ATMOSFERA W DOMU BYŁA CORAZ BARDZIEJ NAPIĘTA. Tata rzucił w mamę jej nowym odkurzaczem, który przeleciał nad garażem na łódź i wylądował na plaży. Próbowała posprzątać w salonie, stolik do kawy pełen był popielniczek, na wytartej brązowej kanapie ze sztruksu leżało mnóstwo butelek po piwie Lucky, miejscowym specjale. W telewizorze ryczał hokej. Wiedzieliśmy, że nie wolno nam hałasować, bo inaczej... Kiedy tata wpadał w szał po wypiciu za dużej ilości piwa, zaczynał wyzywać mamę. Nazywał ją "głupią" albo "idiotką". Był niesamowicie inteligentny, należał do Mensy, miał wysokie IQ i kiedy się upijał i wściekał, zawsze czepiał się inteligencji mamy. Takie słowa naprawdę sprawiały jej ból. Nie znosiłam, jak ktoś kogoś wyzywał - za często byłam tego świadkiem.
W takich chwilach zabierałam Gerry'ego na dwór i siadaliśmy na schodach. Kiedy krzyki cichły, zakładaliśmy, że się pogodzili. Gdy wracaliśmy do domu, zastawaliśmy ich obściskujących się na kanapie, na stole albo przy lodówce. Wtedy znowu szybko wyciągałam brata za rękę na zewnątrz i znajdowałam nam jakieś zajęcie.
Nie byli tacy jak inni rodzice...
Ich niezaprzeczalna namiętność,
kłótnie, łzy
i wrzaski...
Ale jakoś kończyło się to normalnie...
Czasami Gerry i ja czuliśmy,
że im przeszkadzamy
albo że to my stanowimy problem.
Pamiętam, że mama często płakała, wtedy zawsze zamykała się w łazience. Słyszałam jej stłumiony szloch i wydawało mi się, że mówi do siebie, żeby się uspokoić. Mieliśmy tylko tę jedną łazienkę i przez dziurkę od klucza wszystko było widać. Patrzyłam, jak mama próbuje tapirować włosy i poprawiać makijaż, jak tusz do rzęs spływa po jej twarzy. Lustro wisiało na ścianie nad toaletą, więc aby się przejrzeć, musiała uklęknąć na sedesie. Na zbiorniku ze spłuczką układała przybory do makijażu, szczotki do włosów, szminkę i bladoróżowy grzebień do tapirowania. Ciekawe, czy wiedziała, że ją obserwuję.
Moja piękna, smutna mama
uczyniła ze mnie melancholijne dziecko.
Była żywym obrazem Mela Ramosa zatytułowanym Dziurka od klucza.
Wchodziłam do łazienki i stawałam na sedesie, żeby przejrzeć się w lustrze tak jak ona, czesać włosy, malować się jej bladoróżową szminką. Już w dzieciństwie nienawidziłam swego wyglądu. Zawsze byłam bardzo niska, chuda i wysportowana. Pewnego razu zauważyłam, że lustro się otwiera - okazało się, że to ukryta apteczka. Zobaczyłam buteleczkę z różowymi tabletkami. Aspiryna do żucia dla dzieci. Wyglądały jak cukierki, więc zjadłam je wszystkie. Następne, co pamiętam, to szpital. Już tam bywałam. W swoim krótkim życiu leżałam w wielu szpitalach - miałam żółtaczkę, wirusowe zapalenie płuc, "zgięłam kość" i wylądowałam w gipsie - ale tym razem mama denerwowała się o wiele bardziej, bała się, że mnie zabiorą. I nie bez powodu - tydzień wcześniej zabrano dzieci z kolejnej zaprzyjaźnionej rodziny. Mieszkali w pokoju hotelowym nad miejscowym barem. Ich mama powiedziała, że widziała małe zielone ludziki w swoich roślinach. Od tej pory zawsze przyglądałam się roślinom w nadziei, że też takie zobaczę. Byliśmy przy tym, gdy odbierano im dzieci. Pamiętam, jak do nich machałam, gdy odjeżdżały białym vanem z pracownikami socjalnymi. Nigdy więcej ich nie zobaczyliśmy.
Kiedy moi rodzice się kłócili, powtarzałam sobie tak jak Kubuś Puchatek: "myśl, myśl, myśl". Raz powiedziałam Gerry'emu, żeby poszedł ze mną, po czym kazałam mu wejść do starej puszki z kablami na podwórku sąsiadów i się stamtąd nie ruszać. Założyłam pokrywę, a potem zadzwoniłam na 911 i zgłosiłam jego zaginięcie. Wydawało mi się, że poszukiwania trwają całymi godzinami, aż wreszcie wyszedł sam, zmęczony tą zabawą. Pewnie chciał zobaczyć wozy strażackie i policyjne, których syreny ryczały w okolicy. Powiedział wszystkim, że to ja kazałam mu tam siedzieć. Wiedziałam, że będę mieć ogromne kłopoty, ale zaczęłam przyzwyczajać się do pasa. Gra była warta świeczki, mogłam ścierpieć kilka razów. Bóg wie, że moja mama znalazła się w o wiele gorszej sytuacji. Smutno mi teraz, gdy patrzę wstecz ze świadomością, że prawdopodobnie wyrządziłam jej wiele przykrości, sprawiając mnóstwo kłopotów, kiedy ona próbowała utrzymać wszystko w idealnym stanie, żeby tata nie złościł się ani na nią, ani na nas. Zawsze próbowała go bronić, ale nie byliśmy z Gerrym głupi. Coś było nie tak. Baliśmy się o mamę. Bardzo nas to dotykało.
W niektóre wieczory udawałam, że śpię, i czekałam, aż moi rodzice pójdą spać. Potem wstawałam po cichu - co było szalenie trudną sztuką, bo musiałam zejść z naszego lichego piętrowego łóżka z czerwonego metalu - i niemalże lunatykowałam do kuchni, zatykałam zlew, odkręcałam wodę i wracałam do łóżka. Po chwili zalewało kuchnię. Albo mieszałam wszystkie przyprawy mamy z masłem, a potem smarowałam tym kota. Tata był rannym ptaszkiem i często budził mnie jego wrzask: "Pamelaaa!". To było ekscytujące uczucie.
Pewnego wieczoru rodzice wyszli na randkę, ale tata zapomniał swojej skórzanej kurtki i niespodziewanie wrócili do domu. Moja kotka Momsy właśnie pod pralką na tarasie urodziła kolejne młode. Postanowiłam przynieść je do domu, czego wyraźnie zakazano mi robić. Tata wszedł i zobaczył, jak niosę pudełko z kociętami. Byłam przerażona, przyłapana na gorącym uczynku. Wściekł się tak, że zrzucił kurtkę, chwycił papierową torbę, wsadził do niej wszystkie kociaki i zbiegł po schodach na plażę. Poszłam za nim jak w transie - słyszałam stłumione piski zwierząt. Wszystko przed moimi oczami było rozmazane, jakby działo się w zwolnionym tempie. Tata wszedł do wody i zanurzył torbę. Utopił je na moich oczach. Tego wieczoru czułam się, jakbym ja też umarła.
To była moja wina...
Byłam zła.
Opuściłam swoje ciało,
pofrunęłam do domu mojej przyjaciółki Sary.
Wyobraziłam sobie, że unoszę się nad drzewami,
nad podjazdem
wlatuję do jej domu,
skręcam za róg do jej pokoju...
do jej szafy,
zamykam drzwi
i siedzę z jej ładnymi zabawkami.
Znajduję schronienie.
Nikomu nie opowiadałam o tym, co dzieje się w moim domu. To był drażliwy temat, podświadomie czułam, że po prostu tak nam się trafiło, i tyle. Odczuwałam wdzięczność za to, co mieliśmy. Nie przetrwałabym dorosłego życia bez siły, z której nauczyłam się czerpać w dzieciństwie.
W szkole nauczyciele chwalili mnie za kreatywność i pomysłowość. Wykorzystywałam swoją wolność artystyczną w wyjątkowy sposób i chłonęłam wszystkie doświadczenia. Uwielbiałam pisać i zatracałam się w opowiadaniu historii. Czułam taką inspirację, że po prostu musiałam wydobyć z siebie te słowa. Twierdziłam, że mój ołówek ożył i ma własny rozum. Czasami pisałam o kosmosie i robiłam ilustracje do tekstu, wszystkie postacie żyły w mojej głowie. Interesowali mnie kosmici - nawet znałam ich imiona. Kiedyś wybraliśmy się na wycieczkę do muzeum historii naturalnej. To rozpaliło moją wyobraźnię. Kości dinozaurów powiedziały mi, że powinnam zostać archeolożką. Zaczęłam szukać skamielin i pirytu na naszej plaży i po pewnym czasie miałam już całkiem niezłą kolekcję. Polerowałem kamienie w tumblerze, założyłam sklep pod wielkim zwalonym drzewem i sprzedawałam je udawanym klientom.
Choć uwielbiałam szkołę, byłam prowokatorką. Czasami udawałam głuchą podczas lekcji albo owijałam rękę papierem toaletowym i twierdziłam, że ją złamałam, albo udawałam, że zasypiam przy ławce, i głośno chrapałam, a potem wybuchałam śmiechem. Raz obcięłam sobie część włosów, potem założyłam na głowę kaptur kurtki przeciwdeszczowej i bardzo mocno ściągnęłam troczki, tak że mogłam patrzeć tylko przez niewielki otwór.
Co najśmieszniejsze, pod wieloma względami byłam szalenie nieśmiała. Ale zwracanie uwagi innych mi się podobało - o ile wszystko działo się na moich warunkach. Nie miałam zbyt wielu przyjaciół - nie potrafiłam podtrzymywać kontaktów z rówieśnikami - ale bez problemu mogłam występować przed całą klasą. Pamiętam, jak pewnego dnia stanęłam na ławce i zaprosiłam wszystkich na łyżwy, nie pytając o zgodę rodziców, którzy przecież nie mieli na to pieniędzy. Nigdy nie zapraszałam koleżanek do domu - już wtedy czułabym się z tym niekomfortowo - ale bardzo miło było poudawać choć przez minutę. Na koniec mojego występu wszyscy klaskali. Chłonęłam to.
Do soboty o wszystkim zapomniałam, więc byłam zaskoczona, gdy tego dnia przyszła do nas dziewczynka z łyżwami przewieszonymi przez szyję, trzymająca za rękę swoją mamę. Musiałam wybiec na podwórko, żeby je złapać, zanim dotarły do naszego domu. Powiedziałam im, że nie możemy iść na łyżwy. Moja mama była w pracy, a tata spał na kanapie. Nie wymyśliłam nawet żadnej wymówki. Mama dziewczynki chyba zorientowała się, co się dzieje, rzuciła mi smutne spojrzenie i uśmiechnęła się czule, rozglądając się wokół, gdy prowadziła swą zdezorientowaną córkę z powrotem do domu. Byli nowi w naszym miasteczku. Nikt inny nie przyszedł - wszyscy wiedzieli, że żartuję. Poczułam się bardzo onieśmielona i wstydziłam się wrócić do szkoły. Nabrałam dystansu, zaczęłam się wycofywać. Straciłam pewność co do swojego miejsca na świecie. Czasami siedziałam w ławce z rękami na kolanach i spuszczonym wzrokiem.
MIAŁAM SEKRET. KOPAŁAM DÓŁ DO CHIN. Przeczołgałam się na brzuchu pod krzakami jeżyn na niewielki kawałek ziemi, na który tylko ja mogłam się dostać. W ręku trzymałam łyżkę. Gdy byłam zbyt zmęczona, by kopać dalej, zasłaniałam dziurę deską. Mama ciągle się zastanawiała, dlaczego giną jej kolejne łyżki. Zaczęłam planować ucieczkę wtedy, gdy musiałam zostawać z opiekunką, która nie potrafiła trzymać rąk przy sobie. Ostateczny cios zadała mi wówczas, gdy powiedziała, że jestem "złą dziewczynką" i Święty Mikołaj do mnie nie przyjdzie. Nie mogłam się z tym pogodzić - była zima, a ja odliczałam dni do Bożego Narodzenia. Pobiegłam za nią zapłakana, nazwałam ją kłamczuchą... i niezdarnie dźgnęłam ją w klatkę piersiową długopisem w paski przypominającym cukrową laskę. Nienawidziłam jej śmierdzącej koszulki Supertramp i brzydkich wielkich cycków, które zawsze wpychała mi w twarz. "Mam nadzieję, że umrzesz!" - krzyknęłam przez łzy. A potem uciekłam.
Jakiś czas później zginęła w wypadku samochodowym. Nie mogłam powiedzieć rodzicom, że zabiłam ją swoimi magicznymi zdolnościami ani że dotykała mnie i kazała mi dotykać siebie w sposób, którego nie chcę pamiętać. Po prostu zapomniałam o tym wszystkim, wyparłam to i miałam nadzieję, że nikt nigdy się nie dowie. Nosiłam to w sobie przez całą młodość. Od tej pory bardzo uważałam na to, czego sobie życzyłam.
Ostatecznie zrezygnowałam z ucieczki do Chin.
I tak mogłabym dotrzeć tylko do połowy drogi.
Myślałam, że...
to zbyt daleko.
Moje marzenia o zostaniu archeolożką
i podróżowaniu po całym świecie
blakły.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki