Love Sour - Anita Kliczykowska

Reflow text when sidebars are open.
Boże, jak gorąco, pomyślałam, podrzucając siatki, które nieznośnie wbijały mi się w dłonie. To miały być małe zakupy, a skończyło się jak zawsze. Jeszcze kawa, mleko i przecież skończyły się chusteczki! Że też zachciało mi się spacerków od rana, przeklinałam siebie w myślach, idąc ulicami małego miasteczka, do którego los sprowadził mnie dwa lata temu. To wtedy spakowałam swój cały dobytek do starego Forda Transita i na chybił trafił wybrałam Nashville.
Niewielkie oszczędności, pozostałe po spłacie kredytów i niezliczonych długów mojego zmarłego narzeczonego, wystarczyły jedynie na wynajęcie mikroskopijnego mieszkanka na poddaszu starej szkoły. Może i mogłam jednocześnie gotować i brać prysznic, ale czułam się tam dobrze. Po roku zdecydowałam się podjąć pracę, a że akurat pobliski klub poszukiwał barmanki, odświeżyłam swoje umiejętności i tak od wielu już miesięcy przygotowywałam margherity, aperolki i inne cuda dla bogatych i rozwydrzonych dzieciaków z okolicy.
A teraz zachciało mi się zakupów przed pracą. Szłam pogrążona we własnych myślach i utyskiwaniu na mój ciężki zakupowy los. Zajęły mnie one tak bardzo, że nie usłyszałam pierwszego strzału.
Drugi za to zmroził mi krew w żyłach. Czułam, jak nogi odmawiają mi posłuszeństwa, a serce dudniło głośno. Rozejrzałam się ostrożnie, starając się nie wykonywać żadnego gwałtownego ruchu. Nagle usłyszałam pisk opon. Szybko odwróciłam się w tamtą stronę i ujrzałam czarne BMW, do którego wskakiwało dwóch zamaskowanych facetów. Na ziemi leżał jakiś mężczyzna. Niestety mój instynkt samozachowawczy szwankował już od najmłodszych lat, dlatego, niewiele myśląc, rzuciłam siatki i pobiegłam do poszkodowanego.
Trzymał się za prawy bok, a jego ręka była cała we krwi.
- Matko jedyna! Nie wierzę, dlaczego akurat teraz, dlaczego akurat ja? - powtarzałam, a serce mi łomotało. W głowie miałam totalną pustkę. Nie wiedziałam, co powinnam zrobić w takiej sytuacji. Próbowałam ucisnąć ranę, ale mężczyzna tylko głośniej jęknął z bólu. Rozglądałam się w panice, jak na złość nikogo nie było w pobliżu.
- Po... potrzebujesz pomocy? - zapytałam głupio. No jasne idiotko, facet leży cały we krwi, a ty się pytasz, czy potrzebuje pomocy?, skarciłam się w myślach.
- Te..., te..., tele... - wyszeptał z trudem postrzelony.
Pochyliłam się, a w nozdrza uderzył mnie oszałamiający zapach.
No tak, Ray, świetnie, facet umiera, a ty się podniecasz, skarciłam się w duchu.
- Telefon - wychrypiał w końcu.
- Jasne! Dzięki za pomoc. Teraz pozostaje jeszcze uratować ciebie - paplałam w nerwach. - Już dzwonię po karetkę.
- Nie! - niemal wykrzyczał.
Spojrzałam na niego przerażona.
- Nie po karetkę. John... - dodał z wysiłkiem i pokazał na kieszeń. - Telefon.
Zrozumiałam, co ma na myśli, ale spojrzałam na niego jak na wariata.
- Gościu, ty krwawisz, postrzelili cię! Na rozmówki z twoim kolegą jeszcze przyjdzie czas. Teraz dzwonię po kartkę i po gliny - zdecydowałam stanowczo.
- Nie, gliny nie - wyszeptał z trudem. - To małe, powiedzmy przyjacielskie nieporozumienie - dodał.
Małe przyjacielskie nieporozumienie? Czy on oszalał? Popatrzyłam na niego uważnie. Czarny garnitur, drogi zegarek na ręce i, sądząc po zapachu, perfumy też nie były tanie. Westchnęłam i wzruszyłam ramionami.
- Dobrze, że ja nie mam takich przyjaciół - zrobiłam w powietrzu cudzysłów. - Dobra, nie wypada się kłócić z postrzelonym. Miałam na myśli spluwę, a nie... - zakręciłam palcami przy czole, na co nieznajomy spojrzał na mnie podejrzliwie. - OK, już dzwonię - dodałam uspokajająco.
Ukucnęłam przy nim, na szczęście jego telefon łatwo było zlokalizować. Drżącymi rękoma sięgnęłam do kieszeni jego spodni, ale zawahałam się.
Dlaczego faceci noszą telefony w spodniach, a nie w torebkach - jak normalni ludzie?, pomyślałam. Nie chciałabym zostać zaraz oskarżona o molestowanie. To w końcu Ameryka, tu każdy każdego oskarża. A ta kieszeń znajduje się niebezpiecznie blisko...
- Mogę? - zapytałam, spoglądając na rannego. Na jego ustach pojawił się kpiący uśmieszek. - Widzę, że świetnie się bawisz. Może jednak pomyliłam się w ocenie i nie potrzebujesz mojej pomocy - bąknęłam, ale z satysfakcją wyciągnęłam telefon.
- No wiesz? - zbeształam go, poszukując numeru do tajemniczego Johna. - Telefon bez blokady? Każdy może cię okraść i zadzwonić, nie wiem, do Chin czy gdzieś - mamrotałam bez składu, scrollując listę kontaktów. - O mam! - zawołałam wreszcie i dodałam: - Może sam chcesz z nim pogadać? - Spojrzałam na faceta, coś było zdecydowanie nie tak. - Cholera jasna - zaklęłam pod nosem. - Jeszcze tego mi brakowało, musiał odpłynąć. - Sprawdziłam tętno i wcisnęłam zieloną słuchawkę.
- Luke? No, czekamy na ciebie... - usłyszałam rozbawiony głos.
- To sobie jeszcze poczekacie - oznajmiłam. - Ten facet został postrzelony, a przed chwilą stracił przytomność - wyrzucałam z siebie słowa jak z karabinu. - Chciałam zadzwonić po karetkę i gliny, ale on mi nie pozwo...
- Gdzie jesteście? - zapytał tajemniczy John, wchodząc mi w słowo.
Podałam dokładny adres i zakończyłam błagalnym tonem:
- Proszę, pospiesz się.
- Już jedziemy - rzucił rozmówca, a po chwili dodał: - Nie pozwól mu umrzeć - i natychmiast się rozłączył.
Poczułam, jak trzęsą mi się ręce.
"Nie pozwól mu umrzeć, nie pozwól mu umrzeć" - te słowa jak zdarta płyta przewijały się w mojej głowie. Sorry, koleś, ale jakoś mężczyźni umierają w moim otoczeniu, nie zdarzają mi się szczęśliwe zakończenia, pomyślałam, czując, jak moje serce zaczyna galopować, a ręce dygotać. Zamknęłam szybko oczy, odliczając do dziesięciu. Polecił mi to kiedyś szkolny psycholog na moje ataki paniki. O dziwo tym razem też pomogło.
Wzięłam jeszcze jeden głęboki, uspokajający oddech i spojrzałam odważnie na mężczyznę. Mój podopieczny nadal był nieprzytomny, ale oddychał. Z jego boku ciągle sączyła się krew. Nie zastanawiając się, ściągnęłam apaszkę z włosów i ucisnęłam ranę. Kula chyba przeszła obok, oceniłam niemal profesjonalnie.
Rozejrzałam się dookoła, ale na horyzoncie nie było śladu ratunku. Przeniosłam swoje spojrzenie na twarz rannego. Blond włosy, szeroka szczęka, pełne usta. Był umięśniony, a na szyi widać było fragment tatuażu.
- Szkoda dla świata, żeby taki facet umarł - powiedziałam po cichu.
Nie mogąc się oprzeć, pochyliłam się, żeby jeszcze raz, ostatni raz, go powąchać. Zapach zawsze działał na mnie jak afrodyzjak. W tym momencie usłyszałam podjeżdżające auto i odskoczyłam od nieznajomego.
- To do mnie dzwoniłaś. Jak sytuacja? - zapytał ktoś, wyskakując z samochodu. Gość wyglądał i zachowywał się jak wojskowy: sztywna postawa, krótkie komunikaty.
- Wydaje się stabilny. Oddech płytki, tętno jest, kula chyba tylko go drasnęła - wyrecytowałam w podobnym stylu.
- Przejmujemy go - oznajmił John, a z tylnego siedzenia wysiadły pospiesznie kolejne dwie osoby, chwyciły mojego postrzelonego i przeniosły do kabiny.
Zanim drzwi się zatrzasnęły, John odwrócił się w moją stronę, spojrzał w moje oczy i skinął głową. Po chwili samochód odjechał z piskiem opon.
Rozejrzałam się po pustym parkingu. Byłam sama, z drżącymi nogami i rękoma ubrudzonymi krwią, a po niedawnych wydarzeniach zostały tylko plama na asfalcie oraz satysfakcja w moim sercu.
Mam nadzieję, że uda się go uratować, pomyślałam, odchodząc w stronę moich rozrzuconych zakupów.
Pozbierałam je do siatek i ruszyłam do domu. Dziwne uczucie. Przed chwilą ratowałam postrzelonego mężczyznę, a teraz znowu dźwigam torby. Tak, jakby to nigdy się nie wydarzyło. Tak, jakby nie wstrząsnęło to moim dniem. Przez moją głowę zaczęły przeskakiwać sceny, w których brałam udział. Dźwięk postrzału, moja ręka uciskająca krwawiącą ranę, metaliczny zapach krwi... Pokręciłam głową, by odgonić te wspomnienia. Czekał mnie długi dzień w pracy, musiałam się skupić na tym, co tu i teraz.
Wsunęłam klucz do zamka, niestety znowu się zaciął.
- Raz ratujesz komuś życie, a raz szarpiesz się z drzwiami. Jak to mówią, od bohatera do zera, czy jakoś tak... - mamrotałam pod nosem. Na szczęście drzwi szybko ustąpiły i mogłam wejść do środka.
Teraz szybki prysznic i praca.
- Mam nadzieję, że już więcej przygód mnie dzisiaj nie spotka - westchnęłam zmęczona, udając się pod natrysk.