Łowca smaku - Urszula Ziętek

Kup ebooka

29.02 zł
24.09 zł (24,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Im bliżej było do godziny 18:00, tym mocniej ogarniało go przekonanie, że nie ma najmniejszej ochoty na ten wieczór. Bolała go głowa, a im więcej pił wody, tym pragnienie, które czuł, było większe. Było mu zimno i najchętniej schowałby się pod kołdrą i przeczekał do czasu, aż mu się polepszy. Niestety teraz nie mógł się wycofać. Doskonale zdawał sobie sprawę, że całe zamieszanie to w głównej mierze jego wina. Dziennikarz z gazety "Wokół stołu" również miał w tym swój udział. Jednak gdyby Garik nie wypił aż tyle i nie zaczął przechwalać się, że jest największym smakoszem w tym kraju, pewnie Tomasz Opocki nie wymyśliłby całej tej prowokacji. A tak czekał go teraz mało interesujący wieczór, podczas którego będzie musiał udowodnić wszystkim gościom znajdującym się w barze "Przystań", że dzięki swojemu niezwykłemu talentowi do wyczuwania smaków w jedzeniu, potrafi odgadnąć bezbłędnie wszystkie składniki, z których została przyrządzona potrawa.

Chociaż ledwo pamiętał, jak to się zaczęło, bez najmniejszych kłopotów potrafił sobie przypomnieć moment, kiedy z dumą opowiadał o swoich niezwykłych zdolnościach. Jedno zdanie, które miało zakończyć wieczór, pozostawiając całe towarzystwo zdumione i oszołomione, doprowadziło do tego, że dzisiejszy wieczór spędzi w towarzystwie mało sympatycznego dziennikarza:

- Kto nie wierzy w moje zdolności, niech rzuci mi wyzwanie!

- Na samo wspomnienie tych słów zrobiło mu się niedobrze, a jednocześnie poczuł wstyd, że po raz kolejny poniosło go po alkoholu. Często zastanawiał się, dlaczego nie może upijać się na wesoło, albo chociaż usypiać, tylko zawsze wstępuje w niego

duma narodowa i niepohamowana chęć chwalenia się swoją historią, przeszłością i talentem. Nadszedł w końcu ten moment, w którym znalazł się chętny, który to wyzwanie podjął - Tomasz Opocki - jego konkurent od kilku lat. Zdaniem Garika, Tomasz jako krytyk kulinarny, radził sobie całkiem nieźle. Pojawiał się na wszystkich najciekawszych branżowych imprezach i miał lekkie pióro, ale porozmawiać z nim się nie dało. Egoizm w połączeniu z wysoką ambicją sprawiały, że każda próba rozpoczęcia rozmowy kończyła się zazwyczaj kłótnią i awanturą. Tamtego wieczoru widząc jego zaczerwienione, przebiegłe oczy, Garik mógł przewidzieć, że jego słowa sprowokują Tomasza. Jednak po raz kolejny okazało się, że alkohol skutecznie blokuje racjonalne myślenie i uaktywnia impulsywne zachowania.

Właściwie nie obawiał się porażki. Naukowo udowodniono, że 40% społeczeństwa Armenii posiada genetycznie dużo więcej kubków smakowych niż przeciętny człowiek. Dzięki tej umiejętności są niezwykle wrażliwi na smak potraw, szczególnie na smak gorzki. Mama Garika zawsze z dumą opowiadała mu, że są potomkami prehistorycznej grupy "zwiadowców". Zadaniem ich przodków było szukanie pokarmów nadających się do spożycia. Ponieważ w naturze gorzki smak zwykle oznacza truciznę, ich zdolności były niezwykle cenione przez pozostałych członków plemienia. Garik wprawdzie nigdy nie znalazł potwierdzenia tej legendy, ale niezwykły talent w połączeniu z pasją kulinarną uczyniły go jednym z najpopularniejszych krytyków kulinarnych ostatnich lat.

Kiedyś był przekonany, że w przyszłości zostanie kucharzem, tak jak chciała i o czym marzyła jego mama. Szybko jednak zmienił plany. Podczas studiów aktywnie działał w klubie studenckim i zainteresował się tematyką kulinarną. W ramach poszukiwania nowych i niecodziennych smaków często odwiedzał różne restauracje. Ponieważ inni studenci szukali miejsc, gdzie można smacznie i przede wszystkim niedrogo zjeść, Garik postanowił sporządzać notatki po każdym wspólnym wyjściu do restauracji. Swoje przemyślenia i opinie publikował w gazecie studenckiej. Okazało się, że jego artykuły są bardzo popularne i wyczekiwane wśród studentów. Garikowi to się podobało. Od- krył swoją własną drogę.

Po ukończeniu studiów postanowił kontynuować swoją pasję. Zatrudnił się w lokalnej gazecie o tematyce kulinarnej. Robił to, co kochał i jeszcze na tym zarabiał. Idealne połączenie. Niewielu jego znajomych miało tyle szczęścia co on. Zazwyczaj wykony- wali pracę, której nie lubili. Podczas spotkań Garik był chyba jedyną osobą, która nie narzekała na swoją pracę.

Niestety, jego drugi, już nie tak chwalebny talent do przechwalania się po spożyciu alkoholu sprawił, że stał teraz przed szafą i zastanawiał się, jaką zagadkę przygotował dla niego Tomasz na dzisiejszy wieczór. Nie potrafił przewidzieć, co ten człowiek wymyślił. Z jednej strony nie spodziewał się niczego wielkie- go, ponieważ nie widział w tym sensu. To była zwykła, pijacka przechwałka. Z drugiej strony, nigdy nie wiadomo, jak poczuje się i zachowa inna osoba. Równie dobrze może okazać się, że przechwałki Garika uraziły dumę Tomasza. W takim przypadku należało się spodziewać prawie olimpijskiej konkurencji odgadywania smaków.

Jego szafa pełna była ubrań, ale wybór nigdy nie był prosty. Dużo sprawniej szło mu dobieranie potraw. Próbować, smakować, szukać niecodziennych połączeń i opisywać niezwykłe historie na temat jedzenia - to był jego żywioł, a nie dobieranie garderoby na męski wieczór. Niezwykle żałował, że Sylwii - asystentki redakcji, w której pracował - dzisiaj z nim nie będzie. Ta drobna, urocza dziewczyna nie dość, że zawsze potrafiła mu doradzić, w co się ubrać, żeby wyglądać efektownie, to jeszcze byłaby dla niego wsparciem. Niestety, dzisiaj będzie musiał po- radzić sobie sam. Sylwia miała pomagać swojej siostrze w przeprowadzce i urządzaniu nowego mieszkania. Dla pewności jednak postanowił do niej zadzwonić. Podniósł telefon, który leżał na szafce koło łóżka i wybrał numer Sylwii.

- Hallo - usłyszał zaspany głos.

- Hej, tu Garik - powiedział. - Może jednak zmienisz zdanie i pójdziesz dzisiaj ze mną? - Zapytał.

- A co ty taki cykor się zrobiłeś? - Zaśmiała się Sylwia. - Dobrze wiesz, że dzisiaj nie mogę.

- Nie możesz wyskoczyć na godzinkę?

- Wiesz, że nie - odpowiedziała stanowczo Sylwia. - Właśnie wniosłyśmy meble kuchenne i teraz będziemy je skręcać. Siostra sama sobie nie poradzi.

- Ekipę trzeba było wynająć, to by wam poskręcała.

- Wiesz, że moja siostra jest super oszczędna. Jak coś może zrobić sama, to tak zrobi. Kończę już. Powodzenia i koniecznie do mnie zadzwoń. Umieram z ciekawości, co też przyszykował dla ciebie Tomasz Opocki.

- Oby nic wielkiego, boli mnie głowa i mam plan szybko wrócić do domu.

- Twoja wina, więc teraz cierp - zaśmiała się. - Może to cię w końcu nauczy trzymać język za zębami.

- Zero wsparcia od przyjaciół - westchnął Garik. - Dobrze, że do ciebie zadzwoniłem. Od razu mi lepiej. Teraz jestem gotowy na wyzwanie.

- Zawsze do usług - zaśmiała się Sylwia. - Trzymaj się.

- Cześć! - Pożegnał się Garik. - Bawcie się dobrze. I nie połam palców.

Spojrzał na zegarek. Była 17:20, za chwilę miała przyjechać taksówka. Włożył szary garnitur, w którym zawsze wyglądał dobrze, ostatnie spojrzenie w lustro, poprawił opadający mu na czoło kosmyk czarnych włosów i wyszedł z domu.

Wieczór był ciepły i przyjemny. Wczoraj cały dzień padał intensywny deszcz i wiał silny wiatr. Dzisiaj aura się zmieniła, co ucieszyło Garika. Po deszczu nie było śladu. Niebo było bezchmurne. Od czasu do czasu czuć było tylko delikatne podmuchy ciepłego wiatru. Pogoda mu sprzyjała.

Taksówka już na niego czekała. Gdy ruszyła, oparł się wygodnie na tylnym siedzeniu i rozkoszował się widokiem miasta. Mieszkał w Legionowie od 16. roku życia i mimo upływu lat ciągle lubił to miasto. Choć miał liczne propozycje wyjazdu do Warszawy, Garik wolał zostać tutaj. Być może kiedyś przyjdzie taki moment, że zdecyduje się na przeprowadzkę, ale teraz lubił widok tych starych budynków. Zwłaszcza wieczorem. Dla niego ciągle było tu wiele ciekawych historii do odkrycia nie tylko kulinarnych. Dla większości ludzi Legionowo było zwykłym małym miasteczkiem ze szkołą policyjną. Tak myśleli ci, którzy tu nie mieszkali. Dla Garika ta malownicza miejscowość kryła o wiele więcej. Równie fascynujący co samo miasto, byli dla Garika mieszkańcy. Rozmawiając z nimi, czuło się ich głęboką więź z tym miastem. Byli dumni, że są mieszkańcami Legionowa i bardzo dbali o to, żeby miasto się rozwijało i wyglądało co- raz piękniej. Rodzinny dom Garika znajdował się bardzo daleko, ale nigdy nie czuł się tutaj samotny. Dla niego był to jedyny dom, który pamiętał i z którym był związany.

Po trzydziestu minutach dotarł na miejsce. Niewielki budynek z bali otoczony kilkoma starymi świerkami prezentował się jak chatka z bajki. Tak naprawdę, jeśli ktoś nie wiedział, gdzie szukać tej wyjątkowej restauracji, trudno było mu trafić do "Króla kuchni". Garik wyjątkowo lubił to miejsce i mimo całego tego zamieszania był wdzięczny Tomaszowi, że wybrał akurat tę restaurację na spotkanie. Przechodząc przez stare, drewniane drzwi, miało się wrażenie, że człowiek przenosi się w zupełnie inne miejsce. Zwłaszcza wieczorem, kiedy mrok przysłania okoliczne bloki, wydawać by się mogło, że gdzieś z tyłu za drzewa- mi szumi morze. Atmosfera tego miejsca sprawiała, że goście restauracji mogli tu odpocząć od codziennego zgiełku i bieganiny. Jednak, co najważniejsze, mogli tutaj rzeczywiście bardzo dobrze zjeść.

Zazwyczaj jest to spokojne i ciche miejsce. Jednak dzisiejsze- go wieczoru przypominało letni festyn. Na podjeździe trudno było znaleźć wolne miejsce. Ludzie tłoczyli się przed wejściem jak przed sklepem podczas poświątecznej wyprzedaży. Flesze błyskały jak pioruny w czasie burzy. Garik odnalazł wzro- kiem Tomasza, który stał pośrodku tego całego zbiegowiska. Jego potężna sylwetka wyróżniała się z tłumu. Przemawiał do zgromadzonych ludzi, żywo przy tym gestykulując. Garik nie mógł uwierzyć, że ten masywny człowiek może mieć tyle energii. Chyba rzeczywiście miał nadzieję, że dzisiejszego wieczoru zdobędzie sławę i rozgłos, ponieważ zaprosił wszystkich dziennikarzy kulinarnych. Mężczyzna, znając Tomasza od kilku lat, jeszcze nigdy nie widział go tak ożywionego i przejętego.

Jeśli żywił chociaż trochę sympatii do tego człowieka, to właśnie uleciała. Myślał, że na spotkaniu będzie tylko on i Tomasz, a wychodzi na to, że przeciwnik postanowił zorganizować przedstawienie, o którym usłyszy cała Polska. O siebie się nie martwił, wiedział, co potrafi i na co go stać. Zaczynał moc- no obawiać się reakcji Tomasza, gdy okaże się, kto miał rację. Zapłacił taksówkarzowi, wziął trzy głębokie wdechy i ruszył w sam środek tłumu. Uwodzicielski i pewny siebie uśmiech nie schodził mu z twarzy.

Rozdział III

Kiedy Garik wrócił na salę, przyjęcie trwało w najlepsze. Po wcześniejszym zamieszaniu nie było już śladu. Słychać było śmiechy i stukanie kieliszków. Właściciel restauracji, już zdecydowanie spokojniejszy, z wielkim przejęciem tłumaczył coś zgromadzonym wokół niego dziennikarzom. Jedynie kelner nerwowo krążył po sali z tacą pełną kolorowych drinków. Niewiele się zastanawiając, Garik chwycił jednego z nich z tacy i udał się w kierunku grupki dziennikarzy zgromadzonej wokół właściciela restauracji.

- O, jest i nasz bohater - wykrzyknął Oliwier ujrzawszy zbliżającego się Garika. - Gdzie się podziewałeś tyle czasu? Nie miałem jeszcze okazji ci pogratulować. Pewnie nie tylko ja chciałbym się w końcu dowiedzieć, jak to zrobiłeś? Jak odgadłeś wszystkie składniki? To było wręcz niesamowite. Muszę przyznać, nie wierzyłem, że dasz radę. Co ja wygaduję - poprawił się. - Nie wierzyłem, że jest to w ogóle możliwe. A ty jednak tego dokonałeś! Skoro już pokaz się skończył, zdradź nam proszę tajemnicę, jestem bardzo ciekawy - nie przestawał mówić Oliwier.

- Dziękuję za uznanie - skłonił się przesadnie Garik. - Nie ma w tym jednak żadnej tajemnicy czy, jak pewnie niektórzy z was uważają, sztuczki. Wiedza kulinarna w połączeniu z moim niezwykłym talentem pozwala mi z łatwością odgadywać składniki potraw. Przyznać muszę, że kucharz wyjątkowo się postarał, że- bym nie miał łatwego zadania - dokończył Garik. - Ale kuchnia chińska również należy do jednej z moich ulubionych, więc miałem ułatwione zadanie.

- Zdradź nam chociaż, jak odgadłeś, że do dashi dodałem kombu? - wtrącił się do rozmowy kucharz. - Specjalnie na tę okazję wybrałem delikatne, nie powinieneś tego wyczuć w bulionie - dopytywał.

- Skoro już zakończyliśmy część degustacyjną, a sprawca całego zamieszania gdzieś zniknął, myślę, że mogę powiedzieć, skąd wiedziałem - dał się w końcu przekonać Garik. - Sam nie byłem pewien, czy wymieniać kombu. O tym, że dodaje się go do dashi wiem dzięki mojej mamie, która nie dość, że była wspaniałą kucharką, to jeszcze posiadała ogromną wiedzę na temat potraw i ich pochodzenia. Większość dzieci na dobranoc słyszy od swoich rodziców bajki - kontynuował Garik. - Natomiast moja mama opowiadała mi historie o potrawach, składnikach i przyprawach. Do dziś pamiętam opowieść o małej miejscowości Hakodate, gdzie w magazynie przy porcie, grupa kobiet wiązała pakunki suszonych wodorostów kombu. Zbierane są bambusowymi tyczkami zakończonymi hakiem. Następnie suszy się je, najpierw starannie szczotkując jak włosy, a potem rozwiesza się je na słońcu.

- Niesamowite - odparł kucharz - mimo że interesuję się kuchnią azjatycką, nigdy nie słyszałem tej opowieści. Mam ogromne braki, już teraz wiem, co będę robił w wolne wieczory. Teraz wiem, że zarówno ja, jak i Tomasz, nie doceniliśmy twojego talentu. Wyczuwanie smaku to jedno, ale twoja wiedza jest ogromna. Jestem przekonany, że nieważne jak wymyślne danie bym przygotował i tak byś odgadł wszystkie składniki.

- Wielka szkoda, że nie doczekaliśmy deseru - usłyszał za plecami głos dziennikarza. - Pewnie moglibyśmy usłyszeć kolejną pasjonująca historię.

- Również żałuję, że degustacja została przerwana - odpowiedział Garik.

- A właściwie gdzie się podział Tomasz? - zapytał któryś z dziennikarzy - Chciałem mu zadać kilka pytań, ale nie mogę go nigdzie znaleźć. Mam nadzieję, że nic mu nie zrobiłeś Garik?

- Dodał już lekko podpity dziennikarz.

- A niby dlaczego miałbym mu coś zrobić? - Zapytał Garik mocno zaskoczony obrotem spraw.

- Po tym jak dostałeś od niego kilka porządnych ciosów w twarz - odpowiedział dziennikarz - każdy by się zdenerwował, a wszyscy widzieli jak za nim wybiegłeś czerwony na twarzy i wykrzykiwałeś w jego stronę jakieś groźby.

- O czym ty mówisz? - Dopytywał mocno zdziwiony Garik.

- Poszedłem za nim, bo chciałem z nim pogadać, a nie żeby się mścić. Niestety nie dogoniłem go. Myślałem, że znajdę go przed restauracją, ale parking był pusty.

- Nie ma co się przejmować - wtrącił dziennikarz, podając Garikowi kolejnego drinka. - Jutro całe wydarzenie będzie opisane we wszystkich gazetach, więc sobie przeczyta nasz komentarz. Jestem w stanie się założyć, że długo nie wyjdzie z ukrycia.

- Może wystarczy już tych zakładów - odezwał się inny dziennikarz, którego Garik kojarzył z konferencji. - Ostatni za- kład nie miał dobrego finału, przynajmniej dla Tomasza. Gratuluję Garik. W końcu ktoś utarł mu nosa. Chyba wypowiem się w imieniu wszystkich, że z wielką przyjemnością opiszemy dzisiejszy wieczór. Już od dawna czekałem na taką okazję - dodał - Tomasz zawsze był taki wyniosły i pewny siebie. A tu trafił na lepszego zawodnika. Długo będę wspominał tę czerwoną z wściekłości twarz. Już za samo to należy ci się medal - dokończył.

- Zdrowie Garika - krzyknął ktoś w głębi sali i już po chwili wszyscy krzyczeli - Zdrowie! Zdrowie! Zdrowie!

Przyjęcie trwało w najlepsze jeszcze dobre dwie godziny, chociaż jak to zwykle na takich przyjęciach bywa wraz ze zmniejszającą się ilością alkoholu ubywało również gości. Wkrótce zo- stała tylko garstka najwytrwalszych. W związku z tym, że zapas alkoholu wyraźnie się kończył, naturalnie stał się głównym tematem rozmów. Mocno pijane towarzystwo zaczęło przechwalać się, kto miał okazję pić, albo najdroższy, albo najdziwniejszy alkohol. Garik wygodnie oparty na krześle przysłuchiwał się rozmowie. Czuł, że zaraz zapadnie w drzemkę, chociaż poobijana twarz zaczynała go boleć coraz bardziej. Jeden z dziennikarzy opowiadał, jak podczas podróży do Wietnamu został poczęstowany winem z jadowitym wężem w środku. Na Gariku jednak nie robiło to specjalnie wrażenia. Sam kiedyś próbował wina na bazie mysich noworodków. Ktoś inny opowiadał, że kiedyś spróbował najbardziej obrzydliwego wina świata, a mianowicie wina z mewy. Podobno jest to wymysł Eskimosów, produkowany wyłącznie na ich potrzeby. Z drzemki wyrwała Garika opowieść Oliwiera, który pochwalił się, że posiada w swoich zbiorach oryginalną butelkę absyntu. Dawno temu jeden z gości zorientował się, że nie ma jak zapłacić za kolację, więc zostawił butelkę jako zapłatę. Właściciel restauracji usłyszał, że alkohol ten jest wiele wart, dużo więcej niż sama kolacja. W dzisiejszych czasach trudno spotkać oryginalną recepturę. Ze względu na swoje halucynogenne właściwości był szczególnie ceniony wśród francuskich arystokratów w XIX wieku.

- Czy wiecie - wtrącił Garik - że podobno Van Gogh uciął sobie ucho, będąc pod wpływem absyntu?

- Biorąc pod uwagę właściwości trunku, nawet mnie to nie dziwi - odezwał się Oliwier. - Słyszałem tylko o specjalnym sposobie picia absyntu. Trzeba zanurzyć w nim kostkę cukru, podpalić go i mieszać, aż powstanie karmel. Nigdy nie miałem jednak odwagi tego zrobić. Podobno absynt niejednego doprowadził do szaleństwa.

- Ja znam inną metodę picia absyntu - powiedział Garik. - Kiedyś interesowałem się pochodzeniem absyntu i tajemnicą jego niezwykłego smaku. Rzeczywiście może okazać się halucynogenny ze względu na dużą zawartość tujonu, ale rzadko spotyka się już oryginalną recepturę, dlatego myślę, że możesz

spokojnie otworzyć swoją butelkę. Nic ci się nie stanie. Dodam tylko, że jeżeli kiedyś zdecydujesz się na jej otwarcie, to absynt najlepiej smakuje przesączony przez cukier i zmieszany z lodowatą wodą. Wtedy trunek staje się mętny i rozkwita pełnią swojego aromatu. Najważniejsza jest właśnie woda. Cukier można pominąć, gdyż prawdziwy absynt nie pozostawia w ustach gorzkiego smaku.

- Spróbujmy tego niezwykłego smaku - odparł Oliwier. - Przekonajmy się, czy posiadam oryginalną butelkę trunku, czy nie. Tylko musimy zdecydować, który z nas rezygnuje z degustacji. Po tych wszystkich opowieściach, wołałbym, żeby ktoś nad nami czuwał.

- Zgłaszam się na ochotnika - wyrwał się Garik. - Dzisiejszy wieczór jest skutkiem mojego nadużycia alkoholu, więc z miłą chęcią tym razem pozostanę z boku i poobserwuję. Wątpię jednak, czy posiadasz oryginalną butelkę absyntu. Na twoim miejscu nie oczekiwałbym niesamowitych wizji czy wpływu na świadomość.

- Może i nie, ale mimo wszystko chciałbym spróbować - od- powiedział Oliwier. - Nie wiadomo, kiedy pojawi się kolejna okazja. Mam ochotę dzisiaj zaszaleć. Skoro już mamy ustalony plan, zapraszam was do mojego gabinetu - poderwał się z entuzjazmem Oliwier.

Nikomu jednak nie było dane spróbować absyntu, ponieważ na podłodze, pośrodku gabinetu znaleźli ciało. W pokoju panował półmrok. Paliła się tylko jedna lampka stojąca na biurku. Chociaż nie dało się dostrzec szczegółów, z łatwością można było zauważyć, że głowa leżącego na podłodze człowieka, znajdowała się pod nienaturalnym kątem w stosunku do reszty ciała. Oczy pozostały otwarte, jednak nieruchome. Potężna sylwetka zajmowała całą wolną przestrzeń na podłodze. Poza tym gabinet wyglądał na nienaruszony. Dokumenty leżały równo ułożone na biurku. Krzesło stało lekko odsunięte, jakby ktoś tylko na chwilę wyszedł i zaraz miał wrócić do pracy. Nie było żadnych oznak przepychanki, ani walki. Ciało, które ułożone było na brzuchu, wyglądało jak trofeum myśliwego przywiezione z polowania.

Nikt nie odważył się ruszyć jako pierwszy ani nie był przygotowany na taki widok, więc nie wiedział, jak się zachować. Mężczyźni tłoczyli się w drzwiach, ale nie było odważnego, aby wejść do gabinetu. Stali i zastanawiali się, co powinni zrobić. Pierwszy z całego towarzystwa zareagował Garik. Podszedł do leżącego ciała ostrożnie. Obszedł je wokoło, uważnie się przyglądając. Uklęknął na prawe kolano i sprawdził tętno. Chociaż ciało było jeszcze ciepłe, Garik nie wyczuwał pulsu. Przez głowę przeszła mu myśl, że zabito go przed chwilą. Być może morderca jest jeszcze w okolicy. Powoli przewrócił ciało na plecy, żeby upewnić się, co do tożsamości nieboszczyka. Ubiór oraz sylwetka nie pozostawiały wątpliwości, ale jak to mówią nadzieja umiera ostatnia. Póki nie uda się zobaczyć twarzy denata w pełnym świetle, Garik miał nadzieję, że to obcy człowiek do złudzenia przypominający Tomasza. Nie była to prosta sprawa, ponieważ człowiek ten był wyjątkowo wielkiej postury. Kiedy odwrócił ciało na plecy i mógł dokładnie przyjrzeć się twarzy, pozbył się wszelkich wątpliwości.

- Tomasz - szepnął Garik.

Wszyscy obecni w gabinecie jęknęli. Oni również rozpoznali martwego mężczyznę.

- A więc tutaj podziewał się nasz kolega - starał się zażartować i bardzo szybko pożałował, że nie wybrał opcji milczenia. Jego żart nie został zrozumiany przez resztę obecnych.

- Tak ci wesoło, Garik? - Zapytał Oliwier, zerkając podejrzliwie w stronę Garika. - Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale wspominałeś, że nie spotkałeś go na parkingu? A może jednak spotkałeś i teraz patrzymy na efekt waszego spotkania?

Serce Garika na moment stanęło. Tak oto z bohatera wieczoru przerodził się w podejrzanego. Wyprostował się momentalnie i kręcąc głową w geście zaprzeczenia zaczął wycofywać się z gabinetu.

- Dokąd się wybierasz? - Usłyszał za plecami głos kucharza. Jego dłoń zacisnęła się na ramieniu Garika. - Nikt stąd nie wyjdzie do czasu przyjazdu policji. Powinni tu być za piętnaście minut - dodał. - Zwłaszcza ty - wycelował palcem w pierś Garika.

- Nie mam zamiaru się za ciebie tłumaczyć. Sam wyjaśnisz policji, gdzie się podziewałeś po waszej przepychance. Możesz być pewny, że zeznamy, co widzieliśmy, jak wybiegłeś za nim, grożąc mu i byłeś ostatnią osobą, która widziała go żywego. Może uda ci się przekonać policję, że nie spotkałeś go na parkingu, ale zrobisz to osobiście.

Garikowi zrobiło się gorąco. Był pewien, że wyparował z nie- go cały alkohol. Starał się uśmiechać i wyglądać na spokojnego, jednakże głęboko w środku czuł, że ogarnia go panika. Z boku rzeczywiście nie wyglądało to najlepiej. Najpierw awantura, przepychanki i groźby. A teraz martwe ciało. Kusiło go, żeby wymknąć się jakoś i uciec do domu, ale pewnie prędzej czy później policja by go znalazła. Ucieczka by mu raczej nie pomogła. Postanowił poczekać i zaczął układać sobie w głowie plan tego, co powie policji. Pomimo że był niewinny, przeczuwał, że będzie miał ogromne kłopoty. Zawsze tak było. Od dziecka prześladował go pech. Jak już miało się coś nie udać albo ktoś miał wpakować się w kłopoty, to wiadomo było, że będzie to Garik. Gdy był chłopcem, koledzy bardzo chętnie zabierali go ze sobą na różnego rodzaju wypady, ponieważ wiadomo było, że w razie czego Garik zostanie ofiarą. Przypomniała mu się historia z dzieciństwa, kiedy wybrał się z kolegami na pobliskie działki, żeby zerwać trochę owoców. Mimo że wybrali się wieczorem, ktoś musiał ich widzieć, ponieważ chwilę po obskubaniu z jabłek pierwszego drzewa, przyjechała policja. Zaczęli uciekać. Kiedy przeskakiwali przez płot z siatki, Garikowi zaczepiła się nogawka o drut i nie udało mu się przejść na drugą stronę.

Oczywiście jak można było przewidzieć, był jedynym chłopcem, który został wtedy złapany i odwieziony przez policję do domu. Tak było za każdym razem. Całe życie prześladował go pech, dlatego czekając na przyjazd policji, szykował się na najgorsze. Do czasu przyjazdu radiowozu, każdy siedział w milczeniu na swoim krześle i czekał. Tylko Oliwier chodził nerwowo wokół sali, mamrocząc coś pod nosem. Nikt się do siebie nie odzywał. Nikt na nikogo nie patrzył. Każdy siedział i czekał co będzie dalej. Garikowi wydawało się, że wszystkim ulżyło, kiedy pod restauracją usłyszeli syreny policyjne i odgłos opon zatrzymujących się na żwirze. Była godzina 2:27, ale każdy zdawał sobie sprawę, że nieprędko wróci do domu.

Rozdział VI

Sylwii bardzo spodobał się pomysł pomocy Garikowi w wyjaśnieniu morderstwa. Widziała, że Garik bardzo się martwi, jak to się skończy. Dla Sylwii na razie była to ciekawa przygoda. Czekało ich wiele niespodziewanych momentów i zwrotów akcji. Będą poznawać nowych ludzi i przeżywać niebezpieczne momenty. Przy okazji może uda im się wpaść na trop mordercy. Co zrobią z taką wiedzą, jeszcze nie miała pomysłu. Najprawdopodobniej zgłoszą się na policję z wynikami swojego śledztwa. Nie przyjmowała do wiadomości, że policja traktuje poważ- nie możliwość zabicia Tomasza przez Garika. Musiała przyznać, że znajomość z Garikiem zawsze niosła ze sobą ryzyko niespodzianek. Z nim nigdy nie można było się nudzić. Sam chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że miał talent do pakowania się w kłopoty. Chociaż to, co teraz go spotkało, przerosło wszystkie dotychczasowe sytuacje. Kiedyś zadzwonił do niej w środku nocy z drugiego końca świata i oznajmił, że się zgubił. Sylwia miała mu powiedzieć, jak ma dojechać na konferencję. W pierwszej chwili myślała, że sobie żartuje. Jak niby miałaby mu pomóc. Jednak słysząc błagalny głos Garika, zrozumiała, że on rzeczy- wiście się zgubił i oczekuje, że ona mu pomoże. Zrobiła co mogła. Uspokoiła go i poradziła, żeby zapytał kogoś o drogę albo zadzwonił do organizatora konferencji i poprosił o wskazówki. Ostatecznie zawsze przecież może wziąć taksówkę i poprosić, żeby zawiozła go na wskazany adres. Całe szczęście historia zakończyła się pomyślnie i Garik dotarł na konferencję. Taki już był. Inteligentny, ale trochę zagubiony w świecie. Jeżeli coś mu się przytrafiało, co nie było wcześniej przez niego zaplanowane, gubił się i nie wiedział, jak się zachować. Swoje działania planował w szczegółach i jeżeli coś lub ktoś wykraczał poza jego schemat czy plan działania, zatrzymywał się i potrzebował nowego planu. Bardzo często prosił ją wtedy o pomoc. Jej wymyślanie nowych planów przychodziło z łatwością, więc przeważnie była w stanie w ciągu sekundy podpowiedzieć mu, co powinien dalej robić. Zresztą uważała, że plany są niepotrzebne, ponieważ i tak nie da się przewidzieć wszystkiego. Można zaplanować pewien zarys i realizując go zachowywać się spontanicznie i dostosowywać swoje działania do sytuacji. Była przekonana, że tamta akcja to było mistrzostwo, ale wplątanie się w morderstwo to i dla Sylwii było trochę za dużo. Nie wierzyła, że coś rzeczywiście może grozić Garikowi - przecież był niewinny, ale mimo wszystko postanowiła mieć go na oku.

Zanim wróciła do redakcji po obiedzie z Garikiem, miała już w głowie ułożony plan, jak dowiedzieć się, gdzie mieszkał To- masz Opocki. Największym wyzwaniem byłoby wydobycie tej informacji od policji. Mogłaby wtedy wykorzystać swoje zdolności aktorskie, ale zależało jej na czasie. Postanowiła, że zacznie od sposobów łatwiejszych, czyli poszuka adresu w sieci. W ostateczności zadzwoni do redakcji. Zrobiła sobie wielki kubek swojej ulubionej kawy i z zapałem zabrała się do przeszukiwania sieci.

Godzina wytężonej pracy i nie znalazła adresu. Za to sporo dowiedziała się o Tomaszu. Z informacji, do których dotarła wynikało, że nie był to sympatyczny człowiek. Przeczytała około dwudziestu recenzji restauracji autorstwa Tomasza i może dwie były pozytywne. Komentarzy pod jego publikacjami nie dało- by się pokazać dzieciom. Znalazła nawet forum, które założyli właściciele restauracji negatywnie ocenionych przez Tomasza. Dowiedziała się, że cztery osoby złożyły przeciwko Tomaszowi pozew w sądzie o zniesławienie. Trudno było uwierzyć, że ten człowiek tak długo utrzymywał się w branży i dalej miał etat w gazecie. Sylwia zastanawiała się, ilu ten dziennikarz miał czytelników. Jakby słuchać jego rad, to szybko okazałoby się, że nie ma ani jednej dobrej restauracji w mieście. Im dłużej czytała o Tomaszu, tym mocniej zastanawiała się nad całą sytuacją, która spotkała Garika. Nie mogła zrozumieć, dlaczego on stał się głównym podejrzanym. Opocki miał tylu wrogów, tyle zatargów i procesów, że podejrzanych jest co najmniej piętnaście osób. To dobrze dla Garika, ponieważ jak policja dotrze do tych informacji, to sama dojdzie do wniosku, że Garik z tych wszystkich osób jest najmniej podejrzany. Im jednak trudno będzie dowiedzieć się na własną rękę, kto jest mordercą, ponieważ musieliby porozmawiać z połową ludzi w tym mieście. Pewnie każdy z nich miałby ochotę zabić Tomasza.

Postanowiła zrobić sobie przerwę. Całe szczęście budynek redakcji sąsiaduje z niewielkim, ale bardzo przyjemnym parkiem. O tej porze dnia raczej nikt tam się nie kręci, więc będzie mogła usiąść na swojej ulubionej ławce i spokojnie pomyśleć. Zamknęła komputer. Powiedziała koleżance, że wychodzi załatwić jakieś sprawy na mieście i wyszła z budynku.

Po drodze zaczepił ją Grzegorz, kolega z redakcji. Jak na swój wiek, bardzo dobrze zbudowany i zadbany. Pracował w ich redakcji chyba od początku istnienia i jakimś cudem, jako jedyny, nie miał problemu, żeby dogadać się z szefem. Sylwia nigdy tego nie rozumiała. Może powodem był wyjątkowo spokojny charakter Grzegorza. Szef wiedział, że nie jest w stanie wyprowadzić go z równowagi ani zastraszyć, więc nie wyładowywał na nim swoich frustracji.

- Hej, Sylwia, dlaczego taka zamyślona jesteś? Uważaj, bo jeszcze wpadniesz na jakiś słup albo ktoś cię porwie - żartował.

- Hej - odpowiedziała Sylwia - myślę o tym, co spotkało Garika i zastanawiam się, jak mu pomóc. A co ty tu właściwie robisz? Nie powinieneś być na urlopie?

- Dzisiaj wróciłem i pierwsze, co usłyszałem po wejściu do biura, to informację, że Garik zamordował jakiegoś faceta. Miałem nadzieję, że wyjaśnisz mi co tu się dzieje, bo mam wrażenie, że wszyscy powariowali. Dasz się zaprosić na kawę? - zapytał.

- Właściwie czemu nie - odpowiedziała po chwili namysłu Sylwia. - I tak chyba nic sensownego na razie nie wymyślę.

Udali się do pobliskiej kawiarni. Pogoda była wyjątkowo pięk- na i słoneczna jak na marzec. Postanowili usiąść przy małym stoliku na zewnątrz.

- Opowiadaj, co się właściwie stało? - zaczął rozmowę Grz gorz.

- Do końca to sama nie wiem - odparła Sylwia - Z Garikiem zamieniłam zaledwie kilka słów, co gorsza on sam chyba się w tym pogubił. Wydaje mi się, że nie wszystko pamięta, więc opowiada o tym wieczorze bardzo ogólnie. Z tego co wiem, zaczęło się od jego przechwałek, że jest najlepszy w branży. Znasz go - spojrzała w oczy Grzegorzowi - zawsze po alkoholu opowiada tę historię...

- ...że jest supersmakoszem i potomkiem jakichś prehistorycznych myśliwych - dokończył Grzegorz ze śmiechem. - Słyszałem tę historię wielokrotnie. Na każdej imprezie firmowej ją opowiada.

- No właśnie - podjęła temat Sylwia. - My się z tego śmieje- my. Trzeba mu przyznać, że jest dobry w tym, co robi, ale tę jego historię traktujemy z przymrużeniem oka. Garik jednak w to głęboko wierzy i wygadywał w tej knajpie, że nie ma lepszego od niego, że jak ktoś chce to sprawdzić, to on jest gotowy na każde wyzwanie. Koniec końców Tomasz postanowił to sprawdzić.

- Zawsze mówiłem, że te jego przechwałki wpakują go kiedyś w kłopoty - przerwał Sylwii. - Jak się okazało, miałem rację. W co się ten chłopak wpakował?

- Umówili się w restauracji na degustację. Garik miał zgadywać składniki potraw. Tomasz zrobił z tego wydarzenie roku. Zaprosił dziennikarzy ze wszystkich większych gazet. Był pewnie przekonany, że Garikowi się nie uda i ośmieszy go publicznie. Trochę o tym Tomaszu dzisiaj czytałam i byłoby to jego typowe zachowanie.

- Opocki? - Zdziwił się Grzegorz. - Masz na myśli Tomasza Opockiego? - Dopytywał Grzegorz. - Opocki nie żyje i wszyscy myślą, że Garik go zabił?

- To on! - Wykrzyczała Sylwia - Znasz go?

- No pewnie, że znam - odpowiedział Grzegorz - Często miałem z nim do czynienia. Masz rację, okropny z niego człowiek. Pewnie całe miasto się cieszy, że nie żyje, zwłaszcza restauratorzy. W końcu będą mogli spokojnie prowadzić swoje interesy. Dlaczego policja myśli, że Garik go zabił? - Zdziwił się Grzegorz.

- Ja sam znam co najmniej trzy osoby, które życzyły mu śmierci i mogłyby to zrobić.

- Ponieważ posprzeczali się w tej restauracji, była bójka. Tomasza wyprowadzili, Garik za nim poszedł, a potem znaleźli Tomasza martwego. Wydaje się, że tylko Garik nie ma alibi, więc policja go podejrzewa.

- Niewiarygodne - zdumiał się Grzegorz. - Trzeba przyznać, że chłopak ma wyjątkowego pecha. Nie rozumiem, dlaczego ty się martwisz i zastanawiasz, jak mu pomóc. Wiadomo, że Garik tego nie zrobił i policja też niedługo do tego dojdzie, więc dadzą mu spokój.

- Wiem, ale chodzi przybity i rozsiewa wizje dożywotniej odsiadki, więc postanowiliśmy, że sami trochę poszukamy i dowiemy się, kto mógł chcieć zabić Opockiego. Mieliśmy zacząć od mieszkania Tomasza, ale nie mogę nigdzie znaleźć jego adresu - powiedziała zmartwiona Sylwia.

- Trzeba było od tego zacząć - powiedział z ożywieniem Grze- gorz. - Kiedyś, po konferencji wracałem z nim do domu jedną taksówką. Nie chciałem go podwozić, ale i tak wsiadł razem ze mną. Mieliśmy podzielić się kosztami, ale oczywiście nigdy mi za kurs nie zwrócił. Pamiętam, gdzie wysiadał. Numeru mieszkania nie znam, ale taksówkarzowi podawał adres Sosnowa 3.

- Kochany jesteś! - Krzyknęła Sylwia i rzuciła się wyściskać i wycałować Grzegorza. Przewróciła przy okazji kawę, filiżanki pospadały ze stołu i rozbiły się na chodniku.

- No proszę - powiedział z dumą Grzegorz - Nie ma to jak dostać słodkiego buziaka od pięknej kobiety. Teraz to i ja będę miał udany dzień.

- Wracam do redakcji - oznajmiła Sylwia, lekko się czerwie- niąc. - Muszę podzwonić i dowiedzieć się, jaki ma numer miesz- kania, ale na to mam już pomysł.

- Leć, dziecko, leć - odparł Grzegorz. - Mnie się nigdzie nie spieszy. Nagle nabrałem ochoty na deser. Poza tym ktoś musi pomóc kelnerowi pozbierać potłuczone filiżanki.

Sylwia zerwała się z krzesła i pobiegła do redakcji. W windzie uświadomiła sobie, że nawet nie zapłaciła za kawę. Grzegorz będzie musiał za nią zapłacić. Nie będzie się już wracać. Odda mu pieniądze później. Teraz ma ważniejsze zadanie do wykonania. Usiadła przy biurku i wykręciła numer telefonu redakcji, w której pracował Tomasz.

- Dzień dobry - usłyszała znudzony głos w słuchawce - Redakcja "Na talerzu", w czym mogę pomóc.

- Dzień dobry, tu firma kurierska FedEx - powiedziała Sylwia

- Stoję na ulicy Sosnowej 3 i mam paczkę dla pana Opockiego, ale niestety nie mogę odczytać numeru mieszkania. Podano ten telefon jako kontaktowy.

- Sosnowa 3 mieszkania 45 - odpowiedziała recepcjonistka smutnym głosem. - Ale pan Opocki nie odbierze już tej przesyłki.

- Jeżeli się wyprowadził, to nasza firma nie ponosi za to odpowiedzialności - dodała Sylwia, udając oburzenie - Dostarczam na adres podany na przesyłce. Nikt nas nie powiadomił o zmianie adresu, więc nie zwracamy kosztów.

- Nie wyprowadził się - odparła recepcjonistka, szlochając. - Pan Opocki nie żyje.

- Bardzo przepraszam i proszę przyjąć moje wyrazy współczucia. Zabieram paczkę do magazynu. Do widzenia. Sylwia rozłączyła się. Wykręciła numer Garika, ale nie odbierał. Zostawiła mu wiadomość na sekretarce, że ma adres i jutro po pracy mogą iść do domu Tomasza, żeby się trochę rozejrzeć. Nie wymyśliła jeszcze, jak dostaną się do środka, skoro nie mają kluczy, ale mieli czas, żeby się nad tym zastanowić.

Rozdział VII

Temperatura w nocy niespodziewanie spadła poniżej zera. O 5 rano obudził Garika lodowaty powiew powietrza, który poczuł na plecach. Odruchowo chciał nakryć się kołdrą, ale jego dłoń przesunęła się po pustym łóżku. Przeklął w myślach i wstał zamknąć okno w sypialni. Wrócił do łóżka i próbował ponownie zasnąć, ale już mu się nie udało. Nie miał jeszcze ochoty zmierzyć się z kolejnym dniem. Może jak zostanie w łóżku, jego kłopoty same się rozwiążą. Zastawiał się nad wczorajszą rozmową z Sylwią i jej pomysłem samodzielnego poszukiwania mordercy. Musiał przyznać sam przed sobą, że miał mieszane uczucia. Pierwsza myśl, jaka przyszła mu do głowy, gdy to usłyszał, to że jest to absurdalny i niedorzeczny pomysł. Nie mieli przecież żadnego doświadczenia ani planu. Policja przecież zdecydowanie szybciej i sprawniej sobie poradzi z rozwiązaniem tej sprawy. Dlaczego niby im, amatorom, miałoby się to udać wcześniej.

Potem dał się przekonać Sylwii, że to dobry pomysł. Skoro i tak Garik był już wmieszany w morderstwo Tomasza, warto by było dowiedzieć się, kto to zrobił i dlaczego. Nawet jak policja złapie mordercę, nie przekaże im tych informacji, ponieważ nie są ani rodziną, ani bliskimi przyjaciółmi. Jeżeli sami nie zaangażują się w tę sprawę, prawdopodobnie nigdy nie dowiedzą się, co się stało tamtego wieczoru i dlaczego Tomasz został zamordowany.

W tej chwili niechęć do realizacji planów Sylwii była silniejsza. Garik nie miał ochoty podnieść się z łóżka, a co dopiero biegać po mieście poszukiwaniu mordercy. Leżał i zastanawiał się, czy wstawać, czy zostać w łóżku i próbować przeczekać problem. Zaczęło mu burczeć w brzuchu i miał wrażenie, że lada moment przyklei się do kręgosłupa. Był głodny, a to oznaczało, że musiał już wstawać. Niechętnie podniósł się z łóżka i udał się do kuchni. Przygotował sobie śniadanie. Nalał kubek mocnej kawy i zaczął zastanawiać się jak zaplanować dzisiejszy dzień. Do redakcji nie miał po co jechać. Szef wyraźnie dał mu do zrozumienia, że na razie nie będzie publikował jego prac. W domu też nie będzie mógł się skupić na pisaniu artykułów. Bał się włączyć telewizor, żeby nie usłyszeć, że jest ścigany przez policję.

Kątem oka zobaczył migające czerwone światełko na sekretarce. Od paru dni nie sprawdzał wiadomości. Zastanawiał się, czy Sylwia znalazła adres Tomasza. Nie podobał mu się pomysł zabawy w detektywa. Wiedział jednak, że Sylwia nie odpuści i on też będzie musiał się zaangażować. Nie miał pojęcia, jak ona to robiła, ale potrafiła przekonać go do najbardziej szalonych planów, na które sam nigdy by się nie zdecydował. Może właśnie dlatego tak doskonale się rozumieli i uzupełniali. On spokojny i opanowany, ona spontaniczna i szalona. On hamował jej szalone pomysły. Ona natomiast zachęcała, a raczej zmuszała do działania. Przeczuwał, że pośród nagranych wiadomości jest też wiadomość od Sylwii, która penie miała już jakiś plan. Postanowił nie odkładać dalej tego co nieuniknione i wybrał przycisk odsłuchania wiadomości.

Piętnaście nieodsłuchanych wiadomości. Pierwsze cztery szybko wykasował. Nie potrzebował okazyjnie kupić dywanów ani wykorzystać rabatu w sklepie znajdującym się w innym mieście. Nie był również zainteresowany zmianą operatora ani kolejną kartą kredytową. Następną wiadomość zostawiła kobieta, poinformowała, że pracuje w telewizji. Zapraszała go do udziału w programie, ale nie do końca zrozumiał, o co chodzi. Podejrzewał, że to jakiś żart, więc niespecjalnie się wsłuchiwał w treść wiadomości. W końcu wiadomość od Sylwii. Nareszcie jakaś sensowna informacja, bo był już bliski wyrzucenia telefonu przez okno. Znalazła adres Tomasza i chciała tam pojechać po pracy. Szkoda, że tak późno pomyślał Garik. On był gotowy już w tej chwili. Przez moment zastanawiał się, czy nie pojechać tam samemu, ale ostatecznie uznał, że Sylwia byłaby na niego wściekła. Skoro ona zdobyła ten adres, to pojadą razem.

Na umówione spotkanie pojechał trzydzieści minut wcześniej. Nie mógł już dłużej usiedzieć w domu. Sylwii jeszcze nie było. Garik postanowił, że nie będzie się nigdzie oddalał i poczeka na nią pod blokiem. Nie chciał stać pod klatką, ponieważ ktoś mógłby go zauważyć i zacząć zastanawiać się co tutaj robi. Rozejrzał się wokoło, szukając miejsca, gdzie mógłby poczekać, nie wzbudzając zbytniego zainteresowania mieszkańców. Po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko bloku zauważył ławkę. Uznał, że będzie nadawała się idealnie. Przeszedł przez ulicę, usiadł i czekał na Sylwię. Nie miał pewności, czy pojawi się punktualnie, więc dla pozoru wyciągnął z kieszeni jakąś ulotkę i udając, że czyta, rozglądał się po okolicy.

Zbliżał się wieczór, więc powoli zaczynało się robić ciemno. Temperatura spadała i Garikowi zaczynało robić się zimno. Skrzyżował ręce, mając nadzieję, że zrobi mu się trochę cieplej. Zaskoczyło go, że mimo wieczornej pory na ulicy nie było nikogo. Uświadomił sobie, że odkąd przyjechał, nie zauważył żadnej osoby. Nikt nie wracał z zakupami, nikt nie wyprowadzał psa. Dzieci nie bawiły się pod blokiem, nikt nie szedł chodnikiem, mijając Garika. Miało się wrażenie, że w okolicy nikt nie mieszka. Garik spojrzał na blok w poszukiwaniu świateł w oknach, ale oprócz jednego włączonego światła w oknie na parterze, wszystkie pozostałe okna były ciemne. Zaczynał zastanawiać się, czy może jednak powinni zrezygnować z odwiedzin w mieszkaniu Tomasza, albo chociaż wrócić tutaj w ciągu dnia. Postanowił podzielić się swoimi wrażeniami z Sylwią. Miał nadzieję, że tym razem zaakceptuje jego pomysł.

Kątem oka dostrzegł jakiś ruch z prawej strony. Spojrzał w tamtym kierunku i rozpoznał Sylwię. Pędziła chodnikiem w jego kierunku, jakby ją sam diabeł gonił. Długie blond włosy fruwały za nią niczym peleryna. Czerwone wypieki na twarzy zdradzały, że pokonała w tym tempie spory odcinek drogi. Garik nie podejrzewał, że biegła tak od redakcji, ale z tą dziewczyną nigdy nie było nic wiadomo.

- Co się tak uśmiechasz? - Spytała Sylwia, lekko dysząc. - Dobrze widzieć cię w lepszym humorze - dodała jak zawsze z uśmiechem.

- Uśmiecham się na twój widok - odparł Garik. - A nastrój dalej mam paskudny.

- Dobra, dobra już mnie tu nie czaruj, mamy zadanie do wykonania - odparła Sylwia.

- No właśnie - powiedział Garik z wahaniem w głosie.

- Nie chcę tego słuchać - przerwała mu Sylwia.

- Nie wiesz jeszcze o co chodzi, a już ci się to nie podoba.

- Ponieważ cię znam - odparła Sylwia. - I widząc twoją po- sępną minę i rozbiegane oczy, mogę się założyć o cały swój ma- jątek, że chcesz się wycofać. Mam racje? - Zapytała.

- Masz - przyznał jej rację Garik. - Nie chcę tam wchodzić jak jakiś włamywacz.

- Przestań marudzić - przekonywała go Sylwia. - Wejdziemy, rozejrzymy się i wyjdziemy. Nikt nas nawet nie zauważy.

- Pewnie nie - powiedział Garik. - Rozejrzyj się - wskazał ręką okolicę. - Nikogo tu nie ma. To jakaś podejrzana, wymarła okolica.

- Niepotrzebnie panikujesz - powiedziała Sylwia, lekceważąc wątpliwości Garika. - Widocznie taka pora, że nikogo nie ma. Popatrz na to z innej strony. Nikogo nie ma, więc nikt nas nie zauważy i nie zapyta co tu robimy. Idziemy - zdecydowała - Zanim zrobi się całkiem ciemno i nic nie będzie widać.

- Zastanawiałaś się w ogóle, jak my wejdziemy do środka?

- Zapytał Garik. - Chyba nie masz zamiaru wyważyć drzwi - dodał z nutą ironii.

- Nie bądź niemądry - odpowiedziała Sylwia - Jak będzie taka konieczność, ty to zrobisz - puściła do niego oko i udała się w kierunku klatki.