Londyn w czasach Sherlocka Holmesa - Krystyna Kaplan

Reflow text when sidebars are open.
W Londynie funkcjonowały doki suche, w których statki naprawiano, i doki portowe, które obsługiwały konkretne towary, na przykład ziarno, wełnę, cukier czy przyprawy z Indii
Wszechobecny hałas
Huk działał jednym na nerwy, inni widzieli w tym energię miasta. Bo Londyn przełomu XIX i XX wieku był największym placem budowy i portem, do którego dobijały statki dowożące ze wschodnich Indii herbatę, pieprz, bawełnę, porcelanę, z zachodnich Indii - rum, kawę, kakao i cukier, z północnej Ameryki - zboże, tabakę, ryż i olej, a z krajów nadbałtyckich - konopie, łój, żelazo i bieliznę. Na Tamizie roiło się od statków parowych, barek, łódek. W dokach "stały potworne żelazne dźwigi z łańcuchami zwisającymi z długich szyj, kołysząc groźnie hakami [...]. W powietrzu unosiły się [...] łoskot spadających ciężarów, gorączkowy zgrzyt, szczękanie napiętych łańcuchów"[1]. Odgłosom znad rzeki towarzyszyły tępe dudnienie młotów robotników burzących slumsy oraz dźwięki budowy tuneli, mostów, szerokich ulic. Do tego turkot kół toczących się po bruku, stukot kopyt końskich na kocich łbach, warkot samochodowych silników. Klaksony. Nawoływania ulicznych sprzedawców. Szczekające psy. Dzwonki i kościelne dzwony. Zgrzyt osełki na stali w warsztatach rzemieślników ostrzących noże i nożyczki. Głosy w tawernach przyciągały klientów. Jeden pub wręcz reklamowano hasłem: "Panowie, tutaj będziecie serdeczniej witani, jeśli będziecie głośniejsi!"[2].
Żurawie portowe używane do załadunku i rozładunku statków
West India Docks, dok portowy specjalizujący się w ładunkach z Indii Zachodnich, otwarto w 1802 roku