2
XAVIER
Ba atakuje mnie niczym torpeda, otoczony przez dwóch potężnych ochroniarzy. Włosy ma obcięte tak równo, że na ich ostrych krawędziach dałoby się zetrzeć ser. To pasuje do jego temperamentu - przynajmniej tego, który go ponosi, kiedy zwraca się do mnie.
Przyjaciele z Loveboat odwracają się, żeby na niego spojrzeć. Wiem, że to poważna sprawa. Od czasu, gdy przejął Dragon Leaf - firmę, którą mój pradziadek założył ponad sto lat temu - trzy razy znalazł się na okładce azjatyckiego wydania magazynu "Forbes". Logo firmy jest wyhaftowane na kieszeniach na piersiach strażników: szczeciniasty znak przypominający drzewo, który oznacza "liść", czyli moje nazwisko - - otoczone wieńcem utworzonym przez smoka o chudym, wydłużonym ciele. Słyszałem, że najwspanialszy dzień w życiu strażnika, kierowcy czy kogokolwiek innego, to ten, w którym mogli założyć odznakę rodu Yeh.
Dla mnie nie wiązało się to ze szczęściem.
Wstaję ostrożnie, trzymając szkicownik przy piersi jak tarczę. Spędziłem nad nim cały poranek, siedząc na trawniku w Chien Tan, i po raz ostatni próbowałem uchwycić moimi zużytymi pastelami uczucia, które mi tam towarzyszyły. Moje rysunki się zmieniają. Twarz, która prześladowała moje strony przez większą część lata, zniknęła. Po raz pierwszy nie rysuję Ever Wong. Wybrała Ricka, nie mnie, a ja pozwoliłem jej odejść. Teraz widzę wszystko inaczej, ale te uczucia zostały ciężko wywalczone i jednocześnie są delikatne jak jedwabne nici.
Nie chcę, żeby Ba ich dotykał.
- Dokąd się wybierasz? - Ba zamyka moje ramię w żelaznym uścisku. - Miałeś lecieć do Bostonu na zajęcia.
Wszyscy milkną, a ja się krzywię.
- Już ci mówiłem - odpowiadam. - Jadę do Los Angeles.
Ba wyrywa mi szkicownik z rąk, poruszając się tak szybko, że aż ciężko za nim nadążyć. Zanim orientuję się, co się dzieje, szkicownik uderza mnie w twarz.
- Stop! - krzyczy Sophie. - Co to, do jasnej cholery, ma znaczyć?
Białe światła pływają w moim polu widzenia. Dzwoni mi w głowie. Wszyscy inni odsuwają się ode mnie, odwracają wzrok i spieszą na swój lot. Na wypadek gdyby moje popieprzone życie miało okazać się zaraźliwe.
Ba podnosi ręce i rozdziera mój szkicownik. Wręcza go swojemu ochroniarzowi, który wyrzuca go do kosza na śmieci. Książkę, w której było wszystko, co widziałem przez całe lato, przeniesione przez moje palce prosto z duszy na kartkę.
Przepadła.
Ba patrzy na mnie ponuro. Krótkie, gniewne oddechy unoszą moją klatkę piersiową. Chcę zadać mu podobny ból. Wyobrażałem sobie wcześniej - fantazjowałem na ten temat - co najbardziej by go zraniło. Gdyby stracił wszystkie pieniądze. Gdyby cała reputacja jego rodziny spłynęła do szamba. Gdybym trzymał go przywiązanego do metalowego krzesła, bezradnego i bezsilnego, a jednocześnie uderzałbym go w brzuch raz za razem.
Tyle że w obecności jego strażników nigdy nie udałoby mi się zadać nawet pierwszego ciosu. Kątem oka dostrzegam mignięcie mandarynkowego jedwabiu. Sophie muska mój łokieć opuszkami palców - uspokajający gest, który pokazuje, że wciąż tu jest. Właściwie to jestem zaskoczony. Po naszym rozstaniu była prawdziwą eks z piekła rodem, chociaż sama też przeszła przez niespodziewane trudności. Nie jestem do końca pewien, czy jej ufam - a przynajmniej tej burzy, którą razem wywołaliśmy - ale jesteśmy na dobrej drodze. Mimo to nie wiem, czy chcę, żeby tu była, nie teraz.
- Czego ode mnie chcesz? - pytam Ba.
- Posłałem cię na całe lato do programu dla studentów Yale, Harvardu, Berkeley i Oksfordu. Przez całe lato miałeś się z nimi uczyć mandaryńskiego. Zamiast tego robiłeś coś takiego. - Wskazuje na kosz na śmieci. - A teraz tak bardzo chcesz jechać do Los Angeles? Bardzo dobrze. Wsiadasz do samolotu z Bernardem, a Ken-Tek i Ken-Wei zabiorą cię prosto do tamtejszej szkoły średniej, którą udało mi się przekonać, by cię przyjęła. Harvard-Westlake. Załatwiłem ci mieszkanie, żebyś dokończył ostatnią klasę.
Co, kurwa? Chce, żebym powtarzał szkołę średnią?
- Twoja kuzynka Lulu też jest tam w ostatniej klasie. Jest bardzo pilna. Pójdziesz w jej ślady. Żadnych więcej dziewczyn, żadnych imprez. I ukończysz szkołę.
Znowu liceum?
- To już się wolę prostytuować - warczę.
- Musisz nauczyć się czytać. - Nie reaguje na to, co właściwie mówię. Nigdy mnie nie słucha. - Kiedy ja byłem w twoim wieku, organizowałem spotkania na trzech kontynentach. Prowadziłem już swój dział w Dragon Leaf. Twój kuzyn pracuje u twojego wujka Edwarda, odkąd skończył trzynaście lat.
Pstryka palcami i jego ochroniarze rzucają się na mnie. Wiem, co teraz będzie. Cofam się. Moja pięść uderza jednego z nich w nos. Moja stopa wywołuje stęknięcie drugiego. Ale mój opór kończy się w mgnieniu oka. Choć mam czarny pas taekwondo, to Ba ma w roli ochroniarzy trzykrotnych mistrzów świata. Ich pięści zaciskają się na moich ramionach jak żelazne kajdanki, po jednej z każdej strony.
Patrzę gniewnie na Ba.
- Przyprowadziłeś dwóch strażników, żeby poradzić sobie ze swoim synem?
- Xavier, chcesz, żebym do kogoś zadzwoniła? - Twarz Sophie jest pełna strachu. Dziewczyna trzyma w dłoni telefon.
- Dziękuję za troskę, ale nie ma potrzeby - mówi krótko Ba. - Xavier? - Patrzy na mnie.
Poczekalnia jest pusta, z wyjątkiem kobiety z obsługi na bramce, która odwraca wzrok. Co oznacza, że już ją stosownie poinstruowano. Sophie jednak została.
Reszta rozgrywa się w mojej głowie: wzywamy strażników lotniska, ale Ba macha ręką i ich odsyła. Z logo rodu Yeh czy bez, i tak cała pieprzona wyspa jest w jego kieszeni.
- Wszystko w porządku, Sophie. - Zmuszam się, żeby mój głos brzmiał spokojnie. Właściwie jest całkiem odważna. Nikt nie przeciwstawia się Ba. Wszyscy całują mu buty. Wylizują mu je do czysta. Ale nie chcę, żeby była świadkiem rzeczy, których nikt nie powinien być świadkiem. - Musisz złapać swój lot.
Jej oczy są ciemne ze zmartwienia.
- Ja... zadzwonię do ciebie, kiedy wylądujemy.
Ochroniarze ruszają, zanim skończy mówić. Ich zaciśnięte pięści blokują mi krążenie w ramionach. Prowadzą mnie korytarzem. Dla każdego, kto mógłby zwrócić na nas uwagę, nie wygląda to źle. Jakbym skręcił kostkę, a oni by mi pomagali. Ale rano będę cały posiniaczony. Żebym nie zapomniał, kto tu rządzi.
Na razie.
Ponieważ za dwa dni mój fundusz powierniczy przejdzie na moje nazwisko. Będę panem własnego losu, a potem zatrudnię swoich ochroniarzy, żeby walczyli z tymi jego.
Jeszcze dwa dni i Ba już nigdy więcej nie będzie mógł mnie dotknąć.
Skręca za róg, a Kenowie prowadzą mnie za nim. Spoglądam na bramkę do Los Angeles. Sophie wciąż mnie obserwuje z podniesioną komórką. Chciałbym, żeby mogła odzobaczyć wszystko, co właśnie zobaczyła. Muszę się jej wydawać słaby i głupi.
Potem docieramy do kawiarni, a Sophie znika z zasięgu mojego wzroku.
Buty Ba głośno stukają o podłogę.
- Czym możesz się zajmować bez dyplomu szkoły średniej, Xiang-Ping?
- Sztuką.
Prycha drwiąco.
- Sztuka nie przynosi pieniędzy. Nawet Szekspir kazał królowej płacić za jego bułeczki i dżem.
Ba, kurwa, wie wszystko. Gdybym ja umieścił wszystko, co wiem, w okręgu, to on mógłby narysować wokół niego dziesięć koncentrycznych kół. Ale tutaj się myli. Myli się o siedem tysięcy pieprzonych dolarów.
- Sztuka może przynosić pieniądze. - Dopasowuję się do jego spokojnego głosu, chociaż wszystko we mnie chce mu wykrzyczeć całą ironiczną prawdę, która zagłuszyłaby lotniskowe nagłośnienie. - Ten obraz ze smokiem, za który zapłaciłeś tyle pieniędzy... Otóż, wyobraź sobie, że to ja go namalowałem.
Wygwizduję efekt przypominający dźwięk spadającego pocisku, wraz z odgłosem uderzenia o ziemię. Kto się teraz będzie śmiał ostatni, tatusiu? Podnoszę brodę i patrzę mu w oczy - i czekam, aż prawda uderzy go mocniej, niż kiedykolwiek mogłyby to zrobić moje pięści.
- Xiang-Ping, jesteś taki naiwny. Gdybym nie interweniował, twoje marne bazgroły sprzedałyby się za jakieś grosze. Wiedziałem, że to twoje. To smok z dziobu smoczej łodzi twojego dziadka... Jej zdjęcie wisiało w naszym salonie, jeszcze zanim się urodziłeś. Kupiłem ten obraz, żeby oszczędzić nam wstydu.
Prawda uderzyła. Ale we mnie.
- A ja zamknąłem twój fundusz powierniczy do momentu ukończenia przez ciebie szkoły.
- Cooo?
- Tak, Xiang-Ping. - Śmieje się.
- Kłamiesz! On należy do mnie. Nie możesz!
- Ale właśnie to zrobiłem.
- Ma zostawiła ten fundusz mnie, zanim umarła. - Rzucam się na niego, chcę zetrzeć mu to samozadowolenie z twarzy. Ale kajdany na moich ramionach zamykają się jeszcze bardziej. Zaciskam bezradnie pięści w powietrzu. Nagle cały się pocę. Zimny wiatr wieje na mnie, a ja nie mam nawet mocy, żeby powstrzymać nawiew przed targaniem mi włosów. - To była ostatnia rzecz, o którą prosiła! To ty zawsze mówisz o okazaniu szacunku dla jej pamięci. Zleciła prawnikom sporządzenie dokumentów, kiedy leżała w szpitalu.
- Ale gdyby nadal była z nami, byłaby tobą tak samo rozczarowana jak ja. Więc moi prawnicy po prostu je wycofali.
Ba jest miliarderem z wielu powodów, a jednym z nich - jestem tego pewien - jest to, że każda pilnie strzeżona komórka jego ciała jest zorientowana na jeden cel: szach-mat.
- Skończysz szkołę, Xiang-Ping - mówi Ba spokojnie, jakby nie wiedział, że właśnie zdetonował granat w moim życiu. - Skończysz szkołę średnią jak reszta świata. Spróbuj stać się użytecznym człowiekiem. Wtedy... i tylko wtedy... dostaniesz swoje pieniądze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki