Londyn nowych Ruskich. Od Berezowskiego do Deripaski - Mark Hollingsworth, Stewart Lansley


Reflow text when sidebars are open.
Autorzy pragną podziękować dziesiątkom ludzi, którzy udzielili wywiadów w toku powstawania niniejszej książki. Niektórzy zrobili to otwarcie, inni - ze względu na kontrowersje towarzyszące pojawieniu się rosyjskich superbogaczy w Londynie - zgodzili się na współpracę wyłącznie pod warunkiem zachowania anonimowości.
Mieliśmy różnych informatorów. Niektórzy z nich to zamożni Rosjanie obecnie mieszkający w Londynie, inni to goście z Moskwy. Wielu znało osobiście grupkę biznesmenów, którzy wybili się do pierwszej ligi światowych bogaczy w efekcie lukratywnej wyprzedaży rosyjskiego majątku państwowego w latach 90. XX w. lub ściśle z nią współpracowało.
Mieliśmy szczęście, że mogliśmy czerpać z pracy prawników, pracowników naukowych, śledczych wywiadu gospodarczego, analityków ryzyka politycznego oraz tych, którzy pomogli nowo wzbogaconym Rosjanom urządzić się w Londynie, służąc im jako prywatni konsultanci do spraw bezpieczeństwa, agenci nieruchomości, handlarze dzieł sztuki, antyków i win lub dostawcy prywatnych odrzutowców, jachtów i luksusowych aut.
Choć jest to pierwsza tak obszerna relacja z życia nowobogackich Rosjan w Londynie, opieramy się na pracy dziennikarzy i autorów, którzy wcześniej zajmowali się tą tematyką. Na szczególne podziękowanie zasługuje Keith Dovkants z dziennika "London Evening Standard". Korzystaliśmy również z dorobku Andrew Jacka, byłego korespondenta gazety "Financial Times" w Moskwie i autora książki Inside Putin's Russia, Dominica Midgleya i Chrisa Hutchinsa, autorów książki Abramovich: The Billionaire from Nowhere, Mishy Glenny'ego, autora książki McMafia: Crime Without Frontiers, Dominica Kennedy'ego z "The Times", Davida Lepparda z "Sunday Times", Terry'ego Macalistera z "The Guardian", Glena Owena z "Mail on Sunday", Thomasa Catana, Adriana Gattona oraz scenarzystki i powieściopisarki Jill Wickersham.
Na uznanie zasługują również redaktorzy "London Evening Standard" oraz była redaktorka magazynu Veronica Wadley za zrozumienie znaczenia oligarchów i fenomenu Nowych Ruskich. Słowa podziękowania należą się także londyńskiemu klubowi Frontline, który propaguje niezależne dziennikarstwo na całym świecie i promuje pełniejsze zrozumienie wszystkiego co rosyjskie.
Jeśli chodzi o naszych współpracowników z USA, jesteśmy bardzo wdzięczni Willowi Ferraggiaro z Waszyngtonu, DC, który przeprowadził - jak zawsze - znakomite wywiady z byłymi amerykańskimi dyplomatami i urzędnikami. Dziękujemy także za cenne spostrzeżenia Richardowi Beharowi, wielokrotnie nagradzanemu byłemu dziennikarzowi magazynu "Fortune", Andrew Meierowi, dawnemu korespondentowi tygodnika "Time" w Rosji i autorowi książki The Lost Spy: An American in Stalin's Secret Service, oraz Glennowi Simpsonowi, byłemu dziennikarzowi śledczemu "Wall Street Journal".
Niewielu moskiewskich dziennikarzy jest tak dobrze poinformowanych jak Will Stewart. Jesteśmy również wielce zobowiązani funkcjonariuszom rosyjskiej prokuratury generalnej, jak również Vincentowi Petrillo, brytyjskiemu biznesmenowi, który wie więcej niż ktokolwiek inny na temat rosyjskiego sektora wydobywczego.
Dziękujemy ponadto za fachową pomoc Alexowi Yearsleyowi, byłemu szefowi ds. projektów specjalnych we wpływowej organizacji pozarządowej Global Witness, który dał nam dostęp do rozległej sieci swoich międzynarodowych kontaktów, co pod wieloma względami wzbogaciło tę miniejszą książkę. Prawdopodobnie zna on wszystkich w tym mrocznym światku. Ta książka nigdy nie powstałaby również bez wkładu naszego dokumentalisty, Toma Millsa, który udowodnił, że jest niestrudzony, zaradny, skrupulatny i znakomity w tym, co robi. Wykonał kawał dobrej roboty, analizując złożone informacje korporacyjne i docierając do trudnych do wyśledzenia źródeł.
Jesteśmy szczególnie zobowiązani M.A. Nicholas za to, że podzieliła się z nami swoją dogłębną wiedzą na temat Rosji zgromadzoną podczas licznych wizyt w tym kraju i wcześniejszej pracy w charakterze doktorantki w Harriman Institute na Uniwersytecie Colombia w Nowym Jorku, jak również za jej wkład w materiał do książki, jej strukturę oraz projekt okładki. Chcielibyśmy także podziękować Lucy Cottrell i Anne Rannie za ich pomocne komentarze do pierwszych wersji, a Stewart pragnie również podziękować swojemu agentowi literackiemu, Andrew Lowniemu, za niesłabnące wsparcie.
Na koniec pragniemy złożyć wyrazy uznania Richardowi Collinsowi za skrupulatną korektę i adjustację manuskryptu, Rachel Rayner za skompilowanie zdjęć, a przede wszystkim Johnowi Elliottowi, naszemu redaktorowi prowadzącemu z wydawnictwa Forth Estate, za inteligentną, dokładną i wnikliwą redakcję oraz niezastąpione rady.
mark hollingsworth i stewart lansley
londyn, lipiec 2009 r.
"Za głęboko się wkopałem. Nie jestem pewien, czy zdołam się jeszcze z tego wygrzebać".
Stephen Curtis, styczeń 2004 r.
18.56, środa, 3 marca 2004 r. Nowiusieńki biały sześcioosobowy helikopter Agusta A109E wart półtora miliona funtów ląduje pod zachmurzonym niebem na heliporcie Battersea w południowo-zachodnim Londynie. Na platformie czeka wyraźnie zniecierpliwiony 45-letni brytyjski prawnik Stephen Curtis, ściskając w dłoniach dwa niezarejestrowane telefony komórkowe. Jest wściekły. Trzy minuty wcześniej zadzwonił do Nigela Browna, dyrektora zarządzającego ISC Global Ltd, firmy zapewniającej mu ochronę, w sprawie spornych faktur przesłanych rosyjskiemu klientowi. "Będą z tego problemy!", krzyknął do słuchawki, po czym zrobił pauzę. "Słuchaj, muszę kończyć. Helikopter jest na miejscu".
Curtis wchodzi na pokład maszyny i wpasowuje swój potężny korpus w lewy tylny fotel kabiny pasażerskiej. Członek obsługi naziemnej kładzie na przeciwległe siedzenie trzy sztuki bagażu podręcznego, po czym pilot otrzymuje pozwolenie na start. O 18.59 śmigłowiec wzlatuje ku ciemnemu londyńskiemu niebu. Jest zimno i mgliście; na wysokości 1158 m wiszą postrzępione chmury, ale warunki do lotu są znośne, a widoczność wynosi 7 km.
Prawnik wyłącza oba aparaty i rozsiada się wygodnie w fotelu. Po dniu niekończących się stresujących rozmów telefonicznych prowadzonych z luksusowego, wartego cztery miliony funtów penthouse'u w Waterside Point w pobliżu Battersea wprost nie może się doczekać odprężającego wieczoru w domowych pieleszach - ustronnym XVIII-wiecznym Zamku Pennsylvania na wyspie Portland u wybrzeży Dorset.
Gdy po niespełna godzinnym locie helikopter dociera do portu lotniczego Bournemouth, pada słaby deszcz, a lądowisko jest skryte w chmurach. Agusta otrzymuje pozwolenie na lądowanie i zaczyna obniżać lot, kierując się od strony Stoney Cross na północny-wschód, gdzie - mimo zachmurzenia - przez mrok wczesnego wieczoru wyraźnie przebijają się światła samochodów pędzących drogą A27. Pilot, kapitan Max Radford, doświadczony 34-letni miejscowy, który regularnie transportuje Curtisa do Londynu i z powrotem, wywołuje przez radio wieżę kontroli lotów z prośbą o pozwolenie na lądowanie na pasie 26. "Echo Romeo", odpowiada kontrolerka ruchu lotniczego Kirsty Holtan. "Czy masz kontakt wzrokowy z pasem?", "Emm... nie. Tym razem nie. Echo Romeo".
Kontrolerka może jedynie obserwować helikopter na monitorze radaru. Zaniepokojona zwiększa do maksimum oświetlenie pasa. Odnosi to zamierzony skutek i ok. 1,5 km od lotniska pilot melduje przez radio: "Właśnie nawiązałem kontakt wzrokowy z pasem". "Golf Echo Romeo. Czy potrzebujesz radaru?", pyta Holtan. "Tak, tak", odpowiada Radford przejętym głosem. Powtarza to raz za razem przynajmniej jedenastokrotnie.
Nagle śmigłowiec gwałtownie opada i odbija w lewo, po czym zaczyna się obracać w niekontrolowany sposób. W przeciągu kilku sekund traci ponad 12 m. "Golf Echo Romeo. Czy wszystko w porządku?", pyta zdenerwowana Holtan. "Nie, nie", odpowiada Radford.
Gdy znajdują się zaledwie 1,5 km na wschód od krawędzi pasa 26, z radaru znika odczyt wysokości. Przez następnych 56 sekund pilot potwierdza, że ma moc, lecz zaraz potem rozpaczliwym głosem melduje: "Mamy problem, mamy problem". O 19.41 maszyna traci moc, a Radford krzyczy do mikrofonu: "Okej, muszę się wznieść, muszę się wznieść".
Do uszu Radforda dociera niski dźwięk syreny informujący, że spadła prędkość obrotowa głównego śmigła. Nadal dociska palcem włącznik radia, więc w wieży słychać, jak walczy, aby poderwać spadającą maszynę, lecz całkowicie traci nad nią kontrolę. "Nie! Nie!", krzyczy w panice. To jego ostatnie słowa.
Helikopter spada bezwładnie nosem w dół. Po chwili uderza z dużą prędkością w ziemię i eksploduje, wysyłając w powietrze dziewięciometrową kulę ognia. Maszyna tonie w płomieniach; jej szczątki są rozrzucone w obrębie 400 m. "Usłyszałam głośny huk. Popędziłam do okna i zobaczyłam gigantyczną kulę ognia", wspomina Sarah Price, która mieszka na trasie przelotu maszyn korzystających z lotniska. "Całe lotnisko zdawało się płonąć. To było przerażające".
Na miejsce zdarzenia przybywa około 35 strażaków, lecz obaj mężczyźni znajdujący się na pokładzie śmigłowca - Stephen Curtis i Max Radford - zginęli na miejscu. Jeszcze tej samej nocy spalone ciała zostają przewiezione do kostnicy w Boscombe w hrabstwie Dorset, gdzie następnego dnia zostaje przeprowadzona sekcja zwłok. Ciała są zwęglone do tego stopnia, że ich identyfikacja jest możliwa wyłącznie na podstawie próbek DNA pobranych przez podpułkownika Maidmenta i dostarczonych do Instytutu Medycyny Lotniczej RAF w Henlow w hrabstwie Bedfordshire.
Wiadomość o tragicznej śmierci Curtisa nie tylko wywołała szok u jego żony i córki, lecz wstrząsnęła również całym mrocznym światkiem rosyjskich oligarchów, Kremlem oraz grupą bankierów i księgowych pracujących w mętnym biznesie rajów podatkowych, którzy regularnie przerzucają miliony funtów, aby poukrywać je na różnych kontynentach. To jednak nie wszystko. Syreny alarmowe rozbrzmiały również w biurach brytyjskich służb wywiadowczych i organów ścigania. Stephen Curtis nie był bowiem zwyczajnym prawnikiem. Od lat 90. XX w. pełnił potajemnie funkcję dysponenta wielu olbrzymich osobistych fortun zbitych na kontrowersyjnych prywatyzacjach gigantycznych rosyjskich przedsiębiorstw państwowych. Dwaj spośród jego klientów miliarderów - Michaił Chodorkowski i Borys Berezowski - powierzyli mu swoje majątki, aby sprawował nad nimi pieczę i uniemożliwił dotarcie do nich rosyjskim władzom.
Rosjanie lubili wybitnie inteligentnego, towarzyskiego Curtisa i mu ufali. Jako hojny, lubiący wypić, lojalny, zabawny i ekstrawagancki człowiek błyskawicznie odnalazł się w ich świecie. Potrafił być jednak również niecierpliwy, bezwzględny i brutalny, jeśli zaszła taka potrzeba: restrukturyzował ich firmy, przerzucał pieniądze pomiędzy niezliczonymi kontami bankowymi w szemranych wyspiarskich rajach podatkowych, zakładał fundusze powiernicze o zagmatwanej strukturze i tak wszystko aranżował, żeby ich aktywa formalnie znajdowały się w rękach niemożliwych do wyśledzenia zagranicznych podmiotów. Gdy pojawiali się w Londynie, znajdował dla nich nieruchomości, przedstawiał najbardziej wpływowym bankierom, zabawiał do późna w nocy, rekomendował prywatne szkoły dla dzieci, a nawet radził, u którego krawca z Savile Row zamawiać garnitury.
Na początku 2004 r. Curtis już nie tylko wdrażał swoich nowych zamożnych rosyjskich klientów we wszelkie aspekty brytyjskiego życia, lecz był także powiernikiem wielu spośród ich licznych sekretów. Tylko on jeden był w stanie rozszyfrować zawiłą strukturę własności ich aktywów - nieruchomości, jachtów, dzieł sztuki, samochodów, biżuterii i prywatnych odrzutowców, jak również kont bankowych, pakietów akcji, spółek i trustów. "Stephen wiedział wszystko, bo to on zorganizował całą tę infrastrukturę", twierdzi jego bliski przyjaciel. Ukrywał miliardy funtów w gmatwaninie niezliczonych transakcji finansowych, którą rosyjski rząd usiłował później - w przeważającym stopniu bezskutecznie - rozwikłać.
Gdy siedział w swoim biurze w wąskim, czteropiętrowym budynku przy 94 Park Lane w dzielnicy Mayfair, Curtis szybko się zorientował, że praca dla oligarchów jest ponadto bardzo lukratywna. Jak na osobę wychowaną w dość skromnych warunkach, Curtis zbił na nowych klientach z Rosji sporo pieniędzy: wystarczająco dużo, żeby było go stać na własny helikopter, prywatny samolot, penthouse w Londynie oraz Zamek Pennsylvania. Przekazywał spore sumy na cele charytatywne, gościł przyjaciół w swojej posiadłości i fundował im drogie wakacje na Karaibach. Stephen Curtis wiedział jednak za dużo. Choć kochał flirtować z ryzykiem, a stres i ekscytacja nieodzownie towarzyszące współpracy z Rosjanami ewidentnie mu służyły, świadomość własnej bezbronności wprawiała go w coraz większą nerwowość. Obawiał się też o bezpieczeństwo rodziny. W momencie śmierci był uwikłany w epickich rozmiarów walkę o władzę, jedno z decydujących starć pomiędzy władzami państwowymi a biznesem w batalii o światową supremację - w wojnę pomiędzy najpotężniejszym człowiekiem w Rosji Władimirem Putinem a najbogatszym rosyjskim biznesmenem Michaiłem Chodorkowskim.
W październiku 2003 r., gdy Curtis pracował dla Chodorkowskiego już od sześciu lat, miliarder został aresztowany w środkowej Syberii pod groźbą użycia broni. Zarzucano mu uchylanie się od podatków na masową skalę i oszustwo. Miesiąc później prawnik z Mayfair uwikłał się w konflikt jeszcze bardziej: został mianowany prezesem banku Menatep z siedzibą na Gibraltarze kontrolującego Jukos - wart 15 miliardów dolarów koncern naftowy Chodorkowskiego. Rosyjskie gazety nagle zaczęły pisać o "tajemniczym człowieku" na Gibraltarze, który trzyma w garści drugiego co do wielkości producenta ropy w Rosji. Gra toczyła się o miliardy funtów, na szali znajdowało się polityczne być albo nie być Putina, a Curtis miał odegrać kluczową rolę w krojącej się sądowej farsie.
W marcu 2004 r., w miarę zbliżania się procesu Chodorkowskiego, Curtis znajdował się pod coraz większą presją. Rankiem następnego dnia po jego śmierci, do której doszło 3 marca, na prośbę rosyjskiej prokuratury szwajcarska policja przeszukała biura dwóch tamtejszych spółek mających powiązania z Jukosem. Skonfiskowano dokumenty, przesłuchiwano świadków w Genewie, Zurychu i Freibergu; zamrożono też szwajcarskie konta bankowe, na których znajdowało się 5 miliardów dolarów.
Co więcej, zaledwie kilka tygodni wcześniej Curtis podjął jeszcze jedną brzemienną w skutki, bardzo ryzykowną decyzję: zgodził się potajemnie współpracować z brytyjską policją. Jeszcze do niedawna działał zakulisowo, stroniąc od rozgłosu i zachowując pełną dyskrecję, teraz natomiast jako prezes wysoce kontrowersyjnej rosyjskiej spółki znalazł się w centrum zainteresowania mediów. Jako człowiek z natury wrażliwy i nerwowy w nowej roli czuł się coraz bardziej odsłonięty. Obawiał się, że wcześniej czy później przedstawiciele rosyjskich władz zapukają do jego drzwi i zaczną wypytywać o jego udział w domniemanym obchodzeniu przepisów podatkowych i wypompowywaniu gotówki z kraju.
Jak nakazywało prawo, Curtis skrupulatnie zgłaszał wszelkie "podejrzane transakcje" i wszystko, co mogło mieć bodaj najmniejszy związek z działalnością kryminalną, do National Criminal Intelligence Service (NCIS) w Scotland Yardzie - agencji, która przeciwdziała praniu brudnych pieniędzy i walczy z przestępczością zorganizowaną. Na przykład w maju 2003 r. złożył raport w sprawie potencjalnie nielegalnej transakcji przeprowadzonej przez jednego z jego rosyjskich klientów. Teraz jednak potrzebował ochrony z innego powodu: obawiał się, że może stać się celem swoich wrogów biznesowych - konkurencyjnych spółek naftowych i udziałowców mniejszościowych Jukosu, którzy twierdzili, że są okradani. Zdawał sobie również sprawę, że w Rosji zabójstwa na zlecenie są na porządku dziennym. "Za głęboko się wkopałem", powiedział koledze. "Nie jestem pewien, czy zdołam się jeszcze z tego wygrzebać".
Przez kilka ostatnich tygodni życia Curtis znajdował się pod ciągłą obserwacją inspektorów gospodarczych i rosyjskich śledczych; rozważał nawet przeniesienie biura. Jego telefony były na podsłuchu, a na początku 2004 r. jego doradcy do spraw bezpieczeństwa odkryli urządzenie podsłuchowe w formie niewielkiego magnesu w jego wiejskim domu w Dorset. Według Erica Jenkinsa, wuja, który często odwiedzał go na Gibraltarze, gdzie Curtis spędzał większą część roku, prawnik otrzymywał liczne anonimowe pogróżki i telefony, w których próbowano go zastraszyć. Brał je na tyle poważnie, żeby wynająć ochronę. "Nie ma wątpliwości, że Stephenowi grożono śmiercią", potwierdza Nigel Brown, którego firma ochraniała także klientów Curtisa - Berezowskiego i Chodorkowskiego. "Moment, w którym zginął, był bardzo podejrzany, a pewni ludzie mieli motyw, żeby go zabić. Zwyczajnie wiedział za dużo".
Początkowo Curtis ignorował pogróżki, lecz gdy pewnego razu nieznany rozmówca wspomniał o jego żonie i 13-letniej córce, postanowił działać. W obawie o bezpieczeństwo swoje i rodziny w połowie lutego 2004 r. nawiązał kontakt z brytyjskim Ministerstwem Spraw Zagranicznych i NCIS, oferując pełną, choć tajną współpracę. W zamian za ochronę zobowiązał się dostarczać informacji o działalności gospodarczej Rosjan w Wielkiej Brytanii i aktywach oligarchów. Do tego czasu jego powiązania z NCIS były ograniczone: współpracował z agencją w standardowym zakresie, podobnie jak większość prawników. Dla NCIS Curtis był potencjalnie cennym informatorem wtajemniczonym w kontrowersyjną działalność rosyjskich biznesmenów w Londynie. Natychmiast otrzymał opiekuna, lecz po zaledwie dwóch spotkaniach funkcjonariusz NCIS został wyznaczony do innej operacji. Curtis poprosił o nowego opiekuna, lecz się nie doczekał - zginął, zanim mu go przydzielono.
Na tydzień przed katastrofą Curtis powiedział bliskiemu przyjacielowi w swoim mieszkaniu w Waterside Point: "Jeśli w ciągu najbliższych kilku tygodni coś mi się stanie, to nie będzie wypadek". Śmiał się przy tym nerwowo, ale nie żartował. Odtwarzał kolegom z kancelarii wiadomości nagrane na poczcie głosowej swojego telefonu komórkowego. "Curtis, gdzie jesteś?" pytał głos z rosyjskim akcentem. "Jesteśmy tu. Jesteśmy tuż za tobą. Śledzimy cię". W toku dochodzenia koronera wuj Curtisa Eric Jenkins zeznał, że bratanek powtórzył mu to ostrzeżenie słowo w słowo.
Częste pogróżki przekonały niektórych kolegów prawnika i jego bliskich, że Curtis został zamordowany. "Oczywiście, że to było morderstwo", stwierdził jeden z byłych pracowników jego kancelarii. "Zrobili to za pomocą zdalnego sterowania. Znali z wyprzedzeniem jego plan lotów, bo mieli jego telefon na podsłuchu". Dennis Radford, ojciec pilota, powiedział śledczym, że jego zdaniem Komisja ds. Badania Wypadków Lotniczych (AAIB) nie sprawdziła należycie, czy nie doszło do przestępstwa. Jego zdaniem "środki bezpieczeństwa na lotnisku Bournemouth są tak marne, że jeśli ktokolwiek chciał uszkodzić maszynę, mógł uzyskać do niej pełen dostęp, nie wzbudzając niczyich podejrzeń".
Świadkowie twierdzą, że tuż przed tym, gdy śmigłowiec uderzył w ziemię, rozległ się niewyjaśniony, ogłuszający huk. "Usłyszałem nieokreślony łomot. Pies zaczął szczekać. Kiedy do niego wyszedłem, usłyszałem jeszcze parę huków. Śmigłowiec wydawał z siebie charakterystyczne ostre dźwięki, jakby silnik nie działał", zeznał Jack Malt mieszkający w pobliżu miejsca wypadku. "Przed eksplozją na chwilę zapadła cisza, więc przypuszczam, że silnik zgasł", wspomina Sarah Price, której dom znajduje się 300 m od miejsca katastrofy. Ona również usłyszała głośny huk bezpośrednio poprzedzający eksplozję. Inny okoliczny mieszkaniec Gavin Foxwell zeznał w toku dochodzenia koronera, że helikopter wydawał "nietypowy, terkoczący dźwięk, jakby walczył, żeby utrzymać się w powietrzu".
Śmierć Stephena Curtisa do dzisiaj pozostaje niewyjaśniona. Nie odkryto jednak żadnych wiarygodnych dowodów sabotażu ani zabójstwa. Wnioski AAIB ze śledztwa brzmiały następująco:
Wzięto pod uwagę możliwość ingerencji ze strony nieupoważnionych osób trzecich. W kabinie lub luku bagażowym mógł zostać umieszczony prowizoryczny ładunek wybuchowy. Na miejscu wypadku odnaleziono jednak wszystkie drzwi kabiny i nienaruszoną klapę luku bagażowego. Nie stwierdzono na nich żadnych innych śladów uszkodzenia poza tymi, które powstały, gdy maszyna uderzyła w ziemię. W szczególności na żadnej z części drzwi i klapy nie odnaleziono śladów zderzenia z cząstkami poruszającymi się z dużą prędkością.
W toku dochodzenia Paul Hannant, starszy śledczy AAIB, stwierdził: "Jeśli chcesz spowodować, żeby taka maszyna runęła na ziemię, musisz albo zniszczyć główny wirnik, albo pomajstrować przy głównej skrzyni biegów. W praktyce jedyną inną możliwością jest uszkodzenie systemu sterowania, ale pilot od razu by to zauważył. [...] Kapitan Radford natychmiast wykryłby także wszelkie próby użycia substancji korozyjnych czy urządzenia ze zdalnym sterowaniem".
Ostatecznie stwierdzono, że przyczyną katastrofy były złe warunki pogodowe i niedoświadczenie pilota. Zdaniem inspektora AAIB "najprawdopodobniej do wypadku doszło dlatego, że kapitan Radford stracił orientację w ostatniej fazie podchodzenia do lądowania na lotnisku Bournemouth". Jednak mimo że feralnej nocy 3 marca 2004 r. pogoda faktycznie była nie najlepsza - lekka mżawka i postrzępione chmury - warunki do lotu nie były szczególnie złe. Jak stwierdził później ojciec pilota, Dennis: "Max latał wiele, wiele razy w znacznie gorszą pogodę. Jeśli stracił orientację, dlaczego opisywał przez radio pas i rozmawiał z wieżą kontroli lotów 29 sekund przed tym, gdy śmigłowiec roztrzaskał się o ziemię?".
W toku śledztwa zebrano różne opinie na temat doświadczenia i kompetencji Radforda. Jako pilot pracował od 1993 r., miał na koncie 3,5 tysiąca godzin w powietrzu i regularnie latał z Curtisem. W ramach szkolenia operacyjnego z pilotażu nowego, ulepszonego modelu Agusta A109E Radford konsultował się z dwoma instruktorami. "Miałem wrażenie, że jego pewność siebie przewyższa jego umiejętności", zeznał Alan Davis, lecz Richard Poppy stwierdził, że Radford "posiadał kwalifikacje", żeby latać śmigłowcem Agusta 109E. Choć AAIB ustaliło, że od 2000 r. nie pilotował na przyrządach, wzięto pod uwagę, że znał trasę, a w ciągu poprzednich dwóch miesięcy "wylatał już 78 godzin".
Ławie przysięgłych w postępowaniu koronera wydanie werdyktu zajęło ledwie godzinę: "śmierć na skutek nieszczęśliwego wypadku". Mimo to krewni Radforda do dzisiaj pozostają sceptyczni. Utrzymują, że był odpowiedzialnym i ostrożnym pilotem, który niejednokrotnie wyperswadował Curtisowi lot z powodu złej pogody; nie zgodził się nawet przewieźć go na przyjęcie sylwestrowe w Zamku Pennsylvania.
Byli doradcy Curtisa do spraw bezpieczeństwa także nie wyzbyli się podejrzeń. Nigel Brown uparcie twierdzi, że był to zamach, i nie szczędzi krytyki wobec policji. "Po prostu nie mogę zrozumieć, dlaczego nigdy nie przeprowadzono porządnego dochodzenia w sprawie zabójstwa", wyznał. "Istniały ku temu wyraźne podstawy, ponieważ Stephenowi grożono śmiercią, był motyw, bo wiedział zbyt dużo, a w dodatku zginął w podejrzanych okolicznościach. Ale policja nie przesłuchała ani mnie, ani jego kolegów z pracy, ani klientów Stephena, ani jego pracowników. Powinno się chyba przesłuchać ostatnią osobę, z którą rozmawiał, a byłem nią ja. Może i nigdy nie dowiedzielibyśmy się, co naprawdę przytrafiło się Stephenowi, ale uważam, że śledztwo powinno było zostać przeprowadzone z większą starannością".
Choć żona Curtisa Sarah nigdy nie wierzyła, że jej mąż został zamordowany, zastanawia ją, dlaczego o jego śmierci jako pierwszy poinformował ją pewien rosyjski biznesmen. "Przykro mi z powodu śmierci Stephena", powiedział. Dopiero godzinę później zadzwoniła policja z wiadomością, że "zdarzył się wypadek".
O tym, jak mocno Curtis przeczuwał, że spotka go przedwczesna śmierć, najlepiej świadczy fakt, iż pozostawił szczegółowe wytyczne co do swojego pogrzebu. Wynikało to po części z jego przesądnej, niemal fatalistycznej natury. Wierzył w duchy i życie pozagrobowe. Zawsze myślał, że umrze młodo. "Nigdy nie doczekam starości", powiedział pewnego razu, na długo przed tym, gdy spotkał Rosjan.
Należy jednak pamiętać, że u Curtisa zdiagnozowano białaczkę i rzadką chorobę krwi, które objawiały się na różne sposoby. Kiedyś podczas rejsu uderzył się mocno w głowę o bom żaglówki; jego znajomy z niedowierzaniem patrzył, jak krwawiąca powierzchniowa rana goiła się niemal w oczach. Curtis potrzebował regularnych transfuzji krwi, które stabilizowały jego stan, i przyjmował warfarin - środek rozrzedzający krew oraz zapobiegający powstawaniu skrzepów. Nosił też pończochy uciskowe przeciwdziałające zakrzepicy żył głębokich. Po dwóch operacjach w prywatnej klinice powiedziano mu, że nie wolno mu podróżować samolotem, gdyż pogorszy to jego stan. Mógł jednak latać helikopterem i dlatego właśnie na trzy miesiące przed śmiercią sprawił sobie nowiuteńki śmigłowiec Agusta A109E.
Jak na ekstrawaganta i prześmiewcę przystało, zażyczył sobie, żeby jego pogrzeb nie był poważną, smutną uroczystością, lecz okazją do "uczczenia jego życia", i prosił żałobników, żeby "zrezygnowali z tradycyjnej czerni". W środę 7 kwietnia 2004 r. około 350 krewnych, znajomych i partnerów biznesowych Curtisa zebrało się w kościele pw. Wszystkich Świętych w Easton na wyspie Portland w pobliżu rezydencji rodziny Curtisów - Zamku Pennsylvania. Prawnik był tak popularną osobą, że na zewnątrz zgromadziło się jeszcze 100 osób; ustawiono nawet głośniki transmitujące przebieg uroczystości. O godzinie 13.50 przed świątynię zajechał szklany powóz z trumną Curtisa ciągnięty przez dwa konie z czarnymi pióropuszami, ozdobiony kwiatami ułożonymi w słowo "Tata". Za powozem sunął konwój pogrzebowy: czarny rolls-royce phantom, w którym jechały wdowa po Curtisie Sarah i córka Louise oraz dwa bentleye i ferrari wiozące pozostałych członków rodziny i najbliższych przyjaciół.
Przed trumną, którą do kościoła wniosło sześciu mężczyzn, kroczył szkocki dudziarz grający utwór Skye Boat Song. Zaraz za nią podążały zapłakane Sarah i Louise, obie w różowych sukienkach i płaszczach. Idąc powoli wzdłuż nawy, Sarah dostrzegła poważną, zadumaną, ubraną na czarno postać Borysa Berezowskiego w towarzystwie dziewczyny, dwóch ochroniarzy i rosyjskiej świty. Stawiła się także większość klientów Curtisa. W oczy rzucała się nieobecność przedstawicieli jednego z jego największych klientów - IKEA, która nie chciała być kojarzona z jego kontrowersyjnymi rosyjskimi klientami, jak również większości zarządu Jukosu. W zasadzie jedynym członkiem zarządu Jukosu, który pokazał się na uroczystości, był Wasilij Aleksanian, były dyrektor ds. prawnych w koncernie naftowym Chodorkowskiego i bliski znajomy Curtisa. Aleksanian był wściekły, że jego koledzy zbojkotowali pogrzeb mimo ryzykownych operacji, jakie Curtis przeprowadzał dla ich firmy.
Msza pogrzebowa rozpoczęła się o godz. 14.00 tradycyjnymi hymnami, po których nastąpił solowy występ fortepianowy Louise. Było oczywiste, że Curtisa kochano. Jeden z mówców opisał go jako człowieka będącego uosobieniem cytatu z wiersza Rudyarda Kiplinga If: "Gdy będziesz potrafił pozostać ludem, doradzając królom". Jego bliski przyjaciel Rod Davidson powiedział do zgromadzonych: "W biznesie był klasą samą w sobie. Zaczynał od trzęsienia ziemi i dopiero po nim osiągał apogeum. Zawsze mierzył dalej niż gwiazdy. [...] Był niezwykle szczodry; założę się, że teraz, stojąc u perłowych wrót do nieba, wręcza Świętemu Piotrowi kluczyki do czerwonego ferrari i rozdaje cherubinom konsole PlayStation".
W powietrzu czuć było jednak napięcie, a to za sprawą rzucającego się w oczy i - przynajmniej dla niektórych - groźnie wyglądającego rosyjskiego kontyngentu, w stronę którego goście co chwila rzucali ukradkowo nerwowe spojrzenia. Gdy po ceremonii Berezowski i jego ludzie wstali z miejsc, reszta zebranych usunęła się im z drogi, aby mogli opuścić kościół jako pierwsi.
Lokalni żałobnicy i przyjaciele wdowy byli w większości konwencjonalnymi Anglikami, przedstawicielami klasy średniej, prowadzącymi ciche, proste życie w miasteczku Easton w hrabstwie Dorset, gdzie czas dawno stanął w miejscu. Nie byli przyzwyczajeni do widoku surowych rosyjskich twarzy, lasu kamer telewizyjnych, rzeszy fotografów ani policji, która przywitała ich, gdy tego pogodnego wiosennego popołudnia opuszczali świątynię. Dla miejscowych musiało to wyglądać tak, jakby do miasteczka przybyła ekipa kręcąca Ojca chrzestnego lub Rodzinę Soprano.
Sarah była zdruzgotana śmiercią męża, a do tego zdezorientowana i zaniepokojona tak dużym zainteresowaniem mediów. "Dlaczego jest tu tyle kamer?", zapytała przed kościołem. "Nic z tego nie rozumiem". Życie Sarah, która przed ślubem pracowała jako sekretarka, toczyło się wokół rodziny, muzyki, przyjaciół, zamku i angielskiej wsi. Stephen nic jej nie mówił o tym, co robił potajemnie w Londynie, Rosji i na Gibraltarze. Curtis był wielkim fanem Jamesa Bonda i upajało go jego drugie, sekretne życie. Skrupulatnie oddzielał kwestie osobiste od zawodowych, głównie po to, żeby chronić żonę. "Nic nie chcę wiedzieć", rzuciła raz Sarah, odcinając się od mrocznego, bezwzględnego świata rosyjskich superbogaczy.
Sarah nie rozpoznawała żadnego spośród Rosjan, którzy przybyli na pogrzeb jej męża. "Kto to jest? Kim jest ten człowiek?", pytała raz po raz jednego ze współpracowników Stephena, popadając w coraz większe zdumienie. "Co mój mąż mógł mieć wspólnego z tymi wszystkimi Rosjanami?", spytała innego przyjaciela. Nie chcąc jej martwić, obaj milczeli. Po mszy procesja żałobników odprowadziła ciało Curtisa przy wtórze melodii You'll Never Walk Alone. Ponad odgłosy pochodu wyraźnie wybijał się sopran Sarah, która podążając za trumną męża, wyśpiewała końcowe wersy piosenki. Pochówek z udziałem jedynie rodziny i najbliższych przyjaciół odbył się w ogrodzie Zamku Pennsylvania. Curtis został złożony do grobu przy dźwiękach granej na dudach melodii Highland Cathedral.
Gdy po pogrzebie goście udali się do namiotu na poczęstunek, atmosfera jeszcze bardziej się zagęściła. Wielu byłych klientów Curtisa płonęło z ciekawości, kim byli pozostali goście i dla kogo pracowali. "To była dziwna stypa", wyznał były pracownik firmy Curtisa. "Wszyscy rzucali na boki ukradkowe spojrzenia, żeby zobaczyć, kto z kim rozmawia. Wiedziałem, że niektórzy nasi klienci się znali, ale żaden się do tego nie przyznawał na wypadek, gdyby rozmówca został sfotografowany lub skojarzony z nieodpowiednią osobą. To było naprawdę dziwaczne, wręcz komiczne". O 21.45 nad kanałem La Manche rozbłysła spektakularna feeria sztucznych ogni.
Na pogrzebie Stephena Longforda Curtisa doszło do krępującego i niepokojącego zderzenia dwóch kultur: tradycjonalistycznych, statecznych, powściągliwych przedstawicieli angielskiej klasy średniej i ponurej, zasadniczej, skupionej elity rosyjskiego biznesu.
Niewiele ponad dekadę wcześniej obecność Rosjan w Wielkiej Brytanii była ledwo zauważalna. Rzadko słyszało się rosyjski akcent w butiku w dzielnicy Knightsbridge, restauracji w Mayfair czy nawet londyńskim metrze, a co dopiero na pogrzebie tajemniczego - żeby nie rzec podejrzanego - brytyjskiego prawnika. Nic nie wskazywało na to, że wkrótce Brytanię zaleje fala najpierw zwyczajnie zamożnych, a potem wręcz obrzydliwie bogatych Rosjan. Ich napływ, który rozpoczął się po upadku komunizmu w 1991 r., wzmagał się powoli, lecz do końca lat 90. XX w. pragnienie Rosjan, aby przenieść się do Londynu - jak to określił pewien człowiek ze środowiska - "sięgnęło zenitu".
Choć nie ma oficjalnych danych na temat wielkości londyńskiej społeczności Rosjan i obywateli byłego ZSRR, zasadniczo przyjmuje się, że w 2008 r. liczyła grubo ponad 300 tysięcy osób. Było ich na tyle dużo, że na rynku pojawiły się cztery rosyjskojęzyczne gazety i kolorowy magazyn "New Style", powstało zatrzęsienie rosyjskich portali społecznościowych i wszelkiego rodzaju witryn internetowych; co chwila odbywała się też taka czy inna impreza dla ludzi z tego kręgu.
Mimo że wówczas była to jeszcze niejednolita społeczność, większość jej członków była zwykłymi fachowcami, którzy zdecydowali się zamieszkać i pracować w Londynie. Wielu miało brytyjskich małżonków. To właśnie oni - a nie rosyjscy oligarchowie - nazywali żartobliwie Londyn "Moskwą nad Tamizą". Niektórzy byli zatrudnieni w organizacjach międzynarodowych lub rosyjskich spółkach mających siedziby w Londynie, inni otwierali własne biznesy. Niektórzy pracowali jako pośrednicy w handlu nieruchomościami, w City lub w detalu, obsługując rosyjskich klientów. Przybyli do Wielkiej Brytanii, chcąc uciec przed przestępczością, niepewnością polityczną i zawirowaniami gospodarczymi. Na tle ogółu rosyjskiej populacji tworzyli elitę klasy średniej.
Niektórzy w dalszym ciągu pracowali w Moskwie, latając tam i z powrotem - i to rejsowymi, nie prywatnymi samolotami. Maszyny obsługujące lot SU247 z Moskwy do Londynu lądujące na lotnisku Heathrow w piątkowe wieczory były pełne rosyjskich biznesmenów wracających na weekend do rodzin; obsługa Aerofłotu miała na nich specjalną nazwę: "niedzielny mąż". Wśród osób regularnie kursujących między kontynentami byli menedżerowie spółek naftowych, bankierzy, importerzy i eksporterzy mający domy i rodziny w Londynie, a pracę w Moskwie. Była to ich cotygodniowa marszruta: czterogodzinny lot w piątkową i niedzielną noc, weekend w Londynie, dni robocze w moskiewskim biurze.
Wśród napływających wartkim strumieniem imigrantów była jednak także grupka nielicznych, choć nieporównywalnie znaczniejszych osób - oligarchów, czyli kadra uprzywilejowanych insiderów, którzy przejęli rosyjskie zasoby naturalne niegdyś będące własnością państwa i pod koniec lat 90. ubiegłego wieku pojawili się znikąd, dołączając do wąskiego grona najbogatszych ludzi na świecie. Niektórzy spośród rosyjskich nuworyszów - miliarderów i multimilionerów - pozostali w ojczyźnie, większość jednak przeniosła się za granicę lub zorganizowała sobie tam bazę, zabierając z sobą góry aktywów. Choć byli tacy, którzy wybrali Izrael, Nowy Jork lub Szwajcarię, większość zdecydowała się na Londyn. Od początku nowego tysiąclecia sypią pieniędzmi - w których dopiero co zaczęli się pławić - niczym confetti, sprawiając, że Londyn uzyskał status enklawy światowych superbogaczy, ceny nieruchomości w mieście poszybowały w górę, a sprzedawcy towarów luksusowych odnotowywali rekordowe zyski, i dając popisy bogactwa, jakich nie było od lat 20. XX w.
Niektórzy spośród rosyjskich krezusów opuścili Rosję w obawie przed aresztowaniem i osiedlili się właśnie w Londynie. Inni stali się międzynarodowymi supernomadami, żyjącymi po części w Londynie, po części w Rosji, podróżując po całym globie prywatnymi odrzutowcami i luksusowymi jachtami. Jeszcze inni postanowili grać dyskretnie na dwa fronty. Oligarchów - nową, wyższą warstwę rosyjskich bogaczy - zwabiły do Londynu przychylne prawo podatkowe, elastyczny system bankowy, swobodny styl życia, elitarne szkoły i niezależne sądownictwo.
Ta książka opowiada historię czterech rosyjskich oligarchów: Borysa Berezowskiego - zasadniczego, ekstrawersyjnego uciekiniera, który knuł spisek przeciwko Rosji Putina ze swojej ociekającej złotem londyńskiej twierdzy; Romana Abramowicza - sprytnego, skrytego właściciela klubu piłkarskiego Chelsea, który zbił miliardy funtów na sprzedaży ropy, wyprowadzając w pole Berezowskiego, niegdyś przyjaciela, później zaciętego wroga; Michaiła Chodorkowskiego - intelektualisty, który w swojej naiwności wierzył, że jest potężniejszy od państwa, przez co skończył w syberyjskim więzieniu; i Olega Deripaski - bezwzględnego młodego pozera i aluminiowego magnata, który ostatecznie wyrósł na najbogatszego spośród całej kliki, w czym niewątpliwie pomogły mu kumoterskie stosunki z Władimirem Putinem.
W latach 90. XX w. ci czterej panowie błyskawicznie zbili niewyobrażalne fortuny, gdy po upadku ZSRR w Rosji usiłowano na szybko zbudować gospodarkę w zachodnim stylu. Choć źródłem ich osobistego bogactwa była Rosja, to w Londynie nastąpił kolejny etap ich błyskawicznej wspinaczki na liście najbogatszych ludzi na świecie.
Abramowiczowi Londyn pomógł choć częściowo nasycić niezaspokojony głód ostentacyjnego szastania pieniędzmi. Deripasce, który nie miał wstępu do Stanów Zjednoczonych, stolica Anglii służyła za bazę, skąd rozbudowywał swoje wielowymiarowe, kolosalne imperium biznesowe. Przed aresztowaniem Chodorkowski zabiegał w Londynie o względy brytyjskich polityków i członków gospodarczej elity w ramach międzynarodowej kampanii mającej na celu oczyścić jego zszarganą reputację. Berezowskiemu, który od 2001 r. unikał ekstradycji, Londyn dawał schronienie przed rosyjską prokuraturą oskarżającą go o uchylanie się od podatków i oszustwo, które to zarzuty uparcie odpierał.
W przeciwieństwie do Rosji z jej skorumpowanym i upolitycznionym sądownictwem, w Londynie mogli też liczyć na ochronę i uczciwy proces. Podczas gdy w krajach takich jak Hiszpania, Francja, Włochy i Stany Zjednoczone rosyjskich biznesmenów postawionych w stan oskarżenia aresztuje się i przetrzymuje w więzieniu, Wielka Brytania z uporem odrzuca wszystkie spośród dziesiątków wniosków o ekstradycję składanych przez rosyjskie władze, nie zważając na to, iż zatruwa tym stosunki dyplomatyczne między obydwoma państwami. "Wydaje mi się, że oni [Rosjanie] uważają, że jest to państwo prawa", powiedział Berezowski. "Mają wrażenie, że są tu bezpieczni"1.
Londyn od zawsze przyciągał krezusów, lecz nigdy wcześniej do miasta nie napłynęła taka rzesza superbogatych obcokrajowców co u progu nowego tysiąclecia. Na przestrzeni dziesięciu lat poprzedzających 2008 r. do Wielkiej Brytanii napłynął kapitał zagraniczny wart tryliony funtów. Dla tych, którzy robią pieniądze na pieniądzach, czyli prawników specjalizujących się w prawie podatkowym, księgowych i bankierów, była to złota dekada. "Brytyjczycy odnaleźli swoje nowe powołanie", powiedział William Cash, wydawca z koneksjami, założyciel ilustrowanego kwartalnika "Spear's Wealth Management Survey" relacjonującego poczynania najbogatszych. "Odnaleźli się w roli finansowych sługusów, będących na każde skinienie superbogaczy. Niegdyś brytyjskie klasy rządzące same posiadały fortuny. Teraz zostały zepchnięte do roli zwykłych pachołków otrzymujących honorarium za usługi świadczone światowej elicie finansowej"2.
W 2007 r., rok przed wybuchem globalnego kryzysu gospodarczego, Londyn zdetronizował Nowy Jork jako światową stolicę finansów. Jego głównymi atutami były niemające sobie równych możliwości unikania podatków na ogromną skalę i znacznie większa pobłażliwość organów regulacyjnych. Po 9 września i serii głośnych skandali finansowych na Wall Street rząd USA wprowadził ustawę Sarbanesa-Oxleya - nowe prawo nakładające na podmioty gospodarcze surowsze wymogi dotyczące ujawniania informacji, procedur księgowych i procesu wchodzenia na nowojorską Giełdę Papierów Wartościowych. Wszystko to sprawiło, że Nowy Jork stracił na atrakcyjności dla wyższych sfer światowego biznesu, a Londyn umiejętnie wykorzystał tę szansę. Stany Zjednoczone wprowadziły także poważne restrykcje w zakresie wydawania wiz zagranicznym biznesmenom, przez co wypadały blado w porównaniu z Wielką Brytanią, która była znacznie bardziej otwarta na obcokrajowców.
Dla majętnych Rosjan Londyn miał również wiele logistycznych zalet: lot do Moskwy trwa zaledwie cztery godziny, a w południowo-wschodniej Anglii znajduje się sieć lotnisk przyjmujących prywatne samoloty. Zdaniem Jamesa Hardinga, redaktora "The Times", "w Londynie można w czasie normalnych godzin pracy rozmawiać rano z Tokio, a po południu z Los Angeles. Biznesmen wsiada do samolotu w Moskwie i za pięć godzin jest w centrum Londynu. Lot z Bombaju trwa siedem godzin, z Pekinu - dziewięć. To jeden z powodów, dla których w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat Londyn stał się międzynarodowym ośrodkiem kapitałowym, podczas gdy Nowy Jork pozostał zasadniczo lokalną stolicą finansową"3.
Decydujące znaczenie mają jednak podatki. "Nowy Jork jest oczywiście bardzo stabilny, w przeciwieństwie do większości innych centrów zarządzania bogactwem, które nie są tak pewne", powiedział David Harvey z Society of Trust and Estate Practitioners, którego członkowie bez żenady doradzają bogatym rodzinom, jak legalnie wydrzeć fiskusowi, ile się da. "Tokio ma za sobą okres załamania, Singapur jest względnie nowy, a w Niemczech do niedawna podatki były dość wysokie. Jeżeli chcesz legalnie unikać płacenia podatków, Londyn to najlepszy wybór"4.
Wielka Brytania słynie z niemającego sobie równych "przemysłu" unikania podatków - oraz rzeszy wysoko opłacanych księgowych zdolnych obmyślić najbardziej skomplikowane sposoby ukrycia majątku klientów. W 2007 r. Międzynarodowy Fundusz Walutowy zaklasyfikował Londyn obok Szwajcarii, Bermudów i Kajmanów jako "pozaterytorialne centrum finansowe" (ang. offshore financial centre).
Większość państw wymaga od rezydentów, w tym zamożnych obcokrajowców, aby odprowadzali podatek od dochodów krajowych i zagranicznych oraz zysków kapitałowych. W Wielkiej Brytanii cudzoziemiec może złożyć oświadczenie, że ma tzw. domicyl, czyli adres zamieszkania do celów podatkowych, za granicą, choć od lat mieszka w Zjednoczonym Królestwie i posiada brytyjski paszport. Zgodnie z tą zasadą nierezydenci podatkowi płacą podatek jedynie od dochodów uzyskanych w Wielkiej Brytanii; dochód zagraniczny, stanowiący przeważnie lwią część ich zarobków, pozostaje nieopodatkowany. Ponadto przy zakupie nieruchomości za pośrednictwem zagranicznych trustów nabywcy będący obcokrajowcami mogą uniknąć zarówno podatku od zysków kapitałowych, który staje się należny w momencie sprzedaży, jak i opłaty skarbowej uiszczanej normalnie w momencie przejęcia własności.
Dla rosyjskiego miliardera mieszkającego w Londynie dochód uzyskany w ojczyźnie był na Wyspach wolny od podatku. "Istnieje jeden główny powód, dla którego ci ludzie ciągną do Londynu, a jest nim prawo podatkowe", powiedziała Natasza Czuwajewa, rosyjska dziennikarka pracująca w Londynie. Choć w 2008 r. częściowo zniesiono te przywileje w odpowiedzi na nasilającą się krytykę ze strony mediów i rosnące oburzenie opinii publicznej, a rząd nałożył na nierezydentów podatkowych daninę w wysokości 30 tysięcy funtów rocznie, jednak dla rosyjskich superbogaczy są to grosze.
Zaczątkiem masowego napływu rosyjskich oligarchów do Londynu była prywatyzacja rozległego, wartego fortunę rosyjskiego mienia państwowego, która nastąpiła w latach 90. XX w. Był to gwałtowny proces, w wyniku którego wąska grupa ludzi wzbogaciła się ponad wszelkie wyobrażenie, co stworzyło ogromną przepaść pomiędzy bogatymi a biednymi i rozwścieczyło ogół rosyjskiego społeczeństwa. Raport Banku Światowego z 2004 r. wykazał, że w efekcie prywatyzacji trzydziestu ludzi kontrolowało 40 procent produkcji rosyjskiej gospodarki w kluczowych sektorach, takich jak zasoby naturalne i przemysł samochodowy, o wartości 225 miliardów dolarów. Wniosek z raportu brzmiał następująco: "Koncentracja własności we współczesnej Rosji jest znacznie wyższa niż w jakimkolwiek państwie Europy kontynentalnej i wyższa niż w jakimkolwiek kraju na świecie spośród tych, dla których są dostępne odnośne dane"5.
Niewiele z tego bezprecedensowego bogactwa skupionego w rękach grupki potentatów zostało zainwestowane w rosyjski biznes lub przekazane na cele dobroczynne. Gros pieniędzy wyprowadzono potajemnie za granicę: miliardy dolarów ukryto w labiryncie zagranicznych kont bankowych we wszystkich możliwych rajach podatkowych, od Szwajcarii i wyspę Jersey, po Wyspy Dziewicze i Gibraltar. Spora część została zdeponowana w brytyjskich bankach. Tak ukryte środki były niemal niemożliwe do wyśledzenia. Mimo wysiłków rosyjskich i brytyjskich organów ścigania niewiele z tego udało się zarekwirować i odesłać do Rosji.
Choć pieniądze pochodziły z Rosji, nie było to jednak najwygodniejsze miejsce do ich wydawania: zbyt wiele wytykania palcami w moskiewskich restauracjach, zbyt częste kontrole organów podatkowych, nieustający lęk przed zamachem. W Rosji bogacze nie mogą ruszyć się na krok bez ochroniarzy oraz bombo- i kuloodpornego samochodu. Za to w Wielkiej Brytanii i reszcie Europy, gdzie są w zasadzie nierozpoznawani, mogą się odprężyć i skupić na wydawaniu "ciężko zarobionych" pieniędzy bez obaw, że zostaną zmieszani z błotem lub pociągnięci do odpowiedzialności. Gdy już kupili warte miliardy funtów domy w mieście i posiadłości na wsi, mogli w pełni oddać się przyjemnościom życia: pływać statkiem po Karaibach, szusować na nartach w Gstaad i robić zakupy w Knightsbridge.
Żony oligarchów czuły się w stolicy Anglii jak w raju. "Londyn to prawdziwa metropolia", powiedziała Olga Sirenko, redaktorka portalu internetowego dla rosyjskich ekspatriantów. "Jest modny. Są tu butiki wszystkich marek i niezliczone wydarzenia kulturalne. Moskwa nie ma takiego szyku". Aliona Muczinska, która mieszka w Wielkiej Brytanii od 1991 r. i ma własną firmę w branży PR, twierdzi, że Rosjanie odrzucają Paryż jako "zbyt zapyziały i wsiowy". Londyn natomiast "tętni życiem i aż roi się w nim od restauracji i nocnych klubów. Rosjanom łatwiej jest tu wynajmować rolls-royce'y i prywatne samoloty".
Po przybyciu do Londynu zamożni Rosjanie aspirujący do wyższych sfer kierowali swoje pierwsze kroki do agencji nieruchomości o odpowiedniej renomie, takiej jak Savills, Knight Frank czy Aylesford. Transakcje zawierano błyskawicznie: żadnych hipotek, tylko gotówka. W 2006 r. jedna piąta wszystkich domów sprzedanych za ponad 8 milionów funtów trafiła do Rosjan. W przypadku nieruchomości wartych ponad 12 milionów funtów ten ułamek był jeszcze większy. Rosjanie byli jednak niezwykle wybredni, jeśli chodzi o lokalizacje: nie ograniczali się nawet do dzielnic ze "złotymi kodami pocztowymi", czyli SW1, SW3, W1 i W8, a konkretnych ulic i placów w ich obrębie. Wypadało mieć także posiadłość na wsi. I w tym wypadku Rosjanie mieli bardzo konkretne wymagania: w grę wchodziły wyłącznie miejscowości St George's Hill i Wentworth Park, obie w hrabstwie Surrey.
Kolejną decyzją, jaką musiał podjąć oligarcha pragnący wmieszać się w brytyjską arystokrację, było to, do której z najlepszych szkół z internatem posłać dzieci. Tamtejszy system edukacji to jeszcze jeden czynnik przemawiający za przeprowadzką na Wyspy. Brytyjskie prywatne szkoły zapewniają wysoki poziom nauczania, przyjazną atmosferę i przede wszystkim bezpieczeństwo. W Moskwie natomiast istnieje ciągłe, realne niebezpieczeństwo, że dziecko zostanie porwane ze szkoły. Podobnie jak prestiżowe londyńskie agencje nieruchomości, które otwierają biura w Moskwie i Petersburgu, aby zabiegać o względy tamtejszych superbogaczy, tak brytyjskie prywatne szkoły, college'e i uniwersytety wysyłają do Rosji przedstawicieli wyższej kadry nauczycielskiej, aby zachęcić zamożnych rodziców do posłania pociech na naukę do Zjednoczonego Królestwa.
W 2008 r. nikogo nie dziwili już rosyjscy uczniowie w brytyjskich szkołach i na najlepszych uczelniach wyższych: nastoletnia córka Abramowicza uczęszczała do niezależnej szkoły dla dziewcząt w Londynie, a córka ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa do London School of Economics. Począwszy od 2000 r., w brytyjskich szkołach pojawiało się coraz więcej uczniów z Rosji, w odpowiedzi na co niektórzy rodzice zaczęli szukać placówek, w których nie było innych dzieci rosyjskiego pochodzenia. Czesne w wysokości nawet 30 tysięcy funtów rocznie nie było problemem, ale niektórym superbogaczom trudno się było wyzbyć starych nawyków. Dyrektorka pewnej prestiżowej prywatnej szkoły dla dziewcząt opowiadała o pewnym Rosjaninie, którego córka nie przeszła egzaminów wstępnych; zaoferował jej walizkę pełną pieniędzy i obiecał, że zapłaci za wszystko, za co trzeba - nową salę gimnastyczną, sale lekcyjne, basen. "Tutaj tak to nie działa", odpowiedziała mu speszona dyrektorka. W innej elitarnej szkole rodzic spytał, czy jego helikopter może lądować na boisku do krykieta, gdy będzie odwiedzać dziecko.
Choć większość rosyjskich dzieci ostatecznie wraca do ojczyzny, edukacja w Anglii traktowana jest jako inwestycja na przyszłość. "Wiem, że niektórzy oligarchowie zatrudniają jedynie tych studentów, którzy skończyli zachodnie szkoły", powiedział Borys Jaryszewski, przewodniczący Związku Rosjan przy London School of Economics6. To dotyczy także polityków. "Znam ludzi, których rodzice zajmują naprawdę wysokie stanowiska w rosyjskim rządzie, i oni też studiują w Londynie", dodał. "Jednak nie byliby chyba zadowoleni, gdybym podał ich nazwiska"7. Bardzo możliwe, że pewnego dnia Rosja - podobnie jak wiele afrykańskich i środkowowschodnich państw - wybierze prezydenta, który kształcił się w brytyjskiej prywatnej szkole.
Wielka Brytania od dawna służy za bezpieczną przystań rosyjskim emigrantom i dysydentom. Na początku lat 20. XX w. do Londynu napływali antycarscy radykałowie i co dwa lata odbywał się tam kongres rewolucyjny. "New York Times" donosił, że w czasie kongresu Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji (SDPRR) w 1907 r. wydano nakaz aresztowania pewnego wysokiej rangi uczestnika, Włodzimierza Iljicza Lenina. Nagłówek brzmiał: "Sławny rebeliant w Londynie. Jeśli Lenin powróci do Rosji, zostanie aresztowany - prawdziwe nazwisko Uljanow". Lenin nie był stałym wygnańcem, lecz w latach 1902-1911 odwiedził Londyn sześciokrotnie. W kościele Siedmiu Sióstr w Holloway w północnym Londynie spotkał robotników, którzy jego zdaniem "tryskają zapałem do socjalizmu", podczas gdy w okolicy Whitechapel i innych rejonach East Endu roiło się od radykałów. W czasie jednej z wizyt Lenin obejrzał Hamleta w teatrze The Old Vic, odwiedził Kącik Mówców i National Gallery. To w British Museum w 1902 r. spotkał po raz pierwszy Lwa Trockiego, który właśnie uciekł z Syberii.
Po rewolucji 1917 r. w Londynie schronienie znalazło niewielu bogatych Rosjan - tylko 15 tysięcy do 1919 r. Znacznie więcej zbiegło do państw słowiańskich, Berlina i w mniejszym stopniu do Francji i Chin, zwłaszcza Szanghaju. Ci, którzy trafili do Wielkiej Brytanii, stanowili mieszankę arystokratów i liberalnych intelektualistów, przedstawicieli klasy średniej. Znalazła się wśród nich rodzina filozofa Isaiaha Berlina, który przybył na Wyspy w 1919 r. i osiedlił się w miasteczku Surbiton w hrabstwie Surrey. Berlin stwierdził pewnego razu: "Jestem anglofilem. Uwielbiam Anglię. Bardzo dobrze mnie tu traktowano. Nie zmienia to jednak faktu, że w dalszym ciągu jestem rosyjskim Żydem"8. Do potomków tej pierwszej fali rosyjskich imigrantów należeli dama Helen Mirren (właściwie Jelena Wasiljewna Mironowa), nagrodzona Oscarem za rolę w Królowej, oraz lider Liberalnych Demokratów Nick Clegg.
W czasie zimnej wojny Rosjanie napływali do Londynu cienką, lecz nieprzerwaną strugą. Byli wśród nich dysydenci chcący uniknąć zesłania do gułagu i wysokiej rangi dezerterzy z KGB, którzy w Londynie koniec końców zaczęli zadawać się z "białymi Ruskimi" - w większości potomkami tych, którzy uciekli z Rosji po 1917 r. Ci drudzy prowadzili zazwyczaj spokojne życie, świetnie mówili po angielsku i byli w dużym stopniu zanglizowani. Podczas spisu ludności przeprowadzonego w Wielkiej Brytanii w 1991 r. zarejestrowano 27 011 osób, które jako miejsce urodzenia wskazały były ZSRR. Większość z nich stanowili Rosjanie.
W wyniku upadku bloku wschodniego pod koniec lat 80. XX w. znacznie wzrosło natężenie, z jakim Rosjanie napływali na Wyspy: wywołało to nową, niespotykanych dotąd rozmiarów falę migracji z Rosji, byłego ZSRR i państw Europy Wschodniej. W 1991 r. Ambasada Wielkiej Brytanii w Moskwie wydała 100 wiz osobom zatrudnionym w rosyjskich firmach, studentom i Rosjanom, którzy poślubili Brytyjczyków, lecz tylko jeden Rosjanin mieszkający w Wielkiej Brytanii otrzymał obywatelstwo. W połowie lat 90. XX w. Londyńczycy zaczęli sporadycznie wychwytywać nierozpoznawalny obcy akcent w sklepie czy na ulicy - Rosjanie zbierali się w kilku ulubionych restauracjach i nocnych klubach - lecz poza tym ci wcześni przybysze pozostawali w dużej mierze anonimowi. Stopniowo strużka przeistoczyła się w istną powódź. W 2006 r. liczba wiz wydanych Rosjanom wzrosła do 250 tysięcy; w tym samym roku 1 830 Rosjan otrzymało brytyjskie obywatelstwo. Berezowski przyrównał napływ Rosjan do Wielkiej Brytanii w XXI w. do ich masowej migracji do Francji w XIX w. "Kiedyś rosyjscy arystokraci mówili po francusku i wyjeżdżali do Francji", zauważył. "Współcześni Rosjanie mówią po angielsku i lepiej czują się w Anglii"9.
Do wczesnych imigrantów z Rosji - głównie profesjonalistów klasy średniej, których żadną miarą nie dało się określić mianem zamożnych - w ciągu dwóch czy trzech lat dołączyli przedstawiciele zgoła innej warstwy rosyjskiego społeczeństwa. Nowi Ruscy, jak nazywali ich rodacy, pojawili się po raz pierwszy w latach 1993 i 1994. Zaczynali już dorabiać się na reformach gospodarczych Borysa Jelcyna, złagodzeniu restrykcji nałożonych na prywatne przedsiębiorstwa i pierwszej fali prywatyzacji, choć nie na taką skalę, jak nastąpiło to później. Byli mieszanką urzędników państwowych, obrotnych kanciarzy, ludzi z Kremla i byłych KGB-owców, a także członków nowo powstałych rosyjskich gangów.
Ci Nowi Ruscy, którzy zawsze byli w mniejszości względem "zwykłych" rosyjskich imigrantów, generalnie nie przybywali do Londynu, żeby tu osiąść. Przyjeżdżali na wizach turystycznych lub biznesowych na konferencje, spotkania handlowe, zakupy czy żeby zaszaleć. Jak to ujął pewien Rosjanin mieszkający w Londynie, który co nieco o nich wiedział, "wtedy nie było co marzyć o przeniesieniu się na stałe do Londynu. Trudno było zdobyć bezterminową wizę, chyba że nielegalnie, pozwoleń na pracę prawie nie wydawano, a większość z tych ludzi mogła zarobić w Moskwie o wiele więcej niż w Londynie. Mieli pieniądze i przyjeżdżali tu na tydzień czy dwa, żeby je roztrwonić".
W latach 90. XX w. Brytania stopniowo łagodziła swoje przepisy wjazdowe. Łatwiej było zdobyć wizy turystyczne i biznesowe. Władze szczególnie serdecznie witały ludzi z nabitymi portfelami. Chcąc za wszelką cenę przyciągnąć inwestycje zagraniczne, rząd naginał zasady, żeby skusić do przyjazdu superbogaczy. "Generalnie jeśli przyjeżdżasz z pieniędzmi, przyjmują cię z otwartymi ramionami", skomentował w 2007 r. John Tincey, wiceprezes Immigration Service Union10.
W 1996 r. konserwatywny rząd Johna Majora wprowadził "wizy dla inwestorów" z myślą o osobach chcących na stałe zamieszkać w Zjednoczonym Królestwie i będących w stanie zainwestować w kraju przynajmniej milion funtów. Co najmniej 750 tysięcy funtów z tej kwoty musiało zostać ulokowanych w obligacje rządowe lub spółki zarejestrowane w Wielkiej Brytanii. Po pięciu latach inwestorzy ci mieli prawo ubiegać się o pozwolenie na stały pobyt, a nawet brytyjskie obywatelstwo. Tylko jeszcze jedno państwo na świecie - Stany Zjednoczone - wprowadziło takie rozwiązanie (i to z o wiele niższą opłatą wstępną), z którego skorzystało wielu zamożnych Rosjan: wystarczyło, że przekroczą wymagany próg inwestycji.
Przynęta zadziałała. Rosjanie, jak również bogacze z innych państw, przybywali tłumnie na Wyspy. Cytując za magazynem "Forbes" z 2006 r.: "Londyn przyciąga elity sławnych i bogatych. Może bezsprzecznie powiedzieć o sobie, że działa niczym magnes na światowych miliarderów"11.
Gdy już tu dotarli, nowobogaccy Rosjanie bez żenady torowali sobie pieniędzmi drogę przez stolicę. Szybko uzależniali się od światowego, brytyjskiego stylu życia. W Londynie historia, kultura i okazje dla konsumentów chcących szybko rozstać się z dużą ilością pieniędzy znajdują ucieleśnienie pod postacią klasycznych brytyjskich marek, które zdają się mieć wyjątkową moc przyciągania. Im bardziej tradycyjne, tym bardziej nęcące: zakupy w Fortnum & Mason i Burberry, butelka porto za 900 funtów ze sklepu z winami Berry Bros & Rudd w dzielnicy St James, herbatka w kawiarni hotelu Claridge's, kolacja w restauracji Rules. Rosjanie szczególnie polubili jeszcze dwie inne brytyjskie instytucje: czołowe londyńskie domy aukcyjne Sotheby's i Christie's. To tutaj u szczytu artystycznego boomu połowy pierwszej dekady XXI w. przelicytowywali innych kolekcjonerów i wiodących międzynarodowych handlarzy sztuki, zgarniając coraz to nowe dzieła francuskich impresjonistów i współczesnych brytyjskich malarzy.
Niemniej oszałamiająca rozrzutność Rosjan nie wynikała jedynie z prymitywnego materialistycznego łaknienia dóbr luksusowych; wypływała również z fatalistycznego sposobu myślenia i generalnie pesymistycznego nastawienia do życia. Przez stulecia ludzie w Rosji cierpieli straszliwą biedę i głód, byli też poddawani brutalnym represjom: szacuje się, że za reżimu Stalina życie straciło 20 milionów ludzi; kolejne 1,1 miliona zginęło podczas samego oblężenia Stalingradu w latach 1942-1943. Jeszcze długo po upadku imperium sowieckiego miliony ludzi żyły w strachu i poczuciu ciągłej niepewności. Sytuację dodatkowo pogarszał srogi klimat, brak stabilności gospodarczej i skorumpowany system prawny. Nawet nowi miliarderzy i ich rodziny obawiają się, że jutro mogą wszystko stracić. Jedno z ulubionych powiedzeń Rosjan brzmi: "Nigdy nie mów nigdy, jeśli chodzi o biedę i więzienie: i to, i to może cię spotkać każdego dnia". Rosjanie wierzą też, że "to, co nie rośnie i się nie rozwija, jest skazane na wyniszczenie i wymarcie".
Pośród rosyjskich mężczyzn uzależnienie od wydawania pieniędzy manifestowało się koniecznością nabywania bajońsko drogich jachtów, samolotów i aut. "Podoba nam się angielska kultura oparta na samochodzie", stwierdził Aleksander Pikulenko, korespondent do spraw motoryzacji moskiewskiej radiostacji Echo Moskwy12. Szacuje się, że w 2007 r. 40 procent aut marki Mercedes-Benz sprzedanych w salonie w centrum Londynu trafiło do Rosjan. Wraz z ich przybyciem nastały także dobre czasy dla raczkującego sektora prywatnego lotnictwa w Wielkiej Brytanii. Za ich sprawą dziesiątki samorodnych przedsiębiorców, takich jak młodzi potentaci branży nieruchomości bracia Candy, z dnia na dzień stali się multimilionerami.
Na Rosjanki londyńskie luksusowe sklepy działały jak magnes: urządziły w nich "rublową rewolucję". Oczywiście najchętniej robiły zakupy w Harrodsie: wiele rosyjskich żon - i prawdopodobnie także większość córek - byłoby najszczęśliwszych, gdyby ich mężowie po prostu kupili cały dom towarowy. Wśród rosyjskich emigrantów krąży pewien dowcip: "Bogaty Rosjanin leżący na łożu śmierci wzywa do siebie żonę: - Olgo, obiecaj mi, że zrobisz coś dla mnie, kiedy umrę: przyrzeknij, że pochowasz mnie w Harrodsie. Zszokowana, zapłakana żona błaga go, żeby przemyślał decyzję: przecież stać go na wybudowanie własnego mauzoleum w Moskwie. - Nie, nie, nie - obstaje przy swoim umierający. - Nie rozumiesz? Jeśli będę pochowany w Harrodsie, przynajmniej będę mieć pewność, że będziesz mnie odwiedzać chociaż raz w tygodniu". Zaraz za Harrodsem plasuje się dom towarowy Harvey Nichols znajdujący się przy tej samej ulicy, gdzie w szczytowym momencie na pięciu piętrach zatrudniano sześć sprzedawczyń mówiących po rosyjsku.
Po biżuterię żony i kochanki oligarchów udają się do West Endu. Niemal każdy sklep przy Old Bond Street zatrudnił osobę znającą rosyjski. Najbardziej prestiżowi jubilerzy, jak Asprey i Theo Fennell, zawdzięczali znaczący wzrost dochodów odnotowany pod koniec lat 90. XX w. poszerzającemu się gronu rosyjskich klientów, wykazujących wyjątkowe zamiłowanie do niebotycznie drogiej, niepowtarzalnej biżuterii od znanych projektantów. Żony rosyjskich bogaczy bez mrugnięcia okiem wydawały 5 tysięcy funtów na torebkę ze skóry aligatora czy 90 tysięcy funtów na pierścionek z diamentem. "Zachowują się jak dzieci w sklepie ze słodyczami", zauważył pewien sprzedawca.
Po poranku spędzonym na jeżdżeniu od jednego do drugiego sklepu z markową damską modą szoferzy odwozili żony i córki na lunch do herbaciarni i restauracji w rosyjskim stylu: Roka przy Charlotte Street, Troika w Primrose Hill lub Fifth Floor Restaurant w domu towarowym Harvey Nichols. Ich mężowie lubili wpaść na wczesnego drinka do któregoś z hotelowych barów w Dorchester lub Lanesborough. Następnie udawali się na kolację do jednej z najdroższych i najbardziej ekskluzywnych restauracji w mieście, jak Le Gavroche czy Cipriani w dzielnicy Mayfair. Nawet będąc na drugim krańcu świata, rosyjscy superbogacze nie mieli żadnego problemu z zaspokojeniem każdej swojej zachcianki. Pewnego dnia późnym popołudniem przebywający właśnie w Baku Roman Abramowicz oznajmił swojemu asystentowi, że zjadłby na kolację sushi. Asystent złożył zamówienie za 1,2 tysiąca funtów w restauracji Ubon z Canary Wharf - filii modnego japońskiego lokalu Nobu przy Park Lane. Po jedzenie podjechano limuzyną, którą szofer przewiózł zamówienie na lotnisko Luton, skąd zostało przetransportowane prywatnym samolotem do Abramowicza do oddalonego o bez mała 5 tysięcy kilometrów Azerbejdżanu13. Przy koszcie operacji szacowanym na 40 tysięcy funtów musiało to być jedno z najdroższych zamówień na wynos w historii.
Za całym tym blichtrem, przepychem i dobrobytem skrywała się druga strona rosyjskiej inwazji na Wyspy. Pojawienie się Rosjan mogło tchnąć w Londyn nowe życie pod względem finansowym, lecz jednocześnie sprawiło, że stolica Anglii przemieniła się w posępną kolonię Moskwy. Choć pracownicy City, producenci towarów luksusowych i potentaci rynku nieruchomości byli niezmiernie szczęśliwi z powodu przybycia rosyjskich magnatów, nie są oni harmonijną społecznością. Za masowym szałem wydawania pieniędzy skrywa się mroczny świat osobistych waśni i sporów. Większość Rosjan jest w stanie wojny ze swoimi rodakami i Rosją jako taką. W rezultacie wielu niegdysiejszych przyjaciół i partnerów biznesowych stało się zaprzysięgłymi publicznymi wrogami.
Gra toczy się o aktywa warte miliardy funtów. "Oni są bezwzględni", powiedział pewien człowiek, który regularnie robił interesy z najbogatszymi Rosjanami. "Ich słowo nic nie znaczy. Wykołują cię przy pierwszej okazji. Tam panuje prawo dżungli. Często są sobie winni masę pieniędzy".
Wraz z nimi do Wielkiej Brytanii zawitały więc również pewne szpetniejsze aspekty państwa rosyjskiego. "W ślad za oligarchami przybyła polityka. To dlatego wszyscy oni przedsiębiorą tak daleko posunięte i kosztowne środki ostrożności", wyjaśnia inny biznesmen.
Niegdyś bezwzględne batalie polityczne i biznesowe o kontrolę nad bogatymi rosyjskimi zasobami ropy, gazu i surowców mineralnych ograniczały się do samej Rosji. Stopniowo jednak te zaciekłe osobiste i korporacyjne wojny rozlały się też na Wielką Brytanię. Przez jakiś czas pozostawały niezauważone, przynajmniej przez prasę i opinię publiczną, choć nie przez służby bezpieczeństwa. Już w grudniu 2006 r., gdy były funkcjonariusz KGB i dysydent Aleksander Litwinienko umarł długą, bolesną i publiczną śmiercią w londyńskim szpitalu w wyniku zatrucia polonem, ujawniły się w pełni implikacje zabiegania o względy rosyjskich miliarderów i opozycjonistów. Brytyjski rząd łaknął ich pieniędzy, ale swoje zajadłe bratobójcze batalie mieli toczyć poza granicami kraju. Zabójstwo Litwinienki ujawniło słabość tej strategii dobrodusznej tolerancji.
Jak to ujął pewien Rosjanin, który zna osobiście kilku oligarchów, "rządowi Wielkiej Brytanii może być wszystko jedno, jak ci goście zarobili te wszystkie pieniądze i jakie mają niecne zamiary, tak długo, jak będą załatwiać swoje szemrane interesy poza Wyspami. Tyle tylko, że tak to nie działa. Nie da się otworzyć dla nich granic i oczekiwać, że żaden podejrzany typ nie waży się przekroczyć kanału La Manche".
Profesor Robert Service z St Antony's College w Oxfordzie, wiodący angielski znawca historii Rosji, zgadza się z tym stwierdzeniem: "Brytyjski rząd współpracował z londyńskim City w zapewnieniu spokojnej przystani rosyjskim biznesmenom, którzy potrzebowali wywieźć pieniądze z ojczyzny. Bardziej powściągliwy Nowy Jork i Stuttgart nie przystąpiły do rywalizacji o rosyjski kapitał. Brytania nie zadaje zbyt wielu pytań na temat pochodzenia nagłego bogactwa Rosjan. Stąd płatni zabójcy, którzy co i rusz dobijają do naszych brzegów, żeby nie przebierając w środkach, załatwić wewnętrzne porachunki"14.