1.
Miasto pod natarciem wiatru.
Coraz gwałtowniejsze porywy wichury zdają się rozłupywać nadciągającą falę zmierzchu. Wszystko do przodu, na całość, jak zamroczony bokser, którego chaotyczne uderzenia chciałyby stłuc jarzący się klosz ringu, impetem powietrza przebić na maski twarze przyczajonej widowni. Kotłuje się w koronach rzadkich drzew upchanych między płyty trotuarów, jednym wydechem oskubuje z gałęzi resztkę liści. Nagie gałęzie jak wyprute żyły zwijają się bezsilnie. Chwila, a następny podmuch wiatru wytrze do czysta ze światła rozjaśnione już okna. Przechodnie na ulicach brną jakby byli zanurzeni po szyję w tej kapryśnej rzece. Niektórych porywają zmienne prądy i jak gliniane figurki obtaczają ich nagłe wiry powietrza.
Tego wieczoru wiatr rzeźbi ludzi. Każdy poryw niczym dotknięcie dłuta kształtuje i niszczy. Samochody na jezdniach z trudem przełamują opór rozdygotanej przestrzeni, góry, która osypując się warstwa po warstwie, zrównuje się z ziemią, tarmosi jej trzewiami. Znad jakiejś wystawy sklepowej zerwało markizę, kawał kolorowego płótna jak urwane skrzydło koziołkuje w górze, by zaraz opaść, przylgnąć szczelnie do wysokopiennej latarni. Z pojemników na śmiecie wyfruwają zwinięte w kłębek, przegniłe ptaszyska papierów.
Parkan okalający teren świeżo rozpoczętej budowy rozchybotany ciosami wichury wali się wreszcie z trzaskiem i hukiem, wśród tumanu piachu i cementu sypiącego się z rozprutych worków. Pogruchotane deski rozrywają jednocześnie skorupę nalepionych na siebie plakatów, których kolorami wrzeszczał parkan od strony ulicy -
odłamki liter, strzępy napisów, rozrzutne barwne plamy jak ręka, która je na papier cisnęła, konwulsyjne linie grafik i rysunków, fotosy, torsy, uda, brzuchy, oczy wytrzeszczone, oczy zamglone, oczy-tresura, spojrzenia jak napięta bokserska rękawica, spojrzenia jak miękki opad liści, włosy długie, krótkie, skołtunione, wygładzone, włosy w barany, włosy w druty, włosy jak w garści zerwana trawa, usta, usta kobiet, usta mężczyzn, w szmince, w kagańcu uśmiechu, w krzyku, modlitwie, ekstazie, usta jak grudy, jak krople, usta i ręce zaplątane, uwięzione, uwikłane w instrumenty, w technikolor, w skurcz mięśni i napisy, napisy, nazwiska, imiona, nazwiska jak bicze, nazwiska pierdnięcie, nazwiska jak wołanie, duet, trio, kwartet, daty, miejsca, czcionki, wieża reklamy, codzienna czytanka ulicy... Czcionki, wielkie, małe, niebieskie, czerwone, mrowisko czcionek rozsypanych teraz, wyłażących na żer...
Cofnąć uderzenie wiatru.
Wali się parkan okalający świeżą, ledwo rozpoczętą budowę. Tuman piachu i cementu z rozprutych worków, trzepoczące ścierwo reklam. W łoskocie łamanych desek, w zaśpiewach wichury nikt, nawet ci stojący najbliżej, nie może słyszeć przygniatanego rumowiskiem człowieka. Może nie jest to krzyk, może wydawało mu się, że samo rozwarcie bolesne ust wystarczy za wołanie. Starszy człowiek, który pełnił dyżur nocnego stróża na tej świeżo rozpoczętej budowie, podrzucony jak odpadek wichurze, idzie na straty.
Parkan runął.
Starszy człowiek leży pod nim przygnieciony. Do przystanku, który znajduje się obok, podjeżdża autobus. Ludzie wciskają się do wnętrza, jeden wchodzi w drugiego, zakleszczają się, parsknęły drzwi - szczelnie zamknięta konserwa rusza. Starszy człowiek oddycha z trudem. I może jak poprzednio wydaje mu się, że ten oddech pośpieszny, gorączkowy, topiący taflę wiatru, to krzyk. Przeleciały dwa samochody, jakiś facet popędził przez jezdnię za zerwanym kapeluszem, kapelusz tańczy na asfalcie, rozwiane włosy zamiatają facetowi twarz. Starszy człowiek czuje, jak rozwija się w nim ból. Przemyka obok niemłoda kobieta, ciężar siatki z zakupami przegina ją na jedną stronę, kolejny poryw wiatru prostuje. I tak co kilka kroków. Starszy człowiek zaciska mocno powieki. Dziwne, wygląda to tak, jakby chciał na siłę zatrzymać w sobie cierpienie, jakby bał się, że ujdzie z niego oczami. Harcerz przeprowadza przez ulicę obmacującego laską powietrze ślepca... Obrazki. Dziewiętnasta trzydzieści. Dziennik. "... niemal huragan o niespotykanej u nas sile. Nasz reporter był na mieście z kamerą. Oto..." Pulsuje ekran telewizora, wichura jak gęsty sos zalewa klopsiki. Zdaje się, że z obiadu zostało jeszcze trochę wołowego...
Obrazki. Przełknąć razem z kolacją, spuścić wodę.
Twarz starszego człowieka liże bez przerwy jęzor potu, smakuje ją. Wśród płacht dartych na strzępy plakatów, w szczelinie między nimi, w dziurze. Obok jego głowy trzepocze olbrzymi plakat-fotos. Gdy inne rozpoławiane - plakat domu mody, na którym jasna dziewczyna stoi tyłem, skręcona nieco w bok główka wyzywa czystym profilem, plakat rozdarty pośrodku, wzdłuż, na plecach dziewczyny, tak jakby ktoś rozpiął nagle zamek błyskawiczny sukni, którą reklamuje - ten nienaruszony, ten nietykalny... (I w kubłach asenizacyjnych trafiają się rzeczy całe, zdrowe, do natychmiastowego użytku). Ten, na którym osaczony kolorem, w pozie, w obudowie zmierzwionych włosów, w ich spazmie, z mikrofonem, co zda się strzaska zaraz usta, z napisem (imię, pseudo) jak kałuża rozlanym u nóg, narzuca się ulicy
Numer Jeden!
Wiatr jest teraz przezroczystym akrobatą, bawi się sam sobą, doskonały w każdym numerze.
Dwie nastolatki posuwają się opornie skrajem trotuaru. Rozwiane poły długich płaszczy puszą się za nimi jak pawie ogony. Rajskie ptaki, ich długie włosy kąpią się we wzburzonym powietrzu. Jeden z nich zatrzymuje się nagle, mijając powalone ogrodzenie. Wpada mu w oczy szamoczący się, przytwierdzony do desek resztką kleju plakat. Wygląda to tak, jakby Numer Jeden szarpał się na uwięzi, wyrywał ku nim...
- O rany! - przystaje rajski ptak w niebieskich pończochach.
- Niech ja skonam!... - rajski ptak w wysokich botkach drobi już w stronę parkanu.
- Chciałaś go mieć!
- Zrywaj ostrożnie...
Niebieskie pończochy zdają się przechodzić w błękit:
- Masz pojęcie, jak będzie fajowo wyglądał na ścianie?
Wysokie botki sięgają do pachwin:
- Nad tapczanem.
- No.
I kiedy uwalniają go z dech ogrodzenia, kiedy już im się zwija w objęciach, widzą nagle majaczącą wśród strzępów, piachu i drzazg twarz starszego człowieka. Wiatr osuszył ją już z potu, starł wszystko, co mogło się jeszcze w niej kołatać. Skóra na tej twarzy zapięta jest dokładnie na dwa guziki rozszerzonych oczu.
Niebieskie pończochy zblakły:
- O matko!
Wysokie botki ugrzęzły w niskim, przyziemnym rzucie wiatru:
- Jezu!
Usiłują go wydobyć spod rumowiska, drobne dłonie chwytają za krawędzie desek, popłoch, niezawinione przerażenie kołuje w ich szczupłych ciałach, pobrzydłe nagle od wysiłku twarzyczki rozciąga grymas pokrytych beżem warg, tusz z rozmytych rzęs czarnymi nitkami pełznie po policzkach. Rumowisko nawet nie drgnęło, rajskich ptaków nie stać już na nic więcej. Dygocząc patrzą na siebie bezradnie, zmęczone chwytają w usta garściami skotłowane powietrze. Twarz starszego człowieka pokrywa osad cementowego pyłu, zaciąga się nad nią jak płótno...
O sto metrów przystanek autobusowy. Zbita gromada ludzi drepcze obok słupa.
- Zawołaj ich, zawołaj ich! - krzyczą histerycznie niebieskie pończochy.
Wysokie botki rzucają się w tamtą stronę. Sekundę przedtem papierowy Numer Jeden w całej swej okazałości wyfrunął jej spod stóp, wzbił się na kilka metrów w górę jak latawiec. Być może starszy człowiek zostanie uratowany.
Dziewiętnasta trzydzieści. Dziennik. "... naszemu reporterowi udało się uchwycić..."
Obrazek:
wysoko nad miastem szybuje olbrzymi prostokąt plakatu, sylwetka Numeru Jeden rozpięta na prądach podmuchów, odwrócona twarzą ku ziemi.