Łotr - Trudi Canavan

Kup ebooka

44.90 zł
37.26 zł (36,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 2NIESPODZIEWANA WIZYTA

Dan­nyl odło­żył pió­ro, usiadł wy­god­niej w fo­te­lu i wes­tchnął. Nig­dy bym nie po­my­ślał, że po­now­ne przy­ję­cie funk­cji Am­ba­sa­do­ra Gil­dii w ta­kim kra­ju jak Sa­cha­ka bę­dzie ozna­cza­ło brak za­jęć, nudę i sa­mot­ność.

Po­nie­waż Sa­cha­ka nie była czę­ścią Kra­in Sprzy­mie­rzo­nych, nie było w oko­li­cy mło­dych osób pra­gną­cych wstą­pić do Gil­dii, któ­rych ma­gicz­ne umie­jęt­no­ści mógł­by spraw­dzić, nie było spraw do­ty­czą­cych lo­kal­nych ma­gów Gil­dii, któ­ry­mi mógł­by się za­jąć, ani sa­mych ma­gów Gil­dii przy­jeż­dża­ją­cych z wi­zy­tą, dla któ­rych mógł­by zor­ga­ni­zo­wać za­kwa­te­ro­wa­nie i spo­tka­nia. Zaj­mo­wał się wy­łącz­nie oka­zjo­nal­ną ko­mu­ni­ka­cją po­mię­dzy Gil­dią a sa­cha­kań­skim Kró­lem bądź eli­tą czy też spra­wa­mi han­dlo­wy­mi. To bar­dzo nie­wie­le.

Spra­wy mia­ły się in­a­czej, niż kie­dy przy­je­chał tu po raz pierw­szy. Lub ra­czej cha­rak­ter pra­cy był wte­dy ten sam, ale wów­czas spę­dzał spo­ro cza­su - głów­nie wie­czo­ra­mi - od­wie­dza­jąc waż­nych i wpły­wo­wych Sa­cha­kan. Od kie­dy wró­cił z gór, z po­ści­gu za Lor­ki­nem i jego po­ry­wa­cza­mi, za­pro­sze­nia na obia­dy czy spo­tka­nia z asha­ki­mi, li­czą­cą się eli­tą Sa­cha­ki, prze­sta­ły się po­ja­wiać.

Dan­nyl wstał - i za­wa­hał się. Nie­wol­ni­kom nie po­do­ba­ło się, gdy wę­dro­wał po Domu Gil­dii. Scho­dzi­li mu z dro­gi lub przy­glą­da­li się zza ro­gów. Sły­szał wy­po­wia­da­ne szep­tem ostrze­że­nia, że się zbli­ża, co roz­pra­sza­ło jego uwa­gę. Prze­chadz­ki były dla nie­go cza­sem do na­my­słu, a szep­ty nie­po­trzeb­nie za­kłó­ca­ły my­śli.

W koń­cu na­uczą się trzy­mać poza za­się­giem wzro­ku, po­wie­dział so­bie, wsta­jąc zza biur­ka. Albo będę mu­siał cho­dzić w kół­ko po swo­im po­ko­ju.

Kie­dy wy­szedł z ga­bi­ne­tu do głów­ne­go po­ko­ju swo­je­go miesz­ka­nia, nie­wol­nik sto­ją­cy przy ścia­nie padł na pod­ło­gę. Dan­nyl od­pra­wił go mach­nię­ciem ręki. Nie­wol­nik zmie­rzył go ostroż­nym spoj­rze­niem, wstał i znik­nął na ko­ry­ta­rzu.

Dan­nyl po­wol­nym kro­kiem prze­mie­rzył po­kój i wy­szedł na ko­ry­tarz. Spo­sób, w jaki pro­jek­to­wa­no domy w Sa­cha­ce, dziw­nie i lek­ko iro­nicz­nie za­chę­cał do prze­cha­dza­nia się po nich. Ścia­ny rzad­ko by­wa­ły pro­ste, a ko­ry­ta­rze więk­szej, pry­wat­nej czę­ści bu­dyn­ku wiły się lek­ki­mi łu­ka­mi, któ­re w koń­cu się scho­dzi­ły.

Ko­lej­na gru­pa po­koi na­le­ża­ła do Lor­ki­na. Dan­nyl przy­sta­nął przy głów­nym wej­ściu a po­tem wszedł do środ­ka. Lada dzień po­ja­wi się asy­stent, któ­ry za­stą­pi Lor­ki­na i tu za­miesz­ka. Am­ba­sa­dor pod­szedł do drzwi sy­pial­ni i spoj­rzał na łóż­ko.

Chy­ba nie po­wi­nie­nem wspo­mi­nać, że kie­dyś le­ża­ła w nim mar­twa nie­wol­ni­ca, po­my­ślał. Sam ra­czej nie chciał­bym o tym wie­dzieć, bo pew­nie nie mógł­bym usnąć w nocy, pró­bu­jąc wal­czyć z wy­obra­że­niem le­żą­cych obok zwłok.

Od­kry­cie cia­ła było pa­skud­nym do­świad­cze­niem, gor­sza jed­nak była wia­do­mość, że Lor­kin znik­nął wraz z inną nie­wol­ni­cą. Z po­cząt­ku za­sta­na­wiał się, czy So­nea mia­ła ra­cję, oba­wia­jąc się, że ro­dzi­ny sa­cha­kań­skich na­jeźdź­ców, któ­rych za­bi­ła wraz z Ak­ka­ri­nem po­nad dwa­dzie­ścia lat temu, ze­msz­czą się na jej synu.

Po prze­słu­cha­niu nie­wol­ni­ków i prze­ana­li­zo­wa­niu wska­zó­wek, ja­kie uda­ło mu się ze­brać z po­mo­cą Acha­tie­go, przed­sta­wi­cie­la sa­cha­kań­skie­go Kró­la, oka­za­ło się, że praw­da jest zu­peł­nie inna. Lu­dzie, któ­rzy po­rwa­li Lor­ki­na, byli bun­tow­ni­ka­mi na­zy­wa­ny­mi Zdraj­ca­mi. Acha­ti ze­brał pię­ciu bę­dą­cych ma­ga­mi sa­cha­kań­skich asha­kich, któ­rzy ru­szy­li w góry, po­szu­ku­jąc Lor­ki­na i jego po­ry­wa­czy. W kie­run­ku te­ry­to­rium Zdraj­ców.

Jed­nak­że garst­ka sa­cha­kań­skich ma­gów i je­den mag Gil­dii nig­dy nie spro­sta­li­by ata­ko­wi Zdraj­ców. Dan­nyl w koń­cu zdał so­bie spra­wę, że bun­tow­ni­cy nie za­ata­ko­wa­li tyl­ko dla­te­go, że chcie­li za­po­biec ko­lej­nym na­jaz­dom na ich te­ry­to­rium. Gdy­by jed­nak Dan­nyl i jego po­moc­ni­cy byli bli­sko od­kry­cia sie­dzi­by po­ry­wa­czy, zo­sta­li­by za­bi­ci. Na szczę­ście Lor­kin spo­tkał się z Dan­ny­lem i za­pew­nił go, że po­szedł ze Zdraj­ca­mi z wła­snej woli i chciał do­wie­dzieć się o nich cze­goś wię­cej.

Dan­nyl od­wró­cił wzrok od pu­stej sy­pial­ni Lor­ki­na i po­wo­li wy­szedł z miesz­ka­nia, czu­jąc za­le­wa­ją­cą go falę przy­gnę­bie­nia. Po­czuł ulgę, wie­dząc, że Lor­kin jest bez­piecz­ny, a na­wet eks­cy­ta­cję na myśl, że chło­pak ma na­dzie­ję po­siąść wie­dzę na te­mat ma­gii nie­zna­nej w Gil­dii. Nie poj­mo­wał jed­nak, jak dziw­nie ta sy­tu­acja wy­glą­da­ła dla asha­kich, któ­rzy mu po­ma­ga­li. Byli zo­bo­wią­za­ni do dal­szych po­szu­ki­wań do chwi­li od­na­le­zie­nia Lor­ki­na. Pod­da­nie się ze stra­chu przed ata­kiem przy­nio­sło­by im ujmę. Po­dej­mu­jąc sa­mo­dziel­ną de­cy­zję, Dan­nyl oszczę­dził im upo­ko­rze­nia. Uznał to za je­dy­ne ho­no­ro­we roz­wią­za­ne po tym, jak na­ra­ża­li się dla nie­go i Lor­ki­na. Nie wie­dział, jaką szko­dę przy­nie­sie to jego po­zy­cji wśród sa­cha­kań­skiej eli­ty.

Ko­ry­tarz skrę­cił w lewo. Dan­nyl prze­biegł pal­ca­mi po bia­łej ścia­nie, po czym za­trzy­mał się przy wej­ściu do ko­lej­ne­go miesz­ka­nia. Te po­ko­je prze­zna­czo­ne były dla go­ści i rzad­ko ktoś w nich miesz­kał w cza­sie tych wie­lu lat, gdy Gil­dia zaj­mo­wa­ła bu­dy­nek.

Wy­pa­dłem z łask, za­du­mał się Dan­nyl. Za za­prze­sta­nie po­ści­gu. Za tchórz­li­wą uciecz­kę przed Zdraj­ca­mi. Ipew­nie za to, że po­zwo­li­łem ma­go­wi Gil­dii, za któ­re­go od­po­wia­dam i od któ­re­go je­stem wyż­szy ran­gą, na do­łą­cze­nie do wro­gów Sa­cha­kan.

Gdy­by miał jesz­cze raz pod­jąć de­cy­zję, zro­bił­by to samo. Je­śli Zdraj­cy po­sia­da­ją wie­dzę na te­mat no­we­go ro­dza­ju ma­gii, a Lor­kin był­by w sta­nie prze­ko­nać ich, aby mu ją prze­ka­za­li i po­zwo­li­li mu na po­wrót do domu, za­so­by wie­dzy ma­gicz­nej Gil­dii po­więk­szy­ły­by się po raz pierw­szy od wie­ków. Nie trak­to­wał czar­nej ma­gii jako cze­goś no­we­go, lecz bar­dziej jak coś, co od­kry­to na nowo i wciąż uwa­ża­no za nie­bez­piecz­ne i nie­po­żą­da­ne.

Asha­ki Acha­ti za­pew­nił go, że nie­któ­re oso­by uzna­ły "po­świę­ce­nie" dumy Dan­ny­la za god­ną po­dzi­wu szla­chet­ność. Dan­nyl mógł tego unik­nąć, pro­sząc asha­kich, któ­rzy mu po­ma­ga­li, aby pod­ję­li de­cy­zję wraz z nim, roz­kła­da­jąc w ten spo­sób od­po­wie­dzial­ność na wszyst­kich. Gru­po­wa de­cy­zja mo­gła­by jed­nak ozna­czać kon­ty­nu­ację po­ści­gu, a to ni­ko­mu nie przy­nio­sło­by ko­rzy­ści.

Am­ba­sa­dor nie wszedł do po­ko­jów dla go­ści, lecz ru­szył da­lej ko­ry­ta­rzem. Chwi­lę póź­niej do­tarł do po­ko­ju pana, naj­waż­niej­sze­go pu­blicz­ne­go po­miesz­cze­nia w bu­dyn­ku. To tu­taj wła­ści­ciel lub oso­ba o naj­wyż­szej po­zy­cji w tra­dy­cyj­nym sa­cha­kań­skim domu przyj­mo­wa­li i za­ba­wia­li go­ści. Go­ście wcho­dzi­li od stro­ny głów­ne­go dzie­dziń­ca, przy drzwiach wi­tał ich nie­wol­nik i pro­wa­dził ich do tego po­ko­ju krót­kim ko­ry­ta­rzem przez za­ska­ku­ją­co skrom­ne drzwi.

Usiadł na jed­nym ze stoł­ków usta­wio­nych w pół­ko­lu, my­śląc o wie­lu pysz­nych po­sił­kach, któ­re mu po­da­wa­no, gdy zaj­mo­wał po­dob­ne miej­sce w po­dob­nych po­ko­jach. Acha­ti, przed­sta­wi­ciel Kró­la, pre­zen­to­wał Dan­ny­la waż­nym oso­bi­sto­ściom i udzie­lał mu rad w spra­wach ety­kie­ty i ma­nier. Fakt, że był on je­dy­ną oso­bą, któ­ra wciąż od­wie­dza­ła Dan­ny­la bez nie­chę­ci, był za­rów­no cie­ka­wy, jak i nie­co nie­po­ko­ją­cy. Czy Acha­tie­go nie do­ty­czy­ły za­sa­dy spo­łecz­ne, czy też cho­dzi­ło o coś in­ne­go?

A może od­wie­dza mnie, po­nie­waż in­te­re­su­ję go pod wzglę­da­mi in­ny­mi niż po­li­tycz­ne?

Dan­nyl przy­po­mniał so­bie mo­ment, gdy Acha­ti wy­ra­ził pra­gnie­nie związ­ku bliż­sze­go niż przy­jaźń. Jak za­wsze, to­wa­rzy­szy­ła temu cała mie­szan­ka uczuć: schle­bia­ło mu to, a jed­no­cze­śnie od­czu­wał nie­po­kój, ostroż­ność i winę. Aku­rat świa­do­mość winy nie była żad­nym za­sko­cze­niem, po­my­ślał. Choć opusz­czał Ky­ra­lię z po­czu­ciem fru­stra­cji i od­da­le­nia od swo­je­go uko­cha­ne­go, Tay­en­da, nie zde­cy­do­wa­li się na roz­sta­nie.

Wciąż nie wiem, czy tego chcę. Może je­stem sen­ty­men­tal­ny, trzy­ma­jąc się cze­goś, co ist­nia­ło tyl­ko w prze­szło­ści. Ale gdy za­da­ję so­bie py­ta­nie, czy Acha­ti wzbu­dza moje za­in­te­re­so­wa­nie, nie mogę od­po­wie­dzieć in­a­czej. Ten czło­wiek jest za­chwy­ca­ją­cy. My­ślę, że mamy wie­le wspól­ne­go - ma­gia, za­in­te­re­so­wa­nia, wiek...

Do po­ko­ju wszedł nie­wol­nik i rzu­cił się na pod­ło­gę. Dan­nyl wes­tchnął, gdyż za­kłó­ci­ło to jego roz­wa­ża­nia.

- Mów - roz­ka­zał.

- Przy­był po­wóz Gil­dii. Dwo­je po­dróż­nych.

Dan­nyl szyb­ko wstał, a jego ser­ce pod­sko­czy­ło z na­głej eks­cy­ta­cji i na­dziei. Wresz­cie przy­był jego nowy asy­stent. Choć nie mógł zle­cić mu żad­nych za­dań, przy­najm­niej bę­dzie miał to­wa­rzy­stwo.

- Wpro­wadź ich. - Am­ba­sa­dor po­tarł dło­nie, zro­bił kil­ka kro­ków w kie­run­ku głów­ne­go wej­ścia i za­trzy­mał się. - I po­wiedz ko­muś, by za­dbał o po­czę­stu­nek.

Nie­wol­nik wstał i po­śpiesz­nie wy­szedł. Uszu Dan­ny­la do­biegł od­głos za­my­ka­ją­cych się drzwi i kro­ków w ko­ry­ta­rzu wej­ścio­wym. Odźwier­ny wszedł do po­ko­ju i padł do stóp Dan­ny­la.

Mło­da Uzdro­wi­ciel­ka, któ­ra we­szła za nim, po­pa­trzy­ła na nie­wol­ni­ka z prze­ra­że­niem, a na­stęp­nie spoj­rza­ła na Dan­ny­la i ski­nę­ła gło­wą z wy­ra­zem sza­cun­ku. Otwo­rzył usta, by ją po­wi­tać, ale sło­wa uwię­zły mu w gar­dle, gdy jego wzrok przy­kuł ja­skra­wo ubra­ny męż­czy­zna, któ­ry po­ja­wił się za nią i z cie­ka­wo­ścią ogar­niał spoj­rze­niem po­kój.

Do­strzegł Dan­ny­la i roz­ja­śnił się w uśmie­chu.

- Wi­taj, Am­ba­sa­do­rze Dan­ny­lu - rzekł Tay­end. - Król za­pew­nił mnie, że Gil­dia za­dba o za­kwa­te­ro­wa­nie dla Am­ba­sa­do­ra Ely­ne w Sa­cha­ce, je­śli to jed­nak kło­pot, z pew­no­ścią znaj­dę kwa­te­rę w mie­ście.

- Am­ba­sa­do­ra...? - po­wtó­rzył Dan­nyl.

- Tak. - Tay­end uśmiech­nął się sze­rzej. - Zo­sta­łem no­wym Am­ba­sa­do­rem Ely­ne w Sa­cha­ce.

Mimo że kon­takt z prze­stęp­ca­mi nie sprze­ci­wiał się już za­sa­dom Gil­dii i że, zda­niem So­nei, kon­sul­ta­cja z Ce­rym była lo­gicz­nym po­su­nię­ciem w kwe­stii schwy­ta­nia dzi­kich ma­gów, gdyż to wła­śnie on po­mógł jej w tym już wcze­śniej, nadal uma­wia­li się po­ta­jem­nie. Nie­kie­dy po­ja­wiał się w jej po­ko­jach w Gil­dii, cza­sem ona prze­bie­ra­ła się i spo­ty­ka­li się w od­lud­nych czę­ściach mia­sta. Jed­nym z naj­bez­piecz­niej­szych miejsc spo­tkań oka­zał się skład w lecz­ni­cy po Stro­nie Pół­noc­nej. Wej­ście pro­wa­dzi­ło przez ukry­te drzwi w są­sied­nim domu, któ­ry ku­pił Cery.

Spo­tka­nia w ta­jem­ni­cy były bez­piecz­niej­sze - naj­po­tęż­niej­szy Zło­dziej w mie­ście, dzi­ki mag, któ­re­go ści­ga­ła, nie prze­pa­dał za Ce­rym, gdyż po­mógł on Gil­dii zła­pać i uwię­zić jego mat­kę, Lo­ran­drę. Skel­lin wciąż był wpły­wo­wą po­sta­cią w pół­świat­ku Imar­di­nu i zro­bił­by wszyst­ko - łącz­nie z za­mor­do­wa­niem po­szu­ki­wa­czy - aby unik­nąć schwy­ta­nia.

Tyle że nie tra­fi­li­śmy na ża­den ślad Skel­li­na w cią­gu ostat­nich kil­ku mie­się­cy.

Cho­ciaż So­nea w koń­cu otrzy­ma­ła ze­zwo­le­nie na swo­bod­ne po­ru­sza­nie się po mie­ście, żad­ne z jej do­cho­dzeń nie przy­nio­sło wska­zó­wek co do miej­sca po­by­tu dzi­kie­go maga. Lu­dzie Cery'ego prę­dzej do­wie­dzie­li­by się, gdy­by ktoś za­uwa­żył maga, ale nie do­tar­ły do nich żad­ne wie­ści na ten te­mat. Czło­wiek o tak eg­zo­tycz­nej uro­dzie przy­cią­gał­by uwa­gę, jed­nak nie po­ja­wi­ły się żad­ne in­for­ma­cje o szczu­płym męż­czyź­nie o ciem­nej, czer­wo­na­wej kar­na­cji i nie­zwy­kłym spoj­rze­niu.

- Jego sprze­daw­cy gni­lu za­ję­li całe moje te­ry­to­rium - po­wie­dział Cery. - Kie­dy tyl­ko za­mknę jed­ną pa­lar­nię, otwie­ra­ją na­stęp­ną. Kie­dy po­ra­dzę so­bie z jed­nym sprze­daw­cą, na jego miej­sce po­ja­wia się dzie­się­ciu ko­lej­nych. Bez wzglę­du na to, jak ich po­trak­tu­ję, nic ich nie od­stra­sza.

So­nea nie chcia­ła py­tać, co miał na my­śli, mó­wiąc "po­ra­dzę so­bie". Nie są­dzi­ła, żeby ozna­cza­ło to grzecz­ną proś­bę o od­da­le­nie się.

- Wy­glą­da na to, że bar­dziej boją się Skel­li­na niż cie­bie. A to zna­czy, że wciąż jest w mie­ście.

Cery po­krę­cił gło­wą.

- Ktoś inny mógł za­stra­szyć sprze­daw­ców w jego imie­niu. Je­śli pra­cu­je dla cie­bie wy­star­cza­ją­co wie­lu lu­dzi i masz sprzy­mie­rzeń­ców, mo­żesz pro­wa­dzić in­te­re­sy na od­le­głość. Je­dy­na wada to czas, w ja­kim two­je roz­ka­zy do­cie­ra­ją do lu­dzi.

- Da się to spraw­dzić? Mo­gli­by­śmy po­my­śleć nad czymś, cze­go Skel­lin mu­siał­by do­pil­no­wać oso­bi­ście. Ja­kąś spra­wą, w któ­rej jego sprzy­mie­rzeń­cy i pra­cow­ni­cy nie mogą za nie­go zde­cy­do­wać. Do­wie­my się, jak szyb­ko re­agu­ją, a to może nam po­wie­dzieć, czy jest w Imar­di­nie, czy nie.

Cery zmarsz­czył brwi.

- To może za­dzia­łać. Mu­sie­li­by­śmy wy­my­ślić coś na tyle waż­ne­go, by zwró­cić jego uwa­gę, ale co nie na­ra­zi ni­ko­go na nie­bez­pie­czeń­stwo.

- Coś prze­ko­nu­ją­ce­go. Wąt­pię, że da się wcią­gnąć w pu­łap­kę.

- Ja też - zgo­dził się Cery.

- Pro­blem po­le­ga na tym, że nie mogę.

So­nea zmarsz­czy­ła brwi. Wzrok Cery'ego sku­pił się na czymś nad jej ra­mie­niem i męż­czy­zna cały się spiął. Od stro­ny drzwi za jej ple­ca­mi do­cho­dził od­głos ci­che­go skro­ba­nia. Od­wró­ci­ła się i zo­ba­czy­ła po­wo­li ob­ra­ca­ją­cą się w obie stro­ny klam­kę. Drzwi były za­mknię­te za po­mo­cą ma­gii, więc nikt nie do­stał­by się do środ­ka. Kto­kol­wiek jed­nak pró­bo­wał, ro­bił to ukrad­kiem.

- Le­piej już pój­dę - po­wie­dział ci­cho Cery.

Przy­tak­nę­ła i obo­je wsta­li.

- Za­sta­nów­my się nad tym.

Jak dłu­go stał za drzwia­mi ten, kto chwy­cił za klam­kę? Czy sły­szał, co mó­wi­li­śmy? Nikt oprócz Uzdro­wi­cie­li i po­moc­ni­ków nie po­wi­nien prze­by­wać w tej czę­ści lecz­ni­cy, a każ­dy, kto krę­cił­by się w oko­li­cy skła­du, wzbu­dził­by po­dej­rze­nia. Chy­ba że to Uzdro­wi­ciel. Garst­ka osób wie­dzia­ła o jej spo­tka­niach z Ce­rym i po­pie­ra­ła ją, ale byli też tacy, któ­rzy tego nie po­chwa­la­li, i mo­gło im się nie po­do­bać, że wy­ko­rzy­sty­wa­ła do tego celu po­miesz­cze­nia lecz­ni­cy.

Wsta­ła i po­de­szła do drzwi, od­cze­kaw­szy, aż Cery po ci­chu wy­mknie się przez se­kret­ne przej­ście, a na­stęp­nie wy­pro­sto­wa­ła się i zdję­ła z drzwi ma­gicz­ną blo­ka­dę.

Za­pad­ka prze­sko­czy­ła i drzwi otwar­ły się do środ­ka. Ni­ski, szczu­pły męż­czy­zna o uśmie­chu sza­leń­ca wszedł do po­ko­ju. Kie­dy ją zo­ba­czył, jego wzrok padł na jej czar­ne sza­ty, a na twa­rzy od­ma­lo­wa­ło się prze­ra­że­nie. Zbladł i zro­bił kil­ka kro­ków w tył.

Coś jed­nak go po­wstrzy­ma­ło. Coś spra­wi­ło, że się za­trzy­mał, a w jego oczach po­ja­wi­ła się sza­lo­na na­dzie­ja. Coś ka­za­ło mu po­zbyć się stra­chu przed tym, kim i czym była.

- Pro­szę - jęk­nął. - Mu­szę tro­chę wziąć. Po­zwól mi.

Za­la­ła ją fala współ­czu­cia, zło­ści i smut­ku. Wes­tchnę­ła, wy­szła z po­ko­ju, a po­tem za­mknę­ła drzwi i za­blo­ko­wa­ła me­cha­nizm zam­ka za po­mo­cą ma­gii.

- Tu­taj nic nie mamy.

Wpa­try­wał się w nią, a jego twarz gniew­nie spo­chmur­nia­ła.

- Kła­miesz! - wrza­snął. - Wiem, że ma­cie. Uży­wa­cie tego, kie­dy chce­cie lu­dzi od­zwy­cza­ić. Da­waj!

Rzu­cił się na nią, wy­cią­ga­jąc dło­nie ni­czym szpo­ny. Zła­pa­ła go za nad­garst­ki i za­trzy­ma­ła atak, lek­ko na­pie­ra­jąc ma­gią na jego klat­kę pier­sio­wą. Był już wy­star­cza­ją­co po­bu­dzo­ny, dla­te­go nie chcia­ła po­gor­szyć sy­tu­acji, opla­ta­jąc go ma­gicz­ną mocą. Ką­tem oka do­strze­gła w ko­ry­ta­rzu zie­lo­ne sza­ty Uzdro­wi­cie­li, któ­rzy po­śpie­szy­li na po­moc, sły­sząc jego krzy­ki.

Wkrót­ce dwóch z nich chwy­ci­ło męż­czy­znę za ręce, na poły wlo­kąc, na poły pro­wa­dząc go ko­ry­ta­rzem. Trze­ci z Uzdro­wi­cie­li zo­stał na miej­scu, a gdy na nie­go spoj­rza­ła, jej ser­ce pod­sko­czy­ło z za­sko­cze­nia.

- Dor­rien!

Męż­czy­zna, któ­ry ob­da­rzył ją uśmie­chem, był kil­ka lat star­szy i opa­lo­ny po spę­dze­niu wie­lu go­dzin na słoń­cu. Syn Ro­the­na był miej­sco­wym Uzdro­wi­cie­lem w ma­łym mia­stecz­ku na skra­ju gór po­łu­dnio­wych, gdzie miesz­kał z żoną i dzieć­mi. Daw­no temu, gdy była jesz­cze no­wi­cjusz­ką, od­wie­dził Gil­dię i za­przy­jaź­ni­li się z sobą - przy­jaźń mo­gła prze­ro­dzić się w ro­mans. Mu­siał jed­nak wra­cać do swo­jej wio­ski, a ona do na­uki. Po­tem za­ko­cha­łam się w Ak­ka­ri­nie, a gdy umarł, nie po­tra­fi­łam so­bie wy­obra­zić, że mogę być z kim­kol­wiek in­nym. Dor­rien zo­stał w Imar­di­nie, aby po­móc w na­pra­wie szkód po ata­ku icha­nich, jed­nak do­mem za­wsze było dla nie­go jego mia­stecz­ko i w koń­cu tam po­wró­cił. Po­ślu­bił miej­sco­wą ko­bie­tę i miał dwie cór­ki.

- Wró­ci­łem - po­wie­dział. - Tym ra­zem na krót­ko.

- Spoj­rzał na od­da­la­ją­ce­go się osza­la­łe­go nar­ko­ma­na. - Czyż­by jego pro­ble­mem było coś o na­zwie nil?

So­nea wes­tchnę­ła.

- Tak.

- To wła­śnie po­wód mo­jej wi­zy­ty. Dwóch mło­dych lu­dzi w mo­jej wio­sce kil­ka mie­się­cy temu wró­ci­ło z tym z tar­gu. Za­nim zu­ży­li wszyst­ko, co ku­pi­li, zdą­ży­li się uza­leż­nić. Szu­kam po­ra­dy na te­mat le­cze­nia.

Przyj­rza­ła mu się. W prze­ci­wień­stwie do Uzdro­wi­cie­li w mie­ście wol­no mu było "mar­no­wać" swo­ją moc na le­cze­nie uza­leż­nie­nia. Czyż­by pró­bo­wał w tym celu ma­gii uzdro­wi­ciel­skiej i po­niósł po­raż­kę, tak jak ona w wy­pad­ku więk­szo­ści pa­cjen­tów, któ­rych po­ta­jem­nie le­czy­ła?

- Chodź ze mną - po­wie­dzia­ła, po czym od­wró­ci­ła się i otwo­rzy­ła skład. Po­dą­żył za nią, gdy we­szła do środ­ka, za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Z unie­sio­ny­mi brwia­mi ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu, ale bez ko­men­ta­rza za­jął miej­sce, na któ­rym wcze­śniej sie­dział Cery. Ona zaś usia­dła na krze­śle, z któ­re­go chwi­lę temu wsta­ła.

- Pró­bo­wa­łeś uzdra­wia­nia? - spy­ta­ła.

- Tak.

Dor­rien opo­wie­dział, jak mło­dzi męż­czyź­ni przy­szli do nie­go po po­moc, po­nie­wcza­sie zda­jąc so­bie spra­wę, że nie stać ich na ten na­łóg, i z za­że­no­wa­niem do­wia­du­jąc się, że był on zmo­rą mia­sta. Uży­wa­jąc swo­jej uzdro­wi­ciel­skiej mocy, pró­bo­wał zna­leźć źró­dło pro­ble­mu w ich cie­le i wy­le­czyć je, tak jak So­nea swo­ich pa­cjen­tów. I, po­dob­nie jak ona, osią­gał róż­ne efek­ty. Jed­ne­go z bra­ci uda­ło się uzdro­wić, dru­gi jed­nak nadal bła­gał o nar­ko­tyk.

- U mnie było tak samo - po­wie­dzia­ła. - Pró­bo­wa­łam się do­wie­dzieć, dla­cze­go uzdra­wia­nie dzia­ła tyl­ko na nie­któ­rych.

Dor­rien ski­nął gło­wą.

- Jak więc ra­dzisz po­stą­pić z tymi, na któ­rych nie dzia­ła?

- Nie po­win­ni po­now­nie się­gać po nar­ko­tyk, efekt mógł­by oka­zać się sil­niej­szy. Nie­któ­rzy moi pa­cjen­ci mó­wią, że za­ję­cia po­ma­ga­ją im po­zbyć się nar­ko­tycz­ne­go gło­du. Nie­któ­rzy piją. Nie­ste­ty dużo - mó­wią, że zbyt mała ilość osła­bia ich po­sta­no­wie­nie, by nie brać gni­lu.

- "Gni­lu"?

- To ulicz­na na­zwa nar­ko­ty­ku.

Twarz Dor­rie­na wy­krzy­wił gry­mas.

- Ro­zu­miem, że to ta wła­ści­wa. - Zmarsz­czył brwi i spoj­rzał na nią w za­my­śle­niu. - Je­że­li nie mo­że­my wy­le­czyć uza­leż­nie­nia u in­nych, to czy jest to moż­li­we, je­śli cho­dzi o uza­leż­nio­nych ma­gów? Oczy­wi­ście ja nie je­stem uza­leż­nio­ny - do­dał z lek­kim uśmie­chem.

So­nea po­nu­ro od­wza­jem­ni­ła uśmiech.

- Od po­cząt­ku szu­ka­łam od­po­wie­dzi na to py­ta­nie, ale z mar­nym skut­kiem. Nie zna­la­złam do tej pory żad­ne­go maga uza­leż­nio­ne­go od nilu, któ­ry chciał­by pod­dać się ba­da­niu. Roz­ma­wia­łam z kil­ko­ma, ale nie je­stem w sta­nie uzy­skać w ten spo­sób wy­star­cza­ją­cych do­wo­dów.

- Wy­star­cza­ją­cych do cze­go?

- Do prze­ko­na­nia Gil­dii o wa­dze pro­ble­mu. Plan Skel­li­na po­le­ga­ją­cy na znie­wo­le­niu uza­leż­nio­nych ma­gów mógł się po­wieść - i nadal może.

Dor­rien za­my­ślił się i po­krę­cił gło­wą.

- Ma­go­wie już wcze­śniej by­wa­li szan­ta­żo­wa­ni i prze­ku­py­wa­ni przy uży­ciu in­nych środ­ków. Dla­cze­go te­raz mia­ło­by być in­a­czej?

- Być może cho­dzi o ska­lę pro­ble­mu. Dla­te­go trze­ba to do­kład­niej zba­dać. Jak wie­lu ma­gów może być uza­leż­nio­nych od nilu? Czy ci, na któ­rych nie ma on wpły­wu, uza­leż­nią się, je­śli nadal będą go brać? Jak bar­dzo zmie­nia tok my­śle­nia i za­cho­wa­nie?

Dor­rien po­ki­wał gło­wą.

- Jak my­ślisz? Jak po­waż­ny jest pro­blem?

So­nea za­wa­ha­ła się, gdy przy­szedł jej do gło­wy Czar­ny Mag Kal­len. Je­śli - zgod­nie z tym, co mó­wił Cery - Anyi wi­dzia­ła, jak mag ku­po­wał nil, pro­blem mógł być na­praw­dę duży. Nie chcia­ła jed­nak dzie­lić się swo­ją wie­dzą, do­pó­ki nie zy­ska pew­no­ści, że Kal­len bie­rze nil, i nie bę­dzie mo­gła do­wieść, że pro­blem jest tak po­waż­ny, jak przy­pusz­cza­ła. Może ku­po­wał go dla ko­goś in­ne­go. Gdy­by nie­słusz­nie oskar­ży­ła go o uza­leż­nie­nie, skom­pro­mi­to­wa­ła­by się, gdy­by zaś ujaw­ni­ła tę in­for­ma­cję, za­nim udo­wod­ni, że nil sta­no­wi za­gro­że­nie dla ma­gów, wy­szło­by na to, że robi wie­le ha­ła­su o nic.

Tak bar­dzo chcia­ła­bym ko­muś po­wie­dzieć.

Nie po­wie­dzia­ła Ro­the­no­wi. Chciał­by na­tych­miast coś zro­bić. Nie po­do­ba­ło mu się, że Kal­len trak­to­wał ją jak nie­god­ną za­ufa­nia. Za­wsze za­chę­cał ją, by ob­ser­wo­wa­ła Czar­ne­go Maga tak bacz­nie, jak on ob­ser­wo­wał ją. Dor­rien po­dzie­lał to zda­nie.

- Nie wiem - od­po­wie­dzia­ła z wes­tchnie­niem.

Jak na złość, je­dy­ną oso­bą, któ­rej praw­do­po­dob­nie mo­gła­by po­wie­dzieć o tym w za­ufa­niu, był Re­gin, mag, któ­ry po­mógł jej od­na­leźć Lo­ran­drę. Cóż za iro­nia, że no­wi­cjusz, któ­re­go kie­dyś tak nie­na­wi­dzi­łam za to, że za­mie­nił moje ży­cie w kosz­mar, te­raz jest ma­giem, któ­re­mu ufam. Ro­zu­miał, jak istot­ny jest wła­ści­wy mo­ment na wszyst­ko. Mimo że spo­tka­ła się z Re­gi­nem, aby omó­wić po­szu­ki­wa­nia Skel­li­na, nie mo­gła na ra­zie zdo­być się na to, by wspo­mnieć o Kal­le­nie.

Chy­ba bar­dziej się boję, że Re­gin mi nie uwie­rzy i cał­ko­wi­cie się ośmie­szę. Uśmiech­nę­ła się krzy­wo. Nie­waż­ne, jak czę­sto po­wta­rzam so­bie, że nie je­ste­śmy już no­wi­cju­sza­mi i śmier­tel­ny­mi wro­ga­mi, nie mogę po­zbyć się po­dej­rze­nia, że wy­ko­rzy­stał­by prze­ciw­ko mnie każ­dą sła­bość. To nie­do­rzecz­ne. Udo­wod­nił, że po­tra­fi do­trzy­mać ta­jem­ni­cy. Za­wsze mnie wspie­rał.

Czę­sto jed­nak nie do­cie­rał na spo­tka­nia albo spóź­niał się i był roz­ko­ja­rzo­ny. Po­dej­rze­wa­ła, że stra­cił za­in­te­re­so­wa­nie po­szu­ki­wa­niem Skel­li­na. Może wy­da­wa­ło mu się, że poj­ma­nie dzi­kie­go maga, któ­ry był Zło­dzie­jem, było nie­moż­li­we. Z pew­no­ścią mo­gło się tak wy­da­wać.

Sko­ro Cery mu­siał się ukry­wać, a jego lu­dzie nie byli w sta­nie od­na­leźć na­wet śla­du Skel­li­na, nie bar­dzo wie­dzia­ła, jak mie­li­by zna­leźć dzi­kie­go maga - chy­ba że roz­bie­ra­jąc mia­sto ce­gła po ce­gle, na co z pew­no­ścią nig­dy nie zgo­dził­by się Król.

W ja­dal­ni jak zwy­kle pa­no­wał gwar roz­mów no­wi­cju­szy i brzęk sztuć­ców o gli­nia­ne na­czy­nia. Li­lia wes­tchnę­ła nie­zau­wa­żal­nie i po­rzu­ci­ła pró­by do­sły­sze­nia, o czym roz­ma­wia­li jej to­wa­rzy­sze. Za­miast tego jej wzrok po­wo­li prze­su­nął się po sali.

Wnę­trze sta­no­wi­ło dziw­ną mie­szan­kę wy­szu­ka­nia i pro­sto­ty, de­ko­ra­cyj­no­ści i prak­tycz­no­ści. Okna i ścia­ny były wy­ko­na­ne i ozdo­bio­ne tak mi­ster­nie jak w in­nych du­żych po­miesz­cze­niach Uni­wer­sy­te­tu, ale me­ble były ma­syw­ne, pro­ste i cięż­kie. Wy­glą­da­ło to tak, jak gdy­by ktoś usu­nął po­le­ro­wa­ne, rzeź­bio­ne krze­sła i sto­ły z wiel­kiej ja­dal­ni w domu, w któ­rym się wy­cho­wa­ła, i za­stą­pił je ma­syw­ny­mi drew­nia­ny­mi sto­ła­mi i ła­wa­mi z kuch­ni.

Oso­by prze­by­wa­ją­ce w ja­dal­ni sta­no­wi­ły po­dob­nie zróż­ni­co­wa­ną mie­szan­kę. Od no­wi­cju­szy z naj­bar­dziej wpły­wo­wych Do­mów po dzie­ci że­bra­ków z naj­brud­niej­szych ulic mia­sta. Kie­dy Li­lia roz­po­czę­ła lek­cje ma­gii, za­sta­na­wia­ła się, dla­cze­go wy­nio­śli nadal ko­rzy­sta­li z ja­dal­ni, sko­ro było ich stać na wła­snych ku­cha­rzy. Od­po­wiedź była pro­sta - nie mie­li cza­su na co­dzien­ne obia­dy ze swo­imi ro­dzi­na­mi - poza tym i tak nie wol­no im było opusz­czać te­re­nu Gil­dii bez po­zwo­le­nia.

Po­dej­rze­wa­ła, że cho­dzi też o pew­ne­go ro­dza­ju ochro­nę wła­snej prze­strze­ni. Wy­nio­śli spo­ży­wa­li po­sił­ki w ja­dal­ni od wie­ków. Ni­zin­ni byli nowi. Ja­dal­nia była miej­scem wy­mia­ny wie­lu psi­ku­sów po­mię­dzy ni­zin­ny­mi a wy­nio­sły­mi. Li­lia nig­dy nie bra­ła w nich udzia­łu. Choć nie mó­wi­ła o tym gło­śno, po­cho­dzi­ła z wyż­szej kla­sy ni­zin­nych. Jej ro­dzi­na słu­ży­ła w Domu o umiar­ko­wa­nych wpły­wach po­li­tycz­nych - ani na szczy­cie, ani w dole hie­rar­chii. Była w sta­nie prze­śle­dzić kil­ka po­ko­leń swo­ich przod­ków, łącz­nie z okre­śle­niem, któ­ry z nich pra­co­wał dla któ­rej ro­dzi­ny w Domu.

Z dru­giej stro­ny nie­któ­rzy byli na­praw­dę ni­skie­go po­cho­dze­nia. Sy­no­wie dzi­wek. Cór­ki że­bra­ków. Po­dej­rze­wa­ła, że wie­lu z nich jest spo­krew­nio­nych z prze­stęp­ca­mi. Wśród tych ni­zin­nych po­ja­wił się dziw­ny ro­dzaj współ­za­wod­nic­twa - pró­bo­wa­li udo­wod­nić, że po­cho­dzą z jak naj­niż­szych warstw spo­łecz­nych. Gdy­by ka­na­ło­we ravi mo­gły być ro­dzi­ca­mi, zna­leź­li­by się no­wi­cju­sze chwa­lą­cy się ta­kim po­cho­dze­niem jak sza­no­wa­nym ty­tu­łem. Ni­zin­ni z ro­dzin słu­żą­cych nie­chęt­nie ujaw­nia­li szcze­gó­ły oso­bi­ste, gdyż przy­cią­gnę­li­by masę pro­ble­mów.

Nie­na­wiść nie­któ­rych ni­zin­nych do wy­nio­słych wy­da­wa­ła się jej nie­spra­wie­dli­wa. Lu­dzie, u któ­rych pra­co­wa­li jej ro­dzi­ce, do­brze trak­to­wa­li służ­bę. Li­lia ba­wi­ła się z ich dzieć­mi, gdy do­ra­sta­ła. Za­dba­li o to, by dzie­ci wszyst­kich słu­żą­cych otrzy­ma­ły pod­sta­wo­we wy­kształ­ce­nie. Od cza­su na­jaz­du icha­nich co kil­ka lat pro­si­li maga o spraw­dze­nie ta­len­tu ma­gicz­ne­go wszyst­kich dzie­ci. Mimo że w żad­nym z ich wła­snych dzie­ci nie drze­mał na­wet ukry­ty ta­lent wy­star­cza­ją­cy na przy­ję­cie do Gil­dii, byli ura­do­wa­ni, gdy wy­bra­no Li­lię i inne dzie­ci służ­by przed nią.

Dwie dziew­czy­ny i dwóch chłop­ców, z któ­ry­mi spę­dza­ła czas, rów­nież na­le­że­li do ni­zin­nych i byli cał­kiem mili. Ona, Fro­je i Ma­die przy­jaź­ni­ły się od sa­me­go po­cząt­ku na­uki na Uni­wer­sy­te­cie. W ze­szłym roku Fro­je za­czę­ła cho­dzić z Da­men­dem, a Ma­die z El­lo­nem, przez co Li­lia nie­co stra­ci­ła kon­takt z gru­pą. My­śli dziew­cząt zaj­mo­wa­li te­raz przede wszyst­kim chłop­cy i rzad­ko za­się­ga­ły opi­nii, rady czy su­ge­stii Li­lii. Wma­wia­ła so­bie, że było to nie­unik­nio­ne i że nie ma nic prze­ciw­ko temu, bo i tak za­wsze wo­la­ła słu­chać ich roz­mów, niż brać w nich udział.

Jej wzrok padł na no­wi­cjusz­kę, któ­rą ob­ser­wo­wa­ła od dłuż­sze­go cza­su. Naki była w na­uce o rok wy­żej niż Li­lia. Mia­ła dłu­gie, czar­ne wło­sy i oczy tak ciem­ne, że cięż­ko było do­strzec kra­wę­dzie jej źre­nic. Każ­dy jej ruch był pe­łen gra­cji. Jed­no­cze­śnie przy­cią­ga­ła i onie­śmie­la­ła chłop­ców. Jed­nak we­dług Li­lii Naki nie prze­ja­wia­ła za­in­te­re­so­wa­nia żad­nym z nich - na­wet tymi, któ­rym jej przy­ja­ciół­ki nie po­tra­fi­ły się oprzeć. Być może uwa­ża­ła, że nie są dla niej wy­star­cza­ją­co do­brzy. A może po pro­stu była wy­bred­na w do­bo­rze przy­ja­ciół.

Dziś sie­dzia­ła przy sto­le z ko­le­żan­ką. Nic nie mó­wi­ła, mimo że usta jej to­wa­rzysz­ki się nie za­my­ka­ły. Li­lia przy­glą­da­ła się, jak jej roz­mów­czy­ni za­śmia­ła się i prze­wró­ci­ła ocza­mi. Usta Naki roz­sze­rzy­ły się w uprzej­mym uśmie­chu.

Po chwi­li, bez uprze­dze­nia, spoj­rza­ła wprost na Li­lię.

Ojej, po­my­śla­ła Li­lia, czu­jąc za­le­wa­ją­cą ją falę go­rą­ca spo­wo­do­wa­ną za­kło­po­ta­niem i po­czu­ciem winy. Zła­pa­na na go­rą­cym uczyn­ku. Już mia­ła się od­wró­cić, kie­dy Naki uśmiech­nę­ła się.

Li­lia za­sty­gła z za­sko­cze­nia. Przez chwi­lę za­sta­na­wia­ła się, co zro­bić, po czym od­wza­jem­ni­ła uśmiech. By­ło­by nie­grzecz­nie, gdy­by tego nie zro­bi­ła. Zmu­si­ła się, aby od­wró­cić gło­wę. Chy­ba nie prze­szka­dza­ło jej, że na nią pa­trzę, ale... to strasz­nie za­wsty­dza­ją­ce, gdy ktoś cię na tym przy­ła­pie.

Jej uwa­gę przy­cią­gnął ruch w miej­scu, na któ­rym sie­dzia­ła star­sza ko­le­żan­ka. Opar­ła się po­ku­sie zer­k­nię­cia, pró­bu­jąc ką­tem oka do­strzec, co się dzie­je. Ciem­no­wło­sa oso­ba sta­ła tam, gdzie sie­dzia­ła Naki. Ta oso­ba za­czę­ła iść.

I szła w tym kie­run­ku.

Nie­moż­li­we...

Nie po­tra­fi­ła się po­wstrzy­mać i od­wró­ci­ła gło­wę, pod­no­sząc wzrok. Zo­ba­czy­ła, że Naki idzie w jej stro­nę. Pa­trzy­ła pro­sto na nią i uśmie­cha­ła się.

Naki po­sta­wi­ła swój ta­lerz obok ta­le­rza Li­lii i za­ję­ła pu­ste miej­sce na ła­wie obok niej.

- Cześć - po­wie­dzia­ła.

- Cześć - od­par­ła nie­pew­nie Li­lia. Cze­go ona może chcieć? Chce wie­dzieć, dla­cze­go na nią pa­trzy­łam? Chce po­roz­ma­wiać? O czym w ogó­le mia­ła­bym z nią roz­ma­wiać?

- Nu­dzi­ło mi się. Po­my­śla­łam, że po­dej­dę do cie­bie i za­py­tam, co sły­chać - wy­ja­śni­ła Naki.

Li­lia nie mo­gła się po­wstrzy­mać od spoj­rze­nia na to­wa­rzysz­kę Naki. Ta pa­trzy­ła na nie, lek­ko zmie­sza­na i po­iry­to­wa­na. Li­lia spoj­rza­ła na swo­je ko­le­żan­ki. Były za­sko­czo­ne, a na twa­rzach chłop­ców ma­lo­wa­ły się oba­wa i roz­ma­rze­nie, któ­re zwy­kle im to­wa­rzy­szy­ły, gdy Naki była w po­bli­żu.

Po­wie­dzia­ła "...co sły­chać" w taki spo­sób, jak­by nie mia­ła na my­śli nas wszyst­kich.

Od­wró­ci­ła się z po­wro­tem do Naki.

- Nie­wie­le - od­po­wie­dzia­ła szcze­rze Li­lia, krzy­wiąc się na myśl o swo­jej nie­udol­nej od­po­wie­dzi. - Jemy.

- A wy? O czym roz­ma­wia­li­ście? - za­py­ta­ła Naki, spo­glą­da­jąc na po­zo­sta­łych.

- Czy wy­bra­li­śmy wła­ści­wą dys­cy­pli­nę - od­par­ła jed­na z osób.

Li­lia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i przy­tak­nę­ła.

- Aha - od­po­wie­dzia­ła Naki. - Ku­si­ło mnie, żeby wy­brać sztu­ki wo­jen­ne, ale mimo ich atrak­cyj­no­ści ja­koś sie­bie w tym nie wi­dzę. Oczy­wi­ście nie za­nie­dbam swo­ich umie­jęt­no­ści na wy­pa­dek ko­lej­ne­go na­jaz­du, ale zde­cy­do­wa­łam, że al­che­mia bar­dziej mi się przy­da.

- Mnie bar­dziej przy­da się uzdra­wia­nie - po­wie­dzia­ła Li­lia. - Jest bar­dziej po­ży­tecz­ne.

- To praw­da. Ale nig­dy nie by­łam w tym zbyt do­bra. - Naki uśmiech­nę­ła się krzy­wo.

Kie­dy kon­ty­nu­owa­ły roz­mo­wę, za­sko­cze­nie Li­lii po­wo­li ustę­po­wa­ło. Ja­kimś dziw­nym spo­so­bem, dzię­ki temu, że uśmiech­nę­ła się do ko­goś po dru­giej stro­nie sali, a może dla­te­go, że ko­le­żan­ka przy tam­tym sto­le była nu­dzia­rą, roz­ma­wia­ła wła­śnie z pięk­ną i po­dzi­wia­ną no­wi­cjusz­ką, zu­peł­nie jak­by do­pie­ro się za­przy­jaź­ni­ły. Bez wzglę­du na przy­czy­nę po­sta­no­wi­ła cie­szyć się chwi­lą. Była pew­na, że coś ta­kie­go już się nie po­wtó­rzy.

ROZDZIAŁ 1JASKINIE TWÓRCZYŃ KAMIENI

Jak mówi sa­cha­kań­ska tra­dy­cja, tak za­mierz­chła, że nikt nie pa­mię­ta jej po­cząt­ków, lato za­wie­ra w so­bie pier­wia­stek mę­ski, a zima - ko­bie­cy. Przez całe wie­ki zwierzch­nicz­ki i pro­ro­ki­nie Zdraj­ców twier­dzi­ły, że prze­są­dy do­ty­czą­ce ko­biet i męż­czyzn - zwłasz­cza ko­biet - są cał­ko­wi­cie ab­sur­dal­ne. Zwy­kli lu­dzie byli jed­nak prze­ko­na­ni, że pora roku wy­wie­ra­ją­ca naj­więk­szy wpływ na ich ży­cie mia­ła wie­le cech ko­bie­cych. Zima, bez­li­to­sna i wszech­wład­na, zbli­ża­ła do sie­bie wal­czą­cych o prze­trwa­nie.

Za to dla miesz­kań­ców ni­zin i pu­styń Sa­cha­ki spra­wy mia­ły się od­wrot­nie - to wła­śnie zima była wy­ba­wie­niem, przy­no­sząc desz­cze, tak po­trzeb­ne upra­wom i zwie­rzę­tom. Lato było okrut­ne, su­che i ja­ło­we.

Kie­dy Lor­kin spie­szył z Her­be­ry, gło­wę za­przą­ta­ła mu je­dy­nie myśl, że w do­li­nie jest zim­niej, niż się spo­dzie­wał. Pa­nu­ją­cy w po­wie­trzu chłód niósł z sobą groź­bę śnie­gu i lodu. Mło­de­mu ma­go­wi wy­da­wa­ło się, że nie spę­dził w Azy­lu aż tyle cza­su, aby zima była już tak ostra. Mi­nę­ło za­le­d­wie kil­ka mie­się­cy, od kie­dy sta­nął w pro­gu se­kret­ne­go domu sa­cha­kań­skich bun­tow­ni­ków. Wcze­śniej prze­mie­rzał cie­płe, su­che ni­zi­ny, sal­wu­jąc się uciecz­ką w to­wa­rzy­stwie ko­bie­ty, któ­ra ura­to­wa­ła mu ży­cie.

Ty­va­ra. Po­czuł w pier­si nie­po­ko­ją­cy, ale dziw­nie przy­jem­ny ucisk. Ode­tchnął głę­bo­ko i przy­spie­szył kro­ku. Miał za­miar zi­gno­ro­wać to uczu­cie z taką samą sta­now­czo­ścią, z jaką Ty­va­ra igno­ro­wa­ła jego.

Prze­cież nie zna­la­złem się tu tyl­ko dla­te­go, że się w niej za­ko­cha­łem, wma­wiał so­bie. Ho­nor na­ka­zy­wał mu bro­nić Ty­va­ry przed jej lu­dem, gdyż ura­to­wa­ła mu ży­cie. Za­bi­ła skry­to­bój­czy­nię, któ­ra pró­bo­wa­ła go uwieść i za­mor­do­wać, ale - po­dob­nie jak Ty­va­ra - rów­nież na­le­ża­ła do Zdraj­ców. Riva dzia­ła­ła w imie­niu frak­cji, któ­ra uwa­ża­ła, że po­wi­nien zo­stać uka­ra­ny, po­nie­waż Ak­ka­rin, jego oj­ciec i były Wiel­ki Mistrz, nie do­trzy­mał ukła­du za­war­te­go ze Zdraj­ca­mi wie­le lat temu. We frak­cji nikt nie przy­znał się do zle­ce­nia Ri­vie za­bój­stwa Lor­ki­na. Ozna­cza­ło­by to dzia­ła­nie sprzecz­ne z ży­cze­nia­mi Kró­lo­wej, więc całą ini­cja­ty­wę przy­pi­sa­no skry­to­bój­czy­ni.

Wśród bun­tow­ni­ków tak­że są bun­tow­ni­cy, za­du­mał się Lor­kin.

Jego obro­na może i ura­to­wa­ła Ty­va­rę przed eg­ze­ku­cją, jed­nak ko­bie­ta nie unik­nę­ła kary. Być może to wła­śnie obo­wiąz­ki, któ­re wy­zna­czy­ła jej ro­dzi­na Rivy, spra­wia­ły, że nie zbli­ża­ła się do nie­go. Cier­piał sa­mot­ność ob­ce­go w ob­cym kra­ju, bez wzglę­du na jej przy­czy­nę.

Do­tarł pra­wie do stóp kli­fu ota­cza­ją­ce­go do­li­nę. Spo­glą­da­jąc na nie­zli­czo­ne okna i drzwi wy­ku­te w zbo­czach urwi­ska, po­my­ślał, że na­dej­dzie dzień, gdy po­czu­je się tu jak w pu­łap­ce. Nie z po­wo­du ostrej zimy, któ­ra zmu­si go do po­zo­sta­nia, ale dla­te­go, że cu­dzo­ziem­co­wi, któ­ry znał już przy­bli­żo­ne miej­sce po­by­tu Zdraj­ców, nig­dy nie po­zwo­lo­no by odejść.

Za tymi okna­mi i drzwia­mi znaj­do­wa­ły się po­miesz­cze­nia, któ­re mo­gły­by dać schro­nie­nie po­pu­la­cji ma­łe­go mia­sta. Ich roz­mia­ry były róż­ne - od za­głę­bień ma­łych jak spi­żar­nie po sale wiel­ko­ści Rady Gil­dii. Więk­szo­ści z nich nie wy­ku­to głę­bo­ko w ska­le z po­wo­du nie­gdy­siej­szych wstrzą­sów i za­wa­leń - lu­dzie czu­li się bar­dziej kom­for­to­wo, miesz­ka­jąc na tyle bli­sko ze­wnętrz­nej ścia­ny, by w ra­zie po­trze­by móc ra­to­wać się szyb­ką uciecz­ką.

Nie­któ­re ko­ry­ta­rze pro­wa­dzi­ły znacz­nie głę­biej. To tam mie­ści­ły się po­sia­dło­ści ma­gów Zdraj­ców - ko­biet, któ­re rzą­dzi­ły tym miej­scem, mimo że utrzy­my­wa­ły, iż w ich spo­łecz­no­ści wszy­scy są rów­ni. Ży­cie głę­biej pod zie­mią nie prze­szka­dza­ło im praw­do­po­dob­nie dla­te­go, że mo­gły użyć ma­gii, aby ochro­nić się w ra­zie za­wa­le­nia. A może chcą być bli­sko ja­skiń, gdzie po­wsta­ją ma­gicz­ne krysz­ta­ły i ka­mie­nie.

Na tę myśl Lor­ki­na prze­szedł dreszcz eks­cy­ta­cji. Prze­rzu­cił skrzy­nię na dru­gie ra­mię i wkro­czył łu­ko­wa­tą bra­mą do mia­sta. Może dzi­siaj się do­wiem.

Skal­ne ko­ry­ta­rze peł­ne były ro­bot­ni­ków wra­ca­ją­cych do swo­ich ro­dzin. W pew­nym mo­men­cie dzie­ci dwoj­ga Zdraj­ców, któ­rzy przy­sta­nę­li, aby po­roz­ma­wiać, za­stą­pi­ły Lor­ki­no­wi dro­gę.

- Prze­pra­szam - po­wie­dział au­to­ma­tycz­nie, pró­bu­jąc je omi­nąć.

Za­rów­no do­ro­śli, jak i dzie­ci wy­glą­da­li na roz­ba­wio­nych. Ky­ra­liań­skie ma­nie­ry in­try­go­wa­ły wszyst­kich Sa­cha­kan. Asha­ki i ich ro­dzi­ny, po­tęż­ne ludy ni­zin, mie­li zbyt wiel­kie po­czu­cie wyż­szo­ści, aby wy­ra­żać wdzięcz­ność za przy­słu­gi. Uwa­ża­li, że dzię­ko­wa­nie nie­wol­ni­kom za coś, co i tak mu­sie­li zro­bić, było nie­do­rzecz­ne. Mimo że Zdraj­cy nie uzna­wa­li nie­wol­nic­twa, a lud­ność w ich spo­łecz­no­ści była rów­na, nie prze­ja­wia­li zbyt do­brych ma­nier. Na po­cząt­ku Lor­kin pró­bo­wał za­cho­wy­wać się tak jak oni, ale nie chciał za­tra­cić swo­jej uprzej­mo­ści, aby jego wła­sny lud nie uznał go za gbu­ra, gdy­by miał kie­dyś wró­cić do Ky­ra­lii.

Niech Zdraj­cy my­ślą so­bie, że je­stem dziw­ny. Lep­sze to, niż gdy­by mie­li uwa­żać, że je­stem nie­wdzięcz­ni­kiem albo trzy­mam się na ubo­czu.

Zdraj­cy nie byli jed­nak wro­go na­sta­wie­ni ani po­zba­wie­ni życz­li­wo­ści. Za­rów­no ko­bie­ty, jak i męż­czyź­ni byli za­ska­ku­ją­co ser­decz­ni. Nie­któ­re ko­bie­ty pró­bo­wa­ły go na­wet zwa­bić do swe­go łoża, ale grzecz­nie od­ma­wiał. Może je­stem głup­cem, ale jesz­cze nie zre­zy­gno­wa­łem z Ty­va­ry.

W po­bli­żu sali opie­ki, miej­skie­go od­po­wied­ni­ka lecz­ni­cy, gdzie pra­co­wał przez więk­szość cza­su, zwol­nił krok, aby zła­pać od­dech. Salę pro­wa­dzi­ła Ka­lia, nie­ofi­cjal­na przy­wód­czy­ni frak­cji, któ­ra zle­ci­ła jego eg­ze­ku­cję. Nie chciał, żeby z ja­kie­go­kol­wiek po­wo­du my­śla­ła, że spie­szył się z po­wro­tem albo że za­le­ża­ło mu, by skoń­czyć zmia­nę o cza­sie. Gdy­by stwier­dzi­ła, że Lor­kin chce wyjść, przy­dzie­li­ła­by mu ja­kieś za­da­nie, aby go za­trzy­mać. Wie­dział też, że kie­dy chwi­lo­wo nie miał się czym za­jąć, nie po­wi­nien sie­dzieć i od­po­czy­wać, bo Ka­lia zna­la­zła­by mu coś do ro­bo­ty, naj­chęt­niej coś nie­przy­jem­ne­go i zbęd­ne­go.

Je­śli­by jed­nak wszedł do środ­ka po­wol­nym kro­kiem, jak gdy­by w ogó­le nie go­nił go czas, mo­gła­by uka­rać go i za to. Przy­jął więc swo­ją zwy­czaj­ną spo­koj­ną i sto­ic­ką po­sta­wę. Ka­lia do­strze­gła go, prze­wró­ci­ła ocza­mi i za po­mo­cą ma­gii ode­bra­ła od nie­go skrzy­nię.

- Dla­cze­go nig­dy nie wpad­niesz na to, żeby użyć swo­ich mocy? - wes­tchnę­ła i od­wró­ci­ła się, od­kła­da­jąc skrzy­nię do skła­du.

Zi­gno­ro­wał jej py­ta­nie. Nie chcia­ła­by słu­chać o Mi­strzu Ro­the­nie, jego sta­rym na­uczy­cie­lu z Gil­dii, któ­ry uwa­żał, że mag nie po­wi­nien cał­ko­wi­cie za­stę­po­wać wy­sił­ku fi­zycz­ne­go ma­gią, aby nie utra­cić sił i zdro­wia.

- Po­móc ci w tym? - za­py­tał. Skrzy­nia była wy­peł­nio­na zio­ła­mi, z któ­rych mia­ły po­wstać leki - chciał­by po­znać re­cep­tu­ry nie­któ­rych z nich. Spoj­rza­ła na nie­go wil­kiem.

- Nie. Zaj­mij się pa­cjen­ta­mi.

Wzru­szył ra­mio­na­mi, skry­wa­jąc fru­stra­cję, i od­wró­cił się, by spoj­rzeć na prze­stron­ną salę głów­ną. Nie­wie­le się zmie­ni­ło od po­ran­ka, kie­dy za­czął pra­cę. Łóż­ka usta­wio­ne były w rzę­dach. Tyl­ko nie­licz­ne z nich były za­ję­te. Kil­ko­ro dzie­ci do­cho­dzi­ło do sie­bie po ty­po­wych dzie­cię­cych cho­ro­bach lub ura­zach, star­sza ko­bie­ta zaś pie­lę­gno­wa­ła zła­ma­ną rękę. Wszy­scy spa­li.

To Ka­lia wpa­dła na po­mysł, żeby pra­co­wał w sali opie­ki. Był pew­ny, że chcia­ła w ten spo­sób pod­dać pró­bie jego po­sta­no­wie­nie, by nie uczyć Zdraj­ców le­cze­nia za po­mo­cą ma­gii. Do tej pory nie tra­fił na pa­cjen­tów, któ­rzy mo­gli­by nie prze­żyć z po­wo­du cho­ro­by lub ran moż­li­wych do wy­le­cze­nia wy­łącz­nie ma­gią, ale taki dzień mu­siał w koń­cu na­dejść. Gdy­by tak się sta­ło, Ka­lia za­pew­ne otwar­cie oka­za­ła­by wro­gość. Miał plan, aby się jej prze­ciw­sta­wić, jed­nak za jej mat­czy­nym wy­glą­dem i po­sta­wą krył się prze­bie­gły umysł. Mo­gła już znać jego in­ten­cje. Je­dy­ne, co mu po­zo­sta­ło, to ocze­ki­wa­nie.

Te­raz jed­nak nie mógł cze­kać. Mu­siał być gdzie in­dziej. Z każ­dą mi­ja­ją­cą chwi­lą był co­raz bar­dziej spóź­nio­ny, więc po­szedł za Ka­lią do skła­du.

- Wy­glą­da na to, że masz mnó­stwo pra­cy - za­uwa­żył.

Nie spoj­rza­ła na nie­go.

- Tak. Na całą noc.

- Nie zmru­ży­łaś oka od wczo­raj - przy­po­mniał jej. - Nie wyj­dzie ci to na do­bre.

- Nie bądź głu­pi - od­burk­nę­ła, rzu­ca­jąc mu pio­ru­nu­ją­ce spoj­rze­nie. - Świet­nie so­bie ra­dzę bez snu. Trze­ba to za­ła­twić wła­śnie te­raz. I musi zro­bić to ktoś, kto zna się na rze­czy. - Od­wró­ci­ła się. - Idź. Zrób so­bie wol­ne dziś w nocy.

Lor­kin nie dał jej szan­sy na zmia­nę zda­nia. Uśmiech­nął się do sie­bie krzy­wo i wy­mknął się z sali opie­ki. Uzdro­wi­cie­le z Gil­dii wie­dzie­li, jak źle na or­ga­nizm wpły­wa brak snu, gdyż wy­czu­wa­li efek­ty tego bra­ku. Zdraj­cy nie byli świa­do­mi swo­je­go błę­du, po­nie­waż nie po­tra­fi­li le­czyć przy uży­ciu ma­gii, i twier­dzi­li, że prze­spa­na noc to zbęd­ny luk­sus.

Nie pró­bo­wał ich prze­ko­ny­wać, że jest in­a­czej, gdyż wspo­mi­na­nie o rze­czach, o któ­rych nie po­sie­dli wie­dzy, było nie­tak­tow­ne. Wie­le lat temu jego oj­ciec przy­rzekł Zdraj­com, że na­uczy ich uzdra­wia­nia w za­mian za wie­dzę na te­mat czar­nej ma­gii, mimo że Gil­dia nie upo­waż­ni­ła go do prze­ka­zy­wa­nia ta­kich in­for­ma­cji, a przede wszyst­kim - mimo że czar­na ma­gia była dla ma­gów Gil­dii za­ka­za­na.

W tym cza­sie śmier­tel­na cho­ro­ba za­bra­ła Zdraj­com wie­le dzie­ci, a zna­jo­mość ma­gii uzdro­wi­ciel­skiej mo­gła je ura­to­wać. Czar­na ma­gia po­zwo­li­ła Ak­ka­ri­no­wi umknąć jed­ne­mu z icha­nich, u któ­re­go był nie­wol­ni­kiem, i wró­cić do Ky­ra­lii, lecz nig­dy nie po­wró­cił do Sa­cha­ki, aby wy­wią­zać się ze swo­jej czę­ści umo­wy. Lor­kin za­sta­na­wiał się nad róż­ny­mi po­wo­da­mi po­stę­po­wa­nia ojca, od kie­dy do­wie­dział się o zła­ma­nej przez nie­go obiet­ni­cy. Ak­ka­rin wie­dział, że brat czło­wie­ka, któ­ry go wię­ził, pla­no­wał na­je­chać Ky­ra­lię. Być może czuł, że jego obo­wiąz­kiem jest naj­pierw po­ra­dzić so­bie z tym wła­śnie za­gro­że­niem. Moż­li­we, że nie mógł po­in­for­mo­wać Gil­dii o nie­bez­pie­czeń­stwie, nie ujaw­nia­jąc jed­no­cze­śnie, że po­siadł wie­dzę na te­mat za­ka­za­nej czar­nej ma­gii. Albo też uznał sa­mot­ny po­wrót do Sa­cha­ki za zbyt nie­bez­piecz­ny, zwią­za­ny z ry­zy­kiem po­now­ne­go schwy­ta­nia przez icha­nich lub ze­msty bra­ta swo­je­go daw­ne­go pana.

A może nig­dy nie za­mie­rzał do­trzy­mać umo­wy. Prze­cież Zdraj­cy wie­dzie­li o jego tra­gicz­nej sy­tu­acji, za­nim za­pro­po­no­wa­li po­moc, a cały czas po­ma­ga­li in­nym - głów­nie ko­bie­tom z Sa­cha­ki - nie upo­mi­na­jąc się o za­pła­tę. Fakt, że nie po­mo­gli Ak­ka­ri­no­wi od­zy­skać wol­no­ści, do­pó­ki nie było to dla nich opła­cal­ne, z całą pew­no­ścią do­wo­dził, jak bar­dzo po­tra­fi­li być bez­względ­ni.

Ko­ry­ta­rze mia­sta już nie­co opu­sto­sza­ły, więc Lor­kin mógł iść szyb­ciej, a na­wet biec, gdy nikt nie pa­trzył. Je­że­li ktoś z frak­cji Ka­lii za­uwa­żył­by jego po­śpiech, mógł­by jej o tym do­nieść.

Tu­tej­sze ży­cie od­bie­ga­ło od przed­sta­wia­ne­go przez Ty­va­rę ob­ra­zu spo­łe­czeń­stwa spo­koj­ne­go - albo na­wet spra­wie­dli­we­go, mimo za­sad rów­no­ści pa­nu­ją­cych wśród Zdraj­ców. A jed­nak i tak ra­dzą so­bie le­piej niż inne kra­je, w szcze­gól­no­ści le­piej niż po­zo­sta­ła część Sa­cha­ki. Nie uzna­ją nie­wol­nic­twa i lu­dzie wy­ko­nu­ją pra­cę do­bra­ną do swo­ich umie­jęt­no­ści, a nie zgod­ną z ich po­zy­cją w sys­te­mie kla­so­wym. Być może nie trak­tu­ją rów­no ko­biet i męż­czyzn, ale tak samo jest w in­nych spo­łecz­no­ściach - tyle że na od­wrót. W więk­szo­ści kul­tur ko­bie­ty są trak­to­wa­ne znacz­nie go­rzej niż męż­czyź­ni wśród Zdraj­ców.

Przy­szedł mu na myśl nowy, a za­ra­zem naj­bliż­szy przy­ja­ciel w Azy­lu, męż­czy­zna o imie­niu Evar, z któ­rym miał się dziś spo­tkać. Mło­dy mag za­przy­jaź­nił się z Lor­ki­nem z cie­ka­wo­ści, po­nie­waż był on je­dy­nym ma­giem w Azy­lu, któ­ry nie był jesz­cze z ko­bie­tą. Lor­kin od­krył, że pierw­sze wra­że­nie, ja­kie od­niósł na te­mat sta­tu­su męż­czyzn bę­dą­cych ma­ga­mi, było myl­ne: wcze­śniej za­kła­dał, że sko­ro mogą po­słu­gi­wać się ma­gią, Zdraj­cy na pew­no ofe­ru­ją im te same moż­li­wo­ści na­uki co ko­bie­tom. Praw­da była jed­nak taka, że wszy­scy męż­czyź­ni ma­go­wie uro­dzi­li się z ta­len­tem ma­gicz­nym - ich ma­gia roz­wi­ja­ła się w spo­sób na­tu­ral­ny, co zmu­sza­ło ko­bie­ty ma­gów do za­ję­cia się ich szko­le­niem lub po­zo­sta­wie­nia ich na pew­ną śmierć, gdy tra­ci­li kon­tro­lę nad swo­ją mocą. Wro­dzo­ne zdol­no­ści były je­dy­nym spo­so­bem, w jaki męż­czyź­ni wśród Zdraj­ców mo­gli po­siąść wie­dzę o ma­gii.

Jed­nak ci nie­licz­ni szczę­śliw­cy, któ­rzy mie­li na­tu­ral­ny ta­lent, i tak nie do­rów­ny­wa­li ko­bie­tom. Męż­czyzn nie uczo­no czar­nej ma­gii. Dzię­ki temu po­śród ma­gów na­wet sła­be ko­bie­ty były sil­niej­sze niż męż­czyź­ni, gdyż mo­gły zwięk­szyć swo­ją moc, gro­ma­dząc ma­gię po­bie­ra­ną od in­nych.

Cie­ka­we, czy wpusz­czo­no by mnie do Azy­lu, gdy­bym znał czar­ną ma­gię.

Po­rzu­cił jed­nak tę myśl, gdyż wresz­cie do­tarł na miej­sce: do po­ko­ju męż­czyzn. Była to duża sala dla mę­skiej czę­ści Zdraj­ców, któ­rzy byli już na tyle doj­rza­li, że nie miesz­ka­li z ro­dzi­ca­mi, ale ko­bie­ty nie wy­bra­ły ich jesz­cze na swo­ich part­ne­rów.

Evar roz­ma­wiał z dwo­ma in­ny­mi męż­czy­zna­mi, ale po­rzu­cił ich to­wa­rzy­stwo, gdy zo­ba­czył Lor­ki­na wcho­dzą­ce­go do sali. Po­dob­nie jak więk­szość męż­czyzn tej spo­łecz­no­ści był szczu­pły i drob­nej bu­do­wy, w prze­ci­wień­stwie do ty­po­wych wol­nych Sa­cha­kan za­miesz­ku­ją­cych ni­zi­ny, któ­rzy zwy­kle byli wy­so­kie­go wzro­stu i mie­li sze­ro­kie ra­mio­na. Nie po raz pierw­szy Lor­kin za­sta­na­wiał się, czy męż­czyź­ni wśród Zdraj­ców ja­kimś dziw­nym spo­so­bem nie ma­le­li, do­sto­so­wu­jąc się do swo­jej po­zy­cji spo­łecz­nej.

- Eva­rze - rzekł Lor­kin. - Prze­pra­szam za spóź­nie­nie.

Evar wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Zjedz­my coś.

Lor­kin za­wa­hał się, lecz ru­szył za in­ny­mi do miej­sca, w któ­rym go­to­wa­no stra­wę, gdzie po­da­no gar­nek go­rą­cej zupy przy­rzą­dzo­nej przez jed­ne­go z męż­czyzn. Tego nie było w pla­nie. Czyż­by się spóź­nił? Czy Evar się roz­my­ślił?

- Nadal wy­bie­ra­my się na ten spa­cer, o któ­rym mó­wi­łeś? - za­py­tał, sta­ra­jąc się za­cho­wać jak naj­więk­szą obo­jęt­ność. Evar przy­tak­nął.

- Je­śli nie zmie­ni­łeś zda­nia. - Po­chy­lił się bli­żej. - Kil­ka twór­czyń ka­mie­ni pra­cu­je do póź­na - po­wie­dział szep­tem mło­dy mag. - Trze­ba za­cze­kać, aż skoń­czą i wyj­dą.

Lor­kin po­czuł ucisk w żo­łąd­ku.

- Je­steś prze­ko­na­ny, że chcesz to zro­bić? - spy­tał, kie­dy po­de­szli do jed­ne­go z dłu­gich sto­łów, zaj­mu­jąc miej­sca na koń­cu, w pew­nej od­le­gło­ści od je­dzą­cych już męż­czyzn. Evar po­gryzł je­dze­nie, prze­łknął i uśmiech­nął się do Lor­ki­na uspo­ka­ja­ją­co.

- Nic z tego, co za­mie­rzam ci po­ka­zać, nie jest ta­jem­ni­cą. Każ­dy, kto chce, może się temu przyj­rzeć, pod wa­run­kiem że ma prze­wod­ni­ka, sie­dzi ci­cho i nie plą­cze się pod no­ga­mi.

- Ale ja nie je­stem jak każ­dy.

- Po­wi­nie­neś być jed­nym z nas. Z tą róż­ni­cą, że to­bie za­bro­nio­no odejść. Cóż, gdy­bym ja pró­bo­wał odejść, to bez ze­zwo­le­nia też nie za­szedł­bym da­le­ko, a zgo­dy na to ra­czej nie do­sta­nę. Nie lu­bią, gdy zbyt wie­lu Zdraj­ców prze­by­wa poza mia­stem. Każ­dy szpieg to ry­zy­ko, na­wet je­śli ma ka­mień blo­ku­ją­cy czy­ta­nie my­śli. Co by było, gdy­byś trzy­mał ka­mień w ręce, a ktoś by ci ją uciął?

Twarz Lor­ki­na wy­krzy­wił gry­mas.

- Na­wet gdy­by tak było, to wąt­pię, żeby ko­muś po­do­ba­ło się, że tu je­stem - od­parł, wra­ca­jąc do te­ma­tu. - Albo że mnie tam za­bie­rasz.

Evar prze­łknął ostat­ni kęs po­sił­ku.

- Pew­nie nie. Ale dro­ga cio­tecz­ka Ka­lia mnie uwiel­bia.

Choć Lor­kin nig­dy nie wi­dział, by Ka­lia po przy­ja­ciel­sku ga­wę­dzi­ła z Eva­rem, wy­glą­da­ło na to, że rze­czy­wi­ście ak­cep­tu­je swo­je­go sio­strzeń­ca.

- Bę­dziesz to jesz­cze jadł?

Lor­kin po­krę­cił gło­wą i od­su­nął na bok resz­tę swo­jej por­cji. Był zbyt zde­ner­wo­wa­ny, żeby się na­jeść. Przy­ja­ciel spoj­rzał krzy­wo na nie­opróż­nio­ną mi­skę, ale nic nie po­wie­dział, tyl­ko po pro­stu do­koń­czył reszt­ki. Po­nie­waż ilość zie­mi pod upra­wy i ho­dow­lę była ogra­ni­czo­na, Zdraj­cy nie po­chwa­la­li mar­no­traw­stwa, a Evar był za­wsze głod­ny. Wsta­li, po­sprzą­ta­li, spa­ko­wa­li swo­je sztuć­ce i wy­szli z po­ko­ju męż­czyzn. Lor­kin nie­cier­pli­wie wy­cze­ki­wał tego, co miał zo­ba­czyć, choć jego żo­łą­dek skrę­cał się w nie­pew­no­ści.

- Przej­dzie­my jed­nym z tyl­nych wejść - szep­nął Evar. - Mniej­sza szan­sa, że za­uwa­żą, jak wcho­dzisz.

Kie­dy wę­dro­wa­li przez mia­sto, Lor­kin za­sta­na­wiał się nad swo­imi ocze­ki­wa­nia­mi. Gil­dia przez wie­ki utrzy­my­wa­ła, że praw­dzi­we przed­mio­ty ma­gicz­ne nie ist­nie­ją. Ist­nie­ją naj­wy­żej zwy­kłe rze­czy ob­da­rzo­ne od­por­no­ścią na znisz­cze­nie lub o ulep­szo­nych wła­ści­wo­ściach - na przy­kład ma­gicz­nie wzmoc­nio­ne bu­dyn­ki czy błysz­czą­ce ścia­ny Uni­wer­sy­te­tu. Zo­sta­ły bo­wiem wy­ko­na­ne z ma­te­ria­łu, w któ­rym dzia­ła­nie ma­gii było po­wol­ne, to­też jej sku­tek utrzy­my­wał się dłu­go po tym, jak ma­go­wie prze­sta­wa­li nad nim pra­co­wać. Na­wet szkla­ne krwa­we klej­no­ty nie były ma­gicz­ne. Słu­ży­ły prze­ka­zy­wa­niu men­tal­nych wia­do­mo­ści po­mię­dzy no­szą­cym a twór­cą w spo­sób unie­moż­li­wia­ją­cy pod­słu­chi­wa­nie in­nym ma­gom, ale nie za­wie­ra­ły w so­bie ma­gii.

Po­dej­rze­wał jed­nak, że nie­któ­re klej­no­ty w Azy­lu ją za­wie­ra­ły. Więk­szość z nich była po­dob­na do krwa­wych klej­no­tów, po­nie­waż prze­kształ­ca­ły prze­sy­ła­ną do nich ma­gię, aby mo­gła słu­żyć od­po­wied­nie­mu ce­lo­wi. W in­nych praw­do­po­dob­nie była prze­cho­wy­wa­na w go­to­wo­ści do użyt­ku. Wszy­scy Zdraj­cy, któ­rzy za­pusz­cza­li się poza swo­ją ukry­tą sie­dzi­bę, mie­li pod skó­rą ma­leń­ki ka­mień. Nie tyl­ko po­zwa­lał on chro­nić ich umy­sły przed do­stę­pem sa­cha­kań­skich ma­gów, ale umoż­li­wiał tak­że wy­sy­ła­nie nie­szko­dli­wych, bez­piecz­nych my­śli. Ko­ry­ta­rze i sale mia­sta roz­ja­śnia­ły mie­nią­ce się świa­tłem klej­no­ty. W sali opie­ki, gdzie Lor­kin zaj­mo­wał się cho­ry­mi, znaj­do­wa­ło się kil­ka ka­mie­ni o po­ży­tecz­nych wła­ści­wo­ściach, od emi­tu­ją­cych cie­pły blask lub de­li­kat­ne wi­bra­cje da­ją­ce uko­je­nie bo­lą­cym mię­śniom po ta­kie, któ­ry­mi moż­na było przy­pa­lać rany.

Je­że­li hi­sto­rycz­ne za­pi­sy, na któ­re tra­fi­li Lor­kin i Dan­nyl, za­wie­ra­ły praw­dzi­we in­for­ma­cje, ozna­cza­ło to, że w klej­no­tach mo­gły się ku­mu­lo­wać ogrom­ne po­kła­dy ma­gii. Wie­le lat temu taki ka­mień ma­ga­zy­nu­ją­cy ist­niał w Arvi­ce, sto­li­cy Sa­cha­ki. We­dług Cha­ri, ko­bie­ty, któ­ra po­mo­gła Lor­ki­no­wi i Ty­va­rze do­trzeć bez­piecz­nie do Azy­lu, Zdraj­cy wie­dzie­li o ist­nie­niu ka­mie­ni ma­ga­zy­nu­ją­cych, ale nie po­tra­fi­li ich two­rzyć. Może mó­wi­ła praw­dę, a może kła­ma­ła, aby chro­nić swój lud.

Je­że­li gdzieś ist­nia­ła wie­dza na te­mat ta­kich ka­mie­ni, mo­gła uwol­nić Gil­dię od ko­niecz­no­ści ze­zwa­la­nia nie­któ­rym ma­gom na na­ukę czar­nej ma­gii na wy­pa­dek ko­lej­ne­go ata­ku Sa­cha­kan. Za­miast tego moż­na by ma­ga­zy­no­wać ener­gię ma­gicz­ną, któ­ra mo­gła­by po­słu­żyć obro­nie kra­ju.

Dla­te­go wła­śnie pod­jął ry­zy­ko wy­pra­wy do ja­skiń twór­czyń ka­mie­ni. Nie chciał się uczyć, jak wy­twa­rzać ka­mie­nie, chciał po­twier­dze­nia, że po­sia­da­ły one po­ten­cjał, któ­ry miał na­dzie­ję w nich od­na­leźć. Wte­dy być może mógł­by wy­ne­go­cjo­wać pe­wien układ po­mię­dzy Gil­dią a Zdraj­ca­mi: wy­twa­rza­nie ka­mie­ni w za­mian za uzdra­wia­nie. Taka wy­mia­na przy­nio­sła­by ko­rzyść obu lu­dom.

Wie­dział, że mu­siał­by się na­pra­co­wać, aby prze­ko­nać Zdraj­ców do ta­kiej umo­wy. Od wie­ków ukry­wa­jąc się przed asha­ki­mi, ści­śle chro­ni­li swo­ją sie­dzi­bę i spo­sób ży­cia. Nie uzna­wa­li ko­mu­ni­ka­cji men­tal­nej, aby nie przy­cią­gać uwa­gi do mia­sta. Je­dy­ny­mi Zdraj­ca­mi, któ­rym po­zwa­la­no opusz­czać do­li­nę, byli - z kil­ko­ma wy­jąt­ka­mi - szpie­dzy.

Kie­dy jed­nak Lor­kin po­dą­żał za Eva­rem co­raz głę­biej sie­cią ko­ry­ta­rzy, mar­twił się, że jest za wcze­śnie na wi­zy­tę w ja­ski­niach. Nie chciał, aby Zdraj­cy mie­li po­wód, by mu nie ufać.

Mo­gło się prze­cież oka­zać, że - jako cu­dzo­ziem­ca - nig­dy w peł­ni go nie za­ak­cep­tu­ją. Chciał je­dy­nie, aby za­ufa­li mu na tyle, by mógł ich prze­ko­nać do han­dlu z Gil­dią i Kra­ina­mi Sprzy­mie­rzo­ny­mi. W koń­cu może do nich do­trzeć, że ofi­cjal­nie nie za­bro­nio­no mi od­wie­dza­nia ja­skiń, i zro­bią coś w tej spra­wie. Mu­szę za­ry­zy­ko­wać wła­śnie te­raz.

Evar miał od­mien­ne zda­nie: "Zdraj­cy po­dej­mu­ją wła­sne de­cy­zje, a wła­ści­wie nie po­zwa­la­ją, aby de­cy­do­wa­li za nich inni. Je­że­li chcesz, że­by­śmy coś zro­bi­li, mu­sisz nas prze­ko­nać, że po­mysł wy­szedł od nas. Je­śli ktoś się do­wie, że by­li­śmy w ja­ski­niach, przy­najm­niej przy­po­mnisz wszyst­kim, że mamy coś, cze­go w za­mian za uzdra­wia­nie może chcieć Gil­dia".

- Je­ste­śmy na miej­scu - po­wie­dział Evar, od­wra­ca­jąc się do Lor­ki­na.

Ko­ry­tarz był tak wą­ski, że nie mo­gli iść obok sie­bie. Evar za­trzy­mał się przed otwo­rem w bocz­nej ścia­nie. Po­nad jego ra­mie­niem Lor­kin do­strzegł ja­sno oświe­tlo­ne po­miesz­cze­nie. Ser­ce pod­sko­czy­ło mu w pier­si.

Je­ste­śmy na miej­scu!

Evar ski­nął na nie­go i wszedł do sali. Idąc za nim, mło­dy mag wo­dził ocza­mi po ol­brzy­miej prze­strze­ni. W za­się­gu wzro­ku nie było in­nych osób. Spoj­rzał na ścia­ny i za­par­ło mu dech w pier­si.

Były po­kry­te ma­sa­mi mie­nią­cych się, barw­nych klej­no­tów. Na po­cząt­ku zda­wa­ło mu się, że były roz­miesz­czo­ne nie­re­gu­lar­nie, kie­dy jed­nak przyj­rzał się ko­lo­rom, zdał so­bie spra­wę, że krysz­ta­ły two­rzą pa­sma, łuki i pla­my o po­dob­nych od­cie­niach. Od­wró­cił się, aby obej­rzeć dru­gą ścia­nę, i zo­ba­czył, że ka­mie­nie mają róż­ne roz­mia­ry, od ma­leń­kich dro­bin po krysz­ta­ły wiel­ko­ści pa­znok­cia.

Coś pięk­ne­go.

- Tu­taj ro­bi­my ka­mie­nie świe­tli­ste - po­wie­dział Evar, wska­zu­jąc olśnie­wa­ją­cą część ścia­ny i pod­cho­dząc do niej. - To naj­ła­twiej­sze za­da­nie, co jest oczy­wi­ste, je­śli zro­zu­miesz, jak po­wsta­ją. Nie po­trze­ba na­wet ka­mie­nia du­pli­ku­ją­ce­go.

- Ka­mie­nia du­pli­ku­ją­ce­go? - po­wtó­rzył Lor­kin. Evar kie­dyś o nich wspo­mi­nał, lecz Lor­kin nig­dy do koń­ca nie po­jął ich prze­zna­cze­nia.

- Ta­kie­go jak te. - Evar na­gle zmie­nił kie­ru­nek i za­pro­wa­dził Lor­ki­na do jed­ne­go z wie­lu sto­łów w sali. Otwo­rzył drew­nia­ną skrzyn­kę, w któ­rej na ak­sa­mit­nej tka­ni­nie le­żał po­je­dyn­czy klej­not. - W ro­sną­cych ka­mie­niach świe­tli­stych mu­sisz po pro­stu za­szcze­pić tę samą myśl, któ­ra słu­ży do wy­two­rze­nia świa­tła za po­mo­cą ma­gii. Ale je­śli cho­dzi o bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne za­sto­so­wa­nia, ła­twiej jest przy­pi­sać wzo­rzec do pra­wi­dło­wo wy­ko­na­ne­go ka­mie­nia. Dzię­ki temu zmniej­szasz ry­zy­ko błę­dów i two­rze­nia ka­mie­ni ze ska­zą. Mo­żesz też stwo­rzyć kil­ka ka­mie­ni na­raz.

Lor­kin przy­tak­nął. Wska­zał inną część sali.

- A do cze­go słu­żą te?

- Do po­sta­wie­nia i utrzy­ma­nia ba­rie­ry. Uży­wa się ich do tym­cza­so­we­go po­wstrzy­ma­nia wody albo osu­wisk. Spójrz tu­taj...

Prze­szli wszerz sali, pod­cho­dząc do ścia­ny ma­leń­kich czar­nych krysz­tał­ków.

- Te będą blo­ko­wa­ły czy­ta­nie my­śli. Są tak skom­pli­ko­wa­ne, że ich wy­two­rze­nie zaj­mu­je dużo cza­su. By­ło­by ła­twiej, gdy­by mia­ły tyl­ko ukry­wać my­śli oso­by, któ­ra je nosi, ale mu­szą też po­zwo­lić jej na prze­ka­zy­wa­nie my­śli, któ­rych spo­dzie­wa się od­czy­tu­ją­cy, aby móc go zmy­lić.

- Evar wpa­try­wał się z po­dzi­wem w ma­leń­kie ka­mie­nie. - Nie są na­szym wy­na­laz­kiem. Ku­po­wa­li­śmy je od ple­mion Duna.

Przez myśl Lor­ki­na prze­mknę­ło ostrze­że­nie Dan­ny­la, że wie­dzę na te­mat two­rze­nia ka­mie­ni Zdraj­cy wy­kra­dli za­miesz­ku­ją­ce­mu pół­noc lu­do­wi. Moż­li­we, że tyl­ko ple­mio­na Duna za­pa­try­wa­ły się na to w ten spo­sób. A może to ko­lej­na nie­do­trzy­ma­na umo­wa, jak ta po­mię­dzy jego oj­cem a Zdraj­ca­mi.

- Wciąż z nimi han­dlu­je­cie? - za­py­tał.

Evar po­krę­cił gło­wą.

- Prze­wyż­szy­li­śmy ich pod wzglę­dem wie­dzy i umie­jęt­no­ści całe wie­ki temu. - Spoj­rzał w pra­wo. - Tu­taj są klej­no­ty, któ­re wy­pra­co­wa­li­śmy sami. - Po­de­szli do sku­pi­ska du­żych ka­mie­ni o opa­li­zu­ją­cej po­wierzch­ni od­bi­ja­ją­cej świa­tło, przy­po­mi­na­ją­cej Lor­ki­no­wi wnę­trze eg­zo­tycz­nych po­le­ro­wa­nych musz­li. - To ka­mie­nie przy­zy­wa­ją­ce. Są jak krwa­we klej­no­ty. Dzię­ki nim mo­że­my się ko­mu­ni­ko­wać na od­le­głość, ale tyl­ko po­przez ka­mie­nie wy­ho­do­wa­ne obok sie­bie. Nie jest ła­two śle­dzić, któ­re z nich są z sobą po­wią­za­ne, dla­te­go cały czas mu­si­my two­rzyć krwa­we klej­no­ty.

- A dla­cze­go mie­li­by­ście prze­stać je two­rzyć?

Evar spoj­rzał na nie­go za­sko­czo­ny.

- Chy­ba wiesz o ich nie­do­sko­na­ło­ściach?

- Niech po­my­ślę... Czyż­by twór­ca tych tu­taj miał nie wi­dzieć my­śli no­szą­ce­go przez cały czas?

- Wła­śnie, klej­not od­bie­ra tyl­ko wia­do­mość, któ­rą wy­śle użyt­kow­nik, a nie wszyst­kie my­śli i uczu­cia.

- Rze­czy­wi­ście, by­ło­by to uła­twie­nie. - Lor­kin od­wró­cił się w stro­nę sali. Wszę­dzie było całe mnó­stwo sku­pisk klej­no­tów, pod ścia­na­mi sta­ły zaś sto­ły ugi­na­ją­ce się pod cię­ża­rem róż­nych przed­mio­tów. - A do cze­go słu­żą te ka­mie­nie? - spy­tał, wska­zu­jąc dużą ster­tę.

Evar wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Nie wiem do­kład­nie. To chy­ba ja­kiś eks­pe­ry­ment. Coś w ro­dza­ju bro­ni.

- Bro­ni?

- Do obro­ny mia­sta na wy­pa­dek ata­ku.

Lor­kin kiw­nął gło­wą i za­milkł. Py­ta­nia o broń mo­gły­by wy­dać się po­dej­rza­ne na­wet no­we­mu przy­ja­cie­lo­wi.

- Ka­mie­nie obron­ne mu­szą słu­żyć cze­muś, cze­go nie po­tra­fią jesz­cze ma­go­wie - po­wie­dział Evar. - Ko­muś, kto ma za małe umie­jęt­no­ści, lub ma­go­wi, któ­re­go moc się wy­czer­pa­ła. Mam na­dzie­ję, że po­pra­wia­ją cel­ność ata­ków. Nie by­łem zbyt do­bry w ma­gii bo­jo­wej, więc je­śli ktoś miał­by nas kie­dyś za­ata­ko­wać, będę po­trze­bo­wał jak naj­więk­sze­go wspar­cia.

- A wal­czył­byś w ogó­le? - spy­tał Lor­kin. - Z tego, co mi wia­do­mo, w bi­twach z czar­ny­mi ma­ga­mi lu­dzie ni­skie­go po­cho­dze­nia, tacy jak my, przy­da­ją się tyl­ko jako źró­dło do­dat­ko­wej mocy. Praw­do­po­dob­nie od­da­li­by­śmy na­szą moc czar­ne­mu ma­go­wi, a po­tem by nas ode­sła­no, że­by­śmy nie prze­szka­dza­li.

Evar przy­tak­nął i spoj­rzał na Lor­ki­na z uko­sa.

- Cią­gle nie mogę się przy­zwy­cza­ić, że na­zy­wa­cie wyż­szą ma­gię czar­ną ma­gią.

- W Ky­ra­lii czar­ny to ko­lor za­gro­że­nia i mocy - wy­ja­śnił Lor­kin.

- Tak, mó­wi­łeś już. - Evar od­wró­cił się, roz­glą­da­jąc się po sali, jak gdy­by szu­kał jesz­cze cze­goś, co mógł­by po­ka­zać Lor­ki­no­wi. Na­gle zro­bił wiel­kie oczy i wy­dał z sie­bie ni­ski po­mruk.

- Ojej.

Spoj­rzaw­szy w tym sa­mym kie­run­ku, Lor­kin do­strzegł, że łu­ko­wa­to skle­pio­nym głów­nym wej­ściem do sali wkro­czy­ła mło­da ko­bie­ta. Miał ocho­tę po­szu­kać mniej­sze­go tyl­ne­go wyj­ścia; pew­nie było kil­ka kro­ków od nich, ale ko­bie­ta mu­sia­ła ich za­uwa­żyć, za­nim tu do­tar­li.

Chy­ba jed­nak wpa­ku­je­my się w te kło­po­ty, o któ­rych mó­wi­ła nam Ka­lia.

Chwi­lę póź­niej ko­bie­ta pod­nio­sła oczy i zo­ba­czy­ła ich. Uśmiech­nę­ła się do Eva­ra, po czym jej wzrok po­wę­dro­wał ku Lor­ki­no­wi i uśmiech znikł z jej twa­rzy. Za­trzy­ma­ła się, spoj­rza­ła na nie­go w za­my­śle­niu, od­wró­ci­ła się i wy­szła z sali.

- Zo­ba­czy­łeś to, co chcia­łeś? Bo chy­ba pora wra­cać - po­wie­dział szyb­ko Evar.

- Tak - od­parł Lor­kin.

Evar zro­bił krok w kie­run­ku wyj­ścia i za­trzy­mał się.

- Nie, chodź­my głów­ną dro­gą. Le­piej, że­by­śmy nie spra­wia­li wra­że­nia win­nych, sko­ro ktoś nas już zo­ba­czył.

Wy­mie­ni­li po­nu­re uśmie­chy, ode­tchnę­li głę­bo­ko i ru­szy­li w kie­run­ku przej­ścia, za któ­rym znik­nę­ła ko­bie­ta. Byli już pra­wie przy łuku, kie­dy po­ja­wi­ła się ko­lej­na, groź­nie spo­glą­da­ją­ca. Za­uwa­ży­ła ich i po­de­szła.

- Co tu ro­bi­cie? - za­py­ta­ła Lor­ki­na.

- Wi­taj, Cha­vo - rzekł Evar. - Przy­szedł ze mną Lor­kin.

Spoj­rza­ła na Eva­ra.

- Wi­dzę. Co on tu robi?

- Opro­wa­dzam go - od­po­wie­dział Evar. Wzru­szył ra­mio­na­mi. - Żad­na za­sa­da prze­cież tego nie za­bra­nia.

Ko­bie­ta zmarsz­czy­ła brwi i spo­glą­da­ła to na Eva­ra, to na Lor­ki­na. Otwo­rzy­ła usta, znów je za­mknę­ła, a na jej twa­rzy po­ja­wił się wy­raz po­iry­to­wa­nia.

- Być może nie za­bra­nia - od­par­ła - ist­nie­ją jed­nak... pew­ne inne wzglę­dy. Wiesz, jak nie­bez­piecz­nie jest prze­szka­dzać twór­czy­niom ka­mie­ni i je roz­pra­szać.

- Oczy­wi­ście, że wiem. - Mina i ton gło­su Eva­ra na­bra­ły po­wa­gi. - Dla­te­go za­cze­ka­łem, aż uda­dzą się do do­mów na spo­czy­nek, i nie za­bra­łem Lor­ki­na do we­wnętrz­nych ja­skiń.

Unio­sła brwi.

- Nie do cie­bie na­le­ży oce­na, kie­dy jest na to wła­ści­wa pora. Otrzy­ma­łeś ze­zwo­le­nie na to opro­wa­dza­nie?

Evar po­krę­cił gło­wą.

- Nig­dy wcze­śniej go nie po­trze­bo­wa­łem.

Wi­dząc trium­fu­ją­ce spoj­rze­nie Cha­vy, Lor­kin za­marł.

- Po­wi­nie­neś je mieć - po­wie­dzia­ła. - Trze­ba to zgło­sić, a żad­ne­mu z was nie wol­no znik­nąć mi z oczu, za­nim od­po­wied­nie oso­by o tym nie usły­szą i nie zde­cy­du­ją, co z wami zro­bić.

Kie­dy od­wró­ci­ła się na pię­cie i ru­szy­ła w kie­run­ku wej­ścia, Lor­kin spoj­rzał na Eva­ra. Chło­pak uśmiech­nął się i mru­gnął. Mam na­dzie­ję, że rze­czy­wi­ście nie po­trze­bu­je­my tego ze­zwo­le­nia, my­ślał Lor­kin, gdy po­dą­ża­li za Cha­vą. Mam też na­dzie­ję, że nikt nie za­po­mniał mi po­wie­dzieć o pra­wie czy za­sa­dzie, któ­re po­wi­nie­nem znać. Mów­czy­nie za­le­ci­ły mu, żeby na­uczył się praw Azy­lu i ich prze­strze­gał, dla­te­go sta­ran­nie się do tego przy­ło­żył.

Nie po­tra­fił jed­nak za­cho­wać ta­kiej bez­tro­ski jak Evar. Na­wet je­śli obaj mie­li ra­cję, re­ak­cja Cha­vy po­twier­dzi­ła oba­wy Lor­ki­na: jego wi­zy­ta w ja­ski­niach nad­wy­rę­ży­ła za­ufa­nie Zdraj­ców. Miał tyl­ko na­dzie­ję, że nie po­zwo­lił so­bie na zbyt wie­le i nie za­prze­pa­ścił wszel­kich wi­do­ków na han­del z Gil­dią - albo na swój po­wrót do domu.

ROZDZIAŁ 3OSKARŻENIA I PROPOZYCJE

Trzy dni, któ­re Lor­kin i Evar mu­sie­li spę­dzić w po­ko­ju męż­czyzn, za­nim mów­czy­nie mo­gły zwo­łać spo­tka­nie i pod­jąć w ich spra­wie de­cy­zję, upły­nę­ły za­ska­ku­ją­co przy­jem­nie.

- O co? - Evar z roz­ko­szą za­da­wał to py­ta­nie każ­de­mu, kto su­ge­ro­wał, że zo­sta­ną oskar­że­ni lub uka­ra­ni. Nikt nie po­tra­fił po­wie­dzieć, o co mie­li­by zo­stać oskar­że­ni. Do­da­ło to Lor­ki­no­wi nie­co pew­no­ści sie­bie. Wszy­scy wie­dzą, że nie ist­nie­je żad­na za­sa­da lub pra­wo, czy na­wet roz­kaz, któ­re zła­ma­li­śmy. Gdy­by tak było, zo­stał­bym już za­mknię­ty w osob­nym po­ko­ju.

Miesz­kań­ców po­ko­ju męż­czyzn bar­dzo to ba­wi­ło. Po­nie­waż kie­ro­wa­nie Azy­lem było poza ich za­się­giem, cie­szył ich każ­dy błąd ich przy­wód­czyń - oczy­wi­ście pod wa­run­kiem że nie miał na wszyst­kich złe­go wpły­wu. Byli tak za­do­wo­le­ni, że Lor­kin i Evar ośmie­szy­li Mów­czy­nie, że przy­nie­śli im po­dar­ki i spę­dza­li z nimi czas, dba­jąc o to, by ich nowi bo­ha­te­ro­wie się nie nu­dzi­li.

Trzech z nich uczy­ło Lor­ki­na gry z wy­ko­rzy­sta­niem klej­no­tów, któ­re nie przy­ję­ły ma­gicz­nych wła­ści­wo­ści, 1 na­ma­lo­wa­nej plan­szy. Gra na­zy­wa­ła się Ka­mie­nie, a wy­bra­li ją, po­nie­waż to wła­śnie przez klej­no­ty Lor­kin wpa­ko­wał się w kło­po­ty.

Wo­kół zbie­ra­ła się pu­blicz­ność. Kil­ku męż­czyzn roz­ma­wia­ło z Eva­rem, a paru in­nych ro­ze­szło się po sali i za­ję­ło zwy­kłą pra­cą lub re­lak­so­wa­ło. Kie­dy więc w po­ko­ju na­gle uci­chło, wszy­scy prze­rwa­li swo­je za­ję­cia i pró­bo­wa­li doj­rzeć, co się dzie­je. Męż­czyź­ni sto­ją­cy po­mię­dzy Lor­ki­nem a wej­ściem do sali usu­nę­li się na bok. Lor­kin spoj­rzał za nich, zo­ba­czył, kto sta­nął w drzwiach, i ser­ce w nim za­mar­ło, a żo­łą­dek się za­ci­snął.

- Ty­va­ra - po­wie­dział.

Na jej ustach po­ja­wił się prze­lot­ny uśmiech i znów spo­waż­nia­ła. Po­de­szła do nie­go z gra­cją, igno­ru­jąc prze­szy­wa­ją­ce ją spoj­rze­nia męż­czyzn. Na myśl o tym, że te pięk­ne, eg­zo­tycz­ne oczy pa­trzy­ły wła­śnie na nie­go, prze­szył go przy­jem­ny dreszcz. Jed­nak zde­cy­do­wa­nie mi nie prze­szło, po­my­ślał. Czas spę­dzo­ny osob­no spra­wił naj­wy­żej, że ta­kie spo­tka­nie jest jesz­cze bar­dziej eks­cy­tu­ją­ce.

- Po­roz­ma­wiaj­my na osob­no­ści - po­wie­dzia­ła, przy­sta­jąc kil­ka kro­ków od nie­go i krzy­żu­jąc ra­mio­na.

- Z przy­jem­no­ścią - od­parł. - Ale nie wol­no mi wy­cho­dzić z sali. Po­le­ce­nie Ka­lii.

Zmarsz­czy­ła brwi, wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i ro­zej­rza­ła się po po­ko­ju.

- To niech inni wyj­dą.

Pa­trzy­ła, jak męż­czyź­ni, do­bro­tli­wie mru­cząc pod no­sem, wy­cho­dzi­li z sali, i za­uwa­ży­ła, że Evar nie ru­szył się z miej­sca. Spoj­rza­ła na nie­go spod przy­mru­żo­nych po­wiek.

- To samo po­le­ce­nie... ale nie martw się - po­wie­dział, wsta­jąc i od­cho­dząc. - Pój­dę so­bie tam i spró­bu­ję nie pod­słu­chi­wać.

Ty­va­ra ob­ser­wo­wa­ła go z unie­sio­ną z roz­ba­wie­nia brwią, gdy od­da­lał się w kie­run­ku kuch­ni, po czym spoj­rza­ła na Lor­ki­na.

Uśmiech­nął się. Zbyt ła­two było mu się do niej uśmie­chać. Stąd już tyl­ko krok do idio­tycz­ne­go szcze­rze­nia się. Jej ciem­ne dłu­gie wło­sy były czy­ste, a oczy nie były już pod­krą­żo­ne. Za­wsze była po­nęt­na; te­raz wy­glą­da­ła na­wet jesz­cze pięk­niej, niż ją za­pa­mię­tał.

Kie­dy po­dró­żo­wa­li­śmy, było in­a­czej, po­my­ślał. Może by­łem zbyt zmę­czo­ny...

- To chy­ba bę­dzie mu­sia­ło wy­star­czyć - po­wie­dzia­ła ci­cho, roz­pla­ta­jąc za­ło­żo­ne ra­mio­na.

- O czym chcesz po­roz­ma­wiać? - wy­du­sił z sie­bie.

Wes­tchnę­ła, po czym usia­dła i spoj­rza­ła na nie­go tak otwar­cie, że jego ser­ce za­czę­ło bić jak osza­la­łe.

- Co ty kom­bi­nu­jesz, Lor­ki­nie?

Po­czuł się lek­ko roz­cza­ro­wa­ny. Cze­go ja się spo­dzie­wa­łem? Że za­pro­si mnie do swo­je­go po­ko­ju na noc peł­ną... Szyb­ko ode­pchnął od sie­bie tę myśl.

- Gdy­bym coś kom­bi­no­wał, to dla­cze­go miał­bym ci o tym po­wie­dzieć? - od­pa­ro­wał.

Jej oczy za­bły­sły ze zło­ści. Rzu­ci­ła mu ostre spoj­rze­nie, wsta­ła i ru­szy­ła w kie­run­ku drzwi. Ser­ce pod­sko­czy­ło mu z nie­po­ko­ju. Nie mógł po­zwo­lić, żeby tak szyb­ko ode­szła!

- Tyl­ko o to chcia­łaś mnie za­py­tać? - za­wo­łał.

- Tak - od­po­wie­dzia­ła, nie od­wra­ca­jąc się.

- A ja mogę ci za­dać kil­ka py­tań?

Zwol­ni­ła, po czym za­trzy­ma­ła się i spoj­rza­ła na nie­go. Przy­wo­łał ją ge­stem. Z wes­tchnie­niem po­de­szła z po­wro­tem do swo­je­go miej­sca i usia­dła, znów krzy­żu­jąc ra­mio­na.

- W ta­kim ra­zie py­taj - od­par­ła.

Po­chy­lił się ku niej i ści­szył głos.

- Co u cie­bie? Nie wi­dzia­łem cię od mie­się­cy. Co te­raz wy­my­śli­ła dla cie­bie ro­dzi­na Rivy?

Spoj­rza­ła na nie­go w za­my­śle­niu i roz­luź­ni­ła ręce.

- U mnie w po­rząd­ku. Oczy­wi­ście wo­la­ła­bym ro­bić coś po­ży­tecz­ne­go, ale... - Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. - Każą mi pra­co­wać w ka­na­łach.

Twarz Lor­ki­na wy­krzy­wił gry­mas.

- To pew­nie nie za przy­jem­ne i mało in­te­re­su­ją­ce.

- Są­dzą, że to naj­gor­sze, co mo­gli dla mnie wy­my­ślić, ale nie mam nic prze­ciw­ko. Mia­sto po­trze­bu­je usu­wa­nia ście­ków tak samo jak obro­ny, a nie­wol­ni­ko­wi mogą się tra­fić znacz­nie gor­sze za­da­nia. Tyle że to strasz­nie nud­ne. Oba­wiam się, że osza­le­ję tam bez to­wa­rzy­stwa.

- Po­win­naś wpa­dać w od­wie­dzi­ny. Spró­bu­ję za­pew­nić ci tro­chę roz­ryw­ki, ale nie mogę obie­cać, że bę­dzie to coś wię­cej niż głu­pie błę­dy ob­co­kra­jow­ca w nie­zna­nym miej­scu.

Uśmiech­nę­ła się.

- Bar­dzo ci cięż­ko?

Roz­ło­żył ręce.

- Cza­sa­mi. Ale wszy­scy są uprzej­mi i choć nig­dy nie chcia­łem być Uzdro­wi­cie­lem, to przy­najm­niej się do cze­goś przy­da­ję.

Uśmiech znik­nął z jej twa­rzy i po­krę­ci­ła gło­wą.

- Nig­dy bym nie przy­pusz­cza­ła, że wy­ślą cię do Ka­lii, sko­ro chcia­ła two­jej śmier­ci.

- Wie­dzą, że bę­dzie mia­ła na mnie oko.

- A te­raz jesz­cze ją ośmie­szy­łeś - po­wie­dzia­ła.

- Bied­na Ka­lia - od­parł bez cie­nia współ­czu­cia.

- Za­tru­je ci za to ży­cie.

- I tak to robi. - Lor­kin pod­niósł na nią wzrok. - Chy­ba nie spo­dzie­wa­łaś się, że się za­przy­jaź­ni­my?

- Ale my­śla­łam, że je­steś na tyle by­stry, żeby nie da­wać jej po­wo­dów do na­sta­wia­nia in­nych prze­ciw­ko to­bie.

Po­krę­cił gło­wą.

- Trzy­ma­nie się na ubo­czu i uni­ka­nie pro­ble­mów i tak nic mi nie da.

Wpa­try­wa­ła się w nie­go zmru­żo­ny­mi ocza­mi.

- Je­den nie­mą­dry ky­ra­liań­ski dzie­ciak nie zmie­ni Zdraj­ców, Lor­ki­nie.

- Pew­nie nie, je­że­li tego nie chcą - zgo­dził się. - Ale wy­da­je mi się, że jed­nak chcą. Wy­glą­da na to, że w ich pla­nach na przy­szłość zna­la­zło się miej­sce na pew­ne po­waż­ne zmia­ny. Je­stem nie­mą­drym dzie­cia­kiem, Ty­va­ro.

Unio­sła brwi, po czym wsta­ła.

- Mu­szę już iść.

Po­wo­li od­wró­ci­ła się i ode­szła. Pa­trzył na nią z po­żą­da­niem, ma­jąc na­dzie­ję, że jej ob­raz wy­raź­nie za­pi­sze się w jego pa­mię­ci.

- Od­wiedź mnie cza­sem - za­wo­łał za nią.

Od­wró­ci­ła się i uśmiech­nę­ła, ale nic nie po­wie­dzia­ła.

I już jej nie było. Chwi­lę póź­niej męż­czyź­ni za­czę­li wra­cać do po­ko­ju. Lor­kin wes­tchnął, ro­zej­rzał się i zo­ba­czył, że Evar idzie w kie­run­ku sto­łu. Mło­dy mag usiadł z roz­iskrzo­nym spoj­rze­niem.

- Ileż ja bym dał, żeby wsko­czyć z nią pod koc - po­wie­dział ci­cho.

Lor­kin miał ocho­tę spio­ru­no­wać go wzro­kiem.

- Nie tyl­ko ty - od­parł, ma­jąc na­dzie­ję, że chło­pak zro­zu­mie alu­zję.

- Fakt. Więk­szość tu­tej­szych męż­czyzn da­ła­by wszyst­ko za spę­dze­nie z nią nocy - zgo­dził się Evar, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na sło­wa Lor­ki­na - albo pusz­cza­jąc je mimo uszu.

- Ale jest wy­bred­na. Nie lubi się przy­wią­zy­wać. Nie jest go­to­wa.

- Go­to­wa na co?

- Żeby być z męż­czy­zną. Nie chce po­rzu­cić nie­bez­piecz­nych za­jęć. Szpie­go­wa­nia. Za­bi­ja­nia.

- A by­cie z męż­czy­zną w tym prze­szka­dza? Trud­no so­bie wy­obra­zić, że męż­czy­zna mógł­by tu­taj w czym­kol­wiek prze­szko­dzić ko­bie­cie.

Evar wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Nie prze­szka­dza, ale kie­dy ko­biet dłu­go nie ma albo gdy mogą zo­stać za­bi­te, wie­dzą, że męż­czy­znom by­ło­by cięż­ko. A z pew­no­ścią cięż­ko by­ło­by dzie­ciom. - Uniósł brwi. - W za­sa­dzie ostroż­ność Ty­va­ry bie­rze się pew­nie z tego, że jej mat­ka zmar­ła w cza­sie mi­sji, kie­dy była mło­da. Jej oj­ciec był zdru­zgo­ta­ny i Ty­va­ra mu­sia­ła się nim opie­ko­wać. Była... och. Chy­ba już czas.

Lor­kin po­dą­żył za wzro­kiem mło­de­go maga ku wej­ściu do po­ko­ju. Sta­ła tam mło­da ko­bie­ta i wzy­wa­ła go ge­stem. Wy­mie­nił z Eva­rem peł­ne współ­czu­cia spoj­rze­nia.

- Chy­ba masz ra­cję - po­wie­dział. - Po­wo­dze­nia.

- Wza­jem­nie.

Wsta­li i ru­szy­li w kie­run­ku drzwi, Lor­kin przo­dem. Ko­bie­ta zmie­rzy­ła go wzro­kiem i uśmiech­nę­ła się zło­śli­wie. Lor­kin stwier­dził, że sza­co­wa­ła jego po­ten­cjał do przy­spa­rza­nia pro­ble­mów, nie mógł jed­nak po­zbyć się wra­że­nia, że oce­nia­ła go też pod ką­tem bar­dziej re­kre­acyj­nych za­jęć fi­zycz­nych.

- Stół ze­brał się i chce z wami po­roz­ma­wiać. Ty pierw­szy. - Ski­nę­ła na Lor­ki­na. - Chodź za mną.

Szli w mil­cze­niu. Lu­dzie, któ­rych mi­ja­li, pra­wie na nich nie pa­trzy­li, po­twier­dza­jąc wra­że­nie, że nikt po­waż­nie nie trak­tu­je jego wy­pra­wy do ja­skiń twór­czyń ka­mie­ni. W koń­cu zna­leź­li się przy wej­ściu do Kom­na­ty Mów­czyń i za­trzy­ma­li się. Sie­dem ko­biet za­sia­da­ło przy pół­okrą­głym ka­mien­nym sto­le w dru­gim koń­cu sali, ale rzę­dy sie­dzeń dla pu­blicz­no­ści roz­cho­dzą­ce się od nie­go w kształ­cie wa­chla­rza były pu­ste. Lor­kin za­uwa­żył, że - zgod­nie z jego przy­pusz­cze­nia­mi - wy­sa­dza­ny klej­no­ta­mi fo­tel Kró­lo­wej Zdraj­ców był pu­sty. Sę­dzi­wa Kró­lo­wa bra­ła udział wy­łącz­nie w waż­niej­szych ce­re­mo­niach i nie są­dził, by w ogó­le była za­in­te­re­so­wa­na tym po­sie­dze­niem.

Prze­wod­ni­czą­ca Riaya, szczu­pła, wy­glą­da­ją­ca na zmę­czo­ną ko­bie­ta, któ­ra pro­wa­dzi­ła spo­tka­nie, spoj­rza­ła na Lor­ki­na i ski­nę­ła. Opu­ścił Eva­ra i jego prze­wod­nicz­kę, pod­cho­dząc do Mów­czyń. Za­trzy­maw­szy się przed sto­łem, od­wró­cił się w kie­run­ku Riayi.

- Lor­ki­nie - po­wie­dzia­ła. - We­zwa­no cię tu w celu wy­ja­śnie­nia two­jej obec­no­ści w ja­ski­niach twór­czyń ka­mie­ni trzy wie­czo­ry temu. Jaki był jej cel?

- Chcia­łem obej­rzeć klej­no­ty w trak­cie ich doj­rze­wa­nia - od­po­wie­dział.

- To wszyst­ko?

Ski­nął gło­wą.

- Tak.

- Dla­cze­go chcia­łeś je obej­rzeć? - spy­ta­ła jed­na z Mów­czyń.

Od­wró­cił się w jej stro­nę. Mia­ła na imię Yva­li i sym­pa­ty­zo­wa­ła z Ka­lią i frak­cją Zdraj­ców, któ­ra chcia­ła jego śmier­ci za wy­stęp­ki ojca. Jed­nak nie za­wsze sta­ła po ich stro­nie, po­my­ślał.

- Z cie­ka­wo­ści - od­parł. - Tyle mi o nich opo­wia­da­no, o ich pięk­nie i zręcz­no­ści, ja­kiej wy­ma­ga ich wy­twa­rza­nie, że chcia­łem zo­ba­czyć je na wła­sne oczy. Nie wi­dzia­łem wcze­śniej ni­cze­go po­dob­ne­go.

- Czy do­wie­dzia­łeś się wszyst­kie­go, cze­go chcia­łeś się do­wie­dzieć?

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Oczy­wi­ście chciał­bym umieć je two­rzyć, ale nie są­dzi­łem, że na­uczę się tego, wy­łącz­nie je oglą­da­jąc. Evar za­pew­nił mnie, że to nie­moż­li­we, i nie po­szedł­bym tam, gdy­by tego nie zro­bił. Po­dob­nie jak wy sza­nu­je­cie moje pra­wo do ochro­ny cen­nej wie­dzy, któ­rą mi po­wie­rzo­no, ja sza­nu­ję wa­sze pra­wo.

Świet­ne po­su­nię­cie. To po­win­no im przy­po­mnieć o moż­li­wo­ści han­dlu mię­dzy Gil­dią a Zdraj­ca­mi.

Ka­lia zmru­ży­ła oczy i za­ci­snę­ła usta, jed­nak spoj­rze­nia in­nych były ra­czej za­du­ma­ne niż scep­tycz­ne. Prze­bie­ga­jąc wzro­kiem po twa­rzach wszyst­kich ko­biet, za­uwa­żył nie­śmia­ły uśmiech na ustach Sa­va­ry, któ­ry jed­nak znik­nął, gdy tyl­ko ich oczy się spo­tka­ły.

Mów­czy­ni Sa­va­ra była men­tor­ką Ty­va­ry i nie­ofi­cjal­ną li­der­ką frak­cji opo­zy­cyj­nej wo­bec frak­cji Ka­lii. Jej za­da­niem było do­pil­no­wa­nie, by Lor­kin był "po­słusz­ny i po­ży­tecz­ny".

- Dla­cze­go nie po­in­for­mo­wa­łeś ni­ko­go oprócz Eva­ra o swo­im za­mia­rze wy­pra­wy do ja­skiń? - spy­ta­ła.

- Nie wie­dzia­łem, że po­wi­nie­nem to zro­bić.

Unio­sła brwi.

- Ktoś, kto twier­dzi, że two­rze­nie klej­no­tów jest na­szą ta­jem­ni­cą, po­wi­nien być na tyle by­stry, by się do­my­ślić, że na­le­ża­ło­by się z nami skon­sul­to­wać przed wi­zy­tą w ja­ski­niach.

Lek­ko zwie­sił gło­wę.

- Prze­pra­szam. Bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ne zwy­cza­je Azy­lu wciąż są dla mnie nie­co my­lą­ce. Po­sta­ram się le­piej je po­znać i ich prze­strze­gać.

Prych­nę­ła lek­ko, ale nie po­wie­dzia­ła nic wię­cej. Spoj­rza­ła tyl­ko na Prze­wod­ni­czą­cą i po­krę­ci­ła gło­wą. Po­zo­sta­łe Mów­czy­nie rów­nież po­krę­ci­ły gło­wa­mi i, co­kol­wiek to ozna­cza­ło, Prze­wod­ni­czą­ca lek­ko wes­tchnę­ła.

- Po­nie­waż nie zła­ma­łeś żad­ne­go z na­szych praw czy żad­nej za­sa­dy ani nie sprze­ci­wi­łeś się na­ka­zo­wi, nie zo­sta­niesz uka­ra­ny - po­wie­dzia­ła Riaya. - Po czę­ści same po­no­si­my winę za to, że nie prze­wi­dzia­ły­śmy tej sy­tu­acji, mo­że­my jed­nak jej za­po­biec na przy­szłość. Lor­ki­nie - za­mil­kła na mo­ment i ob­rzu­ci­ła go nie­wzru­szo­nym spoj­rze­niem - ni­niej­szym za­bra­nia­my ci zbli­ża­nia się do ja­skiń, chy­ba że za­bie­rze cię tam któ­raś z Mów­czyń lub ich przed­sta­wi­ciel. Czy wy­ra­zi­łam się ja­sno?

Ukło­nił się lek­ko w ty­po­wy dla Ky­ra­lian spo­sób.

- Ab­so­lut­nie.

Ski­nę­ła.

- Mo­żesz odejść.

Od­szedł, zwal­cza­jąc po­ku­sę uśmie­chu, wie­dząc, że każ­dy, kto by to za­uwa­żył, po­my­ślał­by, że ma coś na su­mie­niu - a przy­najm­niej nie trak­tu­je po­waż­nie po­licz­ka, któ­ry wła­śnie mu wy­mie­rzo­no. Na­stęp­nie do sali wszedł Evar. Jego twarz była na­pię­ta z nie­po­ko­ju i Lor­ki­no­wi prze­sta­ło być do śmie­chu.

Gdy się mi­ja­li, ski­nął, ma­jąc na­dzie­ję, że doda Eva­ro­wi otu­chy. Mło­dy mag skrzy­wił się, ale jego wzrok jak­by zła­god­niał w od­po­wie­dzi na gest przy­ja­cie­la. Wy­cho­dząc na ko­ry­tarz, Lor­kin miał lek­kie po­czu­cie winy, że wpa­ko­wał go w kło­po­ty.

Evar wie­dział, co robi, przy­po­mniał so­bie. To był głów­nie jego po­mysł i prze­cież pró­bo­wa­łem wy­bić mu go z gło­wy. Obaj wie­dzie­li­śmy, że je­śli ktoś nas na­kry­je, mimo że nie ła­mie­my żad­ne­go pra­wa, Ka­lia i tak znaj­dzie spo­sób, żeby nas uka­rać.

Po­dej­rze­wał, że mło­dy mag miał swo­je po­wo­dy, by zro­bić coś, co zde­ner­wu­je przy­wód­czy­nie Azy­lu. Z pew­no­ścią cho­dzi­ło o ja­kie­goś ro­dza­ju ze­mstę lub ura­zę. Za każ­dym ra­zem gdy Lor­kin pró­bo­wał się do­wie­dzieć, o co cho­dzi, Evar mam­ro­tał coś o tym, że Zdraj­cy wca­le nie są tacy uczci­wi, na ja­kich wy­glą­da­ją.

Bez wzglę­du na jego mo­ty­wy Lor­kin miał na­dzie­ję, że chło­pak zy­skał upra­gnio­ną sa­tys­fak­cję i nie bę­dzie ża­ło­wał swo­je­go uczyn­ku.

Kie­dy po­wóz z wol­na za­trzy­mał się przed pa­ła­cem Kró­la Sa­cha­ki, Dan­nyl wziął głę­bo­ki wdech i po­wo­li wy­pu­ścił po­wie­trze. Nie­wol­nik otwo­rzył drzwi po­jaz­du i od­su­nął się. Wy­cho­dząc, Dan­nyl przy­sta­nął, by wy­gła­dzić sza­ty, i spoj­rzał na bu­dy­nek.

Miał przed sobą duże skle­pio­ne przej­ście. Bia­łe ścia­ny po obu stro­nach roz­cho­dzi­ły się sze­ro­ki­mi łu­ka­mi. Nad nimi wi­dać było tyl­ko wą­skie zło­te ob­rę­cze płyt­kich ko­puł wień­czą­cych bu­dy­nek.

Dan­nyl wy­pro­sto­wał się, sku­pił wzrok na za­cie­nio­nym ko­ry­ta­rzu i wszedł do środ­ka. Mi­nął nie­ru­cho­mych straż­ni­ków, człon­ków jed­nej z nie­wie­lu klas wol­nej służ­by w Sa­cha­ce. Le­piej, by ochro­ną zaj­mo­wa­li się chęt­ni, lo­jal­ni męż­czyź­ni niż ura­że­ni nie­wol­ni­cy, któ­rych ła­two za­stra­szyć, za­du­mał się Dan­nyl. Straż­ni­cy, któ­rzy mu­sie­li­by rzu­cać się na zie­mię za każ­dym ra­zem, gdy obok prze­cho­dzi wol­ny czło­wiek, nie na wie­le by się zda­li, gdy­by przy­szło do za­trzy­ma­nia na­jeźdź­ców.

Po­dob­nie jak w ty­po­wym sa­cha­kań­skim domu ko­ry­tarz wej­ścio­wy był pro­sty i pro­wa­dził do po­ko­ju go­ścin­ne­go. Tyl­ko ten ko­ry­tarz był na tyle sze­ro­ki, by obok sie­bie mo­gło iść sze­ściu męż­czyzn. Jak twier­dził asha­ki Acha­ti, ścia­ny były wy­drą­żo­ne i były w nich ukry­te otwo­ry umoż­li­wia­ją­ce strze­la­nie do nie­pro­szo­nych go­ści. Dan­nyl nie wi­dział otwo­rów ani klap, po­dej­rze­wał jed­nak, że do roz­miesz­czo­nych wzdłuż ko­ry­ta­rza wnęk, w któ­rych sta­ły pięk­nie zdo­bio­ne dzba­ny, moż­na było wejść i w ra­zie po­trze­by roz­bić ich we­wnętrz­ne ścian­ki. Wy­obra­ża­jąc so­bie ten sce­na­riusz, za­sta­na­wiał się, czy wo­jow­ni­cy we­wnątrz mu­rów ostroż­nie od­sta­wi­li­by na­czy­nia, czy też zwy­czaj­nie ze­pchnę­li­by je z dro­gi.

Ko­lej­ną róż­ni­cą po­mię­dzy skrom­ną sa­cha­kań­ską po­sia­dło­ścią a pa­ła­cem był fakt, że ko­ry­tarz koń­czył się bar­dzo du­żym po­ko­jem. Dan­nyl wszedł do ogrom­nej sali, czu­jąc, jak zim­ne po­wie­trze wy­wo­łu­je u nie­go gę­sią skór­kę. Ścia­ny, pod­ło­ga i licz­ne ko­lum­ny pod­pie­ra­ją­ce skle­pie­nie wy­ko­na­ne były z po­le­ro­wa­ne­go bia­łe­go ka­mie­nia, po­dob­nie jak tron.

Na tro­nie nikt nie sie­dział.

Dan­nyl zwol­nił kro­ku, pod­cho­dząc do ka­mien­ne­go sie­dzi­ska. Pró­bo­wał ukryć kon­ster­na­cję i nie­po­kój zwią­za­ne z nie­obec­no­ścią mo­nar­chy, któ­ry go we­zwał. Jak za­wsze w sali było kil­ku sa­cha­kań­skich męż­czyzn: trzech z nich sta­ło po le­wej stro­nie, je­den zaś po pra­wej. Wszy­scy mie­li na so­bie mi­ster­nie zdo­bio­ne krót­kie kurt­ki, pod nimi zaś pro­ste ko­szu­le i spodnie, czy­li tra­dy­cyj­ny strój sa­cha­kań­ski. Wszy­scy ob­ser­wo­wa­li Dan­ny­la.

W ci­szy i bez­ru­chu dało się sły­szeć od­głos po­wol­nych, pew­nych kro­ków. Uwa­gę wszyst­kich obec­nych przy­ku­ły drzwi po pra­wej stro­nie. Czte­rech Sa­cha­kan skło­ni­ło się głę­bo­ko, gdy mi­nął ich Król Ama­ki­ra. Dan­nyl przy­kląkł na jed­no ko­la­no - był to ky­ra­liań­ski wy­raz sza­cun­ku na­leż­ne­go Kró­lo­wi.

- Wstań, Am­ba­sa­do­rze Dan­ny­lu - po­wie­dział wład­ca.

Dan­nyl wstał.

- Bądź po­zdro­wio­ny, Kró­lu Ama­ki­ro. Po­now­ne we­zwa­nie do pa­ła­cu to praw­dzi­wy za­szczyt.

Spoj­rze­nie sę­dzi­we­go Kró­la było by­stre, a wy­raz twa­rzy sku­pio­ny i roz­ba­wio­ny, jak gdy­by nad czymś się za­sta­na­wiał.

- Chodź ze mną, Am­ba­sa­do­rze. Chciał­bym omó­wić z tobą coś, co le­piej prze­dys­ku­to­wać w wy­god­niej­szym miej­scu.

Król od­wró­cił się i ru­szył w kie­run­ku bocz­ne­go wyj­ścia. Dan­nyl po­dą­żył za nim, trzy­ma­jąc się kil­ka kro­ków w tyle i w bok od mo­nar­chy, po­nie­waż Król nie po­pro­sił go, by szedł obok. Prze­szli ko­ry­ta­rzem i we­szli do mniej­szej sali, do któ­rej drzwi otwo­rzył im straż­nik. Rów­nież i tu ume­blo­wa­nie i de­ko­ra­cje sta­no­wi­ły bar­dziej mi­ster­ną wer­sję ty­po­wych me­bli i ozdób sa­cha­kań­skich. Ta­bo­re­ty były więk­sze i bar­dziej bo­ga­to zdo­bio­ne. Sza­fy były tak duże, że z pew­no­ścią zło­żo­no je już w sali, po­nie­waż drzwi, choć wy­star­cza­ją­co sze­ro­kie dla dwoj­ga idą­cych obok sie­bie osób, były za wą­skie, by moż­na przez nie wno­sić tak ma­syw­ne sprzę­ty. Po­dusz­ki na pod­ło­dze wy­sa­dza­ne były ty­lo­ma klej­no­ta­mi, że Dan­nyl wąt­pił w ich wy­go­dę, po­dej­rze­wa­jąc, że sie­dze­nie na nich mo­gło na­wet po­wo­do­wać uszko­dze­nia szat lub skó­ry.

- To sala au­dien­cyj­na - po­wie­dział Ama­ki­ra. Usiadł na ta­bo­re­cie i wska­zał Dan­ny­lo­wi dru­gi. - Usiądź.

- Jest wspa­nia­ła, wa­sza wy­so­kość - od­po­wie­dział Dan­nyl, przy­glą­da­jąc się dra­pe­riom i cen­nym przed­mio­tom we wnę­kach ścian i w kre­den­sach. - Zna­ko­mi­te przy­kła­dy sa­cha­kań­skiej zręcz­no­ści i kunsz­tu.

- To samo po­wie­dział twój przy­ja­ciel, Am­ba­sa­dor Ely­ne. Szcze­gól­nie po­do­ba­ło mu się szkło.

Po za­sko­cze­niu po­ja­wi­ło się roz­draż­nie­nie. Ja­kim spo­so­bem Tay­end zdo­łał do­stać się na au­dien­cję u Kró­la kil­ka dni po przy­jeź­dzie? To chy­ba pierw­szy Am­ba­sa­dor spo­za Gil­dii, któ­ry ob­jął sta­no­wi­sko w Sa­cha­ce, ja by­łem tyl­ko ko­lej­nym Am­ba­sa­do­rem Gil­dii. Dan­nyl zmu­sił się, by ski­nąć gło­wą, i miał na­dzie­ję, że uda­ło mu się sku­tecz­nie ukryć za­zdrość.

- Am­ba­sa­dor Tay­end uwiel­bia ja­skra­we, pre­cy­zyj­nie wy­ko­na­ne przed­mio­ty.

- Jak mu się po­wo­dzi? Za­do­mo­wił się już?

Dan­nyl wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Za wcze­śnie, by to stwier­dzić, poza tym by­li­śmy tak za­ję­ci, że zdą­ży­li­śmy tyl­ko wy­mie­nić po­zdro­wie­nia.

Król ski­nął gło­wą.

- Oczy­wi­ście. Jest bły­sko­tli­wy i wni­kli­wy. Je­stem pe­wien, że czło­wiek o jego uro­ku i en­tu­zja­zmie zdo­bę­dzie po­pu­lar­ność wśród asha­kich.

- Z pew­no­ścią - spo­koj­nie od­parł Dan­nyl. Przy­po­mniał so­bie roz­mo­wę z Acha­tim pod­czas po­wro­tu z po­ści­gu za Lor­ki­nem: "Bar­dzo sta­ra­my się wie­dzieć, ile się da, o am­ba­sa­do­rach, któ­rych przy­sy­ła nam Gil­dia. A two­je pre­fe­ren­cje to­wa­rzy­skie nie są tak na­praw­dę ta­jem­ni­cą w Imar­di­nie". Król musi wie­dzieć, że Tay­end jest by­łym ko­chan­kiem i to­wa­rzy­szem Dan­ny­la. Po­dob­nie jak Acha­ti. Cie­ka­we, kto jesz­cze o nich wie­dział. Może wszyst­kie wpły­wo­we oso­by w Sa­cha­ce? Je­że­li tak, to wi­docz­nie nie prze­szka­dza­ło im zbyt­nio upodo­ba­nie Tay­en­da do ko­chan­ków płci mę­skiej - był za­sy­py­wa­ny za­pro­sze­nia­mi na obia­dy po­dob­nie jak Dan­nyl po swo­im przy­by­ciu do Sa­cha­ki.

Mimo że Acha­ti peł­nił w sto­sun­ku do Tay­en­da funk­cję do­rad­cy i prze­wod­ni­ka, tak jak nie­gdyś wo­bec Dan­ny­la, za­wsze przy­jeż­dżał wcze­śniej do Domu Gil­dii, aby mo­gli po­świę­cić z Dan­ny­lem tro­chę cza­su na roz­mo­wę. Na­wet gdy do tych roz­mów do­łą­czał Tay­end, Acha­ti zwra­cał uwa­gę głów­nie na Dan­ny­la.

Za to je­stem mu wdzięcz­ny. Choć może mieć też inne po­wo­dy, by pró­bo­wać po­pra­wić mi sa­mo­po­czu­cie po tym, jak zo­sta­łem przy­ćmio­ny przez Tay­en­da. Może chce udo­wod­nić, że jego za­in­te­re­so­wa­nie nie prze­nio­sło się na Tay­en­da. Przy­po­mnieć mi o swo­jej pro­po­zy­cji.

Acha­ti nie py­tał jesz­cze, czy przy­by­cie Am­ba­sa­do­ra Ely­ne ozna­cza­ło, że on i Dan­nyl wró­ci­li do sie­bie. Nie bar­dzo wiem, co po­wie­dzieć, gdy­by spy­tał. Nig­dy nie twier­dzi­łem, że ofi­cjal­nie się roz­sta­li­śmy. Ale gdy już się tu po­ja­wił... to tak się czu­ję. Tay­end nie za­cho­wu­je się, jak­by­śmy byli ra­zem. Po­trak­to­wał to jako pe­wien sy­gnał. A może Tay­end tak samo po­trak­to­wał za­cho­wa­nie Dan­ny­la?

Pierw­szą re­ak­cją na przy­by­cie daw­ne­go ko­chan­ka było roz­draż­nie­nie. Aby je ukryć, Dan­nyl pró­bo­wał za­cho­wy­wać się jak naj­bar­dziej uprzej­mie i for­mal­nie, tak jak po­win­ni od­no­sić się do sie­bie am­ba­sa­do­ro­wie. Tay­end po­szedł za jego przy­kła­dem, przez co Dan­nyl za­czął tę­sk­nić za ich daw­nym dro­cze­niem się i za­ży­ło­ścią. Na­wet je­że­li w ostat­nich la­tach po­wo­do­wa­ły roz­ża­le­nie.

- Moi lu­dzie szu­ka­ją od­po­wied­nie­go za­kwa­te­ro­wa­nia dla Am­ba­sa­do­ra Ely­ne - po­wie­dział Król. - Może to po­trwać kil­ka mie­się­cy. Czy ist­nie­ją ja­kieś po­li­tycz­ne po­wo­dy, któ­re nie po­zwa­la­ją Am­ba­sa­do­ro­wi na chwi­lo­we prze­by­wa­nie w Domu Gil­dii?

Dan­nyl za­sta­no­wił się nad tym i po­krę­cił gło­wą.

- Nie. - Cho­ciaż cza­sa­mi chy­ba chciał­bym, żeby ist­nia­ły...

- Gdy­by tak było, bez wa­ha­nia po­in­for­muj o tym Acha­tie­go. Po­sta­ra się o zmia­nę.

- Dzię­ku­ję.

- Przejdź­my te­raz do spraw, któ­re chciał­bym prze­dys­ku­to­wać, Am­ba­sa­do­rze. - Ob­li­cze Kró­la spo­waż­nia­ło. - Czy są ja­kieś wie­ści od Mi­strza Lor­ki­na?

- Nie, wa­sza wy­so­kość.

- Czy moż­na na­wią­zać z nim kon­takt?

- Wąt­pię. - Dan­nyl chwi­lę za­sta­na­wiał się nad py­ta­niem. - Być może przy współ­pra­cy ze Zdraj­ca­mi. Może nie­wol­ni­cy mo­gli­by prze­ka­zać.

- Nie, nie ufam in­for­ma­cjom prze­ka­zy­wa­nym przez Zdraj­ców. Cho­dzi mi o bez­po­śred­nią ko­mu­ni­ka­cję z Lor­ki­nem.

Dan­nyl po­krę­cił gło­wą.

- Za­cho­wa­nie tego fak­tu w ta­jem­ni­cy by­ło­by nie­moż­li­we. Bez po­mo­cy ze stro­ny Zdraj­ców mogę się z nim skon­tak­to­wać wy­łącz­nie men­tal­nie - a to usły­sze­li­by wszy­scy ma­go­wie.

Król ski­nął gło­wą.

- Znajdź ja­kiś spo­sób. Je­że­li po­trze­bu­jesz po­mo­cy Sa­cha­kan - oczy­wi­ście nie Zdraj­ców - Acha­ti o nią za­dba.

- Do­ce­niam tro­skę o Mi­strza Lor­ki­na - po­wie­dział Dan­nyl. - Prze­ko­nał mnie, że do­łą­czył do nich z wła­snej woli.

- Mimo wszyst­ko chciał­bym, abyś się z nim skon­tak­to­wał - od­parł zde­cy­do­wa­nie Król. Spoj­rzał na Dan­ny­la bez mru­gnię­cia okiem. - Ocze­ku­ję prze­ka­zy­wa­nia wszel­kich in­for­ma­cji na te­mat Zdraj­ców w za­mian za sta­ra­nia pod­ję­te przez mo­ich lu­dzi, by uwol­nić two­je­go by­łe­go asy­sten­ta. Współ­pra­ca mię­dzy na­szy­mi na­ro­da­mi może je­dy­nie przy­nieść obo­pól­ne ko­rzy­ści.

Po ple­cach Dan­ny­la prze­biegł dreszcz. Chce, by Lor­kin dla nie­go szpie­go­wał. Za­cho­wał jed­nak neu­tral­ny wy­raz twa­rzy i ski­nął gło­wą.

- W rze­czy sa­mej.

Niech bę­dzie za­do­wo­lo­ny, ale nie skła­daj mu żad­nych obiet­nic, po­wie­dział so­bie.

- Lor­kin wie­dział, że do­łą­cze­nie do Zdraj­ców może, z po­li­tycz­ne­go punk­tu wi­dze­nia, sta­no­wić pro­blem dla Gil­dii, i za­pro­po­no­wał, aby­śmy ofi­cjal­nie go wy­da­li­li. Oczy­wi­ście Gil­dia od­nio­sła­by się do tego nie­chęt­nie. Nie chcie­li­by­śmy po­dej­mo­wać ta­kiej de­cy­zji w po­śpie­chu, tym bar­dziej je­że­li nie jest to ab­so­lut­nie ko­niecz­ne. Wspo­mi­nam o tym, po­nie­waż... może się oka­zać, że nie bę­dzie­my w sta­nie na­kło­nić go do współ­pra­cy.

- Zdraj­cy dali do zro­zu­mie­nia, że nig­dy nie po­zwo­lą mu na opusz­cze­nie ich sie­dzi­by - po­wie­dział Król. - We­dług mnie to wię­zie­nie. Być może pod przy­mu­sem po­wie­dział, że chęt­nie do nich do­łą­czył. Dzi­wi mnie, że Gil­dia za­mie­rza po­zo­sta­wić tak tę spra­wę.

- Przed spo­tka­niem ze mną Lor­kin skon­tak­to­wał się z mat­ką za po­mo­cą pier­ście­nia z krwa­wym klej­no­tem, aby za­pew­nić ją, że do­łą­czył do nich z wła­snej woli. Nie wy­czu­ła kłam­stwa ani za­gro­że­nia. Po­tem prze­ka­zał mi pier­ścień - do­dał Dan­nyl - że­bym mógł zwró­cić go mat­ce.

- Je­stem za­sko­czo­ny, że mat­ka za­ak­cep­to­wa­ła tę sy­tu­ację.

- Oczy­wi­ście jest za­nie­po­ko­jo­na - ale za­pew­niam, że nie do tego stop­nia, by ru­szyć do Sa­cha­ki, aby spro­wa­dzić go do domu.

Król uśmiech­nął się.

- Szko­da, że nie za­cho­wał pier­ście­nia.

- Po­dej­rze­wam, że nie chciał ry­zy­ko­wać, że Zdraj­cy go znaj­dą, gdy po­sta­no­wią go prze­szu­kać.

Król prze­su­nął się na ta­bo­re­cie.

- Po­sta­raj się na­wią­zać z nim bez­piecz­ną for­mę ko­mu­ni­ka­cji, Am­ba­sa­do­rze.

Dan­nyl ski­nął gło­wą.

- Uczy­nię, co w mo­jej mocy.

- Nie wąt­pię. Nie będę cię dłu­żej za­trzy­my­wał. - Król wstał, a gdy Dan­nyl się pod­niósł, wład­ca ski­nął na nie­go, by szedł obok, kie­dy ru­szy­li w kie­run­ku drzwi. - Taka sy­tu­acja w ogó­le nie po­win­na za­ist­nieć. Po­win­ni­śmy byli prze­wi­dzieć, że Zdraj­cy mogą w pew­nym mo­men­cie za­in­te­re­so­wać się Gil­dią. Cie­szę się jed­nak, że twój asy­stent żyje i nie za­gra­ża mu bez­po­śred­nie nie­bez­pie­czeń­stwo.

- Dzię­ku­ję, wa­sza wy­so­kość. Ja rów­nież się cie­szę.

Do­tar­li do drzwi i wy­szli na ko­ry­tarz.

- Jak ra­dzi so­bie two­ja nowa asy­stent­ka, Mi­strzy­ni Mer­ria?

Dan­nyl uśmiech­nął się po­nu­ro.

- Szyb­ko się przy­sto­so­wu­je. - Już jest znu­dzo­na bra­kiem za­jęć, chciał do­dać Dan­nyl. A może... może ona mi do­ra­dzi, jak skon­tak­to­wać się z Lor­ki­nem.

Król po­krę­cił gło­wą.

- Zde­cy­do­wa­nie od­ra­dzał­bym ko­bie­tę na sta­no­wi­sku asy­sten­ta, bę­dzie mia­ła trud­no­ści w kon­tak­tach z męż­czy­zna­mi w Sa­cha­ce. Jed­nak kie­dyś zda­wa­ło mi się tak­że, że to ko­bie­ta, nie męż­czy­zna, by­ła­by ra­czej ce­lem Zdraj­ców, i oka­za­ło się, że nie mam ra­cji. Mogę się za­tem rów­nież my­lić co do po­wo­dze­nia tu­tej­szych po­czy­nań Mi­strzy­ni Mer­rii.

- Wa­sza wy­so­kość za­pew­ne ma ra­cję we wszyst­kich in­nych kwe­stiach i za­wsze będę ufał jego mą­dro­ści, szcze­gól­nie w spra­wach do­ty­czą­cych Sa­cha­ki. Dla­te­go przy­dzie­lam asy­stent­ce za­da­nia, któ­re nie wy­ma­ga­ją kon­tak­tów z sa­cha­kań­ski­mi męż­czy­zna­mi.

Król za­śmiał się.

- Mą­dry z cie­bie czło­wiek. - Za­trzy­mał się przed wej­ściem do sali tro­no­wej, ge­stem wska­zu­jąc Dan­ny­lo­wi, by sam wszedł do środ­ka. - Do wi­dze­nia, Am­ba­sa­do­rze.

- Spo­tka­nie z wa­szą wy­so­ko­ścią było jak zwy­kle przy­jem­no­ścią i za­szczy­tem. - Dan­nyl ukło­nił się. Kie­dy Król od­szedł, od­wró­cił się i po­now­nie wszedł do wiel­kiej sali.

Przy­najm­niej mam wresz­cie ja­kieś za­ję­cie dla Mer­rii. Choć nie­moż­li­we do wy­ko­na­nia za­da­nie na­wią­za­nia kon­tak­tu z Lor­ki­nem bez współ­pra­cy ze Zdraj­ca­mi jest chy­ba tro­chę okrut­ne. Nie wy­glą­da jed­nak na za­in­te­re­so­wa­ną mo­imi ba­da­nia­mi, poza tym i tak nie mogę wy­słać jej sa­mej do oso­bi­stej bi­blio­te­ki asha­kie­go, by prze­stu­dio­wa­ła jego zbio­ry.

On zresz­tą też nie zo­stał ostat­nio za­pro­szo­ny do żad­nej bi­blio­te­ki. Jego ba­da­nia utknę­ły w mar­twym punk­cie.

So­nea prze­ło­ży­ła kosz z prze­ście­ra­dła­mi na dru­gie bio­dro i na­cią­gnę­ła kap­tur płasz­cza głę­biej na twarz. Mimo że pa­da­ło, a pa­nu­ją­cy w po­wie­trzu chłód prze­po­wia­dał jesz­cze gor­szą po­go­dę, była bar­dzo za­do­wo­lo­na. Może za ja­kiś czas znu­dzi się jej prze­mie­rza­nie mia­sta w prze­bra­niu, na ra­zie jed­nak de­lek­to­wa­ła się wol­no­ścią, jaką da­wał jej ko­stium.

Nie­da­le­ko lecz­ni­cy znaj­do­wał się warsz­tat pra­czy, gdzie zaj­mo­wa­no się więk­szo­ścią rze­czy z lecz­ni­cy. Już dość daw­no za­war­ła tę umo­wę z wła­ści­cie­lem, a od tego cza­su pral­nia kil­ka­krot­nie prze­cho­dzi­ła z rąk do rąk. Pra­nie za­wsze za­no­si­li po­moc­ni­cy z lecz­ni­cy, dla­te­go mało praw­do­po­dob­ne było, że ktoś ją tam roz­po­zna - chy­ba że le­czy­ła któ­rąś z na­po­tka­nych tam osób lub ich ro­dzin.

Po­chy­li­ła się, wcho­dząc przez otwar­te drzwi, i szyb­ko po­sta­wi­ła kosz. Nie mu­sia­ła z ni­kim roz­ma­wiać, a pra­cow­ni­cy byli przy­zwy­cza­je­ni do po­śpie­chu u klien­tów z lecz­ni­cy. Obok znaj­do­wał się sklep ze sło­dy­cza­mi. So­nea wśli­zgnę­ła się do nie­go. Ku­pi­ła pacz­kę drop­sów o sma­ku owo­ców pa­chi i wy­po­wie­dzia­ła ha­sło. Sto­ją­ca za ladą ko­bie­ta w śred­nim wie­ku wska­za­ła jej drzwi do wą­skie­go przej­ścia.

Kil­ka kro­ków da­lej za­pu­ka­ła do ko­lej­nych drzwi. Licz­ba stuk­nięć zo­sta­ła uzgod­nio­na kil­ka ty­go­dni wcze­śniej. Usły­sza­ła od­zew i we­szła do ma­łe­go po­ko­ju prze­dzie­lo­ne­go wą­skim biur­kiem.

- Wi­taj.

Ba­rył­ko­wa­ty męż­czy­zna wstał i ukło­nił się jej, naj­le­piej jak po­tra­fił w tak ma­łym po­miesz­cze­niu.

- Ocze­ku­ją cię.

So­nea ski­nę­ła gło­wą i po­de­szła do bocz­nych drzwi - mu­sia­ła umie­jęt­nie omi­nąć biur­ko, żeby do nich do­trzeć. Otwarł­szy je za po­mo­cą ma­gii, we­szła na scho­dy i za­mknę­ła za sobą drzwi, do­dat­ko­wo za­bez­pie­cza­jąc je ma­gicz­ną ba­rie­rą.

Męż­czy­zna, któ­re­go za­sta­ła w po­ko­iku, pra­co­wał dla Cery'ego. O ile było jej wia­do­mo, był mę­żem ko­bie­ty ze skle­pu ze sło­dy­cza­mi i zaj­mo­wał się ścią­ga­niem dłu­gów. Zszedł­szy wą­ski­mi scho­da­mi, So­nea we­szła do nie­wie­le więk­sze­go po­miesz­cze­nia, w któ­rym sta­ły tyl­ko dwa krze­sła. Na jed­nym sie­dział Cery, Gol i Anyi sta­li obok dru­gie­go, któ­re po­zo­sta­ło pu­ste.

So­nea zdję­ła kap­tur i uśmiech­nę­ła się do sta­re­go przy­ja­cie­la i jego ochro­nia­rzy.

- Cery. Gol. Anyi. Jak się ma­cie? Z cze­go się cie­szysz, Cery?

Cery za­chi­cho­tał.

- Za­wsze miło zo­ba­czyć cię w czymś in­nym niż te czar­ne sza­ty.

Zi­gno­ro­wa­ła go i spoj­rza­ła na Anyi i Gola. Obo­je wzru­szy­li ra­mio­na­mi. Wy­glą­da­li na lek­ko zmar­z­nię­tych. W po­ko­ju pa­no­wał chłód. Za­czerp­nę­ła odro­bi­nę ma­gii i prze­kształ­ci­ła ją w cie­pło. Obo­je zmarsz­czy­li brwi, ro­zej­rze­li się i w za­my­śle­niu spoj­rze­li na So­neę. Ta zaś uśmiech­nę­ła się i usia­dła.

- Mam na­dzie­ję, że masz ja­kieś po­my­sły na pod­pusz­cze­nie Skel­li­na, żeby ujaw­nił, jak da­le­ko jest od Imar­di­nu - po­wie­dzia­ła, pa­trząc na Cery'ego. - Bo ja nie mam.

Po­krę­cił gło­wą.

- Żad­nych, któ­re nie wy­ma­ga­ły­by kon­tak­tu z ludź­mi, któ­rym nie mogę ufać, albo któ­re nie na­ra­ża­ły­by ży­cia zbyt wie­lu osób. Stra­ci­łem za dużo sprzy­mie­rzeń­ców. Na­wet moi sta­li part­ne­rzy w in­te­re­sach wy­ko­rzy­stu­ją moje kło­po­ty. Gol do­stał kil­ka ofert pra­cy.

- Ja też - po­wie­dzia­ła Anyi. - Dziś po po­łu­dniu. Wła­ści­wie pod­su­nę­ło mi to pe­wien po­mysł.

Wszy­scy od­wró­ci­li się w jej stro­nę. Cór­ka Cery'ego wy­glą­da­ła zbyt mło­do jak na ochro­nia­rza. Jed­nak w dzi­siej­szych cza­sach koń­czą­cy na­ukę no­wi­cju­sze za­zwy­czaj wy­glą­da­li, zda­niem So­nei, zbyt mło­do, by trak­to­wać ich jak od­po­wie­dzial­nych do­ro­słych.

- Mów - od­parł Cery.

- A gdy­bym przy­ję­ła taką pro­po­zy­cję? - po­wie­dzia­ła z bły­skiem w oku Anyi. - Gdy­bym na przy­kład uda­wa­ła, że mam dość pra­cy dla cie­bie i że po­sta­no­wi­łam nie pra­co­wać dla mniej wpły­wo­wych Zło­dziei w mie­ście? Mo­gła­bym przy­jąć pra­cę i być two­im szpie­giem.

Cery wpa­try­wał się w cór­kę. Jego twarz ani drgnę­ła, ale So­nea do­strze­gła sub­tel­ne zmia­ny w jej wy­ra­zie: prze­ra­że­nie, strach, ostroż­ność, do­my­sły, po­czu­cie winy.

- Nig­dy nie za­ufa­li­by ci na tyle, że­byś do­sta­ła się w miej­sce, gdzie do­wiesz się cze­goś po­ży­tecz­ne­go - po­wie­dział.

Dla­cze­go po pro­stu nie po­wie "nie", za­sta­na­wia­ła się So­nea. Kie­dy jed­nak Gol spoj­rzał na Cery'ego, jego mina była peł­na nie­po­ko­ju. Wie, że Cery musi za­cho­wać ostroż­ność. Może gdy­by sta­now­czo od­mó­wił, Anyi by mu się prze­ciw­sta­wi­ła. Tak jak cza­sa­mi Lor­kin sprze­ci­wiał się So­nei.

Anyi uśmiech­nę­ła się.

- Za­ufa­ją mi, je­śli cię zdra­dzę - po­wie­dzia­ła. - Mo­gła­bym na przy­kład po­wie­dzieć ko­muś, gdzie cię zna­leźć. Oczy­wi­ście wie­dział­byś o tym i mógł­byś przy­go­to­wać się na uciecz­kę.

Cery po­ki­wał gło­wą.

- Za­sta­no­wię się nad tym. - Spoj­rzał na So­neę. - Ja­kieś wie­ści od Lo­ran­dry?

Skrzy­wi­ła się na myśl o prze­trzy­my­wa­nej w Ko­pu­le mat­ce Skel­li­na.

- Nie­któ­rym ze Star­szych Ma­gów nie po­do­ba się to, że z nią roz­ma­wiam. Po­dej­rze­wam, że Ad­mi­ni­stra­tor Osen zga­dza się na to tyl­ko dla­te­go, że w jego od­czu­ciu to okrut­ne, że nikt nie za­mie­ni z nią ani sło­wa. Kal­len po­wie­dział, że ona nie wie, gdzie jest Skel­lin, więc nie ro­zu­mie­ją, dla­cze­go mia­ła­bym ją prze­słu­chi­wać. Nie do­cie­ra do nich, że czy­ta­nie my­śli ma swo­je gra­ni­ce i że być może uda jej się od­gad­nąć, gdzie jest jej syn, je­śli zo­sta­nie od­po­wied­nio spro­wo­ko­wa­na. Wąt­pię, że kie­dy­kol­wiek po­zwo­lą mi prze­czy­tać jej my­śli. - Po­krę­ci­ła gło­wą. - Cią­gle z nią roz­ma­wiam. A ona nic nie mówi.

- Nie prze­sta­waj - po­ra­dził Cery. - Na­wet je­śli czu­jesz się głu­pio, za­da­jąc w kół­ko te same py­ta­nia. W ten spo­sób może jej się to znu­dzić.

So­nea wes­tchnę­ła i przy­tak­nę­ła.

- Chy­ba że naj­pierw mnie się znu­dzi.

Uśmiech­nął się po­nu­ro.

- Nikt nie po­wie­dział, że prze­słu­chi­wa­nie jest ła­twe. Cho­ciaż to nie ty je­steś wię­zio­na. Musi mieć dość sie­dze­nia w za­mknię­tej ka­mien­nej sali tak dłu­go.

- Nie mamy zbyt wiel­kie­go wy­bo­ru. Krą­żą po­gło­ski o bu­do­wie wię­zie­nia na te­re­nie Gil­dii, ale to za­ję­ło­by kil­ka mie­się­cy.

- Dla­cze­go po pro­stu nie za­blo­ku­ją jej mocy?

- Z tego sa­me­go po­wo­du, dla któ­re­go nie chcą prze­czy­tać jej my­śli. Mo­gło­by to ob­ra­zić jej lud.

Cery uniósł brwi.

- Zła­ma­ła pra­wo na­sze­go kra­ju i spi­sko­wa­ła z sy­nem nad prze­ję­ciem miej­skie­go pół­świat­ka i znie­wo­le­niem ma­gów. Gil­dia przej­mu­je się, że ob­ra­zi jej lud?

- Tak, to nie­do­rzecz­ne. Oba­wiam się jed­nak, że bę­dzie jesz­cze mniej skłon­na do współ­pra­cy, je­śli za­blo­ku­je­my jej moce.

- A może bę­dzie bar­dziej skłon­na, je­śli za­pro­po­nu­je­cie, że póź­niej zdej­mie­cie blo­ka­dę.

So­nea kar­cą­co spoj­rza­ła na Cery'ego.

- Mam ją okła­mać?

Cery przy­tak­nął.

- Je­ste­ście prze­czu­le­ni w tej Gil­dii - po­wie­dzia­ła Anyi. - By­ło­by znacz­nie ła­twiej, gdy­by­ście mniej przej­mo­wa­li się za­sa­da­mi i okła­my­wa­niem wro­gów albo tym, że ko­goś znie­wa­ży­cie.

- Tak jak­by ży­cie Zło­dzie­ja było inne - za­uwa­ży­ła So­nea.

Anyi za­mil­kła.

- Pew­nie masz ra­cję, ale wa­sze za­sa­dy zmu­sza­ją was do tej cią­głej pie­kiel­nej uprzej­mo­ści. Po Zło­dzie­ju nikt się tego nie spo­dzie­wa.

- To fakt. - So­nea uśmiech­nę­ła się. - Ale czy we­dług cie­bie w Kra­inach Sprzy­mie­rzo­nych nie by­ło­by in­a­czej, gdy­by ma­gów nie zmu­sza­no do uprzej­mo­ści?

Anyi zmarsz­czy­ła brwi, otwo­rzy­ła usta, po czym z po­wro­tem je za­mknę­ła.

- Przy­szło mi do gło­wy sło­wo "Sa­cha­ka" - mruk­nął Gol.

Dziew­czy­na kiw­nę­ła gło­wą.

- Ro­zu­miem. Ale może cza­sem trze­ba so­bie od­pu­ścić uprzej­mość, żeby unik­nąć cze­goś na­praw­dę nie­przy­jem­ne­go. Jak prze­ję­cie kon­tro­li nad mia­stem przez Skel­li­na.

Anyi spoj­rza­ła na So­neę z wy­cze­ki­wa­niem. So­nea stłu­mi­ła wes­tchnie­nie. Ma ra­cję. Po­pa­trzy­ła na Cery'ego.

- Po­roz­ma­wiam z nią jesz­cze - obie­ca­ła. - Ale nie będę kła­mać, chy­ba że nie bę­dzie in­ne­go wyj­ścia. Na­wet nie­wiel­kie oszu­stwo może mieć w przy­szło­ści pa­skud­ne kon­se­kwen­cje.