Łowcy Tajemnic. Złodziej czasu - Michał Kuźmiński

Kup ebooka

39.99 zł
31.99 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Najgorsze wakacje świata

To było jakoś z miesiąc temu. Po niedzielnym obiedzie mama poprosiła, żeby przez chwilę zostali przy stole. Miała poważną minę, więc zostali.

- Musimy porozmawiać o wakacjach - ogłosiła.

Dorota aż pisnęła. Nie mogła się doczekać, dokąd pojadą tym razem. Byli już w Grecji, na Teneryfie, o Bałtyku nie mówiąc.

- Pamiętacie ciocię Jadzię i wujka Franka z Maciejowca? - zapytała mama.

Dorota pokręciła przecząco głową.

- Oj, przecież byliśmy u nich parę lat temu. W takim wspaniałym, starym domu.

- Zabytkowym, przedwojennym, poniemieckim! - wtrącił tata, który nigdy nie przegapiał okazji do podkreślenia, że się na czymś zna. Choć te słowa niewiele Dorocie mówiły.

- Dookoła są góry, lasy i rzeka, można tam biegać i się bawić... - Mama brzmiała jak agentka biura podróży.

Dorocie coś się zaczęło przypominać, chociaż musiała być wtedy jeszcze mała. Wielka chłodna sień, ciężkie drzwi, kurza kupa, w którą wdepnęła sandałkiem.

- No więc wczoraj rozmawiałam z ciocią Jadzią i oboje z wujkiem bardzo się ucieszyli z pomysłu... - Mama wzięła oddech dla efektu i uśmiechnęła się tak przekonująco, jak wtedy, gdy obiecywała, że u dentysty nic nie będzie bolało. - ...żebyście spędzili u nich wakacje!

Zastygła, jakby spodziewała się braw.

Dorota szybko przemyślała usłyszane słowa.

- Jak to: "żebyście"? A wy? - zapytała dziewczynka.

Mama spojrzała dziwnie na tatę. Ten odchrząknął.

- Wy już jesteście tacy duzi! - powiedział. - Może to już czas na trochę samodzielności? Bez, ha, ha, starych, co was bez przerwy pilnują? Wiecie - dodał poważniej - dzięki temu mama i ja moglibyśmy pojechać na nasz drugi miesiąc miodowy. Od dawna tęskniliśmy za trekkingiem z namiotami. Słońce czy deszcz, wędrówka w dziczy! - Tata nakręcał się coraz bardziej. - Ani żywej duszy, tylko my dwoje. Jak w studenckich czasach, gdy was jeszcze nie było na świecie.

- Arek! - syknęła mama i spiorunowała go wzrokiem.

Zamilkł gwałtownie, jakby ugryzł się w język. Za późno. Dorocie to wystarczyło. Nie chciało jej się wierzyć w to, co właśnie usłyszała. Siedziała przy stole z otwartymi ustami i coraz większymi oczami.

A więc oni tęsknią za czasami, gdy jej i Daniela jeszcze nie było? Chcą ich gdzieś zostawić, sami będą się świetnie bawić, a ona ma siedzieć w jakimś obcym domu z obcymi starymi ludźmi i nieznośnym młodszym bratem - a to wszystko na końcu świata, wśród kurzych kup, z dala od miasta? Przecież to brzmi jak przepis na najokropniejsze wakacje życia!

Wczorajsza podróż była straszna. Wszystko przez nawigację. Pokazywała, że z Krakowa mają niewiele ponad cztery godziny drogi, więc się nie spieszyli i wyjechali dopiero w południe. Potem zatrzymali się w Maku na jedzenie, Daniel wypił całą półlitrową colę i musieli przez to jeszcze dwa razy pilnie stawać na siku. Przed Wrocławiem na auto­stradzie zrobił się straszny korek. Utknęli na amen. Jeszcze gdy stali w tym korku, Dorota trochę się łudziła, że tata zaraz gdzieś nagle skręci, oboje z mamą krzykną: "Niespodzianka!" i zajadą w jakieś magiczne miejsce, do parku rozrywki, super hotelu z basenem albo na lotnisko, skąd polecą do Afryki albo Nowego Jorku. I że jednak spędzą te wakacje wspólnie, a cała historia z ciotką, wujkiem i zostawaniem samemu była tylko ściemą. Okaże się, że ich wkręcili, a tak naprawdę wymyślili coś genialnego.

Ale mama cały czas dużo mówiła i była podejrzanie wesoła. Dorota sięgnęła po telefon, który dostała na jedenaste urodziny wraz z zestawem bezwzględnych reguł: żadnych social mediów, przed ekranem najwyżej dwie godziny dziennie. Odpaliła YouTube'a i demonstracyjnie zaczęła oglądać pierwsze z brzegu głupie filmiki.

- Co tam masz ciekawego? - zaszczebiotała mama, zamiast się zwyczajnie zdenerwować.

Oczywiście Daniel od razu zaczął wyrywać siostrze telefon.

- Tato, powiedz mu coś! - krzyknęła Dorota desperacko.

Tata też był zaskakująco rozluźniony.

- Ustąp młodszemu bratu! - zażądał równie zaskoczony siedmiolatek, wygłaszając kwestię, którą powinien był wygłosić tata.

- Dan, zostaw Dodę. - Tata próbował opanować trudną sztukę patrzenia równocześnie na drogę, na nich i na żonę. - Ania, daj mu mój telefon - powiedział do mamy.

To był ostateczny dowód. Przecież tata nigdy nie dawał Danielowi swojego telefonu do zabawy. Teraz Dorota była już pewna, że wszystko to oznaczało tylko jedno: rodzicom jest wobec nich głupio, ale udają, że nic się nie dzieje. Czyli nie będzie żadnego super hotelu, żadnego Nowego Jorku, żadnej niespodzianki. Rodzice naprawdę jadą na wakacje bez nich. Bez niej.

Gdy wydostali się już wreszcie z tego okropnego korka na autostradzie, tłukli się jeszcze wiele kilometrów przez kręte drogi i ciemne wsie. Dotarli na miejsce dopiero grubo po zmierzchu. Dorota była ledwie przytomna, bolała ją głowa, a od zakrętów zrobiło się jej niedobrze. Niewiele zapamiętała z przyjazdu. Mrok, wąska droga, stare drzewa. Światło reflektorów ich auta liżące ścianę z ciemnej cegły podzieloną krzyżującymi się belkami. Morelowe światło żarówki nad drzwiami rozmywające się we mgle. Wypakowywane przez tatę z bagażnika kolejne walizki, torby i plecaki z ich ubraniami, jej maskotkami, autkami i bajkami Daniela. Mama, która próbowała zarządzać wszystkim naraz, nosić bagaże i witać się ze swoją ciocią, która stanęła w drzwiach. Trochę nerwów. Senność.

Ciocia i wujek mamy czekali z kolacją, ale Dorota zdołała zjeść tylko kromkę z miodem i wypić odrobinę herbaty. Bolał ją brzuch i trudno było powiedzieć, czy to od choroby lokomocyjnej, czy z żalu. Chciała iść spać. Wujek miał zatroskaną minę, ale z dumą zaprezentował jej niewielki pokój na piętrze, który naszykowali z ciocią dla nich obojga.

Pościel była szorstka, chłodna i pachniała praniem. Daniel zasnął pierwszy. Mama długo siedziała na podłodze między ich łóżkami.

- Naprawdę nie zostaniecie z nami nawet na jedną noc? - wyszeptała Dorota.

Mama nachyliła się do niej i pogłaskała ją miękko po włosach.

- Musimy jechać, jutro wylatujemy, Dociu - powie­działa. - Zobaczysz, będzie ci tu fajnie. Gdy byłam w twoim wieku, uwielbiałam tu przyjeżdżać. Maciejowiec to kraina mojego dzieciństwa.

Dorota lubiła, gdy mama opowiadała, jak to było, gdy sama była w jej wieku. Wyobraziła ją sobie jako dziewczynkę z warkoczykami bawiącą się z ciocią i wujkiem, którzy pewnie mieli wtedy tyle lat, ile mama miała ­teraz.

- Wiesz, córeczko, my z tatą bardzo potrzebujemy tego wyjazdu - szeptała mama. - Czasem między dorosłymi różne rzeczy się trochę psują i żeby je naprawić, trzeba pobyć ze sobą blisko, znaleźć znowu czas na rozmowę, na siebie. Jesteś już duża, rozumiesz, prawda?

Dorota popatrzyła mamie w oczy i skinęła głową na znak, że rozumie. Chociaż w tamtej chwili wcale nie czuła się duża. Ani nie była pewna, czy rozumie.

- Mamo?

- Tak?

- A kiedy byłaś mała i tu przyjeżdżałaś - wyszeptała dziewczynka spod kołdry - też nie chciałaś zostawać sama?

Mama nie odpowiedziała od razu.

- Troszeczkę - przyznała wreszcie i się uśmiechnęła. - Ale potem się okazywało, że nigdy tak naprawdę nie byłam tu sama.

Dorota nie pamiętała, jak udało jej się zasnąć. A teraz, gdy się obudziła, dotarło do niej, że rodzice dawno już pojechali. Uniosła się na łóżku i podparła łokciami. Miała do siebie straszny żal. Nie powinna była zasypiać tak łatwo, powinna była im pomachać, gdy odjeżdżali. Jeszcze raz się do nich przytulić. Nie mogła sobie tego wybaczyć. Może by ich jednak przekonała, żeby wzięli ją ze sobą.

Przez uchylone okno płynęło chłodne powietrze, a Dorocie zadrżał podbródek i zaszkliły się oczy.

Szybko pociągnęła nosem, zacisnęła wargi, usiadła na łóżku. Pociągnęła nosem drugi raz. I raptem poczuła słodki zapach. Dobiegał zza niedomkniętych drzwi. Naleśniki!

Dalsza część w wersji pełnej