Łowca Potworów - Michał Śmielak

-
Proszę czekać

Prolog

A kto to tak drży calutki, jakby cie­pła już nie było na świe­cie, tylko zimno, brud i ciem­ność? Kto tak pociąga noskiem, łka cichutko, cza­sem zaskomli, oczkami łyp­nie tu i tam, jakby wyglą­dał ratunku? Któż tak ciałko napina, pró­buje roze­rwać więzy, szarp­nie się cza­sem, jakby wie­rzył, że to pomóc może?

To mała dziew­czynka, biedna i bez­bronna. Sama ma sie­bie za dużą, na świat gotową, rzu­ciła mu wyzwa­nie, zamknęła za sobą drzwi i ruszyła dziar­sko przed sie­bie.

Ale świat, dziew­czynko, nie jest cie­płym miej­scem.

Ale świat, dziew­czynko, nie jest jasnym miej­scem.

Ale świat, dziew­czynko, nie jest wypeł­niony muzyką.

Świat, dziew­czynko, jest zatę­chłą, zimną sto­dołą z hakiem pod sufi­tem, do któ­rego ktoś cię przy­wią­zał.

Świat, dziew­czynko, jest zatę­chłą, ciemną sto­dołą z liną, która zdziera skórę z two­ich rąk.

Świat, dziew­czynko, jest zatę­chłą sto­dołą wypeł­nioną krzy­kiem wydo­by­wa­ją­cym się z two­jego wła­snego gar­dła.

Tak, z two­jego.

Krzy­kiem, szlo­chem, łka­niem, prośbą o nie­moż­liwe.

Sama masz się za dużą, ale gdy tatuś na cie­bie patrzy, widzi tego swo­jego roz­kosz­nego aniołka z pucu­ło­watą buzią, który ni­gdy nie będzie bła­gał o litość w miej­scu, gdzie nawet Sza­tan powie­sił kartkę z napi­sem: "Nie wcho­dzić".

Dziew­czynka tatu­sia ma cztery latka i z prze­ję­ciem wygła­sza wier­szyk o misiu. Recy­tuje, zapo­mi­na­jąc o łapa­niu odde­chu, bo wie, że to jest ważna rzecz. Cztery latka i jesz­cze czter­na­ście do śmierci.

Jak to szło, dziew­czynko?

Choć wygląda jak miś z plu­szu,

ma ciut wię­cej ani­mu­szu

i ape­tyt co się zowie!

Raczej nie skacz mu po gło­wie,

zwłasz­cza kiedy je śnia­da­nie,

bo miś cał­kiem nie­spo­dzia­nie

może kłap­nąć groź­nie:

-?CHAP! Cie­bie też bym chęt­nie zjadł.

Pamię­tasz ten wier­szyk, dziew­czynko? Pamię­tasz ten wier­szyk, tatu­siu?

Pamię­ta­cie oby­dwoje.

A teraz suche, spę­kane usta dziew­czynki recy­tują go, mimo iż boli, mimo iż krew, mimo iż łzy, mimo iż minęło tak wiele lat od tego dnia w przed­szkolu. Bo to zaklę­cie, jedyna rzecz, która może pomóc. Skoro woła­nie o pomoc nie zdało egza­minu, skoro bła­ga­nia o litość nie dzia­łają, to tylko wier­szyk o misiu może tra­fić do tatu­sia, a ten przy­bę­dzie i pomoże. I wszystko zakoń­czy.

Ale drzwi trzesz­czą, zawiasy skrzy­pią. To idzie zły świat. Zaraz zrobi CHAP!!!

Cie­bie też by chęt­nie zjadł!

Rozdział 1

Atak nastą­pił z chlewa i męż­czy­zna pędzący w kie­runku Har­dego ryczał na całe gar­dło. W krzep­kich dło­niach trzy­mał olbrzy­mią sie­kierę, ale to naprawdę wielką, takiej Paweł jesz­cze w swoim życiu nie widział. Był pewien, że te łap­ska są brudne od gnoju, a za paznok­ciami brud zma­ga­zy­no­wał skrawki histo­rii całego życia napast­nika. No i cuch­nął. Jezus Maria, jakże on cuch­nął. Wszystko tu śmier­działo, całe podwórko było prze­siąk­nięte odo­rem życia, któ­rego nikt nie sprząta.

Komi­sarz chciał zatkać sobie nos, aby choć tro­chę odpo­cząć od tego fetoru, ale nie miał takiej moż­li­wo­ści, bo wła­śnie wal­czył o życie i ręce były mu potrzebne do cze­goś zgoła innego.

Gdy zoba­czył po raz pierw­szy te zabu­do­wa­nia, od razu miał złe prze­czu­cie, ale oczy­wi­ście je zlek­ce­wa­żył. Życie już dawno go nauczyło, że winno się słu­chać swego instynktu. Zatem albo życie było kiep­skim nauczy­cie­lem, albo on nie­zbyt pojęt­nym uczniem, ale też ostat­nio lek­ce­wa­żył coraz wię­cej rze­czy i zasta­na­wiał się, ile jesz­cze można, żeby nie zrzu­cić tego świata z jego posad.

Po pra­wej stał drew­niany dom z eter­ni­to­wym dachem zapa­dłym pośrodku, jakby każ­dego dnia sia­dał na nim dia­beł, by nieco odpo­cząć od czy­nie­nia zła. Na wprost coś, co kie­dyś naj­pew­niej było sto­dołą, ale obec­nie ziało pustymi otwo­rami niczym skle­cona z sza­rych pusta­ków czaszka. Po lewej kom­pleks dwóch skle­jo­nych ze sobą kli­tek, jedna była chyba kur­ni­kiem, o czym świad­czyło pokryte odcho­dami kle­pi­sko przed walą­cym się bara­kiem, obok zaś kur­czowo trzy­mał się pionu chlew z nade­rwa­nymi drzwiami i wybi­tymi malut­kimi okien­kami. Swo­isty dzie­dzi­niec tych uło­żo­nych w pod­kowę zabu­do­wań sta­no­wił gno­jow­nik z zamon­to­wa­nym żura­wiem, teraz nieco prze­chy­lo­nym i mocno zardze­wia­łym. Niby wiej­skie podwórko, ale nie takie z pocz­tówki, tylko raczej z kata­logu "uni­kaj tych miejsc, jeśli chcesz spo­koj­nie żyć". Hardy ostat­nio nie żył spo­koj­nie.

Męż­czy­zna z sie­kierą wypadł z chlewu z char­kli­wym wyciem i pędził w jego stronę. Czła­pa­nie gumo­fil­ców, coraz gło­śniej­sze, nada­wało tej sza­lo­nej szarży gro­te­sko­wo­ści, ale także grozy, bo prze­ciw­nik był naprawdę potężny, miał chyba z dwa metry wzro­stu. Komi­sarz odru­chowo się cof­nął i serce mu zamarło w piersi, bo pod ple­cami poczuł ścianę domu. Czy w oczach napast­nika dostrzegł błysk triumfu? Nie było to moż­liwe -?małe śle­pia tonęły w brud­nej gębie pokry­tej dzi­kim zaro­stem upo­dab­nia­ją­cym go do niedź­wie­dzia.

Wiel­ko­lud, nie zatrzy­mu­jąc się, uniósł sie­kierę i rąb­nął zza głowy. Wło­żył w to całą siłę, a tej musiał mieć wcale nie­mało w sta­rym, lecz krzep­kim ciele. Hardy sku­lił się w ramio­nach, odsu­nął na bok z nadzieją, że ostrze topora omi­nie go albo co naj­wy­żej odrą­bie mu ramię, a nie roz­łu­pie łepe­tynę.

Usły­szał głu­che łup­nię­cie.

Czy to jego czaszka pękła z takim łosko­tem? Chyba nie, czuł się cał­kiem żywy.

Jego twarz owio­nął odór dawno nie­my­tego ciała i zepsu­tych zębów, zgni­łego mięsa i nie­prze­tra­wio­nego alko­holu. Spoj­rzał w górę. Sie­kiera zatrzy­mała się nad jego głową. Wbiła się w dach chaty, ten zapa­dły. Naj­pew­niej gospo­darz musiał się każ­do­ra­zowo schy­lać, gdy pod nim prze­cho­dził. Jeśli to fak­tycz­nie dia­beł sia­dał na tej cha­łu­pie spa­siony tłu­stymi grze­chami domow­ni­ków, to nie­chaj tyje na zdro­wie, bo pod jego cięż­kim tył­kiem dach zapadł się na tyle, że wła­śnie ura­to­wał Har­demu życie.

Czy to męż­czy­zna wziął zbyt duży zamach, czy też przy­ćmił go alko­hol, nie miało zna­cze­nia. Nie­ważne. Istotne, że Paweł prze­żył.

Napast­nik -?chyba nie­mniej zdzi­wiony od Har­dego -?ryk­nął z mie­szanką zło­ści i zdzi­wie­nia, co wywo­łało kolejną falę smrodu, po czym szarp­nął całym cia­łem do tyłu, aby uwol­nić ostrze z belki dachu. To jed­nak nie ustą­piło.

Hardy wie­dział, że nie ma szans w poje­dynku na pię­ści, zwar­ciu czy innych prze­py­chan­kach. Chłop był potężny. Rosły, spa­siony, nalany, ale zahar­to­wany robotą w obej­ściu i pew­nie nie­raz dostał po mor­dzie na wio­sko­wej zaba­wie. Jed­nak w walce o życie nie ma zasad. Dla­tego komi­sarz z całej siły kop­nął prze­ciw­nika w kro­cze. Poskut­ko­wało.

Męż­czy­zna jęk­nął, zgiął się nieco i zato­czył o dwa kroki do tyłu. Kolej­nym cio­sem było kop­nię­cie w bok kolana. Mocne ude­rze­nie z rota­cją bio­dra. Na szczę­ście na wizytę tutaj Paweł zało­żył buty trek­kin­gowe ze wzmoc­nio­nym czub­kiem, więc nie zdzi­wił się, gdy usły­szał ciche trach­nię­cie stawu, a napast­nik zawył z bólu. Tak, zerwa­nie wię­za­deł należy do naj­bo­le­śniej­szych ura­zów. Ale to nie koniec. Popra­wił kop­nię­ciem pro­sto w nos. Musiał mieć pew­ność, że ten bydlak straci wszelką chęć do walki. Tym razem trzask był gło­śniej­szy i prze­ciw­nik zwa­lił się na bok, zaczął jęczeć, pluć krwią, która mie­szała się z gno­jówką kró­lu­jącą w tym obej­ściu.

Hardy sta­nął nad męż­czy­zną, jed­nak na tyle daleko, aby nie nara­zić się na jakiś gwał­towny atak.

-?Ty kurwi synu! -?usły­szał zza swo­ich ple­ców.

Odwró­cił się i ujrzał sto­jącą przed chle­wem babę oku­taną w gruby swe­ter, ubło­cone spodnie, z głową obwią­zaną chustką. Naj­istot­niej­sze jed­nak w tej chwili było to, że trzy­mała w dło­niach widły wyce­lo­wane wprost w komi­sa­rza. Też była duża, mogła mieć nawet z metr dzie­więć­dzie­siąt, jed­nak w prze­ci­wień­stwie do rzę­żą­cego z bólu chłopa była nieco bar­dziej przy kości, przez co nie zda­wała się tak groźna. Ale jeśli ktoś na cie­bie szar­żuje z widłami, tego lek­ce­wa­żyć nie można.

Hardy rzu­cił się do ucieczki, ale nie panicz­nej, po pro­stu prze­biegł na drugą stronę gnoj­nika, aby dać sobie chwilę na zasta­no­wie­nie i obra­nie tak­tyki. Naj­le­piej byłoby wró­cić do samo­chodu po broń, ale czy zdąży? Od razu miał złe prze­czu­cia, a mimo to zosta­wił pisto­let w aucie. Dla­czego? Cho­lera wie!

Kobieta się nie zasta­na­wiała, bie­gła z widłami wycią­gnię­tymi przed sobą. Paweł zda­wał sobie sprawę, że w tej walce jest bez szans. Pomy­ślał o sie­kie­rze, ale skoro ten byk nie zdo­łał jej wycią­gnąć, to jemu tym bar­dziej się nie uda. A nie mógł uciec ot tak po pro­stu. Skoro go zaata­ko­wali, to zna­czy, że miał rację i dziew­czyna jest prze­trzy­my­wana w tym domu.

Pod­biegł do żura­wia słu­żą­cego do łado­wa­nia gnoju na wóz i szarp­nął nim w nadziei, że nie jest kom­plet­nie zardze­wiały. O dziwo nawet nie zgrzyt­nął, ale obró­cił się lekko i dłu­gie ramię śmi­gnęło w powie­trzu, po czym ponadme­trowe szczęki do nabie­ra­nia obor­nika posłuszne pra­wom fizyki, według któ­rych siła ude­rze­nia to suma masy i przy­śpie­sze­nia, grzmot­nęły w plecy kobiety. Ta runęła przed sie­bie, wypusz­cza­jąc widły.

Paweł pod­biegł szybko i chwy­cił groźną broń.

-?Leż! -?krzyk­nął. -?Poli­cja!

-?Ty kurwi synu! -?odkrzyk­nęła kobieta i zaczęła się gra­mo­lić z ziemi, ale z powodu jej nad­wagi nie było to łatwe.

-?Leż! -?powtó­rzył Hardy, ale bez skutku. -?Kurwa! -?zawo­łał sam do sie­bie zły za to, co zaraz zrobi.

Kop­nął kobietę w bok, naj­pew­niej łamiąc jej żebro. Ta zawyła i zaczęła pła­kać. Prze­wró­ciła się na plecy.

-?Kubuś! -?krzyk­nęła roz­dzie­ra­jąco.

Paweł odwró­cił się odru­chowo w kie­runku chlewu, ale nikogo nie zoba­czył. Kątem oka wyło­wił za to ruch od strony domu. Z drzwi wyto­czył się młody męż­czy­zna. Musiał być synem tej pary. Dwa metry wzro­stu i brzuch tak wielki, że wyle­wał się nawi­słą fałdą znad paska spodni niczym nawis śniegu spły­wa­jący z dachu po zbyt dłu­giej i zbyt męczą­cej zimie. Białą, pełną roz­stę­pów skórę pokry­wały czarne, skrę­cone włosy. Zaro­stem nie ustę­po­wał ojcu. Zatrzy­mał spoj­rze­nie na matce leżą­cej u stóp komi­sa­rza, a potem dostrzegł ojca zwi­ja­ją­cego się z bólu.

-?Zapier­dolę! -?wykrzy­czał i ruszył w stronę Har­dego.

Miał broń, w dłoni trzy­mał wielki nóż, któ­rego raczej nie używa się w kuchni; przy­po­mi­nał bar­dziej miecz. Paweł odsu­nął się o kilka kro­ków, bo roz­pę­dzony napast­nik nie zamie­rzał odpu­ścić. Poczuł żądzę mordu.

Hardy niczym dawny piki­nier uniósł widły i wyce­lo­wał w olbrzy­mie brzu­szy­sko. Cztery pręty weszły gładko, jak w sma­lec, ale to nie powstrzy­mało ataku, męż­czy­zna napie­rał dalej. Paweł czuł, że nie utrzyma sty­li­ska, Kubuś prze­py­chał go swoją masą i machał rękami, pró­bu­jąc go ude­rzyć w twarz, ale nie miał zasięgu. Bra­ko­wało mu jed­nak zale­d­wie kilku cen­ty­me­trów, ostrze noża tań­czyło przed oczami komi­sa­rza. Paweł pchnął z całej siły widły, po czym od razu je puścił i odsu­nął się w bok, ska­cząc do prze­wrotu. Chło­paka pocią­gnął do przodu bebech, trzo­nek wideł oparł się o zie­mię, a on sam z rykiem upadł na mie­szankę gnoju i błota. Wył jak zarzy­nane pro­się. Zła­pał za sty­li­sko i pró­bo­wał wyrwać całość, ale grube ramiona ogra­ni­czały mu ruch.

-?Kurwa, oby to była już cała rodzina -?wes­tchnął Hardy.

Wstał i z nie­sma­kiem starł gnój z ramie­nia. Spoj­rzał na spodnie i buty. Wszystko do wywa­le­nia. A kupił nowy ciuch przed przy­jaz­dem tutaj. Trzeba będzie pójść na zakupy, czego ser­decz­nie nie­na­wi­dził. Chyba wolał już napast­nika szar­żu­ją­cego z sie­kierą wypa­da­ją­cego ze śmier­dzą­cego chlewu niż te uśmiech­nięte dziew­czynki w skle­pach, które wyska­ki­wały zza lady i z niby szcze­rym uśmie­chem pytały: "W czymś pomóc?".

Zlu­stro­wał podwórko, sta­ra­jąc się uspo­koić oddech. Stary leżał sku­lony i zakrwa­wiony, cicho jęczał. Matka zaczęła wyć, nie wia­domo, czy z bólu, czy też ze świa­domości porażki. Młody leżał i trzy­mał trzo­nek wideł.

Paweł splu­nął krwią na zie­mię, musiał przy­gryźć wargę pod­czas upadku. Skie­ro­wał się do samo­chodu, się­gnął do schowka i wyjął służ­bo­wego Glocka, zało­żył kaburę za pasek. Z kie­szeni przy drzwiach wycią­gnął chu­s­teczki do czysz­cze­nia szyb w aucie, po czym wytarł ramię z mie­sza­niny gnoju i błota.

Prze­szedł przez podwórko, mija­jąc trzy posta­cie, które nie były w sta­nie samo­dziel­nie wstać. Zgod­nie z regu­la­mi­nem powi­nien wezwać pomoc. Kie­ru­jąc się roz­sąd­kiem, całą trójkę skuć kaj­dan­kami, ale obec­nie zarówno regu­la­miny, jak i roz­są­dek miał w dupie. Cho­lera, nawet nie czuł już smrodu.

Wszedł do domu. Gdy tylko prze­kro­czył próg, nie był w sta­nie jed­no­znacz­nie stwier­dzić, gdzie było bar­dziej brudno: na zewnątrz czy też w kuchni, do któ­rej wła­śnie wkro­czył. Wszę­dzie walały się brudne i przy­pa­lone garnki, zardze­wiałe wia­dra i popę­kane miski. Nie wie­dział, co się w nich znaj­do­wało, i nie chciał wie­dzieć. Na kuchence gazo­wej coś się goto­wało w usmo­lo­nym garnku, pyka­jąc parą co jakiś czas.

Pchnął uchy­lone drzwi i zna­lazł się w czymś, co można było nazwać sypial­nią, cho­ciaż okre­śle­nie "bar­łóg" wyda­wało się bar­dziej ade­kwatne. Kłę­bo­wi­sko koców, słomy i sta­rych ubrań naj­pew­niej obrzy­dzi­łoby nawet żuli, któ­rych czę­sto swego czasu zawi­jał na meli­nach. Zoba­czył kolejne drzwi, stare, z dziwną klamką w for­mie pręta wysta­ją­cego z żela­znego zamka. Jak to gówno się otwie­rało? Naci­snął i pchnął, podzia­łało. Gdy wszedł do zaciem­nio­nego pokoju, powi­tał go pisk dziew­czyny, który nie­mal go obez­wład­nił.

-?Poli­cja! -?krzyk­nął. -?Spo­koj­nie, poli­cja!

Ale ona nie prze­sta­wała. Poszu­kał włącz­nika na ścia­nie i tra­fił na stary, z bake­litu, jesz­cze taki prze­krę­cany. Świa­tło z żarówki zawie­szo­nej na kablu zalało pomiesz­cze­nie, które oka­zało się skła­dem wszyst­kiego, co wpa­dło w ręce potwor­nej rodzince: rowery, ubra­nia, koł­paki od auta, młoda dziew­czyna.

Zwią­zali jej dło­nie i zacze­pili pod sufi­tem, pal­cami stóp ledwo dosię­gała pod­łogi. Była naga, brudna i pokrwa­wiona. Szarp­nęła się, jej piersi zafa­lo­wały, ale przy­po­mi­nały obec­nie bar­dziej dwa worki z zie­mią niż coś, co może wzbu­dzić pod­nie­ce­nie. Gdy zoba­czyła Har­dego i zro­zu­miała, że to nikt z gospo­da­rzy, po pro­stu się roz­pła­kała.

-?Zaraz wra­cam -?rzu­cił komi­sarz.

Cof­nął się do kuchni, chwy­cił nóż wysta­jący z jed­nego z garn­ków, a w dro­dze powrot­nej zgar­nął koc, który wyglą­dał na naj­czyst­szy. Potem deli­kat­nie odciął dziew­czynę, zła­pał ją w ramiona. Była nie­mal bez­władna. Ciężka. Śmier­działa nie­na­wi­ścią do złego losu, który ją przy­wiódł w to miej­sce.

-?Już wzy­wam pomoc -?powie­dział Paweł, po czym narzu­cił koc na jej ramiona.

Nic nie mówiła, po pro­stu pła­kała. Hardy się­gnął po tele­fon i wybrał numer alar­mowy, ale scho­wał szybko smart­fon do kie­szeni spodni, bo usły­szał rumor w kuchni.

-?Kurwa mać! -?rzu­cił i ruszył w stronę, z któ­rej doszedł go nie­po­ko­jący dźwięk.

Chło­pak, któ­rego nadział na widły, stał na środku kuchni ze swoim wiel­kim nożem w dłoni. Z tłu­stego, obwi­słego brzu­cha spły­wały cztery strugi krwi, podob­nie jak z ust. Oddy­chał ciężko i chyba się śmiał.

Hardy spo­koj­nie uniósł pisto­let i wyce­lo­wał w prze­ciw­nika. Był bli­sko, nie mógł spu­dło­wać. Gdy nóż się uniósł, a wąskie oczka nie­mal znik­nęły pod pulch­nymi policz­kami, komi­sarz naci­snął spust. A potem się cof­nął, robiąc miej­sce na upa­da­jące ciel­sko. Przez chwilę miał chęć strze­lić mu jesz­cze dla pew­no­ści w tył głowy, ale tylko skar­cił się w myślach i się­gnął po tele­fon.

-?Potrzebna jest karetka, natych­miast -?powia­do­mił dys­po­zy­torkę, która ode­brała połą­cze­nie.

Gdy już podał jej wszyst­kie nie­zbędne dane, wró­cił do dziew­czyny, kuc­nął obok niej i mocno przy­tu­lił.

-?Już dobrze, jadą z pomocą -?powta­rzał.

Ale nie było dobrze, a pomoc ni­gdy do niej nie dotrze. Nie taka, która jest jej potrzebna. Co z tego, że ratow­nicy dadzą jej środki na uspo­ko­je­nie, opa­trzą rany, prze­wiozą do szpi­tala. Ona wyj­dzie z niego za tydzień, czy­sta, w nowym ubra­niu, ale brudna w środku ze stra­chem, który wła­śnie w niej zagnież­dżono. Już ni­gdy nie spoj­rzy nor­mal­nie na męż­czy­znę, nie poje­dzie na wieś, a na zapach gno­jówki będzie reago­wała ata­kami paniki. Może zacznie pić, może weź­mie coś moc­niej­szego, a naj­pew­niej wpad­nie w pułapkę anty­de­pre­san­tów. Moż­liwe, że za rok jakiś młody poli­cjant dosta­nie infor­ma­cję z cen­trali, że sąsiadka z góry zalewa miesz­ka­nie pew­nego star­szego pana. Gdy już wyważą drzwi, znajdą blade ciało pięk­nej dziew­czyny w wiel­kiej wan­nie wypeł­nio­nej krwią z pod­cię­tych żył.

Była tu prze­trzy­my­wana przez trzy dni, bita, tor­tu­ro­wana, gwał­cona. Brak­nie życia, by o tym zapo­mnieć.

-?Yyy -?dobie­gło go z kuchni.

Hardy wstał i prze­szedł do kró­le­stwa pani domu. Młody prze­wró­cił się na plecy i char­czał. Matko. Kula z Glocka pro­sto w serce i nic? Może utknęła w tłusz­czu? Twarda sztuka.

-?Prze­suń się -?usły­szał szept za ple­cami.

Odwró­cił się i zoba­czył dziew­czynę. Nagą, brudną, pokrwa­wioną. Ale jej oczy pło­nęły niczym dwa zni­cze na świeżo usy­pa­nej mogile. Ski­nął głową i prze­szedł na drugą stronę kuchni.

Dziew­czyna trzy­mała w dłoni koc. Zła­pała przez niego gar­nek sto­jący na pal­niku, po czym wylała zawar­tość na twarz chło­paka. Woda, kasza i kawałki sło­niny z pla­skiem spa­dły na zaro­śniętą gębę oprawcy, a ten zaczął wrzesz­czeć. A oni stali i patrzyli, jak pró­buje brud­nymi od krwi i gnoju zakrzy­wio­nymi palu­chami zedrzeć z twa­rzy wrzącą zawar­tość garnka. Scho­dziła razem ze skórą i krzy­kiem. Ten jed­nak cichł, prze­ra­dzał się w szloch.

Dziew­czyna się uśmie­chała, jej białe zęby zalśniły mię­dzy spuch­nię­tymi, pokry­tymi stru­pami war­gami. A potem wzięła zamach i wal­nęła chło­paka garn­kiem w twarz. Odpo­wie­dział jej głu­chy jęk. Zro­biła to ponow­nie. I jesz­cze raz. I jesz­cze.

Hardy patrzył i nie zamy­kał oczu, ale gdyby to zro­bił, to pew­nie miałby wra­że­nie, że ktoś ubija scha­bowe na nie­dzielny obiad. Ale on chciał patrzeć, po pro­stu lubił przy­glą­dać się spra­wie­dli­wo­ści. Jako poli­cjant bar­dzo ją lubił, ale jako czło­wiek jesz­cze bar­dziej. Czy jest coś wspa­nial­szego na świe­cie niż chwila, gdy zło prze­grywa, a człek spra­wie­dliwy trium­fuje? No nie ma.

W końcu gar­nek opadł z brzę­kiem na pod­łogę, a dziew­czyna okryła się kocem, jakby wła­śnie sie­działa na ławce przed domem w chłodny wrze­śniowy wie­czór i chciała powie­dzieć: "Noce coraz chłod­niej­sze, kocha­nie, chodźmy do środka".

Prze­szła przez kuch­nię, omi­ja­jąc swoją ofiarę, do nie­dawna oprawcę, i przy­lgnęła do Har­dego. Ten objął ją i pogła­dził po ple­cach, a potem kuc­nął przy ciele i spraw­dził puls. Nie wyczuł go. Dobrze, bo już nie chciało mu się dobi­jać tego bydlaka.

Wyszli przed dom. Dwójka napast­ni­ków leżała na swo­ich miej­scach. Cho­ciaż tyle. Komi­sarz zapro­wa­dził dziew­czynę do swo­jego auta, otwo­rzył tylne drzwi i pomógł jej wsiąść. Wycią­gnął z ple­caka butelkę wody.

-?Nie masz cze­goś słod­kiego? -?zapy­tała.

Miał. Małą puszkę Coca-Coli Zero na te chwile, gdy łapała go ochota na słod­kie. Od sprawy Kań­czugi zaczął bar­dzo o sie­bie dbać, wró­cił na zaję­cia z boksu, siłow­nię i do bie­ga­nia. Nie pił alko­holu, sta­rał się jeść dużo białka, przyj­mo­wał kre­atynę. W dwa mie­siące poczuł, że jego orga­nizm zmie­nia się w cudowny spo­sób. Nic go nie bolało, myślał jaśniej, świet­nie spał, ale co jakiś czas wyska­ki­wał potwór nama­wia­jący go, aby kupił sto paczek czip­sów i zjadł je wszyst­kie. Ratun­kowa puszka wyga­niała to paskudne stwo­rze­nie z powro­tem do ciem­nego leża.

Otwo­rzył ją i podał dziew­czy­nie, a ta spi­jała sło­dycz łap­czy­wie niczym stę­sk­niona kobieta cału­jąca usta kochanka wra­ca­ją­cego z wojny. Bez opa­mię­ta­nia i z pożą­da­niem, któ­rego ukryć się nie da.

W oddali zawyły syreny karetki. Dziew­czyna oddała Har­demu pustą puszkę, obli­zu­jąc wargi.

-?Nie mów nikomu o tym, co się stało w kuchni -?powie­dział komi­sarz.

-?Nale­żało mu się -?odparła.

Miała piękny głos, niski, zapra­wiony sek­sowną chrypką, nie­mal radiowy, ale ani tro­chę męski. Oj, na ten głos pew­nie mię­kły, miękną i będą mię­kły nogi wielu męż­czyzn, a co innego będzie tward­niało. Co z tego, skoro ona już ni­gdy żad­nemu nie pozwoli się dotknąć. Hardy był tego pewien.

-?Tak. -?Kiw­nął głową. -?Ale nie mów. Nikomu.

-?To co mam mówić?

-?Niczego nie pamię­tasz.

-?Cie­bie też?

-?Mnie w szcze­gól­no­ści.

Karetka wyłą­czyła sygnał dźwię­kowy jakieś trzy­sta metrów od zabu­do­wań i już w ciszy pod­je­chała pod gospo­dar­stwo. Komi­sarz wziął dziew­czynę pod rękę, po czym zapro­wa­dził do ratow­ni­ków.

-?Jadą dodat­kowe wozy? -?zapy­tał.

-?Tak, ale z Olsz­tyna, tro­chę im zej­dzie -?poin­for­mo­wał męż­czy­zna w czer­wo­nym pola­rze ze ste­to­sko­pem na szyi. -?My aku­rat byli­śmy nie­da­leko, facet poznał się bli­żej z piłą tar­czową, trzy­dzie­ści szwów.

-?Naj­pierw ona. -?Paweł wska­zał dziew­czynę. -?Reszta może pocze­kać. W domu jest trup.

-?Co tu się stało?

-?Wypa­dek w gospo­dar­stwie -?odparł Hardy.

Zoba­czył zbli­ża­jący się radio­wóz. Wysia­dło z niego dwóch mun­du­ro­wych, któ­rym od razu się wyle­gi­ty­mo­wał, a potem w kilku sło­wach nakre­ślił sytu­ację. Natych­miast wezwali wspar­cie. Ruszyli na podwórko, a on wsiadł do samo­chodu. Zamknął drzwi, uru­cho­mił sil­nik i ruszył przed sie­bie. Widział we wstecz­nym lusterku, jak jeden z funk­cjo­na­riu­szy wyma­chuje rękami i bie­gnie za nim.

Nie miał czasu na pro­ce­dury, raporty, tłu­ma­cze­nia. Były pil­niej­sze kwe­stie do zała­twie­nia. Dużo pil­niej­sze.

Kilo­metr dalej skrę­cił w prawo. Droga z ubi­tego pia­chu niby koń­czyła się w lesie, ale tylko pozor­nie. Wystar­czyło prze­bić się przez nawi­słe krzaki i czło­wiek wyjeż­dżał na polanę z małym jezior­kiem. Tam Hardy zatrzy­mał samo­chód.

Lubił to miej­sce. Wska­zała mu je młoda poli­cjantka, która poma­gała mu przy spra­wie zagi­nio­nej dziew­czyny. "Lubię się tam opa­lać nago, szcze­gól­nie wie­czo­rami", oznaj­miła i puściła do niego oko. Przy­jeż­dżał tutaj, ale ni­gdy wie­czo­rem. Fak­tycz­nie, miej­sce było odludne. Ide­alne.

Otwo­rzył bagaż­nik i wycią­gnął z niego sku­lo­nego chło­paka. Rzu­cił nim o piach, po czym wci­snął przy­cisk zamy­ka­nia klapy. Gdzie te czasy, kiedy można było po pro­stu trza­snąć bagaż­nikiem i nieco postra­szyć pasa­żera?

Zerwał więź­niowi z ust taśmę kle­jącą, ale nie roz­ci­nał jesz­cze dłoni i stóp. Chło­pak łap­czy­wie łapał powie­trze, jakby wła­śnie przy­wró­cono mu funk­cje życiowe.

-?No i widzisz -?powie­dział Hardy oparty o tył swo­jego auta. -?Udało się. Była tam.

-?Jesteś poje­bany.

-?Ni­gdy nie twier­dzi­łem, że jest ina­czej. Ale doce­niam, że mi pomo­głeś. To zna­czy: musia­łem cię zmo­ty­wo­wać, ale zobacz, ile dzieje się dobra, gdy kogoś odpo­wied­nio zmo­ty­wu­jesz.

-?Porwa­łeś mnie, pobi­łeś, uwię­zi­łeś. Kurwa. Jesteś poli­cjan­tem.

-?Naj­pierw popro­si­łem.

-?Złożę skargę.

-?A tam. -?Hardy mach­nął ręką. -?Pomo­głeś uwol­nić dziew­czynę. To dobry uczy­nek.

-?Co ty pier­do­lisz?

-?Ale są też złe, co nie? -?Paweł pod­szedł do chło­paka, kuc­nął i spoj­rzał mu w oczy. -?Są złe, dużo złych.

-?Niczego nie zro­bi­łem.

-?Oj nie, to nie tak, że niczego nie zro­bi­łeś. Po pro­stu do niczego się nie przy­zna­łeś. Tylko wiesz co? Przy­zna­nie się to nie jest moje ulu­bione postę­po­wa­nie. Żyjemy w jakimś poje­ba­nym prze­świad­cze­niu, że jak czło­wiek wyzna swoje winy, obieca poprawę, naprawi krzywdy, to ola­boga, cudow­nie, wspa­niale. I jak powie­dział kla­syk: niby jest faj­nie, ale tak szcze­rze, to ni chuja nie jest faj­nie.

-?Wypuść mnie.

-?Wszystko przez tę pie­przoną Biblię. Że niby więk­sza będzie w nie­bie radość z jed­nego grzesz­nika, który się opa­mię­tał, niż ze stu, któ­rzy opa­mię­ta­nia nie potrze­bują.

-?Czło­wieku, co ty...?

-?Widzia­łem zawar­tość two­jego tele­fonu.

Hardy wziął zamach i z całej siły kop­nął chło­paka w brzuch. Ten sku­lił się i jęk­nął, po czym chwy­ciło go na wymioty.

Komi­sarz pocią­gnął nosem, skrzy­wił się, po czym pową­chał swoje ramię i spoj­rzał na spodnie. Zapo­mniał o tej gno­jówce, a teraz, gdy się poru­szył, to znowu dole­ciał go ten paskudny odór. Zdjął koszulkę, pod­szedł do jeziora i zaczął myć ręce. Woda pach­niała dzi­ko­ścią, podo­bał mu się ten aro­mat. Wytarł się koszulką. Na szczę­ście miał zapa­sową w samo­cho­dzie, bo zawsze woził ze sobą kom­plet bie­gowy. Prze­bie­rze się, ale dopiero gdy zała­twi sprawy z chło­pa­kiem. Może się pokrwa­wić. Bie­gówki były cho­ler­nie dro­gie, a ostat­nio nie srał forsą.

-?Nagry­wa­łeś ją -?powie­dział do swo­jego więź­nia.

-?Tak -?odparł potul­nie tam­ten.

-?Gwał­ci­łeś?

-?Nie.

-?Będę ją prze­słu­chi­wał.

-?Nie gwał­ci­łem.

-?Wrzucę cię do bagaż­nika. Wie­czo­rem pokażę jej twoje zdję­cie i zapy­tam, czy cię koja­rzy. Jeśli drgnie jej powieka, to przy­je­dziemy tutaj ponow­nie, po czym wsa­dzę ci głowę do wody i pocze­kam, aż się uto­pisz. To paskudna śmierć, długa. Wcze­śniej wsa­dzę ci tele­fon w dupę. Jeśli będzie trzeba, to użyję młotka.

-?Nie gwał­ci­łem!

-?No tak to my do niczego nie doj­dziemy.

Zła­pał chło­paka za koł­nierz koszuli i pocią­gnął na brzeg, a potem rzu­cił tak, żeby jego twarz wylą­do­wała w wodzie. Ten zaczął wierz­gać, pró­bo­wał prze­krę­cić się na bok, ale Hardy mu na to nie pozwo­lił. Uklęk­nął i doci­snął go kola­nem do brzegu. Poli­czył do dzie­się­ciu, bo to podobno uspo­kaja. Bzdura, młody wciąż wierz­gał. Zlu­zo­wał ucisk kolana i wytar­gał chło­paka na brzeg. Odcze­kał, aż ten prze­sta­nie par­skać, kasz­leć i pluć.

-?Gwał­ci­łeś?

-?Nie -?wydy­szał nie­do­szły topie­lec.

-?To skąd nagra­nia?

-?Wcze­śniej trzy­mali ją w chle­wie. Pod­glą­da­łem.

-?Skąd wie­dzia­łeś?

-?To nie pierw­szy raz.

-?Yhm.

-?Oni łapali dziew­czyny, ale tutej­sze, ze wsi.

-?I nikt nic z tym nie zro­bił?

-?A ty byś chciał, żeby spa­lili ci cha­łupę?

Gdyby to był sce­na­riusz fil­mowy, Hardy powi­nien teraz zapy­tać: "Dla­czego nikt nie zgło­sił tego na poli­cję?". Nie byli jed­nak na ekra­nie, to było życie. Tutaj sce­na­riusza nie piszą wymu­skani sce­na­rzy­ści doda­jący sobie ani­mu­szu sojową latte, miesz­ka­jący w swo­ich apar­ta­men­tow­cach z por­tie­rem, a nie na war­miń­skiej, kaszub­skiej, pod­kar­pac­kiej, świę­to­krzy­skiej czy innej zapa­dłej wsi, gdzie pewne sprawy zała­twia się za pomocą wła­snych rąk. Czę­sto brud­nych od gnoju.

-?Czyli co, pod­glą­da­łeś?

-?Tak.

-?I nagry­wa­łeś?

-?Dopiero teraz.

-?Bo to nie była dziew­czyna z wio­ski?

-?Bo to nie była dziew­czyna z wio­ski -?potwier­dził chło­pak.

-?A nie zawia­do­mi­łeś poli­cji, bo to ty ją pod­wio­złeś na stopa?

-?Tak.

-?To co, pod­ta­piamy?

-?Jestem zbo­czony! -?wyrzu­cił szybko młody. -?Mam woje­ryzm.

Hardy popa­trzył na prze­słu­chi­wa­nego z miną, którą każdy czło­wiek na kuli ziem­skiej bez względu na rasę, klasę, pocho­dze­nie i wykształ­ce­nie odczy­tałby jed­nako: "Co ty mi tu pier­do­lisz, synku?".

-?Czyli pod­ta­piamy -?wes­tchnął.

-?Mam na to papiery, cho­dzę na tera­pię. -?Jego wię­zień wyrzu­cał z sie­bie słowa niczym z kara­binu. -?To ina­czej pod­glą­dac­two. Tylko wtedy się pod­nie­cam. Mam dia­gnozę, mogę poka­zać. Jak byłem mały...

Hardy kop­nął go znowu w brzuch, ale już nieco lżej. Tym razem nie chciał go skrzyw­dzić, ale po pro­stu uci­szyć, a z doświad­cze­nia wie­dział, że nic nie wyci­sza lepiej niż celny kop­niak.

-?No i widzisz -?powie­dział komi­sarz. -?Przez twoje mastur­ba­cyjne odchy­le­nia dziew­czyna by zgi­nęła. Zabi­liby ją. Może nawet to zro­bili.

Mówił serio, bo wie­dział, jakie rany zosta­wiają takie traumy. Poważ­nie zakła­dał ten sce­na­riusz z wanną pełną krwi. Cho­ciaż poka­zała cha­rak­ter, gdy wylała gar­nek z wrzącą kaszą na ryj oprawcy. Gdy przyj­dzie zała­ma­nie, obra­zek jej prze­śla­dowcy zry­wa­ją­cego sobie w bólu skórę z twa­rzy może ją oca­lić. Miał taką nadzieję.

-?Wsia­dła z tobą na stopa, wysa­dzi­łeś ją przy tym domu. Miło, że mi to powie­dzia­łeś, to dobrze o tobie świad­czy, ale fakt, że musia­łem to z cie­bie wycią­gać, już nieco mniej. Stra­ci­li­śmy przez to pół godziny na to całe bicie, wią­za­nie, pako­wa­nie do bagaż­nika. Kto wie, co przez te cenne minuty z nią robili.

-?Prze­pra­szam.

-?Może jesz­cze będą z cie­bie ludzie.

-?Prze­pra­szam. Naprawdę prze­pra­szam.

-?Łatwo o te słowa, gdy ktoś trzyma twoje życie w gar­ści.

Chło­pak nie odpo­wie­dział. Zakasz­lał, wypluł znowu tro­chę wody.

-?Jak nazywa się twój tera­peuta?

-?Krzy­wicki.

-?Ład­nie. Tak po lekar­sku. Widzisz, a ja nazy­wam się Hardy. I mówią na mnie Hardy. Też ład­nie, bo to tak po poli­cyj­nemu. Ale zaba­wię się w tera­peutę, co ty na to?

Dzie­ciak nie odpo­wia­dał.

-?Coś mi się wydaje, że zna­la­złem ide­alny spo­sób, aby wyle­czyć cię z two­jej przy­pa­dło­ści. Aż dziwne, że jesz­cze nikt na to nie wpadł. Otóż zosta­wię cię tutaj. Ty zapo­mnisz o dwóch spra­wach. Pierw­sza to że się spo­tka­li­śmy. Dasz radę?

-?Tak.

-?A druga to że kręcą cię takie rze­czy. Taki rodzaj amne­zji. Wybiór­czej. Nazwijmy to amne­zją Har­dego. Ład­nie. Co ty na to?

-?Tak.

-?Zespół amne­zji Har­dego. Naprawdę mi się podoba. A tobie?

-?Też.

-?Nie­stety, ta jed­nostka cho­ro­bowa to paskudna rzecz, wiesz? Otóż w zespole amne­zji Har­dego, jeśli wra­cają wspo­mnie­nia, to czło­wiek ginie. Rozu­miesz?

-?Tak.

-?Topi się. Cza­sem spo­ty­kają go nawet paskud­niej­sze rze­czy. Rozu­miesz?

-?Tak.

-?To nie­wy­ja­śniony feno­men. Śmierć przy­cho­dzi w naj­mniej spo­dzie­wa­nym momen­cie. Ale zawsze są znaki, jak to się ład­nie mówi, symp­tomy. Gdy czu­jesz, że pamięć wraca, to jest pierw­szy z nich. Paskudna sprawa.

-?Ja niczego nie pamię­tam. Nic nie wiem.

-?Współ­czuję ci cho­roby, ale w sumie naj­waż­niej­sze, że to nie jest śmier­telne. Z tym da się żyć. Tylko trzeba o sie­bie dbać, a głów­nie nie roz­pa­mię­ty­wać. Z tego, co wiem o tej nie­zwy­kłej jed­no­stce cho­ro­bo­wej, to jeśli pacjent zgo­dził się na tera­pię i odpo­wied­nio się zacho­wuje, nie grozi mu przed­wcze­sna śmierć. No, to była dar­mowa wizyta u dok­tora Har­dego.

-?Tak.

-?Ale wypada podzię­ko­wać.

-?Dzię­kuję.

-?A teraz jadę.

Komi­sarz pod­szedł do auta i wycią­gnął mały ple­cak z zesta­wem bie­go­wym. Musiał się prze­brać.

-?Zosta­wisz mnie tutaj?

-?Tera­pia potrze­buje czasu, młody -?odparł Hardy. -?Pole­żysz, pomy­ślisz, prze­war­to­ściu­jesz swoje życie. Trudno o takie rze­czy tak z mar­szu.

Zdjął całe ubra­nie, a potem zało­żył odzież bie­gową. Śmier­dzące ciu­chy wrzu­cił do bagaż­nika. Wziął tele­fon chło­paka, po czym roz­bił go o kamień leżący na brzegu jeziorka i wrzu­cił roz­trza­skany sprzęt do wody. Wsiadł do samo­chodu, zawró­cił, przy oka­zji zatrzy­mu­jąc się tak bli­sko chło­paka, że ten odtur­lał się do tyłu w oba­wie, że zosta­nie prze­je­chany, a potem ruszył z powro­tem do kró­le­stwa smrodu i odoru.

-?Zespół amne­zji Har­dego -?powie­dział na głos. -?Dobre.

Zapar­ko­wał, dołą­cza­jąc do ponad dzie­siątki samo­cho­dów, które zdą­żyły już przy­je­chać na miej­sce.

-?Ładny ciu­szek -?powie­działa ta sama młoda poli­cjantka co wcze­śniej, gdy otak­so­wała go spoj­rze­niem zmru­żo­nych oczu.

-?Idę bie­gać -?odparł.

-?Teraz? -?Wska­zała ręką na upiorne gospo­dar­stwo.

-?Nie­stety jestem mania­kiem regu­lar­no­ści.

-?Mania­kiem na pewno.

-?O któ­rej koń­czysz? -?zapy­tał i się uśmiech­nął. Miał nadzieję, że uro­czo.

-?Wła­ści­wie już skoń­czy­łam, ale było wezwa­nie i wiesz... -?odparła. -?Ale gdy tylko zjawi się woje­wódzka, to się zwi­jam.

-?Byłem nad tym jezior­kiem.

-?O? -?zdzi­wiła się chyba cał­kiem szcze­rze. -?Ja cho­dzę tam każ­dego wie­czora, ale ni­gdy nikogo nie spo­ty­kam. A liczy­łam, że pan komi­sarz jed­nak skusi się na jakąś kąpiel. I co, ładna miej­scówka?

-?Uro­cza -?odpo­wie­dział Hardy. -?Jeśli przyj­dziesz tam dziś wie­czo­rem, to możesz się na kogoś natknąć.

Puścił do niej oko i ruszył w stronę komen­danta Komi­sa­riatu Poli­cji w Bar­cze­wie, który stał przy bra­mie z dość nie­cie­kawą miną. Tak, teraz przy­szedł czas na for­mal­no­ści.

Rozdział 2

Hardy sie­dział na kana­pie w gabi­ne­cie inspek­tora Roberta Mich­nie­wi­cza i wsłu­chi­wał się w tyka­nie zegara. Oczy­wi­ście urzą­dze­nie roz­bi­jało ciszę w bez­li­to­snych odstę­pach wyzna­czo­nych gdzieś tam kie­dyś przez kogoś, kto nie zda­wał sobie sprawy, że oto wła­śnie wymy­śla sekundy i minuty, które od tej pory będą sta­no­wiły bat na ludz­kość. Zamknął tym samym erę pochwały spo­koju, poła­mał dło­nie głasz­czące leni­wych, napluł w twarz nie­punk­tu­al­nym. Miliardy sekund póź­niej, równo co trzy­dzie­ści dwa tyk­nię­cia zegara, po gabi­ne­cie szefa grupy wydzie­lo­nej z jed­nostki Wydziału Ope­ra­cji Pości­go­wych Cen­tral­nego Biura Śled­czego Poli­cji, zwa­nej potocz­nie Łow­cami Potwo­rów, prze­bie­gał sze­lest papieru. I tak od dzie­się­ciu minut.

-?Ni­gdy nie pyta­łem, po co ta kanapa -?ode­zwał się w końcu Hardy.

-?Co? -?Nad­in­spek­tor spoj­rzał znad zsu­nię­tych na czu­bek nosa oku­la­rów.

-?W gabi­ne­tach poli­cjan­tów nie ma kanap. Stoją u psy­cho­te­ra­peu­tów.

-?Nie wiem, kto ma więk­szy kon­takt z waria­tami: ja czy dok­tor od świ­rów -?odpo­wie­dział szef jed­nostki i wró­cił do wer­to­wa­nia raportu z ostat­niej akcji komi­sa­rza.

Hardy nie odpo­wia­dał, bo ton jego prze­ło­żo­nego nie zawie­rał nawet śla­do­wych ilo­ści dobrego humoru.

-?Z tej jed­nostki nie da się odejść. -?Mich­nie­wicz odło­żył plik kar­tek na śro­dek biurka, po czym zdjął oku­lary i poło­żył je ostroż­nie na sto­sie papieru. -?Dla­tego każdy funk­cjo­na­riusz, który koń­czy z nami współ­pracę, musi prze­gryźć kap­sułkę z cyjan­kiem i poło­żyć się na tej kana­pie. Zresztą zaraz się o tym prze­ko­nasz. -?Wska­zał pod­bród­kiem raport, z któ­rym przed chwilą się zapo­znał, a następ­nie odwró­cił się w stronę komi­sa­rza. -?I jak mam to teraz posprzą­tać?

-?Taka była chyba umowa, co? -?odpo­wie­dział Hardy. -?Ja sprzą­tam śmieci, a wy sprzą­ta­cie po mnie.

-?Dla­czego pozwo­li­łeś tej dziew­czy­nie zatłuc napast­nika?

-?Myślę, że tego potrze­bo­wała.

-?Tyle to ja wiem, Pawle -?odparł Mich­nie­wicz.

Miał zwy­czaj zwra­cać się do swo­ich pod­wład­nych po imie­niu, głów­nie z tego powodu, że zda­wał sobie sprawę, jak to ich iry­tuje. Gdy jesteś poli­cjan­tem z wie­lo­let­nim sta­żem, dzie­siąt­kami schwy­ta­nych prze­stęp­ców na kon­cie i słu­żysz w eli­tar­nej jed­no­stce, sły­szysz z ust współ­pra­cow­ni­ków "panie komi­sa­rzu", a pro­ste "Paweł" sta­wia cię nagle w tym samym miej­scu, w któ­rym byłeś na początku kariery.

-?Dosko­nale rozu­miem twoje inten­cje -?kon­ty­nu­ował inspek­tor. -?Nawet pochwa­lam odruch serca, ale mnie nie cho­dzi o moty­wa­cję. Dla­czego na to pozwo­li­łeś, zda­jąc sobie sprawę, jak trudno będzie to wszystko posprzą­tać?

-?Ona się do tego przy­znała?

-?Nie.

-?To w czym pro­blem?

-?Była tam na miej­scu taka docie­kliwa poli­cjantka, któ­rej kilka rze­czy nie paso­wało. -?Mich­nie­wicz wstał z fotela i roz­po­czął marsz wokół biurka, zgry­wa­jąc co drugi krok z tyka­niem zegara. -?Mało tego, cał­kiem przy­pad­kowo wie­czo­rem natknęła się na skrę­po­wa­nego chło­paka, któ­rego wiąże ze sprawą. Ktoś fachowo obkleił go taśmą i zosta­wił nad brze­giem jeziora.

-?A on coś powie­dział? -?zapy­tał Hardy.

-?Nie dziwi cię zwią­zany chło­pak zna­le­ziony w lesie?

-?Jedyne, co mnie zasta­na­wia, to jak on się łączy z tą sprawą.

-?Ano nijak. Ale według tej poli­cjantki to ty go zwią­za­łeś. I pozwo­li­łeś zatłuc sprawcę garn­kiem.

-?No pro­szę, nagle wszystko, co złe, to Hardy.

-?A zwią­za­łeś go?

-?Tak.

-?Kurwa, Paweł! -?Nad­in­spek­tor zatrzy­mał się i spoj­rzał gniew­nie na komi­sa­rza. -?Zosta­wiasz jakie­goś gów­nia­rza nad jezio­rem na pastwę losu i myślisz, że nikt cię z tym nie powiąże?

-?Nie, nic z tych rze­czy. Uwa­żam, że to, czy mnie ktoś z tym sko­ja­rzy, czy też nie, nie ma zna­cze­nia.

-?A co ma według cie­bie zna­cze­nie?

-?Dziew­czyna ura­to­wana, sprawcy zatrzy­mani, świat jest lep­szy.

-?Dziew­czyna jest na tera­pii...

-?Nie z mojego powodu. -?Hardy wpadł w słowo prze­ło­żo­nemu.

-?Jeden ze spraw­ców nie żyje, jego ojciec jest w śpiączce, a matka z cięż­kimi zła­ma­niami prze­bywa w szpi­talu. Wiesz, co mnie teraz czeka? Postę­po­wa­nie wyja­śnia­jące, czy funk­cjo­na­riusz kie­ro­wa­nej przeze mnie jed­nostki nie prze­kro­czył środ­ków przy­musu bez­po­śred­niego, nie nad­użył obrony koniecz­nej, i tak dalej. I po to mi wła­śnie ta kanapa, bo muszę teraz wziąć coś na ból głowy i poło­żyć się na pół godziny w nadziei, że mi przej­dzie.

-?Panie inspek­to­rze. -?Hardy zawsze zwra­cał się do swo­jego szefa ofi­cjal­nie w kontrze do zwy­czaju tam­tego. -?Od początku usta­li­li­śmy, że przy­sze­dłem do tej jed­nostki, zresztą nie tylko ja, aby zała­twiać sprawy szybko, ale co naj­waż­niej­sze: sku­tecz­nie. Na trze­cim miej­scu miały być regu­la­miny...

-?Paweł. -?Mich­nie­wicz uniósł rękę w geście naka­zu­ją­cym mil­cze­nie. - Cho­dzi o to, żebyś przy tym wszyst­kim pomy­ślał też o mnie. Po każ­dej spra­wie zacho­waj się jak kla­syczny nasto­la­tek na pięć minut przed powro­tem matki do domu. Sprząt­nij syf z wierz­chu, żeby jej nie wkur­wiać. Wia­domo, że ona i tak to wszystko znaj­dzie, ale co z oczu, to i z serca.

-?Mówił pan, że w papie­rach czy­sto.

-?Bo będzie czy­sto. Ale z tą poli­cjantką coś trzeba zro­bić. Może awans jej dać albo coś, nie wiem jesz­cze. Będziesz na urlo­pie, to coś wymy­ślisz.

-?Jakim urlo­pie? -?zdzi­wił się Hardy.

-?Zasłu­żo­nym, kurwa -?odparł Mich­nie­wicz. -?Zgub się na tydzień, dobra? Jedź w jakieś góry albo nad inne morze, nie wiem. Po pro­stu pocze­kaj na raport z postę­po­wa­nia wyja­śnia­ją­cego. Powi­nie­nem cię na jego czas zawie­sić, ale nie zro­bię tego. Nie mogę ci jed­nak dać żad­nej ofi­cjal­nej sprawy. Zatem zabierz to swoje fiku­śne autko i jedź w Biesz­czady.

-?Hm. -?Komi­sarz popra­wił się na kana­pie. -?W Biesz­czady? W sumie to chcia­łem jechać na taki kon­cert...

-?Kogo?

-?No takiego grajka, co to...

-?Paweł, kogo? -?prze­rwał mu prze­ło­żony.

-?Co?

-?Kogo to obcho­dzi?

-?No tak.

Komi­sarz wstał, podał rękę Mich­nie­wi­czowi i skie­ro­wał się do wyj­ścia. Repry­menda była i tak łagod­niej­sza, niż się spo­dzie­wał. Ponio­sło go z tą dziew­czyną, z chło­pa­kiem w sumie też. Mógł go po pro­stu uwol­nić i sprze­dać kopa na do widze­nia. W dodatku zde­ner­wo­wał poli­cjantkę, odrzu­ca­jąc jej zaloty. Wzgar­dzona kobieta to potwór, z któ­rym żadna jed­nostka poli­cji nie będzie w sta­nie sobie pora­dzić.

Wyszedł z pod­war­szaw­skiej willi, która sta­no­wiła nie­ozna­czoną sie­dzibę nie tylko ich grupy, ale też przy oka­zji kilku innych wydzia­łów mają­cych dzia­łać w cie­niu. Cho­dziło głów­nie o to, aby nikomu nie przy­szło na myśl śle­dze­nie osób wcho­dzą­cych i wycho­dzą­cych z budyn­ków, a przez to usta­le­nie ich toż­sa­mo­ści. Jed­nostki eli­tarne miały być także bar­dzo ano­ni­mowe.

Nawet ich samo­chody służ­bowe były inne niż pozo­sta­łych i naj­czę­ściej pocho­dziły z kon­fi­skaty od pija­nych kie­row­ców. Jemu dostało się ele­ganc­kie BMW 5 w kolo­rze krwi­stej czer­wieni, które co prawda zwra­cało na sie­bie uwagę, ale zde­cy­do­wa­nie nikt nie wią­zał go z autem poli­cjanta. Hardy pro­sił o Skodę, bo w trak­cie wyda­rzeń w Sosnowcu to auto spraw­dziło się zna­ko­mi­cie, ale mina Mich­nie­wi­cza, gdy wrę­czał mu klu­czyki, ucięła wszel­kie dys­ku­sje.

-?Czyli mam niby urlop -?powie­dział na głos.

Wpi­sy­wało się to ide­al­nie w jego plany. Nie, nie musiał odpo­czy­wać, tra­fił do tej jed­nostki mie­siąc temu i już miał za sobą trzy roz­wią­zane sprawy, a z każdą czuł się coraz bar­dziej wypo­częty. Moment, w któ­rym jego cel padał na zie­mię skuty kaj­dan­kami, był jak week­end w SPA. Gdy leżał zatłu­czony garn­kiem też. Nie oszu­kujmy się. Hardy nie lubił się oszu­ki­wać. Już nie.

Nie cho­dziło o wypo­czy­nek, tylko o spraw­dze­nie tego bły­sku, który nie­raz się poja­wiał pod­czas jego pracy. Prze­czu­cia? Może. Cokol­wiek to było, nie dało się tego ująć w pro­to­kole na tyle wia­ry­god­nie, by zostać odde­le­go­wa­nym do sprawy. Ale jed­nak było. Jak dźwięk na gra­nicy sły­szal­no­ści, gdy pytasz kolegę sto­ją­cego obok "sły­szysz?", a on odpo­wiada "ale co?". Jego reak­cja mówi jasno, że to jest tylko na twoim pozio­mie postrze­ga­nia, że możesz tłu­ma­czyć, że to takie "szu-szu", ale kolega i tak tego nie zła­pie, ani on, ani nikt inny. Jeśli będziesz drą­żył, to pora­dzi udać się do leka­rza spe­cja­li­sty, naj­le­piej psy­chia­try. Zatem lepiej zosta­wić to dla sie­bie.

Ten prze­błysk, ten ledwo sły­szalny szum skie­ro­wał go na festi­wal pio­senki tury­stycz­nej Muzyczne Roz­to­cze. Hardy nie prze­pa­dał za tury­styką, pie­szymi wędrów­kami czy zdo­by­wa­niem gór, dla­tego zdzi­wił go nieco fakt, że ludzie odda­jący się tej for­mie spę­dza­nia wol­nego czasu mają jakieś swoje pio­senki, a te znowu można usły­szeć na festi­walach. Do tej pory wyda­wało mu się, że jedyna kasta, która spo­tyka się przy gita­rach, to żegla­rze, któ­rzy męczą wszyst­kich tymi swo­imi szan­tami. Wystar­czyło, że ktoś kupił uży­wany pon­ton, i natych­miast zaczy­nał marzyć o wybie­ra­niu szo­tów, refo­wa­niu buksz­prytu i pirac­kim życiu. Ale żeby ci z ple­ca­kami też?

Wziąw­szy pod uwagę powyż­sze czyn­niki, nie dzi­wił się, że nie koja­rzy żad­nego z arty­stów, któ­rzy mieli się poja­wić na tym wyda­rze­niu ścią­ga­ją­cym z całego kraju ama­to­rów tury­stycz­nych wędró­wek. Festi­wal odby­wał się na pogra­ni­czu Pod­kar­pa­cia i Lubelsz­czy­zny, a dokład­nie nie­da­leko mie­ściny o wdzięcz­nej nazwie Susiec. Nazwy wio­sek były w tej oko­licy dość intry­gu­jące, bo nie­da­leko wspo­mnia­nego Suśca na mapie dostrzegł takie wio­ski jak Hamer­nia czy Ose­re­dek. Zapo­wia­dało się egzo­tycz­nie i raczej kame­ral­nie, bo całe Roz­to­cze było miej­scem pokry­tym gęstymi lasami poprze­ci­na­nymi małymi rzecz­kami.

W jakim celu komi­sarz Paweł Hardy wstu­ki­wał wła­śnie w nawi­ga­cję cel podróży do miej­sca, do któ­rego w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach ni­gdy by się nie wybrał? Otóż był taki jeden muzyk, któ­rego musiał usły­szeć na żywo. Zamie­rzał nawet pro­sić swo­jego prze­ło­żo­nego o zgodę na ten wyjazd, ale skoro ten sam kazał mu odpo­cząć, to tylko lepiej.

Oka­zało się, że czeka go czte­ro­go­dzinna podróż. Musiał przy­go­to­wać się na noc­leg, więc posta­no­wił po dro­dze wpaść do wyna­ję­tego miesz­ka­nia na war­szaw­skim Nato­li­nie, aby zabrać rze­czy na dwu­dniową podróż. Nie lubił War­szawy, a w samym miesz­ka­niu poja­wiał się głów­nie po to, aby się prze­spać, i to raz na kilka dni, bo spe­cy­fika jed­nostki pole­gała na dzia­ła­niu na tere­nie całego kraju.

Pięć godzin póź­niej prze­kli­nał już lokalne drogi Roz­to­cza, nie zawsze ładne i równe, za to bez wyjątku wąskie. Wje­chał do Suśca, nie­du­żej wsi na pierw­szy rzut oka skła­da­ją­cej się z krę­go­słupa w postaci drogi, z któ­rego wyra­stały żebra bocz­nych dró­żek, a wszystko koń­czyło się pniem mózgo­wym zło­żo­nym z kilku skle­pów i budyn­ków gminy. Na ron­dzie odbił w prawo i ruszył do miej­sca o kolej­nej cie­ka­wej nazwie, czyli Rebi­zanty. Tam wła­śnie kie­ro­wano gości zmie­rza­ją­cych na festi­wal. Tak przy­naj­mniej infor­mo­wała strona inter­ne­towa poświę­cona wyda­rze­niu.

Scena została usy­tu­owana u stóp łagod­nego wzgó­rza nie­opo­dal wodo­spa­dów zwa­nych Szu­mami na Tanwi. Sie­dzący na tra­wia­stym zbo­czu goście spo­glą­dali na usta­wioną poni­żej zada­szoną plat­formę, na któ­rej pre­zen­to­wali się arty­ści mniej i bar­dziej znani. Dziś był pią­tek i w świat pły­nęły z gło­śni­ków dźwięki tych muzy­ków, któ­rzy jesz­cze nie prze­bili się do świa­do­mo­ści maso­wego odbiorcy, cho­ciaż czy można było w ogóle mówić o czymś takim w odnie­sie­niu do pio­senki tury­stycz­nej? W każ­dym razie zespoły takie jak Stare Dobre Mał­żeń­stwo, Cisza jak ta czy Dom o Zie­lo­nych Pro­gach miały uświet­niać sobotę, ale dziś na koniec imprezy zapla­no­wano występ czło­wieka, dla któ­rego Hardy tu przy­je­chał, czyli Janka Muzy­kanta.

Dziwna to była per­sona, jego nazwi­ska nikt nie znał, nie posia­dał żad­nego pro­filu w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, nie wydał ani jed­nej płyty, a jed­nak przy­cią­gał wielu odbior­ców. Apa­ry­cję miał godną pseu­do­nimu, choć wspo­mniany boha­ter noweli Sien­kie­wi­cza zmarł, pacho­lę­ciem będąc, ale gdyby dożył pięć­dzie­siątki, zapu­ścił brodę i włosy do piersi, a na głowę wsa­dził kape­lusz z rogo­żyny, pew­nie niczym by się nie róż­nił od męż­czy­zny, któ­rego występ zapo­wie­dziano na godzinę dwu­dzie­stą pierw­szą.

Hardy przy­był na miej­sce już koło sie­dem­na­stej, dzięki czemu mógł naj­pierw zjeść tro­chę lokal­nych spe­cja­łów, kupić coś do picia w skle­pie U Gar­ga­mela, zlo­ka­li­zo­wa­nym na par­kingu przy brzegu rzeczki Tanew, no i zasię­gnąć języka.

-?Ładna pogoda -?zaczął, sto­jąc przy namio­cie koła gospo­dyń wiej­skich z Suśca.

-?Dzi­siaj tak -?odpo­wie­działa młoda kobieta w stroju sty­li­zo­wa­nym na ludowy. -?Jutro podobno ma się spa­prać. Ale to dobrze, bo susza straszna. A pan na kon­cert?

-?Na Janka Muzy­kanta -?potwier­dził Paweł i wska­zał pal­cem wielką patel­nię z pie­ro­gami ruskimi. -?Osiem popro­szę.

-?A, na tego -?sko­men­to­wała gospo­dyni z wes­tchnie­niem, jakie matki wydają, mówiąc o nie­po­kor­nych synach. -?Taki nasz kolo­ryt, jak to mówią. Niby arty­sta.

-?Dla­czego niby?

-?Jak pan chce, to za pół ceny chleb ze smal­cem i ogór­kiem kiszo­nym dorzucę.

-?Popro­szę.

-?No taki arty­sta nie arty­sta. Jak sezon, to sie­dzi w tym kape­lu­szu przed cha­łupą i patyk struga, ludzie zacho­dzą, coś im zagra, sprzeda fujarkę, bo on instru­menty pro­du­kuje. Tak mówią, ja żad­nego poważ­nego nie widzia­łam. Ale co w zimie robi, to cho­lera wie. Coś do picia?

-?Kom­pot domowy? -?zapy­tał Hardy.

-?Oczy­wi­ście -?odparła kobieta. -?Porzecz­kowy. Sama goto­wa­łam.

-?To popro­szę.

-?Ale że pan słu­cha takiego grajka, no to dziwne -?stwier­dziła gospo­dyni i otak­so­wała komi­sa­rza wzro­kiem, jakby brała wła­śnie miarę na gar­ni­tur.

-?Dla­czego?

-?Za nim to jeż­dżą albo młode takie z wian­kami na gło­wach, albo stare, co to wia­nek już dawno stra­ciły. Kobiety. Faceci nie bar­dzo. Szcze­gól­nie tacy.

-?Jacy?

-?Lubiący sma­lec i ruskie pie­rogi okra­szone sło­niną. -?Puściła mu oko. - Dziś w każ­dym razie nie popada. Uda­nego kon­certu.

Hardy podzię­ko­wał, zabrał tackę z jedze­niem i usiadł przy jed­nym z roz­kła­da­nych sto­li­ków, będą­cych punk­tem obo­wiąz­ko­wym każ­dego festynu w Pol­sce. Jadł i lustro­wał dokład­nie oko­licę, żeby nic go nie zasko­czyło w razie jakiej­kol­wiek akcji. Dobrze zro­bił, że nie jadł żad­nego gów­nia­nego żar­cia po dro­dze, bo pie­rogi były wyborne. Cien­kie, sprę­ży­ste cia­sto, ser w far­szu taki, jak lubił, nieco ziar­ni­sty, mocno przy­pra­wiony grubo mie­lo­nym pie­przem i sma­żoną cebulką, a na wierz­chu zaru­mie­niona sło­ninka i boczek. Sma­lec na gru­bej paj­dzie domo­wego chleba nie­mal wpły­wał do ust, nie miał w sobie nawet cie­nia tej paskud­nej szorst­ko­ści kiep­skiego tłusz­czu, za to dało się wyczuć całą mie­szankę tro­ski i uwagi, jaką poświę­ciła mu gospo­dyni w dłu­gim pro­ce­sie przy­go­to­wy­wa­nia, a to wszystko w aro­ma­cie wędzonki i tego ulot­nego, kre­mo­wego zapa­chu ni to wiśni, ni jałowca. Ogó­rek chru­pał jak kość w zębach psa, zale­wał kubki sma­kowe kwa­śną bło­go­ścią, po czym roz­pę­dzał dotych­cza­sowe smaki niczym oddział poli­cji wpa­da­jący w kiboli na meczu i krzy­czał: "Jam jest król!". O tak, dla tych sma­ków warto było tutaj przy­je­chać. Dopeł­nił roz­ko­szy kub­kiem porzecz­ko­wego kom­potu.

Kiedy zjadł, wyrzu­cił tacki do kosza, po czym ruszył, aby zająć miej­sce na widowni. Nie było tu żad­nych krze­seł, po pro­stu kilka metrów zare­zer­wo­wano dla tych, co będą chcieli usiąść na tra­wie, nieco dalej usta­wiono kil­ka­na­ście ławek. Paweł usiadł nieco z boku na tra­wie, na jed­nej z podu­szek przy­go­to­wa­nych przez orga­ni­za­to­rów. Musiał być bli­sko, nie mógł uro­nić ani jed­nego słowa z występu tego muzyka. Wysłu­chał w spo­koju występu Kapeli Dud­ków, w trak­cie któ­rego zaczęło przy­by­wać ludzi, a póź­niej bił gło­śno brawo, gdy gwiazda wie­czoru wdra­pała się na scenę.

-?Sza­nowni goście naszego wyda­rze­nia! -?Pro­wa­dzący był ubrany w strój ludowy ogra­ni­czony do sza­rej koszuli obszy­tej pod szyją krajką, skó­rza­nego pasa, lnia­nych spodni, san­da­łów i słom­ko­wego kape­lu­sza. - Przed wami muzyk wyjąt­kowy, dla któ­rego abso­lut­nie nie liczy się sława, liczba sprze­da­nych płyt, wywiady czy fanki rzu­ca­jące się na szyję. Pro­sił nawet o ogra­ni­cze­nie tego ostat­niego, bo ostat­nio ma pro­blemy z krę­go­słu­pem.

Po zgro­ma­dzo­nych poniósł się śmiech. Śmiał się także Hardy.

-?Nie znaj­dzie­cie ani jed­nego prze­pro­wa­dzo­nego z nim wywiadu, a sam o sobie nie zdra­dza ani słowa. Dla­czego? Gdy go o to przed chwilą zapy­ta­łem, oznaj­mił jedy­nie, że nie udziela wywia­dów.

Zebrani ponow­nie się zaśmiali.

-?Ale zgo­dził się powie­dzieć słowo lub dwa, bo prze­cież jest u sie­bie, on nasz, tutej­szy. Janko powie­dział, że on tylko muzy­kuje, a to się bie­rze z duszy, a tej znowu nikomu sprze­da­wać nie należy. "Im czło­wiek wię­cej mówi, a mniej śpiewa, tym mniej śpiewa, a wię­cej mówi". Tak powie­dział.

Polana nie­da­leko Szu­mów jesz­cze raz roz­brzmiała śmie­chem ocze­ku­ją­cych na występ. Za ple­cami kon­fe­ran­sjera muzyk szy­ko­wał się do występu, usta­wiał krze­sło, sto­jak pod gitarę, mikro­fon na odpo­wied­nią wyso­kość.

-?To, że sam o sobie mówi nie­wiele, nie ozna­cza, że niczego o nim nie wiemy. Mieszka tutaj, po sąsiedzku. Roz­to­cze ma w sercu i to ono mu w duszy gra. Prze­strze­gam wszyst­kich, któ­rzy go jesz­cze nie słu­chali, że wła­śnie przyj­mu­je­cie pierw­szą dawkę nar­ko­tyku. Uza­leż­ni­cie się. Zako­cha­cie. Będzie­cie za nim podą­żać.

Muzyk w końcu usiadł na wyso­kim krze­śle, uło­żył instru­ment na kola­nach, co było naj­wi­docz­niej zna­kiem, że można zaczy­nać.

-?Dro­dzy zebrani, przed wami Janko Muzy­kant!

Nikogo nie trzeba było zachę­cać do braw, bo te prze­to­czyły się po pola­nie niczym grzmot wio­sen­nej burzy, jesz­cze nie­pewny, ale wycze­ki­wany i apro­bo­wany. Muzyk sie­dział na wyso­kim krze­śle, z lekko przy­mknię­tymi oczami. Włosy do ramion mie­niły się od świa­tła reflek­to­rów zamon­to­wa­nych na sce­nie, a długa posi­wiała broda lekko drgała naj­pew­niej poru­szana deli­kat­nymi, led­wie wyczu­wal­nymi podmu­chami wia­tru. Wszystko cichło, jakby nie tylko ludzie, ale nawet i roz­to­czań­ska przy­roda nie chciała prze­szka­dzać i cze­kała na ten występ od dawna.

I wtedy Janko zaczął grać. Jego palce ude­rzały w struny gitary jak zapro­gra­mo­wane, a cie­pły, choć nieco chro­po­waty głos zabie­rał zgro­ma­dzo­nych w podróż po pięk­nych kra­inach zie­lo­nych łąk, osnu­tych mgłami wzgórz, czy­stych rzek i życia upra­gnio­nego, a jed­no­cze­śnie nie­uchwyt­nego. Bez wyma­ga­ją­cych sze­fów, deadline'ów, rachun­ków do opła­ce­nia i rat kre­dytu za cia­sne miesz­ka­nie. Życie wyty­czane rów­nym kro­kiem tury­stycz­nych butów, odpo­czyn­kiem w cie­niu drzewa, przy­mknię­ciem oczu w cie­pły wie­czór wypeł­niony śpie­wem pta­ków, cie­płą her­batą nie­sioną w ter­mo­sie, uśmie­chem na szlaku poda­ro­wa­nym przez czło­wieka zmie­rza­ją­cego w prze­ciw­nym kie­runku.

Hardy nie dał się temu porwać, to nie były jego kli­maty. Rozu­miał zebra­nych, nie dzi­wił się ich uśmiech­nię­tym twa­rzom, które nie­po­ko­jąco przy­po­mi­nały ludzi po przy­ję­ciu ulu­bio­nego nar­ko­tyku, nawet podo­bała mu się ta atmos­fera nieco przy­po­mi­na­jąca spo­tka­nie z przy­wódcą sekty, który ogła­sza prawdy obja­wione. Tak po pro­stu dzia­łała na ludzi muzyka. Ale temu nie ule­gał, tak jak abs­ty­nent patrzący na zata­cza­ją­cych się impre­zo­wi­czów nie nabiera nagle chęci na pierw­sze piwo w życiu. Nie po to tu był.

On cze­kał na tę jedną pio­senkę, którą Janko grał na koniec. Przy­je­chał tu tylko dla tego jed­nego kawałka i zaczy­nał się bać, że jeśli go nie usły­szy, będzie musiał podą­żać za arty­stą na kolejny kon­cert. Taki los czło­wieka, dla któ­rego prze­kaz pio­senki jest istotny, a dla Har­dego był. Wie­dział, że na wybra­nych wystę­pach Janko prosi wszyst­kich o ciszę, wyłą­cze­nie komó­rek i nie­na­gry­wa­nie kolej­nego utworu, bo ten jest dla niego ważny. Oczy­wi­ście zawsze zna­lazł się ktoś, kto nie usza­no­wał prośby, i wła­śnie w taki spo­sób Hardy tra­fił na tę pio­senkę. Wszel­kie nagra­nia zni­kały z prze­strzeni inter­ne­to­wej w kilka minut, ale Paweł widział ory­gi­nalne wideo, nie­stety nie­ostre, z nieco nie­wy­raź­nym dźwię­kiem, stąd też musiał to ujrzeć na żywo.

Byli na Roz­to­czu, kra­inie, w któ­rej podobno Janko Muzy­kant żył i two­rzył, ist­niała więc duża szansa, że arty­sta posta­nowi wła­śnie w tym miej­scu zagrać ten jeden, wyjąt­kowy, uni­kalny utwór.

Po godzi­nie muzyk odło­żył gitarę i się­gnął po kufel sto­jący na małym sto­liczku. Upił drobny łyczek piwa z mio­dem, po czym odchrząk­nął i zbli­żył usta do mikro­fonu.

-?Wspa­niale, że tu jeste­ście, wszech­świat się cie­szy, łąki radują, drzewa wam kła­niają -?powie­dział gło­sem, w któ­rym nuty rado­ści były aż nadto sły­szalne. -?Jed­nak przy­szła noc, czas ciszy, czas wytchnie­nia, czas odpo­czynku, czas duchów czy­ha­ją­cych na tych, któ­rzy nie zdążą przed zmro­kiem wró­cić do domu. Pora koń­czyć.

Hardy przy­mknął oczy. Jeśli ten dziad nie zagra tej pio­senki, będzie musiał wra­cać z niczym, nie zaspo­koi swo­jej cie­ka­wo­ści, a tego bar­dzo nie lubił.

-?Nie lękaj­cie się -?mówił dalej Janko Muzy­kant. -?Dzi­siej­szej nocy nic wam nie grozi. Zosta­wię was z pie­śnią wyjąt­kową, która jest niczym pie­częć trzy­ma­jąca na uwięzi wszyst­kie stwo­rze­nia przy­cza­jone w mroku. Jed­nak jej moc tkwi w tym, że jest to pieśń tajemna, tylko dla wybra­nych. Dla was. Dla tych, któ­rzy przy­byli dziś nad piękną Tanew i biorą udział w rytu­ale, bo to wła­śnie rytu­alne pie­śni nie­gdyś nas chro­niły przed złym. Niech chroni i was. Jeste­ście gotowi?

-?Tak! -?odpo­wie­działy dzie­siątki gło­sów skle­jo­nych w jeden szum.

-?Jesz­cze może­cie odejść, jeśli się oba­wia­cie. Pro­szę, aby nikt nie nagry­wał tej pie­śni, usza­nuj­cie to. Ona jest tylko dla was i jeśli popły­nie w świat, jej moc znik­nie, niczym błysk gwiazdy spa­da­ją­cej sierp­nio­wej nocy nad naszymi gło­wami.

Hardy zoba­czył, jak ludzie cho­wają tele­fony do kie­szeni, ple­ca­ków i roz­glą­dają się bacz­nie po sąsia­dach, spraw­dza­jąc, czy aby nikt nie pró­buje się wyła­mać. On niczego nie cho­wał. Od samego początku miał na nosie oku­lary, które zamó­wił z chiń­skiej plat­formy zaku­po­wej. Prze­ka­zy­wały obraz bez­po­śred­nio do jego tele­fonu cał­ko­wi­cie nie­zau­wa­że­nie. Musiał mieć to nagrane. Dla pew­no­ści.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki