Loveboat Reunion - Abigail Hing-Wen

Kup ebooka

39.99 zł
27.81 zł (27,81 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

SO­PHIE

PORT LOT­NI­CZY TAJ­WAN-TAJ­PEJ TAO­Y­UAN9 SIERP­NIA

"Ne­go­cju­jesz jak re­kin i je­steś mą­drzej­sza niż dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent miesz­kań­ców tej pla­nety. Kiedy ostat­nio spraw­dza­łam, obej­mo­wało to także więk­szość ist­nie­ją­cych fa­ce­tów. Dla­czego więc nie za­ro­bisz wła­snych mi­lio­nów do­la­rów?"

Słowa Ever grają mi w gło­wie, gdy pa­trzę, jak ona i mój ku­zyn Rick łą­czą się w po­że­gnal­nym po­ca­łunku stu­le­cia. Ich stroje skła­dają się z pa­su­ją­cych do sie­bie błę­ki­tów. Oboje stoją na tle bil­l­bo­ardu re­kla­mu­ją­cego małe fu­trzane pandy, które po­ja­wią się w zoo w Taj­pej w przy­szłym ty­go­dniu - szkoda, że je prze­ga­pimy.

De­bra, Laura i kilku chło­pa­ków są ubrani ze swo­bodną ele­gan­cją. Wy­mie­niają się da­nymi kon­tak­to­wymi i obie­cują, że co ty­dzień będą roz­ma­wiać na cza­cie wi­deo. Przy­się­gają, że na­sza let­nia wy­cieczka kul­tu­rowa sprawi, że bę­dziemy przy­ja­ciółmi na za­wsze. Każdy stara się za­siać ostat­nie na­siona, które dają na­dzieję na roz­kwit ro­mansu.

Tylko nie ja. Mam dość chło­pa­ków na na­stępne cztery lata, które spę­dzę w Dart­mo­uth. A może na za­wsze.

I nie bez po­wodu.

Dla mnie Lo­ve­boat to była KA­TA­STROFA.

Rzu­ci­łam się na Xa­viera Yeh, syna Ja­spera Yeh - dy­rek­tora ge­ne­ral­nego Dra­gon Leaf - bo mia­łam wyjść za bo­ga­tego męż­czy­znę, by wspie­rać mamę i czte­rech braci. Za­miast tego roz­dar­łam so­bie serce, zruj­no­wa­łam swoją re­pu­ta­cję, je­den du­pek pod­bił mi oko - a do tego zro­bi­łam kilka okrop­nych rze­czy, któ­rych ni­gdy so­bie nie wy­ba­czę. Się­gnę­łam dna, de­li­kat­nie mó­wiąc.

Wtedy Ever ni­czym ka­ta­klizm zmie­niła oś mo­jego świata.

"Dla­czego więc nie za­ro­bisz wła­snych mi­lio­nów do­la­rów?"

Te­raz jadę do Dart­mo­uth. Mam wpływ na wła­sną przy­szłość! Może wszyst­kie inne dziew­czyny już wie­dzą, że mogą same ją kształ­to­wać, ale ja na­prawdę nie mia­łam o tym po­ję­cia. I mam drugą szansę, żeby wy­strze­lić w stra­tos­ferę.

Mo­dlę się tylko, żeby nie wcho­dzić sa­mej so­bie w drogę. Tak jak to zro­bi­łam z Xa­vie­rem.

- Ru­sza bo­ar­ding dla pierw­szej klasy do Los An­ge­les - oznaj­mia ko­biecy głos w sys­te­mie na­gła­śnia­ją­cym.

Zaj­muję miej­sce w po­cze­kalni i się­gam po te­le­fon, aby po raz pierw­szy tego lata spraw­dzić szkolne ma­ile. Na ekra­nie głów­nym wid­nieje moje ulu­bione zdję­cie, ku­pione wiele lat temu wła­śnie tu­taj, w Taj­pej - białe lam­piony uno­szące się w mrok nocy. Prze­glą­dam mnó­stwo wia­do­mo­ści - od przy­ja­ciół, z pod­su­mo­wań szkoły śred­niej... i wtedy ata­kuje mnie je­den z Dart­mo­uth. Sprzed mie­siąca.

RE: WY­MA­GANE DZIA­ŁA­NIE - DRU­GIE PRZY­PO­MNIE­NIE

Serce prze­staje mi na chwilę bić.

- Hej, Xa­vier. Le­cisz z nami? - pyta Marc Bell-Le­ong.

Pod­no­szę wzrok. Oczy­wi­ście. Xa­vier Yeh idzie w na­szą stronę, jest ubrany swo­bod­nie: w drobno tkaną, czarną ko­szulę ze srebr­nymi nit­kami. Non­sza­lancka ele­gan­cja, jakby zu­peł­nie bez wy­siłku i tro­ski: oto cały on. Fa­lu­jące czarne włosy opa­dają mu na oczy. Xa­vier pod­nosi po­ma­rań­czowy ple­cak firmy Osprey i wsuwa szki­cow­nik głę­biej pod pa­chę.

- Co się stało z pry­wat­nym od­rzu­tow­cem? - pyta Marc.

Na­wet nie wie­dzia­łam, że Xa­vier ma pry­watny sa­mo­lot. "Ooo, Xa­vier, lećmy do Pa­ryża!" Za­cho­wy­wa­ła­bym się jak jesz­cze więk­sza idiotka.

Na szczę­ście on nie wy­daje osą­dów. I do­brze. Zresztą już z nim skoń­czy­łam.

Xa­vier uśmie­cha się po­nuro.

- Tata na­ma­wiał mnie, że­bym po­szedł do ja­kiejś szkoły w Mas­sa­chu­setts. Lecę więc na­stęp­nym lo­tem do Los An­ge­les. Ktoś za­pro­po­no­wał mi pracę na pla­nie sztuki. - Opada na miej­sce obok mnie. - Hej, So­phie.

- Hej, Xa­vier.

Trzyma szki­cow­nik na ko­la­nach z taką siłą, że palce, brudne od nie­bie­skich pa­steli, ma aż po­bie­lałe. Marsz­czę brwi.

- Wszystko w po­rządku?

- Tak. Tylko... Nie mogę uwie­rzyć, że lato już się skoń­czyło. - Wy­ciąga z kie­szeni mięk­kie mleczne cu­kierki za­wi­nięte w pa­pier i czę­stuje mnie jed­nym, po czym wska­zuje ru­chem głowy na mój te­le­fon. - Nie po­zwól, że­bym ci prze­szka­dzał.

Prze­żu­wam de­li­katny mleczny cu­kie­rek, ska­nu­jąc jed­no­cze­śnie wzro­kiem ma­ila z Dart­mo­uth.

Droga Stu­dentko,

ter­min re­je­stra­cji na za­ję­cia "Wpro­wa­dze­nie do sztucz­nej in­te­li­gen­cji" mi­nął, a na­dal nie otrzy­ma­li­śmy opłaty...

Czuję, jak żo­łą­dek za­ci­ska mi się ze stra­chu, i ciężko prze­ły­kam ślinę.

- Cho­lera.

- Co jest nie tak? - pyta Xa­vier.

- Prze­ga­pi­łam ter­min. Nie wie­dzia­łam, że ten kurs jest płatny... i te­raz znaj­duję się na li­ście re­zer­wo­wej na za­ję­cia, na któ­rych naj­bar­dziej mi za­le­żało.

Po­win­nam była sku­pić się na wszel­kich in­for­ma­cjach z Dart­mo­uth, ale za­miast tego bar­dziej zaj­mo­wały mnie próby za­im­po­no­wa­nia Xa­vie­rowi.

- To słabo. Ale to tylko jedne za­ję­cia, prawda?

- Nie wiem! Do­sta­łam spe­cjalne sty­pen­dium dla dziew­cząt w branży tech­no­lo­gicz­nej i mu­szę speł­nić duże wy­ma­ga­nia. Je­śli nie utrzy­mam sty­pen­dium, mo­jej mamy nie bę­dzie stać na wy­sła­nie mnie do Dart­mo­uth.

Mu­sia­ła­bym wy­je­chać... I co wtedy? Nie mogę od­paść. Nie mogę so­bie po­zwo­lić na ko­lejne błędy i spusz­cze­nie wła­snej przy­szło­ści do ka­nału.

Trzęsą mi się palce, gdy wpi­suję się na li­stę re­zer­wową.

- Mam nu­mer dwie­ście trzy­dzie­ści je­den! Mu­szę się do­wie­dzieć, jak się tam do­stać.

- Chciał­bym po­móc - mówi Xa­vier.

Ever przy bramce ska­nuje bi­let. Ricka już nie ma.

- Idę do sa­mo­lotu. - Wstaję i chwy­tam torbę. - Uwa­żaj na sie­bie w Los An­ge­les. I po­wo­dze­nia!

- Po­cze­kaj, So­phie. - Xa­vier ła­pie mnie za nad­gar­stek.

Pa­trzy na mnie tymi swo­imi ciem­no­brą­zo­wymi oczami, które wi­dzą wszystko i wszyst­kich, w spo­sób, który spra­wia, że moje wnętrz­no­ści nieco się za­ci­skają. To prze­ra­ża­jące, gdy wiesz, że ktoś po­trafi przej­rzeć cię na wy­lot, ale nie wiesz, co tam wi­dzi. Choć Xa­vier aku­rat wi­dział już wszystko, co we mnie naj­gor­sze.

- Czy my... spo­tkamy się jesz­cze kie­dyś?

Pusz­cza mnie, ale jego py­ta­nie mnie za­ska­kuje. Tak wiele po­szło mię­dzy nami nie tak. Dla­czego mie­li­by­śmy się jesz­cze zo­ba­czyć?

Ni­gdy nie by­łam w Los An­ge­les. Moja cio­cia Cla­ire za­pła­ciła za mój bi­let lot­ni­czy na Taj­wan.

- Nie są­dzę, bym miała po­ja­wić się w Los An­ge­les w naj­bliż­szym cza­sie.

- Cóż, kiedy w końcu otrzy­mam mój fun­dusz po­wier­ni­czy, może będę mógł cię od­wie­dzić. Was wszyst­kich. Nowa An­glia je­sie­nią jest nie­sa­mo­wita. Wszyst­kie li­ście zmie­niają ko­lory. Może mógł­bym wpaść do Dart­mo­uth w któ­ryś week­end?

Więc chce mnie od­wie­dzić?

Za­czyna we mnie krą­żyć głu­pia na­dzieja - pra­gnie­nie, na które nie mogę so­bie po­zwo­lić. Nie te­raz, gdy mu­szę wło­żyć każdą un­cję emo­cjo­nal­nej ener­gii w na­ukę.

Tym­cza­sem ten biedny bo­gaty chło­pa­czek musi cze­kać na fun­dusz po­wier­ni­czy, żeby móc ob­le­cieć wszyst­kich przy­ja­ciół. Uch. Pro­blem tego ro­dzaju, ja­kie roz­trząsa się z kie­lisz­kiem szam­pana Dom Péri­gnon w dłoni.

Przy­naj­mniej dzięki temu, że kla­sy­fi­kuję go w taki spo­sób, two­rzę nie­zbędny mur wo­kół mo­jego serca.

- Bo­ar­ding do Los An­ge­les - oznaj­mia ko­bieta w gło­śni­kach.

- Mu­sisz iść. - Xa­vier obej­muje mnie jedną ręką, co znów roz­nieca tę zdra­dziecką iskrę na­dziei. Wy­śli­zguję się i od­wra­cam, żeby odejść.

Ale za­trzy­muję się na wi­dok zna­jomo wy­glą­da­ją­cego męż­czy­zny zbli­ża­ją­cego się do nas, oto­czo­nego przez dwóch in­nych w gra­na­to­wych uni­for­mach. Męż­czy­zna ma sta­lo­wo­szare włosy i modny spor­towy płaszcz.

Fa­cet, który wczo­raj wie­czo­rem ku­pił ob­raz Xa­viera.

- O cho­lera, Xa­vier. Twój tata tu jest.

2

XA­VIER

Ba ata­kuje mnie ni­czym tor­peda, oto­czony przez dwóch po­tęż­nych ochro­nia­rzy. Włosy ma ob­cięte tak równo, że na ich ostrych kra­wę­dziach da­łoby się ze­trzeć ser. To pa­suje do jego tem­pe­ra­mentu - przy­naj­mniej tego, który go po­nosi, kiedy zwraca się do mnie.

Przy­ja­ciele z Lo­ve­boat od­wra­cają się, żeby na niego spoj­rzeć. Wiem, że to po­ważna sprawa. Od czasu, gdy prze­jął Dra­gon Leaf - firmę, którą mój pra­dzia­dek za­ło­żył po­nad sto lat temu - trzy razy zna­lazł się na okładce azja­tyc­kiego wy­da­nia ma­ga­zynu "For­bes". Logo firmy jest wy­ha­fto­wane na kie­sze­niach na pier­siach straż­ni­ków: szcze­ci­nia­sty znak przy­po­mi­na­jący drzewo, który ozna­cza "liść", czyli moje na­zwi­sko - - oto­czone wień­cem utwo­rzo­nym przez smoka o chu­dym, wy­dłu­żo­nym ciele. Sły­sza­łem, że naj­wspa­nial­szy dzień w ży­ciu straż­nika, kie­rowcy czy ko­go­kol­wiek in­nego, to ten, w któ­rym mo­gli za­ło­żyć od­znakę rodu Yeh.

Dla mnie nie wią­zało się to ze szczę­ściem.

Wstaję ostroż­nie, trzy­ma­jąc szki­cow­nik przy piersi jak tar­czę. Spę­dzi­łem nad nim cały po­ra­nek, sie­dząc na traw­niku w Chien Tan, i po raz ostatni pró­bo­wa­łem uchwy­cić mo­imi zu­ży­tymi pa­ste­lami uczu­cia, które mi tam to­wa­rzy­szyły. Moje ry­sunki się zmie­niają. Twarz, która prze­śla­do­wała moje strony przez więk­szą część lata, znik­nęła. Po raz pierw­szy nie ry­suję Ever Wong. Wy­brała Ricka, nie mnie, a ja po­zwo­li­łem jej odejść. Te­raz wi­dzę wszystko ina­czej, ale te uczu­cia zo­stały ciężko wy­wal­czone i jed­no­cze­śnie są de­li­katne jak je­dwabne nici.

Nie chcę, żeby Ba ich do­ty­kał.

- Do­kąd się wy­bie­rasz? - Ba za­myka moje ra­mię w że­la­znym uści­sku. - Mia­łeś le­cieć do Bo­stonu na za­ję­cia.

Wszy­scy milkną, a ja się krzy­wię.

- Już ci mó­wi­łem - od­po­wia­dam. - Jadę do Los An­ge­les.

Ba wy­rywa mi szki­cow­nik z rąk, po­ru­sza­jąc się tak szybko, że aż ciężko za nim na­dą­żyć. Za­nim orien­tuję się, co się dzieje, szki­cow­nik ude­rza mnie w twarz.

- Stop! - krzy­czy So­phie. - Co to, do ja­snej cho­lery, ma zna­czyć?

Białe świa­tła pły­wają w moim polu wi­dze­nia. Dzwoni mi w gło­wie. Wszy­scy inni od­su­wają się ode mnie, od­wra­cają wzrok i spie­szą na swój lot. Na wy­pa­dek gdyby moje po­pie­przone ży­cie miało oka­zać się za­raź­liwe.

Ba pod­nosi ręce i roz­dziera mój szki­cow­nik. Wrę­cza go swo­jemu ochro­nia­rzowi, który wy­rzuca go do ko­sza na śmieci. Książkę, w któ­rej było wszystko, co wi­dzia­łem przez całe lato, prze­nie­sione przez moje palce pro­sto z du­szy na kartkę.

Prze­pa­dła.

Ba pa­trzy na mnie po­nuro. Krót­kie, gniewne od­de­chy uno­szą moją klatkę pier­siową. Chcę za­dać mu po­dobny ból. Wy­obra­ża­łem so­bie wcze­śniej - fan­ta­zjo­wa­łem na ten te­mat - co naj­bar­dziej by go zra­niło. Gdyby stra­cił wszyst­kie pie­nią­dze. Gdyby cała re­pu­ta­cja jego ro­dziny spły­nęła do szamba. Gdy­bym trzy­mał go przy­wią­za­nego do me­ta­lo­wego krze­sła, bez­rad­nego i bez­sil­nego, a jed­no­cze­śnie ude­rzał­bym go w brzuch raz za ra­zem.

Tyle że w obec­no­ści jego straż­ni­ków ni­gdy nie uda­łoby mi się za­dać na­wet pierw­szego ciosu. Ką­tem oka do­strze­gam mi­gnię­cie man­da­ryn­ko­wego je­dwa­biu. So­phie mu­ska mój ło­kieć opusz­kami pal­ców - uspo­ka­ja­jący gest, który po­ka­zuje, że wciąż tu jest. Wła­ści­wie to je­stem za­sko­czony. Po na­szym roz­sta­niu była praw­dziwą eks z pie­kła ro­dem, cho­ciaż sama też prze­szła przez nie­spo­dzie­wane trud­no­ści. Nie je­stem do końca pe­wien, czy jej ufam - a przy­naj­mniej tej bu­rzy, którą ra­zem wy­wo­ła­li­śmy - ale je­ste­śmy na do­brej dro­dze. Mimo to nie wiem, czy chcę, żeby tu była, nie te­raz.

- Czego ode mnie chcesz? - py­tam Ba.

- Po­sła­łem cię na całe lato do pro­gramu dla stu­den­tów Yale, Ha­rvardu, Ber­ke­ley i Oks­fordu. Przez całe lato mia­łeś się z nimi uczyć man­da­ryń­skiego. Za­miast tego ro­bi­łeś coś ta­kiego. - Wska­zuje na kosz na śmieci. - A te­raz tak bar­dzo chcesz je­chać do Los An­ge­les? Bar­dzo do­brze. Wsia­dasz do sa­mo­lotu z Ber­nar­dem, a Ken-Tek i Ken-Wei za­biorą cię pro­sto do tam­tej­szej szkoły śred­niej, którą udało mi się prze­ko­nać, by cię przy­jęła. Ha­rvard-We­stlake. Za­ła­twi­łem ci miesz­ka­nie, że­byś do­koń­czył ostat­nią klasę.

Co, kurwa? Chce, że­bym po­wta­rzał szkołę śred­nią?

- Twoja ku­zynka Lulu też jest tam w ostat­niej kla­sie. Jest bar­dzo pilna. Pój­dziesz w jej ślady. Żad­nych wię­cej dziew­czyn, żad­nych im­prez. I ukoń­czysz szkołę.

Znowu li­ceum?

- To już się wolę pro­sty­tu­ować - war­czę.

- Mu­sisz na­uczyć się czy­tać. - Nie re­aguje na to, co wła­ści­wie mó­wię. Ni­gdy mnie nie słu­cha. - Kiedy ja by­łem w twoim wieku, or­ga­ni­zo­wa­łem spo­tka­nia na trzech kon­ty­nen­tach. Pro­wa­dzi­łem już swój dział w Dra­gon Leaf. Twój ku­zyn pra­cuje u two­jego wujka Edwarda, od­kąd skoń­czył trzy­na­ście lat.

Pstryka pal­cami i jego ochro­nia­rze rzu­cają się na mnie. Wiem, co te­raz bę­dzie. Co­fam się. Moja pięść ude­rza jed­nego z nich w nos. Moja stopa wy­wo­łuje stęk­nię­cie dru­giego. Ale mój opór koń­czy się w mgnie­niu oka. Choć mam czarny pas ta­ekwondo, to Ba ma w roli ochro­nia­rzy trzy­krot­nych mi­strzów świata. Ich pię­ści za­ci­skają się na mo­ich ra­mio­nach jak że­la­zne kaj­danki, po jed­nej z każ­dej strony.

Pa­trzę gniew­nie na Ba.

- Przy­pro­wa­dzi­łeś dwóch straż­ni­ków, żeby po­ra­dzić so­bie ze swoim sy­nem?

- Xa­vier, chcesz, że­bym do ko­goś za­dzwo­niła? - Twarz So­phie jest pełna stra­chu. Dziew­czyna trzyma w dłoni te­le­fon.

- Dzię­kuję za tro­skę, ale nie ma po­trzeby - mówi krótko Ba. - Xa­vier? - Pa­trzy na mnie.

Po­cze­kal­nia jest pu­sta, z wy­jąt­kiem ko­biety z ob­sługi na bramce, która od­wraca wzrok. Co ozna­cza, że już ją sto­sow­nie po­in­stru­owano. So­phie jed­nak zo­stała.

Reszta roz­grywa się w mo­jej gło­wie: wzy­wamy straż­ni­ków lot­ni­ska, ale Ba ma­cha ręką i ich od­syła. Z logo rodu Yeh czy bez, i tak cała pie­przona wy­spa jest w jego kie­szeni.

- Wszystko w po­rządku, So­phie. - Zmu­szam się, żeby mój głos brzmiał spo­koj­nie. Wła­ści­wie jest cał­kiem od­ważna. Nikt nie prze­ciw­sta­wia się Ba. Wszy­scy ca­łują mu buty. Wy­li­zują mu je do czy­sta. Ale nie chcę, żeby była świad­kiem rze­czy, któ­rych nikt nie po­wi­nien być świad­kiem. - Mu­sisz zła­pać swój lot.

Jej oczy są ciemne ze zmar­twie­nia.

- Ja... za­dzwo­nię do cie­bie, kiedy wy­lą­du­jemy.

Ochro­nia­rze ru­szają, za­nim skoń­czy mó­wić. Ich za­ci­śnięte pię­ści blo­kują mi krą­że­nie w ra­mio­nach. Pro­wa­dzą mnie ko­ry­ta­rzem. Dla każ­dego, kto mógłby zwró­cić na nas uwagę, nie wy­gląda to źle. Jak­bym skrę­cił kostkę, a oni by mi po­ma­gali. Ale rano będę cały po­si­nia­czony. Że­bym nie za­po­mniał, kto tu rzą­dzi.

Na ra­zie.

Po­nie­waż za dwa dni mój fun­dusz po­wier­ni­czy przej­dzie na moje na­zwi­sko. Będę pa­nem wła­snego losu, a po­tem za­trud­nię swo­ich ochro­nia­rzy, żeby wal­czyli z tymi jego.

Jesz­cze dwa dni i Ba już ni­gdy wię­cej nie bę­dzie mógł mnie do­tknąć.

Skręca za róg, a Ke­no­wie pro­wa­dzą mnie za nim. Spo­glą­dam na bramkę do Los An­ge­les. So­phie wciąż mnie ob­ser­wuje z pod­nie­sioną ko­mórką. Chciał­bym, żeby mo­gła od­zo­ba­czyć wszystko, co wła­śnie zo­ba­czyła. Mu­szę się jej wy­da­wać słaby i głupi.

Po­tem do­cie­ramy do ka­wiarni, a So­phie znika z za­sięgu mo­jego wzroku.

Buty Ba gło­śno stu­kają o pod­łogę.

- Czym mo­żesz się zaj­mo­wać bez dy­plomu szkoły śred­niej, Xiang-Ping?

- Sztuką.

Pry­cha drwiąco.

- Sztuka nie przy­nosi pie­nię­dzy. Na­wet Szek­spir ka­zał kró­lo­wej pła­cić za jego bu­łeczki i dżem.

Ba, kurwa, wie wszystko. Gdy­bym ja umie­ścił wszystko, co wiem, w okręgu, to on mógłby na­ry­so­wać wo­kół niego dzie­sięć kon­cen­trycz­nych kół. Ale tu­taj się myli. Myli się o sie­dem ty­sięcy pie­przo­nych do­la­rów.

- Sztuka może przy­no­sić pie­nią­dze. - Do­pa­so­wuję się do jego spo­koj­nego głosu, cho­ciaż wszystko we mnie chce mu wy­krzy­czeć całą iro­niczną prawdę, która za­głu­szy­łaby lot­ni­skowe na­gło­śnie­nie. - Ten ob­raz ze smo­kiem, za który za­pła­ci­łeś tyle pie­nię­dzy... Otóż, wy­obraź so­bie, że to ja go na­ma­lo­wa­łem.

Wy­gwiz­duję efekt przy­po­mi­na­jący dźwięk spa­da­ją­cego po­ci­sku, wraz z od­gło­sem ude­rze­nia o zie­mię. Kto się te­raz bę­dzie śmiał ostatni, ta­tu­siu? Pod­no­szę brodę i pa­trzę mu w oczy - i cze­kam, aż prawda ude­rzy go moc­niej, niż kie­dy­kol­wiek mo­głyby to zro­bić moje pię­ści.

- Xiang-Ping, je­steś taki na­iwny. Gdy­bym nie in­ter­we­nio­wał, twoje marne ba­zgroły sprze­da­łyby się za ja­kieś gro­sze. Wie­dzia­łem, że to twoje. To smok z dziobu smo­czej ło­dzi two­jego dziadka... Jej zdję­cie wi­siało w na­szym sa­lo­nie, jesz­cze za­nim się uro­dzi­łeś. Ku­pi­łem ten ob­raz, żeby oszczę­dzić nam wstydu.

Prawda ude­rzyła. Ale we mnie.

- A ja za­mkną­łem twój fun­dusz po­wier­ni­czy do mo­mentu ukoń­cze­nia przez cie­bie szkoły.

- Cooo?

- Tak, Xiang-Ping. - Śmieje się.

- Kła­miesz! On na­leży do mnie. Nie mo­żesz!

- Ale wła­śnie to zro­bi­łem.

- Ma zo­sta­wiła ten fun­dusz mnie, za­nim umarła. - Rzu­cam się na niego, chcę ze­trzeć mu to sa­mo­za­do­wo­le­nie z twa­rzy. Ale kaj­dany na mo­ich ra­mio­nach za­my­kają się jesz­cze bar­dziej. Za­ci­skam bez­rad­nie pię­ści w po­wie­trzu. Na­gle cały się pocę. Zimny wiatr wieje na mnie, a ja nie mam na­wet mocy, żeby po­wstrzy­mać na­wiew przed tar­ga­niem mi wło­sów. - To była ostat­nia rzecz, o którą pro­siła! To ty za­wsze mó­wisz o oka­za­niu sza­cunku dla jej pa­mięci. Zle­ciła praw­ni­kom spo­rzą­dze­nie do­ku­men­tów, kiedy le­żała w szpi­talu.

- Ale gdyby na­dal była z nami, by­łaby tobą tak samo roz­cza­ro­wana jak ja. Więc moi praw­nicy po pro­stu je wy­co­fali.

Ba jest mi­liar­de­rem z wielu po­wo­dów, a jed­nym z nich - je­stem tego pe­wien - jest to, że każda pil­nie strze­żona ko­mórka jego ciała jest zo­rien­to­wana na je­den cel: szach-mat.

- Skoń­czysz szkołę, Xiang-Ping - mówi Ba spo­koj­nie, jakby nie wie­dział, że wła­śnie zde­to­no­wał gra­nat w moim ży­ciu. - Skoń­czysz szkołę śred­nią jak reszta świata. Spró­buj stać się uży­tecz­nym czło­wie­kiem. Wtedy... i tylko wtedy... do­sta­niesz swoje pie­nią­dze.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

XA­VIER

LO­VE­BOAT. TA­LENT SHOW I AU­KCJA CHA­RY­TA­TYWNATE­ATR NA­RO­DOWY, TAJ­PEJ8 SIERP­NIA

Kiedy twoje ży­cie jest pa­smem po­ra­żek, aż trudno uwie­rzyć, że co­kol­wiek może pójść po two­jej my­śli. Ale oto wła­śnie stoję za ku­li­sami, za ak­sa­mit­nymi za­sło­nami te­atral­nej sceny, i zer­kam, jak So­phie pró­buje sprze­dać mój ob­raz na au­kcji, którą ob­ser­wują dwa ty­siące osób - i czuję w piersi dziwną na­dzieję.

- A te­raz ostatni punkt dzi­siej­szego wie­czoru...

So­phie wska­zuje na mo­jego na­ma­lo­wa­nego smoka, za­wie­szo­nego wy­soko w tle, na ca­łej sze­ro­ko­ści sceny. Wen­ty­la­tor elek­tryczny spra­wia, że smok fa­luje i wy­gląda, jakby la­tał, jakby ożył. Ma wszyst­kie od­cie­nie zie­leni: jak mo­kra trawa, pa­wie pióra, ocean i mięta. Jak góry Taj­wanu i chłód w cie­niu pod drze­wami.

Przy­naj­mniej tak to czu­łem, kiedy po­wo­ły­wa­łem smoka do ist­nie­nia.

- To dzieło ano­ni­mo­wego ucznia Chien Tan. - Głos So­phie nie­sie się po­nad roz­ma­za­nymi twa­rzami na wi­downi. Dziew­czyna wy­gła­dza zbłą­kany ko­smyk czar­nych wło­sów, które od­gar­nęła z szyi i spięła srebrną klamrą. - Zwróć­cie uwagę na nie­praw­do­po­dobną liczbę od­cieni na jego ciele. Siła jego skrzy­deł...

W ja­kiś spo­sób spra­wia, że brzmi to tak re­al­nie. Przez całe ży­cie Ba[1] mó­wił mi, że­bym nie mar­no­wał czasu na sztukę. Kie­dyś roz­to­pił moje pa­stele w ka­łużę i zo­sta­wił je na biurku, żeby stward­niały. Ale tego lata na­bra­łem od­wagi i znowu za­czą­łem ry­so­wać. Ten smok to naj­więk­sza rzecz, jaką kie­dy­kol­wiek zro­bi­łem. Ni­gdy nie czu­łem się tak od­sło­nięty; to znacz­nie gor­sze, niż gdy­bym bie­gał nago po sce­nie.

- Czy ja sły­szę: trzy ty­siące do­la­rów taj­wań­skich? - pyta So­phie.

Ku mo­jemu zdzi­wie­niu w ciem­no­ści unosi się kilka bia­łych ta­bli­czek.

Sto do­lców za odro­binę zie­lo­nych, nie­bie­skich i zło­tych pa­steli.

- Sześć ty­sięcy? - pyta So­phie. - Dwa­na­ście ty­sięcy? Wy­obraź­cie so­bie tego im­po­nu­ją­cego smoka strze­gą­cego ko­ry­ta­rzy wa­szego biura!

So­phie jest wprost stwo­rzona do tego, by rzą­dzić pu­blicz­no­ścią. Liczby ro­sną w za­wrot­nym tem­pie, co przy­pra­wia mnie o za­wroty głowy. Nie mo­głem uwie­rzyć, że ktoś byłby skłonny wy­dać na mo­jego smoka nieco po­nad sto do­la­rów ame­ry­kań­skich. Te­raz jest kilku chęt­nych go­to­wych za­pła­cić sie­dem­set.

Osiem­set.

Dzie­więć­set.

Przy kwo­cie ty­siąca do­la­rów zo­stało już tylko trzech ofe­ren­tów. Wy­cią­gam szyję, żeby ich zo­ba­czyć. Ciem­ność skrywa ko­bietę sto­jącą na bal­ko­nie, męż­czy­znę z tyłu, dru­giego z boku.

Nie­wia­ry­godne, że wciąż uno­szą ta­bliczki.

Przy pię­ciu ty­sią­cach do­la­rów męż­czy­zna z boku od­pada.

- I... sprze­dano za dwie­ście ty­sięcy do­la­rów taj­wań­skich! - krzy­czy So­phie. - Panu w bia­łej ma­ry­narce. Dzię­kuję, pro­szę pana, i gra­tu­luję! Spo­tkajmy się na sce­nie za­raz po kon­cer­cie, aby mógł pan ode­brać gra­fikę.

Aplauz, który wy­bu­cha, spra­wia, że de­ski pod­łogi pod mo­imi sto­pami aż wi­brują. Pra­wie wy­cho­dzę na scenę, gdy pró­buję śle­dzić ruch re­flek­tora. Jego blask prze­biega po twa­rzach zgro­ma­dzo­nych w po­szu­ki­wa­niu fa­ceta, który wy­dał wła­śnie po­nad sie­dem ty­sięcy do­la­rów na mo­jego ano­ni­mo­wego smoka - pra­wie tyle samo, ile za­pła­cono za całą resztę dzi­siej­szych au­kcji ra­zem wzię­tych. Ja­kiś mi­ło­śnik sztuki? A może po pro­stu ktoś, komu spodo­bało się to, co zo­ba­czył?

Świa­tło re­flek­to­rów pada na męż­czy­znę w śnież­no­bia­łej ma­ry­narce i spodniach tego sa­mego ko­loru. Głowa i ra­miona wy­pro­sto­wane - zna­joma mi woj­skowa po­stawa. Znów zaj­muje swoje miej­sce, pod­no­sząc skrom­nie rękę w ge­ście uzna­nia dla okla­sków.

Chwila, ja go znam.

To jest Ba.