Jak często zdarza Ci się pomyśleć, Osobo najdroższa, że to, co najlepsze, już za Tobą?
Albo że moment na zawalczenie o siebie, o swoją miłość, o swoje marzenia, o życie, jakim chcesz żyć, już dawno odjechał pociągiem, po którym w powietrzu ułożył się z kłębów dymu historii napis: "STARE DZIEJE".
Często? Czasem?
Znam te myśli, które jak klucze nieproszonych kaczek formują się w przekonania, wątpliwości i lęki, następnie wlatują prosto w to miejsce w Tobie, które jest kruche, delikatne i często niepewne swojego "zasługiwania" na zmianę zawiadowcy w "kolei rzeczy" i prawa do przyznania sobie decyzji, czy zagrać o siebie w "grze w życie", czy oddać rozgrywkę walkowerem i nakarmić się przekonaniem, że jest to już tylko pieśń przeszłości.
Jeśli dopiero się poznajemy, bo jeszcze, najmilsza Osobo, nie byłaś do tej pory częścią wspaniałej drużyny lowizmu na rozlicznych połaciach sołszialmidyjskich, to po pierwsze, wiedz, że jesteś tam najmilej widziana, a po drugie, na kolejnych stronach tej podróży dowiesz się, że mam dość osobliwy stosunek do wieku, mianowicie - nie istnieje dla mnie coś takiego jak "pewny wiek"!
Wiesz, ten z powiedzenia, że "w pewnym wieku już nie wypada". (A propos "wypada/nie wypada" - na ten temat też będzie rozdzialik).
Można wiek ubrać w wiele rzeczowników - takich jak dojrzałość, samostanowienie, sprawczość - ale zdecydowanie nie pasuje mu ubieranie go w cyfry. To jak za ciasne ubranko, szyte na nie swoją miarę, z ograniczających przekonań, w którym zmierzasz prosto do "smutnego miejsca", jakim jest... rozczarowanie.
Rozczarowania - oj, znamy się dobrze z tymi sytuacyjkami, mam nawet poczucie, że przez lata byłem posiadaczem "karty stałego bywalca".
Gdy dzisiaj patrzę na tamten czas z nieco innej perspektywy, przychodzi do mnie wrażenie, któremu nie mogę i nie chcę się opierać, że trochę sam siebie za rączkę do tych rozczarowań prowadziłem, oddając mikrofon swojej wewnątrzosobowej rozgłośni - narracji romantycznego wyczekiwania na "złote zaproszenie" do osiągnięć.
Już rozwijam tę myśl.
Jako dziecko wychowane na bajkach Disneya, komediach romantycznych i sporadycznie filmach sensacyjnych pozwoliłem się zainfekować wiarą "w należące się każdemu dobre zakończenie, które jest dziełem... przypadku".
Tak więc latami wyczekiwałem, aż na widowni jednego z teatrów, w których grałem i śpiewałem, pojawi się producent filmowy lub muzyczny i powie: "Tak, to jest to! To jego szukamy i oto znaleźliśmy. Dawaj do nas, od teraz już tylko twórz i kreuj, a całą resztą zajmiemy się my", a w tle grała muzyka rodem właśnie z filmów Disneya.
Brzmi przefajnie i przenierealnie. Wiesz, ile ja, będąc od 2005 roku częścią zawodowej społeczności artystycznej, znam tego typu scenariuszy, które ucieleśniły się w realnym życiu? Zero.
To chyba nie za wiele, a na pewno niewystarczająco wiele, żeby latami czekać i wyglądać kogoś, kto będzie miał pilota do moich marzeń i powie: "Już, teraz ty".
Dzisiaj wiem, z czego to wynikało. Ty zapewne też to wiesz. Z absolutnie wątłego, kruchego, wystraszonego i poturbowanego poczucia własnej wartości. Do głowy by mi nie przyszło, że ja sam mogę zdecydować, że jestem wystarczający, by zawalczyć o swoje miejsce i autorską sceniczną wypowiedź.
Odwagi starczyło mi więc na schowanie się za postacią i życie życiem aktora, który urządził sobie mieszkanko "w kompromisie ze sobą". Ciągle nie byłem na swoich zasadach i nie piłem napojów wyciskanych z satysfakcji i wolności, ale też nie ponosiłem ciężarów odpowiedzialności za własną wypowiedź, wszak odziany w kostium wypowiadałem nie swoje słowa. Coś za coś. I wiesz, latami sobie to wyrzucałem, zapraszałem się do tańca, jako że poczucie rytmu mam nie najgorsze, a jeszcze lepsze poczucie winy, i tańcowałem ze swoim rozczarowaniem do utraty sił.
Dzisiaj mieszkam w samorozgrzeszeniu, do którego bardzo, ale to bardzo chcę zaprosić Ciebie. Bo to, że piętnaście, trzydzieści, pięćdziesiąt lat temu o coś, Osobo, nie zawalczyłaś albo przestałaś walczyć, świadczy tylko o tym, że nie miałaś ku temu narzędzi, wsparcia i przekonania, że dasz radę. Dlatego, proszę, ODPIERDOL SIĘ OD SIEBIE.
To zawsze jest dobry pierwszy krok na szlaku po ulgę. U mnie się sprawdził.
Dlatego jeżeli jesteś Osobą z "Zakopanego marzenia", czyli taką, która urządziła się w zgodzie na "było, minęło, mój pociąg odjechał" - bardzo proszę, zdejmij z siebie to zupełnie niepotrzebne założenie.
Często czujesz, że nie przystajesz? Że jesteś w ciągłym niezrozumieniu? Że nie wpisujesz się w system? Bardzo dobrze, bo ty jesteś od rozwalania systemu, a nie wpasowywania się w niego.
Czy ostatnie zdanie jest kliszą? Jasne, spójrz na siebie przez tę kliszę, kliszę spełnienia, którym niech będzie samo zrobienie kroku.
Czy sześćdziesięcioletni kobieta lub mężczyzna, którzy całe życie marzyli o śpiewaniu, ale ktoś wmówił im, że to nie może być ich droga zawodowa, bo to niepewny chleb, albo inny głos z dupy na etapie szkoły podstawowej powiedział im, że "wyją jak krowa", nie mogą zacząć śpiewać dzisiaj? Mogą.
Tyci Oceanik Dygresji
Pracowałem jakiś czas temu na warsztatach wokalnych z bardzo fajnie śpiewającą dziewczyną, która przez pierwsze kilka dni zajęć nawet nie chciała dać próbki głosu, co uszanowałem, znając kruchość materii, jaką jest wrażliwa, niepewna siebie dusza. Sam doświadczyłem przemocy od jednego z nauczycieli prowadzących mnie w mojej edukacji wokalnej - przemocy na tyle skutecznej, że przez kilka lat nienawidziłem swojego głosu. Na szczęście chwilę po uwolnieniu się od niego i jego przemocowych metod trafiłem do cudownych ludzi, którzy pomogli mi się poskładać i emocjonalnie, i wokalnie.
Mając to doświadczenie, rozumiałem, że jako nauczyciel śpiewu mogę jednym zdaniem albo na zawsze połamać czyjeś liche skrzydełka wiary w siebie, albo dmuchnąć w żagle najpiękniej, jak potrafię, i dać napęd na kolejne lata pracy i budowania własnej tożsamości artystycznej.
Tak więc jedyne, co powiedziałem wtedy tej dziewczynie, to żeby zaśpiewała, kiedy poczuje się na to gotowa, i że to moją rolą jest zbudowanie jej ku temu warunków. Mówiąc tak, oczywiście zostawiłem jej też otwartą furtkę do niezaśpiewania w ogóle. Gotowość przyszła następnego dnia. Zaśpiewała. Bardzo fajnie zaśpiewała. Zasypując ją słowami uznania dla jej odwagi i talentu, zapytałem, kto zasiał w niej wątpliwości na temat jej głosu. Odpowiedziała, że chodzi do szkoły muzycznej, w której pani od chóru poinformowała ją, że "wyje jak krowa i lepiej, żeby się zamknęła".
Pękło mi serce.
Totalnie nie ma we mnie zrozumienia i zgody na to, żeby nauczycielem zostawał ktoś, komu nie wyszło w innej dziedzinie zawodowej, i mówię tu głównie o szkołach artystycznych.
Sam jestem synem nauczycielki i mam największe uznanie dla wszystkich uczciwych, pełnych pasji i zapału pedagogów. To bardzo niedoceniona finansowo grupa ludzi, dźwigających ogromną odpowiedzialność - to jasne. Ale jeżeli ktoś się decyduje na ten zawód i w tej decyzji trwa, przez co zyskuje dostęp do młodych, wrażliwych konstruktów ludzkich, winien jest im zaopiekowanie i rozwój w komfortowych warunkach, a nie znęcanie się i szukanie tym samym wielkości w swojej podlanej sprzyjającymi okolicznościami do przemocy małości.
Dziewczyna, o której Ci teraz opowiadam, przepięknie się rozwinęła podczas tamtych warsztatów, a gdy spotkałem ją rok później w tym samym miejscu, przecierałem oczy ze zdumienia, patrząc, jak rozwalała system (nie wpisując się w niego), robiąc improwizowany, trzydziestominutowy stand-up, a każdym porem jej ciała krzyczała wspaniała pewność siebie.
Koniec dygresji, wracamy do Ciebie.
Wiesz, myślę sobie, że to, co bardzo nie służy marzeniom, to doklejanie im na siłę do pary "oczekiwanych rezultatów". To je zabija.
W tej pułapce też bywałem i zapewne co jakiś czas jeszcze bywam. Ale spójrz na to w ten sposób: jeżeli Twoim marzeniem było zostać malarką albo malarzem, a jesteś na emeryturze po całym życiu wyliczania ludziom wypłat w dziale kadr, to co Ci szkodzi kupić sztalugi i zapisać się na kurs malarstwa? Kiedy, jeśli nie teraz? Przecież już oddałaś, Osobo, swoje lata ciężkiej pracy na rzecz społeczeństwa, więc teraz zamiast wkraczać na korytarz wiodący do zapomnienia, rozwal system na swoich zasadach. Maluj. Nie szantażuj się potrzebą wystawy czy sprzedaży tych dzieł, twórz. Ten proces Cię uskrzydli, obiecuję Ci to.
A może Twoim marzeniem było pobiec w wyścigu? Wyjdź z domu i zacznij trenować, biegnij. Dokąd? Najlepiej po siebie.
Aktorstwo Cię wołało, ale wygrał pragmatyzm? Ejże, zakładaj sobie profile na połaciach ziemi sołszialmidyjskiej i wyżywaj się tam.
Wiesz, ile lat nikt mnie nie zaprosił na casting do jakiegokolwiek serialu?
Jak bardzo tęskniłem do wyżycia się na ekranie?
Dzisiaj wszyscy mamy ekrany, więc dokonałem samozatrudnienia i pomiędzy szczerymi monologami, pełnymi kruchości i wątpliwości, wrzucam czasem improwizowane sceny, a za jakiś czas zamierzam napisać sobie serial i zaprosić ważnych dla mnie ludzi, których talenty nigdy nie dostały szansy, do wspólnego projektu. Więc jeżeli czujesz, że jakkolwiek otrzesz się o realizację, nagrywając się w zaciszu domowym - rób to. Tylko, plizzz, nie szantażuj się lajkami, ich brakiem, przyrostami - to jest drugorzędne.
Chodzi o uwolnienie potencjału, który w Tobie krzyczy. Zobaczysz, jak piękna fala wdzięczności Cię zaleje, gdy dasz sobie w prezencie decyzję: tak, idę po siebie i swoje marzenie.
Gdy tylko dasz sobie swoje TAK.
Zobacz, co mieszka w słowie "marzenie" - "zamarznięcie" oraz "nie".
Mam takie poczucie, że kiedy mówimy swojemu potencjałowi "nie", jakaś część nas zamarza. Ale tylko po to, żeby nas ochronić przed cierpieniem związanym z niemożliwością uwolnienia swoich kolorów.
Warto rozmrozić tę część i sprawdzić, co by było gdyby...
Spoiler alert!
Powiem Ci, co będzie - wdzięczność, że wychodzisz sobie naprzeciw. Bez presji. Bez stawiania swojemu "zakopanemu marzeniu" jakichkolwiek warunków.
Tego Ci bardzo życzę i już teraz dziękuję, że idziemy sobie razem tym szlakiem po ulgę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki