Hotelowe łóżko okazało się być najwygodniejszym, w jakim policjantka do tej pory spała. Puchowa pościel tuliła ją całą noc, a kiedy budzik w telefonie zawibrował, czuła się wyspana, co zdarzało się raz na kilka lat. Blacha przeciągnęła się na łóżku, skupiając uwagę na plecach. Z entuzjazmem zauważyła, że tego ranka ból po prostu znikł. Choć wiedziała, że za kilka godzin wróci, uśmiechała się szeroko, ciesząc się tą chwilą. Czasami ból był tak duży, że nie pozwalał jej podnieść się z łóżka.
Leżąc z rękami pod głową, przypomniała sobie, jak pierwszy raz ból zniknął przed kilkoma miesiącami. Było to również po nocy spędzonej w drogim hotelu. Wówczas pomyślała, że ból nie jest spowodowany pozostałościami po Wampirze z Częstochowy, lecz materacem w domowym łóżku. Wybrała się więc do jednego z droższych sklepów w mieście, aby nabyć odpowiedni. Jego zakup musiała wspomóc kredytem na zero procent. Po dwóch kolejnych nocach, które okazały się być dla niej bardzo bolesne, musiała przyznać, że sama siebie naciągnęła na dwudziestomiesięczny kredyt.
Usiadła na brzegu łóżka. Pocierając stopą po delikatnym białym dywanie, przeczytała esemesa od Żuchowskiego. Dowiedziała się więc, że o dziewiątej zabierze ją spod hotelu na spotkanie z Michalczukiem.
Policjantka postanowiła skorzystać z gościnności ministra. Konkretnie z jego lekkiej ręki do wydawania publicznych pieniędzy. Zamówiła śniadanie do pokoju. Czekając na serwis, rozłożyła na łóżku zdjęcia zamordowanych kobiet. Tym razem w takiej kolejności, w jakiej odnaleziono ich ciała, dłuższą chwilę stała i przyglądała się ułożeniu ciał. Wiedziała, że sprawca chce coś przekazać, lecz nie potrafiła jeszcze rozszyfrować co. Przekręcała zdjęcia i rozrzucała je w przypadkowej kolejności. W pewnym momencie z myśli wyrwało ją pukanie do drzwi. Wzdrygnęła się i podbiegła otworzyć zasuwę, na którą zawsze zamykała hotelowe drzwi od środka. Nauczyła się tego po makabrze w jednym z hoteli w Karpaczu. Recepcjonista, pełniący jednocześnie funkcję nocnego stróża, otwierał drzwi do pokoju gości uniwersalnym elektronicznym kluczem i zadźgał w ten sposób dwadzieścia dwie osoby. Przeżyły trzy, które miały zaryglowane drzwi na zasuwę.
Pokojówka postawiła na stoliku śniadanie. Jajecznica, mimo że wspaniale wyglądała, nie smakowała nawet w połowie tak dobrze, jak ta, którą wczoraj zaserwował jej w pociągu mistrz Roman. Za to kawa była idealna. Czuć było, że nie należała do najtańszych i jeszcze raz Blacha wspomniała ministra, patrząc na park znajdujący się za oknem.
Równo o dziewiątej funkcjonariuszka pojawiła się w hotelowym holu. Wyjrzała przez duże szklane drzwi i przed wejściem zobaczyła Żuchowskiego. Uśmiechnęła się, patrząc, jak delektuje się on smakiem papierosa. Zerknęła też na jego strój: zielony, opięty golf i sportowa marynarka przypadły jej do gustu. Jej uwadze nie uszła staranność, z jaką Żuchowski dobierał obuwie. Nie kryła swojego zdziwienia. Większość mężczyzn w jej wydziale nosiła stare, zużyte "najki".
- Dzień dobry - przywitała się cieplej, niż ich relacja by na to wskazywała.
- Dzień dobry. Jak się spało? W takim hotelu to przyjemność, co?
- Iście królewska. Ciekawa jestem, czy równie wygodne są hotele w Krakowie.
- Jak przyjadę kiedyś rozwiązać sprawę waszego mordercy, to ci powiem - dogryzł jej lekko. - A teraz zapraszam do karocy, bo Michalczuk nienawidzi spóźnialskich.
Silnik starego volkswagena odpalił po pierwszym przekręceniu kluczyka, z czego jego właściciel był najbardziej dumny. Ed Żuchowski chwalił się, że auto ma dwa plusy. Pierwszym jest fakt, że nie ciąży na nim żaden kredyt, czyli jest spłacone, a drugi, że choć kopciuch diesel, to odpala za pierwszym razem niezależnie od pory dnia, nocy i roku.
- Wczoraj po powrocie do domu zainstalowałem aplikację, o której rozmawialiśmy - powiedział Ed, sięgając po telefon, który leżał w schowku pod radiem. - Świetnie pomyślane, wiesz, jak to działa?
Blacha skłamała, że nie. Wstydziła się, że parę miesięcy temu była na kilku randkach za pośrednictwem aplikacji. Myślała, że pozna miłego, zaradnego mężczyznę, którego pokocha z wzajemnością. Z czasem jednak musiała spojrzeć prawdzie w oczy, że za pośrednictwem internetowej aplikacji do randkowania można jedynie umówić się na seks, pod warunkiem że partner w ogóle się pojawi. Na pięć umówionych spotkań odbyły się dwa. Jedno z mężczyzną, który ciągle opowiadał o swojej byłej żonie i zarzekał się, że nigdy już z taką suką się nie ożeni. Imienia drugiego Blacha nawet nie pamiętała.
- Zatem logujesz się za darmo - kontynuował policjant, wyrywając koleżankę z zamyślenia. - Dookreślasz swoją lokalizację, wrzucasz zdjęcia i robisz opis. Potem oglądasz profile innych i jak ktoś ci się podoba i ty jemu, możesz do niego napisać.
Blacha otworzyła aplikację na telefonie kolegi. Była zdumiona, gdy ujrzała, że Żuchowski zalogował się jako Alinka, dwudziestoletnia brunetka o piwnych oczach. Opis przypadł jej do gustu, bo był wzorowany na wspólnych cechach ofiar. Alinka była więc kobietą wesołą i radosną, uwielbiała podróże i czerpała z życia pełną piersią. Żuchowski wspominał też o studiach i dojazdach na zajęcia, a to policjantka uznała za dobre posunięcie.
- Ładne zdjęcie - skomplementowała. - Nie wiedziałam, że masz warkoczyki - dodała, wybuchając śmiechem.
- Nie sądziłaś chyba, że zaloguję się jako komisarz Ed Żuchowski, lat czterdzieści? Przypomnę, że nie ja szukam tam miłości, a my. - Policjant wskazał palcem na siebie i Blachę. - Szukamy tam sprawcy. Jak będziemy mieli odrobinę szczęścia, to może Łowca odpisze.
- Skąd masz zdjęcie?
- Z internetu. Ściągnąłem fotkę przypadkowej dziewczyny, chyba z Australii.
- To nie jest zakazane? - upewniała się policjantka.
- Pewnie jest. Zakładam jednak, że dziewczyna nie będzie w najbliższych dniach szukać samej siebie w Polsce. - Puścił porozumiewawczo oczko i się uśmiechnął.
O dziewiątej trzydzieści policjanci zjawili się w gabinecie Michalczuka, który mieścił się na jedenastym piętrze jednego z bloków, co Blacha uznała za chichot losu.
Drzwi otworzył mężczyzna w podeszłym wieku z lekko przerzedzonymi, siwymi włosami i o wąsie w takim samym kolorze. Głos miał spokojny, trochę monotonny, wprowadzający w trans. Uśmiechał się szczerze, co bardzo przypadło policjantce do gustu. Rzadko miała okazję widywać szczery uśmiech. Gdyby chciała opisać mężczyznę jednym zdaniem, powiedziałaby o nim dobry tata, który przytula swoje dzieci.
I taki właśnie był zawód Michalczuka. Przytulić rozentuzjazmowane dusze i naprowadzić je na prawidłowe tory.
- Urszula Krawczyk - powiedziała, ściskając dłoń mężczyzny.
- My się znamy. Współpracowaliśmy przy sprawie z Częstochowy -powiedział psycholog, trzymając dłoń kobiety. - Być może pani nie pamięta, ale opiniowałem stosunek sprawcy do dewocjonaliów.
- Oczywiści, że pamiętam! - niemal wykrzyknęła. - Pański raport uzmysłowił mi, gdzie szukać sprawcy. Dziękuję raz jeszcze za pomoc - dodała, kiwając lekko głową.
- Cieszę się, że mogłem pomóc. Zapraszam dalej.
Pokój, w którym przyjmował psycholog, był jasny i przesadnie ciepły. Znajdowały się w nim dwa krzesła i leżanka rodem z hollywoodzkich filmów. Na biurku paliła się lampka, a pod nią leżała książka, której czytanie mężczyźnie ewidentnie przerwano.
- Napiją się państwo czegoś? - zapytał terapeuta, wskazując im miejsca.
Oboje pokręcili przecząco głowami.
- Przejdźmy od razu do rzeczy - zaproponował Żuchowski, zasiadając na krześle przy biurku.
Ula zajęła miejsce naprzeciwko terapeuty, wyglądając bardziej na pacjentkę niż na policjantkę, która szuka najbrutalniejszego sprawcy w dziejach miasta.
- Oczywiście - zaaprobował terapeuta. - Pan Żuchowski - ciągnął dalej - stwierdził, że ma pani kilka pytań dotyczących mojego opisu psychologicznego sprawcy, proszę zatem pytać.
- Pytań absolutnie do pana nie mam, bo raport jest napisany sumiennie i rzetelnie. - Połechtała ego psychoanalityka, aby zyskać jego przychylność jeszcze bardziej. - Zastanawiam się jednak, skąd tak usilne przekonanie w panu, że sprawca grasuje na dworcu...
- Była pani na dworcu, jak mniemam... Co przykuło pani uwagę?
- Poza czterema napisami informującymi o tym, że jestem na Łodzi Kaliskiej, Łodzi Kaliskiej, Łodzi Kaliskiej... - wyliczała.
- Tak.
- To chyba nic szczególnego. Dworzec jest raczej mały jak na miasto, które ma ponad pół miliona mieszkańców. Wszystko jest tam pozamykane. Nie ma nawet informacji ani kiosku, w którym można kupić batonika. - Ostatnie słowa policjantka dodała z lekką irytacją.
- Jednym słowem, można powiedzieć, że jest wymarły.
- Tak. Jest jeszcze jedna rzecz, która kłuje w oczy. Mianowicie brak windy. Trzeba zejść po schodach, co trochę mnie dziwi, bo dworzec był do niedawna używany jako "główny".
- Otóż to! Brak windy pozwolił wysnuć mi hipotezę, że sprawca ma jakąś ułomność ruchową, która w łatwy sposób pozwala mu zaczepić ofiary. Te z kolei nie widzą zagrożenia. Człowiek zawsze czuje się bezpieczniej przy kimś z dysfunkcją, bo sam wydaje się wówczas silniejszy.
- Panie Czesławie, proszę nie zrozumieć mnie źle, ale na ułomność ruchową można również zaczepić w parku czy w supermarkecie. A pana zdaniem sprawca grasuje na dworcu. Dlaczego?
- Po pierwsze kobiety wsiadają do pociągu na stacji startowej. Po drugie to miejsce, gdzie najłatwiej zaczepić nieznajomą osobę w tak młodym wieku. Stąd też moje założenie, że sprawcą jest dojrzałym mężczyzną. Na pewno jest też zadbany, co znowu wnioskuję po wyglądzie tych młodych kobiet. Z obdartusem nie chciałyby rozmawiać. Jak to mówi dzisiejsza młodzież; nie ta liga. Rozumie pani?
Blacha przytaknęła głową i uśmiechnęła się do rozmówcy, zachęcając go do kontynuowania wywodu.
- Zatem sprawca podchodzi do młodej kobiety i prosi ją o pomoc w zniesieniu bagażu i dostarczeniu go do auta, bo jak pani widziała, wystarczy zejść z peronu, skręcić w boczne wyjście i jest się na ciemnym parkingu pod peronami.
- Idealne miejsce, żeby kogoś porwać, wrzucając go do auta - wtrącił Żuchowski.
Czesław Michalczuk przytaknął spokojnym skinieniem głowy.
Blacha założyła nogę na nogę. Uwadze psychologa nie umknął cień bólu, jaki przeszył jej twarz podczas tej prostej czynności. Chciał zapytać, czy wszystko w porządku, ale wycofał się w ostatniej chwili, dając wygrać zawodowemu nawykowi zostawiania ludziom przestrzeni.
- Słusznie. Nie mogę pojąć, dlaczego dworzec, skoro ofiary znajdowane są w dość znacznej odległości od stacji?
- Jeśli dokonała pani oględzin miejsc, w których znaleziono martwe kobiety, to z pewnością zauważyła pani, że najprawdopodobniej zamordowano je gdzie indziej. Innymi słowy, pani Krawczyk, sprawcy nie robi różnicy, jak daleko od dworca kolejowego zostawia swoje ofiary. One już wtedy nie żyją.
- Zastanawiał się pan, dlaczego akurat to jedno osiedle? - dociekała policjantka.
- Myślę, że odpowiedź jest bardzo prozaiczna. Mianowicie, sprawca zna to miejsce.
- Mieszka tam...
- Możliwe. Równie dobrze mógł tam dorastać.
- Lub pracować - wtrącił Żuchowski.
- Jakiś dozorca? - odpowiedziała pytająco Blacha.
- Muszę przyznać, że jest to jakaś hipoteza - pospieszył z odpowiedzią psycholog.
Ed nie czekał na koniec wypowiedzi Michalczuka. Wyszedł z gabinetu i wybrał numer do swojego szefa. Poprosił o sprawdzenie firm sprzątających osiedle i wytypowanie potencjalnych sprawców. Chciał, aby koledzy skupili się głównie na dewiantach, chorych psychicznie, a przede wszystkim na ludziach, którzy mieli już zatarg z prawem. Rzadko kiedy zdarzało się, że pierwszą zbrodnią popełnioną przez kogoś było morderstwo. Komendant obiecał, że zajmie się tym osobiście. Ed uśmiechnął się na tę informację i pomyślał, że zainteresowanie ministra potrafi wykrzesać energię do pracy nawet z jego otyłego szefa.
Ed oparł się o ścianę i zapalił papierosa. Czuł napięcie w karku, które zawsze towarzyszyło mu podczas dużego stresu. Wiedział, że zostało im niewiele czasu. Liczba ofiar zaczęła gwałtownie rosnąć. Rzucił niedopałek na podłogę i zdusił go butem. Odczekał chwilę, aż zapach papierosów się ulotni i wszedł z powrotem do środka.
- Właśnie opowiedziałam panu Michalczukowi o twoim pomyśle z aplikacją - zagaiła Blacha, gdy Ed stanął w drzwiach.
- I co pan o tym sądzi? - Żuchowski skierował wzrok na Michalczuka, który siedział z nogą założoną na nogę, jak zwykle spokojny i uśmiechnięty.
Policjant zwrócił uwagę, że Michalczuk ma gołe stopy, a na nich klapki. Na spotkanie w tak ważnej sprawie ubrany w ten sposób mógł przyjść tylko ktoś, kto naprawdę nie ma problemu z poczuciem własnej wartości.
- To zmieniłoby całkowicie rys psychologiczny sprawcy. Teraz może nim być każdy, kto potrafi prowadzić auto i obsłużyć komputer. - Psycholog spojrzał przed siebie z nieukrywaną bezsilnością.
Milczeli przez dłuższą chwilę, w końcu Michalczuk bez słowa podniósł się ze swojego miejsca i poszedł do toalety. Gdy wrócił, zapach mydła wypełnił cały pokój. Blacha bez trudu go rozpoznała. Takiego samego mydła w kostce używało się w jej rodzinnym domu.
Żuchowski sprawdził w internecie, że aplikacja, którą zainstalował, szczyci się tym, że ma ponad dwa i pół miliona aktywnych użytkowników w Polsce. Był to jeden z najlepszych wyników w Europie Środkowo-Wschodniej. Po zapoznaniu się ze statystyką cała trójka musiała przyznać, że znalezienie sprawcy, to jak szukanie igły w stogu siana.
Mijały kolejne minuty i żadne się nie odezwało. Blacha chowała włosy za ucho i obiecała sobie, że pierwsze, co zrobi po wyjściu z gabinetu, to zakup kilogramowej torby z gumkami do włosów.
- Rozumiem, że chcecie sprowokować potencjalnych sprawców do kontaktu - zagaił Michalczuk.
- Mamy taką nadzieję, że ktoś się odezwie - zaczął Żuchowski i pokazał stworzony przez siebie opis w aplikacji.
- Bardzo dobry. Pasuje do profilu. Wzmianka o pociągach również bez precedensu. - Psycholog pstryknął palcami.
Kilka godzin po zainstalowaniu aplikacji telefon Żuchowskiego wskazywał ponad czterdziestu zainteresowanych kontaktem.
- Panie Czesławie, jak spośród czterdziestu ludzi wyselekcjonować tego jednego?
- Możemy również pokierować rozmową w ten sposób, że sprawca sam nam o tym powie - skonkludowała Blacha.
- W jaki sposób? Przyzna się, że jest mordercą? - zapytał bez cienia ironii Ed.
Michalczuk klasną w dłonie i delikatnie się wyprostował. Bał się, że rozmowa policjantów przeistoczy się w kogucią walkę o lepszy pomysł. Jako specjalista z zakresu ludzkich zachowań wiedział, że wydłuży to jedynie śledztwo i do niczego nie doprowadzi. Kłótnie z reguły nie prowadzą do niczego dobrego, mimo że niosą ze sobą uwolnienie ładunku negatywnej energii i oczyszczają atmosferę, przeważnie komplikują relację na kilka kolejnych dni.
- W każdej rozmowie będziemy podkreślać, że wracamy do Łodzi za dwa dni. Sprawca sam wskaże dworzec, z którego może odebrać naszą Alinkę - powiedział Michalczuk.
- To może, Blacha, będziesz odpowiedzialna za rozmowy? - Ed wyciągnął w kierunku koleżanki telefon.
- Wręcz przeciwnie. - Psychoanalityk poderwał się na równe nogi. - Myślę, że pan zrobi to lepiej od koleżanki, bo...
Ed zrobił się czerwony na twarzy. Serce chciało wyskoczyć mu z piersi. Bał się, że Michalczuk mimowolnie ujawni jego sekret. Sekret, z którym przyszedł do gabinetu lata temu i którego mimo terapii nie potrafił wyjawić nikomu.
- Bo zna pan miasto i jego specyfikę - dodał pospiesznie Michalczuk, puszczając oczko do swojego byłego pacjenta.
Ed sprawdzał dodatkowe funkcjonalności aplikacji. Ku jego zdziwieniu usługa "komunikacji" była płatna. Nie chciał robić z siebie błazna i prosić o refakturę poniesionego kosztu na kwotę stu złotych, więc podał numer swojej karty kredytowej. Gdy tylko płatność została pobrana, uszczuplając jeszcze bardziej finanse policjanta, mógł sprawdzić, kto zaczął obserwować stworzony fikcyjny profil.
- Wytypowanie potencjalnego sprawcy wydaje się być jednak łatwiejsze - zaczął Żuchowski. - Zapłaciłem za dostęp premium i mogę od razu zobaczyć, kto jest moim adoratorem. Spośród czterdziestu paru połowę mogę skreślić od razu.
Michalczuk i Blacha patrzyli na policjanta ze zdziwieniem. Żuchowski odwrócił w ich kierunku telefon tak, że mogli widzieć profile potencjalnych sprawców.
- Bo to dzieci. Ten tutaj ma chyba z piętnaście lat, ten siedemnaście, ten wygląda na czternaście - wyliczał Żuchowski.
- Nie wiedziałam, że dzieci mogą korzystać z takich aplikacji - wtrąciła Blacha, biorąc od Żuchowskiego telefon. - Ten tutaj ma chyba tylko trzynaście.
- Kłamią pewnie w sprawie wieku. Jak się rejestrowałem, musiałem podać dokładną datę urodzenia.
- Pan też skłamał - zripostował Michalczuk. - Świat już jest tak skonstruowany, że ludzie kłamią. Zresztą proszę sobie wyobrazić świat bez kłamstw. Czy byśmy w ogóle rozmawiali ze sobą? - Michalczuk zakończył retorycznym pytaniem. Chciał kontynuować wywód, lecz wiedział, że to nie czas i miejsce na filozoficzne dywagacje. Wziął telefon Żuchowskiego do ręki i pomógł policjantom zrobić wstępną selekcję spośród pełnoletnich użytkowników portalu. Oglądał poszczególne zdjęcia, wykazując się ogromną wiedzą z zakresu mowy ciała. Podpowiedział Żuchowskiemu, żeby dawał każdemu szansę napisania do "Alinki" i nie dyskredytował nikogo.
Po kilkunastu minutach i iluś przeczytanych opisach Michalczuk wytypował dwóch mężczyzn, którzy, jak się wyraził, wyglądają podejrzanie.
Blacha przyjrzała się profilom. Na jednym z nich był mężczyzna ubrany w brązowopopielaty garnitur w niebieskie prążki. Miał idealnie dopasowaną koszulę. Niebieski krawat, który dodawał mu powagi i elegancji. Wyglądem przypominał sprzedawcę z dobrego salonu samochodowego. Mężczyzna uśmiechał się nieśmiało do zdjęcia wykonanego w lustrze.
- Dlaczego akurat on? - zagaiła Michalczuka.
- Proszę spojrzeć, jak stoi.
Rzeczywiście mężczyzna stał nierówno. Jedno z kolan miał wygięte w bok, co mogło oznaczać zarówno dysfunkcję ruchową, jak i ułożenie ciała do zdjęcia.
- Poza tym - ciągnął Michalczuk - facet nie patrzy ani w lustro, ani w kamerę, ma mętny wzrok, jakby nie chciał się zobaczyć. Pod postem napisał, że prowadzi dobrze prosperujący biznes, czym od razu sugeruje, że szuka tylko przygody.
- Myśli pan, że powinniśmy napisać do niego pierwsi? - zapytał Żuchowski, czując odpowiedzialność, która spoczęła na jego barkach.
- Proponuję poczekać chwilę - zaczął Michalczuk. - Jeśli to nasz sprawca, a my zaczniemy się mu narzucać, to możemy go spłoszyć. Nie zakłócajmy jego rytmu. Myślę, że morderca nie jest aż tak nieśmiały, aby pierwszy nie zacząć rozmowy.
Zapadła cisza. Zebrani w gabinecie czuli, że zbliżają się do czegoś, co może okazać się przełomowe w śledztwie. Chcąc rozluźnić atmosferę, psycholog zaproponował swoim rozmówcom kawę. Gdy Michalczuk zniknął w sąsiednim pokoju, Blacha ponownie rozejrzała się po pomieszczeniu. Na podłodze stały oparte winylowe płyty z muzyką z lat sześćdziesiątych. Przejrzała kilka pozycji. Pokręciła głową z uznaniem, co do gustu psychoanalityka. Wśród wykonawców odnalazła wykonawców takich jak The Beatles, Elvis Presley czy Brenda Lee.
Michalczuk wszedł bezszelestnie i zaczął obserwować kucającą przy jego płytotece policjantkę. Pomyślał, że jest bardzo ładną kobietą, której niewątpliwie jakiś mężczyzna kiedyś wyrządził krzywdę, o czym świadczyło jej bezpardonowe, wręcz bezczelne patrzenie prosto w oczy. Świdrowała źrenice rozmówcy, jakby szukała w nich duszy, którą ktoś kiedyś jej ukradł.
- Widzę, że przypadła pani do gustu moja kolekcja płyt? - zagaił.
Blacha, podnosząc się, przytaknęła.
- Nikt tak nie przepraszał w historii muzyki jak Brenda Lee. Myślę, że ten komu pisała tę piosenkę, musiał być kimś wyjątkowym.
- To fakt. Miłość jest jedyna i niepowtarzalna w swoim rodzaju. Napędza do ekspresji artystycznej, bo przez tę uwalniają się emocje.
Blacha nie skomentowała. Odłożyła trzymaną w ręku płytę Brendy Lee i spojrzała prosto w oczy terapeuty. Michalczuk wytrzymał to spojrzenie. Był przyzwyczajony do wyzywających ludzkich spojrzeń. Lata pracy w zawodzie uodporniły go na zaczepki ludzkich oczu. Podobnie jak nie reagował na obelgi słowne i groźby. Wiedział, że pod agresją kryje się ciche wołanie o pomoc. Nikt nie rodzi się agresywny. To świat, który go otacza, tworzy go takim.
- Pani Krawczyk - zaczął po drugim łyku kawy Michalczuk - powiedziała pani, że ma kilka pytań dotyczących portretu Łowcy, jaki stworzyłem, słucham kolejnego.
- Czy widział pan zwłoki ofiar?
- Tak widziałem. Uważam, że one coś mówią. Nie wiem jednak co.
- Badania patologów nie potrafią odpowiedzieć, czy kobiety były wykorzystane seksualnie. Uniemożliwia to znaczne zdeformowanie pochwy. Końcówki mopa są nasączone jakąś żrącą substancją, którą trudno ustalić. Myśli pan, że on je wykorzystuje i chce to ukryć? Nie chce być uznany za kolejnego dewianta?
- Sposób układania ciał, staranność, z jaką są umyte z krwi, dokładność w uczesaniu włosów, a nawet pomalowanie ust szminką jednej z ofiar nie wskazują na to, aby chciał cokolwiek ukryć. Myślę, że to jakaś wielka wizja. Manifest.
- Manifest?
- Pamięta pani sprawę masowego mordu młodzieży na wyspie Ut?ya?
- Oczywiście. Każdy chyba pamięta sprawę Andersa Breivika. Wielka tragedia, która obiegła cały świat i też go poruszyła choć na chwilę.
- A czy wie pani, że masowy mord wykonany przez wspomnianego mężczyznę był fikcją literacką powstałą dwadzieścia lat przed zamachami?
- Chce pan powiedzieć, że Łowca wtyka kawałki mopa kobietom w miejsca intymne, dlatego że coś przeczytał? - wtrącił Żuchowski.
- Dla pana, komisarzu, wszystko, co pan czyta, jest tylko fikcją. Ma pan prawidłowo działające filtry, które mówią, co jest dobre, a co złe. W przypadku morderców, gwałcicieli oraz pedofilii filtry poznawcze nie działają prawidłowo. Często potrafią sobie uargumentować w logiczny dla nich sposób, że to, co robią, znajduje usprawiedliwienie.
- Krzywdzą w imię większej idei - dokończyła myśl Blacha, spoglądając na Żuchowskiego, który poprawiał golf.
- Czy zatem znacie jakieś książki, filmy, piosenki lub cokolwiek innego z szeroko rozumianego świata kultury, co powiązane byłoby z tym, co robi Łowca? - W głosie Żuchowskiego czuć było lekką irytację.
Matka Blachy była polonistką, więc kobieta miała do czynienia z książkami od maleńkości. W domu rodzinnym nie było telewizora, więc każdy wieczór i dzień wolny spędzała z książką. W okresie wolnym od szkoły potrafiła pochłonąć pięć książek tygodniowo. W osiedlowej bibliotece nie było pozycji, z którą by się nie zaznajomiła, więc często musiała wracać do książek, które już kiedyś czytała. Nie przypominała sobie jednak, aby czytała jakąkolwiek prozę, która opisywałaby zabójstwa kobiet z wpychaniem im czegokolwiek w krocze. Być może była za młoda na tego typu lektury. Po szybkim zastanowieniu uznała jednak, że wątek grzebania w literaturze nie ma większego sensu.
- Myślę, że to nie to - odpowiedziała koledze. - Wątek literacki ma sens, ale na kartach powieści Zafóna. Co zatem Łowca chce zamanifestować pana zdaniem? - Skierowała wzrok na psychologa.
- Tego nie wiem. Myślę, że przekaz jest banalny, bo i forma niewyszukana. Najdłużej zastanawiałem się nad tym, co ma symbolizować ów mop. - Terapeuta zawiesił głos. Gdy odpowiedź na niezadane pytanie nie przychodziła, skonkretyzował je. - Czym dla was jest mop? - Teraz Michalczuk założył nogę na nogę, wchodząc w rolę terapeuty, który pyta i pozwala wyciągnąć wnioski swoim podopiecznym.
- Narzędziem? - zapytała Blacha.
- Przykrym obowiązkiem - dodał pół żartem Ed.
- To oczywiste, że narzędziem - Michalczuk spojrzał na kobietę - ale do czego?
- Do mycia? - odpowiedziała niepewnie Blacha.
- Ciała są umyte z zewnątrz. Na żadnej z ofiar nie znaleziono ani grama krwi. Włosy mają starannie uczesane i umyte. Makijaż poprawiony - dodał Żuchowski.
- Ale co z tym mopem? - zapytała Blacha.
- Właśnie tego nie rozumiem - odparł szybko Michalczuk i pogrążył się w swoich myślach.
Milczeli, dopijając kawę. W pokoju można było usłyszeć jedynie załączający się dźwig windy, który wiózł mieszkańców do ich mieszkań. Blacha spojrzała przez okno. Zza chmur przebijało się słońce.
- Łowca myje swoje ofiary od wewnątrz. - Michalczuk skonkludował, wyprostowawszy swoją sylwetkę. Już nie siedział z założoną nogą. Był czujny, bo czuł, że zbliżają się do czegoś, co przyczyni się do ukierunkowania śledztwa. Popchnięcia go do przodu.
- To chore. Myć kobiety od środka.
- Chore jest to, czego nie robi większość. Większość ludzi, chwała Bogu, nie morduje innych ludzi, więc od razu możemy założyć, że mamy do czynienia z chorym człowiekiem. - Michalczuk pokrótce przytoczył definicję choroby psychicznej i kontynuował: - Pytanie jest zasadnicze, dlaczego sprawca to robi?
- A jak pan sądzi?
- Obawiam się, że nie mam zielonego pojęcia. Jak już wspomniałem, większości chodzi o manifestację problemu, który jest dla nich ważny z takiej czy innej przyczyny.
- Sprawca wlewa mocny środek żrący w swoje ofiary. Nie jest to kwas, więc zakładamy, że produkt można kupić w sklepie osiedlowym - policjantka dywagowała - może to być środek udrażniający rury lub do mycia toalet. Trudno określić, gdyż większość produktów tego typu ma ten sam składnik żrący.
- Ale mają jedną wspólną cechę - wtrącił podekscytowany Żuchowski i spojrzał koleżance prosto w oczy.
- Są środkiem żrącym? - zapytała z lekką ironią Blacha.
Michalczuk otworzył usta i chciał zadać pytanie. Zamilkł jednak. Nie chciał wybijać swojego byłego pacjenta z myśli. Doświadczenie zawodowe po raz kolejny dało o sobie znać. A mówiło, że drugiemu człowiekowi zawsze należy dać czas i przestrzeń, a sam znajdzie rozwiązanie problemu.
- Czy manifestem, o którym pan wspominał, może być hasło? Slogan? - zapytał Żuchowski i nie prosząc o pozwolenie, sięgnął po kartkę i flamaster leżące na biurku.
- Manifestem mordercy może być wszystko, co niesie dla niego jakiś przekaz. Wizję czegoś większego - powtórzył Michalczuk, gdy Ed coś kreślił na kartce. - Odnajdując manifest, odnajdzie pan pobudki, a odnajdując pobudki, jest duża szansa, że znajdzie pan sprawcę, bo jego życie toczy się wokół tylko tej sprawy.
- To chyba mamy slogan tego manifestu - powiedział Żuchowski, odwracając kartkę w kierunku swoich rozmówców:
Blacha i Michalczuk spojrzeli po sobie. Ślepo patrzyli w kartkę, nie wiedząc, jak interpretować bazgroły Żuchowskiego.
- Cechą wspólną wszystkich środków żrących jest nadanie czystości - zaczął tłumaczyć swój tok rozumowania Ed. - Wszystkie znane mi reklamy, które promują produkty tego typu, mówią o odzyskaniu "śnieżnej bieli", o wannie czystej jak nowa itepe. Może zatem nie powinniśmy nazywać sprawcy Łowcą, a Czyścicielem, bo ewidentnie ten aspekt jest dla niego ważny. Ofiary mają na przykład umyte ciała.
- Więc hipoteza z myciem od środka zaczyna mieć sens...
- Otóż to - potwierdził Ed i ponownie wskazał na swój rysunek. - Myślę, że to jest manifest sprawcy. Układa z ciał napis. Pierwsza ofiara leżała na boku, czyli w "C", druga miała rozczłonkowane ciało, ale ułożone w "Z" - kontynuował swoją wypowiedź mężczyzna.
Blacha przestała go słuchać. Wiedziała, że mają trop. Poczuła lekką zawiść, że to nie ona na to wpadła, a kolega, za którego miała rozwiązać sprawę.
- Jak w piosence YMCA? - zapytała Blacha, wskazując na płyty Michalczuka.
- Dokładnie - odpowiedział Ed, rozkładając zdjęcia z akt na podłodze gabinetu i kreśląc na nich odszyfrowane wyrazy: C - Z - Y -S - T.
- Boże - żachnęła się Blacha - to naprawdę popierdolone!
- Panie Czesławie - zaczął Ed - jeśli Łowca ułoży szukane słowo z ciał ofiar, to, czy jest szansa, że zaprzestanie swojego rytuału?
Psycholog się zastanawiał, gładząc siwiejący włos. Wewnątrz był zadowolony z Eda i lekko poirytowany swoją osobą jednocześnie. Nie pomyślałby, że łódzki sprawca sięgnie po trik rodem z taniego horroru lat dziewięćdziesiątych. Zastanawiał się nad odpowiedzią dla Żuchowskiego i przez chwilę przemknęła mu przez głowę myśl, czy nie przecenił sprawcy podczas wizji lokalnej na dworcu kaliskim.
- Historia niesie - zaczął terapeuta - że seryjni mordercy nie przestają popełniać zbrodni z dnia na dzień. Nawet jeśli wstrzymują, że się tak wyrażę, swoje działania, to tylko na moment. Czasami rok, czasami dekada, ale większość z nich wraca do swojej profesji. Wówczas, co jest dobrą informacją, popełniają błąd, który pozwala ich złapać. Czują się bowiem bezkarni, bo skoro wtedy mi się udało, to i tym razem musi.
Żuchowski spojrzał na psychologa, który bez problemu odczytał strach, jaki przemknął po twarzy policjanta. Czekanie przez kolejne miesiące, o ile nie lata, nie wchodziło w grę. Strach wśród mieszkańców Łodzi, presja rządu i całego kraju były zbyt ogromne.
Sprawą Łowcy interesowali się już jacyś dziennikarze zza granicy, co podnosiło rangę śledztwa, a w konsekwencji prowadziło do jeszcze większego problemu. Policja będzie musiała wytypować kozła ofiarnego. W czasach Polski Ludowej wybierano kogokolwiek, kto był niewygodny. Wskazywało się palcem, że jest sprawcą i nim ktokolwiek zdążył zaprotestować, delikwent wisiał na linie w jakimś garażu chwilowo zaadaptowanym na miejsce kaźni. W dwudziestym pierwszym wieku, w świecie dostępu do mediów społecznościowych ani rząd, ani policja nie podjęliby takiej rozpaczliwej próby. Winnym będą oni, policjanci prowadzący śledztwo, i to na nich spadnie społeczna krytyka. Z rozmyślań wyrwała go sylabizująca koleżanka, która po kolei wyliczała.
- Czystka, czyste, czysty, czyszczenie, czystka...
- Czystość - powiedział zimno Ed.
- Czystość wszechobecna jest moim zbawieniem i celem moim - dodał psycholog, a gdy rozmówcy spojrzeli na niego, pospieszył z wyjaśnieniem. - Państwo są za młodzi, żeby pamiętać czasy peerelowskiej propagandy, ale jednym ze sloganów tejże było: "tęp muchy", które odnosiło się do czystości w barach, jadłodajniach, kuchniach i temu podobnych przybytkach.
Jeśli Ed miał rację i morderca chce ułożyć z kobiet napis "czystość", to będzie szukał kolejnych trzech ofiar, co stanowiło minimum. Jeśli zaś, jakimś cudem, sprawca był związany z gastronomią peerelu, ofiar mogło być jeszcze czterdzieści osiem.
Cała trójka siedziała w milczeniu przerywanym sporadycznie szeptanym słowem "czystość". Ed zastanawiał się, o jaką czystość może chodzić. Wpisał hasło w internecie. Pojawiła się reklama znanego odplamiacza. Policjant przypomniał sobie jeden ze sloganów przeczytanych na łódzkiej kamienicy: "Była plama, nie ma bluzki, bo ten proszek był od Ruskich" - i uśmiechnął się szczerze, szukając krzyżyka do zamknięcia reklamy. Wyszukiwarka podpowiedziała kilkaset stron ze słowem "czystość". Po przejrzeniu kilku Żuchowski spojrzał na kompanów. Każde z nich pogrążone było w swoich myślach. Blacha patrzyła pusto w ścianę, na której wisiał oprawiony w drewnianą ramę wycinek z gazety, do której Michalczuk lata temu udzielił pierwszego w swoim życiu wywiadu. Terapeuta zaś siedział wyprostowany na krześle i błądził wzrokiem po ciele policjantki.
- W internecie - zdecydował się przerwać ciszę - jest napisane, że czystość to porządek i ład. Czystość jest postrzegana jako ład, czyli harmonia i uporządkowanie społeczne.
Po tych słowach Blacha się ożywiła. Oderwała oczy od ramki z wycinkiem gazety, której treść znała już na pamięć.
- Tylko, co ma harmonizować społeczeństwu zabicie kilku młodych dziewczyn? - Blacha zadała to pytanie bardziej sobie niż Żuchowskiemu. - Pytanie, co ma harmonizować i dlaczego.
Ed chciał odpowiedzieć, kiedy jego telefon zawibrował w kieszeni.
Michalczuk i Blacha spojrzeli na siebie, jakby wiedzieli, że ten telefon nie wróży nic dobrego.