Łowcy bólu - Bora Chung

Kup ebooka

49.99 zł
44.99 zł (49,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Wewnętrzną stronę ud kobiety pokrywały długie blizny po cięciach nożem. Po jej przedramionach rozsiane były mniejsze i większe ślady po oparzeniach, przypominające plamy zastygłego wosku.

Jeden z nadgarstków mężczyzny był już przykuty kajdankami do wezgłowia łóżka. Kobieta wkrótce zrobiła to samo z jego drugą ręką.

Nie stawiał oporu. Wlepił wzrok w jej dłonie. Na nadgarstkach również miała blizny pozostawione przez ostrze.

Wsunęła rękę pod koszulkę mężczyzny. Pogładziła jego pierś.

Jego skórę także pokrywały niezliczone blizny. W miejscu, gdzie przebiegała gruba szrama, nie miał czucia. Kobieta ściągnęła mu wolną dłonią spodnie. Założyła prezerwatywę na jego członka.

Usiadła na nim okrakiem. Dłoń pod jego koszulką przesunęła na poznaczone bliznami plecy. Mężczyzna wziął głęboki wdech.

Żadne z nich nie odezwało się słowem. Usta kobiety delikatnie musnęły jego ucho i szyję. Zaraz potem dotknęły jego policzka i spoczęły na ustach. Rozcięta warga mężczyzny spuchła. Ona delikatnie ją ssała. Rozchylił usta, by jej to ułatwić.

Na pokładzie znajdowało się sześcioro pasażerów. Mężczyźnie towarzyszyło dwóch śledczych. Rozpoznał jedną z osób siedzących już na swoim miejscu. Był to lekarz, który dokonywał oceny psychiatrycznej podczas procesu. Gdy tylko napotkał wzrok oskarżonego, skinął lekko głową. On również przywitał się z nim bez słowa.

Zauważył także ją. Siedziała samotnie na samym końcu samolotu.

Kobieta z długimi włosami, ubrana w czarny garnitur, powitała wszystkich. Ona przez cały ten czas przyglądała mu się spokojnie ze swojego fotela.

Nie wiedzieć skąd wyłoniła się stewardesa.

- Proszę zapiąć pasy. Wkrótce startujemy - poleciła, omiatając wzrokiem nielicznych pasażerów z poważną, pozbawioną jakichkolwiek emocji miną.

Wszyscy w jednej chwili zastosowali się do jej instrukcji, co spowodowało lekkie zamieszanie. Skuty kajdankami mężczyzna nie mógł sobie poradzić sam, dlatego wyręczył go siedzący obok funkcjo­nariusz.

Ona jako jedyna się nie wierciła. Dla pewności przesunęła tylko palcami po zapiętej już wcześniej klamrze i zwróciła się do stewardesy:

- Dziękuję.

Ta spojrzała przelotnie na jej pas, po czym równie obojętnie skinęła głową i zniknęła za zasłoną na tyłach maszyny.

Dopóki nie wzbili się w powietrze, nikt się nie odezwał.

- Dawno się nie widzieliśmy - zwrócił się do kobiety śledczy, gdy osiągnęli już stabilną wysokość, a brzęczenie w uszach i nieprzyjemne uczucie w żołądku ustały.

- To prawda - odparła krótko.

Zapadła cisza.

- Widzę, że ma pan nowego partnera, komisarzu Ryun - zagadnęła spokojnie siedząca z przodu długowłosa w czarnym stroju.

- Zgadza się.

Ryun spojrzał na początkującego śledczego, który siedział po jego lewej. Mężczyzna z niewielkim urządzeniem w uchu patrzył przez okno, nie reagując na słowa współpasażerów. Wyglądało na to, że nie zamierza włączać się do rozmowy.

- W sumie minęło tyle czasu... - rzuciła kobieta w garniturze.

Ryun pokręcił głową.

- Zdegradowali go.

- Jak to? - Kobieta sprawiała wrażenie zaciekawionej.

Komisarz Ryun się zaśmiał.

- Wygadywał jakieś bzdury, wypytywał o operację.

- I skończyło się tylko na przeniesieniu? Nie zwolniliście go? Widzę, że ktoś tu się wykazał wyrozumiałością. - Kobieta również się zaśmiała.

- A więc pani jest tu teraz szefową, pani Hyeon? - spytał śledczy. - Gratuluję.

Hyeon posłała mu słaby uśmiech.

- Minęło już trochę czasu, ale mimo wszystko dziękuję - odparła, bawiąc się przy tym pierścionkiem. Wyglądało to na nawyk, z którego sama nie zdawała sobie sprawy.

Kobieta siedząca samotnie w tylnej części maszyny wpatrywała się w szybę. Nie brała udziału w rozmowie, nie zwracała też uwagi na Hyeon i Ryuna.

Mężczyzna wyprostował plecy, a siedzący obok młody funkcjonariusz momentalnie zmierzył go wzrokiem. Lekarz również uniósł głowę i spojrzał w jego stronę. Wszystkie oczy na pokładzie skupiły się na pasażerze w kajdankach. Ten spuścił brodę i zapadł się w fotelu.

Zza zasłony ponownie wyłoniła się stewardesa. Hyeon coś do niej rzuciła, a ta odpowiedziała ściszonym głosem. Kobieta skinęła głową, a członkini załogi znów zniknęła na tyłach samolotu.

Nikt nie odezwał się już aż do chwili lądowania. Ciszę zakłócał jedynie mechaniczny szum.

Gdy kobieta weszła do pomieszczenia, zaskoczony mężczyzna się wzdrygnął. Kiedy usiadła na łóżku, spytał:

- Na pewno możemy to robić?

- Jak masz z tym problem, to każ mi sobie pójść - odparła.

Nie odpowiedział.

- Mam iść? - spytała.

Przyglądał jej się przez chwilę, po czym rzucił:

- Nie.

Patrzył na jej dłonie, gdy zakuwała go w kajdanki. Zwrócił uwagę na pierścionek na jej palcu. Kobieta chwyciła go za brodę i uniosła jego głowę tak, by spojrzał jej w oczy.

- To nie twoja sprawa.

O nic już nie zapytał.

- Wspólnota nigdy cię nie opuści - powiedział starszy brat mężczyzny.

Zgrupowanie wybrało prawnika i zatrudniło śledczego. Przesłuchano już kobietę i jej rodzinę. Wynajęty przez wspólnotę adwokat zadał jej w sądzie pytanie:

- W jakim wieku zmarł pani brat?

- Miał czternaście lat - odparła krótko.

- A ile lat miała wówczas pani? - spytał ponownie prawnik.

- Pięć - powiedziała kobieta.

Mężczyzna sprawdził, czy te słowa były zgodne z prawdą.

- Pamięta pani brata?

- Tak. - Jej głos był zupełnie wyprany z emocji.

- A pamięta pani, jak umarł? - Adwokat zwrócił się do niej nieco dramatycznym tonem, ale twarz kobiety nawet nie drgnęła.

- Przedawkował leki.

- Czy to był wypadek? - spytał.

- Według oficjalnej wersji tak - odparła spokojnie.

- Czy mówiąc "według oficjalnej wersji", sugeruje pani, że istnieją w tej kwestii inne, mniej formalne opinie? - skierował do niej kolejne pytanie, jakby czekał, aż pociągnie temat.

- Zgłaszam sprze...

Zanim prokurator zdążył dokończyć zdanie, prawnik uniósł dłoń i mu przerwał:

- Rozumiem. Brat świadkini zmarł wskutek przedawkowania leków, co zostało uznane przez śledczych za nieszczęśliwy wypadek.

Adwokat zrobił znaczącą pauzę i wlepił wzrok w sędziego, po czym rozejrzał się po sali. Zbliżył się nieco do kobiety i spytał:

- Czy rodzice często zmuszali pani brata do zażywania leków, które sami opracowywali?

- Sprzeciw. - Prokurator podniósł się z miejsca, nim przesłuchiwana zdążyła udzielić odpowiedzi. - Brat świadkini zmarł dziesięć lat temu, a okoliczności nie mają żadnego związku z naszą sprawą.

Sędzia skierował wzrok na adwokata, który pospieszył z wyjaśnieniem:

- Ma to znaczenie dla procesu. Sami się państwo przekonają, jeśli tylko posłuchają do końca.

Sędzia nie wyglądał na przekonanego, lecz mimo to skinął głową.

- Proszę odpowiedzieć - zwrócił się do kobiety.

Ta pokręciła delikatnie głową.

- Sama nie wiem. Byłam jeszcze mała.

Prawnik po raz kolejny spojrzał wymownie na sędziego.

- Będę wdzięczny za zapoznanie się z protokołem z sekcji zwłok. Dowód numer trzynaście.

Sędzia i prokurator spuścili wzrok i przekartkowali gruby stos dokumentów.

- Czy to prawda, że rodzice często podawali różne leki także pani? - zadał następne pytanie adwokat.

- Tak - odparła krótko kobieta.

Zrobił kolejny krok w jej stronę.

- Potwierdzi pani zatem, że wielokrotnie trafiała do szpitala wskutek działań ubocznych tych substancji?

Składająca zeznania uniosła wzrok i wlepiła go w mężczyznę.

- Zgadza się, często mnie hospitalizowano. Nie wiem jednak, czy miało to związek z lekami.

Prawnik pokiwał głową ze zrozumieniem, po czym popatrzył na sędziego i zwrócił się do niego słowami:

- Proszę o zapoznanie się z dowodem rzeczowym numer szesnaście. To dokumentacja medyczna świadkini.

- Sprzeciw. - Prokurator ponownie wstał. Odsuwane krzesło przeraźliwie głośno zaszurało. - Świadkini składająca zeznania jest w tej sprawie poszkodowaną, która straciła rodziców. Jakie znaczenie mają tu jej dokumenty ze szpitala?

- Proszę mi uwierzyć, mają - oznajmił adwokat. - Poszkodowana straciła brata w wyniku przemocy ze strony rodziców, którzy przeprowadzali eksperymenty medyczne na własnych dzieciach. Sama również znosiła cierpienia przez całe dzieciństwo. Czy nie było tak, że właśnie z tego powodu nie mogła już dłużej wytrzymać i upozorowała wybuch, by pozbawić rodziców życia?

Prokurator raz jeszcze się podniósł.

- Sprzeciw.

Adwokat nawet nie zaprzątał sobie tym głowy.

- Chciała pani uwolnić się od przemocowych rodziców, ale ci wykorzystali swój majątek i wpływy, by do tego nie dopuścić, dlatego w końcu ich pani zabiła, prawda?

- Na miejscu zdarzenia schwytano podejrzane­go, mamy wystarczające dowody świadczące o jego winie - zaprotestował podniesionym głosem prokurator. Nie krył poirytowania. - Nie sądzimy tutaj świadkini.

Prawnik nic sobie z tego nie robił. Nawet gdy prokurator mówił, cały czas wykrzykiwał:

- Wysoki Sądzie, policja dopuściła się zaniechań podczas śledztwa w sprawie zabójstwa rodziców przez córkę! Głównym celem służb było ograniczanie wolności słowa i wyrażania poglądów przez członków ugrupowania religijnego, które otwarcie sprzeciwia się wielkim korporacjom! Czyż nie o to w tym wszystkim chodzi?!

Gdy tylko wyrzucił z siebie te słowa, na sali zapadła cisza. Prokurator zerknął na niego ukradkiem, po czym znużonym tonem powiedział:

- Sprzeciw.

- Podtrzymuję - oznajmił sędzia i skinął głową.

- Przecież nie wolno kłamać! - wściekał się na brata mężczyzna. - Tak ciężko pracowałeś! Jak możesz teraz łamać nasze dogmaty?!

- Wcale nie próbujemy ich przekonać, że to ona popełniła przestępstwo - wtrącił prawnik, chcąc się wytłumaczyć. - To tylko część taktyki. Jeżeli zdeprecjonujemy ofiary i damy światu do zrozumienia, że wcale nie były one wspaniałymi osobami zasługującymi na to, by je teraz opłakiwać, być może zyska pan szansę na złagodzenie wyroku.

Te słowa jeszcze bardziej go rozgniewały. Wcale nie chodziło o wyrok. Gdyby bał się więzienia, nawet nie zabrałby się do tej pracy. Najważniejsze było dla niego to, w co wierzył. Adwokat zaś lekceważył jego przekonania, doktrynę i całą wspólnotę.

- Pan ma swoje wartości, ja mam swoje - rzucił. - Jestem prawnikiem. Właśnie dlatego muszę korzystać ze wszystkich dostępnych środków, oczywiście w granicach prawa, by poprowadzić sprawę w jak najkorzystniejszym kierunku dla mojego klienta i wynegocjować dla niego możliwie jak najłagod­niejszy wymiar kary. Na tym polega moja rola i wierzę, że muszę spełniać się w niej najlepiej, jak tylko potrafię. Obecnie to pan jest moim klientem, dlatego jestem gotów zastosować każdą strategię, by uchronić pana przed surowym wyrokiem. A jeśli ma pan z tym problem, zawsze można zmienić adwokata.

Nie wiedział, jak się mu odgryźć.

Ostatecznie skazano go na dożywocie. Prawnik był zadowolony i szczycił się, że udało im się uniknąć kary śmierci. Brat poklepał mężczyznę po ramieniu.

- Spotkasz tam innych członków wspólnoty, więc nie trać wiary. Postaram się coś zdziałać.

Mężczyzna był zrozpaczony. Jego życie przypominało miarowy bieg, podczas którego nie spuszczał wzroku ze swojego celu. Ten zniknął mu jednak sprzed oczu w momencie ogłoszenia wyroku. Skoro nie mógł umrzeć, jego istnienie straciło jakikolwiek sens.

Kobieta usiadła prosto. Puściła jedną z jego rąk. Mężczyzna zdjął nią prezerwatywę, wyrzucił ją do kosza, po czym włożył spodnie. Ona przyglądała mu się w milczeniu, siedząc na ziemi oparta o łóżko. Kiedy zamierzał właśnie obciągnąć podwiniętą koszulkę, rzuciła:

- Przestań.

Jego dłoń zastygła w bezruchu. Siedząca naprzeciw niego kobieta przez dłuższą chwilę wpatrywała się w rzędy białych blizn rozciągające się wzdłuż jego piersi oraz podłużne czerwone znamię przecinające brzuch.

- Jak powstała?

Mężczyzna wlepił w kobietę wzrok, nie zrozumiawszy pytania.

- Na brzuchu - doprecyzowała krótko, kreśląc linię palcem w powietrzu. - Od noża?

- Nie. Od kamienia - odparł.

- A te wyżej? - odezwała się ponownie, wykonując gest przypominający drapanie się po piersi.

Mężczyzna spojrzał na swoje blizny.

- Nie pamiętam.

O nic już nie zapytała. Spokojnie wpatrywała się w ślady na jego ciele. On również zerkał na jej znamiona.

- Dlaczego to zrobiłaś? - spytał, nie odrywając od nich wzroku.

- Bo chciałam, żeby na zawsze pozostały widoczne - odpowiedziała i zaraz dodała: - Sęk w tym, że z czasem bledną.

Śmierć poniosły dwie osoby: mężczyzna dobiegający sześćdziesiątki i kobieta w wieku około sześćdziesięciu pięciu lat. Oboje zostali wcześniej aresztowani i skazani, odbyli karę więzienia w związku z "incydentem grupy modlitewnej". Obok ich zwłok znaleziono kartkę z wydrukowaną wiadomością o treści: "Martwi dostąpili już zbawienia".

Ciała ofiar nosiły ślady tortur, a sekcja zwłok wykazała obecność tych samych substancji, które zastosowano podczas wspomnianego incydentu.

Właśnie z tego powodu dwanaście lat później policja ponownie zgłosiła się do kobiety. Gdy usłyszała o lekach wykrytych u ofiar, wspomniała o niedzia­ła­jącym już laboratorium. Znajdowało się w odległości trzystu czterdziestu ośmiu kilometrów od siedziby głównej. Laboratorium i fabrykę zamknięto już dawno temu, otaczało je pustkowie. Najbliższe miasto z jakąkolwiek infrastrukturą transportową w rodzaju dworca kolejowego czy lotniska było oddalone o sześćdziesiąt trzy kilometry. Ona odmówiła powrotu do upadłego kompleksu.

Hyeon zaproponowała przelot firmowym odrzutowcem, deklarując, że osobiście zabierze funkcjonariuszy na miejsce. Nie miała jednak żadnych powiązań ze spółką, kiedy prowadzono eksperymenty, dlatego komisarze nalegali na uczestnictwo kobiety.

Wiedziała, że on również zjawi się na ­pokładzie i że po dwunastu latach znów przyjdzie jej go zobaczyć. Właśnie dlatego po pewnym namyśle i negocjacjach zgodziła się pomóc.

Mężczyzna próbował wyjaśnić, że ugrupowanie nie namawiało go do morderstwa.

Ból jest drogą do zbawienia, a to do niego dąży grupa. Celem nie jest śmierć. Zresztą już wcześniej, gdy stosowanie substancji doprowadziło do poważniejszych problemów, Kościół niemal na dobre się rozpadł. Nie było więc mowy, że jego przedstawiciele dokonaliby morderstwa z wykorzystaniem tych środków.

Mężczyzna nie zdążył przekazać wszystkiego, co miał do powiedzenia. Gdy wspomniał o kłopotach związanych ze stosowaniem leków, kobieta bez słowa podniosła się z miejsca. Podeszła do niego szybkim krokiem i uderzyła go w twarz. Zaatakowany stracił równowagę i opadł na fotel obok. Siedzący w nim pierwotnie Ryun poszedł akurat do baru na tyłach, by napić się wody.

Komisarz, który dopiero co zaczął pracę, zerwał się na równe nogi. Ryun zaraz do nich doskoczył i chwycił kobietę. Lekarz i Hyeon podnieśli się z foteli, przybiegła też stewardesa.

Ryun wraz z psychiatrą złapali kobietę za ramiona. Nie stawiała oporu. Nie puszczając jej, funkcjonariusz spokojnie odprowadził ją z powrotem na miejsce i usadził. Stewardesa podała mężczyźnie chusteczkę, a on otarł nią krew z ust.

- Nie zrobiłam tego, by pomścić rodziców - wyznała wątłym głosem, patrząc na jego spuchniętą wargę. - Jesteś zwykłym idiotą, a ten wasz cały Kościół to wylęgarnia przestępców.

- Już do niego nie należę.

Kobieta po raz pierwszy się uśmiechnęła. Na jej twarzy pojawił się krzywy, oschły grymas.

- Myślałem, że mi nie uwierzysz - powiedział.

- Bo wciąż jesteś idiotą - odparła cicho. - Szukasz po prostu innego sposobu na zbawienie. Dalej ci się wydaje, że to możliwe.

Mężczyzna nie odpowiedział.

Międzynarodowe Towarzystwo Badania Bólu definiuje ból jako "przykre doznanie czuciowe i emocjonalne, związane z aktualnie występującym lub potencjalnym uszkodzeniem tkanek lub przypominające doznanie takiego uszkodzenia". Jak można wyczytać z tego wyjaśnienia, według medycyny zachodniej jest on zwyczajowo rozumiany jako swego rodzaju sygnał informujący o awarii "maszyny", czyli ciała. Kiedy dochodzi do jakiegoś uszkodzenia, układ nerwowy wyłapuje znak w postaci bólu i przesyła go dalej do mózgu. Istnieją zatem dwa sposoby na wyeliminowanie tego doznania: uniemożliwienie wyłapania go przez zakończenia nerwów czuciowych lub powstrzymanie ich przed przekazaniem sygnału do mózgu. Wśród leków przeciwbólowych można wyróżnić środki nieopioidowe, które zmniejszają nieprzyjemne doznania przez hamowanie enzymów syntetyzujących prostaglandyny odpowiadające za przekazywanie dalej bólu. Enzymy pobudzające do działania te hormony są wydzielane przez żołądek, dlatego nadmierne stosowanie tego typu substancji może prowadzić do zaburzeń funkcjonowania układu pokarmowego, takich jak chociażby zapalenie błony śluzowej żołądka. Podobnie jak w przypadku większości leków długotrwałe zażywanie środków nieopioidowych może także spowodować uszkodzenia wątroby. Opioidowe środki przeciwbólowe działają natomiast na ośrodkowy układ nerwowy, uniemożliwiając przekazywanie sygnałów do śródmózgowia. Wpływają one również na obwodowy układ nerwowy - hamują uwalniania neuroprzekaźników. Przyjmowanie tych leków może się wiązać z bardzo różnymi skutkami ubocznymi. Do najczęstszych zalicza się zaparcia, ale czasem są to też nudności i wymioty, trudności w oddychaniu, senność czy zaburzenia hormonalne. Najniebezpieczniejszym działaniem niepożądanym jest jednak uzależnienie.

Firma prowadziła badania nad opracowaniem nowego leku mającego zastąpić środki opioidowe. NSTRA-14, bo tak się nazywał, był analgetykiem idealnym. Blokował sygnały bólowe równie skutecznie, jak robią to opioidy, ale nie wywoływał przy tym typowych dla nich skutków ubocznych. Jego największą zaletą był brak właściwości uzależniających. Lek opracowano z myślą o bezpiecznym i niedrogim zapewnieniu ulgi osobom przewlekle chorym i pacjentom onkologicznym. Nie dość, że firmie udało się osiągnąć pierwotny cel, to na dodatek doprowadziła ona do rewolucji w postrzeganiu bólu i zmiany podejścia do jego leczenia.

Medyczne spojrzenie na ból zatoczyło koło i powróciło do kartezjańskiej teorii dualizmu. Dolegliwości te rozumiano jako "sygnały wskazujące na nieprawidłowości w działaniu mechanizmu, którym jest ciało", nic ponad to. Należało je zatem wyeliminować zaraz po dotarciu do ich przyczyny. Przestano traktować ból, zwłaszcza ten przewlekły, jako niezbywalny element życia, który należy zaakceptować i znosić - zamiast tego zaczęto go uznawać za osobną jednostkę chorobową, którą nie tyle trzeba, ile można wyleczyć. Dotychczas specjaliści przepisujący leki opioidowe musieli mieć na uwadze cztery istotne aspekty takiego leczenia: ich działanie przeciwbólowe, stan pacjenta, prawdopodobieństwo uzależnienia i skutki uboczne leków. Nowy wynalazek sprawił, że nie było już dłużej potrzeby martwienia się dwoma ostatnimi. Początkowo rząd z dużą podejrzliwością obserwował rozwój sytuacji i wprowadził regulacje dotyczące nowego leku, ale gdy udowodniono bezpieczeństwo NSTRA-14 i potwierdzono, że nie ma potencjału uzależniającego, organizm zaś z czasem nie uodparnia się na substancje czynne w nim zawarte, zaczęto znosić obostrzenia. Po wygaśnięciu patentu na rynku pojawiły się zamienniki, a produkty, w których występowały te same składniki w różnych dawkach, stały się dostępne w aptekach bez recepty.

Wprowadzenie bezpiecznych, silnych, nieuzależ­niających leków, na które tolerancja organizmu wcale się nie zwiększała, stopniowo, ale trwale zmieniło postrzeganie bólu i podejście do cierpienia fizycznego. Ból, niezależnie od lokalizacji i nasilenia, przestał być czymś, co należało znosić - teraz można było go z łatwością kontrolować lub wyeliminować. Z jednej strony osoby wzbraniające się przed zażywaniem środków przeciwbólowych z obawy, że przestaną one działać, albo takie, które nie zgłaszały się do lekarzy po recepty z powodu lęku przed wysokimi kosztami terapii, nie musiały dłużej cierpieć. Z drugiej strony przybywało tych, którzy zażywali NSTRA-14 niezgodnie z jego przeznaczeniem, by doświadczyć lekkiej, krótkotrwałej euforii. Lekarstwo oddziaływało bowiem na receptory opioidowe w obwodowym układzie nerwowym podobnie jak wcześniejsze preparaty, dlatego przy pierwszym zetknięciu wywoływało uczucie chwilowej ekstazy, u niektórych przez niedługi czas mogło się utrzymywać dziwne wrażenie lekkości lub odrętwienia. NSTRA-14 bywał więc stosowany nie w celu uśmierzenia bólu, ale czysto rekreacyjnie. Z tego powodu część ludzi utożsamiała ten środek z narkotykiem, nie zważając na jego rzeczywiste działanie.

Ból wykracza jednak poza odczucia fizyczne. Cierpienie oznacza znoszenie bólu, dyskomfortu, niepokoju, straty lub stanu zagrażającego życiu. Ból i cierpienie są ze sobą ściśle powiązane. Badacze zajmujący się tym problemem definiują to drugie jako coś głębszego niż doznania fizyczne, wiążą je ze stanem umysłu i emocjami. Uważa się też, że czynniki społeczno-kulturowe mają na nie znaczący wpływ. Pojęcia bólu i cierpienia łączą się ze sobą i wzajemnie przenikają.

Wraz z pojawieniem się NSTRA-14 definicję bólu ograniczono jednak do odczuć fizycznych, a pytania dotyczące cierpienia w kontekście społecznym, kulturowym, filozoficznym czy psychicznym stopniowo zanikały. Wchłonęła je medycyna, a ta rozwijała się wraz z postępem nauki i technologii. Wszelki ból był zatem problemem możliwym do rozwiązania za pomocą leków, zastrzyków lub innych zabiegów czy terapii. Nie należało go odczuwać, nie było w końcu takiej potrzeby. Dobrowolne znoszenie go bez interwencji medycznej budziło podejrzenia o problemy psychiczne.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej