Londyn. International Guy. Tom 7 - Audrey Carlan

Kup ebooka

29.90 zł
24.82 zł (15,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SKYLER

Tego wieczoru ścieżka mojego życia stała przede mną otworem, rozwidlając się niczym na rozdrożu. Jeśli poszłabym w jedną stronę: oto czekało mnie szczęśliwe życie u boku mężczyzny, którego nauczyłam się kochać i ufać mu. Wybierając drugą opcję: życie bez niego. Wyszorowałam zęby i spojrzałam na tekst, który wypisał swego czasu na moim lustrze:

ŻYJ W ZGODZIE ZE SOBĄ.

Mogłam mieć tylko nadzieję, że te słowa nie doprowadzą go do tego, że porzuci mnie, zostawiając pustą niczym skorupę, którą byłam przed poznaniem go. Przez kilka poprzednich miesięcy moje życie było wspaniałe. Nie w sensie finansowym czy bycia celebrytką, ale pod względem zwykłych codziennych radości, których po śmierci rodziców nie spodziewałam się już nigdy doświadczyć. Zanim w moim życiu pojawił się Parker, wyglądało ono tak, jakby ktoś przeciął je nożem na pół. Szczęśliwa dziewczyna "przed" i kobieta z niepewną przyszłością "po". Z Parkerem u boku ta niepewność rozwiała się. Po raz pierwszy miałam poczucie, że byłam w stanie znieść wszystko. Żyłam jak we śnie, z mężczyzną, o którym mogłam mówić, że był mój. Do którego czułam głęboką miłość. Nowi przyjaciele, którzy nie chcieli ode mnie czegokolwiek tylko dlatego, że byłam sławna. Wspaniała para ochroniarzy, którym zawierzyłam swoje bezpieczeństwo. I moja muza, którą odnalazłam na nowo. Moje zdolności aktorskie wspanialsze, niż kiedykolwiek wcześniej.

Szczęście.

Być może istnieje z góry przypisany każdemu człowiekowi limit dobra, którego doświadczy w życiu, i ja już swój wyczerpałam. Może siły nadprzyrodzone, Bóg, wszechświat, Matka Natura, czy ktokolwiek, kto ustala reguły, daje każdemu jego personalny szczęściomierz, a ja, zakochując się w Parkerze Jamesie Ellisie, przebiłam swoją skalę.

Zawsze wierzyłam, że świat dąży do naturalnej równowagi. Dobro-zło. Radość-smutek. Miłość-nienawiść. Gdyby nie przypisane mu przeciwieństwo, żaden z tych atrybutów nie mógłby osiągnąć pełnego potencjału. Parker stanowił dla mnie uosobienie wszystkiego, co dobre i właściwe. Czy to znaczyło, że ja skazana byłam na smutek i popełnianie błędów?

Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech. Nagle otaczająca mnie energia stała się ciepła, czułam, jak po spływających mi po plecach włosach przemyka powietrze, a na skórze dotyk męskiego, rozgrzanego ciała. Znajomy ciężar objął mnie w pasie, przyciskając mocniej do siebie. Nie otworzyłam oczu, za bardzo bałam się, że ten piękny widok był jedynie wytworem mojej wyobraźni. Przez nieskończenie wiele dni tęskniłam za tym uczuciem, za jego dłońmi, dotykającymi w delikatny, pełen miłości sposób moją nagą skórę.

Zarost na jego brodzie otarł się o moją szyję, gdy przybliżył twarz do wcięcia między moją szyją i ramieniem, miejscem, które zarezerwowane było wyłącznie dla niego. Z moich ust wydobyło się westchnienie. Podświadomie wiedziałam, że jego objęcia to najbezpieczniejsze miejsce na świecie.

- Widzę, że ty również zostawiłaś mi wiadomość. - Jego głos przebiegł od mojej szyi aż do piersi.

Kiwnęłam głową, niezdolna wydobyć z siebie słowa, gdy byłam tak bliskiego niego. Nasze splecione ciała otaczała mieszanka jego i mojej energii.

- Żyj w zgodzie ze sobą. Zdaje się, że to hasło stanowiło motyw przewodni minionego tygodnia. Chcesz, żebym żył w zgodzie ze sobą, czy abym zaufał tobie i żył w zgodzie z tobą? - zapytał, a jego ramiona prześlizgnęły się po mojej talii, gdy objął mnie od tyłu.

Chwyciłam jego ramiona w swoje dłonie i pozwoliłam, aby moje ciało przesiąkło jego ciepłem.

- Jedno i drugie - odpowiedziałam głosem niewiele głośniejszym od szeptu, ponieważ każdy kawałek mojego zmaltretowanego serca znajdował się w tej chwili w jego posiadaniu.

Parker nucił coś delikatnie w stronę mojej szyi, a ja czułam, jak jego głos spływał aż do palców moich stóp.

Otworzyłam oczy i zobaczyłam odbite w lustrze, utkwione we mnie spojrzenie jego błękitnych oczu.

- Gotowa, żeby iść do łóżka? - zapytał.

- Z tobą? - Zaparło mi dech w piersi. Nie wiem czy to dlatego, że ma się ze mną kochać, czy że chce zrobić co obiecał - rozwiązać między nami to, co zostało zniszczone. W tej chwili nie jestem pewna czego chciałabym bardziej. - Zawsze.

Parker całuje mnie delikatnie w zgięcie szyi, które robi się wilgotne i ciepłe od jego ust i oddechu. Przebiega dłońmi od moich ramion do dłoni.

- Chodź - powiedział stanowczo.

- Za tobą pójdę wszędzie - odparłam. Poddałam się potrzebie, która płonęła w mojej duszy. Obróciłam się, aby mógł spojrzeć mi prosto w oczy. - Gdzie ty, tam ja. Oto ja, żyjąca w zgodzie ze sobą.

Wplótł dłoń w moje włosy i dotknął karku, kciukiem uniósł moją brodę. Czas zwolnił, a ja słyszałam oddech wydobywający się z jego ust, gdy pochylił się w moją stronę. Wyobraziłam sobie, że słyszałam nawet jego rzęsy ocierające się przy każdym mrugnięciu o skórę, aż w końcu je zamknął i przywarł swoimi ustami do moich.

Początkowo ich był delikatny, witający, jakby jego ciało mówiło po prostu "cześć". Stanęłam na palcach i położyłam dłonie na nagich ramionach Parkera. Jego skóra była rozgrzana i czułam, jak natychmiast ogrzewał mnie swoim ciepłem. Zjechał dłonią w dół, obejmując mnie niżej, w pasie i przytrzymując, podczas gdy jego usta całowały mnie tak, że zatraciłam się w tym pocałunku. Za każdym razem, gdy otwierałam usta, jego język wchodził głębiej, przypominając sobie, co lubię, i biorąc wszystko, co miałam do zaoferowania. Wszystko i jeszcze trochę.

Moje płuca płonęły, domagając się powietrza, ale nasz pocałunek robił się tylko bardziej intensywny, nasze języki ocierały się o siebie, smakując się wzajemnie. Parker odsunął się na moment, pozwalając nam obojgu wciągnąć powietrze. Przejechał językiem po mojej dolnej wardze, po czym chwyta ją swoimi ustami i przygryzł rozkosznie. Moje ciało przebiegł dreszcz przyjemności, jak piorun trafiając między moje uda, gdzie czułam coraz większe gorąco.

- Kochanie... - jęknęłam, nie wiedząc, czego potrzebuję bardziej: jego ust całujących mnie, jego kutasa wbijającego się we mnie czy jego słów na nowo scalających nasz rozbity związek. Mój mózg powoli tracił kontakt z rzeczywistością i wszystkie opcje wydawały mi się równie ważne.

- Chryste, ależ mi brakowało twojego uwodzicielskiego głosu wymawiającego "kochanie", gdy cię całuję... Żyję tylko po to, żeby sprawiać ci przyjemność. Dzięki temu składam na nowo w całość swoje porozbijane wnętrze.

Ze wszystkich sił zacisnęłam ręce wokół jego karku i ramion, całując go mocno, po czym odsunęłam się nieco.

- Powiedz, co mam zrobić, żeby wszystko naprawić?

Pochylił się, a nasze czoła zetknęły. Oboje zamknęliśmy oczy.

- Już to robisz. Bądź ze mną. Odkryjmy, co jest między nami.

Przebiegłam palcami po jego włosach, delikatnie drapiąc go paznokciami po głowie. Wydał z siebie jęk, jakby było to najprzyjemniejsze uczucie na świecie.

- Weź mnie do łóżka. - Nie potrafiłam sobie wyobrazić innego miejsca, w którym mogłabym na nowo się z nim złączyć.

Obdarzył mnie tym swoim seksownym uśmiechem, na widok którego wszystkim babkom od razu spadały majtki. Był tak niesamowicie przystojny.

- Och, jestem pewien, że tam właśnie zmierza nasze małe całowanko. - Uniósł brew i kącik ust.

Przewróciłam oczami i popchnęłam go, aż zaczął się cofać. Gdy jego nogi dotknęły krawędzi łóżka, opadł na nie, chwytając mnie w locie. Wylądowałam na jego nagiej klacie i odzianych w bokserki biodrach. Jego ręce przebiegły po moich plecach. Nim był w stanie ponownie mnie pocałować, rozsiadłam się na nim okrakiem.

- Przede wszystkim, zanim pójdziemy dalej, a wierz mi, jestem gotowa szaleć całą noc, aby posklejać twoje i swoje wnętrze... Przede wszystkim musimy uczciwie podejść do tego, co się między nami wydarzyło, albo nigdy nie pójdziemy się do przodu.

Westchnął i zasłonił oczy ramieniem. Złapałam go za rękę i odsunęłam ją na bok.

- Nie zdradziłam cię z Johanem. - Jego ciało stężało, jakby próbował się odwrócić. Ścisnęłam nogami jego klatkę piersiową i biodra. - Nie. Nie uciekniesz od tej rozmowy. Tak, zjebałam. Okropnie zjebałam. Myślałam, że mogę się z nim spotkać i przekonać go, żeby mnie nie szantażował... co technicznie rzecz biorąc zrobiłam.

Parker zacisnął zęby i wydusił z siebie:

- Sky...

Pokręciłam głową.

- Nie, musisz tego wysłuchać. Poszłam tam. Powiedział, że nie ma pieniędzy na życie. Że ma długi u jakichś potwornie złych kolesi. Że wisi im miliony. Rodzina wyrzekła się go i albo znalazłby sposób na spłacenie swoich długów, albo ryzykował, że straci życie.

- Chuj sprawił, że to nagle zrobił się twój problem, chociaż nigdy nim nie był! - Parker ryknął jak zamknięta w klatce dzika bestia. Jego ciało zadrżało z wściekłości.

- Może i dawno temu, ale był taki czas, gdy uważałam, że Johan był dla mnie całym światem. Dzięki niemu przeszłam przez najgorszy okres w swoim życiu. Może coś mi się poprzestawiało w głowie i uznałam, że jestem mu coś winna.

- Gówno mu byłaś winna! - warknął Parker. Dotknęłam jego policzka i przejechałam palcem po stężałych z gniewu rysach twarzy.

- Po dłuższym namyśle i paru sesjach terapeutycznych w tym tygodniu też zaczynam się ku temu skłaniać. Mimo wszystko możliwość pomocy mu w wyjściu z tej sytuacji bez angażowania prawników i oczerniających mnie zdjęć w każdej możliwej gazecie wydawała się właściwa.

Parker złapał mnie jedną ręką za biodro, drugą podtrzymał mi plecy i przeciągnął nas oboje do wezgłowia łóżka, o które oparł się plecami. Ja siedziałam mu na kolanach.

Jego głos stał się niższy.

- Naraziłaś się na niebezpieczeństwo, a nasz związek na ryzyko. - Parker wejrzał prosto w moją duszę. Serce biło mi w piersi tak mocno, że zastanawiałam się, czy nie będę miała za moment ataku paniki.

Łzy napłynęły mi do oczu. Wodziłam palcem po jego obojczyku, potrzebowałam bowiem dotknąć go, aby zdołać wydusić z siebie to, co musiałam powiedzieć.

- Nie jestem dumna z tego, co zrobiłam. Jedyne, co mogę powiedzieć, to że w tamtej chwili wydawało się to właściwe. Nie jestem przyzwyczajona do tego, że mam kogoś w swoim narożniku. Mężczyznę, który pomaga mi, gdy mam problemy i... - Przełknęłam ślinę, czując, jak zasycha mi w gardle. - Chciałam to naprawić. Zostawić wszystko za sobą. Nie pomyślałam... - Dłużej już nie byłam w stanie powstrzymywać łez, które pociekły mi po twarzy strumieniami. - Nie wiedziałam, jak źle będzie to wyglądać. Ale przysięgam, jedyne, co zrobiłam, to spłaciłam jego długi, zapisałam go do kliniki odwykowej, żeby zdołał uwolnić się od narkotyków i...

- Dlaczego spędziłaś u niego noc, Sky? Dlaczego? - Usta Parkera ściągnęły się w cienką kreskę.

Oblizałam wargi, żałując, że nie mogłam zamiast tego go pocałować.

- Zrobiłam głupio, przyznaję. Zanim zdążyliśmy wszystko załatwić, był już środek nocy, a ja tak zmęczona, że przed oczami migały mi gwiazdy. Nie powiedziałam ochronie, gdzie idę, nie wiedzieli więc, gdzie mnie szukać...

Z ust Parkera wyrwało się zwierzęce warknięcie. Ściągnął brwi. Gładziłam je, dopóki znów się nie rozluźnił.

- Kochanie, byłam zmęczona. Padnięta. Wyczerpana emocjonalnie i fizycznie. Zaoferował mi, że mogłabym przespać się w jego pokoju, do którego drzwi były zamykane na klucz, z czego skorzystałam. I zasnęłam. Sama. On spędził noc na kanapie.

Ciało Parkera chyba nieco się rozluźniło. Uniósł ręce i dotknął mojej twarzy i szyi, po której pogładził mnie opuszkami palców. Pieścił moją skórę. Jego dotyk działał niczym leczniczy balsam, kojący krem nałożony na wysypkę. Ból znikał z każdego centymetra mojego ciała, którego dotknął, a moja skóra nasiąkała ciepłem.

Gdy odezwał się, odpowiadając na moje wyznanie, jego głos zabrzmiał jak papier ścierny.

- Powiedział mi, że odnowiliście swoją znajomość i wprost wyznał, że zbliżyliście się do siebie. Intymnie.

Wsadzenie noża do kontaktu nie byłoby chyba dla mnie bardziej wstrząsające. Serce mi zamarło, żołądek skurczył się.

To dlatego. To dlatego tak bardzo był pewien, że go zdradziłam.

Ujęłam twarz Parkera w dłonie i spojrzałam mu prosto w oczy.

- Nigdy bym tego nie zrobiła. Ani tobie, ani nam. To dzięki tobie znów żyję. Zanim pojawiłeś się w moim życiu, byłam martwa. Moje życie nic nie znaczyło. Żyłam z dnia na dzień, ale kochanie, dzięki tobie teraz żyję naprawdę. Przez cały czas. Żyję i kocham. Nic nie byłoby w stanie mnie od tego odciągnąć. Nigdy nie zaryzykowałabym utraty tego, co teraz mam. Nigdy.

Zamknął oczy, a ja pochyliłam się w jego stronę, przywierając ustami do jego ust, przypieczętowując swoje słowa oczyszczającym pocałunkiem.

Rozdział 1

Pocałunek Skyler wlał we mnie życie i radość, sprawiając, że wreszcie zniknął ból w żołądku, który czułem odkąd usłyszałem w telefonie głos Johana. Cofnęła głowę i po prostu się we mnie wpatrywała. Jej palce przejechały po moich brwiach i skroniach, po czym zjechały niżej, po policzkach, aż do moich ust.

Moja kobieta nigdy by mnie nie zdradziła.

Wierzyłem jej całym sobą. Jej brązowe oczy lśniły szczerością, ale drżący podbródek zdradzał smutek.

- I co teraz? - Jej głos brzmiał niepewnie po wszystkim, co mi powiedziała.

Przesunąłem dłońmi po jej udach, przez talię, po piersi.

- Teraz będziemy się pieprzyć.

Poderwałem się i pocałowałem ją mocno. Wpiła się we mnie, obejmując ramionami i przyciągając do siebie, przyciskając się piersiami do mojej klaty.

Gdy cofnąłem głowę, jęknęła, owiewając lekko mój policzek. Wbiła paznokcie w nagą skórę na moich plecach.

- Tak się bałam, że cię straciłam. Że straciłam cię przez jeden potworny błąd.

Wziąłem głęboki wdech i oparłem podbródek w miejscu, gdzie jej ramię łączyło się z szyją.

- Nie będę kłamał, mówiąc, że nie myślałem o rozstaniu. Ale gdybyś naprawdę mnie zdradziła... to byłby koniec.

Słowo "zdradziła" zabrzmiało w mojej głowie niczym dzwonek alarmowy. Spiąłem się, gdy przypomniałem sobie pocałunek Alexis.

- Kurwa! - syknąłem i cofnąłem się.

- Co?

Oblizałem usta i zsunąłem dłonie z jej ramion, głaszcząc w górę i w dół jej plecy.

- Gdy myślałem, że nie jesteśmy razem... - zacząłem, a całe jej ciało skamieniało.

Skyler skrzyżowała ręce na piersi.

- Przespałeś się z panią cycatą, tak?

Pokręciłem głową. Skyler oddychała ciężko.

Jej głos drżał, gdy się odezwała:

- Wiem, że między wami do czegoś doszło. Wspomniała o jakieś ofercie... - Ściągnęła usta w cienką linię i zacisnęła zęby.

- Brzoskwinko, nie spałem z nią. Nie zrobiłbym tego. Nie mógłbym. Nieustannie o tobie myślałem, ale miałem moment słabości. Byłem śpiący, śniłaś mi się, a ona tam była i...

- Po prostu powiedz - poprosiła łamiącym się szeptem.

- Pocałowałem ją. Tylko tyle. Przerwałem zanim doszło do czegokolwiek więcej i dałem jej wyraźnie do zrozumienia, że jestem w związku.

Skyler wyprostowała się i zacisnęła zęby.

- Chcesz jej?

Serce waliło mi szybko w piersi, a w ustach zaschło. Ciężko było przełknąć ślinę.

- Nie, kurwa, nie.

Skyler przekrzywiła głowę i na oczy opadł jej kosmyk złotych włosów. Odgarnąłem go, gdy ciągnęła:

- Jest wspaniała. Wielkie cycki, fantastyczne ciało.

Zamknąłem oczy. Przez głowę przemknęły mi migawki Alexis - jej uwodzicielskie krągłości, podkreślające ogólną atrakcyjność.

- Tak, a ona wykorzystuje je, żeby pogrywać sobie z mężczyznami. Nie mówiąc już, że w tej chwili służy jej ono do zabawy z Bo w "Gdzie jest kiełbaska?".

Skyler wybałuszyła oczy.

- Niemożliwe!

Uśmiechnąłem się na myśl o tym, że ta męska dziwka, Bo, właśnie zafundował mi kartę wyjścia z więzienia.

- A jednak.

- Fuj... Przeleciał panią cycatą?

Mimowolnie zachichotałem.

- Najwyraźniej. Z tego, co wiem, jest z nią w tej chwili.

Skyler pochyliła się w stronę mojej klaty, przykładając ucho do mojego serca.

- W porządku.

Zmarszczyłem brwi i ująłem od tyłu jej głowę, bawiąc się jedwabistymi kosmykami jej włosów. Z jej ust wydobywały się lekkie westchnienia, drażniące sutek. Mój kutas stwardniał i zaczął się lekko poruszać, domagając uwagi.

- I to tyle? Powiedziałem ci, że pocałowałem inną kobietę, a ty kwitujesz to słowami "w porządku"?

Wzruszyła ramionami.

- Szczerze mówiąc, nie uważam, żeby to ona była problemem między nami.

Słowo "problem" zapaliło u mnie kolejne lampki ostrzegawcze.

- Uważasz, że mamy problem?

Westchnęła.

- Tak.

- Nie licząc Johana i Alexis?

Skyler przesunęła się, ponownie siadając mi na udach i patrząc prosto w oczy.

- Dlaczego mi nie ufasz?

W pierwszej chwili umknął mi sens, ale w końcu pytanie przedarło się do mojej świadomości i uświadomiłem sobie, dlaczego je zadała.

- Ufam...

- Nie - przerwała mi, zanim zdążyłem skończyć. - Uwierzyłeś Johanowi, nie próbując nawet ze mną porozmawiać...

Zacisnąłem zęby i cofnąłem się myślami do tamtego dnia. Poczucie bezradności i troska o jej bezpieczeństwo, lęk, że mogło jej się coś stać. A po tym wszystkim wiadomość, że jest cała i zdrowa, w objęciach swojego byłego, gdy ja czekałem na nią w jej łóżku. Uczucie zazdrości szarpało szponami moją skórę. Oddychałem ciężko, walcząc z tym bolesnym wspomnieniem, starając się uspokoić, powiedzieć, co należy, nie odsuwając nas od siebie.

Przez chwilę zastanawiałem się nad swoimi słowami.

- Kochanie, okoliczności były trudne. Spędziłaś noc w pokoju hotelowym ze swoim byłym. Wprost powiedział, że byliście tam ze sobą i odnowiliście swój związek. Zaufanie nie ma tu nic do rzeczy.

Skyler zwęziła oczy.

- Tak jak wtedy, gdy świat myślał, że zdradzasz mnie w Mediolanie ze striptizerką albo później z Sophie, a ja cały dzień czekałam, żeby dowiedzieć się, o co chodzi? Tyle że moja wiara w ciebie ani razu się nie zachwiała. Dlaczego tak łatwo przyszło ci wziąć na wiarę słowa mojego byłego? Kogoś, o kim wiedziałeś, że jest kłamcą i oszustem?

Strzała z poczuciem winy przebiła moją pierś i ugodziła w samo serce. Żołądek ścisnął mi się i znów doświadczyłem tego pustego, skomplikowanego uczucia.

- Masz rację. - Dotknąłem jej policzków i spojrzałem w oczy. - Masz rację, Sky. Powinno być we mnie więcej wiary. W ciebie. W nas. W to, co zbudowaliśmy przez kilka ostatnich miesięcy. Po prostu...

Jej dłoń powędrowała do mojego policzka. Wciągnąłem jej zapach, tak pragnąc jej ciepłej i kojącej bliskości.

- Dokończ.

- Moja przeszłość jest popieprzona. Sama wiesz. Odkąd tylko zaczęliśmy się spotykać. Trzymałem cię na dystans. Myślałem, że możemy się po prostu dobrze bawić, podczas gdy przez cały ten czas, gdzieś w głębi, pragnąłem więcej. Ale bałem się. Cholera, Sky, nadal się boję.

- Czego?

- Że zrobisz to, co ona - wyplułem z siebie słowa niczym ziejący ogniem smok, niszczący wszystko na swojej drodze.

- Kto? - Zmarszczyła brwi i przebiegła palcami po moich włosach. Jej paznokcie przejechały po skórze, tak jak lubię.

- Kayla.

Przez moment zamrugała uroczo.

- Kobieta, z którą byłeś na studiach.

Skinąłem głową.

- Spieprzyła mnie, skarbie. Bardzo. Dopiero parę tygodni temu uświadomiłem sobie, jak bardzo. Royce i Bo radzili mi, żebym nie porównywał tego, co było między nią a mną z tym, co teraz między nami, ale ja... byłem głuchy na ich słowa. Próbuję zmienić swoje myślenie i nie robić tego, ale ciągle się boję.

- Kochanie... - To jedno słowo tak bardzo tchnęło miłością i smutkiem. Z mojego powodu. Nie jej. - Nie jestem Kaylą. Nigdy nie będę Kaylą. Nie skrzywdzę cię.

Oblizałem usta i przymknąłem oczy.

- Ten jeden jedyny raz w moim życiu, gdy czułem się tak szczęśliwy, był z nią. Ty i ja, to, co między nami, jest milion razy ważniejsze. Lepsze. Silniejsze. Znaczy więcej. A ja... boję się to stracić.

Sky dotknęła moich policzków, oparła swoje czoło o moje i pocałowała mnie. Raz. Drugi. Trzeci.

- Nie stracisz mnie. Jedyna możliwość, żebyś mnie stracił, to porzucenie mnie. Chcę być z tobą, Parker. Nic nie zmieni tego, co do ciebie czuję.

Objąłem ją i tuliłem, dopóki nie poczułem ciepła na piersi, dokładnie tam, gdzie tego potrzebowałem.

- Tak bardzo chcę w to wierzyć.

Pocałowała mnie w szyję i odsunęła się, aby móc spojrzeć mi w oczy.

- Uwierz więc. Zaufaj swojemu sercu. Ono nigdy cię nie zawiedzie. - Uśmiechnęła się uroczo, powtarzając słowa, które zapisała mi na lustrze jako osobistą mantrę.

Zaufaj swojemu sercu.

- Chyba będę musiał wytatuować to sobie na nadgarstku, żeby zawsze o nich pamiętać.

Uśmiechnęła się.

- To wykonalne.

Ująłem jej włosy, pozwalając, aby spłynęły mi swobodnie po ramieniu.

- Wszystko będzie dobrze?

- A kochasz mnie?

- Bardziej, niż mógłbym to sobie wyobrazić. - Poczułem ciężar w piersi. Emocje, które odczuwałem w tej chwili, były tak przytłaczające, że obudziły się wszystkie moje zakończenia nerwowe. Czułem każdy przywierający do mnie centymetr ciała Skyler. Słyszałem każdy jej uroczy wdech i wydech. Czułem jej podniecenie wymieszane z brzoskwiniowo-kremowym zapachem.

- Wszystko więc będzie w porządku. - Przejechała kciukiem w dół mojego policzka, zatrzymując się na podbródku.

Potarłem nosem o jej nos.

- Tak po prostu?

- Miłość nie musi być skomplikowana. Może być prosta i łatwa. - Uśmiechnęła się, a ja mógłbym przysiąc, że rozświetliła nim pokój.

- Wiem tylko to, Brzoskwinko, że jeśli miłość ma wobec mnie jakieś plany na przyszłość, to chcę, żeby była związana z tobą.

Po tych słowach wyprostowała się i ściągnęła koszulkę na ramiączkach, uwalniając piersi. Och, jak za nimi tęskniłem. W ustach poczułem ślinę. Złapałem ją mocno za biodra.

- Dobra odpowiedź! - szepnęła i pocałowała mnie.

***

Wojskowe buty Rachel Van Dyken odbijały się głośnym echem w szpitalnym korytarzu. Jej długie blond włosy związane były w warkocz, na który składała się seria czegoś, co można byłoby określić jedynie splotami wojowniczki. Rękawy koszulki miała podwinięte tak, że nie sposób było nie zauważyć jej mięśni. Kroczyła prężnie z bronią u biodra i parą kajdanek przyczepionych do pasa. Każdy jej krok emanował pewnością siebie, gdy skanowała wzrokiem szpitalne korytarze. Za nami kroczył jej mąż, upewniając się, że nikt nie będzie nam przeszkadzał, ani nas zaczepiał. Poprzedniego dnia Skyler udało się jakoś przemknąć niezauważenie, ale gdy tylko ludzie zaczęli tweetować i pisać, że widziano ją w szpitalu, jej prywatna ochrona w postaci Van Dykenów stała się koniecznością. Żadne jeszcze ze mną nie rozmawiało. Nie byłem pewien, czy są wkurzeni na mnie, na całą tę sytuację, czy może nie chcieli się po prostu mieszać w nasze prywatne sprawy. Wiedziałem jednak, że w końcu będę musiał z nimi porozmawiać, żeby wszystko wyjaśnić.

Gdy zbliżyliśmy się do sali, w której leżała Wendy, usłyszałem jej głos, zaburzający panującą wokół ciszę.

- Chcę moją cholerną obróżkę! - krzyknęła gardłowo.

Rachel zatrzymała się przed Skyler i pokręciła głową, powstrzymując nas przed wejściem do środka. Widzieliśmy Wendy siedzącą na łóżku, z twarzą schowaną w dłoniach. Obok niej siedział Michael.

Odepchnąłem na bok Rachel i wszedłem do pokoju. Skyler była tuż za mną.

- Obudziłaś się! - Podbiegłem do Wendy i przyłożyłem dłoń do jej czoła.

Spojrzała na mnie płaczliwym wzrokiem.

- Wszystko z tobą w porządku? - wychrypiała.

Łzy napłynęły mi do oczu. Miałem gdzieś, że mógłbym wyglądać jak pizda, gdy kilka z nich spłynęło mi po policzku. Radość z tego, że Wendy żyła i była przytomna, okazała się zbyt wielka.

- Absolutnie w porządku. Niczym się nie przejmuj. Cieszę się, że wreszcie otworzyłaś oczy. Napędziłaś nam niezłego stracha przez te parę dni. Kiedy się ocknęłaś?

Przełknęła ślinę.

- Wczoraj w nocy. Zabroniłam Mickowi do was dzwonić. Chciałam, żeby to była niespodzianka.

Zerknąłem na Michaela. Wyglądał jak po zderzeniu z pociągiem. Gorzej. Wyglądał, jakby walnął go pociąg i zostawiono go, żeby umarł. Jego jasne oczy były przekrwione, a pod nimi widniały cienie. Zwykle porządnie ułożone włosy sprawiały wrażenie, jakby rwał je i przeczesywał z milion razy.

- Jak się czujesz? - zapytała Skyler, dotykając dłonią nogi Wendy.

Pacjentka uśmiechnęła się na widok przyjaciółki.

- Pilnują, żeby nie bolało za bardzo. Dragi czynią cuda - mrugnęła i zachichotała.

Tylko Wendy potrafiła żartować w takiej chwili, żeby ludzie wokół poczuli się lepiej.

Pogłaskałem ją po jej krótkich czerwonych włosach.

- Dlaczego krzyczałaś?

Jej twarz stężała. Opadła ciężko na wezgłowie.

- Odcięli moją obróżkę.

Michael ujął i pocałował jej dłoń.

- Założę ci pierścionek - powiedział, ale nawet dla mnie zabrzmiało to jak nagroda pocieszenia. Co o tyle zaskakujące, że kupił jej przecież pierścionek z ogromnym diamentem. Większość kobiet przejmowałaby się właśnie nim.

Zerknęła na biżuterię, ale tylko zmarkotniała nieco.

- To nie to samo i dobrze o tym wiesz.

Westchnął ciężko.

- Tak, wiem. Odcięli go, Wisienko. Musieli to zrobić, aby móc przeprowadzić operację i naprawić uszkodzenia, które pocisk wyrządził twojej piersi i płucu. - Michael wyprostował się i przysunął. - Ale nic się nie martw, kupię ci nową. Idealnie dopasowaną i tym razem z diamentem. Co ty na to?

Wzruszyła ramionami i skrzywiła się. Najwyraźniej leki nie niwelowały bólu do końca, ale Wendy nie skarżyła się.

- Czuję... - Gdy spojrzała na Michaela łzy napłynęły jej do oczu i spadły na policzki. - Czuję się naga. Odkryta. Samotna.

Przygryzł wargę, przez jego twarz przebiegł grymas wściekłości. Natychmiast jednak dotknął piersi w miejscu serca i mógłbym przysiąc, że zobaczyłem trybiki obracające się w jego głowie. Jak za pstryknięciem przełącznika, mrok i wściekłość zastąpione zostały szczęściem. Sięgnął do kołnierzyka i włożył rękę pod koszulę, gdzie wisiał długi łańcuszek. Obok kluczyka była tam również jej kłódka. Zdjął łańcuszek, rozpiął go i ściągnął kluczyk. Schował go do kieszeni koszuli, skupiając na sobie spojrzenie Wendy.

- Tuż przy moim sercu. Bo to ty, Wendy, sprawiasz, że ono bije. Wiesz przecież. Wiesz... - głos mu się załamał.

Pokiwała gorączkowo głową. Była na granicy płaczu.

Obserwując ich, czuliśmy się ze Sky jak intruzi, ale atmosfera w sali była radosna. Między nami krążyła energia, która napełniała mnie szczęściem i miłością. W tym momencie było tak bezpiecznie, tak wyjątkowo, że nie mogłem się ruszyć. Stałem jak przyklejony do tego miejsca, obejmując Skyler ramieniem i obserwując, jak Michael wyznaje uczucia miłości swojego życia.

Zapiął wisiorek, przełożył go Wendy przez głowę, po czym oplątał raz i drugi. Koraliki opadły jej na pierś, a ona wzięła głęboki oddech i westchnęła. Jej dłoń zacisnęła się na kłódce niczym na talizmanie.

- Lepiej? - Uśmiechnął się pewny siebie, dobrze znając odpowiedź.

Odwzajemniła uśmiech i zamrugała sennie.

- Tak. Ty zawsze wiesz, jak o mnie zadbać.

Pocałował ją w czoło i przytrzymał dłoń przy jej twarzy.

- To najważniejsze zadanie w moim życiu. Twoje szczęście stoi na pierwszym miejscu. Zawsze.

- Wiem - wymruczała, po czym przymknęły jej się oczy. - Jestem taka zmęczona...

Głos jej się załamał, z płuc wydobyło się lekkie westchnięcie i zasnęła, z ręką wciąż zaciśniętą na kłódce.

Skyler dotknęła mojego ramienia i wskazała głową na drzwi za nami.

- Wyjdźmy, niech odpoczną.

Odchrząknąłem, a z piersi spadł mi olbrzymi ciężar. Michael upewnił się, że Wendy jest dokładnie przykryta i wyszedł za nami z sali.

- Co z nią? Jak wyglądają prognozy?

Michael przejechał dłonią po karku, po czym wzruszył ramionami.

- Ocknęła się w środku nocy. Zajęli się nią, jak trzeba... Lekarz mówi, że wszystko jest w porządku, nie ma śladu infekcji... Ale na wszelki wypadek podają jej dożylnie antybiotyki i środki przeciwbólowe. Rany wyglądają na czyste i prawidłowo się goją, ale minie sporo czasu, nim odzyska pełen zakres ruchów w ramieniu. Przez co najmniej sześć tygodni nie może się przemęczać. Możliwe, że już nigdy nie będzie mogła się przemęczać.

Nigdy.

To jedno słowo ugodziło mnie samego niczym pocisk, niemal zwaliło z nóg.

- Moment. Czy mówisz to, o czym ja myślę?

Skrzyżował ręce w obronnym geście.

- Jeśli myślisz o tym, że moja przyszła żona będzie wyłącznie zajmowała się domem, planowała ślub i nic więcej, to tak. Nie musi pracować. Wybrała...

Przerwałem mu, zanim zdążył dokończyć, bo myśl o tym, że Wendy mogłaby nigdy nie wrócić do firmy, była zbyt przerażająca.

- Myślisz, że nie będzie miała nic przeciwko temu?

- Wyjaśnię jej, że będzie to w najlepszym interesie naszej rodziny. Tej, którą wspólnie zakładamy, którą chcemy mieć w przyszłości. Twoja firma może i jest ważna, ale ona... - Wskazał palcem śpiącą narzeczoną. - Ona jest dla mnie wszystkim. Gdyby umarła, to równie dobrze możecie kupić podwójną trumnę, bo pójdę za nią wszędzie. Nawet do grobu.

Jezu.

To już przesada. Nie potrafię nawet wytłumaczyć poziomu oddania i ślepego przywiązania, które Michael żywił wobec Wendy. Nigdy w życiu nie widziałem czegoś podobnego. Nawet w przypadku swoich rodziców, a ci kochali się już blisko czterdzieści lat. To było po prostu śmieszne.

- Rozumiem cię, Michael, ale ostateczna decyzja należy do Wendy. A nawet jeśli uda ci się usidlić ją swoimi milionami, to wyraziła się bardzo jasno, że jesteśmy częścią jej życia, częścią rodziny, o której mówisz. Nie porzucę jej. Jest dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałem. Więc tak, lepiej przygotuj się...

Michael położył dłoń na moim ramieniu.

- Nie mam zamiaru zabraniać jej przyjaźnić się z wami, ale nie jestem przekonany co do jej pracy. Od początku byłem przeciwny jej pracy. Cała ta sytuacja udowadnia jedynie, jakie to niebezpieczne.

Westchnąłem ciężko.

- Zwykle tak nie jest.

Sapnął i przejechał dłonią po nieogolonej brodzie.

- I to mówi facet, za którego dziewczyną bez przerwy musi chodzić para ochroniarzy? - Wbił wzrok w Rachel i Nate'a, którzy stali półtora metra od nas, udając, że nie zwracają na nic uwagi, ale wszyscy wiedzieliśmy, że gdyby pojawiło się jakiekolwiek zagrożenie, zareagowaliby błyskawicznie.

Sky dotknęła mojego bicepsa, uspokajając mnie i przypominając, że jest tu, żeby mnie wspierać, w jakikolwiek sposób tego potrzebuję. Objąłem ją w pasie.

- Wrócimy później, gdy Wendy nieco odpocznie. Nie masz nic przeciwko, że powiemy chłopakom, że się ocknęła? Wyjaśnię im, że musi przez parę godzin odpocząć.

Skinął głową.

- Powiedz przy okazji Montgomery'emu, że jeśli usłyszę jakąkolwiek zaczepkę albo dwuznaczność, to strzelę go prosto w pysk. Skończyły się dni, kiedy mógł sobie na niej używać. Jasne?

Przygryzłem wargę, starając się powstrzymać rysujący mi się na twarzy grymas uśmiechu.

- Jasne. Ostrzegę go.

- Doceniam to. A w ogóle, Skyler, miło cię widzieć. Bez urazy o tych ochroniarzach. Wiem, że ich potrzebujesz. - Zmarszczył brwi.

Poklepała go po ramieniu.

- Nic się nie martw. Kiedyś obywałam się bez, ale teraz ich potrzebuję. I masz rację. Życie potrafi być niebezpieczne, ale ograniczanie się również. Przerabiałam już to i czułam się wówczas, jakbym umierała po kawałku i nikt tego nie zauważał. Teraz może i czasami ryzykuję, ale za to jestem wolna i cieszę się każdą chwilą. - Puściła mnie i objęła go.

W pierwszej chwili Michael wyglądał tak, jakby nie wiedział, gdzie ma podziać ręce, w jaki sposób ma przytulić kogoś innego niż Wendy. Nagle zrobiło mi się go żal. Cała radość życia skupiona tylko na jednej osobie... Tak się nie da funkcjonować. Jeszcze bardziej zapragnąłem wciągnąć gościa do paczki International Guya.

W końcu ramiona mu opadły, położył głowę na jej ramieniu i również ją objął, przyjmując jej pocieszycielski uścisk. Jego ciało zadrżało, jakby uchodziło z niego potężne napięcie.

- Myślałem, że ją straciłem - wyszeptał. Sky dotknęła jego karku i skinęła głową.

- Ale nie straciłeś. Jest tutaj, cała i bezpieczna. Dochodzi do siebie. I potrzebuje cię bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Skinął głową i pociągnął nosem, gdy emocje zaczęły wydobywać się z niego na światło dzienne. Niemal czułem, jak schodzi z niego stres.

Przytulała go całą minutę, po czym cofnęła się.

- Dasz sobie radę? Możemy coś dla ciebie zrobić?

Pokręcił głową, zrobił kilka kroków w stronę okna i spojrzał na salę, gdzie leżała Wendy. Przyłożył dłoń do szyby.

- Wszystko, czego potrzebuję, jest tutaj.

Uśmiechnęła się i poklepała go po plecach.

- No to idź do niej. Wrócimy później z chłopakami i jedzeniem.

- W porządku. - Obrócił się i złapał Skyler za rękę. Ścisnął ją, szepnął "dziękuję", po czym skinął mi głową.

Skyler wróciła do mnie i objąłem ją w pasie sprawnym ramieniem.

- Nieźle sobie z nim poradziłaś - wyszeptałem, gdy wracaliśmy. Rachel z przodu, Nate za nami.

Wzruszyła ramionami.

- Wiem, jakie to uczucie, gdy traci się wszystko, co kochasz. Nie ma nic bardziej przerażającego.

Pocałowałem ją w skroń i pomyślałem, jak ja czułem się bez niej. Chociaż technicznie rzecz biorąc nie straciłem jej, to przez moment tak się czułem. Nikomu nie życzyłbym takiego bólu i cierpienia.

- Nie, Brzoskwinko. Nie ma.