WSTĘP
Londyn jest powieścią. Wszystkie opisywane tu rodziny, od Ducketów po
Pennych, oraz ich udział w wydarzeniach historycznych są wytworami
wyobraźni autora.
Starałem się osadzić losy moich bohaterów wśród historycznych postaci i wydarzeń, które miały albo mogły mieć miejsce. Bo na przykład nigdy nie
dowiemy się, w którym miejscu Juliusz Cezar przekroczył Tamizę. Według
mojej wiedzy stało się to prawdopodobnie w okolicach dzisiejszego
Westminsteru. Znamy polityczne okoliczności, które doprowadziły do
zbudowania katedry Świętego Pawła przez biskupa Melita w 604 roku, a ja
pozwoliłem sobie umiejscowić to wydarzenie w ówczesnym saskim Lundewic.
Wymyśliłem też okręg wyborczy St Pancras, w którym dużo później, w roku
1830, moi bohaterowie rywalizowali w wyborach.
Jednak od czasów normandzkiego podboju zachowało się tyle informacji
dotyczących nie tylko historii samego Londynu, ale też losów
niezliczonych pojedynczych ludzi, że żaden pisarz nie mógłby narzekać na
brak materiałów. Wystarczyło jedynie w kilku miejscach dokonać
niewielkich korekt pozwalających na prowadzenie wartkiej narracji.
Najważniejsze londyńskie budowle i kościoły zachowały swoje dawne nazwy
do dziś. Wiele ulic nazywa się wciąż tak samo od czasów saskich. Gdy
dochodziło do zmian, to albo umieszczałem stosowne wyjaśnienie w tekście, albo - by nie wprowadzać niepotrzebnego zamieszania - używałem
nazw, którymi posługujemy się współcześnie.
Dla potrzeb powieści wymyśliłem położenie kilku miejsc. Siedziba Cerdica
znalazła się tam, gdzie dziś stoi hotel Savoy; dom przy szyldzie z bykiem, niedaleko kościoła St Mary-le-Bow, mógłby stać tam, gdzie
znajduje się Williamson's Tavern; kościół Świętego Wawrzyńca
Silversleevesa nieopodal Watling Street mógłby być jednym z wielu
kościołów w tej okolicy, które spłonęły w Wielkim Pożarze; zamtuz Pod
Psią Głową mógłby być jednym z dwudziestu domów publicznych działających
przy Bankside.
Dogget i Ducket to dość powszechne nazwiska, często występujące w Londynie. Noszące je postaci historyczne - a zwłaszcza słynny Dogget,
który ustanowił wyścig wioślarski na Tamizie Dogget's Coat and Badge
Race - pojawiają się czasem na kartach książki i bez trudu można je
odróżnić od postaci fikcyjnych. Pochodzenie nazwisk fikcyjnych rodów
oraz ich dziedziczne znaki szczególne zostały wymyślone dla potrzeb tej
książki.
Bull jest częstym angielskim nazwiskiem. Carpenter to typowe nazwisko
wywodzące się od fachu - podobnie jak Baker, Painter, Tailor i dziesiątki innych1. Czytelnicy Sarum łatwo zauważą, że
pojawiający się w tamtej powieści Masonowie są krewnymi Carpenterów.
Innym częstym nazwiskiem jest Fleming - zapewne wskazuje ono na
flamandzkie pochodzenie jego właścicieli. Meredith to nazwisko
walijskie, a Penny zapewne hugenockie. Nieco rzadsze Barnikel, które też
pojawia się na kartach Sarum, wywodzi się od wikingów i bardzo pięknej
legendy. Wykorzystał je Dickens (Barnacle), ale raczej w niekorzystnym
kontekście. Mam nadzieję, że choć trochę oddałem mu sprawiedliwość.
Natomiast nazwisko Silversleeves i jego długonosi właściciele zostali
wymyśleni przeze mnie. W średniowieczu istniało znacznie więcej takich
pięknych, opisowych nazwisk, które niestety zanikły. Silversleeves miało
być powrotem do tej dawnej tradycji.
Każdy autor piszący o Londynie staje wobec problemu, jakim jest bogactwo
materiałów. Każdy londyńczyk ma w mieście swój ulubiony zakątek. I często aż kusi, żeby zagłębić się w jakieś fascynujące historyczne
zaułki. Niemal każda londyńska parafia mogłaby dostarczyć
wystarczających informacji do napisania książki takiej jak ta. Ale
ponieważ Londyn opowiada także - do pewnego stopnia - o historii
Anglii, pozwoliłem sobie niektóre miejsca pominąć. Mam jedynie nadzieję,
że mój wybór nie rozczaruje tych, którzy znają i kochają to wspaniałe
miasto.
Rzeka
Kiedy jeszcze Ziemia była młoda, tę krainę wiele razy zalewały wody
mórz.
Czterysta milionów lat temu, gdy kontynenty miały zupełnie inny układ,
wyspa była częścią niewielkiego przylądka na północno-zachodnim skraju
rozległego, bezkształtnego lądu. Przylądek wcinał się samotnie w bezkres
oceanu. Był kompletnie pusty. Widziały go jedynie oczy Boga. Nie
wędrowały po nim zwierzęta, ptaki nie unosiły się na nieboskłonie, nie
było ryb w morzu.
W tych odległych czasach cofające się morze pozostawiło za sobą w południowo-wschodnim rogu przylądka nagi obszar grubej warstwy ciemnych
łupków. Szare skały, milczące i wymarłe jak powierzchnia nieodkrytej
planety, tu i ówdzie znaczyły płytkie sadzawki. Jeszcze starsze siły,
ukryte głęboko pod warstwą łupków, wypiętrzyły górski łańcuch, łagodnie
wznoszący się na wysokość siedmiuset metrów i przecinający pejzaż niczym
ogromny falochron.
Przez długi czas miejsce to pozostawało szare, nagie i milczące,
nieznane jak wieczna pustka przed narodzinami.
W ciągu kolejnych ośmiu epok geologicznych, kiedy kontynenty przesuwały
się, wyrastały na nich górskie łańcuchy i stopniowo pojawiało się życie,
żadne ruchy Ziemi nie zakłócały spokoju pasma łupkowych wzgórz. Ale
morze wiele razy zalewało je i odsłaniało. Czasem wody były zimne, a czasem ciepłe. Utrzymywały się tam przez miliony lat. I za każdym razem
pozostawiały po sobie osad o grubości kilkuset metrów, aż w końcu
łupkowe skały, chociaż przecież nie takie niskie, zostały przykryte,
wygładzone i tak głęboko zagrzebane, że nie pozostał po nich ślad.
Gdy życie na Ziemi się rozwijało, gdy rośliny pokryły lądy, a w wodach
zamieszkały zwierzęta, planeta dodawała kolejne warstwy, tym razem z organizmów, które sama powołała do życia. Wielkie morze, które ustąpiło
mniej więcej w tym samym czasie, gdy wyginęły dinozaury, pozostawiło tak
niewiarygodnie wielką ilość martwych resztek ryb i planktonu, że
dzisiejszą południową Anglię i północną Francję pokryły pokłady kredy o grubości stu metrów.
I tak ponad pradawnym, pogrzebanym już łańcuchem gór wyłonił się nowy
krajobraz.
Wyglądał zupełnie inaczej. W miarę jak kolejne morza przychodziły i odchodziły, z wnętrza przylądka utorowały sobie drogę ogromne rzeki,
kredowa pokrywa przybrała kształt płytkiej doliny, szerokiej na
trzydzieści dwa kilometry, której krawędzie ciągnęły się z północy na
południe i która otwierała się na wschód jak wielka litera V. Rozmaite
zalewy i powodzie nanosiły nowe warstwy żwiru i piasku, a morze
tropikalne pozostawiło w środku doliny grubą pokrywę miękkiego osadu,
który został później nazwany "londyńską gliną".
W tym właśnie miejscu za milion lat miał powstać Londyn.
Ale nadal nie było tu śladu człowieka. Bo wprawdzie milion lat temu
ludzie chodzili na dwóch nogach, ale nadal mieli małpie czaszki.
Potrzebny był jeszcze jeden proces.
Epoki lodowcowe.
To nie formowanie się lodowych warstw na powierzchni Ziemi odmieniło
lądy, ale ich zanikanie. Za każdym razem gdy lód zaczynał topnieć, rzeki
wzbierały, a ogromne lodowce, niczym powolne, geologiczne buldożery,
żłobiły doliny, wyrównywały wzgórza i wypłukiwały żwir, który wypełniał
utworzone przez nie koryta rzek.
W czasie zlodowaceń mały północno-zachodni cypel wielkiego lądu Eurazji
był jedynie częściowo pokryty lodem. Lodowa ściana kończyła się tuż za
północną krawędzią wydłużonego kredowego V. Gdy jednak tam dotarła, a miało to miejsce pół miliona lat temu, przyniosła jeden ważny skutek.
W owych czasach wielka rzeka płynęła ze środka przylądka na wschód,
omijając od północy kredowe V. Kiedy jednak nasuwający się lód zagrodził
jej drogę, skłębiony zimny nurt musiał sobie szukać innego szlaku;
sześćdziesiąt pięć kilometrów na zachód od miejsca, gdzie kiedyś wznosił
się łańcuch łupkowych skał, woda przerwała w najsłabszym punkcie kredową
grań, tworząc wąski wąwóz znany dziś jako Goring Gap, i podążyła na
wschód ku kredowemu V, doskonale ukształtowanemu na jej przyjęcie.
Tak narodziła się rzeka.
A pomiędzy jednym a drugim zlodowaceniem pojawił się człowiek. Nie da
się dokładnie ustalić, kiedy się to wydarzyło. Gdy rzeka przedzierała
się przez Goring Gap, neandertalczyk jeszcze nie istniał. Człowiek,
jakiego znamy, wyewoluował dopiero po ostatniej epoce lodowcowej,
niewiele ponad sto tysięcy lat temu. I gdy lodowa ściana cofała się,
wkroczył do doliny.
Aż wreszcie, niecałe dziesięć tysięcy lat temu, wody z topniejącej
arktycznej czapy lodu spłynęły na południe, zalewając równinę we
wschodniej części przylądka. Przecięły kredowe wzgórza wielką literą J,
tworząc u podstawy przylądka wąski kanał, który biegł na zachód w kierunku Atlantyku.
W ten sposób mały przylądek stał się wyspą, północną arką Noego, wolną,
ale na zawsze zakotwiczoną przy wielkim kontynencie, którego kiedyś była
częścią. Na zachodzie rozpościerał się Atlantyk, na wschodzie zimne
Morze Północne, a wzdłuż południowego brzegu, skąd wysokie kredowe klify
spoglądały na niedaleki kontynent, leżał Kanał Angielski2. I tak w otoczeniu północnych mórz powstała wyspa Brytania.
Wielkie kredowe V nie otwierało się już na wschodnią równinę, lecz na
otwarte morze. Jego wąski lej stał się ujściem rzeki. Po wschodniej
stronie ujścia kredowe wzniesienia skręcały na północ, mając na swojej
wschodniej flance szeroki pas nizinnych lasów i moczarów. Od południa na
jakieś sto kilkanaście kilometrów wystawał długi półwysep z wysokimi
kredowymi wzgórzami i żyznymi dolinami, tworząc południowo-wschodni
skraj wyspy.
Ujście rzeki miało szczególną cechę. Każdy przypływ nie tylko
powstrzymywał nurt rzeki, ale wręcz go cofał. Morze wdzierało się w zwężające się ujście na znaczną odległość, przynosząc ogromne masy wody.
Gdy przychodził odpływ, woda znów opadała. W rezultacie w dolnym biegu
rzeki powstawały silne prądy pływowe, a różnica poziomów wody wynosiła
ponad trzy metry. Skutki tych wahań były odczuwalne na wiele kilometrów
w głąb lądu.
Odizolowaną wyspę zamieszkiwali już ludzie. A przez kolejne tysiąclecia
docierali tu inni, pokonując wąskie, ale niebezpieczne morze. Wtedy tak
naprawdę zaczyna się nasza historia.
Rok 54 przed naszą erą
Pięćdziesiąt cztery lata przed narodzeniem Chrystusa, pod koniec zimnej
gwiaździstej nocy, nad brzegiem rzeki stało półkolem dwustu ludzi,
czekając na świt.
Minęło dziesięć dni od nadejścia złowrogich wieści.
Z przodu, tuż na skraju wody, stało pięć postaci. Milczące i nieruchome,
wyglądały w szarych szatach jak kamienie. Byli to druidzi, gotowi do
odprawienia ceremonii z nadzieją, że ocali ona wyspę i ich świat.
Wśród tłumu zgromadzonego na brzegu znajdowały się trzy osoby, które
oprócz nadziei i lęków związanych z nadchodzącym zagrożeniem skrywały w sobie straszną tajemnicę.
Chłopiec, kobieta i starzec.
Nad rzeką leżało wiele świętych miejsc. Ale nigdzie indziej duch
wielkiej rzeki nie był tak silnie obecny jak tutaj.
Tu rzeka spotykała się z morzem. W dolnym biegu coraz szerszy nurt
kolejnymi zakrętami przepływał przez otwarte mokradła, żeby piętnaście
kilometrów dalej dotrzeć do biegnącego na wschód długiego ujścia i w końcu do Morza Północnego. W górnym biegu rzeka wiła się uroczo wśród
pięknych lasów i gładkich, bujnych łąk. Ale tu, pomiędzy dwoma wielkimi
zakrętami, rozciągał się najwspanialszy odcinek, długi na cztery
kilometry, gdzie rzeka majestatycznie płynęła prosto na wschód.
Tu też odczuwało się pływy. Gdy wdzierające się do ujścia morze
zmieniało kierunek nurtu, tor wodny miał szerokość ponad dziewięciuset
metrów, a gdy woda opadała - zaledwie dwustu siedemdziesięciu. Pośrodku,
w połowie drogi do południowego brzegu, gdzie z mokradeł wystawały małe
wysepki, w rzeczny nurt wcinała się żwirowa mierzeja, przy niskiej
wodzie tworząc cypel, a przy wysokiej stając się wyspą. Tłum zebrał się
właśnie u szczytu tej mierzei. Naprzeciwko nich, na północnym brzegu,
leżała osada, teraz opuszczona, nosząca nazwę Londinos.
Nawet o tej porze, wczesnym świtem, prastara osada była dobrze widoczna:
dwa niskie żwirowe wzgórza o płaskich szczytach wznosiły się obok siebie
na wysokość dwudziestu pięciu metrów. Pomiędzy nimi płynął strumyk. Po
lewej stronie, na zachodzie, większy strumień wpadał do szerokiego
dopływu przecinającego północny brzeg.
Po wschodniej stronie wzgórz znajdowało się kiedyś małe grodzisko - jego
niskie szańce mogły służyć jako wartownie, z których wypatrywano
zbliżających się od ujścia łodzi. Na zachodnim wzgórzu druidzi czasem
składali ofiary z wołów.
Nie było tu nic więcej. Porzucona osada. Święte miejsce. Plemienne
siedziby leżały dalej na północ i na południe. Ludy, którymi władał
wielki wódz Cassivelaunus3, zamieszkiwały rozległe
obszary powyżej ujścia. Plemiona Kantiów z długiego półwyspu na południe
od ujścia nadały tamtym terenom nazwę Kent. Rzeka wytyczała między nimi
granicę, a Londinos było ziemią niczyją.
Samo słowo Londinos było niejasne. Niektórzy mówili, że mieszkał tu
człowiek o takim nazwisku. Inni twierdzili, że Londinos odnosi się do
niewielkich umocnień na wschodnim wzgórzu. Ale prawdy nie znał nikt. W każdym razie nazwa pojawiła się w ciągu ostatniego tysiąclecia.
Znad ujścia rzeki wiał zimny wiatr. Rozchodził się słaby, ostry zapach
błota i wodorostów. Gwiazda Poranna bladła, w miarę jak niebo nabierało
niebieskiej barwy.
Chłopiec zadrżał. Stał tu już od godziny i zmarzł. Jak większość ludzi
miał na sobie prostą wełnianą tunikę do kolan związaną w talii skórzanym
paskiem. Za nim stała jego matka z niemowlęciem w ramionach. Chłopiec
trzymał za rękę swoją młodszą siostrę Branwen. Przy takich okazjach to
on miał jej pilnować.
Był bystrym, dzielnym dzieckiem i jak większość Celtów miał ciemne włosy
i niebieskie oczy. Nazywał się Segovax, miał dziewięć lat. Jednak przy
bliższym spojrzeniu w jego wyglądzie dało się zauważyć dwie niezwykłe
cechy. Nad czołem wyrastało mu pasmo jasnych włosów, jakby ktoś
pomalował je białą farbą. To dziedziczne znamię pojawiało się w kilku
rodzinach zamieszkujących wioski rozrzucone wzdłuż rzeki. "Nie martw się
- mówiła mu matka. - Wiele kobiet uważa, że to oznacza szczęście".
Druga właściwość była jeszcze bardziej niezwykła. Gdy chłopiec rozkładał
palce, pomiędzy nimi, aż do pierwszego stawu, widać było cienką warstwę
skóry przypominającą błonę pławną kaczek. To też była cecha dziedziczna,
chociaż nie przejawiała się w każdym pokoleniu. Jakby któryś z pradawnych genów rybiego protoplasty człowieka postanowił przetrwać,
przekazując ślad swojego wodnego pochodzenia. Rzeczywiście, chłopiec, z dużymi oczami i drobnym, żylastym ciałem, przywodził na myśl kijankę
albo inne zwierzę zamieszkujące wody, ostatniego niedobitka sprzed
nieskończonych eonów czasu.
Jego dziadek też miał ten szczególny znak. "Ale przecięli mu skórę, gdy
był mały", wyjaśnił ojciec Segovaxa żonie. Ona jednak wzdragała się na
myśl o użyciu noża, więc chłopiec nie musiał się niczego obawiać.
Segovax spojrzał na swoją rodzinę. Mała Branwen była miłym dziecięciem,
ale nad jej napadami złości nikt nie umiał zapanować. Chłopczyk w ramionach matki dopiero nauczył się chodzić i wymawiać pierwsze słowa.
Matka, ostatnio czymś mocno przygnębiona, była blada. Jakże on ich
kochał. Ale gdy patrzył teraz w dal, na jego twarzy pojawił się
nieśmiały uśmiech. Na brzegu czekała prosta tratwa, a obok niej stało
dwóch mężczyzn. Jeden z nich był jego ojcem.
Ojciec i syn, tak bardzo do siebie podobni. Ten sam kosmyk jasnych
włosów, te same wielkie oczy. Twarz ojca, pokryta zmarszczkami
przypominającymi łuski, przywodziła na myśl jakąś poważną, podobną do
ryby istotę. Tyle wiedział o rzece, był takim mistrzem w zastawianiu
sieci, że miejscowi nazywali go po prostu Rybakiem. Segovax zauważył, że
inni mężczyźni w wiosce byli silniejsi od tego człowieka o zaokrąglonych
plecach i długich rękach, jednak w nikim nie było takiej dobroci i cichej determinacji. "Wyglądu to on nie ma - mówili wieśniacy - ale
nigdy się nie poddaje". Segovax wiedział, że matka uwielbia ojca. Tak
jak on.
Właśnie dlatego poprzedniego dnia powziął śmiały plan, który - jeśli uda
mu się go przeprowadzić - może go kosztować życie.
Poświata nad częścią horyzontu zaczęła drgać. Lada moment wzejdzie
słońce, na rzece zatańczą długie, migotliwe promienie ze wschodu. Pięciu
druidów, stojących twarzą do tłumu, zaintonowało pieśń. Ludzie słuchali.
Na sygnał wystąpiła do przodu jakaś postać. Był to potężnie zbudowany
mężczyzna; jego kosztowna, zielona opończa, pokryta złotymi ozdobami i noszona z wielką dumą, świadczyła, że jest kimś ważnym. W dłoniach
trzymał płaski, prostokątny metalowy przedmiot, którego wypolerowana
powierzchnia lśniła we wzbierającym świetle. Wręczył przedmiot stojącemu
w środku wysokiemu druidowi z białą brodą.
Druidowie odwrócili się w stronę jaśniejącego horyzontu, a najstarszy
zrobił kilka kroków i wszedł na tratwę. W tej samej chwili czekający
mężczyźni - ojciec Segovaxa i ten drugi - stanęli za nim i długimi
drągami zaczęli wypychać tratwę na środek nurtu.
Pozostali czterej druidzi śpiewali pieśń, monotonny dźwięk tajemniczo
się nasilał, niosąc się nad wodami za oddalającą się tratwą. Sto metrów.
Dwieście.
Ponad wodą ukazał się ogromny czerwony łuk. Słoneczna tarcza rosła,
zalewając rzekę złotym blaskiem. Wydawało się, że stojące na jej tle
postacie czterech druidów stały się nagle olbrzymie, rzucając długie
cienie na tłum.
Tratwa była już na środku rzeki, dwaj mężczyźni za pomocą długich drągów
utrzymywali ją nieruchomo w nurcie. Dwa niskie wzgórza na północnym
brzegu zalane były czerwonawym światłem. Wysoki druid, niczym
wyłaniający się z wód prastary siwobrody bóg morza, uniósł w górę
metalowy przedmiot, który rozbłysnął w promieniach słońca.
Była to tarcza wykonana z brązu. Większość broni na wyspie wykuwano z żelaza, jednak starszy i łatwiej poddający się obróbce brąz
wykorzystywano do wyrobu broni ceremonialnej, wymagającej wielkich
umiejętności. A ta była prawdziwym dziełem sztuki, przysłanym za
pośrednictwem najbardziej zaufanych dostojników przez samego wielkiego
wodza Cassivelaunusa. Tarcza, pokryta wzorem wijących się linii i wykładana szlachetnymi kamieniami, była przykładem najlepszego
kowalskiego rzemiosła Celtów, z którego wyspa słynęła. I stanowiła
najcenniejszy dar, jaki wyspiarze mogli ofiarować bogom.
Potężnym zamachem druid rzucił tarczę na wodę. Rozbłyskując w świetle,
zatoczyła w powietrzu łuk i spadła na świetlistą drogę rozłożoną przez
słońce na rzece. Mały tłum wydał z siebie westchnienie, gdy rzeka w milczeniu przyjęła ofiarę.
Jednak stary druid zauważył, że dzieje się coś dziwnego. Zamiast zatonąć
i zniknąć z oczu, brązowa tarcza zawisła tuż pod powierzchnią
przejrzystej wody, migocząc w świetle. W pierwszej chwili starzec się
zdziwił, jednak po chwili pojął, że przyczyna jest bardzo prosta. Metal
ukuto bardzo cienko i ułożono na lekkim drewnie. Dopóki drewno nie
nasiąknie, ceremonialna tarcza pozostanie tam, gdzie jest, pokryta
jedynie cienką warstwą wody.
I jeszcze coś. Wraz ze wstającym świtem odwrócił się też prąd rzeki.
Nurt nie płynął już w dół, do ujścia, ale w górę, do miejsca położonego
o kilka kilometrów od Londinos. Tarcza powoli przesuwała się pod
zimnymi, klarownymi falami, jakby przyciągana jakąś niewidzialną dłonią
w kierunku wnętrza wyspy.
Starzec patrzył, zastanawiając się, co to może oznaczać. Zwiastowało zło
czy dobro, zwłaszcza w obliczu potwornego zagrożenia?
Zagrożenie przyszło z Rzymu. Nazywało się Juliusz Cezar. W ciągu tysięcy
lat, od czasu ustąpienia lodowca, Brytania stała się domem dla wielu
ludów. Myśliwych, prostych rolników, budowniczych kamiennych świątyń
takich jak Stonehenge, a w ostatnich stuleciach dla plemion należących
do wielkiej celtyckiej kultury północno-zachodniej Europy. Wyspiarze
prowadzili dostatnie życie, mieli poezję i pieśni bardów, bogactwo
legend i opowieści, rzemiosło kowalskie na najwyższym poziomie.
Mieszkali w solidnych okrągłych domach z drewna krytych ciepłą słomianą
strzechą. Większe osady otaczały ostrokoły albo pierścienie wysokich
wałów ziemnych. Uprawiano jęczmień i owies, hodowano bydło, pito piwo i mocny miód pitny. Przesłonięta północnymi mgłami wyspa pozostawała
odległym miejscem.
A jednocześnie od wielu pokoleń znad słonecznego Morza Śródziemnego
przybywali tu kupcy, przywozili z południa luksusowe dobra i wymieniali
je na futra, niewolników i słynne psy myśliwskie. Ożywiony handel
rozwijał się też w porcie na południowym wybrzeżu, gdzie miała ujście
rzeka płynąca od strony starej, opuszczonej świątyni Stonehenge. Ale
chociaż brytyjscy wodzowie lubili wino, jedwabie i rzymskie złoto, to
zupełnie nie rozumieli świata, z którego pochodziły te zbytkowne towary
i który leżał daleko za horyzontem.
A potem świat antyczny wydał z siebie największego awanturnika, jakiego
znała historia.
Juliusz Cezar zapragnął przejąć władzę w Rzymie. Ażeby to zrobić,
potrzebował podbojów. Niedawno dotarł na północy aż do Kanału
Angielskiego i ustanowił nową rzymską prowincję Galię. A teraz skierował
swój wzrok jeszcze dalej na północ, na zamgloną wyspę.
Przybył tu w zeszłym roku. Z niewielkimi siłami, głównie oddziałami
piechoty, dobił statkami do wysokich klifów na południowo-wschodnim
wybrzeżu. Brytyjscy wodzowie już wcześniej zostali ostrzeżeni, mimo to
widok zdyscyplinowanych rzymskich oddziałów był wspaniały. Celtowie
mieli dzielnych wojowników. Atakując błyskawicznie na koniach i rydwanach, kilka razy zaskoczyli Rzymian. Sztorm uszkodził flotę Cezara.
Po serii potyczek i manewrów w rejonie nadmorskim Cezar musiał się
wycofać. Wodzowie triumfowali. Bogowie zesłali im zwycięstwo. Wygnańcy
ostrzegali: "To był jedynie rekonesans", ale większość Brytyjczyków nie
chciała im wierzyć.
Potem jednak zaczęły nadchodzić kolejne wieści. Budowano nową flotę. W stan gotowości postawiono pięć legionów piechoty i dwa tysiące konnych.
A dziesięć dni temu w Londinos zatrzymał się posłaniec z wiadomością dla
wodzów. Krótką i konkretną: Cezar nadchodzi.
Ofiara została złożona. Tłum się rozproszył. Druidzi wracali do siebie,
dwóch na południe, dwóch na północ. Ojciec Segovaxa miał zawieźć łodzią
najstarszego z nich do siedziby leżącej pięć kilometrów w górę rzeki.
Pożegnawszy zebranych, starzec już zamierzał wsiąść do łodzi, ale
odwrócił się i popatrzył na kobietę. Trwało to krótką chwilę. Potem dał
znak rybakowi. Ruszyli w drogę.
Trwało to krótką chwilę, ale wystarczyło. Cartimanduę przebiegł dreszcz.
Ludzie mówili, że stary druid wie wszystko. A jeśli to prawda? Oparłszy
niemowlę na biodrze, popchnęła przed sobą Segovaxa i Branwen, kierując
ich ku spętanym koniom. Postępuje słusznie? Przekonywała siebie w duchu,
że tak. Tylko w ten sposób może ich wszystkich ocalić. Robi to, co musi.
Ale rozpacz i niewyobrażalne wyrzuty sumienia nie opuszczały jej. Czy to
możliwe, że stary druid, którego jej mąż wiózł na łodzi, domyślił się
wszystkiego o dostojniku?
Przez kilka minut czekała przy koniach, dopóki nie pojawili się ludzie
wielkiego wodza. On był wśród nich. Widząc ją, odszedł na bok.
Mały Segovax przypatrywał mu się z zainteresowaniem. To właśnie ten
człowiek podał druidowi tarczę. Był krzepkim mężczyzną z czarną brodą,
jego błękitne oczy patrzyły bystro i przebiegle. Wokół niego unosiła się
aura władzy. Pod opończą nosił tunikę obramowaną lisim futrem. Ciężki
torque - celtycki naszyjnik ze złota - był oznaką wysokiej rangi.
Chłopiec widział go już wcześniej. W ciągu ostatniego miesiąca ten
potężny wojownik dwukrotnie odwiedzał okolicę, za każdym razem
zatrzymując się w wiosce naprzeciwko Londinos.
- Musicie być gotowi - przykazał mężczyznom, obejrzawszy ich broń. -
Wielki wódz Cassivelaunus oczekuje, że nasze siły zbiorą się w tym
miejscu. Ja mam przygotować obronę.
A teraz matka Segovaxa, zostawiwszy Branwen i niemowlę pod opieką syna,
podeszła do dostojnika, żeby z nim porozmawiać.
Mężczyzna przyglądał się jej uważnie. I jak to miał w zwyczaju, oceniał
jej urodę. Już przy pierwszym spotkaniu zauważył, że jest niezwykłym
stworzeniem. Gęste kruczoczarne włosy opadały jej na ramiona. Była
szczupła, dość wysoka, ale miała dorodne piersi. O takich piersiach
marzą mężczyźni. Widział jej miękki, kołyszący się chód. To też zauważył
przy pierwszym spotkaniu. Zawsze poruszała się w ten sposób czy tylko w jego obecności?
- Czego? - odezwał się gburowato.
- Nasza umowa nadal obowiązuje?
Zerknął w kierunku dzieci, a potem skierował spojrzenie na czółno,
którym jej mąż wiózł druida. Zdążyli odpłynąć daleko. Mąż o niczym nie
wiedział. Dostojnik znów zaczął pożerać ją wzrokiem.
- Przecież już ci to mówiłem.
Wyobraził ją sobie za kilka lat. Blada twarz z wąskimi kośćmi
policzkowymi zmizernieje, zmysłowe oczy się zapadną. Jej namiętność
zamieni się w obsesję, a może w gorycz. Rozkołysane nastroje. Ale na
najbliższe lata nada się doskonale.
- Kiedy? - spytała z ulgą, ale nerwowo.
Wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Niedługo.
- On nie może się o tym dowiedzieć.
- Moim rozkazom trzeba się podporządkować.
- Oczywiście. - Skinęła głową, ale nadal stała niepewnie. Jest jak
dzikie zwierzątko, pomyślał. Nie do końca oswojone. Dał znak, że rozmowa
dobiegła końca. Po chwili odjechał.
Cartimandua odwróciła się do swoich niewinnych dzieci, które nie miały
pojęcia o jej strasznej tajemnicy. Ale niedługo się dowiedzą. A potem
przyszła jej do głowy jeszcze bardziej przerażająca myśl. Czy wtedy
nadal będą ją kochać?
Druid przeczesywał wzrokiem wodę, gdy czółno płynęło w górę nurtu. Czy
tarcza wciąż unosi się na falach, czy też rzeka już ją przyjęła?
Spojrzał też na skromnego człowieka przy wiosłach. Pamiętał jego ojca,
miał zrośnięte błoną palce jak jego syn. A przedtem jego ojciec. Druid
westchnął. Nie bez powodu ludzie z tych okolic nazywali go ojcem rzeki.
Był już bardzo stary, miał prawie siedemdziesiąt lat. Ale wciąż był
silny, wciąż jego postać robiła wielkie wrażenie. Miał prawie sto
dziewięćdziesiąt centymetów wzrostu - w porównaniu z większością
mężczyzn był olbrzymem. Gęsta, siwa broda sięgała mu do pasa, na głowie
z siwymi włosami nosił złotą opaskę. Jego szare oczy patrzyły czujnie.
To on raz w roku składał ofiarę z wołu po zachodniej stronie
bliźniaczych wzgórz Londinos; to on wznosił modły w świętych dąbrowach.
Nikt nie wiedział, kiedy na północnym zachodzie Europy pojawili się
druidzcy kapłani, ale na Brytanii nigdy nie było ich tylu co teraz, w ciągu ostatnich lat bowiem licznie szukali schronienia na pokrytej
mgłami wyspie. Powiadano, że brytyjscy druidzi są strażnikami czystej
tradycji wywodzącej się z prastarych ustnych przekazów. Wnętrze wyspy
kryło dziwne kręgi kamienne i świątynie tak stare, że nikt nie umiał
nawet powiedzieć, czy zostały wzniesione ludzką ręką. Powiadano też, że
dawno temu właśnie tam spotykali się druidzi. Jednak nad rzeką
odprawiali swoje ceremonie głównie w małych drewnianych kapliczkach albo
świętych gajach.
Ludzie mówili, że stary druid ma wyjątkową umiejętność. Wiele lat temu
dostał od bogów dar jasnowidzenia.
Miał trzydzieści trzy lata, gdy pierwszy raz objawiła się ta zdolność.
On sam nie umiał powiedzieć, czy była darem, czy przekleństwem. Czasem
miał jedynie mgliste przeczucia, a czasem widział przyszłość z przerażającą jasnością. A czasem był ślepy jak każdy inny człowiek. W miarę upływu lat przestał traktować tę niezwykłą zdolność jako złą lub
dobrą, uznał po prostu, że jest częścią naturalnego porządku.
Miał dom niedaleko. Na zachodnim skraju czterokilometrowego pasa rzeki
znajdował się majestatyczny zakręt - nurt skręcał w prawo, kierując się
na południe, by potem znów popłynąć na wschód. Właśnie tam, niedaleko
północnego brzegu rzeki, rozwidlona rzeka stworzyła niską, prostokątną
wyspę. Było to zaciszne miejsce, zarośnięte dębami, jesionami i akacjami. Druid mieszkał tu samotnie od trzydziestu lat w skromnej
drewnianej chatce.
Często odwiedzał wioski nad rzeką, gdzie zawsze witano go z szacunkiem i częstowano jedzeniem. Czasem przyzywał nagle jakiegoś wieśniaka, na
przykład ojca Segovaxa, żeby zawiózł go łodzią do świętego miejsca
oddalonego o wiele kilometrów w górę rzeki. Ale zazwyczaj dym unoszący
się z komina świadczył, że czuwa na swojej wysepce, a jego milcząca
obecność sprawiała, że okoliczna ludność uważała go za strażnika tych
ziem, który niczym święty kamień, pomimo porastającego go mchu, trwa
niezachwianie w zmiennych porach roku.
Wpływali właśnie w zakręt, mając przed oczami wysepkę, gdy starzec
dojrzał tarczę. Nadal unosiła się tuż pod powierzchnią wody, migocząc
miękko, pchana powoli przez nurt. Patrzył na nią przez dłuższą chwilę.
Rzeka nie odrzuciła ofiary. Ale też jej nie przyjęła. Potrząsnął głową.
Ten znak zgadzał się z widzeniem, które nawiedziło go miesiąc temu.
A tego ranka dar jasnowidzenia objawił mu jeszcze inne rzeczy. Nie
zobaczył, co zamierza mały Segovax, ale zauważył rozdarcie Cartimandui.
A teraz widział, co los zgotował wiosłującemu rybakowi. Oto miały
nadejść wydarzenia większe i bardziej przerażające niż to, co
podpowiadały mu wcześniejsze przeczucia. Nie rozumiał tego do końca.
Zbliżali się do domu, a on nadal był głęboko zamyślony. Naprawdę bogowie
prastarej Brytanii zostaną zniszczeni? A może miało się wydarzyć coś
innego, czego nie umiał pojąć? Wszystko to było bardzo dziwne.
Segovax wyczekiwał tego przez całą wiosnę. Każdego dnia spodziewał się
posłańców na spienionych koniach, każdej nocy wpatrywał się w gwiazdy,
zastanawiając się, czy już przekroczyli morze. Ale nikt nie przybywał.
Od czasu do czasu do wioski docierały pogłoski, że przygotowania
ruszyły, ale do inwazji nie dochodziło. Można było odnieść wrażenie, że
na wyspę powrócił spokój.
Osada, w której mieszkała jego rodzina, była piękna. Wewnątrz ogrodzenia
z plecionej wikliny stało kilka okrągłych domów ze strzechą i glinianym
klepiskiem, zmieściły się też dwie zagrody dla zwierząt i parę spichrzów
na palach. Osada leżała nie na czubku mierzei, tam, gdzie czekali
druidzi, ale pięćdziesiąt metrów dalej. Gdy wody w rzece przybywało i mierzeja zamieniała się w wyspę, osada była odcięta od świata, ale
nikomu to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, gdy pojawili się tu
pierwsi mieszkańcy, jakieś dwadzieścia pokoleń wstecz, wodna ochrona
została uznana za dobrodziejstwo. Samo podłoże, składające się ze żwiru
tak samo jak bliźniacze wzgórza po drugiej stronie, było suche i dawało
stopom mocne oparcie. Gdy przychodziło wiosenne ciepło, część mokradeł
na południowym brzegu wysychała; pasły się tam konie i bydło; Segovax,
jego młodsza siostra i inne dzieci bawili się na tych łąkach usianych
jaskrami i pierwiosnkami. Ale przede wszystkim mały cypel pozwalał na
połów ryb.
Rzeka była tu szeroka, płytka i przejrzysta. Obfitowała w rozmaite ryby.
Najwięcej było pstrągów i łososi. Z cypla można było rozciągać sieci
daleko w wodę. A chłopcy wyprawiali się czasem wzdłuż podmokłych brzegów
do miejsc, gdzie łatwo było schwytać w pułapkę węgorze.
"Ci, który tu mieszkają - mawiał ojciec - nigdy nie będą głodni. Rzeka
zawsze ich wykarmi".
Czasem po rozstawieniu sieci Segovax siadał z ojcem na brzegu, patrząc
na bliźniacze wzgórza w oddali. Obserwowali stały rytm przypływów i odpływów, każdego dnia prąd płynął od ujścia w górę rzeki, zatrzymywał
się, a potem znów cofał ku morzu. Ojciec mówił wtedy z zadowoleniem:
"Patrz, rzeka oddycha".
Segovax uwielbiał spędzać czas z ojcem. Pragnął się od niego uczyć, a ojciec chętnie dzielił się z nim swoją wiedzą. Jako pięciolatek Segovax
umiał już zastawiać sidła w pobliskim lesie. Zanim skończył siedem lat,
fachowo układał strzechę z trzciny ścinanej na mokradłach. Rozciągał
sieci, potrafił też stać nieruchomo na płyciźnie, czekając na rybę,
którą po mistrzowsku trafiał zaostrzonym kijem. Znał mnóstwo opowieści o niezliczonych celtyckich bogach, umiał wyliczyć przodków nie tylko
własnej rodziny, ale też największych wodzów wyspy. A niedawno zaczął
poznawać najważniejsze elementy ze skomplikowanej sieci małżeństw,
rodowodów i ślubów lojalności, które na całej celtyckiej wyspie wiązały
ze sobą plemiona, wodzów, wioski i rodziny więzami przyjaźni lub
wrogości. "Takie rzeczy mężczyźnie należy się wiedzieć", tłumaczył
ojciec.
A od dwóch lat Segovax uczył się jeszcze jednej umiejętności. Ojciec
zrobił mu włócznię. Nie zwykły zaostrzony kij na ryby, ale prawdziwą
włócznię z lekkim drzewcem i metalowym końcem. "Jeśli chcesz zostać
myśliwym i wojownikiem - mówił do syna z uśmiechem - musisz nauczyć się
tym władać". I zaraz dodał: "Ale bądź ostrożny".
Każdego dnia chłopiec ćwiczył rzucanie do tarczy. Wkrótce umiał trafić w każde drzewo, które znajdowało się w jego zasięgu. A potem zaczął sobie
szukać coraz trudniejszych celów. Zasadzał się na zające, ale bez
skutku. A raz przyłapano go, gdy rzucał dzidą w cel przytwierdzony do
patyka posłusznie trzymanego przez Branwen. Nawet jego spokojny ojciec
wpadł wtedy w złość.
Ojciec był taki mądry. Ale gdy nieco się zestarzał, Segovax zauważył
jeszcze coś. Ojciec, żylasty, ze szczupłą twarzą, potarganą nieco brodą
i przygarbionymi plecami, nie miał tyle sił co inni mężczyźni. Jednak
przy wszystkich wspólnych pracach w wiosce zawsze nalegał, by robić tyle
co pozostali. Po wielogodzinnej harówce często był blady i wyczerpany,
Segovax widział, że matka patrzy na niego z niepokojem. Ale gdy ludzie z osady siadywali latem przy wieczornym ognisku, nieco senni od piwa i miodu, to właśnie ojciec głosem cichym, lecz zadziwiająco głębokim jak
na jego wątłą posturę, śpiewał im pieśni o ich ludzie, przygrywając
sobie czasem na prostej celtyckiej harfie. W takich chwilach jego
zmęczenie gdzieś się rozpływało, a na twarzy pojawiał się wyraz
magicznej łagodności.
I tak się stało, że Segovax w wieku dziewięciu lat, tak jak jego matka,
nie tylko kochał i podziwiał ojca, ale wiedział też w głębi serca, że
musi go chronić.
Ojciec sprawił mu tylko jeden zawód.
- Kiedy zabierzesz mnie do ujścia rzeki? - pytał co kilka miesięcy.
A ojciec odpowiadał:
- Niedługo. Kiedy nie będę taki zajęty.
Bo Segovax nigdy jeszcze nie widział morza.
- Ciągle mi tylko obiecujesz - skarżył się, a czasem trochę się dąsał.
W tych pogodnych czasach jedynym cieniem były złe humory matki. Zawsze
miała zmienne nastroje, więc ani Segovax, ani jego siostra nie
przejmowali się tym zbytnio. Ale ostatnio stała się trudna do
zniesienia. Czasem bez powodu beształa dzieci, po chwili przytulała do
siebie Brenwen, a zaraz potem kazała jej zmykać. A kiedyś, skrzyczawszy
ich za jakieś przewinienie, zalała się łzami. Segovax widział też, że
gdy ojciec jest w pobliżu, bladolica matka obserwuje go, niemal ze
złością śledząc każdy jego ruch.
Po wiośnie nastało lato, a wieści o ruchach Cezara nadal nie
nadchodziły. Być może rzymskie legiony gromadziły się za morzem, ale
wioski nikt o tym nie zawiadamiał.
- Jeśli Rzymianie przybędą, to pojawią się też u nas? - spytał Segovax
ojca.
- Tak - usłyszał spokojną jak zwykle odpowiedź. A po chwili ojciec dodał
z westchnieniem: - Nie mają wyboru.
Powód był prosty.
Bród. Znajdował się niedaleko wyspy druida. Podczas odpływu można było
przejść na południowy brzeg, bo woda sięgała tylko do piersi.
- W górnym biegu są też inne brody - tłumaczył ojciec. Ale to było
najbliższe ujścia miejsce, gdzie dało się bezpiecznie przekroczyć rzekę.
Od niepamiętnych czasów podróżni, schodząc ze starych szlaków, które
biegły wzdłuż pokrywających wyspę kredowych wzgórz, zmierzali do tego
miejsca. Jeśli Cezar wyląduje na południu i będzie chciał zaatakować
rozległe terytorium Cassivelaunusa powyżej ujścia, to najprostsza droga
zaprowadzi go do brodu.
"Niedługo tu będą", powtarzał sobie chłopiec. I czekał przez jeden
miesiąc. A potem kolejny.
Na początku lata miało miejsce wydarzenie, po którym, zdaniem Segovaxa,
zachowanie matki stało się jeszcze dziwniejsze.
Zaczęło się całkiem niewinnie, któregoś popołudnia, od dziecięcej
kłótni. Poszedł z Branwen na spacer. Trzymając się za rękę, minęli łąki
na południowym brzegu i doszli do skraju lasu na zboczu. Przez jakiś
czas się bawili, a potem jak zwykle Segovax zaczął ćwiczyć rzucanie
włócznią. Wtedy go poprosiła.
O nic wielkiego. Kiedyś obiecał, że pozwoli jej rzucić włócznią. Nic
więcej. Ale teraz odmówił. Gdy już było po wszystkim, nie pamiętał, czy
dlatego, że była za mała, czy dlatego, że chciał się z nią podroczyć.
- Obiecałeś - zaprotestowała.
- Może. Ale zmieniłem zdanie.
- Tak nie wolno.
- Wolno.
Mała Branwen z drobnym, wysportowanym ciałem i jasnymi, niebieskimi
oczami wspinała się na drzewa, na które on nie miał odwagi wejść, a jej
gniewu nawet rodzice nie umieli poskromić.
- Nie wolno! - Tupnęła nogą. Twarz jej poczerwieniała. - Obiecałeś.
Dawaj! - Sięgnęła po włócznię, ale Segovax sprytnie przerzucił ją do
drugiej dłoni.
- Nie, Branwen. Jesteś młodsza i masz się mnie słuchać.
- Nie będę! - krzyknęła ze wszystkich sił w płucach. Jej twarz zrobiła
się purpurowa, z oczu popłynęły łzy.
Chciała chwycić włócznię jeszcze raz, a potem zamachnęła się i z całych
sił uderzyła go piąstką w nogę.
- Nienawidzę cię! - Wprost dławiła się ze złości.
- Nieprawda.
- Prawda! - wrzasnęła. Próbowała go kopnąć, ale ją powstrzymał. Uderzyła
go w rękę i zanim zdążył ją złapać, zniknęła w lesie między drzewami.
Czekał przez jakiś czas. Znał swoją młodszą siostrę. Pewnie siedzi teraz
na jakimś pniu i czeka, aż po nią przyjdzie. A wtedy nie będzie chciała
się ruszyć, aż w końcu będzie musiał się przed nią tłumaczyć. Po namyśle
jednak ruszył do lasu.
- Branwen! - zawołał. - Kocham cię. - Żadnej odpowiedzi. Przez dłuższy
czas chodził po lesie. Nie mogła się zgubić, bo wystarczyło z dowolnego
miejsca zejść ze wzgórza, by znaleźć się na łąkach i mokradłach nad
rzeką. Pewnie się przed nim chowała. Wołał ją wiele razy. Cisza. Nasuwał
się tylko jeden wniosek. Domyślał się, co zrobiła. Uciekła, pobiegła do
domu i poskarżyła się rodzicom, że zostawił ją samą w lesie, gdzie mogło
ją spotkać coś złego. Już kiedyś spróbowała tej sztuczki.
- Branwen! - zawołał jeszcze raz. - Kocham cię. - A potem mruknął pod
nosem: - Zobaczysz, mała żmijo, odpłacę ci za to.
Wreszcie poszedł do domu. Ale jej tam nie było.
Jednak najdziwniejsze było zachowanie matki. Ojciec tylko westchnął i rzekł:
- Schowała się gdzieś, żeby go zdenerwować. - I wyruszył na
poszukiwania. Jednak matka zareagowała zupełnie inaczej.
Zrobiła się blada jak kreda. Na jej twarzy odmalowało się przerażenie. A potem głosem ochrypłym od lęku krzyknęła:
- Szybko, musimy ją natychmiast znaleźć! Zanim będzie za późno!
Segovax na zawsze zapamiętał, jak na niego wtedy spojrzała. Prawie z nienawiścią.
Był najmniej lubiany w stadzie, nikt się z nim nie liczył, zawsze jadł
jako ostatni. Także teraz, latem, kiedy jego bracia byli tak syci, że
nawet nie polowali na napotkaną zwierzynę, on był wychudły i wyliniały.
Gdy postanowił zejść ze wzgórz, żeby niżej poszukać jakichś resztek,
nikt w stadzie go nie zatrzymywał, patrzyli na niego z obojętną pogardą.
Tak więc tego popołudnia szary, wymizerowany cień sunął przez las w kierunku ludzkich siedzib. Kiedyś udało mu się tam złapać jakiś drób.
Ale widząc jasnowłosą dziewczynkę, zawahał się.
Wilki zazwyczaj nie atakowały ludzi, bały się ich. A za samotne łowy na
człowieka, bez pozwolenia i pomocy stada, czekała go okrutna zemsta ze
strony przywódcy. Ale przecież nikt nie musiał się o tym dowiedzieć.
Kuszący kąsek, cały dla niego. Siedziała na zwalonym drzewie, odwrócona
do niego plecami. Nuciła coś sobie, od niechcenia uderzając piętami o pień. Wilk podkradł się bliżej. Dziewczynka go nie słyszała.
Cartimandua wspinała się na wzgórze. Nadal była blada. Biegła. Wysłała
męża inną drogą. Segovax, teraz już przestraszony, zniknął jej z oczu.
Oddychała ciężko, ale to wzburzenie było niczym w porównaniu z potwornym
lękiem, który wypełniał jej umysł, pozostawiając w nim tylko jedną myśl.
Jeśli dziewczynka zginie, wszystko przepadnie.
Namiętność Cartimandui była straszna. Czasem wydawała się piękna, ale
częściej przypominała ból, który nie chce odejść; czasem pusta i straszna, miotała nią, aż była bezsilna. Tak jak teraz. Biegnąc w górę
zbocza, z promieniami słońca na policzku, czuła, że jej namiętność do
męża nie ma granic. Pragnęła go. Chciała go chronić. Potrzebowała go.
Nie umiała sobie wyobrazić życia bez niego. Rodzina z maleńkim dzieckiem
nie poradziłaby sobie bez ojca. Poza tym Cartimandua była gotowa na
kolejne dzieci. Tego też namiętnie pragnęła.
Nie miała złudzeń. W osadach nad rzeką już było więcej kobiet niż
mężczyzn. Gdyby on zginął w walkach, miałaby nikłe szanse na znalezienie
nowego mężczyzny. Namiętność popychała ją do działania; instynkt
macierzyński i pragnienie, żeby ocalić rodzinę, pozbawiły ją skrupułów.
Musiała taka być. Musiała podjąć straszną, tajemną decyzję, a wywołana
nią udręka towarzyszyła jej przez całą wiosnę jak pełne wyrzutów echo.
Postąpiła słusznie? Powtarzała sobie, że tak. Dobiła dobrego targu. Może
dziewczynka będzie szczęśliwa, zapewne będzie bogatsza. To koniecznie.
Tak jest lepiej dla wszystkich.
Tylko że każdego dnia chciało jej się krzyczeć z rozpaczy.
A teraz - i to była ta straszna tajemnica, o której nikt nie wiedział -
jeżeli coś się stanie Branwen, jej mąż zapewne straci życie.
Branwen usłyszała wilka, gdy znalazł się kilka metrów za nią. Odwróciła
się i zobaczywszy go, krzyknęła. Obserwował ją, gotowy do skoku. Nagle
zastygł, bo wydarzyło się coś dziwnego.
Branwen była przerażona, ale umiała błyskawicznie myśleć. Wiedziała, że
jeśli zacznie uciekać, wilk w mgnieniu oka dopadnie ją swoimi
straszliwymi zębami. Co robić? Miała tylko jedną szansę. Jak wszystkie
dzieci we wsi często naganiała bydło. A człowiek mógł zatrzymać nawet
pędzącą krowę, wystarczyło, że zamachał rękami. Tak, mogła stawić czoło
i temu zwierzęciu. Jeśli tylko nie okaże strachu.
Gdyby miała jakąś broń, choćby kij. Ale nie. Jej jedyną bronią było coś,
czym często posługiwała się w domu i co prawie zawsze odnosiło skutek.
Złość. Mogę udawać, że jestem zła, pomyślała. A najlepiej, gdyby mogła
naprawdę wpaść w gniew. Wtedy by się nie bała.
I oto wilk stanął nagle naprzeciw drobnej dziewczynki z czerwoną twarzą
wykrzywioną złością. Machała rękami i rzucała przekleństwa, które choć
dla niego niezrozumiałe, doskonale wyrażały jej intencje. A co
dziwniejsze, zamiast uciekać, ruszyła do przodu. Wilk cofnął się
niepewnie o dwa kroki.
- Idź stąd! Wynocha! - krzyczała z furią. - Głupie zwierzę! Z drogi! - A potem, tak jak w domu, gdy naprawdę wpadała w szał, wrzasnęła z mocą: -
Wynoś się!
Wilk cofnął się jeszcze bardziej. Zastrzygł uszami. A potem, wciąż
obserwując ją uważnie, zatrzymał się.
Branwen klaskała w dłonie, krzyczała i tupała. Teraz była już naprawdę
wściekła, ale jednocześnie próbowała ocenić swoje szanse. Zdobędzie się
na odwagę, żeby ruszyć na wilka i zmusić go do ucieczki? Wystarczy, że
on raz ją ugryzie, i będzie koniec.
Wilk wyczuł jej wahanie i zrozumiał, że to podstęp. Zrobił dwa kroki do
przodu, zawarczał i przysiadł, gotowy do skoku. Zdesperowana dziewczynka
ryknęła na niego wściekle. Ale stała w miejscu. Wilk przysiadł jeszcze
bardziej.
I nagle za dziewczynką zauważył jeszcze jedną postać. Zamarł. Czyżby
zbliżali się myśliwi? Zerknął na boki. Nie. Był tylko jeden człowiek.
Chłopiec. Nie chcąc porzucić tak łatwej zdobyczy, wilk przyczaił się
ponownie. Chłopiec miał w ręku jedynie kij. Wilk zaatakował.
Rozdzierający ból w łopatce kompletnie go zaskoczył. Chłopiec rzucił kij
tak szybko, że zwierzę nie zdążyło zareagować. Ból był ostry. Wilk
zamarł. A potem poczuł, że nie może się poruszyć. Osunął się na ziemię.
Segovax nie chciał mówić dorosłym o wilku.
- Jeśli się dowiedzą - tłumaczył siostrze - napytam sobie biedy.
Ale Branwen nie mogła opanować podniecenia.
- Zabiłeś go! - krzyknęła radośnie. - Włócznią!
Zrozumiał, że to na nic.
Westchnął.
- Chodźmy do domu - powiedział. Zaczęli schodzić ze wzgórza.
Reakcja matki była zdumiewająca. W pierwszej chwili, gdy ojciec ucałował
ich oboje i poklepał syna po plecach, nie powiedziała nic. Patrzyła na
rzekę, jakby w ogóle nie cieszyła się ze szczęśliwego zakończenia. Ale
gdy ojciec poszedł zdjąć skórę z wilka, wbiła w Segovaxa nawiedzony
wzrok.
- Twoja siostra o mało nie zginęła. Zdajesz sobie z tego sprawę? -
Patrzył ponuro w ziemię. Wiedział, że czekają go kłopoty. - Zostawiłeś
ją samą i o mało przez to nie zginęła. Rozumiesz, co zrobiłeś?
- Tak, mamo. - Jasne, że rozumiał. Ale zamiast go skrzyczeć, Cartimandua
wydała z siebie cichy jęk pełen rozpaczy. Nigdy wcześniej nie słyszał
takiego dźwięku. Spojrzał na nią niepewnie. Wydawało się, że matka
zapomniała o jego istnieniu. Kręcąc głową, przyciskała dziewczynkę do
piersi.
- Nie rozumiesz. Nic nie rozumiesz. - Odwróciła się, zawyła jak jakieś
zwierzę i ruszyła do wsi, zostawiając ich samych. Ani Segovax, ani
Branwen nie wiedzieli, co o tym myśleć.
Straszny układ został zawarty wiosną, kiedy dostojnik od wielkiego wodza
Cassivelaunusa po raz pierwszy przybył do wsi, żeby zaplanować obronę
nad rzeką. I pewnie ten pomysł nie przyszedłby jej do głowy, gdyby nie
luźna uwaga, którą rzucił do kobiet ze wsi, przeglądając broń mężczyzn.
- Jeśli Rzymianie podejdą do brodu, przeniesiemy was w górę rzeki.
Czarnobrody kapitan nie chciał, żeby kobiety kręciły się w pobliżu pola
bitwy. Jego zdaniem przeszkadzały i rozpraszały mężczyzn.
Ale ta uwaga dała jej do myślenia. A wieczorem, widząc, że jest nad
rzeką sam, podeszła do niego.
- Powiedzcie mi, panie, czy w drodze w górę rzeki będziemy miały jakąś
straż?
Wzruszył ramionami.
- Pewnie tak. A bo co?
- Tutejsi ludzie mają do mojego męża zaufanie - oznajmiła. - Najlepiej
by było, żeby to on nam towarzyszył.
- Tak myślisz?
- Tak - powiedziała cicho. Widziała, że mężczyzna uśmiecha się do siebie
jak ktoś, kto ma władzę i wie, jak rozumieć taką propozycję.
- A co byś zrobiła - spytał łagodnie, patrząc na pociemniałą wodę -
żebym ja też tak pomyślał?
Nie spuszczała z niego wzroku. Znała swoje silne strony.
- Co tylko zechcecie - odpowiedziała.
Milczał przez dłuższą chwilę. Jak większość wojskowych dowódców nawet
nie liczył kobiet, które ofiarowywały mu swoje ciało. Jedne brał, innych
nie. Ale jego wybór ją zaskoczył.
- A ta jasnowłosa dziewczynka, która była dziś z tobą, to twoja córka?
Cartimandua skinęła głową.
Wystarczyło kilka chwil, by oddała mu małą Branwen.
Tak było najlepiej. Powtarzała to sobie tysiące razy. Oczywiście Branwen
stanie się własnością kapitana. Jego niewolnicą. Będzie mógł ją
sprzedać, zrobić z nią, co tylko będzie chciał. Ale dziewczynki wcale
nie musi czekać zły los. Znajdzie się na dworze wielkiego
Cassivelaunusa; a jeśli kapitan ją polubi, to może da jej wolność, może
nawet wyda ją dobrze za mąż. Takie rzeczy już się zdarzały. Lepsze to
niż wyczekiwanie w wiosce, gdzie wszystko było takie monotonne,
przekonywała się w myślach Cartimandua. Jeśli tylko dziewczyna nauczy
się powściągać swoją złość, dobrze na tym wszystkim wyjdzie.
A w zamian za to jej mąż nie będzie walczył z budzącymi postrach
Rzymianami, lecz powędruje z nią w bezpieczne miejsce.
- Pójdziecie razem w górę rzeki - powiedział kapitan bez ogródek. - A pod koniec lata dostarczysz mi dziewczynę.
Na razie musiała jedynie ukrywać tę umowę przed mężem. On nigdy by się
na coś takiego nie zgodził, ale gdy rzecz się dokona, będzie już za
późno. U Celtów przysięga była święta.
Nic dziwnego, że od dnia, kiedy wilk o mało nie uśmiercił Branwen,
Cartimandua nie spuszczała jej z oka.
Wieści o Juliuszu Cezarze wciąż nie nadchodziły.
- A może - powiedział kiedyś wesoło ojciec - on już nigdy się nie
pojawi?
Lato mijało Segovaxowi szczęśliwie. Matka nadal popadała w dziwne,
mroczne nastroje i nie puszczała biednej Branwen od siebie ani na krok,
ale ojciec chętnie spędzał z nim czas. Oprawił jedną z wilczych łap i Segovax nosił ją teraz na szyi jako talizman. Każdego dnia ojciec uczył
go jakiejś nowej umiejętności - jak polować, jak obrabiać drewno, jak
przepowiadać pogodę. A kiedyś, w środku lata, ku jego zdziwieniu i wielkiemu zadowoleniu, oświadczył nagle:
- Jutro zabiorę cię nad morze.
Nad rzeką używano kilku rodzajów łodzi. Gdy ojciec zastawiał sieci albo
przeprawiał się na drugi brzeg, zwykle brał czółno zrobione z dębowego
pnia. We wsi były też tratwy. Zeszłego lata chłopcy zbudowali sobie
jedną. Cumowali ją na długiej linie, a potem skakali z niej do
roziskrzonej wody jak z platformy. Pływano również małymi łódkami ze
skór rozciągniętych na drewnianym szkielecie, a kilka razy Segovax
widział kupców płynących w dół rzeki w długich, wiosłowych łodziach z wysokimi burtami, które celtyccy wyspiarze też umieli budować. Ale na
wyprawy takie jak ta wieś miała tylko jedną łódź. Zajmował się nią
ojciec i trzymał ją zawsze pod przykryciem.
- Popłyniemy plecionką. Trzeba ją najpierw sprawdzić na rzece.
Łódź z plecionej wikliny! Miała krótką stępkę i szerokie ożebrowanie z lekkiego drewna. Ta delikatna konstrukcja była jedynym twardym
materiałem użytym do zrobienia kadłuba. Szkielet pokryto warstwą mocno
splecionej łoziny, a na niej, dla zapewnienia koniecznej szczelności,
rozciągnięto skóry. Kupcy z wielu krajów od dawna podziwiali celtyckie
wyroby z wikliny. To był jeden z powodów do dumy dla wyspiarzy.
Wiklinowa łódka, choć długa zaledwie na sześć metrów, miała jedno
udogodnienie. Na środku stał niski maszt przymocowany sztagami, na
którym można było rozpiąć żagiel z cienkiej skóry. Maszt był po prostu
świeżo ściętym małym drzewem - wybierano je uważnie, żeby nie było zbyt
ciężkie; na czubku musiało być naturalne rozwidlenie, do którego
przywiązywano fały. Zgodnie ze zwyczajem na wierzchołku masztu
zostawiano kilka ulistnionych gałązek, więc wiklinowa łódka wyglądała
trochę jak drzewko albo krzew unoszący się na wodzie.
To prawda, była prymitywna, ale niezwykle wygodna. Elastyczna, ale
wytrzymała. Na tyle lekka, by ją przenosić, i pomimo niewielkiego
zanurzenia na tyle stabilna, że można było wypływać nią na morze. Na
rzece popychały ją wiosła i pływy, mały żagiel zaś był przydatnym
dodatkowym źródłem napędu - nawet przy słabym tylnym wietrze wystarczał,
żeby pokonać przeciwny prąd. Za kotwicę służył ciężki kamień w drewnianej klatce, wyglądający jak krab w koszyku.
Dokładnie obejrzeli łódź, postawili maszt i przez kilka godzin po
południu pływali po rzece. W końcu ojciec powiedział z uśmiechem:
- Jest idealna.
Następnego dnia o świcie poziom wody w rzece doszedł do punktu
kulminacyjnego, więc gdy tylko zrobiło się jaśniej, ojciec i syn
zepchnęli łódkę z mierzei, żeby wykorzystać cofający się prąd, który
przez wiele godzin mógł ich nieść w kierunku ujścia. Mieli szczęście, z zachodu wiała delikatna bryza, więc postawiwszy skórzany żagiel, mogli
siedzieć i podziwiać mijane krajobrazy, sterując jedynie szerokim
wiosłem.
Gdy wydostali się na środek nurtu, Segovax odwrócił się, żeby spojrzeć
na matkę stojącą na skraju mierzei. Patrzyła na nich z pobladłą twarzą.
Pomachał jej, ale nie zareagowała.
Jeszcze długo za Londinos koryto rzeki nie rozszerzało się; najpierw
musieli dotrzeć - o czym chłopiec dobrze wiedział - do jednego z najbardziej niezwykłych miejsc długiego, krętego nurtu. W swojej podróży
z wnętrza wyspy rzeka wiła się wielkimi zakolami, ale tuż za Londinos
zaczynał się ciąg wielkich, ciasnych zakrętów, tworzących coś w rodzaju
podwójnego S. Niecałe półtora kilometra od wschodniego wzgórza Londinos
rzeka zawijała w kierunku północnym i zaraz zawracała, znów płynąc na
południe. U dołu tego południowego zakrętu, zaledwie pięć kilometrów w prostej linii od wschodniego wzgórza, teren od południa wznosił się,
tworząc piękne, rozległe zbocze. W tym miejscu rzeka znów zawracała na
północ, a półtora kilometra dalej znajdował się następny zakręt.
Gdy mijali kolejne pętle, ojciec patrzył z rozbawieniem na Segovaxa,
rzucając od czasu do czasu pytanie:
- To gdzie jest teraz Londinos?
Czasem leżało po lewej stronie, czasem po prawej, a czasem z tyłu. Gdy w pewnej chwili chłopiec zupełnie stracił orientację, ojciec roześmiał się
głośno.
- Londinos jest teraz na wprost nas, choć cały czas się od niego
oddalamy - wyjaśnił.
Tę niezwykłą właściwość rzeki znali wszyscy tutejsi żeglarze.
Dzień był pogodny. Posuwali się w dół biegu, a Segovax zauważył, że woda
w rzece jest tak czysta i przejrzysta, zupełnie jak w okolicach
Londinos, że widać dno, czasem piaszczyste, a czasem pokryte błotem lub
żwirem. Późnym rankiem zjedli placki owsiane od Cartimandui, popili je
słodkawą wodą, którą czerpali dłonią wprost z rzeki.
Dopiero gdy rzeka stała się szersza, chłopiec zaczął sobie uświadamiać,
czym jest wielkie kredowe V, w którym mieszkał całe życie.
W samym Londinos kredowe wzgórza nie były widoczne. Owszem, za wioską
wznosiły się łagodne zbocza. Niskie pagórki ciągnęły się przez jakieś
osiem kilometrów i kończyły wysoką granią, skąd roztaczał się rozległy
widok. Jednak te pagórki, uformowane głównie z gliny, leżały wewnątrz
zakrzywionego łuku kredowych wzniesień, zasłaniając ich widok od strony
rzeki. Chłopiec znał też poprzecinane strumieniami lesiste zbocza na
północnym brzegu, na których tle stały bliźniacze wzgórza. Widział
wznoszące się za nimi tarasy oraz pasmo cypli i pagórków wysokich na
prawie sto metrów, ciągnące się w dal. Nie zdawał sobie jednak sprawy z istnienia wielkiej, kredowej skarpy, która za wzniesieniami z gliny i piasku zakręcała ku północnemu wschodowi.
Ale tu, kilkanaście kilometrów od Londinos, roztaczał się zupełnie inny
widok. Po lewej stronie rzeki, skąd do północnej krawędzi wielkiego
kredowego V było ponad pięćdziesiąt kilometrów, brzeg był niski i podmokły. Dalej, jak tłumaczył ojciec, leżały rozległe połacie lasów i moczarów, które ciągnęły się na setki kilometrów, porastając ogromny łuk
lądu tworzący wschodnie wybrzeże wyspy aż po zimne Morze Północne.
- To wielkie tereny, chłodne i wilgotne - tłumaczył ojciec. - Bezkresne
plaże. A wiatry, które wieją ze wschodu, znad morza, mogłyby cię
przeciąć wpół. Tam mieszka wódz Cassivelaunus. - Pokręcił głową. - I dzikie, niepokorne plemiona. Tylko ktoś tak potężny jak on może nimi
władać.
Chłopiec spojrzał na południowy brzeg. Cóż za kontrast! Rzeka zbliżała
się tu do wielkiej ściany kredowego V. Płynęli wzdłuż stromego,
wysokiego brzegu, za którym wznosiła się na ponad sto metrów potężna
grań, ciągnąca się jak okiem sięgnąć na wschód.
- Tam jest Kent, ziemia, na której mieszkają Kantiowie - powiedział
ojciec. - Gdybyś szedł przez parę dni tą granią, to w końcu dotarłbyś do
wysokich białych klifów na końcu wyspy.
Potem opowiedział w szczegółach, jak wygląda długi, południowo-wschodni
półwysep i że w pogodne dni można dojrzeć po drugiej stronie morza nową
rzymską prowincję Galię.
- W dolinach pomiędzy wzgórzami są bogate gospodarstwa - dodał.
- A czy oni są tak samo dzicy jak plemiona na północ od ujścia? - spytał
Segovax.
- Nie. - Ojciec się uśmiechnął. - Ale za to są bogatsi.
Przez jakiś czas płynęli w milczeniu - chłopiec przepełniony zachwytem,
ojciec w głębokiej zadumie.
- A kiedyś - odezwał się w końcu ojciec - mój dziadek powiedział mi coś
dziwnego. Gdy był mały, śpiewano piosenkę o tym, że dawno, dawno temu
rósł tu wielki las. - Wskazał na wschód, w kierunku morza. - Ale potem
przyszła wielka powódź i na zawsze ten las pogrzebała. - Umilkł. Obaj
próbowali to sobie wyobrazić.
- I co jeszcze ci powiedział?
- Że w tamtych czasach, gdy pojawili się tu pierwsi ludzie, cała ziemia
tam - wskazał na północ - była pokryta lodem. Wszystko było zamarznięte.
Ten lód był jak ściana.
- I co się z nim stało?
- Chyba słońce go roztopiło.
Segovax spojrzał na północ. Nie umiał sobie wyobrazić tej zielonej
krainy pokrytej zmarzliną.
- Czy ziemia może znów zamarznąć?
- A jak myślisz?
- To niemożliwe - powiedział Segovax stanowczo. - Słońce zawsze
wschodzi.
Obserwował krajobraz, w miarę jak łódka płynęła w dół coraz szerszej
rzeki. Ojciec patrzył z czułością na syna, modląc się bezgłośnie do
bogów, by po jego śmierci chłopiec żył długo i płodził swoje dzieci.
Późnym popołudniem zobaczyli ujście. Pokonali właśnie duży zakręt. Rzeka
miała już półtora kilometra szerokości.
- Chciałeś zobaczyć morze - powiedział ojciec cicho.
- Chciałem. - Tylko tyle mógł z siebie wydobyć.
Ujście było bardzo długie. Po lewej niski brzeg zataczał łuk, otwierając
się jeszcze szerzej; po prawej aż po horyzont ciągnęły się kredowe skały
Kentu. A pomiędzy nimi leżało otwarte morze.
Oczekiwał czegoś innego. Spodziewał się, że morze będzie opadać w stronę
widnokręgu, tymczasem wydawało się, że otwarty bezkres wody unosi się,
jakby ocean nie chciał pozostać na swoim miejscu, lecz spieszył rzece na
powitanie. Segovax patrzył na morze, na wzburzone fale poprzecinane
pasami ciemniejszej wody. Powietrze pachniało solą. Poczuł dreszcz
podniecenia. Oto miał przed sobą wielką przygodę. Ujście było bramą, a Londinos, właśnie to sobie uświadomił, było nie tylko pięknym miejscem
nad rzeką, ale też punktem początkowym podróży wiodącej do tego
wspaniałego, otwartego świata. Patrzył na morze zatopiony w myślach.
- A tam, po prawej - odezwał się ojciec - płynie duża rzeka. - Wskazał
na wysokie wybrzeże, gdzie kilka kilometrów za przylądkiem rzeka Medway,
przecinając kredową grań, łączyła się z ujściem ich rzeki.
Płynęli w dół ujścia jeszcze przez godzinę. Prąd zwalniał, woda burzyła
się coraz bardziej. Wiklinowa łódka podskakiwała na falach
przelewających się przez burtę. Woda była teraz bardziej zielona,
ciemniejsza. Dna nie dało się już zobaczyć. Chłopiec zaczerpnął dłonią
trochę wody i przekonał się, że jest słona. Ojciec uśmiechnął się.
- Prąd się odwraca - powiedział.
Segovax zauważył ze zdziwieniem, że kołysanie łódki przyprawia go o mdłości. Skrzywił się, ale ojciec parsknął śmiechem.
- Niedobrze ci? Tam będzie jeszcze gorzej. - Machnął w kierunku morza.
Chłopiec spojrzał niepewnie na odległe fale. - Nadal chcesz tam
popłynąć? - spytał ojciec, odgadując jego myśli.
- Tak. Kiedyś.
- Na rzece jest bezpieczniej - zauważył ojciec. - Morze zabrało już
wielu ludzi. Jest okrutne.
Segovax skinął głową. Nagle poczuł silne mdłości. Ale któregoś dnia,
przysiągł sobie w myślach, dowie się, jak smakuje wielka przygoda, bez
względu na wszystko.
- Czas wracać - powiedział ojciec. A po chwili dodał: - Mamy szczęście.
Wiatr się zmienia.
Rzeczywiście. Wiatr najpierw ustał, a potem zaczął wiać z południowego
wschodu. Rybak zawrócił łódź, żagiel załopotał. Ruszyli w powrotną
drogę.
Segovax westchnął. Pomyślał, że to będzie najpiękniejszy dzień w jego
życiu, tylko on z ojcem na łodzi i morze. Woda robiła się coraz
spokojniejsza. Popołudniowe słońce wciąż świeciło ciepło. Zachciało mu
się spać.
Segovax obudził się gwałtownie, czując, że ojciec go szturcha. Posuwali
się bardzo wolno. Zamknął oczy przed godziną, a dopiero wpływali w rzeczny zakręt, zostawiając ujście za sobą. Obudziwszy się, wydał z siebie okrzyk zdziwienia.
- A teraz spójrz tam - mruknął ojciec, pokazując coś w odległości nie
większej niż kilkaset metrów.
Z północnego brzegu płynęła duża tratwa. Dwudziestu mężczyzn popychało
ją długimi drągami w poprzek nurtu. Segovax zauważył za nimi drugą
tratwę. Ale najbardziej niezwykły był ich ładunek. Na każdej stał
przymocowany linami wspaniały rydwan.
Celtycki rydwan był straszliwym pojazdem. Ciągnięty przez szybkie konie,
dwukołowy, lekki i stabilny, woził wojownika w pełnym uzbrojeniu i dwóch
pomocników. Niezwykle zwrotny, poruszał się błyskawicznie na polu bitwy,
a jadący na nim ludzie miotali w prawo i w lewo włócznie albo strzelali
z łuków. Czasem wojownicy przymocowywali do kół ostrza kos, które cięły
na kawałki każdego, kto się zbliżył. Rydwan na tratwie był wspaniały.
Pomalowany na czerwono i czarno, błyszczał w promieniach słońca. Segovax
patrzył zafascynowany. Ojciec zawrócił łódkę i popłynął za tratwami na
południowy brzeg.
Ale pierwszy zachwyt chłopca był niczym w porównaniu z ekscytacją, która
go ogarnęła, gdy zbliżyli się do brzegu, a ojciec zawołał nagle:
- Na bogów! Segovaxie, widzisz tego mężczyznę na czarnym koniu? -
Chłopiec skinął głową. - To przecież sam Cassivelaunus.
Ojciec kazał Segovaxowi zaczekać przy łodzi, a sam zagadnął mężczyzn i pomógł im wyciągać tratwy na brzeg.
Chłopiec siedział obok ich małej łódki, przez rzekę przewieziono co
najmniej dwadzieścia rydwanów i pięćdziesiąt wspaniałych koni. Tych
największych mieli dosiadać wojownicy. Te mniejsze, ale równie szybkie,
zaprzęgano do rydwanów. Widać było, że wszystkie pochodzą z dobrej
hodowli. Przez rzekę przeprawiono też mnóstwo ludzi i całe wozy broni.
Niektórzy wojownicy mieli na sobie kosztowne opończe w jaskrawych
kolorach i złote ozdoby. Widok potężnych, dzielnych Celtów, jego
rodaków, napełniał chłopca dumą. A potem sam wielki wódz - wysoki
mężczyzna z długimi wąsami i w czerwonej opończy - przywołał ojca do
siebie i zaczął z nim rozmawiać. Segovax widział, że ojciec klęka przed
wodzem, że mówią coś do siebie, wódz uśmiecha się serdecznie, kładzie
dłoń na ramieniu ojca, a potem daje mu małą broszę. Oto największy wódz
na całej wyspie okazuje uznanie jego ojcu, odważnemu, ale przecież tylko
zwykłemu wieśniakowi. Segovax aż pokraśniał ze szczęścia.
Ojciec wrócił późnym popołudniem. Uśmiechał się, ale myśli miał
zaprzątnięte czymś innym.
- Czas na nas - powiedział. Segovax skinął głową z westchnieniem.
Najchętniej zostałby tu na zawsze.
Wkrótce płynęli szybko rzeką; ojciec mocno pracował wiosłami. Patrząc
wstecz, Segovax widział, jak na brzeg wyciągane są ostatnie tratwy.
- Czy to znaczy, że gotują się do walki? - zapytał.
Ojciec rzucił mu zdziwione spojrzenie.
- Nie domyśliłeś się, synu? - powiedział cicho. - Są w drodze na
wybrzeże. - Wiosłował rytmicznie. - Rzymianie nadciągają.
Branwen patrzyła z ciekawością na matkę. Spała jeszcze, gdy ojciec i Segovax wypłynęli łodzią. Zapowiadał się spokojny i raczej nudny dzień.
Przez cały ranek matka i inne kobiety plotły koszyki z wikliny;
siedziały przed chatą, gawędząc cicho i patrząc na bawiące się nieopodal
dzieci. I siedziałyby tak zapewne przez całe przedpołudnie, gdyby nie
druid.
Przypłynął sam czółnem. Pojawił się jak zwykle nieoczekiwanie. Zgodnie z pradawnym obyczajem, nakazał wieśniakom przynieść koguta i trzy kurczęta
na ofiarę, a potem polecił im udać się ze sobą do świętego miejsca po
drugiej stronie rzeki. Podążyli za nim na tratwach i w skórzanych
łódkach, nie wiedząc, jaka intuicja czy przeczucie kazało starcowi
opuścić nagle jego wysepkę.
Nie skierowali się na wprost ku bliźniaczym wzgórzom Londinos, lecz do
szerokiego strumienia, który opływał wzgórza od zachodniej strony.
Wysiedli z łódek i przeszli do miejsca oddalonego o pięćdziesiąt metrów
od brzegu. Nie było tu nic oprócz trzech szorstkich kamieni, sięgających
człowiekowi do kolan, które stały wokół zagłębienia w ziemi.
Święta studnia. Nikt nie wiedział, kiedy ani dlaczego ją wykopano.
Zasilał ją niewielki strumień. Mówiono, że mieszka w niej łagodna wodna
boginka.
Wziąwszy jedno z kurcząt, druid wymamrotał modlitwę, a potem, na oczach
ludzi, wprawnym ruchem podciął mu gardło i wrzucił do studni; po chwili
usłyszeli, jak ptak wpada do wody.
Wrócili do łodzi, przedostali się na drugą stronę odnogi i zaczęli się
wspinać na zachodnie wzgórze. Tutaj, tuż pod szczytem od strony rzeki,
rozciągał się pas murawy z szerokim widokiem na wodę. Na środku
znajdował się mały krąg wykopany na kilkanaście centymetrów w głąb
ziemi. Miejsce rytualnego uśmiercania zwierząt. Druid złożył w ofierze
koguta i dwa pozostałe kurczaki, spryskując krwią trawę wewnątrz okręgu
i mówiąc półgłosem:
- Przelaliśmy dla was krew, bogowie rzeki, ziemi i nieba. Chrońcie nas w potrzebie.
Zabrał martwe ptaki i nakazawszy wieśniakom wracać do domu, ruszył w kierunku drugiego wzgórza, by tam samotnie obcować z bogami.
Mieszkańcy wioski nie mieli tu już nic do roboty. Spełnili swoje
zadanie. Wsiedli do łodzi z uczuciem zadowolenia, że zrobili to, co do
nich należało.
Z wyjątkiem Cartimandui.
Branwen nieprzerwanie obserwowała matkę. Zdawała sobie sprawę, że jej
zachowanie jest dziwne.
Bo dlaczego Cartimandua, zamiast wsiąść do łodzi tak jak wszyscy,
zaczęła nagle błagać jednego z mężczyzn, by zostawił jej skórzaną łódkę?
Dlaczego teraz, kiedy mieszkańcy wioski przeprawili się już na
południowy brzeg, wędrowały obie po wzgórzach, szukając druida, który
zniknął tajemniczo? Dlaczego matka jest taka blada i zdenerwowana?
Dziewczynka nie mogła tego wiedzieć, ale powód był prosty. Nagłe
pojawienie się kapłana i złożenie ofiar mogło oznaczać jedno. Za sprawą
swoich niezwykłych mocy i kontaktu z bogami starzec zobaczył, że
niebezpieczeństwo jest blisko. A więc nastała straszna godzina.
Nadchodzili Rzymianie. Po raz kolejny Cartimanduę zalała fala dręczących
wątpliwości.
A może popełniła błąd? Co powinna teraz zrobić? Nie wiedząc nawet, co
powie ani o co zapyta, wróciła na wzgórze, żeby poszukać druida. On
udzieli jej najlepszej wskazówki, zanim będzie za późno.
Niosąc niemowlę i ciągnąc Branwen za rękę, przecięła zachodnie wzgórze i przeskakując po kamieniach, przeszła na drugą stronę potoku płynącego
między bliźniaczymi wzniesieniami. Wspięła się na wschodni szczyt z nadzieją, że znajdzie tam kapłana. Ale nie, tam też go nie było. Już
chciała zrezygnować, gdy nagle zobaczyła słup dymu wznoszący się z drugiej strony wzgórza. Ruszyła szybkim krokiem.
Wschodnie wzgórze Londinos nie schodziło równo ku rzece. Mniej więcej w połowie zbocze się zaokrąglało, a potem opadało stromo ku brzegowi. W ten sposób po południowo-wschodniej stronie wzniesienia powstało coś w rodzaju naturalnego amfiteatru - trawiasta platforma nad wodą stanowiła
scenę, a stok wzgórza widownię. Scenę pokrywała darń i niskie krzewy. I właśnie tam, tuż nad wodą, druid rozpalił małe ognisko.
Cartimandua przyglądała mu się z góry, obawiając się podejść. Z dwóch
powodów.
Po pierwsze, widziała, co starzec robi. Wyjął z martwych ptaków kości i włożył je do ognia. A to oznaczało, że czyni wróżby - był to jeden z najbardziej tajemnych celtyckich rytuałów, którego nie wolno było
zuchwale zakłócać. A drugi powód dotyczył samego miejsca.
Kruki.
Od niepamiętnych czasów pofalowane wzgórza nad rzeką zamieszkiwała
kolonia kruków.
Cartimandua wiedziała, że ptaki te, jeśli traktuje się je z szacunkiem,
są dobrym znakiem. Mówiono, że ich potężne duchy mogą obronić celtyckie
plemiona. Zapewne dlatego druid wybrał to miejsce na odczytanie
przepowiedni. Ale mimo to Cartimandua zadrżała. Wielkie kruki z mocnymi
dziobami zawsze budziły w niej strach. Wyglądały tak ponuro, niezdarnie
machały skrzydłami i podskakiwały na murawie, wydając z siebie ochrypłe
krakanie. Jeśli odważy się tam zejść, któryś z nich w każdej chwili może
chwycić ją straszliwymi szponami za rękę czy nogę i wbić się dziobem w ciało.
Druid podniósł głowę i ją zobaczył. Przez chwilę patrzył na nią,
najwyraźniej zirytowany. A potem bez słowa skinął, by do niego podeszła.
- Zaczekaj tutaj - powiedziała do Branwen, podając jej niemowlę. - I nie
ruszaj się stąd.
Wciągnęła głęboko powietrze w płuca i zeszła po zboczu obok kruków.
Branwen zapamiętała te długie minuty na całe życie. Bała się, stojąc na
szczycie trawiastego stoku sama z maleńkim dzieckiem i patrząc na matkę
i druida w dole. Widziała ze swojego miejsca Cartimanduę, ale czuła się
nieswojo w tym pełnym grozy miejscu. I gdyby nie to, że ją też
przerażały kruki, zbiegłaby do matki.
Widziała, że matka mówi coś z powagą do druida, a starzec powoli kręci
głową. Potem chyba Cartimandua o coś go gorąco prosiła. W końcu starzec
wyjął z ogniska kilka kości i uważnie je obejrzał. I coś powiedział.
Nagle z dołu rozległ się straszliwy dźwięk, rozniósł się tak głośnym
echem, że kruki poderwały się w powietrze, a potem opadły z gniewnym
krakaniem. Taki straszliwy, żałosny lament mogło wydać z siebie
zdesperowane zwierzę.
Ale to krzyczała Cartimandua.
Nikt nie odgadł jego tajemnicy. Segovax był z siebie zadowolony. Od ich
powrotu w Londinos panował ożywiony ruch. Czarnobrody dostojnik zjawił
się w wiosce jeszcze przed nimi, a ojca natychmiast wysłano do brodu w górze rzeki, gdzie byli już inni mężczyźni. I mieli tyle zajęć, że
rodzina prawie wcale rybaka nie widywała.
Przygotowania toczyły się pełną parą. W dno brodu wbijano zaostrzone
pale. Mężczyznom z wiosek leżących w promieniu wielu kilometrów nakazano
ścinanie drzew na mocną palisadę, która miała stanąć wzdłuż brzegów
wysepki druida.
Co dzień przychodziły nowe wieści. Ale nie były jednoznaczne.
"Wszystkie plemiona Brytów przysięgły, że pójdą za Cassivelaunusem",
oznajmił jeden posłaniec, a inny dorzucił: "Celtyckie plemiona w Galii
planują powstanie. Tutaj nadwerężymy siły Cezara, a oni odetną mu
odwrót". "Niektórzy wodzowie zazdroszczą Cassivelaunusowi - ostrzegali
mądrzejsi. - Nie wolno im ufać".
Początkowo nowiny były pomyślne. Cezar wylądował niedaleko białych
klifów na południowym wybrzeżu i rozpoczął marsz przez Kent, ale bogowie
wyspy uderzyli natychmiast. Tak jak poprzednim razem potężny sztorm o mało nie zniszczył rzymskiej floty, zmuszając najeźdźców do odwrotu i naprawienia uszkodzeń. A kiedy Cezar po raz drugi ogłosił wymarsz,
Celtowie na szybkich rydwanach atakowali jego oddziały i zadawali im
dotkliwe straty. "Nigdy nie dojdą do rzeki", mówili ludzie. Ale robót
fortyfikacyjnych nie przerywano.
Segovax trwał w stanie zawieszenia - budzącym strach, ale jednocześnie
ekscytującym. Był pewien, że Rzymianie wkrótce się pojawią. A wtedy
przyjdzie czas na jego tajemny plan.
- Celtowie ich zniszczą - zapewniał z dumą siostrę.
Przekradał się brzegiem do miejsca, skąd mógł obserwować przygotowania.
Drugiego dnia rano zaczęto spławiać w dół rzeki dodatkowe pnie drzew.
Cartimandua była rozdarta, lęk wprost ją obezwładniał. Zaczynała się
denerwować, gdy Branwen od niej odchodziła. Kiedy niemowlę płakało,
natychmiast do niego biegła. Gdy Segovax gdzieś znikał, a zdarzało się
to często, gorączkowo go szukała, a znalazłszy, przyciskała
zakłopotanego chłopca do piersi.
Ale przede wszystkim nieustannie spoglądała w kierunku brodu, gdzie
pracował jej mąż. Mężczyźni od dwóch dni zostawali tam nawet na noc i choć wraz z innymi kobietami zanosiła mu jedzenie, nie udało im się
porozmawiać.
Gdyby tylko mogła to pojąć. Gdyby mogła zrozumieć, co się kryje w strasznych słowach druida.
Może nie powinna była o nic pytać. Wcale nie chciał z nią rozmawiać. Ale
jej niepokój był tak silny, że nie umiała się powstrzymać.
- Powiedz mi - błagała - jaki los czeka mnie i moją rodzinę?
Druid wahał się, ale w końcu, niemal wzruszając ramionami, wyciągnął z ogniska kilka kości, obejrzał je uważnie i skinął głową, jakby zobaczył
coś, czego i tak się spodziewał. Ale co to miało znaczyć?
- Darzysz miłością trzech mężczyzn - powiedział posępnie. - I jednego
stracisz.
Straci? Którego? Mogło chodzić jedynie o męża, Segovaxa i najmłodszego
syna. W jej życiu nie było innych mężczyzn. Druid na pewno miał na myśli
męża. Ale przecież udało jej się go ocalić. Wszyscy razem popłyną
bezpiecznie w górę rzeki.
Dzień po przybyciu czarnobrodego dostojnika, który nadzorował mężczyzn
przygotowujących się do obrony, odszukała go.
- Czy umowa nadal obowiązuje? - zapytała.
- Już ci to mówiłem - odpowiedział zniecierpliwiony i odprawił ją
gestem.
A więc co to mogło oznaczać? Czyżby Branwen miał się przydarzyć jakiś
wypadek, który unieważni ich targ? Coś się stanie Segovaxowi albo
niemowlęciu? Miotana udręką niepewności, czuła się jak zwierzę schwytane
w pułapkę, które próbuje ochronić raz jedno, raz drugie młode przed
atakiem drapieżników kłapiących zębami.
W końcu, po kilku dniach niepewności, nadeszła wiadomość, że
Cassivelaunus zgromadził oddziały, gotowy do walnej bitwy.
Wojownicy napływali szerokim strumieniem - piechurzy, konni, woźnice
rydwanów. Kolejne oddziały, zgrzane i pokryte kurzem, stawały nad
brodem.
Ludzie donosili o zdradzie, o dezercjach dowódców. "Rzymianie ich
przekupili - mówili. - Oby spadła na nich klątwa bogów". Byli źli, ale
nie przygnębieni. "Jedna porażka nic nie znaczy. Rzymianie jeszcze
posmakują naszej zemsty". Ale gdy Segovax odważył się zapytać jednego z wojowników w rydwanie, jacy są Rzymianie, usłyszał szczerą odpowiedź:
"Umieją trzymać szyk. Budzą strach".
Na południu nie zostały już żadne linie obrony. Teraz barierą miała być
rzeka.
- Bitwa rozegra się tutaj - powiedział ojciec podczas jednej z nielicznych wizyt w wiosce. - I tu powstrzymamy Cezara.
Następnego dnia oznajmiono kobietom, że mają się przygotować do
ewakuacji. "Wyruszycie jutro".
Następnego ranka Segovax bacznie obserwował, jak ojciec przypasuje
miecz. Zazwyczaj miecz leżał w chacie zawinięty w skóry, dwa razy do
roku ojciec wyjmował go i oglądał. Przy takich okazjach Segovaxowi wolno
było go potrzymać, ale nie mógł dotykać ostrza. "Jeszcze zardzewieje",
mówił ojciec. Starannie smarował miecz tłuszczem, a potem chował go do
pochwy z drewna i skóry i jeszcze raz owijał skórami.
Miecz był typowym przykładem celtyckiej broni. Miał długie, szerokie
ostrze z żelaza z podłużną pręgą. Na rękojeści był prosty jelec w kształcie krzyża, głownię wyrzeźbiono w kształcie ludzkiej głowy groźnie
patrzącej na wroga.
Segovaxa ogarnęło dziwne wzruszenie. Po wielu dniach morderczej pracy
ojciec wyglądał na wycieńczonego. Przygięte plecy mówiły, że dokucza mu
ból. Ramiona zwisały jeszcze bardziej niż zwykle. W jego dobrych oczach
kryło się zmęczenie. A jednak, mimo że wątły i wrażliwy, był odważny.
Niemal rwał się do walki. Z jego twarzy i całej postaci emanowała pełna
determinacji męskość, górująca nad fizyczną słabością. Kiedy zdjął ze
ściany tarczę i dwie włócznie, w oczach Segovaxa zamienił się w szlachetnego wojownika, co napełniło chłopca dumą.
Po tych przygotowaniach rybak odciągnął chłopca na stronę i odezwał się
do niego z powagą:
- Jeśli coś mi się stanie, ty będziesz jedynym mężczyzną w rodzinie.
Masz opiekować się matką, siostrą i bratem. Rozumiesz?
A potem przywołał Branwen. Zaczął jej mówić, że ma być grzeczna, ale
niedorzeczność takich pouczeń rozśmieszyła go, więc tylko przytulił
córkę i pocałował.
Wszystko było gotowe. Kobiety i dzieci siedziały w czterech dużych
czółnach na końcu mierzei. Zapasy żywności i skromny dobytek załadowano
na dwie tratwy. Mężczyźni stali nieopodal, czekając na rozkazy
dowodzącego nimi dostojnika, który właśnie zbliżał się rzeką od strony
palisady.
Po kilku chwilach czarnobrody kapitan stanął obok. Obrzucił mieszkańców
wioski twardym spojrzeniem. Napotkał wzrok Cartimandui, która wraz z trójką dzieci stała w jednej z łodzi. Skinął niezauważalnie głową.
Przyjrzał się mężczyznom i szybko wyznaczył trzech spośród nich.
- Popłyniecie na łodziach jako straż. Mieszkańcy z innych wiosek mają
się zebrać o pięć dni drogi w górę rzeki. Tam jest fort. I tam powiedzą
wam, co dalej. - Spojrzał na męża Cartimandui. - Ty też popłyniesz z nimi. Będziesz dowodził. Każdej nocy macie wystawiać wartę. - Odwrócił
się, chcąc odejść.
Zalała ją fala ulgi. Dzięki wam, bogowie. Przynajmniej na jakiś czas
wszyscy będą bezpieczni. Zamierzała usiąść, gdy nagle zdała sobie
sprawę, że mąż nie rusza się z miejsca.
Popatrzyła na inne kobiety i dzieci. Uśmiechnęła się. Zobaczyła wtedy,
że mąż coś mówi. Zaczęła się wsłuchiwać.
- Nie mogę z nimi popłynąć.
Kapitan zmarszczył brwi. Przywykł do posłuszeństwa. Ale ojciec Segovaxa
kręcił głową.
Co on mówi? Nagle zrozumiała. Jakże może się sprzeciwiać?
- To rozkaz - powiedział kapitan ostro.
- Ale ja złożyłem przysięgę. Parę dni temu - tłumaczył rybak. - Samemu
Cassivelaunusowi. Przysiągłem, że będę z nim walczył pod Londinos.
Wszyscy to usłyszeli. Cartimandua zaczerpnęła gwałtownie powietrza,
oblał ją lodowaty chłód. Nic jej nie wspomniał o przysiędze. Ale
przecież od powrotu znad morza rzadko go widywała.
- Przysięgę? - Kapitan był wyraźnie zakłopotany.
- Dał mi zapinkę, spójrzcie tylko - mówił dalej rybak. - Kazał mi ją
nosić podczas bitwy, żeby mógł mnie rozpoznać. - Wyjął broszę z sakiewki
przywiązanej do paska.
Zapadła cisza. Kapitan patrzył na broszę. Może i miał przed sobą
prostego wieśniaka, ale przysięga była rzeczą świętą. A przysięga
złożona najwyższemu wodzowi... Nie miał wątpliwości, że zapinka pochodzi
od Cassivelaunusa. Spojrzał na Cartimanduę. Jej twarz miała barwę
popiołu. Spojrzał na dziewczynkę. Ładna. Ale nic nie mógł na to
poradzić. Umowa przestała obowiązywać.
Mruknął coś z irytacją i wskazał innego mężczyznę.
- Ty. Będziesz dowodził zamiast niego. Ruszajcie.
Patrząc na oddalającą się łódź, wiozącą jego żonę i dzieci, rybak poczuł
smutek, ale i zadowolenie. Nie był tak silny jak inni mężczyźni -jego
syn to widział. Ale teraz z pewnością usłyszał, i to przy wszystkich, że
jego ojciec złożył przysięgę największemu wodzowi Brytów.
Łodzie posuwały się wolno. Gdy wpłynęli w zakręt, zobaczył gromadzące
się wojsko. Całe rzędy rydwanów; za palisadą płonęły ogniska, przy
których zbierały się grupki mężczyzn. "Mówią, że jutro, gdy przybędzie
Cassivelaunus, będziemy tu mieli cztery tysiące rydwanów", opowiadał mu
ojciec. Chłopiec myślał z dumą, że ojciec należy teraz do tej wielkiej
armii.
Zostawili za sobą bród i wysepkę druida, przez kilkaset metrów płynęli
na południe. Potem rzeka znów zakręcała w prawo, więc chłopiec stracił z oczu miejsce bitwy. Oba brzegi były tu niskie i błotniste, zielone i aż
ciężkie od wierzb.
Branwen oparła się głową o niego i zasnęła. Matka w milczeniu wpatrywała
się w wodę.
Rzeka wiła się zakolami przez szeroką, płaską dolinę łąk i traw usianych
gdzieniegdzie drzewami. W pewnej chwili Segovax zauważył, że zaczęli
płynąć pod prąd. Fala przypływu nie docierała do tego miejsca. Morze nie
sięgało aż tak daleko.
Tej nocy rozbili obóz pod wierzbami, a rano ruszyli dalej, teraz już w towarzystwie kobiet z innej wioski. I znów słoneczny dzień upłynął im na
spokojnej żegludze. Nikt nie zauważył, że wraz z zapadnięciem zmroku
Segovaxa ogarnęło podniecenie. Nie mogli się przecież domyślać, że
postanowił zrealizować swój tajemny plan.
Skradał się w ciemnościach. Na niebie nie było księżyca, ale gwiazdy
świeciły jasno. Nikt się nie poruszył. Noc była ciepła. Tym razem
rozbili obóz na długiej, wąskiej wyspie. O zachodzie słońca niebo
przybrało ciemnoczerwoną barwę, zapowiadającą pogodny dzień. Wszyscy
byli zmęczeni po podróży. Rozpalili duże ognisko, zjedli, a potem
pokładli się do snu.
Usłyszał pohukiwanie sowy. Ostrożnie, trzymając w dłoni włócznię,
zbliżał się do wody.
Mieszkańcy drugiej wioski nieśli ze sobą dwie skórzane łódki - jedna
miała spiczasty dziób jak czółno. Gdy tylko ją zauważył, wiedział, że to
jego szansa. Leżała teraz na błotnistym brzegu. Była tak lekka, że
zdołał pociągnąć ją jedną ręką. Zaczął spuszczać ją na wodę, gdy
usłyszał za sobą znajomy tupot drobnych stópek. Branwen. Westchnął. Ona
chyba nigdy nie śpi.
- Co robisz?
- Ciiii!
- Dokąd się wybierasz?
- Do ojca.
- Żeby walczyć?
- Tak.
Przyjęła tę wiadomość w milczeniu.
- Zabierz mnie ze sobą - poprosiła po chwili.
- Nie. Masz zostać tutaj.
- Nie zostanę!
- Branwen, dobrze wiesz, że nie możesz ze mną jechać.
- Mogę.
- Nie umiesz walczyć. Jesteś za mała.
Mimo ciemności zauważył, że jej twarz czerwienieje, a dłonie zaciskają
się w pięści.
- Jadę z tobą.
- To niebezpieczne.
- Nie szkodzi.
- Wszystkich pobudzisz.
- Nie obchodzi mnie to. Będę krzyczeć. - Ta groźba była bardzo realna.
- Proszę cię, Branwen. Pocałuj mnie.
- Nie!
Przytulił ją. Uderzyła go. A potem, zanim zdążyła kogokolwiek obudzić,
zepchnął łódkę na wodę i wskoczył do środka. Po chwili, wiosłując z całych sił, zniknął jej z oczu w ciemnościach.
Udało się! Potajemnie zaplanował tę wyprawę, kiedy zaczęły dochodzić
wieści o inwazji, zanim jeszcze druid złożył tarczę w ofierze. Każdego
dnia ćwiczył się w rzucaniu włócznią, aż osiągnął taką biegłość, że
niewielu dorosłych mogło mu dorównać. I wreszcie nadarzyła się
sposobność. Będzie walczył u boku ojca. Jeśli pojawię się na początku
bitwy, ojciec nie będzie mógł mnie odesłać, pomyślał.
Miał przed sobą całą noc. Poruszając się z prądem i pomagając sobie
wiosłami, płynął dwa, a nawet trzy razy szybciej niż łodzie zmierzające
w górę rzeki. Wydawało mu się, że brzegi zostają w tyle w szalonym
pędzie.
Ale miał zaledwie dziewięć lat. Po godzinie jego ramiona osłabły, po
dwóch zaczęły boleć. Jednak nie poddawał się. Minęły kolejne dwie
godziny. Zatęsknił za snem. Jeszcze nigdy nie czuwał o tak późnej porze.
Parę razy głowa mu opadała i wtedy budził się gwałtownie.
A gdyby tak, mówił do siebie w myślach, położyć się na chwilę, jednak
instynkt ostrzegał go: jeśli to zrobisz, obudzisz się dopiero w południe. Zauważył, że gdy wyobraża sobie ojca, ten widok dodaje mu sił.
I tak, pozwalając czasem odpocząć zmęczonym ramionom i myśląc jedynie o tym, że ojciec czeka na niego na polu bitwy, posuwał się uparcie coraz
dalej. Będą walczyć ramię w ramię. Może nawet razem zginą. Niczego
bardziej nie pragnął.
Z początkiem świtu był już w miejscu, gdzie docierał prąd pływowy. Na
szczęście trwał odpływ, więc nurt niósł go szybko w kierunku Londinos i morza.
Słońce wzeszło, rzeka zrobiła się znacznie szersza. Po godzinie dotarł
do znajomego zakrętu. Był tak podniecony, że zapomniał o zmęczeniu.
Minął zakręt. Wyspa druida leżała niecałe półtora kilometra dalej.
Zaskoczony wstrzymał oddech.
Na wprost niego Rzymianie przeprawiali się przez rzekę.
Cezar zgromadził do podboju Brytanii ogromne siły. Pięć świetnie
zdyscyplinowanych legionów - blisko dwadzieścia pięć tysięcy ludzi, w tym dwa tysiące jazdy. W Kencie poniósł tylko nieznaczne straty.
Sojusz brytyjskich wodzów zaczynał się kruszyć. Cezar dysponował
doskonałym wywiadem. Wiedział, że jeśli teraz uda mu się pokonać
Cassivelaunusa, wielu dowódców przejdzie na jego stronę.
Jednak przeprawa przez rzekę była niełatwa. Celt pojmany poprzedniego
dnia zdradził, że w dno powbijano zaostrzone pale. Palisada po drugiej
stronie też była mocna. Ale Rzymianie mieli jedną znaczącą przewagę.
"Problem Celtów polega na tym - powiedział kiedyś Cezar do jednego ze
swoich podkomendnych - że ich strategia jest niezgodna z taktyką. -
Dopóki Celtowie nękali jego linie szybkimi atakami na rydwanach, nie
dało się ich pokonać. I pewnie z czasem zmusiliby go do odwrotu. A zatem
ich strategią powinno być wyczekiwanie. - Ci głupcy chcą otwartej
bitwy". A w takich bitwach Rzymianie zazwyczaj zwyciężali.
Wynikało to z ich dyscypliny i dobrego uzbrojenia. Kiedy legioniści
formowali czworobok i chowali się za tarczami albo gdy mniejszy oddział
zasłaniał się szczelnie tarczami od góry, celtycka konnica była
właściwie bezradna, nawet rozpędzone rydwany z trudem przebijały się
przez szyki Rzymian. Dlatego patrząc na zgromadzone na otwartym polu
celtyckie siły, Cezar wiedział, że jego jedyną przeszkodą jest rzeka.
Bez zbędnej zwłoki wydał rozkaz: Naprzód!
Na rzece jest tylko jeden bród, a i on przysparza trudności.
Tak zanotował Cezar w swoich pamiętnikach. Przeprawa sama w sobie nie
była trudna, jednak, jako wytrawny polityk i dowódca, Cezar nie
zamierzał tego przyznawać.
Natychmiast wydałem konnicy rozkaz do natarcia, piechota miała
postępować za nimi. Ponad wodą wystawały im jedynie głowy, ale posuwali
się z taką szybkością i zapałem, że piechurzy i kawaleria mogli
zaatakować razem.
Nic dziwnego, że ani Cezar, ani nikt inny nie zauważyli małej łódki
leżącej na błotnistym brzegu o jakieś kilkaset metrów w górę rzeki.
Dotarłszy na twardy grunt, Segovax był cały pokryty brunatnym błotem.
Nie zwracał na to uwagi. Najważniejsze, że mu się udało.
Celtowie stacjonowali zaledwie półtora kilometra dalej. Co za widok!
Wpatrywał się w tysiące postaci z nadzieją, że zobaczy wśród nich ojca.
Ciągnąc za sobą włócznię, posuwał się powoli do przodu, a jego stopy
wydawały cichy chlupot. Rzymianie cały czas przeprawiali się przez
rzekę. Pierwsze oddziały już uformowały szyki na północnym brzegu.
Celtowie wydali gromki okrzyk. Rzymianie milczeli. Chłopiec szedł
uparcie dalej.
I wtedy się zaczęło.
Segovax nigdy wcześniej nie widział bitwy. Nie miał pojęcia, że powstaje
potworne zamieszanie. Biegający we wszystkich kierunkach wojownicy,
rydwany pędzące z taką szybkością, jakby za chwilę miały go stratować.
Rzymianie wyglądali w błyszczących zbrojach jak straszliwe, rozgniewane
zwierzęta. Segovax słyszał ze swojego miejsca przeraźliwy zgiełk.
Słyszał łoskot oręża, słyszał wydawane przez dorosłych mężczyzn
nieznośne dla uszu okrzyki bólu.
Ale przede wszystkim nie spodziewał się, że legioniści są tacy ogromni.
Rzymski kawalerzysta, który nagle pojawił się w odległości stu metrów,
pędząc cwałem przez łąkę, wyglądał jak olbrzym. Chłopiec przycisnął do
siebie włócznię, czując się słaby i bezradny.
Zatrzymał się. Bitwa, teraz o kilkaset metrów od niego, zbliżała się
coraz bardziej. Rydwany rozpierzchły się, trzy pędziły wprost na niego,
a potem pomknęły w bok. Gdzie wśród tej jatki szukać ojca? Zaczął
dygotać.
Kilku konnych goniło rydwan, który pędził dwieście metrów od niego.
Atak galopującej kawalerii to przerażający widok. Wprawia w drżenie
nawet wyćwiczoną piechotę w bojowym szyku. Niezdyscyplinowany tłum
zawsze ustępuje przed szarżującą jazdą. Nic dziwnego że chłopiec, widząc
zbliżającą się armię, wpadł w przerażenie. Zaczął się cofać. W końcu
uciekł.
Przygotowywał się do tego przez wiele tygodni. Wiosłował całą noc, żeby
dołączyć do ojca. A teraz, gdy znalazł się sto metrów od niego, nie
umiał przyjść mu z pomocą.
Przez dwie godziny stał nad rzeką, trzęsąc się ze strachu. Poniżej, na
podmokłym brzegu, leżała jego łódka, do której gotów był wskoczyć, gdyby
bitwa dotarła aż tutaj. Był przemarznięty i blady z przerażenia. Ten
dzień był jak najgorszy koszmar. Patrząc na toczącą się na łąkach bitwę,
uświadomił sobie straszliwą prawdę: jest tchórzem.
"Żeby tylko ojciec tego nie zobaczył", modlił się w myślach.
Ale nie musiał się tego obawiać. Gdy Rzymianie natarli po raz trzeci,
ojciec zginął z mieczem w dłoni, tak jak przepowiedzieli bogowie.
Segovax nie ruszył się z miejsca przez cały dzień. Późnym popołudniem
bitwa była skończona. Pokonani Celtowie uciekli na północ, gonieni przez
rzymskich kawalerzystów, którzy bezlitośnie siekli mieczami każdego,
kogo dopadli. Wczesnym wieczorem zwycięzcy rozbili obóz nieco dalej na
wschód, w pobliżu bliźniaczych wzgórz Londinos. Ogromne pole bitwy,
pokryte połamanymi rydwanami, porzuconą bronią i ciałami poległych, było
upiornie ciche. I właśnie tam postanowił wyruszyć Segovax.
Może dwa razy w życiu widział śmierć człowieka. Dlatego nie był
przygotowany na dziwną szarość i sztywność zwłok. Niektóre ciała były
potwornie okaleczone, wiele miało poodcinane ręce lub nogi. Wokół
unosiła się woń śmierci. Trupy leżały wszędzie: na łąkach, przy brodzie
i palisadzie, w wodzie wokół wysepki druida. Jak odnaleźć ojca, o ile on
tam w ogóle jest? A jeśli go nie rozpozna?
Słońce już czerwieniało, gdy natknął się na niego. Od razu go zauważył.
Ojciec leżał na wznak nad wodą, jakby patrzył w niebo, otwarte usta
nadawały jego łagodnej twarzy wyraz żałosnej pustki. Skóra przybrała już
sinoszary kolor. Krótki, szeroki miecz jakiegoś Rzymianina zostawił w jego boku potworną ranę.
Chłopiec uklęknął przy nim. Rozpacz dławiła mu gardło, do oczu nabiegły
łzy. Wyciągnął ręce i dotknął brody ojca. Targał nim taki szloch, że nie
zauważył, że nie jest sam.
Obok stanął niewielki oddział Rzymian wraz z centurionem. Szukali na
polu bitwy porzuconej broni. Widząc samotną postać, zbliżyli się.
- Hiena cmentarna - powiedział z pogardą jeden z legionistów.
Chłopiec odwrócił się, słysząc szczęk zbroi. Byli kilka metrów od niego.
Rzymscy żołnierze. Słońce lśniło na ich napierśnikach. Zabiją go. Albo
wezmą do niewoli. Rozejrzał się gorączkowo. Nie było żadnych dróg
ucieczki. Za sobą miał tylko rzekę. A gdyby rzucił się biegiem w tamtym
kierunku? Spróbował odpłynąć? Dopadliby go, zanim zdążyłby wskoczyć do
wody. Spojrzał w dół. Obok ojca leżał miecz. Segovax schylił się po
niego. Stanął na wprost zbliżającego się centuriona.
Jeśli mam zginąć, pomyślał, to w walce.
Miecz był ciężki, ale chwycił go mocno, z zaciętym wyrazem twarzy.
Centurion, zmarszczywszy lekko brwi, dał mu znak, żeby odłożył broń.
Segovax pokręcił głową. Centurion był już bardzo blisko. Spokojnie
wydobył krótki miecz z pochwy. Segovax był gotowy do walki, ale nie
wiedział, co powinien zrobić. I wtedy centurion uderzył.
Cios był tak szybki, że chłopiec ledwo go zauważył. Rozległ się
metaliczny dźwięk, miecz ojca wypadł mu z dłoni na ziemię, a całe ramię
i nadgarstek przeszył rozdzierający ból. Na twarzy centuriona malował
się spokój. Zrobił jeszcze jeden krok do przodu.
Teraz mnie zabije, pomyślał chłopiec. A więc zginę obok ojca. Tylko że
gdy patrzył na szare zwłoki, śmierć już nie wydawała mu się pociągająca.
Przynajmniej umrę w walce, pomyślał. Jeszcze raz niezdarnie sięgnął po
miecz.
Zauważył z przerażeniem, że ledwo może go unieść. Nadgarstek bolał tak
bardzo, że potrzebował teraz obu dłoni. Machając mieczem jak szalony,
nie zdawał sobie sprawy, że centurion patrzy na niego z zimnym spokojem.
Zamachnął się jeszcze raz i znów nie trafił. Wtedy usłyszał śmiech.
Był tak pochłonięty centurionem, że nie zauważył pojawienia się
jeźdźców. Było ich sześciu, z ciekawością obserwowali całą scenę.
Pośrodku stał wysoki, łysy mężczyzna o surowej, inteligentnej twarzy. To
właśnie on się roześmiał. Powiedział coś do centuriona i teraz śmiali
się już wszyscy.
Segovax zaczerwienił się. Mężczyzna mówił po łacinie, więc nie zrozumiał
jego słów. Pewnie z niego kpił. I pewnie chcieli popatrzeć na jego
śmierć. Z największym wysiłkiem jeszcze raz zamachnął się mieczem.
Patrzył zaskoczony, bo centurion schował miecz do pochwy. Rzymianie
odjeżdżali, zostawiając go przy zwłokach ojca.
Ale Segovax byłby jeszcze bardziej zdziwiony, gdyby wiedział, co Juliusz
Cezar powiedział do swoich żołnierzy. "Ten młody Celt jest dzielny. Nie
chce się poddać. Lepiej dajmy mu spokój, bo nas pozabija".
Segovax zobaczył na tunice ojca broszę od Cassivelaunusa. Odpiął ją z czcią i zabrał razem z mieczem. Ruszył w powrotną drogę, zatrzymując się
tylko na chwilę, by po raz ostatni spojrzeć na twarz ojca.
Od bitwy nad rzeką minęło kilka miesięcy, a Cezar nie zajął w tym czasie
wyspy. Do dziś nie wiadomo, czy zamierzał ją podbić od razu - był zbyt
przebiegły, żeby powiedzieć to jasno w swoich pamiętnikach.
Naczelnicy celtyckich plemion musieli złożyć mu ogromne daniny i dostarczyć zakładników. Cezar ogłosił triumfalne zwycięstwo. Ale
jesienią wycofał się ze swoimi legionami do Galii, gdzie zaczynało
wrzeć. Zapewne zdając sobie sprawę, że podbojów dokonuje za szybko i za
daleko, postanowił umocnić swoją władzę w Galii, a wyspę zająć później.
Dlatego życie na wyspie, przynajmniej na jakiś czas, wróciło do normy.
Przyszła wiosna, ale wbrew oczekiwaniom Cezar nadal się nie pojawiał.
Latem Rzymianie też nie przybyli.
Z jednym wyjątkiem. Mieszkańcy wioski, wyszedłszy pewnego letniego
poranka nad brzeg, ujrzeli dziwny widok. Rzeką płynął pękaty statek,
długi na dwadzieścia kilka metrów, z wysoką rufą i niskim dziobem; na
maszcie na śródokręciu wisiał wielki kwadratowy żagiel z płótna; do jego
refowania służyły linki porządnie przewleczone przez naszyte kółka.
Niewielki trójkątny żagiel, rozpięty na mniejszym, pochylonym nad
dziobem maszcie, dawał dodatkowy napęd. Gładkie burty zrobiono z desek
przymocowanych do ożebrowania żelaznymi gwoździami. Statek miał nie
jeden, lecz dwa stery umieszczone po obu stronach rufy.
Krótko mówiąc, patrzyli na typowy kupiecki statek starożytnego świata.
Żeglarze o śniadej cerze i bogaty Rzymianin, który był jego
właścicielem, wpłynęli na rzekę powodowani ciekawością.
Dobili do brzegu i przyjaźnie zwrócili się do wieśniaków. Wyjaśnili, że
chcą zobaczyć miejsce, gdzie rozegrała się bitwa, o ile leży gdzieś
niedaleko. Po krótkim wahaniu dwóch mężczyzn zgodziło się zaprowadzić
ich do brodu i na wyspę druida. Obejrzeli je, po czym uznali, że w Londinos nie ma już nic wartego zainteresowania, i odjechali wraz z odpływem, zapłaciwszy wieśniakom srebrną monetę.
To wydarzenie nie miało żadnego historycznego znaczenia. Ot, krótka
wizyta statku unoszonego znacznie potężniejszym prądem historii, który
dla zaspokojenia ciekawości jakiegoś bogacza zboczył z ustalonej trasy w nieznane okolice.
Ale dla Segovaxa ten incydent znaczył bardzo wiele. Zafascynowany
chłopiec przyglądał się dziwnemu statkowi, kusząco przycumowanemu do
brzegu. Jak urzeczony wpatrywał się w srebrną monetę, wiedząc, że
umieszczona na niej głowa jakiegoś boga nie jest jedynie ozdobą. Nie
umiał jednak ocenić ani jej wartości, ani znaczenia. Ale przede
wszystkim, patrząc za znikającą na rzece łodzią, wspominał ten cudowny
dzień z ojcem, kiedy zobaczył otwarte morze.
- Teraz on tam płynie - mruknął. - I może kiedyś znów się u nas pojawi.
Zrodziło się w nim potajemne marzenie, by wsiąść na pokład i popłynąć w świat choćby z Rzymianami.
Z całej rodziny to właśnie Segovax cierpiał najbardziej. Ku jego
wielkiemu zdziwieniu matka, po trzech miesiącach szalonej rozpaczy,
niespodziewanie związała się z innym mężczyzną. Mężczyzna pochodził z innej wioski i był dobry dla dzieci. Ale ból nie opuszczał Segovaxa. I nie wiadomo, jak długo by to trwało, gdyby nie drobne wydarzenie, które
miało miejsce pod koniec jesieni.
Wraz z nadejściem zimy Celtowie obchodzili wielkie święto Samhain, czas,
gdy ziemię nawiedzały duchy. Wstawały z grobów i przychodziły do żywych,
przypominając im, że zmarli zamieszkujący pradawne siedziby domagają się
szacunku od każdego, kto wszedł na ich teren. Dni, kiedy przygotowywano
uczty i składano ważne przysięgi, były ekscytujące, ale budziły strach.
Kilka dni po Samhain, w ciepłe, mgliste popołudnie, Segovax bawił się z Branwen na skraju mierzei. Po jakimś czasie siostra zostawiła go,
mówiąc, że jest zmęczona. Chłopiec, ogarnięty nagłą falą smutku, usiadł
na kamieniu i popatrzył na wzgórza Londinos na drugim brzegu.
Ostatnio często tu siadywał, zwłaszcza po przybyciu dziwnego statku.
Patrzył, jak rzeka powoli oddycha w rytmie przypływów i odpływów, i to
dawało mu ukojenie. O świcie złote promienie wschodzącego słońca padały
na wschodnie wzgórze, a pod wieczór czerwona poświata po przeciwnej
stronie oznaczała pożegnanie dnia. Miał wrażenie, że rytm życia i śmierci rozlega się tutaj wiecznym, niekończącym się echem. Dumał tak
przez dłuższy czas, gdy nagle usłyszał kroki. To druid szedł w jego
stronę.
Starzec bardzo osłabł ostatnimi czasy. Niektórzy mówili, że to
zeszłoroczna bitwa podkopała jego siły. Ale mimo to nadal składał w okolicznych wioskach niezapowiedziane wizyty. Zauważywszy, że chłopiec
jest sam, zatrzymał się.
Segovax zdziwił się, że druid chce z nim rozmawiać. Wstał grzecznie, ale
starzec dał mu znak, by usiadł, a potem, co było jeszcze dziwniejsze,
spokojnie zajął miejsce obok niego.
Segovax zawsze był przekonany, że obecność druida budzi powszechny lęk.
Tymczasem stary kapłan roztaczał wokół siebie aurę kojącego spokoju.
Rozmawiali przez dłuższy czas, starzec delikatnie zadawał pytania, a Segovax odpowiadał coraz pewniej, aż w końcu, z dziwnym uczuciem ulgi,
opowiedział o strasznej bitwie, o wszystkim, co wtedy widział, a nawet o swoim tchórzostwie.
- Bitwy nie są dla dzieci. - Druid uśmiechnął się łagodnie. - I bynajmniej nie jesteś tchórzem, chłopcze. - Umilkł na chwilę. - Uważasz,
że opuściłeś ojca w potrzebie? Że sprawiłeś mu zawód?
Segovax skinął głową.
- Ale on tam się ciebie nie spodziewał - zauważył starzec. - Nie
powiedział ci, że masz się opiekować matką i siostrą?
- Powiedział. - A potem, nie mogąc się już powstrzymać i myśląc o tym,
że matka związała się z innym mężczyzną, Segovax wybuchnął płaczliwie: -
Ale ja go straciłem. Straciłem ojca. Na zawsze.
Przez dłuższą chwilę druid patrzył w milczeniu na rzekę. Wiedział, że
rozpacz chłopca niczego nie zmieni, ale doskonale ją rozumiał. Smutek
Segovaxa poruszył nim do głębi i przypominał o dręczących go od dawna
troskach i tajemnicach.
Dziwna rzecz, ten dar jasnowidzenia. Czasem do druida przychodziła
wyraźna wizja przyszłych wydarzeń - na przykład znał los rodziny rybaka
na długo przed tym, nim pojawili się Rzymianie - ale z reguły jego
niezwykła zdolność była nie tyle nagłą iluminacją, ile częścią
rozległego procesu, szczególnym rozumieniem człowieczego losu, które w miarę upływu lat coraz częściej dawało o sobie znać. Dla większości
ludzi życie było jak długi dzień rozciągnięty pomiędzy świtem narodzin i zmierzchem śmierci, ale on widział to inaczej.
Dla starego druida życie na tej ziemi było coraz bardziej
nierzeczywiste. Poza nim nie rozciągała się ciemność, ale coś
świetlistego, bardzo realnego, coś, co zawsze znał, nawet jeśli nie
umiał tego opisać, i do czego miał powrócić. Czasem bogowie z przerażającą jasnością pokazywali mu jakiś skrawek przyszłości, a wtedy
wiedział, że musi strzec tej tajemnicy przed ludźmi. Zazwyczaj jednak
kroczył niepewnie przez życie z niejasnym przeczuciem, że jest częścią
ustalonego z góry planu i że tak było zawsze. Wierzył, że bogowie
prowadzą go ku jego przeznaczeniu, a śmierć jest czymś ulotnym, częścią
znacznie dłuższego dnia.
Ale niepokoiła go dziwna rzecz. Od dwóch lat bogowie dawali mu znaki, że
nawet to większe przeznaczenie, ten otaczający go świat cieni zbliża się
do kresu. Miał poczucie, że bogowie gotują się do odejścia. Czyżby
zbliżał się koniec świata? A może, myślał, także bogowie, zupełnie jak
ludzie, przemijają niczym liście spadające na ziemię?
A może, dumał, siedząc obok tego zwyczajnego chłopca z kosmykiem białych
włosów i błoną między palcami, może bogowie są jak strumienie, które
niewidzialnie wpadają do większej rzeki?
Delikatnie położył Segovaxowi dłoń na ramieniu.
- Przynieś mi miecz ojca - polecił.
Po chwili chłopiec wrócił z bronią. Druid chwycił miecz i jednym
potężnym uderzeniem roztrzaskał go o kamień.
To był stary celtycki rytuał.
Podniósł kawałki miecza i objąwszy chłopca ramieniem, rzucił je do
rzeki. Segovax patrzył, jak żelazo z głośnym pluskiem wpada do wody.
- Dość już twojej żałoby - powiedział druid łagodnie. - Teraz rzeka jest
twoim ojcem.
Chłopiec miał ścisnięte gardło, ale zrozumiał. I wiedział, że to prawda.
Londinium
A.D. 251
Przy stole siedziało naprzeciwko siebie dwóch mężczyzn. Milczeli obaj,
zajęci ryzykowną robotą.
Było letnie popołudnie - według rzymskiego kalendarza idy lipcowe. Na
zewnątrz niemal pusta ulica, żadnego wiatru. W środku przytłaczający
upał.
Jak większość pospólstwa mężczyźni ci nie byli ubrani w niewygodne
rzymskie togi, lecz w proste tuniki do kolan z białej wełny, spięte na
ramionach i przewiązane w talii sznurem. Wyższy miał też na sobie krótką
pelerynkę, młodszy wolał zostawić nagie ramiona. Obaj nosili skórzane
sandały.
Izba była skromna, typowa dla tej dzielnicy, w której wokół małych
podwórek tłoczyły się kryte strzechą drewniane domy i warsztaty. Ściany
izby z gliny i brzozowych witek pomalowane były na biało; w kącie stał
duży stół, na stojaku leżały dłuta i siekiera, co oznaczało, że tutejszy
lokator jest cieślą.
Panowała cisza. Jedynym dźwiękiem był zgrzyt pilnika w dłoni starszego
mężczyzny. Jednak na zewnątrz, na końcu wąskiej uliczki, ktoś stał na
czatach. Konieczny środek ostrożności. Za taką robotę groziła bowiem
kara śmierci.
Nad rzeką, gdzie wypiętrzyły się dwa żwirowe wzgórza, wyrosło wielkie,
otoczone murami miasto.
Pod czystym, błękitnym niebem rozłożyło się Londinium. Było tu pięknie.
Stoki bliźniaczych wzgórz zamieniono w łagodne zbocza z eleganckimi
tarasami. Na wschodnim szczycie stało okazałe forum, promienie słońca
odbijały się bladym blaskiem od jego statecznych murów. Szeroka ulica
wiodła z forum do solidnego drewnianego mostu na rzece. Na zachodnim
wzgórzu, tuż poniżej szczytu, na tle nieba rysowała się owalna sylwetka
wielkiego amfiteatru, a za nią, ku północnemu wschodowi, znajdowały się
kwatery garnizonów. Poniżej, nad rzeką, powstały drewniane pomosty i magazyny, natomiast na wschodnim brzegu strumienia płynącego pomiędzy
wzgórzami wytyczono piękne ogrody pałacu gubernatora. Całe miasto -
świątynie i teatry, pokryte stiukiem wille i tanie domy czynszowe, dachy
z czerwoną dachówką i ogrody - otaczały od strony lądu grube, wysokie
mury z bramami wjazdowymi.
Miasto przecinały ze wschodu na zachód dwie główne arterie. Pierwsza
wkraczała do miasta przez górną bramę zachodnią, przecinała oba wzgórza
i docierała do wschodniej bramy. Druga prowadziła od dolnej bramy
zachodniej i przez górną część zachodniego wzgórza schodziła do
strumienia, mijając pałac gubernatora.
Tak właśnie wyglądało Londinium - dwa wzgórza połączone szerokimi
ulicami i otoczone murem. Nabrzeże miało ponad półtora kilometra
długości, a ludność liczyła dwadzieścia pięć tysięcy mieszkańców. Miasto
istniało tu od blisko dwustu lat.
Rzymianie długo zwlekali z przybyciem na Brytanię. Po bitwie nad rzeką
Cezar więcej się nie pojawił. A dziesięć lat później ten wielki zdobywca
został zasztyletowany w rzymskim Senacie. I dopiero po upływie blisko
stu lat, w roku 43, cesarz Klaudiusz przekroczył morze, by
podporządkować sobie i ucywilizować wyspę.
Podbój był szybki i ostateczny. W największych plemiennych siedzibach
natychmiast powstały bazy wojskowe. Przeprowadzono przegląd ziem. Dość
szybko sprytni rzymscy kolonizatorzy zainteresowali się miejscem, które
Celtowie nazywali Londinos. Nie było stolicą żadnego plemienia. Podobnie
jak w czasach Cezara najważniejsze celtyckie siedziby leżały dalej na
wschód, po obu stronach długiego ujścia rzeki. Ale w tym właśnie miejscu
znajdował się pierwszy bród pozwalający na przeprawę na drugi brzeg,
więc w sposób naturalny to tutaj zbiegał się cały system dróg.
Jednak uwagę Rzymian przyciągnął nie tyle bród, ile szczególne
ukształtowanie terenu nieopodal. Kiedy rzymscy budowniczowie ujrzeli na
północnym brzegu dwa żwirowe wzgórza, a naprzeciwko nich, po drugiej
stronie rzeki, wysuniętą mierzeję, nasunął się im oczywisty wniosek.
"Znaleźliśmy idealne miejsce na most", donosili. Poniżej koryto rzeki
rozszerzało się, powyżej brzegi były podmokłe. "Nurt jest tutaj dość
wąski, a piaszczyste dno daje mocne oparcie pod budowę". Na dodatek
docierały tu prądy pływowe, dzięki czemu statki mogły z łatwością
posuwać się w głąb lądu, a strumień pomiędzy wzgórzami tworzył u swojego
ujścia małą zatoczkę, nadającą się na przystań dla mniejszych statków.
"Mamy tutaj naturalny port", kończyli swoją relację.
Rzekę nazwali Tamezis, a port Londinium.
Wiadomo było, że wraz z upływem czasu port stanie się głównym ośrodkiem
życia na wyspie. Skupiał się tu handel, od tutejszego mostu rozchodziły
się wszystkie drogi.
A rzymskie drogi miały kluczowe znaczenie. Lekceważąc pradawny system
szlaków biegnących wzdłuż górskich grzbietów, rzymscy inżynierowie
wytyczyli na całej wyspie proste drogi tłuczniowe, łączące plemienne
stolice i ośrodki administracyjne siecią, która nigdy nie została
całkowicie zniszczona. Od białych klifów Dover na południowym wschodzie
przez Canterbury i Rochester biegł gościniec znany jako Watling Street.
Na wschodzie, powyżej szerokiej gardzieli ujścia, leżała droga do
Colchester. Inna wielka droga prowadziła na północ, do Lincoln i dalej
do Yorku; a na zachodzie, za Winchesterem, sieć dróg łączyła Gloucester,
rzymskie uzdrowisko Bath z jego leczniczymi źródłami i ładne miasta
targowe na cieplejszym południowym zachodzie.
Latem 251 roku w brytyjskiej prowincji panował spokój. Tak jak od dwustu
lat. Jedynie na samym początku wielkie powstanie pod wodzą królowej
Brytów Boudiki na krótko wstrząsnęło prowincją. Dumne plemiona Walii
przez dłuższy czas wzniecały niepokoje na zachodzie wyspy, a Piktowie i Szkoci z północy nigdy nie dali się ujarzmić. Cesarz Hadrian wzniósł
nawet wielki mur od jednego wybrzeża do drugiego, żeby zamknąć ich na
wrzosowiskach i w górskich twierdzach. Ostatnio pojawiła się konieczność
zbudowania na wschodnim wybrzeżu dwóch fortów morskich, które miały
chronić mieszkańców przed atakami germańskich piratów.
Ale w coraz bardziej niespokojnym świecie rozrastającego się imperium,
nękanego przez napaści barbarzyńskich plemion na wschodnich granicach i wewnętrzne konflikty polityczne, imperium, w którym co roku obwoływano
co najmniej pięciu kolejnych cesarzy, Brytania jawiła się jako oaza
pokoju i względnego dobrobytu. A Londinium było jej największym
ośrodkiem handlowym.
Myśląc nad tym, co przed chwilą usłyszał od mężczyzny z pilnikiem,
Juliusz niemal zapomniał o grożących im sankcjach prawnych. Wprawdzie
Sekstus był jego wspólnikiem i przyjacielem, ale był też niebezpieczny.
Sekstus. Śniady mężczyzna z mocno zarysowaną szczęką. Dobiegał
trzydziestu lat. Ciemne włosy zaczynały już rzednąć. Zarost na twarzy
miał ogolony, a raczej, zgodnie z rzymskim zwyczajem, wyskubany, z wyjątkiem kręconych, bujnych bokobrodów, z których był bardzo dumny i które podobały się wielu kobietom. Środkową część twarzy miał lekko
spłaszczoną, co zaburzało przyjemny wygląd i sprawiało, że ciemne oczy
patrzyły jakby spod szerokiego gzymsu. Był dość niezdarny w obejściu, a ramiona sprawiały wrażenie cięższych, niż zamyśleli bogowie, przez co
garbił się przy pracy i chodził rozkołysanym krokiem.
"Dziewczyna jest moja. Trzymaj się od niej z daleka". Te słowa
nieoczekiwanie przerwały milczenie towarzyszące ich pracy. Wypowiadając
je, Sekstus nawet nie podniósł wzroku, ale dziwna stanowczość w jego
głosie nakazała Juliuszowi ostrożność. I zaskoczyła go. Jak Sekstus się
domyślił?
Starszy mężczyzna często zabierał Juliusza do karczmy i poznawał go z różnymi kobietami, ale zawsze był jego mentorem, a nie rywalem. A teraz
taka niemiła niespodzianka. I ryzykowna. Spółka z Sekstusem w ich
nielegalnym procederze była dla Juliusza jedynym źródłem tak potrzebnego
dodatkowego dochodu. Narażanie tego na szwank byłoby głupotą. Do tego,
pomyślał Juliusz, Sekstus doskonale umie posługiwać się nożem. Ale mimo
to nie zamierzał się podporządkować.
Poza tym wysłał już do niej list.
Na widok Juliusza kobiety uśmiechały się. Ludzie często brali go za
żeglarza; miał w sobie jakąś świeżość i niewinność typową dla marynarza,
który właśnie zszedł z pokładu.
"Prawdziwy z niego mężczyzna", mówiły kobiety ze śmiechem.
Miał dwadzieścia lat i wzrost poniżej średniego - nogi nieco za krótkie
w proporcji do reszty ciała - ale był silny. Tunika bez rękawów
częściowo odsłaniała umięśniony tors, zahartowany od ćwiczeń. Juliusz
chlubił się swoim ciałem. Był dobrym gimnastykiem, a w porcie, gdzie
pracował przy rozładunku statków, zyskał też renomę obiecującego
boksera. "Jeszcze nigdy nie pokonał mnie ktoś mojej postury", twierdził.
"Można go rzucić na deski - mówili wyżsi mężczyźni z podziwem - ale on
zawsze się podnosi".
Miał niebieskie oczy. Jego nieco orli nos spłaszczał się nagle tuż
poniżej grzbietu. Nie był to, jak niektórzy sądzili, skutek uprawiania
boksu. "Taki już się urodziłem", tłumaczył wesoło.
Juliusz miał dwa inne rzucające się w oczy znaki szczególne. Pierwszym
było pasmo białych włosów, które - tak jak u jego ojca - wyrastało mu
nad czołem wśród bujnych, ciemnych kędziorów. Drugim była błona między
palcami dłoni. Nie przejmował się tym. W porcie przezywano go życzliwie
Kaczką. Podczas walk na pięści często rozlegały się okrzyki: "Dalej,
Kaczka! Dołóż mu, wrzuć go do wody!". A niektórzy żartownisie kwitowali
jego zwycięstwa kwakaniem.
Ale kobietom podobał się przede wszystkim jego charakter. W łakomie
pożerających świat błękitnych oczach było coś wesołego, pełnego życia. A jedna dystyngowana młoda wdowa powiedziała podobno: "Smakowite
jabłuszko, dojrzałe do zerwania".
Juliusz nie zadurzył się w niej natychmiast. Minęły dwa miesiące od
czasu, gdy z Sekstusem zobaczyli ją po raz pierwszy. Ale dziewczyna
miała w sobie coś takiego, że nie dało się jej zapomnieć.
W porcie Londinium spotykało się najrozmaitszych ludzi. Statki
przywoziły tu oliwę z Hiszpanii, wino z Galii, szklane wyroby znad Renu,
bursztyn z germańskich ziem u wschodnich wybrzeży Bałtyku. Byli tu
Celtowie, jasnowłosi Germanie, mieszkańcy południa Europy, Grecy, Żydzi
i ciemnoskórzy mężczyźni z południowych wybrzeży Morza Śródziemnego.
Zwłaszcza niewolnicy pochodzili z najrozmaitszych stron świata. Obok
rzymskiej togi widywało się kolorowe afrykańskie szaty albo egipskie
ozdoby. Rzymskie cesarstwo było kosmopolityczne.
A mimo to dziewczyna rzucała się w oczy. Była o dwa lata starsza od
Juliusza i niemal dorównywała mu wzrostem. Miała jasną cerę i płowe
włosy, które nie były długie i upięte szpilkami jak u innych dziewcząt,
lecz ciasno okalały jej głowę mocno skręconymi lokami. Właśnie te włosy
i nieco szeroki nos wskazywały, że miała czarnoskórych przodków. Jej
babkę przywieziono do Galii jako niewolnicę z rzymskiej prowincji
Numidia4 w Afryce. Dziewczyna miała drobne, bardzo białe zęby,
dość nierówne. Jej niebieskie oczy w kształcie wielkich, zaokrąglonych
migdałów patrzyły tajemniczo. Przy każdym kroku szczupłe ciało poruszało
się z rytmicznym wdziękiem, którego były pozbawione inne kobiety w porcie. Dlatego złośliwie mawiały, że mąż kupił ją sobie w Galii, ale
pewności co do tego nie miał nikt. Nazywała się Martina.
Miała szesnaście lat, gdy pewien kapitan statku postanowił się z nią
ożenić. Sam był wtedy pięćdziesięcioletnim wdowcem z dorosłymi dziećmi.
W zeszłym roku przeniósł się z Galii do Londinium.
Juliusz widział tego kapitana. Był potężnym mężczyzną o dość dziwnym
wyglądzie. Miał całkowicie łysą czaszkę, a gęsta siateczka naczynek
krwionośnych na twarzy i całym ciele wyglądała jak misterny tatuaż,
nadając jego skórze niebieskawy odcień. Mieszkali z dziewczyną na
południowym brzegu rzeki, w jednym z domków stojących wzdłuż traktów
wiodących od mostu na południe wyspy.
W porcie prowadzono ożywiony handel. Pomimo zaawansowanego wieku kapitan
wciąż był aktywny i często wypływał do Galii i do portów nad Renem.
Teraz też go nie było.
Nadzieja Juliusza miała pewne podstawy. Sekstus cieszył się powodzeniem
u kobiet. Był już kiedyś żonaty, ale owdowiał i najwyraźniej nie
spieszył się z powtórną żeniaczką. Wspomniał Juliuszowi, nieco
protekcjonalnie, że zamierza zdobyć żonę kapitana, ale Juliusz puścił to
mimo uszu. Sekstus dowiedział się, kiedy kapitana nie ma w domu, i znalazł sposób, żeby niepostrzeżenie dostać się w nocy do środka.
Miłosne podboje planował z wojskową precyzją. Ale dziewczyna się wahała.
"Nęcenie zdobyczy to połowa przyjemności", mawiał Sekstus, nie
rezygnując ze swoich planów.
Dlatego Juliusz był mocno zdziwiony, gdy pewnego dnia dziewczyna,
żegnając się z nimi przy moście, uścisnęła mu znacząco dłoń. A nazajutrz, mijając go na nabrzeżu, otarła się o niego lekko, ale
rozmyślnie. Niedługo potem rzuciła niedbale: "Kobiety lubią dostawać
prezenty". Powiedziała to do Sekstusa, lecz Juliusz był pewien, że
zerknęła przy tym właśnie na niego.
Nie miał wtedy pieniędzy, to Sekstus kupił jej słodycze. Po paru dniach
spróbował porozmawiać z nią na osobności, uśmiechnęła się wprawdzie, ale
odeszła, a potem całkiem go ignorowała.
Tak zaczęło się jego zauroczenie. Martina zaprzątała mu myśli. Kiedy
rozładowywał łodzie, wśród takielunku widział jej zmysłowe oczy.
Wyobraźnia podsuwała mu jej rytmiczny, niesamowicie uwodzicielski chód.
Wiedział, że Sekstus zarzuca na nią sieć, ale ostatnio kapitan przebywał
w domu, więc był pewien, że jego przyjaciel nie może się pochwalić
sukcesem. Wyobrażał sobie, że to on wślizguje się do jej domu pod osłoną
nocy. Im więcej czasu poświęcał takim myślom, tym bardziej jego
zauroczenie zaczynało żyć własnym życiem. Ten cudowny piżmowy zapach -
używała pachnideł czy to jej ciało wydzielało tę woń? Początkowo
wydawało mu się, że Martina ma zbyt duże stopy, ale teraz uznał je za
zmysłowe. Pragnął dotknąć jej włosów, wziąć w dłonie jej głowę. Ale
przede wszystkim myślał o jej szczupłym, gibkim ciele. Tak, chciał je
lepiej poznać.
"Nadal byś jej pragnął, gdyby ci się nie wymykała? Warto sobie zadawać
takie pytanie, gdy idzie o kobietę". Juliusz nigdy nie wspominał
rodzicom o dziewczynie, ale któregoś dnia ojciec rzucił znienacka tę
uwagę. "Wiem dobrze, że jakaś kobieta cię zwodzi - mówił dalej. - Mam
nadzieję, że jest tego warta". Juliusz się roześmiał. Sam tego nie
wiedział. Ale zamierzał się przekonać.
A ostrzeżenie Sekstusa? Dokonywanie zimnych kalkulacji nie leżało w naturze Juliusza. Za bardzo rozpierała go energia, żeby rozważał ryzyko
swoich zachowań. Poza tym był nieuleczalnym optymistą. Doszedł więc do
wniosku, że wszystko jakoś się ułoży.
Gruba dziewczyna siedziała na rogu ulicy. Wcale nie miała na to ochoty,
ale dostała takie polecenie. Przyniosła ze sobą dwa składane zydle, na
których usiadła powoli. Dali jej bochenek chleba, trochę sera i torbę
fig. Na razie siedziała spokojnie w ciepłym słońcu. Opadło na nią trochę
kurzu. Leżące u jej stóp okruchy i skórki wskazywały, że zjadła już
chleb, ser i pięć fig.
Miała osiemnaście lat, ale osiągnęła rozmiary, które nawet u starszej
kobiety byłyby imponujące. Pod dwoma pulchnymi podbródkami powoli
rozwijał się trzeci. Miała szerokie usta z opadającymi kącikami, w których zebrała się teraz odrobina figowego soku. Siedziała z szeroko
rozstawionymi nogami, a suknia luźno spływała jej na piersi.
Juliuszowi zawsze wydawało się, że grubi ludzie skrywają w sobie jakąś
tajemnicę. Jak osiągnęli taką wagę? I dlaczego są nieustannie zadowoleni
ze swojej tuszy? Dla młodego mężczyzny było to niezrozumiałe. Dlatego
gdy czasem patrzył na grubą dziewczynę, zastanawiał się, czy za jej
masywną biernością nie czai się złość. A może ta tajemnica sięga jeszcze
głębiej? Czasem można było wręcz odnieść wrażenie, że grubaska jest
szczęśliwa, bo wie o wszechświecie coś, co dla reszty ludzkości jest
tajemnicą. Siedzi, je i czeka. Ale na co? Kto mógł to wiedzieć. Jednak
najbardziej niezrozumiałe było to, że gruba dziewczyna jest jego
siostrą.
Rodzoną siostrą. Gdy skończyła dziewięć lat, zaczęła tyć, unikała gier
sportowych i zabaw, które Juliuszowi i jego kolegom sprawiały
przyjemność, co wprawiało w zakłopotanie całą rodzinę. "Nie mam pojęcia,
jak ona się do tego doprowadziła", mówił ojciec. Wprawdzie teraz był
rumiany i nieco zaokrąglony, ale nigdy nie był gruby. Podobnie jak matka
Juliusza. "Mój ojciec miał bardzo grubą ciotkę - mawiała. - Może ona ma
to po niej?" Bez względu na przyczynę nikt nie miał złudzeń, że stan
dziewczyny się zmieni. Miała coraz mniej wspólnych tematów z Juliuszem,
właściwie z rzadka z kimś rozmawiała. Była jednak na tyle posłuszna, że
bez zbędnych pytań siadała na straży, o ile dostawała coś do jedzenia.
Siedziała więc teraz, obserwując pustą uliczkę i od czasu do czasu
zanurzając dłoń w torbie w poszukiwaniu kolejnej figi.
Wokół panował spokój. Z odległości pięciuset metrów, zza amfiteatru,
rozległo się senne pomrukiwanie któregoś z lwów przywiezionych z dalekich krajów. Jutro miały się odbyć igrzyska. Będą walki gladiatorów,
żyrafa z Afryki, walki z niedźwiedziami z walijskich gór i miejscowymi
dzikami. Większość mieszkańców Londinium gotowa była tłoczyć się w amfiteatrze, byle tylko zobaczyć to wspaniałe widowisko. Nawet gruba
dziewczyna zamierzała tam poczłapać.
Na rogu ulicy było gorąco. Grubaska czuła na sobie promienie słońca i leniwie podciągnęła sukienkę na piersiach. Została jej już tylko jedna
figa. Wyjęła ją z torby, włożyła do ust, ugryzła, aż sok spłynął jej po
brodzie. Wytarła ją wierzchem pulchnej dłoni, rzuciła skórkę na ziemię,
a potem położyła pustą torbę na głowie, chroniąc się przed słonecznym
żarem.
Siedziała, gapiąc się na bieloną ścianę naprzeciwko. Nie miała już nic
do jedzenia, zaczynała się nudzić. Jaskrawa biel ściany raziła ją w oczy. Na ulicy nie było żywego ducha. Większość ludzi odbywała o tej
porze sjestę.
Przymknęła powieki. Torba leżała na jej głowie. A po paru chwilach
zaczęła rytmicznie unosić się i opadać.
Szli szybkim krokiem. Pięciu żołnierzy pod komendą centuriona,
potężnego, korpulentnego mężczyzny o szpakowatych włosach. W tej
spokojnej prowincji miał niewiele okazji, żeby się wykazać, ale rana od
noża otrzymana w czasach awanturniczej przeszłości pozostawiła na prawym
policzku bliznę, która nadawała mu wygląd weterana, a u podkomendnych
wzbudzała lęk i respekt.
Na zakurzonych ulicach ich szybki marsz był ledwo słyszalny, ale o ich
obecności ostrzegało ciche pobrzękiwanie krótkich mieczy o metalowe
ćwieki na tunikach.
Juliusz sam był sobie winien. Gdy podczas bokserskiego starcia padał na
deski i podnosił się po chwili, gotowy do dalszej walki, nigdy mu do
głowy nie przyszło, by żywić do przeciwnika urazę. Podłość nie leżała w jego naturze, więc nie dostrzegał jej u innych. I to była jego słabość.
Dlatego nie zwrócił uwagi na spojrzenie rywala, którego pokonał dziesięć
dni wcześniej. Nigdy by nie podejrzewał, że ten człowiek zajrzy do jego
beztrosko pozostawionej sakiewki i zobaczy w niej srebrną monetę.
Juliusz, syn Rufusa, ten, który pracuje w porcie, ma srebrnego denara.
Ciekawe, jak wszedł w jego posiadanie. Przyjaźni się z Sekstusem,
cieślą.
Anonimowy list tej treści dotarł do władz. Oczywiście mógł to być donos
bez znaczenia. Ale należało to sprawdzić.
Juliusz uśmiechnął się do siebie. W jego młodym życiu brakowało tylko
jednej rzeczy: pieniędzy. Płaca, którą otrzymywał w porcie, była
żałosna. Skapywało mu trochę grosza, gdy przyjaciele stawiali na niego w bokserskich walkach. Ale teraz on i Sekstus mieli się wzbogacić w najprostszy na świecie sposób.
Podrabiając pieniądze.
Sztuka fałszowania monet nie była trudna, ale wymagała precyzji.
Prawdziwe monety wybijano. Czysty metalowy krążek wkładano pomiędzy dwie
sztance - jedną na awers, drugą na rewers. Sztance były wygrawerowane, a ich rysunek odciskano - czyli wybijano - na krążku. Juliusz słyszał o fałszerzach, którzy posługiwali się tą metodą, produkując falsyfikaty
najwyższej jakości. Oznaczało to jednak konieczność samodzielnego
wygrawerowania sztancy, co znacznie przekraczało umiejętności jego i Sekstusa.
Dlatego większość fałszerzy wybierała metodę dającą mniej przekonujące
efekty, ale za to łatwiejszą. Brali będącą w obiegu monetę - nową lub
starą - i odciskali obie strony w miękkiej glinie. W ten sposób
powstawały dwie połówki formy. Łączono je ze sobą, zostawiając z boku
małą dziurkę, a kiedy glina była twarda i sucha, przez dziurkę wlewano
roztopiony metal. Teraz wystarczyło skruszyć glinę, by otrzymać całkiem
znośny falsyfikat.
- Oczywiście nikt się tak nie męczy dla jednej monety - tłumaczył
Sekstus. - Pokażę ci, jak to się robi. - Ułożył trzy formy w trójkąt, z dziurkami skierowanym do środka. - Potem kładziesz na wierzchu kolejne
trzy formy, o, tak - zademonstrował. - A potem jeszcze jedną warstwę. -
Pokazał Juliuszowi, jak ułożyć wszystko w wysoką trójkątną kolumnę. -
Teraz wystarczy jedynie napakować gliny dookoła i wlać do środka
roztopiony metal, żeby wypełnił wszystkie formy.
Kiedy Sekstus zaproponował nielegalny interes, Juliusz był dość nieufny.
- To nie za duże ryzyko? - spytał.
Ale Sekstus jedynie spojrzał na niego.
- Mnóstwo ludzi to robi. A wiesz dlaczego? - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Bo jest za mało monet.
To była prawda. Od ponad stu lat cesarstwo rzymskie zmagało się z coraz
wyższą inflacją. W rezultacie w obiegu było za mało pieniędzy. A skoro
ludzie ich potrzebowali, to fałszerze mieli pełne ręce roboty. Bicie
najtańszego, brązowego bilonu przez osoby prywatne nie stanowiło
wykroczenia. Ale fałszowanie złotych i srebrnych monet o większej
wartości było poważnym przestępstwem. Nie odstraszało to jednak od
nielegalnego procederu i w rezultacie blisko połowa krążących na rynku
srebrnych monet była prawdopodobnie fałszywa.
Sekstus zdobył gdzieś metal i stopił go. Juliusz zrobił formy i wlał do
nich płynną rudę. Starszy przyjaciel udzielał mu wszelkich instrukcji,
ale był dość niezdarny. Poza tym zawsze coś się nie udawało, a to ruda
nie wpływała do foremek, a to foremki nie dawały się czysto odlepić od
monet. A kilka razy połączył niewłaściwe połówki foremek i w rezultacie
wyszły mu monety z rewersem niepasującym do awersu. Juliusz, pomimo błon
między palcami, robił wszystko sprawnie i precyzyjnie. Dzięki niemu
jakość fałszowanych przez nich monet bardzo się poprawiła.
- Ale jak to zrobić, żeby naprawdę wyglądały jak srebrne? - To było
drugie pytanie Juliusza, na samym początku.
Sekstus parsknął śmiechem, wykrzywiając twarz.
- Nie muszą. W tych prawdziwych srebra prawie nie ma.
Cesarskim mennicom, które starały się przynajmniej częściowo zaspokoić
popyt, brakowało cennego kruszcu, więc obniżały wartość własnej waluty.
Cenny srebrny denar zawierał teraz zaledwie cztery procent czystego
srebra.
- Ja biorę mieszankę miedzi, cyny i cynku - wyjaśnił Sekstus. - Wygląda
nieźle.
Ale dokładne proporcje zachował dla siebie.
Na stole leżał teraz cały stos monet, a dla młodzieńca, który zarabiał
na życie rozładowywaniem statków, każdy taki denar był małą fortuną. Do
tej pory, chcąc zachować ostrożność, zadowalali się fałszowaniem
brązowych monet; srebrnych zrobili tylko kilka, bo nagły przypływ
bogactwa mógł wzbudzić podejrzenia. Ale jutrzejsze igrzyska stanowiły
doskonałą okazję do hazardu, więc posiadanie kilku srebrnych denarów
dałoby się łatwo wytłumaczyć. Dlatego dziś poczynali sobie dość
zuchwale. Juliusz obliczył, że jego działka, która wynosiła jedną
trzecią, wystarczyłaby na założenie jakiegoś małego interesu.
Był tylko jeden problem. Jak wytłumaczyć się z tych pieniędzy rodzicom?
Oni i tak niechętnie odnosili się do Sekstusa. "Trzymaj się od niego z daleka. Źle mu z oczu patrzy", mówiła matka, czując wyraźną antypatię do
jego przyjaciela.
No cóż, później rozwiąże ten problem. W tej chwili Juliusz wiedział
jedno: następnego dnia, jeszcze przed igrzyskami, za świeżo zdobyte
bogactwo kupi dziewczynie złotą bransoletkę.
A potem? No cóż, wszystko będzie zależało od niej. Dostała już jego
list.
Jeszcze jedna rzecz nie dawała mu spokoju, dużo poważniejsza.
Od kilku miesięcy Rufus martwił się w skrytości ducha o syna. Kiedyś
myślał, że chłopak zostanie legionistą tak jak on. W cesarstwie rzymskim
nadal była to najlepsza i najpewniejsza droga kariery. Na emeryturę
przechodziło się w stosunkowo młodym wieku z całkiem pokaźnymi
oszczędnościami, wystarczającymi na otworzenie jakiegoś interesu. Jednak
Juliusz nie palił się do tego, więc Rufus nie naciskał. "Zacznie się
obracać w złym towarzystwie, takim jak ten Sekstus", ostrzegała matka,
ale ona była pesymistką od urodzenia. "Jest jeszcze za młody, żeby się
ustatkować", odpowiadał jej Rufus. Ale ostatnio zaczęły go nękać wyrzuty
sumienia. Najwyższy czas, żeby wziąć się za syna. Tylko jak?
Rufus był bardzo lubianym człowiekiem, należał do kilku bractw. A poprzedniego dnia usłyszał o świetnej okazji. "Mam dwóch znajomych -
opowiadał z ożywieniem Juliuszowi - którzy mogliby cię wciągnąć do
dobrego interesu. I daliby ci udziały". Umówił z nimi Juliusza na
dzisiejszy wieczór.
Przez całe przedpołudnie chłopak myślał o tym, że oprócz przypadającej
mu części fałszywych monet pojawia się szansa na własny interes. I że
być może Sekstus nie będzie mu już potrzebny. To był jeszcze jeden
powód, by nie rezygnować z dziewczyny.
Miał wrażenie, że wszystko układa się pomyślnie.
Żołnierze pojawili się nagle, bez uprzedzenia. Gdzieś na zewnątrz
rozległ się trzask, niespodziewany krzyk, a zaraz potem usłyszeli
walenie w drzwi.
Wydawało się, że są wszędzie. Przez okno zauważył błysk słońca na
hełmie. Nie czekając na odpowiedź, żołnierze zaczęli rąbać mieczami
drzwi. Z drewna poleciały drzazgi. Juliusz poderwał się, a potem, po raz
pierwszy w życiu, spanikował.
Zawsze mu się wydawało, że ludzie ogarnięci paniką biegają w kółko jak
szaleni, a on wręcz przeciwnie, nie mógł wykonać żadnego ruchu. Zaczął
bełkotać ochryple, patrząc bezradnie przed siebie. Trwało to może kilka
sekund, ale miał wrażenie, że mijają godziny.
Natomiast Sekstus zareagował błyskawicznie. Skoczył na równe nogi,
chwycił ze stołu torbę i jednym ruchem zgarnął do niej wszystko, co
leżało na blacie - monety, formy, wszystko. Dopadł do szafki w kącie,
otworzył ją i opróżnił półki z foremek, kawałków rudy i zbioru monet, o którym Juliusz nie miał pojęcia.
Chwycił osłupiałego Juliusza za ramię i popychając przyjaciela do
kuchni, wyjrzał przez okno. Mieli szczęście. Legioniści wysłani na tyły
domu popełnili błąd - wpadli na sąsiednie podwórko. Z drugiej strony
wielkiego stosu dachówek dochodziło walenie w drzwi i przekleństwa.
Sekstus wcisnął torbę Juliuszowi i wypchnął go na dwór.
- Uciekaj! - syknął. - I schowaj to gdzieś.
Juliusz otrząsnął się w jednej chwili, wspiął się na mur, przeskoczył na
podwórko na tyłach i wbiegł w gąszcz zaułków ciągnących się za domami. Z torbą ukrytą pod tuniką wyglądał, jakby był w ciąży.
W tym samym momencie żołnierze wyważyli drzwi i wpadli do środka.
Sekstus mrugał sennie powiekami, jakby wyrwany z popołudniowej drzemki.
Żadnych śladów fałszerstwa. Ale centurion nie dał się zwieść. Rzucił się
na tyły domu.
Właśnie wtedy Juliusz popełnił karygodny błąd. Przebiegł może sto
metrów, gdy usłyszał gardłowy okrzyk. Odwrócił się i zobaczył
centuriona, który pomimo swojej tuszy wspiął się zwinnie na mur i zobaczywszy umykającą postać, wrzeszczał teraz do stojących na ziemi
legionistów:
- To on! Wy dwaj, za nim!
Blizna nadawała jego twarzy przerażający wygląd. Juliusz rzucił się do
ucieczki.
Zgubienie legionistów w labiryncie wąskich uliczek nie było trudne.
Nawet z ciężką torbą biegł szybciej niż oni. Dopiero gdy zwolnił, sklął
się w duchu, że się obejrzał.
- Skoro ja go widziałem - mruknął pod nosem - to on też mnie widział.
Kosmyk białych włosów był wystarczającą wskazówką. Gdy Juliusz się
odwrócił, centurion akurat wydawał rozkazy żołnierzom, ale potem
podniósł wzrok.
- Wszystko zależy od tego, co zobaczy - dokończył półgłosem myśl.
Martina stała na południowym krańcu mostu. Letni dzień chylił się ku
końcowi. Blask bijący od białych domów po drugiej stronie rzeki zbladł,
zamieniając się w delikatną poświatę. Na bursztynowym niebie na
zachodzie gromadziły się purpurowe obłoki. Lekki wiatr muskał jej
policzki.
Trzymała w dłoni list, który dostarczył jej jakiś chłopiec. Juliusz
bardzo starał się zachować równe i wyraźne pismo. List był po łacinie. I wytrącił Martinę z równowagi.
Tego rodzaju korespondencja, nawet pomiędzy prostymi ludźmi, nie była
czymś niezwykłym. W rzymskim Londinium umiejętność czytania i pisania
była normą. Mieszkańcy zazwyczaj mówili po celtycku, ale większość znała
też łacinę, także w piśmie. Kupcy sporządzali w tym języku umowy,
sklepikarze oznaczali towary, służba dostawała na piśmie polecenia, a mury pokrywały łacińskie graffiti. Ale to był w pewnym sensie liścik
miłosny; Martina, czytając go kolejny raz, poczuła drżenie w całym
ciele.
Przyjdź jutro w południe, w czasie igrzysk, na most, a będę miał dla
ciebie prezent. Myślę o tobie w dzień i w nocy. J.
Nie podpisał się pełnym imieniem - na wypadek, gdyby list trafił w niepowołane ręce - ale Martina i tak domyśliła się, kto jest autorem.
Ten młody pięściarz. Pokiwała głową, zamyślona. Co powinna zrobić?
Czas mijał. Czerwone dachy, jasne ściany i kamienne kolumny skąpane w wieczornej poświacie wyglądały przytulnie i pogodnie. Skąd więc w niej
ten smutek? Może to przez most. Solidna drewniana budowla na ciężkich
palach, wspaniały przykład rzymskiej myśli inżynieryjnej, miała kilometr
długości. W promieniach zachodzącego słońca barwiących rzekę na
winnoczerwony kolor długa i ciemna sylwetka mostu kojarzyła się Martinie
z jej samotną podróżą przez życie. Gdy w Galii poznała kapitana, była
sama jak palec. Jej rodzice nie żyli, a kapitan dał jej dom i poczucie
bezpieczeństwa. Do tej pory była mu za to wdzięczna.
Z jaką dumą oprowadzał ją po mieście. Największy podziw wzbudziły w niej
wychodzące w wodę drewniane nabrzeża. "To wszystko jest z dębiny -
opowiadał kapitan. - W Brytanii rośnie tyle dębów, że z każdego drzewa
biorą tylko najlepszy kawałek pnia, a resztę wyrzucają". Przespacerowali
się szeroką ulicą prowadzącą od mostu do forum. Rynek wydał się Martinie
imponujący, ale w prawdziwe zdumienie wprawił ją gmach zajmujący całą
północną pierzeję. Była to bazylika, ogromna hala targowo-sądowa, w której zbierali się sędziowie i rada miasta. Martina patrzyła z zachwytem na nawę o długości prawie dwustu metrów. "Największa w całej
północnej Europie", opowiadał mąż. Było tu tyle do oglądania: dziedzińce
i fontanny w rezydencjach gubernatora, publiczne łaźnie, liczne
świątynie, wielki amfiteatr. Myśl, że zamieszkała w takiej metropolii,
wywoływała w niej ekscytujący dreszcz. "Rzym jest nazywany Wiecznym
Miastem - powiedział kapitan. - A Londinium należy do Rzymu".
Nie umiała tego wyrazić, ale doskonale wyczuwała, co znaczy przynależeć
do wielkiej kultury. Bo przecież klasyczna kultura Grecji i Rzymu
obejmowała cały świat, od Afryki po Brytanię. Rzymskie łuki i frontony,
kolumny i kopuły, kolumnady i całe place miały doskonałe proporcje,
uczyły patrzącego wyczucia bryły i porządku w przestrzeni. Prywatne domy
Rzymian z malowidłami, mozaikami i centralnym ogrzewaniem zapewniały
wygodę i wytchnienie. W zacienionych świątyniach doskonała geometria
kamienia spotykała się z tajemnicą sacrum. W Rzymie znane i nieznane
splatało się ze sobą od wieków. Echa rzymskich osiągnięć będą
pobrzmiewać na całym świecie jeszcze przez dwa tysiące lat, a może nawet
dłużej, dopóki przetrwa ludzkość. Dziewczyna nie umiała ubrać tego w słowa, ale instynktownie doceniała tę wielkość. Kochała Londinium.
Kapitan często wyprawiał się do Galii z brytyjską ceramiką, a wracając,
przywoził wspaniałe samijskie misy zdobione wzorami we lwie głowy, wino
w cedrowych beczkach, wielkie amfory pełne oliwy i daktyli. Te ostatnie
trafiały głównie do domów bogaczy, ale kapitan zatrzymywał trochę dla
siebie. A czasem sprzedawał też beczki ostryg łowionych w ujściu rzeki.
"Zawożą je na stół samego cesarza w Rzymie", mówił z dumą.
Gdy mąż wyjeżdżał, Martina lubiła chodzić na samotne spacery. Na
przykład do wyspy w pobliżu brodu. Tam, gdzie kiedyś mieszkał druid,
stała teraz piękna willa. Czasem Martina przechodziła przez górną bramę
zachodnią i wędrowała trzy kilometry do dużego skrzyżowania, przy którym
stał piękny łuk z marmuru. A kiedy indziej kierowała się na południe, ku
wzgórzom, skąd roztaczał się wspaniały widok.
Niekiedy przychodziło jej do głowy, że jest nieszczęśliwa. Chociaż może
tylko doskwierała jej samotność?
Często modliła się o dziecko. Pod szczytem zachodniego wzgórza stało
kilka świątyń, w tym jedna poświęcona Dianie, ale bogini dziewica nie
mogła jej pomóc. Większość kobiet zwracała się z tym do celtyckich bogiń
matek zamieszkujących liczne kapliczki. Martina też to robiła, ale na
próżno. Jedno z takich miejsc dawało jej szczególne ukojenie. Za niższą
bramą zachodnią droga przecinała strumień i biegła obok świętej studni,
siedziby celtyckiej bogini wody. Martinie wydawało się, że bogini ją
słyszy i przyjmuje z miłością. Ale dziecka wciąż nie mogła się doczekać.
A któregoś wiosennego dnia zyskała pewność, że jest nieszczęśliwa.
Ich dom stał na południowych przedmieściach. Miejsce było naprawdę
ładne. Drewniany most prowadził z północnego brzegu rzeki do czubka
wychodzącej mu na spotkanie mierzei i dalej biegł na drewnianych
podporach, dzięki czemu podczas przypływów, gdy mierzeja zamieniała się
w wyspę, woda nie mogła go zalać. Po południowej stronie Tamizy podłoże
było bagniste, więc drogę zbudowano na ułożonych na krzyż potężnych
balach, a powierzchnię utwardzono ziemią i tłuczniem. Idąc drogą,
Martina dojrzała na podmokłym brzegu robotników; zatrzymała się, żeby na
nich popatrzeć.
Budowali umocnienia. Ogromna konstrukcja - wielkie kwadratowe jamy
ocembrowane dębowymi belkami i wypełnione piachem - podczas przypływu
wznosiła się ponad punkt najwyższego poziomu wody i wyglądała jak
zapora. Patrząc na nią, Martina dostrzegła coś jeszcze. Umocnienia
wdzierały się na kilkadziesiąt centymetrów w koryto rzeki, zwężając ją
nieznacznie. Zwróciła na to uwagę jednemu z robotników, a on się
uśmiechnął.
- To prawda, trochę jej zabraliśmy. A w przyszłym roku zabierzemy
jeszcze więcej. - Roześmiał się w głos. - To tak jak z kobietą.
Wykorzystujemy rzekę, a potem ją poskramiamy. Jak w życiu.
Przeszła na drugą stronę mostu, zastanawiając się nad usłyszanymi
słowami. Mówiły o niej? Kapitan nigdy nie potraktował jej brutalnie. Ale
też nie miał ku temu powodów. Gdy schodził na ląd, troszczyła się o niego posłuszna, młoda żona. Był dla niej dobry? Raczej tak. Nie mogła
się uskarżać. Dotarłszy do skraju mostu, skręciła w prawo i ruszyła
nabrzeżem na wschód, mijając przystanie i magazyny, aż w końcu znalazła
się w miejscu, gdzie mury miejskie stykały się z rzeką.
Było tu cicho i spokojnie. Na załamaniu muru stał bastion, teraz
opustoszały. Powyżej łagodny stok wschodniego wzgórza opadał, tworząc u podnóża muru naturalne zagłębienie przypominające amfiteatr. Po murawie
spacerowały kruki, jakby czekając na rozpoczęcie spektaklu.
Martina stała samotnie, patrząc na wznoszący się przed nią mur. Naprawdę
było co podziwiać. Elewację wykonano z dokładnie wygładzonego jasnego
wapienia spławianego rzeką z Kentu. Wnętrze muru, szerokiego u podstawy
na prawie trzy metry, było wypełnione kamieniami i zaprawą murarską.
Dodatkowe wzmocnienie stanowiły czerwone płyty ceramiczne ułożone w potrójnych warstwach w metrowych odstępach przez całą szerokość muru.
Powstała w ten sposób wspaniała konstrukcja miała prawie sześć metrów
wysokości, a na całej długości przecinały ją wąskie czerwone pasy.
I nagle Martina uświadomiła sobie z przerażającą jasnością, że wcale nie
jest szczęśliwa, a jej życie stało się pułapką.
Pewnie trwałaby w tym do końca swoich dni, gdyby nie Sekstus.
Początkowo przyjmowała jego zaloty z rezerwą, ale potem zaczęła się
zastanawiać. Wiedziała, że inne kobiety mające starszych mężów biorą
sobie potajemnie kochanków. Sekstus był nieustępliwy, co jej trochę
pochlebiało. Może wzbudził w niej podniecenie, a może miała już dość
swojego smutku, w każdym razie ta myśl coraz wyraźniej w niej
kiełkowała. A gdyby i ona miała kochanka?
Właśnie wtedy zaczęła myśleć o Juliuszu.
Nie tylko z powodu jego młodzieńczego wyglądu, jasnoniebieskich oczu i sprawności fizycznej. Pociągał ją jego delikatny, słonawy zapach,
wygięcie silnych ramion przy pracy, błysk potu na skórze. Wystarczyło,
że lekko popuściła wodze wyobraźni, a ogarniało ją niemal bolesne
pragnienie, by ją posiadł. Zerwę kwiat jego niewinności, myślała z uśmiechem. Prowokowała go sprytnie, najpierw udając, że się do niego
zaleca, a potem wycofując się i flirtując z Sekstusem. Takie gierki
sprawiały jej wielką przyjemność.
Otrzymawszy list, mruknęła pod nosem: "Mam cię". Ale gdy w końcu
nadeszła wyczekiwana chwila, poczuła lęk. A jeśli wszystko się wyda?
Kapitan będzie bezlitosny. Naprawdę gotowa jest aż tak ryzykować dla
tego młodzieńca? Słońce powoli zachodziło, a ona długo patrzyła na drugi
brzeg, zastanawiając się, co zrobić.
Kapitan wyjechał. Udzielał jej się zmysłowy smutek zmierzchu. Dość już
tej żałości, pomyślała. Tak, pójdzie jutro na most.
- Twój ruch.
Juliusz gwałtownie otrząsnął się z zamyślenia. Czyżby ojciec patrzył na
niego podejrzliwie? Spróbował skupić się na planszy i powoli przestawił
pionek.
Udało mu się bezpiecznie dotrzeć do domu. Przywitał go sielski widok.
Matka i siostra przygotowywały w kuchni jedzenie na jutrzejszą ucztę dla
sąsiadów, która miała się odbyć po igrzyskach. A on i ojciec jak zwykle
zasiedli na składanych stołkach w największej izbie skromnego domu, żeby
rozegrać partię warcabów. Jednak przez cały czas Juliusza dręczył
strach, że nagle do środka wpadną żołnierze.
Zerknął w stronę kuchni. Po swojej szaleńczej ucieczce nie miał okazji
porozmawiać z siostrą. Czy grubaska coś widziała?
Na ścianie w kuchni wisiały dwie kaczki. Na stole leżał połeć wołowiny -
podstawowy produkt w brytyjskim jadłospisie, a obok stała miska pełna
rzecznych ostryg i wiadro karmionych mlekiem i pszenicą ślimaków, które
matka usmaży jutro w winie i oliwie. W płytkiej salaterce krzepł twaróg.
Obok leżały przyprawy do sosu. Kuchnia, którą Rzymianie przywieźli ze
sobą do Brytanii, była naprawdę smakowita: bażanty i daniele; figi i morwy; orzechy włoskie i kasztany; zielona pietruszka, mięta i tymianek;
cebula, rzodkiew, rzepa, soczewica i kapusta. Wyspiarscy Celtowie
nauczyli się też przyrządzać ślimaki, perliczki, gołębie, żaby, a nawet
popielice.
Matka i córka pracowały w ciszy. Starsza z kobiet, milcząca, ze
skwaszoną miną, przygotowywała jedzenie. Gruba dziewczyna raz po raz
próbowała uszczknąć jakiś kąsek, a matka, nie zmieniając wyrazu twarzy i nie przerywając wykonywanych czynności, wymierzała jej klapsy. Juliusz
obserwował je przez chwilę. Matka zagląda do miski z węgorzami. Klaps.
Sprawdziwszy, w jakim stanie są ryby, zabiera się do przygotowywania
sosu i mówi coś do córki, a ta podchodzi do szafki. Klaps. Matka zbliża
się do okna. Dziewczynie udaje się wcisnąć do ust kawałek świeżego
chleba. Klaps. Dziewczyna z zadowoleniem przeżuwa smaczny kęs.
Czy siostra zauważyła żołnierzy? Wie, co się stało z Sekstusem?
Powiedziała o wszystkim rodzicom? Juliusz nie miał pojęcia. Podejrzewał,
że musi się czegoś domyślać. Kiedy ją o to zapytać?
Ostatnie godziny były straszne. Zgubiwszy pogoń, mógł wreszcie
zastanowić się nad swoją sytuacją. Nie przyszło mu jednak do głowy, że
to on, a nie Sekstus sprowadził na nich kłopoty. Czy jego przyjaciel
trafił do więzienia? Juliusz nie miał odwagi wrócić do warsztatu. A jeśli Sekstus go zdradził? W drodze do domu zachowywał największą
ostrożność. Jeżeli Sekstus go wydał, to żołnierze mogli już być na
miejscu.
Uznał, że najlepiej zaczekać do rana, a potem poszukać Sekstusa na
ulicach prowadzących do amfiteatru. A do tego czasu musi zachowywać się
tak, jakby nic się nie stało.
Gdzie jednak ukryć torbę? Najlepiej w jakimś bezpiecznym miejscu,
którego nikt nie skojarzy. I z którego łatwo będzie ją potem wydobyć.
Szukał gorączkowo w myślach, jednak nic nie przychodziło mu do głowy.
Okrążając szczyt zachodniego wzgórza, mijał małą świątynię Diany i nagle
zauważył stojące nieopodal piece garncarskie, a za nimi stos
potłuczonych garnków i innych odpadów, których od dłuższego czasu
najwyraźniej nikt nie ruszał. Odczekał, aż znikną inni przechodnie, a potem podszedł do stosu skorup, wsunął pod nie torbę i oddalił się
szybkim krokiem. Nikt go nie zauważył. Tego akurat był pewien. Wrócił do
domu.
Nadal jednak czuł się niepewnie. A patrząc to na wesołą twarz ojca, to
na matkę, wiedział, jaki jest tego powód.
Rufus był zawsze wesoły i skory do śpiewu, natomiast żona stanowiła jego
przeciwieństwo. Ni to jasne, ni to siwe włosy nosiła upięte w ciasny
kok. Jej szare oczy nigdy nie rozpalały się żywym blaskiem. Twarz, która
w pamięci Juliusza zawsze wyglądała tak samo, była biała jak
nieupieczone ciasto. Matka była dobrą kobietą i z pewnością kochała ich
na swój sposób, ale rzadko się odzywała, a kiedy ojciec rzucał jakiś
żart, nigdy się nie śmiała. Jakby z poczucia nudnego, ale utrwalonego
obowiązku dźwigała ciężar jakichś okropnych wspomnień.
Celtowie mieli długą pamięć. Od czasów powstania królowej Boudiki
przeciwko Rzymianom minęły zaledwie dwa stulecia, a rodzina matki
pochodziła z tego samego plemienia co królowa. "Mój dziadek urodził się
za panowania cesarza Hadriana, tego, który zbudował mur - mawiała matka.
- A jego dziadek urodził się w roku wybuchu wielkiego powstania. Stracił
oboje rodziców". Jej dalecy krewni mieszkający w odległej wiosce nadal
uprawiali ziemię tak samo jak ich celtyccy przodkowie i nie mówili ani
słowa po łacinie. Nie było dnia, by matka nie rzuciła jakiejś ponurej
uwagi. "Wszyscy Rzymianie są tacy sami. Prędzej czy później cię
dopadną". Juliusz słyszał te słowa od dzieciństwa jak litanię.
Stuk! Głośny dźwięk na planszy wyrwał go z zamyślenia. Znów kilka
stuknięć i triumfalne uderzenie w stół.
- Zbiłem ci wszystkie piony! - Ojciec uśmiechał się od ucha do ucha. -
Co, kobiety chodzą ci po głowie? - Zaczął składać planszę. - Za chwilę
musimy iść - dorzucił nieco poważniej, a potem zniknął w swojej izbie,
żeby się przygotować.
Juliusz się wahał. Dzisiejsze spotkanie w świątyni ze znajomymi ojca
było ważne. I to bardzo. Musi jakoś zapomnieć o tym, co się wydarzyło, i dobrze wypaść. "Pokaż, że jesteś odpowiedzialnym człowiekiem i chcesz
się od nich uczyć. To wystarczy", poradził wcześniej Rufus.
Juliusz próbował się skupić, ale przychodziło mu to z trudem. Zachował
wszystkie możliwe środki ostrożności. Ale jedna rzecz nie dawała mu
spokoju.
Torba. Przez cały wieczór nie mógł o niej zapomnieć; myśl, że tam ciągle
leży, nie dawała mu spokoju. W pierwszej chwili przestraszył się, że
żołnierze mogą po niego przyjść, więc najlepszym posunięciem wydawało mu
się pozostawienie torby w miejscu, z którym nikt nie mógłby go powiązać.
Teraz jednak przyszło mu do głowy, że żołnierze, podobnie jak całe
miasto, przygotowują się do igrzysk, więc jest mało prawdopodobne, że
się pojawią. A to znaczyło, że jest bezpieczny, przynajmniej dziś.
No ale torba! Owszem, dobrze ją ukrył. Ale jeśli jakimś cudem władze
zechcą uprzątnąć śmieci? Albo jakiś włóczęga grzebiący w odpadkach
znajdzie monety? Wyobraźnia wciąż podsuwała mu obraz torby i jej cennej
zawartości.
Podjął szybką decyzję. Wymknął się po cichu z domu i ruszył szybkim
krokiem na wzgórze z piecami garncarskimi. Nie miał daleko. Wokół prawie
nie było ludzi, stos potłuczonych skorup krył się w cieniu. Przez chwilę
sądził, że torba przepadła, ale w końcu ją znalazł. Wcisnął ją pod
opończę i pobiegł do domu. Ostrożnie otworzył drzwi i od razu poszedł do
swojej izby. Kobiety w kuchni nawet go nie zauważyły. Wsunął torbę pod
łóżko, gdzie stały też dwie skrzynki z jego dobytkiem. Do jutra będzie
tu bezpieczna. Chwilę później czekał już na ojca przy drzwiach.
Juliusz i jego ojciec szli przez miasto. Wieczór był pogodny i gwiaździsty. Ich dom znajdował się niedaleko niższej zachodniej bramy,
więc skręcili w prowadzącą od niej szeroką ulicę, która przecinała
zachodnie wzgórze i dalej biegła w dół aż do strumienia pomiędzy
wzniesieniami.
Juliusz rzadko widział ojca zdenerwowanego, ale teraz wyczuwał jego
niepokój.
- Dasz sobie radę - mruknął Rufus bardziej do siebie niż do syna. - Nie
sprawisz mi zawodu. - A po chwili dorzucił: - To nie jest zamknięte
spotkanie, inaczej nie miałbyś wstępu. - Lekko ścisnął Juliusza za
ramię. - Tylko milcz i patrz.
Dotarli do strumienia i przeszli mostkiem na drugi brzeg. Przed sobą
mieli pałac gubernatora. Ich cel znajdował się na końcu ulicy po lewej
stronie.
W końcu z ciemności wyłonił się samotny budynek. Drzwi z obu stron
oświetlały pochodnie. Ojciec westchnął z zadowoleniem.
Rufus był człowiekiem skromnym i spokojnym, ale dwie rzeczy napawały go
dumą. Po pierwsze fakt, że jest obywatelem Rzymu.
Civis Romanus sum - jestem rzymskim obywatelem. W pierwszych dekadach
rzymskiego panowania niewielu rdzennych wyspiarzy dostąpiło tego
zaszczytu. Jednak powoli łagodzono różne obostrzenia, a dziadek Rufusa,
mimo że był jedynie Celtem z prowincji, dzięki służbie w pomocniczym
regimencie uzyskał upragniony status. Ożenił się z kobietą z Italii,
więc Rufus miał prawo twierdzić, że w jego rodzinie płynie również
rzymska krew. Gdy Rufus był jeszcze dzieckiem, cesarz Karakalla otworzył
furtkę szeroko i od tamtej pory rzymskim obywatelem mógł zostać każdy
wolny mieszkaniec cesarstwa. W rezultacie Rufus nie różnił się pod tym
względem od skromnych kupców i sklepikarzy z sąsiedztwa. Ale nadal z dumą powtarzał synowi: "My byliśmy rzymskimi obywatelami dużo wcześniej,
pamiętaj o tym".
Drugi powód do dumy, i to znacznie większej, znajdował się za drzwiami
oświetlonymi blaskiem pochodni.
Rufus był członkiem świątynnej loży.
Spośród wszystkich świątyń Londinium, często znacznie większych,
najpotężniejsza była świątynia Mitry. Stała pomiędzy dwoma wzgórzami, na
wschodnim brzegu małego strumienia w odległości dwustu metrów od
posiadłości gubernatora. Niedawno wzniesiony przysadzisty budynek miał
prostokątny kształt i zaledwie osiemnaście metrów długości. Wejście
znajdowało się od wschodu, po stronie zachodniej była niewielka apsyda z ołtarzem. Pod tym względem świątynia przypominała kościoły
chrześcijańskie, w których w owych czasach ołtarze sytuowano przy
zachodniej ścianie.
Cesarstwo rzymskie zawsze było tyglem różnych religii, ale w ciągu
ostatnich dwustu lat coraz większą popularność zdobywały tajemnicze
kulty i religie ze Wschodu, zwłaszcza chrześcijaństwo i kult Mitry.
Mitra - pogromca byka. Perski bóg niebiańskiego światła; kosmiczny
wojownik prawości i uczciwości. Juliusz wiedział o nim wszystko. Mitra
walczył o prawdę i sprawiedliwość w świecie, w którym - co było cechą
wspólną wielu wschodnich religii - równe sobie zło i dobro zwierały się
w odwiecznej walce. Zgodnie z legendą krew zabitego przez Mitrę byka
przyniosła na ziemię życie i obfitość. Urodziny tego wschodniego boga
obchodzono 25 grudnia.
Z Mitrą był związany tajemny kult, a jego wyznawcy przechodzili obrzędy
inicjacyjne dostępne jedynie dla wybranych. Jednocześnie na mocy
uświęconego rzymskiego zwyczaju składali w świątyni ofiary z małych
zwierząt. Wiązał ich też swoisty kodeks honorowy nakazujący prawość,
uczciwość i męstwo. Nie wszyscy mogli zasiadać w loży. Oficerowie i kupcy, wśród których kult był szczególnie popularny, dbali o jego
elitarność. Zaledwie siedemdziesiąt osób miało prawo wstępu do świątyni
w Londinium. Rufus rzeczywiście mógł czuć się dumny z przynależności do
tego ekskluzywnego bractwa.
Chrześcijanie, których liczba szybko rosła, byli zupełnie inni. Juliusz
znał kilku, pracowali z nim w dokach, ale jak większość Rzymian uważał
ich za żydowską sektę. Poza tym chrześcijaństwo przez ciągłe
podkreślanie pokory i nadziei na lepsze życie po śmierci było religią
niewolników i biedaków.
Juliusz nigdy wcześniej nie był w tej świątyni. Wyczuwał, że jego
dzisiejsza obecność w bractwie stanowi coś w rodzaju sprawdzianu. Weszli
do środka, a jemu nie pozostawało nic innego, jak żywić nadzieję, że zda
ten egzamin pomyślnie.
Świątynia składała się z nawy środkowej i oddzielonych od niej filarami
naw bocznych. Nawa środkowa, długa na piętnaście metrów i szeroka
zaledwie na trzy i pół metra, miała drewnianą podłogę. Po bokach stały
drewniane ławy. Wskazano im miejsca w ostatnim rzędzie. Juliusz
rozglądał się wokół z ciekawością.
Migotliwe światło pochodni nie rozpraszało mroku w nawach bocznych. Do
świątyni wchodzili kolejni mężczyźni i zajmowali miejsca w ławkach.
Juliusz zauważył, że przyglądają mu się z uwagą, on jednak często nie
mógł dostrzec ich twarzy. Na końcu nawy, w apsydzie, pomiędzy dwiema
kolumnami stał piękny posąg Mitry. Bóg miał oblicze o wyrazistych
rysach, w czym przypominał Apolla, oczy wzniesione ku niebu, a na głowie
spiczastą czapkę frygijską. Przed posągiem znajdował się skromny
kamienny ołtarz, na którym składano ofiary. W blacie miał wgłębienie, do
którego spływała krew.
Świątynia powoli się wypełniała. Gdy przyszedł ostatni członek bractwa,
drzwi zamknięto i zaryglowano. Wszyscy siedzieli w milczeniu. Mijały
kolejne minuty. Juliusz był ciekaw, co się teraz wydarzy. Wreszcie na
końcu świątyni pojawiło się pełgające światło lampy. Coś się poruszyło,
dobiegł lekki szelest i z mroków bocznej nawy wyłoniły się dwie
postacie. Wyglądały bardzo dziwnie.
Nakrycia głowy niemal całkowicie zasłaniały twarze. Jedna z postaci
miała na sobie głowę lwa z grzywą zwisającą do ramion. Juliusz poczuł
dreszcz na plecach.
Drugi mężczyzna był dużo wyższy. Przedziwne nakrycie głowy sięgało mu aż
do kolan. Zrobione było z setek dużych piór, które szeleściły i skrzypiały cicho, i miało kształt ogromnego czarnego ptaka ze złożonymi
skrzydłami i wielkim dziobem. Kruk.
- Czy on jest kapłanem? - spytał Juliusz szeptem.
- Nie, to jeden z nas. Ale prowadzi dzisiejszą ceremonię - odpowiedział
Rufus.
Kruk szedł wzdłuż nawy pomiędzy ławkami. Poruszał się powoli, jego ogon
ocierał się o kolana mijanych mężczyzn. Co kilka kroków zatrzymywał się
i zadawał członkom bractwa rytualne zapewne pytania.
- Kto jest panem światła?
- Mitra.
- Czyja krew użyźnia ziemię?
- Byka, którego zabił Mitra.
- Kim jesteś?
- Sługą.
- Należysz do naszego grona?
- Aż do śmierci.
Doszedłszy do końca nawy, Kruk zaczął wracać. Juliuszowi wydawało się,
że jego oczy, patrzące przez dziurki nad dziobem, zwracają się ku niemu
ze szczególną uwagą. Przestraszył się, że Kruk zada mu jakieś pytanie,
na które nie umiałby odpowiedzieć. Dlatego ucieszył się, gdy mężczyzna,
rzuciwszy mu coś w rodzaju pożegnalnego spojrzenia, wrócił do ołtarza.
Ojciec pochylił się nieco, żeby szepnąć mu do ucha, ale jego słowa nie
uspokoiły Juliusza:
- To między innymi z nim mamy się dziś spotkać.
Cała ceremonia nie trwała długo. Kruk kilka razy wezwał do modlitwy, Lew
podał jakieś ogłoszenia dotyczące członków, a potem uroczystość
zamieniła się w swobodne spotkanie towarzyskie. Mężczyźni zbierali się w nawie w małych grupkach.
Juliusz i ojciec trzymali się z tyłu. Stali pośród innych członków
bractwa, prostych ludzi jak Rufus i tak samo jak on zadowolonych z przynależności do tego grona. Jednak Juliusz zauważył też kilku
znaczących obywateli miasta.
- Bractwo ma w mieście wielkie wpływy - szepnął Rufus z dumą.
Czekali, rozmawiając cicho z tymi, którzy stali najbliżej. Mijały
minuty. W końcu Juliusz poczuł, że ojciec trąca go łokciem.
- Idzie - powiedział półgłosem. - Dasz sobie radę - dorzucił nerwowo.
Juliusz spojrzał na koniec nawy.
Mężczyzna przebrany za Kruka miał potężną sylwetkę. Zdjął już kostium, a teraz szedł nawą, witając przybyłych władczym skinieniem głowy. W słabym
świetle widać było jego szpakowate włosy, ale dopiero gdy podszedł
bliżej, Juliusz zauważył przecinającą policzek bliznę. Ogarnęło go
lodowate przerażenie.
Centurion świdrował go wzrokiem. Miał surowe spojrzenie. Juliusz czuł,
że krew odpływa mu z twarzy. Teraz już wiedział, dlaczego Kruk
przyglądał mu się z taką uwagą. Poznał mnie, przemknęło mu przez głowę.
Już po mnie. Nie miał odwagi spojrzeć na ojca, który przedstawił go,
śmiejąc się nerwowo.
W pierwszej chwili Juliusz jakby ogłuchł. Czuł jedynie na sobie wzrok
centuriona. Dopiero po paru chwilach zorientował się, że żołnierz mówi
coś do niego cichym głosem. Opowiadał o spławianiu towarów rzeką i o tym, że potrzebny im jest bystry młodzieniec, który będzie sprowadzał
wyroby ceramiczne z wiosek położonych w głębi lądu. Obiecywał dobrą
zapłatę. I możliwość prowadzenia handlu na własny rachunek. Czyżby
jednak centurion go nie rozpoznał? Juliusz podniósł wzrok.
W osobie centuriona było coś dziwnego. Juliusz wyczuwał to wyraźnie,
choć nie umiałby tego nazwać. Potężny mężczyzna patrzył na niego
badawczo, ale w jego twardym spojrzeniu - Juliusz był co do tego pewny -
kryło się coś jeszcze. Ludzie jego pokroju zajmowali się interesami, nie
było w tym nic szczególnego. Legioniści otrzymywali wysoki żołd, więc po
przejściu w stan spoczynku centurion z pewnością zamierzał zostać
bogatym kupcem, a może nawet posiadaczem ziemskim. Służba w stolicy
prowincji miała głównie charakter ceremonialny, czasem zdarzały się
jakieś doraźne interwencje. Centurion więc miał czas na zajmowanie się
interesami. Słuchając jego słów, Juliusz coraz bardziej utwierdzał się w swoim przekonaniu: szorstki legionista skrywał jakieś tajemnice. Może
miały one związek z bractwem świątyni Mitry, a może z czymś innym. Tego
Juliusz nie wiedział.
Nieco nerwowo odpowiadał na pytania. Czuł się niepewnie, ale starał się
wypaść jak najlepiej. Centurion zachowywał kamienną twarz, a w końcu
skinął głową.
- Chyba się nada - powiedział do Rufusa z uśmiechem. - Mam nadzieję, że
kiedyś znów go do nas przyprowadzisz.
Rufus aż się zaczerwienił z zadowolenia.
- A jeśli chodzi o wspólne interesy - ciągnął centurion - to wyrażam
zgodę. Ale chłopak będzie musiał pracować z moim plenipotentem. -
Rozejrzał się niecierpliwie. - Gdzież on jest? A, tam. - Uśmiechnął się
znowu. - Poczekajcie tutaj. Przyprowadzę go.
Ruszył w kierunku kilku mężczyzn stojących w cieniu.
Rufus uśmiechnął się szeroko do syna.
- Świetnie ci poszło, chłopcze. Zostałeś przyjęty - szepnął. Wyglądał
tak, jakby tego wieczoru spełniło się jego największe marzenie.
Dlatego patrzył ze zdziwieniem na Juliusza, na którego twarzy zamiast
radości pojawił się wyraz zaskoczenia i lęku. Co mu się stało?
Gdy tylko centurion się odwrócił, Juliusz zorientował się, kim jest jego
pełnomocnik. Przez moment łudził się, że to niemożliwe, ale gdy
mężczyźni podeszli bliżej, nie miał już żadnych wątpliwości. Oto w słabym świetle świątynnych lampek stał przed nim, z niebieskawą twarzą
wykrzywioną uśmiechem, kapitan, mąż Martiny.
Gdy wracali ciemnymi ulicami do domu, na niebie świecił blady
półksiężyc. Rufus był w wesołym nastroju. Nie ma to, mówił do siebie w myślach, jak ojcowska duma. Już dawno przestał wiązać nadzieje z córką,
ale patrząc teraz na syna, naprawdę mógł sobie pogratulować.
Centurion zatrudnił chłopaka. Juliusz spodobał się też kapitanowi.
- Jesteś ustawiony do końca życia - oznajmił Rufus synowi. I wcale mu
nie przeszkadzało, że młodzieniec jest nieco zamyślony.
Tak naprawdę Juliusz miał mętlik w głowie. Był wdzięczny bogom, że
centurion go nie rozpoznał. Ale co z kapitanem? Podejrzewał, że właśnie
wrócił z kolejnego rejsu, ale nie śmiał go o to zapytać. Zdążył
wcześniej zajrzeć do domu? Znalazł liścik? A może Juliusz powinien
ostrzec Martinę, żeby zniszczyła kompromitujący dowód? Niestety, na to
było za późno. Kapitan był już zapewne w drodze do domu.
Ale przede wszystkim czy powinien wdawać się w romans z żoną człowieka,
od którego zależała jego przyszłość w interesach? Nawet gdyby wszystko
dało się ukryć? Już sam ten pomysł wydał mu się absurdalny.
Jednocześnie wspomnienie jej ciała, jej zmysłowego, rytmicznego kroku
nie dawało mu spokoju.
Gdy wrócili, w całym domu było ciemno. Matka i siostra już spały. Ojciec
życzył synowi serdecznie dobrej nocy i też udał się na spoczynek. Przez
jakiś czas Juliusz rozmyślał nad wydarzeniami minionego dnia, ale nie
doszedł do żadnych wniosków. Poczuł zmęczenie, więc też postanowił pójść
spać.
Z oliwną lampką w ręku wszedł do swojej izby i usiadł na łóżku. Rozebrał
się. Ale zanim się położył, ziewnął i sięgnął pod pryczę, chcąc dotknąć
torby. Zmarszczył brwi.
Zaniepokojony zerwał się z łóżka i klęknął na podłodze. Odsunął na bok
skrzynki. Postawił obok siebie lampkę i spojrzał z niedowierzaniem.
Torba zniknęła.
W ciemności sunęła cicho jakaś postać. Na południowym brzegu rzeki było
niewiele świateł. Mężczyzna przeszedł przez most i kierując się dalej na
południe, minął duży zajazd dla podróżnych, łaźnię, a potem skręcił w prawo w wąski zaułek. Po południowej stronie rzeki, nie tak jak w Londinium, jedynie główna ulica była utwardzona tłuczniem. Dlatego stopy
mężczyzny, obute w skórzane sandały, nie wydawały żadnego dźwięku na
piaszczystej nawierzchni. Mężczyzna naciągnął opończę na głowę.
Zatrzymał się przed niewielkim domem. Słabe światło księżyca odbijało
się od białych ścian. Wiedział, że frontowe drzwi są zamknięte na
skobel. Okna miały pozamykane okiennice. Mężczyzna przemknął się na małe
podwórko z tyłu.
Z budy wyskoczył pies i warknął, ale poznawszy swojego pana, uspokoił
się. Przez dłuższą chwilę zakapturzony człowiek stał w milczeniu obok
psa, chcąc się upewnić, że nikt się nie obudził. Potem wszedł na beczkę
z deszczówką i z zadziwiającą zręcznością wspiął się na mur biegnący do
narożnika domu. Ukośne promienie księżyca rysowały ciemne linie na
krawędziach terakotowych dachówek, tworząc niesamowity geometryczny
wzór. Mężczyzna przeszedł zwinnie po murze i zbliżył się do ciemnego
kwadratu okna bez okiennic.
Kapitan wślizgnął się po cichu do swojego domu i podszedł do drzwi izby,
w której spała Martina.
Podejrzewał ją od ponad miesiąca. Nie umiałby nawet powiedzieć dlaczego,
ale w zachowaniu żony było coś dziwnego. Często chodziła zamyślona, z mniejszą ochotą spełniała małżeński obowiązek. Niby nic poważnego, ale...
Ktoś inny na jego miejscu pewnie by to zlekceważył. Jednak matka
kapitana była Greczynką i to po niej odziedziczył gniewną, pełną dumy
zaborczość, która dawała o sobie znać we wszystkich kontaktach z ludźmi.
"Na morzu jest łagodny jak baranek - mawiali ci, którzy z nim żeglowali.
- Ale jeśli ktoś go oszuka, to krew zostanie przelana".
Kapitan nie sądził, że żona go zdradziła. Jeszcze nie. Postanowił jednak
upewnić się, więc zastosował starą sztuczkę wszystkich mężów: udawał, że
wypływa w rejs.
Ostrożnie otworzył drzwi do izby.
Była sama. Łóżko oświetlało słabe światło księżyca. Jedna pierś Martiny
była odkryta. Spojrzał na nią i się uśmiechnął. Świetnie. Nie oszukuje
go. Patrzył na jej spokojny oddech. W pokoju nie było żadnych śladów
obecności innego mężczyzny. Nie ma się czym martwić. Krępy kapitan
obszedł pokój bezszelestnie jak kot, zerkając co kilka kroków na żonę.
Nie wiedział jeszcze, czy sprawić jej niespodziankę i wślizgnąć się do
łóżka, czy raczej wymknąć się po cichu i sprawdzić ją następnej nocy.
Rozważając obie możliwości, zauważył na nocnym stoliku kawałek
pergaminu. Wziął go do ręki i podszedł do okna.
Księżyc świecił wystarczająco jasno, by kapitan mógł odczytać list od
Juliusza. Podpis nie zdradzał tożsamości autora, ale nie miało to
znaczenia, bo podawał datę i miejsce schadzki. Kapitan odłożył liścik na
miejsce i wyszedł z domu.
Choć raz matka Juliusza zdobyła się na stanowcze działanie.
Grubaska nie widziała żołnierzy. Nawet się nie obudziła, gdy przyszli. A potem, nie znalazłszy nikogo w warsztacie Sekstusa, poczłapała do domu.
I tak była spóźniona. I właśnie to spóźnienie w połączeniu z dziwnym
zachowaniem Juliusza wzbudziło matczyną czujność. Kilka klapsów
wystarczyło, by córka wszystko wyznała: brat i ten drugi mężczyzna
kazali jej wypatrywać żołnierzy na ulicy. Kobieta była już teraz pewna.
- Ten Sekstus wpakował go w tarapaty - mruknęła do siebie.
Dlatego gdy tylko Juliusz i Rufus wyszli z domu, przeszukała pokój syna.
Od razu znalazła torbę wraz z przerażającą zawartością. Przez dłuższą
chwilę nie mogła się otrząsnąć z szoku. Ale zaraz potem stwierdziła:
- Musimy się tego pozbyć.
Ale jak?
Chociaż raz ucieszyła się, że ma grubą córkę.
- Włóż to pod odzienie - rozkazała. Włożyła opończę i wyszły razem na
ulicę.
W pierwszej chwili chciała wrzucić torbę do rzeki, ale to nie było takie
proste. Na brzegu zawsze kręcili się ludzie. Poprowadziła więc córkę
główną ulicą do zachodniej bramy. Bramy miasta powinny być zamykane o zmierzchu, jednak w ciepłe letnie noce nie przestrzegano tej zasady.
Młodzi ludzie lubili spacerować po okolicy, nikt zatem nie zwrócił
najmniejszej uwagi na kobietę z grubą dziewczyną. Nie uszły jednak
daleko. Droga biegła przez mostek do kapliczki, gdzie mieszkała bogini
wody, ale kręciło się tam kilka par. Po obu stronach traktu, tak jak
przy innych bramach, znajdował się cmentarz.
- Oddaj mi torbę i wracaj - rozkazała matka. - I ani słowa nikomu,
zwłaszcza Juliuszowi. Rozumiesz?
Odprowadziwszy córkę wzrokiem, skręciła na cmentarz. Szukała otwartego
grobu, ale żadnego nie zauważyła. Doszła do krańca cmentarza, minęła
górną zachodnią bramę i podążyła ścieżką biegnącą równolegle do
miejskich murów.
Było tu cicho i spokojnie. Mur, przedzielony poziomymi czerwonymi
pasami, sprawiał dość upiorne wrażenie. W odległości pięciu metrów od
muru szeroki cień głębokiej fosy wyglądał jak rozciągnięta na ziemi
czarna wstęga. Nie zauważyła strażników, a zatem nikt jej nie
obserwował. Wolno okrążyła narożnik fortyfikacji i znalazła się po
północnej stronie murów. Minęła zamkniętą bramę. Jakieś sześćset metrów
dalej zobaczyła to, czego szukała.
Mała rzeczka pomiędzy dwoma wzgórzami rozgałęziała się w górnym biegu na
kilka odnóg i w trzech czy czterech miejscach te niewielkie strumyki
przepływały pod północnym murem specjalnie wydrążonymi kanałami. Wejście
do każdego kanału zastawione było kratą. Kobieta chciała wrzucić torbę
do jednego z dopływów, ale przypomniała sobie, że kraty czyszczono
regularnie, a kanały pogłębiano. Jednak nieco dalej zauważyła, że do
biegnącej wzdłuż muru fosy ktoś wrzucił wielką kupę śmieci. O stan fosy
nikt nie dbał, nigdy nie widziała, żeby uprzątano z niej brudy.
Rozejrzała się. Upewniwszy się, że nikt jej nie widzi, wrzuciła torbę.
Usłyszała, jak ciężar uderza o dno obok innych odpadków.
Ruszyła dalej jakby nigdy nic. Dotarła do głównej północnej bramy, która
była otwarta, i niezauważona weszła do miasta.
Juliusz patrzył na długą linię murów. Bezradnie opuścił ramiona, kręcąc
głową. Poszukiwania okazały się bezowocne. Ponad krawędzią muru, na
zboczu zachodniego wzgórza, widział krzywiznę najwyższych pięter
amfiteatru. Ranek był pogodny, bezwietrzny i bezchmurny. W wielkiej
czaszy amfiteatru będzie dziś gorąco.
Gdzie są te pieniądze? Wyszedł z domu o świcie, ale nadal nie miał
najmniejszego pojęcia, co matka zrobiła z torbą.
A może to grubaska go okłamała? Chyba jednak nie. Była za bardzo
przerażona, gdy w środku nocy podkradł się do jej łóżka, zasłonił dłonią
usta i przyłożył nóż do szyi. Powiedziała, że matka wyrzuciła torbę przy
zachodniej ścianie murów, ale jego trzygodzinne poszukiwania okazały się
daremne. Wyszedł z miasta przez zachodnią bramę. Zajrzał do wszystkich
zakamarków. Musiał jednak wracać. Miasto powoli się budziło. Niedługo
ludzie zaczną tłumnie zdążać do amfiteatru. A on był bez grosza.
I co ma powiedzieć Sekstusowi? Wcześniej zamierzał poszukać go po drodze
na igrzyska, ale teraz wcale nie chciał się na niego natknąć. Czy
Sekstus mu uwierzy? A może będzie go podejrzewał o kradzież torby?
Trudno powiedzieć. Nie uśmiechał mu się też powrót do domu, wolał nie
stanąć oko w oko z matką.
- Najlepiej będzie, jak przeczekam do wieczora w jakimś ukryciu -
mruknął do siebie. Może potem wszyscy będą w lepszym nastroju.
Ale co z dziewczyną? Obiecał jej prezent, a teraz nie miał pieniędzy.
Jak z tego wybrnąć? Nic nie przychodziło mu do głowy. Poza tym cała ta
sprawa była zbyt ryzykowna.
- Zresztą ona i tak pewnie nie przyjdzie na most - przekonywał sam
siebie.
Zmarkotniał. Nie mając nic lepszego do roboty, usiadł na przydrożnym
kamieniu, żeby się zastanowić.
Mijały minuty.
- Jestem bez grosza, lepiej dać sobie z tym spokój - pomrukiwał. Ale
nadal nie umiał podjąć decyzji. A powoli zaczynała w nim kiełkować
zupełnie inna myśl.
A jeśli dziewczyna przyjdzie na most? Całkiem możliwe, że ukryła gdzieś
list. Kapitan zapewne niczego nie podejrzewa. Ona zaryzykuje, a on się
nie pojawi? Naprawdę chce ją zawieść?
Pokręcił głową.
- Jeśli ja jej nie dostanę, to jakiś inny na pewno ją zdobędzie - rzucił
półgłosem. Chociażby Sekstus.
Przypomniał sobie jej ciało. Pragnął jej. Wyobraził sobie, że czeka na
niego sama na moście, i nagle ujrzał wszystko w zupełnie innym świetle.
Serce zaczęło mu żywiej bić.
Każdy pięściarz w porcie wiedział, że Juliusz, nawet gdy przeciwnik
powali go na deski, zawsze wstaje znowu do walki. Może było to niemądre,
może wręcz nie miało sensu, ale za każdym razem jego wrodzony optymizm
budził się tak łatwo i naturalnie jak wiosenne pąki.
Nie potrzebował wiele czasu, żeby się otrząsnąć. A po dłuższej chwili
skinął głową z lekkim uśmiechem. W końcu uśmiechnął się od ucha do ucha
i wstał z kamienia.
Szybkim krokiem ruszył w kierunku bramy.
Martina wstała z samego rana. Sprzątnęła izbę, wyszczotkowała swoje
krótkie włosy, umyła się i natarła skórę pachnidłem. Zanim się ubrała,
uważnie obejrzała swoje ciało. Dotknęła drobnych, miękkich piersi,
przesunęła dłońmi po jędrnych udach. Zadowolona zaczęła się ubierać.
Włożyła nowe sandały. Doskonale wiedziała, że skóra wydziela delikatną
woń, która w połączeniu z naturalnym zapachem jej ciała przyciąga
mężczyzn. Na obu ramionach przypięła broszki z brązu. Zauważyła przy
tym, że serce jej mocno bije, co dowodziło - jeśli jeszcze miała w tej
kwestii jakieś wątpliwości - że chce się dziś kochać z Juliuszem.
Zawinęła w ściereczkę kilka słodkich ciastek, żeby nie zgłodnieć przez
całe przedpołudnie, wyszła z domu i dołączyła do sąsiadów zmierzających
przez most na igrzyska.
Od dawna nie czuła w sobie takiej lekkości.
Towarzyszyło mu dziwne wrażenie, że ma miasto tylko dla siebie. Był
późny ranek, wydawało się, że wszyscy mieszkańcy są na igrzyskach. Od
czasu do czasu z amfiteatru dobiegał donośny krzyk, ale poza tym
brukowane ulice były tak ciche, że słyszał śpiew ptaków. Wędrował
uliczkami w radosnym nastroju, z piekarni pachniało świeżo upieczonym
chlebem, a z jakiejś niedalekiej kuchni napływała kusząca woń jedzenia.
Po drodze mijał piękne domy bogaczy. Niektóre miały prywatne łaźnie, do
wielu przylegały ogrodzone murem ogrody z drzewkami wiśni, morwami i jabłoniami.
Rozglądał się przez cały czas. W południe miał zobaczyć się z Martiną, a przecież obiecał jej prezent. Nie chciał iść na spotkanie z pustymi
rękami.
Pozostawała mu jedynie kradzież.
Na pewno trafi się jakaś okazja. Wszyscy są w amfiteatrze. Wystarczy
chwila, żeby wślizgnąć się do niepilnowanego domu i zabrać stamtąd jakąś
błyskotkę. Nie lubił kraść, ale nie miał innego wyjścia.
Jednak nie było to takie łatwe, jak się spodziewał. Zakradł się do kilku
skromnych domów, ale nie znalazł w nich nic interesującego. Domów
bogaczy pilnowała służba i groźne psy. Dwa razy musiał salwować się
ucieczką.
Nieco zniechęcony, ruszył w kierunku przystani. Spróbował po zachodniej
stronie, lecz bez powodzenia. Minął most. Wszystkie składy we wschodniej
części były pozamykane. Przeszedł obok małego targu rybnego, gdzie
stragany opustoszały już o świcie. Po chwili znalazł się obok znacznie
większego budynku. Zatrzymał się.
Cesarski magazyn. W odróżnieniu od innych był solidnie zbudowany z kamienia. Dzień i noc pilnowali go żołnierze. Trafiały tu towary
przeznaczone dla gubernatora, garnizonu wojskowego i władz miejskich.
Czasem były to bardzo cenne wyroby. Trzy dni wcześniej Juliusz pomagał
przy rozładunku statku, który przywiózł kilka wielkich, oficjalnie
zapieczętowanych skrzyń ze złotymi i srebrnymi monetami - miał to być
żołd dla wojska. Każda skrzynia była niesamowicie ciężka, więc
przeniesienie ich na nabrzeże zabrało tragarzom dużo czasu. Dla
Juliusza, który umiał ocenić wartość takiego frachtu, był to najlepszy
dowód potęgi i zasobności państwa. Niekiedy wydawało się, że cesarstwo
ogarnia chaos, ale fundamentalna wielkość Wiecznego Miasta i jego
dominiów wciąż mogła budzić podziw. Uśmiechnął się do siebie. Gdybym
mógł zajrzeć do środka choć na chwilę, pomyślał, skończyłyby się moje
problemy. Jednak wczoraj niewiele brakowało, a wpadłby w łapy żołnierzy,
więc na razie wolał trzymać się z daleka od państwowego magazynu.
Ruszył szeroką ulicą w kierunku forum. No cóż, będzie musiał obyć się
bez prezentu. Bez żadnej wyraźnej przyczyny skręcił w aleję prowadzącą
do pałacu gubernatora. Bramy pilnowali dwaj strażnicy. Poza tym ulica
była pusta.
Nagle zaświtała mu myśl. Pomysł był tak prosty i tak zuchwały, że aż
szalony. Ale im dłużej go rozważał, tym bardziej był przekonany, że może
się udać.
- Najważniejsze to wybrać odpowiedni moment - mruknął, chcąc dodać sobie
odwagi.
Pałac gubernatora, w odróżnieniu od domów, do których Juliusz zaglądał
wcześniej, był budynkiem publicznym. Na pewno cała służba, z wyjątkiem
strażników, wymknęła się, żeby obejrzeć igrzyska. A nawet jeśli ktoś
mnie zauważy, pomyślał, to jakoś się wywinę, powiem na przykład, że
przyszedłem do gubernatora ze skargą. Plan wyglądał tak sensownie, że aż
się uśmiechnął. Poza tym nikomu nie przyjdzie do głowy, że chcę okraść
gubernatora. Skręcił za róg, żeby lepiej rozpoznać teren.
Od strony ulicy pałac był ogrodzony murem z wapienia. Na dziedziniec
prowadziła bogato zdobiona brama. Przed nią, na marmurowym postumencie,
umieszczono kamienny słup wielkości mężczyzny. Wyznaczał punkt, od
którego mierzono odległość do wszystkich najważniejszych miejsc na
południu wyspy.
Strażnik stał przed kamieniem, opierając się o niego plecami. Co kilka
chwili ruszał wolnym krokiem w głąb pustej ulicy, zawracał i znów
odpoczywał.
Juliusz obserwował go uważnie. Dwadzieścia pięć kroków w jedną stronę,
krótka przerwa, dwadzieścia pięć w drugą. Policzył drugi i trzeci raz,
chcąc się upewnić. Zawsze tak samo. Ocenił odległość. Powinien zdążyć.
Gdy tylko strażnik odwrócił się plecami, Juliusz wychylił się zza rogu i wykorzystując słup jako osłonę, podbiegł cicho do bramy i zniknął w jej
cieniu, zanim żołnierz zdążył zawrócić.
Po chwili był już na dziedzińcu. Po przeciwnej stronie, pod portykiem,
znajdowało się główne wejście do rezydencji. Drzwi były otwarte. Juliusz
wszedł śmiało do środka. Znalazł się w innym świecie.
Chyba żadna inna cywilizacja nie wymyśliła lepszych domów dla bogaczy od
rzymskich willi i miejskich rezydencji. Posiadłość gubernatora była tego
najlepszym przykładem. Wysokie atrium z sadzawką wprowadzało atmosferę
majestatycznego spokoju. Hypocaustum, skomplikowany system ogrzewania
podłogowego, zapewniało w zimie ciepło. Kamień i marmur dawały latem
ochłodę.
Podłogi, tak jak w wielu innych bogatych domach w Londinium, pokrywały
mozaiki. Jedna przedstawiała Bachusa, boga wina, inna lwa, hol zdobiły
delfiny, a wszędzie wiły się misterne wzory geometryczne.
Rozejrzawszy się z podziwem po reprezentacyjnych komnatach, Juliusz
skierował się szybko do mniejszych pomieszczeń, bardziej kameralnych,
ale równie pięknych. Ściany były tu pokryte płycinami w kolorach ochry,
czerwieni i różnych odcieni zieleni, a te najniżej do złudzenia
przypominały marmur.
Juliusz wiedział, czego szukać. Jakiegoś drobiazgu. Widok kosztownej
biżuterii u żony marynarza wzbudziłby podejrzenia. Nie, to musi być coś
prostego, skromnego. I na tyle małego, żeby właściciele uznali przedmiot
za zgubiony.
Dość szybko znalazł odpowiednią rzecz. W jednej z sypialni zauważył na
stoliku lustro z polerowanego brązu, srebrne szczotki do włosów i trzy
broszki wysadzane szlachetnymi kamieniami. Był tam też piękny naszyjnik
z oprawionych w złoto nieszlifowanych szmaragdów. Wiedział, że szmaragdy
pochodzą z Egiptu. Ogarnęła go pokusa, żeby ukraść naszyjnik. Nie dałby
rady sprzedać kamieni - zanadto rzucały się w oczy - ale mógłby
przetopić złoto. Jednak po chwili zrezygnował. Szkoda mu było niszczyć
taką piękną biżuterię.
Tuż obok leżało coś w sam raz dla niego: prosta złota bransoletka bez
żadnych znaków szczególnych. Takich bransoletek były w Londinium setki.
Prezent w sam raz dla Martiny. Schował ją i szybko wyszedł.
W całym domu panowała cisza, na dziedzińcu nie było żywego ducha.
Juliusz ruszył ku bramie, trzymając się jak najbliżej muru. Teraz
pozostało mu jedynie minąć strażnika, który cały czas patrolował ulicę.
Oby tylko nie przyszło mu do głowy zajrzeć na dziedziniec, modlił się w duchu. Stanął po wewnętrznej stronie bramy. Widział stąd plecy strażnika
opartego o kamienny słup. Na ulicy nadal nie było nikogo. Zaczekał, aż
strażnik odejdzie w lewą stronę, w kierunku strumienia. Wybiegł z bramy,
skręcając w prawo.
I zastosował sprytną sztuczkę. Po przebiegnięciu kilku metrów zatrzymał
się, odwrócił i tak szybko, jak tylko mógł, zaczął iść tyłem ze wzrokiem
utkwionym w oddalającego się strażnika. Pięć, dziesięć, piętnaście
szybkich kroków. I wtedy strażnik z nieznanych powodów odwrócił się
wcześniej. Juliusz, zamiast uciekać, ruszył ku niemu, jakby dopiero
teraz chciał podejść do bramy. Żołnierz spojrzał na niego ze
zdziwieniem, nie rozumiejąc, skąd przybysz wyrósł nagle na ulicy, ale
nie poświęcał temu większej uwagi. Mężczyźni minęli się obojętnie,
pozdrawiając się skinieniem głowy. Po kilku minutach Juliusz był już w drodze na most.
Ciekawe, czy dziewczyna przyjdzie.
Sekstus szedł szeroką ulicą prowadzącą od forum do mostu. Miał
ściągnięte brwi, a fakt, że nie udało mu się znaleźć Juliusza w amfiteatrze, nie poprawił mu nastroju.
Czyżby jego młody przyjaciel go unikał? Nie przyszłoby mu to do głowy,
gdyby nie uwaga, którą przypadkowo usłyszał poprzedniego dnia. Kiedy
żołnierze wdarli się do jego domu, a potem wbiegli na podwórko,
zorientował się, że musieli zauważyć Juliusza. Na szczęście
przyjacielowi udało się uciec. A żołnierze nie zdążyli mu się dokładnie
przyjrzeć. Jednak po kilku minutach podsłuchał rozmowę dwóch
legionistów, którzy w sąsiedniej izbie przeszukiwali jego łóżko i pościel.
- Nic tu nie ma - burknął jeden z nich. - Ktoś nas nabrał. Wysłał list,
bo może chciał się na tym typku zemścić.
- A ten młodszy? To on nam uciekł?
- Może tak, a może nie. Ale jest młody. Z szacownej rodziny. Jeśli ktoś
naprawdę fałszuje monety, to raczej ten cieśla.
Młody. Z szacownej rodziny. Z całą pewnością chodziło im o Juliusza. Ten
głupiec musiał się czymś zdradzić. Sekstus zaklął.
"Jeśli się do niego dobiorą - jęknął w duchu - to zacznie sypać. Będę
skończony".
Poprzedniego wieczoru nie odważył się pójść do domu Juliusza z obawy, że
jest śledzony. Miał jednak nadzieję, że spotka go dziś w amfiteatrze.
Ale przyjaciel nie pokazał się i to go poważnie zaniepokoiło. Czyżby
wpadł w łapy żołnierzy? Wszystko im wyśpiewał? Rankiem zakradł się pod
dom Juliusza, ale w środku nie było nikogo. Co to ma znaczyć? Licząc, że
Juliusz poszedł do warsztatu, wrócił do siebie, a potem zajrzał na
rynek. Teraz pozostawało mu jedynie powęszyć na nabrzeżu.
Nagle go zobaczył, zaledwie w odległości stu metrów. Młodzieniec
najwyraźniej zmierzał na most. Sekstus ruszył za nim szybkim krokiem.
Juliusz był tak zatopiony we własnych myślach, że zauważył przyjaciela
dopiero, gdy ten znalazł się tuż za nim. Odwrócił się i twarz mu
stężała.
Wzbudziło to czujność Sekstusa.
- Wszystko w porządku? - spytał.
Juliusz zawahał się, a potem z ociąganiem opowiedział mu o wszystkim.
Sekstus nie uwierzył w ani jedno słowo. Zawsze powtarzał z dumą, że
jeszcze nikomu nie udało się wystrychnąć go na dudka. Ta historia
brzmiała zupełnie nieprawdopodobnie. A do tego miał inne mocne poszlaki.
Juliusz go unikał. Pieniądze zniknęły. Nasuwały się jedynie dwa
wyjaśnienia. Albo Juliusz ukradł monety, albo go zdradził, a wtedy torba
będzie stanowiła dowód w sądzie. Juliusz uniknie kary, zeznając
przeciwko niemu.
Słuchając nieporadnych wyjaśnień, Sekstus zachowywał kamienną twarz. Nie
odezwał się ani słowem. Na koniec oznajmił jedynie, że Juliusz jest
podłym kłamcą.
Postanowił, że nie będzie się z nim cackał.
- Wyśpiewałeś im wszystko? - spytał bez ogródek.
- Ależ skąd!
Sekstus się zastanawiał. Prędzej czy później i tak się wszystkiego
dowie. Wyciągnął nóż zza pasa.
- Do zachodu słońca pieniądze mają się znaleźć - powiedział ze spokojem.
- Albo cię zabiję.
Odwrócił się na pięcie i odszedł.
Tuż przed południem na arenę wprowadzono gladiatora i niedźwiedzia.
Gladiator sprawnie posługiwał się siecią. Stawiano dwa do jednego, że
pokona bestię. Jednak po południu miał stoczyć walkę z drugim
gladiatorem, wielokrotnym zwycięzcą, i w tym starciu stawiano pięć do
jednego, że polegnie. Ktoś, kto obstawił w zakładach jego dwie wygrane,
mógł zgarnąć dwudziestokrotność stawki. Najpierw oprowadzono po arenie
niedźwiedzia. Widzowie byli w wesołych nastrojach. Napięcie i podniecenie rosły, gdy pojawiała się krew.
Martina podniosła się szybko ze swojego miejsca. Po drugiej stronie
areny, w loży gubernatora i w sąsiednich rzędach, widziała mężczyzn w togach i kobiety w długich jedwabnych sukniach, z włosami upiętymi w misterne fryzury. Idąc ku schodom, czuła dreszcz podniecenia.
Może i zajmują najlepsze trybuny, pomyślała, ale żadna nie dostanie dziś
tego co ja.
Po kilku chwilach wyszła z mrocznego tunelu na zalaną słońcem ulicę.
Ruszyła w kierunku forum. Nie zauważyła kapitana, który wyłonił się z zacienionej bramy i podążył za nią.
Juliusz czekał. Zatrzymał się przy jednym z dwóch drewnianych słupów
wyznaczających północny koniec mostu. Dochodziło południe.
Rozmowa z Sekstusem zaniepokoiła go. Wiedział, że przyjaciel nie rzuca
słów na wiatr, ale jak on ma odzyskać torbę? Może matka zlituje się, gdy
powie jej o groźbach Sekstusa? Mało prawdopodobne. Na razie jednak
postanowił się tym nie martwić. Miał ważniejsze sprawy na głowie.
Z amfiteatru rozległy się okrzyki. Dźwięczała w nich nuta pogardy, co
oznaczało, że zwierzę miało przewagę nad człowiekiem.
Juliusz spojrzał w kierunku ulicy. Dziewczyna niedługo powinna się
pojawić. Na razie ulica była pusta, nabrzeże też. Czuł bicie własnego
serca.
- Jeśli ona przyjdzie... - mruknął, ale nie dokończył.
Był pewien, że jeśli się dziś spotkają, to ją zdobędzie. Zadrżał z podniecenia. A mimo to gdzieś w środku denerwował się, i co dziwniejsze,
miał cichą nadzieję, że Martina jednak się nie pojawi.
Mijały minuty. Dziewczyna nie przychodziła. Zaczynał godzić się z myślą,
że dziś się nie spotkają. Może to i lepiej. Nagle dostrzegł ruch na
nabrzeżu.
Nic specjalnego, kilku żołnierzy i wóz zaprzężony w osła. Patrzył na
nich obojętnie. Byli coraz bliżej. Przemknęło mu przez myśl, że wóz musi
być ciężki, bo osioł potknął się i nie chciał dalej iść. Ale przecież
osły to uparte zwierzęta. Zerknął ku wylotowi ulicy. Martina nadal nie
nadchodziła.
Żołnierze byli dwieście metrów od niego. Jeden prowadził osła, dwóch
szło z tyłu. Juliusz stał za drewnianym filarem, więc nie dostrzegli go.
Ale on widział ich ukryte pod hełmami twarze. Jedna z nich wydała mu się
znajoma.
Po chwili skojarzył. Żołnierzem zamykającym pochód był nie kto inny jak
jego znajomy z poprzedniego dnia. Centurion. Spojrzał na niego z ciekawością. Z jakiego powodu centurion eskortuje zwykłą furmankę z osłem, i to w dodatku podczas igrzysk?
Wóz przykryto kawałkiem płótna. Lecz jeden róg obluzował się i Juliusz
zobaczył wystającą szyjkę amfory. Żołnierze przewozili zapasy z państwowego magazynu do fortu. Pewnie wieczorem w koszarach odbędzie się
uczta. Wózek skręcił w uliczkę pnącą się na wzgórze.
Wrócił myślami do Martiny. Ogarnęło go pożądanie. Gdzie ta dziewczyna
się podziewa?
Nagle coś się wydarzyło. Na pierwszy rzut oka nic znaczącego. Gdy wóz
skręcił w wąski zaułek, jedno z kół podskoczyło na wyboju i na ziemię
wypadł maleńki przedmiot. Przez chwilę leżał na piasku. Jeden z żołnierzy podniósł go pospiesznie i wsunął pod plandekę. Jednak Juliusz
zdążył zauważyć, że przedmiot zabłysł w promieniach słońca matowym
blaskiem. A centurion rozejrzał się szybko, czy nikt ich nie widzi.
Juliusz był pewien, że na jego twarzy malują się dwa łatwo rozpoznawalne
uczucia: strach i świadomość przewiny. Bo z wózka wypadła przed chwilą
złota moneta.
Złoto. Na wózku musiały być jego całe worki. Nic dziwnego, że osioł się
potykał. Ale dlaczego żołnierze wiozą ukradkiem złoto opustoszałymi
uliczkami miasta? Nasuwająca się odpowiedź była tak nieprawdopodobna, że
Juliuszowi trudno było ją przyjąć. Ale żadne inne wyjaśnienie nie było
możliwe. Żołnierze ukradli złoto.
Stał nieruchomo, dopóki wózek nie zniknął mu z oczu. Przed sobą miał
pustą ulicę - ani śladu dziewczyny. Nagle oblała go fala chłodu, myśli
kłębiły mu się w głowie. Po chwili ruszył w kierunku zaułka.
Śledził ich, zachowując bezpieczną odległość. Przeskakiwał od jednego
rogu do drugiego, podążając za nimi krętą trasą. Najwyraźniej starali
się, żeby nikt ich nie zauważył.
Kilka razy się zawahał. Jeśli żołnierze ukradli złoto, to wiadomo, co
zrobią, gdy zobaczą, że ich śledzi. Ale w głowie zaczął mu się rysować
pewien plan. Na pewno żołnierze zamierzają ukryć worki. Gdyby udało mu
się poznać kryjówkę, mógłby później potajemnie do niej zajrzeć.
Wystarczyłaby jedna sakwa, żeby udobruchać Sekstusa. Już wyobrażał sobie
uszczęśliwioną minę przyjaciela. Uderzyła go jeszcze jedna myśl.
Uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Po co fałszować pieniądze, kiedy ma się prawdziwe? - zachichotał. A będąc posiadaczem takiego bogactwa, mógłby kupić Martinie wszystko.
Trasa, którą wybrali żołnierze, prowadziła wąskimi uliczkami na zboczu
wschodniego wzgórza. Znalazłszy się przy jednej z dwóch głównych arterii
przecinających miasto, mały konwój skręcił w lewo w wąską alejkę.
- Idą na zachód - mruknął do siebie Juliusz. - Ale dokąd?
Dla zachowania większej ostrożności postanowił pójść główną ulicą,
licząc, że uda mu się namierzyć wóz przy kolejnych przecznicach.
Posuwał się równo z konwojem do pochyłości pomiędzy wzgórzami, gdzie wóz
wyjechał na główną ulicę. Juliusz zatrzymał się, nie chcąc, żeby go
zauważono. Żołnierze przeszli na drugą stronę i ruszyli w górę po
przeciwległym zboczu. Nad nimi wyłaniała się potężna sylwetka
amfiteatru. Nagle konwój skręcił w wąską uliczkę po lewej stronie i zniknął. Juliusz rzucił się biegiem, bojąc się, że straci ich z oczu.
Prawie ich doganiał.
I właśnie w tej chwili zobaczył Martinę.
Schodziła ze wzgórza. Poruszała się tym swoim kołyszącym krokiem.
Uśmiechała się sama do siebie. Była w odległości dwustu metrów. Nie
widziała go.
Stanął zaskoczony. A więc jednak postanowiła przyjść na schadzkę. Serce
zabiło mu szybciej. Gdy na nią patrzył, jego wszystkie wątpliwości
znikały. Jest taka piękna, myślał. I pragnie mnie. Może nawet mnie
kocha. Przepłynęła przez niego fala radości i podniecenia. Miał
wrażenie, że dotyka jej skóry, czuje zapach jej ciała. Najchętniej
wybiegłby jej na spotkanie.
Ale jeśli to zrobi, straci cenny czas. Lada chwila wóz zniknie w labiryncie zaułków i podwórek. A on pożegna się ze złotem.
- Dziewczyna może poczekać - mruknął do siebie. - A złoto nie.
Wskoczył do najbliższej bramy.
Ostrożnie mijał jedną przecznicę za drugą, kierując się na zachód.
Dotarł do eleganckiej ulicy z kolumnadą po jednej stronie. Pusto.
Przeszedł na drugą stronę. Zobaczył wóz i osła w wąskiej alejce
biegnącej obok świątyni Diany.
Nikt nie pilnował furmanki. Ani śladu żołnierzy. Czekał, schowany za
rogiem. Nikt nie przychodził. Czyżby żołnierze porzucili cenny ładunek?
To niemożliwe. Rozejrzał się. Przy uliczce ciągnęły się małe podwórka,
warsztaty i składziki. Mogli być w każdym z nich. Zdążyli wyładować
złoto czy był to jedynie krótki przystanek? Wciąż nikt się nie pojawiał.
Jeśli zabrali worki, rozważał w myślach, powinienem pomyszkować w okolicy, może gdzieś ich zobaczę. Dalsze czekanie nie ma sensu.
Ostrożnie podszedł do wózka.
Rozejrzał się. Żywego ducha. Podniósł plandekę i zajrzał pod spód.
Wóz był prawie pusty. Zostały jedynie trzy amfory i kawałki płótna na
worki. Wsunął rękę i natrafił na coś twardego. Szarpnął. Ciężkie.
Uśmiechnął się szeroko. Pomagając sobie drugą ręką, wyciągnął sakiewkę
pełną monet.
Nie była duża. Mieściła się w dłoniach. Ale warta była fortunę. Nie
musiał zaprzątać sobie głowy resztą. Tyle mu wystarczy. Lepiej wziąć
nogi za pas.
Z tyłu rozległ się krzyk. Juliusz odwrócił się i zobaczył nadbiegającego
żołnierza. Puścił worek i zrobił unik, chroniąc się za wózkiem. Rzucił
się do ucieczki. Usłyszał drugi krzyk. A potem trzeci. To wołał
centurion.
- Łapać go!
Prosto w zaułek. Skręt w lewo. W prawo. Po chwili był na głównej ulicy.
Przebiegł na drugą stronę, wypatrując jakiejś wąskiej przecznicy.
Znalazł lukę i pobiegł w głąb ile sił w nogach.
Widział złoto. Był świadkiem kradzieży. Żołnierze o tym wiedzieli.
Musieli go zabić. Myśli błyskawicznie przelatywały mu przez głowę. Gdzie
się przed nimi ukryć? Wciąż słyszał za sobą ich głosy. Wydawało się, że
są po lewej i prawej stronie. Nagle zaświtał mu pewien pomysł. Tak, to
jego jedyna szansa. Przyspieszył, dysząc ciężko. Ścigał go ciężki tupot
kroków.
Martina czekała przy moście. Wokół nie było nikogo. Poniżej rzeka
rozlewała się szeroko, przejrzysta woda migotała w promieniach słońca.
Tuż pod powierzchnią pływały srebrne i brązowe ryby.
Ryby miały towarzyszy. Ona była samotna.
Martina była wściekła jak każda młoda kobieta, która przygotowuje się na
pocałunki, a spotyka ją zniewaga. Czekała już od godziny. Od czasu do
czasu z amfiteatru rozlegały się okrzyki zagrzewające gladiatorów do
walki. Nie lubiła przemocy, a dziś miała głowę zaprzątniętą czymś innym.
Przysłał jej list i obiecał prezent. Wystawiła się na wielkie ryzyko, a spotkało ją upokorzenie, bo stoi jak głupia na moście i czeka nie
wiadomo na co. W końcu wzruszyła ramionami. Może coś mu przeszkodziło.
- Wybaczę mu, jeśli się okaże, że złamał nogę - mruknęła. Nie pozwoli
się tak traktować. Odpłaci mu pięknym za nadobne.
Humor jej się poprawił, gdy zobaczyła znajomą postać, która wyłoniła się
z bocznej uliczki, zmierzając w jej kierunku.
Sekstus od razu zauważył, że Martina jest sama. Nie byłby sobą, gdyby do
niej nie podszedł. A ona, widząc mężczyznę, którego odtrąciła dla
wiarołomnego Juliusza, zareagowała spontanicznie: pocałowała go na
powitanie. Miała nadzieję, że Juliusz to zobaczy, o ile jest w pobliżu.
Dla pewności pocałowała Sekstusa jeszcze raz.
Mężczyzna był nieco zdziwiony takim ciepłym przyjęciem. Jednak w swojej
zarozumiałości uznał, że to skutek jego zalotów. Z doświadczenia
wiedział, że w takich okolicznościach lepiej nie pytać o powody.
Uśmiechnął się miło.
Okazało się, że Martina wraca z mostu. Zapytał, czy widziała się tam z Juliuszem. Zaprzeczyła z cierpką miną.
- Pewnie ogląda igrzyska - podsunęła. - Masz ochotę tam pójść? - Wzięła
go pod rękę.
Sekstus zgodził się chętnie. Powinien wprawdzie zająć się Juliuszem, ale
nie chciał tracić takiej okazji. W drodze do amfiteatru umówili się na
wieczór.
Jeśli nie trafię do więzienia, pomyślał, to dziś jeszcze będę w niebie.
- Lepiej, żeby nikt nas razem nie widział - powiedział wykrętnie, gdy
znaleźli się u celu. - Do zobaczenia wieczorem.
Oddalił się, żeby zaczekać na Juliusza. Zacisnął dłoń na nożu.
Był ciepły wieczór. Nad pustoszejącym amfiteatrem unosiła się chmura
kurzu wymieszanego z wonią potu. Tłum był usatysfakcjonowany. Ludzie
mogli najeść się i napić do syta, widzieli lwy, byki, żyrafę i inne
dzikie zwierzęta; widzieli, jak niedźwiedź rozszarpuje człowieka, dwóch
gladiatorów poniosło śmierć na ich oczach. Wprawdzie Londinium leżało
daleko od Rzymu, ale w takich chwilach, kiedy zasiadali pod kamiennymi
łukami amfiteatru, patrząc na afrykańskie bestie i na walki gladiatorów,
mieli wrażenie, że słoneczna Italia rozciąga się tuż za południowym
horyzontem.
Juliusz wmieszał się w tłum. Tłum ocalił mu życie. Kiedy udało mu się
wyprzedzić swoich prześladowców o sto metrów, przez mały brukowany
placyk rzucił się do bramy prowadzącej do amfiteatru. Wbiegł po schodach
na najwyższy taras. Akurat toczyła się walka gladiatorów. Ludzie wstali,
czekając na śmiertelny cios. Juliusz zajął wolne miejsce. Nikt nie
zwrócił na niego uwagi.
Spędził w amfiteatrze całe popołudnie. Wielokrotnie przeczesywał
wzrokiem widownię, jakby spodziewał się pogoni. Bał się wyjść, bo może
czekali na niego przy bramie. Ale teraz, idąc w tłumie, nie zauważył
żadnego z prześladowców. Może nie zdążyli mu się dobrze przyjrzeć?
Udało mi się, pomyślał, uśmiechając się szeroko.
Ale co teraz? W domu zacznie się niedługo uczta dla sąsiadów. Rodzice
pewnie zastanawiają się, gdzie się podziewa od rana. Po tym wszystkim,
co go spotkało w ciągu ostatnich kilku godzin, najchętniej wróciłby do
domu.
Nadal jednak pozostawała kwestia torby z fałszywymi pieniędzmi. Matka
wiedziała o niej. Prędzej czy później będzie musiał z nią o tym
porozmawiać. Z ojcem też. Niezbyt przyjemna perspektywa.
- Ale przynajmniej będzie musiała mi powiedzieć, co zrobiła z torbą -
mruknął pod nosem. - Żeby Sekstus się ode mnie odczepił.
Juliusz westchnął. Sekstus dał mu czas do zachodu słońca. A słońce
schodziło coraz niżej. Do rana będę musiał grać na zwłokę, pomyślał. Na
szczęście umiał szybko myśleć i działać. Najpierw jednak Sekstus musi
mnie znaleźć, dorzucił w duchu, wyszczerzając zęby w uśmiechu.
Szedł w tłumie wylewającym się z amfiteatru i szeroką aleją kierującym
się w stronę wschodniego wzgórza. Znów pomyślał o Martinie. Czy ona
gdzieś tu jest? Da się przeprosić? Może. Na razie nie tracił nadziei.
I przez cały czas nie mógł zapomnieć o workach ze złotem. Och, gdyby
choć jedna sakiewka wpadła mu w ręce! Ten skarb jest gdzieś niedaleko,
pewnie spoczywa w jakiejś piwnicy, być może o kilka metrów od miejsca,
gdzie ostatnio widział wóz. To możliwe, że legioniści nadal go pilnują?
Raczej nie. Jeśli ukradli monety, to przynajmniej przez jakiś czas będą
się trzymali od tego miejsca z daleka.
Nagle zaświtała mu nowa myśl. Złodzieje z pewnością nie zamierzają
pozostawić tam łupu na zawsze. Za parę dni wrócą po niego i przeniosą do
kilku innych kryjówek. Lepiej nie trzymać takiego skarbu w jednym
miejscu. Złoto nie pozostanie tam długo. Jeśli chcę je odnaleźć,
pomyślał, to muszę się pospieszyć. Roześmiał się cicho. Chyba jednak nie
wróci od razu do domu.
Skręcił w boczną uliczkę i wrócił do miejsca, w którym widział ostatnio
wóz. W pobliżu kręciło się kilku przechodniów, ale żołnierzy nie
zauważył. Rozejrzał się jeszcze raz. Wypatrzył kilka zakamarków
nadających się na kryjówkę. Będzie musiał się włamać. Wkrótce zapadnie
zmierzch. Potrzebna będzie lampa oliwna. Czas przystąpić do działania.
Nie zorientował się, że ktoś go śledzi.
Dopiero po zapadnięciu zmroku matka Juliusza zaczęła się niepokoić.
Kolacja smakowała sąsiadom. Grubaska pochłonęła właśnie trzeciego
kurczaka. Jej mąż Rufus, z zaczerwienioną twarzą, opowiadał gościom
jakąś zabawną historię. Ale gdzie jest Juliusz?
- Na pewno ugania się za jakąś panną - uspokajał ją Rufus, gdy sąsiedzi
zasiedli do uczty. - Nie masz się o co martwić.
Tylko że Rufus nie wiedział o monetach. I co Sekstus miał z tym
wspólnego? Nigdy nie lubiła tego typa.
Gwiazdy świeciły jasno, a Martina wciąż czekała. Nie umiała rozeznać się
w swoich uczuciach. Minęła jej złość na Juliusza. Może spotkało go coś
złego? Może zbyt pochopnie rzucała na niego oskarżenia?
Lada chwila miał się pojawić Sekstus.
Czuła podniecenie. W końcu był mężczyzną. W taką ciepłą noc myśl o mężczyźnie przyprawiała ją o dreszcz. Ale czy naprawdę go pragnęła?
Przypomniała sobie jego głęboko osadzone oczy i krzaczaste bokobrody.
Chyba jednak nie.
- Chcę tego młodego boksera - wyznała półgłosem.
Ale to Sekstus miał do niej przyjść. A gdy już się pojawi, łatwo się go
nie pozbędzie. Westchnęła. Zupełnie pogubiła się w swoich uczuciach.
Nawet nad rzeką było ciepło. Mała łódka sunęła cicho w świetle gwiazd,
niesiona nurtem zmierzającym na wschód, ku morzu. Minęła niezauważenie
zakręt poniżej Londinium.
Na dnie łodzi leżało nieruchome ciało z twarzą zwróconą ku nocnemu
niebu. Śmiercionośny nóż tak umiejętnie zadał ranę, że mężczyzna prawie
nie krwawił. Zwłoki obciążono balastem, żeby mogły natychmiast zatonąć.
Jednak pozbycie się trupa tylko pozornie było łatwe. Rzeka miała swoje
tajemne wiry i prądy, zachowywała się kapryśnie. Ciało wyrzucone w jednym miejscu mogło wypłynąć zupełnie gdzie indziej.
Ale kto mógł znać sekrety rzeki lepiej niż marynarz?
Zobaczywszy żonę z Sekstusem, kapitan zdziwił się w pierwszej chwili.
Znał Sekstusa z widzenia, wiedział, jak się nazywa. A list, jak
pamiętał, podpisany był literą J. Uznał jednak, że się pomylił. Nie J,
ale niezdarnie nabazgrane S.
Zabił Sekstusa, gdy ten ciemnymi uliczkami podążał za Juliuszem.
Teraz musiał tylko zdecydować, co zrobić z Martiną. W pierwszym odruchu
chciał ją ukarać, żeby popamiętała raz na zawsze. W kraju jego matki
takie kobiety kamienowano. Ale był mądrzejszy. Trudno mu będzie znaleźć
równie dobrą żonę. Zemścił się na jej kochanku. Na razie będzie ją
dobrze traktował. Czas pokaże, co należy zrobić dalej.
Jesienią 251 roku wyszła na jaw kradzież znacznej ilości złotych i srebrnych monet.
Śledztwo prowadził centurion pod nadzorem jednego z najwyższych
urzędników gubernatora. Jednak sprawców nie udało się wykryć.
Niedługo potem na rozkaz gubernatora centurion został nagle przeniesiony
z kilkoma oddziałami do Caerleon w Walii, gdzie miał wspomagać odbudowę
wielkiej fortecy. Daty jego powrotu nie wyznaczono.
Los sprzyjał Juliuszowi. Matka nigdy nie wspomniała o torbie, a tajemnicze zniknięcie Sekstusa rozwiązało problem.
Współpraca z kapitanem rozwijała się pomyślnie. Co więcej, kapitan,
uznawszy, że pozbył się kochanka żony, ani przez chwilę nie podejrzewał,
że Juliusz i Martina mają romans. Kiedy rok później jego statek zatonął
podczas rejsu, Juliusz przejął jego interes i ożenił się z wdową.
Po przyjściu na świat ich drugiego syna Juliusz został pełnoprawnym
członkiem świątyni Mitry, co niezwykle ucieszyło jego ojca.
W tym samym czasie w Rzymie pojawiło się kilku silnych władców, więc
życie w Londinium, jak i w całym cesarstwie, płynęło spokojnie.
Ale jedna myśl nie dawała Juliuszowi spokoju. Wielokrotnie wracał w tamten rejon, nieustannie prowadził poszukiwania. Był pewien, że
centurion nie mógł zabrać ze sobą ciężkiego skarbu. A zatem gdzieś
niedaleko miejsca, w którym po raz ostatni widział wóz z osłem,
znajdowała się kryjówka z workami monet, których wartość trudno było
nawet oszacować. Mijały miesiące i lata, a Juliusz nie rezygnował z poszukiwań. W długie letnie wieczory stawał na nabrzeżu albo wielkim
murze otaczającym Londinium i patrząc na zachodzące słońce, myślał:
gdzie, na bogów, jest to złoto?
Krzyż
Rok 604
Kobieta patrzyła na morze. Jej długie włosy opadały luźno na myśliwską
suknię trzepoczącą na wietrze. Jasne, jesienne słońce wciąż znajdowało
się po wschodniej stronie nieba.
Ostatnie chwile jej wolności. Trzy dni spędziła w tych dzikich ostępach,
które były jej schronieniem, ale teraz musiała wracać. I podjąć
ostateczną decyzję. Jakiej odpowiedzi udzieli mężowi?
Był haligmonath - święty miesiąc, jak w krajach pogańskiej północy
nazywano wrzesień.
Powyżej ujścia Tamizy linia brzegowa tworzyła ogromny, wygięty ku
wschodowi łuk, który wdzierał się na ponad sto kilometrów w chłodne wody
Morza Północnego. Kobieta widziała przed sobą bezkres szarych fal. Za
nią aż po horyzont rozpościerały się płaskie moczary i wrzosowiska, lasy
i łąki. Po prawej stronie bezludne plaże ciągnęły się na południe i osiemdziesiąt kilometrów dalej zaokrąglały się w szeroką gardziel
uchodzącej do morza rzeki.
Kobieta nazywała się Elfgiva, co w języku anglosaskim znaczyło "dar
wróżek". Bogato haftowana szata świadczyła o szlachetnym urodzeniu. W wieku trzydziestu siedmiu lat dochowała się już czterech dorosłych
synów. Miała jasną cerę, ładne rysy i błękitne oczy. W złotych włosach
pojawiły się już siwe pasma, ale nadal była piękną kobietą. Mogłabym
urodzić jeszcze jedno dziecko, pomyślała. Może nawet córkę, której
zawsze pragnęła. Ale co jej po córce, skoro stanęła przed strasznym
wyborem?
Dwaj słudzy czekający przy koniach nie widzieli udręki malującej się na
jej twarzy, ale domyślali się, co czuje. I żałowali jej. Cała wioska
wiedziała, że po dwudziestu pięciu latach szczęśliwego małżeństwa pan i pani nagle się poróżnili.
- Ona jest dzielna - szepnął jeden stajenny. - Ale czy da sobie radę?
- Nie sprzeciwi się panu - odparł drugi. - Pan zawsze stawia na swoim.
- To prawda. Ale jest dumna - stwierdził pierwszy z podziwem.
Wśród Anglosasów kobiecie niełatwo było zachować dumę.
W ciągu ostatnich dwóch stuleci na wyspie zwanej Brytanią zaszły
głębokie zmiany. Po pierwsze, gdy cesarstwo rzymskie ostatecznie upadło,
Brytania przestała być jego prowincją. Po drugie, jak całe dawne
cesarstwo, została najechana.
Barbarzyńskie plemiona zawsze atakowały granice Rzymu, jednak potężne
państwo albo skutecznie odpierało najazdy, albo wchłaniało wrogów,
czyniąc z nich najemników i osiedleńców. Jednak od 260 roku, kiedy
rozrastające się cesarstwo podzieliło się na regiony, napływu nikt nie
był w stanie już kontrolować. A około 400 roku rozpoczęła się wielka
wędrówka ludów - liczne plemiona wschodniej Europy wędrowały na zachód,
uciekając przed strasznymi Hunami z Azji. Proces przebiegał stopniowo.
Jednak powoli Goci, Lombardowie, Burgundowie, Frankowie, Sasi,
Bawarowie, Słowianie i inni osiedlali się na obrzeżach ziemi innych
narodów, ustanawiali swoje plemienne terytoria, naruszając stary
porządek i cywilizację Europy.
Tuż po roku 400 przyciśnięty do muru cesarz rzymski wycofał z Brytanii
wszystkie garnizony, wysyłając miejscowym władzom suchą wiadomość:
"Brońcie się sami".
Początkowo wyspiarze dawali sobie radę. Skutecznie bronili się w obwarowanych portach i miastach przed atakami germańskich piratów. Po
kilkudziesięciu latach brali nawet do służby germańskich najemników. Gdy
jednak handel z kontynentem zaczął podupadać, sprawy przybrały gorszy
obrót. Coraz liczniejsi miejscowi przywódcy i watażkowie rywalizowali ze
sobą. A germańscy najemnicy słali do swoich ziomków za morzem
wiadomości, że wyspa jest słaba i podzielona.
Germanie wywodzili się z plemion zamieszkujących nadmorskie rejony
dzisiejszych Niemiec i Danii. Byli to głównie Anglowie, Sasi oraz
spokrewnieni z nimi Jutowie. Większość miała jasne włosy i niebieskie
oczy.
Napływali ciągłym strumieniem, opanowując Anglię ze wschodu na zachód.
Czasem napotykali silny opór. Około roku 500 pewien wódz o rzymsko-brytyjskich korzeniach zmobilizował przeciwko nim
południowo-wschodnią część kraju, a jego postać, odkryta przez
kronikarzy dużo później, dała początek legendzie o królu Arturze.
Jednak mimo tych mężnych prób ocalenia dawnego świata wystarczyło sto
pięćdziesiąt lat, by nowi przybysze stali się panami wyspy. Nie udało im
się jedynie skolonizować leżących na zachodnich rubieżach Walii ani
Szkocji. Powoli zanikały dawne łacińskie i celtyckie nazwy miast i rzek.
Powstało kilka znaczących królestw. Anglowie władali na północy
Nortumbrią i Mercją; Sasi mieli na zachodzie Wessex, w centrum Sussex, a na południu Kent. Ogromny nizinny obszar powyżej ujścia Tamizy
podzielony został na dwie części: północną, zwaną Anglią Wschodnią,
zajęli Anglowie, w południowej powstało saskie królestwo Essex.
Elfgiva wracała do męża z Anglii Wschodniej.
To był kraj jej dzieciństwa. Co roku odwiedzała grób ojca. Tym razem
miała nadzieję, że wyprawa da jej siłę. I tak się stało. Jakże się czuła
szczęśliwa, wędrując po nadmorskich plażach i równinach poprzecinanych
jedynie liniami niskich piaszczystych wydm schodzących nad samą wodę.
Kochała słony wiatr od morza, ostry i orzeźwiający. Mówiono, że ten
wiatr zapewnia mieszkańcom Anglii Wschodniej długowieczność.
Kawałek drogi w głąb lądu leżało cmentarzysko - skupisko kurhanów
wysokich na może metr, rozrzuconych pomiędzy kępami janowca i drzewami
nisko przykucniętymi od silnych wiatrów. Spędziła tam wiele godzin. W największym kurhanie spoczywał jej ojciec.
Jakże go kochała i podziwiała! Wyprawiał się daleko na północ i pewnego
razu przywiózł sobie żonę ze Szwecji. Był tak znakomitym żeglarzem, że
po śmierci pochowano go wraz z łodzią i wszystkimi insygniami. Nadal
słyszała jego niski głos. Czy leżąc w grobie, wciąż marzył o wzburzonych
morzach? Czy bogowie północy otaczali go opieką? Nie miała co do tego
wątpliwości. Czyż nie byli jednej krwi? Czy jej lud nie nazwał dni
tygodnia imionami bogów? Tuesday, czyli wtorek, wywodził się od Tiwa,
boga wojny; Woden albo Wotan, jak Germanie nazywali najpotężniejszego z bogów, dał nazwę środzie - Wednesday; czwartek stał się Thursday, od
Thora rzucającego gromy; a Friday, piątek, zawdzięczał swoją nazwę
bogini miłości Frigg.
"Mój pradziad był najmłodszym bratem z królewskiego rodu - przypominał
jej często ojciec. - Więc pochodzimy od samego Wodena". Prawie wszystkie
królewskie rody szczyciły się tymi korzeniami. I rzeczywiście czasem
wydawało się, że ojciec czerpie swoje nieprzebrane siły z nieba i z morza.
Całe to dziedzictwo przekazał jej synom, gdy byli jeszcze w kołysce.
Sama uczyła ich, że są dziećmi morza, wiatru i samych bogów. Co
odpowiedziałby ojciec na haniebne żądanie jej męża? Stojąc przy
kurhanie, wiedziała, jaką usłyszałaby odpowiedź. Dlatego właśnie ta
podróż, choć dodała jej sił, nie przyniosła ukojenia.
Mężczyzna i jego młoda, ładna żona stali w kręgu, otoczeni przez
mieszkańców wioski. Byli przerażeni.
Tak jak wszyscy mieli na sobie proste koszule i wysokie skórzane buty
obwiązane rzemieniem. Ale dwie kobiety już ściągały buty z dziewczyny.
Za chwilę zedrą z niej koszulę.
Zbrodnię popełniono poprzedniego dnia. I od razu odbył się proces. Wyrok
też wykonano by natychmiast, lecz starszyzna kazała go odłożyć, bo nie
mieli węża. Ale teraz gada już złapano.
Drwal ostrożnie trzymał żmiję tuż za głową. Za chwilę zbliży ją do
płonących węgli drzewnych, żeby ją rozdrażnić.
Obok pary skazańców leżał worek obciążony kamieniami. Dziewczyna będzie
musiała do niego wejść, gdy zedrą z niej odzienie. Ktoś wrzuci do środka
żmiję, ktoś zawiąże worek sznurem. I wszyscy będą patrzeć, jak targają
nim konwulsje kąsanej kobiety. A potem na znak starszyzny wrzucą worek
do rzeki, żeby zatonął.
Taką właśnie karę wymierzano kobietom za czary.
Ich wina była niepodważalna. Przyłapano ich na gorącym uczynku. Nikt się
za nimi nie wstawił. Mężczyzna wprawdzie zapewniał, że jego żona nie
miała z tym nic wspólnego, ale kto by na to zważał? Dopuścił się zbrodni
zaraz po wyjściu z chaty, a ona była wtedy w środku. W oczach wsi to
czyniło ją winną.
"Na pewno kazała mu to zrobić", mówili niektórzy. "Nie próbowała go
powstrzymać", wyrokowali inni. Wychodziło na jedno. Doom - pradawne
prawo Anglosasów było surowe i niezmienne.
- Do worka z nią! Do worka z nią! - wrzeszczał tłum.
Offa, młody mężczyzna, budził więcej współczucia, ale jego los i tak był
przesądzony. To prawda, pokazał hart ducha. Sprawa była oczywista. Młoda
żona Offy spodobała się jednemu z członków starszyzny, człowiekowi
chytremu i podstępnemu. Chciał ją uwieść, a raz nawet próbował ją
zgwałcić. Nie udało mu się, bo dziewczyna zaczęła krzyczeć. To wszystko.
Nikomu nie stała się krzywda. Ale Offa kochał żonę i nie mógł znieść
myśli, że stała się ofiarą takiej napaści. Niektórzy uważali, że
postradał rozum.
Gdyby tylko pobił rywala, sprawa rozeszłaby się po kościach. Podobne
spory pomiędzy zwaśnionymi stronami rozstrzygano, wyznaczając stosowne
opłaty. Za obcięcie komuś palca - tyle i tyle; obcięcie ręki kosztowało
więcej. Ale młodzieniec posunął się znacznie dalej. Nikt nie miał
wątpliwości, że żona musiała go podjudzać. Bo poprzedniego dnia wyszedł
z chaty i wbił igłę w ciało członka starszyzny. A to uznawano za czary.
Wbijanie igieł w kukły wrogów było powszechnym rytuałem magicznym.
Niektórzy jednak wbijali igły wprost we wroga, a potem wznosili modły,
by rana gniła i ropiała, i przyniosła śmierć. Offę oskarżono właśnie o tę potworną zbrodnię. Należał do wiejskiej biedoty, więc na uniknięcie
kary nie miał szans.
Był niecierpliwym dwudziestoletnim młodzieńcem, szczupłym i umięśnionym,
ale niższym niż większość krzepkich saskich wieśniaków. Tak jak oni miał
niebieskie oczy, lecz odróżniał się od nich ciemnymi włosami. Wrodzona
lotność myśli i popędliwość świadczyły, że w jego żyłach płynie celtycka
krew. Miał dwa znaki szczególne: pasmo białych włosów nad czołem i dziwną błonę pomiędzy palcami obu dłoni. Na imię dano mu Offa, ale w wiosce wołano na niego Kaczor.
Minęło półtora wieku od czasów, gdy jego przodkowie, drobni kupcy,
opuścili dawne rzymskie miasto Londinium. Po wycofaniu się rzymskich
legionów służyli w straży miejskiej i bezsilnie patrzyli na upadek
metropolii. A w 457 roku byli świadkami przybycia tysięcy uciekinierów z Kentu, szukających schronienia przed wielkimi siłami saskich rabusiów.
Obroniły ich wtedy potężne mury wzmocnione dodatkowymi bastionami i solidny mur wzniesiony na nabrzeżu, ale były to ostatnie dni chwały
miasta, początek końca, który rychło nastąpił. Sascy rolnicy zajmowali
ziemię, miasta ich nie interesowały. Stara metropolia pustoszała i podupadała coraz bardziej. W miarę upływu lat rodzina Offy ubożała coraz
bardziej, aż w końcu któreś pokolenie wyniosło się z Londinium. Dziadek
Offy zarabiał na życie jako smolarz w lasach Essexu, a ojciec, człowiek
wesoły i skory do śpiewu, został zaadoptowany przez saską wioskę.
Pozwolono mu nawet ożenić się z miejscową kobietą. W ten sposób
wieśniacy stali się rodziną Offy - innej nie miał.
Nie była to nawet wieś, raczej niewielka osada na polanie położonej nad
jednym z licznych strumieni płynących kręto przez lasy i moczary ku
Tamizie. Stało tu kilka krytych strzechą chat i długa drewniana stodoła.
Były też dwa poletka - jedno czekało na żniwa, drugie leżało odłogiem -
oraz łąka i pastwisko, na którym skubały trawę cztery krowy i koń z długą sierścią. Na brzegu czekała pomalowana na czarno łódka. Wokół
rosły dęby, jesiony i brzozy. Świnie ryły miękkie leśne podłoże,
szukając orzechów i żołędzi.
Półtora kilometra dalej biegła kiedyś droga łącząca Londinium ze
wschodnim wybrzeżem, ale już dawno zarosła. Wioska nie była jednak
całkowicie odcięta od świata, bo krętym leśnym traktem przybywali tu
czasem wędrowcy, a przez strumień przerzucono drewniany mostek.
Offa należał do najbiedniejszych mieszkańców osady. W przeciwieństwie do
większości chłopów nie miał nawet całego pola pod uprawę, czyli działki,
którą mogła zaorać para wołów.
"Mam zaledwie jedną czwartą", uprzedził swoją ukochaną, gdy jeszcze
chodził do niej w zaloty. Żeby utrzymać się przy życiu, pracował dla
innych. Lecz był wolnym człowiekiem. Chłopem w saskiej wiosce. Ale
teraz, gdy tylko utopią jego żonę, spotka go straszna kara, gorsza niż
śmierć.
"Niech idzie tam, gdzie wilki", ogłosił naczelnik wioski. I żyje tak jak
one - samotny i opuszczony. Wyrzutek. Taką właśnie straszliwą karę
wymierzano wolnym ludziom. Wyrzutek nie miał żadnych praw. Każdy mógł go
zabić. Nikt by go nie przyjął pod swój dach. Nikogo nie obchodził jego
los. Tak mówiło doom, anglosaskie prawo.
Ricola, jego żona, była już naga. Spojrzała na niego. Jej zazwyczaj
pogodna, okrągła twarz była bardzo blada. Wiedział, że go kocha, ale w jej spojrzeniu wyczytał co innego: To przez ciebie. Ja umrę, a ty nie.
Mężczyźni patrzyli na nią pożądliwie - i nic dziwnego. Miała młode
ponętne ciało. Różowa skóra, resztki dziecięcej pulchności, miękkie,
młode piersi. Dwóch mężczyzn trzymało otwarty worek. Saska
sprawiedliwość była surowa.
- Wodenie, ocal nas - szepnął Offa, rozglądając się wokół z rozpaczą.
Przecież to niemożliwe, żeby ich życie w ten sposób dobiegło końca.
Elfgiva i jej ludzie jechali powoli. Mieli przed sobą zaledwie jeden
dzień drogi, a ona wciąż nie podjęła decyzji. I nie chodziło tylko o wyparcie się wiary, tak drogiej jej sercu. Miała szczególny dar
przewidywania, a złe przeczucia nawiedzały ją coraz częściej. Co to może
znaczyć? Czyżby bogowie chcieli jej coś powiedzieć?
Niebo pokrywały posępne chmury. Zasłaniały słońce. Wędrowcy znajdowali
się na dzikim pustkowiu - niskie drzewa, wypalona trawa, brunatne
paprocie. Elfgiva zamyśliła się głęboko. Przypomniały jej się słowa ojca
sprzed wielu lat: "Kiedy żeglarz wyrusza w morze, przygotowuje statek,
wyznacza kurs i stawia żagiel. Nic więcej nie może zrobić. Nie wie,
jakie sztormy napotka, jakie ziemie odkryje, nie wie nawet, czy wróci do
domu. To jest właśnie przeznaczenie i musisz je przyjąć. Przed
przeznaczeniem nie da się uciec".
Wyrd - takim słowem Anglosasi nazywali przeznaczenie. Wyrd było
niewidoczne, ale wszyscy mu podlegali. Nawet bogowie. Oni byli aktorami,
a wyrd opowieścią. Wyrd kryło się ponad niebem i ponad górami, nad
którymi przetaczało się echo gromu Thora. Nie było ani złe, ani dobre,
było niepoznawalne. Wyłaniało się zewsząd - z ziemi, z rozkołysanego
morza, z szarej otchłani nieba. Wszyscy Anglowie, Sasi i Normanowie
wiedzieli, czym jest wyrd - decydowało o życiu i śmierci, nadawało ich
pieśniom i poezji fatalistyczny ton.
O wszystkim przesądzi los.
- Postanowię, co mu odpowiedzieć, gdy się spotkamy - mruknęła Elfgiva. A w nocy pomodli się do Wodena i Frigg.
Dojechali do strumienia. Nurt był w tym miejscu głęboki. Gdyby chcieli
przeprawić się na drugi brzeg, przemokłaby do suchej nitki. Elfgiva
zaczęła szukać płytszego brodu. Nagle zauważyła mały mostek i dziwną
grupę ludzi. Zmusiła konia do galopu.
Offa patrzył ze zdziwieniem na piękną kobietę - chyba bogowie przywiedli
ją na to odludzie. Dosiadała wspaniałego rumaka.
- Co ona zrobiła? - Kobieta przyglądała się nagiej dziewczynie z ciekawością.
Naczelnik wioski wyjaśnił jej to w kilku słowach. Elfgiva obrzuciła
wzrokiem gromadę ludzi. Zadrżała na widok żmii i worka. Ponownie
przyjrzała się z uwagą młodej parze. Trafiła do tej ukrytej w lasach
wioski przypadkiem. Dlaczego przeznaczenie przywiodło ją tu właśnie w tej chwili? Może po to, by ocaliła czyjeś życie. Wobec strasznego losu
czekającego skazańców jej własne problemy jakby przybladły. Poczuła
nawet coś w rodzaju zazdrości. Oni byli młodzi. A ten mężczyzna zapewne
kocha swoją żonę do szaleństwa.
- Ile za nich chcecie?
- Słucham?
- Kupuję ich. Będą moimi niewolnikami.
Naczelnik wioski zawahał się. Prawo dopuszczało niewolę jako karę za
niektóre przestępstwa. Nie był jednak pewien, czy w tym przypadku można
zastosować tę zasadę.
Elfgiva wyjęła monetę z sakiewki wiszącej u pasa. Sasi nie bili własnych
monet, posługiwali się walutą przywożoną przez zamorskich kupców. Moneta
była ze złota. Wieśniacy patrzyli na nią pożądliwie. Wielu nigdy dotąd
nie widziało złotej monety, ale naczelnik i kilku innych mężczyzn
zdawali sobie sprawę z jej wartości.
- Chcecie ich oboje, pani? - spytał naczelnik. Wolałby, żeby naga
dziewczyna skończyła w worku ze żmiją.
- Oboje.
Od razu się zorientował, czego pragnie wieś. Dał znak kobietom. Puściły
dziewczynę, a ona ubrała się pospiesznie.
- Obciąć im włosy - rozkazała Elfgiva jednemu ze służących. W taki
sposób naznaczała swoich niewolników. Offa i jego żona byli tak
przerażeni, że poddali się potulnie temu zabiegowi. Elfgiva wręczyła
naczelnikowi monetę.
- Teraz jesteście moją własnością - zwróciła się do młodych. - Macie iść
za mną.
Przeprawili się mostkiem na drugą stronę strumienia.
Przez jakiś czas posuwali się w milczeniu. Offa zauważył, że kierują się
na zachód.
- Dokąd zdążamy, pani? - spytał w końcu.
Elfgiva odwróciła głowę.
- Daleko. Do małej osady handlowej, o której pewnie nawet nie
słyszeliście. - Uśmiechnęła się. - Nazywa się Lundenwic.
Bez względu na to, co ostatecznie miało zgotować jej przeznaczenie, los
Elfgivy leżał w dłoniach potężnego człowieka, który podążał teraz
równoległym szlakiem biegnącym trzydzieści kilometrów na południe.
"Elfgivie nie brak odwagi, ale z Cerdikiem nikt nie wygra", mawiali
zgodnie ci, którzy znali jej męża. To, co wydarzyło się poprzedniego
dnia, i to, co Cerdic zaplanował nazajutrz, rozwiewało wszelkie
wątpliwości: "Elfgiva nie ma szans".
Cerdic jechał jednostajnym tempem. Wprawdzie od żony dzieliło go teraz
trzydzieści kilometrów w linii prostej, ale równie dobrze mógłby być na
drugim końcu świata. Znajdował się bowiem po przeciwnej stronie ujścia
Tamizy, wśród wielkich kredowych wzgórz Kentu.
Kontrast pomiędzy dwoma brzegami wielkiej rzeki był ogromny. W Anglii
Wschodniej teren był płaski i nizinny, natomiast Kent przecinały
biegnące ku wschodowi łańcuchy wzgórz, które na końcu swojej wędrówki
opadały w morze stromymi klifami. Pomiędzy pasmami wzgórz leżały
szerokie doliny, wschodnią część półwyspu pokrywały rozległe,
pofałdowane łąki, a zachodnią gęste lasy, pola i sady.
Elfgiva pochodziła z dzikiego, nieokiełznanego wybrzeża. Cerdic z uporządkowanego Kentu.
Jego rodzina przybyła do zachodniej części Kentu w czasach, gdy Sasi i Jutowie zakładali tu swoje pierwsze osiedla. Do dziś te włości były ich
gniazdem rodowym, jednak Cerdic, gdy był jeszcze młody, zbudował nową
siedzibę w osadzie Lundenwic nad Tamizą. Kupował dostarczane przez
kupców towary, wysyłał je dalej, wyprawiał się z parą jucznych koni do
najdalszych zakątków wyspy. Handel zapewnił mu bogactwo.
Cerdic był typowym Sasem - potężnym, szorstkim w obejściu mężczyzną o jasnych włosach i niebieskich oczach. Miał bujną brodę, ale włosy na
głowie zaczynały mu już rzednąć. Gdy wpadał w złość - a miał krewki
temperament - czerwieniał na twarzy, jakby za chwilę miała go dopaść
apopleksja. Jednocześnie szeroka germańska twarz z wystającymi kośćmi
policzkowymi świadczyła o jego wyrachowaniu i bezwzględnej sile. "Jest
silny jak byk i twardy jak dąb", mawiali jego ludzie. Powszechnie
uważano też, że podobnie jak jego ojciec dożyje późnego wieku: "Ta
rodzina jest za przebiegła, żeby pospiesznie odchodzić z tego świata".
Cerdica wyróżniały dwie cechy. Pierwszą było to, że nigdy nie łamał
danego słowa. W handlu stanowiło to wielką zaletę. Drugi rys charakteru
wywoływał czasem u jego przyjaciół podszytą drwiną wesołość, ale
najczęściej budził podziw, a nawet lęk.
Według Cerdica na każdą kwestię można było spojrzeć tylko z dwóch stron.
Każda decyzja - bez względu na to, czy dotyczyła działania, oceny
drugiego człowieka czy przesądzania o czyjejś winie lub niewinności -
była albo dobra, albo zła. A gdy Cerdic podjął decyzję, jego
inteligentny umysł zatrzaskiwał się jak żelazna pułapka. "W jego oczach
świat jest czarno-biały. Żadnych odcieni szarości", mawiali jego
towarzysze.
To nie wróżyło dobrze jego żonie. Cerdic wracał właśnie z Canterbury, z dworu swojego pana króla Etelberta5.
A król Etelbert był chrześcijaninem.
Gdy przodek Offy Juliusz fałszował w Londinium monety, chrześcijaństwo
było wciąż stosunkowo niewielką sektą, niekiedy prześladowaną. Jednak w następnym stuleciu, po nawróceniu się cesarza Konstantyna, stało się
religią państwową, której stolicą mianowano Rzym. W Brytanii i innych
prowincjach budowano kościoły, zazwyczaj w miejscach starych świątyń
pogańskich. Brytyjski Kościół nabrał znaczenia. Jeszcze kilkadziesiąt
lat po wycofaniu się Rzymian brytyjscy biskupi jeździli do dalekich
krajów na synody. "Ale to my płaciliśmy za ich podróż, bo byli bardzo
biedni", przypominali biskupi w Italii.
Jednak przybyli później Anglosasi byli zatwardziałymi poganami.
Chrześcijanie stawiali im opór, lecz odcięci od głównego centrum
religijnego, utracili wpływy. Na ponad sto lat.
Nie wszystko jednak zostało stracone. W Brytanii pojawili się
misjonarze. Z Irlandii nawróconej nieco wcześniej przez świętego Patryka
przybywali celtyccy mnisi - ludzie silnej wiary, przywiązani do
celtyckiej sztuki. Na północy wyspy, niedaleko granicy ze Szkotami,
wznoszono klasztory. Ale prawie cała Anglia nadal pozostawała we
władaniu nordyckich bogów. Lecz teraz to miało się zmienić.
Bo oto w roku 597 papież powierzył mnichowi Augustynowi misję nawrócenia
Anglosasów na prawdziwą wiarę. Augustyn przybył wprost do Canterbury na
południowo-wschodnim skrawku Kentu.
Canterbury miało dogodne położenie. Usadowione na niewielkim wzgórzu na
krańcu półwyspu jeszcze za czasów Rzymian stało się ważnym ośrodkiem
mającym połączenie z najważniejszymi portami Kentu, takimi jak Dover,
które od kontynentu europejskiego dzieliło zaledwie trzydzieści
kilometrów. Dla wędrowców przybywających z Europy Canterbury było
pierwszym znacznym miastem. Ale ważniejsze od geografii wydawało się to,
że król Etelbert ożenił się z frankońską księżniczką, której naród już
wcześniej przyjął chrześcijaństwo. I to właśnie osoba królowej sprawiła,
że Kościół skierował swoją uwagę na Canterbury. W owych czasach
obowiązywała prosta zasada: "Wystarczy nawrócić króla, reszta poddanych
pójdzie za nim".
"A tobie, mój drogi Cerdicu, ufam bezgranicznie". Zaledwie wczoraj
siwobrody król Etelbert położył mu dłoń na ramieniu. Królowa Berta
uśmiechała się z aprobatą. To prawda, mogli mu ufać. W końcu jego
przodkowie byli lojalnymi towarzyszami pierwszych królów Kentu. A król
Etelbert ofiarował jego ojcu pierścień - najbardziej wymowny symbol
więzi pana z poddanym. "Zawsze jesteś mile widziany na naszym dworze",
zapewniła królowa.
Wedle miary starożytnego świata siedziba królów Kentu była mała i wręcz
prostacka. Tam, gdzie kiedyś stało rzymskie forum, świątynia, łaźnie i inne kamienne budowle, znajdowało się ogrodzone palisadą obejście z długim, podobnym do stodoły domem z bali krytym wysoką strzechą. Tak
wyglądał dwór króla Etelberta. W niewielkiej odległości widać było inne
skromne obejście, tam jednak stała na środku budowla bardziej godna
uwagi. Wprawdzie mniejsza niż królewski dwór i też podobna do stodoły,
ale wzniesiona z kamienia.
Katedrę w Canterbury zbudował mnich Augustyn. W owym czasie był to chyba
jedyny kamienny budynek w całej Anglii. Można było go uznać za
prymitywny, ale jego powstanie stanowiło punkt zwrotny w historii wyspy.
- Mając taką placówkę w Canterbury - powiedziała królowa żarliwie -
możemy rozpocząć dzieło apostolskie.
Cerdic zobaczył wtedy, jak ambitny jest to plan. Misjonarze mieli
wyruszyć na północ wzdłuż wschodniego wybrzeża. Ale najpierw należało
umocnić pozycje po obu stronach ujścia Tamizy, co oznaczało, że po
władcy Kentu wiarę chrześcijańską ma przyjąć król Essexu.
- To mój bratanek - tłumaczył Etelbert. - Chętnie się nawróci przez
szacunek dla mojej osoby. Ale - król skrzywił się lekko - niektórzy jego
poddani mogą stawiać opór. - Spojrzał uważnie na Cerdica. - Jesteś
lojalnym poddanym Kentu. I prowadzisz handel na północnym wybrzeżu, w Lundenwic, czyli na terytorium mojego bratanka. Chcę, żebyś okazał
misjonarzom wszelką pomoc.
Cerdic skinął głową.
- Tak jest.
- Pojawi się tam biskup i zbuduje nową katedrę - dorzuciła królowa Berta
z zapałem. - Powiemy mu, że może na ciebie liczyć.
Cerdic się ukłonił. Przypomniał sobie jednak, że król Essexu ma kilka
siedzib. Zapytał więc:
- A gdzie ten biskup zamierza zbudować swoją świątynię?
Król się roześmiał.
- Mój drogi przyjacielu, widzę, że nie zrozumiałeś. - Pomimo uśmiechu
miał poważny wzrok. - Katedra powstanie w Lundenwic.
Wczesnym wieczorem Cerdic dotarł do celu, który wyznaczył sobie na ten
dzień. Po wyruszeniu z Canterbury jechał dawnym rzymskim traktem - dziś
zarośniętym krzakami i trawą - prowadzącym do ujścia rzeki Medway.
Leżała tu skromna saska osada Rochester. Jednak zamiast podążać traktem
dalej, w kierunku dawnego Londinium, Cerdic skierował się w głąb lądu.
Pokonał strome pasmo wzgórz przecinające północny Kent, aż w końcu
dotarł na wyżynę na południu. Uśmiechnął się. Był u siebie.
Okoliczne ziemie od stu lat należały do rodziny Cerdica. Tuż poniżej
szczytów leżała wioska, nieco dalej stał kryty strzechą dwór, a za nim
dziedziniec otoczony zabudowaniami gospodarskimi. Stamtąd teren obniżał
się i długim, zalesionym stokiem schodził na dno doliny. Miejsce to
nosiło nazwę Bocton.
W skład rozległych włości wchodziły pola, jabłoniowe sady i dąbrowy. Był
tu kamieniołom, w którym Rzymianie wydobywali kiedyś twardy wapień.
Gdy Cerdic stawał w tym miejscu, na jego twarzy pojawiał się łagodny
uśmiech szczęścia. Powodem był niewiarygodnie piękny krajobraz. Patrząc
na południe, widać było dużą zalesioną dolinę, szeroką na trzydzieści
kilometrów, zwaną Weald. Tym widokiem, najpiękniejszym w całej
południowej Anglii, mogło się cieszyć kilka innych posiadłości
położonych na paśmie wzgórz. Mówiąc "Jestem u siebie", Cerdic miał na
myśli nie tylko dom, ale przede wszystkim wspaniałą panoramę.
Ale dziś nie przybył tu po to, żeby podziwiać widoki. Nazajutrz
zamierzał złożyć wizytę w innej posiadłości. Celu nie wyjawił jednak
nikomu.
Offa i Ricola zaskakująco szybko doszli do siebie po strasznych
przeżyciach. Pogodzili się z losem i jeszcze przed przybyciem do nowego
domu odzyskali dobry humor.
- Nie zostaniemy niewolnikami na długo - zapewniał Offa. - Już ja coś
wymyślę.
Ricola, choć była bardziej rozsądna, chętnie w to uwierzyła.
Już następnego dnia Offę wysłano do mężczyzn pracujących przy
sianokosach.
- Będzie cię pilnował nadzorca mojego męża. Masz go we wszystkim słuchać
- poleciła Elfgiva.
Ricola miała pomagać kobietom.
Początkowo oboje byli tak zapracowani, że nie mieli czasu, by rozmyślać
o swojej sytuacji. Ale Offa obserwował wszystko uważnie. Lundenwic
podobało mu się coraz bardziej.
Nie było to miejsce ważne na mapie Anglii. Pobliski bród umożliwiał
wprawdzie przeprawę przez rzekę, ale osada leżąca na plemiennym pasie
ziemi niczyjej pomiędzy saskimi królestwami, Kentem i Essexem, nie miała
szczególnego znaczenia.
Sasi, którzy za czasów młodości ojca Cerdica założyli tu niewielką
osadę, nie interesowali się opustoszałymi ruinami Londinium na
pobliskich wzgórzach. Nie zapuszczali się też w okolice leżące nieco
dalej w górę rzeki, do małej wyspy w pobliżu brodu, bo tamtejszy teren
był podmokły. Wybrali miejsce w połowie drogi między wyspą i wzgórzami.
Rzeka tworzyła tu zakręt, a północny brzeg opadał łagodnie ku wodzie.
Sasi zbudowali przystań, a samo miejsce nazwali Lundenwic. Lunden
pochodziło od starej celtycko-rzymskiej nazwy Londinos, a wic w języku
Anglosasów oznaczało "port" albo "placówka handlowa".
Powyżej drewnianego pomostu stało kilka budynków otoczonych mocnym
ogrodzeniem z wikliny: stodoła, obora, dwa spichlerze i dom Cerdica.
Wszystkie zabudowania, zarówno mniejsze, jak i większe, były parterowe i miały kształt prostokąta. Drewniane ściany o wysokości zaledwie półtora
metra umocniono od zewnątrz pokrytymi darnią nasypami. Kryte strzechą
dachy były strome i wysokie na sześć metrów. Do każdego domu prowadziły
solidne drewniane drzwi. W siedzibie samego Cerdica wchodziło się na
drewnianą podłogę pokrytą sitowiem. Wnętrze było ciepłe i przestronne,
choć dość ciemne, bo przy zamkniętych drzwiach światło wpadało jedynie
przez otwory w dachu, którymi uchodził dym z umieszczonego na środku
paleniska. Tu właśnie wszyscy domownicy zbierali się na posiłki. Oprócz
siedziby pana w osadzie było kilka niedużych chat - w najmniejszej
zakwaterowano Offę i Ricolę.
Miejsce było naprawdę piękne. Trawiasty północny brzeg wypiętrzył się na
tyle, że widać było z niego duży odcinek rzeki i mokradła po drugiej
stronie. Na prawo, w odległości półtora kilometra, znajdował się bród, a na lewo, w tej samej odległości, pomiędzy drzewami przeświecały ogromne
rzymskie ruiny. Z południowego brzegu naprzeciwko wysuwała się żwirowa
mierzeja.
- To najlepsze miejsce do łowienia ryb - powiedział któryś z mężczyzn.
Po potężnym rzymskim moście, który kiedyś spinał tu oba brzegi,
pozostały jedynie gnijące pale.
Lundenwic było małe, ale Offa wkrótce się przekonał, że panował tu
zadziwiający ruch.
- Pan spędza więcej czasu tutaj niż w Bocton - słyszał od ludzi.
Z dalekich miejsc w głębi lądu przybywały do Lundenwic liczne łodzie, a od ujścia Tamizy przypływały nawet statki Normanów, Fryzów i Germanów. W składach leżała ceramika, bele wełny, pięknie kute miecze i wyroby
saskiego kowalstwa. Były też budy dla psów.
- Ciągle pytają nas o psy myśliwskie - wyjaśnił nadzorca.
Ale największą ciekawość Offy wzbudził dom stojący na uboczu. Też był
przysadzisty i kryty strzechą, ale znacznie dłuższy i węższy od
pozostałych. Miał tak niski dach, że w środku ledwo można było stać. Po
obu stronach znajdowały się niewielkie zagrody jakby dla świń lub
drobnego inwentarza. Do słupów przymocowano łańcuchy.
- Te łańcuchy są do czego? - spytał Offa.
Nadzorca spojrzał na niego z ukosa.
- Dla naszego najcenniejszego towaru. To na nim pan bogaci się
najbardziej - odpowiedział cicho.
Offa zrozumiał. Zarówno przed przybyciem Rzymian, jak i teraz wyspa
słynęła z niewolników. Sprzedawano ich w całej Europie. Sam papież,
jeszcze zanim wysłał Augustyna do Brytanii, zobaczywszy na targu
jasnowłosych niewolników, miał podobno zawołać: "To nie są Anglowie, ale
aniołowie!".
Niewolników nie brakowało. Jedni trafiali w niewolę po przegranych
wojnach, które czasem wybuchały pomiędzy rozmaitymi anglosaskimi
królestwami. Inni karani byli w ten sposób za przestępstwa. Jednak
większość spotykał ten los nie z powodu wojen czy najazdów okrutnych
handlarzy, lecz dlatego, że z biedy sprzedawały ich własne rodziny.
- Fryzyjczycy co roku przyjeżdżają po towar - powiedział nadzorca. -
Macie szczęście, że to pani was kupiła. Gdybyście należeli do pana,
odpłynęlibyście na najbliższym statku - dorzucił z uśmiechem.
Cerdic przedstawił Elfgivie swoje ultimatum drugiego dnia po powrocie.
Zrobił to na osobności. Nawet ich synowie nie wiedzieli o tej rozmowie.
Wyłuszczył sprawę krótko i bez ogródek.
- Jeśli nie będziesz mi posłuszna, wezmę sobie drugą żonę.
- Oprócz mnie?
- Nie. Zamiast ciebie.
Te słowa zapiekły Elfgivę do żywego. Wiedziała, że jej mąż się nie
cofnie.
Nikt nie mógł mu tego zabronić. Anglosaskie prawo dotyczące kobiet
mówiło wyraźnie: żona jest własnością męża. Zapłacił za nią. Mógł
poślubić więcej żon, jeśli taka była jego wola. A jeśli ona dopuściła
się cudzołóstwa, miał prawo ją wygnać, a rywal musiał mu to wynagrodzić,
dostarczając nową kobietę. Mężowi wolno było też oddalić żonę, a na jej
miejsce wziąć sobie nową.
Co nie znaczy, że wszystkie kobiety żyły w ucisku. Elfgiva znała takie,
które umiały okręcić sobie mężów wokół palca. Ale prawo stało po stronie
Cerdica.
- Twój wybór - ciągnął Cerdic. - Gdy biskup przyjedzie, będziesz musiała
się ochrzcić, nasi synowie też. Jeśli odmówisz, będę miał wolną rękę.
Zrobisz, jak będziesz chciała.
We własnych oczach Cerdic postępował uczciwie i etycznie. Dla niego
sprawa była prosta. Jako wierny poddany króla Etelberta ochrzcił się na
początku roku. Współczuł żonie, ale jej obowiązkiem było posłuszeństwo.
Przez tyle lat bardzo się kochali, więc jej odmowa tym bardziej go
zabolała. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym mniej miał wątpliwości:
z tej sytuacji były dwa wyjścia, dobre i złe. Albo białe, albo czarne.
Elfgiva powinna znać swoje powinności. Dalsze dywagacje są bezcelowe,
czy się to komuś podoba, czy nie.
Oczywiście Cerdic nie wiedział, że Kościół chrześcijański nie pochwala
ani poligamii, ani rozwodów. Ale to nie była jego wina. Misjonarze, mimo
że byli ludźmi odważnymi i gotowymi do największych poświęceń, kierowali
się pragmatyzmem, więc w kwestii odwiecznych zwyczajów wyznawali prostą
zasadę: "Najpierw niech się nawrócą, potem będziemy zmieniać ich
obyczaje". Wykorzenienie poligamii wśród Anglosasów nie udało się
misjonarzom jeszcze przez kilka następnych pokoleń.
Mówiąc o nowej żonie, Cerdic miał na myśli córkę właściciela włości
przylegających do Bocton.
"Liczyłem, że wydam ją za któregoś z twoich synów, a nie za ciebie",
powiedział ojciec wybranki, gdy Cerdic zjawił się u niego poprzedniego
dnia. W końcu umówili się, że jeśli Cerdic oddali żonę, dziewczyna
przypadnie jemu, a jeśli nie - jego najstarszemu synowi. Dziewczyna była
ładna, miła i rozsądna. Wychowała się w Kencie, gdzie przestrzegano
prawa. Zgodziła się na chrzest.
Powinienem był od razu ożenić się z kimś takim jak ona, myślał Cerdic,
jadąc z Bocton do Lundenwic. Nie sprawiałaby mi takich kłopotów jak
Elfgiva, dzika i nieokiełznana jak wybrzeża Anglii Wschodniej.
Do tego dziewczyna była młoda. Czyżby o to też mu chodziło? W obecności
tej świeżej piętnastolatki czuł, że krew żywiej krąży mu w żyłach.
Obawiał się utraty sił witalnych? Nie, zapewniał siebie w myślach, to mi
jeszcze nie grozi przez długie lata. Gdyby Elfgiva zachowywała się jak
na żonę przystało, nie musiałaby się niczego obawiać.
Słysząc upokarzające ultimatum, Elfgiva pochyliła głowę. Nawet nie
zapytała, kim jest druga kobieta. Nie odezwała się ani słowem.
Następnego dnia Cerdic postanowił rozmówić się z synami.
Czekał na to spotkanie z pewną niecierpliwością. Oczywiście uważał, że
synowie powinni mu się podporządkować, a zarazem byłby rozczarowany,
gdyby nie okazali żadnego sprzeciwu.
Są jak młode byczki, powtarzał sobie. Ale ja nadal mam dość siły, by ich
poskromić. Więc teraz, stojąc przed nimi, mówił ostro i stanowczo. Nie
chciał jeszcze ujawniać, czym zagroził ich matce. Zapowiedział jedynie
przybycie biskupa i przedstawił prośbę króla Etelberta.
- Jesteśmy jego poddanymi - przypomniał. - Dlatego przyjmiecie nową
religię tak jak ja.
Czterej młodzieńcy wyglądali na zakłopotanych. Zapewne omawiali
wcześniej tę kwestię między sobą, bo spojrzeli na najstarszego,
krzepkiego dwudziestoczterolatka, a ten przemówił w ich imieniu:
- Czy wyrzeczenie się naszych bogów jest rzeczywiście powinnością wobec
króla?
- Jego bogowie są naszymi bogami. A ja jestem jego poddanym. Król Essexu
przyrzekł już posłuszeństwo Etelbertowi - powiedział Cerdic zachęcająco.
- Słyszeliśmy o tym. Ale jego synowie odmówili, nie zamierzają pójść w ślady ojca. Oświadczyli, że nie będą czcić nowego boga.
Cerdic poczerwieniał na twarzy. Nie wiedział o tym, ale w lot pojął,
czym to grozi.
- Książęta Essexu będą posłuszni rozkazom ojca - stwierdził stanowczo.
- Jak możesz od nas wymagać, byśmy oddawali cześć tamtemu bogu? -
wybuchnął najstarszy syn. - Podobno pozwolił przybić się do krzyża, dał
się zabić. Co z niego za bóg? Mamy porzucić Thora i Wodena dla kogoś,
kto nie potrafił walczyć?
Cerdic miał dość mgliste pojęcie o wierze chrześcijan; ta kwestia też go
niepokoiła.
- Ojciec Chrystusa zsyła potopy i rozdziela morza - powiedział. - A król
Franków, od kiedy został chrześcijaninem, zaczął odnosić zwycięstwa. -
Zauważył, że te słowa nie przekonują synów. - To sprawka waszej matki -
mruknął i odprawił ich gestem dłoni.
Tydzień później Elfgiva otrzymała znak.
Wybrała się na konną przejażdżkę z najmłodszym synem Wistanem. Tak jak
zawsze pojechała w górę rzeki ku małej wyspie leżącej obok brodu. Lubiła
to miejsce. Niewielka rzymska willa na dawnej wyspie druida zniknęła pod
grubą warstwą roślinności, pozostała jedynie wąska dróżka prowadząca do
brodu. Rosły tu gęste krzaki jeżyn, dlatego Sasi używali nazwy Thorney,
Ciernista Wyspa. Elfgivę przyciągał tutaj duch smutku i melancholii.
Dzień był pogodny, po błękitnym niebie sunęły białe obłoki, rzucając na
rzekę ruchome cienie. Wiał chłodny wiatr, więc Elfgiva otuliła się grubą
opończą z brązowej wełny. Na uniesionej lewej dłoni miała skórzaną
rękawicę. Siedział na niej zakapturzony ptak z zakrzywionymi szponami i ostrym dziobem.
Jak wiele kobiet z wysokich anglosaskich rodów lubiła polowania z sokołami. A na Ciernistej Wyspie łowy zawsze były udane. Chętnie
zabierała ze sobą Wistana. Miał dopiero szesnaście lat i ze wszystkich
synów to on był najbardziej do niej podobny. Gdy starsi bracia wyruszali
na polowania, dołączał do nich z ochotą, ale lubił też wędrować samotnie
i rzeźbić w drewnie. Elfgivie wydawało się, że Wistan kocha ją
najbardziej ze wszystkich synów. Zauważyła też, że sprawa nowej religii
głęboko go niepokoiła, podczas gdy starsi protestowali jedynie z przekory. Postanowiła go przekonać.
- Wistanie, musisz być posłuszny ojcu. To twój obowiązek.
- Posłucham go, jeśli ty też tak zrobisz - odparł.
Pokręciła głową.
- To zupełnie co innego. Jestem starsza.
- A więc chcesz mu się sprzeciwić? - zapytał.
Nie doczekał się odpowiedzi.
Znajdowali się już na wyspie. Elfgiva zdjęła sokołowi kaptur.
Niesamowite piękno złocistych ślepi ptaka zaparło jej dech. Sokół
natychmiast rozłożył skrzydła i z niewiarygodną lekkością wzbił się w górę. Patrzyła za nim z zazdrością.
Wznosił się coraz wyżej, wolny jak nadrzeczny wicher. Szybował po
niebie, podtrzymywany wiatrem niczym morski żagiel. Nagle zanurkował i bezgłośnie spadł na swoją ofiarę.
Elfgiva patrzyła, jak sokół chwyta ptaka. Na widok nieszczęśnika
trzepoczącego bezsilnie skrzydłami, przytrzymywanego przez mocne szpony,
ogarnął ją smutek i nawiedziło złe przeczucie. Oto jak okrutne jest
życie, jak kruche. W nagłym przebłysku całkowitej jasności zrozumiała
wszystko.
Unoszący się w powietrzu sokół był wolny. Tak jak Cerdic. Była pewna, że
przyjęcie nowej wiary jest dla niego jedynie wymówką, żeby się od niej
odwrócić, ale nawet jeśli się myliła, nie miało to znaczenia. Coś w nim
umarło. Oddalił się od niej i poczuł smak wolności, a to wystarczyło,
żeby do głosu doszła natura, bezlitosna i bezwzględna. Nawet jeśli teraz
ulegnę, myślała, za rok czy dwa znajdzie inny pretekst. Albo zatrzyma
mnie, ale weźmie sobie też młodsze żony. Nic mnie nie uratuje, tak jak
tego ptaka w szponach sokoła. Nie dlatego, że Cerdic jest okrutny, ale
dlatego że tak jak sokół ulegnie naturze.
Tak chciało wyrd. Mówiła jej to cała pradawna pogańska mądrość
nordyckich bogów.
Co ma w takim razie zrobić? Nie ulegać. Jeśli Cerdic oddali ją za
dochowanie wierności dawnym bogom, to ona przynajmniej ocali godność.
Patrząc na zlatującego sokoła, wydała z siebie bezgłośny, słyszany od
stuleci krzyk zamężnych kobiet: Możesz mi odebrać miłość, ale godności
mi nie odbierzesz.
W drodze powrotnej do domu jeszcze raz napomniała Wistana:
- Bez względu na to, co się stanie, przyrzeknij, że będziesz posłuszny
ojcu.
Więcej nie chciała już nic powiedzieć.
Offa nieustająco snuł plany ucieczki, ale napotkał niespodziewaną
przeszkodę w osobie własnej żony.
Dziesiątego dnia po jego przybyciu do Lundenwic Wistan i jeden z jego
braci wyruszyli łodzią do oddalonego o kilka kilometrów gospodarstwa,
skąd mieli odebrać zapasy. Offa popłynął razem z nimi. Za zakrętem
rzeki, na którym znajdował się bród, po obu stronach ciągnęły się
mokradła usiane małymi wysepkami.
- Na prawo masz Kredową Wyspę - pokazywał Wistan. W języku anglosaskim
na określenie malutkiej wyspy używano słowa eye, oko. A nazwa "Chelch
eye", kredowa wyspa, brzmiała jak "Chelsea".
- Naprzeciwko jest wyspa Badrica. - "Badric eye" Wistan wymawiał jak
"Battersea".
Nad oboma podmokłymi brzegami Tamizy było dużo takich oczek oraz jeszcze
mniejszych wysepek zwanych eyot.
Pojawiały się też liczne osady - pojedyncze gospodarstwa i całe wioski.
One także nosiły charakterystyczne saskie nazwy. Te, które odnosiły się
do wioski, miały końcówkę -ham. Nazwy mniejszych domostw kończyły się
na -ton, a nazwy rzecznych przystani na -hythe. Gdy minęli Kredową
Wyspę, Wistan wskazał na północny brzeg, gdzie nad drzewami unosił się
dym.
- To jest wioska Fulla, Fullaham - wyjaśnił. - A tam - wskazał
wzniesienie leżące jakieś trzy kilometry na północ - jest osada
Kensinga, Kensington.
Płynęli w górę rzeki, a Offa patrzył z zachwytem na żyzne ziemie pokryte
bujną roślinnością. Za podmokłą niziną ścieliły się łąki, pastwiska, a jeszcze dalej łagodne stoki wzniesień.
- Czy te ziemie ciągną się daleko? - spytał Wistana.
- O, tak - brzmiała odpowiedź. - Pewnie aż do samych źródeł rzeki.
Dlatego po powrocie Offa oświadczył Ricoli:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki