Loveboat, Taipei - Abigail Hing-Wen

Kup ebooka

39.99 zł
28.21 zł (27,81 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

CHA­GRIN FALLS, OHIO - 5 CZERWCA

Ko­perta, ni­czym li­ścik mi­ło­sny, wpada przez na­szą wrzutkę pocz­tową.

Zna­jome fio­le­towe in­sy­gnia - czte­ro­płat­kowy pło­mień roz­kła­da­jący się jak wa­chlarz tan­ce­rza - spra­wiają, że lecę w dół po wy­bla­kłym dy­wa­nie na­szych scho­dów. Pi­szę do Me­gan:

spóź­nię się o 5 min

Po­tem chwy­tam list, nie­malże za­nim jesz­cze zdąży uca­ło­wać wy­cie­raczkę le­żącą pod drzwiami.

Prze­jeż­dżam kciu­kiem po na­zwie szkoły w gór­nym rogu. To nie może być prawda. Ostatni raz iden­tyczna ko­perta - z sze­lesz­czą­cymi ro­gami, pach­nąca no­wym pa­pie­rem i atra­men­tem, po­pla­miona od­ci­skami pal­ców - przy­szła dwa mie­siące temu, ni­czym barwny sen wdzie­ra­jący się w szarą rze­czy­wi­stość: la­wen­dowy sze­lest tiu­lo­wych spód­nic, roz­wi­ja­jące się ró­żowe sa­ty­nowe wstążki, nie­waż­kość sko­ków do sza­fi­ro­wego nieba.

Tisch School of the Arts na Uni­wer­sy­te­cie No­wo­jor­skim. Czy to moż­liwe...?

- Ever, tu je­steś.

- Mama!

Od­wra­cam się, ocie­ra­jąc się ra­mie­niem o chwiejną półkę na książki, którą zbu­do­wał tata. Cho­wam list za ple­cami, poza za­się­giem wzroku mamy, a ona wy­biega z kuchni, wy­ma­chu­jąc ja­kimś wy­dru­kiem. Jej bluzka w ko­lo­rze ja­de­ito­wej zie­leni jest jak zwy­kle za­pięta pod samą szyję. Zna­joma pa­nika spra­wia, że żo­łą­dek mi się za­ci­ska.

- Mamo, my­śla­łam, że cię nie ma.

- Ko­ściół miał dzi­siaj do­dat­ko­wych ochot­ni­ków. Mam do­bre wie­ści. - Mama wy­ma­chuje stroną za­pi­saną chiń­skimi zna­kami. Ko­lejna sta­ro­żytna mik­stura zio­łowa po­pra­wia­jąca krą­że­nie? Nie chcę na­wet wie­dzieć, zresztą i tak wkrótce każe mi ją wy­pić. - Zgło­si­li­śmy cię do... Czy ty masz ma­ki­jaż?

Cho­lera. Na­prawdę my­śla­łam, że jej nie ma. Nor­mal­nie po­cze­ka­ła­bym, aż skręcę za róg, i do­piero wtedy na­ło­ży­ła­bym tę mi­kro­sko­pijną ilość błysz­czyku.

- Tylko troszkę - przy­znaję, a mama chwyta chu­s­teczkę ze sto­lika. Ści­skam ko­pertę za ple­cami tak mocno, że za­czy­nam czuć pę­che­rze na wnę­trzu dłoni. - Mamo, spóź­ni­łam się już na spo­tka­nie z Me­gan. - Pró­buję prze­mknąć scho­dami obok niej, ale ko­ry­tarz, któ­rego ściany od pod­łogi do su­fitu ob­wie­szone są zdję­ciami Pe­arl i mo­imi w każ­dym wieku, jest cia­sny jak wnę­trze wa­lizki. - Czeka już na bo­isku.

Mama po­pra­wia mi pod­ko­szu­lek, za­ci­ska­jąc usta, jak za­wsze gdy wspo­mi­nam o Me­gan. Wo­la­łaby, że­bym spę­dzała całe go­dziny na przy­go­to­wy­wa­niu się do Nor­th­we­stern, bo mój mózg i cykl Krebsa są wy­raź­nie nie­kom­pa­ty­bilne. Le­dwo udało mi się do­stać B z roz­sze­rzo­nej bio­lo­gii - i może być tak, że ten no­wo­twór wy­ro­sły na moim świa­dec­twie okaże się zło­śliwy.

Chu­s­teczka zbliża się do mnie co­raz bar­dziej. Ma­mie na­wet nie przy­cho­dzi do głowy, że na­ru­sza tym moją prze­strzeń.

- Tak, ale mu­szę ci po­wie­dzieć...

W kuchni roz­lega się ci­chy trzask, a po nim krzyk Pe­arl.

- Prze­pra­szam! Ręka mi się omsknęła!

Chwilę póź­niej zza drzwi za ple­cami mamy wy­ła­nia się głowa mo­jej młod­szej sio­stry. Ukry­wam uśmiech na wi­dok tego, jak wgryza się w ob­ra­nego grejp­fruta. Jej je­de­na­sto­let­nia bu­zia wy­gląda jak moja w mi­nia­tu­rze: te same czarne włosy do ra­mion i twarz wróżki, ale z brą­zo­wymi oczami taty, od­zwier­cie­dla­ją­cymi jej nie­skoń­cze­nie słod­sze uspo­so­bie­nie. Do­strze­gam w nich fi­glarny błysk, gdy na­po­tyka moje spoj­rze­nie.

- Mamo, po­móż! Roz­sy­pa­łam brą­zowy cu­kier.

- Nie zro­bi­łaś so­bie krzywdy? - Mama już ru­sza w stronę Pe­arl.

- Nie, nic się nie stłu­kło.

Na szczy­cie scho­dów po­ja­wia się tata.

- Wszystko w po­rządku?

Schody skrzy­pią, gdy scho­dzi. Na jego brzu­chu opina się jego ulu­biona bluza z logo Cle­ve­land In­dians. Pod łok­ciem trzyma "World Jo­ur­nal", chiń­sko­ję­zyczną ga­zetę wy­da­waną w Ame­ryce Pół­noc­nej, opi­su­jącą wszystko: od po­li­tyki glo­bal­nej, przez dzie­się­cio­let­niego świa­to­wego mi­strza sza­cho­wego po­cho­dze­nia chiń­sko-ame­ry­kań­skiego, aż po ostat­nie cu­downe dziecko stu­diu­jące w Yale, które jest zmorą mo­jego ist­nie­nia.

- Łap mio­tłę, do­brze? - prosi mama.

- Nie trzeba, ogar­nę­łam to - mówi Pe­arl. - Spójrz, cu­kier jest głów­nie na ser­wetce. Jest czy­sto.

Wspa­niała in­we­sty­cja. Od do­brych pię­ciu lat in­ter­we­niu­jemy w taki spo­sób, by ra­to­wać się na­wza­jem. Pe­arl zro­biła z tego na­ukę ści­słą. Bez­gło­śnie jej dzię­kuję, po czym prze­ci­skam się obok taty, prze­su­wa­jąc rękę na brzuch, by utrzy­mać list poza za­się­giem wzroku ro­dzi­ców.

- Prze­pra­szam, mu­szę le­cieć.

Bie­gnę po scho­dach tak szybko, że dy­wan le­dwo ugina się pod moim cię­ża­rem. Ra­mie­niem za­ha­czam o por­tret ro­dzinny, który chwieje się na gwoź­dziu, więc chwy­tam ramkę, aby ją unie­ru­cho­mić.

- Ever, mu­szę ci coś po­wie­dzieć. - Mama ni­gdy nie od­pusz­cza. Pe­arl i ja wiemy o tym le­piej niż kto­kol­wiek inny. - Tego lata...

- Prze­pra­szam, mamo, ale już je­stem spóź­niona!

Trza­skam drzwiami od mo­jego po­koju z taką siłą, że stare ar­ku­sze te­stowe sze­lesz­czą na biurku, a ró­żowe ba­letki za­wie­szone za wstążki na słupku łóżka za­czy­nają się ko­ły­sać. W moim po­koju znaj­dują się łóżko, ko­moda i kil­ka­dzie­siąt ele­men­tów wy­po­sa­że­nia do tańca: buty do jazzu le­żące na pod­ło­dze obok szafy, flaga ze­społu ta­necz­nego wi­sząca w rogu, try­koty, raj­stopy i spód­nice.

Opie­ram się ple­cami o drzwi i przy­ci­skam list do piersi, czu­jąc, jak ło­mo­cze mi serce.

Czy to moż­liwe...?

Za­apli­ko­wa­łam do Ti­scha pod wpły­wem im­pulsu, w ta­jem­nicy. Moi ro­dzice to­le­ro­wali mój ta­niec tylko dla­tego, że - zda­niem do­radcy za­wo­do­wego - aby ubie­gać się o przy­ję­cie na stu­dia, mu­szę wy­ka­zać róż­no­rodne za­in­te­re­so­wa­nia. Tisch, po­cho­wany pod sto­sami apli­ka­cji na stu­dia me­dyczne, był strza­łem w ciemno. Kiedy przy­szedł list z in­for­ma­cją o wpi­sa­niu na li­stę re­zer­wową, za­ło­ży­łam, że to samo na­pi­sali wszyst­kim swoim kan­dy­da­tom. Ta­kie: "Dzię­ku­jemy, ale idź­cie da­lej przez ży­cie bez nas".

Na dole nie­cier­pliwy głos mamy mie­sza się z ja­śniej­szym to­nem Pe­arl. Mój żo­łą­dek wy­ko­nuje salto - mam około mi­nuty, za­nim mama wy­waży drzwi do mo­jego po­koju.

Drżą­cym pal­cem roz­ry­wam ko­pertę.

2

Dzie­sięć mi­nut póź­niej wbie­gam na bo­isko za bu­dyn­kiem mo­jej szkoły śred­niej. Zgod­nie z za­po­wie­dzią pre­zen­tera pro­gnozy po­gody na nie­bie gro­ma­dzą się kłę­bia­ste chmury bu­rzowe bę­dące po­zo­sta­ło­ścią taj­funu, który nad­cią­gnął z Azji. Trawa pod mo­imi sto­pami jest wil­gotna. Mecz piłki noż­nej to­czy się pełną parą - sza­lona mie­szanka po­ma­rań­czo­wych ko­szu­lek Cha­grin Falls z nie­bie­skimi z So­lon, kon­ku­ren­cyj­nej szkoły śred­niej. Nor­mal­nie za­trzy­ma­ła­bym się i so­bie po­pa­trzyła, ale dzi­siaj je­dyne, czego chcę, to po­roz­ma­wiać z Me­gan, moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką jesz­cze z cza­sów przed­szkola, kiedy to obie do­łą­czy­ły­śmy do Stu­dia Ba­le­to­wego Ze­iglera. Po­tem obie przez całą szkołę śred­nią tań­czy­ły­śmy w dwu­na­sto­oso­bo­wym ze­spole ma­żo­ret­ko­wym.

Stoi przy swo­jej toy­ocie camry i wy­ciąga z ba­gaż­nika na­sze czarno-złote flagi. Jest już ubrana: czarny try­kot z prze­zro­czy­stymi ko­ron­ko­wymi rę­ka­wami, które od­bi­jają świa­tło, i pa­su­jąca spód­nica, fa­lu­jąca nad jej dłu­gimi, szczu­płymi no­gami. Me­gan ma ciało tan­cerki - jest jak żywa, od­dy­cha­jąca rzeźba De­gasa. Kiedy skrę­cam w jej stronę, czuję zna­jome ukłu­cie za­zdro­ści. Wo­la­ła­bym przez całe lato cho­dzić na za­ję­cia z bio­lo­gii niż w ten spo­sób po­ka­zy­wać lu­dziom swoje uda, ale taka jest cena tańca i je­stem skłonna ją za­pła­cić.

- Me­gan!

- Ever, udało ci się wy­do­stać! - Ma­cha do mnie, po czym chwyta bar­win­kową torbę, która zsuwa się z jej szczu­płego ra­mie­nia. Ru­do­brą­zowe włosy opa­dają jej na palce.

- Hej, Me­gan - dy­szę.

- Po­spiesz się i się prze­bierz. - Po­daje mi moją torbę, którą zo­sta­wi­łam w jej sa­mo­cho­dzie po ostat­nim tre­ningu, żeby ukryć ją przed mamą. Z nie­po­ko­jem spo­gląda przez ra­mię. - Sti­ke­man po­trze­buje tego bo­iska do cze­goś zwią­za­nego z per­so­ne­lem. Mamy tylko go­dzinę.

- Me­gan. - Ści­skam torbę ni­czym koło ra­tun­kowe. - Do­sta­łam się do Ti­scha.

Pa­łeczki ude­rzają o as­falt, a Me­gan wrzesz­czy tak gło­śno, że pew­nie sły­chać ją na­wet na Man­hat­ta­nie. Na­gle ota­czają mnie bu­rza wło­sów i za­pach roz­ma­rynu.

- Jak? Kiedy?

- Wła­śnie te­raz. - Czuję, że całe moje ciało się trzę­sie, jak­bym nie ja­dła od kilku dni. Scho­wa­łam list pod po­duszkę, ale w pa­mięci utkwiły mi czarne li­nie tek­stu: "Miło nam po­in­for­mo­wać, że zo­sta­łaś przy­jęta na Wy­dział Tańca...". - Naj­wy­raź­niej wy­sy­łali też ma­ile, ale od ukoń­cze­nia szkoły nie spraw­dza­łam skrzynki. Mu­szę od­po­wie­dzieć do przy­szłego piątku. Nie wiem, co ro­bić.

- Nie po­wie­dzia­łaś ro­dzi­com, prawda?

- Ze­szłam po ryn­nie, za­nim zdą­żyli ze mną po­roz­ma­wiać.

- Ever. - Me­gan chwyta mnie za ra­mię i pro­wa­dzi w stronę szkoły. - Mu­sisz prze­stać tak ro­bić. Jak bę­dziesz tań­czyć, je­śli zła­miesz nogę? A co, je­śli sta­nie ci się coś po­waż­nego?

- Nie zła­mię nogi.

Marsz­czy brwi.

- A więc Tisch. Chcesz tam iść... Oczy­wi­ście, że chcesz, prawda?

- Cóż, tak, na­wet bio­rąc pod uwagę, że wy­daje się to śmieszne. Ale je­stem na ostat­niej pro­stej przed stu­diami me­dycz­nymi. I wiesz, co moja mama my­śli o tańcu... Samo ciało, zero mó­zgu. Pra­wie jak pro­sty­tu­cja. W każ­dym ra­zie nie stać nas na Ti­scha. Gdyby wie­dzieli, że się zgło­si­łam, że się do­sta­łam... My­ślę, że na­prawdę roz­wa­ży­liby wy­rze­cze­nie się mnie.

- A co ze wspar­ciem so­cjal­nym?

- Nie wy­star­czy. Ale w li­ście była wzmianka o sty­pen­dium ar­ty­stycz­nym.

- Od Ti­scha?

- Nie, ze sto­wa­rzy­sze­nia ar­ty­stycz­nego. Mu­sia­ła­bym wziąć udział w prze­słu­cha­niu w Cle­ve­land za­raz po tym, jak bę­dziemy tań­czyć na pa­ra­dzie w na­stępną so­botę. O pierw­szej trzy­dzie­ści.

- Ba­let? Jazz? - Me­gan ści­ska mnie tak, że za­czyna mnie to bo­leć.

- Kwe­stia otwarta.

- A ten układ? Sama go stwo­rzy­łaś... To już coś, prawda? Mo­żesz mieć wy­stęp w pa­rze?

- Nie mam nic in­nego!

Me­gan marsz­czy brwi w za­my­śle­niu.

- Bę­dziemy mu­siały wziąć ubera z Pu­blic Squ­are. Szlag. - Po­py­cha mnie w stronę ła­zienki. - Te­raz to już na­prawdę mu­simy po­ćwi­czyć! Prze­bie­raj się!

Pięć mi­nut póź­niej sie­dzimy ra­zem z Me­gan na tra­wie, opie­ra­jąc się o sie­bie ple­cami. Pod­no­szę swoją pa­łeczkę z włókna szkla­nego, żeby stwo­rzyła da­szek z pa­łeczką Me­gan w po­zy­cji otwie­ra­ją­cej. Zna­jome cie­pło roz­lewa się po moim ciele jak miód: ocze­ki­wa­nie na rytm i takt.

Ni­skie dźwięki. In­stru­menty dęte.

Ni­czym roz­wi­ja­jące się kwiaty roz­pro­sto­wu­jemy plecy. Roz­pla­tamy nogi. Na­sze czarne flagi, prze­cięte sym­bo­lem pio­runa, szy­bują ra­zem w bla­sku słońca. Usta­wiamy się i prze­su­wamy flagi w prze­ciw­nych kie­run­kach - "cho­lera, nie w tę stronę", prze­pra­sza Me­gan - sa­lu­tu­jemy w obu kie­run­kach i od­wra­camy je, je­den ob­rót wol­niej­szy, drugi szyb­szy, bu­dzimy się ze snu.

Po­tem eks­plo­duje mu­zyka. I my też.

Wy­ko­nuję pół­ob­rót. Po­wiew po­wie­trza wy­wo­łany ru­chem Me­gan, bę­dą­cym lu­strza­nym od­bi­ciem mo­jego ru­chu, roz­wiewa mi włosy. Czarno-złoty wi­ny­lowy kij mu­ska mnie w ucho, gdy rzu­cam flagę w niebo i wy­ko­nuję po­dwójny pi­ruet, stopy roz­dzie­rają trawę, a czarne włosy sma­gają mi twarz. Po­wie­trze pach­nie trawą, a ja je­stem tak pełna ży­cia - ni­gdy nie czuję się rów­nie żywa jak wtedy, gdy tań­czę.

Me­gan zde­rza się ze mną, na­sze pa­łeczki ude­rzają o sie­bie.

- Prze­pra­szam! - krzy­czy. - Co da­lej?

Me­gan za­wsze my­śli o na­stęp­nym kroku. Ja ni­gdy nie mu­szę się nad tym za­sta­na­wiać. Układy, które two­rzymy, to, jak się one zmie­niają i w ja­kiej prze­strzeni, z jaką ener­gią i w ja­kim tem­pie - to wszystko wie moje ciało.

- Duże koła - sa­pię.

Prze­su­wam dłoń na kra­wędź pa­łeczki.

Gdy mu­zyka po­woli do­biega końca, wy­ko­nu­jemy pi­ruet w bok, ko­ły­sząc bio­drami w spo­sób, który ro­dzice na pewno uzna­liby za ab­so­lut­nie prze­kra­cza­jący gra­nice przy­zwo­ito­ści. Na­sze flagi po­wie­wają wy­soko, ob­ra­cają się jed­no­cze­śnie - raz, dwa razy - po czym od­chy­lamy się i wra­camy do środka, a ja lą­duję na ko­la­nach i pod­no­szę ręce.

- Prze­pra­szam, że schrza­ni­łam przej­ście - ję­czy Me­gan, po czym wy­łą­cza ka­merę, któ­rej uży­wamy do na­gry­wa­nia próby.

- W po­rządku. Spró­bu­jemy jesz­cze raz.

Dy­sząc, upa­dam na plecy. Pieką mnie pę­che­rze - to kara za za­ci­ska­nie go­dzi­nami dłoni na rur­kach z włókna szkla­nego - a mamy jesz­cze wiele do zro­bie­nia. Ale gdy źdźbła trawy ła­sko­czą mnie w po­liczki, czuję, jak serce wali mi w piersi tym sa­mym ryt­mem, w ja­kim gra mu­zyka wzbie­ra­jąca w mo­jej du­szy.

Czy to moż­liwe, że tak bę­dzie wy­glą­dać moja przy­szłość? Ta­niec przez całe ży­cie, zwinne ciało i sa­tys­fak­cja za­miast prze­mie­rza­nia ki­lo­me­trów ko­ry­ta­rzy pach­ną­cych środ­kami an­ty­sep­tycz­nymi?

- Je­steś re­we­la­cyjną cho­re­ografką, wiesz? - Me­gan chwyta moją bu­telkę i po­ciąga łyk wody, po czym mi ją po­daje. - Jak udo­sko­na­limy ten wy­stęp na Pu­blic Squ­are, Broad­way za­cznie do­bi­jać nam się do drzwi.

- Ha.

Mam ob­se­sję na punk­cie mu­si­cali: ta­niec na Broad­wayu byłby speł­nie­niem mo­ich ma­rzeń. Me­gan oczy­wi­ście tylko tak mówi, ale na samą myśl o tym kręci mi się w gło­wie.

- Po­waż­nie. Jak na to wszystko wpa­dłaś? Je­ste­śmy ge­nialne!

- Mo­gły­by­śmy być zie­lo­no­wło­symi wiedź­mami i też byś tak po­wie­działa. To po pro­stu się łą­czy. Twój tata za­słu­żył na me­dal za za­ła­twie­nie nam tego miej­sca na pa­ra­dzie!

- Cóż, jego firma spon­so­ruje to wy­da­rze­nie od dzie­się­ciu lat. Naj­wyż­szy czas, żeby do­stał coś w za­mian.

Pró­bu­jemy od­zy­skać od­dech, a Me­gan zdej­muje złotą wstążkę z pu­dełka cze­ko­la­dek: na­szej na­grody za wy­si­łek.

- Szkoda, że nie udało ci się za­tań­czyć z ze­spo­łem pod­czas wio­sen­nego przed­sta­wie­nia. Ten nu­mer był naj­lep­szy. A ty uło­ży­łaś do niego po­łowę cho­re­ogra­fii. - Me­gan wkłada so­bie do ust tru­flę. - Na­dal nie mogę uwie­rzyć, że twoja mama w taki spo­sób wy­cią­gnęła cię z próby.

- A ja mogę. Wspo­mnie­nie tej chwili, gdy na oczach ca­łej grupy zro­biła to, co zro­biła, wciąż mnie do­bija. - Wgry­zam się w cze­ko­ladkę z ma­li­no­wym na­dzie­niem, drżąc na samo wspo­mnie­nie tam­tej sy­tu­acji. - Biedny Ethan, mama za­cho­wy­wała się, jakby był chory na trąd. I to wszystko dla­tego, że tań­czy­łam z chło­pa­kiem jako part­nerka.

- Szcze­rze, to jej nie ro­zu­miem. Masz już osiem­na­ście lat.

- Po pro­stu tak już jest. - Świa­do­mość, że Me­gan wie o tym, co prze­cho­dzę, mimo że nie może tego po­jąć, bo jej wła­sna ro­dzina jest wy­lu­zo­wana, nieco osła­dza mi go­rycz tej sy­tu­acji. - Przy­pisz to jej chiń­sko-bap­ty­stycz­nym ko­rze­niom. Wiesz, że na­dal nie po­wie­działa mi o ptasz­kach i psz­czół­kach? Je­dyne, co od niej usły­sza­łam, to...

- ...że seks jest pro­duk­tem ubocz­nym mał­żeń­stwa, który na­leży zno­sić, naj­le­piej przez dziurę w prze­ście­ra­dle. Tak mi mó­wi­łaś. - Me­gan się śmieje i ja też pra­wie się uśmie­cham, po czym przy­ja­ciółka po­waż­nieje. - Po­wiesz im o Ti­schu?

- Nie wiem. - Coś ści­ska mnie w piersi. - Za­pla­no­wali dla mnie stu­dia me­dyczne, jesz­cze za­nim na­uczy­łam się cho­dzić. - To miało być speł­nie­nie ży­cio­wego ma­rze­nia mo­ich ro­dzi­ców o sta­bi­li­za­cji. O sza­cunku. - Opłata wstępna zo­stała już ure­gu­lo­wana. A ta­niec... Wście­kają się o to, ile po­świę­cam na to czasu. Za­wsze ocze­ki­wali, że po ukoń­cze­niu szkoły śred­niej po­rzucę to i do­łą­czę do praw­dzi­wego świata. Wie­dzą, że biorę udział w pa­ra­dzie, ale zba­ga­te­li­zo­wa­łam to przed nimi, więc na nią nie przyjdą. Nie mo­głam ry­zy­ko­wać, że będą na­rze­kać na to, że mar­nują czas... albo na mój strój. - Ucisk w piersi jest co­raz moc­niej­szy. Uno­szę się na łok­ciach. - Nie chcę o tym te­raz my­śleć. Mu­szę tylko opa­no­wać ten ta­niec.

Jesz­cze raz wy­ko­nu­jemy nasz układ i oglą­damy filmy po kilka razy, aż Me­gan w końcu pada na zie­mię, zdej­muje buty i ma­suje palce u nóg.

- Mu­szę od­po­cząć.

Kładę się obok niej na ple­cach i wbi­jam kciuk w dło­nie. Kilka pę­che­rzy krwawi - ble. Wy­cie­ram dło­nie o trawę, poza za­się­giem wzroku. Na­wet wi­dok mo­jej wła­snej krwi spra­wia, że chce mi się wy­mio­to­wać. Jak mam so­bie po­ra­dzić z ka­rierą wy­peł­nioną krwo­to­kami i ra­nami kłu­tymi?

Nad na­szymi gło­wami szare chmury za­sła­niają ostat­nie plamy błę­kit­nego nieba. Od dźwięku grzmotu wi­bruje pode mną zie­mia.

Po­tra­fię roz­wią­zy­wać małe pro­blemy, ale nie te duże.

Nie mogę jed­nak prze­stać my­śleć... Je­śli tata do­sta­nie tę pre­mię, na którą li­czy mama... Je­śli za­stanę ich w od­po­wied­nim na­stroju...

- Na trze­ciej - szep­cze Me­gan. - Nie patrz te­raz, ale ja­kiś przy­stoj­niak cię ob­czaja.

Me­gan wie, w prze­ci­wień­stwie do mamy, kiedy nie je­stem jesz­cze go­towa na roz­mowę.

- Chło­pak od piłki noż­nej?

- Tak.

Ob­ra­cam flagę w taki spo­sób, że wi­ruje mi przed twa­rzą jak śmi­gło he­li­kop­tera. Nie mogę za­prze­czyć, mam sła­bość do spor­tow­ców - może to dla­tego, że sama tań­czę. Nie dla­tego, że są po­pu­larni, ale ze względu na dys­cy­plinę, któ­rej wy­maga ro­bie­nie tego, co ro­bią. I jesz­cze na spo­sób, w jaki się po­ru­szają - są pewni sie­bie, zde­cy­do­wani, jakby wy­zna­czali swój ka­wa­łek prze­strzeni na tej ziemi.

Sia­dam i zer­kam w stronę dru­żyny. Człon­ko­wie ze­społu z So­lon w nie­bie­skich ko­szul­kach utwo­rzyli krąg i po­dają so­bie piłkę. Ja­kiś dzie­ciak azja­tyc­kiego po­cho­dze­nia na­wią­zuje ze mną kon­takt wzro­kowy, a po­tem oboje ucie­kamy spoj­rze­niem. To taka nie­wy­po­wie­dziana umowa. Kiedy do­ra­stasz jako jedno z trójki dzieci po­cho­dze­nia azja­tyc­kiego w szkole li­czą­cej mniej niż pię­ciu­set uczniów, to nie ro­bisz nic, co zwró­ci­łoby uwagę na azja­tyc­kość: ich czy twoją.

- Nie jest za­in­te­re­so­wany.

- Wy­szła­bym z nim.

- On nie za­uwa­żył mnie, za­uwa­żył tylko, że je­stem Chinką. - Chwy­tam te­le­fon. - Co, szcze­rze mó­wiąc, ja też za­uwa­ży­łam w jego przy­padku.

I rze­czy­wi­ście, chło­pak od­cho­dzi ze swo­imi kum­plami z dru­żyny, kiedy ja otwie­ram stronę in­ter­ne­tową sty­pen­diów ta­necz­nych, aby się za­re­je­stro­wać.

- Wi­dzisz, już go nie ma.

Me­gan wzdy­cha.

- Bo każ­demu go­ściowi ta­kiemu jak on po­sy­łasz swój ko­mu­ni­kat: "prę­dzej pie­kło za­mar­z­nie". Tylko dla­tego, że jest Ame­ry­ka­ni­nem po­cho­dze­nia azja­tyc­kiego...

- Opie­ra­jąc się na czy­stym praw­do­po­do­bień­stwie uwzględ­nia­ją­cym lud­ność w sta­nie Ohio, prę­dzej skoń­czę z pięć­dzie­się­cio­dzie­wię­cio­lat­kiem, który już dwu­krot­nie się roz­wiódł, niż z Ame­ry­ka­ni­nem po­cho­dze­nia azja­tyc­kiego. Taka jest moja przy­szłość - mó­wię to, jak­bym żar­to­wała, ale prawda jest taka, że chłopcy nie do­strze­gają we mnie po­ten­cjal­nej kan­dy­datki do rand­ko­wa­nia. Dla­tego też ca­ło­wa­łam się tylko z jed­nym fa­ce­tem... który osta­tecz­nie nie był mną za­in­te­re­so­wany.

- A co z ru­dym? Nie ma pięć­dzie­się­ciu lat.

- Po pro­stu daj so­bie spo­kój... - Ury­wam, gdy na­gle z pi­skiem opon pod­jeż­dża nie­bie­ski ka­brio­let.

Do­kład­nie jak na za­wo­ła­nie.

- Dan! - oży­wia się Me­gan, zry­wa­jąc się na równe nogi.

Wielki ho­ke­ista wy­siada ze swo­jego sa­mo­chodu i ob­da­rza ją wy­głod­nia­łym po­ca­łun­kiem. Nie wi­dzieli się od sze­ściu mie­sięcy, od jego ostat­niej wi­zyty na pierw­szym roku na­uki w Rice. Po­ca­łu­nek trwa tylko trzy se­kundy, ale dla mnie to cała wiecz­ność. Po­cie­ram stopą zie­mię, a zna­jome wstążki za­zdro­ści za­ci­skają się wo­kół mo­jego serca.

- Hej, Ever.

Tru­skaw­ko­wo­blond włosy Dana są te­raz dłuż­sze niż na jego przy­ję­ciu po­że­gnal­nym, ale jego uśmiech z wy­szczer­bio­nymi zę­bami się nie zmie­nił. Na­gle czuję się tak, jakby mój try­kot stał się prze­zro­czy­sty. Kiedy jego orze­chowe oczy, przy­mru­żone od tego uśmie­chu, spo­ty­kają się z mo­imi, wra­cają do mnie wspo­mnie­nia z tam­tego po­po­łu­dnia za szopą.

Jego wiel­kie dło­nie na mo­ich bio­drach. Jego ję­zyk roz­chyla moje wargi. Na­uczył mnie wszyst­kiego, co wiem o ca­ło­wa­niu, a czego nie na­uczy­łam się, gdy w gim­na­zjum ćwi­czy­łam z Me­gan na po­ma­rań­czach.

A po­tem mama i tata go prze­go­nili.

- Dan chce się prze­je­chać. - Me­gan obej­muje mnie ra­mio­nami. Po­mimo na­szego wy­czer­pu­ją­cego tre­ningu jej włosy wciąż pachną roz­ma­ry­nem.

Roz­po­znaję jej po­czu­cie winy wy­wo­łane tym, że jest szczę­śliwa moim kosz­tem, nie­wy­po­wie­dziane py­ta­nie uno­szące się w po­wie­trzu: "Wszystko w po­rządku, prawda?". Me­gan wie o tym po­ca­łunku, wie, że to prze­szłość. "Na­dal je­ste­śmy przy­ja­ciół­kami, po­nie­waż masz naj­więk­sze serce po tej stro­nie Mis­si­sipi", po­wie­działa. Prawda jest taka, że przez więk­szość dni sta­ram się o tym nie my­śleć. O nich... ra­zem. Za­zdrość okręca się wo­kół mnie jesz­cze ści­ślej.

- Po­ćwi­czymy ju­tro? Za­pew­nimy ci to sty­pen­dium.

- Dzięki. - Ści­skam ją, nie chcąc, żeby się mar­twiła.

Po­tem od­wa­żam się przy­tu­lić też Dana, po­nie­waż ona tam stoi. Jakby był tylko ko­lej­nym przy­ja­cie­lem...

- Eve­rett!

Pod­ska­kuję. Moja stopa za­ha­cza o stopę chło­paka. Mu­skam uchem jego szorstki po­li­czek, gdy od­su­wam się od niego i staję twa­rzą w twarz z pu­bliką, o któ­rej nie mia­łam po­ję­cia.

Mama. Szar­żuje na mnie od strony na­szego sa­mo­chodu, a jej ja­de­itowa bluzka na­dyma się jak spa­do­chron. Za nią tata głę­biej na­ciąga czapkę z logo Cle­ve­land In­dians, jakby chciał skur­czyć się o kilka cen­ty­me­trów. Kuś­tyka do przodu - stara kon­tu­zja po upadku przy wy­cie­ra­niu pod­łogi w pracy.

Krzy­żuję ra­miona na try­ko­cie, ale na darmo. Dan się cofa, gdy mama pod­cho­dzi do mnie ze wście­kło­ścią. Grube kro­ple desz­czu ude­rzają mnie w głowę i ra­miona, kiedy mama chwyta mnie za ko­ron­kowy de­kolt, przez co tracę rów­no­wagę, mimo że ma sto pięć­dzie­siąt dwa cen­ty­me­try wzro­stu i jest ode mnie pięć cen­ty­me­trów niż­sza.

- No­sisz coś ta­kiego? Pu­blicz­nie?!

Pró­buję się uwol­nić. Mój try­kot ma długi rę­kaw, po­wiedzmy to gło­śno. Me­gan od­ciąga Dana z pola ra­że­nia mamy, ale to bez­ce­lowe: wy­raz oczu chło­paka przy­po­mina spoj­rze­nie dzi­kiego ko­nia wi­dzą­cego ścianę ognia, któ­rym już raz się po­pa­rzył.

- Co ty tu ro­bisz? - wy­krztu­szam.

Mama przy­bliża mi do twa­rzy kartkę. Kre­mowa pa­pe­te­ria zło­żona na trzy czę­ści. Cenne fio­le­towe in­sy­gnia pło­mieni marsz­czą się pod jej pal­cami.

Mój list ze szkoły Tisch.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

31 marca

UNI­WER­SY­TET BROWNA

Biuro Re­kru­ta­cji na Stu­dia

Droga Ever,

dzię­ku­jemy za za­in­te­re­so­wa­nie na­szym Pro­gra­mem Li­be­ral­nej Edu­ka­cji Me­dycz­nej. Po­nie­waż te­go­roczna grupa kan­dy­da­tów była wy­jąt­kowo uta­len­to­wana, z przy­kro­ścią in­for­mu­jemy, że na­sza ko­mi­sja nie była w sta­nie za­pew­nić Ci miej­sca na pierw­szym roku...

31 marca

UNI­WER­SY­TET BOSTOŃ­SKI

Col­lege of Arts & Science

Droga Ever,

co roku sta­jemy przed trudną de­cy­zją o od­rzu­ce­niu wy­soko wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych kan­dy­da­tów...

31 marca

SZKOŁA MEDYCZNA

UNI­WER­SY­TETU WASZYNG­TOŃ­SKIEGO

Uni­wer­sy­tecki pro­gram sty­pen­dialny dla stu­den­tów kie­run­ków me­dycz­nych

Sza­nowna Pani Wong,

cho­ciaż Pani kwa­li­fi­ka­cje są im­po­nu­jące, nie­stety mo­żemy przy­znać za­le­d­wie...

1 kwiet­nia

CEN­TRUM MEDYCZNE

UNI­WER­SY­TETU ROCHE­STER­SKIEGO

Droga Eve­rett,

w na­szym pro­gra­mie mie­li­śmy do za­ofe­ro­wa­nia je­dy­nie dzie­sięć miejsc...

1 kwiet­nia

UNI­WER­SY­TET RICE'A

Bay­lor Col­lege of Me­di­cine

Droga Ever,

dzię­ku­jemy za za­in­te­re­so­wa­nie pro­gra­mem sty­pen­diów me­dycz­nych Rice/Bay­lor. Nie­stety...

3 kwiet­nia

SZKOŁA MEDYCZNA

UNI­WER­SY­TETU CASE'A I Wes­tern RESE­RVE

Droga Pani Wong,

z ża­lem...

3 kwiet­nia

UNI­WER­SY­TET NOR­TH­WE­STERN

Szkoła Me­dyczna Fe­in­berg

Droga Ever,

gra­tu­la­cje. Mamy przy­jem­ność za­pro­po­no­wać Ci miej­sce w na­szym pro­gra­mie sty­pen­dial­nym dla uczest­ni­ków stu­diów me­dycz­nych. Od 1961 roku ofe­ru­jemy wy­jąt­kowe sied­mio­let­nie do­świad­cze­nie edu­ka­cyjne dla zmo­ty­wo­wa­nych stu­den­tów aspi­ru­ją­cych do pod­ję­cia ścieżki ka­riery me­dycz­nej...

4 kwiet­nia

UNI­WER­SY­TET NOWO­JOR­SKI

Tisch School of the Arts

Droga Ever,

nasz Wy­dział Tańca nie jest obec­nie w sta­nie za­ak­cep­to­wać Two­jej kan­dy­da­tury, chcie­li­by­śmy jed­nak za­ofe­ro­wać Ci miej­sce na na­szej li­ście re­zer­wo­wej...

1 maja

UNI­WER­SY­TET NOR­TH­WE­STERN

Szkoła Me­dyczna Fe­in­berg

?? PRZYJ­MUJĘ za­ofe­ro­wane mi miej­sce w pro­gra­mie i po­twier­dzam wpłatę de­po­zytu wy­so­ko­ści 500 $.

? RE­ZY­GNUJĘ z za­ofe­ro­wa­nego mi miej­sca w pro­gra­mie.

- Ever A. Wong