Łowcy (#3) - Piotr Adam Sowiński

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Łódź, luty 2002 r.

Luty był ciepły. Wyjątkowo. Jego pierwsze dni przyniosły aurę niemalże wiosenną. Niektórzy ostentacyjnie zdejmowali ciepłe płaszcze i pokazywali zimie, że jej dni są policzone.

Komisarz Kostecki też rozpiął poły kapoty. Kapota była zaskakująco ładna. Kolega, który był księdzem, dał mu cynk, że w punkcie Caritasu na rogu Gdańskiej i Kopernika rozdają palta. Okrycia były nowe, wykonane z solidnego materiału. Dyżurujący ksiądz spojrzał na policjanta podejrzliwie. Trochę kwękał, że to tylko dla potrzebujących, lecz gdy Tadeusz rzucił nazwiskiem kolegi, kapłan zmiękł i przyniósł dużych rozmiarów czarny uniform. Kostecki był zadowolony. Kwotę, którą musiałby przeznaczyć na zakup nowego przyodziewku, wydał na wiadomą substancję. Po wypiciu alkoholowej mikstury Tadeusz się wyciszał. Życie, które na trzeźwo nazywał przegranym, strzelało wtedy kontaktowego gola. Nad ranem jednak zawsze się okazywało, że był spalony.

Teraz - w jako takiej kondycji i czarnym płaszczu z odzysku - Tadeusz zameldował się w komendzie na Lutomierskiej. Miał minę kapitana drużyny, która przerżnęła zero do pięciu. Łódzka policja była w stanie silnej aktywności. Miastem targała afera "łowców skór". Dziennikarskie śledztwo prowadzone przez Tomasza Patorę odsłoniło szokujący proceder uśmiercania pacjentów przez pracowników pogotowia. Nowy wiek zapowiadał nowego rodzaju zbrodnie. Łódź trafiła na czołówki wszystkich gazet w Polsce - o aferze trąbiły stacje telewizyjne. Miasto, o którym nie chcieli myśleć nawet sami mieszkańcy - z pracownikami magistratu na czele - znalazło się w centrum zainteresowania. Tadeusz do zbrodni podchodził z dystansem. Miał pięćdziesiąt dwa lata. Wyglądał na pięćdziesiąt. Czuł się zaś tak, jakby miał osiemdziesiąt dziewięć. Od jakiegoś czasu omijały go ciekawe śledztwa. Tkwił w policji, bojąc się głodowej emerytury. Wyliczenia kolegów mówiły, że jak Tadeusz popracuje dłużej, to emerytura będzie wyższa. Najbardziej Kostecki bał się wysokich cen alkoholu. Obawa, że zabraknie mu na substancję ratunkową, motywowała go do wstawania rano i udawania się do pracy. Określenia "służba" Tadeusz od kilkunastu lat nie używał. Konkretnie od czasu weryfikacji. Gdy Kostecki skonstatował, którzy koledzy z milicji przeszli bez problemów weryfikację i stali się policjantami, przestał używać zaszczytnego zwrotu, który miał podkreślać służebny charakter tej profesji. Każdego ranka Tadeusz, bluźniąc jak szewc, wygrzebywał się z łóżka. Parząc kawę, pocieszał się, że - statystycznie rzecz biorąc - zostało mu około dwudziestu lat życia. W myślach krzepił się refleksją, że wypijany wieczorem alkohol skróci męczący czas oczekiwania na zgon. Gdy zaś miał lepszy humor, przypominał sobie Wołodyjowskiego, który powtarzał ciągle: "Memento mori".

Tego dnia humor mu raczej dopisywał. Słoneczny dzień i prawie wiosenna aura zrobiły swoje. Po wejściu do komendy Tadeusz ze zdziwieniem spostrzegł, że czeka na niego prokurator Jasiński. Znali się od lat. Prowadzili razem kilka spraw.

- Mam coś - powiedział prokurator.

Podali sobie ręce. Prokurator był młodszy od Tadeusza, miał czterdzieści pięć lat. Wyglądał na czterdzieści. Mentalnie miał trzydzieści pięć. Z zapałem człowieka, dla którego praca jest ważna, powiedział:

- Ciekawy przypadek. Otóż zgłosił się do mnie ten konował Andrzejewski.

Kostecki doskonale znał patologa Andrzejewskiego. Prokurator kontynuował.

- Robił sekcję jakiegoś żula. Bezdomnego, znaczy się. Wiesz, w ramach zajęć ze studentami.

- No i?

- No i ten żul, bezdomny, znaczy się, był załatwiony pavulonem.

- Pierdolisz.

- Naprawdę. Wyniki sekcji były takie same, jak u ofiar łowców skór.

- Trochę to nielogiczne.

- Trochę?

- Masz rację. Tu nie ma żadnej logiki.

- Dlatego musimy się tym zająć. Ty się tym zajmiesz. Na razie ten żul, znaczy się bezdomny, będzie wątkiem pobocznym głównego śledztwa. Zobaczymy, czy ma jakiś związek z innymi ofiarami. A może to przypadek? Jeżeli weźmiemy pod uwagę motyw, który kierował łowcami, to ten żul, znaczy się bezdomny, kompletnie do niego nie pasuje.

- Ten żul się jakoś nazywał?

- Henryk Krotoszyński.

Po wypiciu herbaty i zjedzeniu kanapki Kostecki udał się na spotkanie z patologiem Andrzejewskim.

- O tego żula chciałem zapytać.

- Domyślam się - odrzekł doktor - Normalny człowiek by powiedział: "Przyszedłem zapytać o szczegóły sekcji nieszczęśliwego człowieka, któremu tak zwana transformacja odebrała godność i rzuciła w wir bezdomności". Ale prostak z milicji, przepraszam, komisarz policji tak nie powie. Czasy się zmieniają, ale w tak zwanych służbach mundurowych prostak goni prostaka.

- Może i prostak, ale uczciwy, co to łapówek nie bierze. Czasy się rzeczywiście zmieniają. Kiedyś zabijała milicja, dziś pogotowie.

- Kapitalizm. Tak to działa. Tego chcieliśmy.

- Powiesz mi o tej nieszczęśliwej ofierze transformacji?

- Bezdomnym był raczej krótko. Wątroba przyzwoita. Uzębienie też niczego sobie. Ogólnie był w niezłym stanie zdrowia. Przyczyna śmierci to zwiotczenie mięśni. Zupełnie jak u ofiar łowców skór.

- Dziwne.

- Dlatego was o tym poinformowałem.

Afera tak zwanych łowców skór zszokowała społeczeństwo. Jak w soczewce skupiała wszelkie patologie transformacji. Była symbolem pogardy dla ludzkiego życia w imię nie ideologii czy religii, ale w imię pieniędzy. Na trop zbrodni, która na początku wydawała się tylko skandalem, wpadli dziennikarze "Gazety Wyborczej", Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak i Przemysław Witkowski. Wszystko zaczęło się zaraz po upadku komuny. Jeden z biznesmenów z branży pogrzebowej zaczął odwdzięczać się pracownikom pogotowia za informacje o zmarłych pacjentach. Na początku rewanżował się wódką. Potem - niewielkimi sumami. Gdy do gry weszła konkurencja, sumy zwiększyły się. Konkurencja nie spała, też płaciła. Na pogrzebach chcieli zarabiać wszyscy. Ceny za informacje o zgonach skoczyły. Na początku dwudziestego pierwszego wieku "za skórę" płacono już tysiąc pięćset złotych. Z grubsza wyglądało to tak: zaniepokojona rodzina wzywała pogotowie. Po przyjeździe karetki pracownicy pogotowia przystępowali do reanimacji. Na początku reanimowano. Gdy reanimacja się nie udała, ratownik z wyrazami żalu informował, że zaraz przyjedzie ktoś, by zabrać zwłoki do kostnicy. Zrozpaczona rodzina podpisywała dokument, który faktycznie był umową z firmą pogrzebową. Mając fakturę od firmy organizującej pogrzeb, rodzina pobierała z ZUS-u stosowny zasiłek. Z tych pieniędzy opłacano koszty uroczystości. Gdy bliscy chcieli wypaść godniej, dopłacali z własnej kieszeni. Taki układ wszystkich zadowalał. Firmy pogrzebowe zarabiały na pochówkach, rodzina szybko otrzymywała zusowskie świadczenie. Pracownicy pogotowia mogli po pracy zrelaksować się bonusowym alkoholem. Ci ostatni dosyć szybko zorientowali się, że warto bić się o "swoje". Zażądali za swoje usługi na rzecz zakładu pogrzebowego nie symbolicznej flaszki, ale realnych pieniędzy. Machina ruszyła. Pieniądze kusiły. Firmy licytowały. Kalkulacja ekonomiczna mówiła, że nie opłaca się ratować pacjentów - im więcej umierało, tym więcej pieniędzy można było zarobić. Coraz częściej więc pracownicy pogotowia ratowali tak, by nie uratować. Na karetki czekało się czasem godzinami. Zdarzały się przypadki, że wtajemniczony w proceder dyspozytor wysyłał do chorego karetkę z drugiego końca miasta w sytuacji, gdy inny ambulans był w odległości kilkuset metrów od wzywającego pomocy. W nocy, gdy ruch jest nikły, karetka potrafiła jechać do poszkodowanego dwie godziny. Przy czym pacjent przebywał w lokalu oddalonym od pogotowia o niecały kilometr. Gdy takie praktyki zaczęły być nagłaśniane, mordercy wpadli na inny pomysł. Reanimacja była uskuteczniana szybko, niestety nie zawsze okazywała się skuteczna. Podczas rzekomej próby ratunku podawano nierozcieńczoną eufilinę lub pavulon. Pacjent umierał po cichu, za to w męczarniach. Był świadomy, ale nie mógł mówić. Dusił się, nie mogąc wezwać ratunku. Ilość wydawanego pavulonu szła w setki. Potem w tysiące. Innym sposobem na szybkie pozyskanie "skóry" było wstrzyknięcie dużej ilości potasu. On też potrafił zabić. Jeden z uczniów Hipokratesa doszedł do takiej wprawy w aplikowaniu potasu, że otrzymał pseudonim Doktor Potasik. Dzięki pracy dziennikarzy sprawą na poważnie zainteresowała się policja i prokuratura. Machina śledztwa ruszyła. Do jej obsługi skierowano najlepszych łódzkich śledczych. Kiedyś do tej grupy zaliczał się Kostecki. Kiedyś.

Teraz komisarz policji, a wcześniej porucznik MO, był starym, wypalonym gliniarzem. Jego aspiracje ograniczały się do wieczornej dawki alkoholu. Był bardzo zadowolony, że głośne medialne śledztwo przypadło w udziale innym. Jemu w zupełności wystarczały zwłoki bezdomnego. Przydzielona mu sprawa miała prawie same zalety. Śmierć bezdomnego nikogo nie interesuje.

Nie będą o tym pisać gazety. Komendant wojewódzki nie będzie drążyć tematu i naciskać na szybkie znalezienie mordercy. Prokuratura również nie będzie się czepiać. Na śmierci bezdomnego nikt nie zarobi, nikt nie zrobi kariery. Sprawa do umorzenia. Prosta jak barszcz. Kostecki widział tylko jeden problem. Sekcja zwłok wykazała, że do morderstwa użyto pavulonu. Tego samego środka, którym zabijali łowcy skór. Tadeusz po cichu marzył, by oskarżeni łowcy przyznali się do zabicia bezdomnej ofiary transformacji. O niczym innym nie myślał. I jeżeli miał do złoczyńców żal, to tylko o to, że nie użyli siekiery, że wzgardzili tym tradycyjnym - można by rzec - arcypolskim narzędziem zbrodni. Zostałyby pewnie jakieś linie papilarne. Krew wsiąknęłaby w trzonek. Słowem: zostałyby wyraźne ślady. Doświadczenie uczyło, że żaden z mieszkańców miasta, nazywanego ongiś polskim Manchesterem, nie wyrzuciłby rzeczy tak cennej i potrzebnej jak siekiera. Mając bogate doświadczenie śledczego, Tadeusz był świadom, że po zabójstwie między mordercą a siekierą zawiązywała się jakaś magiczna więź. Nierozerwalna. Jakby odziedziczona po prasłowiańskich przodkach, którzy prababkami dzisiejszych siekier rąbali Wieletów, wikingów i innych wrogów. Konkurentów do ciał niewieścich i pieczonych nad ogniem połci baraniny. Dlatego Kostecki po wielokroć odnajdywał narzędzia zbrodni, którymi zabójcy ciosali stare meble na opał. Byli z nimi związani silniej niż z żonami, konkubinami, kolegami spod celi.

Do noclegowni na ulicy Szczytowej przyjechał wczesnym popołudniem. Gdyby zabójca użył siekiery, świadkowie zostaliby wezwani na Lutomierską. Pavulon spowodował, że Tadeusz pojechał na Stoki. Służbowym samochodem. Nazwa osiedla wzięła się od falującego terenu, który niezbicie potwierdzał istnienie Wyżyny Łódzkiej. Nadal było ciepło, tyle że teraz słońce skryło się za chmurami. W ośrodku nie było bezdomnych - regulamin mówił, że rano musieli wyjść. Do swojego "domu" mogli wrócić dopiero późnym popołudniem. Kosteckiego przyjęła jedna z pracownic ośrodka.

- Jestem z policji - powiedział Tadeusz, pokazując legitymację.

Pracownica nie była wysoka. Miała długie włosy. O ich kolorze mówi się: ciemny blond. Szare oczy patrzyły na Kosteckiego z uwagą. Nie było w nich żadnej kokieterii, widać za to było dużo zmęczenia.

- Któryś nabroił? - zapytała kobieta.

- Nie. Chciałem porozmawiać o Henryku Krotoszyńskim.

- On nie żyje.

- Został zabity.

Oczy kobiety zrobiły się ogromne. Kostecki pomyślał, że widzi oczy sowy. Pracownica noclegowni zaprosiła go do środka. Komisarz nie był zachwycony. Mimo wysiłków personelu w pomieszczeniu czuć było zapach beznadziei, niespełnionych obietnic, zmarnowanych szans, zdrady, rozpaczy i zwyczajnego ludzkiego pecha. Kostecki zapalił mimo nagany, która pojawiła się w sowich oczach.

- Rozumiem, że znała pani tego bezdomnego?

- Henryka. Miał na imię Henryk.

Kostecki wyczuł w głosie kobiety złość. Postanowił zareagować. Zganił w myślach własną głupotę i postanowił uważać.

- Oczywiście. Chciałem zapytać, czy znała pani pana Henryka Krotoszyńskiego.

- Tak. On tu mieszkał. Tak to można chyba nazwać. Często rozmawialiśmy.

- O czym?

- O życiu. Nie pamiętam dokładnie, kiedy tu przyszedł po raz pierwszy. Jakoś kilka lat temu. Może z siedem? Tak, to był chyba dziewięćdziesiąty piąty. Albo szósty. Kilka ładnych lat.

- Opowie mi pani o nim?

- Za dużo nie wiem. Był kiedyś jakimś biznesmenem. Na początku transformacji zarobił duże pieniądze. Potem karta się odwróciła. Nie mówił o tym za dużo, ja nie naciskałam. Właściwie wiem tylko, że na początku lat dziewięćdziesiątych był zamożnym człowiekiem.

- Jakaś rodzina? Gdyby każdy niespełniony biznesmen zostawał bezdomnym, to potrzebne by były większe noclegownie.

- Miał żonę, ale rozwiódł się z nią. Podobno już nie żyje. Ten rozwód to był jeszcze za komuny. Tak mówił.

- Dzieci?

- Córka. Ale nie utrzymywała z nim kontaktu. Henryk mówił, że wyjechała do Anglii. Albo do Stanów Zjednoczonych, nie pamiętam dokładnie. On bardzo mało mówił o dawnym życiu. Wolał opowiadać o książkach, które przeczytał, o filmach, które obejrzał. Był bardzo ciekawym człowiekiem. Oczytanym i z dużą wiedzą. Był takim jakby filozofem. Miał różne refleksje. Lubiłam z nim rozmawiać. Raz w roku opłacałam mu możliwość korzystania z biblioteki. Całymi dniami przesiadywał w czytelni na Gdańskiej.

- Miał jakichś wrogów?

- Nie, był ugodowym człowiekiem. I dobrym organizatorem, potrafił zapanować nad innymi. To znaczy wyznaczał dyżury.

- Dyżury?

- Chodzi o sprzątanie, zmywanie podłóg. Wielu naszych podopiecznych ma z tym problem. On nie miał, był czysty, schludny, potrafił też nimi pokierować. Znaczy się tymi, którzy mieli problem z zachowaniem czystości.

- Czy było do niego wzywane pogotowie? Znaczy się do pana Henryka.

- Nie. Nie przypominam sobie. Nie miał problemów ze zdrowiem. Nie pił, nie palił. Przynajmniej ja nigdy nie widziałam, by palił. Naprawdę to był normalny człowiek.

- Czy zostały tu jego rzeczy?

- Nie. Procedury mówią, by takie rzeczy palić. Zresztą nie było ich zbyt dużo. Książki oddałam do biblioteki. Byliśmy przekonani, że to był jakiś zawał albo wylew. Nie mieliśmy pojęcia, że ktoś go zabił.

- Rozumiem. Czy ktoś pana Henryka odwiedzał? Jacyś koledzy? O kimś może mówił? Dawnym wspólniku? Przyjacielu? Może miał brata? Albo kuzyna?

- Nic o tym nie wiem. Jego brat utopił się, gdy Henryk miał piętnaście lat. O tym akurat kiedyś opowiadał. O żadnych przyjaciołach nie wspominał. O kuzynach też nie. Nie zauważyłam, by ktoś do niego przychodził.

- Hmm. A czy z kimś się przyjaźnił? Pytam o innych bezdomnych.

- Nie. A jeśli już, to nie nazwałabym tego przyjaźnią. Dogadywał się. Nie był konfliktowy. Potrafił ludzi zmotywować do sprzątania, do przygotowań wigilijnych. Nawet kiedyś jakąś aukcję zrobił, by wesprzeć Owsiaka.

- Aukcję?

- Tak. Każdy z nich - z bezdomnych, znaczy się - chodzi po śmietnikach. Henryk też chodził. Szukał książek, a jak jakieś znalazł, to je potem sprzedawał w antykwariatach. Ta aukcja polegała na tym, że każdy wystawiał to, co cennego znalazł. Ja kupiłam całą Trylogię, którą Henryk znalazł na śmietniku. Kilkaset złotych uzbierali i przesłali Owsiakowi.

- To chwalebne.

W swoim mieszkaniu na Retkini Tadeusz pojawił się wczesnym wieczorem. Było już ciemno. Przed wejściem do klatki schodowej nabył dzienny, a właściwie wieczorny limit alkoholu. Zawsze kupował butelkę taniego wina i jedno mocne piwo. To był standard. Wersja ekskluzywna przeznaczona była na gorsze dni. Wtedy kupował dwa wina. Gdy dzień był bardzo zły, komisarz nabywał butelkę wódki. Zawsze też zaopatrywał się w coś do jedzenia. Najczęściej były to parówki.

W mieszkaniu było ciemno, jednak z drugiego pokoju dochodził blask włączonego komputera.

- Cześć - powiedział Tadeusz.

Odpowiedział mu jakiś pomruk, który wydobył się z gardła siedzącego przy komputerze starca. Eustachy miał osiemdziesiąt siedem lat. Wyglądał na osiemdziesiąt trzy, wiek mentalny nie był łatwy do odczytania i wahał się między piętnastym a siedemnastym rokiem życia. Wielką pasją starszego pana stał się komputer. Im częściej z niego korzystał, tym bardziej młodniał duchowo.

- Znowu parówki? - ze złością zapytał Eustachy.

- Jestem gliniarzem, a nie biznesmenem.

- Po pierwsze: jesteś pijakiem. Gdybyś tyle nie chlał, stać by cię było na porządne żarcie, na ładną kobietę i dobry samochód. Ale jesteś mentalnym żulem, który chla tanie wino.

- To akurat nie jest tanie - oburzył się Tadeusz.

Eustachy podjechał wózkiem do kuchni i wziął do ręki półlitrową butelkę wina. Popatrzył na etykietę i przeczytał:

- Najmocniejsze na rynku. Trzeciego nikt nie dopił. Czternaście procent. Cena trzy złote, butelka kaucjonowana.

- Tanie jest po dwa i pół zeta. Poza tym tanie wina są w innych butelkach. Zielonych, zero siedemdziesiąt pięć - w głosie Tadeusza można było wyczuć nutę wstydu.

Eustachy pokiwał głową i powiedział:

- Jesteś mentalnym peerelowskim menelem. Komuna przeżarła ci duszę. Jesteś wrakiem. Ja w twoim wieku...

Eustachy był przyszywanym wujem Tadka. Tadeusz był synem bliskiego przyjaciela Eustachego - Eugeniusza, który zginął w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach wiosną tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego trzeciego roku. Eustachy nie miał rodziny. Prawie wszyscy jego bliscy zginęli podczas wojny. Reszta rodu rozeszła się po świecie. Kilka lat temu odezwała się Natasza z Kazachstanu, wnuczka kuzynki starszego pana. Eustachy nie był zainteresowany ożywianiem więzów rodzinnych. Twierdził, że długoletnie życie w ZSRR musiało zniszczyć kościec moralny jego familii. Eustachy był zagorzałym wrogiem lewicy. W młodości - zadeklarowanym endekiem. Podczas karnawału Solidarności "nie dał się zwieść Żydom i masonom". Nie zgłosił akcesu. Po przełomie roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego przez chwilę popierał Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe. Jednak dosyć szybko się zraził, jak to mówił, pozornym patriotyzmem zakamuflowanych lewaków. Swoje sympatie polityczne Eustachy zaczął lokować w Narodowym Odrodzeniu Polski. Stał się zagorzałym fanem Tejkowskiego i jego kamratów. Im Eustachy był starszy, tym bardziej rosła jego fascynacja skrajną prawicą. Można powiedzieć, że dzięki NOP przeżywał drugą młodość. Młodość ta nie szła jednak w parze z kondycją fizyczną. Stary endek był po zawale i wylewie. Jako dobrze zarabiający kawaler prowadził dosyć hulaszczy tryb życia, co zemściło się w jesieni życia - Eustachy był przykuty do wózka. Kostecki musiał się nim opiekować. Podobnie jak przyszywany wuj, był kawalerem, a więc opieka nie psuła mu relacji rodzinnych. Mieszkanie Eustachego na Roosevelta Tadeusz wynajmował. Pieniądze za wynajem szły w większości na przelew.

- Wiem, co robiłeś, będąc w moim wieku - Kostecki powiedział to przez zaciśnięte zęby.

Gdy kapsel odpadł od flaszki, wino zrobiło głośne pssssss.

- O, widzę, że prawdziwy szampan - zadrwił staruszek.

Kostecki nic nie powiedział, tylko przytknął butlę do ust i zaczął łapczywie pić. Gdy wchłonął prawie całą zawartość półlitrowej butelki, rzekł:

- Mówiłem ci. To nie jest zwyczajne tanie wino. Nie jest drogie, to fakt, ale to nie jest alpaga, tylko normalne wino owocowe.

- Jabłkowe?

- Tak. Jabłkowe. Takie jak kiedyś, z owoców, a nie z chemii.

Eustachy nałożył sobie parówki na talerz i polał je dużą ilością musztardy. Zaczęli jeść. Eustachy pił herbatę. Tadek żłopał piwo z puszki.

- Chlasz, chlasz, a potem jesteś głodny i jesz w nocy chleb z konserwą. Alkohol przyspiesza trawienie. Nie najadasz się kolacją. Musisz dojadać w nocy. Brzuch ci rośnie. Nie masz już trzydziestu lat.

- Kurwa, odpierdol się, jebany faszysto!

Gdy Tadeusz wchodził do mieszkania, był przekonany, że dzień był zwyczajnie podły. Taki standardowo kiepski. Dlatego kupił zestaw zwyczajny. Teraz biegł po schodach po wódkę. Na szczęście dzięki transformacji gorzałę można było kupić wszędzie i o każdej porze. Czasem Kostecki myślał, że z jego perspektywy pozbycie się kartek na wódę i umożliwienie jej konsumpcji bez ograniczeń było największym osiągnięciem III RP.

ROZDZIAŁ 2

Wieczorne wypicie produktu polskiego przemysłu spirytusowego zaowocowało u Tadka lekkim bólem głowy z rana. Kiedyś nie miał problemów z wsiadaniem po pijaku do samochodu. Jechał. I tyle. Teraz bał się kontroli. Bał się też, że nie wyhamuje. Perspektywa zostawienia Eustachego na łasce Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej budziła w nim ostrożność i zmuszała do logicznego myślenia. Postanowił, że do pracy pojedzie tramwajem. Szynowy pojazd był pełny, mimo że Tadeusz wsiadł na trzecim przystanku, licząc od pętli, przez łodzian nazywanej krańcówką. Z każdym przystankiem ludzi przybywało. Dominowali młodzi. Tuż przed trzydziestką lub zaraz po niej. Sprawiali wrażenie, jakby wszyscy się znali. Pasażerowie wymawiali nazwy ulic, barów. Opisywali różne skrzyżowania, przystanki, charakterystyczne punkty. Tadeusz próbował je rozpoznać i umiejscowić, lecz mu to nie wychodziło. Zwalał to na alkoholowe opary, ale przecież nie wypił wczoraj całej flaszki. Upił jedną czwartą i zasnął. Był co prawda lekko wczorajszy, ale nie tak, by nie kojarzyć miejsc w rodzinnym mieście. Dopiero po kilku minutach Tadek zorientował się, że opisywane przez młodych lokalizacje nie znajdują się w Łodzi. Tłum pasażerów jechał na dworzec Łódź Fabryczna. Stamtąd mieli udać się do Warszawy. Na dworcu zaś mieli się spotkać z krajanami z Widzewa, Dąbrowy, Teofilowa, starych Bałut, Chojen. Młoda Łódź płynęła do stolicy. Tam była praca. Tam były perspektywy. Oczywiście do Warszawy jechali wybrańcy losu. Wykształcona elita. Dzieci zapobiegliwych rodziców, którzy tyrali, by zapewnić dzieciom lekcje angielskiego oraz korepetycje z matematyki. W śmierdzących wagonach PKP tłoczył się kwiat miasta włókniarzy. Chwasty zostawały w zmurszałych bramach. Tam zapuszczały korzenie. Tam żywiły się tanim winem, najmocniejszym na rynku. Tak mocnym, że "trzeciego nikt nie dopił". Przywiędłe kwiaty po przyjeździe do stolicy nabierały blasku. Wiele łódzkich róż i tulipanów kwitło w warszawskich ogrodach, na złotych tarasach. Żonkile i gerbery marzyły, by zaczepić się nad życiodajną Wisłą. Zarobić na czynsz. Dostać kredyt. Odetchnąć wolnym od wyziewów łódzkiej biedy powietrzem. Chwasty trwały w bramach. Zapuszczały korzenie w szczelinach sypiących się kamienic. Chwasty czerpały moc z wychodkowych nawozów, wyciskały życiowe soki z łon swoich konkubin. Chwasty zostawały w mieście Tuwima, autora Kwiatów Polskich.

Tłum rósł. Do dworca był kawał drogi, a tramwaj pękał w szwach. Kostecki rzucił okiem na zegar, który wyświetlał czerwone cyfry. Było po piątej. Pierwszy pociąg do stolicy ruszał za pół godziny. Jeżeli przyjedzie o czasie, młodzi zdążą na ósmą do pracy. Uświadomienie sobie, która jest godzina, przypomniało Tadeuszowi, że wczoraj wcale nie upił jednej czwartej flakonu. Wypił całą flachę. To, że na razie nie cierpiał, było wynikiem tego, że wciąż jeszcze był pijany. Gdy uzmysłowił sobie to wszystko, retkińskie bloki zaczęły się trząść. Kostecki miał wrażenie, że tramwaj sunie dnem potężnego wąwozu i betonowe bloki za chwilę runą i zmiażdżą kruchy czerwony pojazd. Gdy dojechał do dworca Łódź Kaliska, wysiadł i poszedł na pobliską stację benzynową - mocne piwo miało przygotować organizm na armagedon kaca. Komisarz powłóczył się trochę, po czym o siódmej zawitał do komendy. Przed wejściem pochłonął dużą liczbę miętusów. Na Lutomierskiej spotkał swojego druha - komisarza Owczarka. Komisarz Owczarek był młodszy o ponad dziesięć lat od weterana z Retkini i miał od Tadeusza dużo więcej sił. Był jednym z tych policjantów, którzy zajmowali się aferą łowców skór. Kostecki zrobił sobie kawy i zagaił do kolegi.

- Mam do ciebie prośbę.

- Wal jak w dym.

- Sprawdź mi coś w komputerze.

- No kurwa, sam se sprawdź. - Owczarek był zmęczony intensywnością pracy. Z tak zwanej góry szły naciski, by śledztwo dotyczące domniemanych morderców z pogotowia było rzetelnie przeprowadzone. I szybko.

- Bądź kolegą.

- Stoleckiemu zleć.

Aspirant Piotr Stolecki był jednym z najgłupszych funkcjonariuszy, jacy kiedykolwiek pracowali na Lutomierskiej. Koledzy - czy też lepiej: znajomi z pracy - mówili o nim Saladyn.

- Nie chcę temu chujowi nic zlecać - rzekł Tadek.

Komisarz Owczarek wreszcie zrozumiał, o co chodzi.

- No dobra. To jak się ta pani nazywa?

- Barbara Kawka. Pracuje na Szczytowej, w ośrodku dla bezdomnych.

- Jak znajdę chwilę, to sprawdzę.

- Jesteś funfel.

- Się wie.

Po zjedzeniu kanapki Kostecki łyknął kolejną transzę miętusów i ruszył na Szczytową. Rano, czyli przed piątą, czuł się na tyle dobrze, że wziął prysznic i założył czystą koszulę. W kiblu, przed zażyciem miętusów, golnął sobie jeszcze resztkę wódki z małej flaszki. Umył dobrze usta i ruszył. Na Szczytowej pojawił się, gdy pensjonariusze szykowali się do zgodnego z regulaminem opuszczenia schroniska. Pani Barbara była w pracy. Uśmiechnęła się lekko na widok policjanta. Kostecki wyłuszczył, że przyjechał, by porozmawiać z kolegami Henryka Krotoszyńskiego. Najbardziej interesowali go ci, z którymi zamordowany mieszkał w pokoju. Pierwszy poproszony o rozmowę został pan Feluś. Czyli Felicjan Grzelak. Onegdaj pracownik farbiarni w zakładach imienia Marchlewskiego.

- Heniu to był porządny chłop - zaczął pan Feluś. - Taki zorganizowany był. Urządzał sprzątania. Taki miał zmysł. Kiedy miałem przepuklinę i nie mogłem sprzątać, to on brał za mnie te dyżury. Ja to tak odpracowałem, że potem na bałuckim rynku sprzedawałem te książki, które on zbierał. Co prawda żadnej nie sprzedałem, ale udało mi się opchnąć gazetki z gołymi babami, które on znalazł. Bardzo się Heniu ucieszył, bo to był ładny grosz.

- Miał jakichś wrogów? Ktoś mu groził?

- Tak. Miał takiego jednego wroga. Był taki Mirek, co nie chciał sprzątać. Oni się pokłócili, a potem to nawet pobili. Ten Mirek teraz tu nie przychodzi. Ale odgrażał się, że Henia zajebie. Tak mówił.

- A o swojej przeszłości coś pan Henryk mówił?

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.