Lourdes - Emil Zola

Kup ebooka

18.49 zł
15.16 zł (14,58 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział III

Skoro tylko pociąg zatrzymał się przybywszy do Poiti?rs, siostra Hyacynta wysiadła pośpiesznie z wagonu, lecz znalazła się w ciżbie posługaczów kolejowych roztwierających drzwiczki, oraz pielgrzymów tłumnie wylęgających na chodnik. - Przepuście mnie, przepuście proszę - powtarzała. Pozwólcie, bym przeszła pierwsza, chcę się przekonać, czy niema ratunku dla konającego! Wszedłszy wreszcie do sąsiedniego przedziału, uniosła głowę nieznajomego. W pierwszej chwili myślała, że już wszystko skończone, tak dalece był bezwładny i trupio blady. Dostrzegła wszakże, iż oddycha jeszcze. - On żyje, żyje! - zawołała. - Śpieszmy go ratować! I zawołała na siostrę Klarę będącą na drugim końcu długiego wagonu. - Siostro Klaro, biegnij poszukać ojca Massias, który musi się znajdować w trzecim lub czwartym wagonie. Powiedz mu, że mamy chorego potrzebującego jego pomocy, niechaj natychmiast przybywa z Olejami świętemi. Nic nie odpowiedziawszy, siostra Klara pośpieszyła wykonać zlecenie i znikła w natłoku. Była to drobna i szczupła osóbka, z twarzą łagodną a zarazem poważną, oczy miała głębokie i tajemnicze, była przytem niezmiernie ruchliwą i zawsze czynną. Piotr, śledząc ze swego przedziału niesioną pomoc choremu nieznajomemu człowiekowi, głośno zauważył: - A gdyby tak wezwać zarazem doktora?... - Zapewne, zapewne, szepnęła siostra Hyacynta. O księże Piotrze, zechciej być tak dobrym i sprowadź sam doktora! Piotr chciał właśnie wysiąść z wagonu, by przynieść Maryi filiżankę rosołu. Gdy pociąg się zatrzymał, Marya otworzyła oczy i jakby doznawszy ulgi, poprosiła ojca, by ją uniósł i posadził. Byłaby mocno pragnęła, aby ją wyniesiono z wagonu, by módz odetchnąć świeżem powietrzem, lecz zdawała sobie sprawy, iż byłoby to żądać zbyt wiele, wiedziała jak trudno było wnieść ją z jej trumną tutaj. Pan de Guersaint zjadł już swoje śniadanie poprzednio, teraz więc stał przy drzwiczkach wagonu i palił papierosa, Piotr zaś, wysiadłszy, pośpieszył ku furgonowi z kuchnią, gdzie znajdował się także i doktór z podręczną apteką. Wielu chorych pozostało w wagonie, nie mogąc się ruszyć skutkiem osłabienia. La Grivotte dusiła się od kaszlu i była w malignie; pani de Jonqui?re zmuszoną się widziała pozostać przy niej, chociaż obiecała swej córce, Rajmundzie, i jadącym z nią paniom Volmar i Desagneaux, że jeść będzie z niemi śniadanie w bufecie na dworcu. Lecz jakże miała teraz zostawić samą tę biedną dziewczynę, leżącą bez przytomności na twardej ławce i może blizką skonania? Pan Sabathier też siedział przykuty do swego miejsca, oczekując powrotu żony, która poszła kupić winogron dla niego. Marta nie opuściła brata, wciąż jęczącego cicho lecz żałośnie. Wszyscy inni, mogący się utrzymać na nogach lub też mniej potrzebni swym chorym, pośpieszyli wydostać się na zewnątrz bólem ziejącego wagonu, by uciec odeń chociaż na chwilę i wyprostować zdrętwiałe członki po siedmiogodzinnej bezustannej podróży. Pani Maze pośpiesznie podążyła w ustronniejszy kąt po za dworzec kolejowy, by w ciszy zagłębić się w swoją melancholię. Zidyociała z bólu pani V?tu zmogła się wysiąść i postąpiwszy kilka kroków, osunęła się na ławkę stojącą na słońcu, lecz palących jego promieni nawet nie czuła. Eliza Rouquet, przysłoniwszy czarną chustką rany swej twarzy, szukała studni, spragniona wody. Pani Vincent, nie spuszczając z rąk chorego swego biedactwa, przechadzała się wolnym krokiem. Usiłowała ona zdobyć się na uśmiech i zabawić Różę, pokazując jej jaskrawe obrazki z ogłoszeniami porozlepianemi pod werendą dworca. Dziecko patrzało, nie widząc, z twarzyczką smutną i poważną. Piotr torował sobie drogę z niesłychaną trudnością, tak wielki był ścisk i zamęt wzdłuż wagonów pociągu. Trudno sobie wyobrazić, żywe fale potoku ludzkich jednostek tutaj zebranych i kołyszących się bezładnie w tym lub owym kierunku. Pociąg wyrzucił ze swego wnętrza blizko tysiąc chorych i zdrowych a ludzie ci pędzili, rzucali się, kręcili i dusili w wytwarzanym przez siebie zamęcie. Każdy wagon wyłonił teraz z siebie część nędzy ludzkiej, którą w sobie zamykał, jak sala szpitalna na raz z chorych wypróżniona. Teraz dopiero można było zdać sobie sprawę, jaki ogrom kalectwa, niedołęztwa; choroby, przewoził "biały pociąg", o którym tworzyła się i wciąż rosła pełna grozy legenda. Słabi i ułomni wlekli się o własnych siłach, innych niesiono a wielu pozostawało nieruchomie rzuconych i gromadą zawalających miejsce przechodniom, rwącym się gorączkowo i gwałtownie do bufetu. Nawoływano się, śpieszono jakby bezprzytomnie a jednak każdy miał cel, ku któremu podążał z obawą opóźnienia. Tak krótko zatrzymywał się pociąg! Pół godziny tylko! I miała to być jedyna chwila wytchnienia w długiej podróży; innego przed Lourdes już nie było przystanku! Pomiędzy rojem ciemno, bezbarwnie i ubogo ubranych pielgrzymów i chorych, odbijały czarne sutanny księży. Jedyną zaś weselszą nutę stanowiły w tym tłumie białe ubrania zakonnic, szybko uwijających się w śnieżnych kornetach i długich również śnieżnych fartuchach, opinających postacie z góry do dołu. Dobiwszy się do wagonu z kuchnią i apteką, Piotr ujrzał go oblężonym przez ścisk pielgrzymów. W pośrodku furgonu znajdował się piecyk naftowy a naokoło porozstawiane były rądle, miski, talerze i przeróżne naczynia. Rosół przyrządzony z skoncentrowanego bulionu gotował się w blaszanych kociołkach; mleko w kawałkach rozpuszczano w miarę potrzeby. Na półkach kuchennego wagonu stały pudełka z biszkoptami, czekoladą i innemi zapasami żywności. Gospodarowała tutaj siostra Franciszka, mogąca mieć lat czterdzieści pięć, nizka i tłusta o twarzy rumianej i poczciwej. Traciła ona głowę, widząc tyle rąk ku sobie wyciągniętych i słysząc tyle głosów żądających. Wciąż nalewała, nakładała w filiżanki i talerze, a mimo to, usłyszała, iż Piotr domaga się lekarza, mieszczącego się w sąsiednim z nią przedziale, gdzie była apteka podróżna. Ze słów Piotra widząc, że lekarz potrzebny jest dla umierającego, przywołała kogoś, by ją zastąpił a sama postąpiła ku młodemu księdzu. - Niech mi siostra da filiżankę rosołu - prosił zarazem Piotr - to także dla kogoś bardzo chorego. - Sama zaniosę. Proszę iść przodem i torować mi drogę. Ukazał się lekarz i natychmiast ruszył naprzód wraz z Piotrem, wypytując go szybko o objawy choroby konającego; za nimi szła siostra Franciszka z pełną filiżanką rosołu, uważając, by jej nie roztrącono wśród tłumu. Lekarz był młodym, barczystym mężczyzną, mogącym mieć lat dwadzieścia osiem. Brunet, piękny, o rysach regularnych, przypominał typ cesarzów rzymskich. Twarze tego rodzaju napotykają się jeszcze czasami, wśród spieczonych południowem słońcem wiosek Prowancyi. Gdy go tylko dostrzegła siostra Hyacynta, zawołała z wesołem zadziwieniem: - Pan tutaj, panie Ferrand?!... Oboje jednako zadziwionymi byli ze swego spotkania. Siostry zakonu Wniebowzięcia mają za zadanie doglądanie chorych i to wyłącznie ubogich, żyjących w nędzy na poddaszach. Oddając się z poświęceniem swemu zawodowi, życie całe spędzają w ciasnych mieszkankach przy łóżku cierpiących, doglądają ich i obsługują troskliwie do wyzdrowienia lub śmierci. Młoda, śnieżno-biała i niebiesko-oka, zawsze słodko uśmiechnięta siostra Hyacynta, przywołaną została pewnego razu do izdebki studenta chorego na tyfus. Ubogim musiał być bardzo, zamieszkiwał bowiem poddasze starego, nędznego domu przy ulicy du Faur, a na jego strych dostać się było można za pomocą chwiejnej drabiny zastępującej schody. Zagospodarowała się ona tutaj i nie opuściła chorego, oddając mu usługi z całem poświęceniem, na jakie była zdolną ta żyjąca dla dobra cierpiących szlachetna kobieta. Pomną ona była, iż znaleziona jako podrzutek przy drzwiach kościelnych, odebrała staranne wychowanie z rąk obcych; dorósłszy do lat, wstąpiła do klasztoru i stworzyła sobie rodzinę ze wszystkich cierpiących, chcąc im świadczyć dobrze i pragnąc ich miłować. Przez cały miesiąc siostra Hyacynta doglądała chorego studenta medycyny. Wytworzył się pomiędzy nimi stosunek przyjaznego koleżeństwa, spędzali liczne chwile w słodkiem braterskiem uczuciu. Gdy chory mówił do niej "moja siostro" - było to rzeczywiste miano płynące mu z serca. Była ona jakby matką dlań zarazem, pomagała mu odwrócić się na łożu boleści, myła go i ubierała jak dziecko. Pomimo długich dni spędzonych razem, nic innego nie zamąciło tkliwości ich wzajemnego uczucia, najwyższa litość i dobroć opromieniała jasną postać siostry Hyacynty. Była zawsze wesoła, usłużna i odgadująca życzenia, bez cienia kobiecej zalotności, zdawała się być istotą bezpłciową, spełniającą posłannictwo pocieszycielki strapionych i chorych. On ją ubóstwiał, czcił i zachował o niej wspomnienie czystości nieskazitelnej. Ujrzawszy ją teraz niespodziewanie w pośród pielgrzymów jadących do Lourdes, uniesiony radością szeptem powtarzał: - O siostro Hyacynto, siostro Hyacynto! Spotkali się tutaj rzeczywiście wypadkiem, bo Ferrand był i pozostał niewierzącym. W ostatniej chwili zobowiązał się zastąpić kolegę lekarza, mającego towarzyszyć pątnikom jadącym do Lourdes "białym pociągiem". Blizko od roku był lekarzem przy szpitalu de la Pitié w Paryżu. Niespodziana podróż do Lourdes w warunkach tak niezwykłych była dlań wielce pociągającą i zaciekawiała go bardzo. Lekarz Ferrand i siostra Hyacynta uradowani ze spotkania, zapomnieli na chwilę o chorym nieznajomym. Ona, pierwsza to spostrzegłszy, rzekła: - Niechaj pan obejrzy chorego. Myśleliśmy, że już umarł... Od stacyi Amboise jest konającym... Posłałam nawet po ojca Massias, aby przybył ze Olejami świętemi. Jak go pan znajdujesz? Czy będziesz mógł przywrócić mu przytomność? Młody lekarz przystąpił do zbadania stanu chorego. Inni chorzy, znajdujący się w wagonie, patrzeli pilnie, zaciekawieni każdym ruchem lekarza. Patrzała i Marya, której siostra Franciszka podała przyniesioną filiżankę z rosołem. Marya tak była słabą, iż nie mogła jej utrzymać chwiejnemi swemi rękoma, Piotr musiał jej w tem dopomagać, prosząc przytem, by piła. Przełykała rosół zwolna i z trudnością, nie chcąc go dopić, cała była zapatrzona, co się dzieje z nieznajomym chorym człowiekiem, patrzała badawczo i z natężoną uwagą, jakby o jej własne życie chodziło. Siostra Hyacynta nie przestawała pytać lekarza: - Powiedz pan proszę, jak go znajdujesz? Co jemu jest właściwie?... - Co jemu jest? - szepnął Ferrand. - Jaką ma chorobę?... Ma je wszystkie. A wyjąwszy następnie maleńką flaszeczkę z kieszeni, starał się wlać parę kropel lekarstwa w zaciśnięte usta chorego. Ten odetchnął, uniósł powieki, lecz natychmiast opuścił je napowrót, nie dając już znaku życia. Pełna spokoju siostra Hyacynta, nigdy nie rozpaczająca i ufna, drgnęła z niecierpliwości. - Ależ to okropność! A siostra Klara znikła bez wieści! Przecież powiedziałam jej szczegółowo, gdzie ma szukać ojca Massias... Boże mój, cóż to będzie! Siostra Franciszka, widząc że się tutaj na nic przydać nie może, szykowała się odejść do swojej kuchni. Przed odejściem spytała wszakże, czy czasami ten nieznany człowiek nie umiera wprost z głodu? Zdarza się to dość często, gotowa więc jest przynieść cośkolwiek ze swoich zapasów żywności. Już wychodząc z wagonu, uspakajała siostrę Hyacyntę, że jeżeli tylko spotka siostrę Klarę, powie jej, aby się śpieszyła. Zaledwie uszła kilkanaście kroków, odwróciła się raptownie, ukazując ręką śpieszącą ku wagonowi siostrę Klarę. Wychylona przez drzwiczki, siostra Hyacynta wołała pośpiesznie: - Śpiesz, siostro! śpiesz... A gdzież ojciec Massias?... - Niema go. - Jakto: niema? - Nie prędko się o tem dowiedziałam, bo ruszać się nie można, taki ścisk ludzi jest wszędzie. Lecz nareszcie dotarłam, gdzie trzeba, i tam mi powiedziano, że ojciec Massias wyszedł z dworca ku miastu. I opowiedziała szczegółowo co jej mówiono, że ojciec Massias miał naznaczone widzenie się w Poiti?rs z proboszczem kościoła Sainte Radegonde. W latach poprzednich, pociągi wiozące pielgrzymujących, zatrzymywały się całą dobę w Poiti?rs. Chorych umieszczano w szpitalu miejskim a wszyscy mogący iść o własnych siłach, dążyli do kościoła świętej Radegundy. W tym roku plan podróży został zmieniony i pociąg zatrzymywał się tylko na półgodzinny wypoczynek w Poitiers, dążąc pośpiesznie wprost do Lourdes. Skutkiem tej zmiany, ojciec Massias udał się sam na probostwo, mając do pomówienia o ważnych sprawach. - Przyrzeczono mi - dodała siostra Klara - że gdy tylko nadejdzie z powrotem, natychmiast zawiadomią go, by czemprędzej pośpieszył tutaj z Olejami świętemi nieść ulgę choremu. Siostra Hyacynta zrozpaczoną była skutkiem tej zwłoki. Bo kiedy lekarstwa już nie działają na chorego, jedyną jej nadzieją stały się teraz Oleje święte. Często widziała uzdrowienia po namaszczeniu. - O moja siostro, jakże mi przykro, żeś nie mogła go sprowadzić! Bądź tak dobrą i wróć tam raz jeszcze. Czekaj sama na ojca Massias, i gdy tylko przybędzie, sprowadź go tutaj jaknajprędzej. - Dobrze, siostro - odpowiedziała łagodnie siostra Klara, i śpiesznym krokiem z twarzą poważną i tajemniczą, prześlizgiwać się poczęła przez tłum, lekka i wiotka jak cień. Doktor Ferrand nie odstępował chorego, pragnącgo ocucić dla zrobienia przyjemności siostrze Hyacyncie. Poczynał już wątpić, czy tego dokaże i chciał odejść, gdy siostra Hyacynta zaczęła go prosić. - Panie Ferrand, nie odchodź. Zostań tu aż nadejdzie ojciec Massias... Będę spokojniejszą. Został więc i pomógł jej do wygodniejszego ułożenia chorego na twardej ławce wagonu. Chory miał twarz zalaną potem, siostra Hyacynta obcierała go starannie. Czekali tak wśród chorych wyrzekających na swe bóle a mimo to patrzących ciekawie na konanie nieznajomego, konanie to sprowadzało ku wagonowi wciąż wzrastającą liczbę osób chcących coś widzieć. Wtem, młoda i rezolutna panna, odsunąwszy stojących przy drzwiczkach, stanęła na stopniach wagonu i zwróciwszy ku pani de Jonqui?re rzekła: - Mamo, dla czego nie przychodzisz? Czekamy na ciebie w bufecie z wielką niecierpliwością. Mówiącą była Rajmunda de Jonqui?re, dwudziestopięcioletnia brunetka, niezmiernie do matki podobna; nos i usta miała dość wielkie, lecz wyraz jej twarzy był uprzejmy i miły. - Moje dziecko - odpowiedziała pani de Jonqui?re - nie mogę odejść od tej biednej kobiety, widzisz sama, że nie mogę. I mówiąc, wskazywała córce nieszczęśliwą la Grivotte, duszącą się od kaszlu, który wstrząsał nią całą. - Jaka szkoda, moja mamo! Pani Désagneaux oraz pani Volmar tak bardzo pragną cię widzieć! Tak cieszyłyśmy się, że będziemy wszystkie cztery razem jeść śniadanie! - Cóż począć, moje kochane dziecko!... Zacznijcie jeść bezemnie. Powiedz tym paniom, że gdy tylko będzie można natychmiast tam do was przyjdę. W tem błysnęła jej myśl: - Poczekaj, jest tutaj doktór, postaram się, aby zechciał zająć się moją chorą... Idź, ja zaraz za tobą pójdę. Głodna jestem bardzo. Rajmunda odbiegła a pani de Jonqui?re zwróciła się do doktora, aby przyszedł obejrzeć duszącą się od kaszlu la Grivotte. Doktor Ferrand dopiero co ukończył badać stan choroby brata Izydora, bezustannie jęczącego z bólu i giestem wymownym zdawał się wątpić, czy ulżeć mu zdoła. Poszedł teraz na wezwanie pani de Jonqui?re i uniósłszy chorą la Grivotte, starał się ją usadowić, chcąc przynieść jej ulgę; jakoż kaszel zaczął zwolna słabnąć. Dał się jej napić i polepszenie jeszcze się wzmogło. Obecność doktora wywoływała pewne wzruszenie pomiędzy chorymi. Pan Sabathier zwolna jedzący winogrona przyniesione mu przez żonę, o nic doktora nie pytał, wiedząc z góry treść tego co mógłby z ust jego usłyszeć; radził się on tylu już doktorów - i to pierwszorzędnych luminarzy! - doznał wszakże pewnego uspokojenia, widząc jak doktór umiejętnie zdołał poradzić męczącej się od tak dawna la Grivotte, której suchy kaszel wzmagać się zdawał ogólne rozstrojenie sąsiadujących z nią chorych. Marya też spoglądała z zajęciem na doktora Ferrand, nie odważywszy się wszakże przywołać go słówkiem ku sobie, pewną bowiem była, iż nic on ulżyć jej nie zdoła. Zgiełk i zamieszanie wzrastać się zdawało przed otwartemi drzwiczkami wagonów. Już tylko kwadrans a pociąg ruszy w dalszą podróż. Jakby znieczulona lecz z oczami otwartemi a na nic nie patrzącemi, pani V?tu siedziała na ławce nieporuszona, uśmierzając swoją mękę piekącemi promieniami słońca, podczas gdy przed nią, wciąż przechadzała się powolnemi krokami pani Vincent z małą Różą na swych rękach; nie czuła ona jej ciężaru, tak dalece była wątłą, do chorego ptaszątka porównać można było biedną dziewczynkę. Mnóstwo ludzi biegło ku studni, by napełnić wodą konewki, butelki i dzbanki. Pani Maze zbliżyła się również ku studni, pragnąc obmyć sobie ręce, lecz zastała tam pijącą Elizę Rouquet. Cofnęła się, wzdrygnąwszy, tak dalece przeraziła ją potworna twarz Elizy, pijącej wodę ukośną krwawą czeluścią, z której wysuwał się chłeptający język. Inni, również jak pani Maze przerażeni, stali teraz jak wryci, nie śmiejąc zaczerpnąć wody skażonej zetknięciem się z potworem. Większa część pielgrzymów posilała się na świeżem powietrzu. Odgłos kroków wciąż śpiesznie chodzącej jakiejś kobiety wspartej na szczudłach, rozchodził się rytmicznie. Na ziemi czołgał się kaleka, pozbawiony władzy do połowy skręconego swego ciała. Tu i owdzie przystanęli lub przysiedli nieruchomemi gromadkami chorzy i pątnicy. Wszyscy korzystali z półgodzinnego zatrzymania się ruchomego tego szpitala, jakim był biały pociąg, i wchłonąć pragnęli w siebie zapas świeższego powietrza. Wszyscy mieli twarze jakby zidyociałe, wyglądali smutno i nędznie, co uwydatniało jaskrawo promieniejące południowe słońce. Piotr nie odstępował Maryi, pan de Guersaint bowiem znikł, pociągnięty zielonością krajobrazu, ukazującego się zdala po za dworcem. Piotr, zaniepokojony był Maryą, widząc, że nie zdołała dopić rosołu, na który miała ochotę; starał się w niej rozbudzić łakomstwo, proponując: że przyniesie jej brzoskwinię. Lecz ona nie chciała, mówiła że zanadto cierpi, by mogła myśleć o jedzeniu. Patrzała na niego szeroko rozwartemi oczami, których wyraz zdradzał niecierpliwość skutkiem straty czasu, jaka następowała z zatrzymania się pociągu, wszak o tyle później dojadą do miejsca uzdrowienia! W oczach jej widocznym był zarazem przestrach, iż za poruszeniem pociągu rozpocznie się męczarnia ruchu i hałasu niewiedzieć kiedy ukończyć się mającej jazdy, trwającej już tak długo! Naraz otyły jakiś jegomość dotknął ramienia Piotra. Twarz miał szeroką, dobroduszną o wielkiej, bujnej brodzie szpakowatej równie jak czupryna. - Przepraszam najmocniej - rzekł on - ale chciałbym wiedzieć, czy nie w tym wagonie znajduje się konający chory? Piotr skinął potwierdzająco, a wówczas otyły jegomość rzekł z dobroduszną poufałością: - Nazywam się Vigneron i jestem podnaczelnikiem jednego z wydziałów w ministeryum finansów. Poprosiłem i uzyskałem urlop, chcąc towarzyszyć swojej żonie i naszemu synowi, Gustawowi, w pielgrzymce do Lourdes... To drogie nasze dziecko całą swą nadzieję uzdrowienia złożyło w ręce N. Panny, do której też modlimy się rano i wieczór. Jedziemy wagonem drugiej klasy, tuż na przodzie tego wagonu. Odwrócił się domawiając tych słów i począł wołać na żonę i syna, machając ręką ku sobie: - Chodźcie, chodźcie - to tutaj! Rzeczywiście chory jest blizkim skonu. Pani Vigneron była nizka, twarz miała długą i bladą. Zdawała się być niedokrwistą. Ubraną była dostatnio, wyglądała z pozoru na zamożną burżuazkę. Syn jej, Gustaw, zdawało się, że odziedziczył po matce nędzny swój ustrój fizyologiczny, tylko spotęgowany do kalectwa. Miał lat piętnaście a wyglądał na dziesięcioletniego niedołężnego chłopca. Chudy jak szkielet, wykrzywiane miał ciało w bok, a skutkiem uschnięcia prawej nogi, posługiwał się szczudłem. Twarz jego mizerna też była nieco skrzywiona, oczy tylko zdawały się niecierpieć, były błyszczące i tryskały roztropnością, rozbudzoną i wyrobioną przez cierpienie. Oczy Gustawa zdawały się umieć czytać w myśli tego, na kogo patrzały. Po za panią Vigneron i jej synem, wlokła się z trudem ociężała, niemłoda kobieta o twarzy rozlanej, niewyraźnej. Pan Vigneron, jakby ją nagle spostrzegłszy, zwrócił się ku młodemu księdzu i szepnął mu, jakby dopełniając należnego przedstawienia członków swej rodziny. - To pani Chaise, starsza siostra mojej żony, chciała koniecznie z nami jechać do Lourdes, by towarzyszyć Gustawowi, którego kocha niezmiernie. Pochyliwszy się zaś bliżej, szepnął Piotrowi do ucha: - Pani Chaise jest wdową po kupcu bławatnym. Jest niezmiernie bogata. Ma chorobę serca i trwoży się tem ustawicznie. Cała rodzina Vigneron zbiła się w jedną grupę i ciekawie rozglądała się teraz po całym wagonie. Ojciec podniósł Gustawa z ziemi, by lepiej mógł wszystko zobaczyć i całość wzrokiem objąć - ciotka trzymała tymczasem szczudło chłopca a pani Vigneron wspinała się na palcach, powodowana ciekawością. W wagonie nic się nie zmieniło. Nieznany człowiek konający, wciąż siedział w swoim kącie wsparty o wezgłowie, nieruchomy i jakby skostniały. Był trupio blady, oczy miał zamknięte, usta wykrzywione konaniem, po twarzy spływały mu strumienie zimnego potu, ocieranego co chwila chustką przez pochyloną nad nim siostrę Hyacyntę. Milczała ona teraz, opanowała się i twarz miała spokojną, ufną w pomoc i łaskę niebios. Od czasu do czasu rzucała tylko bystre spojrzenie po za drzwiczki wagonu, by się przekonać, czy nie nadchodzi wreszcie ojciec Massias z Olejami świętemi. - Patrz uważnie, Gustawie - rzekł do syna pan Vigneron - to zapewne suchotnik. Wycieńczone skrufułami dziecko, wykrzywione zimnemi wrzodami, tworzącemi się w jego ciele zwłaszcza w okolicy prawego biodra, cierpiące przytem na rozpoczynające się próchnienie kości pacierzowej, patrzało z gorączkową uwagą na konanie chorego. Nie lękał się, uśmiechał się tylko z niewysłowionym smutkiem. - O jakież to straszne! - szeptała pani Chaise, blednąc z obawy śmierci, wystraszona prześladującą ją myślą, że umrze nagle skutkiem swej choroby. - Cóż robić! - odrzekł filozoficznie pan Vigneron - na każdego śmierć nadejść musi, bo wszyscy jesteśmy śmiertelni... Słowa te wywołały bolesny a zarazem drwiący uśmiech na twarzy Gustawa, jakby po za dźwiękiem wyrazów ojca słyszał jakieś niewyraźne pragnienie śmierci ciotki. Jeżeli umrze ona przed nim, odziedziczy on po niej pięćkroć sto tysięcy franków, jakie mu przyrzekła - on zaś sam też nie będzie zawadzał długo swojej rodzinie... - Spuść go na ziemię - rzekła do męża pani Vigneron - męczysz go niepotrzebnie, trzymając na ręku. I wraz z panią Chaise uważnie pomogły do spuszczenia Gustawa na ziemię, chcąc go uchronić od najlżejszego szarpnięcia. To biedactwo takie było delikatne! Co chwila była jakaś o niego obawa. Ojciec chciał go teraz zanieść do swego wagonu. Lecz obydwie kobiety, nie dopuściwszy go, same się do tego zabrały, pan Vigneron zaś zwrócił się znów w stronę Piotra i rzekł głosem wzruszonym: - Ach, księże kochany! Gdyby Pan Bóg nam go zabrał, to zabrałby zarazem i nas... nasze życie z nim jest złączone... A już nie mówię o majątku jego ciotki, który w takim razie stałby się łupem innych siostrzeńców... Lecz byłoby to wielką niesprawiedliwością, gdyby miał umrzeć przed swoją ciotką. Czyż nie? Bo ona silnie jest zagrożoną. No, ale spuśćmy się na łaskę Opatrzności. Mamy ufność, że N. Panna zarządzi naszemi losami najtrafniej i najlepiej. Wreszcie pani de Jonqui?re uspokojona co do ataku męczącego la Grivotte, oddawszy ją pieczy doktora Ferrand, wysiadła z wagonu, by podążyć na śniadanie. Wpierw wszakże poprosiła Piotra: - Umieram z głodu i biegnę posilić się w bufecie. Tylko jeżeli moja chora znów pocznie kaszlać, proszę, jeżeli łaska, natychmiast mię zawiadomić. Z wielkim trudem przedostała się przez tłum do sali bufetowej. Lecz i tu zgiełk panował niesłychany. Zamożniejsi podróżni, przeważnie księża, zajęli wszystkie stoliki. Śpieszono się z jedzeniem, mówiono głośno wśród szczęku widelcy, noży i talerzy. Trzech czy czterech usługujących chłopców nie mogło wydążyć z podawaniem potraw, utrudnioną mieli oni usługę, przez nawał ludzi wciąż cisnących się przed zastawionym stołem, dla kupienia owoców, bułek i zimnego mięsiwa. W głębi tej sali jadła śniadanie Rajmunda wraz z paniami Desagneaux i Volmar. Zajmowały one mały, osobny stolik. - Oto wreszcie mama! - zawołała wesoło. - Już chciałam iść po ciebie powtórnie, mamo. Przecież powinni ci pozwolić chociaż zjeść spokojnie! Śmiała się, ożywiona i wesoła; zabawiała się podróżą a teraz tem śniadaniem jedzonem na prędce, na poczekaniu, gorączkowo. - Patrz, mamo, zachowałam dla ciebie porcyę pstrąga w majonezie, a oto kotlet na ciebie czekający... My, bo już jemy karczochy. W około tego stolika panowała wesołość. Był to jedyny może w sali kącik miłe sprawiający wrażenie. Młoda pani Desagneaux śliczną była kobietką. Jasna blondynka z kędzierzawemi rozwianemi włosami, miała twarzyczkę okrągłą, białą jak mleko i pełną uroczych dołeczków. Śmiała się chętnie i zdawała się być dobrą i łagodną. Wyszła bogato zamąż, lecz już od trzech lat corocznie pozostawiała swego męża nad morzem w Trouville i jako dama szpitalna jechała w sierpniu do Lourdes, biorąc udział w pielgrzymce narodowej. Przez całe pięć dni trwającej wyprawy do Lourdes, pani Desagneaux była pełna najgorliwszego poświęcenia się dla cierpiących, opanowana nieprzebranemi skarbami litości. Wracała do domu umęczona, lecz i uszczęśliwiona zarazem uciążliwą tą pielgrzymką. Jedynem jej zmartwieniem był brak dziecka; gdy zebrało się jej na smutek, utrzymywała z komiczną powagą, iż chybiła swe rzeczywiste powołanie, albowiem czuła się być stworzoną na siostrę miłosierdzia. - Rajmundo moja miła, nie rozrzewniaj się nad losem swej matki! Ja zazdroszczę jej, że tak potrafi zająć się chorymi. Ma tym sposobem cel jakiś w życiu. A zwracając się do pani de Jonqui?re, dodała: - Żeby pani wiedziała, jak się nam czas dłuży w naszym wygodnym i wykwintnym wagonie pierwszej klasy! A nie możemy się zająć żadną robótką, bo przepisy tego wzbraniają. Prosiłam, aby mnie pomieszczono przy doglądaniu chorych, lecz już wszystkie miejsca były rozdane. Tak więc jestem dotychczas zbyteczną, i nie pozostaje mi, jak tylko ułożyć się i zasnąć spokojnie w wygodnym naszym kąciku. Roześmiała się szczerze i zwrócona teraz ku pani Volmar, zaszczebiotała: - Będziemy drzemać albo spać nawet, wszak prawda? Panią bowiem nuży zdaje się zbyt długa rozmowa. Ciemna brunetka o podłużnej i regularnej twarzy, pani Volmar, musiała mieć przeszło lat trzydzieści. Oczy miała wielkie, wspaniale piękne. Żarzyły się jak pochodnie, chwilami tylko przyćmione, mieniące się jak mora. Na pierwszy rzut oka nie była ona piękną, lecz w miarę bliższego rozpatrzenia się w jej twarzy zyskiwała stopniowo, stawała się uroczo pociągającą, zwycięzką. Mogła ona wzbudzać niepohamowane żądze, nęcąc swym tajemniczym wdziękiem. Starała się ona jaknajmniej zwracać uwagę, skromną była i jakby naumyślnie przyćmiewającą się tak swem zachowaniem jak i strojem. Ubierała się przeważnie czarno i nie nosiła żadnych błyskotek, chociaż mąż jej był kupcem brylantów w Paryżu. - O, co do mnie - odrzekła - zawsze jestem zadowolnioną, byle mnie nie potrącano zbytecznie. I rzeczywiście jeździła ona już dwukrotnie do Lourdes, przyłączając się do pielgrzymki narodowej w charakterze damy szpitalnej dodatkowej. Nigdy jej wszakże nie widziano przy chorych, ani w czasie podróży, ani w szpitalu w Lourdes. Gdy tylko tam dojechała, zamykała się w swym hotelowym pokoju, mówiąc że się czuje niewymownie zmęczoną. Pani de Jonqui?re była nadzorczynią sali szpitalnej w Lourdes, sali, w której właśnie służbę swą powinna była pełnić pani Volmar. Lecz pani de Jonqui?re z uprzejmą pobłażliwością zwalniała ją z tego obowiązku. - O, moje drogie - zawołała pani de Jonqui?re - wysypiajcie się spokojnie, dopóki tylko możecie Będziecie miały jeszcze sposobność dobrze się umęczyć, gdy dojedziemy na miejsce. Zastąpicie mnie, gdy mi sił już zbraknie. A zwróciwszy się do córki, rzekła: - Ty, moje kochane dziecko, nie trać siły na ciągłe trzpiotanie się, boś gotowa stracić przytomność, gdy cię będzie potrzeba zawezwać do roboty. Rajmunda popatrzała na nią z rodzajem czułej wymówki i rzekła z przymilonym uśmiechem: - Mamo, mamo, dla czego ty mówisz do mnie w ten sposób? Czyż nie jestem zupełnie rozsądną?... Uwaga uczyniona przez Rajmundę o sobie samej musiała być słuszną. Energia bowiem i silna wola połączona z niezależnością, błysnęła w jej siwych oczach. Śmiech jej i wesołość brzmiały młodością lecz nie wynikały z pustoty. Kochała życie i czuła się szczęśliwą, że żyje. - To prawda - wyznała matka, jakby nieco zmieszana - ta mała ma czasami więcej rozsądku odemnie starej... No, nie mówmy już o tem... Oto lepiej podaj mi kotlet, wielką mam na niego ochotę. Nie macie pojęcia, jak byłam głodna! Śniadanie ciągnęło się dalej, urozmaicone bezustannemi śmiechami i szczebiotaniem Rajmundy i pani Desagneaux. Zwłaszcza Rajmunda ożywiała się stopniowo. Nieco przyżółkła jej cera skutkiem oczekiwanego dotychczas małżeństwa, rozjaśniła się i zarumieniła świeżością lat wiosennych. Śpieszyły się te panie z jedzeniem śniadania, zwłaszcza teraz, bo już tylko dziesięć minut pozostawało do odejścia pociągu. Hałas i ścisk w sali zwiększył się jeszcze. Goście bufetowi śpieszyli się na wyścigi, w obawie że czasu im zbraknie na wypicie czarnej kawy, o którą bardzo im chodziło. Wtem pojawił się tutaj Piotr: wzywał panią de Jonqui?re, albowiem la Grivotte znów dusiła się od kaszlu. Pani de Jonqui?re czemprędzej ukończyła jedzoną potrawę i nie czekając na deser pośpieszyła z powrotem do swego wagonu, wpierw wszakże pocałowała córkę, mówiącą jej zarazem dobranoc, z twarzą uśmiechniętą a jednocześnie wyrażającą, iż wie, jak dalece uciążliwą będzie ta noc dla jej matki. Piotr z zadziwieniem, które ledwie że zdołał w sobie stłumić, spostrzegł czerwony krzyż wyróżniający damy szpitalne, jaskrawo odbijający na czarnym staniku pani Volmar. Znał ją bowiem, bywając od czasu do czasu u matki jej męża, która niegdyś w wielkiej pozostawała przyjaźni ze zmarłą jego matką. Stara pani Volmar srogą była niewiastą; wiary nadzwyczajnej i nieubłaganej surowości religijnej, postanowiła strzedz swej synowej z pedanteryą i okrucieństwem bigotki. Zamykała okiennice, by młoda kobieta nie patrzała na przechodniów ulicznych. Piotr znał cały szereg faktów tego rodzaju. Zaraz na drugi dzień po ślubie, młoda pani Volmar ujrzała się uwięzioną pomiędzy okrutną swą świekrą i odpychającej szpetoty jej synem a swoim mężem, który, powodowany zazdrością, bił żonę, jakkolwiek sam utrzymywał naraz po kilka kochanek. Tylko do kościoła pozwolono wychodzić młodej kobiecie. Piotr wypadkiem odkrył jej tajemnicę. Przechodził właśnie przez boczną nawę kościoła Ś. Trójcy, gdy młoda pani Volmar wymieniała słów kilka z wysokim mężczyzną o wykwintnej powierzchowności. Przemknęła wtedy w umyśle Piotra cała prawda. Nieszczęśliwa kobieta upaść musiała, szukając pocieszenia. Uniewinniał ją Piotr najzupełniej. Cóż bowiem dziwnego, iż w objęciach kochanego przez siebie człowieka szukała zapomnienia? A jakże strzedz się przytem musiała ze swoją miłością tem gorętszą i namiętniejszą, że nigdy nasycić się nią nie mogła, wszak tygodnie całe musiała czatować, by uchwycić chwilę swobodną na schadzkę z ukochanym, jakże nie miała korzystać z okazyi, gdy w ciągłem żyła podnieceniu! Zmieszała się na widok Piotra, lecz szybko wyciągnęła ku niemu drobną i podłużną swą rączkę, mówiąc: - Cóż za niespodziewane spotkanie! Już bardzo dawno, jak pana nie widziałam! I zaczęła mu opowiadać, że trzeci już raz towarzyszy narodowej pielgrzymce do Lourdes, świekra bowiem wymogła na niej, by się zapisała w poczet członków stowarzyszenia Matki Boskiej Zbawicielki. - Dziwna rzecz, żeś pan mojej świekry nie spotkał na dworcu w Paryżu. Odprowadza mnie ona zawsze i odchodzi dopiero wtedy, gdy już siedzę w wagonie a gdy wracam do Paryża zastaję ją oczekującą na mnie na dworcu. Mówiła te słowa z prostotą, lecz i z odcieniem skrytej ironii, dozwalającej Piotrowi domyślać się wiele. Wiedział, że jest niewierzącą; uczęszczała do kościoła jedynie dla zapewnienia sobie swobodniejszej chwili wytchnienia; czuł obecnie, iż w Lourdes jest przez kogoś oczekiwaną. Tak, dążyć ona teraz musiała ku swemu ukochanemu, ztąd wynikała ta dziwna w niej mieszanina pozornej obojętności i nurtującego ognia, lecz płomienne oczy zdradzały ją, pomimo nakazanego im spokoju i odrętwienia. - Ja zaś - odpowiedział Piotr - towarzyszę w podróży mojej przyjaciółce z lat dziecinnych. Jest ona bardzo, bardzo cierpiącą... Polecam ją łaskawym względom pani, prosząc, byś zechciała ją pielęgnować, gdy przybędziemy na miejsce... Pani Volmar zarumieniła się i zmieszała. Teraz już Piotr nie miał wątpliwości. W czasie tej rozmowy, Rajmunda płaciła za śniadanie z praktycznością osoby umiejącej liczyć się z pieniędzmi. Pani Desagueaux szepnęła, że czas śpieszyć z powrotem do wagonu, poczem wszystkie wstały i opuściły salę bufetową, w której zamieszanie zapanowało teraz jeszcze większe, albowiem pierwszy dzwonek wzywał już podróżnych. Piotr też posunął się ku wyjściu, gdy w tem zatrzymał się, mówiąc: - Ach, księże proboszczu dobrodzieju, nareszcie mogę cię powitać! Widziałem cię w Paryżu na dworcu, lecz tylko zdaleka, bo nie było już czasu, aby podejść ku tobie! Piotr ściskał przy tych słowach rękę starego księdza, patrzącego na niego poczciwie i z przyjaznym uśmiechem. Był to ksiądz Judaine, proboszcz z Saligny, małej parafii w departamencie Oise. Wzrostu słusznego, barczysty, z wielką różową twarzą opłyniętą puklami srebrnych włosów, ksiądz Judaine czynił wrażenie świętego człowieka, wolnego od pokus ciała i umysłu. Niezmąconej nigdy spokojnej niewinności, był szczerze wierzącym, przychodziło mu to bez walk żadnych naturalnie. Posiadał wiarę dziecka i nie wiedział o istnieniu namiętności. Od czasu gdy N. Panna cudem uleczyła chore jego oczy, wiara jego jeszcze się wzmogła w swem zaślepieniu i rozrzewniającej miłości, dołączyła się bowiem wdzięczność najgłębsza, za oczywistą łaskę Boską szczególnie jego wyróżniającą. O tem uzdrowieniu proboszcza utworzyła się powszechnie znana legenda. - Jakże rad jestem - rzekł stary proboszcz - że cię widzę w liczbie pielgrzymujących. O, bo młodzi księża umacniają się w świętem swem powołaniu taką pielgrzymką do miejsc cudownych. Czasami dochodzą mnie słuchy, jakoby między nimi byli tacy, którzy potrzebują umocnić się w wierze... Ujrzysz w Lourdes rzeczy nadzwyczajne; sam widok zamodlonego tłumu wzruszy cię do łez... Jakże wobec tych cudów i spływającej ku nam łaski nie oddać się całkowicie w ręce Boskie! Jedyne to pocieszenie i uzdrowienie cierpiących! Jechał do Lourdes, towarzysząc tam chorej pragnącej doświadczenia łaski. Pokazał Piotrowi oddział wagonu pierwszej klasy, na którego drzwiczkach widniała karta z napisem: Monsieur l'abbé Judaine réservé. I pochyliwszy się nieco, dodał ciszej: - Towarzyszę pani Dieulafay, żonie bogatego bankiera. Zamek do nich należący leży w mojej parafii. Od chwili, gdy się dowiedzieli, jakiego cudu doznałem z mojemi oczami, nie przestali mnie prosić, abym koniecznie towarzyszył im w pielgrzymce do Lourdes, spodziewając się, ze moje modlitwy coś będą w tym razie znaczyły. Obiecałem wstawić się za nieszczęśliwą chorą. Już niejedną mszę świętą odprawiłem na jej intencję. O, modlić się będę gorąco, by uzdrowioną została... Patrz! ot tam na ziemi, to ona. Chciała koniecznie, by ją wyniesiono z wagonu, chociaż to trudność niemała, ciężko zwłaszcza będzie wnieść ją napowrót. Piotr spojrzał we wskazanym kierunku i ujrzał młodą kobietę o niezwykle pięknej twarzy i zachwycających oczach, spoczywającą w rodzaju podłużnej skrzyni. Owal jej twarzy był niesłychanej czystości linij, wyglądała na lat dwadzieścia sześć. Cierpiała ona straszliwą chorobę rozkładania się i próchnienia kości, co pociągało rozmiękczenie całości szkieletu. Przed trzema laty powiła nieżywe dziecko i od tego połogu nie przyszła już do zdrowia. Początkowo czuła niewyraźne bóle kości pacierzowej. Powoli cierpienie wzmagać się poczęło, kości traciły swą moc i formę, kość pacierzowa osiadała, kości miednicy płaszczyły się a w nogach i rękach malały, zanikając. Cała postać zmniejszone miała wymiary, jakby zwolna topniała; była to już teraz tylko szmata ludzka, coś niestałego i przelewającego się bezopornie, coś, co przenosić trzeba było z niesłychanemi ostrożnościami, by nie wyślizgnęło się z rąk i nieulało. Głowa tylko pozostała nietkniętą w swej piękności, twarz zmieniła wszakże wyraz, była nieruchoma, osłupiała, idyotyczna. Nędzę życia tych niedołężnych resztek pięknej kobiety, czynił rażącą zbytek, jaki ją otaczał. Skrzynia, w której spoczywała, wysłaną była niebieskim jedwabiem pokrytym kosztownemi koronkami, bogactwo pyszniące się okazałością - straszniejsze wywoływało wrażenie nad nędzę tej, którą otaczało. - Cóż to za nieszczęście - ciągnął dalej poczciwy proboszcz - przy tej młodości, piękności i milionowym majątku! A żebyś wiedział, jak ją kochano i jak jeszcze i dzisiaj jest ona ubóstwianą!.. Ten wysoki mężczyzna blizko niej stojący - to jej mąż a ta strojna pani, to jej siostra, pani Jousseur. Piotr przypomniał sobie, że często spotykał w dziennikach wymieniane nazwisko pani Jousseur, słynącej wykwintem i rozległością światowych stosunków. Mąż jej był dyplomatą z zawodu, ona zaś prowadziła w Paryżu dom otwarty, żyła przeważnie w kole arystokratyczno-katolickiem. Bardzo ładna, lubiąca i umiejąca się wytwornie ubierać, dziś w podróży miała strój ciemny, prosty, lecz niezmiernie gustowny. Widać było z każdego jej ruchu najwyższą troskliwość, jaką otaczała biedną swą siostrę, której mąż, młody człowiek, mogący mieć lat trzydzieści pięć, miał oczy jakby zaszłe łzami, tak dalece uwidoczniało się w nim dotkliwe zmartwienie. Piękny był, o cerze jasnej, ubrany starannie w czarny obciskający go surdut. Odziedziczył on kolosalną fortunę po swym ojcu, lecz pełen był smutku, ubóstwiał bowiem nieszczęsną swą żonę. Chwycił się myśli zawiezienia jej do Lourdes, straciwszy bowiem nadzieję uleczenia jej wiedzą ludzką, chciał wyczerpać wszystkie sposoby i w rozpaczy swej odwoływał się obecnie do miłosierdzia Bożego. Od dzisiejszego ranka Piotr widział bezustannie coraz to nowe choroby, nędze i rany zwartym szeregiem nagromadzone w "białym pociągu". Nic i nikt wszakże nie wywarł na nim trwożliwszego i boleśniejszego wrażenia, jak ten topniejący szkielet młodej kobiety, lejący się bezkształtnie wśród jedwabiu, koronek i milionów. - Nieszczęsna! - szepnął, zadrżawszy. Lecz stary proboszcz Judaine z głęboką wiarą i nieprzepartą pogodną nadzieją, rzekł jakby na pocieszenie: - Matka Boska ją uzdrowi, gorąco się o to modliłem i błagałem! Znów rozległ się dzwonek sygnałowy, dzwonek ostatni, zwiastujący ruszenie pociągu. Pozostawały dwie minuty już tylko, tłum stojący przed pociągiem, zafalował gwałtownie. Przepychano się brutalnie, niosąc zakupioną żywność w bufecie, każdy miał w ręku coś zawiniętego w papierze, lub też podnosił w górę butelki napełnione wodą ze studni. Niektóre osoby nie mogły trafić do swego wagonu i biegły bez pamięci wzdłuż pociągu. Chorzy wlekli się z wysiłkiem, kulawi stukali szczudłami w przyśpieszonem tempie, innych wiodły i ciągnęły damy szpitalne, chcąc jak najprędzej dostać się do zajmowanego miejsca. Czterech ludzi dźwigało niebieską skrzynię pokrytą koronkami, z pomiędzy których, wychylała się piękna głowa pani Dieulafay. Z największą trudnością przyszło im wnieść chorą do wygodnego jej wagonu pierwszej klasy. Rodzina Vigneron, zadawalniająca się klasą drugą, już wsiadła do swego przedziału, zawalonego tak niezmierną ilością wiezionych koszyków, skrzynek, pudełek, walizek, iż mały Gustaw, ledwie że miał miejsce, by spocząć na wagonowej kanapie i wyciągnąć swe schorzałe członki okaleczałego, ułomnego owadu, jakim był w swem pojęciu. Reszta podróżnych skupiała się coraz bliżej pociągu. Pani Maze sunęła cichym swym krokiem pogrążona w milczeniu; pani Vincent unosiła jak mogła najwyżej swoją małą Różę, chcąc ją uchronić od potrącenia, trwożna, by dziecko nie wydało jęku; pani V?tu w tak silne popadła osłupienie, prażąc się na słońcu, że musiano ją zbudzić i pchać w stronę wagonu, pomimo tortury jaką cierpiała; śpieszyła się także ku drzwiczkom swego przedziału potworna Eliza Rouquet, która dotychczas nie odstępowała studni, ocierała się teraz idąc, cała zbryzgana wodą. Podczas, gdy każdy sadowił się i mościł na zajmowanem miejscu w wagonach, Marya słuchała opowiadania ojca, uszczęśliwionego z wycieczki po za dworzec kolejowy. Pan de Guersaint dotarł aż do domku dróżnika, zkąd roztaczał się widok, bardzo według niego piękny i miły. - Może chcesz, Maryo, byśmy ułożyli cię teraz przed ruszeniem pociągu? - zapytał Piotr, z rozpaczą patrzący na zmęczoną i niespokojną twarz chorej. - O nie, nie, odpowiedziała. Jeszcze tak trochę posiedzę. Jeszcze się nasłucham tego straszliwego turkotu kół, łomoczących jakby w mojej głowie i rozsadzających mi kości. Siostra Hyacynta uprosiła doktora Ferrand, by raz jeszcze zbadał stan konającego. Oczekiwała niecierpliwie dotychczas nadejścia ojca Massias, lecz oczekiwała napróżno. Nie traciła wszakże nadziei jego powrotu, albowiem siostra Klara zobowiązała się przyprowadzić go, gdy tylko się ukaże. - Powiedz mi, panie Ferrand, powiedz szczerze, czy ten nieszczęśliwy może skonać lada chwila? Znów więc młody doktór pochylił się nad chorym, nasłuchiwał go i patrzał nań uważnie. Wreszcie z ruchem zwątpienia rzekł do niej z cicha: - Mam przekonanie, iż niedojedzie on do miejsca pielgrzymki... Wszystkie głowy wyciągały się z niepokojem ku mówiącemu. Niepewność co mu jest - nieświadomość kim jest ów nieznajomy, niepokoić się zdawała obecnych. Więc ten człowiek ma umrzeć, nie wyrzekłszy słowa objaśnienia! Siostrze Hyacyncie przyszła myśl zrewidowania kieszeni chorego. Zważywszy na okoliczności, rzecz ta wydała się prostą, bynajmniej nie zdrożną. - Panie Ferrand, proszę, obejrz pan, czy niema on swych papierów w kieszeni. Z wielką ostrożnością, by nie urazić chorego, doktór uczynił wedle życzenia siostry Hyacyntty, lecz w kieszeniach nieznajomego znalazł tylko różaniec, nóż składany i trzy susy. Nie miano się więc dowiedzieć już niczego o nim. W tej właśnie chwili ktoś oznajmił przybycie siostry Klary i ojca Massias. Ten ostatni zagawędził się dotychczas z proboszczem miejscowym w jednej z ubocznych sal dworca kolejowego. Przybycie jego wywarło teraz w wagonie wielkie ogólne wzruszenie. Przez chwilę zdawało się, iż wnosi on z sobą ocalenie. Lecz pociąg miał ruszać w dalszą drogę, rozlegał się hałas zamykanych drzwiczek wagonów, trzeba było się więc śpieszyć i załatwić się na prędce z ostatniem namaszczeniem, by nie spowodować zbytecznego opóźnienia się z wyjazdem. - Tutaj, tutaj, mój ojcze! - wołała siostra Hyacynta. Nasz nieszczęśliwy chory jest tutaj. Śpiesz się, mój ojcze, i przybywaj na pomoc. Ojciec Massias, jakkolwiek o pięć lat starszy od Piotra, był wszakże jego kolegą z seminaryum. Chudy, wysoki, z twarzą ascetyczną, okoloną jasno blond brodą, oczy miał płonące ogniem wiary. Wątpliwości w swych wierzeniach nie miał on nigdy, nie miał wprawdzie spokojnej wiary dziecka, lecz był żarliwym apostołem gotowym do walki, poświęcenia się dla tem większej chwały Przenajświętszej Panny. Z ramion spływała mu długa peleryna z kapturem, na głowie miał kosmaty kapelusz z wielkiemi skrzydłami z pod jego cienia promieniała twarz blada, oświetlona ogniem bojowym jego oczu. Wszedłszy do wagonu, natychmiast wyjął z kieszeni srebrne pudełko z Olejami świętemi. Z przejęciem rozpoczął ceremonię obrządku, wśród hałasu zamykanych drzwiczek i ostatnich nawoływań urzędników kolejowych, naglących resztę podróżnych do zajmowania swych miejsc w wagonach. Naczelnik stacyi spoglądał z niepokojem na skazowki wielkiego zegara, widząc, że musi dodać kilka minut dla załatwienia ceremonii. - "Credo in unum Deum" - pół szeptem i śpiesznie mówił ojciec Massias. - "Amen" - odpowiedziała siostra Hyacynta, a wraz nią wszyscy obecni. Kto mógł, uklęknął na twardych ławkach wagonu. Inni składali ręce i żegnali się znakiem Krzyża świętego. A gdy po zwykłych modlitwach nastąpiło odmawianie litanii, głosy zabrzmiały donośnie i błagalnie "Kyrie eleison" o uzdrowienie fizyczne i moralne, o grzechów odpuszczenie konającemu człowiekowi. Niechaj uzyska rozgrzeszenie nieznanego swego życia, niechaj wejdzie w czystości nieskazanej do królestwa Bożego. - "Christe, exaudi nos". - "Ora pro nobis, sancta Dei Genitrix" Ojciec Massias unosił na srebrnej iglicy, drżącą kropelkę świętych Olejów. Czas zbyt naglił, by mógł wykonać ostatnie namaszczenie podług przepisów rytuału. Odczuwał on niecierpliwość stojących przed pociągiem urzędników, śpieszył się więc i cierpiał zarazem, iż nie zdoła namaścić Olejami członków konającego i że zaniechać jest zmuszony uczynić to na organach, odpowiadających pięciu zmysłom, tym upustom złych skłonności ludzkich. W razach nagłych, kościół dozwala ograniczyć się na jednem tylko namaszczeniu, tak więc postąpić postanowił. Dotknął tylko ust, tych ust sinych i nawpół otwartych, lekki, ledwie dostrzegalny oddech wydających. Konający miał oczy zamknięte a twarz jego blada zdawała się zacierać w swej wyrazistości. Konający stawał się prochem, z którego był powstał pierwotnie. - "Per istam sanctam unctionem et suam piissimam misericordiam, indulgeat tibi, Dominus, quidquid per visum, uditum aut oratum, gustum, tactum deliquisti". Dalszy ciąg ceremonii stawał się niemożebnym do spełnienia, tak dalece czas naglił do wyjazdu. Zaledwie ojciec Massias zdążył zetrzeć z ust chorego Oleje święte i to dzięki przezorności siostry Hyacynty, trzymającej w pogotowiu kawałek waty na ten użytek przeznaczonej. Chowając pudełko, wysiadł śpiesznie i podążył do swego wagonu a ostatnie modły wykonali już sami obecni. - Nie możemy dłużej czekać! nie możemy! - powtarzał niecierpliwym głosem naczelnik stacyi przez cały czas trwania obrządku namaszczenia. - Śpieszmy się, śpieszmy! - wołał coraz głośniej. Nareszcie skończono i pociąg mógł ruszyć w dalszą podróż. Wszyscy sadowili się, jak kto mógł najdogodniej. Pani de Jonqui?re, zaniepokojona bezustannym kaszlem biednej la Grivotte, zmieniła miejsce, chcąc być bliżej swej chorej; siedziała teraz naprzeciwko pana Sabathier w cichości i poddaniu się znoszącego niedogodności podróży. Siostra Hyacynta nie wróciła do poprzednio zajmowanego przedziału, pozostała przy konającym, pragnąc mu ulżyć w razie potrzeby. Została tam tem chętniej, że potrzebną była jej pomoc Marcie, niewiedzącej, jak sobie poradzić z coraz gwałtowniej cierpiącym bratem Izydorem. Marya pobladła jeszcze: przed ruszeniem bowiem pociągu, już odczuwała w zbolałem swem ciele męczarnię, jaką jej zadawał turkot kół i podrzucanie szamoczącego się biegiem wagonu. Już był jej przytomnym, ten pęd szalony, unoszący w rozpalonej i zatrutej wyziewami atmosferze, garść nędzarzów schorzałych i łaknących świeżego tchnienia i miłosierdzia dla swej niedoli. Rozległ się donośny i przeciągły świst maszyny, dech jej dobiegł do uszów podróżnych a siostra Hyacynta wstała, by wyrzec: - Zmówmy teraz pobożnie "Magnificat", moje dzieci!

Rozdział I

Pociąg ruszył, unosząc w swych wagonach trzeciej klasy tłumnie nagromadzonych chorych i pielgrzymów, cisnących na twardych drewnianych ławkach; kończyli oni teraz śpiew "Ave maris stella", chórem wszczęły na dworcu kolei orleańskiej w Paryżu, gdy Marya, uniósłszy się z trudem z łoża boleści, ożywiona gorączką niecierpliwości, dostrzegła fortyfikacye. - Ah oto fortyfikacye! - zawołała radośnie pomimo dokuczającego jej bólu. - Nareszcie jesteśmy po za Paryżem, jedziemy! Naprzeciw Maryi siedział jej ojciec, p. de Guersaint. Uśmiechnął się ku uradowanej córce, podczas gdy ksiądz Piotr Froment, patrząc na nią z braterską czułością, rzekł mimowoli z troskliwem zaniepokojeniem w głosie: - Tak, jedziemy, lecz mamy tej jazdy do jutrzejszego ranka; w Lourdes staniemy dopiero o trzeciej minut czterdzieści. Przeszło dwadzieścia dwie godzin będziemy w drodze. Była teraz godzina wpół do szóstej rano, promienne, jasne słońce oświetlało pogodny, piękny letni poranek. Było to w piątek 19 sierpnia. Zdala na horyzoncie widniały drobne lecz ciężkie chmurki, zapowiadające dzień skwarny, burzą grożący. Słoneczne promienie wciskały się ukośnie do wnętrza wagonów, napełniając je ruchomym złotym pyłem. Marya zapadła w zwykłe swe udręczenie i szepnęła: - Ah tak, dwadzieścia dwie godziny podróży. Boże mój, jakże to jeszcze daleko! Z pomocą ojca, ułożyła się na nowo w rodzaj wązkiej skrzyni w kształcie rynny lub trumny, w której żyła już od lat siedmiu. W drodze łaski, zgodzono się umieścić w wagonie z bagażami dwie pary kół, umyślnie do owej skrzyni dopasowanych i z łatwością dających się zdejmować; postawiona na nich łożnica Maryi dozwalała przewozić ją z miejsca na miejsce. Chora ściśniętą się być zdawała pomiędzy deskami ruchomej swej trumny, która postawiona na ławce wagonu zajmowała trzy miejsca wzdłuż. Marya leżała teraz z opuszczonemi powiekami, twarz miała bladą, szaro-bezbarwną i dziwnie dziecinną, pomimo iż ukończyła lat dwadzieścia trzy: twarz ta była śliczną, zdobiły ją zwłaszcza pysznie piękne blond włosy uszanowane i nietknięte chorobą. Na skromnej, czarnej wełnianej swej sukni, Marya przewiesiła na szyi kartę szpitalną ze swem nazwiskiem i numerem. Uczyniła tak na znak pokory, zapisując się zaś w szereg ubogich chorych szpitalnych, chciała uchronić swą rodzinę od wydatków podróży, zbyt mogących obciążyć ograniczone środki ich utrzymania. Takim to sposobem znajdowała się teraz w wagonie trzeciej klasy "białego pociągu", którym jechali pielgrzymi i najsrożej dotknięci chorobą nieszczęśliwi, skurczeni bólem, wyczerpani osłabieniem a pędzący obecnie na drugi koniec Francyi, dla znalezienia ulgi lub uzdrowienia. W czternastu pociągach dążących dnia tego do Lourdes, znajdowało się w każdym po trzystu chorych i pięciuset pielgrzymów. Ksiądz Piotr, niezadowolniony z siebie że zasmucił i przeraził Maryę, mówiąc jej o długości podróży, patrzał wciąż na siostrę wzrokiem czułego i znacznie starszego od niej brata. Miał on lat trzydzieści, był blady, szczupły, czoło miał szerokie i wyniosłe. Załatwiwszy wszystkie formalności odnoszące się do podróży Maryi do Lourdes, zapragnął towarzyszyć jej i w tym celu zapisał się na członka czynnego Przytułku Matki Boskiej Zbawicielki. Na jego sutannie odbijał krzyż czerwony bramowany bronzem, wyróżniający tragarzy szpitalnych. Pan de Guersaint miał na swem szarem ubraniu sukiennem, tylko zwykły, szkarłatny krzyż pielgrzymów. Zdawał się być zachwycony podróżą, oczy jego wciąż biegały w około, na chwilę nie przestawał obracać swej nieco ptasiej lecz ujmująco roztrzepanej głowy o rysach młodych, chociaż miał lat przeszło pięćdziesiąt. Gwałtowne szamotanie się pociągu, wyrywało jęki i westchnienia z piersi Maryi. Wtem, w sąsiednim wagonie podniosła się z ławki zakonna siostra Hyacynta a zauważywszy, iż słońce pada na twarz chorej, rzekła: - Księże Piotrze, zasuń firankę... A my zabierzmy się teraz do zagospodarowania się jaknajdogodniejszego. Przybrana w czarny habit zakonu Wniebowzięcia N. Panny, opromieniona jasnością białego nakrycia głowy, przepasana również białym fartuchem, siostra Hyacynta uśmiechniętą była pogodnie i krzątała się żwawo oraz umiejętnie. Młodość tryskała z ust jej świeżych i maleńkich, z oczu pięknych, niebieskich i tkliwych. Nie była może ona ładną, lecz była uroczą, szczupłą i smukłą a biały fartuch opinający jej kibić, zarysowywał jej płaską deskę piersiową, czyniąc ją podobną do chłopca o śnieżnej cerze, pełnego niewinności, zdrowia i humoru. - Ależ upiec nas chce to słońce! Proszę, niechaj i pani zechce spuścić firankę u swego okna - rzekła do swej sąsiadki. Tuż obok siostry Hyacynty, siedząca w kąciku pani de Jonqui?re, trzymająca na swych kolanach niewielką torbę podróżną, spuściła teraz zwolna firankę. Pani de Jonqui?re była dobrej tuszy, brunetką a pomimo, iż miała córkę dwudziesto-czteroletnią, zachowała jeszcze ponętne resztki urody. Córka jej, Remonda, jechała tymże pociągiem, lecz wsiadła do wagonu pierwszej klasy w towarzystwie pani Desagneux i pani Volmar, dwóch dobrodziejek Przytułku. Pani de Jonqui?re, piastująca urząd dozorczyni jednej z sal szpitala Matki Boskiej Bolesnej w Lourdes, nie opuszczała swych chorych w czasie podróży. Na zewnątrz przedziału, który zajmowała, kołysało się na karcie wypisane jej nazwisko i stosownie do przepisów pod jej nazwiskiem wymienione były dwie zakonnice dodane jej do pomocy. Pani de Jonqui?re, była wdową; mąż, straciwszy majątek, pozostawił jej, prócz córki, zaledwie cztery do pięciu tysięcy franków dochodu, z którego żyła skromnie, mieszkając w podwórzu przy ulicy Vaneau. Była ona wielce dobroczynną i litościwą, cały swój czas poświęcając na usługi Szpitala i Przytułku Matki Boskiej Zbawicielki; czerwony krzyż tej instytucyi widniał na ciemnej, wełnianej jej sukni. Z natury dumna, lubiła być chwaloną i kochaną, nie opuszczała też nigdy corocznej wyprawy pielgrzymów do Lourdes, zadawalniając tym sposobem nałóg swej natury i potrzebę swego serca. - Masz racyę, moja siostro, zabierzmy się do zagospodarowania się tutaj. Niewiem dlaczego zajęłam sobie ręce trzymaniem tej torby. Mówiąc to, wsunęła worek podróżny pod ławkę, tuż koło siebie. - Niech pani zaczeka - rzekła siostra Hyacynta - usunę gdzie ten kubeł z wodą, bo on pani zawadza, ruszyć się nie pozwalając. - Ależ nie, on nie zawadza. Zostaw go, moja siostro. Przecież trzeba, aby gdzieś stał, więc niechaj tu pozostanie. I obydwie zabrały się do porządkowania rzeczy rozstawionych w wagonie, pragnąc by w najdogodniejszych warunkach dla ich chorych odbyła się oczekująca ich podróż. Martwiły się, że nie mogą wziąść Maryi do swego przedziału, lecz ona nie chciała się rozstawać z Piotrem i z ojcem; sąsiadując z nią wszakże, przechylały się często ku niej przez nizkie przegrodzenie, dzielące przedziały wagonu, który w pięciu swych przegrodzeniach, mieszczących po dziesięć miejsc każde, stanowił jakby jedną salę wspólną, objąć się dającą okiem przy każdej sposobności. Żółte gołe ściany drewnianego wagonu pokrywał biały sufit, nadając mu wygląd istotnej sali szpitalnej, sali w nieładzie, jakby na prędce urządzonego ambulansu. Z pod ławek wychylały się na wpół tylko ukryte przeróżne miednice, gąbki, szczotki, miotły i różne inne niezbędne przedmioty. Pociąg nie przyjmował bagaży, tłomoczki więc, walizki, drewniane skrzyneczki, pudełka z kapeluszami, worki i koszyki, gromadziły się tu bezładnie, tworząc stosy starych i nędznych gratów, pozwiązywanych sznurkami; prócz tych przedmiotów rzuconych na ziemi, takież same mnóstwo rupieci kołysało się w powietrzu i na ścianach, wisząc na klamkach i metalowych wieszadłach. Wśród tej starzyzny leżeli na wązkich materacach obłożnie chorzy, zajmując po kilka miejsc; rzucani oni byli ruchem pociągu i trzęsieniem kół warkotliwych jak martwe, bezwładnie zbite szmaty; inni, mniej z sił wyzuci, siedzieli wsparci o drewniane ściany a głowy ich spoczywały na poduszkach, uwydatniających zniszczone bólem ich rysy. Podług przepisów, w każdym przedziale znajdować się była powinna dama szpitalna. Na przeciwnym krańcu wagonu przewodniczyła druga zakonnica reguły Wniebowzięcia N. Panny, siostra Klara. Zdrowsi pielgrzymi powstawali z miejsc, pili już i jedli. Cały jeden przedział zajęty był przez dziesięć pielgrzymujących niewiast; siedziały one stłoczone jedna przy drugiej; były między niemi młode i stare, lecz wszystkie odrażającej aż do smutku szpetności. Okna były szczelnie zamknięte z powodu znajdujących się w wagonie suchotników; gorąco stawało się coraz duszniejsze a wyziewy z każdą chwilą ostrzej się wydzielające, czyniły atmosferę zatrutą i jakby potęgującą się w swem zakażeniu, za każdem poruszeniem kół, biegnących po szynach z całym rozpędem. Dojeżdżając do Juvisy, skończono odmawiać koronkę. O szóstej, pociąg jak burza minął stacyę Brétigny a siostra Hyacynta powstała ze swej ławki. Miała ona sobie powierzone kierowanie modłami, których kolej i treść mieściła się w niebiesko oprawnych książeczkach, trzymanych w ręku przez każdego z obecnych. - Odmówimy "Anioł Pański", moje dzieci, rzekła z uśmiechem i po macierzyńsku, co dawało niezrównanego wdzięku i słodyczy, młodocianej jej postaci. "Ave" następowało teraz jedno po drugiem. Właśnie wraz z ich ukończeniem, Piotr i Marya zwrócili uwagę swą na dwie kobiety, siedzące w dwóch kątach tego co i oni przedziału. Jedna z nich znajdująca się po stronie Maryi, tuż przy jej nogach, miała pozór mieszczki; blondynka, szczupła i wątła, mogła mieć lat trzydzieści kilka, lecz zwiędnięta była przedwcześnie. Starała się ona zajmować jaknajmniej miejsca; ubrana była ciemno a bezbarwne jej włosy otaczały twarz wązką, bolesną, tchnącą bezgranicznym smutkiem i sieroctwem. Naprzeciw niej siedząca kobieta, po tejże stronie co Piotr, wyglądała na wyrobnicę w tymże samym wieku, na głowie miała czarny czepek a twarz jej zniszczona nędzą i troską pochylała się ku siedmioletniej dziewczynce, którą trzymała na swych kolanach. Dziecko tak było blade, mizerne i jakby strawione chorobą, iż wyglądało zaledwie na lat cztery. Nosek miało jakby ściśnięty, powieki niebieskawo odbijające od cery swej woskowej i nie miało siły wymawiania wyrazów; jęczało tylko z cicha a od czasu do czasu donośniej, rozdzierając swą skargą serce pochylonej nad nim matki. - Możeby ona zjadła trochę winogron? - odezwała się cicho dotychczas zachowująca się kobieta wyglądająca na mieszczkę - mam winogrona w koszyku... - Dziękuję pani - odpowiedziała jej nieszczęśliwa matka. - Pije tylko mleko i to jeszcze... W każdym razie mam z sobą zapasową butelkę. A ulegając potrzebie podzielenia się i zwierzenia ze swą biedą, opowiedziała swoje dzieje. Nazywała się Vincent, mąż jej, pozłotnik, zmarł z suchot. Sama zostawszy z małą swą córeczką, szyła dniem i nocą, by wychować ukochane swoje dziecko. Wtem choroba na nie spadła. Od czternastu miesięcy ubóstwiana przez nią Róża, bezustannie jest chorą, coraz ciężej chorą, niknie z dniem każdym, lżejszą i mniejszą jest niż przed laty. Nie wiedząc co począć w swem nieszczęściu, zrozpaczona matka weszła dnia jednego do kościoła, chociaż nie miała tego zwyczaju a rzuciwszy się na kolana błagać poczęła o zdrowie dla swej Róży. Zamodlona, posłyszała głos, rozkazujący jej zawieźć dziecko do Lourdes, gdzie N. Panna ulituje się jej nędzy... Nie znała ona nikogo mogącego ją objaśnić o urządzanych drogą składek pielgrzymkach, miała więc myśl jedną i jedyną: pracować, oszczędzać, by za uzbierane pieniądze kupić bilet i podążyć do miejsca zbawienia, i oto jedzie do cudami słynącej groty, mając zaledwie trzydzieści susów w kieszeni i butelkę mleka dla Róży, chociaż dla siebie nawet o kawałku chleba zapomniała. - Na jaką chorobę cierpi to biedne maleństwo? - zapytała słuchająca opowiadania sąsiadka. - Ach, zkądże można to wiedzieć! Doktorzy nazywają choroby po swojemu... Rozpoczęło się od lekkich bólów w żołądku. Później brzuszek cały jej opuchnął i cierpiała wtedy bardzo, o tak bardzo, iż łzy płynęły na ten widok. Teraz opuchlina zeszła, brzuszek ma płaściutki, ale opuściły ją siły, nie może się utrzymać na chudych swych nóżkach; rozpływa się i niknie w bezustannych potach... W tem Róża jęknęła głośniej, podnosząc powieki a pobladła ze wzruszenia matka pochyliła się znów nad nią. - Skarbie ty mój najdroższy, co tobie?... Może napić się chcesz trochę?... Lecz dziewczynka, zaledwie ukazawszy zmącone, blado-niebieskie swe oczy przymknęła je natychmiast, nie odpowiedziawszy ani słowa i znów zapadła w swe omdlenie, równie prawie biała jak biała jej sukienka, w którą przystroiła ją matka, narażając się na koszt dla siebie ciężki, lecz chcąc N. Pannę łaskawszą uczynić dla białego swego dzieciątka. Po chwili milczenia, pani Vincent rzekła do sąsiadki: - A pani dla siebie jedzie do Lourdes?... Widać to wreszcie, że jesteś pani chorą. Lecz zapytana wzruszyła się bardzo i zasuwając się głębiej w swój kącik, szepnęła: - Nie, nie, ja nie jestem chora... Bóg by dał, abym nią była! Mniej bym cierpiała. Nazywała się Maze i serce miała dotknięte srogiemi niedolami. Wyszła zamąż z miłości za tęgiego, wesołego i młodego mężczyznę, lecz po roku nieprzerwanych miodowych miesięcy, opuścił on swą żonę. Podróżując po Francyi bezustannie, jako reprezentant handlowy pewnego sklepu biżuteryjnego, zarabiał on niemało pieniędzy, w domu nie zjawiał się prawie nigdy a z sobą woził kochanki. Żona nie przestała go kochać, cierpiała więc okrutnie, wreszcie w rozpaczy zaczęła szukać pocieszenia w religii. Zdecydowała się teraz na podróż do Lourdes, by ubłagać N. Pannę o nawrócenie się do niej męża o powrócenie jej ukochanego. Pani Vincent niedobrze rozumiała o co właściwie chodziło pani Maze, odczuła wszakże, iż ta kobieta jest głęboko nieszczęśliwą i dalej spoglądając na siebie, rozmawiały z sobą - kobieta przez męża opuszczona i konająca w swej żądzy z konającą z boleści matką, pochyloną nad umierającem swem dziecięciem. Piotr i Marya słyszeli opowiadanie tych dwóch niewiast. Gdy zapadło chwilowe milczenie, Piotr zapytał się wyrobnicy, dlaczego nie zapisała się w poczet chorych wysyłanych na koszt Przytułku. Stowarzyszenie pod wezwaniem Matki Boskiej Zbawicielki, założone zostało po wojnie 1870 r. przez o.o. augustyanów Wniebowzięcia, w celu modlenia się za Francyę i ku większej chwale Kościoła jednoczącego wszystkich na swem łonie w imię modlitwy i pobożnych uczynków. Staraniem o.o. augustyanów pielgrzymki do miejsc świętych przybierają od lat dwudziestu coraz to większe znaczenie, we Francyi coraz są liczniejsze i lepiej zorganizowane; oni to powzięli myśl urządzania corocznie narodowej pielgrzymki do Lourdes w drugiej połowie sierpnia. Umiejętna organizacya zakreślonych przez nich planów, udoskonala się stopniowo; jałmużny spływają ze stron świata całego na wyprawianie biedniejszych pątników i chorych, przedstawianych ojcom przez każdą parafię; oni zaś weszli w ugodę z zarządami kolei żelaznych, czyniących im ustępstwa. W dozorowaniu porządku w tego rodzaju wyprawach, dopomagają im zakonnice zakonu Wniebowzięcia N. Panny, oraz członkowie a zarazem dobrodzieje Przytułku Matki Boskiej Zbawicielki, tak mężczyźni jak i kobiety. Należą oni w znacznej części do rodzin możnych i bogatych, na czas wszakże pielgrzymki podlegają rozkazom dyrektora wyprawy, doglądają chorych, przenoszą ich i pilnują porządku, stosownie do istniejących przepisów. Chorzy, chcący korzystać z pielgrzymki organizowanej corocznie, powinni zrobić podanie piśmienne a raz przyjęci w liczbę pielgrzymujących nie ponoszą żadnych wydatków ani na bilet kolejowy, ani na życie i mieszkanie na miejscu. Staraniem stowarzyszenia zabieranymi są ze swego mieszkania i do niego odwożeni po odbytej pielgrzymce; co najwyżej więc powinni z sobą zabrać mały zapas żywności na czas jazdy koleją. Wyznać należy, iż zarząd Przytułku uwzględnia przedewszystkiem podania osób specyalnie poleconych przez księży lub pobożnych dobrodziejów, którzy dopilnowali, aby ich protegowani mieli należne papiery zgromadzone i dołączone wraz ze świadectwami lekarzy. Z chwilą zapisania chorych na listę podróżnych, stają się oni niejako własnością członków Przytułku, nie potrzebują już wtedy myśleć o niczem, bo za nich pomyślano. Są oni już tylko cierpiącemi ciałami, na które cud ma spłynąć uzdrawiająco, za pośrednictwem rąk braterskich, zajmujących się niemi... - Pani powinnaś była - mówił Piotr do matki schorzałej dziewczynki - udać się do proboszcza swojej parafii. To biedne dziecko zasługiwało na współczucie i byłoby najniezawodniej przyjęte. - Nie wiedziałam, że można było tak uczynić. - Więc jakżeś sobie pani poradziła? - Kupiłam bilet tam, gdzie mi poradziła znajoma czytująca dzienniki. Mówiła ona o biletach kolejowych po cenie bardzo zniżonej, które sprzedawano pątnikom niechcącym korzystać z dobroczynności Przytułku. Marya, słuchając tej rozmowy, opanowana była wielką litością a zarazem trochą wstydu: wszak ona, nie będąc zupełnie pozbawioną środków materyalnych, jechała jednak darmo, dzięki pośrednictwu Piotra, podczas gdy ta biedna matka wraz z chorem swem dzieckiem zapłaciła swą podróż krwawo zapracowanemi przez siebie pieniędzmi!... Wtem, gwałtowniejsze targnięcie pociągu wyrwało z jej piersi krzyk bólu. - Ojcze, podnieś mnie trochę! Nie mogę już uleżeć na plecach. Pan de Guersaint usadowił ją inaczej, poczem westchnęła głęboko. Pociąg minął zaledwie Etampes, dopiero półtory godziny minęło od wyjazdu z Paryża a już zmęczenie dokuczać poczynało; słońce paliło coraz gwałtowniej a kurz i hałas wzmagać się zdawały. Pani de Jonqui?re powstała ze swej ławki i, przechyliwszy się przez przegrodzenie, dodawała Maryi otuchy; powstała następnie i siostra Hyacynta a klasnąwszy wesoło w ręce, chcąc, by zwrócono na nią uwagę i usłyszano w całym wagonie co powie, zawołała: - Uspokójmy się! Uspokójmy i nie myślmy o dokuczających nam cierpieniach! Módlmy się, śpiewajmy, a N. Panna zwróci ku nam swe wejrzenie. I rozpoczęła różaniec według słów ułożonych na cześć Matki Boskiej z Lourdes; chorzy i pielgrzymi złączyli z nią swe głosy. Pierwsza koronka składała się z pięciu radosnych tajemnic: Zwiastowanie, Nawiedzenie, Narodzenie się, Oczyszczenie i Odnalezienie Jezusa. Następnie, wszyscy chórem rozpoczęli śpiew: "Ukórzmy się przed niebiańskim archaniołem..." Głosy rwały się miejscami, przygłuszone turkotem kół pociągu; słychać było tylko jakby przygłuszony ryk stada, duszącego się w głębi zamkniętego wagonu, pędzącego bez końca w dal coraz głębszą. Pan de Guersaint, jakkolwiek był pobożny, nigdy wszakże nie zdołał modlić się dość uważnie, aż do ukończenia rozpoczętej kantyczki. Wstawał, to znów siadał. Wreszcie wsparłszy się łokciem o deskę pomiędzy swoim a sąsiednim przedziałem, rozpoczął półgłosem rozmowę z jednym z chorych, opierających się plecami o przegrodzenie. Pan Sabathier mógł mieć lat piędziesiąt, krępy, z wielką lecz poczciwą twarzą, głowę miał zupełnie łysą. Chory był od lat piętnastu na rozstrój nerwowy, dokuczający mu atakami, nogi zaś miał zupełnie bezwładne; towarzyszyła mu w podróży żona, która co chwila zmieniała mu pozycyę nóg jego martwych a jednak dokuczających nadmiernym ciężarem, jak gdyby z ołowiu były ulane. - Tak panie, jestem byłym profesorem piątej klasy w liceum Charlemagne w Paryżu. Zrazu myślałem, że mi dolega zwyczajny reumatyzm. Bóle wszakże szybko wzmagać się poczęły, jak gdyby mi kto rwał muskuły rozpalonemi obcęgami. Po dziesięciu latach, choroba opanowała całe moje ciało. Szukałem porady u najsławniejszych lekarzy, jeździłem do wszystkich wód możliwych. Obecnie cierpię znacznie mniej, lecz za to powstać nie mogę z fotela... W nędzy dokuczającego mi ciała mojego, ukorzyłem się, i ja, niedowiarek, nawróciłem się ku Bogu; żyję obecnie nadzieją, że Matka Boska w Lourdes ulituje się nademną i uzdrowić mnie raczy. Zainteresowany słowami profesora, powstał Piotr i, wsparłszy się o przegrodzenie, słuchał jego opowiadania. - Czyż nie mamy racyi utrzymywać, iż cierpienie najskuteczniej budzi duszę z uśpienia? Już siódmy rok, jak pielgrzymuję do Lourdes, nie wątpiąc, iż zostanę uleczony. Mam głębokie przekonanie, iż N. Panna uzdrowi mnie tym razem. Tak, tak, będę jeszcze chodził o własnych siłach i na własnych nogach, jadę tam pełen nadziei i wiary!... Pan Sabathier przerwał rozmowę a zwracając się do żony, poprosił, by mu przesunęła nogi na lewo. Piotr patrzał na niego, dziwiąc się wytrwałości wiary tego człowieka, należącego do umysłowo wykształconych ludzi, którzy tak chętnie i powszechnie są wolteryanami. Jakim sposobem wiara w cud powstała i zakorzeniła się w tym mózgu? Zapewne było tak jak sam objaśniał, dokuczliwość bólów wywołała potrzebę łudzenia się i wykwitła ztąd iluzya, ta odwieczna pocieszycielka... - Widzicie panowie, ciągnął dalej profesor, ja, tak jak i moja żona, przybrani jesteśmy w szaty ubóstwa; w tym roku bowiem, chciałem odbyć pielgrzymkę w postaci nędzarzy drogą łaski jadących, by N. Panna ulitowała się nademną, jak lituje się nad nędzarzami, których za dzieci swoje uważa... Tylko nie chcąc krzywdzić kogoś prawdziwie biednego, a którego miejsce zajmuję, złożyłem do kasy Przytułku sumę piędziesięciu franków, co dozwala mi mieć jednego pielgrzyma jadącego moim kosztem... taki jest zwyczaj. Widziałem nawet tego mojego pątnika. Pokazano mi go na dworcu kolejowym w Paryżu. Podobno cierpi na suchoty. Wydało mi się, że jest bardzo chory, o tak, bardzo z nim źle... Zapadła chwila milczenia. - Niechajże go uleczy łaska cudowna N. Panny wszechmogącej, o jakże byłbym wtedy szczęśliwy! Lecz może zbyt wiele żądam... I troje tych ludzi rozmawiało z sobą długo, odosobniając się niejako od reszty pątników zalegających wagon. Rozmawiali z razu o medycynie, później potoczyła się gawędka o architekturze na widok wieżyczki kościelnej ujrzanej w przejeździe na stoku wzgórza, a którą wszyscy inni pielgrzymi powitali znakiem krzyża świętego. Wśród tego tłumu cierpiących i odrętwiałych umysłowo przez zbyt ciężką nędzę, młody ksiądz i dwaj jego towarzysze zapomnieli chwilowo w jakiem się znajdują otoczeniu i dali się unieść rozmowie zdradzającej nawyknienia ludzi wykształconych. Minęła tak godzina, odśpiewano tymczasem dwie litanie a pociąg przepędził koło stacyi Toury i Aubrais. Dojeżdżali do Beaugency, gdy przerwali rozmowę, posłyszawszy klaśnięcie rąk siostry Hyacynty, rozpoczynającej swym świeżym i donośnym głosem: - "Parce, Domine, parce populo tuo..." Śpiew popłynął zlanemi z sobą głosami, kołysząc się na powstających coraz to nowych falach, modlitwą usypiającą bóle, egzaltująca nadzieje, ogarniającą całą istotę umęczonych i płonących ku łasce uzdrowienia i cudu, ku której podążano tak gdzieś daleko... Gdy Piotr siadł na swe miejsce, ujrzał, że Marya bardzo jest bladą i że zamknięte ma powieki; z kurczowych, bolesnych drgnień jej twarzy, widział wszakże, iż nie śpi. - Czy bardziej cierpisz? - zapytał. - O tak, strasznie cierpię. Chyba nie dojadę. To bezustanne trzęsienie pociągu... Jęknęła i rozwarła powieki. Była w pozycyi ciała na wpół siedzącej i prawie zemdlona, patrzała kolejno na innych chorych. W sąsiednim przedziale, naprzeciw pana Sabathier, leżała dotychczas tak zwana la Grivotte, leżała prawie bez tchu, jakby martwa, teraz zaś powstała bez żadnej wyraźnej przyczyny. Była to wysoka dziewczyna, mająca lat około trzydziestu, rubaszna a zarazem oryginalna, z twarzą okrągłą i zniszczoną; pomimo tego zniszczenia była prawne piękną, tak dalece ją zdobiły kędzierzawe jej włosy i płomiennie świecące oczy. Miała ona suchoty w trzeciej fazie rozwoju. Zwracając się do Maryi rzekła swym grubym, zachrypniętym, ledwie dosłyszalnym głosem: - Dobrzeby nam było módz zasnąć, chociażby na chwilkę, nieprawdaż?... Lecz niema sposobu, wszystkie te koła jeździć się nam zdają i kręcić w własnej naszej głowie. Pomimo, iż mówienie męczyło ją bardzo, uwzięła się mówić, opowiadając o sobie różne szczegóły. Była robotnicą, i od lat bardzo już dawnych przerabiała wełniane materace, wraz ze swą ciotką, pracującą w podwórzach dzielnicy Bercy. Przypisywała swoją chorobę zatrutej nieczystościami wełnie, której odpadków nałykała się niemało przy swej robocie. Od lat pięciu żyła prawie wyłącznie w szpitalach a zmieniając je często, poznała je wszystkie w Paryżu. Wspominała poufale z nazwiska najznakomitszych lekarzy paryzkich. W szpitalu Lariboisi?re zakonnice, zauważywszy w niej zamiłowanie do uroczystości i ceremonij religijnych, namówiły ją do modlitwy i pobożności, zapewniając przytem, że Matka Boska z Lourdes czeka jej przybycia, by udarować ją zdrowiem. - Oj zapewne, że zdrowia mi potrzeba. Doktorzy mówią, że już mi brakuje jednej połowy płuc a druga niewiele już warta. Potworzyły się w nich jamy... Najpierw bolało mnie pomiędzy łopatkami i plułam jakby pianą... Następnie wychudłam, ale to wychudłam aż strach było patrzeć. Teraz, ciągle jestem spocona, kaszlę aż mi serce się obrywa a pluć już nie mogę, takie wszystko tam jest gęste... I oto patrzcie państwo, utrzymać się nie mogę na nogach, prawda, że też nic nie jem... bo jeść nie jestem w stanie... Porwała ją duszność i zbladła śmiertelnie. Po chwili znów się odezwała: - W każdym razie, wolę być w własnej skórze, aniżeli w skórze tego księdza, który leży w drugim przedziale, zaraz za nami. Ma on tę samą co ja chorobę tylko bardziej rozwiniętą. Myliła się. Rzeczywiście, po za przedziałem od strony Maryi, leżał na ławce młody misyonarz, brat Izydor, nie można go było widzieć, jak tylko przechyliwszy się przez deski, nie ruszał się on bowiem ze swego materaca, palca nie mając siły unieść. Nie miał on wszakże suchot, lecz zapalenie wątroby, którego się nabawił w Senegalu. Długi, cienki, miał twarz żółtą i suchą, jakby z pargaminu. Wrzody tworzące mu się na wątrobie, przedostały się teraz na zewnątrz a lejąca się z nich ropa wycieńczała go z sił ostatka. Trząsł się jak w febrze, porywały go wciąż wymioty i w bezustannej był malignie. Oczy tylko były pełne życia, i bezdennej miłości. Gorejąc płomiennie, oświetlać się zdawały jego twarz Chrystusową, cierpiącą męki a chociaż twarz ta była pospolitą, chwilami wszakże stawała się nadludzkiej piękności. Pochodził z Bretanii i był jednym z licznych synów tamtejszego chłopa; delikatnej budowy, nie nadawał się do prac rolnych, porzucił więc swój zagon i stał się misyonarzem. Towarzyszyła mu teraz w podróży Marta, jedna z jego sióstr, która porzuciła swą służbę w Paryżu dla niego, poświęcając się w swej dobroci i przywiązaniu do brata, jechała swoim kosztem z zaoszczędzonych pieniędzy. - Leżałam na ziemi przed pociągiem, ciągnęła dalej la Grivotte, gdy go przyniesiono i wpakowano do wagonu... Aż czterech ludzi go trzymało... Lecz nie mogła już mówić dłużej. Porwał ją atak silnego suchego kaszlu i powalił na ławkę. Dusiła się a gorączkowo różowe jej policzki przybrały odcień niebieski. Siostra Hyacynta uniosła jej głowę i obtarła serwetą usta, na których krew się ukazała. W tejże samej chwili pani de Jonqui?re obsługiwała chorą siedzącą naprzeciw. Nazywała się V?tu i była żoną drobnego zegarmistrza, mającego swój sklepik w biednej dzielnicy Mouffetard; nie był on w możności zamknięcia swego handlu i towarzyszenia żonie do Lourdes. Jechała też ona pod opieką Przytułku, zapisawszy się na listę zwłaszcza dlatego, by nie być samą i opuszczoną w czasie podróży. Ze strachu przed śmiercią wróciła ona na łono Kościoła, o którym słyszeć nawet nie chciała od czasu swej pierwszej komunii. Wiedziała, że musi wkrótce umrzeć, miała bowiem raka w żołądku; twarz jej nieprzytomna, była pomarańczowego koloru, jak zwykle u skancerowanych, wydzieliny jej były czarne jak sadza. Od chwili ruszenia pociągu nie rzekła słowa dotychczas, tak dalece cierpiała; usta jej były jakby zamurowane. Chwyciły ją wymioty, poczem zemdlała. Z ust jej wydostawał się odór przykry do niezniesienia, zatruwający powietrze zarazą smrodliwości odrażającej. - Niepodobna wytrzymać, szepnęła pani de Jonqui?re, słabnąc na siłach, trzeba uchylić trochę okno. Siostra Hyacynta, kończąc układać na ławce nieprzytomną la Grivotte, odrzekła: - Dobrze, roztwórzmy na chwilę. Leci nie po tej stronie, bo się lękam nowego ataku kaszlu dla mojej chorej. Proszę uchylić okno obok pani. Gorąco się wzmagało, duszno tu było bardzo wśród ciężkiego i ckliwego powietrza. Uchylone okno przyniosło nieco ulgi. Lecz po chwili nowe wynikło zajęcie z chorymi, trzeba było oprzątnąć niektórych: siostra podawała naczynia, miednice, wylewając nieczystości przez okno wagonu, podczas gdy pani de Jonqui?re gąbką zmywała mocno wstrząsaną łoskotem kół podłogę. Wreszcie uprzątnęły we dwie wszystko. Nowy atoli kłopot wyniknął. Czwarta chora, dotychczas nieruchomie siedząca z twarzą zakrytą czarną chustką, narzekać poczęła, że jest głodna. Pani de Jonqui?re zaofiarowała się z dostarczeniem jej posiłku. - Nie trudź się, moja siostro. Zaraz pokraję chleb na kawałki. Marya rozglądająca się z zajęciem po chorych, zaintrygowaną była dotychczas ową chorą, ukrywającą twarz pod czarną chustką. Przypuszczała, że musi mieć jakąś ranę widoczną. Opowiedziano jej tylko, że jest to biedna, chora służąca, rodem z Pikardyi. Musiała opuścić służbę skutkiem choroby i żyła w Paryżu przy siostrze, w żadnym szpitalu nie chciano jej przyjąć, organizm bowiem miała zupełnie zdrowy. Nazywała się Eliza Rouquet i miała lat około trzydziestu. Była niezmiernie pobożna, zapragnęła więc odbyć pielgrzymkę do Lourdes, by tam wymodlić sobie uzdrowienie. Marya czekała teraz z pewną trwogą uchylenia się czarnej jej zasłony. - Czy ukrojone przezemnie kawałki są dość małe? Czy będziesz mogła wkładać je do ust wygodnie? pytała pani Jonqui?re z macierzyńską troskliwością. Z pod chustki wydostawał się głos szorstki, jakby warczenie. - Tak, dziękuję pani. Wreszcie czarna chustka rozchyliła się a Marya wstrząsnęła się cała z przerażenia. Nieszczęśliwa Eliza miała twarz, zwłaszcza nos i usta zeszpecone wilkiem. Rozsiadł się, zajmując znaczną przestrzeń, ropą lejące się gnojenie z pod zaschłych skorup rany, wyżerało jej zwolna ciało, sięgając błon śluzowych. Wydłużona jej głowa kształtem do psiej podobna, pokryta była sztywnemi włosami opadającemi na wypukłe, okrągłe oczy. Była przerażająco brzydka. Chrząstki nosowe już prawne doszczętnie miała zniszczone, usta jej zapadły głęboko, wykrzywione w lewo spuchnięciem górnej wargi. Nie były to już usta lecz czeluść ukośna, zbrukana i potworna. Z zielonkawej, olbrzymiej rany z pośrodka twarzy, spływała krwawa rosa zmięszana z ropą. - Piotrze, patrz tylko! - szepnęła Marya, drżąc z przerażenia. Ksiądz też zadrżał, spojrzawszy na Elizę Rouquet, wsuwającą sobie ostrożnie maleńkie kawałki chleba w krwawą jamę, będącą jej ustami. Wszyscy w wagonie pobledli na widok potworności nieszczęsnej chorej. Jedna i ta sama myśl zawrzała w sercach obecnych wzdychających z wiarą nadziei cudu. O Panno Najświętsza! Panno wszechmogąca, uczyń cud i ulecz straszliwą ranę! - Dzieci kochane, nie myślmy o sobie, jeżeli chcemy uzyskać uzdrowienie - powtarzała siostra Hyacynta z uśmiechem pełnym wiary. I rozpoczęto odmawiać drugą koronkę o tajemnicach pięciu boleści: Jezus w ogrodzie Oliwnym, Biczowanie Jezusa, Jezus ukoronowany cierniową koroną, Jezus krzyż swój dźwigający, Śmierć Jezusa na krzyżu. Następnie odśpiewano: "W Tobie, Najświętsza Panno, ufność naszego ratunku składamy..." Pociąg był już teraz za Blois, podróż trwała już przeszło trzy godziny. Marya odwróciła swą uwagę i oczy od Elizy Rouquet a patrząc w stronę przeciwną, dostrzegła w kącie siedzącego człowieka w tymże przedziale, gdzie spoczywał w swych bólach brat Izydor. Był on ubrany biednie w czarny wytarty surdut, i zdawał się być młodym, chociaż broda jego rzadko rosnąca prawie siwą była. Mały i wychudzony, twarz miał pozapalaną i zalaną potem, zdawał się cierpieć ból jakiś niezmierny. Siedział nieruchomy, nie odzywał się do nikogo, zasunięty głęboko w swym kąciku, patrzał przed siebie szeroko rozwartemi oczami. Wtem Marya zauważyła, iż opadły mu powieki i stracił przytomność. Zwróciła nań uwagę siostry Hyacynty. - Siostro, patrz proszę. Zdaje się, że ten pan zemdlał. - Gdzie moje dziecko? - Ot tam, patrz ten, któremu głowa tak zwisła. Wzruszenie opanowało wszystkich, zdrowsi powstali, by zobaczyć co się stało. A pani de de Jonqui?re przyszło na myśl polecić głośno Marcie, siostrze chorego misyonarza, by cuciła zemdlonego, uderzając go w dłonie. - Pytaj go, niech ci powie, co go właściwie boli. Marta wykonała co jej polecono, zarzucając go pytaniami, lecz nie odpowiadał jej jak tylko jęczeniem z oczami wciąż zamkniętemi. Jakiś głos trwożny zawołał: - Umrze najniezawodniej. Strach ogólny wzmagać się począł, mówiono głośno, każdy dawał rady i wskazówki, krzycząc je z końca wagonu. Nikt nie znał tego człowieka. Nie był zapisany pomiędzy pątnikami z Przytułku, nie miał bowiem na szyi białej karty jadących darmo w białym pociągu. Któś zaczął opowiadać, że widział go na dworcu kolejowym w Paryżu, przybył na kilka minut przed odejściem pociągu, wsiadł zaraz do wagonu i osunął się w ten kąt, gdzie teraz siedzi i zamiera, z wyrazem bezgranicznego zmęczenia. Od chwili, gdy wsiadł do pociągu, nie słyszano jego głosu. Teraz dopiero, ktoś dostrzegł jego stary cylinder wiszący po za nim a przy wstążce opasującej kapelusz, widniał bilet jazdy. Naraz siostra Hyacynta zawołała: - Zaczyna oddychać! Zapytajcie go jak się nazywa. Marta ponowiła znów pytania, lecz nieznajomy odpowiedział tylko skargą, wypowiedzianą ledwie że dosłyszalnym głosem: - O jakże cierpię... I od tej chwili te tylko słowa powtarzał co czas jakiś. Na wszystkie pytania: kim jest? zkąd pochodzi? co go boli? czem ulżyć mu można? odpowiadał monotonnym jękiem skargi bolesnej: - O jakże ja cierpię... o jakże ja cierpię... Siostra Hyacynta wrzała z niecierpliwości. Ten człowiek cierpi a ona pomódz mu nie może, w innym niż on będąc przedziale! Postanowiła przesiąść się zaraz na pierwszej stacyi. Tylko, że pociąg zatrzymywał się tak rzadko! Bolała nad tem bardzo, tem więcej, że nieznajomy znów stracił przytomność. - Umiera, umiera! - odzywały się głosy. Boże mój! cóż tu począć? Siostra Hyacynta wiedziała, że tymże samym pociągiem jechał ksiądz Massias ze olejami świętemi, w pogotowiu będąc do namaszczenia konających; corocznie bowiem w czasie podróży do Lourdes, umierało kilka osób z pomiędzy jadących. Miała ochotę dać sygnał i pociąg zatrzymać, lecz nie stawało jej odwagi. Wiedziała również, iż jest przy pociągu wagon, w którym siostra Franciszka dysponuje różnemi kordyałami i gdzie jest lekarz z podręczną apteczką. Miała wszakże nadzieję, iż chory dotrwa do Poitiers, gdzie się pociąg zatrzyma na pół godziny a wtedy będzie można zająć się tym biedakiem, udzielając mu pomocy lekarskiej. Lecz jeżeli umrze on tymczasem? Nieznajomy wciąż leżał bez przytomności, lecz oddychał regularniej, można było myśleć że zasnął. - Umrzeć - nie dojechawszy do Lourdes! - szepnęła z przerażeniem Marya. - Umrzeć nie ujrzawszy ziemi Obiecanej... Pan de Guersaint uspokajał córkę, lecz ona skarżyć się poczęła: - Ja też cierpię, cierpię bardzo! - Nie trać nadziei, Maryo - rzekł Piotr - N. Panna czuwa nad nami. Marya nie mogła już dłużej usiedzieć, i trzeba było ją ułożyć w wązkiej jej trumnie. Ojciec wraz z księdzem Piotrem unieśli ją z troskliwą ostrożnością, najlżejsze bowiem stuknięcie wyrywało chorej jęki bólu. Leżała teraz bez tchu, rzec było można iż umarła, tak dalece blada jej twarz nieruchomie odbijała od wspaniałych blond włosów. Już blizko od czterech godzin pociąg pędził i pędził naprzód bezustannie. Wagon szamotał się i rzucał ustawicznie, był bowiem jednym z ostatnich z długiego szeregu innych, liny i łańcuchy skrzypiały, towarzysząc hałaśliwemu, szalonemu turkotowi kół. Przez okna na wpół otwarte płynął kurz rozpalony i duszący; upał stawał się straszny, a bezbarwne niebo zaścielało się ciężkiemi chmurami, zapowiadającemi burzę. Powietrze, jakiem oddychano w wagonie, zdawało się być żarem buchającym z ogniska; pomimo tej spiekoty w każdym przedziale podobnym do rzuconej w wir szuflady, pielgrzymi jedli, chorzy zaspakajali naturalne swe potrzeby, zatruwając zepsute i tak powietrze, a jęki bólu, głośne modlitwy i śpiewy dopełniały odurzającego grozą stanu rzeczy. Marya czuła się coraz gorzej; podróż w tych warunkach równie źle oddziaływała i na innych chorych. Mała Róża, wciąż spoczywająca na kolanach zrozpaczonej swej matki, bledziutka była tak bardzo, iż pani Maze kilkakrotnie pochyliła się ku niej i ujęła jej rączkę, przekonana będąc, że już skonała. Pani Sabathier co chwila zmieniała pozycyę nóg swego męża, czuł w nich bowiem ciężar tak wielki, iż odrywać się one zdawały od bioder. Brat Izydor krzyczał teraz z bólu, chociaż leżał nieporuszony, Marta, chcąc ulżyć jego męce, uniosła go i trzymała w swem objęciu. La Grivotte zdawało się że zasnęła, lecz wydawała głośne czkanie a krew wazką smugą sączyła się z jej ust uchylonych. Pani V?tu womitowała smrodliwą zgnilizną. Eliza Rouquet nie zasłaniała już teraz ohydnej swej rany, pożerającej twarz jej potworną. A nieznajomy wciąż w swoim kącie wydawał śmiertelne chrapanie, oddychając ze świstem ciężkim i urywanym, jakby lada chwila miał skonać. Napróżno siostra Hyacynta wraz z panią de Jonqui?re zdwajały swą miłosierną działalność, chwilowo tylko odurzając ułudnie tyle straszliwego cierpienia. Zmorą się być zdawała ta jazda w wagonie nędzy i bólu, w wagonie pędzącym z szaloną szybkością, rzucanym wśród łoskotu, zawieszonym wewnątrz łachmanami i staremi tobołkami, kołyszącemi się bezustannie; po nad całą tę okropność, wyrywał się w wciąż trwający śpiew litanij, zawodzony piskliwemi, żałosnemi głosami dziesięciu pielgrzymujących niewiast, które zbite w jednym przedziale, ciągnęły swe modły na fałszywą nutę, upajając się swem nabożeństwem. Piotr pogrążył się w zadumę. Myślał i odtwarzać się starał wnętrza innych wagonów tego białego pociągu, w którym mieszczono zazwyczaj najciężej chorych pątników. Wszystkie te wagony napełniał ból równie srogi, jęczało zatem i wyło w swej nędzy, trzystu chorych i pięciuset pielgrzymów. Pomyślał następnie o innych pociągach jadących dziś z Paryża do Lourdes. O pociągach szarym i niebieskim, jadących przodem, o pociągach zielonym, żółtym, różowym, pomarańczowym, które podążały z tyłu, po za pociągiem białym. Więc na całej linii szyn lśniących, rwały biegiem szalonym pociągi wyprawiane co godzina z Paryża. Przyszło mu na myśl jeszcze, iż nie sam Paryż tylko słał dziś pielgrzymów ku miejscu słynącem cudami. Pociągi dążyły jeszcze z Orleanu, Mans, Poitiers, Bordeaux, Marsylii i Carcassonne. Francya cała przecinaną dziś była w przeróżnych kierunkach niezliczoną ilością pociągów napełnionych ludźmi cierpiącymi; jechali oni wszyscy ku świętej Grocie, by stanąć w trzydziesto tysiącznym zastępie u stóp Panny Przenajświętszej. Ciągnęli tam pątnicy nietylko w dniu dzisiejszym; prawie, że bezustannie przez rok okrągły, przybywali do Lourdes pielgrzymujący, nietylko z Francyi lecz ze wszystkich stron Europy i świata. Pobożność gnająca ich ku Grocie, gromadziła ich corocznie w liczbie trzechkroć stu tysięcy, bywały zaś lata, gdy pół milionowe zbiegowisko nędzarzy korzyło się u stóp N. Panny, łaknąc od niej cudu. Piotr wsłuchiwać się zdawał w grzmot huczących pociągów wywoływanych swą wyobraźnią. Dążyły one zewsząd, kierując się ku jednemu celowi, ku rozpadlinie między skałami, ku Grocie jarzącej się od świateł, pozapalanych tysiącami woskowych gromnic. Pociągi grzmiały donośnym hukiem wśród jęku i wycia bólami nękanych nędzarzy a po nad tem płynęły falami śpiewy pobożnych modłów żałosnych. Te ruchome, do kół przytwierdzone szpitale rozsadzały tłumy zbitych w ich wnętrzu i wijących się w bólach nędzarzy, dążących ku źródłu uzdrowienia. Szalona żądza ulgi wstrząsała niemi wśród wyziewów najohydniejszej ckliwości. Pędziły te szpitale, pędziły wciąż i bez końca, unosząc w swem wnętrzu całą okropność nędzy tego świata, dążąc ku boskiemu czarowi ułudy, dać mającej hojnie zdrowie schorzałym i pocieszenie strapionym. Bezmierna litość wezbrała serce Piotra; ukorzył się on przed ogromem boleści ludzkich, rozmodlił się, myśląc o cierpieniu niszczącem jestestwo słabego, bezbronnego w swej nagości człowieka. Zamierał teraz pod ciężarem smutku, a płomienne porywy bezgranicznej litości rozpaliły w nim namiętne poczucie braterstwa ku ludziom i wszelkiemu bytowi. O godzinie wpół do jedenastej, gdy pociąg minął stacyę Saint-Pierre-des-Corps, siostra Hyacynta dała znak, by rozpoczęto odmawiać trzecią koronkę o pięciu Tajemnicach Światłości: Zmartwychwstanie Pana Naszego, Wniebowstąpienie Pana Naszego, Zstąpienie Świętego Ducha, Wniebowzięcie N. Panny, Koronacya N. Panny. Śpiewano następnie koronkę Bernadetty. Składa się ona z sześciu tuzinów zwrotek, a na końcu każdej dodaje się "Pozdrowienie Anielskie". Długa ta pieśń, jest jakby ukołysaniem, wnika ona i władnie istotą śpiewających, pogrążając ich wpół senną ekstazę w oczekiwaniu radosnego cudu.

Rozdział II

Pociąg teraz biegł żyzną i zieloną okolicą Poitou. Ksiądz Piotr patrzał na ścielące się łany i migające przed oknami wagonu drzewa, które przestał wkrótce rozeznawać, zatopiwszy się w zadumę. Ukazał się na chwilę, szybko wyminięty kościół, pielgrzymi powitali go znakiem krzyża świętego. Pociąg miał dotrzeć do Poitiers o godzinie dwunastej i minut trzydzieści pięć. Pędził wciąż monotonnym swym biegiem, podczas gdy zmęczenie podróżnych coraz stawało się większe, skutkiem wzrastającego gorąca, ciężkością swoją zapowiadającego burzę. Piotr zapadł teraz w tak głęboką zadumę, iż bezustannie rozlegające się w wagonie śpiewy pobożne dolatywały uszu jego zmącone i niewyraźne, jakby odgłos daleko gdzieś rozbijających się fali morskich. Zapominając teraźniejszości, pogrążył się w rozpamiętywaniu ubiegłych chwil swego życia. Sięgnął pamięcią w najodleglejsze jego krańce. Uprzytomnił sobie domek w Neuilly pod Paryżem, domek, w którym się urodził i gdzie dotychczasowo stale zamieszkiwał. Jakże pełne spokoju i pracy było to ustronie! W ogrodzie rosło kilka drzew wyniosłych a żywy strzyżony płotek przypierający do nizkiego muru, oddzielał posiadłości rodziców Piotra od ogrodu i domu sąsiedniego. Miał wtedy lat trzy, może cztery; w dzień letni i pogodny, w cieniu wielkiego kasztana, widział siedzących przy stole, jedzących śniadanie ojca i matkę, oraz starszego swego brata. Twarzy swego ojca nie mógł uprzytomnić sobie wyraźnie, widział ją rozpływającą się, jakby zatartą. Ojciec Piotra, Michał Froment, był słynnym swego czasu chemikiem, członkiem Instytutu, w domu zaś najchętniej zamykał się w swojem laboratoryum, które urządził sobie, osiedliwszy się w spokojnem Neuilly. Jeżeli nie pamiętał wyraźnie postaci ojca, widniała natomiast przed nim jasno postać brata; Wilhelm miał podówczas lat czternaście i znajdował się dziś w domu skutkiem wakacyj szkolnych. Pamiętał również matkę, cichą i słodką, z oczami pełnemi dobroci. Znacznie później dowiedział się, ile matka jego przecierpiała w życiu. Była wierzącą i pobożną, zgodziła się zaś wyjść za mąż, za człowieka swobodniejszych przekonań i o lat piętnaście od siebie starszego, uczyniła tak przez posłuszeństwo swym rodzicom, mającym względem niego zobowiązania wdzięczności. Jakież niepokoje przechodziła następnie dusza jej pobożna! Piotr urodził się po kilkunastu latach małżeństwa swych rodziców. Ojciec miał wtedy blizko lat piędzięsiąt. Znał on swą matkę już tylko jako kochającą i uległą żonę. Pokochała ona z czasem swego męża gorącą i namiętną miłością, cierpiąc przytem męki straszliwe tak dalece się lękała o zbawienie jego duszy. Wtem, naraz przesunęła się w zadumie Piotra straszliwa chwila śmierci ojca. Padł trupem skutkiem eksplozyi przy pracy w swem laboratoryum. Piotr miał wtedy lat pięć, wybornie wszakże pamiętał najdrobniejsze szczegóły zaszłe po katastrofie. Pamiętał krzyk rozpaczy swej matki, gdy ujrzała zmiażdżone ciało swego męża, ciało leżące martwo pomiędzy szczątkami roztrzaskanych przyrządów. Jęczała z bólu, modliła się, cała pod wrażeniem myśli, iż Bóg zesłał ten grom na bezbożnego, chcąc go skarcić i na wieczne skazać potępienie. Nie miała odwagi spalić wszystkiego, co tu było nagromadzone, nie śmiała dotknąć papierów i książek, uniósłszy więc trupa, zamknęła drzwi od pracowni i nikt już tam nigdy nie wchodził. Opanowana myślą, że ukochany przez nią człowiek cierpi męki piekielne, uczyniła postanowienie wychować Piotra w ścisłości wierzeń i modłów, by się stał odkupicielem duszy swego ojca. Nie mogła już ona powziąść tej myśli względem starszego swego syna, Wilhelma, albowiem chłopiec od kilku lat wyszedł już z pod jej opieki a życie szkolne niezdolnym go czyniło do praktyk religijnych; umysł Wilhelma popłynął już zgodnie z duchem epoki; ten maleńki zaś synek, pięć lat dopiero liczący, mógł się dać urobić wedle jej życzenia; nie wypuści go ona z domu i za nauczyciela da mu tylko księdza; może więc dość będzie szczęśliwą, by go kiedyś ujrzała noszącego sutannę, może modlić się będzie mogła w czasie, gdy syn jej mszę będzie celebrował u świętego ołtarza, składając ofiarę za dusze pokutujące!... Obraz jaśniejszy spłynął ku zadumie Piotra. Obraz pełen życia! Wśród zielonych gałęzi drzew drżących miejscami od przedzierających się promieni letniego słońca, Piotr ujrzał naraz Maryę de Guersaint, w postaci, jaką miała, gdy patrzał raz na nią przez wyłom istniejący w murze, pomiędzy ich ogrodami. Pan de Guersaint pochodził z drobnej szlachty normandzkiej, był architektem a zarazem wynalazcą różnych systematów nowego budownictwa. Wypracował obecnie plan osady fabrycznej z kościołem i szkołą pośrodku; plan niedostatecznie obmyślany nie miał racyi zastosowanym być w praktyce, p. de Guersaint wszakże zapalił się do swego dzieła i gotów był poświęcić lekkomyślnie trzy kroć sto tysięcy franków, to jest cały swój majątek, byle plan ten wprowadzić w wykonanie, byle urzeczywistnione zostało jego marzenie. Żona jego w ścisłej żyła przyjaźni z matką Piotra. Religijne wierzenia, pobożność, zbliżyły te dwie kobiety, zarówno gorącą ożywione wiarą. Po za tem, usposobienia ich były zupełnie różne. Pani de Guersaint surowa i prawa, energiczną była bardzo; w żelaznych rękach trzymała ona ład interesów majątkowych, które inaczej oddawna byłyby runęły w pierwszą lepszą katastrofę; dwie swoje córki, Blankę i Maryę, wychowywała podług formułek i przepisów kościelnych; Blanka popadła w dewocyę, Marya zaś, jakkolwiek pobożna, lubiła śmiać się i bawić w gry hałaśliwe, wesołością swą ożywiając dom cały. Od lat najmłodszych Piotr i Marya bawili się razem, mur oddzielający ogrody ich rodziców, prawie że nie istniał, obie rodziny, jedną familię stanowiły w rzeczywistości. Tego poranka, gdy ujrzał ją wśród zielonych gałęzi drzew, drżących miejscami od przedzierających się promieni letniego słońca, Marya miała lat około dziesięciu. On miał lat szesnaście i w przyszły wtorek wstępował do seminaryum. Nigdy dotychczas nie zauważył, jak bardzo Marya była piękną. Jej złote blond włosy, tak obficie i bujnie spływały na ramiona, iż w płaszcz królewskiej wspaniałości przybraną być się zdawała. Jakże dokładnie pozostała mu w pamięci śliczna jej główka, okrągłość jej policzków, oczy niebieskie, usteczka czerwone a zwłaszcza śnieżnej białości jej cera. Wesoła była, błyskotliwa i olśniewająca jak słońce; lśniły jej także i łzy teraz na rzęsach i buzi, płakała, wiedząc, że już niedługo Piotra tu nie będzie. Usiedli przy sobie w cieniu, w głębi ogrodu, tuż przy murze. Trzymali się za ręce i płakać im się chciało obojgu. A jednak dotychczas nigdy przy zabawie nie przyszło im na myśl, wyznać sobie, jak dalece się kochają. Teraz dopiero, gdy rozłączyć się z sobą mieli, poczuli głębię wzajemnego swego przywiązania i mówili o tem gorączkowo, poprzysięgając sobie, myśleć bezustannie ona o nim a on o niej; snuli projekty nieokreślonego spotkania się znowu i szczęścia wzajemnego, coś jakby w niebie. Bezwiednie rzucili się w swoje objęcia i całowali, ściskając gwałtownie, zalewając się łzami pożegnania. Wspomnienie tej chwili żyło z całą świeżością w pamięci Piotra. Błogość tego uścisku nosił on ciągle w swem sercu, pomimo lat tylu, pomimo przebytych bólów i zrzeczenia się wszelkiego dobra w tej mierze. Gwałtowniejsze szarpnięcie wagonu zbudziło Piotra ze słodkiego marzenia. Rozejrzał się w około, rozpoznał bólem znękane istoty, panią Maze nieruchomą, dosłyszał jęczenie małej Róży spoczywającej na łonie nieszczęsnej swej matki, dolatywało go duszenie się kaszlem la Grivotte. Bielejąca postać i promienny uśmiech siostry Hyacynty unosić się zdawał po nad całą tą nędzą. Trwała więc w dalszym ciągu straszliwa ta podróż, lecz promieniał po nad nią jasny promyk nadziei. Powoli, znów Piotr się pogrążył w swoją zadumę, przypłynęły bowiem nowe fale wspomnień przeszłości, zagłuszając otaczającą go teraźniejszość; słyszał już tylko kołysankę głosów niewyraźnych, złączonych w jakiś śpiew daleki, jakby z sennej płynący krainy. Piotr widzi się teraz w seminaryum. Przedstawiają się oczom jego wyobraźni sale szkolne, podwórza zasadzone drzewami. Widzi swą postać ówczesną i patrzy na nią, jakby na kogóś obcego. Był wysoki i szczupły, twarz miał pociągłą, o czole wyniosłem, wielkiem i prostem jak wieża, podczas gdy szczęki jego i cały dół brody zwężał się i zarysowywał delikatnie. Zdawało się, że mózg rozrósł się nadmiernie stosunkowo do dolnej części twarzy, usta tylko były mięsiste i łagodnie czułe. W chwilach swobodnych od natężonego skupienia myśli, oczy jego i usta pogodniały, przybierając wyraz niewymownej słodyczy, miłości i siły kochania. Chwile te były krótkie, natłok myśli i żywotności mózgowej porywał go bowiem niepodzielnie, napełniając go żądzą wiedzenia i rozumienia. Lata spędzone w seminaryum, wspominał z podziwem ciekawości. Jakimże sposobem mógł lata całe przeżyć, poddając się surowej regule dyscyplinarnej, nakazującej ślepe milczenie, jakimże sposobem zdołał być posłusznym, by wzbronić sobie zastanawianie się i zrozumienie? Zażądano od niego bezmyślności i on starał się zadość temu uczynić, tłumiąc w sobie z wysiłkiem rwącą się w nim potrzebę prawdy. Zapewne serce jego zmiękczone było łzami matki i chciało ją zadowolnić, urzeczywistniając jej marzenie. Przypomniał sobie wszakże bunty, jakie w nim wrzały niejednokrotnie, noce bezsenne we łzach przebyte, jakkolwiek powody nie formułowały się w nim jasno, mknęły one niesfornie i lekko zarysowane, ukazując obrazy z życia swobodnego, normalnego - a zawsze ukazywała się w nich twarz Maryi, promienna i łzami zroszona jak owego poranka, gdy przed rozstaniem całowali się, serca swoje zlewając w uściskach. Tak, to wspomnienie najżywotniejszem w nim zawsze pozostało. A lata całe spędzone na studyach religijnych, na monotonnem uczeniu się i odprawianiu ćwiczeń duchowych, pasmem szarem, spłowiałem i nudnem, spadały i ogarniały go mgłą nieprzebytej, śmiertelnej nicości. Pędzący wciąż w szalonym biegu pociąg kolejowy przeleciał hałaśliwie koło stacyi pomniejszej; w zadumie Piotra następował cały szereg luźnych i niewyraźnych wspomnień. Zdawało mu się, iż znalazł się wśród pustkowia i widział się błąkającym, jako młodzieniec dwudziestoletni. Marzenia jego majaczyły. Zachorował na czas dłuższy i nauka została przerwaną, wysłano go następnie na wieś dla odzyskania sił wśród świeżego powietrza. Długi czas przeżył, nie widząc Maryi. Gdy wracał do matki w czasie letnich wakacyj, nie zastawał nigdy pani de Guersaint ani jej córki, były zawsze w podróży. Wiedział, że Marya ciężko jest chorą od chwili, gdy spadła z konia, mając lat trzynaście, w epoce swego fizyologicznego dojrzewania. Zrozpaczona matka woziła ją do wód corocznie, lecz zawsze napróżno; żadne przepisy lekarzy nie dawały oczekiwanych rezultatów. Niezadługo potem, dowiedział się o śmierci pani de Guersaint. Zmarła raptownie, pozostawiając rodzinę tak bardzo potrzebującą jej opieki. Choroba, na którą zmarła, wybuchnęła gwałtownie, skutkiem zaziębienia, jakiego nabawiła się u wód w Bourboule w Owernii, gdy pewnego wieczoru zdjęła ze swych ramion płaszcz dla otulenia nim Maryi. Pan de Guersaint pojechał wezwany do Bourboule, lecz przyniósł ztamtąd chorą i nieprzytomną z żałości po matce, Maryę, oraz trumnę ze zwłokami żony. Od chwili śmierci pani de Guersaint, interesa materyalne jej rodziny psuć się nie ustawały; pieniądze płynęły w otchłań coraz to nowych przedsięwzięć pana de Guersaint. Marya niepowstawała już teraz ze swego fotela, domem zaś zarządzała Blanka, chociaż nie brakło jej ku temu potrzebnego czasu, przygotowywała się bowiem do egzaminu. Chciała pozyskać wyższy patent nauczycielki, przewidując, że zczasem będzie on dla niej ratunkiem, pozwalającym zapracować na chleb ich codzienny. Szare pasmo wspomnień Piotra rozjaśniło się raptownie. Było to w czasie urlopu, jaki uzyskał skutkiem złego stanu zdrowia. Miał lat dwadzieścia cztery. Nauki w seminaryum szły mu opornie, z powodu częstego niedomagania; pozyskał dopiero cztery niższe święcenia. Teraz wszakże zbliżało się ostatnie święcenie, mające jako następstwo - rozdział wieczysty z resztą świata. W czasie tego urlopu, przebywał chętnie w ogrodzie sąsiadów, w tym małym ogrodzie rodziny de Guersaint, gdzie dzieckiem będąc, bawić się lubił z wesołą wówczas Maryą. Stan rzeczy się zmienił. Przywieziono dziś Maryę na fotelu i ustawiono wzdłuż muru pod wielkiemi drzewami. Byli sami wśród ciszy pogodnego dnia jesiennego. Marya była w żałobie po matce i w czarnej swej sukni spoczywała nieruchomie; on również czarno był ubrany, już w sutannie; siedział na żelaznem krzesełku tuż przy chorej. Od pięciu lat trwało już jej cierpienie. Miała teraz lat osiemnaście, była blada i chuda, lecz pomimo to urocza, otoczona aureolą złotych swych włosów. Wiedział, iż jest zagrożoną nieuleczalnem kalectwem, nazawsze powstrzymana w naturalnym rozwoju swego organizmu. Lekarze opuścili ją oddawna, nie znajdując środków na zapobieżenie jej cierpieniu. Mówiła mu ona o tych niedolach swoich a zżółkłe jesienią liście spadały na nich deszczem znużenia i wyczerpania sił żywotnych. Nie słyszał on szczegółów jej rozmowy, lecz widział uśmiech jej blady, twarz jej młodocianą i śliczną, pomimo malującej się w rysach rozpaczy i tęsknoty za życiem, dla niej na zawsze zamkniętem... Słyszeć się teraz zdawał, że wspomina o pożegnalnych pocałunkach z nim wymienionych przed laty w poranek ciepły i słoneczny. Wszystko to było jakby zamarłe i łzy, i pocałunki, i przysięgi wiecznej pamięci i wzajemnego odszukania się dla wiecznego i niespożytego ich szczęścia. Odnaleźli się, lecz po cóż? skoro ona jest trupem za życia a on jutro trupem się stanie wraz ostatniem święceniem... Od chwili, gdy doktorzy skazali ją na wieczne kalectwo, jak wyrzekli, iż nigdy nie będzie ani kobietą, ani żoną, ani matką, wszak i on skazać się może i wyrzec praw człowiekowi od natury nadanych. Odda się Bogu, stanie się nicością. Odczuwał wyraźnie całą słodycz i gorycz tego ostatniego widzenia się z Marya. Uśmiechała się ku niemu boleśnie i mówić poczęła o szczęściu, jakie nań spłynie w służbie boskiej. Wzruszoną była bardzo, wreszcie wymogła, by ją zawiadomił o dniu i godzinie, gdy odprawiać będzie pierwszą swą mszę przy ołtarzu kościelnym. Na stacyi Saint Maure, pociąg zatrzymał się na chwilę wśród wielkiego hałasu; Piotr ocknął się z zamyślenia i spojrzał na jadących w wagonie. Zdawało mu się, iż hałas ten wynikł skutkiem jakiegoś wypadku lub zemdlenia kogoś z chorych. Lecz twarze, które przebiegał oczami, miały tenże sam wyraz bólu jak poprzednio i w zesztywnieniu swem wyczekiwać się zdawały spłynięcia cudu, oddalać się wciąż zdającego. Pan Sabathier usiłował za pomocą swej żony znaleźć dogodniejszą pozycyę dla swych nóg, srodze mu ciążących, brat Izydor jęczał jak konające dziecko, pani V?tu zaś, porwana atakiem szalonego bólu, zacięła usta i wiła się bez tchu z twarzą zmienioną, zczerniałą i jakby dziką. Wtem pani de Jonqui?re, porządkując naczynia, upuściła wielką blaszankę. Drobnostka ta wywołała głośny śmiech chorych, zapominających na chwilę o swej nędzy, by z pustotą dziecinną zabawić się tą niespodzianką. Siostra Hyacynta, mająca słuszność nazywania ich dziećmi i powodująca niemi jak dziećmi, zaleciła im odmówić dalszy ciąg koronki, by ją ukończyć przed dojechaniem do Châtellerault, gdzie wypadał podług programu "Anioł Pański". Zdrowaśki płynęły teraz jedna za drugą odmawiane półgłosem lub szeptem, a szmer słów łączył się z turkotaniem kół i zgrzytem żelaztwa. Piotr miał teraz lat dwadzieścia sześć i był księdzem. Na kilka dni przed ostatniem wyświęceniem, niepokoić go zaczęły spóźnione skrupuły i jasne zdanie sobie sprawy, iż przyjmuje obowiązki, nie zapytawszy siebie wyraźnie, o ile ma do nich rzeczywiste powołanie. Unikał tego dotychczas, starał się żyć w ułudnej stanowczości swego postanowienia nieodwołalnego, zrywając i odcinając się od swego człowieczeństwa. Ciało swoje uśmiercił z niewinną miłością swych lat dziecinnych, uśmiercił wraz z widziadłem uroczej dziewuszki o jasnowłosej główce; tę, którą ukochał, widywał teraz często, lecz spoczywała ona na łożu boleści z ciałem zamarłem jak jego. Uśmiercić chciał w sobie następnie władzę i żądzę myślenia; przypuszczał, że łatwo da się to załatwić; miał nadzieję, iż dość jest chcieć a myśli przygasną. Później spostrzegł, iż za wiele dał się rozwinąć rozumowi, lecz było już za późno, by cofać się w ostatniej chwili; spostrzegł to po przerażeniu i niepokoju, jaki nim zawładnął przed złożeniem ostatecznej przysięgi solennej. Jakże niezmierny a zarazem nieokreślony był żal jego wtedy! Ledwie, że się dał unieść na chwilę szczęściu z odniesionego zwycięztwa nad swoją chwiejnością, gdy ujrzał radość swej matki, modlącej się w kościołku w Neuilly, który sama obrała na odprawienie pierwszej mszy Piotra, bo w tymże kościele odbył się pogrzeb nieszczęśliwego jej męża. W pustej prawie kaplicy klęczała z twarzą najczęściej w dłonie ukrytą a niewysłowione uczucie uwidoczniło się w całej jej postaci w chwili, gdy uniósł w swych rękach kielich z Hostyą przenajświętszą. Długo i radośnie płakała ona tego słotnego, listopadowego poranka. Było to rzec można, jej ostatnie i wielkie szczęście. Żyła bowiem smutna i samotna; z synem swym starszym nie widywała się nigdy, zerwał on z matką od chwili, gdy się przekonał, iż ma nieodwołalne postanowienie uczynienia Piotra księdzem. Dochodziły wieści, że Wilhelm jest również sławnym chemikiem, jak był jego ojciec, lecz uchyliwszy się zdala od zaszczytnych posad i honorów, żyje na uboczu, cały oddany nauce, zwłaszcza zaś kombinacyom materyj wybuchowych. Zamieszkał w domku na przedmieściu wraz kochanką; ostatnia ta okoliczność wpłynęła na zupełne zerwanie stosunków matki z synem. W surowości swych obyczajów, nie mogła ona myśleć bez zgorszenia, iż Wilhelm żyje nieślubnie z kobietą nieznanego pochodzenia. Piotr od trzech lat nie widział się z Wilhelmem, jakkolwiek kochał kiedyś gorąco tego dobrego, wesołego brata, którego skutkiem znacznej różnicy wieku, kochał jakby ojca a nie brata. Z sercem przeszytem głębokim smutkiem wspomniał teraz śmierć matki. Padła jakby piorunem rażona; zaledwie trzy dni chorowała i znikła nagle, jak niegdyś pani de Guersaint. Zmordowany bieganiem za doktorem, którego nie znalazł, wrócił Piotr do domu i zastał matkę swą nieżywą i już zastygłą. Na ustach swych czuje on dotąd chłód pocałunku, jakim pożegnał martwe jej zwłoki. Co potem się stało, nic już nie pamiętał, ani kto czuwał przy nieboszczce, ani kto się zajmował pogrzebem, ani też i samego pogrzebu. Szczegóły te znikły, zatopione w ogromie wielkiego jego smutku; cierpiał do niewytrzymania, tracił przytomność o mało życiem nie przypłacił nieszczęścia, jakie go dotknęło. Powróciwszy ze cmentarza, dostał silnej gorączki i przez trzy tygodnie pozostawał w malignie, pomiędzy życiem i śmiercią. Wilhelm doglądał go w chorobie, zajmował się interesami i działem majątku. Pozostawił Piotrowi domek w Neuilly wraz z małym dochodem, od przypadającego nań kapitału, swoją zaś część zabrał w gotówce. Gdy Piotr powstał z choroby, Wilhelm się z nim pożegnał i wrócił do ustronnego swego życia. Jakże długo Piotr nie mógł odzyskać sił i równowagi moralnej! Jakże pustym wydał mu się ten dom opuszczony przez ukochaną matkę! Nie usiłował on wszakże zbliżyć się do Wilhelma, czuł bowiem całą głębokość dzielącej ich przepaści. Z początku zwłaszcza, samotność i pustka w osieroconym domu, przykrość mu czyniły wielką. Zczasem przywykł do tej ciszy i słodką mu się wydała. Pokoje stały jakby głuche, żaden do nich nie dochodził hałas z poblizkiej ulicy, na której rzadko ktoś przechodził a rzadziej jeszcze przejeżdżał. Lubił ciszę i cienistość drzew rosnących w ogrodzie, spędzał dnie całe na świeżem powietrzu, nie widząc żywego ducha. W domu zaś, najchętniej przebywał w dawnem laboratoryum swego ojca; przez lat dwadzieścia drzwi laboratoryum szczelnie były zamknięte; matka nie otwierała ich nigdy, jakby chciała po za niemi zasklepić ducha niewiary i potępienia. Pożywszy dłużej, byłaby się niezawodnie wzmogła na odwagę i hurtem spaliła wszystko, co się w laboratoryum mieściło. Piotr kazał tu uprzątnąć, przewietrzyć, okurzyć książki i biurko, aż wreszcie dnia jednego zasiadł w skórzanym fotelu swego ojca, i odtąd spędzał w nim długie godziny w tęsknej lecz słodkiej zadumie, zwracając się myślą do lat ubiegłych, gdy małem był dzieckiem. W miarę jak przychodził do zdrowia, brał książki ojca i czytał, doznając wielkiej intelektualnej przyjemności. Przez dwa miesiące, dzielące go od śmierci matki, widywał tylko doktora Chassaigne. Był to stary przyjaciel jego ojca, człowiek niepośledniej wiedzy a zarazem niesłychanej skromności. Jedynym jego celem, było nieść pomoc i ulgę cierpiącym. Doglądał w chorobie panią Froment, lecz uratować jej od śmierci nie zdołał, natomiast chwalił się, iż Piotra uchronił od grożącego niebezpieczeństwa. Odwiedzał go często, rozmawiał z nim wiele, zwłaszcza o przyjacielu swym a ojcu Piotra. Miał on pociągający dar opowiadania, przy tem przebijało w nim gorące uczucie dla zmarłego przyjaciela, którego rozum i dobroć wielbił z rozrzewnieniem. Opowiadania doktora, głębokie wywarły wrażenie na zaledwie powracającym do sił Piotrze. Dopełniał on sobie w pamięci postać swego ojca, aż wreszcie wyrosła ztąd całość pełna prostoty, uczucia i szczerości. Teraz poznawał ojca takim, jakim był rzeczywiście, dotychczasowo zaś, sądząc ze słów matki, miał o nim pojęcie fałszywe, widząc w nim przedewszystkiem uczonego o niezłomnej sile woli i kamiennem sercu. Nigdy nie mówiła o nim źle i usilnie zaszczepiała w umyśle Piotra szacunek dla pamięci ojca, którego prawie że nie znał. Lecz zmarły ten mąż jej ukochany, nie byłże zarazem wcieleniem zwątpienia?... Niedowiarkiem, nad którym aniołowie płakać musieli, patrząc na jego działalność, bezbożnie podkopującą dzieło Stwórcy?... Tak więc postać ojca ukazywała się pod wrażeniem tego rodzaju przekonań matki, jak widmo pokutujące i snujące się po domu, widmo potępieńca spokrewnionego z duchem ciemności. Teraz zaś pod wrażeniem opowiadań doktora Chassaigne, Piotr widział swego ojca w postaci pełnej nieskończonej dobroci i wesołości. Był to niezmordowany pracownik dążący ku prawdzie, pragnący szczęścia ludzkości, braterstwa ludów. Doktór Chassaigne był rodem z pod gór Pirenejskich; uniósł on ztamtąd skłonność ku wierze w czarownice i gusła religijne, w Paryżu mieszkał od lat czterdziestu, a jakkolwiek zabobonny, ani razu nie wszedł do kościoła. W każdym razie głosił, że ma pewność, iż jeżeli gdziekolwiek istnieje raj, to Michał Froment napewno się w nim znajduje i zasiada na wyznaczonym sobie tronie, po prawej ręce, tuż przy Panu Bogu. Szybkim lotem myśli, Piotr teraz przebiegł i objął całość owych kilku miesięcy przeżytych, po śmierci swej matki w laboratoryum ojca, w bezustannem czytaniu pozostałej po nim biblioteki. Te kilka miesięcy, olbrzymi w nim wywołały przewrót. Pomiędzy książkami ojca, nie znalazł nic antireligijnego, przeglądając zaś jego papiery, napotkał się jedynie z notatkami i pracami uczonego specyalisty. Z czytania ich wszakże spływała ku niemu prawda, ujęta w ramy wiedzy doświadczalnej, kruszącej dogmata, niweczącej fakta, w które miał sobie zalecone wierzyć. Zdawało mu się, iż powstaje z choroby na nowo odrodzony, budzący się do życia, którego uczyć się dopiero będzie. W słabości swej fizycznej a z każdym dniem ustępującej, odnajdywał silniejszy prąd myśli, jakby mózg jego nabył nowych własności i trzeźwości poglądów. Będąc w seminaryum, był on uczniem posłusznym, powstrzymującym się od swobody badania, wedle wskazówek i zaleceń miejscowych nauczycieli. Dziwił się temu zaleceniu wtedy, dziwił się wiedzy, jakiej go tam uczono, posiadł natomiast moc usuwania chętki badania, składał swój rozum w ofierze pobożnej, ku większemu swemu zbudowaniu i utrwaleniu w wierze. Lecz oto teraz, misternie i starannie wynoszony gmach dogmatów runął w całości, tknięty siłą wyzwalającej się myśli. Zbuntowany przeciw jarzmu, rozum głosił swe prawa, zatykał sztandar zwycięzki na ruinach przez się powalonych. Prawda wrzała i wzbierała gwałtownym potokiem, zalewając bezbrzeżnie ustalone wierzenia; Piotr zrozumiał, iż nigdy i w niczem nie uratuje fałszów, jakiemi karmić się starał dotychczas. Wiara zniknęła już dla niego nazawsze... Zabić w sobie zdołał ciało, dając mu tylko znikomy cień miłośny lat swych dziecinnych, czuł się panem i władcą ciała swojego, lecz czuł też obecnie, iż ofiary myśli dalej czynić nie będzie już w stanie. I nie mylił się tak sądząc. Odradzał się w nim teraz umysł jego ojca, przytłumiając bezpowrotnie w swej dziedzicznej dwoistości skłonności matki, przez długie lata przewagę w nim dzierżące. Czoło jego i cała górna część głowy, zwiększoną, wynioślejszą być się teraz zdawała, podczas gdy szczęki i broda a nawet usta jeszcze złagodniały, zanikając w delikatnym swym rysunku. Cierpiał wszakże srodze, smutny był i znękany, tęskniąc za straconą wiarą; pragnął wierzyć, wzdychał ku dawnemu stanowi swego ducha, najsroższe przebywając chwile o zmierzchu, gdy porzuciwszy czytanie, oddany był trapiącem go myślom. Wraz ze światłem lampy, spływało nań trochę uspokojenia; rozglądał się w około siebie i we wnętrzu swych myśli, chcąc odnaleźć energię i wzbudzić w sobie siłę męczennika, niosącego w ofierze wszystko, dla uzyskania cichości sumienia. Na próżno! Był księdzem i nie posiadał już wiary... Otchłań ta niespodzianie, bezdenną głębokością rozwarła się tuż przy jego stopach. Czy życie swe miał w otchłań tę rzucić? Co czynić? Czyż najprostsza uczciwość nie nakazywała mu zrzucić sutanny i stanąć w szeregu innych istot ludzkich? Lecz spotykał on już w życiu takich renegatów i wstręt czuł ku nim nieprzezwyciężony. Znał księdza ożenionego i obrzydzeniem go to napawało. W ten sposób mściły się na nim resztki naleciałości religijnego wychowania, utrwalając w nim przekonanie, iż raz oddawszy się Bogu, nie należy krzywoprzysięztwem uchylać się od przyjętej służby. Czuł on również, iż nie dostosuje się w zupełności do reszty ludzi, w których szrankach rażącym będzie swoją odmiennością. Uczyniono go rzezańcem, pozostanie więc ze swem kalectwem na uboczu, zamknięty w swej dumie i boleści. Bezustanne toczył z sobą walki, trwożąc się ich siłą i ciągłem odradzaniem. Z powracającem zdrowiem, wzrastały się w nim pragnienia szczęścia, wymógł jednak na sobie rozbudzenie się energii. Z bohaterską siłą woli, postanowił pozostać księdzem i żyć w przepisanej czystości. Poskromiwszy się i owładnąwszy, poczuł w sobie hart dostateczny do takiego zrzeczenia. Nie zdołał ujarzmić rozumu swego, lecz zdoła na zawsze ujarzmić swe ciało i dotrzymać przysięgi dochowania czystości. Niezłomnie wierzył, iż przebędzie życie prosto, jak sobie zakreślił. Cóż znaczy wobec tej pewności cierpienie, na jakie się skazuje? Nikt wiedzieć nie będzie o popielejących żarach jego serca, o nicości wierzeń, o straszliwem kłamstwie, które śmiertelną męczarnią nad nim znęcać się będzie do ostatniej chwili zgonu. Podtrzymywać się będzie uczciwem dotrzymaniem przysięgi złożonej a czynności księżego rzemiosła spełniać będzie z obowiązkową ścisłością, podług przepisów wydanych dla sług bożych. Będzie głosił kazania, będzie celebrował przy ołtarzu, obdzielając wiernych chlebem żywota. Czyż wobec sumiennego spełnienia obowiązków przyjętych, znajdą się ludzie, którzy go potępią za brak wiary, w razie gdyby to wielkie nieszczęście odkrytem zostało?... Lecz czegóżby oni żądać od niego mogli ponadto? Wszak życie swe poświęca dla dotrzymania przysięgi złożonej, dla sprawowania obrządków kościelnych, uprawiania jałmużny i to wszystko bez nadziei pozagrobowych szczęśliwości i nagrody... Podjąwszy nałożone na siebie ciężary, uspokoił się Piotr, stał prosto i dumnie w ogromie swojej rozpaczy, księdza niewierzącego, lecz strzegącego pilnie, by wiara nie opuściła innych, jemu do strzeżenia powierzonych. Czuł, iż nie jest samotny w swojem męczeństwie. Czuł, iż braci ma licznych, księży jak on niewierzących. Popadli oni w zwątpienie i cierpią. Stoją wszakże wytrwale na stopniach ołtarzy, jak żołnierze nie uznający ojczyzny, lecz wierni chorągwi, której służą. Stoją ci wyzuci z wierzeń księża i z odwagą ukazują boskie złudzenie legend, łaknącemu tychże tłumowi, kornie schylonemu w klęczącej postawie wierzących. Przyszedłszy do zdrowia, Piotr wrócił do swej służby przy kościółku w Neuilly. Każdego ranka odprawiał tam mszę przy ołtarzu. Zdecydowany był wszakże do nieprzyjmowania żadnego awansu, żadnego wybitniejszego stanowiska. Przeszły tak miesiące, lata a on wciąż upierał się, by pozostać na skromnym swym urzędzie nieznanego i cichego księdza, przyczepionego do lichej parafii. Ukazywał się w kościele dla odprawienia mszy, po której znikał natychmiast. Zdawało mu się, iż wraz z przyjęciem lepszej posady, byłby zwiększał kłamstwo i obłudę swego postępowania; korzystne więc stanowiska pozostawiał innym, bardziej na to zasługującym. Niejednokrotnie wymawiać się już musiał od przyjęcia wybitniejszego stanowiska, chociaż proponowano mu je natarczywie, oceniając jego wyższość umysłową, dziwić się wreszcie poczęto w pałacu arcybiskupim nad tą jego niesłychaną skromnością. Czasami zjawiał się w umyśle Piotra żal, iż nie jest i nie może być pożytecznym. Pragnąłby pracować nad wielką jaką sprawą, nad szerzeniem braterstwa pomiędzy ludźmi, nad wszczepieniem zamiłowania spokoju, zapewnić mogącego szczęśliwość mieszkańcom tej ziemi. Pragnienia w tym kierunku nurtowały w nim gorączkowo. Mając dnie całe swobodne, spędzał je nad książkami, porwany szałem zdobycia pocieszenia w nadmiernej pracy. Zgłębił całą wiedzę zawartą w książkach biblioteki swego ojca; rozpatrywał się i zapoznawał z papierami po nim pozostałemi, dyskutował sam z sobą, powracając raz jeszcze do przeczytanych już książek. Zapragnął teraz zapoznać się dokładnie z historyą narodów, by zbadać przyczyny zła, tak ustroju społeczeństw, jakoteż religij. Może zło zbadawszy, obmyśleć będzie zdolny środki zaradcze... Pewnego ranka, przeglądając papiery spoczywające w wielkich szufladach dolnych biblioteki, Piotr wynalazł zwój dokumentów, odnoszących się do cudownych objawień w Lourdes. Dokumenty zebrane były licznie, znajdowały się nawet kopie zadawanych pytań Bernadecie, protokóły sądowe, raporty policyjne, świadectwa lekarskie a prócz tego liczne listy prywatne, rzucające mnóstwo wyjaśnień na całą tę sprawę. Zadziwił się, zkąd tego rodzaju papiery znaleźć się mogły w bibliotece jego ojca i zapytać o to postanowił doktora Chassaigne. Ten przypomniał sobie, iż sprawa Bernadetty przez długi czas żywo zajmowała umysł jego przyjaciela, Michała Froment, i że sam, jako pochodzący z wioski sąsiedniej z Lourdes, dostarczył przyjacielowi sporą ilość odkrytych przez Piotra papierów. Teraz Piotr zajął się gorączkowo zbadaniem szczegółów, odnoszących się do Bernadetty i objawień w Lourdes. Ujęła go niesłychanie naiwna i czystości pełna postać dziewczęcia. Oburzał się natomiast całą naleciałością faktów późniejszych, tchnących barbarzyńskim fetyszyzmem, zabobonami, symonizmem tryumfującym z bezczelnością w wyuzdanej pogoni za materyalnemi zyskami. Opowieść ta, ostatecznie zrujnowała resztki zachwianej jego wiary. Podrażniła ona zarazem ciekawość Piotra. Zapragnął przeprowadzić śledztwo na swą rękę, wydostać prawdę wspartą na niezachwianych danych naukowych, oczyścić idee czystych wierzeń chrześciańskich od tych naleciałości, od tej wzruszającej lecz tak bardzo dziecinnej bajki. Po niejakim czasie dał on pokój tej myśli, uląkłszy się podróży do cudami słynącej groty, pewnym przytem będąc, iż nie uzyska dopełniających a potrzebnych mu szczegółów. Pozostało w nim tylko tkliwe wspomnienie o Bernadecie, polubił ją z tego co o niej się dowiedział i myślał o niej z tkliwością pełną wdzięku a zarazem głębokiego politowania. Samotność Piotra zwiększała się z dniem każdym. Doktór Chassaigne wyjechał w Pireneje porzucając pacyentów, znaglony ku temu pogorszeniem się stanu zdrowia swej żony, której zalecono wody w Cauterets. Śmiertelnie strwożony o żonę gasnącą mu w oczach, zabrał też z sobą dorosłą swą i piękną córkę, by mu pomagała czuwać nad chorą. Z wyjazdem doktora Chassaigne, domek Piotra w Neuilly opustoszał zupełnie, panowała w nim teraz cisza grobowa. Jedyną rozrywką Piotra były wizyty, jakie składał rodzinie de Guersaint, która dawno już wyprowadziła się z jego sąsiedztwa i zajęła ciasne mieszkanko, położone przy wązkiej i brudnej miejskiej ulicy. Na wspomnienie wrażenia, jakie na nim wywarła pierwsza jego tam bytność, ból jeszcze teraz odezwał się w piersi Piotra. Jakże srodze był wzruszony wynędzniałą postacią Maryi! Ocknął się z zamyślenia, rozejrzał i dostrzegł leżącą przed sobą na ławce Maryę, w tejże samej trumnie co wtedy. Ona, niegdyś tak wesoła, ożywiona, nie mogąca usiedzieć na miejscu, teraz oto ruszyć się nie może, sklejona, zrośnięta z ohydną tą trumną, do której przystosowane koła dozwalają przesuwać nieszczęsną jej postać, zamierającą w bezczynnej nieruchomości. Tylko swe wspaniałe, złoto-blond włosy zachowała w całości, sama zaś wychudła, zmalała i znędzniała. Prócz bladej jej twarzy oczy zwłaszcza dotkliwie przykre wrażenie wywarły na Piotra. Oczy te były jakby próżne, nieruchome, patrzały, nie widząc, nawiedzone unicestwiającą ją chorobą, obojętne na wszystko, co zewnątrz jej było. Spostrzegła wszakże, iż Piotr na nią patrzy i chciała uśmiechnąć się do niego, lecz jęki wyrwały się jej tylko. Uśmiechnęła się wreszcie, lecz jakże nieszczęsnym był ten uśmiech istoty chorej beznadziejnie, pewnej, iż umrze przed spełnieniem się cudu uzdrowienia! Piotr przeraził się tym uśmiechem i widział ją tylko, a słyszał jęk jej jedynie, niepomny na bóle i cierpienia innych chorych wagon ten zalegających. Zdawało mu się, iż wszystkie bóle i cierpienia w niej się streszczają, widome powolnem zamieraniem jej urody, wesołości i lat jej młodzieńczych. Nie spuszczając Maryi z oka, Piotr znów pogrążać się począł w swe zamyślenie, wracając do dni ubiegłych, gdy spędzał długie godziny w jej towarzystwie, w małem mieszkanku, które obecnie zajmowała w Paryżu. Były to godziny pełne słodkiego a zarazem gorzkiego uroku. Pan de Guersaint stracił resztę majątku, chcąc ulepszyć sposoby reprodukcyi świętych obrazków, których lichota oburzała jego poczucia artystyczne. Ostatnie swe grosze utopił w drukarni rycin kolorowanych; fabryka bowiem upadła skutkiem bankructwa. Lekkomyślny, nieprzewidujący pan de Guersaint nie stracił bynajmniej wesołego swego humoru, ufność swą, jak mówił, złożył w Panu Bogu, żył w nieustającej iluzyi ptasiego swego umysłu, nie dostrzegając nawet swej biedy, coraz natarczywiej szturm do jego domu przypuszczającej. Szukał teraz sposobu dowolnego kierowania balonami. Nie wiedział on, jak wielkie czyniła wysiłki starsza jego córka, Blanka, by zarobić na chleb dla ich trojga. Mówiła ona, że ma dwoje dzieci: ojca i siostrę. Biegając dzień cały po Paryżu i dając lekcye muzyki, oraz języka francuzkiego, Blanka zarabiała krwawo pieniądze, potrzebne na dostarczenie leków dla Maryi i zaspokojenie ich potrzeb codziennych. Marya widziała, jak jest ciężkiem życie Blanki, niejednokrotnie zalewała się łzami, siebie obwiniając, iż jest przyczyną upadku ich dawnego dobrobytu. Wszak od lat tylu opłacać musiano sprowadzanych dla niej lekarzy a podróże do wód, jeszcze może były kosztowniejsze. Wożono ją corocznie do Bourboule, Aix, Lamalou, albo do Amelie-les-Bains. Obecnie doktorzy ją opuścili po dziesięcioletnich kuracyach wszelkiego rodzaju. Jedni z nich utrzymywali, iż cierpi skutkiem zerwania niektórych wiązadeł, inni, że tworzą się w jej ciele wrzody wewnętrzne a jeszcze inni, że cała jej choroba polega na postępowym paraliżu mlecza pacierzowego. Broniła się ona przed dokładnem zbadaniem, oburzona w swem poczuciu dziewiczości. Nie śmieli więc pytać jej jak należało i polegając na pobieżnych spostrzeżeniach, wygłaszali sądy zupełnie z sobą sprzeczne, na jedno wszakże się zgadzając w zdaniu, iż jest nieuleczalnie chorą. Ona zaś całą nadzieję pokładała w Bogu. Modliła się prawie bezustannie i popadła w ciasną bigoteryę, w niej tylko szukając ulgi i wzniecenia wiary w możebność cudu. Martwiła się, że nie może bywać codziennie na mszy, co rano wszakże odczytywała ze skupieniem ducha odnośne modlitwy. Nogi wypowiedziały jej posłuszeństwo zupełne i tak dalece bywała osłabioną, że Blanka musiała podawać jej do ust jedzenie. Piotr uprzytomnił sobie pewien wieczór. Było to przed zapaleniem lampy. Siedział przy niej a zmrok zapadał coraz ciemniejszy. Wtem, Marya rzekła doń niespodzianie, iż pragnie odbyć pielgrzymkę do Lourdes, pewna będąc, że zdrowie tam odnajdzie. Zaskoczony z nienacka, Piotr mimowoli wybuchnął, twierdząc, iż szaleństwem jest wiara w podobne brednie! Nigdy z nią nie mówił o kwestyach religijnych. Odmówił spowiadania jej, nie chciał nawet rozstrzygać drobiazgowych kwestyj, jakie poddawała jego rozsądzeniu. Czynił tak przez pewnego rodzaju wstydliwość a zarazem litość; byłoby dla niego zbyt wielkiem cierpieniem kłamać przed nią a byłby się uważał za zbrodniarza godnego męk najsroższych, gdyby się był poważył najlżejszym odcieniem zwątpienia zakłócać jej głęboką i szczerą wiarę, dającą jej siłę i odwagę, potrzebną do znoszenia doświadczanych męczarni. Zmięszał się niesłychanie wygłoszeniem swego zdania i zły był na siebie za ten mimowolny wybuch. Wtem poczuł chłodną rękę chorej, spoczywającą na jego ręku. I cichutko, ośmielona otaczającym ich zmrokiem, wyznała mu głosem drżącym i złamanym, iż oddawna zna jego tajemnicę i nieszczęście, wie bowiem, odgadła, że jest on księdzem niewierzącym. I mówili teraz z sobą o tem otwarcie, wypowiedział się jej szczerze, widział bowiem, iż oczywiście odgadła jego nędzę, odczuła ją wydelikaconą intuicyą chorej i kochającej przyjaciółki. Wyznała mu, iż trwożną była o niego z bezgraniczną rozpaczą, żałowała go więcej, aniżeli siebie, jego bowiem choroba należała do przynoszących śmierć ducha. Piotr nic jej nie odpowiadał teraz a milczenie to potwierdzało prawdę słów Maryi. Zmieniła nieco kierunek rozmowy i mówić poczęła o Lourdes, dodając cichutko, że i jego cierpienia chce powierzyć pieczy i łasce N. Panny, błagając jej, by mu przywróciła wiarę. Od tego wieczoru począwszy, Marya nieprzestawała mówić o Lourdes, wciąż powtarzając, że tam zostanie uleczoną. Zatrzymywała się wszakże w układaniu projektów podróży, wiedząc o braku środków materyalnych swej rodziny; przed Blanką zwłaszcza strzegła się mówić o niepohamowanej swej chęci udania się do Lourdes. Minęło tak kilka miesięcy a Marya z dniem każdym widoczniej była wycieńczoną, żyjąc w marzeniach o cudzie, jaki mógł się spełnić na niej, cała zapatrzona w jaskrawość świateł opromieniających przenajświętszą Grotę. Smutne i gorzkie dni spędzał Piotr, odczuwając tęskne pragnienia Maryi. Zrazu odmówił jej wręcz towarzyszenia w razie podróży. Pierwsze osłabienie woli Piotra w tym kierunku powstało skutkiem pociągającej go możebności przeprowadzenia śledztwa na miejscu o uroczej dlań Bernadecie. Wstępować zaczęła następnie słodka otucha do serca Piotra, że może Marya uzyska spełnienie się cudu, a N. Panna ulituje się i nad jego nędzą, zsyłając nań wiarę, ślepą wiarę dziecka, miłującego bez zastrzeżeń. O gdyby mógł uwierzyć całą duszą, rozpłynąć się w swem wierzeniu! Szczęścia nie mogłoby być nad to większego! Pragnął módz wierzyć, pragnął odzyskać doznawane w swej młodości chwile rozkoszy, pragnął tego całą swą miłością, jaką zachował dla swej matki; pragnął tego namiętną żądzą, by módz ujść męczarni rozumowań, by módz ukołysać się w sen spokoju, wynikający ze świętej nieświadomości. Marna to była żądza, lecz zarazem jakże słodka! Chciał więc mieć nadzieję przestania być sobą a stania się rzeczą, bezmyślnym tworem spoczywającym w rękach Stwórcy. Naprężając bieg swych myśli, podniecając się tą nadzieją, Piotr zapragnął uczynić ostatnie wysilenie dla odzyskania utraconej wiary. W tydzień później, podróż do Lourdes była stanowczo zdecydowaną. Piotr wszakże zażądał, aby opinia lekarzy orzekła, czy Marya może znieść zmęczenie, jakie wyniknie dla niej z tak długiej jazdy koleją. Okoliczności dotyczące konsylium, na jakie zebrali się lekarze, żywo stanęły teraz w pamięci Piotra. Jeden z nich utrzymywał dotychczas, iż Marya cierpi na zerwanie niektórych wiązadeł, drugi zaś był zdania, iż dotkniętą jest paraliżem, skutkiem nadwyrężenia mlecza pacierzowego. Obecnie, zebrawszy się razem, wspólne poczynili sobie ustępstwa, godząc się na paraliż z pewnem osłabieniem wiązadeł. Symptomaty były ich zdaniem jasne, nieulegające wątpliwości i obadwaj napisali świadectwa choroby ledwie że nie identyczne a zarazem stanowcze. Obadwaj nadto byli przeświadczeni, że Marya zniesie bez pogorszenia swego stanu zdrowia uciążliwą podróż do Lourdes, jakkolwiek wyniknie ztąd dla niej nieuniknione zmęczenie. Piotr znajdował, iż panowie ci wielce są ostrożni w wypowiadaniu swych opinij. Przypomniał sobie teraz trzeciego lekarza, dalekiego swego kuzyna Beauclair; młody on był jeszcze, nieznany, lecz bardzo zdolny i uchodzący za dziwaka. Nie leczył on Maryi od lat dawnych jak tamci, patrzał też na nią uważnie, rozpytywał się o usposobienie jej przodków, interesował się szczegółami charakteru jej ojca, pana de Guersaint, architekta wiecznie marzącego o wynalazkach zawsze niepraktycznych, z powodu iż fantazya nie była ujęta przez rozum, bardzo słaby u niego. Zbadał wzrok Maryi a auskultując ją zręcznie, przekonał się, iż siedliskiem bólu jest lewy jajnik; przy naciśnięciu go, ból zdawał się przesuwać aż ku gardłu, masą jakby ciężką i duszącą. Doktór Beauclair, zdawał się nie zważać nawet na paraliż, objawiający się w nogach chorej. Zadawszy jej jeszcze kilka pytań, oświadczył stanowczo, iż należy ją koniecznie i bezzwłocznie zawieźć do Lourdes, bo tam zostanie uleczoną, jeżeli tylko w to wierzy. Mówił z uśmiechem, iż wiara jest w danym razie zupełnie wystarczającą. Doświadczył tego na dwóch swoich pacyentkach, które wysłał w przeszłym roku do cudownej groty: pojechały tam z wiarą i wróciły uzdrowione, jakkolwiek medycyna napróżno siliła się przywrócić im siły. Doktór z góry nawet wiedział, w jaki sposób cud uzdrowienia objawi się na chorej. Spłynie szybko jak błyskawica, niespodzianie, w chwili najwyższej ekstazy religijnej; istota jej wtedy zbudzi się raptownie, jakby wyzwolona z ciężaru, jaki nań nałożyła moc czartowska, ciężaru duszącego, przygniatającego ją dotychczas a ulotnionego obecnie, jakby przez usta wraz z głębszem westchnieniem. Lekarz Beauclair, jakkolwiek wszedł dobrowolnie na drogę tego rodzaju szczegółowych objaśnień, oparł się stanowczo, gdy go poproszono o napisanie świadectwa stanu zdrowia chorej. Dwaj inni lekarze patrzyli na niego z lekceważeniem, uważając go za umysł młody i awanturniczy; Piotr wszakże zachował w pamięci oderwane zdania i opinie lekarza Beauclair, dysputującego o stanie zdrowia Maryi z ostrożnymi dwoma swymi kolegami, leczącymi ją oddawna. Cierpiała ona początkowo, nietylko na wybicie kości ze stawów, lecz jeszcze na również miejscowe obrażenie wiązadeł, co nastąpiło skutkiem owego spadnięcia z konia; zwolna organizm wracał do normy, lecz chora uległa natomiast zwiększeniu się drażliwości nerwowej, tak iż nareszcie owładniętą została wszechwładnie strachem, jakiego doznała w chwili wypadku a uwaga jej cała została skierowaną i przykutą do miejscowego cierpienia, jakie nie przestawało jej dokuczać, wzmagając się coraz w swej sile, unieruchomiając ją wreszcie swem trwaniem bezustannem i ciągle przez nią śledzonem. Wyrwać ją z tego osłupienia mogło tylko wielkie i gromem spadające wrażenie. Lekarz Beauclair mówił jeszcze o sposobach specyalnego odżywiania organizmu chorej, lecz sam twierdził, że nie śmie nic orzec wyraźnego i stanowczego w tym kierunku, albowiem nie zna on jeszcze tej kwestyi dość jasno i szczegółowo. Jakże dziwnym wydał się Piotrowi sąd, wydany przez lekarza Beauclair o stanie Maryi. Jak można było przypuszczać, iż ulega ona tylko złudzeniu, cierpiąc swe męczarnie! Myśl podobna, wydała się Piotrowi wprost paradoksalną. Jakże bowiem pogodzić fakt, iż organizm wrócił do stanu normalnego, wobec zniedołężnienia, bezwładności, przykuwającej chorą do mizernego jej barłogu. Nie zatrzymując się więc zbytecznie na wypowiadanych zdaniach przez lekarza Beauclair, Piotr ucieszył się jedynie szczęśliwą zgodą trzech lekarzy, wysyłających Maryę jednogłośnie do groty w Lourdes. Zaczął przypuszczać, iż znajdzie tam ona zapowiedziane przez nich uleczenie a w takim celu Piotr był gotów towarzyszyć jej, chociażby na koniec świata. Skutkiem zdecydowanej podróży do Lourdes, wynikło dla Piotra wiele bardzo zajęcia. Żył teraz w gorączkowym pośpiechu, pragnąc ze wszystkiem wydążyć. Chwila narodowej pielgrzymki do Lourdes była już blizką a chciał on przyłączyć do niej Maryę, dla uniknięcia poważnych kosztów. Sam dla siebie też chciał się wystarać o miejsce pomocnika w szpitalu Matki Boskiej Zbawicielki. Pan de Guersaint zachwycony był myślą podróży. Lubił naturę i zawsze marzył o wyjeździe na południe, dla ujrzenia gór Pirenejskich. Nie kłopotał się niczem, uważając za rzecz naturalną, aby wszelkie koszta drogi i hotelu spadły na Piotra, poddawał się biegowi wypadków z biernością małego dziecka a gdy w chwili pożegnania Blanka wsunęła mu dwadzieścia franków do ręki, uciecha jego bardziej jeszcze się wzmogła, przypuszczał że jest bogaty. Dobra i z bohaterstwem poświęcająca się dla swej rodziny Blanka oddała Piotrowi zaoszczędzonych z trudem długotrwałym piędziesiąt franków, które musiał przyjąć, nie chcąc jej obrazić i krzywdzić, albowiem mówiła, że i ona chce się przyczynić do uzdrowienia Maryi. Nie mogła im towarzyszyć w podróży, zatrzymały ją bowiem w Paryżu lekcye, których, zarabiając niemi na chleb dla swej rodziny, lękała się utracić. Będzie więc biegać po twardym paryzkim bruku, podczas gdy oni klękną w cudownej grocie i wymodlą zdrowie dla Maryi. Pojechali więc i jadą teraz, jadą bez pamięci, jakby ta podróż nieskończoność trwać miała. Hałaśliwe glosy, naraz rozlegać się poczynające, wyrwały Piotra z zadumania i prawie odrętwiałego uśpienia. Cóż to? Czyż już przybyli do Poiti?rs? Lecz nie, zaledwie dochodziła godzina dwunasta a pociąg minął właśnie stacyę Châtellerault. Donośnie rozlegające się głosy powstały skutkiem odmawianego "Angellus" z rozkazu siostry Hyacynty. Głosy urywały się za każdą odmówioną zdrowaśką, aż potem zabrzmiały bez przerwy, zaintonowawszy pieśń długą i żałosną. Dopiero za dwadzieścia pięć minut pociąg dojedzie do Poiti?rs i zatrzyma się na pół godziny; zdawaćby się mogło, że wszyscy jadący z utęsknieniem najwyższem oczekują tej chwili wytchnienia, jakgdyby ona przynieść im miała ulgę równającą się uzdrowieniu. O, bo jakże straszną była ta jazda w niesfornie podrzucanym i wciąż pędzącym wagonie, w którym hałas, gorąco i zepsute powietrze, z każdą chwilą było dokuczliwsze. Położenie podróżnych było wprost rozpaczliwe. Po twarzy pani Vincent, spływały łzy umartwienia a ciche przekleństwa, rwały się na ustach pana Sabathier. Brat Izydor, La Grivotte, pani V?tu - zdawali się już nie istnieć, podobni do bezwładnych rozbitków, unoszonych samowolną powodzią. Marya leżała martwa z zamkniętemi oczami, nie odpowiadając nawet na rzucane jej pytania; oczy trzymała wciąż zamknięte, nie chcąc widzieć prześladującego ją strasznego widoku potwornej twarzy Elizy Rouquet, której głowa zdawała się być ohydnym obrazem śmierci, tak dalece powyrywane z twarzy chorobą ciało do krwawego i gnijącego trupa czyniło ją podobną. I podczas, gdy szalonym pędem biegnący pociąg unosił te szczątki rozkładającego się żywota, tylu nagromadzonych w jego wagonach nieszczęśliwych, trwoga wzrosła jeszcze w swym ogromie. Nieznajomy nie wydawał już tchu z siebie a głos jakiś rozbrzmiał wieścią, że kona.