Łowca szczurów - Chris Tvedt

-
Proszę czekać
Rozdział 4

Leżał na plecach z zamkniętymi oczami, a jednak dokładnie, z najdrobniejszymi szczegółami wiedział, jak wygląda jego otoczenie. Czuł rozmiary pomieszczenia, zdawał sobie sprawę, ile kroków dzieli drzwi od okna, gdzie linoleum szpecą plamy i w którym miejscu na suficie łuszczy się farba. Wyczuwał to podświadomie, tak jak się czuje własne dłonie.

Otworzył oczy, spojrzał, a to, że wszystko się zgadzało, sprawiło mu swego rodzaju satysfakcję. Te same złuszczone plamy, niezmienne, wieczne. Nie, nieprawda. Nie są niezmienne. Kiedyś sufit był świeżo pomalowany, o żywej barwie, lśniący, równy i bez skazy. Musiał zmienić się niezauważenie, powoli. Równie wolno jak jego ciało, stopniowo, tak że nie dało się dostrzec tego procesu, a jedynie rezultat. Sufit był odrapany, wymagał nowej warstwy farby.

Niedługo trzeba będzie wstać i pójść do łazienki. Z czasem nauczył się polegać na swoim wewnętrznym zegarze. Zawsze wiedział, która jest godzina, nie musiał tego sprawdzać. W ten sposób utrzymywał kontrolę. Nie patrząc na zegar. Nie licząc godzin, minut, sekund. Nie licząc tych, którzy odeszli, i tych, co zostali. Nigdy. Pozwalał po prostu, aby czas płynął, tkwił w nim, dawał się wypełnić i poznać. Poznaj swojego wroga, jak mówią. Czas był wrogiem, ale on zmienił go w sprzymierzeńca. Cierpliwość. Równowaga. Być, nie myśleć. Pozwalać, by czas obmywał go jak rzeka, oczyszczająca kąpiel. Sekunda trwa tu tak długo jak godzina. Nie liczyć, nie pragnąć, nie tęsknić.

Nie pożądać.

Nowy poranek. Nowy dzień, identyczny jak poprzednie. Była siódma, a on usiadł na krawędzi pryczy, poczuł pod stopami chłodną podłogę. Na zewnątrz trwała zima, ziąb przenikał beton. Wstał i poszedł do łazienki. Przelotnie ujrzał swoje odbicie w lustrze. Był starszy, cięższy, grubszy w pasie, lekko zgarbiony. Zmienił się, całkiem niezauważenie i podstępnie. Nadal miał mięśnie, bo codziennie ćwiczył, ale dostrzegał już drobne oznaki starzenia. Jakby skóra nie do końca dobrze na nim leżała, jakby nieco z niego zwisała. Gdzieniegdzie brązowe plamy wątrobowe. Włosy na klatce piersiowej z czarnych stały się siwe.

Pod prysznicem myślał o Rosjaninie. Był młody, dużo młodszy, i się na niego uwziął. Korzystał z każdej okazji, żeby go prowokować. Zabierał mu krzesło ze świetlicy, gdy tylko na chwilę wstał. Mówił, jakie ma karty, kiedy grali w pokera. Szturchał go, gdy mijali się na korytarzu. Młody, agresywny mężczyzna, ciemny, o połyskliwych, zaczesanych do tyłu włosach, z więziennymi tatuażami na szyi. Uwziął się na niego tylko dlatego, że Freddy zaczął się starzeć.

"Jak zwierzę - pomyślał pod strumieniem ciepłej wody. - Jak młody lew, który chce wyznaczyć swoje terytorium i strącić z tronu starego króla. Takie jest życie. Nic nowego".

Pozostawało pytanie, co powinien z tym zrobić. Czy w ogóle powinien robić cokolwiek? Zaczęło to już być męczące, a może nawet niebezpieczne. Rosjanin nie skończy z własnej woli, z kolei wycofanie się, abdykacja bez walki mogą też okazać się niemożliwe. Gdyby mógł, to właśnie by uczynił. Pozycja nie miała już dla niego znaczenia, zresztą czy kiedykolwiek tak było? Władza nie miała znaczenia. Nic się nie liczyło, poza... poza jednym. Czymś, co musiał zrobić, nim na dobre pochłonie go czas.

Uśmiechnął się lekko. Tak naprawdę pod wieloma względami nadal był tym samym człowiekiem. Mógł nie liczyć dni, godzinami siedzieć z założonymi rękoma, oczyszczać głowę z myśli, a duszę z pożądania, lecz jednocześnie istniała inna jego część, która dokładnie wiedziała, ile lat, miesięcy i dni minęło, a ile zostało. Ta część wiedziała też, że nadchodzi już czas.

Nie chciał, by go skrzywdzono. Pragnął wyjść przez bramę wyprostowany. Nie chciał też być dręczony. Nie potrzebował władzy, tylko spokoju. Lata zajęło mu osiągnięcie równowagi. Pozbycie się tego całego szlamu, żądzy, nienawiści, pragnienia i chciwości. Westchnął, zaczął się wycierać. Czuł twardy, trochę przetarty materiał ręcznika drapiący skórę, krew pulsującą w żyłach. Wiedział, że niedługo będzie musiał podjąć decyzję w sprawie Rosjanina. Każdy wybór wiązał się z ryzykiem. Musiał ocenić ryzyko wynikające z różnych możliwości, biorąc też pod uwagę krótki czas, jaki mu został.

Nadeszła pora, by stąd wyjść. Pojechać do domu. Skończyć. A Rosjanin nie może pokrzyżować mu tych planów. To proste. Tylko tyle się w tym kryło, oto cała analiza koniecznych działań. A jednak zauważył, że jego serce przyspieszyło, dłonie zaczęły go świerzbić, a w ustach mu zaschło. Wiedział, że to przez pewnego rodzaju oczekiwanie, i ogarnął go wstyd.

Ubrał się. Przeczesał włosy. Słuchał trzaskania drzwiami, głośnych zawołań, przeklinających mężczyzn. Dźwięków więzienia. Nowy dzień, identyczny jak poprzednie. Jak kolejne dni. Hałasy coraz bardziej się zbliżały. Przesunął dłońmi po twarzy, kilka razy głęboko wciągnął powietrze.

Gdy otworzyły się drzwi, a młody funkcjonariusz wetknął głowę do środka, by krzyknąć: "Dzień dobry, Freddy!", siedział na krawędzi pryczy z dłońmi na kolanach i czekał - ciężki, zgarbiony mężczyzna, który nauczył się cierpliwości.

Rozdział 2

Luty 2008 r.

Gdybym tylko posłuchał prognozy pogody, wszystko ułożyłoby się inaczej. Byłem na wschodzie kraju z klientem oskarżonym o przemycenie trzech kilogramów amfetaminy. Sprawa była beznadziejna, człowieka złapali na gorącym uczynku, więc nie mogłem zrobić nic poza użyciem argumentu, że został zmuszony do szmuglerki, że nieznajomi ludzie grozili mu śmiercią, więc działał w obronie koniecznej. Słyszałem tę historię już wiele razy, sąd również. Sędziowie bez zmrużenia oka wysłuchali mojego względnie zaangażowanego wystąpienia, po czym powiedzieli: "Dziękujemy bardzo, mecenasie Brenne" i wycofali się, aby wydać na mojego klienta miażdżący wyrok.

Gdy wyrok zapadł, a klienta odprowadzono, spojrzałem na zegarek i postanowiłem wrócić samochodem do domu, chociaż zrobiło się już późno. W dolinie drogi były czarne i warunki dobre, lecz bliżej płaskowyżu ujrzałem na zachodzie ciężkie, ciemne kłęby chmur, a pierwsze ostrożne podmuchy wiatru wzbiły śnieg z zasp. Jechałem dalej, ale nie dotarłem daleko. Migające żółte światła i wielkie znaki potwierdziły moje obawy. Droga została zamknięta. Rozważałem, czy nie znaleźć gdzieś pokoju, lecz miałem już dość życia na walizkach, bezosobowych hoteli i restauracji bez wyrazu, więc zawróciłem i ruszyłem w stronę jedynego przejazdu na zachód, który według wiadomości drogowych nadal pozostawał otwarty.

Było późno, prawie dwie godziny po północy, kiedy wreszcie pokonałem góry i znalazłem się znowu na nizinach, lecz tam też śnieżyło i wiało, drogi były śliskie jak mydło, a ja głodny, zmęczony i zły od powolnego toczenia się do domu. Poza tym coś mnie martwiło. Temperatura silnika przez ostatnie godziny stopniowo wzrastała, a teraz wskazówka wibrowała tuż poniżej czerwonego pola.

Minąłem znak mówiący, że do centrum zostało dwanaście kilometrów. Wskazówka jeszcze odrobinę się uniosła. Próbowałem jechać na trójce, aby nie forsować silnika, ale prędkość spadła tak bardzo, że motor natychmiast zaczął się krztusić. Nie miałem odwagi przyspieszyć, więc znowu zredukowałem bieg.

Rondo zjawiło się w zamieci śnieżnej niczym biała bezludna wyspa. Na ulicy nie było ruchu, nie widziałem żadnych świateł. Znów zerknąłem na wskaźnik. Jego igła przesunęła się na czerwone pole. Pociągnąłem nosem i wydało mi się, że czuję woń spalenizny, zrozumiałem więc, że nie mogę wjechać na autostradę. Nie mogłem jednak również stać na szosie przy tej widoczności. Ryzyko, że ktoś we mnie uderzy, było o wiele za duże. Wjechałem na rondo, ale zamiast skręcić ku autostradzie, wybrałem kolejny zjazd w mniejszą uliczkę i zatrzymałem się w najbliższej zatoce. O tej porze nie jeździły żadne autobusy. Wyłączyłem silnik, nastała cisza. Słyszałem jedynie wiatr i szybkie tykanie przegrzanego silnika, który powoli się studził.

Czekałem. W samochodzie zrobiło się zimno, więc po omacku odszukałem na tylnym siedzeniu czapkę i rękawiczki. Nieco pomogły, ale po chwili zacząłem porządnie marznąć. Spróbowałem włączyć zapłon - lekko przekręciłem kluczyk, spojrzałem na wskaźniki. Igła nie zmieniła pozycji. Zastanawiałem się, czy się zacięła. Postukałem w szybkę kłykciami, ale bez rezultatu. Od oddechu zaparowały okna. Po lewej stały niskie bloki. Po prawej, nieco dalej, widziałem zarys kilku domów jednorodzinnych. Przycisnąłem twarz do przedniej szyby i wydało mi się, że dostrzegam światło w oknie. Może ktoś tam nie spał i mógłbym dostać wody. Wszystko było lepsze niż bezczynne siedzenie.

Wiatr na zewnątrz powoli ustawał, ale nadal wiało całkiem rześko i mocno śnieżyło. Wirujące w powietrzu płatki kłuły w twarz. Mocno naciągnąłem czapkę, postawiłem kołnierz skórzanej kurtki, pochyliłem głowę i przeszedłem na drugą stronę ulicy. Przeskoczyłem rów, potknąłem się na wyboistej, pokrytej śniegiem powierzchni. Nie widziałem już światła. Wytężyłem wzrok, z początku bez skutku, jednak po chwili znów się pojawiło, niczym płonąca pochodnia wskazująca drogę w mroku i zamieci.

Od światła oddzielała mnie zwarta kępa drzew, mały zagajnik. Kiedy wszedłem między pnie, jasność na powrót zniknęła, lecz wtem znów się rozżarzyła, tym razem dużo silniej, emanując czerwonawym blaskiem, a mnie ogarnęło poczucie zagrożenia, nadciągającej katastrofy. Próbowałem przyspieszyć kroku, ale poślizgnąłem się i potknąłem, a wtedy odezwał się ostry ból w prawym kolanie, stara kontuzja, która czasami dawała o sobie znać. Przeciskałem się między gałęziami, odpychałem na bok młode drzewka i krzewy, aż osypywał się na mnie śnieg, który padał mi na twarz i za kołnierz, lecz nie zważałem na to. Między pniami drzew a zaśnieżonymi gałęziami jaśniało coraz mocniej i coraz bardziej czerwono. Wreszcie wydostałem się z zagajnika i ujrzałem zarys pochyłego dachu na tle nocnego nieba, komin, ścianę oraz okno. W oknie żarzyły się czerwone, głodne płomienie, które zdążyły już wymknąć się spod kontroli.

Zacząłem biec. Po omacku szukałem w kieszeniach spodni telefonu, chciałem zadzwonić pod numer alarmowy, lecz czynność ta odwróciła moją uwagę od terenu, przez co nadepnąłem na obluzowany kamień i znowu upadłem. Komórka wyleciała mi z ręki i zniknęła w śniegu. Przez chwilę czołgałem się na czworakach, szukając jej, zimnymi dłońmi macałem ziemię wokół, lecz nagle usłyszałem huk płomieni i pojąłem, że czas mi się kończy, tak samo jak ludziom, którzy mogli znajdować się w domu.

Dźwięk był głęboki, przypominał warczenie zwierzęcia i sprawił, że puściłem się naprzód biegiem.

Pierwszą rzeczą, którą zobaczyłem, minąwszy róg domu, były uchylone drzwi. Sączył się z nich dym, ale w środku nie widziałem ognia. Coś poruszyło się po prawej w cieniach za garażem, a gdy odwróciłem głowę, moim oczom ukazała się młoda dziewczyna. Najpierw pomyślałem, że uciekła z domu, ale miała na sobie kurtkę i tylko wpatrywała się w płonący budynek.

- Jest ktoś jeszcze w środku?! - zawołałem. Nie odpowiedziała, więc podszedłem do niej, chwyciłem ją za ramiona i wrzasnąłem prosto w twarz: - Czy są tam w środku ludzie?! Odpowiedz! Czy ktoś tam jest?!

Patrzyła na mnie z osobliwą miną. Widziałem jej suche, spękane usta, przypominający uśmiech grymas. Oczy były puste, nieobecne jak odległe galaktyki, niewyraźne jak gęsta mgła.

- Płonie czerwonym ogniem - powiedziała dziwnym, śpiewnym tonem, jakby recytowała fragment książki. - W snopie czerwieni zstąpi tam, skąd przyszedł.

- Kto płonie?! - krzyknąłem. - O czym ty mówisz?! - Wtedy zauważyłem u jej stóp kanister, czerwony, pięciolitrowy kanister z plastiku, jaki można kupić na każdej stacji benzynowej, i z przerażeniem zrozumiałem powiązanie. - Co ty zrobiłaś?! - ryknąłem, gdy zaś nie odpowiedziała, odwróciłem się, mocno zawiązałem szalik, zasłaniając usta i nos, po czym przebiegłem przez podwórko wprost w otwarte drzwi. Nie zastanowiłem się nawet przez sekundę.

Prawie od razu tego pożałowałem. Choć nie widziałem płomieni, huk był ogłuszający i przeraźliwy, a gdy tylko wszedłem do środka, instynktownie skuliłem się w sobie, jakbym przedzierał się przez nawałnicę. Widoczność była fatalna. Ostry, gorzki dym gryzł w gardło i płuca, więc zacząłem kaszleć. Bez namysłu opadłem na kolana. Parę metrów przed sobą dostrzegłem drzwi. Na chwilę całkiem przywarłem do podłogi. Odwróciwszy głowę w bok, znalazłem strumień świeższego powietrza, które kilkakrotnie wciągnąłem, a następnie na czworakach ruszyłem naprzód. Ukląkłem, wyciągnąłem rękę, po omacku odszukałem klamkę. Otworzyłem drzwi i zajrzałem do salonu.

Płomienie lizały ściany i podłogę, płonął nawet sufit. Drogę zagradzała mi żywa zasłona skłębionych, czerwonych węży. Zatrzasnąłem drzwi. Wiedziałem, że grozi mi niebezpieczeństwo, że gorąco, dym i opary zabiją mnie, jeśli wkrótce stamtąd nie wyjdę. Omal nie wpadłem w panikę, instynkt podpowiadał, żeby wstać i uciekać, lecz nie zrobiłem tego, bo w górze powietrze było dużo gorsze. Nie miałem już zresztą pewności, która droga prowadzi do wyjścia, toteż zmusiłem się do myślenia.

"Na prawo. Trzymając się prawej ściany, prędzej czy później dotrę do drzwi wyjściowych" - stwierdziłem. Zacząłem się czołgać, nie odrywając dłoni od listwy podłogowej, bo byłem już całkiem oślepiony. Wreszcie wymacałem próg oraz drzwi. Zawahałem się. Otwarcie poprzednich prawie przypłaciłem życiem. Znalazłem klamkę i uchyliłem je. Tym razem nie przywitały mnie płomienie, jedynie dym i ciemność. Wpełzłem do środka, lecz nic nie widziałem. Dłonią natrafiłem na jakieś koło. Wyczułem metal i gumę. Pomyślałem, że to rower, że znalazłem się w pomieszczeniu gospodarczym, więc już chciałem zawrócić, gdy dobiegł mnie słaby kaszel, przykry, rzężący dźwięk, który sprawił, że zacząłem gorączkowo macać przestrzeń wokół, aż napotkałem łóżko, a w nim leżącą postać. Wziąłem głęboki wdech, uklęknąłem przy krawędzi posłania, chwyciłem postać i ściągnąłem ją na podłogę. Był to dorosły człowiek, wysoki i chudy, wręcz kościsty, lecz mnie wydał się ciężki jak ołów. Zbliżyłem się i krzyknąłem mu do ucha:

- Musisz mi pomóc! Musimy się stąd wyczołgać!

Nie otrzymałem odpowiedzi. Leżąca postać nie była w stanie pełznąć o własnych siłach, jedynie bezradnie ruszała rękoma, a ja nagle pojąłem z desperacką jasnością, że koło, które wyczułem pod dłonią, nie należało do roweru, tylko do wózka inwalidzkiego. Położyłem się obok mężczyzny, chwyciłem go pod ramiona, odbiłem się nogami i pociągnąłem. Przemieściliśmy się dwadzieścia pięć centymetrów.

Ponownie wykonałem całą operację, i jeszcze raz. Powtarzałem ją bez końca, przesuwając się w ślimaczym tempie. Cały czas kaszlałem, jakby w ogóle przestało dochodzić do mnie powietrze. Płuca bolały, a mięśnie protestowały, wdychałem sadzę i dym zamiast tlenu, ale wlekliśmy się dalej. Ciemność nie była już nieprzenikniona, cień zaczęły rozpraszać drobne, czerwone błyski płomieni, które pojawiały się i znikały, by za chwilę znów wystawić języki, za każdym razem wyżej. Ten widok dodał mi sił zrodzonych z paniki, wskazał też wyraźny kierunek ruchu - z dala od ognia.

Czołgałem się w prawo, aż owionął mnie podmuch zimnego, świeżego powietrza, i zdobyłem się na ostatni wysiłek, gdyż wiedziałem, że to już ostatni moment, by wydostać się na zewnątrz. Wspiąłem się na schody, na pół wstałem i wtedy zobaczyłem, że dźwigam starca. Przeciągnąłem go po stopniach, aż pięty mu się o nie obiły, i wreszcie wywlokłem na zaśnieżone podwórko, gdzie runąłem obok niego na ziemię.

Świeże powietrze.

Wdychałem je zachłannie jak tonący, łapałem, spazmatycznie wciągałem do płuc. Mężczyzna, którego uratowałem, miał twarz szarą jak papier, a przy tym pokrytą sadzą. Ciągle kaszlał, na jego wargach widziałem krew. Jednak żył, był świadomy. W jego oczach tliło się życie.

- Czy ktoś jeszcze... - zacząłem, lecz nie zdołałem dokończyć zdania, bo znów zaniosłem się kaszlem. - Czy są tam... inni?

Otworzył usta, ale także zaczął kaszleć, więc tylko zdecydowanie pokręcił głową. Nikogo więcej. Dobrze.

Chciałem jedynie tak leżeć, wdychając zimne powietrze, zadziwiająco cudowny tlen. Brakowało mi sił i woli, więc zamknąłem oczy i zapadłem się w chłodny śnieg, ale wtedy usłyszałem kaszel starszego mężczyzny tuż przy swoim uchu, poczułem dotyk palców, które słabo chwyciły mój rękaw. Rozchyliłem powieki i spojrzałem na niego.

- O co chodzi? - zapytałem. - Czego chcesz?

Otworzył usta, by odpowiedzieć, ale zanim zdążył się odezwać, odczytałem zdumienie z jego oczu i zrozumiałem, że wpatruje się w coś za moimi plecami, więc się odwróciłem. Dziewczyna, ta sama, która patrzyła na pożar z kanistrem u stóp, stała pod drzwiami płonącego domu. Zapomniałem o niej, nie miałem czasu o niej myśleć.

Zrobiła krok w przód i przekroczyła próg. W środku płonął żywy ogień, jakby pożar oblizywał sobie usta wygłodniałą czerwienią. Niepewnie wstałem. Posłyszałem krzyk ludzi, pewnie nadbiegających sąsiadów, oraz odległe wycie syren. Dziewczyna zrobiła kolejny krok, po czym zniknęła w czarnym dymie i czerwonej łunie. Za późno. Pomoc nadejdzie za późno.

Znów wbiegłem do środka.

Stała z wyciągniętymi na boki rękoma, jakby ukrzyżowana, głowę odrzuciła w tył. Jej ubrania już zajęły się ogniem. Chwyciłem ją w pasie, uniosłem, poczułem płomienie na dłoniach, intensywny ból, nieznośny, a jednak odległy, jakby to nie mnie bolało, jakby nie mnie dotyczyło to odczucie.

Wyniosłem ją, chociaż walczyła i wyrywała mi się z rąk. Była drobna, lekka jak piórko. Na zewnątrz rzuciłem się w śnieg, nadal ją trzymając, i przeturlaliśmy się parę razy, aż wreszcie ogień zgasł, ale wciąż jej nie puszczałem. Popatrzyłem dziewczynie prosto w twarz. Nie dostrzegłem w niej nawet śladu bólu, rozpaczy, złości. Ta twarz nie wyrażała niczego.

Trzymałem ją, aż ktoś przyszedł i uwolnił ją z moich objęć. Wtedy odwróciłem się na plecy i spojrzałem w niebo. Nadal śnieżyło i wiało. Wirujące białe płatki mieszały się z popiołem i czerwonym deszczem iskier, tworząc dziki, fantastyczny spektakl na czarnym, nocnym niebie, zarazem piękny i przerażający. Leżałem tak, w ogóle nie myśląc, aż położono mnie na noszach.

Rozdział 3

Pierwszą rzeczą, którą zarejestrowałem po przebudzeniu, był ból. Najmocniej odczuwałem spody dłoni, ale choć się nie poruszałem, z czasem zidentyfikowałem wiele bolesnych miejsc - łokieć, kolana, tył głowy, udo - wszędzie mnie łupało, kłuło i piekło, lecz intensywne szczypanie dłoni przyćmiewało wszystko. Pożar. Przypomniałem sobie pożar. Płomienie. Ich huk. Gorąco. Próbowałem skupić się na czym innym. Na łóżku. Leżałem w łóżku, które nie należało do mnie. Coś było nie tak z materacem, z wielkością poduszki. Było inaczej niż w domu. Czułem też dziwny zapach. Wiedziałem, że skądś znam tę woń. Szpital.

I coś jeszcze. Słaby zapach perfum.

Synne.

Otworzyłem oczy i ujrzałem w ciemności jej zarys, sylwetkę na tle słabego światła zza uchylonych drzwi. Siedziała całkiem nieruchomo, może spała. Byłem ciekaw, jak długo już przy mnie czuwa i czy czuje się zobowiązana, by tutaj siedzieć. Rok wcześniej to ja spędzałem całe dnie przy jej szpitalnym łóżku. Była moją aplikantką. Pewien niezrównoważony klient najpierw się w niej zakochał, później ją śledził, a wreszcie próbował zabić. Trwałem przy niej w szpitalu, ponieważ się o nią martwiłem, ale również z powodu wyrzutów sumienia w związku z tym, co się stało. Teraz zamieniliśmy się rolami, tyle że ja nie byłem umierający. Jedynie tak się czułem.

Spróbowałem podnieść się na łóżku, ale ból przeszył mi prawą dłoń niczym włócznia, więc jęknąłem. Synne drgnęła.

- Mikael - odezwała się. - Nie śpisz?

- Wody - powiedziałem i zacząłem kaszleć, mocno, chrapliwie, kaszel niemal rozrywał mi gardło i płuca na strzępy. Kiedy skończyłem, przytrzymała szklankę, bym mógł się napić, i wytarła podbródek, gdy rozlałem wodę, jakby pomagała zniedołężniałemu starcowi. Opadłem z powrotem na łóżko, nagle wykończony. Pochyliła się nade mną, poprawiła poduszkę i kołdrę, a ja poczułem jej włosy muskające mnie jak ptasie skrzydło, jej oddech przy twarzy, ciepły i wilgotny. Wciągnąłem jej zapach i zamknąłem oczy.

- Boli cię, Mikael? Nie mów, bo znów zaczniesz kaszleć. Powiedzieli, że będzie cię boleć. Jesteś trochę poparzony, zwłaszcza na spodzie prawej dłoni. Kiwnij głową, jeśli chcesz dostać więcej środków przeciwbólowych, to zawołam pielęgniarkę.

Tak uczyniłem.

Na chwilę zanim znów pogrążyłem się we śnie, przypomniałem sobie mężczyznę, którego wyciągnąłem z płonącego domu.

- Jak się ma ten starzec? - szepnąłem.

- Co? Co mówisz, Mikael? - Pochyliła się nade mną, a ja powtórzyłem pytanie. - Ten, którego uratowałeś? Słyszałam, że czuje się dobrze. Leży w pokoju na końcu korytarza. Przeżyje.

- Dobrze - szepnąłem. - To dobrze.

Zamknąłem oczy i poczułem jej dłoń na czole, ciepłą i suchą, jakby Synne była moją matką, a ja małym dzieckiem.

Następnym razem, gdy się obudziłem, na brzegu łóżka siedział policjant, smutno wyglądający mężczyzna o mocno podpuchniętych oczach i obwisłych policzkach.

- Dzień dobry, panie Brenne - odezwał się. - Nazywam się J?rgen Vannebo. Jestem śledczym z wydziału do spraw kradzieży i pożarów. Może pan mówić?

Wskazałem swoje gardło, zrobiłem ruch dłonią i grymas, który miał oznaczać, że mówienie nie należy do rzeczy, na które miałbym ochotę. Westchnął.

- Okej, ale może... Czy mógłby pan kiwać albo kręcić głową? Chcielibyśmy wyjaśnić pewne okoliczności związane z pożarem.

Skinąłem głową.

- Świetnie. Kiedy przybył pan na miejsce zdarzenia, dom już się palił?

Potwierdziłem.

- Okej. Widział tam pan kogoś lub coś? Cokolwiek istotnego.

Kiwnąłem głową.

- Dobrze. - Zastanowił się chwilę. - Była to osoba czy...

Przerwałem mu gestem mówiącym, żeby się zbliżył.

- Dziewczyna - szepnąłem. - Młoda dziewczyna. Czarna skórzana kurtka. Dżinsy. - Zacząłem kaszleć, lecz on cierpliwie czekał. - Weszła do płonącego domu. Mu... musiałem ją stamtąd wyciągnąć. Na pewno się poparzyła.

Teraz to on skinął głową.

- Zgadza się. Ona też tu leży. Co z... Gdzie była, kiedy znalazł się pan na miejscu?

- To ona podpaliła dom.

Jego spojrzenie się wyostrzyło, przestał wyglądać na smutnego lub sennego.

- Skąd ta pewność? Był pan tego świadkiem?

Pokręciłem głową.

- Nie. Ale tam była. A obok niej stał kanister.

Gorliwie zapisał to w notesie.

- Ach tak. Ale nie mówiła nic, co wskazywałoby na to, co zrobiła?

- Nie, nic nie powiedziała. Ale to ona. Jest... zupełnie szalona. Weszła prosto w płomienie. Musicie jej pilnować. Stanowi zagrożenie dla siebie i otoczenia.

- Tak. - Westchnął. - Wiemy. Ktoś siedzi na straży. To, co pan mówi, pasuje do informacji, które posiadamy, oraz do naszych przypuszczeń dotyczących pożaru. Na razie wystarczy. Gdy się pan poczuje lepiej, bylibyśmy wdzięczni, gdyby przyszedł pan na prawdziwe przesłuchanie. - Wstał. - Powinienem też chyba panu pogratulować.

Uniosłem brwi.

- Jest pan bohaterem tygodnia. Uratować dwie osoby z płonącego domu... Prasa pana kocha. Dobrze pan zrobił, ale już mi się sprzykrzyło czytanie o panu, Brenne. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia.

Rozdział 5

Zmieniano mi opatrunki dwa razy dziennie, ale bolało tak samo, bez względu na to, ile dostałem środków przeciwbólowych. Kiedyś czytałem, że poparzenia dokuczają najbardziej ze wszystkich typów ran, i kilka dni na oddziale oparzeń sprawiło, że uwierzyłem w to twierdzenie. Oparzyłem dłoń, tył głowy oraz, nie pamiętając w ogóle, jak i kiedy do tego doszło, prawe udo, jednak obrażenia nie były poważne, wielu pacjentów znajdowało się w gorszym stanie. Najbardziej ucierpiały płuca, gdyż nałykałem się dymu, więc teraz gnębiły mnie ciągłe ataki kaszlu.

Dzieliłem pokój z trzema osobami poparzonymi poważniej ode mnie. Leżeliśmy oddzieleni od siebie parawanami, które stwarzały namiastkę prywatności, jednak słyszałem każdy dźwięk rozlegający się w pomieszczeniu. Słyszałem, gdy się poruszali, wiercili w łóżkach, mieli gazy, bekali czy kaszleli, a co nie mniej ważne, dobiegał mnie każdy, najmniejszy nawet jęk bólu, jaki wydawali. Otaczało mnie cierpienie, więc przez większość czasu siedziałem na krześle w korytarzu, gdzie czytałem gazety lub czasopisma albo po prostu obserwowałem przychodzących i wychodzących ludzi.

Skinięciem głowy pozdrawiałem przemykające spiesznie pielęgniarki. Zapoznałem się z rytmem dnia, z godzinami obchodów lekarskich i wizyt, kiedy rodziny i przyjaciele napływali, dzierżąc kwiaty i bombonierki. Dowiedziałem się też, kto przebywa w szpitalu cały czas, przy łóżku ukochanej osoby. Było ich dwoje, kobieta i mężczyzna. Siedzieli na przeciwnych końcach korytarza, a ja raz po raz widziałem, jak wychodzą po kawę, do toalety czy coś zjeść.

Wiedziałem, kim jest kobieta. Przed pokojem, w którym przebywała, całą dobę siedział policyjny strażnik. Nie trzeba było dużo myśleć, aby zrozumieć, że pilnuje dziewczyny, którą uratowałem z płonącego domu i która najprawdopodobniej go podpaliła. Byłem pewien, że kobieta jest jej matką.

Za pierwszym razem, gdy ją zobaczyłem, myślałem, że widzę młodego chłopaka. Była niska i szczupła, a jej kruczoczarne włosy miały może z milimetr długości. Przyglądałem jej się ukradkiem, kiedy mijała mnie na korytarzu. Chociaż wydawała się zmęczona i smutna, stawiała długie, sprężyste kroki i trzymała się prosto, jakby nie chciała dać się złamać temu, co się wydarzyło. Nie patrzyła mi w oczy, nigdy nawet na mnie nie spojrzała, a jednak czułem się trochę niezręcznie z powodu swojego stroju i wyglądu, gdy siedziałem tak zaniedbany i zarośnięty, z bladymi łydkami wystającymi spod rozciągniętego szlafroka.

Poszedłem na koniec korytarza i przywitałem się z policjantem - krępym, młodym mężczyzną, który najwyraźniej śmiertelnie się nudził.

- Jak ona się czuje? - zapytałem, wskazując głową drzwi.

Spojrzał na mnie w milczeniu, więc dodałem:

- To ja ją uratowałem. Zastanawiałem się tylko...

- Ach, tak. - Wstał z krzesła, zadowolony, że może z kimś pogadać. Rola wybawcy dziewczyny najwyraźniej czyniła mnie mile widzianym rozmówcą. - Jest poparzona, ale powinna z tego wyjść. Tyle że nie wydaje się... - Przerwał, nie mógł znaleźć właściwych słów.

- Weszła prosto w ogień - powiedziałem. - Chyba nie jest z nią za dobrze.

- Tak. Wydaje się nie do końca obecna. W ogóle nie mówi. Siedzi tam jej matka, pewnie pan ją widział?

Przytaknąłem.

- No właśnie. Cały czas tkwi przy jej łóżku, rozmawia z nią, przynosi jedzenie i owoce, czyta na głos gazety albo książki, jednak córka tylko leży. Ma otwarte oczy, ale poza tym jakby w ogóle jej tam nie było. W sumie to dość nieprzyjemne. Żal mi matki.

- Tak, to musi być dla niej okropne.

- Potworne. - Pokręcił głową. - A kiedy zmieniają opatrunki... Oparzenia są ponoć bardzo bolesne.

- Są. Proszę mi wierzyć.

- Właśnie. Ale June chyba w ogóle nie czuje bólu. Przez cały ten czas, kiedy tu jestem, nie słyszałem, żeby chociaż pisnęła.

- Nazywa się June?

- Tak, June Berge. Ma siedemnaście lat.

- Biedna dziewczyna.

- Tak, ale...

- Co?

- Miała szczęście, że nie została morderczynią.

- Wiem - przyznałem. W snach, każdej nocy na nowo, przeżywałem pożar. - Wiem.

Na drugim końcu korytarza regularnie widywałem młodego mężczyznę. Spędzał całe doby w jednym pokoju, z którego wychodził tylko po to, żeby przynieść sobie kanapkę czy coś do picia. Przypadkowo dowiedziałem się, kim jest. Znajoma pielęgniarka pewnego wieczoru zobaczyła, jak znika w drzwiach, i westchnęła.

- Ten człowiek powinien zjeść coś porządnego, bo inaczej będziemy musieli się zająć również nim.

- U kogo siedzi?

Spojrzała na mnie zaskoczona.

- Nie wie pan? U swojego dziadka, tego mężczyzny, którego pan uratował. Muszą być z sobą bardzo blisko.

- Jak się nazywa?

- Didrik Stephansen. To znaczy starszy pan, nie znam nazwiska tego młodego.

- Jak się miewa? Ten starszy?

- Dostał zapalenia płuc. Nic niezwykłego, ale w jego wieku... - Pokręciła głową, aby uświadomić mi, że prognozy nie są dobre.

Później tego samego wieczoru krążyłem bez celu po opustoszałych szpitalnych korytarzach, zmęczony bezczynnością i samotnymi, pozbawionymi treści godzinami. Gdy wróciłem na oddział, drzwi do pokoju Stephansena były otwarte, więc zajrzałem do środka. Pojedyncza lampka przy wezgłowiu łóżka rzucała łagodne światło na starszego mężczyznę. Leżał z rękoma złożonymi na piersi, twarz miał szarą i wilgotną jak glina, toteż przez chwilę myślałem, że nie żyje, ale wtedy ujrzałem ruchy klatki piersiowej. Na krześle przy łóżku siedział jego wnuk. Nie widział mnie, spojrzenie utkwił w dziadku. Bezgłośnie poruszał ustami, a wyraz bezradnego lęku na jego twarzy sprawił, że poczułem się nieswojo i musiałem odwrócić wzrok.

Kiedy się położyłem i zgasiłem światło, wciąż miałem przed oczami tę twarz. I nagle zrozumiałem, co mi przypominała. Był dorosłym mężczyzną, lecz wyglądał jak dziecko, które boi się zostać samo, opuszczone, pozostawione sobie.

Rozdział 6

Odwiedził mnie Peter. To mój partner w firmie, lecz także przyjaciel - niezgrabny mężczyzna o przerzedzonych włosach, noszący za duże garnitury i krzykliwe krawaty, zawsze gotów, by odpowiedzieć ciętą, celną ripostą. Zazwyczaj jest pełen życia i energii, lecz tym razem wydawał się zmęczony i równie szary, jak znikające za oknami światło dnia. Opadł ciężko na krzesło obok łóżka, po czym potarł czoło.

- Nie przyniosłeś kwiatów ani bombonierki?

- Nie. Jak się masz, Mikael?

- Dobrze. Jeszcze parę dni i stąd wyjdę.

- Świetnie. Na śmierć przeraził mnie telefon z wiadomością o tym, co się stało. Zawsze w coś się wplączesz.

- Czuję się znakomicie, Peter. Za to ty wyglądasz na zmęczonego.

- Bo jestem zmęczony. Cały dzień spędziłem w sądzie.

- Ciężka sprawa?

- Tak. A raczej męczący klient. Znasz ten typ: wiecznie twierdzą, że sprawa dotyczy czego innego, niż naprawdę dotyczy.

Uśmiechnąłem się.

- Tak, też mi się tacy trafiają. Na przykład oskarżeni o uszkodzenie ciała, którzy sądzą, że tak naprawdę powinno się rozpatrywać kwestię ich dyskryminacji ze względu na dialekt lub kolor skóry albo kwestię prześladowania przez firmę zarządzającą parkingiem?

- Właśnie. Uważam się za osobę tolerancyjną. Jak długo się przyjaźnimy, Mikael? - Wskazał mnie kościstym palcem i sam sobie opowiedział: - Dwadzieścia lat? Dwadzieścia dwa? Jakoś tak. I czy przez wszystkie te lata nie byłem człowiekiem, który dzielnie znosił głupotę, małostkowość, chciwość i ogólną amoralność swoich bliźnich? Nie byłem?

- Nie do końca - powiedziałem.

- Owszem, byłem, Mikael. Ale już nie jestem. Mam tak bardzo dość klientów, że chce mi się rzygać. Wśród wszystkich ludzkich typów świata klienci stanowią najniższy gatunek. A my, adwokaci, którzy dobrowolnie otaczamy się nimi na co dzień, musimy w związku z tym być najgłupszym gatunkiem ludzi.

- Brzmi jak zwyczajny dzień w pracy.

Zaśmiał się krótko.

- Jest... Muszę z tobą porozmawiać. Jeśli czujesz się wystarczająco dobrze.

- O czym?

- O firmie.

- Idzie nam całkiem nieźle, prawda?

- Wspaniale, o czym wiedziałbyś, gdybyś przejął swoją część odpowiedzialności za działalność.

- Gdybym to zrobił, nie byłoby tak wspaniale, wiesz o tym. Jest dobrze, bo możesz jak zawsze kierować firmą z Finnem.

Popatrzył na mnie z lekką rezygnacją, otworzył usta, by rzucić coś w odpowiedzi, ale zmienił zdanie. Nie chciał po raz kolejny podejmować starej, bezcelowej dyskusji.

- Finn chce się wycofać. Uważa, że nadszedł już czas.

Byłem zdumiony. Finn był trzecim partnerem w firmie. Dawno przekroczył wiek emerytalny, lecz pozostawał zdrowy na umyśle i pełen sił witalnych. Codziennie, punkt dziewiąta, przychodził do kancelarii i wychodził o czwartej.

- Chyba może popracować jeszcze kilka lat?

- Chce zachować gabinet i będzie się zjawiał prawie codziennie, ale czuje, że nadeszła pora, aby wycofać się jako partner, zrzec się odpowiedzialności i obowiązków. A ja się z nim zgadzam.

- Naprawdę?

- Tak. Jest sprawny umysłowo, ale ma ponad siedemdziesiąt lat. Przyda nam się powiew świeżości.

- Nie wydaje mi się. Tak jest dobrze.

Peter popatrzył na mnie, wykrzywił usta.

- Boisz się zaangażowania, Mikael, odpowiedzialności. Prawda wygląda tak, że Finn się wycofa, czy tego chcesz, czy nie, a my potrzebujemy świeżej krwi. - Uniósł brew. - Chyba że chcesz się aktywnie zająć zarządzaniem firmą?

- To co twoim zdaniem powinniśmy zrobić? Poszukać nowych adwokatów, spróbować fuzji z kimś innym czy co? Wiem, że istnieje trend tworzenia coraz większych kancelarii, ale za bardzo nie mam na to ochoty.

Peter pokręcił głową.

- Nie, nic z tych rzeczy. Myślałem, żeby niektórzy z zatrudnionych przez nas adwokatów, ci, którzy są z nami najdłużej i którym ufamy, otrzymali ofertę partnerstwa.

- Tak? A kto?

- Hans Olav.

- Hm. No, może.

- I Synne.

- Synne! Jest wciąż młoda i niedoświadczona.

Peter westchnął.

- Nie do końca, Mikael. To ty tak o niej myślisz, a częściowo też tak ją traktujesz. Jakby była twoją prywatną aplikantką, którą możesz rozporządzać wedle własnego widzimisię. Kiedy ci pasuje, zabierasz ją do sądu na swoje sprawy, wysyłasz do więzienia na wszystkie te nudne spotkania, gdzie trzeba pocieszać oskarżonych, krótko mówiąc: zlecasz jej najgorszą robotę. A tak naprawdę ta dziewczyna wypracowała sobie solidne portfolio i ma dobrą opinię jako adwokat w sprawach karnych. Przynosi firmie niezłe pieniądze, i to bez względu, a nie ze względu, na ciebie.

Nie spodobało mi się to.

- Beze mnie byłaby nikim.

- Tak mówią wszyscy rodzice, ale to nie oznacza, że nie należy wypuszczać dzieci spod swoich skrzydeł, kiedy nadejdzie czas.

- Jest za młoda.

- W takim razie obawiam się, że możemy ją stracić, Mikael.

- Bzdura!

Peter popatrzył na mnie zmęczonym wzrokiem.

- Zastanów się parę dni, jeszcze o tym pogadamy. Popełnisz błąd, jeśli będziesz obstawać przy swoim. Synne może poczuć się pokrzywdzona, jeśli Hans Olav zostanie partnerem, a ona nie. - Wstał i ziewnął. - Idę do domu. Przemyśl to, Mikael. I zdrowiej.

- Brenne? Mecenas Brenne? Nazywam się Wilhelm Stephansen. Przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałem tylko...

Podniosłem wzrok.

- Nie przeszkadza pan. Już czytałem tę książkę.

- Hm. Jestem... To mojego dziadka uratował pan tamtej nocy.

Wilhelm Stephansen był wysokim mężczyzną. Kiedy wstałem, nadal nade mną górował, przewyższając mnie prawie o głowę. Uniosłem prawą dłoń, by pokazać mu opatrunki.

- Przepraszam, że nie mogę podać panu ręki.

- Chciałem tylko podziękować za to, co pan zrobił.

- To nic takiego.

Niemal się rozzłościł.

- Nie wolno tak mówić. To, co pan zrobił, było fantastyczne. Nie wiem, jak panu dziękować. Musi pan wiedzieć, że jestem niezmiernie wdzięczny.

Miał w sobie coś niezdarnego i bezradnego, jakby wypowiadane słowa były zbyt wielkie i uroczyste dla jego ust.

- Jak czuje się pański dziadek? - zapytałem, aby mu pomóc. - Słyszałem, że jest w kiepskim stanie. Zapalenie płuc, prawda?

- Zgadza się. Było fatalnie. Myślałem, że go stracę. - Słowom towarzyszyło drgnięcie ust. - Ale pokonał już kryzys. Chyba jest... Mówią, że najgorsze już minęło.

- Dobrze to słyszeć, w sumie nawet znakomicie. W końcu nie jest już młody. Ile ma lat? Dziewięćdziesiąt?

- Dziewięćdziesiąt trzy.

- Właśnie. Zapalenie płuc w jego wieku...

Spojrzenie Wilhelma Stephansena wydawało się niemal oskarżycielskie.

- To silny człowiek. Ma przed sobą jeszcze wiele lat.

- Na pewno - odparłem. - W każdym razie dobrze słyszeć, że ma się lepiej.

- Może chciałby go pan poznać?

- Czy to wskazane?

- Sam to zaproponował. Powiedziałem mu, że jest pan na oddziale, a on chciałby panu podziękować.

- Oczywiście, z chęcią go poznam.

Twarz starszego pana była równie blada jak poduszka, na której leżał. Miał zamknięte oczy. Zapadnięte policzki i niemal przezroczyste powieki sprawiały, że zdawał się bliski śmierci, lecz kiedy Wilhelm Stephansen pochylił się i położył mu rękę na ramieniu, uniósł powieki i posłał mi zaskakująco intensywne, bezpośrednie spojrzenie.

- Dziadku, to pan Mikael Brenne - rzekł Wilhelm. - To on uratował cię tamtej nocy z pożaru. Mówiłeś, że chcesz go poznać.

Poruszył ustami. Nachyliłem się.

- Didrik Stephansen - przedstawił się głosem słabym jak zamierający podmuch. - Chciałem tylko podziękować.

Uniósł prawą rękę, którą po chwili wahania ująłem w swoją; poczułem lekki uścisk.

- Nie ma za co - powiedziałem, chociaż od razu pomyślałem, że to idiotyczna odpowiedź. Didrik Stephansen chyba jednak nie zwrócił na to uwagi. Skinął głową, wypuścił moją dłoń i na powrót zamknął oczy. Wilhelm opatulił go kołdrą, wygładził ją i na moment zacisnął na jego dłoni swoją silną, brązową pięść robotnika, niemal szokująco kontrastującą z bladą, kościstą dłonią dziadka.

- Możesz spać - odezwał się. - Jestem przy tobie.

Cicho zamknęliśmy za sobą drzwi.

- Dziękuję bardzo - powiedział Wilhelm.

- Nie ma sprawy. - Wzruszyłem ramionami. - Dużo dla pana znaczy, czyż nie?

Przez chwilę milczał, jakbym zadał mu trudne pytanie.

- Owszem - rzekł wreszcie. - Dorastałem u niego. Jest jedynym... Mamy tylko siebie.

Staliśmy obok siebie w korytarzu, zakłopotani.

- To dobranoc - pożegnałem się w końcu.

- Dobranoc. I raz jeszcze dziękuję.

Zrobiło się późno, oddział prawie opustoszał i choć raz całkiem ucichł. Dostrzegłem jedynie znajomą postać matki June. Stała zwrócona do mnie plecami na końcu korytarza, jakby wypatrywała czegoś przez okno, chociaż na zewnątrz panowała ciemność, więc mogła widzieć jedynie własne odbicie w szybie. Stałem chwilę niepewny, zastanawiając się, czy powinienem do niej podejść, ale nie wiedziałbym, co powiedzieć. Po chwili odwróciła się i wróciła do pokoju córki.

Położyłem się, ale jeszcze długo myślałem. O Didriku Stephansenie, jego słabym, niemal niezauważalnym uścisku dłoni, o wszystkim, co stracił. Był starym człowiekiem, a starzy ludzie często otaczają się pamiątkami, mnóstwem przedmiotów wiążących ich ze światem, do którego opuszczenia wolno, lecz nieuchronnie się przygotowują. Stephansen ocalił jedynie swoje życie.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Rozdział 1

Zima 1944 r.

W połowie drogi pod górę musiał unieść się na rowerze, a wtedy rozbolały go uda i oddech przeszedł w ciężkie sapanie. Jeszcze wyżej, tam, gdzie zbocze było naprawdę strome, leżał śnieg, najpierw tylko przy krawędziach rowów, jednak później przeobraził się w zbitą masę uniemożliwiającą dalszą jazdę. Zszedł z roweru, by dalej go prowadzić, pomimo zimna spocony pod wełnianą koszulką.

Wreszcie ścieżka się wyrównała. Wiedział, że jest już prawie u celu. Ciemna ściana wysokich świerków górowała po lewej, lecz po drugiej stronie otwierał się widok po horyzont. Poniżej rozpościerały się miasto i fiord, lecz tego wieczoru nic nie było widać, wszystko spowijał mrok, a on stał sam, otoczony pustką.

Pchał rower przez sypki śnieg, z trudem brnąc naprzód w śliskich butach szytych smołowaną nicią; był zlany potem i zmęczony. Wolałby znaleźć się gdzie indziej. Z całego serca pragnął zawrócić, po prostu wsiąść na rower i pojechać do domu, do żony czekającej w ciasnym, lecz przytulnym dwupokojowym mieszkaniu. Chciał wziąć ją w ramiona i zabrać do sypialni... nie, jedynie położyć na kanapie w cieple koksowego pieca... rozebrać ją, objąć, zatonąć w niej, zapomnieć o całym świecie. Tak bardzo tego pragnął, że aż czuł jej smak na języku. Smak miłości, nadal świeży, zakazany, odurzający. Był cztery miesiące po ślubie i kochał żonę miłością młodego mężczyzny.

Szedł dalej.

Dotarł do polany, na której leżały pnie ściętych drzew. Oparł rower o pień, rozejrzał się i stwierdził, że jest sam, więc usiadł na korzeniu. Ciężko oddychając, zdjął rękawice i rozsunął zamek błyskawiczny anoraka, by ochłonąć. Ściągnął czapkę. Wsunął rękę do kieszeni, a gdy pod palcami wyczuł zimny metal, jak oparzony wyjął dłoń i zaczął chodzić tam i z powrotem. Niecierpliwie, w napięciu, bez wytchnienia.

Chociaż się tego spodziewał, aż podskoczył, kiedy postać zmaterializowała się w ciemności między pniami świerków. Nawet w słabym świetle rozpoznał ciężką sylwetkę i chód, lekki, lecz niemal arogancki, który zawsze sprawiał, że rowerzysta czuł się niezdarnie. Cień kapelusza również z bliska skrywał rysy twarzy, jednak głos był dobrze znany, trochę charczący, jakby mężczyzna stale cierpiał na bronchit.

- Witaj - rzekł przybysz. - Dawno się nie widzieliśmy. - Kiedy nie usłyszał odpowiedzi, dodał: - Co się dzieje? Chyba coś ważnego.

Mężczyzna z rowerem odchrząknął. Słowa ugrzęzły mu w gardle, dusiły go, więc przez moment tylko chrząkał i kaszlał.

- Tak - powiedział w końcu. - Coś ważnego.

Przechadzali się chwilę w kółko, jeden obok drugiego. Nagie kępki trawy odcinały się czarno od bladego śniegu. "Jak nagrobki na cmentarzu" - pomyślał i nagle poczuł mdłości, przez co musiał oprzeć się o pień świerka i pochylić. Z ust pociekła mu gęsta ślina.

- Coś nie tak? - zapytał ten drugi. - Źle się czujesz?

Pokręcił głową.

- Nie, nie, to nic takiego. Przejdzie. Daj mi tylko chwilę.

Spluwał i odkrztuszał śluz, który wypełniał niemal całe gardło. Poczuł na ramieniu troskliwą, wspierającą dłoń. "Jezu - przemknęło mu przez głowę - zaraz wszystko zepsuję. Muszę wziąć się w garść. Jaki mam wybór?".

Wyprostował się, zrobił krok w tył, spojrzał na wysoką postać stojącą przed nim. Znali się od dawna.

- Papierosa? Może pomóc.

- Nie, dziękuję.

Pochylenie głowy, twarz zasłonięta dłońmi złożonymi wokół płomienia, krótki błysk rozjaśniający rysy, ciemne oczy pod ciężkim czołem, orli nos, pełne usta, które zacisnęły się na papierosie. Zaraz jednak zapałka zgasła, a oblicze na powrót spowił mrok.

- Jak czujesz się jako mąż?

- Dobrze.

Cień uśmiechu w głosie mężczyzny.

- Cztery miesiące, prawda? Jasne, że dobrze. Pewnie nadal jesteście jak króliki.

Rowerzysta zaśmiał się z przymusem.

- Zobaczysz, z czasem wszystko się zmieni. Ale nadal będzie nieźle, jeżeli znalazłeś sobie właściwą kobietę. Poczekaj tylko na dzieci! To... to fantastyczne.

- Naprawdę? Nie wiedziałem, że macie...

- Tak, od niedawna. Mamy syna.

Rowerzysta ciągle przełykał.

- Nie wiedziałem. Gratulacje.

- Dziękuję. - Krótka przerwa, po której odezwał się innym tonem: - To o co chodzi? Co się dzieje?

- Mamy problem.

- Ach tak?

- Ostatnio złapano zbyt wielu naszych.

Wzruszenie ramion w ciemności.

- Ciągle kogoś łapią. Jesteśmy amatorami.

- Byliśmy nimi na początku. Teraz wiemy, co robimy.

Ponowne wzruszenie ramion.

- Nie zgodzę się. Nadal jesteśmy amatorami. Niemcy to zawodowcy.

- Może. - Poczuł ukłucie rozdrażnienia i powitał je z ochotą. - Może masz rację. Ale to nie wyjaśnia sprawy.

- Co chcesz przez to powiedzieć? Zdrajca? Mamy wśród nas zdrajcę?

- Tak.

- Jesteś pewien?

- Jesteśmy pewni.

- Boże mój. Kto to? Wiecie kto?

- Tak.

Nastała długa cisza. Na tyle długa, by zdążył wyjąć rękę z kieszeni, unieść pistolet. Walther PPK kaliber 9 mm, skradziony niemieckiemu oficerowi. Niezawodna broń, prosta w użyciu, z niezbyt mocnym odrzutem. Precyzyjna, jak mu mówiono, sam tego nie wiedział, bo nigdy z niej nie strzelał, ćwiczenia były nazbyt ryzykowne.

Księżyc wyszedł zza chmur, rzucając bladą poświatę na leżące pnie drzew, co wystarczyło, by rowerzysta ujrzał wyraz twarzy rozmówcy, gdy pociągnął za spust. Ciszę przeszył ogłuszający huk, tak potężny, że musiał być słyszalny aż w mieście. Pewnie ktoś przyjdzie sprawdzić, co się stało. Mężczyzna zasłonił rękoma twarz, zrobił niepewny krok w tył i runął na ziemię.

Księżyc znikł.

Zbliżył się o krok, spojrzał na leżącą w śniegu postać. Poruszała się. Wydawała dźwięki. Ciche, nieprzyjemne, gardłowe dźwięki. Mdłości powróciły z pełną siłą, wypełniły mu usta. Wymiotował raz za razem.

Znowu ukazał się księżyc. Mężczyzna leżący na ziemi przyciskał dłonie do twarzy. W bladym świetle krew między jego palcami wydawała się czarna. Cała dolna szczęka została odstrzelona. Wystawały z niej białe odłamki kości, jak drzazgi ze złamanej gałęzi.

- Kurwa, kurwa, kurwa!

Jego dłoń drżała, kiedy znów skierował broń w stronę tamtego. Wypalił i ujrzał, jak szarpnęło leżącym, gdy kula wbiła się w ziemię centymetr od jego ucha, rozpryskując śnieg i błoto. Widział oczy mężczyzny wybałuszone w śmiertelnym lęku, czarne, przypominające przerażone oczy zwierzęcia.

Kolejna chmura zasłoniła księżyc, otuliła cieniem leżącą na ziemi postać, rozmazała jej kontury, krew, odłamki kości, zmasakrowaną twarz. Wziął głęboki wdech, chwycił oburącz rękojeść pistoletu, skupił się na tym, by lufa pozostała stabilna, by stłumić ten okropny, bulgoczący dźwięk.

- Wybacz mi - szepnął. Nie tylko do człowieka leżącego przed nim, ale do wszystkich, do nocy, do każdego. Wtedy raz jeszcze pociągnął za spust. Mężczyzną wstrząsnął spazm, aż wreszcie uspokoił się, znieruchomiał. Przestał być żywą, oddychającą, myślącą istotą. Stał się cieniem na ziemi.

Odwrócił się plecami do tego, co zrobił. Chwiejnym krokiem podszedł do roweru, zaczął toczyć go w stronę miasta. Nie mógł zebrać myśli i czuł zawroty głowy, jakby właśnie doszedł do siebie po długiej chorobie. Po chwili powróciły mdłości, musiał się zatrzymać, by zwymiotować. Raz po raz zwracał, na brzegu rowu opróżniał żołądek, aż nic w nim nie zostało i już jedynie gorzki smak żółci wypełniał mu usta i nos. Później poczuł się trochę lepiej. Wyjął magazynek z pistoletu i wyrzucił go w lesie, sam pistolet cisnął zaś w osypisko skalne, a dźwięk metalu obijającego się o kamień wzbudził w nim niewyjaśnioną ulgę.

Wsiadł na rower, dopiero gdy całkiem skończył się śnieg, gdyż nie chciał ryzykować, że spadnie i się zrani. Trzymał się z dala od głównych dróg, jechał przez puste, ciemne zaułki. Znał na pamięć tę dzielnicę, to tutaj dorastał, a pedałowanie przez stare, znajome ulice dawało mu dziwne poczucie bezpieczeństwa, niczym lina ratunkowa wiążąca go z tym, kim był kiedyś.

"Od tej nocy świat już nigdy nie będzie taki sam. Ja też nie będę". Myśl ta napełniła go przerażeniem, jakby stał na progu całkiem nieznanej, nieprzewidywalnej przyszłości.

Odstawił rower na stojak i wspiął się po znajomych wytartych stopniach, odruchowo unikając skrzypiących miejsc. Drzwi nie były zamknięte na klucz, więc wszedł bez pukania. Poczuł woń kalarepy, śledzi, mokrej wełny - cały zestaw swojskich zapachów. Był w domu.

Jego żona wstała z kanapy, na której czekała w półśnie, zmartwiona, gdyż wiedziała, że ma do wykonania zlecenie. Nie musiała pytać, by mieć świadomość, że chodzi o coś nielegalnego. Na jej zaspanej twarzy malowała się ulga. Rozłożyła ramiona, przytuliła go. A on przyjął jej uścisk, kurczowo przywarł do wszystkiego, co normalne i bezpieczne. Poczuł przy sobie jej ciało.

- Jak ja czekałam - powiedziała bez tchu z ustami przytkniętymi do jego szyi. - Tak się bałam. Cudownie jest mieć cię przy sobie.

- Tak - odparł. Próbował zatonąć w jej ramionach, w zapachu włosów, w oczekiwaniu białego, miękkiego ciała, lecz na próżno. W nozdrzach unosiła się cierpka woń jego własnych wymiotów. Przypomniał sobie czarną krew połyskującą w blasku księżyca, a zamiast ciepłego ciała żony pod dłonią czuł odrzut walthera. Pamiętał też wyraz oczu mężczyzny sekundę przed tym, jak trafiła go kula. Wyraz zaskoczenia. Nie strachu. Nie wściekłości. Tylko czystego, niekłamanego zaskoczenia.

Nie potrafił go zapomnieć.

Następnego dnia było zimno i pochmurno. Pomyślał, że może niedługo spadnie śnieg, jednak na razie biel okrywała wyłącznie otaczające miasto góry, natomiast ulice pozostawały brudnoszare, a ogrody pożółkłe od obumarłej, zimowej trawy. Źle spał tej nocy, czuł się kiepsko. Nudności nadal stały mu w gardle, jakby zamieszkały tam na stałe.

Pojechał rowerem na ulicę pełną dużych, białych domów i ogrodów skrytych za wysokimi bukowymi żywopłotami. Jeden z budynków się wyróżniał, był pomalowany ciemną bejcą, ciężki i solidny. Tam mężczyzna zsiadł z roweru, oparł go o żywopłot i wszedł przez furtkę z kutego żelaza. Zadzwonił do drzwi; nasłuchiwał, ale nie usłyszał dzwonka wewnątrz. Nie dochodził do niego żaden dźwięk, nic, co wskazywałoby, że ktoś jest w domu. Na chwilę się zawahał, uniósł dłoń, by zadzwonić raz jeszcze, lecz zanim zdążył to zrobić, drzwi się otworzyły. Stanął przed nim wysoki mężczyzna o szerokich barkach, starszy od niego, ale niedużo. Twarz miał ostrą, o dużym nosie i wąskich ustach.

- Niech pan wejdzie.

Przekroczył próg i znalazł się pośrodku spowitego półmrokiem przedpokoju. Zdjął czapkę i zmiął ją w dłoniach, nagle niepewny.

- No?

Brakło mu słów, nie wiedział, jak sformułować myśli. Skinął tylko głową.

- Wykonał pan zlecenie?

Znowu skinął głową i wreszcie odzyskał głos.

- Tak.

- To... nie żyje?

- Tak.

- Dobrze. - Ten drugi zawahał się, po czym dodał: - Bardzo się pan nam przysłużył. - Nie usłyszawszy odpowiedzi, ciągnął: - Wielu dobrych Norwegów straciłoby życie, gdyby on dalej działał.

Były to zbyt poważne, zbyt uroczyste słowa, które jak gdyby zapadały się pod własnym ciężarem i rozbijały głucho o parkiet. Dwóch mężczyzn przez moment stało naprzeciwko siebie w milczeniu.

- Cóż... najlepiej będzie, jak pan już pójdzie. Im mniej będziemy mieć z sobą do czynienia...

Nie ruszył się z miejsca.

- Coś... coś jeszcze?

- Ja... zastanawiałem się... Jest pan pewien?

- Pewien?

- Że to był on. Że to on był zdrajcą.

- Tak. Mam pewność.

- To dobrze.

- Mam... mamy źródło... nie powinienem panu tego mówić... to źródło w gestapo. Całkowicie wiarygodne. Już wielokrotnie uzyskiwaliśmy od niego cenne informacje.

- Ale on... wydawał się taki zdziwiony.

Starszy mężczyzna spojrzał na niego pytająco.

- Zdziwiony?

- Tak. Dokładnie w momencie, kiedy zrozumiał, że go zastrzelę. Nie wyglądał, jakby się bał czy panikował, był jedynie zdziwiony. Jakby w ogóle... się tego nie spodziewał.

- Bo tak pewnie było. Pewnie nie sądził, że zostanie zdemaskowany. Proszę o tym nie myśleć - poradził mężczyzna. Po chwili dodał bardziej zdecydowanym tonem: - Proszę o tym nie myśleć. To było konieczne.

- Miał małe dziecko. Syna.

Wyraz twarzy i głos tamtego stały się bardziej zniecierpliwione.

- Jest wojna. Taki wybrał sobie los. Do widzenia.

- Tak, oczywiście, ma pan rację. Do widzenia.

"Taki wybrał sobie los". W drodze do domu myślał o tych słowach, stanowczych, stwierdzających oczywistość. Może dla niektórych świat tak właśnie wyglądał, dla tych, którym zawsze było łatwo, dla wybrańców losu znajdujących się na szczycie piramidy. Może musieli w to wierzyć, aby czuć, że zasłużyli na swoją pozycję, status, przywileje. Jednak rowerzysta wiedział lepiej.