Łowca Potworów - Michał Śmielak

Reflow text when sidebars are open.
A kto to tak drży calutki, jakby ciepła już nie było na świecie, tylko zimno, brud i ciemność? Kto tak pociąga noskiem, łka cichutko, czasem zaskomli, oczkami łypnie tu i tam, jakby wyglądał ratunku? Któż tak ciałko napina, próbuje rozerwać więzy, szarpnie się czasem, jakby wierzył, że to pomóc może?
To mała dziewczynka, biedna i bezbronna. Sama ma siebie za dużą, na świat gotową, rzuciła mu wyzwanie, zamknęła za sobą drzwi i ruszyła dziarsko przed siebie.
Ale świat, dziewczynko, nie jest ciepłym miejscem.
Ale świat, dziewczynko, nie jest jasnym miejscem.
Ale świat, dziewczynko, nie jest wypełniony muzyką.
Świat, dziewczynko, jest zatęchłą, zimną stodołą z hakiem pod sufitem, do którego ktoś cię przywiązał.
Świat, dziewczynko, jest zatęchłą, ciemną stodołą z liną, która zdziera skórę z twoich rąk.
Świat, dziewczynko, jest zatęchłą stodołą wypełnioną krzykiem wydobywającym się z twojego własnego gardła.
Tak, z twojego.
Krzykiem, szlochem, łkaniem, prośbą o niemożliwe.
Sama masz się za dużą, ale gdy tatuś na ciebie patrzy, widzi tego swojego rozkosznego aniołka z pucułowatą buzią, który nigdy nie będzie błagał o litość w miejscu, gdzie nawet Szatan powiesił kartkę z napisem: "Nie wchodzić".
Dziewczynka tatusia ma cztery latka i z przejęciem wygłasza wierszyk o misiu. Recytuje, zapominając o łapaniu oddechu, bo wie, że to jest ważna rzecz. Cztery latka i jeszcze czternaście do śmierci.
Jak to szło, dziewczynko?
Choć wygląda jak miś z pluszu,
ma ciut więcej animuszu
i apetyt co się zowie!
Raczej nie skacz mu po głowie,
zwłaszcza kiedy je śniadanie,
bo miś całkiem niespodzianie
może kłapnąć groźnie:
-?CHAP! Ciebie też bym chętnie zjadł.
Pamiętasz ten wierszyk, dziewczynko? Pamiętasz ten wierszyk, tatusiu?
Pamiętacie obydwoje.
A teraz suche, spękane usta dziewczynki recytują go, mimo iż boli, mimo iż krew, mimo iż łzy, mimo iż minęło tak wiele lat od tego dnia w przedszkolu. Bo to zaklęcie, jedyna rzecz, która może pomóc. Skoro wołanie o pomoc nie zdało egzaminu, skoro błagania o litość nie działają, to tylko wierszyk o misiu może trafić do tatusia, a ten przybędzie i pomoże. I wszystko zakończy.
Ale drzwi trzeszczą, zawiasy skrzypią. To idzie zły świat. Zaraz zrobi CHAP!!!
Ciebie też by chętnie zjadł!
Atak nastąpił z chlewa i mężczyzna pędzący w kierunku Hardego ryczał na całe gardło. W krzepkich dłoniach trzymał olbrzymią siekierę, ale to naprawdę wielką, takiej Paweł jeszcze w swoim życiu nie widział. Był pewien, że te łapska są brudne od gnoju, a za paznokciami brud zmagazynował skrawki historii całego życia napastnika. No i cuchnął. Jezus Maria, jakże on cuchnął. Wszystko tu śmierdziało, całe podwórko było przesiąknięte odorem życia, którego nikt nie sprząta.
Komisarz chciał zatkać sobie nos, aby choć trochę odpocząć od tego fetoru, ale nie miał takiej możliwości, bo właśnie walczył o życie i ręce były mu potrzebne do czegoś zgoła innego.
Gdy zobaczył po raz pierwszy te zabudowania, od razu miał złe przeczucie, ale oczywiście je zlekceważył. Życie już dawno go nauczyło, że winno się słuchać swego instynktu. Zatem albo życie było kiepskim nauczycielem, albo on niezbyt pojętnym uczniem, ale też ostatnio lekceważył coraz więcej rzeczy i zastanawiał się, ile jeszcze można, żeby nie zrzucić tego świata z jego posad.
Po prawej stał drewniany dom z eternitowym dachem zapadłym pośrodku, jakby każdego dnia siadał na nim diabeł, by nieco odpocząć od czynienia zła. Na wprost coś, co kiedyś najpewniej było stodołą, ale obecnie ziało pustymi otworami niczym sklecona z szarych pustaków czaszka. Po lewej kompleks dwóch sklejonych ze sobą klitek, jedna była chyba kurnikiem, o czym świadczyło pokryte odchodami klepisko przed walącym się barakiem, obok zaś kurczowo trzymał się pionu chlew z naderwanymi drzwiami i wybitymi malutkimi okienkami. Swoisty dziedziniec tych ułożonych w podkowę zabudowań stanowił gnojownik z zamontowanym żurawiem, teraz nieco przechylonym i mocno zardzewiałym. Niby wiejskie podwórko, ale nie takie z pocztówki, tylko raczej z katalogu "unikaj tych miejsc, jeśli chcesz spokojnie żyć". Hardy ostatnio nie żył spokojnie.
Mężczyzna z siekierą wypadł z chlewu z charkliwym wyciem i pędził w jego stronę. Człapanie gumofilców, coraz głośniejsze, nadawało tej szalonej szarży groteskowości, ale także grozy, bo przeciwnik był naprawdę potężny, miał chyba z dwa metry wzrostu. Komisarz odruchowo się cofnął i serce mu zamarło w piersi, bo pod plecami poczuł ścianę domu. Czy w oczach napastnika dostrzegł błysk triumfu? Nie było to możliwe -?małe ślepia tonęły w brudnej gębie pokrytej dzikim zarostem upodabniającym go do niedźwiedzia.
Wielkolud, nie zatrzymując się, uniósł siekierę i rąbnął zza głowy. Włożył w to całą siłę, a tej musiał mieć wcale niemało w starym, lecz krzepkim ciele. Hardy skulił się w ramionach, odsunął na bok z nadzieją, że ostrze topora ominie go albo co najwyżej odrąbie mu ramię, a nie rozłupie łepetynę.
Usłyszał głuche łupnięcie.
Czy to jego czaszka pękła z takim łoskotem? Chyba nie, czuł się całkiem żywy.
Jego twarz owionął odór dawno niemytego ciała i zepsutych zębów, zgniłego mięsa i nieprzetrawionego alkoholu. Spojrzał w górę. Siekiera zatrzymała się nad jego głową. Wbiła się w dach chaty, ten zapadły. Najpewniej gospodarz musiał się każdorazowo schylać, gdy pod nim przechodził. Jeśli to faktycznie diabeł siadał na tej chałupie spasiony tłustymi grzechami domowników, to niechaj tyje na zdrowie, bo pod jego ciężkim tyłkiem dach zapadł się na tyle, że właśnie uratował Hardemu życie.
Czy to mężczyzna wziął zbyt duży zamach, czy też przyćmił go alkohol, nie miało znaczenia. Nieważne. Istotne, że Paweł przeżył.
Napastnik -?chyba niemniej zdziwiony od Hardego -?ryknął z mieszanką złości i zdziwienia, co wywołało kolejną falę smrodu, po czym szarpnął całym ciałem do tyłu, aby uwolnić ostrze z belki dachu. To jednak nie ustąpiło.
Hardy wiedział, że nie ma szans w pojedynku na pięści, zwarciu czy innych przepychankach. Chłop był potężny. Rosły, spasiony, nalany, ale zahartowany robotą w obejściu i pewnie nieraz dostał po mordzie na wioskowej zabawie. Jednak w walce o życie nie ma zasad. Dlatego komisarz z całej siły kopnął przeciwnika w krocze. Poskutkowało.
Mężczyzna jęknął, zgiął się nieco i zatoczył o dwa kroki do tyłu. Kolejnym ciosem było kopnięcie w bok kolana. Mocne uderzenie z rotacją biodra. Na szczęście na wizytę tutaj Paweł założył buty trekkingowe ze wzmocnionym czubkiem, więc nie zdziwił się, gdy usłyszał ciche trachnięcie stawu, a napastnik zawył z bólu. Tak, zerwanie więzadeł należy do najboleśniejszych urazów. Ale to nie koniec. Poprawił kopnięciem prosto w nos. Musiał mieć pewność, że ten bydlak straci wszelką chęć do walki. Tym razem trzask był głośniejszy i przeciwnik zwalił się na bok, zaczął jęczeć, pluć krwią, która mieszała się z gnojówką królującą w tym obejściu.
Hardy stanął nad mężczyzną, jednak na tyle daleko, aby nie narazić się na jakiś gwałtowny atak.
-?Ty kurwi synu! -?usłyszał zza swoich pleców.
Odwrócił się i ujrzał stojącą przed chlewem babę okutaną w gruby sweter, ubłocone spodnie, z głową obwiązaną chustką. Najistotniejsze jednak w tej chwili było to, że trzymała w dłoniach widły wycelowane wprost w komisarza. Też była duża, mogła mieć nawet z metr dziewięćdziesiąt, jednak w przeciwieństwie do rzężącego z bólu chłopa była nieco bardziej przy kości, przez co nie zdawała się tak groźna. Ale jeśli ktoś na ciebie szarżuje z widłami, tego lekceważyć nie można.
Hardy rzucił się do ucieczki, ale nie panicznej, po prostu przebiegł na drugą stronę gnojnika, aby dać sobie chwilę na zastanowienie i obranie taktyki. Najlepiej byłoby wrócić do samochodu po broń, ale czy zdąży? Od razu miał złe przeczucia, a mimo to zostawił pistolet w aucie. Dlaczego? Cholera wie!
Kobieta się nie zastanawiała, biegła z widłami wyciągniętymi przed sobą. Paweł zdawał sobie sprawę, że w tej walce jest bez szans. Pomyślał o siekierze, ale skoro ten byk nie zdołał jej wyciągnąć, to jemu tym bardziej się nie uda. A nie mógł uciec ot tak po prostu. Skoro go zaatakowali, to znaczy, że miał rację i dziewczyna jest przetrzymywana w tym domu.
Podbiegł do żurawia służącego do ładowania gnoju na wóz i szarpnął nim w nadziei, że nie jest kompletnie zardzewiały. O dziwo nawet nie zgrzytnął, ale obrócił się lekko i długie ramię śmignęło w powietrzu, po czym ponadmetrowe szczęki do nabierania obornika posłuszne prawom fizyki, według których siła uderzenia to suma masy i przyśpieszenia, grzmotnęły w plecy kobiety. Ta runęła przed siebie, wypuszczając widły.
Paweł podbiegł szybko i chwycił groźną broń.
-?Leż! -?krzyknął. -?Policja!
-?Ty kurwi synu! -?odkrzyknęła kobieta i zaczęła się gramolić z ziemi, ale z powodu jej nadwagi nie było to łatwe.
-?Leż! -?powtórzył Hardy, ale bez skutku. -?Kurwa! -?zawołał sam do siebie zły za to, co zaraz zrobi.
Kopnął kobietę w bok, najpewniej łamiąc jej żebro. Ta zawyła i zaczęła płakać. Przewróciła się na plecy.
-?Kubuś! -?krzyknęła rozdzierająco.
Paweł odwrócił się odruchowo w kierunku chlewu, ale nikogo nie zobaczył. Kątem oka wyłowił za to ruch od strony domu. Z drzwi wytoczył się młody mężczyzna. Musiał być synem tej pary. Dwa metry wzrostu i brzuch tak wielki, że wylewał się nawisłą fałdą znad paska spodni niczym nawis śniegu spływający z dachu po zbyt długiej i zbyt męczącej zimie. Białą, pełną rozstępów skórę pokrywały czarne, skręcone włosy. Zarostem nie ustępował ojcu. Zatrzymał spojrzenie na matce leżącej u stóp komisarza, a potem dostrzegł ojca zwijającego się z bólu.
-?Zapierdolę! -?wykrzyczał i ruszył w stronę Hardego.
Miał broń, w dłoni trzymał wielki nóż, którego raczej nie używa się w kuchni; przypominał bardziej miecz. Paweł odsunął się o kilka kroków, bo rozpędzony napastnik nie zamierzał odpuścić. Poczuł żądzę mordu.
Hardy niczym dawny pikinier uniósł widły i wycelował w olbrzymie brzuszysko. Cztery pręty weszły gładko, jak w smalec, ale to nie powstrzymało ataku, mężczyzna napierał dalej. Paweł czuł, że nie utrzyma styliska, Kubuś przepychał go swoją masą i machał rękami, próbując go uderzyć w twarz, ale nie miał zasięgu. Brakowało mu jednak zaledwie kilku centymetrów, ostrze noża tańczyło przed oczami komisarza. Paweł pchnął z całej siły widły, po czym od razu je puścił i odsunął się w bok, skacząc do przewrotu. Chłopaka pociągnął do przodu bebech, trzonek wideł oparł się o ziemię, a on sam z rykiem upadł na mieszankę gnoju i błota. Wył jak zarzynane prosię. Złapał za stylisko i próbował wyrwać całość, ale grube ramiona ograniczały mu ruch.
-?Kurwa, oby to była już cała rodzina -?westchnął Hardy.
Wstał i z niesmakiem starł gnój z ramienia. Spojrzał na spodnie i buty. Wszystko do wywalenia. A kupił nowy ciuch przed przyjazdem tutaj. Trzeba będzie pójść na zakupy, czego serdecznie nienawidził. Chyba wolał już napastnika szarżującego z siekierą wypadającego ze śmierdzącego chlewu niż te uśmiechnięte dziewczynki w sklepach, które wyskakiwały zza lady i z niby szczerym uśmiechem pytały: "W czymś pomóc?".
Zlustrował podwórko, starając się uspokoić oddech. Stary leżał skulony i zakrwawiony, cicho jęczał. Matka zaczęła wyć, nie wiadomo, czy z bólu, czy też ze świadomości porażki. Młody leżał i trzymał trzonek wideł.
Paweł splunął krwią na ziemię, musiał przygryźć wargę podczas upadku. Skierował się do samochodu, sięgnął do schowka i wyjął służbowego Glocka, założył kaburę za pasek. Z kieszeni przy drzwiach wyciągnął chusteczki do czyszczenia szyb w aucie, po czym wytarł ramię z mieszaniny gnoju i błota.
Przeszedł przez podwórko, mijając trzy postacie, które nie były w stanie samodzielnie wstać. Zgodnie z regulaminem powinien wezwać pomoc. Kierując się rozsądkiem, całą trójkę skuć kajdankami, ale obecnie zarówno regulaminy, jak i rozsądek miał w dupie. Cholera, nawet nie czuł już smrodu.
Wszedł do domu. Gdy tylko przekroczył próg, nie był w stanie jednoznacznie stwierdzić, gdzie było bardziej brudno: na zewnątrz czy też w kuchni, do której właśnie wkroczył. Wszędzie walały się brudne i przypalone garnki, zardzewiałe wiadra i popękane miski. Nie wiedział, co się w nich znajdowało, i nie chciał wiedzieć. Na kuchence gazowej coś się gotowało w usmolonym garnku, pykając parą co jakiś czas.
Pchnął uchylone drzwi i znalazł się w czymś, co można było nazwać sypialnią, chociaż określenie "barłóg" wydawało się bardziej adekwatne. Kłębowisko koców, słomy i starych ubrań najpewniej obrzydziłoby nawet żuli, których często swego czasu zawijał na melinach. Zobaczył kolejne drzwi, stare, z dziwną klamką w formie pręta wystającego z żelaznego zamka. Jak to gówno się otwierało? Nacisnął i pchnął, podziałało. Gdy wszedł do zaciemnionego pokoju, powitał go pisk dziewczyny, który niemal go obezwładnił.
-?Policja! -?krzyknął. -?Spokojnie, policja!
Ale ona nie przestawała. Poszukał włącznika na ścianie i trafił na stary, z bakelitu, jeszcze taki przekręcany. Światło z żarówki zawieszonej na kablu zalało pomieszczenie, które okazało się składem wszystkiego, co wpadło w ręce potwornej rodzince: rowery, ubrania, kołpaki od auta, młoda dziewczyna.
Związali jej dłonie i zaczepili pod sufitem, palcami stóp ledwo dosięgała podłogi. Była naga, brudna i pokrwawiona. Szarpnęła się, jej piersi zafalowały, ale przypominały obecnie bardziej dwa worki z ziemią niż coś, co może wzbudzić podniecenie. Gdy zobaczyła Hardego i zrozumiała, że to nikt z gospodarzy, po prostu się rozpłakała.
-?Zaraz wracam -?rzucił komisarz.
Cofnął się do kuchni, chwycił nóż wystający z jednego z garnków, a w drodze powrotnej zgarnął koc, który wyglądał na najczystszy. Potem delikatnie odciął dziewczynę, złapał ją w ramiona. Była niemal bezwładna. Ciężka. Śmierdziała nienawiścią do złego losu, który ją przywiódł w to miejsce.
-?Już wzywam pomoc -?powiedział Paweł, po czym narzucił koc na jej ramiona.
Nic nie mówiła, po prostu płakała. Hardy sięgnął po telefon i wybrał numer alarmowy, ale schował szybko smartfon do kieszeni spodni, bo usłyszał rumor w kuchni.
-?Kurwa mać! -?rzucił i ruszył w stronę, z której doszedł go niepokojący dźwięk.
Chłopak, którego nadział na widły, stał na środku kuchni ze swoim wielkim nożem w dłoni. Z tłustego, obwisłego brzucha spływały cztery strugi krwi, podobnie jak z ust. Oddychał ciężko i chyba się śmiał.
Hardy spokojnie uniósł pistolet i wycelował w przeciwnika. Był blisko, nie mógł spudłować. Gdy nóż się uniósł, a wąskie oczka niemal zniknęły pod pulchnymi policzkami, komisarz nacisnął spust. A potem się cofnął, robiąc miejsce na upadające cielsko. Przez chwilę miał chęć strzelić mu jeszcze dla pewności w tył głowy, ale tylko skarcił się w myślach i sięgnął po telefon.
-?Potrzebna jest karetka, natychmiast -?powiadomił dyspozytorkę, która odebrała połączenie.
Gdy już podał jej wszystkie niezbędne dane, wrócił do dziewczyny, kucnął obok niej i mocno przytulił.
-?Już dobrze, jadą z pomocą -?powtarzał.
Ale nie było dobrze, a pomoc nigdy do niej nie dotrze. Nie taka, która jest jej potrzebna. Co z tego, że ratownicy dadzą jej środki na uspokojenie, opatrzą rany, przewiozą do szpitala. Ona wyjdzie z niego za tydzień, czysta, w nowym ubraniu, ale brudna w środku ze strachem, który właśnie w niej zagnieżdżono. Już nigdy nie spojrzy normalnie na mężczyznę, nie pojedzie na wieś, a na zapach gnojówki będzie reagowała atakami paniki. Może zacznie pić, może weźmie coś mocniejszego, a najpewniej wpadnie w pułapkę antydepresantów. Możliwe, że za rok jakiś młody policjant dostanie informację z centrali, że sąsiadka z góry zalewa mieszkanie pewnego starszego pana. Gdy już wyważą drzwi, znajdą blade ciało pięknej dziewczyny w wielkiej wannie wypełnionej krwią z podciętych żył.
Była tu przetrzymywana przez trzy dni, bita, torturowana, gwałcona. Braknie życia, by o tym zapomnieć.
-?Yyy -?dobiegło go z kuchni.
Hardy wstał i przeszedł do królestwa pani domu. Młody przewrócił się na plecy i charczał. Matko. Kula z Glocka prosto w serce i nic? Może utknęła w tłuszczu? Twarda sztuka.
-?Przesuń się -?usłyszał szept za plecami.
Odwrócił się i zobaczył dziewczynę. Nagą, brudną, pokrwawioną. Ale jej oczy płonęły niczym dwa znicze na świeżo usypanej mogile. Skinął głową i przeszedł na drugą stronę kuchni.
Dziewczyna trzymała w dłoni koc. Złapała przez niego garnek stojący na palniku, po czym wylała zawartość na twarz chłopaka. Woda, kasza i kawałki słoniny z plaskiem spadły na zarośniętą gębę oprawcy, a ten zaczął wrzeszczeć. A oni stali i patrzyli, jak próbuje brudnymi od krwi i gnoju zakrzywionymi paluchami zedrzeć z twarzy wrzącą zawartość garnka. Schodziła razem ze skórą i krzykiem. Ten jednak cichł, przeradzał się w szloch.
Dziewczyna się uśmiechała, jej białe zęby zalśniły między spuchniętymi, pokrytymi strupami wargami. A potem wzięła zamach i walnęła chłopaka garnkiem w twarz. Odpowiedział jej głuchy jęk. Zrobiła to ponownie. I jeszcze raz. I jeszcze.
Hardy patrzył i nie zamykał oczu, ale gdyby to zrobił, to pewnie miałby wrażenie, że ktoś ubija schabowe na niedzielny obiad. Ale on chciał patrzeć, po prostu lubił przyglądać się sprawiedliwości. Jako policjant bardzo ją lubił, ale jako człowiek jeszcze bardziej. Czy jest coś wspanialszego na świecie niż chwila, gdy zło przegrywa, a człek sprawiedliwy triumfuje? No nie ma.
W końcu garnek opadł z brzękiem na podłogę, a dziewczyna okryła się kocem, jakby właśnie siedziała na ławce przed domem w chłodny wrześniowy wieczór i chciała powiedzieć: "Noce coraz chłodniejsze, kochanie, chodźmy do środka".
Przeszła przez kuchnię, omijając swoją ofiarę, do niedawna oprawcę, i przylgnęła do Hardego. Ten objął ją i pogładził po plecach, a potem kucnął przy ciele i sprawdził puls. Nie wyczuł go. Dobrze, bo już nie chciało mu się dobijać tego bydlaka.
Wyszli przed dom. Dwójka napastników leżała na swoich miejscach. Chociaż tyle. Komisarz zaprowadził dziewczynę do swojego auta, otworzył tylne drzwi i pomógł jej wsiąść. Wyciągnął z plecaka butelkę wody.
-?Nie masz czegoś słodkiego? -?zapytała.
Miał. Małą puszkę Coca-Coli Zero na te chwile, gdy łapała go ochota na słodkie. Od sprawy Kańczugi zaczął bardzo o siebie dbać, wrócił na zajęcia z boksu, siłownię i do biegania. Nie pił alkoholu, starał się jeść dużo białka, przyjmował kreatynę. W dwa miesiące poczuł, że jego organizm zmienia się w cudowny sposób. Nic go nie bolało, myślał jaśniej, świetnie spał, ale co jakiś czas wyskakiwał potwór namawiający go, aby kupił sto paczek czipsów i zjadł je wszystkie. Ratunkowa puszka wyganiała to paskudne stworzenie z powrotem do ciemnego leża.
Otworzył ją i podał dziewczynie, a ta spijała słodycz łapczywie niczym stęskniona kobieta całująca usta kochanka wracającego z wojny. Bez opamiętania i z pożądaniem, którego ukryć się nie da.
W oddali zawyły syreny karetki. Dziewczyna oddała Hardemu pustą puszkę, oblizując wargi.
-?Nie mów nikomu o tym, co się stało w kuchni -?powiedział komisarz.
-?Należało mu się -?odparła.
Miała piękny głos, niski, zaprawiony seksowną chrypką, niemal radiowy, ale ani trochę męski. Oj, na ten głos pewnie miękły, miękną i będą miękły nogi wielu mężczyzn, a co innego będzie twardniało. Co z tego, skoro ona już nigdy żadnemu nie pozwoli się dotknąć. Hardy był tego pewien.
-?Tak. -?Kiwnął głową. -?Ale nie mów. Nikomu.
-?To co mam mówić?
-?Niczego nie pamiętasz.
-?Ciebie też?
-?Mnie w szczególności.
Karetka wyłączyła sygnał dźwiękowy jakieś trzysta metrów od zabudowań i już w ciszy podjechała pod gospodarstwo. Komisarz wziął dziewczynę pod rękę, po czym zaprowadził do ratowników.
-?Jadą dodatkowe wozy? -?zapytał.
-?Tak, ale z Olsztyna, trochę im zejdzie -?poinformował mężczyzna w czerwonym polarze ze stetoskopem na szyi. -?My akurat byliśmy niedaleko, facet poznał się bliżej z piłą tarczową, trzydzieści szwów.
-?Najpierw ona. -?Paweł wskazał dziewczynę. -?Reszta może poczekać. W domu jest trup.
-?Co tu się stało?
-?Wypadek w gospodarstwie -?odparł Hardy.
Zobaczył zbliżający się radiowóz. Wysiadło z niego dwóch mundurowych, którym od razu się wylegitymował, a potem w kilku słowach nakreślił sytuację. Natychmiast wezwali wsparcie. Ruszyli na podwórko, a on wsiadł do samochodu. Zamknął drzwi, uruchomił silnik i ruszył przed siebie. Widział we wstecznym lusterku, jak jeden z funkcjonariuszy wymachuje rękami i biegnie za nim.
Nie miał czasu na procedury, raporty, tłumaczenia. Były pilniejsze kwestie do załatwienia. Dużo pilniejsze.
Kilometr dalej skręcił w prawo. Droga z ubitego piachu niby kończyła się w lesie, ale tylko pozornie. Wystarczyło przebić się przez nawisłe krzaki i człowiek wyjeżdżał na polanę z małym jeziorkiem. Tam Hardy zatrzymał samochód.
Lubił to miejsce. Wskazała mu je młoda policjantka, która pomagała mu przy sprawie zaginionej dziewczyny. "Lubię się tam opalać nago, szczególnie wieczorami", oznajmiła i puściła do niego oko. Przyjeżdżał tutaj, ale nigdy wieczorem. Faktycznie, miejsce było odludne. Idealne.
Otworzył bagażnik i wyciągnął z niego skulonego chłopaka. Rzucił nim o piach, po czym wcisnął przycisk zamykania klapy. Gdzie te czasy, kiedy można było po prostu trzasnąć bagażnikiem i nieco postraszyć pasażera?
Zerwał więźniowi z ust taśmę klejącą, ale nie rozcinał jeszcze dłoni i stóp. Chłopak łapczywie łapał powietrze, jakby właśnie przywrócono mu funkcje życiowe.
-?No i widzisz -?powiedział Hardy oparty o tył swojego auta. -?Udało się. Była tam.
-?Jesteś pojebany.
-?Nigdy nie twierdziłem, że jest inaczej. Ale doceniam, że mi pomogłeś. To znaczy: musiałem cię zmotywować, ale zobacz, ile dzieje się dobra, gdy kogoś odpowiednio zmotywujesz.
-?Porwałeś mnie, pobiłeś, uwięziłeś. Kurwa. Jesteś policjantem.
-?Najpierw poprosiłem.
-?Złożę skargę.
-?A tam. -?Hardy machnął ręką. -?Pomogłeś uwolnić dziewczynę. To dobry uczynek.
-?Co ty pierdolisz?
-?Ale są też złe, co nie? -?Paweł podszedł do chłopaka, kucnął i spojrzał mu w oczy. -?Są złe, dużo złych.
-?Niczego nie zrobiłem.
-?Oj nie, to nie tak, że niczego nie zrobiłeś. Po prostu do niczego się nie przyznałeś. Tylko wiesz co? Przyznanie się to nie jest moje ulubione postępowanie. Żyjemy w jakimś pojebanym przeświadczeniu, że jak człowiek wyzna swoje winy, obieca poprawę, naprawi krzywdy, to olaboga, cudownie, wspaniale. I jak powiedział klasyk: niby jest fajnie, ale tak szczerze, to ni chuja nie jest fajnie.
-?Wypuść mnie.
-?Wszystko przez tę pieprzoną Biblię. Że niby większa będzie w niebie radość z jednego grzesznika, który się opamiętał, niż ze stu, którzy opamiętania nie potrzebują.
-?Człowieku, co ty...?
-?Widziałem zawartość twojego telefonu.
Hardy wziął zamach i z całej siły kopnął chłopaka w brzuch. Ten skulił się i jęknął, po czym chwyciło go na wymioty.
Komisarz pociągnął nosem, skrzywił się, po czym powąchał swoje ramię i spojrzał na spodnie. Zapomniał o tej gnojówce, a teraz, gdy się poruszył, to znowu doleciał go ten paskudny odór. Zdjął koszulkę, podszedł do jeziora i zaczął myć ręce. Woda pachniała dzikością, podobał mu się ten aromat. Wytarł się koszulką. Na szczęście miał zapasową w samochodzie, bo zawsze woził ze sobą komplet biegowy. Przebierze się, ale dopiero gdy załatwi sprawy z chłopakiem. Może się pokrwawić. Biegówki były cholernie drogie, a ostatnio nie srał forsą.
-?Nagrywałeś ją -?powiedział do swojego więźnia.
-?Tak -?odparł potulnie tamten.
-?Gwałciłeś?
-?Nie.
-?Będę ją przesłuchiwał.
-?Nie gwałciłem.
-?Wrzucę cię do bagażnika. Wieczorem pokażę jej twoje zdjęcie i zapytam, czy cię kojarzy. Jeśli drgnie jej powieka, to przyjedziemy tutaj ponownie, po czym wsadzę ci głowę do wody i poczekam, aż się utopisz. To paskudna śmierć, długa. Wcześniej wsadzę ci telefon w dupę. Jeśli będzie trzeba, to użyję młotka.
-?Nie gwałciłem!
-?No tak to my do niczego nie dojdziemy.
Złapał chłopaka za kołnierz koszuli i pociągnął na brzeg, a potem rzucił tak, żeby jego twarz wylądowała w wodzie. Ten zaczął wierzgać, próbował przekręcić się na bok, ale Hardy mu na to nie pozwolił. Uklęknął i docisnął go kolanem do brzegu. Policzył do dziesięciu, bo to podobno uspokaja. Bzdura, młody wciąż wierzgał. Zluzował ucisk kolana i wytargał chłopaka na brzeg. Odczekał, aż ten przestanie parskać, kaszleć i pluć.
-?Gwałciłeś?
-?Nie -?wydyszał niedoszły topielec.
-?To skąd nagrania?
-?Wcześniej trzymali ją w chlewie. Podglądałem.
-?Skąd wiedziałeś?
-?To nie pierwszy raz.
-?Yhm.
-?Oni łapali dziewczyny, ale tutejsze, ze wsi.
-?I nikt nic z tym nie zrobił?
-?A ty byś chciał, żeby spalili ci chałupę?
Gdyby to był scenariusz filmowy, Hardy powinien teraz zapytać: "Dlaczego nikt nie zgłosił tego na policję?". Nie byli jednak na ekranie, to było życie. Tutaj scenariusza nie piszą wymuskani scenarzyści dodający sobie animuszu sojową latte, mieszkający w swoich apartamentowcach z portierem, a nie na warmińskiej, kaszubskiej, podkarpackiej, świętokrzyskiej czy innej zapadłej wsi, gdzie pewne sprawy załatwia się za pomocą własnych rąk. Często brudnych od gnoju.
-?Czyli co, podglądałeś?
-?Tak.
-?I nagrywałeś?
-?Dopiero teraz.
-?Bo to nie była dziewczyna z wioski?
-?Bo to nie była dziewczyna z wioski -?potwierdził chłopak.
-?A nie zawiadomiłeś policji, bo to ty ją podwiozłeś na stopa?
-?Tak.
-?To co, podtapiamy?
-?Jestem zboczony! -?wyrzucił szybko młody. -?Mam wojeryzm.
Hardy popatrzył na przesłuchiwanego z miną, którą każdy człowiek na kuli ziemskiej bez względu na rasę, klasę, pochodzenie i wykształcenie odczytałby jednako: "Co ty mi tu pierdolisz, synku?".
-?Czyli podtapiamy -?westchnął.
-?Mam na to papiery, chodzę na terapię. -?Jego więzień wyrzucał z siebie słowa niczym z karabinu. -?To inaczej podglądactwo. Tylko wtedy się podniecam. Mam diagnozę, mogę pokazać. Jak byłem mały...
Hardy kopnął go znowu w brzuch, ale już nieco lżej. Tym razem nie chciał go skrzywdzić, ale po prostu uciszyć, a z doświadczenia wiedział, że nic nie wycisza lepiej niż celny kopniak.
-?No i widzisz -?powiedział komisarz. -?Przez twoje masturbacyjne odchylenia dziewczyna by zginęła. Zabiliby ją. Może nawet to zrobili.
Mówił serio, bo wiedział, jakie rany zostawiają takie traumy. Poważnie zakładał ten scenariusz z wanną pełną krwi. Chociaż pokazała charakter, gdy wylała garnek z wrzącą kaszą na ryj oprawcy. Gdy przyjdzie załamanie, obrazek jej prześladowcy zrywającego sobie w bólu skórę z twarzy może ją ocalić. Miał taką nadzieję.
-?Wsiadła z tobą na stopa, wysadziłeś ją przy tym domu. Miło, że mi to powiedziałeś, to dobrze o tobie świadczy, ale fakt, że musiałem to z ciebie wyciągać, już nieco mniej. Straciliśmy przez to pół godziny na to całe bicie, wiązanie, pakowanie do bagażnika. Kto wie, co przez te cenne minuty z nią robili.
-?Przepraszam.
-?Może jeszcze będą z ciebie ludzie.
-?Przepraszam. Naprawdę przepraszam.
-?Łatwo o te słowa, gdy ktoś trzyma twoje życie w garści.
Chłopak nie odpowiedział. Zakaszlał, wypluł znowu trochę wody.
-?Jak nazywa się twój terapeuta?
-?Krzywicki.
-?Ładnie. Tak po lekarsku. Widzisz, a ja nazywam się Hardy. I mówią na mnie Hardy. Też ładnie, bo to tak po policyjnemu. Ale zabawię się w terapeutę, co ty na to?
Dzieciak nie odpowiadał.
-?Coś mi się wydaje, że znalazłem idealny sposób, aby wyleczyć cię z twojej przypadłości. Aż dziwne, że jeszcze nikt na to nie wpadł. Otóż zostawię cię tutaj. Ty zapomnisz o dwóch sprawach. Pierwsza to że się spotkaliśmy. Dasz radę?
-?Tak.
-?A druga to że kręcą cię takie rzeczy. Taki rodzaj amnezji. Wybiórczej. Nazwijmy to amnezją Hardego. Ładnie. Co ty na to?
-?Tak.
-?Zespół amnezji Hardego. Naprawdę mi się podoba. A tobie?
-?Też.
-?Niestety, ta jednostka chorobowa to paskudna rzecz, wiesz? Otóż w zespole amnezji Hardego, jeśli wracają wspomnienia, to człowiek ginie. Rozumiesz?
-?Tak.
-?Topi się. Czasem spotykają go nawet paskudniejsze rzeczy. Rozumiesz?
-?Tak.
-?To niewyjaśniony fenomen. Śmierć przychodzi w najmniej spodziewanym momencie. Ale zawsze są znaki, jak to się ładnie mówi, symptomy. Gdy czujesz, że pamięć wraca, to jest pierwszy z nich. Paskudna sprawa.
-?Ja niczego nie pamiętam. Nic nie wiem.
-?Współczuję ci choroby, ale w sumie najważniejsze, że to nie jest śmiertelne. Z tym da się żyć. Tylko trzeba o siebie dbać, a głównie nie rozpamiętywać. Z tego, co wiem o tej niezwykłej jednostce chorobowej, to jeśli pacjent zgodził się na terapię i odpowiednio się zachowuje, nie grozi mu przedwczesna śmierć. No, to była darmowa wizyta u doktora Hardego.
-?Tak.
-?Ale wypada podziękować.
-?Dziękuję.
-?A teraz jadę.
Komisarz podszedł do auta i wyciągnął mały plecak z zestawem biegowym. Musiał się przebrać.
-?Zostawisz mnie tutaj?
-?Terapia potrzebuje czasu, młody -?odparł Hardy. -?Poleżysz, pomyślisz, przewartościujesz swoje życie. Trudno o takie rzeczy tak z marszu.
Zdjął całe ubranie, a potem założył odzież biegową. Śmierdzące ciuchy wrzucił do bagażnika. Wziął telefon chłopaka, po czym rozbił go o kamień leżący na brzegu jeziorka i wrzucił roztrzaskany sprzęt do wody. Wsiadł do samochodu, zawrócił, przy okazji zatrzymując się tak blisko chłopaka, że ten odturlał się do tyłu w obawie, że zostanie przejechany, a potem ruszył z powrotem do królestwa smrodu i odoru.
-?Zespół amnezji Hardego -?powiedział na głos. -?Dobre.
Zaparkował, dołączając do ponad dziesiątki samochodów, które zdążyły już przyjechać na miejsce.
-?Ładny ciuszek -?powiedziała ta sama młoda policjantka co wcześniej, gdy otaksowała go spojrzeniem zmrużonych oczu.
-?Idę biegać -?odparł.
-?Teraz? -?Wskazała ręką na upiorne gospodarstwo.
-?Niestety jestem maniakiem regularności.
-?Maniakiem na pewno.
-?O której kończysz? -?zapytał i się uśmiechnął. Miał nadzieję, że uroczo.
-?Właściwie już skończyłam, ale było wezwanie i wiesz... -?odparła. -?Ale gdy tylko zjawi się wojewódzka, to się zwijam.
-?Byłem nad tym jeziorkiem.
-?O? -?zdziwiła się chyba całkiem szczerze. -?Ja chodzę tam każdego wieczora, ale nigdy nikogo nie spotykam. A liczyłam, że pan komisarz jednak skusi się na jakąś kąpiel. I co, ładna miejscówka?
-?Urocza -?odpowiedział Hardy. -?Jeśli przyjdziesz tam dziś wieczorem, to możesz się na kogoś natknąć.
Puścił do niej oko i ruszył w stronę komendanta Komisariatu Policji w Barczewie, który stał przy bramie z dość nieciekawą miną. Tak, teraz przyszedł czas na formalności.
Hardy siedział na kanapie w gabinecie inspektora Roberta Michniewicza i wsłuchiwał się w tykanie zegara. Oczywiście urządzenie rozbijało ciszę w bezlitosnych odstępach wyznaczonych gdzieś tam kiedyś przez kogoś, kto nie zdawał sobie sprawy, że oto właśnie wymyśla sekundy i minuty, które od tej pory będą stanowiły bat na ludzkość. Zamknął tym samym erę pochwały spokoju, połamał dłonie głaszczące leniwych, napluł w twarz niepunktualnym. Miliardy sekund później, równo co trzydzieści dwa tyknięcia zegara, po gabinecie szefa grupy wydzielonej z jednostki Wydziału Operacji Pościgowych Centralnego Biura Śledczego Policji, zwanej potocznie Łowcami Potworów, przebiegał szelest papieru. I tak od dziesięciu minut.
-?Nigdy nie pytałem, po co ta kanapa -?odezwał się w końcu Hardy.
-?Co? -?Nadinspektor spojrzał znad zsuniętych na czubek nosa okularów.
-?W gabinetach policjantów nie ma kanap. Stoją u psychoterapeutów.
-?Nie wiem, kto ma większy kontakt z wariatami: ja czy doktor od świrów -?odpowiedział szef jednostki i wrócił do wertowania raportu z ostatniej akcji komisarza.
Hardy nie odpowiadał, bo ton jego przełożonego nie zawierał nawet śladowych ilości dobrego humoru.
-?Z tej jednostki nie da się odejść. -?Michniewicz odłożył plik kartek na środek biurka, po czym zdjął okulary i położył je ostrożnie na stosie papieru. -?Dlatego każdy funkcjonariusz, który kończy z nami współpracę, musi przegryźć kapsułkę z cyjankiem i położyć się na tej kanapie. Zresztą zaraz się o tym przekonasz. -?Wskazał podbródkiem raport, z którym przed chwilą się zapoznał, a następnie odwrócił się w stronę komisarza. -?I jak mam to teraz posprzątać?
-?Taka była chyba umowa, co? -?odpowiedział Hardy. -?Ja sprzątam śmieci, a wy sprzątacie po mnie.
-?Dlaczego pozwoliłeś tej dziewczynie zatłuc napastnika?
-?Myślę, że tego potrzebowała.
-?Tyle to ja wiem, Pawle -?odparł Michniewicz.
Miał zwyczaj zwracać się do swoich podwładnych po imieniu, głównie z tego powodu, że zdawał sobie sprawę, jak to ich irytuje. Gdy jesteś policjantem z wieloletnim stażem, dziesiątkami schwytanych przestępców na koncie i służysz w elitarnej jednostce, słyszysz z ust współpracowników "panie komisarzu", a proste "Paweł" stawia cię nagle w tym samym miejscu, w którym byłeś na początku kariery.
-?Doskonale rozumiem twoje intencje -?kontynuował inspektor. -?Nawet pochwalam odruch serca, ale mnie nie chodzi o motywację. Dlaczego na to pozwoliłeś, zdając sobie sprawę, jak trudno będzie to wszystko posprzątać?
-?Ona się do tego przyznała?
-?Nie.
-?To w czym problem?
-?Była tam na miejscu taka dociekliwa policjantka, której kilka rzeczy nie pasowało. -?Michniewicz wstał z fotela i rozpoczął marsz wokół biurka, zgrywając co drugi krok z tykaniem zegara. -?Mało tego, całkiem przypadkowo wieczorem natknęła się na skrępowanego chłopaka, którego wiąże ze sprawą. Ktoś fachowo obkleił go taśmą i zostawił nad brzegiem jeziora.
-?A on coś powiedział? -?zapytał Hardy.
-?Nie dziwi cię związany chłopak znaleziony w lesie?
-?Jedyne, co mnie zastanawia, to jak on się łączy z tą sprawą.
-?Ano nijak. Ale według tej policjantki to ty go związałeś. I pozwoliłeś zatłuc sprawcę garnkiem.
-?No proszę, nagle wszystko, co złe, to Hardy.
-?A związałeś go?
-?Tak.
-?Kurwa, Paweł! -?Nadinspektor zatrzymał się i spojrzał gniewnie na komisarza. -?Zostawiasz jakiegoś gówniarza nad jeziorem na pastwę losu i myślisz, że nikt cię z tym nie powiąże?
-?Nie, nic z tych rzeczy. Uważam, że to, czy mnie ktoś z tym skojarzy, czy też nie, nie ma znaczenia.
-?A co ma według ciebie znaczenie?
-?Dziewczyna uratowana, sprawcy zatrzymani, świat jest lepszy.
-?Dziewczyna jest na terapii...
-?Nie z mojego powodu. -?Hardy wpadł w słowo przełożonemu.
-?Jeden ze sprawców nie żyje, jego ojciec jest w śpiączce, a matka z ciężkimi złamaniami przebywa w szpitalu. Wiesz, co mnie teraz czeka? Postępowanie wyjaśniające, czy funkcjonariusz kierowanej przeze mnie jednostki nie przekroczył środków przymusu bezpośredniego, nie nadużył obrony koniecznej, i tak dalej. I po to mi właśnie ta kanapa, bo muszę teraz wziąć coś na ból głowy i położyć się na pół godziny w nadziei, że mi przejdzie.
-?Panie inspektorze. -?Hardy zawsze zwracał się do swojego szefa oficjalnie w kontrze do zwyczaju tamtego. -?Od początku ustaliliśmy, że przyszedłem do tej jednostki, zresztą nie tylko ja, aby załatwiać sprawy szybko, ale co najważniejsze: skutecznie. Na trzecim miejscu miały być regulaminy...
-?Paweł. -?Michniewicz uniósł rękę w geście nakazującym milczenie. - Chodzi o to, żebyś przy tym wszystkim pomyślał też o mnie. Po każdej sprawie zachowaj się jak klasyczny nastolatek na pięć minut przed powrotem matki do domu. Sprzątnij syf z wierzchu, żeby jej nie wkurwiać. Wiadomo, że ona i tak to wszystko znajdzie, ale co z oczu, to i z serca.
-?Mówił pan, że w papierach czysto.
-?Bo będzie czysto. Ale z tą policjantką coś trzeba zrobić. Może awans jej dać albo coś, nie wiem jeszcze. Będziesz na urlopie, to coś wymyślisz.
-?Jakim urlopie? -?zdziwił się Hardy.
-?Zasłużonym, kurwa -?odparł Michniewicz. -?Zgub się na tydzień, dobra? Jedź w jakieś góry albo nad inne morze, nie wiem. Po prostu poczekaj na raport z postępowania wyjaśniającego. Powinienem cię na jego czas zawiesić, ale nie zrobię tego. Nie mogę ci jednak dać żadnej oficjalnej sprawy. Zatem zabierz to swoje fikuśne autko i jedź w Bieszczady.
-?Hm. -?Komisarz poprawił się na kanapie. -?W Bieszczady? W sumie to chciałem jechać na taki koncert...
-?Kogo?
-?No takiego grajka, co to...
-?Paweł, kogo? -?przerwał mu przełożony.
-?Co?
-?Kogo to obchodzi?
-?No tak.
Komisarz wstał, podał rękę Michniewiczowi i skierował się do wyjścia. Reprymenda była i tak łagodniejsza, niż się spodziewał. Poniosło go z tą dziewczyną, z chłopakiem w sumie też. Mógł go po prostu uwolnić i sprzedać kopa na do widzenia. W dodatku zdenerwował policjantkę, odrzucając jej zaloty. Wzgardzona kobieta to potwór, z którym żadna jednostka policji nie będzie w stanie sobie poradzić.
Wyszedł z podwarszawskiej willi, która stanowiła nieoznaczoną siedzibę nie tylko ich grupy, ale też przy okazji kilku innych wydziałów mających działać w cieniu. Chodziło głównie o to, aby nikomu nie przyszło na myśl śledzenie osób wchodzących i wychodzących z budynków, a przez to ustalenie ich tożsamości. Jednostki elitarne miały być także bardzo anonimowe.
Nawet ich samochody służbowe były inne niż pozostałych i najczęściej pochodziły z konfiskaty od pijanych kierowców. Jemu dostało się eleganckie BMW 5 w kolorze krwistej czerwieni, które co prawda zwracało na siebie uwagę, ale zdecydowanie nikt nie wiązał go z autem policjanta. Hardy prosił o Skodę, bo w trakcie wydarzeń w Sosnowcu to auto sprawdziło się znakomicie, ale mina Michniewicza, gdy wręczał mu kluczyki, ucięła wszelkie dyskusje.
-?Czyli mam niby urlop -?powiedział na głos.
Wpisywało się to idealnie w jego plany. Nie, nie musiał odpoczywać, trafił do tej jednostki miesiąc temu i już miał za sobą trzy rozwiązane sprawy, a z każdą czuł się coraz bardziej wypoczęty. Moment, w którym jego cel padał na ziemię skuty kajdankami, był jak weekend w SPA. Gdy leżał zatłuczony garnkiem też. Nie oszukujmy się. Hardy nie lubił się oszukiwać. Już nie.
Nie chodziło o wypoczynek, tylko o sprawdzenie tego błysku, który nieraz się pojawiał podczas jego pracy. Przeczucia? Może. Cokolwiek to było, nie dało się tego ująć w protokole na tyle wiarygodnie, by zostać oddelegowanym do sprawy. Ale jednak było. Jak dźwięk na granicy słyszalności, gdy pytasz kolegę stojącego obok "słyszysz?", a on odpowiada "ale co?". Jego reakcja mówi jasno, że to jest tylko na twoim poziomie postrzegania, że możesz tłumaczyć, że to takie "szu-szu", ale kolega i tak tego nie złapie, ani on, ani nikt inny. Jeśli będziesz drążył, to poradzi udać się do lekarza specjalisty, najlepiej psychiatry. Zatem lepiej zostawić to dla siebie.
Ten przebłysk, ten ledwo słyszalny szum skierował go na festiwal piosenki turystycznej Muzyczne Roztocze. Hardy nie przepadał za turystyką, pieszymi wędrówkami czy zdobywaniem gór, dlatego zdziwił go nieco fakt, że ludzie oddający się tej formie spędzania wolnego czasu mają jakieś swoje piosenki, a te znowu można usłyszeć na festiwalach. Do tej pory wydawało mu się, że jedyna kasta, która spotyka się przy gitarach, to żeglarze, którzy męczą wszystkich tymi swoimi szantami. Wystarczyło, że ktoś kupił używany ponton, i natychmiast zaczynał marzyć o wybieraniu szotów, refowaniu bukszprytu i pirackim życiu. Ale żeby ci z plecakami też?
Wziąwszy pod uwagę powyższe czynniki, nie dziwił się, że nie kojarzy żadnego z artystów, którzy mieli się pojawić na tym wydarzeniu ściągającym z całego kraju amatorów turystycznych wędrówek. Festiwal odbywał się na pograniczu Podkarpacia i Lubelszczyzny, a dokładnie niedaleko mieściny o wdzięcznej nazwie Susiec. Nazwy wiosek były w tej okolicy dość intrygujące, bo niedaleko wspomnianego Suśca na mapie dostrzegł takie wioski jak Hamernia czy Oseredek. Zapowiadało się egzotycznie i raczej kameralnie, bo całe Roztocze było miejscem pokrytym gęstymi lasami poprzecinanymi małymi rzeczkami.
W jakim celu komisarz Paweł Hardy wstukiwał właśnie w nawigację cel podróży do miejsca, do którego w normalnych okolicznościach nigdy by się nie wybrał? Otóż był taki jeden muzyk, którego musiał usłyszeć na żywo. Zamierzał nawet prosić swojego przełożonego o zgodę na ten wyjazd, ale skoro ten sam kazał mu odpocząć, to tylko lepiej.
Okazało się, że czeka go czterogodzinna podróż. Musiał przygotować się na nocleg, więc postanowił po drodze wpaść do wynajętego mieszkania na warszawskim Natolinie, aby zabrać rzeczy na dwudniową podróż. Nie lubił Warszawy, a w samym mieszkaniu pojawiał się głównie po to, aby się przespać, i to raz na kilka dni, bo specyfika jednostki polegała na działaniu na terenie całego kraju.
Pięć godzin później przeklinał już lokalne drogi Roztocza, nie zawsze ładne i równe, za to bez wyjątku wąskie. Wjechał do Suśca, niedużej wsi na pierwszy rzut oka składającej się z kręgosłupa w postaci drogi, z którego wyrastały żebra bocznych dróżek, a wszystko kończyło się pniem mózgowym złożonym z kilku sklepów i budynków gminy. Na rondzie odbił w prawo i ruszył do miejsca o kolejnej ciekawej nazwie, czyli Rebizanty. Tam właśnie kierowano gości zmierzających na festiwal. Tak przynajmniej informowała strona internetowa poświęcona wydarzeniu.
Scena została usytuowana u stóp łagodnego wzgórza nieopodal wodospadów zwanych Szumami na Tanwi. Siedzący na trawiastym zboczu goście spoglądali na ustawioną poniżej zadaszoną platformę, na której prezentowali się artyści mniej i bardziej znani. Dziś był piątek i w świat płynęły z głośników dźwięki tych muzyków, którzy jeszcze nie przebili się do świadomości masowego odbiorcy, chociaż czy można było w ogóle mówić o czymś takim w odniesieniu do piosenki turystycznej? W każdym razie zespoły takie jak Stare Dobre Małżeństwo, Cisza jak ta czy Dom o Zielonych Progach miały uświetniać sobotę, ale dziś na koniec imprezy zaplanowano występ człowieka, dla którego Hardy tu przyjechał, czyli Janka Muzykanta.
Dziwna to była persona, jego nazwiska nikt nie znał, nie posiadał żadnego profilu w mediach społecznościowych, nie wydał ani jednej płyty, a jednak przyciągał wielu odbiorców. Aparycję miał godną pseudonimu, choć wspomniany bohater noweli Sienkiewicza zmarł, pacholęciem będąc, ale gdyby dożył pięćdziesiątki, zapuścił brodę i włosy do piersi, a na głowę wsadził kapelusz z rogożyny, pewnie niczym by się nie różnił od mężczyzny, którego występ zapowiedziano na godzinę dwudziestą pierwszą.
Hardy przybył na miejsce już koło siedemnastej, dzięki czemu mógł najpierw zjeść trochę lokalnych specjałów, kupić coś do picia w sklepie U Gargamela, zlokalizowanym na parkingu przy brzegu rzeczki Tanew, no i zasięgnąć języka.
-?Ładna pogoda -?zaczął, stojąc przy namiocie koła gospodyń wiejskich z Suśca.
-?Dzisiaj tak -?odpowiedziała młoda kobieta w stroju stylizowanym na ludowy. -?Jutro podobno ma się spaprać. Ale to dobrze, bo susza straszna. A pan na koncert?
-?Na Janka Muzykanta -?potwierdził Paweł i wskazał palcem wielką patelnię z pierogami ruskimi. -?Osiem poproszę.
-?A, na tego -?skomentowała gospodyni z westchnieniem, jakie matki wydają, mówiąc o niepokornych synach. -?Taki nasz koloryt, jak to mówią. Niby artysta.
-?Dlaczego niby?
-?Jak pan chce, to za pół ceny chleb ze smalcem i ogórkiem kiszonym dorzucę.
-?Poproszę.
-?No taki artysta nie artysta. Jak sezon, to siedzi w tym kapeluszu przed chałupą i patyk struga, ludzie zachodzą, coś im zagra, sprzeda fujarkę, bo on instrumenty produkuje. Tak mówią, ja żadnego poważnego nie widziałam. Ale co w zimie robi, to cholera wie. Coś do picia?
-?Kompot domowy? -?zapytał Hardy.
-?Oczywiście -?odparła kobieta. -?Porzeczkowy. Sama gotowałam.
-?To poproszę.
-?Ale że pan słucha takiego grajka, no to dziwne -?stwierdziła gospodyni i otaksowała komisarza wzrokiem, jakby brała właśnie miarę na garnitur.
-?Dlaczego?
-?Za nim to jeżdżą albo młode takie z wiankami na głowach, albo stare, co to wianek już dawno straciły. Kobiety. Faceci nie bardzo. Szczególnie tacy.
-?Jacy?
-?Lubiący smalec i ruskie pierogi okraszone słoniną. -?Puściła mu oko. - Dziś w każdym razie nie popada. Udanego koncertu.
Hardy podziękował, zabrał tackę z jedzeniem i usiadł przy jednym z rozkładanych stolików, będących punktem obowiązkowym każdego festynu w Polsce. Jadł i lustrował dokładnie okolicę, żeby nic go nie zaskoczyło w razie jakiejkolwiek akcji. Dobrze zrobił, że nie jadł żadnego gównianego żarcia po drodze, bo pierogi były wyborne. Cienkie, sprężyste ciasto, ser w farszu taki, jak lubił, nieco ziarnisty, mocno przyprawiony grubo mielonym pieprzem i smażoną cebulką, a na wierzchu zarumieniona słoninka i boczek. Smalec na grubej pajdzie domowego chleba niemal wpływał do ust, nie miał w sobie nawet cienia tej paskudnej szorstkości kiepskiego tłuszczu, za to dało się wyczuć całą mieszankę troski i uwagi, jaką poświęciła mu gospodyni w długim procesie przygotowywania, a to wszystko w aromacie wędzonki i tego ulotnego, kremowego zapachu ni to wiśni, ni jałowca. Ogórek chrupał jak kość w zębach psa, zalewał kubki smakowe kwaśną błogością, po czym rozpędzał dotychczasowe smaki niczym oddział policji wpadający w kiboli na meczu i krzyczał: "Jam jest król!". O tak, dla tych smaków warto było tutaj przyjechać. Dopełnił rozkoszy kubkiem porzeczkowego kompotu.
Kiedy zjadł, wyrzucił tacki do kosza, po czym ruszył, aby zająć miejsce na widowni. Nie było tu żadnych krzeseł, po prostu kilka metrów zarezerwowano dla tych, co będą chcieli usiąść na trawie, nieco dalej ustawiono kilkanaście ławek. Paweł usiadł nieco z boku na trawie, na jednej z poduszek przygotowanych przez organizatorów. Musiał być blisko, nie mógł uronić ani jednego słowa z występu tego muzyka. Wysłuchał w spokoju występu Kapeli Dudków, w trakcie którego zaczęło przybywać ludzi, a później bił głośno brawo, gdy gwiazda wieczoru wdrapała się na scenę.
-?Szanowni goście naszego wydarzenia! -?Prowadzący był ubrany w strój ludowy ograniczony do szarej koszuli obszytej pod szyją krajką, skórzanego pasa, lnianych spodni, sandałów i słomkowego kapelusza. - Przed wami muzyk wyjątkowy, dla którego absolutnie nie liczy się sława, liczba sprzedanych płyt, wywiady czy fanki rzucające się na szyję. Prosił nawet o ograniczenie tego ostatniego, bo ostatnio ma problemy z kręgosłupem.
Po zgromadzonych poniósł się śmiech. Śmiał się także Hardy.
-?Nie znajdziecie ani jednego przeprowadzonego z nim wywiadu, a sam o sobie nie zdradza ani słowa. Dlaczego? Gdy go o to przed chwilą zapytałem, oznajmił jedynie, że nie udziela wywiadów.
Zebrani ponownie się zaśmiali.
-?Ale zgodził się powiedzieć słowo lub dwa, bo przecież jest u siebie, on nasz, tutejszy. Janko powiedział, że on tylko muzykuje, a to się bierze z duszy, a tej znowu nikomu sprzedawać nie należy. "Im człowiek więcej mówi, a mniej śpiewa, tym mniej śpiewa, a więcej mówi". Tak powiedział.
Polana niedaleko Szumów jeszcze raz rozbrzmiała śmiechem oczekujących na występ. Za plecami konferansjera muzyk szykował się do występu, ustawiał krzesło, stojak pod gitarę, mikrofon na odpowiednią wysokość.
-?To, że sam o sobie mówi niewiele, nie oznacza, że niczego o nim nie wiemy. Mieszka tutaj, po sąsiedzku. Roztocze ma w sercu i to ono mu w duszy gra. Przestrzegam wszystkich, którzy go jeszcze nie słuchali, że właśnie przyjmujecie pierwszą dawkę narkotyku. Uzależnicie się. Zakochacie. Będziecie za nim podążać.
Muzyk w końcu usiadł na wysokim krześle, ułożył instrument na kolanach, co było najwidoczniej znakiem, że można zaczynać.
-?Drodzy zebrani, przed wami Janko Muzykant!
Nikogo nie trzeba było zachęcać do braw, bo te przetoczyły się po polanie niczym grzmot wiosennej burzy, jeszcze niepewny, ale wyczekiwany i aprobowany. Muzyk siedział na wysokim krześle, z lekko przymkniętymi oczami. Włosy do ramion mieniły się od światła reflektorów zamontowanych na scenie, a długa posiwiała broda lekko drgała najpewniej poruszana delikatnymi, ledwie wyczuwalnymi podmuchami wiatru. Wszystko cichło, jakby nie tylko ludzie, ale nawet i roztoczańska przyroda nie chciała przeszkadzać i czekała na ten występ od dawna.
I wtedy Janko zaczął grać. Jego palce uderzały w struny gitary jak zaprogramowane, a ciepły, choć nieco chropowaty głos zabierał zgromadzonych w podróż po pięknych krainach zielonych łąk, osnutych mgłami wzgórz, czystych rzek i życia upragnionego, a jednocześnie nieuchwytnego. Bez wymagających szefów, deadline'ów, rachunków do opłacenia i rat kredytu za ciasne mieszkanie. Życie wytyczane równym krokiem turystycznych butów, odpoczynkiem w cieniu drzewa, przymknięciem oczu w ciepły wieczór wypełniony śpiewem ptaków, ciepłą herbatą niesioną w termosie, uśmiechem na szlaku podarowanym przez człowieka zmierzającego w przeciwnym kierunku.
Hardy nie dał się temu porwać, to nie były jego klimaty. Rozumiał zebranych, nie dziwił się ich uśmiechniętym twarzom, które niepokojąco przypominały ludzi po przyjęciu ulubionego narkotyku, nawet podobała mu się ta atmosfera nieco przypominająca spotkanie z przywódcą sekty, który ogłasza prawdy objawione. Tak po prostu działała na ludzi muzyka. Ale temu nie ulegał, tak jak abstynent patrzący na zataczających się imprezowiczów nie nabiera nagle chęci na pierwsze piwo w życiu. Nie po to tu był.
On czekał na tę jedną piosenkę, którą Janko grał na koniec. Przyjechał tu tylko dla tego jednego kawałka i zaczynał się bać, że jeśli go nie usłyszy, będzie musiał podążać za artystą na kolejny koncert. Taki los człowieka, dla którego przekaz piosenki jest istotny, a dla Hardego był. Wiedział, że na wybranych występach Janko prosi wszystkich o ciszę, wyłączenie komórek i nienagrywanie kolejnego utworu, bo ten jest dla niego ważny. Oczywiście zawsze znalazł się ktoś, kto nie uszanował prośby, i właśnie w taki sposób Hardy trafił na tę piosenkę. Wszelkie nagrania znikały z przestrzeni internetowej w kilka minut, ale Paweł widział oryginalne wideo, niestety nieostre, z nieco niewyraźnym dźwiękiem, stąd też musiał to ujrzeć na żywo.
Byli na Roztoczu, krainie, w której podobno Janko Muzykant żył i tworzył, istniała więc duża szansa, że artysta postanowi właśnie w tym miejscu zagrać ten jeden, wyjątkowy, unikalny utwór.
Po godzinie muzyk odłożył gitarę i sięgnął po kufel stojący na małym stoliczku. Upił drobny łyczek piwa z miodem, po czym odchrząknął i zbliżył usta do mikrofonu.
-?Wspaniale, że tu jesteście, wszechświat się cieszy, łąki radują, drzewa wam kłaniają -?powiedział głosem, w którym nuty radości były aż nadto słyszalne. -?Jednak przyszła noc, czas ciszy, czas wytchnienia, czas odpoczynku, czas duchów czyhających na tych, którzy nie zdążą przed zmrokiem wrócić do domu. Pora kończyć.
Hardy przymknął oczy. Jeśli ten dziad nie zagra tej piosenki, będzie musiał wracać z niczym, nie zaspokoi swojej ciekawości, a tego bardzo nie lubił.
-?Nie lękajcie się -?mówił dalej Janko Muzykant. -?Dzisiejszej nocy nic wam nie grozi. Zostawię was z pieśnią wyjątkową, która jest niczym pieczęć trzymająca na uwięzi wszystkie stworzenia przyczajone w mroku. Jednak jej moc tkwi w tym, że jest to pieśń tajemna, tylko dla wybranych. Dla was. Dla tych, którzy przybyli dziś nad piękną Tanew i biorą udział w rytuale, bo to właśnie rytualne pieśni niegdyś nas chroniły przed złym. Niech chroni i was. Jesteście gotowi?
-?Tak! -?odpowiedziały dziesiątki głosów sklejonych w jeden szum.
-?Jeszcze możecie odejść, jeśli się obawiacie. Proszę, aby nikt nie nagrywał tej pieśni, uszanujcie to. Ona jest tylko dla was i jeśli popłynie w świat, jej moc zniknie, niczym błysk gwiazdy spadającej sierpniowej nocy nad naszymi głowami.
Hardy zobaczył, jak ludzie chowają telefony do kieszeni, plecaków i rozglądają się bacznie po sąsiadach, sprawdzając, czy aby nikt nie próbuje się wyłamać. On niczego nie chował. Od samego początku miał na nosie okulary, które zamówił z chińskiej platformy zakupowej. Przekazywały obraz bezpośrednio do jego telefonu całkowicie niezauważenie. Musiał mieć to nagrane. Dla pewności.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki