­so­lut­nie wą­tłego, kru­chego, wy­stra­szo­nego i po­tur­bo­wa­nego po­czu­cia wła­snej war­to­ści. Do głowy by mi nie przy­szło, że ja sam mogę zde­cy­do­wać, że je­stem wy­star­cza­jący, by za­wal­czyć o swoje miej­sce i au­tor­ską sce­niczną wy­po­wiedź.

Od­wagi star­czyło mi więc na scho­wa­nie się za po­sta­cią i ży­cie ży­ciem ak­tora, który urzą­dził so­bie miesz­kanko "w kom­pro­mi­sie ze sobą". Cią­gle nie by­łem na swo­ich za­sa­dach i nie pi­łem na­po­jów wy­ci­ska­nych z sa­tys­fak­cji i wol­no­ści, ale też nie po­no­si­łem cię­ża­rów od­po­wie­dzial­no­ści za wła­sną wy­po­wiedź, wszak odziany w ko­stium wy­po­wia­da­łem nie swoje słowa. Coś za coś. I wiesz, la­tami so­bie to wy­rzu­ca­łem, za­pra­sza­łem się do tańca, jako że po­czu­cie rytmu mam nie naj­gor­sze, a jesz­cze lep­sze po­czu­cie winy, i tań­co­wa­łem ze swoim roz­cza­ro­wa­niem do utraty sił.

Dzi­siaj miesz­kam w sa­mo­roz­grze­sze­niu, do któ­rego bar­dzo, ale to bar­dzo chcę za­pro­sić Cie­bie. Bo to, że pięt­na­ście, trzy­dzie­ści, pięć­dzie­siąt lat temu o coś, Osobo, nie za­wal­czy­łaś albo prze­sta­łaś wal­czyć, świad­czy tylko o tym, że nie mia­łaś ku temu na­rzę­dzi, wspar­cia i prze­ko­na­nia, że dasz radę. Dla­tego, pro­szę, OD­PIER­DOL SIĘ OD SIE­BIE.

To za­wsze jest do­bry pierw­szy krok na szlaku po ulgę. U mnie się spraw­dził.

Dla­tego je­żeli je­steś Osobą z "Za­ko­pa­nego ma­rze­nia", czyli taką, która urzą­dziła się w zgo­dzie na "było, mi­nęło, mój po­ciąg od­je­chał" - bar­dzo pro­szę, zdej­mij z sie­bie to zu­peł­nie nie­po­trzebne za­ło­że­nie.

Czę­sto czu­jesz, że nie przy­sta­jesz? Że je­steś w cią­głym nie­zro­zu­mie­niu? Że nie wpi­su­jesz się w sys­tem? Bar­dzo do­brze, bo ty je­steś od roz­wa­la­nia sys­temu, a nie wpa­so­wy­wa­nia się w niego.

Czy ostat­nie zda­nie jest kli­szą? Ja­sne, spójrz na sie­bie przez tę kli­szę, kli­szę speł­nie­nia, któ­rym niech bę­dzie samo zro­bie­nie kroku.

Czy sześć­dzie­się­cio­letni ko­bieta lub męż­czy­zna, któ­rzy całe ży­cie ma­rzyli o śpie­wa­niu, ale ktoś wmó­wił im, że to nie może być ich droga za­wo­dowa, bo to nie­pewny chleb, albo inny głos z dupy na eta­pie szkoły pod­sta­wo­wej po­wie­dział im, że "wyją jak krowa", nie mogą za­cząć śpie­wać dzi­siaj? Mogą.

Tyci Oce­anik Dy­gre­sji

Pra­co­wa­łem ja­kiś czas temu na warsz­ta­tach wo­kal­nych z bar­dzo faj­nie śpie­wa­jącą dziew­czyną, która przez pierw­sze kilka dni za­jęć na­wet nie chciała dać próbki głosu, co usza­no­wa­łem, zna­jąc kru­chość ma­te­rii, jaką jest wraż­liwa, nie­pewna sie­bie du­sza. Sam do­świad­czy­łem prze­mocy od jed­nego z na­uczy­cieli pro­wa­dzą­cych mnie w mo­jej edu­ka­cji wo­kal­nej - prze­mocy na tyle sku­tecz­nej, że przez kilka lat nie­na­wi­dzi­łem swo­jego głosu. Na szczę­ście chwilę po uwol­nie­niu się od niego i jego prze­mo­co­wych me­tod tra­fi­łem do cu­dow­nych lu­dzi, któ­rzy po­mo­gli mi się po­skła­dać i emo­cjo­nal­nie, i wo­kal­nie.

Ma­jąc to do­świad­cze­nie, ro­zu­mia­łem, że jako na­uczy­ciel śpiewu mogę jed­nym zda­niem albo na za­wsze po­ła­mać czy­jeś li­che skrzy­dełka wiary w sie­bie, albo dmuch­nąć w ża­gle naj­pięk­niej, jak po­tra­fię, i dać na­pęd na ko­lejne lata pracy i bu­do­wa­nia wła­snej toż­sa­mo­ści ar­ty­stycz­nej.

Tak więc je­dyne, co po­wie­dzia­łem wtedy tej dziew­czy­nie, to żeby za­śpie­wała, kiedy po­czuje się na to go­towa, i że to moją rolą jest zbu­do­wa­nie jej ku temu wa­run­ków. Mó­wiąc tak, oczy­wi­ście zo­sta­wi­łem jej też otwartą furtkę do nie­zaś­pie­wa­nia w ogóle. Go­to­wość przy­szła na­stęp­nego dnia. Za­śpie­wała. Bar­dzo faj­nie za­śpie­wała. Za­sy­pu­jąc ją sło­wami uzna­nia dla jej od­wagi i ta­lentu, za­py­ta­łem, kto za­siał w niej wąt­pli­wo­ści na te­mat jej głosu. Od­po­wie­działa, że cho­dzi do szkoły mu­zycz­nej, w któ­rej pani od chóru po­in­for­mo­wała ją, że "wyje jak krowa i le­piej, żeby się za­mknęła".

Pę­kło mi serce.

To­tal­nie nie ma we mnie zro­zu­mie­nia i zgody na to, żeby na­uczy­cie­lem zo­sta­wał ktoś, komu nie wy­szło w in­nej dzie­dzi­nie za­wo­do­wej, i mó­wię tu głów­nie o szko­łach ar­ty­stycz­nych.

Sam je­stem sy­nem na­uczy­cielki i mam naj­więk­sze uzna­nie dla wszyst­kich uczci­wych, peł­nych pa­sji i za­pału pe­da­go­gów. To bar­dzo nie­do­ce­niona fi­nan­sowo grupa lu­dzi, dźwi­ga­ją­cych ogromną od­po­wie­dzial­ność - to ja­sne. Ale je­żeli ktoś się de­cy­duje na ten za­wód i w tej de­cy­zji trwa, przez co zy­skuje do­stęp do mło­dych, wraż­li­wych kon­struk­tów ludz­kich, wi­nien jest im za­opie­ko­wa­nie i roz­wój w kom­for­to­wych wa­run­kach, a nie znę­ca­nie się i szu­ka­nie tym sa­mym wiel­ko­ści w swo­jej pod­la­nej sprzy­ja­ją­cymi oko­licz­no­ściami do prze­mocy ma­ło­ści.

Dziew­czyna, o któ­rej Ci te­raz opo­wia­dam, prze­pięk­nie się roz­wi­nęła pod­czas tam­tych warsz­ta­tów, a gdy spo­tka­łem ją rok póź­niej w tym sa­mym miej­scu, prze­cie­ra­łem oczy ze zdu­mie­nia, pa­trząc, jak roz­wa­lała sys­tem (nie wpi­su­jąc się w niego), ro­biąc im­pro­wi­zo­wany, trzy­dzie­sto­mi­nu­towy stand-up, a każ­dym po­rem jej ciała krzy­czała wspa­niała pew­ność sie­bie.

Ko­niec dy­gre­sji, wra­camy do Cie­bie.

Wiesz, my­ślę so­bie, że to, co bar­dzo nie służy ma­rze­niom, to do­kle­ja­nie im na siłę do pary "ocze­ki­wa­nych re­zul­ta­tów". To je za­bija.

W tej pu­łapce też by­wa­łem i za­pewne co ja­kiś czas jesz­cze by­wam. Ale spójrz na to w ten spo­sób: je­żeli Twoim ma­rze­niem było zo­stać ma­larką albo ma­la­rzem, a je­steś na eme­ry­tu­rze po ca­łym ży­ciu wy­li­cza­nia lu­dziom wy­płat w dziale kadr, to co Ci szko­dzi ku­pić szta­lugi i za­pi­sać się na kurs ma­lar­stwa? Kiedy, je­śli nie te­raz? Prze­cież już od­da­łaś, Osobo, swoje lata cięż­kiej pracy na rzecz spo­łe­czeń­stwa, więc te­raz za­miast wkra­czać na ko­ry­tarz wio­dący do za­po­mnie­nia, roz­wal sys­tem na swo­ich za­sa­dach. Ma­luj. Nie szan­ta­żuj się po­trzebą wy­stawy czy sprze­daży tych dzieł, twórz. Ten pro­ces Cię uskrzy­dli, obie­cuję Ci to.

A może Twoim ma­rze­niem było po­biec w wy­ścigu? Wyjdź z domu i za­cznij tre­no­wać, bie­gnij. Do­kąd? Naj­le­piej po sie­bie.

Ak­tor­stwo Cię wo­łało, ale wy­grał prag­ma­tyzm? Ejże, za­kła­daj so­bie pro­file na po­ła­ciach ziemi soł­szial­mi­dyj­skiej i wy­ży­waj się tam.

Wiesz, ile lat nikt mnie nie za­pro­sił na ca­sting do ja­kie­go­kol­wiek se­rialu?

Jak bar­dzo tę­sk­ni­łem do wy­ży­cia się na ekra­nie?

Dzi­siaj wszy­scy mamy ekrany, więc do­ko­na­łem sa­mo­za­trud­nie­nia i po­mię­dzy szcze­rymi mo­no­lo­gami, peł­nymi kru­cho­ści i wąt­pli­wo­ści, wrzu­cam cza­sem im­pro­wi­zo­wane sceny, a za ja­kiś czas za­mie­rzam na­pi­sać so­bie se­rial i za­pro­sić waż­nych dla mnie lu­dzi, któ­rych ta­lenty ni­gdy nie do­stały szansy, do wspól­nego pro­jektu. Więc je­żeli czu­jesz, że jak­kol­wiek otrzesz się o re­ali­za­cję, na­gry­wa­jąc się w za­ci­szu do­mo­wym - rób to. Tylko, plizzz, nie szan­ta­żuj się laj­kami, ich bra­kiem, przy­ro­stami - to jest dru­go­rzędne.

Cho­dzi o uwol­nie­nie po­ten­cjału, który w To­bie krzy­czy. Zo­ba­czysz, jak piękna fala wdzięcz­no­ści Cię za­leje, gdy dasz so­bie w pre­zen­cie de­cy­zję: tak, idę po sie­bie i swoje ma­rze­nie.

Gdy tylko dasz so­bie swoje TAK.

Zo­bacz, co mieszka w sło­wie "ma­rze­nie" - "za­mar­z­nię­cie" oraz "nie".

Mam ta­kie po­czu­cie, że kiedy mó­wimy swo­jemu po­ten­cja­łowi "nie", ja­kaś część nas za­ma­rza. Ale tylko po to, żeby nas ochro­nić przed cier­pie­niem zwią­za­nym z nie­moż­li­wo­ścią uwol­nie­nia swo­ich ko­lo­rów.

Warto roz­mro­zić tę część i spraw­dzić, co by było gdyby...

Spo­iler alert!

Po­wiem Ci, co bę­dzie - wdzięcz­ność, że wy­cho­dzisz so­bie na­prze­ciw. Bez pre­sji. Bez sta­wia­nia swo­jemu "za­ko­pa­nemu ma­rze­niu" ja­kich­kol­wiek wa­run­ków.

Tego Ci bar­dzo ży­czę i już te­raz dzię­kuję, że idziemy so­bie ra­zem tym szla­kiem po ulgę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki