Feyra
Zatrzymuję końcówkę ołówka nad pierwszym punktem do odhaczenia i wzdycham cicho, marszcząc brwi. Zagadaj do kogoś obcego. Czy mogę pod to w ogóle podpiąć przywitanie się z jednym z opiekunów domu studenckiego? Oczywiście, że tak - ale tylko wtedy, gdy chcę oszukiwać, a w tym przypadku oszukiwałabym samą siebie. Przecież nie jestem aż tak beznadziejna, żeby nie rozpocząć luźnej rozmowy z kimś na kampusie, prawda?
Prawda.
Wsuwam niedbale kartkę do notatnika i odkładam go na biurko, po czym chwytam za telefon. Muszę napisać do brata.
Ja: Rodzice przed chwilą wyszli z Greenough Hall1. Idą do Ciebie. Cokolwiek robisz, ogarnij się, żeby mama nie dostała zawału, jeśli przyłapie Cię w łóżku z jakąś dziewczyną.
Co prawda, Dorian doskonale wie, że dziś przylecieliśmy prywatnym odrzutowcem, bo rodzice koniecznie chcieli mnie odstawić na miejsce, ale... Nawyk krycia go jest na tyle silny, że nie potrafiłam się przed tym oprzeć. Szczególnie że mój brat już od dwóch dni przebywa na kampusie i na pewno imprezuje - przynajmniej dopóki może i nie koliduje to ani z jego zbliżającymi się treningami hokeja, ani z pisaniem pracy dyplomowej.
Dorian: Już jesteś? :o Nie mieliście przylecieć wieczorem?
Wzdycham i kręcę głową. Wychodzi na to, że faktycznie zabalował na całego.
Ja: Jest już prawie wieczór, jakbyś nie zauważył. Co robisz?
Dorian: O kurwa.
Dorian: Spałem.
Dorian: Idę się na szybko ogarnąć. Kolacja z rodzicami o ósmej?
Ja: Tak. Przyjdę od razu do restauracji, bo muszę się jeszcze rozpakować.
Z tym mogłabym się co prawda wstrzymać i razem z rodzicami pójść do Doriana, ale jeszcze nie czuję się gotowa na spotkanie z przyjacielem mojego brata. Mimo że całe wakacje próbowałam przygotować się do tego momentu, najwyraźniej to nie wystarczyło. Oby ojcu nie przyszło do głowy, aby zaprosić Mila na kolację. Na samą myśl o tym, że miałabym osobiście poznać mojego crusha, aż paraliżuje mnie strach.
Podnoszę głowę i spoglądam na drzwi, które właśnie ktoś otwiera z impetem. Sekundę później do środka wpada uśmiechnięta czarnowłosa dziewczyna.
- Hej! - woła już od progu i szybkim krokiem kieruje się w moją stronę. - Arizona - przedstawia się i zanim zdołam cokolwiek odpowiedzieć, obejmuje mnie ramionami i mocno ściska.
Nie wiem, skąd ma tyle siły w rękach. Jest wysoka i szczupła, nie wygląda, jakby coś trenowała.
- Cześć - wyduszam, stojąc sztywno w miejscu. - Feyra.
Odsuwa się i obrzuca mnie pełnym skupienia spojrzeniem.
- O nie - jęczy i robi krok w tył. - Nie lubisz się przytulać?
Nerwowo pocieram nos wierzchem ręki i staram się uśmiechnąć najszczerzej, jak potrafię.
- Czyli nie lubisz - mówi, nim zdołam cokolwiek odpowiedzieć. - Okej, zanotowane. - Stuka się palcem po skroni. - "Nie przytulać Feyry". W ogóle, jakie piękne imię! Nie znam nikogo o takim - wyrzuca z siebie szybko, naprawdę szybko, jakby nie potrafiła inaczej. Równocześnie nie wydaje się w ogóle zestresowana aktualną sytuacją.
- To nie tak, że nie lubię się przytulać, raczej zaskoczyłaś mnie bezpośredniością - tłumaczę, gdy tylko milknie na moment, by wziąć wdech. - I dziękuję. - Przynajmniej nie nabija się z mojego imienia i nie pyta, gdzie mój Rhysand.
Arizona uśmiecha się ze zrozumieniem i wychodzi na korytarz. Po chwili wciąga do naszego małego, jasnego pokoju wściekle czerwoną walizkę i zatrzaskuje za sobą drzwi. Rzuca bagaż na środek pomieszczenia - tuż obok mojego - i siada na łóżku z głośnym westchnieniem.
- Idziemy się przejść? - Wpatruje się we mnie pytająco. - Nie chce mi się dziś rozpakowywać.
Znów zerkam na telefon i wywracam oczami na wiadomość od brata.
Dorian: Nie chodź nigdzie sama. Przyjdziemy po Ciebie.
Oczywiście, jakżeby inaczej.
- Przepraszam, ale niedługo idę na kolację z bratem i rodzicami, a jeszcze powinnam się rozpakować. Może jutro zwiedzimy razem kampus? - Tym razem to ja spoglądam na nią z niemym pytaniem w oczach, a przy okazji dokładnie jej się przyglądam.
Ma piękne zielone oczy i bladą cerę. Wygląda odrobinę mrocznie, ale gdy tylko się uśmiecha, bardziej przypomina słodką nastolatkę.
Na całe szczęście potwierdza skinieniem - chyba nie ma mi za złe odmowy, dzięki czemu spływa po mnie ulga. Ostatnim, czego bym chciała, to już pierwszego dnia wyjść na taką, która nie ma ochoty spędzać czasu ze współlokatorką.
- Jasne - rzuca luźno. - Fajnie, że spędzasz czas z rodziną. Zazdro na maksa.
Och, cholera. Co teraz powinnam powiedzieć? Zapytać o jej sytuację z najbliższymi? Nie odbierze tego jako mojego wścibstwa? A może zmienić temat na bardziej neutralny? Ale czy tym jej nie obrażę?
Jejku, dlaczego kontakty interpersonalne z nowo poznanymi osobami są tak trudne?
- Rodzice i brat to najbliższe osoby w moim życiu. Mam też sporo przyszywanych wujków i ciotek, z którymi również dobrze się dogaduję - mówię trochę spiętym głosem, bo wciąż zastanawiam się, jak prawidłowo pociągnąć tę rozmowę. - A ty się ze swoją rodziną nie dogadujesz? - pytam cicho i dodaję zaraz: - Jeżeli nie masz ochoty o tym opowiadać, to nie musisz. Nie chcę, żebyś czuła się przy mnie niekomfortowo.
Ależ się rozgadałam, zupełnie jak nie ja. Chyba stres robi swoje, ale żeby go za bardzo nie pokazywać - żeby Arizona nie pomyślała, że jestem dziwna - ruszam do walizki i ciągnę ją w stronę szafy.
- Nie, spoko. - Macha niedbale dłonią. - Kompletnie się nie dogadujemy - przyznaje obojętnie. - Szczególnie ostatnio, gdy otrzymałam spadek po dziadku, który wydziedziczył całą najbliższą rodzinę.
- Och - wyrywa mi się mimowolnie. - Przykro mi.
- Mnie też. - Uśmiecha się wymuszenie. - Ale czas się przyzwyczaić, nie? - Wzrusza ramionami. - Okazało się, że pieniądze są ważniejsze niż więzy krwi. - Wydaje z siebie odgłos przypominający powstrzymywanie wymiotów. - Nienawidzę nadętych bogaczy.
Niemal dławię się śliną, ale za wszelką cenę staram się nie pokazać, że jej słowa źle na mnie wpływają.
- Nie wszyscy bogacze to nadęte dupki - mamroczę cicho, ale bez jakiegokolwiek wyrzutu w głosie.
Otwiera szerzej oczy i kręci gwałtownie głową.
- Och, nie, proszę, nie odbieraj tego jako ataku! - Unosi dłonie w obronnym geście. - Nie bije od ciebie ten zły vibe i zdecydowanie nie miałam na myśli ciebie. - Uśmiecha się uspokajająco.
Mój oddech ulgi jest na tyle głośny, że Arizona na pewno go słyszy.
- Bardzo mnie to cieszy. - Odwzajemniam uśmiech i wypakowuję pierwszą partię ubrań. - Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze razem mieszkać.
- Ja też mam taką nadzieję - odpiera szczerze. - Tylko musimy ustalić jakieś zasady, żebyśmy... Nie wiem, nie nadepnęły sobie przypadkiem na odciski - dodaje ze śmiechem i podchodzi do biurek ustawionych pod oknem. Wygląda na zewnątrz, opierając dłoń na blacie.
Wstrzymuję oddech, gdy się odsuwa, bo przypadkiem strąca mój notatnik. Nim zdołam zareagować i zgarnąć go z podłogi - razem z kartką, która z niego wypadła - Arizona już trzyma ją między palcami.
- Och, zrobiłaś listę rzeczy potrzebnych ci do nau...? - Urywa nagle i natychmiast podaje mi kartkę. - Przepraszam! - Spogląda na mnie ze skruchą. - Nie powinnam była. Nie oceniam. You go, girl! 2 - Wyrzuca rękę w powietrze. - Mogę być twoją skrzydłową.
Oczywiście, że moja twarz przybiera kolor dorodnej wiśni, bo jakżeby inaczej.
- Hej, wyluzuj. - Szturcha mnie lekko ramieniem. - Nie ty jedna masz taką listę. - Puszcza do mnie oczko.
- To moja forma terapii leczenia chorobliwej nieśmiałości - mamroczę pod nosem, który po chwili pocieram dłonią.
Wygina brew z zaciekawieniem.
- Chorobliwa nieśmiałość? - Obrzuca mnie uważnym spojrzeniem. - Nie zauważyłam.
Krzywię się lekko, choć planowałam się uśmiechnąć.
- Jedno z pierwszych zadań to zagadać do kogoś nowego. - Odkładam kartkę na biurko i wracam do wypakowywania ciuchów, żeby rozproszyć trochę myśli.
- Bardzo niewinne - oznajmia, kucając przy swojej walizce. - Moje pierwsze zadanie to pocałować dziewczynę. Drugie? Zaliczyć trójkącik.
Mama całe życie mi powtarzała, żeby nie gapić się na człowieka za długo, bo to może zostać odebrane jako co najmniej niekomfortowe. Jednak w tym momencie patrzę na Arizonę szeroko otwartymi oczami i ze szczęką leżącą na podłodze.
- Co? - pyta, jakby kompletnie nie rozumiała mojej reakcji. - Im dalej z zadaniami, tym lepiej, obiecuję, nie jestem nudziarą.
- To ja chyba wychodzę na największą nudziarę na świecie - bąkam cicho.
- A co jeszcze masz na liście? - W jej głosie rozbrzmiewa szczera ciekawość. - Podaj najmocniejsze zadanie.
Wypuszczam świszczący oddech.
- Iść na imprezę - szepczę.
Jestem pewna, że Arizona mnie słyszy - otwiera bowiem usta i niemal natychmiast je zamyka, ściągając mocno brwi. Siada na podłodze, opiera przedramiona na zgiętych nogach i wpatruje się we mnie ze skupieniem.
- Nigdy nie byłaś na imprezie?
Na samą myśl o takim wyjściu żołądek zwija mi się w bolesny, powodujący mdłości supeł. Z trudem nie przytykam dłoni do brzucha, żeby zatrzymać żółć podchodzącą do gardła.
- Nie - wyduszam i odwracam się plecami do dziewczyny, żeby nie dostrzegła mojej zniesmaczonej miny.
Proszę w myślach, aby nie ciągnęła tematu. Albo żeby ktoś z pokoju obok przyszedł się przywitać. Albo żeby włączył się alarm przeciwpożarowy. Cokolwiek.
- Och.
Przez chwilę odnoszę wrażenie, że to będzie jej jedyny komentarz, ale szybko okazuje się, że jednak nie.
- W takim razie pójdziemy razem - oznajmia podekscytowanym tonem. - Dziś nie, bo masz tę kolację z rodziną, ale pod koniec tygodnia na pewno ktoś będzie coś organizować.
Pokazuję rękę z wystawionym kciukiem, ale nie odpowiadam. Mam za bardzo ściśnięte gardło, żeby wydusić z siebie coś, co nie brzmiałoby jak spanikowany skrzek foki.
Szybko kończę wypakowywanie i wsuwam walizkę pod łóżko.
- Co tam jeszcze masz na liście? - zagaduje Arizona, układając część swoich ubrań na jednej z półek we wspólnej szafie.
- Nic ciekawego w sumie. - Wzruszam ramionami i siadam na materacu, zgarniając przy okazji kartkę z biurka. - Zapłacić za zakupy osobie stojącej za mną w kolejce, iść na mecz, dać komuś liścik z życzeniami miłego dnia... - wymieniam punkt po punkcie. - Zapisać się do klubu, znaleźć koleżankę i takie tam. Nuda.
Czuję na sobie jej przeszywające spojrzenie, ale decyduję się na nią nie patrzeć. Próbuję wyglądać jak najbardziej neutralnie, żeby nie pokazać po sobie żadnych oznak stresu. Właściwie czekam, aż Arizona parsknie śmiechem, ale ona raczy mnie wyłącznie milczeniem. Milczeniem, które w pewnym momencie sprawia, że zerkam na nią kątem oka.
Dziewczyna przygląda mi się ze skupieniem.
- Nie masz tam nic bardziej... szalonego? - pyta miękko.
- Może to głupio zabrzmi, ale to są dla mnie szalone rzeczy.
Uśmiecha się łagodnie, w jej oczach błyska zrozumienie.
- Kumam. - Potakuje delikatnym skinieniem. - To gdy już je odhaczysz, w czym ci z chęcią pomogę, trochę cię rozruszamy. Jeśli tylko zechcesz, oczywiście. Nic na siłę, i tak dalej.
- Jasne - odpowiadam z uśmiechem i to naprawdę szczerym. - Kiedy wykonam wszystko z tej listy, powinnam mieć w sobie już trochę więcej odwagi. Powiedz mi, jaką na swojej liście masz najmniej szaloną rzecz, to może zrobimy ją wspólnie.
- Hmm... - mruczy pod nosem, wyciągając z tylnej kieszeni spodni komórkę. - Najmniej szalona? - Porusza ustami na boki. - Seks z hokeistą. - Podnosi wzrok i spogląda na mnie z błyskiem w oczach. - W sumie możemy zrobić to razem, odhaczyłabym wtedy dwa punkty za jednym zamachem. O, nawet trzy, jeśli chciałabyś mnie pocałować.
Nim zdołam jakkolwiek zareagować, w ogóle ogarnąć, co mam na to odpowiedzieć, Arizona wybucha głośnym śmiechem. Tak głośnym, że aż robi się czerwona na twarzy, a w jej oczach pojawiają się łzy.
- O Boże - świszczy, z trudem łapiąc oddech. - O Boże, przepraszam. - Potrząsa głową, przesuwając przed twarzą złączone palce i wolno wypuszczając spomiędzy warg powietrze. - Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać.
Dopiero po dłuższej chwili dociera do mnie, że żartowała i to nie była najmniej szalona rzecz. A przynajmniej mam taką nadzieję, że żartowała. Niemniej, jak tak dalej będzie robić, zejdę na zawał w ciągu najbliższego miesiąca.
- Nawet jakbyś nie żartowała, to akurat wolałabym nie ryzykować tym, że hokeistą, z którym chciałabyś się przespać, byłby mój brat.
Albo jego najlepszy przyjaciel, ale o nim nie zamierzam jej wspominać.
- Twój brat gra w hokeja?! - piszczy zupełnie jak nie ona, a oczy jej rozbłyskują. - O mój Boże, musisz mnie z nim poznać!
Nie do końca mi się to podoba. Znam dobrze Doriana i jego podejście do dziewczyn i nie chcę, aby ich ewentualna znajomość negatywnie się na mnie odbiła.
- Poznasz go jeszcze dziś. Przyjdzie tu, żeby zabrać mnie na kolację - mamroczę.
- Awww, jak słodko. Opiekuńczy braciszek?
- Bardzo. Ma taki typowy syndrom starszego brata. Ale w sumie mi to nie przeszkadza.
- To naprawdę kochane - kwituje, uśmiechając się nieco tęsknie. - Mój brat prędzej kazałby po siebie przyjechać, niżby po mnie gdziekolwiek przyszedł. - Przewraca oczami.
Kiedy chcę jej odpowiedzieć, w pokoju rozlega się ciche pukanie, a chwilę później drzwi się uchylają. W szparze pojawia się głowa Doriana, jego brązowe oczy rozświetlają się na mój widok. Sekundę później trzyma mnie w objęciach i ściska mocno, jakbyśmy nie widzieli się co najmniej kilka miesięcy, a nie zaledwie dwa dni.
- Już... Wystarczy... - wyduszam z trudnością.
Odsuwa się powoli, układając dłonie na moich ramionach. Uśmiecha się szeroko, ale kiedy jest tak blisko, wyraźnie dostrzegam cienie pod jego oczami. Zdecydowanie za bardzo wczoraj zabalował.
- Jesteś gotowa? - pyta w tej samej chwili, w której dociera do mnie chrząknięcie.
Moja współlokatorka wstaje z podłogi i wyciąga przed siebie rękę.
- Cześć! - rzuca wesoło, wpatrując się w niego błyszczącymi oczami. - Arizona.
Mój brat chyba dopiero teraz ogarnia, że nie jesteśmy sami. Mruga z zaskoczeniem, puszcza mnie i ściska dłoń mojej nowej znajomej.
- Dorian. - Uśmiecha się w ten swój uwodzicielski sposób. - Miło poznać. - Zerka na mnie i syczy cicho: - Czemu nie mówiłaś, że masz taką śliczną koleżankę, co?
- Bo wiedziałam, że gdy ją zobaczysz, to dostaniesz ślinotoku i wyłączy ci się mózg - cedzę przez zaciśnięte zęby, patrząc na niego wymownie.
Przewraca oczami.
- Bez przesady - mruczy ze śmiechem i dopiero teraz puszcza rękę Arizony. - Cokolwiek będzie ci o mnie mówić moja siostra, to kłamstwo - oznajmia poważnie.
- Po pierwsze, ja nie kłamię - protestuję. - A po drugie, rodzice są już w restauracji? Czy tata spotkał jakiegoś znajomego i się zagadał?
Chcę się stąd jak najszybciej ewakuować. Samo to, że Arizona ma na liście seks z hokeistą, a mój brat patrzy na nią maślanymi oczami, oznacza, że ta dwójka nie powinna zbyt długo przebywać w swoim towarzystwie. Jeszcze tego by brakowało, żeby mój brat schrzanił moją ewentualną relację ze współlokatorką. Mimo że Arizona sprawia wrażenie niesamowicie miłej i wyrozumiałej, obawiam się, że gdybyśmy zaleźli jej za skórę, to skończyłoby się to źle. Bardzo źle. Na przykład przymusowym zmienieniem uczelni - oczywiście przeze mnie, Dorian miałby to w głębokim poważaniu.
- Rodzice czekają przy aucie - mówi, spoglądając na mnie z lekko ściągniętymi brwiami. Chyba coś zauważa w wyrazie mojej twarzy, bo uśmiecha się przepraszająco do Arizony. - Musimy lecieć, ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy. Może pójdziesz ze mną w piątek na imprezę?
Świetnie, najlepiej to niech od razu zaproponuje jej imprezę w jego pokoju, a dokładniej w łóżku.
- Z chęcią. - Uśmiecha się z zadowoleniem i zerka na mnie. - Z chęcią pójdę razem z Feyrą.
Z twarzy mojego brata natychmiast znika rozluźnienie, zamiast niego pojawia się napięcie, a ja dosłownie czuję, że wykręcają mi się wszystkie wnętrzności.
Na szczęście Dorian w żaden sposób nie komentuje słów Arizony - a przynajmniej nie robi tego przy niej. Kiedy wychodzimy na korytarz i zamykają się za nami drzwi, chwyta mnie pod rękę i przyciąga do siebie łagodnie.
- Nie przychodź na imprezę, Fey - mówi cicho, posyłając mi poważne spojrzenie. - Nie tam.
Prycham i przewracam oczami.
- Czyli lepszą opcją będzie impreza z nieznajomymi niż twoimi kolegami? To z kim ty się zadajesz, co? - Unoszę brew i patrzę na niego wyczekująco.
- Fey... - Wzdycha niemal z udręczeniem. - To nie są moi koledzy, to po pierwsze - mamrocze pod nosem. - A po drugie, dostałem zaproszenie tylko z jedną osobą towarzyszącą. - Spogląda na mnie niemal błagalnie. - Proszę, nie złość się.
- Nie pójdę - odpowiadam od razu.
Na samą myśl o tym, co się może tam dziać, skoro do wejścia potrzebne jest zaproszenie, odechciewa mi się jakiejkolwiek imprezy. Czytałam o tym i o tamtym. Wiem, że na Harvardzie są różne kluby towarzyskie - mniej lub bardziej elitarne. Doskonale zdaję sobie również sprawę z tego, że te najbardziej elitarne nie podlegają władzom uniwersytetu, a o ich działalności niewiele można znaleźć w sieci.
Mam tylko nadzieję, że Dorian nie właduje się w jakieś bagno tylko po to, aby mieć jeszcze lepsze koneksje z dziećmi multimilionerów.
- Dziękuję - szepcze i przyciąga mnie do swojego boku, a na koniec cmoka w czubek głowy. - Obiecuję, że kiedyś wezmę cię na jakąś imprezę, okej? - Pociera moje ramię.
- Yhy - mruczę. - A teraz chodź, bo rodzice umrą z nudów.
Parska śmiechem.
- Tata pewnie wykonuje telefony do firmy, a mama przygląda się ludziom i dopowiada sobie w myślach, czym się zajmują. Ewentualnie ogląda się za psami. Tak czy siak, nudzić na pewno się nie nudzą.
W sumie racja - oni zawsze znajdą sobie coś do roboty.