Oczywiście dojdzie do wojny.
Trzaśnięcie wyciąganego korka. Woń nalewanego płynu była ostra, z silną nutą żelaza, tak zbliżona do krwi, że Rao mógł jedynie odwrócić twarz i wbić spojrzenie w jedną z lamp wiszących na ścianie. Płomień w jej wnętrzu migotał na pomarańczowo i żółto.
Płomień mógł stać się niebieski, jeśli palił się wystarczająco gorąco. Rao teraz to wiedział.
Milczał, gdy rozlegał się pomruk jednego głosu, a później następnego. Wojna, tak. Będzie wojna. Ahiranyjczycy wysłali przecież skrytobójczynię, żeby zamordowała świętą cesarzową Paridźatdwipy. Należało dokonać zemsty. Nie - należało wymierzyć sprawiedliwość. Ahiranyjczycy znowu poznają siłę Paridźatdwipy.
Skrytobójczyni. To słowo dziwnie grzechotało w głowie Rao.
Prija ocaliła ich wszystkich nad rzeką Weri. Walczyła dla nich, niemal zginęła dla nich. Osobiście wywlókł jej przerośnięte kwiatami ciało z wody. Bez niej cesarzowa nie zdobyłaby tronu.
Ale nie można było zaprzeczać, że ostatecznie to ona pchnęła Malini nożem.
- ...nieprzeniknione granice - pomrukiwał inny mężczyzna. Rao obrócił głowę, podążając za głosem. Jeden ze Srugnytów. Rao nie rozpoznawał go i nie zależało mu na tym, ale bez zainteresowania rejestrował pot na jego czole i napięte szczęki, bo chciał czymś zająć głowę, żeby nie myśleć nieustannie o płomieniu. - Posłaliśmy wojowników do Ahiranji, ale pożarły ich drzewa. Zupełnie jakby były zębami w paszczy bestii. Nie uwierzycie mi, bracia, ale gdyby kazano mi wybierać pomiędzy szczękami tygrysa i ahiranyjskim lasem... - Pokręcił głową. - Wybrałbym tygrysa - zakończył ciężko.
Wierzę, pomyślał Rao. Na własne oczy widział, jak wygląda ahiranyjski las. Widział, co butwienie potrafi zrobić z ciałem.
Nie odezwał się. Otaczający go szlachcice wiercili się niespokojnie na poduszkach. Znowu rozległo się puknięcie korka, gdy otwierano i rozlewano kolejny trunek.
Żałoba oznaczała brak alkoholu, hazardu i seksu aż do zakończenia obrzędu. Cesarzowa i jej dwór lojalnych kobiet wciąż modliły się przy dymiących kwiatowych popiołach. Nie poszedł na pogrzeb, bo wolałby wyłupić sobie oczy, niż patrzeć na pusty stos płonący na cześć Aditji, ale słyszał bujne opisy szlachetnego nieszczęścia Malini, gdy klęczała przy kwiatach, jej poszarzałej twarzy, białego żałobnego stroju o barwie kości wyblakłych na słońcu. Idealna żałobniczka. Trzeba było ją przekonywać, żeby cokolwiek zjadła.
A jednak jej mężczyźni siedzieli właśnie w ciemnej sali z zasłoniętymi okiennicami, z zaciągniętymi kotarami i płonącymi świecami, wychlewali najwspanialsze trunki w Paridźacie i nażerali się do syta, rozważając czekającą ich zgubę.
- Kapłani twierdzą, że jakszowie wrócą - rzekł młody paridźacki szlachcic. Głos mu lekko drżał.
Rozległ się szmer niepokoju. Jeden z mężczyzn roześmiał się.
- Niemożliwe - stwierdził.
- Jeśli kapłani tak mówią, to musi się tak stać - powiedział inny. Rozległa się fala sprzeciwów.
Jakszowie wracają, pomyślał Rao. Sam widział, jak odcięta ręka jakszy, relikt z Epoki Kwiatów, rozkwitła nowym życiem. Ujrzał w sadzawce wizję zesłaną przez bezimiennego boga. Nadejście. Nieuniknione nadejście.
Widział też oczy Aditji, gdy pokazał mu odciętą rękę. Widział chwilę, w której Aditja dokonał wyboru, gdy zdecydował, że bezimienny ma dla niego cel, że nadeszła pora spłonąć...
Rao wstał nagle, przewracając przy tym kubek z winem. Mężczyzna obok niego zaklął, gdy trunek rozlał mu się na kolana.
- Przepraszam - rzucił krótko Rao. Mężczyzna otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale gdy napotkał wzrok Rao, gwałtownie zamknął je z powrotem.
Rao odwrócił się i opuścił salę. Nikt nie próbował go powstrzymać.
Przez wiele dni Rao był opętany przez mglistą, lecz palącą potrzebę, żeby zniknąć w anonimowości domu uciech i zatonąć w kadzi taniego wina w otoczeniu nieznajomych. Jednak czas, który spędził wśród innych szlachciców, pokazał mu wyraźnie, że nie nadaje się do przebywania wśród ludzi.
Nie przeszkadzało mu to. Zadowoli się własnym towarzystwem. Przekupił jednego ze strażników, żeby ten dał mu trunek, i poszedł dalej.
Kilka pawilonów nakrytych niskimi dachami wychodziło na ogród z lotosowymi sadzawkami. Wspiął się na najniższy z nich, podciągając się jedną ręką, bo drugą przyciskał do ciała trzy butelki arraku - swojego najmniej ulubionego napitku. Gdy tylko jego nogi spoczęły na solidnych łupkowych płytkach, otworzył flaszkę i przyłożył szyjkę do ust. Palący, gorzki płyn uderzył go w podniebienie. Przełknął szybko, pozwalając, żeby rozlał się po nim płomień.
Miał ochotę pić, aż przestanie czuć swoje ciało, aż stanie się pustą, szumiącą, targaną mdłościami skorupą człowieka, z której wybrano cały smutek.
Kolejny łyk. I drugi, i trzeci. Odchylił się, oparł na łokciach i wpatrywał w Harsinghar.
Z tego miejsca miasto zdawało się niczym nocne niebo ułożone na ziemi, ciemne i bezkształtne, tu i ówdzie upstrzone światełkami. Wyglądało niemal spokojnie. Nie widział stąd żałobników, wciąż płaczących i modlących się pod murami mahalu. Nie docierały też do niego ich odgłosy. Ulgą było nie słyszeć niczego oprócz wiatru, nie czuć niczego poza alkoholem i ostrymi uszczypnięciami nocnego powietrza na twarzy obróconej ku niebu.
No ale skoro wciąż czuł twarz, to czekało go dalsze picie.
Zatem pił więcej, aż nawet mrok złagodniał. Kiedy usłyszał stukot i poczuł kamień uderzający go mocno w nogę, zaklął w zaskoczeniu i butelka wyślizgnęła mu się z osłabionego pijaństwem chwytu. Przekręciła się, rozlewając arrak, jaki w niej pozostał, a nie było go wiele.
- Rao? - zawołał ktoś. - To ja.
- Lata? - Podniósł się do pozycji siedzącej. - Dlaczego we mnie rzucasz? Właź tu.
- Nie zdołam się tam wspiąć - odparła głosem, który w ciemności wydawał się cichy i odległy. - Już próbowałam. Nie słyszałeś mnie?
- Nie - odrzekł, czy raczej wybełkotał. - Ale już sporo wypiłem. Zszedłbym do ciebie, ale pewnie skręciłbym sobie kark.
Nie musiał jej słyszeć, by wiedzieć, że westchnęła i pokręciła głową, że jej czoło przecięły lekkie zmarszczki, bo właśnie tak wyglądała, gdy zatracała się w myślach lub była rozdrażniona.
- Nie widziałam cię na pogrzebie - powiedziała.
Ukłucie bólu rozdarło mu pierś. Pogrzeb.
- Malini zauważyła? - spytał.
- Nie. Cesarzowa miała... myśli pochłonięte czymś innym.
Słyszał w głosie Laty nutę troski. Malini nie zdarzało się czegokolwiek przegapiać, ale śmierć Aditji i działania Prii zmieniły ją. "Jest zraniona" - powiedziała kiedyś do niego Lata. "Nie tylko na ciele. Gdzieś w głębi siebie, gdzie nie zdoła jej uleczyć żaden lekarz".
Rao zrozumiał wtedy. Wiedział, jak to jest.
- Dobrze - powiedział. Pomyślał, żeby otworzyć kolejną butelkę, ale wezbrało w nim coś na kształt paniki. Drżały mu ręce. - Powinienem był przyjść. Ale ja... Lato, nie musiałem patrzeć, jak Aditja płonie. Ja już...
- Rao - odparła niewyraźnie - wiem.
Nagle poczuł znużenie, że nie widzi jej twarzy, że tkwi sam na tym dachu z ohydnym trunkiem, którego nawet nie lubił. Zsunął się na skraj i zeskoczył. Przewrócił się, lądując łokciami na kamieniu, z twarzą przyciśniętą do ziemi. Patrzył, jak Lata spieszy ku niemu, jak jej sari muska trawę niebieskim cieniem. Chwyciła go za ramię.
- Wstawaj - rzekła. - Co piłeś?
- Arrak.
Kolejne westchnienie.
- Zdołasz wstać czy muszę szukać strażników, żeby mi pomogli?
Nalegał, że sam się podniesie, i wspólnie udało im się postawić go na nogi. Oparł się na jej ramieniu i we dwoje ruszyli chwiejnie przez lotosowy ogród w kierunku korytarzy mahalu.
- Jesteś dla mnie za ciężki - stwierdziła po kilku minutach. - Oprzyj się raczej o ścianę.
- Powinnaś była wrzucić mnie do sadzawki - mruknął, puszczając ją i chwytając się kinkietu. - Wtedy bym się obudził.
- Albo utopił.
To nie byłoby takie złe, pomyślał. Ale, dzięki bezimiennemu, miał dość rozsądku, żeby nie powiedzieć tego na głos.
Drzwi prowadzące do korytarzy mahalu były zwykle zasłonięte kosztownymi jedwabnymi kotarami w kolorach pawiej zieleni i lśniącego błękitu, ponaszywanymi klejnotami i haftowanymi srebrną nicią. Jego otumanione oczy potrzebowały chwili, żeby zarejestrować, że teraz wszystkie zostały zastąpione prostymi białymi tkaninami, które zwisały ciężko, zbyt grube, żeby wydymać się pod łagodnym nocnym wietrzykiem. Chwycił jedną z nich. Poczuł jej wagę.
- Czy myślisz - usłyszał swój głos, jakby dobiegał z oddali - że ktokolwiek naprawdę go opłakuje?
- Oczywiście - odparła Lata gdzieś za nim. - Cesarzowa na pewno.
Przełknął ślinę, czując w gardle niewyjaśniony ból. Mocniej ścisnął tkaninę.
- Tak. Ona na pewno.
Poczuł dłoń Laty na swoim barku. Lekki dotyk. A później z mroku przed nimi dobiegł męski głos:
- Książę Rao. - Rozległ się odgłos ciężkich kroków. - Ja...
Głos urwał się, gdy mężczyzna wkroczył w światło lampy. Romesz był jednym z ludzi niskiego księcia Aśutosza. Wysoki kołnierz i długie rękawy tuniki ozdobionej znakami lennymi Aśutosza skrywały liście butwienia wyrastające na jego rękach i szyi. Przesunął wzrok od Laty do Rao - od doradczyni cesarzowej do jednego z jej generałów - po czym skłonił się.
- Odejdę - rzekł.
- Nie - odparła Lata. - Proszę, przejmij go. Obawiam się, że zbyt wiele wypił. - Odsunęła się od Rao i szybko przeszła na bok. - Zabierz go do jego komnat - ponagliła. - Książę Rao musi odpocząć. Cesarzowa wkrótce będzie go potrzebowała. Jest wiele do zrobienia.
Do zrobienia. Pomyślał, że wojna rzeczywiście sporo wymaga.
Romesz skinął głową i z szacunkiem wziął Rao pod rękę. Szli długą chwilę w milczeniu.
Wprawdzie Rao jeszcze nie zaczęło się przejaśniać w myślach, ale najgorsze zawroty głowy już ustępowały.
- Szukałeś mnie - powiedział w końcu.
- Może gdy będziesz mniej zamroczony, mój lordzie - rzekł opryskliwie Romesz.
- Chcesz ze mną rozmawiać? Lepszej chwili nie znajdziesz. Teraz jesteśmy sami. - Cisza. Jedynie ich kroki i trzask płomieni w lampach. - Jesteś nerwowy - zauważył Rao. - Odszukałeś mnie. Więc mów. Powiedz mi, czego chcesz.
Obrócił głowę i światła wokół zamgliły się. Romesz miał napięte szczęki, a na jego twarzy widniała wewnętrzna walka.
- Ta Ahiranyjka - odezwał się. - Ta dobra. Jest twoją więźniarką?
Rao potrzebował długiej chwili, żeby zrozumieć, o co chodzi. Ta dobra.
- Sima?
Romesz skinął krótko głową.
- Ja i inni... Chcemy wiedzieć, co z nią.
- Nie sprawiała problemów.
Istotnie nie sprawiała. Przez całą wojnę była stanowcza i zdeterminowana. Weszła w głęboką, pełną trupów wodę, żeby uratować Priję. Ale od tamtego czasu, od tamtego wszystkiego, była przygaszona i milcząca. Gdy Rao zorganizował jej bezpieczną kwaterę i obiecał, że nic się jej nie stanie, jedynie przytaknęła i wymamrotała podziękowania, po czym obróciła się twarzą do ściany.
A Rao... po prostu jej pozwolił.
- Dowiodła, że jest godna zaufania - mruknął Romesz. - Dobrze spisywała się na wojnie. Walczyła dzielnie. Mój lordzie, jeśli mogę mówić otwarcie... Ona nie jest odpowiedzialna za działania tamtej drugiej. - Zamilkł na chwilę, po czym dodał niemal z wahaniem: - Lubiłem je obie. Ale tamta... dokonała wyboru.
Wszyscy wiedzieli, co uczyniła Prija. Ciernisty nóż. Martwy kapłan. Kamień pokruszony przez kwiaty i Malini ściskająca się za zakrwawioną pierś, łkająca, gdy krew przesączała jej się przez palce.
- Sima jest bezpieczna - powiedział Rao. - Bezpieczna i dobrze traktowana. Przysiągłem ją chronić. Trwam przy tym. Możesz powiedzieć swoim ludziom, że złożyłem obietnicę, której nie złamię.
Gdy znalazł się w swoich komnatach, zmusił się do wypicia odrobiny wody. Zdołał przełknąć tylko kilka łyków.
Miał spierzchnięty język i w ustach czuł paskudny smak. Zaczęły go piec oczy. Potarł je, ale pieczenie stało się tylko silniejsze.
Nie zdoła tej nocy wypocząć. Nie po pogrzebie Aditji. Nie po tym, jak spłonął pusty stos. Nie, gdy jedynym, co potrafił pamiętać, był Aditja spoglądający na niego ze łzami lśniącymi w oczach.
"Czym jest gwiazda?"
Aditja, po którego skórze wspinają się płomienie. Aditja w rękach Rao, a później już poza nimi.
"Odległym ogniem..."
Szedł, zanim jeszcze świadomie się na to zdecydował. Kroczył teraz pewniej. Przynajmniej na tyle, by posuwać się względnie po prostej. Korytarze, migoczące światła, twarze pokojówek pochylających się w pokłonie, a potem...
- Wpuśćcie mnie - polecił, a żołnierze pilnujący kwater Simy odsunęli się na bok i otworzyli drzwi.
Sima zerwała się na równe nogi, gdy wkroczył. Wcześniej siedziała na rozrzuconych na podłodze poduszkach, ale wyprostowała się szybko, ściskając coś w dłoniach. Za jej plecami wisiało wielkie srebrzyste lustro, w którym dostrzegał własne odbicie - chwiejną, niematerialną postać - oraz linie jej pleców napięte w gotowości do działania.
Napotkała jego wzrok. Upuściła to, co trzymała.
- Przepraszam - powiedział. - Nie wiem, dlaczego zjawiam się tu tak... późno. Powinienem był wiedzieć, żeby nie przychodzić. Nie robić tego. To był nóż?
Nie powinna mieć dostępu do broni. Choć Lata poprosiła go, żeby zatroszczył się o cudzoziemkę, musiał negocjować z innymi doradcami Malini, żeby przydzielili mu opiekę nad nią. "Ahiranyjska więźniarka nie może posiadać broni. Ahiranyjska więźniarka nie może opuszczać swoich komnat. Jeśli ahiranyjska więźniarka zdecyduje się złamać zasady swojego uwięzienia, wówczas karą musi być śmierć".
- Nie - odparła po chwili chrapliwie. - To tylko gliniana miska.
Rao spuścił wzrok. Odłamek był ostry. Na tyle ostry, żeby dało się nim ciąć.
- Tylko miska - zgodził się powoli.
Sima nie przestawała się w niego wpatrywać. Nie pytała go, dlaczego przyszedł, ale potrafił odczytać to pytanie z jej twarzy.
- Przepraszam - powiedział nagle - że nie dopilnowałem, by warunki twojego uwięzienia były znośniejsze. I przepraszam... - Urwał, nie znajdując odpowiednich słów.
- To nie twoja wina - odparła cicho. - Prija podjęła decyzję. Ja również.
Wciąż nie umiał do końca uwierzyć, że właśnie to wybrała Sima: rozstanie z Priją. Że stanęła po stronie Paridźatdwipy, nawet jeśli oznaczało to uwięzienie i podejrzenia. Gdyby nie Lata, Sima mogłaby zginąć. Zresztą sam widział Simę i Priję razem. Walczyły za siebie nawzajem. Niemal umarły za siebie. Jak zdołałyby rozerwać więź tak gwałtownie, tak całkowicie?
Potarł bolące, piekące oczy.
- Postaram się bardziej - obiecał. - Tu, w Harsingharze, są ludzie, którzy się o ciebie troszczą, Simo. Nie jesteś otoczona przez wrogów. Czy też... nie tylko przez wrogów. A jeśli... chcesz towarzystwa przyjaciół... Albo jeśli...
Chwiał się. Kiedy to się zaczęło?
- Rao! - zawołała Sima. Gdy załamywały się pod nim kolana, ledwo był świadom, że jej wargi się poruszają.
Zanim pochłonął go mrok, usłyszał odgłos gwałtownie otwierających się drzwi.
Sen.
Nie. Nie sen. Wiedział to. Dostrzegał to już wcześniej w ciemnej wodzie. W oczach Aditji.
Wizja.
Otaczała go pustka. Ciemna, rozległa i ciekła. Która potem rozkwitła.
Góry. Biały śnieg. Rozcięcie w skale, rana brocząca krwią barwy wodnej głębiny.
Nadejście. Nieuniknione nadejście.
Mężczyzna trzymający jego dłoń. Aditja uśmiechający się, choć płakał.
Rao, Rao...
Otworzył oczy.
Obraz przez chwilę kołysał mu się przed oczyma, a potem uspokoił się. Dwaj żołnierze mocno trzymali Simę za ramiona.
- Puśćcie ją - wykrztusił. Jego słowa były chrapliwe i niewyraźne, ale żołnierze zrozumieli i uwolnili kobietę. Zmusił się do podparcia na dłoniach, na kolanach. Całe jego ciało drżało od boskiej fali. - Nie pomyśleliście... że lekarz... bardziej by mi się przydał. Niż... - Wskazał w kierunku Simy, która ze ściągniętą twarzą rozmasowywała sobie ramiona.
- Przepraszam, lordzie - mruknął jeden z żołnierzy, wyglądając na właściwie zażenowanego. Drugi wymykał się już z pokoju, zapewne po to, by poszukać jakiejś rzeczywistej pomocy. Rao niemal zawołał, żeby wezwać go z powrotem. Wizja nie była chorobą. Żadne lekarstwo nie mogło jej wyleczyć.
Ale gdy zdołał stanąć na kolanach, usłyszał, jak Sima szepcze jego imię.
Popatrzył na jej poszarzałą twarz, w jej przerażone oczy. Nie mogąc już dłużej znieść jej spojrzenia, przesunął wzrok dalej.
Napotkał własne spojrzenie w lustrze.
Jego oczy, widoczne w srebrzystym szkle, były splamione płomiennym złotem.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.