Wilki
Biurka stoją w pięciu rzędach. U szczytu każdego rzędu menedżer siedzi tak, by mieć na każdego oko. Tylko on ma komputer i dostęp do internetu. Wyposażenie biura nie zachwyca. Typowe tanie krzesła bez jakiejkolwiek regulacji. Proste stoły, na środku rzucone listwy z zasilaniem do podłączenia komórek. W kilku miejscach wiszą telewizory - może trzy, cztery. Wszystkie ustawione na anglojęzyczny kanał informacyjny BBC. Przez większość czasu wszystkie były wyciszone, nikt nawet nie zerkał w ich stronę. Po prostu były. Zresztą... gdyby nawet głos był włączony, to nie sądzę, by którykolwiek z moich kolegów był w stanie coś zrozumieć.
Pod oknami jest tablica z wynikami zespołów. Zwykła, biała, na zmywalne markery. W mojej ekipie na razie okrągłe zero. Na dole niedawno pojawiło się moje imię. Jestem - jak mówi mój przełożony - "świeżakiem".
Z tego, co widzę, to innym idzie lepiej. Ekipa z tyłu ma już kilka wpłat. 300 dolarów, 1000 dolarów - czytam z daleka. Niektóre zespoły na tablicy mają napisane własne adresy e-mail. Ale nie firmowe. Założone są na jakiś darmowych skrzynkach pocztowych. Na niektórych tablicach są jakieś głupie rysunki. Tu kwiatki, tutaj penis. Takie szkolne zabawy wśród dorosłych, niby z międzynarodowej firmy.
Oprócz mnie ekspertem od inwestowania jest Igor, Białorusin, który łamanym polskim zagaja przez telefon jako Jan Kowalski. Jest 50-letnia Czesława, 26-letni Kuba i kilka lat młodszy Sebastian.
Gwiazdą w moim zespole jest Karolina. Na oko ma nie więcej niż 35 lat. W pracy zawsze pojawia się w butach na wysokich koturnach. Zwykle uśmiechnięta od ucha do ucha. Trochę sztucznie, ale jednak. No chyba, że akurat rozmawia z klientem. Wtedy nic dla niej nie istnieje. Jest w pełni skupiona na tym, co ma za chwilę powiedzieć. A zawsze wie, co odpowiedzieć. Ostatnio namówiła kogoś do wpłaty 50 tysięcy dolarów. Mamy się od niej uczyć.
Ona sama mogłaby robić za książkę z chwytami naciągaczy. - Podczas rozmowy wyjdź z pokoju i udawaj, że wchodzisz do gabinetu. Trzaśnij drzwiami tak, żeby ktoś z drugiej strony na pewno usłyszał. Możesz zawsze powtórzyć, że już siadasz do swojego biurka - podpowiadała.
- O jakim gabinecie w ogóle mówisz? Przecież tutaj nie ma miejsca - odpowiedziałem.
- Gabinetem może być przecież toaleta na piętrze albo schowek na miotły. Jest na końcu sali, w środku są same pierdoły i trochę miejsca, cisza. Klient nie będzie tego wiedział, nie patrzy ci na ręce. Możesz sobie nawet w nosie dłubać. Na niektórych działa lekceważenie.
Inna porada?
- Oddaj telefon osobie obok, udając że to twój pracodawca. Albo zacznij drugą rozmowę od tekstu, że poprzednio dzwoniła twoja sekretarka.
Rzucała takie rady z miną eksperta, który wie wszystko o ludziach. I to była prawda - wszystko widziała, wszystkiego próbowała, wszystko już powiedziała. Wie, jak obudzić chciwość w człowieku. A to często siła nie do zatrzymania.
Rzuciły mi się w oczy u Karoliny dwie rzeczy. Jedna to długie, zrobione i pstrokate paznokcie, druga - to właśnie ta mina. Rzadko spotyka się ludzi, którzy tak bardzo gardzą innymi, jednocześnie zupełnie się tego nie wstydząc. Są tacy, którzy się z tym kryją, udają życzliwość, w uśmiechu nie ma sztuczności, choć w środku mają cię za nikogo. Nie, Karolina taka nie była. Było po niej widać, że jest tutaj dla siebie i swoich pieniędzy, dla których jest gotowa na wszystko. Każda sekunda jej czasu była niesłychanie cenna. Odpowiadała na pytania, choć ewidentnie nie miała na to najmniejszej ochoty. Nie kryła się z specjalnie z niechęcią, taki typ. Dosyć bezkompromisowo podchodziła do kwestii pieniędzy innych ludzi. Skoro są skłonni kupować zdrowotne garnki lub inwestować w niezrozumiałe instrumenty finansowe, to są kretynami. A kretynom należy się nauczka.
Po biurze krąży legenda o chłopaku, który naciągnął klienta na okrągły milion. Już nie pracuje, zgarnął sowitą prowizję i odszedł. Dla Karoliny to idol. Ale nie liczy na taki strzał. Po cichu rozpowiada, że gdyby udało jej się jeszcze raz wyciągnąć kilkadziesiąt tysięcy dolarów, to chwilę po wypłacie by się ulotniła. - Jak niczego nie znajdę, to tutaj wrócę. Przyjmą mnie z otwartymi rękami - mówi.
- Jakbym chciał pójść do cyrku, tobym poszedł do cyrku - to z kolei było pierwsze zdanie Marcina, który zaczął pracę tego samego dnia co ja. Liczył, że sobie dorobi i kupi karnet na Legię. Ale zaczął wątpić w ten biznes. Ma ten przywilej, że wciąż ma inną pracę, ponoć w firmie zajmującej się marketingiem internetowym. Tam zarabia na chleb. Kokosów nie ma, więc zdecydował się na coś dodatkowego. Tutaj miał się nieco zabawić w wolnej chwili, szybko zgarnąć ekstra kasę i zniknąć. Wątpliwości w moim zespole ma tylko on. Czasami miałem wrażenie, że wyczuwa, że ja też tutaj nie pasuję. Pytał mnie wprost: kiedy się ulatniamy? Obiecałem mu, że dowie się jako pierwszy. To w sumie nawet zabawne - ile warta jest obietnica wśród kłamców? Właśnie zdałem sobie sprawę, że ja swojej nie spełniłem.
Reszta powtarzała, że to dobra fucha, że ludzie powinni uważać, komu dają pieniądze, a w sumie to można sporo zarobić. Tych, do których dzwonimy, mają wyłącznie za dojne krowy.
Czesława, około 55-60 lat:
- Kochany, jesteś tu dopiero kilka dni. A ja już kolejny miesiąc jadę bez żadnej premii. Mąż nie pracuje, a za moje 2000 w Warszawie ciężko poszaleć - tak mi mówi, gdy pytam, czy to, co robimy, jest legalne.
Udaję naiwnego, bez wiedzy. Czesława to najbardziej zaskakująca postać w firmie. Nie pasuje tutaj. Nie chodzi tylko o to, że jest wyraźnie starsza od innych. Jest wyraźnie zmęczona życiem. Widać, że się jej po prostu nie przelewa. Nie jest zbyt rozmowna, najczęściej żartuje z menadżerem Dawidem. Dzieli się z nim swoimi spostrzeżeniami o działających technikach. Powtarza jak mantrę, że najważniejsze to słuchać potencjalnego klienta. Dlatego z każdej rozmowy robi sobie notatki. - Wszystko po to, żeby nie być już tylko anonimową panienką po drugiej strony słuchawki. A ludzie opowiadają, że w pracy do dupy, że żona zdradza albo córka ma maturę i się w ogóle nie uczy - opowiada mi. Przez pewien czas notowała wszystko, później zapisywała sobie już tylko hasła. Kiedyś podglądam, co ma na liście obok nazwisk i numerów telefonu. "Żonaty", "rozwodnik", "starsza, schorowana", "dostaje emeryturę piętnastego", "zamyka lokatę za miesiąc, będzie miał pieniądze", "chętny", "kutas". Po skończonej rozmowie zawsze zastyga zgarbiona nad kartką.
Wszędzie zabiera notatki. Ale to nie jest styl szkolnego prymusa, który lubi mieć przy sobie książki. Robi to raczej z obawy, że ktoś mógłby podebrać jej kilka numerów. Albo jeszcze gorzej - podczytać to, co tak skrzętnie notuje.
Kuba, 25 lat (wcześniej pracował w call center jednego z operatorów komórkowych):
- A czym różni się naciąganie na nowy abonament od naciągania na jakąś inwestycję? Niczym. Kłamiesz, ile możesz, i tu, i tu. Przy tym całym foreksie kłamać można więcej, bo nikt się na tym nie zna.
Kuba z całej ekipy jest najbardziej agresywny. To on najczęściej potrafi nazwać niechętnego klienta idiotą. A do tego, który się rozłączył, całkiem często oddzwaniał. - I co lamusie? Czemu nie odbierasz telefonu?! Dzwonię do ciebie, to słuchaj, a nie kozacz - rzuca z wyrzutem. Zdarza się, że pisze nawet wiadomość SMS w ramach małej zemsty za odmowę. Wklepuje "chuju" i wysyła. Zawsze pokazuje to potem wszystkim w koło. Sprawia mu to dziką przyjemność. Jestem całkiem pewny, że kilka obelg rekompensuje mu brak wyników. - Dobrze mu powiedziałem, nie? - upewnia się. Zawsze. Ktoś z reguły kiwa głową dla spokoju.
- Nie bój się opierdolić klienta. To pomaga. Możesz się wyluzować, masz energię na nowe rozmowy - tłumaczy mi Karolina. Wiem już chyba, skąd Kuba wie, jak rozmawiać z ludźmi. Klientowi można powiedzieć praktycznie wszystko. Jedyny zakaz to wspominanie o adresie firmy. Jeszcze przyjdzie i będzie robił raban. A tak to szukaj wiatru w polu, pisz wiadomości, wysyłaj listy. Ale Karolina nie bluzga na okrągło tak jak Kuba. Ona udaje intelektualistkę. Potrafi zapytać, dlaczego ktoś jest taki impertynencki (używane wymiennie z "arogancki"). W ciągu dnia jest w stanie zapytać tak od kilku do kilkunastu razy. Czasem jednak też rzuci soczystą kurwą i się rozłączy. Tylko wtedy na jej twarzy rysuje się delikatny, ale na pewno szczery uśmieszek. On z kolei wali z grubej rury. I nie udaje w żadnym momencie mądrzejszego, niż jest. W tym wszystkim pozostaje szczery. Gdy ktoś go wkurwia, to za chwilę na pewno to usłyszy. Ale Kuba potrafi też po kilku telefonach z bluzgami podziękować i życzyć miłego dnia.
Jest jeszcze Igor, obcokrajowiec. - Ja to nawet studia związane z finansami kończyłem. Ale u nas ciężko, pracy nie ma. Żeby dostać się do banku na etat, to trzeba mieć trochę znajomości. A przecież po studiach nie będę pracował w sklepie w nieskończoność. Czy kłamię? Dzwonię i przedstawiam ofertę. Jaka jest, taka jest. To nie ja za to wszystko odpowiadam, nie ja to wymyślałem. A piętnastego dnia każdego miesiąca przychodzi wypłata, zawsze na czas - tłumaczy mi się. Przyznaje, że choć do domu ma niecałe 600 kilometrów, to od dwóch lat nie odwiedzał rodziny. Matce wysyła co miesiąc trochę pieniędzy. Zwykle 100, może 200 rubli białoruskich. To równowartość około 200-400 złotych. Mniej więcej tyle wynosi tamtejsza średnia emerytura. Mówi całkiem sprawnie po polsku, ale zaciąga ze wschodnim akcentem. Czują to jego rozmówcy. Igor w kółko przedstawia się jako Jan Kowalski. Tak sobie wymyślił. Dopiero my zwróciliśmy mu uwagę, że to najbardziej pospolite nazwisko w Polsce. Z jego akcentem, nikt mu nie wierzył. Wtedy je zmienił.
Obok siedzi też Kamil, jesteśmy w podobnym wieku. Studiów nie skończył i, jak mi tłumaczy, nie widzi w tym sensu. - Na studiach uczą ograniczonego myślenia, a ja jestem otwarty. Jestem tutaj trzeci dzień, wciąż pracuję nad swoim stylem - mówi. To typowy cwaniaczek. Zbyt grzeczny, by atakować klientów, ale odpowiednio wygadany, by bajerować. Co zabawne, wstydzi się rozmawiać przy wszystkich. Zawsze odchodzi na bok, w kąt. Ręką przysłania usta, pochyla się do ściany. Przekonuje, że robi to tylko po to, żeby lepiej słyszeć i wyraźniej mówić. Jest przekonany, że nienaganna dykcja to klucz. Nie ma pomiędzy nami chemii. Nie wiem, dlaczego, ot tak po prostu.