NOTA AUTORÓW
Chcielibyśmy, by tę książkę mógł napisać Frank Herbert.
Po publikacji Heretyków Diuny (1984) i Kapitularza Diuną (1985) miał
jeszcze wiele pomysłów na wzbogacenie tej opowieści i fantastyczne
zwieńczenie wspaniałych "Kronik Diuny". Każdy, kto czytał Kapitularz,
zna straszne, trzymające w napięciu zakończenie.
Ostatnia powieść, którą napisał Frank Herbert, Man of Two Worlds
[Człowiek dwóch światów], była owocem jego współpracy z Brianem,
obaj też rozmawiali o wspólnej pracy nad dalszymi książkami o Diunie,
zwłaszcza nad wątkiem Dżihadu Butlerowskiego. Jednak ze względu na
stanowiącą epilog cyklu piękną dedykację, którą Frank umieścił na końcu
Kapitularza - hołd dla jego żony Beverly - Brian uważał początkowo, że
"Kroniki Diuny" powinny się na tym zakończyć. Jak wyjaśnił w Dreamer of
Dune, biografii Franka Herberta, jego rodzice tworzyli pisarski zespół,
a już odeszli. A zatem Brian przez wiele lat nie tykał tego cyklu.
W 1997 roku, ponad dziesięć lat po śmierci ojca, Brian zaczął omawiać z Kevinem J. Andersonem możliwość dokończenia tego projektu, napisania
legendarnej siódmej powieści o Diunie. Ale wyglądało na to, że Frank
Herbert nie zostawił żadnych notatek, myśleliśmy więc, że będziemy
musieli oprzeć ten projekt wyłącznie na własnej wyobraźni. Po dalszych
dyskusjach uświadomiliśmy sobie, że trzeba będzie wykonać mnóstwo
wstępnej pracy, zanim zabierzemy się do siódmej części "Kronik Diuny",
pracy nieograniczającej się do stworzenia podstaw tej opowieści, ale
obejmującej również ponowne wprowadzenie nabywców książek i całego
nowego pokolenia czytelników w niewiarygodny, świadczący o bujnej
wyobraźni autora wszechświat Diuny.
Od wydania Kapitularza Diuną minęło ponad dwadzieścia lat. Chociaż
wielu czytelnikom bardzo się podobała klasyczna już Diuna, a nawet
pierwsze trzy książki cyklu, znaczna ich część nie dotarła do ostatniego
tomu. Musieliśmy ponownie rozbudzić zainteresowanie i przygotować
czytelników.
Postanowiliśmy zatem napisać najpierw trylogię o wydarzeniach
poprzedzających akcję cyklu - Ród Atrydów, Ród Harkonnenów i Ród
Corrinów. Kiedy przygotowując się do napisania Rodu Atrydów,
zaczęliśmy się przekopywać przez wszystkie przechowywane papiery Franka
Herberta, Brian ze zdziwieniem dowiedział się o dwóch skrytkach
bankowych, które jego ojciec wynajął przed śmiercią. W skrytkach tych
Brian i radca prawny odkryli wydruk z drukarki igłowej i dwie starego
typu dyskietki, oznaczone Dune 7 Outline [Szkic Diuny 7] i Dune 7
Notes [Notatki do Diuny 7], dokładnie opisujące, jak twórca Diuny
miał zamiar poprowadzić dalej swoją opowieść.
Przeczytawszy ten materiał, zorientowaliśmy się natychmiast, że Diuna
7 byłaby wspaniałym zwieńczeniem cyklu, łączącym postacie, które
wszyscy znaliśmy, w ekscytującej fabule złożonej z różnych wątków i obfitującej w wiele zwrotów akcji i niespodzianek. W sejfie znaleźliśmy
też dodatkowe notatki, szkice postaci i ich historie, strony
niewykorzystanych epigrafów i konspekty innych dzieł.
Teraz, kiedy mieliśmy przed sobą mapę drogową, rozpoczęliśmy pisanie
trylogii "Preludium do Diuny", która przedstawiała dzieje księcia Leto i lady Jessiki, złowieszczego barona Harkonnena i planetologa Pardota
Kynesa. Po niej napisaliśmy "Legendy Diuny" - Dżihad Butleriański,
Krucjatę przeciw maszynom i Bitwę pod Corrinem - gdzie
zapoczątkowaliśmy brzemienne w skutki konflikty i wydarzenia, które
tworzą podstawy całego wszechświata Diuny.
Frank Herbert był bez wątpienia geniuszem. Diuna jest najlepiej
sprzedającą się i najbardziej lubianą powieścią science fiction wszech
czasów. Odkąd przystąpiliśmy do tego monumentalnego zadania, zdawaliśmy
sobie sprawę, że próby naśladowania stylu Franka Herberta byłyby nie
tylko niemożliwe, ale w dodatku głupie. Jego pisarstwo silnie na nas
wpłynęło i niektórzy miłośnicy jego twórczości zauważyli pewne
podobieństwa stylistyczne. Postanowiliśmy jednak z pełną świadomością
oddać w tych książkach nastrój i rozmach Diuny, wykorzystując pewne
aspekty stylu Franka Herberta, ale używając własnej składni i rytmu.
Miło nam donieść, że od momentu wydania Rodu Atrydów ogromnie wzrosła
sprzedaż pierwotnych "Kronik Diuny" Franka Herberta. Szerokiej
publiczności zostały przedstawione i spotkały się z powszechnym uznaniem
dwa sześciogodzinne miniseriale telewizyjne z udziałem Williama Hurta i Susan Sarandon - Frank Herbert's Dune i Frank Herbert's Children of
Dune (które zdobyły też Nagrody Emmy). Są to dwa z trzech najczęściej
oglądanych programów Sci-Fi Channel.
W końcu, po ponad dziewięciu latach przygotowań, czujemy, że nadszedł
czas na Dune 7. Przestudiowawszy szkice i notatki Franka Herberta,
zdaliśmy sobie sprawę, że rozmach i zakres tej historii wymagałyby
napisania powieści liczącej ponad 1300 stron. Z tego względu zostanie
ona przedstawiona w dwóch tomach - Łowcach Diuny i mających się
wkrótce ukazać Czerwiach Diuny.
Do napisania pozostaje wciąż dużo więcej tego eposu, zamierzamy więc
stworzyć kolejne ekscytujące książki, przedstawiające inne części tej
wspaniałej opowieści, którą ułożył Frank Herbert. Jeszcze daleko do
zakończenia sagi Diuny!
Brian Herbert i Kevin J. Anderson,
kwiecień 2006
Po trwającym 3500 lat panowaniu Tyrana, Leto II, Imperium zostało
pozostawione samo sobie. W Czasach Głodu i Rozproszeniu, które po nich
nastąpiło, resztki rodzaju ludzkiego zaczęły wędrować w głąb
niezbadanego kosmosu. Lecieli na poszukiwanie nieznanych królestw, w których spodziewali się znaleźć bogactwa i bezpieczeństwo, ale ich trudy
były daremne. Przez tysiąc pięćset lat ci ocalali z kataklizmów i ich
potomkowie zmagali się ze strasznymi przeciwieństwami i przeszli
całkowitą reorganizację ludzkości.
Pozbawiony energii i zasobów, rząd Starego Imperium upadł. Zyskały
znaczenie i urosły w siłę nowe grupy, ale ludzkość nigdy już nie
pozwoliłaby sobie na zależność od jednego przywódcy ani jednej, mającej
kluczowe znaczenie, substancji. Takie uzależnienie oznaczało upadek.
Niektórzy powiadają, że Rozproszenie było Złotym Szlakiem Leto II,
ciężką próbą, która miała na zawsze wzmocnić rodzaj ludzki, dać nam
nauczkę, której nigdy nie zapomnimy. Ale jak jeden człowiek - nawet
człowiek-bóg, który był częściowo czerwiem - mógłby celowo skazać swoje
dzieci na takie cierpienie? Teraz, kiedy potomkowie Utraconych wracają z Rozproszenia, możemy sobie tylko wyobrazić prawdziwe okropieństwa, jakim
musieli tam stawić czoło nasi bracia i siostry.
- archiwa Banku Gildii Kosmicznej, oddział Gammu
Nawet najbardziej uczone z nas nie potrafią sobie wyobrazić zasięgu
Rozproszenia. Jako historyk myślę z konsternacją o całej tej wiedzy,
która została na zawsze utracona, o dokładnych opisach zwycięstw i tragedii. Podczas gdy ci, którzy pozostali w Starym Imperium, trwali w błogim samozadowoleniu, powstawały i upadały całe cywilizacje.
W Czasach Głodu ciężkie przejścia doprowadziły do powstania nowych
rodzajów broni i nowych technologii. Jakich wrogów sobie niechcący
stworzyliśmy? Jakie religie, wypaczenia i procesy społeczne wprawił w ruch Tyran? Nigdy się tego nie dowiemy i boję się, że ta niewiedza
obróci się przeciw nam.
- siostra Tamalane, archiwa kapituły
Powrócili do nas nasi bracia, owi Utraceni Tleilaxanie, którzy zniknęli
w chaosie Rozproszenia. Ale zasadniczo się zmienili. Sprowadzają
ulepszoną odmianę maskaradników, utrzymując, że sami zaprojektowali tych
zmiennokształtnych. Jednakże moje badania Utraconych Tleilaxan dowodzą,
że znajdują się oni na niższym szczeblu rozwoju. Nie potrafią nawet
otrzymywać przyprawy z kadzi aksolotlowych, a twierdzą, że stworzyli
lepszych maskaradników? Jak to możliwe?
No i dostojne matrony. Składają propozycje przymierza, ale ich działania
ukazują jedynie ich brutalność i niewolenie podbitych ludów. Zniszczyły
Rakis! Jak możemy wierzyć Utraconym Tleilaxanom albo im?
- mistrz Scytale, zapieczętowane notatki znalezione w spalonym
laboratorium na Tleilaxie
Duncan Idaho i Sziena ukradli nasz statek pozaprzestrzenny i odlecieli w nieznanym kierunku. Zabrali ze sobą wiele sióstr heretyczek, a nawet
gholę naszego baszara Milesa Tega. Odkąd mamy nowego sojusznika, kusi
mnie, by rozkazać wszystkim Bene Gesserit i dostojnym matronom, aby
poświęciły całą uwagę odzyskaniu tego statku i jego cennych pasażerów.
Ale nie zrobię tego. Kto zdoła znaleźć statek pozaprzestrzenny w rozległym wszechświecie? I co ważniejsze, nie możemy nigdy zapomnieć, że
ciągnie na nas o wiele niebezpieczniejszy wróg.
- pilna wiadomość od Murbelli, matki wielebnej przełożonej i wielkiej
dostojnej matrony
Pamięć jest wystarczająco ostrą bronią, by zadać głębokie rany.
- Lament mentata
W dniu, w którym umarł, razem z nim umarła
Rakis, planeta powszechnie zwana Diuną.
Diuna. Utracona na zawsze!
W archiwum uciekającego statku pozaprzestrzennego Itaka ghola Milesa
Tega przeglądał obrazy, na których utrwalone zostały ostatnie chwile
pustynnego świata. Z naczynia z pobudzającym napojem, stojącego przy
jego lewym łokciu, unosiła się para przesiąknięta zapachem melanżu, ale
trzynastolatek ignorował je, pogrążając się w głębokim mentackim
skupieniu. Te historyczne zapiski i hologramy ogromnie go fascynowały.
Oto, jak i gdzie zabito jego pierwotne ciało. Oto, jak zamordowano cały
świat. Rakis... legendarna pustynna planeta, teraz już tylko zwęglona
kula.
Wyświetlane nad blatem stołu archiwalne obrazy ukazywały jednostki
bojowe dostojnych matron zbierające się nad pokrytym plamami
jasnobrązowym globem. Ogromne, niewykrywalne statki pozaprzestrzenne -
takie jak ten wykradziony, na którym mieszkali teraz Teg i jego
towarzysze uchodźcy - dysponowały siłą ognia przewyższającą wszystko,
czym kiedykolwiek posługiwały się Bene Gesserit. Tradycyjna broń jądrowa
była w porównaniu z nią niewiele skuteczniejsza niż ukłucie szpilki.
"Ta nowa broń musiała zostać stworzona gdzieś podczas Rozproszenia" -
kontynuował Teg mentackie rozważania. Ludzka pomysłowość zrodzona z rozpaczy? A może było to coś całkowicie innego?
Na unoszącym się w powietrzu obrazie najeżone bronią statki otworzyły
ogień, siejąc pożogę za pomocą urządzeń, które od tamtej pory Bene
Gesserit nazywały "unicestwiaczami". Bombardowanie trwało, dopóki nie
zniszczono wszelkiego życia na planecie. Piaszczyste wydmy zamienione
zostały w czarne szkło, zapaliła się nawet atmosfera Rakis. Ogromne
czerwie i rozległe miasta, ludzie i piaskowy plankton, wszystko zostało
unicestwione. Nic nie mogło tam przetrwać, nawet on.
Teraz, prawie czternaście lat później, w całkowicie odmiennym
wszechświecie, tyczkowaty nastolatek ustawił krzesło na taką wysokość,
by mógł wygodniej siąść.
"Oglądam okoliczności własnej śmierci - pomyślał. - Znowu".
Ściśle rzecz biorąc, Teg był raczej klonem niż gholą, istotą wyhodowaną
z komórek martwego ciała, chociaż większość ludzi określała go tym
drugim mianem. W młodym ciele żył starzec, weteran niezliczonych
kampanii Bene Gesserit. Nie pamiętał kilku ostatnich chwil swego życia,
ale te zapisy pozostawiały niewiele wątpliwości.
Bezsensowne zniszczenie Diuny świadczyło o prawdziwej bezwzględności
dostojnych matron. Dziwek, jak je nazywało zgromadzenie żeńskie. I nie
bez powodu.
Trącając intuicyjnie przyciski, przywołał raz jeszcze te obrazy. Czuł
się dziwnie, obserwując wszystko z zewnątrz i wiedząc, że to on walczył
tam i umierał, kiedy to nagrywano...
Usłyszał jakiś dźwięk przy drzwiach archiwum i zobaczył, że z korytarza
przygląda mu się Sziena. Miała pociągłą twarz, a jej brązowa skóra
wskazywała, że pochodzi z Rakis. Niesforne rude włosy przetykane były
połyskującymi miedziano pasmami - pozostałością po dzieciństwie
spędzonym pod pustynnym słońcem. Jej oczy były zupełnie niebieskie od
zażywanego całe życie melanżu, a także agonii przyprawowej, która
przemieniła ją w matkę wielebną. Najmłodszą w dziejach, jak powiedziano
Tegowi.
Na pełnych ustach Szieny ukazał się przelotny uśmiech.
- Znowu studiujesz bitwy, Milesie? To niedobrze, jeśli dowódca wojskowy
jest tak przewidywalny.
- Mam ich wiele do obejrzenia - odparł Miles łamiącym się głosem
przechodzącego mutację młodzieńca. - Baszar wiele osiągnął przez trzysta
standardowych lat, zanim zginąłem.
Kiedy Sziena rozpoznała odtwarzany zapis, na jej twarzy pojawiło się
zakłopotanie. Odkąd uciekli w pustkę tego dziwacznego, niezbadanego
wszechświata, Teg tak często oglądał obrazy Rakis, że stało się to
niemal jego obsesją.
- Nie ma jeszcze wieści od Duncana? - zapytał, starając się odwrócić jej
uwagę. - Próbował opracować nowy algorytm nawigacji, żeby wyciągnąć nas...
- Dokładnie wiemy, gdzie jesteśmy. - Sziena uniosła brodę w nieświadomym
geście, który wykonywała coraz częściej, odkąd została przywódczynią
grupy uciekinierów. - Zgubiliśmy się.
Teg automatycznie wychwycił krytykę Duncana Idaho. Od początku
zamierzali zapobiec temu, by ktokolwiek - dostojne matrony,
zdemoralizowany odłam Bene Gesserit czy tajemniczy wróg - znalazł ten
statek.
- Przynajmniej jesteśmy bezpieczni - powiedział.
Sziena nie wydawała się przekonana.
- Niepokoi mnie, że jest tyle niewiadomych: gdzie jesteśmy, kto nas
ściga... - Umilkła, po czym dodała: - Zostawiam cię z twoimi studiami.
Kolejny raz zbieramy się, żeby omówić nasze położenie.
Ożywił się.
- Coś się zmieniło? - zapytał.
- Nie, Milesie. I spodziewam się, że znowu usłyszymy te same argumenty.
- Wzruszyła ramionami. - Zdaje się, że nalegają na to inne siostry.
Z cichym szelestem szat wyszła z archiwum, zostawiając go z szumiącą
ciszą wielkiego, niewidzialnego statku.
"Z powrotem na Rakis. Z powrotem do mojej śmierci... i wydarzeń, które do
niej doprowadziły".
Teg przewinął nagrania, zbierając stare raporty i punkty widzenia, i przejrzał je znowu, podróżując wstecz w czasie.
Teraz, kiedy jego wspomnienia zostały obudzone, wiedział, co robił aż do
śmierci. Nie potrzebował tych nagrań, by zrozumieć, jak stary baszar Teg
znalazł się w tak trudnej sytuacji na Rakis, jak on sam to wszystko
spowodował. Uprowadził wówczas z wiernymi sobie ludźmi - weteranami
wielu słynnych kampanii - statek pozaprzestrzenny na Gammu, planecie,
która niegdyś nazywała się Giedi Prime i była rodzinnym światem
niegodziwego, lecz dawno wyplenionego rodu Harkonnenów.
Wiele lat wcześniej sprowadzono Tega, by strzegł młodego gholi Duncana
Idaho po zabiciu jedenastu poprzednich jego wcieleń. Staremu baszarowi
udało się utrzymać dwunaste przy życiu aż do wieku dojrzałego i w końcu
przywrócić mu wspomnienia Idaho, a potem pomóc uciec z Gammu. Kiedy
jedna z dostojnych matron, Murbella, próbowała zniewolić seksualnie
Duncana, ten usidlił ją dzięki nieoczekiwanym zdolnościom, które
wszczepili mu jego tleilaxańscy twórcy. Okazało się, że Duncan jest żywą
bronią zaprojektowaną specjalnie po to, by pokrzyżować szyki dostojnym
matronom. Nic dziwnego zatem, że rozwścieczone dziwki dokładały
wszelkich starań, by go znaleźć i zabić.
Po zamordowaniu setek dostojnych matron i ich sługusów stary baszar
ukrył się wśród ludzi, którzy przysięgli oddać życie, by go chronić. Od
czasów Paula Muad'Diba, a może nawet od zamierzchłej epoki fanatycznego
Dżihadu Butlerowskiego, żaden wielki generał nie mógł liczyć na taką
wierność podwładnych. Przy napitkach i jedzeniu, w atmosferze osnutej
mgiełką nostalgii, baszar wyjaśnił im, że muszą ukraść dla niego statek
pozaprzestrzenny. Chociaż zadanie to wydawało się niewykonalne, weterani
nie zakwestionowali tego nawet jednym słowem.
Usadowiony w archiwum, młody Miles przeglądał nagrania z kamer ochrony
portu kosmicznego na Gammu, obrazy zrobione z wysokich budynków Banku
Gildii w centrum stołecznego miasta. Kiedy teraz, po wielu latach,
studiował te nagrania, każdy etap owego ataku wydawał mu się sensowny.
"Był to jedyny sposób skutecznego przeprowadzenia tej akcji - pomyślał -
i dokonaliśmy tego..."
Po ucieczce na Rakis Teg i jego ludzie odnaleźli matkę wielebną Odrade i Szienę jadące na olbrzymim czerwiu przez ogromną pustynię, by powitać
statek pozaprzestrzenny. Mieli mało czasu. Wkrótce należało się
spodziewać najazdu pałających żądzą zemsty dostojnych matron,
wściekłych, że baszar wystrychnął je na dudka na Gammu. Opuścił więc z ocalałymi ludźmi statek pozaprzestrzenny w opancerzonych pojazdach z dodatkowym uzbrojeniem. Nadszedł czas na ostatnią, decydującą bitwę.
Zanim powiódł swoich żołnierzy do boju z dziwkami, Odrade mimochodem,
ale fachowo zadrapała chropawą skórę na jego szyi, niezbyt subtelnie
pobierając próbkę komórek. Zarówno Teg, jak i matka wielebna rozumieli,
że dla zgromadzenia żeńskiego jest to ostatnia szansa na zachowanie
jednego z największych umysłów wojskowych od czasu Rozproszenia. Zdawali
sobie sprawę, że ma zginąć. W ostatniej bitwie stoczonej przez Milesa
Tega.
Podczas gdy baszar i jego ludzie starli się z dostojnymi matronami, inne
zgrupowania dziwek szybko zajęły najludniejsze ośrodki Rakis. Zgładziły
Bene Gesserit, które pozostały w Kin. Zabiły tleilaxańskich mistrzów i kapłanów Podzielonego Boga.
Bitwa była już przegrana, ale Teg z niezrównanym impetem rzucił się ze
swoimi oddziałami na pozycje wroga. Pycha dostojnych matron nie pozwala
im pogodzić się z takim upokorzeniem, więc podjęły działania odwetowe
przeciw całemu pustynnemu światu, niszcząc wszystko i wszystkich.
Włącznie z nim.
Tymczasem wojownicy starego baszara odwrócili uwagę dziwek, by statek
pozaprzestrzenny mógł uciec, niosąc na pokładzie Odrade, gholę Duncana i Szienę, która zwabiła prastarego czerwia do przepastnej ładowni
jednostki. Wkrótce po ich ucieczce Rakis została zniszczona i czerw ten
stał się ostatnim przedstawicielem swojego gatunku.
To było pierwsze życie Tega. Na tym kończyły się jego rzeczywiste
wspomnienia.
Oglądając teraz obrazy ostatecznego bombardowania, Miles Teg zastanawiał
się, w którym momencie zostało unicestwione jego pierwotne ciało. Czy to
naprawdę miało jakieś znaczenie? Skoro znowu żył, miał drugą szansę.
Z komórek, które Odrade pobrała z jego szyi, zgromadzenie wyhodowało
duplikat baszara i przebudziło jego pamięć genetyczną. Bene Gesserit
wiedziały, że będą potrzebować jego geniuszu taktycznegow wojnie z dostojnymi matronami. I Teg w chłopięcej postaci rzeczywiście
poprowadził zgromadzenie żeńskie do zwycięstw na Gammu i Węźle. Zrobił
wszystko, o co go prosiły.
Później, wraz z Duncanem, Szieną i dysydentkami, którym przewodziła, raz
jeszcze ukradli statek pozaprzestrzenny i uciekli z Kapitularza, nie
mogąc znieść tego, co za przyzwoleniem Murbelli działo się z Bene
Gesserit. Uciekinierzy lepiej niż ktokolwiek inny zdawali sobie sprawę z istnienia tajemniczego wroga, który nadal polował na nich, bez względu
na to, jak bardzo mogli się zagubić...
Znużony faktami i wymuszonymi wspomnieniami, Teg wyłączył zapis,
rozprostował chude ramiona i wyszedł z archiwum. Spędzi teraz kilka
godzin na żmudnych ćwiczeniach fizycznych, a potem popracuje nad
umiejętnością władania bronią.
Chociaż żył w ciele trzynastoletniego chłopca, jego obowiązkiem było
pozostawać gotowym na wszystko i nigdy nie opuszczać gardy.
Dlaczego prosisz człowieka, który jest zagubiony, żeby cię prowadził?
Dlaczego potem dziwisz się, jeśli prowadzi cię donikąd?
- Duncan Idaho, Tysiąc żywotów
Dryfowali. Byli bezpieczni. Byli zagubieni.
Niemożliwy do zidentyfikowania statek w niemożliwym do zidentyfikowania
wszechświecie.
Siedząc samotnie, jak to często mu się zdarzało, na mostku nawigacyjnym,
Duncan Idaho wiedział, że nadal ścigają ich potężni wrogowie. Zagrożenia
wewnątrz zagrożeń w zagrożeniach. Statek pozaprzestrzenny błądził w mroźnej pustce, z dala od rejonów kiedykolwiek zbadanych przez
człowieka. Był to zupełnie inny wszechświat. Duncan nie potrafił
stwierdzić, czy się ukrywają, czy znaleźli się w pułapce. Nie wiedziałby
nawet, jak wrócić do jakiegokolwiek znanego mu układu gwiezdnego, choćby
tego chciał.
Według niezależnych chronometrów na mostku przebywali w tych dziwnych,
zniekształconych zaświatach od lat... Ale kto wiedział, jak płynie czas w innym wszechświecie? Prawa fizyki i krajobraz galaktyki mogły tu być
zupełnie inne.
Nagle, jakby jego troski zaprawione były zdolnością przewidywania,
zauważył, że lampki na głównym pulpicie sterowniczym chaotycznie
mrugają, a silniki stabilizujące gwałtownie to zwiększają, to
zmniejszają moc. Chociaż nie widział niczego niezwykłego poza znanymi
już kłębowiskami gazów i zniekształconymi falami energii, statek natknął
się na coś, co przywiodło mu na myśl "wyboistą drogę". Jak mogli
napotkać turbulencje w przestrzeni, w której niczego nie było?
Statek zatrząsł się pod wpływem smagnięcia dziwnej siły grawitacyjnej,
zasypany strumieniem cząstek o wysokiej energii. KiedyDuncan wyłączył
automatycznego pilota i zmienił kurs, sytuacja się pogorszyła. Przed
jednostką pojawiły się ledwie dostrzegalne błyski pomarańczowego
światła, niczym słabe, migoczące płomyki. Czuł, że pokład drży, jakby
uderzył w jakąś przeszkodę, ale niczego nie widział. Zupełnie niczego!
Powinna tam być próżnia, niewywołująca wrażenia ruchu czy turbulencji.
Dziwny wszechświat.
Duncan korygował kurs, dopóki instrumenty pomiarowe nie uspokoiły się,
silniki nie wyrównały pracy i nie zniknęły błyski przed dziobem. Gdyby
niebezpieczeństwo wzrosło, mógłby zostać zmuszony do jeszcze jednego
ryzykownego skoku przez zagiętą przestrzeń. Po opuszczeniu Kapitularza
wyczyścił wszystkie systemy nawigacyjne i pliki współrzędnych, prowadził
więc Itakę bez żadnych wskazówek, opierając się jedynie na intuicji i podstawowej prekognicji. Ilekroć uruchamiał silniki Holtzmana, stawiał
na szali cały statek i życie stu pięćdziesięciu uciekinierów na jego
pokładzie. Nie zrobiłby tego, gdyby nie musiał.
Przed trzema laty Duncan nie miał wyboru. Poderwał ogromny statek z lądowiska, nie uciekając w ścisłym sensie tego słowa, ale wykradając
całe więzienie, w którym umieściło go zgromadzenie żeńskie. Sam odlot
nie wystarczył. Swoim dostrojonym umysłem wyczuwał zacieśniającą się
wokół nich pętlę. Obserwatorzy zewnętrznego wroga, w niewinnych
przebraniach starca i staruszki, mieli sieć, którą mogli zarzucić z dużej odległości na statek pozaprzestrzenny. Widział, jak błyszcząca,
wielobarwna sieć zaczyna się zaciągać, a dziwaczna para staruszków
uśmiecha się zwycięsko. Myśleli, że mają już w garści i jego, i statek.
Stukając palcami tak szybko, że zlewały się w niewyraźną plamę,
koncentrując uwagę tak bardzo, że była niczym diamentowe ostrze, Duncan
zmusił silniki Holtzmana do rzeczy, których nie wydobyłby z nich nawet
nawigator Gildii. Kiedy niewidzialna sieć wroga omotała statek
pozaprzestrzenny, Duncan wystrzelił nim tak głęboko w zagięcia
przestrzeni, że rozerwał materię wszechświata i prześliznął się przez tę
szczelinę. Dopomogły mu w tym starożytne umiejętności mistrza miecza.
"Niczym wolno poruszające się ostrze, przeszywające niemożliwą do
przeniknięcia w inny sposób tarczę osobistą".
I tak statek pozaprzestrzenny znalazł się zupełnie gdzie indziej. Ale
Duncan Idaho zachowywał czujność, nie pozwalając sobie na westchnienie
ulgi. Co jeszcze mogło im się przydarzyć w tym niezrozumiałym
wszechświecie?
Studiował obrazy przekazywane przez czujniki sięgające za pole
pozaprzestrzenne. Widok na zewnątrz nie zmienił się - skłębione welony
mgławicowych gazów, ich odpychające się wstęgi, które nigdy się nie
zagęszczą, by utworzyć gwiazdy. Czy był to młody wszechświat, który
jeszcze nie skończył się formować, czy też wszechświat tak
niewyobrażalnie stary, że wszystkie słońca się wypaliły i został z nich
tylko cząsteczkowy popiół?
Czujący się w nim obco uciekinierzy rozpaczliwie pragnęli wrócić do
normalności... albo przynajmniej przenieść się w jakieś inne miejsce.
Minęło tyle czasu, że ich obawy ustąpiły miejsca konsternacji, ta zaś
przerodziła się w niepokój, a następnie w apatię. Nie zadowalało ich już
to, że zgubili pogoń i wyszli bez szwanku z opałów. Albo patrzyli na
Duncana Idaho z nadzieją, albo obwiniali go o to, że znaleźli się w tak
trudnym położeniu.
Pasażerowie statku stanowili przekrój ludzkości (a może Sziena i jej
siostry Bene Gesserit postrzegały ich wszystkich jako "okazy"?). Była
wśród nich garstka ortodoksyjnych Bene Gesserit - akolitki, cenzorki,
matki wielebne, a nawet robotnicy płci męskiej - oraz sam Duncan i młody
ghola Milesa Tega. Na pokładzie znajdował się też rabbi ze swoją grupką
Żydów, których uratowano przed planowanym przez dostojne matrony
pogromem na Gammu, ocalały mistrz tleilaxański i cztery podobne do
zwierząt futary - potworne, stworzone w czasach Rozproszenia i zniewolone przez dziwki hybrydy człowieka i kota. W dodatku ładownia
była schronieniem dla siedmiu małych czerwi pustyni.
"Zaiste, stanowimy przedziwną mieszaninę. Statek głupców" - pomyślał.
Rok po ucieczce z Kapitularza i ugrzęźnięciu w tym zniekształconym i niezrozumiałym wszechświecie Sziena i Bene Gesserit, któreza nią poszły,
wzięły wraz z Duncanem udział w ceremonii chrztu statku. W świetle
nieskończenie długiej wędrówki najbardziej odpowiednia wydawała im się
nazwa Itaka.
Itaka, mała wyspa w starożytnej Grecji, była ojczyzną Odyseusza, który
przez dziesięć lat po zakończeniu wojny trojańskiej starał się odnaleźć
drogę do domu. Również Duncan i jego towarzysze podróży musieli znaleźć
miejsce, które mogliby nazwać domem, bezpieczną przystań. Ci ludzie
odbywali własną odyseję, nie mając nawet mapy ani atlasu układów
gwiezdnych. Duncan czuł się tak samo zagubiony jak pradawny Odyseusz.
Nikt nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo pragnął wrócić na Kapitularz.
Więzy serca łączyły go z Murbellą, jego miłością, niewolnicą i panią.
Uwolnienie się od niej było najtrudniejszym i najboleśniejszym z wysiłków, które zapamiętał ze swoich wielokrotnych wcieleń. Wątpił, czy
kiedykolwiek uda mu się wyzwolić spod jej uroku. Murbella...
Ale Duncan Idaho zawsze stawiał obowiązki ponad swe uczucia. Nie
zważając na ból serca, przyjął odpowiedzialność za bezpieczeństwo statku
pozaprzestrzennego i jego pasażerów, nawet w tym wykrzywionym
wszechświecie.
Przypadkowe połączenia zapachów przypominały mu w dziwnych momentach o charakterystycznej woni Murbelli. Unoszące się w przetwarzanym powietrzu
Itaki organiczne estry pobudzały jego komórki węchowe, przywołując
wspomnienia spędzonych z nią jedenastu lat. Pot Murbelli, jej
ciemnobursztynowe włosy, szczególny smak jej ust i morski zapach ich
"seksualnych zderzeń". Ich namiętne spotkania, od których byli
uzależnieni, od których żadne nie miało siły się uwolnić, były przez
lata zarówno intymne, jak i brutalne.
"Nie mogę mylić wzajemnego uzależnienia z miłością" - pomyślał. Ból był
co najmniej tak silny i nieznośny jak męki po odstawieniu narkotyków.
Kiedy statek pozaprzestrzenny mknął przez pustkę, Duncan z każdą godziną
coraz bardziej się od niej oddalał.
Odchylił się na oparcie fotela i uruchomił swoje wyjątkowe zmysły, cały
czas obawiając się, że ktoś może znaleźć ich statek. Niebezpieczeństwo
związane z tym biernym stróżowaniem polegało na tym,że od czasu do czasu
jego myśli płynęły ku Murbelli. Aby obejść ten problem, Duncan podzielił
swój umysł mentata na niezależne fragmenty. Jeśli jakaś jego część
bujała w obłokach, inna pozostawała czujna, bez przerwy wypatrując
zagrożenia.
Podczas wspólnie spędzonych lat spłodził z Murbellą cztery córki.
Najstarsza dwójka - bliźniaczki - była już prawie dorosła. Ale odkąd
agonia przemieniła Murbellę w prawdziwą Bene Gesserit, była dla niego
stracona. Nigdy wcześniej żadna dostojna matrona nie ukończyła edukacji
- a właściwie reedukacji - niezbędnej do tego, by zostać matką
wielebną, więc zgromadzenie żeńskie było z niej wyjątkowo zadowolone.
Złamane serce Duncana było tylko przykrym skutkiem ubocznym.
Prześladowało go wspomnienie ślicznego oblicza Murbelli. Zdolności
mentackie - zarazem błogosławieństwo i przekleństwo - pozwalały mu
przywołać każdy szczegół jej rysów: owalną twarz i szerokie brwi, twarde
spojrzenie zielonych oczu, które przypominały mu jadeit, smukłe i gibkie
ciało, które z jednakową wprawą walczyło i uprawiało seks. A potem
przypomniał sobie, że po agonii przyprawowej jej zielone oczy stały się
niebieskie. Nie była już tą samą osobą...
Jego myśli zaczęły błądzić i rysy Murbelli się zmieniły. Niczym powidok
naświetlony na siatkówkach jego oczu, począł nabierać kształtu obraz
innej kobiety. Duncan był zaskoczony. Widok ten napierał na niego z zewnątrz, narzucony przez nieskończenie potężniejszy umysł, szukający go
i oplatający Itakę delikatnymi nićmi.
"Duncanie Idaho" - zawołał jakiś głos, kobiecy i kojący.
Poczuł przypływ emocji i zaczęła w nim narastać świadomość zagrożenia.
Dlaczego jego mentacki system ostrzegania nie zauważył tego w porę? Jego
podzielony umysł przeszedł na pełen tryb przetrwania. Skoczył ku
przyrządom sterowniczym silników Holtzmana, zamierzając raz jeszcze
rzucić statek na oślep w daleką pustkę.
"Duncanie Idaho, nie uciekaj. Nie jestem twoim wrogiem" - przemówił
ponownie ten głos.
Podobne zapewnienia składali starzec i staruszka. Chociaż Duncan nie
miał pojęcia, kim są, wyczuwał, że to prawdziwi wrogowie. Ale ta nowa,
kobieca osobowość, ten niezmierny intelekt, dosięgłago spoza dziwnego,
niezidentyfikowanego wszechświata, w którym znajdował się statek
pozaprzestrzenny. Usiłował się wyrwać, ale nie mógł uciec przed tym
głosem.
"Jestem Wyrocznią Czasu".
W kilku ze swoich żywotów Duncan słyszał o Wyroczni Czasu - sile
przewodniej Gildii Kosmicznej. Powiadano, że życzliwa i wszechwidząca
Wyrocznia Czasu strzeże Gildii od chwili jej utworzenia przed
piętnastoma tysiącami lat, ale Duncan zawsze uważał, że jest to
dziwaczny przejaw religijności nadwrażliwych nawigatorów.
- Wyrocznia jest mitem. - Jego palce unosiły się nad przyciskami konsoli
dowodzenia.
"Jestem wieloma rzeczami. - Był zdziwiony, że głos nie zaprzecza jego
oskarżeniom. - Wielu cię szuka. Znajdą cię tutaj".
- Ufam swoim zdolnościom - rzekł głośno Duncan i włączył silniki
zaginające przestrzeń. Miał nadzieję, że Wyrocznia Czasu nie zauważy ze
swojego zewnętrznego punktu widzenia, co robi. Przemieści statek
pozaprzestrzenny gdzie indziej, znowu uciekając. Ile różnych sił na nich
polowało?
"Przyszłość potrzebuje twojej obecności. Masz do odegrania rolę w Kralizeku".
Kralizek... Tajfun Walki... od dawna przepowiadana bitwa na końcu
wszechświata, która na zawsze zmieni przyszłość.
- Kolejny mit - powiedział Duncan, wprowadzając bez uprzedzenia
pasażerów parametry skoku przez zagiętą przestrzeń. Statek
pozaprzestrzenny szarpnął, po czym raz jeszcze zanurkował w nieznane.
Kiedy jednostka uciekała ze szponów Wyroczni Czasu, Duncan słyszał, jak
słabnie jej głos, ale nie wydawała się skonsternowana.
"Poprowadzę cię" - oświadczył głos, rwąc się jak strzępy bawełny.
Itaka przeskoczyła przez zagiętą przestrzeń i po chwili znowu z niej
wypadła.
Wokół statku świeciły gwiazdy. Prawdziwe gwiazdy. Duncan sprawdził
czujniki oraz siatkę nawigacyjną i zobaczył błyski słońc i mgławic.
Znowu normalna przestrzeń. Bez dalszej weryfikacji wiedział, że wrócili
do swojego wszechświata. Nie mógł się zdecydować, czy ma się cieszyć,
czy płakać z rozpaczy.
Nie wyczuwał już Wyroczni Czasu ani żadnych poszukiwaczy - tajemniczego
wroga czy zjednoczonego zgromadzenia żeńskiego - chociaż musieli tam
wciąż być. Nie daliby za wygraną nawet po trzech latach.
Statek pozaprzestrzenny kontynuował ucieczkę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki