Londyn - Edward Rutherfurd

Kup ebooka

49.99 zł
38.49 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Lon­dyn jest powie­ścią. Wszyst­kie opi­sy­wane tu rodziny, od Duc­ke­tów po Pen­nych, oraz ich udział w wyda­rze­niach histo­rycz­nych są wytwo­rami wyobraźni autora.

Sta­ra­łem się osa­dzić losy moich boha­te­rów wśród histo­rycz­nych postaci i wyda­rzeń, które miały albo mogły mieć miej­sce. Bo na przy­kład ni­gdy nie dowiemy się, w któ­rym miej­scu Juliusz Cezar prze­kro­czył Tamizę. Według mojej wie­dzy stało się to praw­do­po­dob­nie w oko­li­cach dzi­siej­szego West­min­steru. Znamy poli­tyczne oko­licz­no­ści, które dopro­wa­dziły do zbu­do­wa­nia kate­dry Świę­tego Pawła przez biskupa Melita w 604 roku, a ja pozwo­li­łem sobie umiej­sco­wić to wyda­rze­nie w ówcze­snym saskim Lun­de­wic. Wymy­śli­łem też okręg wybor­czy St Pan­cras, w któ­rym dużo póź­niej, w roku 1830, moi boha­te­ro­wie rywa­li­zo­wali w wybo­rach.

Jed­nak od cza­sów nor­mandz­kiego pod­boju zacho­wało się tyle infor­ma­cji doty­czą­cych nie tylko histo­rii samego Lon­dynu, ale też losów nie­zli­czo­nych poje­dyn­czych ludzi, że żaden pisarz nie mógłby narze­kać na brak mate­ria­łów. Wystar­czyło jedy­nie w kilku miej­scach doko­nać nie­wiel­kich korekt pozwa­la­ją­cych na pro­wa­dze­nie wart­kiej nar­ra­cji.

Naj­waż­niej­sze lon­dyń­skie budowle i kościoły zacho­wały swoje dawne nazwy do dziś. Wiele ulic nazywa się wciąż tak samo od cza­sów saskich. Gdy docho­dziło do zmian, to albo umiesz­cza­łem sto­sowne wyja­śnie­nie w tek­ście, albo - by nie wpro­wa­dzać nie­po­trzeb­nego zamie­sza­nia - uży­wa­łem nazw, któ­rymi posłu­gu­jemy się współ­cze­śnie.

Dla potrzeb powie­ści wymy­śli­łem poło­że­nie kilku miejsc. Sie­dziba Cer­dica zna­la­zła się tam, gdzie dziś stoi hotel Savoy; dom przy szyl­dzie z bykiem, nie­da­leko kościoła St Mary-le-Bow, mógłby stać tam, gdzie znaj­duje się Wil­liam­son's Tavern; kościół Świę­tego Waw­rzyńca Silver­sle­evesa nie­opo­dal Watling Street mógłby być jed­nym z wielu kościo­łów w tej oko­licy, które spło­nęły w Wiel­kim Poża­rze; zamtuz Pod Psią Głową mógłby być jed­nym z dwu­dzie­stu domów publicz­nych dzia­ła­ją­cych przy Bank­side.

Dog­get i Duc­ket to dość powszechne nazwi­ska, czę­sto wystę­pu­jące w Lon­dy­nie. Noszące je postaci histo­ryczne - a zwłasz­cza słynny Dog­get, który usta­no­wił wyścig wio­ślar­ski na Tami­zie Dog­get's Coat and Badge Race - poja­wiają się cza­sem na kar­tach książki i bez trudu można je odróż­nić od postaci fik­cyj­nych. Pocho­dze­nie nazwisk fik­cyj­nych rodów oraz ich dzie­dziczne znaki szcze­gólne zostały wymy­ślone dla potrzeb tej książki.

Bull jest czę­stym angiel­skim nazwi­skiem. Car­pen­ter to typowe nazwi­sko wywo­dzące się od fachu - podob­nie jak Baker, Pain­ter, Tailor i dzie­siątki innych1. Czy­tel­nicy Sarum łatwo zauważą, że poja­wia­jący się w tam­tej powie­ści Maso­no­wie są krew­nymi Car­pen­te­rów. Innym czę­stym nazwi­skiem jest Fle­ming - zapewne wska­zuje ono na fla­mandz­kie pocho­dze­nie jego wła­ści­cieli. Mere­dith to nazwi­sko walij­skie, a Penny zapewne huge­noc­kie. Nieco rzad­sze Bar­ni­kel, które też poja­wia się na kar­tach Sarum, wywo­dzi się od wikin­gów i bar­dzo pięk­nej legendy. Wyko­rzy­stał je Dic­kens (Bar­nacle), ale raczej w nie­ko­rzyst­nym kon­tek­ście. Mam nadzieję, że choć tro­chę odda­łem mu spra­wie­dli­wość.

Nato­miast nazwi­sko Silver­sle­eves i jego dłu­go­nosi wła­ści­ciele zostali wymy­śleni przeze mnie. W śre­dnio­wie­czu ist­niało znacz­nie wię­cej takich pięk­nych, opi­so­wych nazwisk, które nie­stety zani­kły. Silver­sle­eves miało być powro­tem do tej daw­nej tra­dy­cji.

Każdy autor piszący o Lon­dy­nie staje wobec pro­blemu, jakim jest bogac­two mate­ria­łów. Każdy lon­dyń­czyk ma w mie­ście swój ulu­biony zaką­tek. I czę­sto aż kusi, żeby zagłę­bić się w jakieś fascy­nu­jące histo­ryczne zaułki. Nie­mal każda lon­dyń­ska para­fia mogłaby dostar­czyć wystar­cza­ją­cych infor­ma­cji do napi­sa­nia książki takiej jak ta. Ale ponie­waż Lon­dyn opo­wiada także - do pew­nego stop­nia - o histo­rii Anglii, pozwo­li­łem sobie nie­które miej­sca pomi­nąć. Mam jedy­nie nadzieję, że mój wybór nie roz­cza­ruje tych, któ­rzy znają i kochają to wspa­niałe mia­sto.

Rzeka

Kiedy jesz­cze Zie­mia była młoda, tę kra­inę wiele razy zale­wały wody mórz.

Czte­ry­sta milio­nów lat temu, gdy kon­ty­nenty miały zupeł­nie inny układ, wyspa była czę­ścią nie­wiel­kiego przy­lądka na pół­nocno-zachod­nim skraju roz­le­głego, bez­kształt­nego lądu. Przy­lą­dek wci­nał się samot­nie w bez­kres oce­anu. Był kom­plet­nie pusty. Widziały go jedy­nie oczy Boga. Nie wędro­wały po nim zwie­rzęta, ptaki nie uno­siły się na nie­bo­skło­nie, nie było ryb w morzu.

W tych odle­głych cza­sach cofa­jące się morze pozo­sta­wiło za sobą w połu­dniowo-wschod­nim rogu przy­lądka nagi obszar gru­bej war­stwy ciem­nych łup­ków. Szare skały, mil­czące i wymarłe jak powierzch­nia nie­od­kry­tej pla­nety, tu i ówdzie zna­czyły płyt­kie sadzawki. Jesz­cze star­sze siły, ukryte głę­boko pod war­stwą łup­ków, wypię­trzyły gór­ski łań­cuch, łagod­nie wzno­szący się na wyso­kość sied­miu­set metrów i prze­ci­na­jący pej­zaż niczym ogromny falo­chron.

Przez długi czas miej­sce to pozo­sta­wało szare, nagie i mil­czące, nie­znane jak wieczna pustka przed naro­dzi­nami.

W ciągu kolej­nych ośmiu epok geo­lo­gicz­nych, kiedy kon­ty­nenty prze­su­wały się, wyra­stały na nich gór­skie łań­cu­chy i stop­niowo poja­wiało się życie, żadne ruchy Ziemi nie zakłó­cały spo­koju pasma łup­ko­wych wzgórz. Ale morze wiele razy zale­wało je i odsła­niało. Cza­sem wody były zimne, a cza­sem cie­płe. Utrzy­my­wały się tam przez miliony lat. I za każ­dym razem pozo­sta­wiały po sobie osad o gru­bo­ści kil­ku­set metrów, aż w końcu łup­kowe skały, cho­ciaż prze­cież nie takie niskie, zostały przy­kryte, wygła­dzone i tak głę­boko zagrze­bane, że nie pozo­stał po nich ślad.

Gdy życie na Ziemi się roz­wi­jało, gdy rośliny pokryły lądy, a w wodach zamiesz­kały zwie­rzęta, pla­neta doda­wała kolejne war­stwy, tym razem z orga­ni­zmów, które sama powo­łała do życia. Wiel­kie morze, które ustą­piło mniej wię­cej w tym samym cza­sie, gdy wygi­nęły dino­zaury, pozo­sta­wiło tak nie­wia­ry­god­nie wielką ilość mar­twych resz­tek ryb i plank­tonu, że dzi­siej­szą połu­dniową Anglię i pół­nocną Fran­cję pokryły pokłady kredy o gru­bo­ści stu metrów.

I tak ponad pra­daw­nym, pogrze­ba­nym już łań­cu­chem gór wyło­nił się nowy kra­jo­braz.

Wyglą­dał zupeł­nie ina­czej. W miarę jak kolejne morza przy­cho­dziły i odcho­dziły, z wnę­trza przy­lądka uto­ro­wały sobie drogę ogromne rzeki, kre­dowa pokrywa przy­brała kształt płyt­kiej doliny, sze­ro­kiej na trzy­dzie­ści dwa kilo­me­try, któ­rej kra­wę­dzie cią­gnęły się z pół­nocy na połu­dnie i która otwie­rała się na wschód jak wielka litera V. Roz­ma­ite zalewy i powo­dzie nano­siły nowe war­stwy żwiru i pia­sku, a morze tro­pi­kalne pozo­sta­wiło w środku doliny grubą pokrywę mięk­kiego osadu, który został póź­niej nazwany "lon­dyń­ską gliną".

W tym wła­śnie miej­scu za milion lat miał powstać Lon­dyn.

Ale na­dal nie było tu śladu czło­wieka. Bo wpraw­dzie milion lat temu ludzie cho­dzili na dwóch nogach, ale na­dal mieli mał­pie czaszki. Potrzebny był jesz­cze jeden pro­ces.

Epoki lodow­cowe.

To nie for­mo­wa­nie się lodo­wych warstw na powierzchni Ziemi odmie­niło lądy, ale ich zani­ka­nie. Za każ­dym razem gdy lód zaczy­nał top­nieć, rzeki wzbie­rały, a ogromne lodowce, niczym powolne, geo­lo­giczne bul­do­żery, żło­biły doliny, wyrów­ny­wały wzgó­rza i wypłu­ki­wały żwir, który wypeł­niał utwo­rzone przez nie koryta rzek.

W cza­sie zlo­do­wa­ceń mały pół­nocno-zachodni cypel wiel­kiego lądu Eura­zji był jedy­nie czę­ściowo pokryty lodem. Lodowa ściana koń­czyła się tuż za pół­nocną kra­wę­dzią wydłu­żo­nego kre­do­wego V. Gdy jed­nak tam dotarła, a miało to miej­sce pół miliona lat temu, przy­nio­sła jeden ważny sku­tek.

W owych cza­sach wielka rzeka pły­nęła ze środka przy­lądka na wschód, omi­ja­jąc od pół­nocy kre­dowe V. Kiedy jed­nak nasu­wa­jący się lód zagro­dził jej drogę, skłę­biony zimny nurt musiał sobie szu­kać innego szlaku; sześć­dzie­siąt pięć kilo­me­trów na zachód od miej­sca, gdzie kie­dyś wzno­sił się łań­cuch łup­ko­wych skał, woda prze­rwała w naj­słab­szym punk­cie kre­dową grań, two­rząc wąski wąwóz znany dziś jako Goring Gap, i podą­żyła na wschód ku kre­dowemu V, dosko­nale ukształ­to­wa­nemu na jej przy­ję­cie.

Tak naro­dziła się rzeka.

A pomię­dzy jed­nym a dru­gim zlo­do­wa­ce­niem poja­wił się czło­wiek. Nie da się dokład­nie usta­lić, kiedy się to wyda­rzyło. Gdy rzeka prze­dzie­rała się przez Goring Gap, nean­der­tal­czyk jesz­cze nie ist­niał. Czło­wiek, jakiego znamy, wyewo­lu­ował dopiero po ostat­niej epoce lodow­co­wej, nie­wiele ponad sto tysięcy lat temu. I gdy lodowa ściana cofała się, wkro­czył do doliny.

Aż wresz­cie, nie­całe dzie­sięć tysięcy lat temu, wody z top­nie­ją­cej ark­tycz­nej czapy lodu spły­nęły na połu­dnie, zale­wa­jąc rów­ninę we wschod­niej czę­ści przy­lądka. Prze­cięły kre­dowe wzgó­rza wielką literą J, two­rząc u pod­stawy przy­lądka wąski kanał, który biegł na zachód w kie­runku Atlan­tyku.

W ten spo­sób mały przy­lą­dek stał się wyspą, pół­nocną arką Noego, wolną, ale na zawsze zako­twi­czoną przy wiel­kim kon­ty­nen­cie, któ­rego kie­dyś była czę­ścią. Na zacho­dzie roz­po­ście­rał się Atlan­tyk, na wscho­dzie zimne Morze Pół­nocne, a wzdłuż połu­dnio­wego brzegu, skąd wyso­kie kre­dowe klify spo­glą­dały na nie­da­leki kon­ty­nent, leżał Kanał Angiel­ski2. I tak w oto­cze­niu pół­noc­nych mórz powstała wyspa Bry­ta­nia.

Wiel­kie kre­dowe V nie otwie­rało się już na wschod­nią rów­ninę, lecz na otwarte morze. Jego wąski lej stał się ujściem rzeki. Po wschod­niej stro­nie ujścia kre­dowe wznie­sie­nia skrę­cały na pół­noc, mając na swo­jej wschod­niej flance sze­roki pas nizin­nych lasów i mocza­rów. Od połu­dnia na jakieś sto kil­ka­na­ście kilo­me­trów wysta­wał długi pół­wy­sep z wyso­kimi kre­do­wymi wzgó­rzami i żyznymi doli­nami, two­rząc połu­dniowo-wschodni skraj wyspy.

Ujście rzeki miało szcze­gólną cechę. Każdy przy­pływ nie tylko powstrzy­my­wał nurt rzeki, ale wręcz go cofał. Morze wdzie­rało się w zwę­ża­jące się ujście na znaczną odle­głość, przy­no­sząc ogromne masy wody. Gdy przy­cho­dził odpływ, woda znów opa­dała. W rezul­ta­cie w dol­nym biegu rzeki powsta­wały silne prądy pły­wowe, a róż­nica pozio­mów wody wyno­siła ponad trzy metry. Skutki tych wahań były odczu­walne na wiele kilo­me­trów w głąb lądu.

Odizo­lo­waną wyspę zamiesz­ki­wali już ludzie. A przez kolejne tysiąc­le­cia docie­rali tu inni, poko­nu­jąc wąskie, ale nie­bez­pieczne morze. Wtedy tak naprawdę zaczyna się nasza histo­ria.

Rok 54 przed naszą erą

Pięć­dzie­siąt cztery lata przed naro­dze­niem Chry­stusa, pod koniec zim­nej gwiaź­dzi­stej nocy, nad brze­giem rzeki stało pół­ko­lem dwu­stu ludzi, cze­ka­jąc na świt.

Minęło dzie­sięć dni od nadej­ścia zło­wro­gich wie­ści.

Z przodu, tuż na skraju wody, stało pięć postaci. Mil­czące i nie­ru­chome, wyglą­dały w sza­rych sza­tach jak kamie­nie. Byli to dru­idzi, gotowi do odpra­wie­nia cere­mo­nii z nadzieją, że ocali ona wyspę i ich świat.

Wśród tłumu zgro­ma­dzo­nego na brzegu znaj­do­wały się trzy osoby, które oprócz nadziei i lęków zwią­za­nych z nad­cho­dzą­cym zagro­że­niem skry­wały w sobie straszną tajem­nicę.

Chło­piec, kobieta i sta­rzec.

Nad rzeką leżało wiele świę­tych miejsc. Ale ni­gdzie indziej duch wiel­kiej rzeki nie był tak sil­nie obecny jak tutaj.

Tu rzeka spo­ty­kała się z morzem. W dol­nym biegu coraz szer­szy nurt kolej­nymi zakrę­tami prze­pły­wał przez otwarte mokra­dła, żeby pięt­na­ście kilo­me­trów dalej dotrzeć do bie­gną­cego na wschód dłu­giego ujścia i w końcu do Morza Pół­noc­nego. W gór­nym biegu rzeka wiła się uro­czo wśród pięk­nych lasów i gład­kich, buj­nych łąk. Ale tu, pomię­dzy dwoma wiel­kimi zakrę­tami, roz­cią­gał się naj­wspa­nial­szy odci­nek, długi na cztery kilo­me­try, gdzie rzeka maje­sta­tycz­nie pły­nęła pro­sto na wschód.

Tu też odczu­wało się pływy. Gdy wdzie­ra­jące się do ujścia morze zmie­niało kie­ru­nek nurtu, tor wodny miał sze­ro­kość ponad dzie­wię­ciu­set metrów, a gdy woda opa­dała - zale­d­wie dwu­stu sie­dem­dzie­się­ciu. Pośrodku, w poło­wie drogi do połu­dnio­wego brzegu, gdzie z mokra­deł wysta­wały małe wysepki, w rzeczny nurt wci­nała się żwi­rowa mie­rzeja, przy niskiej wodzie two­rząc cypel, a przy wyso­kiej sta­jąc się wyspą. Tłum zebrał się wła­śnie u szczytu tej mie­rzei. Naprze­ciwko nich, na pół­noc­nym brzegu, leżała osada, teraz opusz­czona, nosząca nazwę Lon­di­nos.

Nawet o tej porze, wcze­snym świ­tem, pra­stara osada była dobrze widoczna: dwa niskie żwi­rowe wzgó­rza o pła­skich szczy­tach wzno­siły się obok sie­bie na wyso­kość dwu­dzie­stu pię­ciu metrów. Pomię­dzy nimi pły­nął stru­myk. Po lewej stro­nie, na zacho­dzie, więk­szy stru­mień wpa­dał do sze­ro­kiego dopływu prze­ci­na­ją­cego pół­nocny brzeg.

Po wschod­niej stro­nie wzgórz znaj­do­wało się kie­dyś małe gro­dzi­sko - jego niskie szańce mogły słu­żyć jako war­tow­nie, z któ­rych wypa­try­wano zbli­ża­ją­cych się od ujścia łodzi. Na zachod­nim wzgó­rzu dru­idzi cza­sem skła­dali ofiary z wołów.

Nie było tu nic wię­cej. Porzu­cona osada. Święte miej­sce. Ple­mienne sie­dziby leżały dalej na pół­noc i na połu­dnie. Ludy, któ­rymi wła­dał wielki wódz Cas­si­ve­lau­nus3, zamiesz­ki­wały roz­le­głe obszary powy­żej ujścia. Ple­miona Kan­tiów z dłu­giego pół­wy­spu na połu­dnie od ujścia nadały tam­tym tere­nom nazwę Kent. Rzeka wyty­czała mię­dzy nimi gra­nicę, a Lon­di­nos było zie­mią niczyją.

Samo słowo Lon­di­nos było nie­ja­sne. Nie­któ­rzy mówili, że miesz­kał tu czło­wiek o takim nazwi­sku. Inni twier­dzili, że Lon­di­nos odnosi się do nie­wiel­kich umoc­nień na wschod­nim wzgó­rzu. Ale prawdy nie znał nikt. W każ­dym razie nazwa poja­wiła się w ciągu ostat­niego tysiąc­le­cia.

Znad ujścia rzeki wiał zimny wiatr. Roz­cho­dził się słaby, ostry zapach błota i wodo­ro­stów. Gwiazda Poranna bla­dła, w miarę jak niebo nabie­rało nie­bie­skiej barwy.

Chło­piec zadrżał. Stał tu już od godziny i zmarzł. Jak więk­szość ludzi miał na sobie pro­stą weł­nianą tunikę do kolan zwią­zaną w talii skó­rza­nym paskiem. Za nim stała jego matka z nie­mow­lę­ciem w ramio­nach. Chło­piec trzy­mał za rękę swoją młod­szą sio­strę Bran­wen. Przy takich oka­zjach to on miał jej pil­no­wać.

Był bystrym, dziel­nym dziec­kiem i jak więk­szość Cel­tów miał ciemne włosy i nie­bie­skie oczy. Nazy­wał się Sego­vax, miał dzie­więć lat. Jed­nak przy bliż­szym spoj­rze­niu w jego wyglą­dzie dało się zauwa­żyć dwie nie­zwy­kłe cechy. Nad czo­łem wyra­stało mu pasmo jasnych wło­sów, jakby ktoś poma­lo­wał je białą farbą. To dzie­dziczne zna­mię poja­wiało się w kilku rodzi­nach zamiesz­ku­ją­cych wio­ski roz­rzu­cone wzdłuż rzeki. "Nie martw się - mówiła mu matka. - Wiele kobiet uważa, że to ozna­cza szczę­ście".

Druga wła­ści­wość była jesz­cze bar­dziej nie­zwy­kła. Gdy chło­piec roz­kła­dał palce, pomię­dzy nimi, aż do pierw­szego stawu, widać było cienką war­stwę skóry przy­po­mi­na­jącą błonę pławną kaczek. To też była cecha dzie­dziczna, cho­ciaż nie prze­ja­wiała się w każ­dym poko­le­niu. Jakby któ­ryś z pra­daw­nych genów rybiego pro­to­pla­sty czło­wieka posta­no­wił prze­trwać, prze­ka­zu­jąc ślad swo­jego wod­nego pocho­dze­nia. Rze­czy­wi­ście, chło­piec, z dużymi oczami i drob­nym, żyla­stym cia­łem, przy­wo­dził na myśl kijankę albo inne zwie­rzę zamiesz­ku­jące wody, ostat­niego nie­do­bitka sprzed nie­skoń­czo­nych eonów czasu.

Jego dzia­dek też miał ten szcze­gólny znak. "Ale prze­cięli mu skórę, gdy był mały", wyja­śnił ojciec Sego­vaxa żonie. Ona jed­nak wzdra­gała się na myśl o uży­ciu noża, więc chło­piec nie musiał się niczego oba­wiać.

Sego­vax spoj­rzał na swoją rodzinę. Mała Bran­wen była miłym dzie­cię­ciem, ale nad jej napa­dami zło­ści nikt nie umiał zapa­no­wać. Chłop­czyk w ramio­nach matki dopiero nauczył się cho­dzić i wyma­wiać pierw­sze słowa. Matka, ostat­nio czymś mocno przy­gnę­biona, była blada. Jakże on ich kochał. Ale gdy patrzył teraz w dal, na jego twa­rzy poja­wił się nie­śmiały uśmiech. Na brzegu cze­kała pro­sta tra­twa, a obok niej stało dwóch męż­czyzn. Jeden z nich był jego ojcem.

Ojciec i syn, tak bar­dzo do sie­bie podobni. Ten sam kosmyk jasnych wło­sów, te same wiel­kie oczy. Twarz ojca, pokryta zmarszcz­kami przy­po­mi­na­ją­cymi łuski, przy­wo­dziła na myśl jakąś poważną, podobną do ryby istotę. Tyle wie­dział o rzece, był takim mistrzem w zasta­wia­niu sieci, że miej­scowi nazy­wali go po pro­stu Ryba­kiem. Sego­vax zauwa­żył, że inni męż­czyźni w wio­sce byli sil­niejsi od tego czło­wieka o zaokrą­glo­nych ple­cach i dłu­gich rękach, jed­nak w nikim nie było takiej dobroci i cichej deter­mi­na­cji. "Wyglądu to on nie ma - mówili wie­śniacy - ale ni­gdy się nie pod­daje". Sego­vax wie­dział, że matka uwiel­bia ojca. Tak jak on.

Wła­śnie dla­tego poprzed­niego dnia powziął śmiały plan, który - jeśli uda mu się go prze­pro­wa­dzić - może go kosz­to­wać życie.

Poświata nad czę­ścią hory­zontu zaczęła drgać. Lada moment wzej­dzie słońce, na rzece zatań­czą dłu­gie, migo­tliwe pro­mie­nie ze wschodu. Pię­ciu dru­idów, sto­ją­cych twa­rzą do tłumu, zain­to­no­wało pieśń. Ludzie słu­chali.

Na sygnał wystą­piła do przodu jakaś postać. Był to potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna; jego kosz­towna, zie­lona opoń­cza, pokryta zło­tymi ozdo­bami i noszona z wielką dumą, świad­czyła, że jest kimś waż­nym. W dło­niach trzy­mał pła­ski, pro­sto­kątny meta­lowy przed­miot, któ­rego wypo­le­ro­wana powierzch­nia lśniła we wzbie­ra­ją­cym świe­tle. Wrę­czył przed­miot sto­ją­cemu w środku wyso­kiemu dru­idowi z białą brodą.

Dru­ido­wie odwró­cili się w stronę jaśnie­ją­cego hory­zontu, a naj­star­szy zro­bił kilka kro­ków i wszedł na tra­twę. W tej samej chwili cze­ka­jący męż­czyźni - ojciec Sego­vaxa i ten drugi - sta­nęli za nim i dłu­gimi drą­gami zaczęli wypy­chać tra­twę na śro­dek nurtu.

Pozo­stali czte­rej dru­idzi śpie­wali pieśń, mono­tonny dźwięk tajem­ni­czo się nasi­lał, nio­sąc się nad wodami za odda­la­jącą się tra­twą. Sto metrów. Dwie­ście.

Ponad wodą uka­zał się ogromny czer­wony łuk. Sło­neczna tar­cza rosła, zale­wa­jąc rzekę zło­tym bla­skiem. Wyda­wało się, że sto­jące na jej tle posta­cie czte­rech dru­idów stały się nagle olbrzy­mie, rzu­ca­jąc dłu­gie cie­nie na tłum.

Tra­twa była już na środku rzeki, dwaj męż­czyźni za pomocą dłu­gich drą­gów utrzy­my­wali ją nie­ru­chomo w nur­cie. Dwa niskie wzgó­rza na pół­noc­nym brzegu zalane były czer­wo­na­wym świa­tłem. Wysoki druid, niczym wyła­nia­jący się z wód pra­stary siwo­brody bóg morza, uniósł w górę meta­lowy przed­miot, który roz­bły­snął w pro­mie­niach słońca.

Była to tar­cza wyko­nana z brązu. Więk­szość broni na wyspie wyku­wano z żelaza, jed­nak star­szy i łatwiej pod­da­jący się obróbce brąz wyko­rzy­sty­wano do wyrobu broni cere­mo­nial­nej, wyma­ga­ją­cej wiel­kich umie­jęt­no­ści. A ta była praw­dzi­wym dzie­łem sztuki, przy­sła­nym za pośred­nic­twem naj­bar­dziej zaufa­nych dostoj­ni­ków przez samego wiel­kiego wodza Cas­si­ve­lau­nusa. Tar­cza, pokryta wzo­rem wiją­cych się linii i wykła­dana szla­chet­nymi kamie­niami, była przy­kła­dem naj­lep­szego kowal­skiego rze­mio­sła Cel­tów, z któ­rego wyspa sły­nęła. I sta­no­wiła naj­cen­niej­szy dar, jaki wyspia­rze mogli ofia­ro­wać bogom.

Potęż­nym zama­chem druid rzu­cił tar­czę na wodę. Roz­bły­sku­jąc w świe­tle, zato­czyła w powie­trzu łuk i spa­dła na świe­tli­stą drogę roz­ło­żoną przez słońce na rzece. Mały tłum wydał z sie­bie wes­tchnie­nie, gdy rzeka w mil­cze­niu przy­jęła ofiarę.

Jed­nak stary druid zauwa­żył, że dzieje się coś dziw­nego. Zamiast zato­nąć i znik­nąć z oczu, brą­zowa tar­cza zawi­sła tuż pod powierzch­nią przej­rzy­stej wody, migo­cząc w świe­tle. W pierw­szej chwili sta­rzec się zdzi­wił, jed­nak po chwili pojął, że przy­czyna jest bar­dzo pro­sta. Metal ukuto bar­dzo cienko i uło­żono na lek­kim drew­nie. Dopóki drewno nie nasiąk­nie, cere­mo­nialna tar­cza pozo­sta­nie tam, gdzie jest, pokryta jedy­nie cienką war­stwą wody.

I jesz­cze coś. Wraz ze wsta­ją­cym świ­tem odwró­cił się też prąd rzeki. Nurt nie pły­nął już w dół, do ujścia, ale w górę, do miej­sca poło­żo­nego o kilka kilo­me­trów od Lon­di­nos. Tar­cza powoli prze­su­wała się pod zim­nymi, kla­row­nymi falami, jakby przy­cią­gana jakąś nie­wi­dzialną dło­nią w kie­runku wnę­trza wyspy.

Sta­rzec patrzył, zasta­na­wia­jąc się, co to może ozna­czać. Zwia­sto­wało zło czy dobro, zwłasz­cza w obli­czu potwor­nego zagro­że­nia?

Zagro­że­nie przy­szło z Rzymu. Nazy­wało się Juliusz Cezar. W ciągu tysięcy lat, od czasu ustą­pie­nia lodowca, Bry­ta­nia stała się domem dla wielu ludów. Myśli­wych, pro­stych rol­ni­ków, budow­ni­czych kamien­nych świą­tyń takich jak Sto­ne­henge, a w ostat­nich stu­le­ciach dla ple­mion nale­żą­cych do wiel­kiej cel­tyc­kiej kul­tury pół­nocno-zachod­niej Europy. Wyspia­rze pro­wa­dzili dostat­nie życie, mieli poezję i pie­śni bar­dów, bogac­two legend i opo­wie­ści, rze­mio­sło kowal­skie na naj­wyż­szym pozio­mie. Miesz­kali w solid­nych okrą­głych domach z drewna kry­tych cie­płą sło­mianą strze­chą. Więk­sze osady ota­czały ostro­koły albo pier­ście­nie wyso­kich wałów ziem­nych. Upra­wiano jęcz­mień i owies, hodo­wano bydło, pito piwo i mocny miód pitny. Prze­sło­nięta pół­noc­nymi mgłami wyspa pozo­sta­wała odle­głym miej­scem.

A jed­no­cze­śnie od wielu poko­leń znad sło­necz­nego Morza Śród­ziem­nego przy­by­wali tu kupcy, przy­wo­zili z połu­dnia luk­su­sowe dobra i wymie­niali je na futra, nie­wol­ni­ków i słynne psy myśliw­skie. Oży­wiony han­del roz­wi­jał się też w por­cie na połu­dnio­wym wybrzeżu, gdzie miała ujście rzeka pły­nąca od strony sta­rej, opusz­czo­nej świą­tyni Sto­ne­henge. Ale cho­ciaż bry­tyj­scy wodzo­wie lubili wino, jedwa­bie i rzym­skie złoto, to zupeł­nie nie rozu­mieli świata, z któ­rego pocho­dziły te zbyt­kowne towary i który leżał daleko za hory­zon­tem.

A potem świat antyczny wydał z sie­bie naj­więk­szego awan­tur­nika, jakiego znała histo­ria.

Juliusz Cezar zapra­gnął prze­jąć wła­dzę w Rzy­mie. Ażeby to zro­bić, potrze­bo­wał pod­bo­jów. Nie­dawno dotarł na pół­nocy aż do Kanału Angiel­skiego i usta­no­wił nową rzym­ską pro­win­cję Galię. A teraz skie­ro­wał swój wzrok jesz­cze dalej na pół­noc, na zamgloną wyspę.

Przy­był tu w zeszłym roku. Z nie­wiel­kimi siłami, głów­nie oddzia­łami pie­choty, dobił stat­kami do wyso­kich kli­fów na połu­dniowo-wschod­nim wybrzeżu. Bry­tyj­scy wodzo­wie już wcze­śniej zostali ostrze­żeni, mimo to widok zdy­scy­pli­no­wa­nych rzym­skich oddzia­łów był wspa­niały. Cel­to­wie mieli dziel­nych wojow­ni­ków. Ata­ku­jąc bły­ska­wicz­nie na koniach i rydwa­nach, kilka razy zasko­czyli Rzy­mian. Sztorm uszko­dził flotę Cezara. Po serii poty­czek i manew­rów w rejo­nie nad­mor­skim Cezar musiał się wyco­fać. Wodzo­wie trium­fo­wali. Bogo­wie zesłali im zwy­cię­stwo. Wygnańcy ostrze­gali: "To był jedy­nie reko­ne­sans", ale więk­szość Bry­tyj­czy­ków nie chciała im wie­rzyć.

Potem jed­nak zaczęły nad­cho­dzić kolejne wie­ści. Budo­wano nową flotę. W stan goto­wo­ści posta­wiono pięć legio­nów pie­choty i dwa tysiące kon­nych. A dzie­sięć dni temu w Lon­di­nos zatrzy­mał się posła­niec z wia­do­mo­ścią dla wodzów. Krótką i kon­kretną: Cezar nad­cho­dzi.

Ofiara została zło­żona. Tłum się roz­pro­szył. Dru­idzi wra­cali do sie­bie, dwóch na połu­dnie, dwóch na pół­noc. Ojciec Sego­vaxa miał zawieźć łodzią naj­star­szego z nich do sie­dziby leżą­cej pięć kilo­me­trów w górę rzeki.

Poże­gnaw­szy zebra­nych, sta­rzec już zamie­rzał wsiąść do łodzi, ale odwró­cił się i popa­trzył na kobietę. Trwało to krótką chwilę. Potem dał znak ryba­kowi. Ruszyli w drogę.

Trwało to krótką chwilę, ale wystar­czyło. Car­ti­man­duę prze­biegł dreszcz. Ludzie mówili, że stary druid wie wszystko. A jeśli to prawda? Oparł­szy nie­mowlę na bio­drze, popchnęła przed sobą Sego­vaxa i Bran­wen, kie­ru­jąc ich ku spę­ta­nym koniom. Postę­puje słusz­nie? Prze­ko­ny­wała sie­bie w duchu, że tak. Tylko w ten spo­sób może ich wszyst­kich oca­lić. Robi to, co musi. Ale roz­pacz i nie­wy­obra­żalne wyrzuty sumie­nia nie opusz­czały jej. Czy to moż­liwe, że stary druid, któ­rego jej mąż wiózł na łodzi, domy­ślił się wszyst­kiego o dostoj­niku?

Przez kilka minut cze­kała przy koniach, dopóki nie poja­wili się ludzie wiel­kiego wodza. On był wśród nich. Widząc ją, odszedł na bok.

Mały Sego­vax przy­pa­try­wał mu się z zain­te­re­so­wa­niem. To wła­śnie ten czło­wiek podał dru­idowi tar­czę. Był krzep­kim męż­czy­zną z czarną brodą, jego błę­kitne oczy patrzyły bystro i prze­bie­gle. Wokół niego uno­siła się aura wła­dzy. Pod opoń­czą nosił tunikę obra­mo­waną lisim futrem. Ciężki torque - cel­tycki naszyj­nik ze złota - był oznaką wyso­kiej rangi.

Chło­piec widział go już wcze­śniej. W ciągu ostat­niego mie­siąca ten potężny wojow­nik dwu­krot­nie odwie­dzał oko­licę, za każ­dym razem zatrzy­mu­jąc się w wio­sce naprze­ciwko Lon­di­nos.

- Musi­cie być gotowi - przy­ka­zał męż­czy­znom, obej­rzaw­szy ich broń. - Wielki wódz Cas­si­ve­lau­nus ocze­kuje, że nasze siły zbiorą się w tym miej­scu. Ja mam przy­go­to­wać obronę.

A teraz matka Sego­vaxa, zosta­wiw­szy Bran­wen i nie­mowlę pod opieką syna, pode­szła do dostoj­nika, żeby z nim poroz­ma­wiać.

Męż­czy­zna przy­glą­dał się jej uważ­nie. I jak to miał w zwy­czaju, oce­niał jej urodę. Już przy pierw­szym spo­tka­niu zauwa­żył, że jest nie­zwy­kłym stwo­rze­niem. Gęste kru­czo­czarne włosy opa­dały jej na ramiona. Była szczu­pła, dość wysoka, ale miała dorodne piersi. O takich pier­siach marzą męż­czyźni. Widział jej miękki, koły­szący się chód. To też zauwa­żył przy pierw­szym spo­tka­niu. Zawsze poru­szała się w ten spo­sób czy tylko w jego obec­no­ści?

- Czego? - ode­zwał się gbu­ro­wato.

- Nasza umowa na­dal obo­wią­zuje?

Zer­k­nął w kie­runku dzieci, a potem skie­ro­wał spoj­rze­nie na czółno, któ­rym jej mąż wiózł dru­ida. Zdą­żyli odpły­nąć daleko. Mąż o niczym nie wie­dział. Dostoj­nik znów zaczął poże­rać ją wzro­kiem.

- Prze­cież już ci to mówi­łem.

Wyobra­ził ją sobie za kilka lat. Blada twarz z wąskimi kośćmi policz­ko­wymi zmi­zer­nieje, zmy­słowe oczy się zapadną. Jej namięt­ność zamieni się w obse­sję, a może w gorycz. Roz­ko­ły­sane nastroje. Ale na naj­bliż­sze lata nada się dosko­nale.

- Kiedy? - spy­tała z ulgą, ale ner­wowo.

Wzru­szył ramio­nami.

- Nie wiem. Nie­długo.

- On nie może się o tym dowie­dzieć.

- Moim roz­ka­zom trzeba się pod­po­rząd­ko­wać.

- Oczy­wi­ście. - Ski­nęła głową, ale na­dal stała nie­pew­nie. Jest jak dzi­kie zwie­rzątko, pomy­ślał. Nie do końca oswo­jone. Dał znak, że roz­mowa dobie­gła końca. Po chwili odje­chał.

Car­ti­man­dua odwró­ciła się do swo­ich nie­win­nych dzieci, które nie miały poję­cia o jej strasz­nej tajem­nicy. Ale nie­długo się dowie­dzą. A potem przy­szła jej do głowy jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jąca myśl. Czy wtedy na­dal będą ją kochać?

Druid prze­cze­sy­wał wzro­kiem wodę, gdy czółno pły­nęło w górę nurtu. Czy tar­cza wciąż unosi się na falach, czy też rzeka już ją przy­jęła? Spoj­rzał też na skrom­nego czło­wieka przy wio­słach. Pamię­tał jego ojca, miał zro­śnięte błoną palce jak jego syn. A przed­tem jego ojciec. Druid wes­tchnął. Nie bez powodu ludzie z tych oko­lic nazy­wali go ojcem rzeki.

Był już bar­dzo stary, miał pra­wie sie­dem­dzie­siąt lat. Ale wciąż był silny, wciąż jego postać robiła wiel­kie wra­że­nie. Miał pra­wie sto dzie­więć­dzie­siąt cen­ty­me­tów wzro­stu - w porów­na­niu z więk­szo­ścią męż­czyzn był olbrzy­mem. Gęsta, siwa broda się­gała mu do pasa, na gło­wie z siwymi wło­sami nosił złotą opa­skę. Jego szare oczy patrzyły czuj­nie. To on raz w roku skła­dał ofiarę z wołu po zachod­niej stro­nie bliź­nia­czych wzgórz Lon­di­nos; to on wzno­sił modły w świę­tych dąbro­wach.

Nikt nie wie­dział, kiedy na pół­noc­nym zacho­dzie Europy poja­wili się dru­idzcy kapłani, ale na Bry­ta­nii ni­gdy nie było ich tylu co teraz, w ciągu ostat­nich lat bowiem licz­nie szu­kali schro­nie­nia na pokry­tej mgłami wyspie. Powia­dano, że bry­tyj­scy dru­idzi są straż­ni­kami czy­stej tra­dy­cji wywo­dzą­cej się z pra­sta­rych ust­nych prze­ka­zów. Wnę­trze wyspy kryło dziwne kręgi kamienne i świą­ty­nie tak stare, że nikt nie umiał nawet powie­dzieć, czy zostały wznie­sione ludzką ręką. Powia­dano też, że dawno temu wła­śnie tam spo­ty­kali się dru­idzi. Jed­nak nad rzeką odpra­wiali swoje cere­mo­nie głów­nie w małych drew­nia­nych kaplicz­kach albo świę­tych gajach.

Ludzie mówili, że stary druid ma wyjąt­kową umie­jęt­ność. Wiele lat temu dostał od bogów dar jasno­wi­dze­nia.

Miał trzy­dzie­ści trzy lata, gdy pierw­szy raz obja­wiła się ta zdol­ność. On sam nie umiał powie­dzieć, czy była darem, czy prze­kleń­stwem. Cza­sem miał jedy­nie mgli­ste prze­czu­cia, a cza­sem widział przy­szłość z prze­ra­ża­jącą jasno­ścią. A cza­sem był ślepy jak każdy inny czło­wiek. W miarę upływu lat prze­stał trak­to­wać tę nie­zwy­kłą zdol­ność jako złą lub dobrą, uznał po pro­stu, że jest czę­ścią natu­ral­nego porządku.

Miał dom nie­da­leko. Na zachod­nim skraju czte­ro­ki­lo­me­tro­wego pasa rzeki znaj­do­wał się maje­sta­tyczny zakręt - nurt skrę­cał w prawo, kie­ru­jąc się na połu­dnie, by potem znów popły­nąć na wschód. Wła­śnie tam, nie­da­leko pół­noc­nego brzegu rzeki, roz­wi­dlona rzeka stwo­rzyła niską, pro­sto­kątną wyspę. Było to zaciszne miej­sce, zaro­śnięte dębami, jesio­nami i aka­cjami. Druid miesz­kał tu samot­nie od trzy­dzie­stu lat w skrom­nej drew­nia­nej chatce.

Czę­sto odwie­dzał wio­ski nad rzeką, gdzie zawsze witano go z sza­cun­kiem i czę­sto­wano jedze­niem. Cza­sem przy­zy­wał nagle jakie­goś wie­śniaka, na przy­kład ojca Sego­vaxa, żeby zawiózł go łodzią do świę­tego miej­sca odda­lo­nego o wiele kilo­me­trów w górę rzeki. Ale zazwy­czaj dym uno­szący się z komina świad­czył, że czuwa na swo­jej wysepce, a jego mil­cząca obec­ność spra­wiała, że oko­liczna lud­ność uwa­żała go za straż­nika tych ziem, który niczym święty kamień, pomimo pora­sta­ją­cego go mchu, trwa nie­za­chwia­nie w zmien­nych porach roku.

Wpły­wali wła­śnie w zakręt, mając przed oczami wysepkę, gdy sta­rzec doj­rzał tar­czę. Na­dal uno­siła się tuż pod powierzch­nią wody, migo­cząc miękko, pchana powoli przez nurt. Patrzył na nią przez dłuż­szą chwilę. Rzeka nie odrzu­ciła ofiary. Ale też jej nie przy­jęła. Potrzą­snął głową. Ten znak zga­dzał się z widze­niem, które nawie­dziło go mie­siąc temu.

A tego ranka dar jasno­wi­dze­nia obja­wił mu jesz­cze inne rze­czy. Nie zoba­czył, co zamie­rza mały Sego­vax, ale zauwa­żył roz­dar­cie Car­ti­man­dui. A teraz widział, co los zgo­to­wał wio­słu­ją­cemu ryba­kowi. Oto miały nadejść wyda­rze­nia więk­sze i bar­dziej prze­ra­ża­jące niż to, co pod­po­wia­dały mu wcze­śniej­sze prze­czu­cia. Nie rozu­miał tego do końca. Zbli­żali się do domu, a on na­dal był głę­boko zamy­ślony. Naprawdę bogo­wie pra­sta­rej Bry­ta­nii zostaną znisz­czeni? A może miało się wyda­rzyć coś innego, czego nie umiał pojąć? Wszystko to było bar­dzo dziwne.

Sego­vax wycze­ki­wał tego przez całą wio­snę. Każ­dego dnia spo­dzie­wał się posłań­ców na spie­nio­nych koniach, każ­dej nocy wpa­try­wał się w gwiazdy, zasta­na­wia­jąc się, czy już prze­kro­czyli morze. Ale nikt nie przy­by­wał. Od czasu do czasu do wio­ski docie­rały pogło­ski, że przy­go­to­wa­nia ruszyły, ale do inwa­zji nie docho­dziło. Można było odnieść wra­że­nie, że na wyspę powró­cił spo­kój.

Osada, w któ­rej miesz­kała jego rodzina, była piękna. Wewnątrz ogro­dze­nia z ple­cio­nej wikliny stało kilka okrą­głych domów ze strze­chą i gli­nia­nym kle­pi­skiem, zmie­ściły się też dwie zagrody dla zwie­rząt i parę spi­chrzów na palach. Osada leżała nie na czubku mie­rzei, tam, gdzie cze­kali dru­idzi, ale pięć­dzie­siąt metrów dalej. Gdy wody w rzece przy­by­wało i mie­rzeja zamie­niała się w wyspę, osada była odcięta od świata, ale nikomu to nie prze­szka­dzało. Wręcz prze­ciw­nie, gdy poja­wili się tu pierwsi miesz­kańcy, jakieś dwa­dzie­ścia poko­leń wstecz, wodna ochrona została uznana za dobro­dziej­stwo. Samo pod­łoże, skła­da­jące się ze żwiru tak samo jak bliź­nia­cze wzgó­rza po dru­giej stro­nie, było suche i dawało sto­pom mocne opar­cie. Gdy przy­cho­dziło wio­senne cie­pło, część mokra­deł na połu­dnio­wym brzegu wysy­chała; pasły się tam konie i bydło; Sego­vax, jego młod­sza sio­stra i inne dzieci bawili się na tych łąkach usia­nych jaskrami i pier­wiosn­kami. Ale przede wszyst­kim mały cypel pozwa­lał na połów ryb.

Rzeka była tu sze­roka, płytka i przej­rzy­sta. Obfi­to­wała w roz­ma­ite ryby. Naj­wię­cej było pstrą­gów i łososi. Z cypla można było roz­cią­gać sieci daleko w wodę. A chłopcy wypra­wiali się cza­sem wzdłuż pod­mo­kłych brze­gów do miejsc, gdzie łatwo było schwy­tać w pułapkę węgo­rze.

"Ci, który tu miesz­kają - mawiał ojciec - ni­gdy nie będą głodni. Rzeka zawsze ich wykarmi".

Cza­sem po roz­sta­wie­niu sieci Sego­vax sia­dał z ojcem na brzegu, patrząc na bliź­nia­cze wzgó­rza w oddali. Obser­wo­wali stały rytm przy­pły­wów i odpły­wów, każ­dego dnia prąd pły­nął od ujścia w górę rzeki, zatrzy­my­wał się, a potem znów cofał ku morzu. Ojciec mówił wtedy z zado­wo­le­niem: "Patrz, rzeka oddy­cha".

Sego­vax uwiel­biał spę­dzać czas z ojcem. Pra­gnął się od niego uczyć, a ojciec chęt­nie dzie­lił się z nim swoją wie­dzą. Jako pię­cio­la­tek Sego­vax umiał już zasta­wiać sidła w pobli­skim lesie. Zanim skoń­czył sie­dem lat, fachowo ukła­dał strze­chę z trzciny ści­na­nej na mokra­dłach. Roz­cią­gał sieci, potra­fił też stać nie­ru­chomo na pły­ciź­nie, cze­ka­jąc na rybę, którą po mistrzow­sku tra­fiał zaostrzo­nym kijem. Znał mnó­stwo opo­wie­ści o nie­zli­czo­nych cel­tyc­kich bogach, umiał wyli­czyć przod­ków nie tylko wła­snej rodziny, ale też naj­więk­szych wodzów wyspy. A nie­dawno zaczął pozna­wać naj­waż­niej­sze ele­menty ze skom­pli­ko­wa­nej sieci mał­żeństw, rodo­wo­dów i ślu­bów lojal­no­ści, które na całej cel­tyc­kiej wyspie wią­zały ze sobą ple­miona, wodzów, wio­ski i rodziny wię­zami przy­jaźni lub wro­go­ści. "Takie rze­czy męż­czyź­nie należy się wie­dzieć", tłu­ma­czył ojciec.

A od dwóch lat Sego­vax uczył się jesz­cze jed­nej umie­jęt­no­ści. Ojciec zro­bił mu włócz­nię. Nie zwy­kły zaostrzony kij na ryby, ale praw­dziwą włócz­nię z lek­kim drzew­cem i meta­lo­wym koń­cem. "Jeśli chcesz zostać myśli­wym i wojow­ni­kiem - mówił do syna z uśmie­chem - musisz nauczyć się tym wła­dać". I zaraz dodał: "Ale bądź ostrożny".

Każ­dego dnia chło­piec ćwi­czył rzu­ca­nie do tar­czy. Wkrótce umiał tra­fić w każde drzewo, które znaj­do­wało się w jego zasięgu. A potem zaczął sobie szu­kać coraz trud­niej­szych celów. Zasa­dzał się na zające, ale bez skutku. A raz przy­ła­pano go, gdy rzu­cał dzidą w cel przy­twier­dzony do patyka posłusz­nie trzy­ma­nego przez Bran­wen. Nawet jego spo­kojny ojciec wpadł wtedy w złość.

Ojciec był taki mądry. Ale gdy nieco się zesta­rzał, Sego­vax zauwa­żył jesz­cze coś. Ojciec, żyla­sty, ze szczu­płą twa­rzą, potar­ganą nieco brodą i przy­gar­bio­nymi ple­cami, nie miał tyle sił co inni męż­czyźni. Jed­nak przy wszyst­kich wspól­nych pra­cach w wio­sce zawsze nale­gał, by robić tyle co pozo­stali. Po wie­lo­go­dzin­nej harówce czę­sto był blady i wyczer­pany, Sego­vax widział, że matka patrzy na niego z nie­po­ko­jem. Ale gdy ludzie z osady sia­dy­wali latem przy wie­czor­nym ogni­sku, nieco senni od piwa i miodu, to wła­śnie ojciec gło­sem cichym, lecz zadzi­wia­jąco głę­bo­kim jak na jego wątłą posturę, śpie­wał im pie­śni o ich ludzie, przy­gry­wa­jąc sobie cza­sem na pro­stej cel­tyc­kiej har­fie. W takich chwi­lach jego zmę­cze­nie gdzieś się roz­pły­wało, a na twa­rzy poja­wiał się wyraz magicz­nej łagod­no­ści.

I tak się stało, że Sego­vax w wieku dzie­wię­ciu lat, tak jak jego matka, nie tylko kochał i podzi­wiał ojca, ale wie­dział też w głębi serca, że musi go chro­nić.

Ojciec spra­wił mu tylko jeden zawód.

- Kiedy zabie­rzesz mnie do ujścia rzeki? - pytał co kilka mie­sięcy.

A ojciec odpo­wia­dał:

- Nie­długo. Kiedy nie będę taki zajęty.

Bo Sego­vax ni­gdy jesz­cze nie widział morza.

- Cią­gle mi tylko obie­cu­jesz - skar­żył się, a cza­sem tro­chę się dąsał.

W tych pogod­nych cza­sach jedy­nym cie­niem były złe humory matki. Zawsze miała zmienne nastroje, więc ani Sego­vax, ani jego sio­stra nie przej­mo­wali się tym zbyt­nio. Ale ostat­nio stała się trudna do znie­sie­nia. Cza­sem bez powodu besz­tała dzieci, po chwili przy­tu­lała do sie­bie Bren­wen, a zaraz potem kazała jej zmy­kać. A kie­dyś, skrzy­czaw­szy ich za jakieś prze­wi­nie­nie, zalała się łzami. Sego­vax widział też, że gdy ojciec jest w pobliżu, bla­do­lica matka obser­wuje go, nie­mal ze zło­ścią śle­dząc każdy jego ruch.

Po wio­śnie nastało lato, a wie­ści o ruchach Cezara na­dal nie nad­cho­dziły. Być może rzym­skie legiony gro­ma­dziły się za morzem, ale wio­ski nikt o tym nie zawia­da­miał.

- Jeśli Rzy­mia­nie przy­będą, to poja­wią się też u nas? - spy­tał Sego­vax ojca.

- Tak - usły­szał spo­kojną jak zwy­kle odpo­wiedź. A po chwili ojciec dodał z wes­tchnie­niem: - Nie mają wyboru.

Powód był pro­sty.

Bród. Znaj­do­wał się nie­da­leko wyspy dru­ida. Pod­czas odpływu można było przejść na połu­dniowy brzeg, bo woda się­gała tylko do piersi.

- W gór­nym biegu są też inne brody - tłu­ma­czył ojciec. Ale to było naj­bliż­sze ujścia miej­sce, gdzie dało się bez­piecz­nie prze­kro­czyć rzekę. Od nie­pa­mięt­nych cza­sów podróżni, scho­dząc ze sta­rych szla­ków, które bie­gły wzdłuż pokry­wa­ją­cych wyspę kre­do­wych wzgórz, zmie­rzali do tego miej­sca. Jeśli Cezar wylą­duje na połu­dniu i będzie chciał zaata­ko­wać roz­le­głe tery­to­rium Cas­si­ve­lau­nusa powy­żej ujścia, to naj­prost­sza droga zapro­wa­dzi go do brodu.

"Nie­długo tu będą", powta­rzał sobie chło­piec. I cze­kał przez jeden mie­siąc. A potem kolejny.

Na początku lata miało miej­sce wyda­rze­nie, po któ­rym, zda­niem Sego­vaxa, zacho­wa­nie matki stało się jesz­cze dziw­niej­sze.

Zaczęło się cał­kiem nie­win­nie, któ­re­goś popo­łu­dnia, od dzie­cię­cej kłótni. Poszedł z Bran­wen na spa­cer. Trzy­ma­jąc się za rękę, minęli łąki na połu­dnio­wym brzegu i doszli do skraju lasu na zbo­czu. Przez jakiś czas się bawili, a potem jak zwy­kle Sego­vax zaczął ćwi­czyć rzu­ca­nie włócz­nią. Wtedy go popro­siła.

O nic wiel­kiego. Kie­dyś obie­cał, że pozwoli jej rzu­cić włócz­nią. Nic wię­cej. Ale teraz odmó­wił. Gdy już było po wszyst­kim, nie pamię­tał, czy dla­tego, że była za mała, czy dla­tego, że chciał się z nią podro­czyć.

- Obie­ca­łeś - zapro­te­sto­wała.

- Może. Ale zmie­ni­łem zda­nie.

- Tak nie wolno.

- Wolno.

Mała Bran­wen z drob­nym, wyspor­to­wa­nym cia­łem i jasnymi, nie­bie­skimi oczami wspi­nała się na drzewa, na które on nie miał odwagi wejść, a jej gniewu nawet rodzice nie umieli poskro­mić.

- Nie wolno! - Tup­nęła nogą. Twarz jej poczer­wie­niała. - Obie­ca­łeś. Dawaj! - Się­gnęła po włócz­nię, ale Sego­vax spryt­nie prze­rzu­cił ją do dru­giej dłoni.

- Nie, Bran­wen. Jesteś młod­sza i masz się mnie słu­chać.

- Nie będę! - krzyk­nęła ze wszyst­kich sił w płu­cach. Jej twarz zro­biła się pur­pu­rowa, z oczu popły­nęły łzy.

Chciała chwy­cić włócz­nię jesz­cze raz, a potem zamach­nęła się i z całych sił ude­rzyła go piąstką w nogę.

- Nie­na­wi­dzę cię! - Wprost dła­wiła się ze zło­ści.

- Nie­prawda.

- Prawda! - wrza­snęła. Pró­bo­wała go kop­nąć, ale ją powstrzy­mał. Ude­rzyła go w rękę i zanim zdą­żył ją zła­pać, znik­nęła w lesie mię­dzy drze­wami.

Cze­kał przez jakiś czas. Znał swoją młod­szą sio­strę. Pew­nie sie­dzi teraz na jakimś pniu i czeka, aż po nią przyj­dzie. A wtedy nie będzie chciała się ruszyć, aż w końcu będzie musiał się przed nią tłu­ma­czyć. Po namy­śle jed­nak ruszył do lasu.

- Bran­wen! - zawo­łał. - Kocham cię. - Żad­nej odpo­wie­dzi. Przez dłuż­szy czas cho­dził po lesie. Nie mogła się zgu­bić, bo wystar­czyło z dowol­nego miej­sca zejść ze wzgó­rza, by zna­leźć się na łąkach i mokra­dłach nad rzeką. Pew­nie się przed nim cho­wała. Wołał ją wiele razy. Cisza. Nasu­wał się tylko jeden wnio­sek. Domy­ślał się, co zro­biła. Ucie­kła, pobie­gła do domu i poskar­żyła się rodzi­com, że zosta­wił ją samą w lesie, gdzie mogło ją spo­tkać coś złego. Już kie­dyś spró­bo­wała tej sztuczki.

- Bran­wen! - zawo­łał jesz­cze raz. - Kocham cię. - A potem mruk­nął pod nosem: - Zoba­czysz, mała żmijo, odpłacę ci za to.

Wresz­cie poszedł do domu. Ale jej tam nie było.

Jed­nak naj­dziw­niej­sze było zacho­wa­nie matki. Ojciec tylko wes­tchnął i rzekł:

- Scho­wała się gdzieś, żeby go zde­ner­wo­wać. - I wyru­szył na poszu­ki­wa­nia. Jed­nak matka zare­ago­wała zupeł­nie ina­czej.

Zro­biła się blada jak kreda. Na jej twa­rzy odma­lo­wało się prze­ra­że­nie. A potem gło­sem ochry­płym od lęku krzyk­nęła:

- Szybko, musimy ją natych­miast zna­leźć! Zanim będzie za późno!

Sego­vax na zawsze zapa­mię­tał, jak na niego wtedy spoj­rzała. Pra­wie z nie­na­wi­ścią.

Był naj­mniej lubiany w sta­dzie, nikt się z nim nie liczył, zawsze jadł jako ostatni. Także teraz, latem, kiedy jego bra­cia byli tak syci, że nawet nie polo­wali na napo­tkaną zwie­rzynę, on był wychu­dły i wyli­niały. Gdy posta­no­wił zejść ze wzgórz, żeby niżej poszu­kać jakichś resz­tek, nikt w sta­dzie go nie zatrzy­my­wał, patrzyli na niego z obo­jętną pogardą. Tak więc tego popo­łu­dnia szary, wymi­ze­ro­wany cień sunął przez las w kie­runku ludz­kich sie­dzib. Kie­dyś udało mu się tam zła­pać jakiś drób.

Ale widząc jasno­włosą dziew­czynkę, zawa­hał się.

Wilki zazwy­czaj nie ata­ko­wały ludzi, bały się ich. A za samotne łowy na czło­wieka, bez pozwo­le­nia i pomocy stada, cze­kała go okrutna zemsta ze strony przy­wódcy. Ale prze­cież nikt nie musiał się o tym dowie­dzieć. Kuszący kąsek, cały dla niego. Sie­działa na zwa­lo­nym drze­wie, odwró­cona do niego ple­cami. Nuciła coś sobie, od nie­chce­nia ude­rza­jąc pię­tami o pień. Wilk pod­kradł się bli­żej. Dziew­czynka go nie sły­szała.

Car­ti­man­dua wspi­nała się na wzgó­rze. Na­dal była blada. Bie­gła. Wysłała męża inną drogą. Sego­vax, teraz już prze­stra­szony, znik­nął jej z oczu. Oddy­chała ciężko, ale to wzbu­rze­nie było niczym w porów­na­niu z potwor­nym lękiem, który wypeł­niał jej umysł, pozo­sta­wia­jąc w nim tylko jedną myśl.

Jeśli dziew­czynka zgi­nie, wszystko prze­pad­nie.

Namięt­ność Car­ti­man­dui była straszna. Cza­sem wyda­wała się piękna, ale czę­ściej przy­po­mi­nała ból, który nie chce odejść; cza­sem pusta i straszna, mio­tała nią, aż była bez­silna. Tak jak teraz. Bie­gnąc w górę zbo­cza, z pro­mie­niami słońca na policzku, czuła, że jej namięt­ność do męża nie ma gra­nic. Pra­gnęła go. Chciała go chro­nić. Potrze­bo­wała go. Nie umiała sobie wyobra­zić życia bez niego. Rodzina z maleń­kim dziec­kiem nie pora­dzi­łaby sobie bez ojca. Poza tym Car­ti­man­dua była gotowa na kolejne dzieci. Tego też namięt­nie pra­gnęła.

Nie miała złu­dzeń. W osa­dach nad rzeką już było wię­cej kobiet niż męż­czyzn. Gdyby on zgi­nął w wal­kach, mia­łaby nikłe szanse na zna­le­zie­nie nowego męż­czyzny. Namięt­ność popy­chała ją do dzia­ła­nia; instynkt macie­rzyń­ski i pra­gnie­nie, żeby oca­lić rodzinę, pozba­wiły ją skru­pu­łów. Musiała taka być. Musiała pod­jąć straszną, tajemną decy­zję, a wywo­łana nią udręka towa­rzy­szyła jej przez całą wio­snę jak pełne wyrzu­tów echo.

Postą­piła słusz­nie? Powta­rzała sobie, że tak. Dobiła dobrego targu. Może dziew­czynka będzie szczę­śliwa, zapewne będzie bogat­sza. To koniecz­nie. Tak jest lepiej dla wszyst­kich.

Tylko że każ­dego dnia chciało jej się krzy­czeć z roz­pa­czy.

A teraz - i to była ta straszna tajem­nica, o któ­rej nikt nie wie­dział - jeżeli coś się sta­nie Bran­wen, jej mąż zapewne straci życie.

Bran­wen usły­szała wilka, gdy zna­lazł się kilka metrów za nią. Odwró­ciła się i zoba­czyw­szy go, krzyk­nęła. Obser­wo­wał ją, gotowy do skoku. Nagle zastygł, bo wyda­rzyło się coś dziw­nego.

Bran­wen była prze­ra­żona, ale umiała bły­ska­wicz­nie myśleć. Wie­działa, że jeśli zacznie ucie­kać, wilk w mgnie­niu oka dopad­nie ją swo­imi strasz­li­wymi zębami. Co robić? Miała tylko jedną szansę. Jak wszyst­kie dzieci we wsi czę­sto naga­niała bydło. A czło­wiek mógł zatrzy­mać nawet pędzącą krowę, wystar­czyło, że zama­chał rękami. Tak, mogła sta­wić czoło i temu zwie­rzę­ciu. Jeśli tylko nie okaże stra­chu.

Gdyby miała jakąś broń, choćby kij. Ale nie. Jej jedyną bro­nią było coś, czym czę­sto posłu­gi­wała się w domu i co pra­wie zawsze odno­siło sku­tek. Złość. Mogę uda­wać, że jestem zła, pomy­ślała. A naj­le­piej, gdyby mogła naprawdę wpaść w gniew. Wtedy by się nie bała.

I oto wilk sta­nął nagle naprze­ciw drob­nej dziew­czynki z czer­woną twa­rzą wykrzy­wioną zło­ścią. Machała rękami i rzu­cała prze­kleń­stwa, które choć dla niego nie­zro­zu­miałe, dosko­nale wyra­żały jej inten­cje. A co dziw­niej­sze, zamiast ucie­kać, ruszyła do przodu. Wilk cof­nął się nie­pew­nie o dwa kroki.

- Idź stąd! Wyno­cha! - krzy­czała z furią. - Głu­pie zwie­rzę! Z drogi! - A potem, tak jak w domu, gdy naprawdę wpa­dała w szał, wrza­snęła z mocą: - Wynoś się!

Wilk cof­nął się jesz­cze bar­dziej. Zastrzygł uszami. A potem, wciąż obser­wu­jąc ją uważ­nie, zatrzy­mał się.

Bran­wen kla­skała w dło­nie, krzy­czała i tupała. Teraz była już naprawdę wście­kła, ale jed­no­cze­śnie pró­bo­wała oce­nić swoje szanse. Zdo­bę­dzie się na odwagę, żeby ruszyć na wilka i zmu­sić go do ucieczki? Wystar­czy, że on raz ją ugry­zie, i będzie koniec.

Wilk wyczuł jej waha­nie i zro­zu­miał, że to pod­stęp. Zro­bił dwa kroki do przodu, zawar­czał i przy­siadł, gotowy do skoku. Zde­spe­ro­wana dziew­czynka ryk­nęła na niego wście­kle. Ale stała w miej­scu. Wilk przy­siadł jesz­cze bar­dziej.

I nagle za dziew­czynką zauwa­żył jesz­cze jedną postać. Zamarł. Czyżby zbli­żali się myśliwi? Zer­k­nął na boki. Nie. Był tylko jeden czło­wiek. Chło­piec. Nie chcąc porzu­cić tak łatwej zdo­by­czy, wilk przy­czaił się ponow­nie. Chło­piec miał w ręku jedy­nie kij. Wilk zaata­ko­wał.

Roz­dzie­ra­jący ból w łopatce kom­plet­nie go zasko­czył. Chło­piec rzu­cił kij tak szybko, że zwie­rzę nie zdą­żyło zare­ago­wać. Ból był ostry. Wilk zamarł. A potem poczuł, że nie może się poru­szyć. Osu­nął się na zie­mię.

Sego­vax nie chciał mówić doro­słym o wilku.

- Jeśli się dowie­dzą - tłu­ma­czył sio­strze - napy­tam sobie biedy.

Ale Bran­wen nie mogła opa­no­wać pod­nie­ce­nia.

- Zabi­łeś go! - krzyk­nęła rado­śnie. - Włócz­nią!

Zro­zu­miał, że to na nic.

Wes­tchnął.

- Chodźmy do domu - powie­dział. Zaczęli scho­dzić ze wzgó­rza.

Reak­cja matki była zdu­mie­wa­jąca. W pierw­szej chwili, gdy ojciec uca­ło­wał ich oboje i pokle­pał syna po ple­cach, nie powie­działa nic. Patrzyła na rzekę, jakby w ogóle nie cie­szyła się ze szczę­śli­wego zakoń­cze­nia. Ale gdy ojciec poszedł zdjąć skórę z wilka, wbiła w Sego­vaxa nawie­dzony wzrok.

- Twoja sio­stra o mało nie zgi­nęła. Zda­jesz sobie z tego sprawę? - Patrzył ponuro w zie­mię. Wie­dział, że cze­kają go kło­poty. - Zosta­wi­łeś ją samą i o mało przez to nie zgi­nęła. Rozu­miesz, co zro­bi­łeś?

- Tak, mamo. - Jasne, że rozu­miał. Ale zamiast go skrzy­czeć, Car­ti­man­dua wydała z sie­bie cichy jęk pełen roz­pa­czy. Ni­gdy wcze­śniej nie sły­szał takiego dźwięku. Spoj­rzał na nią nie­pew­nie. Wyda­wało się, że matka zapo­mniała o jego ist­nie­niu. Krę­cąc głową, przy­ci­skała dziew­czynkę do piersi.

- Nie rozu­miesz. Nic nie rozu­miesz. - Odwró­ciła się, zawyła jak jakieś zwie­rzę i ruszyła do wsi, zosta­wia­jąc ich samych. Ani Sego­vax, ani Bran­wen nie wie­dzieli, co o tym myśleć.

Straszny układ został zawarty wio­sną, kiedy dostoj­nik od wiel­kiego wodza Cas­si­ve­lau­nusa po raz pierw­szy przy­był do wsi, żeby zapla­no­wać obronę nad rzeką. I pew­nie ten pomysł nie przy­szedłby jej do głowy, gdyby nie luźna uwaga, którą rzu­cił do kobiet ze wsi, prze­glą­da­jąc broń męż­czyzn.

- Jeśli Rzy­mia­nie podejdą do brodu, prze­nie­siemy was w górę rzeki. Czar­no­brody kapi­tan nie chciał, żeby kobiety krę­ciły się w pobliżu pola bitwy. Jego zda­niem prze­szka­dzały i roz­pra­szały męż­czyzn.

Ale ta uwaga dała jej do myśle­nia. A wie­czo­rem, widząc, że jest nad rzeką sam, pode­szła do niego.

- Powiedz­cie mi, panie, czy w dro­dze w górę rzeki będziemy miały jakąś straż?

Wzru­szył ramio­nami.

- Pew­nie tak. A bo co?

- Tutejsi ludzie mają do mojego męża zaufa­nie - oznaj­miła. - Naj­le­piej by było, żeby to on nam towa­rzy­szył.

- Tak myślisz?

- Tak - powie­działa cicho. Widziała, że męż­czy­zna uśmie­cha się do sie­bie jak ktoś, kto ma wła­dzę i wie, jak rozu­mieć taką pro­po­zy­cję.

- A co byś zro­biła - spy­tał łagod­nie, patrząc na pociem­niałą wodę - żebym ja też tak pomy­ślał?

Nie spusz­czała z niego wzroku. Znała swoje silne strony.

- Co tylko zechce­cie - odpo­wie­działa.

Mil­czał przez dłuż­szą chwilę. Jak więk­szość woj­sko­wych dowód­ców nawet nie liczył kobiet, które ofia­ro­wy­wały mu swoje ciało. Jedne brał, innych nie. Ale jego wybór ją zasko­czył.

- A ta jasno­włosa dziew­czynka, która była dziś z tobą, to twoja córka?

Car­ti­man­dua ski­nęła głową.

Wystar­czyło kilka chwil, by oddała mu małą Bran­wen.

Tak było naj­le­piej. Powta­rzała to sobie tysiące razy. Oczy­wi­ście Bran­wen sta­nie się wła­sno­ścią kapi­tana. Jego nie­wol­nicą. Będzie mógł ją sprze­dać, zro­bić z nią, co tylko będzie chciał. Ale dziew­czynki wcale nie musi cze­kać zły los. Znaj­dzie się na dwo­rze wiel­kiego Cas­si­ve­lau­nusa; a jeśli kapi­tan ją polubi, to może da jej wol­ność, może nawet wyda ją dobrze za mąż. Takie rze­czy już się zda­rzały. Lep­sze to niż wycze­ki­wa­nie w wio­sce, gdzie wszystko było takie mono­tonne, prze­ko­ny­wała się w myślach Car­ti­man­dua. Jeśli tylko dziew­czyna nauczy się powścią­gać swoją złość, dobrze na tym wszyst­kim wyj­dzie.

A w zamian za to jej mąż nie będzie wal­czył z budzą­cymi postrach Rzy­mia­nami, lecz powę­druje z nią w bez­pieczne miej­sce.

- Pój­dzie­cie razem w górę rzeki - powie­dział kapi­tan bez ogró­dek. - A pod koniec lata dostar­czysz mi dziew­czynę.

Na razie musiała jedy­nie ukry­wać tę umowę przed mężem. On ni­gdy by się na coś takiego nie zgo­dził, ale gdy rzecz się dokona, będzie już za późno. U Cel­tów przy­sięga była święta.

Nic dziw­nego, że od dnia, kiedy wilk o mało nie uśmier­cił Bran­wen, Car­ti­man­dua nie spusz­czała jej z oka.

Wie­ści o Juliu­szu Ceza­rze wciąż nie nad­cho­dziły.

- A może - powie­dział kie­dyś wesoło ojciec - on już ni­gdy się nie pojawi?

Lato mijało Sego­va­xowi szczę­śli­wie. Matka na­dal popa­dała w dziwne, mroczne nastroje i nie pusz­czała bied­nej Bran­wen od sie­bie ani na krok, ale ojciec chęt­nie spę­dzał z nim czas. Opra­wił jedną z wil­czych łap i Sego­vax nosił ją teraz na szyi jako tali­zman. Każ­dego dnia ojciec uczył go jakiejś nowej umie­jęt­no­ści - jak polo­wać, jak obra­biać drewno, jak prze­po­wia­dać pogodę. A kie­dyś, w środku lata, ku jego zdzi­wie­niu i wiel­kiemu zado­wo­le­niu, oświad­czył nagle:

- Jutro zabiorę cię nad morze.

Nad rzeką uży­wano kilku rodza­jów łodzi. Gdy ojciec zasta­wiał sieci albo prze­pra­wiał się na drugi brzeg, zwy­kle brał czółno zro­bione z dębo­wego pnia. We wsi były też tra­twy. Zeszłego lata chłopcy zbu­do­wali sobie jedną. Cumo­wali ją na dłu­giej linie, a potem ska­kali z niej do roz­iskrzo­nej wody jak z plat­formy. Pły­wano rów­nież małymi łód­kami ze skór roz­cią­gnię­tych na drew­nia­nym szkie­le­cie, a kilka razy Sego­vax widział kup­ców pły­ną­cych w dół rzeki w dłu­gich, wio­sło­wych łodziach z wyso­kimi bur­tami, które cel­tyccy wyspia­rze też umieli budo­wać. Ale na wyprawy takie jak ta wieś miała tylko jedną łódź. Zaj­mo­wał się nią ojciec i trzy­mał ją zawsze pod przy­kry­ciem.

- Popły­niemy ple­cionką. Trzeba ją naj­pierw spraw­dzić na rzece.

Łódź z ple­cio­nej wikliny! Miała krótką stępkę i sze­ro­kie oże­bro­wa­nie z lek­kiego drewna. Ta deli­katna kon­struk­cja była jedy­nym twar­dym mate­ria­łem uży­tym do zro­bie­nia kadłuba. Szkie­let pokryto war­stwą mocno sple­cio­nej łoziny, a na niej, dla zapew­nie­nia koniecz­nej szczel­no­ści, roz­cią­gnięto skóry. Kupcy z wielu kra­jów od dawna podzi­wiali cel­tyc­kie wyroby z wikliny. To był jeden z powo­dów do dumy dla wyspia­rzy.

Wikli­nowa łódka, choć długa zale­d­wie na sześć metrów, miała jedno udo­god­nie­nie. Na środku stał niski maszt przy­mo­co­wany szta­gami, na któ­rym można było roz­piąć żagiel z cien­kiej skóry. Maszt był po pro­stu świeżo ścię­tym małym drze­wem - wybie­rano je uważ­nie, żeby nie było zbyt cięż­kie; na czubku musiało być natu­ralne roz­wi­dle­nie, do któ­rego przy­wią­zy­wano fały. Zgod­nie ze zwy­cza­jem na wierz­chołku masztu zosta­wiano kilka ulist­nio­nych gałą­zek, więc wikli­nowa łódka wyglą­dała tro­chę jak drzewko albo krzew uno­szący się na wodzie.

To prawda, była pry­mi­tywna, ale nie­zwy­kle wygodna. Ela­styczna, ale wytrzy­mała. Na tyle lekka, by ją prze­no­sić, i pomimo nie­wiel­kiego zanu­rze­nia na tyle sta­bilna, że można było wypły­wać nią na morze. Na rzece popy­chały ją wio­sła i pływy, mały żagiel zaś był przy­dat­nym dodat­ko­wym źró­dłem napędu - nawet przy sła­bym tyl­nym wie­trze wystar­czał, żeby poko­nać prze­ciwny prąd. Za kotwicę słu­żył ciężki kamień w drew­nia­nej klatce, wyglą­da­jący jak krab w koszyku.

Dokład­nie obej­rzeli łódź, posta­wili maszt i przez kilka godzin po połu­dniu pły­wali po rzece. W końcu ojciec powie­dział z uśmie­chem:

- Jest ide­alna.

Następ­nego dnia o świ­cie poziom wody w rzece doszedł do punktu kul­mi­na­cyj­nego, więc gdy tylko zro­biło się jaśniej, ojciec i syn zepchnęli łódkę z mie­rzei, żeby wyko­rzy­stać cofa­jący się prąd, który przez wiele godzin mógł ich nieść w kie­runku ujścia. Mieli szczę­ście, z zachodu wiała deli­katna bryza, więc posta­wiw­szy skó­rzany żagiel, mogli sie­dzieć i podzi­wiać mijane kra­jo­brazy, ste­ru­jąc jedy­nie sze­ro­kim wio­słem.

Gdy wydo­stali się na śro­dek nurtu, Sego­vax odwró­cił się, żeby spoj­rzeć na matkę sto­jącą na skraju mie­rzei. Patrzyła na nich z pobla­dłą twa­rzą. Poma­chał jej, ale nie zare­ago­wała.

Jesz­cze długo za Lon­di­nos koryto rzeki nie roz­sze­rzało się; naj­pierw musieli dotrzeć - o czym chło­piec dobrze wie­dział - do jed­nego z naj­bar­dziej nie­zwy­kłych miejsc dłu­giego, krę­tego nurtu. W swo­jej podróży z wnę­trza wyspy rzeka wiła się wiel­kimi zako­lami, ale tuż za Lon­di­nos zaczy­nał się ciąg wiel­kich, cia­snych zakrę­tów, two­rzą­cych coś w rodzaju podwój­nego S. Nie­całe pół­tora kilo­me­tra od wschod­niego wzgó­rza Lon­di­nos rzeka zawi­jała w kie­runku pół­noc­nym i zaraz zawra­cała, znów pły­nąc na połu­dnie. U dołu tego połu­dnio­wego zakrętu, zale­d­wie pięć kilo­me­trów w pro­stej linii od wschod­niego wzgó­rza, teren od połu­dnia wzno­sił się, two­rząc piękne, roz­le­głe zbo­cze. W tym miej­scu rzeka znów zawra­cała na pół­noc, a pół­tora kilo­me­tra dalej znaj­do­wał się następny zakręt.

Gdy mijali kolejne pętle, ojciec patrzył z roz­ba­wie­niem na Sego­vaxa, rzu­ca­jąc od czasu do czasu pyta­nie:

- To gdzie jest teraz Lon­di­nos?

Cza­sem leżało po lewej stro­nie, cza­sem po pra­wej, a cza­sem z tyłu. Gdy w pew­nej chwili chło­piec zupeł­nie stra­cił orien­ta­cję, ojciec roze­śmiał się gło­śno.

- Lon­di­nos jest teraz na wprost nas, choć cały czas się od niego odda­lamy - wyja­śnił.

Tę nie­zwy­kłą wła­ści­wość rzeki znali wszy­scy tutejsi żegla­rze.

Dzień był pogodny. Posu­wali się w dół biegu, a Sego­vax zauwa­żył, że woda w rzece jest tak czy­sta i przej­rzy­sta, zupeł­nie jak w oko­li­cach Lon­di­nos, że widać dno, cza­sem piasz­czy­ste, a cza­sem pokryte bło­tem lub żwi­rem. Póź­nym ran­kiem zje­dli placki owsiane od Car­ti­man­dui, popili je słod­kawą wodą, którą czer­pali dło­nią wprost z rzeki.

Dopiero gdy rzeka stała się szer­sza, chło­piec zaczął sobie uświa­da­miać, czym jest wiel­kie kre­dowe V, w któ­rym miesz­kał całe życie.

W samym Lon­di­nos kre­dowe wzgó­rza nie były widoczne. Ow­szem, za wio­ską wzno­siły się łagodne zbo­cza. Niskie pagórki cią­gnęły się przez jakieś osiem kilo­me­trów i koń­czyły wysoką gra­nią, skąd roz­ta­czał się roz­le­gły widok. Jed­nak te pagórki, ufor­mo­wane głów­nie z gliny, leżały wewnątrz zakrzy­wio­nego łuku kre­do­wych wznie­sień, zasła­nia­jąc ich widok od strony rzeki. Chło­piec znał też poprze­ci­nane stru­mie­niami lesi­ste zbo­cza na pół­noc­nym brzegu, na któ­rych tle stały bliź­nia­cze wzgó­rza. Widział wzno­szące się za nimi tarasy oraz pasmo cypli i pagór­ków wyso­kich na pra­wie sto metrów, cią­gnące się w dal. Nie zda­wał sobie jed­nak sprawy z ist­nie­nia wiel­kiej, kre­dowej skarpy, która za wznie­sie­niami z gliny i pia­sku zakrę­cała ku pół­noc­nemu wscho­dowi.

Ale tu, kil­ka­na­ście kilo­me­trów od Lon­di­nos, roz­ta­czał się zupeł­nie inny widok. Po lewej stro­nie rzeki, skąd do pół­noc­nej kra­wę­dzi wiel­kiego kre­do­wego V było ponad pięć­dzie­siąt kilo­me­trów, brzeg był niski i pod­mo­kły. Dalej, jak tłu­ma­czył ojciec, leżały roz­le­głe poła­cie lasów i mocza­rów, które cią­gnęły się na setki kilo­me­trów, pora­sta­jąc ogromny łuk lądu two­rzący wschod­nie wybrzeże wyspy aż po zimne Morze Pół­nocne.

- To wiel­kie tereny, chłodne i wil­gotne - tłu­ma­czył ojciec. - Bez­kre­sne plaże. A wia­try, które wieją ze wschodu, znad morza, mogłyby cię prze­ciąć wpół. Tam mieszka wódz Cas­si­ve­lau­nus. - Pokrę­cił głową. - I dzi­kie, nie­po­korne ple­miona. Tylko ktoś tak potężny jak on może nimi wła­dać.

Chło­piec spoj­rzał na połu­dniowy brzeg. Cóż za kon­trast! Rzeka zbli­żała się tu do wiel­kiej ściany kre­do­wego V. Pły­nęli wzdłuż stro­mego, wyso­kiego brzegu, za któ­rym wzno­siła się na ponad sto metrów potężna grań, cią­gnąca się jak okiem się­gnąć na wschód.

- Tam jest Kent, zie­mia, na któ­rej miesz­kają Kan­tio­wie - powie­dział ojciec. - Gdy­byś szedł przez parę dni tą gra­nią, to w końcu dotarł­byś do wyso­kich bia­łych kli­fów na końcu wyspy.

Potem opo­wie­dział w szcze­gó­łach, jak wygląda długi, połu­dniowo-wschodni pół­wy­sep i że w pogodne dni można doj­rzeć po dru­giej stro­nie morza nową rzym­ską pro­win­cję Galię.

- W doli­nach pomię­dzy wzgó­rzami są bogate gospo­dar­stwa - dodał.

- A czy oni są tak samo dzicy jak ple­miona na pół­noc od ujścia? - spy­tał Sego­vax.

- Nie. - Ojciec się uśmiech­nął. - Ale za to są bogatsi.

Przez jakiś czas pły­nęli w mil­cze­niu - chło­piec prze­peł­niony zachwy­tem, ojciec w głę­bo­kiej zadu­mie.

- A kie­dyś - ode­zwał się w końcu ojciec - mój dzia­dek powie­dział mi coś dziw­nego. Gdy był mały, śpie­wano pio­senkę o tym, że dawno, dawno temu rósł tu wielki las. - Wska­zał na wschód, w kie­runku morza. - Ale potem przy­szła wielka powódź i na zawsze ten las pogrze­bała. - Umilkł. Obaj pró­bo­wali to sobie wyobra­zić.

- I co jesz­cze ci powie­dział?

- Że w tam­tych cza­sach, gdy poja­wili się tu pierwsi ludzie, cała zie­mia tam - wska­zał na pół­noc - była pokryta lodem. Wszystko było zamar­z­nięte. Ten lód był jak ściana.

- I co się z nim stało?

- Chyba słońce go roz­to­piło.

Sego­vax spoj­rzał na pół­noc. Nie umiał sobie wyobra­zić tej zie­lo­nej kra­iny pokry­tej zmar­z­liną.

- Czy zie­mia może znów zamar­z­nąć?

- A jak myślisz?

- To nie­moż­liwe - powie­dział Sego­vax sta­now­czo. - Słońce zawsze wscho­dzi.

Obser­wo­wał kra­jo­braz, w miarę jak łódka pły­nęła w dół coraz szer­szej rzeki. Ojciec patrzył z czu­ło­ścią na syna, modląc się bez­gło­śnie do bogów, by po jego śmierci chło­piec żył długo i pło­dził swoje dzieci.

Póź­nym popo­łu­dniem zoba­czyli ujście. Poko­nali wła­śnie duży zakręt. Rzeka miała już pół­tora kilo­me­tra sze­ro­ko­ści.

- Chcia­łeś zoba­czyć morze - powie­dział ojciec cicho.

- Chcia­łem. - Tylko tyle mógł z sie­bie wydo­być.

Ujście było bar­dzo dłu­gie. Po lewej niski brzeg zata­czał łuk, otwie­ra­jąc się jesz­cze sze­rzej; po pra­wej aż po hory­zont cią­gnęły się kre­dowe skały Kentu. A pomię­dzy nimi leżało otwarte morze.

Ocze­ki­wał cze­goś innego. Spo­dzie­wał się, że morze będzie opa­dać w stronę wid­no­kręgu, tym­cza­sem wyda­wało się, że otwarty bez­kres wody unosi się, jakby ocean nie chciał pozo­stać na swoim miej­scu, lecz spie­szył rzece na powi­ta­nie. Sego­vax patrzył na morze, na wzbu­rzone fale poprze­ci­nane pasami ciem­niej­szej wody. Powie­trze pach­niało solą. Poczuł dreszcz pod­nie­ce­nia. Oto miał przed sobą wielką przy­godę. Ujście było bramą, a Lon­di­nos, wła­śnie to sobie uświa­do­mił, było nie tylko pięk­nym miej­scem nad rzeką, ale też punk­tem począt­ko­wym podróży wio­dą­cej do tego wspa­nia­łego, otwar­tego świata. Patrzył na morze zato­piony w myślach.

- A tam, po pra­wej - ode­zwał się ojciec - pły­nie duża rzeka. - Wska­zał na wyso­kie wybrzeże, gdzie kilka kilo­me­trów za przy­ląd­kiem rzeka Medway, prze­ci­na­jąc kre­dową grań, łączyła się z ujściem ich rzeki.

Pły­nęli w dół ujścia jesz­cze przez godzinę. Prąd zwal­niał, woda burzyła się coraz bar­dziej. Wikli­nowa łódka pod­ska­ki­wała na falach prze­le­wa­ją­cych się przez burtę. Woda była teraz bar­dziej zie­lona, ciem­niej­sza. Dna nie dało się już zoba­czyć. Chło­piec zaczerp­nął dło­nią tro­chę wody i prze­ko­nał się, że jest słona. Ojciec uśmiech­nął się.

- Prąd się odwraca - powie­dział.

Sego­vax zauwa­żył ze zdzi­wie­niem, że koły­sa­nie łódki przy­pra­wia go o mdło­ści. Skrzy­wił się, ale ojciec par­sk­nął śmie­chem.

- Nie­do­brze ci? Tam będzie jesz­cze gorzej. - Mach­nął w kie­runku morza. Chło­piec spoj­rzał nie­pew­nie na odle­głe fale. - Na­dal chcesz tam popły­nąć? - spy­tał ojciec, odga­du­jąc jego myśli.

- Tak. Kie­dyś.

- Na rzece jest bez­piecz­niej - zauwa­żył ojciec. - Morze zabrało już wielu ludzi. Jest okrutne.

Sego­vax ski­nął głową. Nagle poczuł silne mdło­ści. Ale któ­re­goś dnia, przy­siągł sobie w myślach, dowie się, jak sma­kuje wielka przy­goda, bez względu na wszystko.

- Czas wra­cać - powie­dział ojciec. A po chwili dodał: - Mamy szczę­ście. Wiatr się zmie­nia.

Rze­czy­wi­ście. Wiatr naj­pierw ustał, a potem zaczął wiać z połu­dnio­wego wschodu. Rybak zawró­cił łódź, żagiel zało­po­tał. Ruszyli w powrotną drogę.

Sego­vax wes­tchnął. Pomy­ślał, że to będzie naj­pięk­niej­szy dzień w jego życiu, tylko on z ojcem na łodzi i morze. Woda robiła się coraz spo­koj­niej­sza. Popo­łu­dniowe słońce wciąż świe­ciło cie­pło. Zachciało mu się spać.

Sego­vax obu­dził się gwał­tow­nie, czu­jąc, że ojciec go sztur­cha. Posu­wali się bar­dzo wolno. Zamknął oczy przed godziną, a dopiero wpły­wali w rzeczny zakręt, zosta­wia­jąc ujście za sobą. Obu­dziw­szy się, wydał z sie­bie okrzyk zdzi­wie­nia.

- A teraz spójrz tam - mruk­nął ojciec, poka­zu­jąc coś w odle­gło­ści nie więk­szej niż kil­ka­set metrów.

Z pół­noc­nego brzegu pły­nęła duża tra­twa. Dwu­dzie­stu męż­czyzn popy­chało ją dłu­gimi drą­gami w poprzek nurtu. Sego­vax zauwa­żył za nimi drugą tra­twę. Ale naj­bar­dziej nie­zwy­kły był ich ładu­nek. Na każ­dej stał przy­mo­co­wany linami wspa­niały rydwan.

Cel­tycki rydwan był strasz­li­wym pojaz­dem. Cią­gnięty przez szyb­kie konie, dwu­ko­łowy, lekki i sta­bilny, woził wojow­nika w peł­nym uzbro­je­niu i dwóch pomoc­ni­ków. Nie­zwy­kle zwrotny, poru­szał się bły­ska­wicz­nie na polu bitwy, a jadący na nim ludzie mio­tali w prawo i w lewo włócz­nie albo strze­lali z łuków. Cza­sem wojow­nicy przy­mo­co­wy­wali do kół ostrza kos, które cięły na kawałki każ­dego, kto się zbli­żył. Rydwan na tra­twie był wspa­niały. Poma­lo­wany na czer­wono i czarno, błysz­czał w pro­mie­niach słońca. Sego­vax patrzył zafa­scy­no­wany. Ojciec zawró­cił łódkę i popły­nął za tra­twami na połu­dniowy brzeg.

Ale pierw­szy zachwyt chłopca był niczym w porów­na­niu z eks­cy­ta­cją, która go ogar­nęła, gdy zbli­żyli się do brzegu, a ojciec zawo­łał nagle:

- Na bogów! Sego­va­xie, widzisz tego męż­czy­znę na czar­nym koniu? - Chło­piec ski­nął głową. - To prze­cież sam Cas­si­ve­lau­nus.

Ojciec kazał Sego­va­xowi zacze­kać przy łodzi, a sam zagad­nął męż­czyzn i pomógł im wycią­gać tra­twy na brzeg.

Chło­piec sie­dział obok ich małej łódki, przez rzekę prze­wie­ziono co naj­mniej dwa­dzie­ścia rydwa­nów i pięć­dzie­siąt wspa­nia­łych koni. Tych naj­więk­szych mieli dosia­dać wojow­nicy. Te mniej­sze, ale rów­nie szyb­kie, zaprzę­gano do rydwa­nów. Widać było, że wszyst­kie pocho­dzą z dobrej hodowli. Przez rzekę prze­pra­wiono też mnó­stwo ludzi i całe wozy broni. Nie­któ­rzy wojow­nicy mieli na sobie kosz­towne opoń­cze w jaskra­wych kolo­rach i złote ozdoby. Widok potęż­nych, dziel­nych Cel­tów, jego roda­ków, napeł­niał chłopca dumą. A potem sam wielki wódz - wysoki męż­czy­zna z dłu­gimi wąsami i w czer­wo­nej opoń­czy - przy­wo­łał ojca do sie­bie i zaczął z nim roz­ma­wiać. Sego­vax widział, że ojciec klęka przed wodzem, że mówią coś do sie­bie, wódz uśmie­cha się ser­decz­nie, kła­dzie dłoń na ramie­niu ojca, a potem daje mu małą bro­szę. Oto naj­więk­szy wódz na całej wyspie oka­zuje uzna­nie jego ojcu, odważ­nemu, ale prze­cież tylko zwy­kłemu wie­śnia­kowi. Sego­vax aż pokra­śniał ze szczę­ścia.

Ojciec wró­cił póź­nym popo­łu­dniem. Uśmie­chał się, ale myśli miał zaprząt­nięte czymś innym.

- Czas na nas - powie­dział. Sego­vax ski­nął głową z wes­tchnie­niem. Naj­chęt­niej zostałby tu na zawsze.

Wkrótce pły­nęli szybko rzeką; ojciec mocno pra­co­wał wio­słami. Patrząc wstecz, Sego­vax widział, jak na brzeg wycią­gane są ostat­nie tra­twy.

- Czy to zna­czy, że gotują się do walki? - zapy­tał.

Ojciec rzu­cił mu zdzi­wione spoj­rze­nie.

- Nie domy­śli­łeś się, synu? - powie­dział cicho. - Są w dro­dze na wybrzeże. - Wio­sło­wał ryt­micz­nie. - Rzy­mia­nie nad­cią­gają.

Bran­wen patrzyła z cie­ka­wo­ścią na matkę. Spała jesz­cze, gdy ojciec i Sego­vax wypły­nęli łodzią. Zapo­wia­dał się spo­kojny i raczej nudny dzień. Przez cały ranek matka i inne kobiety plo­tły koszyki z wikliny; sie­działy przed chatą, gawę­dząc cicho i patrząc na bawiące się nie­opo­dal dzieci. I sie­działyby tak zapewne przez całe przed­po­łu­dnie, gdyby nie druid.

Przy­pły­nął sam czół­nem. Poja­wił się jak zwy­kle nie­ocze­ki­wa­nie. Zgod­nie z pra­daw­nym oby­cza­jem, naka­zał wie­śnia­kom przy­nieść koguta i trzy kur­częta na ofiarę, a potem pole­cił im udać się ze sobą do świę­tego miej­sca po dru­giej stro­nie rzeki. Podą­żyli za nim na tra­twach i w skó­rza­nych łód­kach, nie wie­dząc, jaka intu­icja czy prze­czu­cie kazało star­cowi opu­ścić nagle jego wysepkę.

Nie skie­ro­wali się na wprost ku bliź­nia­czym wzgó­rzom Lon­di­nos, lecz do sze­ro­kiego stru­mie­nia, który opły­wał wzgó­rza od zachod­niej strony. Wysie­dli z łódek i prze­szli do miej­sca odda­lo­nego o pięć­dzie­siąt metrów od brzegu. Nie było tu nic oprócz trzech szorst­kich kamieni, się­ga­ją­cych czło­wie­kowi do kolan, które stały wokół zagłę­bie­nia w ziemi.

Święta stud­nia. Nikt nie wie­dział, kiedy ani dla­czego ją wyko­pano. Zasi­lał ją nie­wielki stru­mień. Mówiono, że mieszka w niej łagodna wodna boginka.

Wziąw­szy jedno z kur­cząt, druid wymam­ro­tał modli­twę, a potem, na oczach ludzi, wpraw­nym ruchem pod­ciął mu gar­dło i wrzu­cił do studni; po chwili usły­szeli, jak ptak wpada do wody.

Wró­cili do łodzi, prze­do­stali się na drugą stronę odnogi i zaczęli się wspi­nać na zachod­nie wzgó­rze. Tutaj, tuż pod szczy­tem od strony rzeki, roz­cią­gał się pas murawy z sze­ro­kim wido­kiem na wodę. Na środku znaj­do­wał się mały krąg wyko­pany na kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów w głąb ziemi. Miej­sce rytu­al­nego uśmier­ca­nia zwie­rząt. Druid zło­żył w ofie­rze koguta i dwa pozo­stałe kur­czaki, spry­sku­jąc krwią trawę wewnątrz okręgu i mówiąc pół­gło­sem:

- Prze­la­li­śmy dla was krew, bogo­wie rzeki, ziemi i nieba. Chroń­cie nas w potrze­bie.

Zabrał mar­twe ptaki i naka­zaw­szy wie­śnia­kom wra­cać do domu, ruszył w kie­runku dru­giego wzgó­rza, by tam samot­nie obco­wać z bogami.

Miesz­kańcy wio­ski nie mieli tu już nic do roboty. Speł­nili swoje zada­nie. Wsie­dli do łodzi z uczu­ciem zado­wo­le­nia, że zro­bili to, co do nich nale­żało.

Z wyjąt­kiem Car­ti­man­dui.

Bran­wen nie­prze­rwa­nie obser­wo­wała matkę. Zda­wała sobie sprawę, że jej zacho­wa­nie jest dziwne.

Bo dla­czego Car­ti­man­dua, zamiast wsiąść do łodzi tak jak wszy­scy, zaczęła nagle bła­gać jed­nego z męż­czyzn, by zosta­wił jej skó­rzaną łódkę? Dla­czego teraz, kiedy miesz­kańcy wio­ski prze­pra­wili się już na połu­dniowy brzeg, wędro­wały obie po wzgó­rzach, szu­ka­jąc dru­ida, który znik­nął tajem­ni­czo? Dla­czego matka jest taka blada i zde­ner­wo­wana?

Dziew­czynka nie mogła tego wie­dzieć, ale powód był pro­sty. Nagłe poja­wie­nie się kapłana i zło­że­nie ofiar mogło ozna­czać jedno. Za sprawą swo­ich nie­zwy­kłych mocy i kon­taktu z bogami sta­rzec zoba­czył, że nie­bez­pie­czeń­stwo jest bli­sko. A więc nastała straszna godzina. Nad­cho­dzili Rzy­mia­nie. Po raz kolejny Car­ti­man­duę zalała fala drę­czą­cych wąt­pli­wo­ści.

A może popeł­niła błąd? Co powinna teraz zro­bić? Nie wie­dząc nawet, co powie ani o co zapyta, wró­ciła na wzgó­rze, żeby poszu­kać dru­ida. On udzieli jej naj­lep­szej wska­zówki, zanim będzie za późno.

Nio­sąc nie­mowlę i cią­gnąc Bran­wen za rękę, prze­cięła zachod­nie wzgó­rze i prze­ska­ku­jąc po kamie­niach, prze­szła na drugą stronę potoku pły­ną­cego mię­dzy bliź­nia­czymi wznie­sie­niami. Wspięła się na wschodni szczyt z nadzieją, że znaj­dzie tam kapłana. Ale nie, tam też go nie było. Już chciała zre­zy­gno­wać, gdy nagle zoba­czyła słup dymu wzno­szący się z dru­giej strony wzgó­rza. Ruszyła szyb­kim kro­kiem.

Wschod­nie wzgó­rze Lon­di­nos nie scho­dziło równo ku rzece. Mniej wię­cej w poło­wie zbo­cze się zaokrą­glało, a potem opa­dało stromo ku brze­gowi. W ten spo­sób po połu­dniowo-wschod­niej stro­nie wznie­sie­nia powstało coś w rodzaju natu­ral­nego amfi­te­atru - tra­wia­sta plat­forma nad wodą sta­no­wiła scenę, a stok wzgó­rza widow­nię. Scenę pokry­wała darń i niskie krzewy. I wła­śnie tam, tuż nad wodą, druid roz­pa­lił małe ogni­sko.

Car­ti­man­dua przy­glą­dała mu się z góry, oba­wia­jąc się podejść. Z dwóch powo­dów.

Po pierw­sze, widziała, co sta­rzec robi. Wyjął z mar­twych pta­ków kości i wło­żył je do ognia. A to ozna­czało, że czyni wróżby - był to jeden z naj­bar­dziej tajem­nych cel­tyc­kich rytu­ałów, któ­rego nie wolno było zuchwale zakłó­cać. A drugi powód doty­czył samego miej­sca.

Kruki.

Od nie­pa­mięt­nych cza­sów pofa­lo­wane wzgó­rza nad rzeką zamiesz­ki­wała kolo­nia kru­ków.

Car­ti­man­dua wie­działa, że ptaki te, jeśli trak­tuje się je z sza­cun­kiem, są dobrym zna­kiem. Mówiono, że ich potężne duchy mogą obro­nić cel­tyc­kie ple­miona. Zapewne dla­tego druid wybrał to miej­sce na odczy­ta­nie prze­po­wiedni. Ale mimo to Car­ti­man­dua zadrżała. Wiel­kie kruki z moc­nymi dzio­bami zawsze budziły w niej strach. Wyglą­dały tak ponuro, nie­zdar­nie machały skrzy­dłami i pod­ska­ki­wały na mura­wie, wyda­jąc z sie­bie ochry­płe kra­ka­nie. Jeśli odważy się tam zejść, któ­ryś z nich w każ­dej chwili może chwy­cić ją strasz­li­wymi szpo­nami za rękę czy nogę i wbić się dzio­bem w ciało.

Druid pod­niósł głowę i ją zoba­czył. Przez chwilę patrzył na nią, naj­wy­raź­niej ziry­to­wany. A potem bez słowa ski­nął, by do niego pode­szła.

- Zacze­kaj tutaj - powie­działa do Bran­wen, poda­jąc jej nie­mowlę. - I nie ruszaj się stąd.

Wcią­gnęła głę­boko powie­trze w płuca i zeszła po zbo­czu obok kru­ków.

Bran­wen zapa­mię­tała te dłu­gie minuty na całe życie. Bała się, sto­jąc na szczy­cie tra­wia­stego stoku sama z maleń­kim dziec­kiem i patrząc na matkę i dru­ida w dole. Widziała ze swo­jego miej­sca Car­ti­man­duę, ale czuła się nie­swojo w tym peł­nym grozy miej­scu. I gdyby nie to, że ją też prze­ra­żały kruki, zbie­głaby do matki.

Widziała, że matka mówi coś z powagą do dru­ida, a sta­rzec powoli kręci głową. Potem chyba Car­ti­man­dua o coś go gorąco pro­siła. W końcu sta­rzec wyjął z ogni­ska kilka kości i uważ­nie je obej­rzał. I coś powie­dział. Nagle z dołu roz­legł się strasz­liwy dźwięk, roz­niósł się tak gło­śnym echem, że kruki pode­rwały się w powie­trze, a potem opa­dły z gniew­nym kra­ka­niem. Taki strasz­liwy, żało­sny lament mogło wydać z sie­bie zde­spe­ro­wane zwie­rzę.

Ale to krzy­czała Car­ti­man­dua.

Nikt nie odgadł jego tajem­nicy. Sego­vax był z sie­bie zado­wo­lony. Od ich powrotu w Lon­di­nos pano­wał oży­wiony ruch. Czar­no­brody dostoj­nik zja­wił się w wio­sce jesz­cze przed nimi, a ojca natych­miast wysłano do brodu w górze rzeki, gdzie byli już inni męż­czyźni. I mieli tyle zajęć, że rodzina pra­wie wcale rybaka nie widy­wała.

Przy­go­to­wa­nia toczyły się pełną parą. W dno brodu wbi­jano zaostrzone pale. Męż­czy­znom z wio­sek leżą­cych w pro­mie­niu wielu kilo­me­trów naka­zano ści­na­nie drzew na mocną pali­sadę, która miała sta­nąć wzdłuż brze­gów wysepki dru­ida.

Co dzień przy­cho­dziły nowe wie­ści. Ale nie były jed­no­znaczne.

"Wszyst­kie ple­miona Bry­tów przy­się­gły, że pójdą za Cas­si­ve­lau­nu­sem", oznaj­mił jeden posła­niec, a inny dorzu­cił: "Cel­tyc­kie ple­miona w Galii pla­nują powsta­nie. Tutaj nad­we­rę­żymy siły Cezara, a oni ode­tną mu odwrót". "Nie­któ­rzy wodzo­wie zazdrosz­czą Cas­si­ve­lau­nu­sowi - ostrze­gali mądrzejsi. - Nie wolno im ufać".

Począt­kowo nowiny były pomyślne. Cezar wylą­do­wał nie­da­leko bia­łych kli­fów na połu­dnio­wym wybrzeżu i roz­po­czął marsz przez Kent, ale bogo­wie wyspy ude­rzyli natych­miast. Tak jak poprzed­nim razem potężny sztorm o mało nie znisz­czył rzym­skiej floty, zmu­sza­jąc najeźdź­ców do odwrotu i napra­wie­nia uszko­dzeń. A kiedy Cezar po raz drugi ogło­sił wymarsz, Cel­to­wie na szyb­kich rydwa­nach ata­ko­wali jego oddziały i zada­wali im dotkliwe straty. "Ni­gdy nie dojdą do rzeki", mówili ludzie. Ale robót for­ty­fi­ka­cyj­nych nie prze­ry­wano.

Sego­vax trwał w sta­nie zawie­sze­nia - budzą­cym strach, ale jed­no­cze­śnie eks­cy­tu­ją­cym. Był pewien, że Rzy­mia­nie wkrótce się poja­wią. A wtedy przyj­dzie czas na jego tajemny plan.

- Cel­to­wie ich znisz­czą - zapew­niał z dumą sio­strę.

Prze­kra­dał się brze­giem do miej­sca, skąd mógł obser­wo­wać przy­go­to­wa­nia. Dru­giego dnia rano zaczęto spła­wiać w dół rzeki dodat­kowe pnie drzew.

Car­ti­man­dua była roz­darta, lęk wprost ją obez­wład­niał. Zaczy­nała się dener­wo­wać, gdy Bran­wen od niej odcho­dziła. Kiedy nie­mowlę pła­kało, natych­miast do niego bie­gła. Gdy Sego­vax gdzieś zni­kał, a zda­rzało się to czę­sto, gorącz­kowo go szu­kała, a zna­la­zł­szy, przy­ci­skała zakło­po­ta­nego chłopca do piersi.

Ale przede wszyst­kim nie­ustan­nie spo­glą­dała w kie­runku brodu, gdzie pra­co­wał jej mąż. Męż­czyźni od dwóch dni zosta­wali tam nawet na noc i choć wraz z innymi kobie­tami zano­siła mu jedze­nie, nie udało im się poroz­ma­wiać.

Gdyby tylko mogła to pojąć. Gdyby mogła zro­zu­mieć, co się kryje w strasz­nych sło­wach dru­ida.

Może nie powinna była o nic pytać. Wcale nie chciał z nią roz­ma­wiać. Ale jej nie­po­kój był tak silny, że nie umiała się powstrzy­mać.

- Powiedz mi - bła­gała - jaki los czeka mnie i moją rodzinę?

Druid wahał się, ale w końcu, nie­mal wzru­sza­jąc ramio­nami, wycią­gnął z ogni­ska kilka kości, obej­rzał je uważ­nie i ski­nął głową, jakby zoba­czył coś, czego i tak się spo­dzie­wał. Ale co to miało zna­czyć?

- Darzysz miło­ścią trzech męż­czyzn - powie­dział posęp­nie. - I jed­nego stra­cisz.

Straci? Któ­rego? Mogło cho­dzić jedy­nie o męża, Sego­vaxa i naj­młod­szego syna. W jej życiu nie było innych męż­czyzn. Druid na pewno miał na myśli męża. Ale prze­cież udało jej się go oca­lić. Wszy­scy razem popłyną bez­piecz­nie w górę rzeki.

Dzień po przy­by­ciu czar­no­bro­dego dostoj­nika, który nad­zo­ro­wał męż­czyzn przy­go­to­wu­ją­cych się do obrony, odszu­kała go.

- Czy umowa na­dal obo­wią­zuje? - zapy­tała.

- Już ci to mówi­łem - odpo­wie­dział znie­cier­pli­wiony i odpra­wił ją gestem.

A więc co to mogło ozna­czać? Czyżby Bran­wen miał się przy­da­rzyć jakiś wypa­dek, który unie­ważni ich targ? Coś się sta­nie Sego­va­xowi albo nie­mow­lę­ciu? Mio­tana udręką nie­pew­no­ści, czuła się jak zwie­rzę schwy­tane w pułapkę, które pró­buje ochro­nić raz jedno, raz dru­gie młode przed ata­kiem dra­pież­ni­ków kła­pią­cych zębami.

W końcu, po kilku dniach nie­pew­no­ści, nade­szła wia­do­mość, że Cas­si­ve­lau­nus zgro­ma­dził oddziały, gotowy do wal­nej bitwy.

Wojow­nicy napły­wali sze­ro­kim stru­mie­niem - pie­chu­rzy, konni, woź­nice rydwa­nów. Kolejne oddziały, zgrzane i pokryte kurzem, sta­wały nad bro­dem.

Ludzie dono­sili o zdra­dzie, o dezer­cjach dowód­ców. "Rzy­mia­nie ich prze­ku­pili - mówili. - Oby spa­dła na nich klą­twa bogów". Byli źli, ale nie przy­gnę­bieni. "Jedna porażka nic nie zna­czy. Rzy­mia­nie jesz­cze posma­kują naszej zemsty". Ale gdy Sego­vax odwa­żył się zapy­tać jed­nego z wojow­ni­ków w rydwa­nie, jacy są Rzy­mia­nie, usły­szał szczerą odpo­wiedź: "Umieją trzy­mać szyk. Budzą strach".

Na połu­dniu nie zostały już żadne linie obrony. Teraz barierą miała być rzeka.

- Bitwa roze­gra się tutaj - powie­dział ojciec pod­czas jed­nej z nie­licz­nych wizyt w wio­sce. - I tu powstrzy­mamy Cezara.

Następ­nego dnia oznaj­miono kobie­tom, że mają się przy­go­to­wać do ewa­ku­acji. "Wyru­szy­cie jutro".

Następ­nego ranka Sego­vax bacz­nie obser­wo­wał, jak ojciec przy­pa­suje miecz. Zazwy­czaj miecz leżał w cha­cie zawi­nięty w skóry, dwa razy do roku ojciec wyj­mo­wał go i oglą­dał. Przy takich oka­zjach Sego­vaxowi wolno było go potrzy­mać, ale nie mógł doty­kać ostrza. "Jesz­cze zardze­wieje", mówił ojciec. Sta­ran­nie sma­ro­wał miecz tłusz­czem, a potem cho­wał go do pochwy z drewna i skóry i jesz­cze raz owi­jał skó­rami.

Miecz był typo­wym przy­kła­dem cel­tyc­kiej broni. Miał dłu­gie, sze­ro­kie ostrze z żelaza z podłużną pręgą. Na ręko­je­ści był pro­sty jelec w kształ­cie krzyża, głow­nię wyrzeź­biono w kształ­cie ludz­kiej głowy groź­nie patrzą­cej na wroga.

Sego­vaxa ogar­nęło dziwne wzru­sze­nie. Po wielu dniach mor­der­czej pracy ojciec wyglą­dał na wycień­czo­nego. Przy­gięte plecy mówiły, że doku­cza mu ból. Ramiona zwi­sały jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle. W jego dobrych oczach kryło się zmę­cze­nie. A jed­nak, mimo że wątły i wraż­liwy, był odważny. Nie­mal rwał się do walki. Z jego twa­rzy i całej postaci ema­no­wała pełna deter­mi­na­cji męskość, góru­jąca nad fizyczną sła­bo­ścią. Kiedy zdjął ze ściany tar­czę i dwie włócz­nie, w oczach Sego­vaxa zamie­nił się w szla­chet­nego wojow­nika, co napeł­niło chłopca dumą.

Po tych przy­go­to­wa­niach rybak odcią­gnął chłopca na stronę i ode­zwał się do niego z powagą:

- Jeśli coś mi się sta­nie, ty będziesz jedy­nym męż­czy­zną w rodzi­nie. Masz opie­ko­wać się matką, sio­strą i bra­tem. Rozu­miesz?

A potem przy­wo­łał Bran­wen. Zaczął jej mówić, że ma być grzeczna, ale nie­do­rzecz­ność takich pouczeń roz­śmie­szyła go, więc tylko przy­tu­lił córkę i poca­ło­wał.

Wszystko było gotowe. Kobiety i dzieci sie­działy w czte­rech dużych czół­nach na końcu mie­rzei. Zapasy żyw­no­ści i skromny doby­tek zała­do­wano na dwie tra­twy. Męż­czyźni stali nie­opo­dal, cze­ka­jąc na roz­kazy dowo­dzą­cego nimi dostoj­nika, który wła­śnie zbli­żał się rzeką od strony pali­sady.

Po kilku chwi­lach czar­no­brody kapi­tan sta­nął obok. Obrzu­cił miesz­kań­ców wio­ski twar­dym spoj­rze­niem. Napo­tkał wzrok Car­ti­man­dui, która wraz z trójką dzieci stała w jed­nej z łodzi. Ski­nął nie­zau­wa­żal­nie głową.

Przyj­rzał się męż­czy­znom i szybko wyzna­czył trzech spo­śród nich.

- Popły­nie­cie na łodziach jako straż. Miesz­kańcy z innych wio­sek mają się zebrać o pięć dni drogi w górę rzeki. Tam jest fort. I tam powie­dzą wam, co dalej. - Spoj­rzał na męża Car­ti­man­dui. - Ty też popły­niesz z nimi. Będziesz dowo­dził. Każ­dej nocy macie wysta­wiać wartę. - Odwró­cił się, chcąc odejść.

Zalała ją fala ulgi. Dzięki wam, bogo­wie. Przy­naj­mniej na jakiś czas wszy­scy będą bez­pieczni. Zamie­rzała usiąść, gdy nagle zdała sobie sprawę, że mąż nie rusza się z miej­sca.

Popa­trzyła na inne kobiety i dzieci. Uśmiech­nęła się. Zoba­czyła wtedy, że mąż coś mówi. Zaczęła się wsłu­chi­wać.

- Nie mogę z nimi popły­nąć.

Kapi­tan zmarsz­czył brwi. Przy­wykł do posłu­szeń­stwa. Ale ojciec Sego­vaxa krę­cił głową.

Co on mówi? Nagle zro­zu­miała. Jakże może się sprze­ci­wiać?

- To roz­kaz - powie­dział kapi­tan ostro.

- Ale ja zło­ży­łem przy­sięgę. Parę dni temu - tłu­ma­czył rybak. - Samemu Cas­si­ve­lau­nu­sowi. Przy­sią­głem, że będę z nim wal­czył pod Lon­di­nos.

Wszy­scy to usły­szeli. Car­ti­man­dua zaczerp­nęła gwał­tow­nie powie­trza, oblał ją lodo­waty chłód. Nic jej nie wspo­mniał o przy­się­dze. Ale prze­cież od powrotu znad morza rzadko go widy­wała.

- Przy­sięgę? - Kapi­tan był wyraź­nie zakło­po­tany.

- Dał mi zapinkę, spójrz­cie tylko - mówił dalej rybak. - Kazał mi ją nosić pod­czas bitwy, żeby mógł mnie roz­po­znać. - Wyjął bro­szę z sakiewki przy­wią­za­nej do paska.

Zapa­dła cisza. Kapi­tan patrzył na bro­szę. Może i miał przed sobą pro­stego wie­śniaka, ale przy­sięga była rze­czą świętą. A przy­sięga zło­żona naj­wyż­szemu wodzowi... Nie miał wąt­pli­wo­ści, że zapinka pocho­dzi od Cas­si­ve­lau­nusa. Spoj­rzał na Car­ti­man­duę. Jej twarz miała barwę popiołu. Spoj­rzał na dziew­czynkę. Ładna. Ale nic nie mógł na to pora­dzić. Umowa prze­stała obo­wią­zy­wać.

Mruk­nął coś z iry­ta­cją i wska­zał innego męż­czy­znę.

- Ty. Będziesz dowo­dził zamiast niego. Ruszaj­cie.

Patrząc na odda­la­jącą się łódź, wio­zącą jego żonę i dzieci, rybak poczuł smu­tek, ale i zado­wo­le­nie. Nie był tak silny jak inni męż­czyźni -jego syn to widział. Ale teraz z pew­no­ścią usły­szał, i to przy wszyst­kich, że jego ojciec zło­żył przy­sięgę naj­więk­szemu wodzowi Bry­tów.

Łodzie posu­wały się wolno. Gdy wpły­nęli w zakręt, zoba­czył gro­ma­dzące się woj­sko. Całe rzędy rydwa­nów; za pali­sadą pło­nęły ogni­ska, przy któ­rych zbie­rały się grupki męż­czyzn. "Mówią, że jutro, gdy przy­bę­dzie Cas­si­ve­lau­nus, będziemy tu mieli cztery tysiące rydwa­nów", opo­wia­dał mu ojciec. Chło­piec myślał z dumą, że ojciec należy teraz do tej wiel­kiej armii.

Zosta­wili za sobą bród i wysepkę dru­ida, przez kil­ka­set metrów pły­nęli na połu­dnie. Potem rzeka znów zakrę­cała w prawo, więc chło­piec stra­cił z oczu miej­sce bitwy. Oba brzegi były tu niskie i błot­ni­ste, zie­lone i aż cięż­kie od wierzb.

Bran­wen oparła się głową o niego i zasnęła. Matka w mil­cze­niu wpa­try­wała się w wodę.

Rzeka wiła się zako­lami przez sze­roką, pła­ską dolinę łąk i traw usia­nych gdzie­nie­gdzie drze­wami. W pew­nej chwili Sego­vax zauwa­żył, że zaczęli pły­nąć pod prąd. Fala przy­pływu nie docie­rała do tego miej­sca. Morze nie się­gało aż tak daleko.

Tej nocy roz­bili obóz pod wierz­bami, a rano ruszyli dalej, teraz już w towa­rzy­stwie kobiet z innej wio­ski. I znów sło­neczny dzień upły­nął im na spo­koj­nej żeglu­dze. Nikt nie zauwa­żył, że wraz z zapad­nię­ciem zmroku Sego­vaxa ogar­nęło pod­nie­ce­nie. Nie mogli się prze­cież domy­ślać, że posta­no­wił zre­ali­zo­wać swój tajemny plan.

Skra­dał się w ciem­no­ściach. Na nie­bie nie było księ­życa, ale gwiazdy świe­ciły jasno. Nikt się nie poru­szył. Noc była cie­pła. Tym razem roz­bili obóz na dłu­giej, wąskiej wyspie. O zacho­dzie słońca niebo przy­brało ciem­no­czer­woną barwę, zapo­wia­da­jącą pogodny dzień. Wszy­scy byli zmę­czeni po podróży. Roz­pa­lili duże ogni­sko, zje­dli, a potem pokła­dli się do snu.

Usły­szał pohu­ki­wa­nie sowy. Ostroż­nie, trzy­ma­jąc w dłoni włócz­nię, zbli­żał się do wody.

Miesz­kańcy dru­giej wio­ski nie­śli ze sobą dwie skó­rzane łódki - jedna miała spi­cza­sty dziób jak czółno. Gdy tylko ją zauwa­żył, wie­dział, że to jego szansa. Leżała teraz na błot­ni­stym brzegu. Była tak lekka, że zdo­łał pocią­gnąć ją jedną ręką. Zaczął spusz­czać ją na wodę, gdy usły­szał za sobą zna­jomy tupot drob­nych stó­pek. Bran­wen. Wes­tchnął. Ona chyba ni­gdy nie śpi.

- Co robisz?

- Ciiii!

- Dokąd się wybie­rasz?

- Do ojca.

- Żeby wal­czyć?

- Tak.

Przy­jęła tę wia­do­mość w mil­cze­niu.

- Zabierz mnie ze sobą - popro­siła po chwili.

- Nie. Masz zostać tutaj.

- Nie zostanę!

- Bran­wen, dobrze wiesz, że nie możesz ze mną jechać.

- Mogę.

- Nie umiesz wal­czyć. Jesteś za mała.

Mimo ciem­no­ści zauwa­żył, że jej twarz czer­wie­nieje, a dło­nie zaci­skają się w pię­ści.

- Jadę z tobą.

- To nie­bez­pieczne.

- Nie szko­dzi.

- Wszyst­kich pobu­dzisz.

- Nie obcho­dzi mnie to. Będę krzy­czeć. - Ta groźba była bar­dzo realna.

- Pro­szę cię, Bran­wen. Poca­łuj mnie.

- Nie!

Przy­tu­lił ją. Ude­rzyła go. A potem, zanim zdą­żyła kogo­kol­wiek obu­dzić, zepchnął łódkę na wodę i wsko­czył do środka. Po chwili, wio­słu­jąc z całych sił, znik­nął jej z oczu w ciem­no­ściach.

Udało się! Pota­jem­nie zapla­no­wał tę wyprawę, kiedy zaczęły docho­dzić wie­ści o inwa­zji, zanim jesz­cze druid zło­żył tar­czę w ofie­rze. Każ­dego dnia ćwi­czył się w rzu­ca­niu włócz­nią, aż osią­gnął taką bie­głość, że nie­wielu doro­słych mogło mu dorów­nać. I wresz­cie nada­rzyła się spo­sob­ność. Będzie wal­czył u boku ojca. Jeśli poja­wię się na początku bitwy, ojciec nie będzie mógł mnie ode­słać, pomy­ślał.

Miał przed sobą całą noc. Poru­sza­jąc się z prą­dem i poma­ga­jąc sobie wio­słami, pły­nął dwa, a nawet trzy razy szyb­ciej niż łodzie zmie­rza­jące w górę rzeki. Wyda­wało mu się, że brzegi zostają w tyle w sza­lo­nym pędzie.

Ale miał zale­d­wie dzie­więć lat. Po godzi­nie jego ramiona osła­bły, po dwóch zaczęły boleć. Jed­nak nie pod­da­wał się. Minęły kolejne dwie godziny. Zatę­sk­nił za snem. Jesz­cze ni­gdy nie czu­wał o tak póź­nej porze. Parę razy głowa mu opa­dała i wtedy budził się gwał­tow­nie.

A gdyby tak, mówił do sie­bie w myślach, poło­żyć się na chwilę, jed­nak instynkt ostrze­gał go: jeśli to zro­bisz, obu­dzisz się dopiero w połu­dnie. Zauwa­żył, że gdy wyobraża sobie ojca, ten widok dodaje mu sił. I tak, pozwa­la­jąc cza­sem odpo­cząć zmę­czo­nym ramio­nom i myśląc jedy­nie o tym, że ojciec czeka na niego na polu bitwy, posu­wał się upar­cie coraz dalej. Będą wal­czyć ramię w ramię. Może nawet razem zginą. Niczego bar­dziej nie pra­gnął.

Z począt­kiem świtu był już w miej­scu, gdzie docie­rał prąd pły­wowy. Na szczę­ście trwał odpływ, więc nurt niósł go szybko w kie­runku Lon­di­nos i morza.

Słońce wze­szło, rzeka zro­biła się znacz­nie szer­sza. Po godzi­nie dotarł do zna­jo­mego zakrętu. Był tak pod­nie­cony, że zapo­mniał o zmę­cze­niu. Minął zakręt. Wyspa dru­ida leżała nie­całe pół­tora kilo­me­tra dalej. Zasko­czony wstrzy­mał oddech.

Na wprost niego Rzy­mia­nie prze­pra­wiali się przez rzekę.

Cezar zgro­ma­dził do pod­boju Bry­ta­nii ogromne siły. Pięć świet­nie zdy­scy­pli­no­wa­nych legio­nów - bli­sko dwa­dzie­ścia pięć tysięcy ludzi, w tym dwa tysiące jazdy. W Ken­cie poniósł tylko nie­znaczne straty.

Sojusz bry­tyj­skich wodzów zaczy­nał się kru­szyć. Cezar dys­po­no­wał dosko­na­łym wywia­dem. Wie­dział, że jeśli teraz uda mu się poko­nać Cas­si­ve­lau­nusa, wielu dowód­ców przej­dzie na jego stronę.

Jed­nak prze­prawa przez rzekę była nie­ła­twa. Celt poj­many poprzed­niego dnia zdra­dził, że w dno powbi­jano zaostrzone pale. Pali­sada po dru­giej stro­nie też była mocna. Ale Rzy­mia­nie mieli jedną zna­czącą prze­wagę.

"Pro­blem Cel­tów polega na tym - powie­dział kie­dyś Cezar do jed­nego ze swo­ich pod­ko­mend­nych - że ich stra­te­gia jest nie­zgodna z tak­tyką. - Dopóki Cel­to­wie nękali jego linie szyb­kimi ata­kami na rydwa­nach, nie dało się ich poko­nać. I pew­nie z cza­sem zmu­si­liby go do odwrotu. A zatem ich stra­te­gią powinno być wycze­ki­wa­nie. - Ci głupcy chcą otwar­tej bitwy". A w takich bitwach Rzy­mia­nie zazwy­czaj zwy­cię­żali.

Wyni­kało to z ich dys­cy­pliny i dobrego uzbro­je­nia. Kiedy legio­ni­ści for­mo­wali czwo­ro­bok i cho­wali się za tar­czami albo gdy mniej­szy oddział zasła­niał się szczel­nie tar­czami od góry, cel­tycka kon­nica była wła­ści­wie bez­radna, nawet roz­pę­dzone rydwany z tru­dem prze­bi­jały się przez szyki Rzy­mian. Dla­tego patrząc na zgro­ma­dzone na otwar­tym polu cel­tyc­kie siły, Cezar wie­dział, że jego jedyną prze­szkodą jest rzeka. Bez zbęd­nej zwłoki wydał roz­kaz: Naprzód!

Na rzece jest tylko jeden bród, a i on przy­spa­rza trud­no­ści.

Tak zano­to­wał Cezar w swo­ich pamięt­ni­kach. Prze­prawa sama w sobie nie była trudna, jed­nak, jako wytrawny poli­tyk i dowódca, Cezar nie zamie­rzał tego przy­zna­wać.

Natych­miast wyda­łem kon­nicy roz­kaz do natar­cia, pie­chota miała postę­po­wać za nimi. Ponad wodą wysta­wały im jedy­nie głowy, ale posu­wali się z taką szyb­ko­ścią i zapa­łem, że pie­chu­rzy i kawa­le­ria mogli zaata­ko­wać razem.

Nic dziw­nego, że ani Cezar, ani nikt inny nie zauwa­żyli małej łódki leżą­cej na błot­ni­stym brzegu o jakieś kil­ka­set metrów w górę rzeki.

Dotarł­szy na twardy grunt, Sego­vax był cały pokryty bru­nat­nym bło­tem. Nie zwra­cał na to uwagi. Naj­waż­niej­sze, że mu się udało.

Cel­to­wie sta­cjo­no­wali zale­d­wie pół­tora kilo­me­tra dalej. Co za widok! Wpa­try­wał się w tysiące postaci z nadzieją, że zoba­czy wśród nich ojca. Cią­gnąc za sobą włócz­nię, posu­wał się powoli do przodu, a jego stopy wyda­wały cichy chlu­pot. Rzy­mia­nie cały czas prze­pra­wiali się przez rzekę. Pierw­sze oddziały już ufor­mo­wały szyki na pół­noc­nym brzegu. Cel­to­wie wydali gromki okrzyk. Rzy­mia­nie mil­czeli. Chło­piec szedł upar­cie dalej.

I wtedy się zaczęło.

Sego­vax ni­gdy wcze­śniej nie widział bitwy. Nie miał poję­cia, że powstaje potworne zamie­sza­nie. Bie­ga­jący we wszyst­kich kie­run­kach wojow­nicy, rydwany pędzące z taką szyb­ko­ścią, jakby za chwilę miały go stra­to­wać. Rzy­mia­nie wyglą­dali w błysz­czą­cych zbro­jach jak strasz­liwe, roz­gnie­wane zwie­rzęta. Sego­vax sły­szał ze swo­jego miej­sca prze­raź­liwy zgiełk. Sły­szał łoskot oręża, sły­szał wyda­wane przez doro­słych męż­czyzn nie­zno­śne dla uszu okrzyki bólu.

Ale przede wszyst­kim nie spo­dzie­wał się, że legio­ni­ści są tacy ogromni. Rzym­ski kawa­le­rzy­sta, który nagle poja­wił się w odle­gło­ści stu metrów, pędząc cwa­łem przez łąkę, wyglą­dał jak olbrzym. Chło­piec przy­ci­snął do sie­bie włócz­nię, czu­jąc się słaby i bez­radny.

Zatrzy­mał się. Bitwa, teraz o kil­ka­set metrów od niego, zbli­żała się coraz bar­dziej. Rydwany roz­pierz­chły się, trzy pędziły wprost na niego, a potem pomknęły w bok. Gdzie wśród tej jatki szu­kać ojca? Zaczął dygo­tać.

Kilku kon­nych goniło rydwan, który pędził dwie­ście metrów od niego.

Atak galo­pu­ją­cej kawa­le­rii to prze­ra­ża­jący widok. Wpra­wia w drże­nie nawet wyćwi­czoną pie­chotę w bojo­wym szyku. Nie­zdy­scy­pli­no­wany tłum zawsze ustę­puje przed szar­żu­jącą jazdą. Nic dziw­nego że chło­piec, widząc zbli­ża­jącą się armię, wpadł w prze­ra­że­nie. Zaczął się cofać. W końcu uciekł.

Przy­go­to­wy­wał się do tego przez wiele tygo­dni. Wio­sło­wał całą noc, żeby dołą­czyć do ojca. A teraz, gdy zna­lazł się sto metrów od niego, nie umiał przyjść mu z pomocą.

Przez dwie godziny stał nad rzeką, trzę­sąc się ze stra­chu. Poni­żej, na pod­mo­kłym brzegu, leżała jego łódka, do któ­rej gotów był wsko­czyć, gdyby bitwa dotarła aż tutaj. Był prze­mar­z­nięty i blady z prze­ra­że­nia. Ten dzień był jak naj­gor­szy kosz­mar. Patrząc na toczącą się na łąkach bitwę, uświa­do­mił sobie strasz­liwą prawdę: jest tchó­rzem.

"Żeby tylko ojciec tego nie zoba­czył", modlił się w myślach.

Ale nie musiał się tego oba­wiać. Gdy Rzy­mia­nie natarli po raz trzeci, ojciec zgi­nął z mie­czem w dłoni, tak jak prze­po­wie­dzieli bogo­wie.

Sego­vax nie ruszył się z miej­sca przez cały dzień. Póź­nym popo­łu­dniem bitwa była skoń­czona. Poko­nani Cel­to­wie ucie­kli na pół­noc, gonieni przez rzym­skich kawa­le­rzy­stów, któ­rzy bez­li­to­śnie sie­kli mie­czami każ­dego, kogo dopa­dli. Wcze­snym wie­czo­rem zwy­cięzcy roz­bili obóz nieco dalej na wschód, w pobliżu bliź­nia­czych wzgórz Lon­di­nos. Ogromne pole bitwy, pokryte poła­ma­nymi rydwa­nami, porzu­coną bro­nią i cia­łami pole­głych, było upior­nie ciche. I wła­śnie tam posta­no­wił wyru­szyć Sego­vax.

Może dwa razy w życiu widział śmierć czło­wieka. Dla­tego nie był przy­go­to­wany na dziwną sza­rość i sztyw­ność zwłok. Nie­które ciała były potwor­nie oka­le­czone, wiele miało pood­ci­nane ręce lub nogi. Wokół uno­siła się woń śmierci. Trupy leżały wszę­dzie: na łąkach, przy bro­dzie i pali­sa­dzie, w wodzie wokół wysepki dru­ida. Jak odna­leźć ojca, o ile on tam w ogóle jest? A jeśli go nie roz­po­zna?

Słońce już czer­wie­niało, gdy natknął się na niego. Od razu go zauwa­żył. Ojciec leżał na wznak nad wodą, jakby patrzył w niebo, otwarte usta nada­wały jego łagod­nej twa­rzy wyraz żało­snej pustki. Skóra przy­brała już sino­szary kolor. Krótki, sze­roki miecz jakie­goś Rzy­mia­nina zosta­wił w jego boku potworną ranę.

Chło­piec uklęk­nął przy nim. Roz­pacz dła­wiła mu gar­dło, do oczu nabie­gły łzy. Wycią­gnął ręce i dotknął brody ojca. Tar­gał nim taki szloch, że nie zauwa­żył, że nie jest sam.

Obok sta­nął nie­wielki oddział Rzy­mian wraz z cen­tu­rio­nem. Szu­kali na polu bitwy porzu­co­nej broni. Widząc samotną postać, zbli­żyli się.

- Hiena cmen­tarna - powie­dział z pogardą jeden z legio­ni­stów.

Chło­piec odwró­cił się, sły­sząc szczęk zbroi. Byli kilka metrów od niego.

Rzym­scy żoł­nie­rze. Słońce lśniło na ich napier­śni­kach. Zabiją go. Albo wezmą do nie­woli. Rozej­rzał się gorącz­kowo. Nie było żad­nych dróg ucieczki. Za sobą miał tylko rzekę. A gdyby rzu­cił się bie­giem w tam­tym kie­runku? Spró­bo­wał odpły­nąć? Dopa­dliby go, zanim zdą­żyłby wsko­czyć do wody. Spoj­rzał w dół. Obok ojca leżał miecz. Sego­vax schy­lił się po niego. Sta­nął na wprost zbli­ża­ją­cego się cen­tu­riona.

Jeśli mam zgi­nąć, pomy­ślał, to w walce.

Miecz był ciężki, ale chwy­cił go mocno, z zacię­tym wyra­zem twa­rzy. Cen­tu­rion, zmarsz­czyw­szy lekko brwi, dał mu znak, żeby odło­żył broń. Sego­vax pokrę­cił głową. Cen­tu­rion był już bar­dzo bli­sko. Spo­koj­nie wydo­był krótki miecz z pochwy. Sego­vax był gotowy do walki, ale nie wie­dział, co powi­nien zro­bić. I wtedy cen­tu­rion ude­rzył.

Cios był tak szybki, że chło­piec ledwo go zauwa­żył. Roz­legł się meta­liczny dźwięk, miecz ojca wypadł mu z dłoni na zie­mię, a całe ramię i nad­gar­stek prze­szył roz­dzie­ra­jący ból. Na twa­rzy cen­tu­riona malo­wał się spo­kój. Zro­bił jesz­cze jeden krok do przodu.

Teraz mnie zabije, pomy­ślał chło­piec. A więc zginę obok ojca. Tylko że gdy patrzył na szare zwłoki, śmierć już nie wyda­wała mu się pocią­ga­jąca. Przy­naj­mniej umrę w walce, pomy­ślał. Jesz­cze raz nie­zdar­nie się­gnął po miecz.

Zauwa­żył z prze­ra­że­niem, że ledwo może go unieść. Nad­gar­stek bolał tak bar­dzo, że potrze­bo­wał teraz obu dłoni. Macha­jąc mie­czem jak sza­lony, nie zda­wał sobie sprawy, że cen­tu­rion patrzy na niego z zim­nym spo­ko­jem. Zamach­nął się jesz­cze raz i znów nie tra­fił. Wtedy usły­szał śmiech.

Był tak pochło­nięty cen­tu­rio­nem, że nie zauwa­żył poja­wie­nia się jeźdź­ców. Było ich sze­ściu, z cie­ka­wo­ścią obser­wo­wali całą scenę. Pośrodku stał wysoki, łysy męż­czy­zna o suro­wej, inte­li­gent­nej twa­rzy. To wła­śnie on się roze­śmiał. Powie­dział coś do cen­tu­riona i teraz śmiali się już wszy­scy.

Sego­vax zaczer­wie­nił się. Męż­czy­zna mówił po łaci­nie, więc nie zro­zu­miał jego słów. Pew­nie z niego kpił. I pew­nie chcieli popa­trzeć na jego śmierć. Z naj­więk­szym wysił­kiem jesz­cze raz zamach­nął się mie­czem.

Patrzył zasko­czony, bo cen­tu­rion scho­wał miecz do pochwy. Rzy­mia­nie odjeż­dżali, zosta­wia­jąc go przy zwło­kach ojca.

Ale Sego­vax byłby jesz­cze bar­dziej zdzi­wiony, gdyby wie­dział, co Juliusz Cezar powie­dział do swo­ich żoł­nie­rzy. "Ten młody Celt jest dzielny. Nie chce się pod­dać. Lepiej dajmy mu spo­kój, bo nas poza­bija".

Sego­vax zoba­czył na tunice ojca bro­szę od Cas­si­ve­lau­nusa. Odpiął ją z czcią i zabrał razem z mie­czem. Ruszył w powrotną drogę, zatrzy­mu­jąc się tylko na chwilę, by po raz ostatni spoj­rzeć na twarz ojca.

Od bitwy nad rzeką minęło kilka mie­sięcy, a Cezar nie zajął w tym cza­sie wyspy. Do dziś nie wia­domo, czy zamie­rzał ją pod­bić od razu - był zbyt prze­bie­gły, żeby powie­dzieć to jasno w swo­ich pamięt­ni­kach.

Naczel­nicy cel­tyc­kich ple­mion musieli zło­żyć mu ogromne daniny i dostar­czyć zakład­ni­ków. Cezar ogło­sił trium­falne zwy­cię­stwo. Ale jesie­nią wyco­fał się ze swo­imi legio­nami do Galii, gdzie zaczy­nało wrzeć. Zapewne zda­jąc sobie sprawę, że pod­bo­jów doko­nuje za szybko i za daleko, posta­no­wił umoc­nić swoją wła­dzę w Galii, a wyspę zająć póź­niej. Dla­tego życie na wyspie, przy­naj­mniej na jakiś czas, wró­ciło do normy.

Przy­szła wio­sna, ale wbrew ocze­ki­wa­niom Cezar na­dal się nie poja­wiał. Latem Rzy­mia­nie też nie przy­byli.

Z jed­nym wyjąt­kiem. Miesz­kańcy wio­ski, wyszedł­szy pew­nego let­niego poranka nad brzeg, ujrzeli dziwny widok. Rzeką pły­nął pękaty sta­tek, długi na dwa­dzie­ścia kilka metrów, z wysoką rufą i niskim dzio­bem; na masz­cie na śród­o­krę­ciu wisiał wielki kwa­dra­towy żagiel z płótna; do jego refo­wa­nia słu­żyły linki porząd­nie prze­wle­czone przez naszyte kółka. Nie­wielki trój­kątny żagiel, roz­pięty na mniej­szym, pochy­lo­nym nad dzio­bem masz­cie, dawał dodat­kowy napęd. Gład­kie burty zro­biono z desek przy­mo­co­wa­nych do oże­bro­wa­nia żela­znymi gwoź­dziami. Sta­tek miał nie jeden, lecz dwa stery umiesz­czone po obu stro­nach rufy.

Krótko mówiąc, patrzyli na typowy kupiecki sta­tek sta­ro­żyt­nego świata. Żegla­rze o śnia­dej cerze i bogaty Rzy­mia­nin, który był jego wła­ści­cie­lem, wpły­nęli na rzekę powo­do­wani cie­ka­wo­ścią.

Dobili do brzegu i przy­jaź­nie zwró­cili się do wie­śnia­ków. Wyja­śnili, że chcą zoba­czyć miej­sce, gdzie roze­grała się bitwa, o ile leży gdzieś nie­da­leko. Po krót­kim waha­niu dwóch męż­czyzn zgo­dziło się zapro­wa­dzić ich do brodu i na wyspę dru­ida. Obej­rzeli je, po czym uznali, że w Lon­di­nos nie ma już nic war­tego zain­te­re­so­wa­nia, i odje­chali wraz z odpły­wem, zapła­ciw­szy wie­śnia­kom srebrną monetę.

To wyda­rze­nie nie miało żad­nego histo­rycz­nego zna­cze­nia. Ot, krótka wizyta statku uno­szo­nego znacz­nie potęż­niej­szym prą­dem histo­rii, który dla zaspo­ko­je­nia cie­ka­wo­ści jakie­goś boga­cza zbo­czył z usta­lo­nej trasy w nie­znane oko­lice.

Ale dla Sego­vaxa ten incy­dent zna­czył bar­dzo wiele. Zafa­scy­no­wany chło­piec przy­glą­dał się dziw­nemu stat­kowi, kusząco przy­cu­mo­wa­nemu do brzegu. Jak urze­czony wpa­try­wał się w srebrną monetę, wie­dząc, że umiesz­czona na niej głowa jakie­goś boga nie jest jedy­nie ozdobą. Nie umiał jed­nak oce­nić ani jej war­to­ści, ani zna­cze­nia. Ale przede wszyst­kim, patrząc za zni­ka­jącą na rzece łodzią, wspo­mi­nał ten cudowny dzień z ojcem, kiedy zoba­czył otwarte morze.

- Teraz on tam pły­nie - mruk­nął. - I może kie­dyś znów się u nas pojawi.

Zro­dziło się w nim pota­jemne marze­nie, by wsiąść na pokład i popły­nąć w świat choćby z Rzy­mia­nami.

Z całej rodziny to wła­śnie Sego­vax cier­piał naj­bar­dziej. Ku jego wiel­kiemu zdzi­wie­niu matka, po trzech mie­sią­cach sza­lo­nej roz­pa­czy, nie­spo­dzie­wa­nie zwią­zała się z innym męż­czy­zną. Męż­czy­zna pocho­dził z innej wio­ski i był dobry dla dzieci. Ale ból nie opusz­czał Sego­vaxa. I nie wia­domo, jak długo by to trwało, gdyby nie drobne wyda­rze­nie, które miało miej­sce pod koniec jesieni.

Wraz z nadej­ściem zimy Cel­to­wie obcho­dzili wiel­kie święto Sam­hain, czas, gdy zie­mię nawie­dzały duchy. Wsta­wały z gro­bów i przy­cho­dziły do żywych, przy­po­mi­na­jąc im, że zmarli zamiesz­ku­jący pra­dawne sie­dziby doma­gają się sza­cunku od każ­dego, kto wszedł na ich teren. Dni, kiedy przy­go­to­wy­wano uczty i skła­dano ważne przy­sięgi, były eks­cy­tu­jące, ale budziły strach.

Kilka dni po Sam­hain, w cie­płe, mgli­ste popo­łu­dnie, Sego­vax bawił się z Bran­wen na skraju mie­rzei. Po jakimś cza­sie sio­stra zosta­wiła go, mówiąc, że jest zmę­czona. Chło­piec, ogar­nięty nagłą falą smutku, usiadł na kamie­niu i popa­trzył na wzgó­rza Lon­di­nos na dru­gim brzegu.

Ostat­nio czę­sto tu sia­dy­wał, zwłasz­cza po przy­by­ciu dziw­nego statku. Patrzył, jak rzeka powoli oddy­cha w ryt­mie przy­pły­wów i odpły­wów, i to dawało mu uko­je­nie. O świ­cie złote pro­mie­nie wscho­dzą­cego słońca padały na wschod­nie wzgó­rze, a pod wie­czór czer­wona poświata po prze­ciw­nej stro­nie ozna­czała poże­gna­nie dnia. Miał wra­że­nie, że rytm życia i śmierci roz­lega się tutaj wiecz­nym, nie­koń­czą­cym się echem. Dumał tak przez dłuż­szy czas, gdy nagle usły­szał kroki. To druid szedł w jego stronę.

Sta­rzec bar­dzo osłabł ostat­nimi czasy. Nie­któ­rzy mówili, że to zeszło­roczna bitwa pod­ko­pała jego siły. Ale mimo to na­dal skła­dał w oko­licz­nych wio­skach nie­za­po­wie­dziane wizyty. Zauwa­żyw­szy, że chło­piec jest sam, zatrzy­mał się.

Sego­vax zdzi­wił się, że druid chce z nim roz­ma­wiać. Wstał grzecz­nie, ale sta­rzec dał mu znak, by usiadł, a potem, co było jesz­cze dziw­niej­sze, spo­koj­nie zajął miej­sce obok niego.

Sego­vax zawsze był prze­ko­nany, że obec­ność dru­ida budzi powszechny lęk. Tym­cza­sem stary kapłan roz­ta­czał wokół sie­bie aurę koją­cego spo­koju. Roz­ma­wiali przez dłuż­szy czas, sta­rzec deli­kat­nie zada­wał pyta­nia, a Sego­vax odpo­wia­dał coraz pew­niej, aż w końcu, z dziw­nym uczu­ciem ulgi, opo­wie­dział o strasz­nej bitwie, o wszyst­kim, co wtedy widział, a nawet o swoim tchó­rzo­stwie.

- Bitwy nie są dla dzieci. - Druid uśmiech­nął się łagod­nie. - I by­naj­mniej nie jesteś tchó­rzem, chłop­cze. - Umilkł na chwilę. - Uwa­żasz, że opu­ści­łeś ojca w potrze­bie? Że spra­wi­łeś mu zawód?

Sego­vax ski­nął głową.

- Ale on tam się cie­bie nie spo­dzie­wał - zauwa­żył sta­rzec. - Nie powie­dział ci, że masz się opie­ko­wać matką i sio­strą?

- Powie­dział. - A potem, nie mogąc się już powstrzy­mać i myśląc o tym, że matka zwią­zała się z innym męż­czy­zną, Sego­vax wybuch­nął płacz­li­wie: - Ale ja go stra­ci­łem. Stra­ci­łem ojca. Na zawsze.

Przez dłuż­szą chwilę druid patrzył w mil­cze­niu na rzekę. Wie­dział, że roz­pacz chłopca niczego nie zmieni, ale dosko­nale ją rozu­miał. Smu­tek Sego­vaxa poru­szył nim do głębi i przy­po­mi­nał o drę­czą­cych go od dawna tro­skach i tajem­ni­cach.

Dziwna rzecz, ten dar jasno­wi­dze­nia. Cza­sem do dru­ida przy­cho­dziła wyraźna wizja przy­szłych wyda­rzeń - na przy­kład znał los rodziny rybaka na długo przed tym, nim poja­wili się Rzy­mia­nie - ale z reguły jego nie­zwy­kła zdol­ność była nie tyle nagłą ilu­mi­na­cją, ile czę­ścią roz­le­głego pro­cesu, szcze­gól­nym rozu­mie­niem czło­wie­czego losu, które w miarę upływu lat coraz czę­ściej dawało o sobie znać. Dla więk­szo­ści ludzi życie było jak długi dzień roz­cią­gnięty pomię­dzy świ­tem naro­dzin i zmierz­chem śmierci, ale on widział to ina­czej.

Dla sta­rego dru­ida życie na tej ziemi było coraz bar­dziej nie­rze­czy­wi­ste. Poza nim nie roz­cią­gała się ciem­ność, ale coś świe­tli­stego, bar­dzo real­nego, coś, co zawsze znał, nawet jeśli nie umiał tego opi­sać, i do czego miał powró­cić. Cza­sem bogo­wie z prze­ra­ża­jącą jasno­ścią poka­zy­wali mu jakiś skra­wek przy­szło­ści, a wtedy wie­dział, że musi strzec tej tajem­nicy przed ludźmi. Zazwy­czaj jed­nak kro­czył nie­pew­nie przez życie z nie­ja­snym prze­czu­ciem, że jest czę­ścią usta­lo­nego z góry planu i że tak było zawsze. Wie­rzył, że bogo­wie pro­wa­dzą go ku jego prze­zna­cze­niu, a śmierć jest czymś ulot­nym, czę­ścią znacz­nie dłuż­szego dnia.

Ale nie­po­ko­iła go dziwna rzecz. Od dwóch lat bogo­wie dawali mu znaki, że nawet to więk­sze prze­zna­cze­nie, ten ota­cza­jący go świat cieni zbliża się do kresu. Miał poczu­cie, że bogo­wie gotują się do odej­ścia. Czyżby zbli­żał się koniec świata? A może, myślał, także bogo­wie, zupeł­nie jak ludzie, prze­mi­jają niczym liście spa­da­jące na zie­mię?

A może, dumał, sie­dząc obok tego zwy­czaj­nego chłopca z kosmy­kiem bia­łych wło­sów i błoną mię­dzy pal­cami, może bogo­wie są jak stru­mie­nie, które nie­wi­dzial­nie wpa­dają do więk­szej rzeki?

Deli­kat­nie poło­żył Sego­va­xowi dłoń na ramie­niu.

- Przy­nieś mi miecz ojca - pole­cił.

Po chwili chło­piec wró­cił z bro­nią. Druid chwy­cił miecz i jed­nym potęż­nym ude­rze­niem roz­trza­skał go o kamień.

To był stary cel­tycki rytuał.

Pod­niósł kawałki mie­cza i objąw­szy chłopca ramie­niem, rzu­cił je do rzeki. Sego­vax patrzył, jak żelazo z gło­śnym plu­skiem wpada do wody.

- Dość już two­jej żałoby - powie­dział druid łagod­nie. - Teraz rzeka jest twoim ojcem.

Chło­piec miał ści­snięte gar­dło, ale zro­zu­miał. I wie­dział, że to prawda.

Lon­di­nium

A.D. 251

Przy stole sie­działo naprze­ciwko sie­bie dwóch męż­czyzn. Mil­czeli obaj, zajęci ryzy­kowną robotą.

Było let­nie popo­łu­dnie - według rzym­skiego kalen­da­rza idy lip­cowe. Na zewnątrz nie­mal pusta ulica, żad­nego wia­tru. W środku przy­tła­cza­jący upał.

Jak więk­szość pospól­stwa męż­czyźni ci nie byli ubrani w nie­wy­godne rzym­skie togi, lecz w pro­ste tuniki do kolan z bia­łej wełny, spięte na ramio­nach i prze­wią­zane w talii sznu­rem. Wyż­szy miał też na sobie krótką pele­rynkę, młod­szy wolał zosta­wić nagie ramiona. Obaj nosili skó­rzane san­dały.

Izba była skromna, typowa dla tej dziel­nicy, w któ­rej wokół małych podwó­rek tło­czyły się kryte strze­chą drew­niane domy i warsz­taty. Ściany izby z gliny i brzo­zo­wych witek poma­lo­wane były na biało; w kącie stał duży stół, na sto­jaku leżały dłuta i sie­kiera, co ozna­czało, że tutej­szy loka­tor jest cie­ślą.

Pano­wała cisza. Jedy­nym dźwię­kiem był zgrzyt pil­nika w dłoni star­szego męż­czy­zny. Jed­nak na zewnątrz, na końcu wąskiej uliczki, ktoś stał na cza­tach. Konieczny śro­dek ostroż­no­ści. Za taką robotę gro­ziła bowiem kara śmierci.

Nad rzeką, gdzie wypię­trzyły się dwa żwi­rowe wzgó­rza, wyro­sło wiel­kie, oto­czone murami mia­sto.

Pod czy­stym, błę­kit­nym nie­bem roz­ło­żyło się Lon­di­nium. Było tu pięk­nie. Stoki bliź­nia­czych wzgórz zamie­niono w łagodne zbo­cza z ele­ganc­kimi tara­sami. Na wschod­nim szczy­cie stało oka­załe forum, pro­mie­nie słońca odbi­jały się bla­dym bla­skiem od jego sta­tecz­nych murów. Sze­roka ulica wio­dła z forum do solid­nego drew­nia­nego mostu na rzece. Na zachod­nim wzgó­rzu, tuż poni­żej szczytu, na tle nieba ryso­wała się owalna syl­wetka wiel­kiego amfi­te­atru, a za nią, ku pół­noc­nemu wscho­dowi, znaj­do­wały się kwa­tery gar­ni­zo­nów. Poni­żej, nad rzeką, powstały drew­niane pomo­sty i maga­zyny, nato­miast na wschod­nim brzegu stru­mie­nia pły­ną­cego pomię­dzy wzgó­rzami wyty­czono piękne ogrody pałacu guber­na­tora. Całe mia­sto - świą­ty­nie i teatry, pokryte stiu­kiem wille i tanie domy czyn­szowe, dachy z czer­woną dachówką i ogrody - ota­czały od strony lądu grube, wyso­kie mury z bra­mami wjaz­do­wymi.

Mia­sto prze­ci­nały ze wschodu na zachód dwie główne arte­rie. Pierw­sza wkra­czała do mia­sta przez górną bramę zachod­nią, prze­ci­nała oba wzgó­rza i docie­rała do wschod­niej bramy. Druga pro­wa­dziła od dol­nej bramy zachod­niej i przez górną część zachod­niego wzgó­rza scho­dziła do stru­mie­nia, mija­jąc pałac guber­na­tora.

Tak wła­śnie wyglą­dało Lon­di­nium - dwa wzgó­rza połą­czone sze­ro­kimi uli­cami i oto­czone murem. Nabrzeże miało ponad pół­tora kilo­me­tra dłu­go­ści, a lud­ność liczyła dwa­dzie­ścia pięć tysięcy miesz­kań­ców. Mia­sto ist­niało tu od bli­sko dwu­stu lat.

Rzy­mia­nie długo zwle­kali z przy­by­ciem na Bry­ta­nię. Po bitwie nad rzeką Cezar wię­cej się nie poja­wił. A dzie­sięć lat póź­niej ten wielki zdo­bywca został zaszty­le­to­wany w rzym­skim Sena­cie. I dopiero po upły­wie bli­sko stu lat, w roku 43, cesarz Klau­diusz prze­kro­czył morze, by pod­po­rząd­ko­wać sobie i ucy­wi­li­zo­wać wyspę.

Pod­bój był szybki i osta­teczny. W naj­więk­szych ple­mien­nych sie­dzi­bach natych­miast powstały bazy woj­skowe. Prze­pro­wa­dzono prze­gląd ziem. Dość szybko sprytni rzym­scy kolo­ni­za­to­rzy zain­te­re­so­wali się miej­scem, które Cel­to­wie nazy­wali Lon­di­nos. Nie było sto­licą żad­nego ple­mie­nia. Podob­nie jak w cza­sach Cezara naj­waż­niej­sze cel­tyc­kie sie­dziby leżały dalej na wschód, po obu stro­nach dłu­giego ujścia rzeki. Ale w tym wła­śnie miej­scu znaj­do­wał się pierw­szy bród pozwa­la­jący na prze­prawę na drugi brzeg, więc w spo­sób natu­ralny to tutaj zbie­gał się cały sys­tem dróg.

Jed­nak uwagę Rzy­mian przy­cią­gnął nie tyle bród, ile szcze­gólne ukształ­to­wa­nie terenu nie­opo­dal. Kiedy rzym­scy budow­ni­czo­wie ujrzeli na pół­noc­nym brzegu dwa żwi­rowe wzgó­rza, a naprze­ciwko nich, po dru­giej stro­nie rzeki, wysu­niętą mie­rzeję, nasu­nął się im oczy­wi­sty wnio­sek.

"Zna­leź­li­śmy ide­alne miej­sce na most", dono­sili. Poni­żej koryto rzeki roz­sze­rzało się, powy­żej brzegi były pod­mo­kłe. "Nurt jest tutaj dość wąski, a piasz­czy­ste dno daje mocne opar­cie pod budowę". Na doda­tek docie­rały tu prądy pły­wowe, dzięki czemu statki mogły z łatwo­ścią posu­wać się w głąb lądu, a stru­mień pomię­dzy wzgó­rzami two­rzył u swo­jego ujścia małą zatoczkę, nada­jącą się na przy­stań dla mniej­szych stat­ków. "Mamy tutaj natu­ralny port", koń­czyli swoją rela­cję.

Rzekę nazwali Tame­zis, a port Lon­di­nium.

Wia­domo było, że wraz z upły­wem czasu port sta­nie się głów­nym ośrod­kiem życia na wyspie. Sku­piał się tu han­del, od tutej­szego mostu roz­cho­dziły się wszyst­kie drogi.

A rzym­skie drogi miały klu­czowe zna­cze­nie. Lek­ce­wa­żąc pra­dawny sys­tem szla­ków bie­gną­cych wzdłuż gór­skich grzbie­tów, rzym­scy inży­nie­ro­wie wyty­czyli na całej wyspie pro­ste drogi tłucz­niowe, łączące ple­mienne sto­lice i ośrodki admi­ni­stra­cyjne sie­cią, która ni­gdy nie została cał­ko­wi­cie znisz­czona. Od bia­łych kli­fów Dover na połu­dnio­wym wscho­dzie przez Can­ter­bury i Roche­ster biegł gości­niec znany jako Watling Street. Na wscho­dzie, powy­żej sze­ro­kiej gar­dzieli ujścia, leżała droga do Col­che­ster. Inna wielka droga pro­wa­dziła na pół­noc, do Lin­coln i dalej do Yorku; a na zacho­dzie, za Win­che­ste­rem, sieć dróg łączyła Glo­uce­ster, rzym­skie uzdro­wi­sko Bath z jego lecz­ni­czymi źró­dłami i ładne mia­sta tar­gowe na cie­plej­szym połu­dnio­wym zacho­dzie.

Latem 251 roku w bry­tyj­skiej pro­win­cji pano­wał spo­kój. Tak jak od dwu­stu lat. Jedy­nie na samym początku wiel­kie powsta­nie pod wodzą kró­lo­wej Bry­tów Boudiki na krótko wstrzą­snęło pro­win­cją. Dumne ple­miona Walii przez dłuż­szy czas wznie­cały nie­po­koje na zacho­dzie wyspy, a Pik­to­wie i Szkoci z pół­nocy ni­gdy nie dali się ujarz­mić. Cesarz Hadrian wzniósł nawet wielki mur od jed­nego wybrzeża do dru­giego, żeby zamknąć ich na wrzo­so­wi­skach i w gór­skich twier­dzach. Ostat­nio poja­wiła się koniecz­ność zbu­do­wa­nia na wschod­nim wybrzeżu dwóch for­tów mor­skich, które miały chro­nić miesz­kań­ców przed ata­kami ger­mań­skich pira­tów.

Ale w coraz bar­dziej nie­spo­koj­nym świe­cie roz­ra­sta­ją­cego się impe­rium, nęka­nego przez napa­ści bar­ba­rzyń­skich ple­mion na wschod­nich gra­ni­cach i wewnętrzne kon­flikty poli­tyczne, impe­rium, w któ­rym co roku obwo­ły­wano co naj­mniej pię­ciu kolej­nych cesa­rzy, Bry­ta­nia jawiła się jako oaza pokoju i względ­nego dobro­bytu. A Lon­di­nium było jej naj­więk­szym ośrod­kiem han­dlo­wym.

Myśląc nad tym, co przed chwilą usły­szał od męż­czy­zny z pil­ni­kiem, Juliusz nie­mal zapo­mniał o gro­żą­cych im sank­cjach praw­nych. Wpraw­dzie Sek­stus był jego wspól­ni­kiem i przy­ja­cie­lem, ale był też nie­bez­pieczny.

Sek­stus. Śniady męż­czy­zna z mocno zary­so­waną szczęką. Dobie­gał trzy­dzie­stu lat. Ciemne włosy zaczy­nały już rzed­nąć. Zarost na twa­rzy miał ogo­lony, a raczej, zgod­nie z rzym­skim zwy­cza­jem, wysku­bany, z wyjąt­kiem krę­co­nych, buj­nych boko­bro­dów, z któ­rych był bar­dzo dumny i które podo­bały się wielu kobie­tom. Środ­kową część twa­rzy miał lekko spłasz­czoną, co zabu­rzało przy­jemny wygląd i spra­wiało, że ciemne oczy patrzyły jakby spod sze­ro­kiego gzymsu. Był dość nie­zdarny w obej­ściu, a ramiona spra­wiały wra­że­nie cięż­szych, niż zamy­śleli bogo­wie, przez co gar­bił się przy pracy i cho­dził roz­ko­ły­sa­nym kro­kiem.

"Dziew­czyna jest moja. Trzy­maj się od niej z daleka". Te słowa nie­ocze­ki­wa­nie prze­rwały mil­cze­nie towa­rzy­szące ich pracy. Wypo­wia­da­jąc je, Sek­stus nawet nie pod­niósł wzroku, ale dziwna sta­now­czość w jego gło­sie naka­zała Juliu­szowi ostroż­ność. I zasko­czyła go. Jak Sek­stus się domy­ślił?

Star­szy męż­czy­zna czę­sto zabie­rał Juliu­sza do karczmy i pozna­wał go z róż­nymi kobie­tami, ale zawsze był jego men­to­rem, a nie rywa­lem. A teraz taka nie­miła nie­spo­dzianka. I ryzy­kowna. Spółka z Sek­stu­sem w ich nie­le­gal­nym pro­ce­de­rze była dla Juliu­sza jedy­nym źró­dłem tak potrzeb­nego dodat­ko­wego dochodu. Nara­ża­nie tego na szwank byłoby głu­potą. Do tego, pomy­ślał Juliusz, Sek­stus dosko­nale umie posłu­gi­wać się nożem. Ale mimo to nie zamie­rzał się pod­po­rząd­ko­wać.

Poza tym wysłał już do niej list.

Na widok Juliu­sza kobiety uśmie­chały się. Ludzie czę­sto brali go za żegla­rza; miał w sobie jakąś świe­żość i nie­win­ność typową dla mary­na­rza, który wła­śnie zszedł z pokładu.

"Praw­dziwy z niego męż­czy­zna", mówiły kobiety ze śmie­chem.

Miał dwa­dzie­ścia lat i wzrost poni­żej śred­niego - nogi nieco za krót­kie w pro­por­cji do reszty ciała - ale był silny. Tunika bez ręka­wów czę­ściowo odsła­niała umię­śniony tors, zahar­to­wany od ćwi­czeń. Juliusz chlu­bił się swoim cia­łem. Był dobrym gim­na­sty­kiem, a w por­cie, gdzie pra­co­wał przy roz­ła­dunku stat­ków, zyskał też renomę obie­cu­ją­cego bok­sera. "Jesz­cze ni­gdy nie poko­nał mnie ktoś mojej postury", twier­dził.

"Można go rzu­cić na deski - mówili wyżsi męż­czyźni z podzi­wem - ale on zawsze się pod­nosi".

Miał nie­bie­skie oczy. Jego nieco orli nos spłasz­czał się nagle tuż poni­żej grzbietu. Nie był to, jak nie­któ­rzy sądzili, sku­tek upra­wia­nia boksu. "Taki już się uro­dzi­łem", tłu­ma­czył wesoło.

Juliusz miał dwa inne rzu­ca­jące się w oczy znaki szcze­gólne. Pierw­szym było pasmo bia­łych wło­sów, które - tak jak u jego ojca - wyra­stało mu nad czo­łem wśród buj­nych, ciem­nych kędzio­rów. Dru­gim była błona mię­dzy pal­cami dłoni. Nie przej­mo­wał się tym. W por­cie prze­zy­wano go życz­li­wie Kaczką. Pod­czas walk na pię­ści czę­sto roz­le­gały się okrzyki: "Dalej, Kaczka! Dołóż mu, wrzuć go do wody!". A nie­któ­rzy żar­tow­ni­sie kwi­to­wali jego zwy­cię­stwa kwa­ka­niem.

Ale kobie­tom podo­bał się przede wszyst­kim jego cha­rak­ter. W łako­mie poże­ra­ją­cych świat błę­kit­nych oczach było coś weso­łego, peł­nego życia. A jedna dys­tyn­go­wana młoda wdowa powie­działa podobno: "Sma­ko­wite jabłuszko, doj­rzałe do zerwa­nia".

Juliusz nie zadu­rzył się w niej natych­miast. Minęły dwa mie­siące od czasu, gdy z Sek­stu­sem zoba­czyli ją po raz pierw­szy. Ale dziew­czyna miała w sobie coś takiego, że nie dało się jej zapo­mnieć.

W por­cie Lon­di­nium spo­ty­kało się naj­roz­ma­it­szych ludzi. Statki przy­wo­ziły tu oliwę z Hisz­pa­nii, wino z Galii, szklane wyroby znad Renu, bursz­tyn z ger­mań­skich ziem u wschod­nich wybrzeży Bał­tyku. Byli tu Cel­to­wie, jasno­włosi Ger­ma­nie, miesz­kańcy połu­dnia Europy, Grecy, Żydzi i ciem­no­skó­rzy męż­czyźni z połu­dnio­wych wybrzeży Morza Śród­ziem­nego. Zwłasz­cza nie­wol­nicy pocho­dzili z naj­roz­ma­it­szych stron świata. Obok rzym­skiej togi widy­wało się kolo­rowe afry­kań­skie szaty albo egip­skie ozdoby. Rzym­skie cesar­stwo było kosmo­po­li­tyczne.

A mimo to dziew­czyna rzu­cała się w oczy. Była o dwa lata star­sza od Juliu­sza i nie­mal dorów­ny­wała mu wzro­stem. Miała jasną cerę i płowe włosy, które nie były dłu­gie i upięte szpil­kami jak u innych dziew­cząt, lecz cia­sno oka­lały jej głowę mocno skrę­co­nymi lokami. Wła­śnie te włosy i nieco sze­roki nos wska­zy­wały, że miała czar­no­skó­rych przod­ków. Jej babkę przy­wie­ziono do Galii jako nie­wol­nicę z rzym­skiej pro­win­cji Numi­dia4 w Afryce. Dziew­czyna miała drobne, bar­dzo białe zęby, dość nie­równe. Jej nie­bie­skie oczy w kształ­cie wiel­kich, zaokrą­glo­nych mig­da­łów patrzyły tajem­ni­czo. Przy każ­dym kroku szczu­płe ciało poru­szało się z ryt­micz­nym wdzię­kiem, któ­rego były pozba­wione inne kobiety w por­cie. Dla­tego zło­śli­wie mawiały, że mąż kupił ją sobie w Galii, ale pew­no­ści co do tego nie miał nikt. Nazy­wała się Mar­tina.

Miała szes­na­ście lat, gdy pewien kapi­tan statku posta­no­wił się z nią oże­nić. Sam był wtedy pięć­dzie­się­cio­let­nim wdow­cem z doro­słymi dziećmi. W zeszłym roku prze­niósł się z Galii do Lon­di­nium.

Juliusz widział tego kapi­tana. Był potęż­nym męż­czy­zną o dość dziw­nym wyglą­dzie. Miał cał­ko­wi­cie łysą czaszkę, a gęsta sia­teczka naczy­nek krwio­no­śnych na twa­rzy i całym ciele wyglą­dała jak misterny tatuaż, nada­jąc jego skó­rze nie­bie­skawy odcień. Miesz­kali z dziew­czyną na połu­dnio­wym brzegu rzeki, w jed­nym z dom­ków sto­ją­cych wzdłuż trak­tów wio­dą­cych od mostu na połu­dnie wyspy.

W por­cie pro­wa­dzono oży­wiony han­del. Pomimo zaawan­so­wa­nego wieku kapi­tan wciąż był aktywny i czę­sto wypły­wał do Galii i do por­tów nad Renem. Teraz też go nie było.

Nadzieja Juliu­sza miała pewne pod­stawy. Sek­stus cie­szył się powo­dze­niem u kobiet. Był już kie­dyś żonaty, ale owdo­wiał i naj­wy­raź­niej nie spie­szył się z powtórną żeniaczką. Wspo­mniał Juliu­szowi, nieco pro­tek­cjo­nal­nie, że zamie­rza zdo­być żonę kapi­tana, ale Juliusz puścił to mimo uszu. Sek­stus dowie­dział się, kiedy kapi­tana nie ma w domu, i zna­lazł spo­sób, żeby nie­po­strze­że­nie dostać się w nocy do środka. Miło­sne pod­boje pla­no­wał z woj­skową pre­cy­zją. Ale dziew­czyna się wahała. "Nęce­nie zdo­by­czy to połowa przy­jem­no­ści", mawiał Sek­stus, nie rezy­gnu­jąc ze swo­ich pla­nów.

Dla­tego Juliusz był mocno zdzi­wiony, gdy pew­nego dnia dziew­czyna, żegna­jąc się z nimi przy moście, uści­snęła mu zna­cząco dłoń. A naza­jutrz, mija­jąc go na nabrzeżu, otarła się o niego lekko, ale roz­myśl­nie. Nie­długo potem rzu­ciła nie­dbale: "Kobiety lubią dosta­wać pre­zenty". Powie­działa to do Sek­stusa, lecz Juliusz był pewien, że zer­k­nęła przy tym wła­śnie na niego.

Nie miał wtedy pie­nię­dzy, to Sek­stus kupił jej sło­dy­cze. Po paru dniach spró­bo­wał poroz­ma­wiać z nią na osob­no­ści, uśmiech­nęła się wpraw­dzie, ale ode­szła, a potem cał­kiem go igno­ro­wała.

Tak zaczęło się jego zauro­cze­nie. Mar­tina zaprzą­tała mu myśli. Kiedy roz­ła­do­wy­wał łodzie, wśród takie­lunku widział jej zmy­słowe oczy. Wyobraź­nia pod­su­wała mu jej ryt­miczny, nie­sa­mo­wi­cie uwo­dzi­ciel­ski chód. Wie­dział, że Sek­stus zarzuca na nią sieć, ale ostat­nio kapi­tan prze­by­wał w domu, więc był pewien, że jego przy­ja­ciel nie może się pochwa­lić suk­ce­sem. Wyobra­żał sobie, że to on wśli­zguje się do jej domu pod osłoną nocy. Im wię­cej czasu poświę­cał takim myślom, tym bar­dziej jego zauro­cze­nie zaczy­nało żyć wła­snym życiem. Ten cudowny piż­mowy zapach - uży­wała pach­ni­deł czy to jej ciało wydzie­lało tę woń? Począt­kowo wyda­wało mu się, że Mar­tina ma zbyt duże stopy, ale teraz uznał je za zmy­słowe. Pra­gnął dotknąć jej wło­sów, wziąć w dło­nie jej głowę. Ale przede wszyst­kim myślał o jej szczu­płym, gib­kim ciele. Tak, chciał je lepiej poznać.

"Na­dal byś jej pra­gnął, gdyby ci się nie wymy­kała? Warto sobie zada­wać takie pyta­nie, gdy idzie o kobietę". Juliusz ni­gdy nie wspo­mi­nał rodzi­com o dziew­czy­nie, ale któ­re­goś dnia ojciec rzu­cił znie­nacka tę uwagę. "Wiem dobrze, że jakaś kobieta cię zwo­dzi - mówił dalej. - Mam nadzieję, że jest tego warta". Juliusz się roze­śmiał. Sam tego nie wie­dział. Ale zamie­rzał się prze­ko­nać.

A ostrze­że­nie Sek­stusa? Doko­ny­wa­nie zim­nych kal­ku­la­cji nie leżało w natu­rze Juliu­sza. Za bar­dzo roz­pie­rała go ener­gia, żeby roz­wa­żał ryzyko swo­ich zacho­wań. Poza tym był nie­ule­czal­nym opty­mi­stą. Doszedł więc do wnio­sku, że wszystko jakoś się ułoży.

Gruba dziew­czyna sie­działa na rogu ulicy. Wcale nie miała na to ochoty, ale dostała takie pole­ce­nie. Przy­nio­sła ze sobą dwa skła­dane zydle, na któ­rych usia­dła powoli. Dali jej boche­nek chleba, tro­chę sera i torbę fig. Na razie sie­działa spo­koj­nie w cie­płym słońcu. Opa­dło na nią tro­chę kurzu. Leżące u jej stóp okru­chy i skórki wska­zy­wały, że zja­dła już chleb, ser i pięć fig.

Miała osiem­na­ście lat, ale osią­gnęła roz­miary, które nawet u star­szej kobiety byłyby impo­nu­jące. Pod dwoma pulch­nymi pod­bród­kami powoli roz­wi­jał się trzeci. Miała sze­ro­kie usta z opa­da­ją­cymi kąci­kami, w któ­rych zebrała się teraz odro­bina figo­wego soku. Sie­działa z sze­roko roz­sta­wio­nymi nogami, a suk­nia luźno spły­wała jej na piersi.

Juliu­szowi zawsze wyda­wało się, że grubi ludzie skry­wają w sobie jakąś tajem­nicę. Jak osią­gnęli taką wagę? I dla­czego są nie­ustan­nie zado­wo­leni ze swo­jej tuszy? Dla mło­dego męż­czy­zny było to nie­zro­zu­miałe. Dla­tego gdy cza­sem patrzył na grubą dziew­czynę, zasta­na­wiał się, czy za jej masywną bier­no­ścią nie czai się złość. A może ta tajem­nica sięga jesz­cze głę­biej? Cza­sem można było wręcz odnieść wra­że­nie, że gru­ba­ska jest szczę­śliwa, bo wie o wszech­świe­cie coś, co dla reszty ludz­ko­ści jest tajem­nicą. Sie­dzi, je i czeka. Ale na co? Kto mógł to wie­dzieć. Jed­nak naj­bar­dziej nie­zro­zu­miałe było to, że gruba dziew­czyna jest jego sio­strą.

Rodzoną sio­strą. Gdy skoń­czyła dzie­więć lat, zaczęła tyć, uni­kała gier spor­to­wych i zabaw, które Juliu­szowi i jego kole­gom spra­wiały przy­jem­ność, co wpra­wiało w zakło­po­ta­nie całą rodzinę. "Nie mam poję­cia, jak ona się do tego dopro­wa­dziła", mówił ojciec. Wpraw­dzie teraz był rumiany i nieco zaokrą­glony, ale ni­gdy nie był gruby. Podob­nie jak matka Juliu­sza. "Mój ojciec miał bar­dzo grubą ciotkę - mawiała. - Może ona ma to po niej?" Bez względu na przy­czynę nikt nie miał złu­dzeń, że stan dziew­czyny się zmieni. Miała coraz mniej wspól­nych tema­tów z Juliu­szem, wła­ści­wie z rzadka z kimś roz­ma­wiała. Była jed­nak na tyle posłuszna, że bez zbęd­nych pytań sia­dała na straży, o ile dosta­wała coś do jedze­nia.

Sie­działa więc teraz, obser­wu­jąc pustą uliczkę i od czasu do czasu zanu­rza­jąc dłoń w tor­bie w poszu­ki­wa­niu kolej­nej figi.

Wokół pano­wał spo­kój. Z odle­gło­ści pię­ciu­set metrów, zza amfi­te­atru, roz­le­gło się senne pomru­ki­wa­nie któ­re­goś z lwów przy­wie­zio­nych z dale­kich kra­jów. Jutro miały się odbyć igrzy­ska. Będą walki gla­dia­to­rów, żyrafa z Afryki, walki z niedź­wie­dziami z walij­skich gór i miej­sco­wymi dzi­kami. Więk­szość miesz­kań­ców Lon­di­nium gotowa była tło­czyć się w amfi­te­atrze, byle tylko zoba­czyć to wspa­niałe wido­wi­sko. Nawet gruba dziew­czyna zamie­rzała tam poczła­pać.

Na rogu ulicy było gorąco. Gru­ba­ska czuła na sobie pro­mie­nie słońca i leni­wie pod­cią­gnęła sukienkę na pier­siach. Została jej już tylko jedna figa. Wyjęła ją z torby, wło­żyła do ust, ugry­zła, aż sok spły­nął jej po bro­dzie. Wytarła ją wierz­chem pulch­nej dłoni, rzu­ciła skórkę na zie­mię, a potem poło­żyła pustą torbę na gło­wie, chro­niąc się przed sło­necz­nym żarem.

Sie­działa, gapiąc się na bie­loną ścianę naprze­ciwko. Nie miała już nic do jedze­nia, zaczy­nała się nudzić. Jaskrawa biel ściany raziła ją w oczy. Na ulicy nie było żywego ducha. Więk­szość ludzi odby­wała o tej porze sje­stę.

Przy­mknęła powieki. Torba leżała na jej gło­wie. A po paru chwi­lach zaczęła ryt­micz­nie uno­sić się i opa­dać.

Szli szyb­kim kro­kiem. Pię­ciu żoł­nie­rzy pod komendą cen­tu­riona, potęż­nego, kor­pu­lent­nego męż­czy­zny o szpa­ko­wa­tych wło­sach. W tej spo­koj­nej pro­win­cji miał nie­wiele oka­zji, żeby się wyka­zać, ale rana od noża otrzy­mana w cza­sach awan­tur­ni­czej prze­szło­ści pozo­sta­wiła na pra­wym policzku bli­znę, która nada­wała mu wygląd wete­rana, a u pod­ko­mend­nych wzbu­dzała lęk i respekt.

Na zaku­rzo­nych uli­cach ich szybki marsz był ledwo sły­szalny, ale o ich obec­no­ści ostrze­gało ciche pobrzę­ki­wa­nie krót­kich mie­czy o meta­lowe ćwieki na tuni­kach.

Juliusz sam był sobie winien. Gdy pod­czas bok­ser­skiego star­cia padał na deski i pod­no­sił się po chwili, gotowy do dal­szej walki, ni­gdy mu do głowy nie przy­szło, by żywić do prze­ciw­nika urazę. Pod­łość nie leżała w jego natu­rze, więc nie dostrze­gał jej u innych. I to była jego sła­bość. Dla­tego nie zwró­cił uwagi na spoj­rze­nie rywala, któ­rego poko­nał dzie­sięć dni wcze­śniej. Ni­gdy by nie podej­rze­wał, że ten czło­wiek zaj­rzy do jego bez­tro­sko pozo­sta­wio­nej sakiewki i zoba­czy w niej srebrną monetę.

Juliusz, syn Rufusa, ten, który pra­cuje w por­cie, ma srebr­nego denara. Cie­kawe, jak wszedł w jego posia­da­nie. Przy­jaźni się z Sek­stu­sem, cie­ślą.

Ano­ni­mowy list tej tre­ści dotarł do władz. Oczy­wi­ście mógł to być donos bez zna­cze­nia. Ale nale­żało to spraw­dzić.

Juliusz uśmiech­nął się do sie­bie. W jego mło­dym życiu bra­ko­wało tylko jed­nej rze­czy: pie­nię­dzy. Płaca, którą otrzy­my­wał w por­cie, była żało­sna. Ska­py­wało mu tro­chę gro­sza, gdy przy­ja­ciele sta­wiali na niego w bok­ser­skich wal­kach. Ale teraz on i Sek­stus mieli się wzbo­ga­cić w naj­prost­szy na świe­cie spo­sób.

Pod­ra­bia­jąc pie­nią­dze.

Sztuka fał­szo­wa­nia monet nie była trudna, ale wyma­gała pre­cy­zji. Praw­dziwe monety wybi­jano. Czy­sty meta­lowy krą­żek wkła­dano pomię­dzy dwie sztance - jedną na awers, drugą na rewers. Sztance były wygra­we­ro­wane, a ich rysu­nek odci­skano - czyli wybi­jano - na krążku. Juliusz sły­szał o fał­szer­zach, któ­rzy posłu­gi­wali się tą metodą, pro­du­ku­jąc fal­sy­fi­katy naj­wyż­szej jako­ści. Ozna­czało to jed­nak koniecz­ność samo­dziel­nego wygra­we­ro­wa­nia sztancy, co znacz­nie prze­kra­czało umie­jęt­no­ści jego i Sek­stusa.

Dla­tego więk­szość fał­sze­rzy wybie­rała metodę dającą mniej prze­ko­nu­jące efekty, ale za to łatwiej­szą. Brali będącą w obiegu monetę - nową lub starą - i odci­skali obie strony w mięk­kiej gli­nie. W ten spo­sób powsta­wały dwie połówki formy. Łączono je ze sobą, zosta­wia­jąc z boku małą dziurkę, a kiedy glina była twarda i sucha, przez dziurkę wle­wano roz­to­piony metal. Teraz wystar­czyło skru­szyć glinę, by otrzy­mać cał­kiem zno­śny fal­sy­fi­kat.

- Oczy­wi­ście nikt się tak nie męczy dla jed­nej monety - tłu­ma­czył Sek­stus. - Pokażę ci, jak to się robi. - Uło­żył trzy formy w trój­kąt, z dziur­kami skie­ro­wa­nym do środka. - Potem kła­dziesz na wierz­chu kolejne trzy formy, o, tak - zade­mon­stro­wał. - A potem jesz­cze jedną war­stwę. - Poka­zał Juliu­szowi, jak uło­żyć wszystko w wysoką trój­kątną kolumnę. - Teraz wystar­czy jedy­nie napa­ko­wać gliny dookoła i wlać do środka roz­to­piony metal, żeby wypeł­nił wszyst­kie formy.

Kiedy Sek­stus zapro­po­no­wał nie­le­galny inte­res, Juliusz był dość nie­ufny.

- To nie za duże ryzyko? - spy­tał.

Ale Sek­stus jedy­nie spoj­rzał na niego.

- Mnó­stwo ludzi to robi. A wiesz dla­czego? - Wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu. - Bo jest za mało monet.

To była prawda. Od ponad stu lat cesar­stwo rzym­skie zma­gało się z coraz wyż­szą infla­cją. W rezul­ta­cie w obiegu było za mało pie­nię­dzy. A skoro ludzie ich potrze­bo­wali, to fał­sze­rze mieli pełne ręce roboty. Bicie naj­tań­szego, brą­zo­wego bilonu przez osoby pry­watne nie sta­no­wiło wykro­cze­nia. Ale fał­szo­wa­nie zło­tych i srebr­nych monet o więk­szej war­to­ści było poważ­nym prze­stęp­stwem. Nie odstra­szało to jed­nak od nie­le­gal­nego pro­ce­deru i w rezul­ta­cie bli­sko połowa krą­żą­cych na rynku srebr­nych monet była praw­do­po­dob­nie fał­szywa.

Sek­stus zdo­był gdzieś metal i sto­pił go. Juliusz zro­bił formy i wlał do nich płynną rudę. Star­szy przy­ja­ciel udzie­lał mu wszel­kich instruk­cji, ale był dość nie­zdarny. Poza tym zawsze coś się nie uda­wało, a to ruda nie wpły­wała do fore­mek, a to foremki nie dawały się czy­sto odle­pić od monet. A kilka razy połą­czył nie­wła­ściwe połówki fore­mek i w rezul­ta­cie wyszły mu monety z rewer­sem nie­pa­su­ją­cym do awersu. Juliusz, pomimo błon mię­dzy pal­cami, robił wszystko spraw­nie i pre­cy­zyj­nie. Dzięki niemu jakość fał­szo­wa­nych przez nich monet bar­dzo się popra­wiła.

- Ale jak to zro­bić, żeby naprawdę wyglą­dały jak srebrne? - To było dru­gie pyta­nie Juliu­sza, na samym początku.

Sek­stus par­sk­nął śmie­chem, wykrzy­wia­jąc twarz.

- Nie muszą. W tych praw­dzi­wych sre­bra pra­wie nie ma.

Cesar­skim men­ni­com, które sta­rały się przy­naj­mniej czę­ściowo zaspo­koić popyt, bra­ko­wało cen­nego kruszcu, więc obni­żały war­tość wła­snej waluty. Cenny srebrny denar zawie­rał teraz zale­d­wie cztery pro­cent czy­stego sre­bra.

- Ja biorę mie­szankę mie­dzi, cyny i cynku - wyja­śnił Sek­stus. - Wygląda nie­źle.

Ale dokładne pro­por­cje zacho­wał dla sie­bie.

Na stole leżał teraz cały stos monet, a dla mło­dzieńca, który zara­biał na życie roz­ła­do­wy­wa­niem stat­ków, każdy taki denar był małą for­tuną. Do tej pory, chcąc zacho­wać ostroż­ność, zado­wa­lali się fał­szo­wa­niem brą­zo­wych monet; srebr­nych zro­bili tylko kilka, bo nagły przy­pływ bogac­twa mógł wzbu­dzić podej­rze­nia. Ale jutrzej­sze igrzy­ska sta­no­wiły dosko­nałą oka­zję do hazardu, więc posia­da­nie kilku srebr­nych dena­rów dałoby się łatwo wytłu­ma­czyć. Dla­tego dziś poczy­nali sobie dość zuchwale. Juliusz obli­czył, że jego działka, która wyno­siła jedną trze­cią, wystar­czy­łaby na zało­że­nie jakie­goś małego inte­resu.

Był tylko jeden pro­blem. Jak wytłu­ma­czyć się z tych pie­nię­dzy rodzi­com? Oni i tak nie­chęt­nie odno­sili się do Sek­stusa. "Trzy­maj się od niego z daleka. Źle mu z oczu patrzy", mówiła matka, czu­jąc wyraźną anty­pa­tię do jego przy­ja­ciela.

No cóż, póź­niej roz­wiąże ten pro­blem. W tej chwili Juliusz wie­dział jedno: następ­nego dnia, jesz­cze przed igrzy­skami, za świeżo zdo­byte bogac­two kupi dziew­czy­nie złotą bran­so­letkę.

A potem? No cóż, wszystko będzie zale­żało od niej. Dostała już jego list.

Jesz­cze jedna rzecz nie dawała mu spo­koju, dużo poważ­niej­sza.

Od kilku mie­sięcy Rufus mar­twił się w skry­to­ści ducha o syna. Kie­dyś myślał, że chło­pak zosta­nie legio­ni­stą tak jak on. W cesar­stwie rzym­skim na­dal była to naj­lep­sza i naj­pew­niej­sza droga kariery. Na eme­ry­turę prze­cho­dziło się w sto­sun­kowo mło­dym wieku z cał­kiem pokaź­nymi oszczęd­no­ściami, wystar­cza­ją­cymi na otwo­rze­nie jakie­goś inte­resu. Jed­nak Juliusz nie palił się do tego, więc Rufus nie naci­skał. "Zacznie się obra­cać w złym towa­rzy­stwie, takim jak ten Sek­stus", ostrze­gała matka, ale ona była pesy­mistką od uro­dze­nia. "Jest jesz­cze za młody, żeby się ustat­ko­wać", odpo­wia­dał jej Rufus. Ale ostat­nio zaczęły go nękać wyrzuty sumie­nia. Naj­wyż­szy czas, żeby wziąć się za syna. Tylko jak?

Rufus był bar­dzo lubia­nym czło­wie­kiem, nale­żał do kilku bractw. A poprzed­niego dnia usły­szał o świet­nej oka­zji. "Mam dwóch zna­jo­mych - opo­wia­dał z oży­wie­niem Juliu­szowi - któ­rzy mogliby cię wcią­gnąć do dobrego inte­resu. I daliby ci udziały". Umó­wił z nimi Juliu­sza na dzi­siej­szy wie­czór.

Przez całe przed­po­łu­dnie chło­pak myślał o tym, że oprócz przy­pa­da­ją­cej mu czę­ści fał­szy­wych monet poja­wia się szansa na wła­sny inte­res. I że być może Sek­stus nie będzie mu już potrzebny. To był jesz­cze jeden powód, by nie rezy­gno­wać z dziew­czyny.

Miał wra­że­nie, że wszystko układa się pomyśl­nie.

Żoł­nie­rze poja­wili się nagle, bez uprze­dze­nia. Gdzieś na zewnątrz roz­legł się trzask, nie­spo­dzie­wany krzyk, a zaraz potem usły­szeli wale­nie w drzwi.

Wyda­wało się, że są wszę­dzie. Przez okno zauwa­żył błysk słońca na heł­mie. Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, żoł­nie­rze zaczęli rąbać mie­czami drzwi. Z drewna pole­ciały drza­zgi. Juliusz pode­rwał się, a potem, po raz pierw­szy w życiu, spa­ni­ko­wał.

Zawsze mu się wyda­wało, że ludzie ogar­nięci paniką bie­gają w kółko jak sza­leni, a on wręcz prze­ciw­nie, nie mógł wyko­nać żad­nego ruchu. Zaczął beł­ko­tać ochry­ple, patrząc bez­rad­nie przed sie­bie. Trwało to może kilka sekund, ale miał wra­że­nie, że mijają godziny.

Nato­miast Sek­stus zare­ago­wał bły­ska­wicz­nie. Sko­czył na równe nogi, chwy­cił ze stołu torbę i jed­nym ruchem zgar­nął do niej wszystko, co leżało na bla­cie - monety, formy, wszystko. Dopadł do szafki w kącie, otwo­rzył ją i opróż­nił półki z fore­mek, kawał­ków rudy i zbioru monet, o któ­rym Juliusz nie miał poję­cia.

Chwy­cił osłu­pia­łego Juliu­sza za ramię i popy­cha­jąc przy­ja­ciela do kuchni, wyj­rzał przez okno. Mieli szczę­ście. Legio­ni­ści wysłani na tyły domu popeł­nili błąd - wpa­dli na sąsied­nie podwórko. Z dru­giej strony wiel­kiego stosu dachó­wek docho­dziło wale­nie w drzwi i prze­kleń­stwa. Sek­stus wci­snął torbę Juliu­szowi i wypchnął go na dwór.

- Ucie­kaj! - syk­nął. - I scho­waj to gdzieś.

Juliusz otrzą­snął się w jed­nej chwili, wspiął się na mur, prze­sko­czył na podwórko na tyłach i wbiegł w gąszcz zauł­ków cią­gną­cych się za domami. Z torbą ukrytą pod tuniką wyglą­dał, jakby był w ciąży.

W tym samym momen­cie żoł­nie­rze wywa­żyli drzwi i wpa­dli do środka. Sek­stus mru­gał sen­nie powie­kami, jakby wyrwany z popo­łu­dnio­wej drzemki. Żad­nych śla­dów fał­szer­stwa. Ale cen­tu­rion nie dał się zwieść. Rzu­cił się na tyły domu.

Wła­śnie wtedy Juliusz popeł­nił kary­godny błąd. Prze­biegł może sto metrów, gdy usły­szał gar­dłowy okrzyk. Odwró­cił się i zoba­czył cen­tu­riona, który pomimo swo­jej tuszy wspiął się zwin­nie na mur i zoba­czyw­szy umy­ka­jącą postać, wrzesz­czał teraz do sto­ją­cych na ziemi legio­ni­stów:

- To on! Wy dwaj, za nim!

Bli­zna nada­wała jego twa­rzy prze­ra­ża­jący wygląd. Juliusz rzu­cił się do ucieczki.

Zgu­bie­nie legio­ni­stów w labi­ryn­cie wąskich uli­czek nie było trudne. Nawet z ciężką torbą biegł szyb­ciej niż oni. Dopiero gdy zwol­nił, sklął się w duchu, że się obej­rzał.

- Skoro ja go widzia­łem - mruk­nął pod nosem - to on też mnie widział.

Kosmyk bia­łych wło­sów był wystar­cza­jącą wska­zówką. Gdy Juliusz się odwró­cił, cen­tu­rion aku­rat wyda­wał roz­kazy żoł­nie­rzom, ale potem pod­niósł wzrok.

- Wszystko zależy od tego, co zoba­czy - dokoń­czył pół­gło­sem myśl.

Mar­tina stała na połu­dnio­wym krańcu mostu. Letni dzień chy­lił się ku koń­cowi. Blask bijący od bia­łych domów po dru­giej stro­nie rzeki zbladł, zamie­nia­jąc się w deli­katną poświatę. Na bursz­ty­no­wym nie­bie na zacho­dzie gro­ma­dziły się pur­pu­rowe obłoki. Lekki wiatr muskał jej policzki.

Trzy­mała w dłoni list, który dostar­czył jej jakiś chło­piec. Juliusz bar­dzo sta­rał się zacho­wać równe i wyraźne pismo. List był po łaci­nie. I wytrą­cił Mar­tinę z rów­no­wagi.

Tego rodzaju kore­spon­den­cja, nawet pomię­dzy pro­stymi ludźmi, nie była czymś nie­zwy­kłym. W rzym­skim Lon­di­nium umie­jęt­ność czy­ta­nia i pisa­nia była normą. Miesz­kańcy zazwy­czaj mówili po cel­tycku, ale więk­szość znała też łacinę, także w piśmie. Kupcy spo­rzą­dzali w tym języku umowy, skle­pi­ka­rze ozna­czali towary, służba dosta­wała na piśmie pole­ce­nia, a mury pokry­wały łaciń­skie graf­fiti. Ale to był w pew­nym sen­sie liścik miło­sny; Mar­tina, czy­ta­jąc go kolejny raz, poczuła drże­nie w całym ciele.

Przyjdź jutro w połu­dnie, w cza­sie igrzysk, na most, a będę miał dla cie­bie pre­zent. Myślę o tobie w dzień i w nocy. J.

Nie pod­pi­sał się peł­nym imie­niem - na wypa­dek, gdyby list tra­fił w nie­po­wo­łane ręce - ale Mar­tina i tak domy­śliła się, kto jest auto­rem. Ten młody pię­ściarz. Poki­wała głową, zamy­ślona. Co powinna zro­bić?

Czas mijał. Czer­wone dachy, jasne ściany i kamienne kolumny ską­pane w wie­czor­nej poświa­cie wyglą­dały przy­tul­nie i pogod­nie. Skąd więc w niej ten smu­tek? Może to przez most. Solidna drew­niana budowla na cięż­kich palach, wspa­niały przy­kład rzym­skiej myśli inży­nie­ryj­nej, miała kilo­metr dłu­go­ści. W pro­mie­niach zacho­dzą­cego słońca bar­wią­cych rzekę na win­no­czer­wony kolor długa i ciemna syl­wetka mostu koja­rzyła się Mar­ti­nie z jej samotną podróżą przez życie. Gdy w Galii poznała kapi­tana, była sama jak palec. Jej rodzice nie żyli, a kapi­tan dał jej dom i poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Do tej pory była mu za to wdzięczna.

Z jaką dumą opro­wa­dzał ją po mie­ście. Naj­więk­szy podziw wzbu­dziły w niej wycho­dzące w wodę drew­niane nabrzeża. "To wszystko jest z dębiny - opo­wia­dał kapi­tan. - W Bry­ta­nii rośnie tyle dębów, że z każ­dego drzewa biorą tylko naj­lep­szy kawa­łek pnia, a resztę wyrzu­cają". Prze­spa­ce­ro­wali się sze­roką ulicą pro­wa­dzącą od mostu do forum. Rynek wydał się Mar­ti­nie impo­nu­jący, ale w praw­dziwe zdu­mie­nie wpra­wił ją gmach zaj­mu­jący całą pół­nocną pie­rzeję. Była to bazy­lika, ogromna hala tar­gowo-sądowa, w któ­rej zbie­rali się sędzio­wie i rada mia­sta. Mar­tina patrzyła z zachwy­tem na nawę o dłu­go­ści pra­wie dwu­stu metrów. "Naj­więk­sza w całej pół­noc­nej Euro­pie", opo­wia­dał mąż. Było tu tyle do oglą­da­nia: dzie­dzińce i fon­tanny w rezy­den­cjach guber­na­tora, publiczne łaź­nie, liczne świą­ty­nie, wielki amfi­te­atr. Myśl, że zamiesz­kała w takiej metro­po­lii, wywo­ły­wała w niej eks­cy­tu­jący dreszcz. "Rzym jest nazy­wany Wiecz­nym Mia­stem - powie­dział kapi­tan. - A Lon­di­nium należy do Rzymu".

Nie umiała tego wyra­zić, ale dosko­nale wyczu­wała, co zna­czy przy­na­le­żeć do wiel­kiej kul­tury. Bo prze­cież kla­syczna kul­tura Gre­cji i Rzymu obej­mo­wała cały świat, od Afryki po Bry­ta­nię. Rzym­skie łuki i fron­tony, kolumny i kopuły, kolum­nady i całe place miały dosko­nałe pro­por­cje, uczyły patrzą­cego wyczu­cia bryły i porządku w prze­strzeni. Pry­watne domy Rzy­mian z malo­wi­dłami, mozai­kami i cen­tral­nym ogrze­wa­niem zapew­niały wygodę i wytchnie­nie. W zacie­nio­nych świą­ty­niach dosko­nała geo­me­tria kamie­nia spo­ty­kała się z tajem­nicą sacrum. W Rzy­mie znane i nie­znane spla­tało się ze sobą od wie­ków. Echa rzym­skich osią­gnięć będą pobrzmie­wać na całym świe­cie jesz­cze przez dwa tysiące lat, a może nawet dłu­żej, dopóki prze­trwa ludz­kość. Dziew­czyna nie umiała ubrać tego w słowa, ale instynk­tow­nie doce­niała tę wiel­kość. Kochała Lon­di­nium.

Kapi­tan czę­sto wypra­wiał się do Galii z bry­tyj­ską cera­miką, a wra­ca­jąc, przy­wo­ził wspa­niałe samij­skie misy zdo­bione wzo­rami we lwie głowy, wino w cedro­wych becz­kach, wiel­kie amfory pełne oliwy i dak­tyli. Te ostat­nie tra­fiały głów­nie do domów boga­czy, ale kapi­tan zatrzy­my­wał tro­chę dla sie­bie. A cza­sem sprze­da­wał też beczki ostryg łowio­nych w ujściu rzeki. "Zawożą je na stół samego cesa­rza w Rzy­mie", mówił z dumą.

Gdy mąż wyjeż­dżał, Mar­tina lubiła cho­dzić na samotne spa­cery. Na przy­kład do wyspy w pobliżu brodu. Tam, gdzie kie­dyś miesz­kał druid, stała teraz piękna willa. Cza­sem Mar­tina prze­cho­dziła przez górną bramę zachod­nią i wędro­wała trzy kilo­me­try do dużego skrzy­żo­wa­nia, przy któ­rym stał piękny łuk z mar­muru. A kiedy indziej kie­ro­wała się na połu­dnie, ku wzgó­rzom, skąd roz­ta­czał się wspa­niały widok.

Nie­kiedy przy­cho­dziło jej do głowy, że jest nie­szczę­śliwa. Cho­ciaż może tylko doskwie­rała jej samot­ność?

Czę­sto modliła się o dziecko. Pod szczy­tem zachod­niego wzgó­rza stało kilka świą­tyń, w tym jedna poświę­cona Dia­nie, ale bogini dzie­wica nie mogła jej pomóc. Więk­szość kobiet zwra­cała się z tym do cel­tyc­kich bogiń matek zamiesz­ku­ją­cych liczne kapliczki. Mar­tina też to robiła, ale na próżno. Jedno z takich miejsc dawało jej szcze­gólne uko­je­nie. Za niż­szą bramą zachod­nią droga prze­ci­nała stru­mień i bie­gła obok świę­tej studni, sie­dziby cel­tyc­kiej bogini wody. Mar­ti­nie wyda­wało się, że bogini ją sły­szy i przyj­muje z miło­ścią. Ale dziecka wciąż nie mogła się docze­kać.

A któ­re­goś wio­sen­nego dnia zyskała pew­ność, że jest nie­szczę­śliwa.

Ich dom stał na połu­dnio­wych przed­mie­ściach. Miej­sce było naprawdę ładne. Drew­niany most pro­wa­dził z pół­noc­nego brzegu rzeki do czubka wycho­dzą­cej mu na spo­tka­nie mie­rzei i dalej biegł na drew­nia­nych pod­po­rach, dzięki czemu pod­czas przy­pły­wów, gdy mie­rzeja zamie­niała się w wyspę, woda nie mogła go zalać. Po połu­dnio­wej stro­nie Tamizy pod­łoże było bagni­ste, więc drogę zbu­do­wano na uło­żo­nych na krzyż potęż­nych balach, a powierzch­nię utwar­dzono zie­mią i tłucz­niem. Idąc drogą, Mar­tina doj­rzała na pod­mo­kłym brzegu robot­ni­ków; zatrzy­mała się, żeby na nich popa­trzeć.

Budo­wali umoc­nie­nia. Ogromna kon­struk­cja - wiel­kie kwa­dra­towe jamy ocem­bro­wane dębo­wymi bel­kami i wypeł­nione pia­chem - pod­czas przy­pływu wzno­siła się ponad punkt naj­wyż­szego poziomu wody i wyglą­dała jak zapora. Patrząc na nią, Mar­tina dostrze­gła coś jesz­cze. Umoc­nie­nia wdzie­rały się na kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów w koryto rzeki, zwę­ża­jąc ją nie­znacz­nie. Zwró­ciła na to uwagę jed­nemu z robot­ni­ków, a on się uśmiech­nął.

- To prawda, tro­chę jej zabra­li­śmy. A w przy­szłym roku zabie­rzemy jesz­cze wię­cej. - Roze­śmiał się w głos. - To tak jak z kobietą. Wyko­rzy­stu­jemy rzekę, a potem ją poskra­miamy. Jak w życiu.

Prze­szła na drugą stronę mostu, zasta­na­wia­jąc się nad usły­sza­nymi sło­wami. Mówiły o niej? Kapi­tan ni­gdy nie potrak­to­wał jej bru­tal­nie. Ale też nie miał ku temu powo­dów. Gdy scho­dził na ląd, trosz­czyła się o niego posłuszna, młoda żona. Był dla niej dobry? Raczej tak. Nie mogła się uskar­żać. Dotarł­szy do skraju mostu, skrę­ciła w prawo i ruszyła nabrze­żem na wschód, mija­jąc przy­sta­nie i maga­zyny, aż w końcu zna­la­zła się w miej­scu, gdzie mury miej­skie sty­kały się z rzeką.

Było tu cicho i spo­koj­nie. Na zała­ma­niu muru stał bastion, teraz opu­sto­szały. Powy­żej łagodny stok wschod­niego wzgó­rza opa­dał, two­rząc u pod­nóża muru natu­ralne zagłę­bie­nie przy­po­mi­na­jące amfi­te­atr. Po mura­wie spa­ce­ro­wały kruki, jakby cze­ka­jąc na roz­po­czę­cie spek­ta­klu.

Mar­tina stała samot­nie, patrząc na wzno­szący się przed nią mur. Naprawdę było co podzi­wiać. Ele­wa­cję wyko­nano z dokład­nie wygła­dzo­nego jasnego wapie­nia spła­wia­nego rzeką z Kentu. Wnę­trze muru, sze­ro­kiego u pod­stawy na pra­wie trzy metry, było wypeł­nione kamie­niami i zaprawą murar­ską. Dodat­kowe wzmoc­nie­nie sta­no­wiły czer­wone płyty cera­miczne uło­żone w potrój­nych war­stwach w metro­wych odstę­pach przez całą sze­ro­kość muru. Powstała w ten spo­sób wspa­niała kon­struk­cja miała pra­wie sześć metrów wyso­ko­ści, a na całej dłu­go­ści prze­ci­nały ją wąskie czer­wone pasy.

I nagle Mar­tina uświa­do­miła sobie z prze­ra­ża­jącą jasno­ścią, że wcale nie jest szczę­śliwa, a jej życie stało się pułapką.

Pew­nie trwa­łaby w tym do końca swo­ich dni, gdyby nie Sek­stus.

Począt­kowo przyj­mo­wała jego zaloty z rezerwą, ale potem zaczęła się zasta­na­wiać. Wie­działa, że inne kobiety mające star­szych mężów biorą sobie pota­jem­nie kochan­ków. Sek­stus był nie­ustę­pliwy, co jej tro­chę pochle­biało. Może wzbu­dził w niej pod­nie­ce­nie, a może miała już dość swo­jego smutku, w każ­dym razie ta myśl coraz wyraź­niej w niej kieł­ko­wała. A gdyby i ona miała kochanka?

Wła­śnie wtedy zaczęła myśleć o Juliu­szu.

Nie tylko z powodu jego mło­dzień­czego wyglądu, jasno­nie­bie­skich oczu i spraw­no­ści fizycz­nej. Pocią­gał ją jego deli­katny, sło­nawy zapach, wygię­cie sil­nych ramion przy pracy, błysk potu na skó­rze. Wystar­czyło, że lekko popu­ściła wodze wyobraźni, a ogar­niało ją nie­mal bole­sne pra­gnie­nie, by ją posiadł. Zerwę kwiat jego nie­win­no­ści, myślała z uśmie­chem. Pro­wo­ko­wała go spryt­nie, naj­pierw uda­jąc, że się do niego zaleca, a potem wyco­fu­jąc się i flir­tu­jąc z Sek­stu­sem. Takie gierki spra­wiały jej wielką przy­jem­ność.

Otrzy­maw­szy list, mruk­nęła pod nosem: "Mam cię". Ale gdy w końcu nade­szła wycze­ki­wana chwila, poczuła lęk. A jeśli wszystko się wyda? Kapi­tan będzie bez­li­to­sny. Naprawdę gotowa jest aż tak ryzy­ko­wać dla tego mło­dzieńca? Słońce powoli zacho­dziło, a ona długo patrzyła na drugi brzeg, zasta­na­wia­jąc się, co zro­bić.

Kapi­tan wyje­chał. Udzie­lał jej się zmy­słowy smu­tek zmierz­chu. Dość już tej żało­ści, pomy­ślała. Tak, pój­dzie jutro na most.

- Twój ruch.

Juliusz gwał­tow­nie otrzą­snął się z zamy­śle­nia. Czyżby ojciec patrzył na niego podejrz­li­wie? Spró­bo­wał sku­pić się na plan­szy i powoli prze­sta­wił pio­nek.

Udało mu się bez­piecz­nie dotrzeć do domu. Przy­wi­tał go siel­ski widok. Matka i sio­stra przy­go­to­wy­wały w kuchni jedze­nie na jutrzej­szą ucztę dla sąsia­dów, która miała się odbyć po igrzy­skach. A on i ojciec jak zwy­kle zasie­dli na skła­da­nych stoł­kach w naj­więk­szej izbie skrom­nego domu, żeby roze­grać par­tię war­ca­bów. Jed­nak przez cały czas Juliu­sza drę­czył strach, że nagle do środka wpadną żoł­nie­rze.

Zer­k­nął w stronę kuchni. Po swo­jej sza­leń­czej ucieczce nie miał oka­zji poroz­ma­wiać z sio­strą. Czy gru­ba­ska coś widziała?

Na ścia­nie w kuchni wisiały dwie kaczki. Na stole leżał połeć woło­winy - pod­sta­wowy pro­dukt w bry­tyj­skim jadło­spi­sie, a obok stała miska pełna rzecz­nych ostryg i wia­dro kar­mio­nych mle­kiem i psze­nicą śli­ma­ków, które matka usmaży jutro w winie i oli­wie. W płyt­kiej sala­terce krzepł twa­róg. Obok leżały przy­prawy do sosu. Kuch­nia, którą Rzy­mia­nie przy­wieźli ze sobą do Bry­ta­nii, była naprawdę sma­ko­wita: bażanty i daniele; figi i morwy; orze­chy wło­skie i kasz­tany; zie­lona pie­truszka, mięta i tymia­nek; cebula, rzod­kiew, rzepa, socze­wica i kapu­sta. Wyspiar­scy Cel­to­wie nauczyli się też przy­rzą­dzać śli­maki, per­liczki, gołę­bie, żaby, a nawet popie­lice.

Matka i córka pra­co­wały w ciszy. Star­sza z kobiet, mil­cząca, ze skwa­szoną miną, przy­go­to­wy­wała jedze­nie. Gruba dziew­czyna raz po raz pró­bo­wała uszczk­nąć jakiś kąsek, a matka, nie zmie­nia­jąc wyrazu twa­rzy i nie prze­ry­wa­jąc wyko­ny­wa­nych czyn­no­ści, wymie­rzała jej klapsy. Juliusz obser­wo­wał je przez chwilę. Matka zagląda do miski z węgo­rzami. Klaps. Spraw­dziw­szy, w jakim sta­nie są ryby, zabiera się do przy­go­to­wy­wa­nia sosu i mówi coś do córki, a ta pod­cho­dzi do szafki. Klaps. Matka zbliża się do okna. Dziew­czy­nie udaje się wci­snąć do ust kawa­łek świe­żego chleba. Klaps. Dziew­czyna z zado­wo­le­niem prze­żuwa smaczny kęs.

Czy sio­stra zauwa­żyła żoł­nie­rzy? Wie, co się stało z Sek­stu­sem? Powie­działa o wszyst­kim rodzi­com? Juliusz nie miał poję­cia. Podej­rze­wał, że musi się cze­goś domy­ślać. Kiedy ją o to zapy­tać?

Ostat­nie godziny były straszne. Zgu­biw­szy pogoń, mógł wresz­cie zasta­no­wić się nad swoją sytu­acją. Nie przy­szło mu jed­nak do głowy, że to on, a nie Sek­stus spro­wa­dził na nich kło­poty. Czy jego przy­ja­ciel tra­fił do wię­zie­nia? Juliusz nie miał odwagi wró­cić do warsz­tatu. A jeśli Sek­stus go zdra­dził? W dro­dze do domu zacho­wy­wał naj­więk­szą ostroż­ność. Jeżeli Sek­stus go wydał, to żoł­nie­rze mogli już być na miej­scu.

Uznał, że naj­le­piej zacze­kać do rana, a potem poszu­kać Sek­stusa na uli­cach pro­wa­dzą­cych do amfi­te­atru. A do tego czasu musi zacho­wy­wać się tak, jakby nic się nie stało.

Gdzie jed­nak ukryć torbę? Naj­le­piej w jakimś bez­piecz­nym miej­scu, któ­rego nikt nie sko­ja­rzy. I z któ­rego łatwo będzie ją potem wydo­być. Szu­kał gorącz­kowo w myślach, jed­nak nic nie przy­cho­dziło mu do głowy.

Okrą­ża­jąc szczyt zachod­niego wzgó­rza, mijał małą świą­ty­nię Diany i nagle zauwa­żył sto­jące nie­opo­dal piece garn­car­skie, a za nimi stos potłu­czo­nych garn­ków i innych odpa­dów, któ­rych od dłuż­szego czasu naj­wy­raź­niej nikt nie ruszał. Odcze­kał, aż znikną inni prze­chod­nie, a potem pod­szedł do stosu sko­rup, wsu­nął pod nie torbę i odda­lił się szyb­kim kro­kiem. Nikt go nie zauwa­żył. Tego aku­rat był pewien. Wró­cił do domu.

Na­dal jed­nak czuł się nie­pew­nie. A patrząc to na wesołą twarz ojca, to na matkę, wie­dział, jaki jest tego powód.

Rufus był zawsze wesoły i skory do śpiewu, nato­miast żona sta­no­wiła jego prze­ci­wień­stwo. Ni to jasne, ni to siwe włosy nosiła upięte w cia­sny kok. Jej szare oczy ni­gdy nie roz­pa­lały się żywym bla­skiem. Twarz, która w pamięci Juliu­sza zawsze wyglą­dała tak samo, była biała jak nie­upie­czone cia­sto. Matka była dobrą kobietą i z pew­no­ścią kochała ich na swój spo­sób, ale rzadko się odzy­wała, a kiedy ojciec rzu­cał jakiś żart, ni­gdy się nie śmiała. Jakby z poczu­cia nud­nego, ale utrwa­lo­nego obo­wiązku dźwi­gała cię­żar jakichś okrop­nych wspo­mnień.

Cel­to­wie mieli długą pamięć. Od cza­sów powsta­nia kró­lo­wej Boudiki prze­ciwko Rzy­mia­nom minęły zale­d­wie dwa stu­le­cia, a rodzina matki pocho­dziła z tego samego ple­mie­nia co kró­lowa. "Mój dzia­dek uro­dził się za pano­wa­nia cesa­rza Hadriana, tego, który zbu­do­wał mur - mawiała matka. - A jego dzia­dek uro­dził się w roku wybu­chu wiel­kiego powsta­nia. Stra­cił oboje rodzi­ców". Jej dalecy krewni miesz­ka­jący w odle­głej wio­sce na­dal upra­wiali zie­mię tak samo jak ich cel­tyccy przod­ko­wie i nie mówili ani słowa po łaci­nie. Nie było dnia, by matka nie rzu­ciła jakiejś ponu­rej uwagi. "Wszy­scy Rzy­mia­nie są tacy sami. Prę­dzej czy póź­niej cię dopadną". Juliusz sły­szał te słowa od dzie­ciń­stwa jak lita­nię.

Stuk! Gło­śny dźwięk na plan­szy wyrwał go z zamy­śle­nia. Znów kilka stuk­nięć i trium­falne ude­rze­nie w stół.

- Zbi­łem ci wszyst­kie piony! - Ojciec uśmie­chał się od ucha do ucha. - Co, kobiety cho­dzą ci po gło­wie? - Zaczął skła­dać plan­szę. - Za chwilę musimy iść - dorzu­cił nieco poważ­niej, a potem znik­nął w swo­jej izbie, żeby się przy­go­to­wać.

Juliusz się wahał. Dzi­siej­sze spo­tka­nie w świą­tyni ze zna­jo­mymi ojca było ważne. I to bar­dzo. Musi jakoś zapo­mnieć o tym, co się wyda­rzyło, i dobrze wypaść. "Pokaż, że jesteś odpo­wie­dzial­nym czło­wie­kiem i chcesz się od nich uczyć. To wystar­czy", pora­dził wcze­śniej Rufus.

Juliusz pró­bo­wał się sku­pić, ale przy­cho­dziło mu to z tru­dem. Zacho­wał wszyst­kie moż­liwe środki ostroż­no­ści. Ale jedna rzecz nie dawała mu spo­koju.

Torba. Przez cały wie­czór nie mógł o niej zapo­mnieć; myśl, że tam cią­gle leży, nie dawała mu spo­koju. W pierw­szej chwili prze­stra­szył się, że żoł­nie­rze mogą po niego przyjść, więc naj­lep­szym posu­nię­ciem wyda­wało mu się pozo­sta­wie­nie torby w miej­scu, z któ­rym nikt nie mógłby go powią­zać. Teraz jed­nak przy­szło mu do głowy, że żoł­nie­rze, podob­nie jak całe mia­sto, przy­go­to­wują się do igrzysk, więc jest mało praw­do­po­dobne, że się poja­wią. A to zna­czyło, że jest bez­pieczny, przy­naj­mniej dziś.

No ale torba! Ow­szem, dobrze ją ukrył. Ale jeśli jakimś cudem wła­dze zechcą uprząt­nąć śmieci? Albo jakiś włó­częga grze­biący w odpad­kach znaj­dzie monety? Wyobraź­nia wciąż pod­su­wała mu obraz torby i jej cen­nej zawar­to­ści.

Pod­jął szybką decy­zję. Wymknął się po cichu z domu i ruszył szyb­kim kro­kiem na wzgó­rze z pie­cami garn­car­skimi. Nie miał daleko. Wokół pra­wie nie było ludzi, stos potłu­czo­nych sko­rup krył się w cie­niu. Przez chwilę sądził, że torba prze­pa­dła, ale w końcu ją zna­lazł. Wci­snął ją pod opoń­czę i pobiegł do domu. Ostroż­nie otwo­rzył drzwi i od razu poszedł do swo­jej izby. Kobiety w kuchni nawet go nie zauwa­żyły. Wsu­nął torbę pod łóżko, gdzie stały też dwie skrzynki z jego dobyt­kiem. Do jutra będzie tu bez­pieczna. Chwilę póź­niej cze­kał już na ojca przy drzwiach.

Juliusz i jego ojciec szli przez mia­sto. Wie­czór był pogodny i gwiaź­dzi­sty. Ich dom znaj­do­wał się nie­da­leko niż­szej zachod­niej bramy, więc skrę­cili w pro­wa­dzącą od niej sze­roką ulicę, która prze­ci­nała zachod­nie wzgó­rze i dalej bie­gła w dół aż do stru­mie­nia pomię­dzy wznie­sie­niami.

Juliusz rzadko widział ojca zde­ner­wo­wa­nego, ale teraz wyczu­wał jego nie­po­kój.

- Dasz sobie radę - mruk­nął Rufus bar­dziej do sie­bie niż do syna. - Nie spra­wisz mi zawodu. - A po chwili dorzu­cił: - To nie jest zamknięte spo­tka­nie, ina­czej nie miał­byś wstępu. - Lekko ści­snął Juliu­sza za ramię. - Tylko milcz i patrz.

Dotarli do stru­mie­nia i prze­szli most­kiem na drugi brzeg. Przed sobą mieli pałac guber­na­tora. Ich cel znaj­do­wał się na końcu ulicy po lewej stro­nie.

W końcu z ciem­no­ści wyło­nił się samotny budy­nek. Drzwi z obu stron oświe­tlały pochod­nie. Ojciec wes­tchnął z zado­wo­le­niem.

Rufus był czło­wie­kiem skrom­nym i spo­koj­nym, ale dwie rze­czy napa­wały go dumą. Po pierw­sze fakt, że jest oby­wa­te­lem Rzymu.

Civis Roma­nus sum - jestem rzym­skim oby­wa­te­lem. W pierw­szych deka­dach rzym­skiego pano­wa­nia nie­wielu rdzen­nych wyspia­rzy dostą­piło tego zaszczytu. Jed­nak powoli łago­dzono różne obostrze­nia, a dzia­dek Rufusa, mimo że był jedy­nie Cel­tem z pro­win­cji, dzięki służ­bie w pomoc­ni­czym regi­men­cie uzy­skał upra­gniony sta­tus. Oże­nił się z kobietą z Ita­lii, więc Rufus miał prawo twier­dzić, że w jego rodzi­nie pły­nie rów­nież rzym­ska krew. Gdy Rufus był jesz­cze dziec­kiem, cesarz Kara­kalla otwo­rzył furtkę sze­roko i od tam­tej pory rzym­skim oby­wa­te­lem mógł zostać każdy wolny miesz­ka­niec cesar­stwa. W rezul­ta­cie Rufus nie róż­nił się pod tym wzglę­dem od skrom­nych kup­ców i skle­pi­ka­rzy z sąsiedz­twa. Ale na­dal z dumą powta­rzał synowi: "My byli­śmy rzym­skimi oby­wa­te­lami dużo wcze­śniej, pamię­taj o tym".

Drugi powód do dumy, i to znacz­nie więk­szej, znaj­do­wał się za drzwiami oświe­tlo­nymi bla­skiem pochodni.

Rufus był człon­kiem świą­tyn­nej loży.

Spo­śród wszyst­kich świą­tyń Lon­di­nium, czę­sto znacz­nie więk­szych, naj­po­tęż­niej­sza była świą­ty­nia Mitry. Stała pomię­dzy dwoma wzgó­rzami, na wschod­nim brzegu małego stru­mie­nia w odle­gło­ści dwu­stu metrów od posia­dło­ści guber­na­tora. Nie­dawno wznie­siony przy­sa­dzi­sty budy­nek miał pro­sto­kątny kształt i zale­d­wie osiem­na­ście metrów dłu­go­ści. Wej­ście znaj­do­wało się od wschodu, po stro­nie zachod­niej była nie­wielka apsyda z ołta­rzem. Pod tym wzglę­dem świą­ty­nia przy­po­mi­nała kościoły chrze­ści­jań­skie, w któ­rych w owych cza­sach ołta­rze sytu­owano przy zachod­niej ścia­nie.

Cesar­stwo rzym­skie zawsze było tyglem róż­nych reli­gii, ale w ciągu ostat­nich dwu­stu lat coraz więk­szą popu­lar­ność zdo­by­wały tajem­ni­cze kulty i reli­gie ze Wschodu, zwłasz­cza chrze­ści­jań­stwo i kult Mitry.

Mitra - pogromca byka. Per­ski bóg nie­biań­skiego świa­tła; kosmiczny wojow­nik pra­wo­ści i uczci­wo­ści. Juliusz wie­dział o nim wszystko. Mitra wal­czył o prawdę i spra­wie­dli­wość w świe­cie, w któ­rym - co było cechą wspólną wielu wschod­nich reli­gii - równe sobie zło i dobro zwie­rały się w odwiecz­nej walce. Zgod­nie z legendą krew zabi­tego przez Mitrę byka przy­nio­sła na zie­mię życie i obfi­tość. Uro­dziny tego wschod­niego boga obcho­dzono 25 grud­nia.

Z Mitrą był zwią­zany tajemny kult, a jego wyznawcy prze­cho­dzili obrzędy ini­cja­cyjne dostępne jedy­nie dla wybra­nych. Jed­no­cze­śnie na mocy uświę­co­nego rzym­skiego zwy­czaju skła­dali w świą­tyni ofiary z małych zwie­rząt. Wią­zał ich też swo­isty kodeks hono­rowy naka­zu­jący pra­wość, uczci­wość i męstwo. Nie wszy­scy mogli zasia­dać w loży. Ofi­ce­ro­wie i kupcy, wśród któ­rych kult był szcze­gól­nie popu­larny, dbali o jego eli­tar­ność. Zale­d­wie sie­dem­dzie­siąt osób miało prawo wstępu do świą­tyni w Lon­di­nium. Rufus rze­czy­wi­ście mógł czuć się dumny z przy­na­leż­no­ści do tego eks­klu­zyw­nego brac­twa.

Chrze­ści­ja­nie, któ­rych liczba szybko rosła, byli zupeł­nie inni. Juliusz znał kilku, pra­co­wali z nim w dokach, ale jak więk­szość Rzy­mian uwa­żał ich za żydow­ską sektę. Poza tym chrze­ści­jań­stwo przez cią­głe pod­kre­śla­nie pokory i nadziei na lep­sze życie po śmierci było reli­gią nie­wol­ni­ków i bie­da­ków.

Juliusz ni­gdy wcze­śniej nie był w tej świą­tyni. Wyczu­wał, że jego dzi­siej­sza obec­ność w brac­twie sta­nowi coś w rodzaju spraw­dzianu. Weszli do środka, a jemu nie pozo­sta­wało nic innego, jak żywić nadzieję, że zda ten egza­min pomyśl­nie.

Świą­ty­nia skła­dała się z nawy środ­ko­wej i oddzie­lo­nych od niej fila­rami naw bocz­nych. Nawa środ­kowa, długa na pięt­na­ście metrów i sze­roka zale­d­wie na trzy i pół metra, miała drew­nianą pod­łogę. Po bokach stały drew­niane ławy. Wska­zano im miej­sca w ostat­nim rzę­dzie. Juliusz roz­glą­dał się wokół z cie­ka­wo­ścią.

Migo­tliwe świa­tło pochodni nie roz­pra­szało mroku w nawach bocz­nych. Do świą­tyni wcho­dzili kolejni męż­czyźni i zaj­mo­wali miej­sca w ław­kach. Juliusz zauwa­żył, że przy­glą­dają mu się z uwagą, on jed­nak czę­sto nie mógł dostrzec ich twa­rzy. Na końcu nawy, w apsy­dzie, pomię­dzy dwiema kolum­nami stał piękny posąg Mitry. Bóg miał obli­cze o wyra­zi­stych rysach, w czym przy­po­mi­nał Apolla, oczy wznie­sione ku niebu, a na gło­wie spi­cza­stą czapkę fry­gij­ską. Przed posą­giem znaj­do­wał się skromny kamienny ołtarz, na któ­rym skła­dano ofiary. W bla­cie miał wgłę­bie­nie, do któ­rego spły­wała krew.

Świą­ty­nia powoli się wypeł­niała. Gdy przy­szedł ostatni czło­nek brac­twa, drzwi zamknięto i zary­glo­wano. Wszy­scy sie­dzieli w mil­cze­niu. Mijały kolejne minuty. Juliusz był cie­kaw, co się teraz wyda­rzy. Wresz­cie na końcu świą­tyni poja­wiło się peł­ga­jące świa­tło lampy. Coś się poru­szyło, dobiegł lekki sze­lest i z mro­ków bocz­nej nawy wyło­niły się dwie posta­cie. Wyglą­dały bar­dzo dziw­nie.

Nakry­cia głowy nie­mal cał­ko­wi­cie zasła­niały twa­rze. Jedna z postaci miała na sobie głowę lwa z grzywą zwi­sa­jącą do ramion. Juliusz poczuł dreszcz na ple­cach.

Drugi męż­czy­zna był dużo wyż­szy. Prze­dziwne nakry­cie głowy się­gało mu aż do kolan. Zro­bione było z setek dużych piór, które sze­le­ściły i skrzy­piały cicho, i miało kształt ogrom­nego czar­nego ptaka ze zło­żo­nymi skrzy­dłami i wiel­kim dzio­bem. Kruk.

- Czy on jest kapła­nem? - spy­tał Juliusz szep­tem.

- Nie, to jeden z nas. Ale pro­wa­dzi dzi­siej­szą cere­mo­nię - odpo­wie­dział Rufus.

Kruk szedł wzdłuż nawy pomię­dzy ław­kami. Poru­szał się powoli, jego ogon ocie­rał się o kolana mija­nych męż­czyzn. Co kilka kro­ków zatrzy­my­wał się i zada­wał człon­kom brac­twa rytu­alne zapewne pyta­nia.

- Kto jest panem świa­tła?

- Mitra.

- Czyja krew użyź­nia zie­mię?

- Byka, któ­rego zabił Mitra.

- Kim jesteś?

- Sługą.

- Nale­żysz do naszego grona?

- Aż do śmierci.

Doszedł­szy do końca nawy, Kruk zaczął wra­cać. Juliu­szowi wyda­wało się, że jego oczy, patrzące przez dziurki nad dzio­bem, zwra­cają się ku niemu ze szcze­gólną uwagą. Prze­stra­szył się, że Kruk zada mu jakieś pyta­nie, na które nie umiałby odpo­wie­dzieć. Dla­tego ucie­szył się, gdy męż­czy­zna, rzu­ciw­szy mu coś w rodzaju poże­gnal­nego spoj­rze­nia, wró­cił do ołta­rza.

Ojciec pochy­lił się nieco, żeby szep­nąć mu do ucha, ale jego słowa nie uspo­ko­iły Juliu­sza:

- To mię­dzy innymi z nim mamy się dziś spo­tkać.

Cała cere­mo­nia nie trwała długo. Kruk kilka razy wezwał do modli­twy, Lew podał jakieś ogło­sze­nia doty­czące człon­ków, a potem uro­czy­stość zamie­niła się w swo­bodne spo­tka­nie towa­rzy­skie. Męż­czyźni zbie­rali się w nawie w małych grup­kach.

Juliusz i ojciec trzy­mali się z tyłu. Stali pośród innych człon­ków brac­twa, pro­stych ludzi jak Rufus i tak samo jak on zado­wo­lo­nych z przy­na­leż­no­ści do tego grona. Jed­nak Juliusz zauwa­żył też kilku zna­czą­cych oby­wa­teli mia­sta.

- Brac­two ma w mie­ście wiel­kie wpływy - szep­nął Rufus z dumą.

Cze­kali, roz­ma­wia­jąc cicho z tymi, któ­rzy stali naj­bli­żej. Mijały minuty. W końcu Juliusz poczuł, że ojciec trąca go łok­ciem.

- Idzie - powie­dział pół­gło­sem. - Dasz sobie radę - dorzu­cił ner­wowo.

Juliusz spoj­rzał na koniec nawy.

Męż­czy­zna prze­brany za Kruka miał potężną syl­wetkę. Zdjął już kostium, a teraz szedł nawą, wita­jąc przy­by­łych wład­czym ski­nie­niem głowy. W sła­bym świe­tle widać było jego szpa­ko­wate włosy, ale dopiero gdy pod­szedł bli­żej, Juliusz zauwa­żył prze­ci­na­jącą poli­czek bli­znę. Ogar­nęło go lodo­wate prze­ra­że­nie.

Cen­tu­rion świ­dro­wał go wzro­kiem. Miał surowe spoj­rze­nie. Juliusz czuł, że krew odpływa mu z twa­rzy. Teraz już wie­dział, dla­czego Kruk przy­glą­dał mu się z taką uwagą. Poznał mnie, prze­mknęło mu przez głowę. Już po mnie. Nie miał odwagi spoj­rzeć na ojca, który przed­sta­wił go, śmie­jąc się ner­wowo.

W pierw­szej chwili Juliusz jakby ogłuchł. Czuł jedy­nie na sobie wzrok cen­tu­riona. Dopiero po paru chwi­lach zorien­to­wał się, że żoł­nierz mówi coś do niego cichym gło­sem. Opo­wia­dał o spła­wia­niu towa­rów rzeką i o tym, że potrzebny im jest bystry mło­dzie­niec, który będzie spro­wa­dzał wyroby cera­miczne z wio­sek poło­żo­nych w głębi lądu. Obie­cy­wał dobrą zapłatę. I moż­li­wość pro­wa­dze­nia han­dlu na wła­sny rachu­nek. Czyżby jed­nak cen­tu­rion go nie roz­po­znał? Juliusz pod­niósł wzrok.

W oso­bie cen­tu­riona było coś dziw­nego. Juliusz wyczu­wał to wyraź­nie, choć nie umiałby tego nazwać. Potężny męż­czy­zna patrzył na niego badaw­czo, ale w jego twar­dym spoj­rze­niu - Juliusz był co do tego pewny - kryło się coś jesz­cze. Ludzie jego pokroju zaj­mo­wali się inte­re­sami, nie było w tym nic szcze­gól­nego. Legio­ni­ści otrzy­my­wali wysoki żołd, więc po przej­ściu w stan spo­czynku cen­tu­rion z pew­no­ścią zamie­rzał zostać boga­tym kup­cem, a może nawet posia­da­czem ziem­skim. Służba w sto­licy pro­win­cji miała głów­nie cha­rak­ter cere­mo­nialny, cza­sem zda­rzały się jakieś doraźne inter­wen­cje. Cen­tu­rion więc miał czas na zaj­mo­wa­nie się inte­re­sami. Słu­cha­jąc jego słów, Juliusz coraz bar­dziej utwier­dzał się w swoim prze­ko­na­niu: szorstki legio­ni­sta skry­wał jakieś tajem­nice. Może miały one zwią­zek z brac­twem świą­tyni Mitry, a może z czymś innym. Tego Juliusz nie wie­dział.

Nieco ner­wowo odpo­wia­dał na pyta­nia. Czuł się nie­pew­nie, ale sta­rał się wypaść jak naj­le­piej. Cen­tu­rion zacho­wy­wał kamienną twarz, a w końcu ski­nął głową.

- Chyba się nada - powie­dział do Rufusa z uśmie­chem. - Mam nadzieję, że kie­dyś znów go do nas przy­pro­wa­dzisz.

Rufus aż się zaczer­wie­nił z zado­wo­le­nia.

- A jeśli cho­dzi o wspólne inte­resy - cią­gnął cen­tu­rion - to wyra­żam zgodę. Ale chło­pak będzie musiał pra­co­wać z moim ple­ni­po­ten­tem. - Rozej­rzał się nie­cier­pli­wie. - Gdzież on jest? A, tam. - Uśmiech­nął się znowu. - Pocze­kaj­cie tutaj. Przy­pro­wa­dzę go.

Ruszył w kie­runku kilku męż­czyzn sto­ją­cych w cie­niu.

Rufus uśmiech­nął się sze­roko do syna.

- Świet­nie ci poszło, chłop­cze. Zosta­łeś przy­jęty - szep­nął. Wyglą­dał tak, jakby tego wie­czoru speł­niło się jego naj­więk­sze marze­nie.

Dla­tego patrzył ze zdzi­wie­niem na Juliu­sza, na któ­rego twa­rzy zamiast rado­ści poja­wił się wyraz zasko­cze­nia i lęku. Co mu się stało?

Gdy tylko cen­tu­rion się odwró­cił, Juliusz zorien­to­wał się, kim jest jego peł­no­moc­nik. Przez moment łudził się, że to nie­moż­liwe, ale gdy męż­czyźni pode­szli bli­żej, nie miał już żad­nych wąt­pli­wo­ści. Oto w sła­bym świe­tle świą­tyn­nych lam­pek stał przed nim, z nie­bie­skawą twa­rzą wykrzy­wioną uśmie­chem, kapi­tan, mąż Mar­tiny.

Gdy wra­cali ciem­nymi uli­cami do domu, na nie­bie świe­cił blady pół­księ­życ. Rufus był w weso­łym nastroju. Nie ma to, mówił do sie­bie w myślach, jak ojcow­ska duma. Już dawno prze­stał wią­zać nadzieje z córką, ale patrząc teraz na syna, naprawdę mógł sobie pogra­tu­lo­wać.

Cen­tu­rion zatrud­nił chło­paka. Juliusz spodo­bał się też kapi­ta­nowi.

- Jesteś usta­wiony do końca życia - oznaj­mił Rufus synowi. I wcale mu nie prze­szka­dzało, że mło­dzie­niec jest nieco zamy­ślony.

Tak naprawdę Juliusz miał mętlik w gło­wie. Był wdzięczny bogom, że cen­tu­rion go nie roz­po­znał. Ale co z kapi­ta­nem? Podej­rze­wał, że wła­śnie wró­cił z kolej­nego rejsu, ale nie śmiał go o to zapy­tać. Zdą­żył wcze­śniej zaj­rzeć do domu? Zna­lazł liścik? A może Juliusz powi­nien ostrzec Mar­tinę, żeby znisz­czyła kom­pro­mi­tu­jący dowód? Nie­stety, na to było za późno. Kapi­tan był już zapewne w dro­dze do domu.

Ale przede wszyst­kim czy powi­nien wda­wać się w romans z żoną czło­wieka, od któ­rego zale­żała jego przy­szłość w inte­re­sach? Nawet gdyby wszystko dało się ukryć? Już sam ten pomysł wydał mu się absur­dalny.

Jed­no­cze­śnie wspo­mnie­nie jej ciała, jej zmy­sło­wego, ryt­micz­nego kroku nie dawało mu spo­koju.

Gdy wró­cili, w całym domu było ciemno. Matka i sio­stra już spały. Ojciec życzył synowi ser­decz­nie dobrej nocy i też udał się na spo­czy­nek. Przez jakiś czas Juliusz roz­my­ślał nad wyda­rze­niami minio­nego dnia, ale nie doszedł do żad­nych wnio­sków. Poczuł zmę­cze­nie, więc też posta­no­wił pójść spać.

Z oliwną lampką w ręku wszedł do swo­jej izby i usiadł na łóżku. Roze­brał się. Ale zanim się poło­żył, ziew­nął i się­gnął pod pry­czę, chcąc dotknąć torby. Zmarsz­czył brwi.

Zanie­po­ko­jony zerwał się z łóżka i klęk­nął na pod­ło­dze. Odsu­nął na bok skrzynki. Posta­wił obok sie­bie lampkę i spoj­rzał z nie­do­wie­rza­niem.

Torba znik­nęła.

W ciem­no­ści sunęła cicho jakaś postać. Na połu­dnio­wym brzegu rzeki było nie­wiele świa­teł. Męż­czy­zna prze­szedł przez most i kie­ru­jąc się dalej na połu­dnie, minął duży zajazd dla podróż­nych, łaź­nię, a potem skrę­cił w prawo w wąski zaułek. Po połu­dnio­wej stro­nie rzeki, nie tak jak w Lon­di­nium, jedy­nie główna ulica była utwar­dzona tłucz­niem. Dla­tego stopy męż­czy­zny, obute w skó­rzane san­dały, nie wyda­wały żad­nego dźwięku na piasz­czy­stej nawierzchni. Męż­czy­zna nacią­gnął opoń­czę na głowę.

Zatrzy­mał się przed nie­wiel­kim domem. Słabe świa­tło księ­życa odbi­jało się od bia­łych ścian. Wie­dział, że fron­towe drzwi są zamknięte na sko­bel. Okna miały poza­my­kane okien­nice. Męż­czy­zna prze­mknął się na małe podwórko z tyłu.

Z budy wysko­czył pies i wark­nął, ale poznaw­szy swo­jego pana, uspo­koił się. Przez dłuż­szą chwilę zakap­tu­rzony czło­wiek stał w mil­cze­niu obok psa, chcąc się upew­nić, że nikt się nie obu­dził. Potem wszedł na beczkę z desz­czówką i z zadzi­wia­jącą zręcz­no­ścią wspiął się na mur bie­gnący do naroż­nika domu. Uko­śne pro­mie­nie księ­życa ryso­wały ciemne linie na kra­wę­dziach tera­ko­to­wych dachó­wek, two­rząc nie­sa­mo­wity geo­me­tryczny wzór. Męż­czy­zna prze­szedł zwin­nie po murze i zbli­żył się do ciem­nego kwa­dratu okna bez okien­nic.

Kapi­tan wśli­zgnął się po cichu do swo­jego domu i pod­szedł do drzwi izby, w któ­rej spała Mar­tina.

Podej­rze­wał ją od ponad mie­siąca. Nie umiałby nawet powie­dzieć dla­czego, ale w zacho­wa­niu żony było coś dziw­nego. Czę­sto cho­dziła zamy­ślona, z mniej­szą ochotą speł­niała mał­żeń­ski obo­wią­zek. Niby nic poważ­nego, ale... Ktoś inny na jego miej­scu pew­nie by to zlek­ce­wa­żył. Jed­nak matka kapi­tana była Gre­czynką i to po niej odzie­dzi­czył gniewną, pełną dumy zabor­czość, która dawała o sobie znać we wszyst­kich kon­tak­tach z ludźmi. "Na morzu jest łagodny jak bara­nek - mawiali ci, któ­rzy z nim żeglo­wali. - Ale jeśli ktoś go oszuka, to krew zosta­nie prze­lana".

Kapi­tan nie sądził, że żona go zdra­dziła. Jesz­cze nie. Posta­no­wił jed­nak upew­nić się, więc zasto­so­wał starą sztuczkę wszyst­kich mężów: uda­wał, że wypływa w rejs.

Ostroż­nie otwo­rzył drzwi do izby.

Była sama. Łóżko oświe­tlało słabe świa­tło księ­życa. Jedna pierś Mar­tiny była odkryta. Spoj­rzał na nią i się uśmiech­nął. Świet­nie. Nie oszu­kuje go. Patrzył na jej spo­kojny oddech. W pokoju nie było żad­nych śla­dów obec­no­ści innego męż­czy­zny. Nie ma się czym mar­twić. Krępy kapi­tan obszedł pokój bez­sze­lest­nie jak kot, zer­ka­jąc co kilka kro­ków na żonę. Nie wie­dział jesz­cze, czy spra­wić jej nie­spo­dziankę i wśli­zgnąć się do łóżka, czy raczej wymknąć się po cichu i spraw­dzić ją następ­nej nocy. Roz­wa­ża­jąc obie moż­li­wo­ści, zauwa­żył na noc­nym sto­liku kawa­łek per­ga­minu. Wziął go do ręki i pod­szedł do okna.

Księ­życ świe­cił wystar­cza­jąco jasno, by kapi­tan mógł odczy­tać list od Juliu­sza. Pod­pis nie zdra­dzał toż­sa­mo­ści autora, ale nie miało to zna­cze­nia, bo poda­wał datę i miej­sce schadzki. Kapi­tan odło­żył liścik na miej­sce i wyszedł z domu.

Choć raz matka Juliu­sza zdo­była się na sta­now­cze dzia­ła­nie.

Gru­ba­ska nie widziała żoł­nie­rzy. Nawet się nie obu­dziła, gdy przy­szli. A potem, nie zna­la­zł­szy nikogo w warsz­ta­cie Sek­stusa, poczła­pała do domu. I tak była spóź­niona. I wła­śnie to spóź­nie­nie w połą­cze­niu z dziw­nym zacho­wa­niem Juliu­sza wzbu­dziło mat­czyną czuj­ność. Kilka klap­sów wystar­czyło, by córka wszystko wyznała: brat i ten drugi męż­czy­zna kazali jej wypa­try­wać żoł­nie­rzy na ulicy. Kobieta była już teraz pewna.

- Ten Sek­stus wpa­ko­wał go w tara­paty - mruk­nęła do sie­bie.

Dla­tego gdy tylko Juliusz i Rufus wyszli z domu, prze­szu­kała pokój syna. Od razu zna­la­zła torbę wraz z prze­ra­ża­jącą zawar­to­ścią. Przez dłuż­szą chwilę nie mogła się otrzą­snąć z szoku. Ale zaraz potem stwier­dziła:

- Musimy się tego pozbyć.

Ale jak?

Cho­ciaż raz ucie­szyła się, że ma grubą córkę.

- Włóż to pod odzie­nie - roz­ka­zała. Wło­żyła opoń­czę i wyszły razem na ulicę.

W pierw­szej chwili chciała wrzu­cić torbę do rzeki, ale to nie było takie pro­ste. Na brzegu zawsze krę­cili się ludzie. Popro­wa­dziła więc córkę główną ulicą do zachod­niej bramy. Bramy mia­sta powinny być zamy­kane o zmierz­chu, jed­nak w cie­płe let­nie noce nie prze­strze­gano tej zasady. Mło­dzi ludzie lubili spa­ce­ro­wać po oko­licy, nikt zatem nie zwró­cił naj­mniej­szej uwagi na kobietę z grubą dziew­czyną. Nie uszły jed­nak daleko. Droga bie­gła przez mostek do kapliczki, gdzie miesz­kała bogini wody, ale krę­ciło się tam kilka par. Po obu stro­nach traktu, tak jak przy innych bra­mach, znaj­do­wał się cmen­tarz.

- Oddaj mi torbę i wra­caj - roz­ka­zała matka. - I ani słowa nikomu, zwłasz­cza Juliu­szowi. Rozu­miesz?

Odpro­wa­dziw­szy córkę wzro­kiem, skrę­ciła na cmen­tarz. Szu­kała otwar­tego grobu, ale żad­nego nie zauwa­żyła. Doszła do krańca cmen­tarza, minęła górną zachod­nią bramę i podą­żyła ścieżką bie­gnącą rów­no­le­gle do miej­skich murów.

Było tu cicho i spo­koj­nie. Mur, prze­dzie­lony pozio­mymi czer­wo­nymi pasami, spra­wiał dość upiorne wra­że­nie. W odle­gło­ści pię­ciu metrów od muru sze­roki cień głę­bo­kiej fosy wyglą­dał jak roz­cią­gnięta na ziemi czarna wstęga. Nie zauwa­żyła straż­ni­ków, a zatem nikt jej nie obser­wo­wał. Wolno okrą­żyła naroż­nik for­ty­fi­ka­cji i zna­la­zła się po pół­noc­nej stro­nie murów. Minęła zamkniętą bramę. Jakieś sześć­set metrów dalej zoba­czyła to, czego szu­kała.

Mała rzeczka pomię­dzy dwoma wzgó­rzami roz­ga­łę­ziała się w gór­nym biegu na kilka odnóg i w trzech czy czte­rech miej­scach te nie­wiel­kie stru­myki prze­pły­wały pod pół­noc­nym murem spe­cjal­nie wydrą­żo­nymi kana­łami. Wej­ście do każ­dego kanału zasta­wione było kratą. Kobieta chciała wrzu­cić torbę do jed­nego z dopły­wów, ale przy­po­mniała sobie, że kraty czysz­czono regu­lar­nie, a kanały pogłę­biano. Jed­nak nieco dalej zauwa­żyła, że do bie­gną­cej wzdłuż muru fosy ktoś wrzu­cił wielką kupę śmieci. O stan fosy nikt nie dbał, ni­gdy nie widziała, żeby uprzą­tano z niej brudy.

Rozej­rzała się. Upew­niw­szy się, że nikt jej nie widzi, wrzu­ciła torbę. Usły­szała, jak cię­żar ude­rza o dno obok innych odpad­ków.

Ruszyła dalej jakby ni­gdy nic. Dotarła do głów­nej pół­noc­nej bramy, która była otwarta, i nie­zau­wa­żona weszła do mia­sta.

Juliusz patrzył na długą linię murów. Bez­rad­nie opu­ścił ramiona, krę­cąc głową. Poszu­ki­wa­nia oka­zały się bez­owocne. Ponad kra­wę­dzią muru, na zbo­czu zachod­niego wzgó­rza, widział krzy­wi­znę naj­wyż­szych pię­ter amfi­te­atru. Ranek był pogodny, bez­wietrzny i bez­chmurny. W wiel­kiej cza­szy amfi­te­atru będzie dziś gorąco.

Gdzie są te pie­nią­dze? Wyszedł z domu o świ­cie, ale na­dal nie miał naj­mniej­szego poję­cia, co matka zro­biła z torbą.

A może to gru­ba­ska go okła­mała? Chyba jed­nak nie. Była za bar­dzo prze­ra­żona, gdy w środku nocy pod­kradł się do jej łóżka, zasło­nił dło­nią usta i przy­ło­żył nóż do szyi. Powie­działa, że matka wyrzu­ciła torbę przy zachod­niej ścia­nie murów, ale jego trzy­go­dzinne poszu­ki­wa­nia oka­zały się daremne. Wyszedł z mia­sta przez zachod­nią bramę. Zaj­rzał do wszyst­kich zaka­mar­ków. Musiał jed­nak wra­cać. Mia­sto powoli się budziło. Nie­długo ludzie zaczną tłum­nie zdą­żać do amfi­te­atru. A on był bez gro­sza.

I co ma powie­dzieć Sek­stu­sowi? Wcze­śniej zamie­rzał poszu­kać go po dro­dze na igrzy­ska, ale teraz wcale nie chciał się na niego natknąć. Czy Sek­stus mu uwie­rzy? A może będzie go podej­rze­wał o kra­dzież torby? Trudno powie­dzieć. Nie uśmie­chał mu się też powrót do domu, wolał nie sta­nąć oko w oko z matką.

- Naj­le­piej będzie, jak prze­cze­kam do wie­czora w jakimś ukry­ciu - mruk­nął do sie­bie. Może potem wszy­scy będą w lep­szym nastroju.

Ale co z dziew­czyną? Obie­cał jej pre­zent, a teraz nie miał pie­nię­dzy. Jak z tego wybrnąć? Nic nie przy­cho­dziło mu do głowy. Poza tym cała ta sprawa była zbyt ryzy­kowna.

- Zresztą ona i tak pew­nie nie przyj­dzie na most - prze­ko­ny­wał sam sie­bie.

Zmar­kot­niał. Nie mając nic lep­szego do roboty, usiadł na przy­droż­nym kamie­niu, żeby się zasta­no­wić.

Mijały minuty.

- Jestem bez gro­sza, lepiej dać sobie z tym spo­kój - pomru­ki­wał. Ale na­dal nie umiał pod­jąć decy­zji. A powoli zaczy­nała w nim kieł­ko­wać zupeł­nie inna myśl.

A jeśli dziew­czyna przyj­dzie na most? Cał­kiem moż­liwe, że ukryła gdzieś list. Kapi­tan zapewne niczego nie podej­rzewa. Ona zary­zy­kuje, a on się nie pojawi? Naprawdę chce ją zawieść?

Pokrę­cił głową.

- Jeśli ja jej nie dostanę, to jakiś inny na pewno ją zdo­bę­dzie - rzu­cił pół­gło­sem. Cho­ciażby Sek­stus.

Przy­po­mniał sobie jej ciało. Pra­gnął jej. Wyobra­ził sobie, że czeka na niego sama na moście, i nagle ujrzał wszystko w zupeł­nie innym świe­tle. Serce zaczęło mu żywiej bić.

Każdy pię­ściarz w por­cie wie­dział, że Juliusz, nawet gdy prze­ciw­nik powali go na deski, zawsze wstaje znowu do walki. Może było to nie­mą­dre, może wręcz nie miało sensu, ale za każ­dym razem jego wro­dzony opty­mizm budził się tak łatwo i natu­ral­nie jak wio­senne pąki.

Nie potrze­bo­wał wiele czasu, żeby się otrzą­snąć. A po dłuż­szej chwili ski­nął głową z lek­kim uśmie­chem. W końcu uśmiech­nął się od ucha do ucha i wstał z kamie­nia.

Szyb­kim kro­kiem ruszył w kie­runku bramy.

Mar­tina wstała z samego rana. Sprząt­nęła izbę, wyszczot­ko­wała swoje krót­kie włosy, umyła się i natarła skórę pach­ni­dłem. Zanim się ubrała, uważ­nie obej­rzała swoje ciało. Dotknęła drob­nych, mięk­kich piersi, prze­su­nęła dłońmi po jędr­nych udach. Zado­wo­lona zaczęła się ubie­rać. Wło­żyła nowe san­dały. Dosko­nale wie­działa, że skóra wydziela deli­katną woń, która w połą­cze­niu z natu­ral­nym zapa­chem jej ciała przy­ciąga męż­czyzn. Na obu ramio­nach przy­pięła broszki z brązu. Zauwa­żyła przy tym, że serce jej mocno bije, co dowo­dziło - jeśli jesz­cze miała w tej kwe­stii jakieś wąt­pli­wo­ści - że chce się dziś kochać z Juliu­szem.

Zawi­nęła w ście­reczkę kilka słod­kich cia­stek, żeby nie zgłod­nieć przez całe przed­po­łu­dnie, wyszła z domu i dołą­czyła do sąsia­dów zmie­rza­ją­cych przez most na igrzy­ska.

Od dawna nie czuła w sobie takiej lek­ko­ści.

Towa­rzy­szyło mu dziwne wra­że­nie, że ma mia­sto tylko dla sie­bie. Był późny ranek, wyda­wało się, że wszy­scy miesz­kańcy są na igrzy­skach. Od czasu do czasu z amfi­te­atru dobie­gał dono­śny krzyk, ale poza tym bru­ko­wane ulice były tak ciche, że sły­szał śpiew pta­ków. Wędro­wał ulicz­kami w rado­snym nastroju, z pie­karni pach­niało świeżo upie­czo­nym chle­bem, a z jakiejś nie­da­le­kiej kuchni napły­wała kusząca woń jedze­nia. Po dro­dze mijał piękne domy boga­czy. Nie­które miały pry­watne łaź­nie, do wielu przy­le­gały ogro­dzone murem ogrody z drzew­kami wiśni, mor­wami i jabło­niami.

Roz­glą­dał się przez cały czas. W połu­dnie miał zoba­czyć się z Mar­tiną, a prze­cież obie­cał jej pre­zent. Nie chciał iść na spo­tka­nie z pustymi rękami.

Pozo­sta­wała mu jedy­nie kra­dzież.

Na pewno trafi się jakaś oka­zja. Wszy­scy są w amfi­te­atrze. Wystar­czy chwila, żeby wśli­zgnąć się do nie­pil­no­wa­nego domu i zabrać stam­tąd jakąś bły­skotkę. Nie lubił kraść, ale nie miał innego wyj­ścia.

Jed­nak nie było to takie łatwe, jak się spo­dzie­wał. Zakradł się do kilku skrom­nych domów, ale nie zna­lazł w nich nic inte­re­su­ją­cego. Domów boga­czy pil­no­wała służba i groźne psy. Dwa razy musiał sal­wo­wać się ucieczką.

Nieco znie­chę­cony, ruszył w kie­runku przy­stani. Spró­bo­wał po zachod­niej stro­nie, lecz bez powo­dze­nia. Minął most. Wszyst­kie składy we wschod­niej czę­ści były poza­my­kane. Prze­szedł obok małego targu ryb­nego, gdzie stra­gany opu­sto­szały już o świ­cie. Po chwili zna­lazł się obok znacz­nie więk­szego budynku. Zatrzy­mał się.

Cesar­ski maga­zyn. W odróż­nie­niu od innych był solid­nie zbu­do­wany z kamie­nia. Dzień i noc pil­no­wali go żoł­nie­rze. Tra­fiały tu towary prze­zna­czone dla guber­na­tora, gar­ni­zonu woj­sko­wego i władz miej­skich. Cza­sem były to bar­dzo cenne wyroby. Trzy dni wcze­śniej Juliusz poma­gał przy roz­ła­dunku statku, który przy­wiózł kilka wiel­kich, ofi­cjal­nie zapie­czę­to­wa­nych skrzyń ze zło­tymi i srebr­nymi mone­tami - miał to być żołd dla woj­ska. Każda skrzy­nia była nie­sa­mo­wi­cie ciężka, więc prze­nie­sie­nie ich na nabrzeże zabrało tra­ga­rzom dużo czasu. Dla Juliu­sza, który umiał oce­nić war­tość takiego frachtu, był to naj­lep­szy dowód potęgi i zasob­no­ści pań­stwa. Nie­kiedy wyda­wało się, że cesar­stwo ogar­nia chaos, ale fun­da­men­talna wiel­kość Wiecz­nego Mia­sta i jego domi­niów wciąż mogła budzić podziw. Uśmiech­nął się do sie­bie. Gdy­bym mógł zaj­rzeć do środka choć na chwilę, pomy­ślał, skoń­czy­łyby się moje pro­blemy. Jed­nak wczo­raj nie­wiele bra­ko­wało, a wpadłby w łapy żoł­nie­rzy, więc na razie wolał trzy­mać się z daleka od pań­stwo­wego maga­zynu.

Ruszył sze­roką ulicą w kie­runku forum. No cóż, będzie musiał obyć się bez pre­zentu. Bez żad­nej wyraź­nej przy­czyny skrę­cił w aleję pro­wa­dzącą do pałacu guber­na­tora. Bramy pil­no­wali dwaj straż­nicy. Poza tym ulica była pusta.

Nagle zaświ­tała mu myśl. Pomysł był tak pro­sty i tak zuchwały, że aż sza­lony. Ale im dłu­żej go roz­wa­żał, tym bar­dziej był prze­ko­nany, że może się udać.

- Naj­waż­niej­sze to wybrać odpo­wiedni moment - mruk­nął, chcąc dodać sobie odwagi.

Pałac guber­na­tora, w odróż­nie­niu od domów, do któ­rych Juliusz zaglą­dał wcze­śniej, był budyn­kiem publicz­nym. Na pewno cała służba, z wyjąt­kiem straż­ni­ków, wymknęła się, żeby obej­rzeć igrzy­ska. A nawet jeśli ktoś mnie zauważy, pomy­ślał, to jakoś się wywinę, powiem na przy­kład, że przy­sze­dłem do guber­na­tora ze skargą. Plan wyglą­dał tak sen­sow­nie, że aż się uśmiech­nął. Poza tym nikomu nie przyj­dzie do głowy, że chcę okraść guber­na­tora. Skrę­cił za róg, żeby lepiej roz­po­znać teren.

Od strony ulicy pałac był ogro­dzony murem z wapie­nia. Na dzie­dzi­niec pro­wa­dziła bogato zdo­biona brama. Przed nią, na mar­mu­ro­wym postu­men­cie, umiesz­czono kamienny słup wiel­ko­ści męż­czy­zny. Wyzna­czał punkt, od któ­rego mie­rzono odle­głość do wszyst­kich naj­waż­niej­szych miejsc na połu­dniu wyspy.

Straż­nik stał przed kamie­niem, opie­ra­jąc się o niego ple­cami. Co kilka chwili ruszał wol­nym kro­kiem w głąb pustej ulicy, zawra­cał i znów odpo­czy­wał.

Juliusz obser­wo­wał go uważ­nie. Dwa­dzie­ścia pięć kro­ków w jedną stronę, krótka prze­rwa, dwa­dzie­ścia pięć w drugą. Poli­czył drugi i trzeci raz, chcąc się upew­nić. Zawsze tak samo. Oce­nił odle­głość. Powi­nien zdą­żyć.

Gdy tylko straż­nik odwró­cił się ple­cami, Juliusz wychy­lił się zza rogu i wyko­rzy­stu­jąc słup jako osłonę, pod­biegł cicho do bramy i znik­nął w jej cie­niu, zanim żoł­nierz zdą­żył zawró­cić.

Po chwili był już na dzie­dzińcu. Po prze­ciw­nej stro­nie, pod por­ty­kiem, znaj­do­wało się główne wej­ście do rezy­den­cji. Drzwi były otwarte. Juliusz wszedł śmiało do środka. Zna­lazł się w innym świe­cie.

Chyba żadna inna cywi­li­za­cja nie wymy­śliła lep­szych domów dla boga­czy od rzym­skich willi i miej­skich rezy­den­cji. Posia­dłość guber­na­tora była tego naj­lep­szym przy­kła­dem. Wyso­kie atrium z sadzawką wpro­wa­dzało atmos­ferę maje­sta­tycz­nego spo­koju. Hypo­cau­stum, skom­pli­ko­wany sys­tem ogrze­wa­nia pod­ło­go­wego, zapew­niało w zimie cie­pło. Kamień i mar­mur dawały latem ochłodę.

Pod­łogi, tak jak w wielu innych boga­tych domach w Lon­di­nium, pokry­wały mozaiki. Jedna przed­sta­wiała Bachusa, boga wina, inna lwa, hol zdo­biły del­finy, a wszę­dzie wiły się misterne wzory geo­me­tryczne.

Rozej­rzaw­szy się z podzi­wem po repre­zen­ta­cyj­nych kom­na­tach, Juliusz skie­ro­wał się szybko do mniej­szych pomiesz­czeń, bar­dziej kame­ral­nych, ale rów­nie pięk­nych. Ściany były tu pokryte pły­ci­nami w kolo­rach ochry, czer­wieni i róż­nych odcieni zie­leni, a te naj­ni­żej do złu­dze­nia przy­po­mi­nały mar­mur.

Juliusz wie­dział, czego szu­kać. Jakie­goś dro­bia­zgu. Widok kosz­tow­nej biżu­te­rii u żony mary­na­rza wzbu­dziłby podej­rze­nia. Nie, to musi być coś pro­stego, skrom­nego. I na tyle małego, żeby wła­ści­ciele uznali przed­miot za zgu­biony.

Dość szybko zna­lazł odpo­wied­nią rzecz. W jed­nej z sypialni zauwa­żył na sto­liku lustro z pole­ro­wa­nego brązu, srebrne szczotki do wło­sów i trzy broszki wysa­dzane szla­chet­nymi kamie­niami. Był tam też piękny naszyj­nik z opra­wio­nych w złoto nie­szli­fo­wa­nych szma­rag­dów. Wie­dział, że szma­ragdy pocho­dzą z Egiptu. Ogar­nęła go pokusa, żeby ukraść naszyj­nik. Nie dałby rady sprze­dać kamieni - zanadto rzu­cały się w oczy - ale mógłby prze­to­pić złoto. Jed­nak po chwili zre­zy­gno­wał. Szkoda mu było nisz­czyć taką piękną biżu­te­rię.

Tuż obok leżało coś w sam raz dla niego: pro­sta złota bran­so­letka bez żad­nych zna­ków szcze­gól­nych. Takich bran­so­le­tek były w Lon­di­nium setki. Pre­zent w sam raz dla Mar­tiny. Scho­wał ją i szybko wyszedł.

W całym domu pano­wała cisza, na dzie­dzińcu nie było żywego ducha. Juliusz ruszył ku bra­mie, trzy­ma­jąc się jak naj­bli­żej muru. Teraz pozo­stało mu jedy­nie minąć straż­nika, który cały czas patro­lo­wał ulicę. Oby tylko nie przy­szło mu do głowy zaj­rzeć na dzie­dzi­niec, modlił się w duchu. Sta­nął po wewnętrz­nej stro­nie bramy. Widział stąd plecy straż­nika opar­tego o kamienny słup. Na ulicy na­dal nie było nikogo. Zacze­kał, aż straż­nik odej­dzie w lewą stronę, w kie­runku stru­mie­nia. Wybiegł z bramy, skrę­ca­jąc w prawo.

I zasto­so­wał sprytną sztuczkę. Po prze­bie­gnię­ciu kilku metrów zatrzy­mał się, odwró­cił i tak szybko, jak tylko mógł, zaczął iść tyłem ze wzro­kiem utkwio­nym w odda­la­ją­cego się straż­nika. Pięć, dzie­sięć, pięt­na­ście szyb­kich kro­ków. I wtedy straż­nik z nie­zna­nych powo­dów odwró­cił się wcze­śniej. Juliusz, zamiast ucie­kać, ruszył ku niemu, jakby dopiero teraz chciał podejść do bramy. Żoł­nierz spoj­rzał na niego ze zdzi­wie­niem, nie rozu­mie­jąc, skąd przy­bysz wyrósł nagle na ulicy, ale nie poświę­cał temu więk­szej uwagi. Męż­czyźni minęli się obo­jęt­nie, pozdra­wia­jąc się ski­nie­niem głowy. Po kilku minu­tach Juliusz był już w dro­dze na most.

Cie­kawe, czy dziew­czyna przyj­dzie.

Sek­stus szedł sze­roką ulicą pro­wa­dzącą od forum do mostu. Miał ścią­gnięte brwi, a fakt, że nie udało mu się zna­leźć Juliu­sza w amfi­te­atrze, nie popra­wił mu nastroju.

Czyżby jego młody przy­ja­ciel go uni­kał? Nie przy­szłoby mu to do głowy, gdyby nie uwaga, którą przy­pad­kowo usły­szał poprzed­niego dnia. Kiedy żoł­nie­rze wdarli się do jego domu, a potem wbie­gli na podwórko, zorien­to­wał się, że musieli zauwa­żyć Juliu­sza. Na szczę­ście przy­ja­cielowi udało się uciec. A żoł­nie­rze nie zdą­żyli mu się dokład­nie przyj­rzeć. Jed­nak po kilku minu­tach pod­słu­chał roz­mowę dwóch legio­ni­stów, któ­rzy w sąsied­niej izbie prze­szu­ki­wali jego łóżko i pościel.

- Nic tu nie ma - burk­nął jeden z nich. - Ktoś nas nabrał. Wysłał list, bo może chciał się na tym typku zemścić.

- A ten młod­szy? To on nam uciekł?

- Może tak, a może nie. Ale jest młody. Z sza­cow­nej rodziny. Jeśli ktoś naprawdę fał­szuje monety, to raczej ten cie­śla.

Młody. Z sza­cow­nej rodziny. Z całą pew­no­ścią cho­dziło im o Juliu­sza. Ten głu­piec musiał się czymś zdra­dzić. Sek­stus zaklął.

"Jeśli się do niego dobiorą - jęk­nął w duchu - to zacznie sypać. Będę skoń­czony".

Poprzed­niego wie­czoru nie odwa­żył się pójść do domu Juliu­sza z obawy, że jest śle­dzony. Miał jed­nak nadzieję, że spo­tka go dziś w amfi­te­atrze. Ale przy­ja­ciel nie poka­zał się i to go poważ­nie zanie­po­ko­iło. Czyżby wpadł w łapy żoł­nie­rzy? Wszystko im wyśpie­wał? Ran­kiem zakradł się pod dom Juliu­sza, ale w środku nie było nikogo. Co to ma zna­czyć? Licząc, że Juliusz poszedł do warsz­tatu, wró­cił do sie­bie, a potem zaj­rzał na rynek. Teraz pozo­sta­wało mu jedy­nie powę­szyć na nabrzeżu.

Nagle go zoba­czył, zale­d­wie w odle­gło­ści stu metrów. Mło­dzie­niec naj­wy­raź­niej zmie­rzał na most. Sek­stus ruszył za nim szyb­kim kro­kiem. Juliusz był tak zato­piony we wła­snych myślach, że zauwa­żył przy­ja­ciela dopiero, gdy ten zna­lazł się tuż za nim. Odwró­cił się i twarz mu stę­żała.

Wzbu­dziło to czuj­ność Sek­stusa.

- Wszystko w porządku? - spy­tał.

Juliusz zawa­hał się, a potem z ocią­ga­niem opo­wie­dział mu o wszyst­kim.

Sek­stus nie uwie­rzył w ani jedno słowo. Zawsze powta­rzał z dumą, że jesz­cze nikomu nie udało się wystrych­nąć go na dudka. Ta histo­ria brzmiała zupeł­nie nie­praw­do­po­dob­nie. A do tego miał inne mocne poszlaki. Juliusz go uni­kał. Pie­nią­dze znik­nęły. Nasu­wały się jedy­nie dwa wyja­śnie­nia. Albo Juliusz ukradł monety, albo go zdra­dził, a wtedy torba będzie sta­no­wiła dowód w sądzie. Juliusz unik­nie kary, zezna­jąc prze­ciwko niemu.

Słu­cha­jąc nie­po­rad­nych wyja­śnień, Sek­stus zacho­wy­wał kamienną twarz. Nie ode­zwał się ani sło­wem. Na koniec oznaj­mił jedy­nie, że Juliusz jest pod­łym kłamcą.

Posta­no­wił, że nie będzie się z nim cac­kał.

- Wyśpie­wa­łeś im wszystko? - spy­tał bez ogró­dek.

- Ależ skąd!

Sek­stus się zasta­na­wiał. Prę­dzej czy póź­niej i tak się wszyst­kiego dowie. Wycią­gnął nóż zza pasa.

- Do zachodu słońca pie­nią­dze mają się zna­leźć - powie­dział ze spo­ko­jem. - Albo cię zabiję.

Odwró­cił się na pię­cie i odszedł.

Tuż przed połu­dniem na arenę wpro­wa­dzono gla­dia­tora i niedź­wie­dzia. Gla­dia­tor spraw­nie posłu­gi­wał się sie­cią. Sta­wiano dwa do jed­nego, że pokona bestię. Jed­nak po połu­dniu miał sto­czyć walkę z dru­gim gla­dia­to­rem, wie­lo­krot­nym zwy­cięzcą, i w tym star­ciu sta­wiano pięć do jed­nego, że pole­gnie. Ktoś, kto obsta­wił w zakła­dach jego dwie wygrane, mógł zgar­nąć dwu­dzie­sto­krot­ność stawki. Naj­pierw opro­wa­dzono po are­nie niedź­wie­dzia. Widzo­wie byli w weso­łych nastro­jach. Napię­cie i pod­nie­ce­nie rosły, gdy poja­wiała się krew.

Mar­tina pod­nio­sła się szybko ze swo­jego miej­sca. Po dru­giej stro­nie areny, w loży guber­na­tora i w sąsied­nich rzę­dach, widziała męż­czyzn w togach i kobiety w dłu­gich jedwab­nych suk­niach, z wło­sami upię­tymi w misterne fry­zury. Idąc ku scho­dom, czuła dreszcz pod­nie­ce­nia.

Może i zaj­mują naj­lep­sze try­buny, pomy­ślała, ale żadna nie dosta­nie dziś tego co ja.

Po kilku chwi­lach wyszła z mrocz­nego tunelu na zalaną słoń­cem ulicę. Ruszyła w kie­runku forum. Nie zauwa­żyła kapi­tana, który wyło­nił się z zacie­nio­nej bramy i podą­żył za nią.

Juliusz cze­kał. Zatrzy­mał się przy jed­nym z dwóch drew­nia­nych słu­pów wyzna­cza­ją­cych pół­nocny koniec mostu. Docho­dziło połu­dnie.

Roz­mowa z Sek­stu­sem zanie­po­ko­iła go. Wie­dział, że przy­ja­ciel nie rzuca słów na wiatr, ale jak on ma odzy­skać torbę? Może matka zli­tuje się, gdy powie jej o groź­bach Sek­stusa? Mało praw­do­po­dobne. Na razie jed­nak posta­no­wił się tym nie mar­twić. Miał waż­niej­sze sprawy na gło­wie.

Z amfi­te­atru roz­le­gły się okrzyki. Dźwię­czała w nich nuta pogardy, co ozna­czało, że zwie­rzę miało prze­wagę nad czło­wie­kiem.

Juliusz spoj­rzał w kie­runku ulicy. Dziew­czyna nie­długo powinna się poja­wić. Na razie ulica była pusta, nabrzeże też. Czuł bicie wła­snego serca.

- Jeśli ona przyj­dzie... - mruk­nął, ale nie dokoń­czył.

Był pewien, że jeśli się dziś spo­tkają, to ją zdo­bę­dzie. Zadrżał z pod­nie­ce­nia. A mimo to gdzieś w środku dener­wo­wał się, i co dziw­niej­sze, miał cichą nadzieję, że Mar­tina jed­nak się nie pojawi.

Mijały minuty. Dziew­czyna nie przy­cho­dziła. Zaczy­nał godzić się z myślą, że dziś się nie spo­tkają. Może to i lepiej. Nagle dostrzegł ruch na nabrzeżu.

Nic spe­cjal­nego, kilku żoł­nie­rzy i wóz zaprzę­żony w osła. Patrzył na nich obo­jęt­nie. Byli coraz bli­żej. Prze­mknęło mu przez myśl, że wóz musi być ciężki, bo osioł potknął się i nie chciał dalej iść. Ale prze­cież osły to uparte zwie­rzęta. Zer­k­nął ku wylo­towi ulicy. Mar­tina na­dal nie nad­cho­dziła.

Żoł­nie­rze byli dwie­ście metrów od niego. Jeden pro­wa­dził osła, dwóch szło z tyłu. Juliusz stał za drew­nia­nym fila­rem, więc nie dostrze­gli go. Ale on widział ich ukryte pod heł­mami twa­rze. Jedna z nich wydała mu się zna­joma.

Po chwili sko­ja­rzył. Żoł­nie­rzem zamy­ka­ją­cym pochód był nie kto inny jak jego zna­jomy z poprzed­niego dnia. Cen­tu­rion. Spoj­rzał na niego z cie­ka­wo­ścią. Z jakiego powodu cen­tu­rion eskor­tuje zwy­kłą fur­mankę z osłem, i to w dodatku pod­czas igrzysk?

Wóz przy­kryto kawał­kiem płótna. Lecz jeden róg oblu­zo­wał się i Juliusz zoba­czył wysta­jącą szyjkę amfory. Żoł­nie­rze prze­wo­zili zapasy z pań­stwo­wego maga­zynu do fortu. Pew­nie wie­czo­rem w kosza­rach odbę­dzie się uczta. Wózek skrę­cił w uliczkę pnącą się na wzgó­rze.

Wró­cił myślami do Mar­tiny. Ogar­nęło go pożą­da­nie. Gdzie ta dziew­czyna się podziewa?

Nagle coś się wyda­rzyło. Na pierw­szy rzut oka nic zna­czą­cego. Gdy wóz skrę­cił w wąski zaułek, jedno z kół pod­sko­czyło na wyboju i na zie­mię wypadł maleńki przed­miot. Przez chwilę leżał na pia­sku. Jeden z żoł­nie­rzy pod­niósł go pospiesz­nie i wsu­nął pod plan­dekę. Jed­nak Juliusz zdą­żył zauwa­żyć, że przed­miot zabłysł w pro­mie­niach słońca mato­wym bla­skiem. A cen­tu­rion rozej­rzał się szybko, czy nikt ich nie widzi. Juliusz był pewien, że na jego twa­rzy malują się dwa łatwo roz­po­zna­walne uczu­cia: strach i świa­do­mość prze­winy. Bo z wózka wypa­dła przed chwilą złota moneta.

Złoto. Na wózku musiały być jego całe worki. Nic dziw­nego, że osioł się poty­kał. Ale dla­czego żoł­nie­rze wiozą ukrad­kiem złoto opu­sto­sza­łymi ulicz­kami mia­sta? Nasu­wa­jąca się odpo­wiedź była tak nie­praw­do­po­dobna, że Juliu­szowi trudno było ją przy­jąć. Ale żadne inne wyja­śnie­nie nie było moż­liwe. Żoł­nie­rze ukra­dli złoto.

Stał nie­ru­chomo, dopóki wózek nie znik­nął mu z oczu. Przed sobą miał pustą ulicę - ani śladu dziew­czyny. Nagle oblała go fala chłodu, myśli kłę­biły mu się w gło­wie. Po chwili ruszył w kie­runku zaułka.

Śle­dził ich, zacho­wu­jąc bez­pieczną odle­głość. Prze­ska­ki­wał od jed­nego rogu do dru­giego, podą­ża­jąc za nimi krętą trasą. Naj­wy­raź­niej sta­rali się, żeby nikt ich nie zauwa­żył.

Kilka razy się zawa­hał. Jeśli żoł­nie­rze ukra­dli złoto, to wia­domo, co zro­bią, gdy zoba­czą, że ich śle­dzi. Ale w gło­wie zaczął mu się ryso­wać pewien plan. Na pewno żoł­nie­rze zamie­rzają ukryć worki. Gdyby udało mu się poznać kry­jówkę, mógłby póź­niej pota­jem­nie do niej zaj­rzeć. Wystar­czy­łaby jedna sakwa, żeby udo­bru­chać Sek­stusa. Już wyobra­żał sobie uszczę­śli­wioną minę przy­ja­ciela. Ude­rzyła go jesz­cze jedna myśl. Uśmiech­nął się od ucha do ucha.

- Po co fał­szo­wać pie­nią­dze, kiedy ma się praw­dziwe? - zachi­cho­tał. A będąc posia­da­czem takiego bogac­twa, mógłby kupić Mar­ti­nie wszystko.

Trasa, którą wybrali żoł­nie­rze, pro­wa­dziła wąskimi ulicz­kami na zbo­czu wschod­niego wzgó­rza. Zna­la­zł­szy się przy jed­nej z dwóch głów­nych arte­rii prze­ci­na­ją­cych mia­sto, mały kon­wój skrę­cił w lewo w wąską alejkę.

- Idą na zachód - mruk­nął do sie­bie Juliusz. - Ale dokąd?

Dla zacho­wa­nia więk­szej ostroż­no­ści posta­no­wił pójść główną ulicą, licząc, że uda mu się namie­rzyć wóz przy kolej­nych prze­czni­cach.

Posu­wał się równo z kon­wo­jem do pochy­ło­ści pomię­dzy wzgó­rzami, gdzie wóz wyje­chał na główną ulicę. Juliusz zatrzy­mał się, nie chcąc, żeby go zauwa­żono. Żoł­nie­rze prze­szli na drugą stronę i ruszyli w górę po prze­ciw­le­głym zbo­czu. Nad nimi wyła­niała się potężna syl­wetka amfi­te­atru. Nagle kon­wój skrę­cił w wąską uliczkę po lewej stro­nie i znik­nął. Juliusz rzu­cił się bie­giem, bojąc się, że straci ich z oczu. Pra­wie ich doga­niał.

I wła­śnie w tej chwili zoba­czył Mar­tinę.

Scho­dziła ze wzgó­rza. Poru­szała się tym swoim koły­szą­cym kro­kiem. Uśmie­chała się sama do sie­bie. Była w odle­gło­ści dwu­stu metrów. Nie widziała go.

Sta­nął zasko­czony. A więc jed­nak posta­no­wiła przyjść na schadzkę. Serce zabiło mu szyb­ciej. Gdy na nią patrzył, jego wszyst­kie wąt­pli­wo­ści zni­kały. Jest taka piękna, myślał. I pra­gnie mnie. Może nawet mnie kocha. Prze­pły­nęła przez niego fala rado­ści i pod­nie­ce­nia. Miał wra­że­nie, że dotyka jej skóry, czuje zapach jej ciała. Naj­chęt­niej wybiegłby jej na spo­tka­nie.

Ale jeśli to zrobi, straci cenny czas. Lada chwila wóz znik­nie w labi­ryn­cie zauł­ków i podwó­rek. A on poże­gna się ze zło­tem.

- Dziew­czyna może pocze­kać - mruk­nął do sie­bie. - A złoto nie.

Wsko­czył do naj­bliż­szej bramy.

Ostroż­nie mijał jedną prze­cznicę za drugą, kie­ru­jąc się na zachód. Dotarł do ele­ganc­kiej ulicy z kolum­nadą po jed­nej stro­nie. Pusto. Prze­szedł na drugą stronę. Zoba­czył wóz i osła w wąskiej alejce bie­gną­cej obok świą­tyni Diany.

Nikt nie pil­no­wał fur­manki. Ani śladu żoł­nie­rzy. Cze­kał, scho­wany za rogiem. Nikt nie przy­cho­dził. Czyżby żoł­nie­rze porzu­cili cenny ładu­nek? To nie­moż­liwe. Rozej­rzał się. Przy uliczce cią­gnęły się małe podwórka, warsz­taty i skła­dziki. Mogli być w każ­dym z nich. Zdą­żyli wyła­do­wać złoto czy był to jedy­nie krótki przy­sta­nek? Wciąż nikt się nie poja­wiał.

Jeśli zabrali worki, roz­wa­żał w myślach, powi­nie­nem pomysz­ko­wać w oko­licy, może gdzieś ich zoba­czę. Dal­sze cze­ka­nie nie ma sensu. Ostroż­nie pod­szedł do wózka.

Rozej­rzał się. Żywego ducha. Pod­niósł plan­dekę i zaj­rzał pod spód.

Wóz był pra­wie pusty. Zostały jedy­nie trzy amfory i kawałki płótna na worki. Wsu­nął rękę i natra­fił na coś twar­dego. Szarp­nął. Cięż­kie. Uśmiech­nął się sze­roko. Poma­ga­jąc sobie drugą ręką, wycią­gnął sakiewkę pełną monet.

Nie była duża. Mie­ściła się w dło­niach. Ale warta była for­tunę. Nie musiał zaprzą­tać sobie głowy resztą. Tyle mu wystar­czy. Lepiej wziąć nogi za pas.

Z tyłu roz­legł się krzyk. Juliusz odwró­cił się i zoba­czył nad­bie­ga­ją­cego żoł­nie­rza. Puścił worek i zro­bił unik, chro­niąc się za wóz­kiem. Rzu­cił się do ucieczki. Usły­szał drugi krzyk. A potem trzeci. To wołał cen­tu­rion.

- Łapać go!

Pro­sto w zaułek. Skręt w lewo. W prawo. Po chwili był na głów­nej ulicy. Prze­biegł na drugą stronę, wypa­tru­jąc jakiejś wąskiej prze­cznicy. Zna­lazł lukę i pobiegł w głąb ile sił w nogach.

Widział złoto. Był świad­kiem kra­dzieży. Żoł­nie­rze o tym wie­dzieli. Musieli go zabić. Myśli bły­ska­wicz­nie prze­la­ty­wały mu przez głowę. Gdzie się przed nimi ukryć? Wciąż sły­szał za sobą ich głosy. Wyda­wało się, że są po lewej i pra­wej stro­nie. Nagle zaświ­tał mu pewien pomysł. Tak, to jego jedyna szansa. Przy­spie­szył, dysząc ciężko. Ści­gał go ciężki tupot kro­ków.

Mar­tina cze­kała przy moście. Wokół nie było nikogo. Poni­żej rzeka roz­le­wała się sze­roko, przej­rzy­sta woda migo­tała w pro­mie­niach słońca. Tuż pod powierzch­nią pły­wały srebrne i brą­zowe ryby.

Ryby miały towa­rzy­szy. Ona była samotna.

Mar­tina była wście­kła jak każda młoda kobieta, która przy­go­to­wuje się na poca­łunki, a spo­tyka ją znie­waga. Cze­kała już od godziny. Od czasu do czasu z amfi­te­atru roz­le­gały się okrzyki zagrze­wa­jące gla­dia­to­rów do walki. Nie lubiła prze­mocy, a dziś miała głowę zaprząt­niętą czymś innym. Przy­słał jej list i obie­cał pre­zent. Wysta­wiła się na wiel­kie ryzyko, a spo­tkało ją upo­ko­rze­nie, bo stoi jak głu­pia na moście i czeka nie wia­domo na co. W końcu wzru­szyła ramio­nami. Może coś mu prze­szko­dziło.

- Wyba­czę mu, jeśli się okaże, że zła­mał nogę - mruk­nęła. Nie pozwoli się tak trak­to­wać. Odpłaci mu pięk­nym za nadobne.

Humor jej się popra­wił, gdy zoba­czyła zna­jomą postać, która wyło­niła się z bocz­nej uliczki, zmie­rza­jąc w jej kie­runku.

Sek­stus od razu zauwa­żył, że Mar­tina jest sama. Nie byłby sobą, gdyby do niej nie pod­szedł. A ona, widząc męż­czy­znę, któ­rego odtrą­ciła dla wia­ro­łom­nego Juliu­sza, zare­ago­wała spon­ta­nicz­nie: poca­ło­wała go na powi­ta­nie. Miała nadzieję, że Juliusz to zoba­czy, o ile jest w pobliżu. Dla pew­no­ści poca­ło­wała Sek­stusa jesz­cze raz.

Męż­czy­zna był nieco zdzi­wiony takim cie­płym przy­ję­ciem. Jed­nak w swo­jej zaro­zu­mia­ło­ści uznał, że to sku­tek jego zalo­tów. Z doświad­cze­nia wie­dział, że w takich oko­licz­no­ściach lepiej nie pytać o powody. Uśmiech­nął się miło.

Oka­zało się, że Mar­tina wraca z mostu. Zapy­tał, czy widziała się tam z Juliu­szem. Zaprze­czyła z cierpką miną.

- Pew­nie ogląda igrzy­ska - pod­su­nęła. - Masz ochotę tam pójść? - Wzięła go pod rękę.

Sek­stus zgo­dził się chęt­nie. Powi­nien wpraw­dzie zająć się Juliu­szem, ale nie chciał tra­cić takiej oka­zji. W dro­dze do amfi­te­atru umó­wili się na wie­czór.

Jeśli nie tra­fię do wię­zie­nia, pomy­ślał, to dziś jesz­cze będę w nie­bie.

- Lepiej, żeby nikt nas razem nie widział - powie­dział wykręt­nie, gdy zna­leźli się u celu. - Do zoba­cze­nia wie­czo­rem.

Odda­lił się, żeby zacze­kać na Juliu­sza. Zaci­snął dłoń na nożu.

Był cie­pły wie­czór. Nad pusto­sze­ją­cym amfi­te­atrem uno­siła się chmura kurzu wymie­sza­nego z wonią potu. Tłum był usa­tys­fak­cjo­no­wany. Ludzie mogli najeść się i napić do syta, widzieli lwy, byki, żyrafę i inne dzi­kie zwie­rzęta; widzieli, jak niedź­wiedź roz­szar­puje czło­wieka, dwóch gla­dia­to­rów ponio­sło śmierć na ich oczach. Wpraw­dzie Lon­di­nium leżało daleko od Rzymu, ale w takich chwi­lach, kiedy zasia­dali pod kamien­nymi łukami amfi­te­atru, patrząc na afry­kań­skie bestie i na walki gla­dia­to­rów, mieli wra­że­nie, że sło­neczna Ita­lia roz­ciąga się tuż za połu­dnio­wym hory­zon­tem.

Juliusz wmie­szał się w tłum. Tłum oca­lił mu życie. Kiedy udało mu się wyprze­dzić swo­ich prze­śla­dow­ców o sto metrów, przez mały bru­ko­wany pla­cyk rzu­cił się do bramy pro­wa­dzą­cej do amfi­te­atru. Wbiegł po scho­dach na naj­wyż­szy taras. Aku­rat toczyła się walka gla­dia­to­rów. Ludzie wstali, cze­ka­jąc na śmier­telny cios. Juliusz zajął wolne miej­sce. Nikt nie zwró­cił na niego uwagi.

Spę­dził w amfi­te­atrze całe popo­łu­dnie. Wie­lo­krot­nie prze­cze­sy­wał wzro­kiem widow­nię, jakby spo­dzie­wał się pogoni. Bał się wyjść, bo może cze­kali na niego przy bra­mie. Ale teraz, idąc w tłu­mie, nie zauwa­żył żad­nego z prze­śla­dow­ców. Może nie zdą­żyli mu się dobrze przyj­rzeć?

Udało mi się, pomy­ślał, uśmie­cha­jąc się sze­roko.

Ale co teraz? W domu zacznie się nie­długo uczta dla sąsia­dów. Rodzice pew­nie zasta­na­wiają się, gdzie się podziewa od rana. Po tym wszyst­kim, co go spo­tkało w ciągu ostat­nich kilku godzin, naj­chęt­niej wró­ciłby do domu.

Na­dal jed­nak pozo­sta­wała kwe­stia torby z fał­szy­wymi pie­niędzmi. Matka wie­działa o niej. Prę­dzej czy póź­niej będzie musiał z nią o tym poroz­ma­wiać. Z ojcem też. Nie­zbyt przy­jemna per­spek­tywa.

- Ale przy­naj­mniej będzie musiała mi powie­dzieć, co zro­biła z torbą - mruk­nął pod nosem. - Żeby Sek­stus się ode mnie odcze­pił.

Juliusz wes­tchnął. Sek­stus dał mu czas do zachodu słońca. A słońce scho­dziło coraz niżej. Do rana będę musiał grać na zwłokę, pomy­ślał. Na szczę­ście umiał szybko myśleć i dzia­łać. Naj­pierw jed­nak Sek­stus musi mnie zna­leźć, dorzu­cił w duchu, wyszcze­rza­jąc zęby w uśmie­chu.

Szedł w tłu­mie wyle­wa­ją­cym się z amfi­te­atru i sze­roką aleją kie­ru­ją­cym się w stronę wschod­niego wzgó­rza. Znów pomy­ślał o Mar­ti­nie. Czy ona gdzieś tu jest? Da się prze­pro­sić? Może. Na razie nie tra­cił nadziei.

I przez cały czas nie mógł zapo­mnieć o wor­kach ze zło­tem. Och, gdyby choć jedna sakiewka wpa­dła mu w ręce! Ten skarb jest gdzieś nie­da­leko, pew­nie spo­czywa w jakiejś piw­nicy, być może o kilka metrów od miej­sca, gdzie ostat­nio widział wóz. To moż­liwe, że legio­ni­ści na­dal go pil­nują? Raczej nie. Jeśli ukra­dli monety, to przy­naj­mniej przez jakiś czas będą się trzy­mali od tego miej­sca z daleka.

Nagle zaświ­tała mu nowa myśl. Zło­dzieje z pew­no­ścią nie zamie­rzają pozo­sta­wić tam łupu na zawsze. Za parę dni wrócą po niego i prze­niosą do kilku innych kry­jó­wek. Lepiej nie trzy­mać takiego skarbu w jed­nym miej­scu. Złoto nie pozo­sta­nie tam długo. Jeśli chcę je odna­leźć, pomy­ślał, to muszę się pospie­szyć. Roze­śmiał się cicho. Chyba jed­nak nie wróci od razu do domu.

Skrę­cił w boczną uliczkę i wró­cił do miej­sca, w któ­rym widział ostat­nio wóz. W pobliżu krę­ciło się kilku prze­chod­niów, ale żoł­nie­rzy nie zauwa­żył. Rozej­rzał się jesz­cze raz. Wypa­trzył kilka zaka­mar­ków nada­ją­cych się na kry­jówkę. Będzie musiał się wła­mać. Wkrótce zapad­nie zmierzch. Potrzebna będzie lampa oliwna. Czas przy­stą­pić do dzia­ła­nia.

Nie zorien­to­wał się, że ktoś go śle­dzi.

Dopiero po zapad­nię­ciu zmroku matka Juliu­sza zaczęła się nie­po­koić. Kola­cja sma­ko­wała sąsia­dom. Gru­ba­ska pochło­nęła wła­śnie trze­ciego kur­czaka. Jej mąż Rufus, z zaczer­wie­nioną twa­rzą, opo­wia­dał gościom jakąś zabawną histo­rię. Ale gdzie jest Juliusz?

- Na pewno uga­nia się za jakąś panną - uspo­ka­jał ją Rufus, gdy sąsie­dzi zasie­dli do uczty. - Nie masz się o co mar­twić.

Tylko że Rufus nie wie­dział o mone­tach. I co Sek­stus miał z tym wspól­nego? Ni­gdy nie lubiła tego typa.

Gwiazdy świe­ciły jasno, a Mar­tina wciąż cze­kała. Nie umiała roze­znać się w swo­ich uczu­ciach. Minęła jej złość na Juliu­sza. Może spo­tkało go coś złego? Może zbyt pochop­nie rzu­cała na niego oskar­że­nia?

Lada chwila miał się poja­wić Sek­stus.

Czuła pod­nie­ce­nie. W końcu był męż­czy­zną. W taką cie­płą noc myśl o męż­czyź­nie przy­pra­wiała ją o dreszcz. Ale czy naprawdę go pra­gnęła? Przy­po­mniała sobie jego głę­boko osa­dzone oczy i krza­cza­ste boko­brody. Chyba jed­nak nie.

- Chcę tego mło­dego bok­sera - wyznała pół­gło­sem.

Ale to Sek­stus miał do niej przyjść. A gdy już się pojawi, łatwo się go nie pozbę­dzie. Wes­tchnęła. Zupeł­nie pogu­biła się w swo­ich uczu­ciach.

Nawet nad rzeką było cie­pło. Mała łódka sunęła cicho w świe­tle gwiazd, nie­siona nur­tem zmie­rza­ją­cym na wschód, ku morzu. Minęła nie­zau­wa­że­nie zakręt poni­żej Lon­di­nium.

Na dnie łodzi leżało nie­ru­chome ciało z twa­rzą zwró­coną ku noc­nemu niebu. Śmier­cio­no­śny nóż tak umie­jęt­nie zadał ranę, że męż­czy­zna pra­wie nie krwa­wił. Zwłoki obcią­żono bala­stem, żeby mogły natych­miast zato­nąć.

Jed­nak pozby­cie się trupa tylko pozor­nie było łatwe. Rzeka miała swoje tajemne wiry i prądy, zacho­wy­wała się kapry­śnie. Ciało wyrzu­cone w jed­nym miej­scu mogło wypły­nąć zupeł­nie gdzie indziej.

Ale kto mógł znać sekrety rzeki lepiej niż mary­narz?

Zoba­czyw­szy żonę z Sek­stu­sem, kapi­tan zdzi­wił się w pierw­szej chwili. Znał Sek­stusa z widze­nia, wie­dział, jak się nazywa. A list, jak pamię­tał, pod­pi­sany był literą J. Uznał jed­nak, że się pomy­lił. Nie J, ale nie­zdar­nie naba­zgrane S.

Zabił Sek­stusa, gdy ten ciem­nymi ulicz­kami podą­żał za Juliu­szem.

Teraz musiał tylko zde­cy­do­wać, co zro­bić z Mar­tiną. W pierw­szym odru­chu chciał ją uka­rać, żeby popa­mię­tała raz na zawsze. W kraju jego matki takie kobiety kamie­no­wano. Ale był mądrzej­szy. Trudno mu będzie zna­leźć rów­nie dobrą żonę. Zemścił się na jej kochanku. Na razie będzie ją dobrze trak­to­wał. Czas pokaże, co należy zro­bić dalej.

Jesie­nią 251 roku wyszła na jaw kra­dzież znacz­nej ilo­ści zło­tych i srebr­nych monet.

Śledz­two pro­wa­dził cen­tu­rion pod nad­zo­rem jed­nego z naj­wyż­szych urzęd­ni­ków guber­na­tora. Jed­nak spraw­ców nie udało się wykryć.

Nie­długo potem na roz­kaz guber­na­tora cen­tu­rion został nagle prze­nie­siony z kil­koma oddzia­łami do Caer­leon w Walii, gdzie miał wspo­ma­gać odbu­dowę wiel­kiej for­tecy. Daty jego powrotu nie wyzna­czono.

Los sprzy­jał Juliu­szowi. Matka ni­gdy nie wspo­mniała o tor­bie, a tajem­ni­cze znik­nię­cie Sek­stusa roz­wią­zało pro­blem.

Współ­praca z kapi­ta­nem roz­wi­jała się pomyśl­nie. Co wię­cej, kapi­tan, uznaw­szy, że pozbył się kochanka żony, ani przez chwilę nie podej­rze­wał, że Juliusz i Mar­tina mają romans. Kiedy rok póź­niej jego sta­tek zato­nął pod­czas rejsu, Juliusz prze­jął jego inte­res i oże­nił się z wdową.

Po przyj­ściu na świat ich dru­giego syna Juliusz został peł­no­praw­nym człon­kiem świą­tyni Mitry, co nie­zwy­kle ucie­szyło jego ojca.

W tym samym cza­sie w Rzy­mie poja­wiło się kilku sil­nych wład­ców, więc życie w Lon­di­nium, jak i w całym cesar­stwie, pły­nęło spo­koj­nie.

Ale jedna myśl nie dawała Juliu­szowi spo­koju. Wie­lo­krot­nie wra­cał w tam­ten rejon, nie­ustan­nie pro­wa­dził poszu­ki­wa­nia. Był pewien, że cen­tu­rion nie mógł zabrać ze sobą cięż­kiego skarbu. A zatem gdzieś nie­da­leko miej­sca, w któ­rym po raz ostatni widział wóz z osłem, znaj­do­wała się kry­jówka z wor­kami monet, któ­rych war­tość trudno było nawet osza­co­wać. Mijały mie­siące i lata, a Juliusz nie rezy­gno­wał z poszu­ki­wań. W dłu­gie let­nie wie­czory sta­wał na nabrzeżu albo wiel­kim murze ota­cza­ją­cym Lon­di­nium i patrząc na zacho­dzące słońce, myślał: gdzie, na bogów, jest to złoto?

Krzyż

Rok 604

Kobieta patrzyła na morze. Jej dłu­gie włosy opa­dały luźno na myśliw­ską suk­nię trze­po­czącą na wie­trze. Jasne, jesienne słońce wciąż znaj­do­wało się po wschod­niej stro­nie nieba.

Ostat­nie chwile jej wol­no­ści. Trzy dni spę­dziła w tych dzi­kich ostę­pach, które były jej schro­nie­niem, ale teraz musiała wra­cać. I pod­jąć osta­teczną decy­zję. Jakiej odpo­wie­dzi udzieli mężowi?

Był halig­mo­nath - święty mie­siąc, jak w kra­jach pogań­skiej pół­nocy nazy­wano wrze­sień.

Powy­żej ujścia Tamizy linia brze­gowa two­rzyła ogromny, wygięty ku wscho­dowi łuk, który wdzie­rał się na ponad sto kilo­me­trów w chłodne wody Morza Pół­noc­nego. Kobieta widziała przed sobą bez­kres sza­rych fal. Za nią aż po hory­zont roz­po­ście­rały się pła­skie moczary i wrzo­so­wi­ska, lasy i łąki. Po pra­wej stro­nie bez­ludne plaże cią­gnęły się na połu­dnie i osiem­dzie­siąt kilo­me­trów dalej zaokrą­glały się w sze­roką gar­dziel ucho­dzą­cej do morza rzeki.

Kobieta nazy­wała się Elfgiva, co w języku anglo­sa­skim zna­czyło "dar wró­żek". Bogato hafto­wana szata świad­czyła o szla­chet­nym uro­dze­niu. W wieku trzy­dzie­stu sied­miu lat docho­wała się już czte­rech doro­słych synów. Miała jasną cerę, ładne rysy i błę­kitne oczy. W zło­tych wło­sach poja­wiły się już siwe pasma, ale na­dal była piękną kobietą. Mogła­bym uro­dzić jesz­cze jedno dziecko, pomy­ślała. Może nawet córkę, któ­rej zawsze pra­gnęła. Ale co jej po córce, skoro sta­nęła przed strasz­nym wybo­rem?

Dwaj słu­dzy cze­ka­jący przy koniach nie widzieli udręki malu­ją­cej się na jej twa­rzy, ale domy­ślali się, co czuje. I żało­wali jej. Cała wio­ska wie­działa, że po dwu­dzie­stu pię­ciu latach szczę­śli­wego mał­żeń­stwa pan i pani nagle się poróż­nili.

- Ona jest dzielna - szep­nął jeden sta­jenny. - Ale czy da sobie radę?

- Nie sprze­ciwi się panu - odparł drugi. - Pan zawsze sta­wia na swoim.

- To prawda. Ale jest dumna - stwier­dził pierw­szy z podzi­wem.

Wśród Anglo­sa­sów kobie­cie nie­ła­two było zacho­wać dumę.

W ciągu ostat­nich dwóch stu­leci na wyspie zwa­nej Bry­ta­nią zaszły głę­bo­kie zmiany. Po pierw­sze, gdy cesar­stwo rzym­skie osta­tecz­nie upa­dło, Bry­ta­nia prze­stała być jego pro­win­cją. Po dru­gie, jak całe dawne cesar­stwo, została naje­chana.

Bar­ba­rzyń­skie ple­miona zawsze ata­ko­wały gra­nice Rzymu, jed­nak potężne pań­stwo albo sku­tecz­nie odpie­rało najazdy, albo wchła­niało wro­gów, czy­niąc z nich najem­ni­ków i osie­dleń­ców. Jed­nak od 260 roku, kiedy roz­ra­sta­jące się cesar­stwo podzie­liło się na regiony, napływu nikt nie był w sta­nie już kon­tro­lo­wać. A około 400 roku roz­po­częła się wielka wędrówka ludów - liczne ple­miona wschod­niej Europy wędro­wały na zachód, ucie­ka­jąc przed strasz­nymi Hunami z Azji. Pro­ces prze­bie­gał stop­niowo. Jed­nak powoli Goci, Lom­bar­do­wie, Bur­gun­do­wie, Fran­ko­wie, Sasi, Bawa­ro­wie, Sło­wia­nie i inni osie­dlali się na obrze­żach ziemi innych naro­dów, usta­na­wiali swoje ple­mienne tery­to­ria, naru­sza­jąc stary porzą­dek i cywi­li­za­cję Europy.

Tuż po roku 400 przy­ci­śnięty do muru cesarz rzym­ski wyco­fał z Bry­ta­nii wszyst­kie gar­ni­zony, wysy­ła­jąc miej­sco­wym wła­dzom suchą wia­do­mość: "Broń­cie się sami".

Począt­kowo wyspia­rze dawali sobie radę. Sku­tecz­nie bro­nili się w obwa­ro­wa­nych por­tach i mia­stach przed ata­kami ger­mań­skich pira­tów. Po kil­ku­dzie­się­ciu latach brali nawet do służby ger­mań­skich najem­ni­ków. Gdy jed­nak han­del z kon­ty­nen­tem zaczął pod­upa­dać, sprawy przy­brały gor­szy obrót. Coraz licz­niejsi miej­scowi przy­wódcy i wataż­ko­wie rywa­li­zo­wali ze sobą. A ger­mań­scy najem­nicy słali do swo­ich ziom­ków za morzem wia­do­mo­ści, że wyspa jest słaba i podzie­lona.

Ger­ma­nie wywo­dzili się z ple­mion zamiesz­ku­ją­cych nad­mor­skie rejony dzi­siej­szych Nie­miec i Danii. Byli to głów­nie Anglo­wie, Sasi oraz spo­krew­nieni z nimi Juto­wie. Więk­szość miała jasne włosy i nie­bie­skie oczy.

Napły­wali cią­głym stru­mie­niem, opa­no­wu­jąc Anglię ze wschodu na zachód. Cza­sem napo­ty­kali silny opór. Około roku 500 pewien wódz o rzym­sko-bry­tyj­skich korze­niach zmo­bi­li­zo­wał prze­ciwko nim połu­dniowo-wschod­nią część kraju, a jego postać, odkryta przez kro­ni­ka­rzy dużo póź­niej, dała począ­tek legen­dzie o królu Artu­rze.

Jed­nak mimo tych męż­nych prób oca­le­nia daw­nego świata wystar­czyło sto pięć­dzie­siąt lat, by nowi przy­by­sze stali się panami wyspy. Nie udało im się jedy­nie sko­lo­ni­zo­wać leżą­cych na zachod­nich rubie­żach Walii ani Szko­cji. Powoli zani­kały dawne łaciń­skie i cel­tyc­kie nazwy miast i rzek. Powstało kilka zna­czą­cych kró­lestw. Anglo­wie wła­dali na pół­nocy Nor­tum­brią i Mer­cją; Sasi mieli na zacho­dzie Wessex, w cen­trum Sus­sex, a na połu­dniu Kent. Ogromny nizinny obszar powy­żej ujścia Tamizy podzie­lony został na dwie czę­ści: pół­nocną, zwaną Anglią Wschod­nią, zajęli Anglo­wie, w połu­dnio­wej powstało saskie kró­lestwo Essex.

Elfgiva wra­cała do męża z Anglii Wschod­niej.

To był kraj jej dzie­ciń­stwa. Co roku odwie­dzała grób ojca. Tym razem miała nadzieję, że wyprawa da jej siłę. I tak się stało. Jakże się czuła szczę­śliwa, wędru­jąc po nad­mor­skich pla­żach i rów­ni­nach poprze­ci­na­nych jedy­nie liniami niskich piasz­czy­stych wydm scho­dzą­cych nad samą wodę. Kochała słony wiatr od morza, ostry i orzeź­wia­jący. Mówiono, że ten wiatr zapew­nia miesz­kań­com Anglii Wschod­niej dłu­go­wiecz­ność.

Kawa­łek drogi w głąb lądu leżało cmen­ta­rzy­sko - sku­pi­sko kur­ha­nów wyso­kich na może metr, roz­rzu­co­nych pomię­dzy kępami janowca i drze­wami nisko przy­kuc­nię­tymi od sil­nych wia­trów. Spę­dziła tam wiele godzin. W naj­więk­szym kur­ha­nie spo­czy­wał jej ojciec.

Jakże go kochała i podzi­wiała! Wypra­wiał się daleko na pół­noc i pew­nego razu przy­wiózł sobie żonę ze Szwe­cji. Był tak zna­ko­mi­tym żegla­rzem, że po śmierci pocho­wano go wraz z łodzią i wszyst­kimi insy­gniami. Na­dal sły­szała jego niski głos. Czy leżąc w gro­bie, wciąż marzył o wzbu­rzo­nych morzach? Czy bogo­wie pół­nocy ota­czali go opieką? Nie miała co do tego wąt­pli­wo­ści. Czyż nie byli jed­nej krwi? Czy jej lud nie nazwał dni tygo­dnia imio­nami bogów? Tues­day, czyli wto­rek, wywo­dził się od Tiwa, boga wojny; Woden albo Wotan, jak Ger­ma­nie nazy­wali naj­po­tęż­niej­szego z bogów, dał nazwę śro­dzie - Wednes­day; czwar­tek stał się Thurs­day, od Thora rzu­ca­ją­cego gromy; a Fri­day, pią­tek, zawdzię­czał swoją nazwę bogini miło­ści Frigg.

"Mój pra­dziad był naj­młod­szym bra­tem z kró­lew­skiego rodu - przy­po­mi­nał jej czę­sto ojciec. - Więc pocho­dzimy od samego Wodena". Pra­wie wszyst­kie kró­lew­skie rody szczy­ciły się tymi korze­niami. I rze­czy­wi­ście cza­sem wyda­wało się, że ojciec czer­pie swoje nie­prze­brane siły z nieba i z morza.

Całe to dzie­dzic­two prze­ka­zał jej synom, gdy byli jesz­cze w koły­sce. Sama uczyła ich, że są dziećmi morza, wia­tru i samych bogów. Co odpo­wie­działby ojciec na haniebne żąda­nie jej męża? Sto­jąc przy kur­ha­nie, wie­działa, jaką usły­sza­łaby odpo­wiedź. Dla­tego wła­śnie ta podróż, choć dodała jej sił, nie przy­nio­sła uko­je­nia.

Męż­czy­zna i jego młoda, ładna żona stali w kręgu, oto­czeni przez miesz­kań­ców wio­ski. Byli prze­ra­żeni.

Tak jak wszy­scy mieli na sobie pro­ste koszule i wyso­kie skó­rzane buty obwią­zane rze­mie­niem. Ale dwie kobiety już ścią­gały buty z dziew­czyny. Za chwilę zedrą z niej koszulę.

Zbrod­nię popeł­niono poprzed­niego dnia. I od razu odbył się pro­ces. Wyrok też wyko­nano by natych­miast, lecz star­szy­zna kazała go odło­żyć, bo nie mieli węża. Ale teraz gada już zła­pano.

Drwal ostroż­nie trzy­mał żmiję tuż za głową. Za chwilę zbliży ją do pło­ną­cych węgli drzew­nych, żeby ją roz­draż­nić.

Obok pary ska­zań­ców leżał worek obcią­żony kamie­niami. Dziew­czyna będzie musiała do niego wejść, gdy zedrą z niej odzie­nie. Ktoś wrzuci do środka żmiję, ktoś zawiąże worek sznu­rem. I wszy­scy będą patrzeć, jak tar­gają nim kon­wul­sje kąsa­nej kobiety. A potem na znak star­szy­zny wrzucą worek do rzeki, żeby zato­nął.

Taką wła­śnie karę wymie­rzano kobie­tom za czary.

Ich wina była nie­pod­wa­żalna. Przy­ła­pano ich na gorą­cym uczynku. Nikt się za nimi nie wsta­wił. Męż­czy­zna wpraw­dzie zapew­niał, że jego żona nie miała z tym nic wspól­nego, ale kto by na to zwa­żał? Dopu­ścił się zbrodni zaraz po wyj­ściu z chaty, a ona była wtedy w środku. W oczach wsi to czy­niło ją winną.

"Na pewno kazała mu to zro­bić", mówili nie­któ­rzy. "Nie pró­bo­wała go powstrzy­mać", wyro­ko­wali inni. Wycho­dziło na jedno. Doom - pra­dawne prawo Anglo­sa­sów było surowe i nie­zmienne.

- Do worka z nią! Do worka z nią! - wrzesz­czał tłum.

Offa, młody męż­czy­zna, budził wię­cej współ­czu­cia, ale jego los i tak był prze­są­dzony. To prawda, poka­zał hart ducha. Sprawa była oczy­wi­sta. Młoda żona Offy spodo­bała się jed­nemu z człon­ków star­szy­zny, czło­wie­kowi chy­tremu i pod­stęp­nemu. Chciał ją uwieść, a raz nawet pró­bo­wał ją zgwał­cić. Nie udało mu się, bo dziew­czyna zaczęła krzy­czeć. To wszystko. Nikomu nie stała się krzywda. Ale Offa kochał żonę i nie mógł znieść myśli, że stała się ofiarą takiej napa­ści. Nie­któ­rzy uwa­żali, że postra­dał rozum.

Gdyby tylko pobił rywala, sprawa roze­szłaby się po kościach. Podobne spory pomię­dzy zwa­śnio­nymi stro­nami roz­strzy­gano, wyzna­cza­jąc sto­sowne opłaty. Za obcię­cie komuś palca - tyle i tyle; obcię­cie ręki kosz­to­wało wię­cej. Ale mło­dzie­niec posu­nął się znacz­nie dalej. Nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, że żona musiała go pod­ju­dzać. Bo poprzed­niego dnia wyszedł z chaty i wbił igłę w ciało członka star­szy­zny. A to uzna­wano za czary.

Wbi­ja­nie igieł w kukły wro­gów było powszech­nym rytu­ałem magicz­nym. Nie­któ­rzy jed­nak wbi­jali igły wprost we wroga, a potem wzno­sili modły, by rana gniła i ropiała, i przy­nio­sła śmierć. Offę oskar­żono wła­śnie o tę potworną zbrod­nię. Nale­żał do wiej­skiej bie­doty, więc na unik­nię­cie kary nie miał szans.

Był nie­cier­pli­wym dwu­dzie­sto­let­nim mło­dzień­cem, szczu­płym i umię­śnio­nym, ale niż­szym niż więk­szość krzep­kich saskich wie­śnia­ków. Tak jak oni miał nie­bie­skie oczy, lecz odróż­niał się od nich ciem­nymi wło­sami. Wro­dzona lot­ność myśli i popę­dli­wość świad­czyły, że w jego żyłach pły­nie cel­tycka krew. Miał dwa znaki szcze­gólne: pasmo bia­łych wło­sów nad czo­łem i dziwną błonę pomię­dzy pal­cami obu dłoni. Na imię dano mu Offa, ale w wio­sce wołano na niego Kaczor.

Minęło pół­tora wieku od cza­sów, gdy jego przod­ko­wie, drobni kupcy, opu­ścili dawne rzym­skie mia­sto Lon­di­nium. Po wyco­fa­niu się rzym­skich legio­nów słu­żyli w straży miej­skiej i bez­sil­nie patrzyli na upa­dek metro­po­lii. A w 457 roku byli świad­kami przy­by­cia tysięcy ucie­ki­nie­rów z Kentu, szu­ka­ją­cych schro­nie­nia przed wiel­kimi siłami saskich rabu­siów. Obro­niły ich wtedy potężne mury wzmoc­nione dodat­ko­wymi bastio­nami i solidny mur wznie­siony na nabrzeżu, ale były to ostat­nie dni chwały mia­sta, począ­tek końca, który rychło nastą­pił. Sascy rol­nicy zaj­mo­wali zie­mię, mia­sta ich nie inte­re­so­wały. Stara metro­po­lia pusto­szała i pod­upa­dała coraz bar­dziej. W miarę upływu lat rodzina Offy ubo­żała coraz bar­dziej, aż w końcu któ­reś poko­le­nie wynio­sło się z Lon­di­nium. Dzia­dek Offy zara­biał na życie jako smo­larz w lasach Essexu, a ojciec, czło­wiek wesoły i skory do śpiewu, został zaadop­to­wany przez saską wio­skę. Pozwo­lono mu nawet oże­nić się z miej­scową kobietą. W ten spo­sób wie­śniacy stali się rodziną Offy - innej nie miał.

Nie była to nawet wieś, raczej nie­wielka osada na pola­nie poło­żo­nej nad jed­nym z licz­nych stru­mieni pły­ną­cych kręto przez lasy i moczary ku Tami­zie. Stało tu kilka kry­tych strze­chą chat i długa drew­niana sto­doła. Były też dwa poletka - jedno cze­kało na żniwa, dru­gie leżało odło­giem - oraz łąka i pastwi­sko, na któ­rym sku­bały trawę cztery krowy i koń z długą sier­ścią. Na brzegu cze­kała poma­lo­wana na czarno łódka. Wokół rosły dęby, jesiony i brzozy. Świ­nie ryły mięk­kie leśne pod­łoże, szu­ka­jąc orze­chów i żołę­dzi.

Pół­tora kilo­me­tra dalej bie­gła kie­dyś droga łącząca Lon­di­nium ze wschod­nim wybrze­żem, ale już dawno zaro­sła. Wio­ska nie była jed­nak cał­ko­wi­cie odcięta od świata, bo krę­tym leśnym trak­tem przy­by­wali tu cza­sem wędrowcy, a przez stru­mień prze­rzu­cono drew­niany mostek.

Offa nale­żał do naj­bied­niej­szych miesz­kań­ców osady. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści chło­pów nie miał nawet całego pola pod uprawę, czyli działki, którą mogła zaorać para wołów.

"Mam zale­d­wie jedną czwartą", uprze­dził swoją uko­chaną, gdy jesz­cze cho­dził do niej w zaloty. Żeby utrzy­mać się przy życiu, pra­co­wał dla innych. Lecz był wol­nym czło­wie­kiem. Chło­pem w saskiej wio­sce. Ale teraz, gdy tylko uto­pią jego żonę, spo­tka go straszna kara, gor­sza niż śmierć.

"Niech idzie tam, gdzie wilki", ogło­sił naczel­nik wio­ski. I żyje tak jak one - samotny i opusz­czony. Wyrzu­tek. Taką wła­śnie strasz­liwą karę wymie­rzano wol­nym ludziom. Wyrzu­tek nie miał żad­nych praw. Każdy mógł go zabić. Nikt by go nie przy­jął pod swój dach. Nikogo nie obcho­dził jego los. Tak mówiło doom, anglo­sa­skie prawo.

Ricola, jego żona, była już naga. Spoj­rzała na niego. Jej zazwy­czaj pogodna, okrą­gła twarz była bar­dzo blada. Wie­dział, że go kocha, ale w jej spoj­rze­niu wyczy­tał co innego: To przez cie­bie. Ja umrę, a ty nie.

Męż­czyźni patrzyli na nią pożą­dli­wie - i nic dziw­nego. Miała młode ponętne ciało. Różowa skóra, resztki dzie­cię­cej pulch­no­ści, mięk­kie, młode piersi. Dwóch męż­czyzn trzy­mało otwarty worek. Saska spra­wie­dli­wość była surowa.

- Wode­nie, ocal nas - szep­nął Offa, roz­glą­da­jąc się wokół z roz­pa­czą.

Prze­cież to nie­moż­liwe, żeby ich życie w ten spo­sób dobie­gło końca.

Elfgiva i jej ludzie jechali powoli. Mieli przed sobą zale­d­wie jeden dzień drogi, a ona wciąż nie pod­jęła decy­zji. I nie cho­dziło tylko o wypar­cie się wiary, tak dro­giej jej sercu. Miała szcze­gólny dar prze­wi­dy­wa­nia, a złe prze­czu­cia nawie­dzały ją coraz czę­ściej. Co to może zna­czyć? Czyżby bogo­wie chcieli jej coś powie­dzieć?

Niebo pokry­wały posępne chmury. Zasła­niały słońce. Wędrowcy znaj­do­wali się na dzi­kim pust­ko­wiu - niskie drzewa, wypa­lona trawa, bru­natne papro­cie. Elfgiva zamy­śliła się głę­boko. Przy­po­mniały jej się słowa ojca sprzed wielu lat: "Kiedy żeglarz wyru­sza w morze, przy­go­to­wuje sta­tek, wyzna­cza kurs i sta­wia żagiel. Nic wię­cej nie może zro­bić. Nie wie, jakie sztormy napo­tka, jakie zie­mie odkryje, nie wie nawet, czy wróci do domu. To jest wła­śnie prze­zna­cze­nie i musisz je przy­jąć. Przed prze­zna­cze­niem nie da się uciec".

Wyrd - takim sło­wem Anglo­sasi nazy­wali prze­zna­cze­nie. Wyrd było nie­wi­doczne, ale wszy­scy mu pod­le­gali. Nawet bogo­wie. Oni byli akto­rami, a wyrd opo­wie­ścią. Wyrd kryło się ponad nie­bem i ponad górami, nad któ­rymi prze­ta­czało się echo gromu Thora. Nie było ani złe, ani dobre, było nie­po­zna­walne. Wyła­niało się zewsząd - z ziemi, z roz­ko­ły­sa­nego morza, z sza­rej otchłani nieba. Wszy­scy Anglo­wie, Sasi i Nor­ma­no­wie wie­dzieli, czym jest wyrd - decy­do­wało o życiu i śmierci, nada­wało ich pie­śniom i poezji fata­li­styczny ton.

O wszyst­kim prze­są­dzi los.

- Posta­no­wię, co mu odpo­wie­dzieć, gdy się spo­tkamy - mruk­nęła Elfgiva. A w nocy pomo­dli się do Wodena i Frigg.

Doje­chali do stru­mie­nia. Nurt był w tym miej­scu głę­boki. Gdyby chcieli prze­pra­wić się na drugi brzeg, prze­mo­kłaby do suchej nitki. Elfgiva zaczęła szu­kać płyt­szego brodu. Nagle zauwa­żyła mały mostek i dziwną grupę ludzi. Zmu­siła konia do galopu.

Offa patrzył ze zdzi­wie­niem na piękną kobietę - chyba bogo­wie przy­wie­dli ją na to odlu­dzie. Dosia­dała wspa­nia­łego rumaka.

- Co ona zro­biła? - Kobieta przy­glą­dała się nagiej dziew­czy­nie z cie­ka­wo­ścią.

Naczel­nik wio­ski wyja­śnił jej to w kilku sło­wach. Elfgiva obrzu­ciła wzro­kiem gro­madę ludzi. Zadrżała na widok żmii i worka. Ponow­nie przyj­rzała się z uwagą mło­dej parze. Tra­fiła do tej ukry­tej w lasach wio­ski przy­pad­kiem. Dla­czego prze­zna­cze­nie przy­wio­dło ją tu wła­śnie w tej chwili? Może po to, by oca­liła czy­jeś życie. Wobec strasz­nego losu cze­ka­ją­cego ska­zań­ców jej wła­sne pro­blemy jakby przy­bla­dły. Poczuła nawet coś w rodzaju zazdro­ści. Oni byli mło­dzi. A ten męż­czy­zna zapewne kocha swoją żonę do sza­leń­stwa.

- Ile za nich chce­cie?

- Słu­cham?

- Kupuję ich. Będą moimi nie­wol­ni­kami.

Naczel­nik wio­ski zawa­hał się. Prawo dopusz­czało nie­wolę jako karę za nie­które prze­stęp­stwa. Nie był jed­nak pewien, czy w tym przy­padku można zasto­so­wać tę zasadę.

Elfgiva wyjęła monetę z sakiewki wiszą­cej u pasa. Sasi nie bili wła­snych monet, posłu­gi­wali się walutą przy­wo­żoną przez zamor­skich kup­ców. Moneta była ze złota. Wie­śniacy patrzyli na nią pożą­dli­wie. Wielu ni­gdy dotąd nie widziało zło­tej monety, ale naczel­nik i kilku innych męż­czyzn zda­wali sobie sprawę z jej war­to­ści.

- Chce­cie ich oboje, pani? - spy­tał naczel­nik. Wolałby, żeby naga dziew­czyna skoń­czyła w worku ze żmiją.

- Oboje.

Od razu się zorien­to­wał, czego pra­gnie wieś. Dał znak kobie­tom. Puściły dziew­czynę, a ona ubrała się pospiesz­nie.

- Obciąć im włosy - roz­ka­zała Elfgiva jed­nemu ze słu­żą­cych. W taki spo­sób nazna­czała swo­ich nie­wol­ni­ków. Offa i jego żona byli tak prze­ra­żeni, że pod­dali się potul­nie temu zabie­gowi. Elfgiva wrę­czyła naczel­ni­kowi monetę.

- Teraz jeste­ście moją wła­sno­ścią - zwró­ciła się do mło­dych. - Macie iść za mną.

Prze­pra­wili się most­kiem na drugą stronę stru­mie­nia.

Przez jakiś czas posu­wali się w mil­cze­niu. Offa zauwa­żył, że kie­rują się na zachód.

- Dokąd zdą­żamy, pani? - spy­tał w końcu.

Elfgiva odwró­ciła głowę.

- Daleko. Do małej osady han­dlo­wej, o któ­rej pew­nie nawet nie sły­sze­li­ście. - Uśmiech­nęła się. - Nazywa się Lun­den­wic.

Bez względu na to, co osta­tecz­nie miało zgo­to­wać jej prze­zna­cze­nie, los Elfgivy leżał w dło­niach potęż­nego czło­wieka, który podą­żał teraz rów­no­le­głym szla­kiem bie­gną­cym trzy­dzie­ści kilo­me­trów na połu­dnie.

"Elfgi­vie nie brak odwagi, ale z Cer­di­kiem nikt nie wygra", mawiali zgod­nie ci, któ­rzy znali jej męża. To, co wyda­rzyło się poprzed­niego dnia, i to, co Cer­dic zapla­no­wał naza­jutrz, roz­wie­wało wszel­kie wąt­pli­wo­ści: "Elfgiva nie ma szans".

Cer­dic jechał jed­no­staj­nym tem­pem. Wpraw­dzie od żony dzie­liło go teraz trzy­dzie­ści kilo­me­trów w linii pro­stej, ale rów­nie dobrze mógłby być na dru­gim końcu świata. Znaj­do­wał się bowiem po prze­ciw­nej stro­nie ujścia Tamizy, wśród wiel­kich kre­do­wych wzgórz Kentu.

Kon­trast pomię­dzy dwoma brze­gami wiel­kiej rzeki był ogromny. W Anglii Wschod­niej teren był pła­ski i nizinny, nato­miast Kent prze­ci­nały bie­gnące ku wscho­dowi łań­cu­chy wzgórz, które na końcu swo­jej wędrówki opa­dały w morze stro­mymi kli­fami. Pomię­dzy pasmami wzgórz leżały sze­ro­kie doliny, wschod­nią część pół­wy­spu pokry­wały roz­le­głe, pofał­do­wane łąki, a zachod­nią gęste lasy, pola i sady.

Elfgiva pocho­dziła z dzi­kiego, nie­okieł­zna­nego wybrzeża. Cer­dic z upo­rząd­ko­wa­nego Kentu.

Jego rodzina przy­była do zachod­niej czę­ści Kentu w cza­sach, gdy Sasi i Juto­wie zakła­dali tu swoje pierw­sze osie­dla. Do dziś te wło­ści były ich gniaz­dem rodo­wym, jed­nak Cer­dic, gdy był jesz­cze młody, zbu­do­wał nową sie­dzibę w osa­dzie Lun­den­wic nad Tamizą. Kupo­wał dostar­czane przez kup­ców towary, wysy­łał je dalej, wypra­wiał się z parą jucz­nych koni do naj­dal­szych zakąt­ków wyspy. Han­del zapew­nił mu bogac­two.

Cer­dic był typo­wym Sasem - potęż­nym, szorst­kim w obej­ściu męż­czy­zną o jasnych wło­sach i nie­bie­skich oczach. Miał bujną brodę, ale włosy na gło­wie zaczy­nały mu już rzed­nąć. Gdy wpa­dał w złość - a miał krewki tem­pe­ra­ment - czer­wie­niał na twa­rzy, jakby za chwilę miała go dopaść apo­plek­sja. Jed­no­cze­śnie sze­roka ger­mań­ska twarz z wysta­ją­cymi kośćmi policz­ko­wymi świad­czyła o jego wyra­cho­wa­niu i bez­względ­nej sile. "Jest silny jak byk i twardy jak dąb", mawiali jego ludzie. Powszech­nie uwa­żano też, że podob­nie jak jego ojciec dożyje póź­nego wieku: "Ta rodzina jest za prze­bie­gła, żeby pospiesz­nie odcho­dzić z tego świata".

Cer­dica wyróż­niały dwie cechy. Pierw­szą było to, że ni­gdy nie łamał danego słowa. W han­dlu sta­no­wiło to wielką zaletę. Drugi rys cha­rak­teru wywo­ły­wał cza­sem u jego przy­ja­ciół pod­szytą drwiną weso­łość, ale naj­czę­ściej budził podziw, a nawet lęk.

Według Cer­dica na każdą kwe­stię można było spoj­rzeć tylko z dwóch stron. Każda decy­zja - bez względu na to, czy doty­czyła dzia­ła­nia, oceny dru­giego czło­wieka czy prze­są­dza­nia o czy­jejś winie lub nie­win­no­ści - była albo dobra, albo zła. A gdy Cer­dic pod­jął decy­zję, jego inte­li­gentny umysł zatrza­ski­wał się jak żela­zna pułapka. "W jego oczach świat jest czarno-biały. Żad­nych odcieni sza­ro­ści", mawiali jego towa­rzy­sze.

To nie wró­żyło dobrze jego żonie. Cer­dic wra­cał wła­śnie z Can­ter­bury, z dworu swo­jego pana króla Etel­berta5.

A król Etel­bert był chrze­ści­ja­ni­nem.

Gdy przo­dek Offy Juliusz fał­szo­wał w Lon­di­nium monety, chrze­ści­jań­stwo było wciąż sto­sun­kowo nie­wielką sektą, nie­kiedy prze­śla­do­waną. Jed­nak w następ­nym stu­le­ciu, po nawró­ce­niu się cesa­rza Kon­stan­tyna, stało się reli­gią pań­stwową, któ­rej sto­licą mia­no­wano Rzym. W Bry­ta­nii i innych pro­win­cjach budo­wano kościoły, zazwy­czaj w miej­scach sta­rych świą­tyń pogań­skich. Bry­tyj­ski Kościół nabrał zna­cze­nia. Jesz­cze kil­ka­dzie­siąt lat po wyco­fa­niu się Rzy­mian bry­tyj­scy biskupi jeź­dzili do dale­kich kra­jów na synody. "Ale to my pła­ci­li­śmy za ich podróż, bo byli bar­dzo biedni", przy­po­mi­nali biskupi w Ita­lii.

Jed­nak przy­byli póź­niej Anglo­sasi byli zatwar­dzia­łymi poga­nami. Chrze­ści­ja­nie sta­wiali im opór, lecz odcięci od głów­nego cen­trum reli­gij­nego, utra­cili wpływy. Na ponad sto lat.

Nie wszystko jed­nak zostało stra­cone. W Bry­ta­nii poja­wili się misjo­na­rze. Z Irlan­dii nawró­co­nej nieco wcze­śniej przez świę­tego Patryka przy­by­wali cel­tyccy mnisi - ludzie sil­nej wiary, przy­wią­zani do cel­tyc­kiej sztuki. Na pół­nocy wyspy, nie­da­leko gra­nicy ze Szko­tami, wzno­szono klasz­tory. Ale pra­wie cała Anglia na­dal pozo­sta­wała we wła­da­niu nor­dyc­kich bogów. Lecz teraz to miało się zmie­nić.

Bo oto w roku 597 papież powie­rzył mni­chowi Augu­sty­nowi misję nawró­ce­nia Anglo­sa­sów na praw­dziwą wiarę. Augu­styn przy­był wprost do Can­ter­bury na połu­dniowo-wschod­nim skrawku Kentu.

Can­ter­bury miało dogodne poło­że­nie. Usa­do­wione na nie­wiel­kim wzgó­rzu na krańcu pół­wy­spu jesz­cze za cza­sów Rzy­mian stało się waż­nym ośrod­kiem mają­cym połą­cze­nie z naj­waż­niej­szymi por­tami Kentu, takimi jak Dover, które od kon­ty­nentu euro­pej­skiego dzie­liło zale­d­wie trzy­dzie­ści kilo­me­trów. Dla wędrow­ców przy­by­wa­ją­cych z Europy Can­ter­bury było pierw­szym znacz­nym mia­stem. Ale waż­niej­sze od geo­gra­fii wyda­wało się to, że król Etel­bert oże­nił się z fran­koń­ską księż­niczką, któ­rej naród już wcze­śniej przy­jął chrze­ści­jań­stwo. I to wła­śnie osoba kró­lo­wej spra­wiła, że Kościół skie­ro­wał swoją uwagę na Can­ter­bury. W owych cza­sach obo­wią­zy­wała pro­sta zasada: "Wystar­czy nawró­cić króla, reszta pod­da­nych pój­dzie za nim".

"A tobie, mój drogi Cer­dicu, ufam bez­gra­nicz­nie". Zale­d­wie wczo­raj siwo­brody król Etel­bert poło­żył mu dłoń na ramie­niu. Kró­lowa Berta uśmie­chała się z apro­batą. To prawda, mogli mu ufać. W końcu jego przod­ko­wie byli lojal­nymi towa­rzy­szami pierw­szych kró­lów Kentu. A król Etel­bert ofia­ro­wał jego ojcu pier­ścień - naj­bar­dziej wymowny sym­bol więzi pana z pod­da­nym. "Zawsze jesteś mile widziany na naszym dwo­rze", zapew­niła kró­lowa.

Wedle miary sta­ro­żyt­nego świata sie­dziba kró­lów Kentu była mała i wręcz pro­stacka. Tam, gdzie kie­dyś stało rzym­skie forum, świą­ty­nia, łaź­nie i inne kamienne budowle, znaj­do­wało się ogro­dzone pali­sadą obej­ście z dłu­gim, podob­nym do sto­doły domem z bali kry­tym wysoką strze­chą. Tak wyglą­dał dwór króla Etel­berta. W nie­wiel­kiej odle­gło­ści widać było inne skromne obej­ście, tam jed­nak stała na środku budowla bar­dziej godna uwagi. Wpraw­dzie mniej­sza niż kró­lew­ski dwór i też podobna do sto­doły, ale wznie­siona z kamie­nia.

Kate­drę w Can­ter­bury zbu­do­wał mnich Augu­styn. W owym cza­sie był to chyba jedyny kamienny budy­nek w całej Anglii. Można było go uznać za pry­mi­tywny, ale jego powsta­nie sta­no­wiło punkt zwrotny w histo­rii wyspy.

- Mając taką pla­cówkę w Can­ter­bury - powie­działa kró­lowa żar­li­wie - możemy roz­po­cząć dzieło apo­stol­skie.

Cer­dic zoba­czył wtedy, jak ambitny jest to plan. Misjo­na­rze mieli wyru­szyć na pół­noc wzdłuż wschod­niego wybrzeża. Ale naj­pierw nale­żało umoc­nić pozy­cje po obu stro­nach ujścia Tamizy, co ozna­czało, że po władcy Kentu wiarę chrze­ści­jań­ską ma przy­jąć król Essexu.

- To mój bra­ta­nek - tłu­ma­czył Etel­bert. - Chęt­nie się nawróci przez sza­cu­nek dla mojej osoby. Ale - król skrzy­wił się lekko - nie­któ­rzy jego pod­dani mogą sta­wiać opór. - Spoj­rzał uważ­nie na Cer­dica. - Jesteś lojal­nym pod­da­nym Kentu. I pro­wa­dzisz han­del na pół­noc­nym wybrzeżu, w Lun­den­wic, czyli na tery­to­rium mojego bra­tanka. Chcę, żebyś oka­zał misjo­na­rzom wszelką pomoc.

Cer­dic ski­nął głową.

- Tak jest.

- Pojawi się tam biskup i zbu­duje nową kate­drę - dorzu­ciła kró­lowa Berta z zapa­łem. - Powiemy mu, że może na cie­bie liczyć.

Cer­dic się ukło­nił. Przy­po­mniał sobie jed­nak, że król Essexu ma kilka sie­dzib. Zapy­tał więc:

- A gdzie ten biskup zamie­rza zbu­do­wać swoją świą­ty­nię?

Król się roze­śmiał.

- Mój drogi przy­ja­cielu, widzę, że nie zro­zu­mia­łeś. - Pomimo uśmie­chu miał poważny wzrok. - Kate­dra powsta­nie w Lun­den­wic.

Wcze­snym wie­czo­rem Cer­dic dotarł do celu, który wyzna­czył sobie na ten dzień. Po wyru­sze­niu z Can­ter­bury jechał daw­nym rzym­skim trak­tem - dziś zaro­śnię­tym krza­kami i trawą - pro­wa­dzą­cym do ujścia rzeki Medway. Leżała tu skromna saska osada Roche­ster. Jed­nak zamiast podą­żać trak­tem dalej, w kie­runku daw­nego Lon­di­nium, Cer­dic skie­ro­wał się w głąb lądu. Poko­nał strome pasmo wzgórz prze­ci­na­jące pół­nocny Kent, aż w końcu dotarł na wyżynę na połu­dniu. Uśmiech­nął się. Był u sie­bie.

Oko­liczne zie­mie od stu lat nale­żały do rodziny Cer­dica. Tuż poni­żej szczy­tów leżała wio­ska, nieco dalej stał kryty strze­chą dwór, a za nim dzie­dzi­niec oto­czony zabu­do­wa­niami gospo­dar­skimi. Stam­tąd teren obni­żał się i dłu­gim, zale­sio­nym sto­kiem scho­dził na dno doliny. Miej­sce to nosiło nazwę Boc­ton.

W skład roz­le­głych wło­ści wcho­dziły pola, jabło­niowe sady i dąbrowy. Był tu kamie­nio­łom, w któ­rym Rzy­mia­nie wydo­by­wali kie­dyś twardy wapień.

Gdy Cer­dic sta­wał w tym miej­scu, na jego twa­rzy poja­wiał się łagodny uśmiech szczę­ścia. Powo­dem był nie­wia­ry­god­nie piękny kra­jo­braz. Patrząc na połu­dnie, widać było dużą zale­sioną dolinę, sze­roką na trzy­dzie­ści kilo­me­trów, zwaną Weald. Tym wido­kiem, naj­pięk­niej­szym w całej połu­dnio­wej Anglii, mogło się cie­szyć kilka innych posia­dło­ści poło­żo­nych na paśmie wzgórz. Mówiąc "Jestem u sie­bie", Cer­dic miał na myśli nie tylko dom, ale przede wszyst­kim wspa­niałą pano­ramę.

Ale dziś nie przy­był tu po to, żeby podzi­wiać widoki. Naza­jutrz zamie­rzał zło­żyć wizytę w innej posia­dło­ści. Celu nie wyja­wił jed­nak nikomu.

Offa i Ricola zaska­ku­jąco szybko doszli do sie­bie po strasz­nych prze­ży­ciach. Pogo­dzili się z losem i jesz­cze przed przy­by­ciem do nowego domu odzy­skali dobry humor.

- Nie zosta­niemy nie­wol­ni­kami na długo - zapew­niał Offa. - Już ja coś wymy­ślę.

Ricola, choć była bar­dziej roz­sądna, chęt­nie w to uwie­rzyła.

Już następ­nego dnia Offę wysłano do męż­czyzn pra­cu­ją­cych przy sia­no­ko­sach.

- Będzie cię pil­no­wał nad­zorca mojego męża. Masz go we wszyst­kim słu­chać - pole­ciła Elfgiva.

Ricola miała poma­gać kobie­tom.

Począt­kowo oboje byli tak zapra­co­wani, że nie mieli czasu, by roz­my­ślać o swo­jej sytu­acji. Ale Offa obser­wo­wał wszystko uważ­nie. Lun­den­wic podo­bało mu się coraz bar­dziej.

Nie było to miej­sce ważne na mapie Anglii. Pobli­ski bród umoż­li­wiał wpraw­dzie prze­prawę przez rzekę, ale osada leżąca na ple­mien­nym pasie ziemi niczy­jej pomię­dzy saskimi kró­le­stwami, Ken­tem i Esse­xem, nie miała szcze­gól­nego zna­cze­nia.

Sasi, któ­rzy za cza­sów mło­do­ści ojca Cer­dica zało­żyli tu nie­wielką osadę, nie inte­re­so­wali się opu­sto­sza­łymi ruinami Lon­di­nium na pobli­skich wzgó­rzach. Nie zapusz­czali się też w oko­lice leżące nieco dalej w górę rzeki, do małej wyspy w pobliżu brodu, bo tam­tej­szy teren był pod­mo­kły. Wybrali miej­sce w poło­wie drogi mię­dzy wyspą i wzgó­rzami. Rzeka two­rzyła tu zakręt, a pół­nocny brzeg opa­dał łagod­nie ku wodzie. Sasi zbu­do­wali przy­stań, a samo miej­sce nazwali Lun­den­wic. Lun­den pocho­dziło od sta­rej cel­tycko-rzym­skiej nazwy Lon­di­nos, a wic w języku Anglo­sa­sów ozna­czało "port" albo "pla­cówka han­dlowa".

Powy­żej drew­nia­nego pomo­stu stało kilka budyn­ków oto­czo­nych moc­nym ogro­dze­niem z wikliny: sto­doła, obora, dwa spi­chle­rze i dom Cer­dica. Wszyst­kie zabu­do­wa­nia, zarówno mniej­sze, jak i więk­sze, były par­te­rowe i miały kształt pro­sto­kąta. Drew­niane ściany o wyso­ko­ści zale­d­wie pół­tora metra umoc­niono od zewnątrz pokry­tymi dar­nią nasy­pami. Kryte strze­chą dachy były strome i wyso­kie na sześć metrów. Do każ­dego domu pro­wa­dziły solidne drew­niane drzwi. W sie­dzi­bie samego Cer­dica wcho­dziło się na drew­nianą pod­łogę pokrytą sito­wiem. Wnę­trze było cie­płe i prze­stronne, choć dość ciemne, bo przy zamknię­tych drzwiach świa­tło wpa­dało jedy­nie przez otwory w dachu, któ­rymi ucho­dził dym z umiesz­czo­nego na środku pale­ni­ska. Tu wła­śnie wszy­scy domow­nicy zbie­rali się na posiłki. Oprócz sie­dziby pana w osa­dzie było kilka nie­du­żych chat - w najmniej­szej zakwa­te­ro­wano Offę i Ricolę.

Miej­sce było naprawdę piękne. Tra­wia­sty pół­nocny brzeg wypię­trzył się na tyle, że widać było z niego duży odci­nek rzeki i mokra­dła po dru­giej stro­nie. Na prawo, w odle­gło­ści pół­tora kilo­me­tra, znaj­do­wał się bród, a na lewo, w tej samej odle­gło­ści, pomię­dzy drze­wami prze­świe­cały ogromne rzym­skie ruiny. Z połu­dnio­wego brzegu naprze­ciwko wysu­wała się żwi­rowa mie­rzeja.

- To naj­lep­sze miej­sce do łowie­nia ryb - powie­dział któ­ryś z męż­czyzn.

Po potęż­nym rzym­skim moście, który kie­dyś spi­nał tu oba brzegi, pozo­stały jedy­nie gni­jące pale.

Lun­den­wic było małe, ale Offa wkrótce się prze­ko­nał, że pano­wał tu zadzi­wia­jący ruch.

- Pan spę­dza wię­cej czasu tutaj niż w Boc­ton - sły­szał od ludzi.

Z dale­kich miejsc w głębi lądu przy­by­wały do Lun­den­wic liczne łodzie, a od ujścia Tamizy przy­pły­wały nawet statki Nor­ma­nów, Fry­zów i Ger­ma­nów. W skła­dach leżała cera­mika, bele wełny, pięk­nie kute mie­cze i wyroby saskiego kowal­stwa. Były też budy dla psów.

- Cią­gle pytają nas o psy myśliw­skie - wyja­śnił nad­zorca.

Ale naj­więk­szą cie­ka­wość Offy wzbu­dził dom sto­jący na ubo­czu. Też był przy­sa­dzi­sty i kryty strze­chą, ale znacz­nie dłuż­szy i węż­szy od pozo­sta­łych. Miał tak niski dach, że w środku ledwo można było stać. Po obu stro­nach znaj­do­wały się nie­wiel­kie zagrody jakby dla świń lub drob­nego inwen­ta­rza. Do słu­pów przy­mo­co­wano łań­cu­chy.

- Te łań­cu­chy są do czego? - spy­tał Offa.

Nad­zorca spoj­rzał na niego z ukosa.

- Dla naszego naj­cen­niej­szego towaru. To na nim pan bogaci się naj­bar­dziej - odpo­wie­dział cicho.

Offa zro­zu­miał. Zarówno przed przy­by­ciem Rzy­mian, jak i teraz wyspa sły­nęła z nie­wol­ni­ków. Sprze­da­wano ich w całej Euro­pie. Sam papież, jesz­cze zanim wysłał Augu­styna do Bry­ta­nii, zoba­czyw­szy na targu jasno­wło­sych nie­wol­ni­ków, miał podobno zawo­łać: "To nie są Anglo­wie, ale anio­ło­wie!".

Nie­wol­ni­ków nie bra­ko­wało. Jedni tra­fiali w nie­wolę po prze­gra­nych woj­nach, które cza­sem wybu­chały pomię­dzy roz­ma­itymi anglo­sa­skimi kró­le­stwami. Inni karani byli w ten spo­sób za prze­stęp­stwa. Jed­nak więk­szość spo­ty­kał ten los nie z powodu wojen czy najaz­dów okrut­nych han­dla­rzy, lecz dla­tego, że z biedy sprze­da­wały ich wła­sne rodziny.

- Fry­zyj­czycy co roku przy­jeż­dżają po towar - powie­dział nad­zorca. - Macie szczę­ście, że to pani was kupiła. Gdy­by­ście nale­żeli do pana, odpły­nę­li­by­ście na naj­bliż­szym statku - dorzu­cił z uśmie­chem.

Cer­dic przed­sta­wił Elfgi­vie swoje ulti­ma­tum dru­giego dnia po powro­cie. Zro­bił to na osob­no­ści. Nawet ich syno­wie nie wie­dzieli o tej roz­mo­wie. Wyłusz­czył sprawę krótko i bez ogró­dek.

- Jeśli nie będziesz mi posłuszna, wezmę sobie drugą żonę.

- Oprócz mnie?

- Nie. Zamiast cie­bie.

Te słowa zapie­kły Elfgivę do żywego. Wie­działa, że jej mąż się nie cof­nie.

Nikt nie mógł mu tego zabro­nić. Anglo­sa­skie prawo doty­czące kobiet mówiło wyraź­nie: żona jest wła­sno­ścią męża. Zapła­cił za nią. Mógł poślu­bić wię­cej żon, jeśli taka była jego wola. A jeśli ona dopu­ściła się cudzo­łó­stwa, miał prawo ją wygnać, a rywal musiał mu to wyna­gro­dzić, dostar­cza­jąc nową kobietę. Mężowi wolno było też odda­lić żonę, a na jej miej­sce wziąć sobie nową.

Co nie zna­czy, że wszyst­kie kobiety żyły w uci­sku. Elfgiva znała takie, które umiały okrę­cić sobie mężów wokół palca. Ale prawo stało po stro­nie Cer­dica.

- Twój wybór - cią­gnął Cer­dic. - Gdy biskup przy­je­dzie, będziesz musiała się ochrzcić, nasi syno­wie też. Jeśli odmó­wisz, będę miał wolną rękę. Zro­bisz, jak będziesz chciała.

We wła­snych oczach Cer­dic postę­po­wał uczci­wie i etycz­nie. Dla niego sprawa była pro­sta. Jako wierny pod­dany króla Etel­berta ochrzcił się na początku roku. Współ­czuł żonie, ale jej obo­wiąz­kiem było posłu­szeń­stwo. Przez tyle lat bar­dzo się kochali, więc jej odmowa tym bar­dziej go zabo­lała. Im dłu­żej się nad tym zasta­na­wiał, tym mniej miał wąt­pli­wo­ści: z tej sytu­acji były dwa wyj­ścia, dobre i złe. Albo białe, albo czarne. Elfgiva powinna znać swoje powin­no­ści. Dal­sze dywa­ga­cje są bez­ce­lowe, czy się to komuś podoba, czy nie.

Oczy­wi­ście Cer­dic nie wie­dział, że Kościół chrze­ści­jań­ski nie pochwala ani poli­ga­mii, ani roz­wo­dów. Ale to nie była jego wina. Misjo­na­rze, mimo że byli ludźmi odważ­nymi i goto­wymi do naj­więk­szych poświę­ceń, kie­ro­wali się prag­ma­ty­zmem, więc w kwe­stii odwiecz­nych zwy­cza­jów wyzna­wali pro­stą zasadę: "Naj­pierw niech się nawrócą, potem będziemy zmie­niać ich oby­czaje". Wyko­rze­nie­nie poli­ga­mii wśród Anglo­sa­sów nie udało się misjo­na­rzom jesz­cze przez kilka następ­nych poko­leń.

Mówiąc o nowej żonie, Cer­dic miał na myśli córkę wła­ści­ciela wło­ści przy­le­ga­ją­cych do Boc­ton.

"Liczy­łem, że wydam ją za któ­re­goś z two­ich synów, a nie za cie­bie", powie­dział ojciec wybranki, gdy Cer­dic zja­wił się u niego poprzed­niego dnia. W końcu umó­wili się, że jeśli Cer­dic oddali żonę, dziew­czyna przy­pad­nie jemu, a jeśli nie - jego naj­star­szemu synowi. Dziew­czyna była ładna, miła i roz­sądna. Wycho­wała się w Ken­cie, gdzie prze­strze­gano prawa. Zgo­dziła się na chrzest.

Powi­nie­nem był od razu oże­nić się z kimś takim jak ona, myślał Cer­dic, jadąc z Boc­ton do Lun­den­wic. Nie spra­wia­łaby mi takich kło­po­tów jak Elfgiva, dzika i nie­okieł­znana jak wybrzeża Anglii Wschod­niej.

Do tego dziew­czyna była młoda. Czyżby o to też mu cho­dziło? W obec­no­ści tej świe­żej pięt­na­sto­latki czuł, że krew żywiej krąży mu w żyłach. Oba­wiał się utraty sił wital­nych? Nie, zapew­niał sie­bie w myślach, to mi jesz­cze nie grozi przez dłu­gie lata. Gdyby Elfgiva zacho­wy­wała się jak na żonę przy­stało, nie musia­łaby się niczego oba­wiać.

Sły­sząc upo­ka­rza­jące ulti­ma­tum, Elfgiva pochy­liła głowę. Nawet nie zapy­tała, kim jest druga kobieta. Nie ode­zwała się ani sło­wem.

Następ­nego dnia Cer­dic posta­no­wił roz­mó­wić się z synami.

Cze­kał na to spo­tka­nie z pewną nie­cier­pli­wo­ścią. Oczy­wi­ście uwa­żał, że syno­wie powinni mu się pod­po­rząd­ko­wać, a zara­zem byłby roz­cza­ro­wany, gdyby nie oka­zali żad­nego sprze­ciwu.

Są jak młode byczki, powta­rzał sobie. Ale ja na­dal mam dość siły, by ich poskro­mić. Więc teraz, sto­jąc przed nimi, mówił ostro i sta­now­czo. Nie chciał jesz­cze ujaw­niać, czym zagro­ził ich matce. Zapo­wie­dział jedy­nie przy­by­cie biskupa i przed­sta­wił prośbę króla Etel­berta.

- Jeste­śmy jego pod­da­nymi - przy­po­mniał. - Dla­tego przyj­mie­cie nową reli­gię tak jak ja.

Czte­rej mło­dzieńcy wyglą­dali na zakło­po­ta­nych. Zapewne oma­wiali wcze­śniej tę kwe­stię mię­dzy sobą, bo spoj­rzeli na naj­star­szego, krzep­kiego dwu­dzie­stocz­te­ro­latka, a ten prze­mó­wił w ich imie­niu:

- Czy wyrze­cze­nie się naszych bogów jest rze­czy­wi­ście powin­no­ścią wobec króla?

- Jego bogo­wie są naszymi bogami. A ja jestem jego pod­da­nym. Król Essexu przy­rzekł już posłu­szeń­stwo Etel­ber­towi - powie­dział Cer­dic zachę­ca­jąco.

- Sły­sze­li­śmy o tym. Ale jego syno­wie odmó­wili, nie zamie­rzają pójść w ślady ojca. Oświad­czyli, że nie będą czcić nowego boga.

Cer­dic poczer­wie­niał na twa­rzy. Nie wie­dział o tym, ale w lot pojął, czym to grozi.

- Ksią­żęta Essexu będą posłuszni roz­ka­zom ojca - stwier­dził sta­now­czo.

- Jak możesz od nas wyma­gać, byśmy odda­wali cześć tam­temu bogu? - wybuch­nął naj­star­szy syn. - Podobno pozwo­lił przy­bić się do krzyża, dał się zabić. Co z niego za bóg? Mamy porzu­cić Thora i Wodena dla kogoś, kto nie potra­fił wal­czyć?

Cer­dic miał dość mgli­ste poję­cie o wie­rze chrze­ści­jan; ta kwe­stia też go nie­po­ko­iła.

- Ojciec Chry­stusa zsyła potopy i roz­dziela morza - powie­dział. - A król Fran­ków, od kiedy został chrze­ści­ja­ni­nem, zaczął odno­sić zwy­cię­stwa. - Zauwa­żył, że te słowa nie prze­ko­nują synów. - To sprawka waszej matki - mruk­nął i odpra­wił ich gestem dłoni.

Tydzień póź­niej Elfgiva otrzy­mała znak.

Wybrała się na konną prze­jażdżkę z naj­młod­szym synem Wista­nem. Tak jak zawsze poje­chała w górę rzeki ku małej wyspie leżą­cej obok brodu. Lubiła to miej­sce. Nie­wielka rzym­ska willa na daw­nej wyspie dru­ida znik­nęła pod grubą war­stwą roślin­no­ści, pozo­stała jedy­nie wąska dróżka pro­wa­dząca do brodu. Rosły tu gęste krzaki jeżyn, dla­tego Sasi uży­wali nazwy Thor­ney, Cier­ni­sta Wyspa. Elfgivę przy­cią­gał tutaj duch smutku i melan­cho­lii.

Dzień był pogodny, po błę­kit­nym nie­bie sunęły białe obłoki, rzu­ca­jąc na rzekę ruchome cie­nie. Wiał chłodny wiatr, więc Elfgiva otu­liła się grubą opoń­czą z brą­zo­wej wełny. Na unie­sio­nej lewej dłoni miała skó­rzaną ręka­wicę. Sie­dział na niej zakap­tu­rzony ptak z zakrzy­wio­nymi szpo­nami i ostrym dzio­bem.

Jak wiele kobiet z wyso­kich anglo­sa­skich rodów lubiła polo­wa­nia z soko­łami. A na Cier­ni­stej Wyspie łowy zawsze były udane. Chęt­nie zabie­rała ze sobą Wistana. Miał dopiero szes­na­ście lat i ze wszyst­kich synów to on był naj­bar­dziej do niej podobny. Gdy starsi bra­cia wyru­szali na polo­wa­nia, dołą­czał do nich z ochotą, ale lubił też wędro­wać samot­nie i rzeź­bić w drew­nie. Elfgi­vie wyda­wało się, że Wistan kocha ją naj­bar­dziej ze wszyst­kich synów. Zauwa­żyła też, że sprawa nowej reli­gii głę­boko go nie­po­ko­iła, pod­czas gdy starsi pro­te­sto­wali jedy­nie z prze­kory. Posta­no­wiła go prze­ko­nać.

- Wista­nie, musisz być posłuszny ojcu. To twój obo­wią­zek.

- Posłu­cham go, jeśli ty też tak zro­bisz - odparł.

Pokrę­ciła głową.

- To zupeł­nie co innego. Jestem star­sza.

- A więc chcesz mu się sprze­ci­wić? - zapy­tał.

Nie docze­kał się odpo­wie­dzi.

Znaj­do­wali się już na wyspie. Elfgiva zdjęła soko­łowi kap­tur. Nie­sa­mo­wite piękno zło­ci­stych ślepi ptaka zaparło jej dech. Sokół natych­miast roz­ło­żył skrzy­dła i z nie­wia­ry­godną lek­ko­ścią wzbił się w górę. Patrzyła za nim z zazdro­ścią.

Wzno­sił się coraz wyżej, wolny jak nad­rzeczny wicher. Szy­bo­wał po nie­bie, pod­trzy­my­wany wia­trem niczym mor­ski żagiel. Nagle zanur­ko­wał i bez­gło­śnie spadł na swoją ofiarę.

Elfgiva patrzyła, jak sokół chwyta ptaka. Na widok nie­szczę­śnika trze­po­czą­cego bez­sil­nie skrzy­dłami, przy­trzy­my­wa­nego przez mocne szpony, ogar­nął ją smu­tek i nawie­dziło złe prze­czu­cie. Oto jak okrutne jest życie, jak kru­che. W nagłym prze­bły­sku cał­ko­wi­tej jasno­ści zro­zu­miała wszystko.

Uno­szący się w powie­trzu sokół był wolny. Tak jak Cer­dic. Była pewna, że przy­ję­cie nowej wiary jest dla niego jedy­nie wymówką, żeby się od niej odwró­cić, ale nawet jeśli się myliła, nie miało to zna­cze­nia. Coś w nim umarło. Odda­lił się od niej i poczuł smak wol­no­ści, a to wystar­czyło, żeby do głosu doszła natura, bez­li­to­sna i bez­względna. Nawet jeśli teraz ule­gnę, myślała, za rok czy dwa znaj­dzie inny pre­tekst. Albo zatrzyma mnie, ale weź­mie sobie też młod­sze żony. Nic mnie nie ura­tuje, tak jak tego ptaka w szpo­nach sokoła. Nie dla­tego, że Cer­dic jest okrutny, ale dla­tego że tak jak sokół ule­gnie natu­rze.

Tak chciało wyrd. Mówiła jej to cała pra­dawna pogań­ska mądrość nor­dyc­kich bogów.

Co ma w takim razie zro­bić? Nie ule­gać. Jeśli Cer­dic oddali ją za docho­wa­nie wier­no­ści daw­nym bogom, to ona przy­naj­mniej ocali god­ność. Patrząc na zla­tu­ją­cego sokoła, wydała z sie­bie bez­gło­śny, sły­szany od stu­leci krzyk zamęż­nych kobiet: Możesz mi ode­brać miłość, ale god­no­ści mi nie odbie­rzesz.

W dro­dze powrot­nej do domu jesz­cze raz napo­mniała Wistana:

- Bez względu na to, co się sta­nie, przy­rzek­nij, że będziesz posłuszny ojcu.

Wię­cej nie chciała już nic powie­dzieć.

Offa nie­usta­jąco snuł plany ucieczki, ale napo­tkał nie­spo­dzie­waną prze­szkodę w oso­bie wła­snej żony.

Dzie­sią­tego dnia po jego przy­by­ciu do Lun­den­wic Wistan i jeden z jego braci wyru­szyli łodzią do odda­lo­nego o kilka kilo­me­trów gospo­dar­stwa, skąd mieli ode­brać zapasy. Offa popły­nął razem z nimi. Za zakrę­tem rzeki, na któ­rym znaj­do­wał się bród, po obu stro­nach cią­gnęły się mokra­dła usiane małymi wysep­kami.

- Na prawo masz Kre­dową Wyspę - poka­zy­wał Wistan. W języku anglo­sa­skim na okre­śle­nie malut­kiej wyspy uży­wano słowa eye, oko. A nazwa "Chelch eye", kre­dowa wyspa, brzmiała jak "Chel­sea".

- Naprze­ciwko jest wyspa Badrica. - "Badric eye" Wistan wyma­wiał jak "Bat­ter­sea".

Nad oboma pod­mo­kłymi brze­gami Tamizy było dużo takich oczek oraz jesz­cze mniej­szych wyse­pek zwa­nych eyot.

Poja­wiały się też liczne osady - poje­dyn­cze gospo­dar­stwa i całe wio­ski. One także nosiły cha­rak­te­ry­styczne saskie nazwy. Te, które odno­siły się do wio­ski, miały koń­cówkę -ham. Nazwy mniej­szych domostw koń­czyły się na -ton, a nazwy rzecz­nych przy­stani na -hythe. Gdy minęli Kre­dową Wyspę, Wistan wska­zał na pół­nocny brzeg, gdzie nad drze­wami uno­sił się dym.

- To jest wio­ska Fulla, Ful­la­ham - wyja­śnił. - A tam - wska­zał wznie­sie­nie leżące jakieś trzy kilo­me­try na pół­noc - jest osada Ken­singa, Ken­sing­ton.

Pły­nęli w górę rzeki, a Offa patrzył z zachwy­tem na żyzne zie­mie pokryte bujną roślin­no­ścią. Za pod­mo­kłą niziną ście­liły się łąki, pastwi­ska, a jesz­cze dalej łagodne stoki wznie­sień.

- Czy te zie­mie cią­gną się daleko? - spy­tał Wistana.

- O, tak - brzmiała odpo­wiedź. - Pew­nie aż do samych źró­deł rzeki.

Dla­tego po powro­cie Offa oświad­czył Ricoli:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki