Z. Casanowie Lutosławskiej w dowód
szczerej admiracji i głębokiej przyjaźni. Był zwykły dzień sierpniowy.
I chociaż nie biły odpustowe dzwony, a nawet kościoły
stały pozamykane, już od samego rana zapanowało na całem pobrzeżu
jakby uroczyste święto, gdyż tysiące olbrzymich, żółto-czerwonych
afiszów, niby nieprzeliczone stado ptactwa, spadło na wioski, góry
i miasteczka, rozgłaszając ze wszystkich murów i domów, ze
wszystkich drzew przydrożnych i z tablic, wynoszących się z pól
zielonych, ze skał nawet i urwisk, że w nowej, wspaniałej "Plaza de
Toros w S. Sebastian" odbędzie się:
"Seis grandes corridas de Toros".
Więc jeszcze przed południem tego uroczystego dnia, we
wszystkich miastach i wioskach, zamykano pośpiesznie sklepy,
rzucano roboty w polach i szykowano się gorączkowo do drogi, nie
bacząc na coraz większą spiekotę.
Upał był straszliwy.
Po niebie, rozpalonem do białości, toczyło się słońce w
rozwichrzonych kołtunach płomieni.
Rozprażone powietrze wrzało falami oślepiających blasków,
jakby szkliwem roztopionem.
Ognisty, suchy i duszący pył zapierał piersi.
Parzyła spieczona ziemia, parzyło powietrze, parzyły mury,
a nawet cienie parzyły, niby blachy, zrudziałe w pożodze.
Pastwiska leżały puste i spalone, strumienie wyschły, że
po zboczach gór, wśród drzew pomdlałych w spiekocie, bieliły się
suche, spragnione gardziele łożysk.
Cała dolina, zalana słonecznym wrzątkiem, zionęła niby
krater ognisty, zaś niebosiężne szczyty Pirenejów, potrzaskane
zwały i rumowiska, posępne ściany granitów, podarte ranami
przepaści, wydźwigały się dokoła olbrzymim amfiteatrem płomieni,
rozmigotanym złotawym fioletem, jakby te wszystkie pustkowia, i te
dzikie poszarpane spiętrzenia kamieni zapłonęły cichym, straszliwie
palącym ogniem.
A upał jeszcze się wzmagał i potężniał.
I kiedy nadeszły pomdlałe godziny południa, wszystek świat
jakby się zapadł w otchłań ognistą i spłynął w biały, oślepiający
war słońca, że góry stawały się już tylko rozdrganemi obłokami
ognia, mury i dachy widniały rozpalonemi płachtami białawego żaru,
a wieże kościołów buchały, niby złote, roziskrzone pochodnie.
Że już ni jeden ptak się nie ważył w powietrzu.
I ni jeden powiew chłodzącego wiatru nie zawiał od morza.
Tylko chwilami, w głuche rozmigotane milczenie pożogi
sypał się przytłumiony, daleki grochot kamieni, spadających w
niewidzialne przepaście.
I przez głębokie rozpadliny gór, podobne do zwalonych bram
jakichś zamków prawiecznych, gdzieś daleko, jakby w złudnym mirażu
tęsknoty, błyskał ocean modro-zielonawą taflą, a niekiedy głuchy
łoskot fal walił się omdlewającym krzykiem w martwą rozpaloną
ciszę.
Czasami niewiadomo skąd, chrapliwe głosy syren okrętowych
wołały przeciągle i strzępiasty zwał dymów rozkładał się na niebie
czarną, leniwą pręgą.
Lecz mimo tej nieopowiedzianej spiekoty, na oślepiająco
białych drogach, zaczynał się już zgiełkliwy, przyśpieszony ruch.
W kurzawie, wiszącej nad drogami białym i ciężkim
obłokiem, coraz częściej turkotały powozy, wiły się długie,
błyszczące automobile, brzęczały zaprzęgi mułów, a bokami, w
powiędłych cieniach drzew, czerniały ludzkie mrowiska.
I zwolna pusta i obumarła w upale dolina zaczęła się
napełniać gwarem i ruchem, bo już ze wszystkich stron i drogami
wszystkiemi, z rozpalonych wąwozów, z dolin i z gór, z miast,
bielejących na zboczach i z domów, zawieszonych nad przepaściami,
nadciągały całe tłumy ogorzałe, pokryte kurzem, zmęczone, a tak
radosne, że wśród krzyków, pyłów i spiekoty parły się rozszumiałą,
weselną rzeką ku cyrkowi, którego olbrzymie maurytańskie ściany
różowiły się nad miastem, na tle zielonych wzgórz i oceanu.
Cyrk stał na urwistym brzegu, w gaju kwitnących oleandrów,
samotnie, jak świątynia, ocean przynosił mu do stóp, jakby w
hołdzie nieustannym, spienione, grzmiące fale, oleandry obwiewały
wonnym i różanym okwiatem, a przesłoneczniony błękit obtulał go w
złotawą mgłę tajemniczego milczenia.
A z doliny, z dróg, z ulic i placów leciały ku niemu
rozgorzałe, tęskniące oczy tłumów, oczy namiętnych upragnień,
westchnienia pełne żaru i tysiące zgiełkliwych głosów, bo już
szerokim, dość stromym podjazdem, obramowanym zielonemi wałami
strzępiastych tuj, płynęło całe morze głów.
Czerwono-żółte pióropusze żandarmów konnych, stojących
nieruchomo co kilkanaście kroków, wytryskiwały, jak rozmigotane w
słońcu fontanny.
Tłoczono się zawzięcie, posuwając się zwolna, krok za
krokiem w ciżbie i niesłychanym upale, tysiące głosów wrzało
nieustannie i tysiące parasolek i wachlarzy, niby rój barwnych
motyli, chwiało się w słonecznej topieli.
Tłum zbitą, nierozplątaną gęstwą, zajmował całą drogę, że
środkiem, z wielkim trudem posuwał się długi szereg powozów i
automobilów, pełnych cudownych kobiet, w białych mantylach na
głowach, z rozwiniętemi wachlarzami w rękach.
Niektóre z powozów jechały na "corridę", przystrojone
wspaniale, wedle starego zwyczaju, wykryte kapami z jedwabiów
kolorowych, że czerwień i złoto, fiolet i biel śnieżna, jakby się
rozbryzgując z powozów, lały się po kołach aż w kurz i pod nogi
przechodniów. Witano je rzęsistemi brawami, a z pod białych mantyl
błyskały wdzięczne spojrzenia, uśmiechy i purpurowe dumne usta.
Lecz cały ten korowód posuwał się coraz wolniej i
zatrzymywał się co chwila mimo pośpiechu, gdyż przed bramą cyrku
już zapanował tłok straszliwy i nieopisana wrzawa.
Chaos krzyków, śpiewań i turkotów huczał w powietrzu jak
burza, a tysiące handlarzy przekrzykiwało się nawzajem, wijąc się
wśród ciżb, tłoków i niebosiężnych wrzasków.
Tłum napływał wciąż i kłębił się coraz potężniej, kołysał
się jak morze, roztrącał o powozy i o zwarte szeregi żandarmów, bił
w potężne mury i wdzierał się wreszcie do środka z szumem wód
wzburzonych.
Ogromny, cichy cyrk, zalany oślepiającem światłem słońca i
rozprażony niby krater, pochłaniał coraz większe masy.
Wielką jak plac arenę, określoną kręgiem amfiteatralnych
siedzeń, aż po wąski skrawek czerwonego dachu, nakrywało niebo
błękitnawym, rozpalonym namiotem, a grupa oleandrów, nachylona z
bliskiego wzgórza kwitnącemi czubami, chwiała się nad nią kiściami
kwiatów, jak różaną kadzielnicą.
Zaś w zgiełku coraz większym płynęły tłumy, rozlewając się
prawie bez śladu w olbrzymich białych przestrzeniach, jak wody w
suchym, głębokim piasku, nadpływały wciąż i lały się z głuchym
bełkotem nieustannie.
Muzyka, umieszczona na balkonie, wprost głównego wejścia,
stroiła dość hałaśliwie instrumenty, zagłuszane jednak przez te
nieskończone potoki ludzkie, zalewające zwolna wszystkie miejsca,
że już cyrk, niby wielka koncha, rozszumiał się i rozgwarzył.
Na jakimś zegarze wydzwoniła czwarta.
Muzyka zagrzmiała ze wszystkich sił.
Głos trąb mosiężnych wznosił się potężnym, dzikim
krzykiem, jakby młoty spadały na wręby słonecznego dzwonu, iż od
brzmień rozdrgało powietrze, a kwiaty oleandrów posypały się
deszczem różanym.
Cyrk był już prawie pełny, wszystkie miejsca, po
słonecznej stronie i w cieniu, zapełniła gęstwa nieprzeliczona,
tylko do lóż wchodziły wciąż jeszcze białe i czarne mantyle.
Co chwila suchy trzask braw witał jakąś piękność, lub
popularną osobistość.
Nie było jeszcze wpół do piątej, a cyrk się zapełnił do
ostatniego miejsca.
Krąg ław amfiteatru od pustej, żółcącej się areny, aż po
wąski skraj dachu, mrowił się ludźmi i falował.
Muzyka umilkła, ale szmer głosów rozdrgany i sypki, niby
szum morza, falował i wichrzył się nieustannie, niekiedy staczał
się z górnych ław wrzącą kaskadą, to wybuchał wgórę miotem
huraganu, a chwilami był tylko trzepotem wachlarzy, poruszających
się we wszystkich rękach.
Upał był jeszcze niemiłosierny.
Ale już chwilami przez mury chlustały fale chłodu wraz z
krótkiemi grzmotami oceanu, walącego o skały.
Tylko wachlarze pracowały z jednaką zawziętością, jakby
nieprzeliczone stado ptactwa opadło na amfiteatr i, trzepiąc
tysiącami skrzydeł, szamotało się gwałtownie, przysłaniając
wszystkich pierzastą chmurą barw.
Nie można dojrzeć nikogo, wszystko się migoce w blaskach
słońca i oddaleniu, mieni, drga i faluje, że tylko w najbliższych
lożach wykwitają nieco wyraźniej jakieś cudowne głowy Hiszpanek,
jakieś oczy otchłanne, jakieś dumne usta się purpurzą, jakieś orle
twarze o posępnym wdzięku wychylają się na mgnienie z poza
wachlarzy.
Naraz głuchy ryk wydarł się z podziemi z taką siłą, że
cyrk oniemiał, a za tym długim i żałosnym krzykiem byka popłynął w
ciszy słaby śpiew modlitw z kaplicy niedalekiej.
Opadły wachlarze, cyrk się zasłuchał na mgnienie, niektóre
usta poruszały się w modlitwie, a gdzie niegdzie biała ręka czyniła
śpiesznie znak krzyża.
- To śpiewali w kaplicy cyrkowej ci, którzy mieli walczyć.
Ale tłum wybuchnął niecierpliwie, niespodziany grzmot
tupań i krzyków zatargał murami.
Mosiężne trąby dają uroczysty sygnał.
Opadają wachlarze, staje się cisza.
Wypada na arenę dwóch jeźdźców w średniowiecznych
strojach, pędzą galopem pod lożę królewską po klucze od stajni
byków i pozwolenie na zaczęcie walki.
Po chwili, gdy muzyka grzmi triumfalnym marszem, otwierają
się szerokie wierzeje i wywala się wspaniały pochód.
Na bokach jadą konno pikadorzy z pikami w rękach, cali w żółtych
skórach i w stalowych pancerzach na nogach, idą banderillerzy z
czerwonemi i żółtemi kapami na rękach, idzie służba przybrana w
czerwień, idą muły w czerwonych zaprzęgach i w pióropuszach, idą
stajenni, a w pośrodku, z nakrytemi głowami, idą espady dumni,
strojni, wspaniali...
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.