Londyn. Biografia - Peter Ackroyd

Kup ebooka

56.00 zł
43.12 zł (37,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CHRONOLOGIA

p.n.e.

54 Pierwsza ekspedycja Cezara do Brytanii

n.e.

41 Rzymska inwazja na Brytanię

43 Nadanie nazwy Londinium

60 Spalenie Londynu przez Boudikę

61-122 Odbudowa Londynu

120 Hadrian pali Londyn

ok. 190 Budowa wielkiego muru

407 Rzymianie wychodzą z Londynu

457 Brytowie uciekają z Londynu przed Anglosasami

490 Anglosasi rządzą w Londynie

587 Misja świętego Augustyna do Londynu

604 Założenie biskupstwa i kościoła św. Pawła w Londynie

672 Wzmianka o "porcie Londyn". Rozwój Lundenwic

851 Wikingowie najeżdżają Londyn

886 Alfred odbija i odbudowuje Londyn

892 Londyńczycy odpierają inwazję floty duńskiej

959 Wielki pożar Londynu: St Paul's zniszczony

994 Oblężenie Londynu przez wojska duńskie

1013 Drugie oblężenie Londynu przez króla duńskiego Swena Widłobrodego

1016 Trzecie oblężenie Londynu przez Kanuta odparte

1035 Harold I wybrany na króla przez londyńczyków

1050 Odbudowa Westminster Abbey

1065 Poświęcenie Westminster Abbey

1066 Zajęcie Londynu przez Wilhelma Zdobywcę

1078 Budowa White Tower

1123 Rahere zakłada St Bartholomew's

1176 Budowa kamiennego mostu

1191 Powołanie gminy londyńskiej

1193-1212 Pierwszy burmistrz Londynu, Henry Fitz-Ailwin

1220 Odbudowa Westminster Abbey

1290 Wygnanie Żydów

1326 Rewolucja londyńska: obalenie Edwarda II

1348 Czarna śmierć zabija jedną trzecią ludności Londynu

1371 Ufundowanie Charterhouse

1373 Chaucer mieszka nad Aldgate

1381 Rabacja Wata Tylera

1397 Richard Whittington po raz pierwszy wybrany na burmistrza

1406 Dżuma w Londynie

1414 Powstanie lollardów

1442 Strand wybrukowany

1450 Powstanie Jacka Cade'a

1476 Założenie drukarni Caxtona

1484 Epidemia "angielskich potów" w Londynie

1485 Henryk VII triumfalnie wjeżdża do Londynu po bitwie pod Bosworth 1509 Henryk VIII obejmuje tron

1535 Stracenie Thomasa More'a na Tower Hill

1535-1539 Kasata londyńskich klasztorów

1544 Wielka panorama Londynu Wyngaerde'a

1576 Budowa teatru w Shoreditch

1598 Publikacja Survey of London Stowa

1608-1613 Budowa New River

1619-1622 Budowa Banqueting House Inigo Jonesa

1642-1643 Budowa obwałowań i cytadel przeciwko armii króla

1649 Stracenie Karola I

1652 Pojawiają się pierwsze kawiarnie

1663 Budowa teatru przy Drury Lane

1665 Wielki mór

1666 Wielki pożar

1694 Powołanie Bank of England

1733 Zabudowa rzeki Fleet

1750 Budowa Westminster Bridge

1756 Budowa New Road

1769 Budowa Blackfriars Bridge

1769-1770 Agitacja zwolenników Johna Wilkesa w Londynie

1774 Ustawa budowlana London Building Act

1780 Zamieszki Gordona

1799 Założenie West India Dock Company

1800 Założenie Royal College of Surgeons

1801 Liczba ludności Londynu osiąga milion

1809 Oświetlenie gazowe wprowadzone na Pall Mall

1816 Radykałowie spotykają się w Spa Fields: zamieszki w Spitalfields

1824 Założenie National Gallery

1825 Nash odbudowuje Buckingham Palace

1829 Założenie London Metropolitan Police Force

1834 Pożar niszczy budynki parlamentu

1836 Założenie University of London

1851 Wielka Wystawa w Hyde Parku

1858 "Wielki smród" inspiruje projekt sanitarny Bazalgette'a

1863 Otwarcie pierwszej na świecie kolei podziemnej

1878 Nadchodzi oświetlenie elektryczne

1882 Pojawiają się tramwaje elektryczne

1887 "Krwawa niedziela" - demonstracje na Trafalgar Square

1888 Kuba Rozpruwacz pojawia się w Whitechapel

1889 Założenie London County Council

1892 Początek budowy Blackwall Tunnel pod Tamizą

1897 Pojawia się omnibus spalinowy

1901 Liczba ludności Londynu osiąga 6,6 miliona

1905 Epidemia tyfusu. Aldwych i Kingsway otwarte dla ruchu

1906 Sufrażystki demonstrują na Parliament Square

1909 Otwarcie domu handlowego Selfridge's

1911 Oblężenie Sidney Street

1913 Inauguracja wystawy kwiatowej w Chelsea

1915 Pierwsze bomby spadają na Londyn

1926 Strajk generalny

1932 Budowa Broadcasting House przy Portland Place dla BBC

1935 Inauguracja "zielonego pasa" wokół Londynu (Green Belt)

1936 Walki na Cable Street

1940 Początek nalotów bombowych na Londyn

1951 Festival of Britain

1952 Wielki smog

1955 Otwarcie Heathrow Airport

1965 Likwidacja London County Council; stworzenie Greater London Council (GLC)

1967 Zamknięcie East India Dock; budowa Centre Point

1981 Zamieszki w Brixton; powołanie London Docklands Development Corporation

1985 Zamieszki na osiedlu Broadwater Farm

1986 Ukończenie obwodnicy autostradowej M25; likwidacja GLC; "big bang" na londyńskiej giełdzie

1987 Budowa Canary Wharf

2000 Wybory burmistrza

MIASTO JAKO CIAŁO

Obraz Londynu jako ciała jest frapujący i wyjątkowy. Sięga wstecz do symbolicznych obrazów Miasta Boga, mistycznego ciała, którego głową jest Jezus Chrystus, a pozostałymi członkami mieszkańcy. Londyn był również przedstawiany jako młody człowiek z ramionami rozłożonymi w geście wyzwolenia. Postać ta jest wzorowana na rzymskiej rzeźbie z brązu, ale uosabia energię i triumf miasta, które stale się rozszerza wielkimi falami postępu i optymizmu. Tutaj można znaleźć "gorące tętno londyńskiego serca".

Boczne uliczki Londynu przypominają cienkie żyły, a parki są jak płuca. Pośród mgieł i deszczów jesieni błyszczący kamień i bruk starszych ulic wygląda tak, jakby krwawił. Kiedy William Harvey, chirurg ze szpitala św. Bartłomieja, szedł ulicami miasta, zauważył, że woda tryska z węży wozów strażackich niby krew z przeciętej arterii. Metaforyczne obrazy Cockneyowskiego ciała funkcjonują od setek lat: "gęba" (gob) została zarejestrowana po raz pierwszy w 1550 roku, "łapy" (paws) w 1590, "morda" (mug) w 1708, a "jadaczka" (kisser) w połowie XVIII wieku.

Szpital Harveya w XVII wieku stał koło targu mięsnego Smithfield i zestawienie to podpowiada inny obraz Londynu: miasto jest tłuste i żarłoczne, utuczyło się dzięki swojemu apetytowi na ludzi i jedzenie, na towary i napitki. Spożywa i wydala, nienasycony głód jest jego trwałym stanem.

Dla Daniela Defoe Londyn był wielkim ciałem, które "wszystko puszcza w obieg, wszystko eksportuje i na koniec za wszystko płaci". Dlatego Londyn często jest przedstawiany w monstrualnej formie jako spuchnięty olbrzym, który więcej niszczy, niż tworzy. Ma nieproporcjonalnie dużą głowę, również twarz i dłonie są monstrualne, koślawe "poza wszelką formą". Jego dolegliwość to ból śledziony albo wielka torbiel. Jego ciało, trawione gorączką, dławiące się popiołem, żyje od zarazy do pożaru.

A zatem niezależnie od tego, czy traktujemy Londyn jako młodego człowieka, który budzi się wypoczęty ze snu, czy też ubolewamy nad stanem tego zwyrodniałego olbrzyma, musimy w nim widzieć organizm, którym rządzą prawa życia i rozwoju.

Oto jego biografia.

Niektórzy zaprotestują, że taka biografia nie wpisuje się w nurt prawdziwej historiografii. Przyznaję się do winy i podnoszę na swoją obronę, że podporządkowałem styl moich dociekań naturze tematu. Londyn jest labiryntem, na poły z kamienia, na poły z materii organicznej. Nie sposób ogarnąć go w całości, można go przeżyć tylko jako chaos uliczek i pasaży, dziedzińców i bulwarów, w którym może się zgubić nawet najbardziej obeznany mieszkaniec. Osobliwe jest również to, że labirynt stale ulega przeobrażeniu i ekspansji.

Biografia Londynu nie trzyma się chronologii. Współcześni teoretycy sugerują, że linearny czas jest tworem ludzkiej wyobraźni - Londyn już dawno wyciągnął taki wniosek. W mieście tym istnieje wiele różnych form czasu i byłoby z mojej strony głupotą, gdybym zmieniał jego charakter, aby móc stworzyć konwencjonalną opowieść. Dlatego moja książka błądzi po drogach i bezdrożach czasu i sama jest swoistym labiryntem. Jeśli historia londyńskiej biedy figuruje obok historii londyńskiego szaleństwa, zestawienie to może dostarczyć istotniejszych informacji niż ortodoksyjne spojrzenie historyka.

Rozdział historii przypomina ciasne bramy u Johna Bunyana, a dokoła są bagna rozterki i doliny poniżenia[1]. Czasem zejdę więc z wąskiej ścieżki w poszukiwaniu tych wierzchołków i padołów miejskiego doświadczenia, które nic nie wiedzą o historii i rzadko poddają się racjonalnej analizie. Trochę rozumiem świat i ufam, że to wystarczy. Nie jestem Wergiliuszem gotowym oprowadzić Dantego po ściśle określonym kolistym królestwie. Jestem tylko chodzącym po omacku londyńczykiem, który chce zabrać innych w znane sobie z wieloletnich wędrówek miejsca.

Czytelnicy tej książki muszą być wędrowcami i wyznawcami. Mogą się po drodze zgubić. Mogą przeżywać chwile niepewności, a czasem mogą ich dezorientować dziwne fantazje i teorie. Na niektórych ulicach staną koło nich różni ekscentryczni lub znękani ludzie, domagając się uwagi. Będą anomalie i sprzeczności - Londyn jest tak duży i tak dziki, że zawiera w sobie wszystko - będzie niezdecydowanie i niejednoznaczność. Ale będą także momenty objawienia, które pokażą, że Londyn chowa w sobie tajemnice ludzkiego świata. Wtedy mądrze będzie pokornie skłonić głowę przed jego ogromem.

Wyruszamy zatem pełni oczekiwań, mając przed oczyma drogowskaz z napisem "Do Londynu".

Londyn, marzec 2000      Peter Ackroyd

[1] Cytaty z Bunyana wg: John Bunyan, Wędrówka pielgrzyma, przeł. Józef Prower, Dabar, Toruń 1994.

ROZDZIAŁ 1 MORZE!

Gdyby ktoś dotknął cokołu konnego pomnika króla Karola I na Charing Cross, jego palce mogłyby spocząć na wypukłych skamieniałościach lilii morskich, rozgwiazd lub jeżowców. Istnieje fotografia tego pomnika z 1839 roku - scena z dorożkami i małymi chłopcami w cylindrach wydaje się dosyć odległa, ale jak niewyobrażalnie odległe jest życie tych maleńkich morskich stworzeń! Na początku było morze. Pewien stary szlagier musicalowy nosił tytuł "Dlaczego nie możemy mieć morza w Londynie?". W pewnym sensie mamy: pięćdziesiąt milionów lat temu w miejscu, gdzie znajduje się stolica Wielkiej Brytanii, falowała wielka woda.

Do tej pory woda nie całkiem odeszła, a w starych kamieniach Londynu można znaleźć świadectwa morskiego życia. Kamień portlandzki, z którego zbudowany jest Customs House i St Pancras Old Church, ma diagonalne warstwy, które odzwierciedlają układ prądów oceanicznych. Pradawne muszle ostryg są wtopione w substancję budowlaną Mansion House i British Museum. W szarawym marmurze dworca kolejowego Waterloo można dostrzec ślady wodorostów, a potęgę huraganów widać w "nasączonym rozmowami" kamieniu przejść podziemnych. Dno morza z górnej jury stanowi fundament mostu Waterloo. Pływy i sztormy wciąż są wokół nas i jak napisał o Londynie Shelley, "to wielkie morze [...] wciąż skowyczy o więcej".

Londyn zawsze był ogromnym oceanem, w którym przetrwanie nie jest pewne. Kopuła katedry św. Pawła drżała kiedyś na "wzburzonym morzu" mgły, a ciemne strumienie ludzi płyną przez London Bridge czy Waterloo Bridge, by potem zalać wąskie ulice Londynu. W połowie XIX stulecia pracownicy socjalni mówili o ratowaniu "tonących" ludzi w Whitechapel czy Shoreditch, a powieściopisarz z tego samego okresu Arthur Morrison stworzył obraz "huczącego morza ludzkiej nędzy" wołającej o ratunek. Henry Peacham, siedemnastowieczny autor The Art of Living in London, postrzegał miasto jako "ogromne morze, pełne podmuchów wiatru, zatrważająco niebezpiecznych mielizn i skał", a w 1810 roku Louis Simond z lubością słuchał "ryku fal, które rytmicznie łamią się wokół nas".

Patrząc na Londyn z daleka, widzimy morze dachów, a o ciemnych strumieniach ludzi wiemy nie więcej niż o mieszkańcach jakiegoś nieznanego oceanu. Ale miasto o każdym czasie jest miejscem niespokojnym i ruchliwym, z nurtami i uderzeniami fal, pianą i wodną mgławicą. Odgłos ulic przypomina szum muszli morskiej, a podczas dawnych wielkich mgieł obywatele sądzili, że leżą na dnie oceanu. Nawet pośród wszystkich swoich świateł Londyn może być "dnem oceanu pod błyszczącymi, sunącymi bezszelestnie rybami", jak to opisał George Orwell. Jest to stale powracający obraz londyńskiego świata, zwłaszcza w dwudziestowiecznych powieściach, gdzie poczucie rozpaczy i beznadziei zamienia miasto w miejsce ciszy i tajemniczych głębin.

A przecież, tak jak morze i szubienica, Londyn nikogo nie odtrąca. Ci, którzy wypuszczą się w jego nurty, szukają sławy lub bogactwa, często toną w jego otchłaniach. Jonathan Swift przedstawił maklerów londyńskiej giełdy jako handlarzy, którzy czekają na katastrofy morskie, aby móc ograbić umarłych, a domy handlowe w City często używały statku lub łodzi jako kurka pogodowego i znaku przynoszącego szczęście. Trzy spośród najpowszechniejszych emblematów na londyńskich cmentarzach to muszla, statek i kotwica.

Szpaki z Trafalgar Square to te same szpaki, które gnieżdżą się w klifach północnej Szkocji. Londyńskie gołębie to potomkowie dzikich gołębi skalnych, które mieszkały pośród stromych skał północnych i zachodnich wybrzeży wyspy. Dla nich wielkomiejskie budynki nadal są klifami, a ulice niezmierzonym morzem, które ciągnie się za nimi. Ale prawdziwe splecenie się losów morza i miasta polega na tym, że w substancję Londynu, od tak dawna arbitra handlu i ruchu morskiego, wpisana jest milcząca sygnatura pływów i fal.

A kiedy wody się rozstąpiły, ukazała się londyńska ziemia. W roku 1877, w ramach charakterystycznego przykładu rozmachu wiktoriańskiej inżynierii, na południowym końcu Tottenham Court Road wykopano studnię głęboką na 350 metrów. Była to podróż przez setki milionów lat. Studnia przebiła prakrajobrazy tego miejsca i na podstawie tych wierceń możemy odczytać warstwy, które mamy dzisiaj pod stopami, od dewonu przez jurę po kredę. Nad tymi warstwami leży 200 metrów kredy, której wypiętrzenia pokazują się w Downs i Chilterns jako krawędź Basenu Londyńskiego, tego płytkiego, nieckowatego zagłębienia, w którym leży miasto. Na kredzie spoczywa ciężka londyńska glina, którą z kolei przykrywają warstwy żwiru i gliny ceglarskiej. Mamy tutaj budulec miasta: od bez mała dwóch tysięcy lat kreda i glina ceglarska służą do wznoszenia londyńskich domów i gmachów publicznych. Można powiedzieć, że miasto wydźwignęło się ze swoich prapoczątków, tworząc osadę ludzką z nieczułego materiału przeszłości.

Z gliny tej zrobiona jest London Stock, charakterystyczna żółtobrązowa lub czerwona cegła, która stanowi budulec londyńskich domów. Glina ta ucieleśnia genius loci. Christopher Wren prorokował: "Ziemia wokół Londynu, odpowiednio wypreparowana, dostarczy cegły równie dobrej jak rzymska [...] i przetrwa w naszym powietrzu lepiej niż jakikolwiek kamień, którym obdarowuje nas nasza wyspa". William Blake nazwał londyńskie cegły "dobrze wyrobionymi poruszeniami umysłu", mając na myśli to, że zamiana gliny i kredy na substancję ulic była procesem cywilizującym, który łączył miasto z jego prahistorią. Siedemnastowieczne domy powstały z pyłu, który unosił się nad regionem Londynu 25 tysięcy lat temu.

W londyńskiej glinie można również znaleźć bardziej namacalne ślady przeszłości: szkielety rekinów (w dzielnicy East End ludzie wierzyli, że zęby rekina są skutecznym lekarstwem na skurcze), czaszkę wilka w Cheapside i krokodyle w glinie Islingtonu. W 1682 roku Dryden dostrzegł ten zapomniany i niewidoczny dzisiaj krajobraz Londynu:

Wzrost twój wszakże potwory rodzi Pływające w szlamie, który za sobą ronisz.

Osiem lat później, w 1690 roku, koło dzisiejszego King's Cross znaleziono szczątki mamuta.

Alchemiczne działanie pogody może zamienić londyńską glinę w błoto. W 1851 roku Charles Dickens zauważył, iż jest "tyle błota na ulicach, [...] że nie byłoby przyjemnością spotkać kilkunastometrowego megalozaura wędrującego niby olbrzymia jaszczurka na Holborn Hill". W latach trzydziestych XX wieku Louis-Ferdinand Céline uznał autobusy na Piccadilly Circus za "stado mastodontów" powracających na porzucone niegdyś terytorium. Pod koniec tego samego stulecia bohater książki Mother London Michaela Moorcocka podczas przechodzenia przez mostek dla pieszych koło wiaduktu kolejowego Hungerford widzi "potwory, przy błocie i gigantycznych paprociach".

Mamut z 1690 roku był pierwszym, ale bynajmniej nie ostatnim prahistorycznym reliktem odkrytym w okolicach Londynu. Hipopotamy i słonie leżały pod Trafalgar Square, lwy na Charing Cross, a bawoły koło St Martin-in-the-Fields. W północnym Woolwich znaleziono niedźwiedzia brunatnego, w starych cegielniach Holloway makrele, a w Brentford rekiny. Do londyńskich dzikich zwierząt zaliczają się renifery, bobry olbrzymie, hieny i nosorożce, które niegdyś pasły się koło mokradeł i lagun Tamizy. Krajobraz ten niecały zniknął. Niektórzy mieszkańcy do dzisiaj pamiętają, jak mgły z pradawnych bagien Westminsteru zniszczyły freski w St Stephen's. W pobliżu Galerii Narodowej wciąż można dostrzec zbocze łączące środkową i górną terasę Tamizy w plejstocenie.

Już wtedy nie była to bezludna okolica. W kościach mamuta z King's Cross znaleziono odłamki krzemiennego toporka z okresu paleolitycznego. Możemy z dużą dozą pewności powiedzieć, że od pół miliona lat w Londynie ludzie mieszkali i polowali, chociaż niekoniecznie zakładali stałe osady. Pierwszy wielki pożar londyński wybuchł ćwierć miliona lat temu w lasach na południe od Tamizy. Rzeka obrała już wtedy przeznaczony jej bieg, ale wyglądała inaczej niż dzisiaj. Była bardzo szeroka, zasilana wieloma strumieniami, ocieniana lasami, z mokradłami i bagnami po obu stronach.

Prahistoria Londynu poddaje się nieskończonym spekulacjom. Myśl o ludzkiej osadzie na obszarze, gdzie wiele tysięcy lat później poprowadzono ulice i wzniesiono domy, może być źródłem niemałej przyjemności. Nie ulega wątpliwości, że region ten jest zamieszkany w sposób ciągły od co najmniej piętnastu tysięcy lat. Wielkie nagromadzenie krzemiennych narzędzi odkopanych w Southwark to prawdopodobnie ślad po mezolitycznej manufakturze, w Hampstead Heath odkryto obóz myśliwski z tego samego okresu, a w Clapham znaleziono glinianą misę z epoki neolitycznej. Na tych stanowiskach archeologicznych odkryto doły i dziury po palach, a także szczątki ludzkie i ślady po ucztowaniu. Owi pradawni ludzie spożywali napój podobny do miodu albo piwa. Podobnie jak ich londyńscy potomkowie zostawili po sobie ogromne ilości śmieci. I podobnie jak oni spotykali się w celach kultowych. Przez wiele tysięcy lat traktowali wielką rzekę jak istotę boską, którą należy przebłagać i której głębinom trzeba oddać zwłoki najświetniejszych zmarłych.

W późnym neolicie z bagnistej ziemi na północnym brzegu Tamizy wydźwignęły się dwa wzgórza, pokryte żwirem i gliną ceglarską, otoczone turzycą i wierzbami. Miały od dwunastu do piętnastu metrów wysokości i oddzielała je dolina, którą płynął strumień. Znamy je jako Cornhill i Ludgate Hill, z podziemnym Walbrook między nimi. Tak powstał Londyn.

Nazwa przypuszczalnie jest pochodzenia celtyckiego - kłopotliwa sprawa dla zwolenników poglądu, że nie było tutaj osadnictwa, zanim Rzymianie zbudowali miasto. Znaczenie nazwy budzi jednak spory. Być może wywodzi się ona od Llyn-don, miasta lub twierdzy (don) nad jeziorem lub strumieniem (Llyn), ale to jest średniowieczny walijski, a nie staroceltycki. Inne możliwe etymologie to Laindon, "długie wzgórze", bądź gaelickie lunnd, "bagno". W świetle faktu, że londyńczycy zyskali sobie później sławę ludzi skłonnych do przemocy, do najbardziej intrygujących należy hipoteza, która łączy nazwę z celtyckim przymiotnikiem londos, "gwałtowny".

Jeszcze bardziej spekulacyjna etymologia chrzcicielem Londynu czyni króla Luda, który miał panować w stuleciu poprzedzającym inwazję rzymską. Wytyczył przebieg ulic i odbudował mury. Po śmierci pochowano go koło bramy, która nosiła jego imię, i miasto zaczęto nazywać Kaerlud albo Kaerlundein, "miastem Luda". Osoby o sceptycznym usposobieniu zapewne odrzucą takie historie, ale legendy sprzed tysięcy lat mogą zawierać w sobie głęboką prawdę.

Tak czy owak, geneza nazwy pozostaje tajemnicą. (Co ciekawe, również nazwa minerału najbardziej kojarzonego z Londynem, a mianowicie węgla, nie ma ustalonej etymologii). Swoją sylabiczną mocą, tak silnie kojarzącą się z gwałtem i piorunem, słowo "Londyn" nieprzerwanie odciska się na dziejach wyspy: Caer Ludd, Lundunes, Lindonion, Lundene, Lundone, Ludenberk, Longidinium i wiele innych wariantów. Pojawiły się nawet sugestie, że nazwa jest starsza od Celtów i pochodzi z neolitycznej przeszłości.

Nie musimy zakładać, że na Ludgate Hill lub Cornhill znajdowały się osady lub grody bądź że w miejscu dzisiejszych ulic przebiegały drogi z okrąglaków, ale już w IV i III tysiącleciu p.n.e. zalety tego miejsca musiały być równie oczywiste jak później dla Celtów i Rzymian. Wzgórza miały walory obronne, tworząc naturalny płaskowyż z rzeką na południu, moczarami na północy i wschodzie oraz drugą rzeką, później nazwaną Fleet, na zachodzie. Gleba była urodzajna, dobrze nawadniana przez źródła wytryskujące spomiędzy żwiru. Tamiza była w tym miejscu spławną rzeką, a Fleet i Walbrook stanowiły naturalne porty. W pobliżu przebiegały starodawne angielskie szlaki. A zatem od najwcześniejszych czasów Londyn był idealnym miejscem na handel, idealnym miastem targowym. Londyńskie City od dawna stanowi centrum światowego handlu. Warto odnotować, że być może zaczęło się od transakcji, które przeprowadzali ludzie z epoki kamiennej.

Są to wszystko spekulacje, i nawet jeśli niecałkowicie bezpodstawne, to dopiero w późniejszych warstwach londyńskiej ziemi odkryto bardziej namacalny materiał dowodowy. W tych długich okresach nazywanych późną epoką żelaza i wczesną epoką brązu - obejmujących prawie tysiąc lat - na terenie dzisiejszego Londynu znaleziono okruchy mis, garnków i narzędzi. Ślady prahistorycznej aktywności dostrzegamy na obszarach zwanych dzisiaj St Mary Axe i Gresham Street, Austin Friars i Finsbury Circus, Bishopsgate i Seething Lane. W sumie około 250 "znalezisk" skupiło się na obszarze Ludgate Hill, Cornhill, Tower Hill i Southwark. Z Tamizy wydobyto wiele tysięcy metalowych przedmiotów, a na jej brzegach można znaleźć liczne ślady po ówczesnej metalurgii. Jest to okres, z którego wywodzą się pierwsze wielkie sagi o Londynie. Jest to również - w późniejszej fazie - epoka Celtów.

Powstały w I wieku p.n.e. opis okolic Londynu, który wyszedł spod pióra Juliusza Cezara, wskazuje na obecność rozwiniętej, bogatej i dobrze zorganizowanej cywilizacji plemiennej. Ludność była "niezmiernie liczna", a "kraj gęsto usiany domostwami". Na temat natury i roli Ludgate Hill i Cornhill w tym okresie nie można powiedzieć niczego pewnego. Niewykluczone, że były to święte miejsca, a może ich obronny charakter pozwalał je wykorzystywać do ochrony ruchu handlowego na rzece. Istnieją powody, by sądzić, że ten odcinek Tamizy stanowił centrum handlowo-przemysłowe, z targiem na towary żelazne i kunsztowne wyroby z brązu, z kupcami z Galii, Rzymu i Hiszpanii, którzy przywozili wyroby garncarskie, wina i przyprawy wymieniane na zboże, metale i niewolników.

W kronice tego okresu ukończonej przez Geoffreya of Monmouth w 1136 roku najważniejszym miastem na wyspie Brytania bez wątpienia jest Londyn, ale według współczesnych historyków dzieło biskupa St Asaph opiera się na zaginionych tekstach, apokryficznych upiększeniach i w niczym nieugruntowanych domysłach. Na przykład tam, gdzie Geoffrey mówi o królach, oni wolą mówić o plemionach; Geoffrey datuje wydarzenia zgodnie z paralelą biblijną, a dzisiejsi specjaliści posługują się takimi punktami orientacyjnymi jak "późna epoka żelaza"; on tłumaczy konflikty i przemiany społeczne przez pryzmat indywidualnych ludzkich emocji, podczas gdy nowsze opisy pradawnych czasów głównych czynników historiotwórczych upatrują w takich zjawiskach jak rozwój handlu i techniki. Te dalece odmienne metodologie nie wykluczają się jednak nawzajem. Na przykład historycy wczesnej Brytanii sądzą, że na terytorium na północ od regionu londyńskiego osiedlił się lud zwany Trinovantes. Według Geoffreya pierwsza nazwa miasta brzmiała Trinovantum. Dziejopisarz mówi również o świątyniach na terenie samego Londynu. Nawet jeśli rzeczywiście istniały, te palisady i drewniane zagrody zniknęłyby pod kamieniem rzymskiego miasta, a także pod cegłą i betonem używanym przez późniejsze pokolenia.

Nic nie jest jednak na zawsze stracone. W pierwszych czterech dziesięcioleciach XX wieku badacze pradziejów podjęli szczególny wysiłek na rzecz częściowego odsłonięcia ukrytej przeszłości Londynu. W książkach o takich tytułach jak Zaginiony język Londynu, Legendarny Londyn, Prahistoryczny Londyn czy Pierwsi mieszkańcy Londynu relikty i ślady celtyckiego bądź druidzkiego Londynu zostały poddane gruntownej analizie i uznane za znaczące. Badania te przerwała druga wojna światowa, po której planowanie przestrzenne i odbudowa stały się ważniejsze od historycznych spekulacji. Ale tamte dzieła przetrwały i nadal warto je uważnie czytać. Na przykład fakt, że dzisiejsze nazwy ulic zdradzają celtyckie pochodzenie - między innymi Colin Deep Lane, Pancras Lane, Maiden Lane czy Ingal Road - jest równie pouczający jak materialne znaleziska z terenów prahistorycznego Londynu. Dawno zapomniane trakty z okrąglaków wskazały drogę współczesnym arteriom komunikacyjnym. Na przykład w miejscu dzisiejszego skrzyżowania Angel w Islingtonie przecinały się dwie prahistoryczne brytyjskie drogi. Wiemy o Old Street prowadzącej do Old Ford, o Maiden Lane biegnącej przez Pentonville i Battle Bridge do Highgate, o trasie z Upper Street do Highbury - wszystkie pokrywają się z pradawnymi szlakami i zakopanymi pod ziemią ścieżkami.

W kontekście tego okresu nie ma bardziej podejrzanej i trudnej kwestii niż druidyzm. Nie ulega wątpliwości, że był on mocno ugruntowany w osadach celtyckich. Juliusz Cezar, który miał podstawy do tego, by autorytatywnie wypowiadać się na ten temat, stwierdza, że religia druidzka została stworzona (inventa) w Brytanii oraz że jej celtyccy wyznawcy przybyli na wyspę po to, aby poznać jej tajniki. Druidyzm stanowił wysoko rozwiniętą, aczkolwiek trochę izolowaną kulturę religijną. Oczywiście możemy spekulować, że dębowe lasy na północ od Cornhill i Ludgate Hill były odpowiednim miejscem na składanie ofiar i oddawanie czci bogom. Etnolog sir Laurence Gomme wyobraził sobie świątynię czy miejsce kultu na szczycie Ludgate Hill. Istnieje jednak wiele fałszywych tropów. Kiedyś panowało przekonanie, że Parliament Hill w pobliżu Highgate było miejscem zgromadzeń religijnych, ale odkryte tam relikty w rzeczywistości nie pochodzą z czasów prahistorycznych. Jaskinie Chislehurst w południowym Londynie, swego czasu wiązane z obserwacją niebios przez druidów, niemal z całą pewnością powstały w średniowieczu.

Dysponujemy hipotezą, że obszarem Londynu rządzono z trzech świętych wzgórz: Penton Hill, Tothill i White Mound, inaczej Tower Hill. Istnieją ciekawe paralele i zbiegi okoliczności, które sprawiają, że tego rodzaju teorie są bardziej interesujące od typowych fantazji psychogeografów późniejszej doby.

Wiadomo, że w czasach prahistorycznych miejsce kultu zaznaczało źródło, zagajnik, studnia lub rytualna sztolnia.

Jak czytamy w pismach kronikarzy, w ogrodach rozrywki przy White Conduit House, usytuowanych na wzgórzu w Pentonville, znajdował się "roślinny labirynt", awatarem labiryntu było zaś święte wzgórze lub zagajnik. Niedaleko mamy słynną studnię Sadlers Wells. Jeszcze całkiem niedawno woda z tej studni płynęła pod orkiestrą teatru o tej samej nazwie, ale już od średniowiecza uważano ją za świętą i księża z Clerkenwell sprawowali nad nią pieczę. W Pentonville był kiedyś również zbiornik wodny. Do niedawna miał tam swoją siedzibę zarząd londyńskich wodociągów.

Inny labirynt znajdował się na niegdysiejszych Tothill Fields w Westminsterze. Ukazany jest na siedemnastowiecznej weducie Hollara. W tej samej okolicy mamy również święte źródło zasilające świętą studnię na westminsterskim Dean's Yard. W pierwszych wiekach drugiego tysiąclecia powstał tutaj jarmark podobny do ogrodów rozrywki na White Conduit Fields. Pierwsza zachowana wzmianka o nim datuje się na 1257 rok.

Miejsca te są zatem porównywalne. Dających do myślenia zbiegów okoliczności można wymienić więcej. Na starych mapach "St Hermit's Hill" to znaczący punkt na obszarze koło Tothill Fields. Do dziś dnia koło górnego końca Pentonville Road przebiega Hermes Street. Warto odnotować, że w jednym z tutejszych domów mieszkał lekarz, który sprzedawał lekarstwo zwane balsamem życia. Później dom przebudowano na obserwatorium astronomiczne.

Na Tower Hill tryskało krystaliczne źródło, z którego woda miała ponoć właściwości lecznicze. Istnieje tam średniowieczna studnia i odkryto ślady grobu z późnej epoki żelaza. Według Welsh Triads opiekuńcza głowa błogosławionego Brana jest pochowana w zboczu White Hill, aby strzegła królestwa przed jego wrogami. Z kolei legendarny założyciel Londynu Brutus miał zostać pogrzebany na Tower Hill, w świętym miejscu, które do XVII wieku służyło jako obserwatorium astronomiczne.

Etymologia nazw "Penton Hill" i "Tothill" nie budzi większych wątpliwości. Pen to po celtycku "głowa" lub "wzgórze", a ton to wariant tor/ tot/twt/too, co znaczy "źródło" lub "zbocze". Na przykład Wycliffe stosuje słowa tot lub tote w odniesieniu do góry Syjon. Osoby o bardziej romantycznym usposobieniu sugerują, że tot wywodzi się od egipskiego boga Thotha, który odrodził się oczywiście w Hermesie, greckim ucieleśnieniu wiatru lub gry na lirze.

Hipoteza przedstawia się zatem następująco: londyńskie wzgórza, które przejawiają tyle podobnych cech, to w istocie święte miejsca druidzkiego rytuału. Labirynt to religijny ekwiwalent lasku dębowego, a studnie i źródła reprezentują kult boga wody. Siedziba zarządu londyńskich wo dociągów była zatem odpowiednio wybrana. Ogrody rozrywki i jarmarki to nowsze wersje prahistorycznych świąt czy spotkań, które odbywały się w tych samych miejscach. Badacze dawnych dziejów uznali więc Tothill, Penton i Tower Hill za londyńskie święte miejsca.

Powszechnie się przyjmuje, że Pentonville zawdzięcza swoją nazwę osiemnastowiecznemu spekulantowi Henry'emu Pentonowi, który zbudował tę dzielnicę. Czy jedno miejsce może mieć różną tożsamość, istniejąc w różnych czasach i różnych wizjach rzeczywistości? Czy to możliwe, że oba wyjaśnienia są jednocześnie prawdziwe? Czy nazwa "Billingsgate" pochodzi od celtyckiego króla Belinusa lub Belina, jak chciał szesnastowieczny historyk John Stow, czy też od niejakiego pana Belina, który kiedyś był właścicielem tych ziem? Czy Ludgate naprawdę nosi imię Luda, celtyckiego boga wód? Kto chce, może tutaj puścić wodze fantazji.

Niemniej ważne jest szukanie znamion ciągłości. Prawdopodobnie wśród Brytyjczyków istniały pradawne formy kultu na długo, zanim druidzi stali się arcykapłanami swojej kultury. Z kolei celtyckie formy rytuału najwyraźniej przetrwały okupację rzymską i późniejsze inwazje plemion anglosaskich. W rejestrach katedry św. Pawła sąsiednie budynki są zwane Camera Dianae. Piętnastowieczny kronikarz wspominał czasy, kiedy "Londyn oddawał cześć Dianie", bogini łowów, co stanowiłoby jakieś wyjaśnienie dziwnej dorocznej ceremonii, która odbywała się w katedrze aż do XVI wieku. W tej chrześcijańskiej świątyni wzniesionej na świętym Ludgate Hill głowę jelenia nabijano na włócznię i niesiono po kościele. A zatem pogańskie obyczaje miasta przetrwały do czasów chrześcijańskich, tak samo jak utajone pogaństwo przetrwało wśród samych obywateli.

Warto rozważyć również inne dziedzictwo prahistorycznego kultu. Chrześcijanie przejęli poczucie, że pewne miejsca są obdarzone szczególną mocą lub czcigodne, co znalazło odzwierciedlenie w uznaniu "świętych studni" i takich przejawów lokalnego życia religijnego jak beating the bounds, czyli rytuału tłuczenia kijami w granice parafii. Tę samą wrażliwość można jednak znaleźć w pismach wielkich londyńskich wizjonerów, od Williama Blake'a po Arthura Machena - pismach, w których miasto jest traktowane jak święte miejsce ze swoimi radosnymi i bolesnymi tajemnicami.

W tym celtyckim okresie, który czai się niby jakaś chimera w cieniach znanego świata, mają swoje korzenie wielkie londyńskie legendy. Annały historii wiedzą tylko o wojujących ze sobą plemionach, które tworzyły dobrze zorganizowaną i dosyć zróżnicowaną cywilizację. Innymi słowy, niekoniecznie zasługiwały na miano dzikich. Grecki geograf Strabo opisuje pewnego Brytyjczyka, ambasadora, jako dobrze ubranego, rozumnego i przyjemnego w obejściu. Człowiek ten tak płynnie mówił po grecku, iż "można by pomyśleć, że pobierał nauki w liceum". To jest właściwy kontekst dla tych opowieści, w których Londynowi przypisywana jest pozycja głównego miasta. Brutus, zgodnie z legendą założyciel miasta, został pochowany wewnątrz jego murów. Locrinus zamknął swoją ukochaną Estrildis w tajnej komnacie pod ziemią. Bladud, który uprawiał czary, zbudował parę skrzydeł, aby pofrunąć nad Londynem, ale spadł na dach świątyni Apollina usytuowanej w samym sercu miasta, być może na Ludgate Hill. Inny król, Dunvallo, który sformułował stare prawa azylu, został pochowany w pobliżu jednej z londyńskich świątyń. Z tego samego okresu pochodzą także opowieści o Learze i Cymbelinie. Jeszcze bardziej przejmująca jest saga o olbrzymie Gremagocie. Skutkiem jakiejś dziwnej alchemii przeobraził się on w bliźniaków Goga i Magoga, którzy stali się duchami opiekuńczymi Londynu. Często słyszy się sugestię, że każdy z tych wyjątkowo gwałtownych bliźniaków, których posągi od wielu stuleci stoją w ratuszu, strzeże jednego z bliźniaczych wzgórz Londynu, Cornhill i Ludgate Hill.

Takie opowieści przekazuje John Milton w swojej The History of Britain, opublikowanej ponad trzysta lat temu. "Po tym Brutus w wybranym miejscu zbudował Troia nova, z czasem zmienione na Trinovantum, obecnie London; i zaczął ustanawiać prawa; Heli był wówczas arcykapłanem w Judei; i po dwudziestu czterech latach rządzenia całą wyspą zmarł i został pochowany w swojej nowej Troi". Brutus był prawnukiem Eneasza, który parę lat po upadku Troi stanął na czele exodusu Trojan z Grecji. Podczas tych wędrówek na obczyźnie zesłano mu sen, w którym bogini Diana wypowiedziała do niego słowa proroctwa: wyspa daleko na zachodzie, za królestwem Galii, "nadaje się dla twojego ludu; popłyniesz tam, Brutusie, i założysz miasto, które stanie się nową Troją. I zrodzą się z ciebie królowie o potężnej mocy, którzy będą budzili na świecie trwogę i podbiją dumne narody". Londyn będzie rządził wielkim imperium, ale podobnie jak starożytna Troja może paść ofiarą zgubnych pożarów. Co ciekawe, na niektórych obrazach wielkiego pożaru Londynu z 1666 roku pojawiają się odniesienia do upadku Troi. Jest to naczelny mit założycielski Londynu, który można znaleźć w wersetach "Tallisen" z VI wieku, gdzie Brytyjczycy są sławieni jako żywa pozostałość Troi, a także w późniejszej poezji Edmunda Spensera i Alexandra Pope'a. Pope, urodzony na Plough Court koło Lombard Street, opiewał oczywiście wyimaginowaną miejską cywilizację, ale odpowiednią dla miasta, do którego założenia Brutus został zainspirowany we śnie.

Opowieść o Brutusie uchodzi za zwykłą bajkę i fantastyczną legendę, ale jak napisał Milton w wyważonym wstępie do swojego historycznego dzieła: "Nierzadko się okazywało, że relacje wcześniej uważane za owoc fantazji zawierają wiele śladów i znamion prawdy". Niektórzy uczeni sądzą, że wędrówki legendarnego jakoby Brutusa możemy datować na okres około 1100 roku p.n.e. Zgodnie z dzisiejszymi kategoriami chronologicznymi byłaby to późna epoka brązu, kiedy nowe gromady czy plemiona osadników zajęły obszar wokół Londynu i zbudowały duże konstrukcje fortyfikacyjne. Huczne biesiady, wymiana pierścieni i zażarte walki to znamiona heroicznego życia, które znalazło swój wyraz w późniejszych legendach. W Anglii natrafiono na segmentowane szklane paciorki, takie jak te z Troi. W wodach Tamizy znaleziono czarną czarę z dwoma uchwytami, która powstała w Azji Mniejszej około 900 roku p.n.e. Dysponujemy zatem pewnymi wskazówkami, że istniała wymiana handlowa między zachodnią Europą i wschodnim obszarem śródziemnomorskim. Mamy też wszelkie powody sądzić, że frygijscy, a później feniccy kupcy docierali do brzegów Albionu i zawijali na targ w Londynie.

Materialne dowody na związki z Troją i obszarem Azji Mniejszej, w którym leżało to nieszczęsne pradawne miasto, można znaleźć gdzie indziej. Diogenes Laertios utożsamiał Celtów z Chaldejczykami z Asyrii. Znany brytyjski motyw zdobniczy złożony z lwa i jednorożca może być pochodzenia chaldejskiego. Juliusz Cezar z pewnym zaskoczeniem odnotował, że druidzi posługiwali się greckimi literami. W Welsh Triads jest opis plemienia najeźdźców, którzy przypłynęli do brzegów Albionu bądź Anglii z regionu Konstantynopola. Fakt, że również Frankowie i Galowie powoływali się na trojańskie korzenie, daje do myślenia. Chociaż nie można całkowicie wykluczyć, że plemię z regionu upadłej Troi zawędrowało do zachodniej Europy, za bardziej prawdopodobną należy chyba uznać hipotezę, że ze wschodniego regionu śródziemnomorskiego pochodzą Celtowie. Legenda o Londynie jako drugiej Troi do dzisiaj znajduje zatem swoich wyznawców.

Baśnie i legendy leżą u początków każdej cywilizacji; dopiero na końcu potwierdza się ich zgodność z prawdą historyczną.

Niewykluczone, że jeden ślad po Brutusie i jego trojańskiej flocie zachował się do dzisiaj. Jeśli ktoś pójdzie Cannon Street w kierunku wschodnim, naprzeciwko dworca kolejowego zobaczy żelazną kratownicę w budynku Bank of China. Chroni ona wnękę, w której umieszczono wysoki mniej więcej na pół metra kamień z niewielkim rowkiem na górze. Jest to London Stone. Przez wiele stuleci wierzono, że kamień ten przyniósł ze sobą Brutus, istota boska. "Dopóki kamień Brutusa będzie bezpieczny, dopóty Londyn będzie pomyślnie się rozwijał", mówiło stare przysłowie. Kamień niewątpliwie ma długi rodowód. Pierwszą wzmiankę o nim odkrył John Stow w "pięknie napisanej Ewangelii", która niegdyś należała do anglosaskiego króla Ethelstone'a, rządzącego na początku X wieku. W księdze tej mówi się o niektórych ziemiach i dzierżawach, że "leżą blisko kamienia londyńskiego". W Victorian County History czytamy, że pierwotnie wyznaczał on środek starego miasta, ale w roku 1742 zabrano go z Cannon Street i umieszczono w murach St Swithin's Church naprzeciwko. Pozostał tam do drugiej wojny światowej. Chociaż w 1941 roku niemiecka bomba całkowicie zniszczyła kościół, London Stone wyszedł z tego bez szwanku. Składa się z oolitu, który jako wapień nie mógł przetrwać od czasów prahistorycznych, ale nie odbiera mu to jego magicznych właściwości.

Piętnastowieczny poeta Fabyan opiewał religijne znaczenie kamienia, który był tak czysty, że "choć rzucany przez wielu [...]/ nikogo nie ukrzywdził". Rzeczywiste znaczenie kamienia pozostaje jednak niejasne. Niektórzy badacze przeszłości uznają go za rekwizyt sądowy związany ze spłatą długów, inni zaś sądzą, że był to rzymski milliarium, czyli kamień milowy. Christopher Wren przekonywał jednak, że kamień miał zbyt szeroką podstawę, aby pełnić tę drugą funkcję. Rola sądownicza wydaje się bardziej prawdopodobna. Jedna z postaci zapomnianej dzisiaj sztuki z 1589 roku Pasquill and Marfarius mówi: "Wyrównajcie ten rachunek przy London Stone, i to uroczyście, z bębnami i trąbkami!". W innym miejscu czytamy: "Jeśli zechcą w te ciemne zimowe noce położyć swe papiery na London Stone". Nie ulega wątpliwości, że kamień był otoczony czcią. Według Williama Blake'a wyznaczał on miejsce druidzkich egzekucji (składani w ofierze ludzie "głośno jęczeli na London Stone"), ale w rzeczywistości raczej służył do mniej drastycznych celów.

Kiedy buntownik ludowy Jack Cade w 1450 roku szturmem wziął Londyn, razem ze swoimi ludźmi udał się do kamienia, dotknął go mieczem i zakrzyknął: "Teraz panem tego miasta jest Mortimer!" (takie przybrał imię). Pierwszym burmistrzem Londynu, pod koniec XII wieku, był Henry Fitz-Ailwin de Londonestone. Wydaje się zatem prawdopodobne, że ten pradawny obiekt nabrał rangi symbolu władzy.

Teraz leży, poczerniały i niezauważany, koło ruchliwej ulicy. Mijały go bądź mijają drewniane furmanki, powozy, lektyki, dorożki, kabriolety, dorożki, omnibusy, rowery, tramwaje i samochody. Kiedyś był duchem opiekuńczym Londynu i być może do dzisiaj nim pozostaje.

London Stone jest co najmniej materialnym reliktem wszystkich pradawnych legend o Londynie i jego powstaniu. Dla ludów celtyckich opowieści te głosiły chwałę miasta zwanego kiedyś Cockaigne. W tym ośrodku zamożności i zachwytu można znaleźć skarby i błogosławione szczęście. To jest mit, który stworzył kontekst dla późniejszych legend, na przykład o Dicku Whittingtonie, a także dla przysłów, które opisują ulice Londynu jako "brukowane złotem". A przecież londyńskie złoto okazało się mniej trwałe od London Stone.

ROZDZIAŁ 2 KAMIENIE

W pobliżu Trinity Place kawałek na północ od Tower of London można zobaczyć odcinek pierwotnych murów ze średniowiecznymi uzupełnieniami. Sama Tower była niegdyś częścią murów, potwierdzając w materialnej formie tezę Williama Dunbara: "Kamienne są mury, które wokół ciebie stoją". Mury miejskie miały prawie trzy metry szerokości u podstawy i ponad sześć metrów wysokości. Poza wspomnianymi pozostałościami koło Trinity Place można również dostrzec kamienne kontury wewnętrznej wieży z drewnianymi schodami prowadzącymi na przedpiersie, z którego rozciągał się widok na wschód nad mokradłami.

Z tego miejsca można wytyczyć w wyobraźni przebieg dawnych murów. Zmierzają na północ do Cooper's Row, gdzie zachował się - na podziemnym parkingu - mały odcinek pod dziedzińcem pustego budynku. Przeciskają się przez beton i marmur tego budynku, a następnie przez cegłę i żelazo wiaduktu Fenchurch Street Station, by dotrzeć do kolejnego zachowanego fragmentu na America Square. Fragment ten jest ukryty w podziemiach nowoczesnego budynku, który ma swoje przedpiersia, wieżyczki i kwadratowe baszty. Pas glazurowanych czerwonych płytek wykazuje więcej niż powierzchowne podobieństwo do czerwonych płyt dachówek w starorzymskiej konstrukcji. Na moment mury przybierają nazwę Crosswall i przechodzą przez siedzibę firmy Equitas. Idą przez Vine Street (na parkingu pod numerem 35 kamera telewizji przemysłowej jest skierowana na stary odcinek niewidocznych dzisiaj murów) w stronę Jewry Street, która prawie dokładnie powiela linię murów aż do miejsca, w którym spotyka się z Aldgate. Tutaj o wszystkich budynkach można powiedzieć, że tworzą nowe mury miejskie oddzielające część zachodnią od części wschodniej. Znajdujemy tu Centurion House i drogerię Boots.

Schody stacji metra Aldgate prowadzą na poziom średniowiecznego Londynu, ale my podążamy za murami wzdłuż Duke's Place i Bevis Marks. Blisko skrzyżowania tych dwóch ulic znajduje się dzisiaj część "stalowego pierścienia" pomyślanego jako ochrona miasta. Na szesnastowiecznym planie miasta Bevis Marks powiela przebieg murów i do dzisiaj tak pozostało. Układ ulic nie zmienił się od wielu stuleci. Zachowały się nawet małe uliczki takie jak Heneage Lane. Na rogu Bevis Marks i St Mary Axe wznosi się budynek z białego marmuru z ogromnymi pionowymi oknami. Nad wejściem widać wielkiego złotego orła, niczym z jakiegoś cesarskiego sztandaru. Kamery znowu podążają za murami, które prowadzą wzdłuż Camomile Street w stronę Bishopsgate i Wormwood Street.

Mury znikają pod cmentarzem przy St Botolph's, za budynkiem z fasadą z białego kamienia i wielkich połaci ciemnego szkła, ale potem znowu pojawiają się ich fragmenty koło kościoła All Hallows-on-the-Wall, który starym zwyczajem wzniesiono po to, aby chronił te umocnienia i błogosławił im. Współczesna ulica tutaj nareszcie zyskuje nazwę London Wall. Brązowa kamienna wieża stoi nad budynkiem przy London Wall 85, bardzo blisko miejsca, gdzie niedawno znaleziono bastion z IV wieku, ale linia murów od Blomfield Street do Moorgate z grubsza pokrywa się z dziewiętnastowieczną zabudową biurową. Do północnej strony murów przylegał kiedyś zakład dla obłąkanych Bethlehem Hospital (Bedlam), ale on również już nie istnieje. Niepodobna jednak nie czuć obecności i potęgi murów obronnych, kiedy idzie się tą wyprostowaną później ulicą powstałą w końcowym okresie rzymskiej okupacji. Za Moorgate wznoszą się nowe mury zbudowane na wojennych ruinach. Bomby, które spadły na Londyn podczas drugiej wojny światowej, odsłoniły pogrzebane przez stulecia pozostałości dawnych murów i wciąż można dostrzec rzymskie i średniowieczne odcinki porośnięte teraz trawą i mchem. Ale wokół tych starych kamieni obecnie błyszczy marmur i polerowany kamień nowych budynków, które zdominowały miasto.

Wokół miejsca po wielkim rzymskim forcie, w północno-zachodnim rogu murów, wznoszą się dzisiaj nowe twierdze i wieże: Roman House, Britannic Tower, City Tower, Alban Gate (którą niewielkim nakładem pracy można by przemianować na Albion Gate) oraz betonowe i granitowe wieże Barbican, które przywróciły podniosły ascetyzm i brutalność niegdysiejszemu miejscu zakwaterowania rzymskich legionów. Nawet tutejsze pasaże znajdują się mniej więcej na tej samej wysokości co przedpiersia starych murów obronnych.

Dalej mury skręcają na południe, a na zachód od Barbican Centre można zobaczyć zachowane długie odcinki schodzące na dół w stronę Aldersgate. Po drodze od Aldersgate przez Newgate do Ludgate mury pozostają w większości niewidoczne, ale można dostrzec sugestywne znaki ich przebiegu. W Postman's Park, nieco na północ od nich, wyrzeźbiono Minotaura, owo wielkie antyczne zwierzę. Plamiste, poczerniałe kamienne bloki Sessions House koło Old Bailey jeszcze dzisiaj wyznaczają zewnętrzne granice fortyfikacji miejskich, a młodszy mur na Amen Court, z tyłu Old Bailey, wygląda jak zjawa z cegły i zaprawy. Za St Martin's Ludgate przecinamy Ludgate Hill, wchodzimy na Pilgrim Street, mijamy Pageantmaster Court, gdzie linie kolejki City Thames Link biegną równolegle do trasy niegdysiejszej floty rzecznej, i wreszcie docieramy nad wodę, gdzie mury swego czasu nagle się kończyły.

Mury miejskie otaczały obszar około 1,3 kilometra kwadratowego. Potrzeba było mniej więcej godziny, aby je obejść, i współczesnemu pieszemu wędrowcowi zajęłoby to tyle samo czasu. Ulice koło murów nadal są przejezdne. Większość fortyfikacji została zburzona dopiero w roku 1760. Do tego czasu miasto przypominało twierdzę i w islandzkich sagach było znane jako Lundunaborg, Forteca Londyn. Stale je przebudowywano, jakby bezpieczeństwo i tożsamość miasta zależały od przetrwania tych starych kamiennych konstrukcji. W pobliżu nich wznoszono kościoły, a bram pilnowali pustelnicy. Przedstawiciele bardziej świeckich zawodów budowali przy murach domy lub drewniane chaty, tak że wszędzie było widać (i być może czuć) specyficzne połączenie butwiejącego drewna i spleśniałego kamienia. Ich późniejszy odpowiednik można dostrzec w ceglanych łukach dziewiętnastowiecznych linii kolejowych wykorzystywanych jako sklepy i garaże.

Nawet po zburzeniu mury miejskie żyły dalej. Ich kamienne boki włączono w kościoły i inne gmachy publiczne. Odcinek przy Cooper's Row przylegał do podziemnych pomieszczeń magazynu izby celnej, a nad ziemią wyznaczał przebieg fundamentów domów. Tak powstał na przykład osiemnastowieczny Crescent - rząd domów w kształcie półksiężyca - obok America Square, zaprojektowany przez George'a Dance'a Młodszego w latach siedemdziesiątych XVII wieku. Zatem później stawiane domy niejako tańczą na ruinach dawnego miasta. W XIX i XX wieku ciągle odkrywano fragmenty murów, dzięki czemu można było w całości odtworzyć kolejne etapy ich istnienia. Na przykład w 1989 roku we wschodniej części murów odkryto osiem szkieletów z późnych czasów rzymskich. Odkopano również wiele szkieletów psów, w okolicy zwanej Houndsditch (grób psa).

Często można się spotkać z poglądem, że rzymskie mury obronne od początku wyznaczały granice rzymskiego Londynu, ale najeźdźcy rządzili Londynem od stu pięćdziesięciu lat, zanim zbudowano mury, i w tym długim czasie miasto przeszło przez wiele faz rozwoju, czasem krwawych, czasem ognistych.

W 55 roku p.n.e. oddziały wojskowe pod dowództwem Juliusza Cezara zdobyły Brytanię i zmusiły plemiona żyjące wokół Londynu do zaakceptowania rzymskiej hegemonii. Prawie sto lat później Rzymianie powrócili z bardziej konkretną strategią inwazji i podboju. Wojska przypuszczalnie przekroczyły rzekę w Westminsterze, Southwark lub Wallingfordzie i założyły tymczasowe obozy w Mayfair lub Elephant and Castle. W kontekście niniejszej kroniki istotne jest tylko to, że zarządcy i dowódcy ostatecznie wybrali Londyn jako główne miejsce osadnictwa ze względu na strategiczne walory terenu i korzyści handlowe wynikające z nadrzecznego położenia. Nie wiemy, czy Rzymianie zajęli opuszczoną osadę, której mieszkańcy uciekli drewnianymi traktami na mokradła i do lasów. Wydaje się prawdopodobne, że najeźdźcy od początku zdawali sobie sprawę ze znaczenia tego miejsca. Dysponowali ujściem rzeki z dwoma morskimi pływami dziennie. Londyn stał się zatem najważniejszym punktem handlu morskiego na południu Brytanii i węzłem sieci dróg, które przetrwały prawie dwa tysiące lat.

Zarysy tamtego pierwszego miasta zostały odsłonięte dzięki pracom wykopaliskowym. Dwie główne żwirowe ulice biegły równolegle do rzeki na wschodnim wzgórzu. Jedna z tych ulic, ciągnąca się wzdłuż Tamizy, wciąż jest widoczna w układzie zabudowy Cannon Street i Eastcheap. Druga droga, około stu metrów na północ, pokrywa się ze wschodnim odcinkiem Lombard Street przed jej zbiegiem z Fenchurch Street. Tutaj leżą prawdziwe źródła współczesnego Londynu.

A potem powstał most. Drewniany rzymski most przecinał rzekę mniej więcej sto metrów na wschód od pierwszego kamiennego London Bridge, łącząc obszar na zachód od St Olav's Church w Southwark z końcem Rederes (Pudding) Lane na północnym brzegu. Nie znamy dokładnej daty jego budowy, ale musiał się wydawać majestatyczną, a nawet nadprzyrodzoną konstrukcją, zwłaszcza rdzennym mieszkańcom, którzy osiedlali się na terenach rządzonych przez Rzymian. Co druga londyńska legenda powstała na jego fundamentach. Na nowym drewnianym gościńcu dokonywano cudów i doświadczano wizji. Ponieważ służył poskromieniu rzeki, być może zaprzągł do swoich celów moc jakiegoś boga. A przecież ten bóg musiał być wściekły, że odebrano mu władanie rzeką. Stąd wszystkie zapowiedzi zemsty i zniszczenia zawarte w słynnej rymowance "London Bridge się wali".

Nie ma jasności, czy Londinium na początku służyło jako rzymski obóz wojskowy. Z pewnością szybko stało się centrum zaopatrzeniowym. W najwcześniejszych etapach musimy sobie wyobrazić grupę małych domów z glinianymi ścianami, dachami ze strzechy i klepiskiem zamiast podłogi. Biegły między nimi wąskie uliczki, a szereg większych łączył dwa główne ciągi komunikacyjne, nad którymi unosiły się zapachy i gwar zapracowanej ludności. Były warsztaty, karczmy, sklepy i kuźnie, a nad rzeką magazyny i warsztaty skupiły się wokół kwadratowego portu. Ślady po takim drewnianym porcie znaleziono w Billingsgate. Przy gościńcach, z których korzystał każdy podróżujący do Londynu, były gospody i kramy. Tuż za miastem stały okrągłe chaty w starym brytyjskim stylu, pełniące funkcję magazynów, a na obrzeżach miasta znajdowały się drewniane zagrody dla bydła.

Zaledwie kilka lat po fundacji miasta, datowanej na okres od 43 do 50 roku n.e., rzymski historyk Tacyt mógł napisać o Londynie jako przybytku negotiatores i miejscu dobrze znanym ze świetnego handlu. W niecałą dekadę Londyn przeobraził się zatem z bazy zaopatrzeniowej w kwitnące miasto.

Negotiatores to niekoniecznie kupcy, ale również ludzie negotium, co oznacza "pracę" bądź "zatrudnienie". Można ich nazwać handlarzami i maklerami. Dostrzegamy więc tutaj pewną ciągłość. W budynkach ze lśniącego szkła, które teraz stoją na rzymskich murach, pracują maklerzy, którzy są bezpośrednimi lub pośrednimi potomkami negotiatores przybyłych do Londynu w I wieku n.e. City zawsze stało na fundamentach pieniądza i handlu. To dlatego tutaj powstała siedziba prokuratora, wysokiego urzędnika rzymskiego, który czuwał nad finansami prowincji.

Londyn jest zatem ufundowany na władzy. Jest miejscem straceń i represji. Biedni zawsze byli tutaj liczniejsi od bogatych. Miasto doświadczyło wielu straszliwych klęsk ognia i śmierci. Po zaledwie dekadzie istnienia Londyn padł ofiarą pożaru, który całkowicie strawił jego budynki. W 60 roku n.e. Boudika i jej plemienna armia spustoszyła miasto ogniem i mieczem, mszcząc się na tych, którzy próbowali sprzedawać kobiety i dzieci Icenów w niewolę. Był to pierwszy przejaw apetytu miasta na ludzkie życie. Śladem niszczycielskiego dzieła Boudiki jest czerwona warstwa utlenionego żelaza pod warstwą spalonej gliny, drewna i popiołu. Czerwień to kolor Londynu, symbol ognia i destrukcji.

Rzymskie miasto jeszcze co najmniej raz zostało napadnięte przez plemiennych wojowników, pod koniec III stulecia, ale wtedy dysponowało już mocnymi fortyfikacjami. Zaraz po najeździe Boudiki przystąpiono do odbudowy. Gdyby ktoś dzisiaj stanął na wielkim skrzyżowaniu w City, tam, gdzie Gracechurch Street oddziela Lombard Street od Fenchurch Street, miałby przed sobą główne wejście na rzymskie forum publiczne, ze sklepami, kramami i warsztatami po obu stronach. Nowe forum zbudowano ze skały osadowej z Kentu, transportowanej statkami z Medway. Ze swoimi tynkowanymi ścianami budynków i czerwonymi dachówkami był to mały fragment Rzymu przeszczepiony do obcej ziemi.

Wpływ cywilizacji rzymskiej okazał się jednak trwały pod wieloma względami. Urząd głównego kasjera osiemnastowiecznego Bank of England był wzorowany na rzymskiej świątyni, podobnie jak bazylika usytuowana po lewej stronie wczesnego forum. Przez stulecia Londyn sławiono lub piętnowano jako nowy Rzym - siedlisko potęgi i chwały lub zepsucia, zależnie od gustu - i można bez przesady powiedzieć, że część swojej tożsamości miasto zawdzięcza swoim pierwszym budowniczym.

Londyn zaczął się rozrastać i rozkwitać. Pod koniec I wieku w tym samym miejscu zbudowano większe forum i większą bazylikę. Bazylika przewyższała rozmiarami St Paul's, siedemnastowieczną katedrę Wrena na Ludgate Hill. Na północny zachód, tam, gdzie dzisiaj znajduje się Barbican, powstała wielka twierdza. Były łaźnie publiczne, świątynie, sklepy i kramy; był amfiteatr w miejscu obecnego Guildhall, i arena wyścigów nieco na południe od St Paul's - dzięki niezwykłej alchemii miasta nazwa Knightrider Street (ulica Jeźdźców) przetrwała prawie dwa tysiące lat.

Relikty tamtych czasów możemy znaleźć również na innych ulicach, chociaż nie w ich nazwach. Na rogu Ironmonger Lane i Prudent Passage odkryto pozostałości rzymskiej ulicy, przy której stało co najmniej siedem manufaktur. Kilka stuleci później strawił je pożar i dopiero po około pięciuset latach, na początku IX wieku, wzniesiono w tym miejscu nowe budynki. W XII wieku, kiedy nazwa Ironmonger Lane pojawia się w annałach historii, pierzeje tej ulicy wciąż przebiegały zgodnie z liniami wytyczonymi ponad tysiąc lat wcześniej. Budynki stały tam jeszcze w XVII wieku, będąc przykładem niezwykłej ciągłości w życiu miasta.

Możemy wymienić wiele ulic z tej okolicy - Milk Street, Wood Street, Aldermanbury i inne - jako widoczne pozostałości rzymskiego horyzontu ulic. Charakterystyczne jest również, że wielkie targowiska londyńskie w Cheapside i East Cheap do niedawna leżały przy ulicach wytyczonych przez Rzymian wkrótce po ich przybyciu. Na przestrzeni pięćdziesięciu lat, do końca I wieku, wykrystalizowało się przeznaczenie Londynu. Miasto stało się stolicą administracyjną i polityczną kraju, a także jego głównym ośrodkiem handlowym. Ten węzeł komunikacyjny i gospodarczy rządził się imperialnymi prawami handlowymi, matrymonialnymi i wojskowymi, prawami, które przetrwały odejście Rzymian. Pod wszystkimi istotnymi względami było to miasto-państwo z własnym, niezależnym rządem, aczkolwiek powiązane bezpośrednimi relacjami z Rzymem. Ta niezależność i autonomia miała się stać ważnym wątkiem późniejszych dziejów miasta.

W fazie najsilniejszego rozwoju, pod koniec I wieku, miasto liczyło około trzydziestu tysięcy mieszkańców. Byli to żołnierze, kupcy, przedsiębiorcy, rzemieślnicy i artyści, Celtowie i Rzymianie, wszyscy wymieszani ze sobą. Zamożniejsi kupcy i urzędnicy mieszkali w okazałych kamienicach, ale domostwo typowego londyńczyka było jednoizbowe, ze ścianami ozdobionymi malowidłami lub mozaiką.

Zachowały się listy dotyczące finansów i handlu, ale także bardziej prywatnych spraw. "Primus zrobił dziesięć kafli. Wystarczy! [...] Austalis od dwóch tygodni codziennie gdzieś przepada - skaranie boskie z nim! [...] Londyn, koło świątyni Izydy. [...] Clementinus zrobił ten kafel". Są to najstarsze zarejestrowane słowa londyńczyka, wydrapane na odłamkach kafla czy garnka i przypadkowo zachowane pośród wszystkich nawarstwionych ruin. Znaleziono również pobożniejsze pamiątki, z inskrypcjami na cześć zmarłych i modłami do bogów. Odkryto też stemple na recepty optyka, który proponował leki na cieknące oczy, zapalenia i słaby wzrok.

Nasz obraz przeszłości stałby się trochę wyraźniejszy, gdybyśmy umieli poskładać rozproszone ślady w jedną całość. Pod Thames Street znaleziono wielką, długą na ponad trzydzieści centymetrów dłoń z brązu, a w samej Tamizie głowę cesarza Hadriana, również nadnaturalnej wielkości. Mamy więc prawo sądzić, że miasto zdobiły wielkie posągi. Odkryto fragmenty łuku triumfalnego wraz z kamiennymi freskami ukazującymi bogów i boginie. To jest miasto świątyń i monumentalnej architektury. Były również łaźnie publiczne, w tym jedna przy North Audley Street, dosyć daleko od City. Kiedy robotnicy pod koniec XIX wieku odkryli sklepioną podziemną komnatę, wciąż była do połowy wypełniona wodą. Figurki wotywne i sztylety, święte urny i sztabki srebra, miecze, monety i ołtarze - wszystko to składa się na wizerunek miasta, w którym handel i przemoc łączyły się ze szczerym duchem religijnym. Najmniejsze szczegóły mogą obfitować w znaczenia. Na dnie rzeki Walbrook znaleziono ponad sto stili (stilus - metalowe rylce do pisania) - pracowici skrybowie po prostu wyrzucali zużyte pióra przez okno. Tworzy to obraz zapracowanego życia, który pasuje do każdej epoki w dziejach Londynu.

Na tym wczesnym etapie bezpieczeństwo i dostatek Londynu nie były jednak zapewnione. Niczym organiczna istota Londyn rozrastał się i rozwijał na zewnątrz, stale dążąc do zagarniania nowych obszarów, ale przechodził też okresy zmęczenia i osłabienia, kiedy genius loci chował głowę. Ślady takich zmian możemy znaleźć przy tym samym wschodnim brzegu Walbrook, z którego cesarscy skrybowie wrzucali do wody "pióra". W 1954 roku odkryto tutaj ruiny świątyni poświęconej Mitrze, a później innym pogańskim bóstwom. Wśród rzymskich londyńczyków wyznawanie wielu religii nie było niczym niezwykłym. Istnieją na przykład dowody na to, że wierzenia mieszkających od dawna na wyspie plemion celtyckich włączono w swoistą rzymsko-celtycką formę religijną. Misteryjny kult Mitry, z jego obrzędami inicjacyjnymi i arkanami tajemnego rytuału, stanowi odbicie nastrojów niepewności i zagrożenia.

Po epoce rozkwitu obejmującej I i II wiek nastąpił bardziej nierówny okres, w którym rozwój przeplatał się z upadkiem. Gorsze lata po części wiązały się z dwoma wielkimi duchami tytularnymi Londynu, pożarem i zarazą, ale istotną rolę odegrało również słabnięcie i rozkład imperium. Około 200 roku n.e., blisko pięćdziesiąt lat przed powstaniem świątyni Mitry, wokół Londynu zbudowano wielki mur. Świadczy to o poczuciu zagrożenia, lecz także o tym, że miasto dysponowało ogromnymi środkami. Wielkie obszary wewnątrz murów były puste bądź wykorzystywano je jako pastwiska, ale w eleganckiej dzielnicy nad rzeką wznoszono piękne świątynie i domy. W III wieku powstała pierwsza londyńska mennica, co znowu pokazuje prawdziwą naturę tego miasta. W tym samym stuleciu zbudowano nadrzeczny mur, uzupełniając miejski system obronny.

Kim byli i czym się zajmowali mieszkańcy w ostatnich dziesięcioleciach istnienia rzymskiego Londynu? W większości mieli korzenie rzymsko-brytyjskie i niekiedy rządził nimi brytyjski "król". Jednak Londyn od samego początku był miastem mieszanym ludnościowo, jego ulice zamieszkiwali przedstawiciele różnych nacji, nie wyłączając rdzennych plemion celtyckich, które przez trzysta lat w sposób naturalny przyjęły nowy porządek. Miasto rzymskie obejmuje okres równie długi jak od późnych Tudorów do dzisiaj, ale pozostały po nim głównie milczące relikty w postaci rozproszonych pucharów i kości do gry, skrobaczek kąpielowych i dzwonków, tabliczek do pisania i kamieni milowych, brosz i sandałów. Czy jesteśmy w stanie sprawić, aby te przedmioty do nas przemówiły?

W tej długiej epoce zdarzały się oczywiście okresy zawirowań i wojen. Z pewnością nie wszystkie zostały zapisane w kronikach, ale o kilku burzliwych konfliktach wiemy. Ciemności się rozpraszają i widzimy zastygłą scenę spowijającą jeszcze większą tajemnicą procesy historyczne, których jest częścią. Rzymski cesarz Allectus popłynął na Brytanię, aby stłumić lokalną rewoltę. Pokonawszy buntowników, założył siedzibę w Londynie. Celtycki naczelnik Asclepiodotus wyruszył przeciwko zwycięzcy. Pod Londynem doszło do wielkiej bitwy, którą wygrali Brytyjczycy. Rzymskie niedobitki schroniły się za murami i zamknęły bramy. Sprowadzono maszyny oblężnicze i sforsowano mury. Celtowie wtargnęli do miasta i dowódca ostatniego legionu błagał o litość. Uzgodniono, że Rzymianie wycofają się i wsiądą na statki, ale jedno z plemion lub grupa wojowników nie wypełniła porozumienia: zaatakowano rzymskich żołnierzy, na rytualną celtycką modłę obcięto im głowy i jak pisze Geoffrey of Monmouth, wrzucono je do "strumienia w mieście [...] po anglosasku zwanego Galobroc". W latach sześćdziesiątych XVIII wieku na dnie od dawna płynącej pod ziemią rzeki Walbrook znaleziono wiele czaszek. Reszta jest milczeniem.

Z tego jednego zdarzenia nie możemy jednak wyciągać wniosku, że ówczesne dzieje Londynu są dziejami wojny plemion ze wspólnym rzymskim wrogiem. Wszystkie poszlaki wskazują na coś przeciwnego, a mianowicie na daleko posuniętą współpracę handlową i gospodarczą, która zachęcała do zachowania ciągłości administracyjnej. W okresie rzymskim wykształcił się już londyński typ ludzki, być może ze swoistą "ziemistą" cerą, która w późniejszych latach miała się stać cechą charakterystyczną mieszkańców miasta. Obywatele bez wątpienia posługiwali się łacińską gwarą, która zawierała rdzenne elementy, a ich wierzenia religijne były nie mniej synkretyczne i swoiste. Świątynia Mitry to tylko jeden przykład religii misteryjnej - domeny przede wszystkim kupców i urzędników - ale wiara chrześcijańska nie była nieznana. W 313 roku n.e. niejaki Restitus uczestniczył w soborze w Arles jako biskup Londynu.

Podobnie eklektyczna i pragmatyczna była działalność gospodarcza w mieście. Dzielnice handlowe i wojskowe wciąż funkcjonowały, ale dane archeologiczne świadczą o tym, że wiele budynków publicznych popadło w ruinę, a zamieszkane wcześniej tereny zasypano ziemią dla celów rolniczych. Gospodarstwa rolne i winnice w obrębie murów miejskich mogą zaskakiwać, ale jeszcze za czasów Henryka II połowa Londynu była obszarem niezabudowanym z polami, sadami i ogrodami. Z III i IV wieku pochodzą ślady dużych kamiennych konstrukcji, które mogły być budynkami rolniczymi. Mielibyśmy zatem paradoksalną sytuację z wiejskimi właścicielami ziemskimi w granicach miasta. Miasto z pewnością nadal było dostatecznie silne, aby oprzeć się atakom grabieżczych plemion. W 368 roku Attacotti spustoszył wielkie obszary Kentu, ale nie poważył się najechać na Londyn.

W 410 roku Rzym cofnął jednak opiekuńczą dłoń, która tak jak ręka znaleziona pod Thames Street była z brązu, a nie ze złota. Istnieją relacje o napaściach Anglów i Sasów, ale nic nie wiadomo o żadnych wielkich kryzysach lub zmianach. Wiele jednak wskazuje na to, że miasto podupadło. Przy Lower Thames Street była łaźnia, którą w V wieku porzucono. Szkło się rozbiło, a wiatr zniszczył dach. Później, po zawaleniu się dachu, ściany wschodniej części kompleksu systematycznie rozbierano. Pośród gruzów archeolodzy znaleźli anglosaską broszkę zgubioną przez kobietę, która chodziła po tych ruinach.

Przybycie Anglosasów datuje się na początek V wieku, kiedy według historyka Gildasa ziemię Brytanii polizał "czerwony, dziki język". W niektórych miastach "na ulicach leżały wierzchołki strzelistych wież zwalonych na ziemię, kamienie z wysokich murów, święte ołtarze, części ludzkich ciał". W rzeczywistości jednak Anglowie i Sasi już wcześniej mieszkali w regionie Londynu. Z badań archeologicznych wynika, że pod koniec IV wieku żołnierze pochodzenia germańskiego strzegli Londynu pod sztandarami cesarskich legionów.

Kiedyś sądzono, że przybycie Anglosasów doprowadziło do zniszczenia i opuszczenia miasta. De facto na obszarze Londynu, z którego wycofało się cesarstwo, nie było pożogi ani rzezi. W wielu miejscach znaleziono warstwę "ciemnej ziemi", która miała wskazywać na upadek i rozkład, ale współcześni eksperci sugerują, że warstwa ciemnej gleby może być świadectwem okupacji, a nie destrukcji. Dysponujemy dowodami, że w tym okresie, zwanym kiedyś wiekami ciemnymi, Londyn był zamieszkany w sposób ciągły. Wiemy, że przepisy londyńskiego prawa z epoki rzymskiej - zwłaszcza dotyczące dziedziczenia i własności - obowiązywały przez cały okres średniowiecza. Innymi słowy, istniała tradycja administracyjna, której okupacja anglosaska nie przerwała.

Stare kroniki mówią, że Londyn pozostał głównym miastem i twierdzą Brytyjczyków. W dziełach Nenniusa, Gildasa, Geoffreya of Monmouth i Bedy Czcigodnego Londyn jest wielokrotnie wymieniany jako niezależne miasto, a zarazem siedziba brytyjskich królów. To tutaj monarchowie byli intronizowani i stąd sprawowali władzę, a obywateli zwoływano na publiczne zgromadzenia. Była to również reduta, za której murami nieraz chronili się Brytyjczycy. Tutaj rezydowała brytyjska i rzymska szlachta. Londyn stanowił również jeden z wielkich ośrodków chrześcijaństwa. Ówcześni brytyjscy królowie - między innymi Vortigern, Vortimer i Uther - według dziejopisów mieszkali w Londynie i stąd rządzili.

Należy jednak pamiętać, że w tych starych kronikach odległość między interpretacją faktów i rekonstrukcją w wyobraźni jest niewielka. Na przykład czarnoksiężnik Merlin wygłasza wiele proroctw na temat przyszłości miasta. W Londynie można również spotkać inną wielką postać, która istnieje gdzieś na przecięciu mitu i historii: króla Artura. Według Matthew of Westminster Artura koronowano arcybiskupem Londynu, a Layamon dodaje, że po ingresie wódz Rycerzy Okrągłego Stołu przybył do Londynu. Znamieniem tej wielkomiejskiej kultury było jej wyrafinowanie. Na przykład Geoffrey of Monmouth pisze o zamożności i uprzejmości poddanych Artura, a także o "bogactwie" wszędzie widocznej sztuki dekoracyjnej. W opartym na wielu źródłach wielkim eposie Malory'ego Le Morte d'Arthur Londyn figuruje jako główne miasto królestwa. W okresie żałoby po śmierci Uthera Pendragona "Merlin udał się do arcybiskupa Canterbury i doradził mu, aby wysłał wszystkich panów królestwa i żołnierzy szlachciców do Londynu" i aby zebrali się "w największym kościele w Londynie" - czy chodziło o St Paul's, czy nie, o tym francuska księga nie wspomina. W późniejszych księgach eposu Elaine z Astolat jest pochowana nad Tamizą, sir Launcelot jedzie z Westminsteru do Lambeth przez tę samą rzekę, a Ginewra "przybyła do Londynu" i "zajęła Tower of London".

Mniej kontrowersyjne dokumenty historyków i kronikarzy uzupełniają barwny obraz tej sagi o prześwietnych osobistościach. Archiwa kościelne ujawniają, że w 429 roku odbył się synod w Londynie czy też w Verulamium. Ponieważ zwołano go w celu potępienia herezji głoszonych przez brytyjskiego mnicha Pelagiusza, nie ulega wątpliwości, że w regionach wokół Londynu nadal istniała żywa kultura religijna.

Jak czytamy w jednej z ówczesnych kronik, dwanaście lat później prowincje brytyjskie zaakceptowały władztwo Anglosasów. Chociaż źródło to milczy na temat losów Londynu, wydaje się, że zachował on swoją niezależność jako miasto-państwo. Należy jednak przyjąć, że w połowie VI wieku miasto podporządkowało się rządom anglosaskim. Znaczną część obszaru za murami wykorzystywano jako pastwiska, a wielkie tereny publiczne pełniły funkcje targowisk, zagród dla krów bądź przestrzeni dla drewnianych sklepów i domów ludności, która mieszkała pośród monumentalnych ruin odległej epoki. Zachował się piękny anglosaski - staroangielski - poemat o materialnych reliktach jednego z takich brytyjskich miast. Są to enta geweorc, "dzieła olbrzymów", zniszczone pamiątki po wielkim rodzie, który wymarł hund cnect - sto pokoleń temu. Z opisów zburzonych wież i pustych sal, zawalonych dachów i porzuconych łaźni przebija połączenie smutku i podziwu. Pojawiają się również sugestie innej prawdy. Kamienna substancja tego pradawnego miasta padła ofiarą wyrde, przeznaczenia, i upływu czasu, a nie gwałtownej napaści grabieżców. A zatem Anglosasi niekoniecznie byli niszczycielami. Wspomniany poemat zawiera świadectwo autentycznej czci dla pełnych chwały dawnych czasów i dla beohrtan burg, "jasnego grodu", w którym niegdyś mieszkali herosi.

Możemy się pokusić o odtworzenie kształtu urbanistycznego anglosaskiego Londynu. Zbudowano kościół katedralny, a w okolicach skrzyżowania dzisiejszych Wood Street i Aldermanbury stał pałac króla. W kronikach z VII wieku czytamy o "sali królewskiej" (king's hall) w Londynie i jeszcze dwa stulecia później mówiono o nim jako o "prześwietnym miejscu i mieście królewskim". Lokalizacja pałacu królewskiego koło starej rzymskiej twierdzy w północno-zachodniej części miasta sugeruje, że umocnienia istniały nadal. Znajdujemy wszakże jeszcze bardziej frapujący przykład ciągłości. Do najważniejszych odkryć archeologicznych ostatnich lat należy znalezienie rzymskiego amfiteatru w miejscu, gdzie dzisiaj stoi Guildhall. Wiemy, że właśnie tutaj, na północny wschód od katedry, Anglosasi zwoływali zgromadzenia ludowe. Wydaje się zatem pewne, że Anglosasi obradowali w starożytnym rzymskim amfiteatrze. Fakt, że siedzieli i spierali się na kamiennych ławach zbudowanych ponad dwa stulecia wcześniej, rzuca sugestywne i ciekawe światło na ich związki z odległą przeszłością. Również sugestywne jest oczywiście to, że w tym samym miejscu wzniesiono współczesny ratusz. Można tutaj mówić o co najmniej administracyjnej ciągłości. Z drugiej strony wydaje się bardzo prawdopodobne, że wielkie, otoczone murami miasto było znane jako ośrodek władzy.

To by wyjaśniało lokalizację kwitnącego miasta anglosaskiego Lundenwic - wic znaczy "targ" - w okolicy zwanej dzisiaj Covent Garden. Innymi słowy, tuż za murami potężnego miasta powstała typowa anglosaska miejscowość.

Możemy sobie wyobrazić kilkaset osób mieszkających na obszarze od Covent Garden po Tamizę. Niedawno znaleziono ich piece i wyroby gliniane, razem ze szpilkami, szklanymi kielichami, grzebieniami, narzędziami z kamienia i ciężarkami do krosien. Przy Exeter Street, niedaleko Strandu, odkopano rzeźnię, a na Trafalgar Square - budynki gospodarskie. Wszystko wskazuje więc na to, że kwitnącą miejscowość targową otaczały małe osady rolnicze. Nazwy anglosaskich wiosek przetrwały do dzisiaj w dzielnicach znacznie większego Londynu, między innymi Kensington, Paddington, Islington, Fulham, Lambeth i Stepney. O nieregularnym przebiegu Park Lane zdecydowały kształty pól anglosaskich rolników. Również Long Acre odzwierciedla tę sielską tradycję. Była to zatem rozległa wspólnota i niewykluczone, że Beda mówił o Lundenwic, a nie o Londynie, kiedy opisywał miasto położone "nad brzegami Tamizy, [...] ośrodek handlowy dla wielu narodów, które przybywają lądem i morzem".

Dokumenty z okresu 673-685 dotyczą przepisów, których musieli przestrzegać mieszkańcy Kentu, prowadząc handel wymienny w Lundenwic. W tym samym czasie w obiegu znajdowały się złote monety ze stemplem LONDUNIU, a zatem nie musiało być rozdziału między administracyjnym Londynem i handlowym Lundenwic. Ponadto cały czas trwał proces asymilacji i absorpcji rdzennych Brytyjczyków i anglosaskich osadników, którego motorem były mieszane małżeństwa i pokojowa wymiana handlowa. Dowody na to można znaleźć w najbardziej wiarygodnym ze źródeł, a mianowicie w języku, ponieważ w "saskim" angielskim występuje wiele starobrytyjskich słów. Należą do nich basket (kosz), button (guzik), coat (płaszcz), gown (suknia), wicket (furtka) i wire (drut), można zatem sądzić, że to Brytyjczykom należy przypisać umiejętności koszykarskie i dziewiarskie. Inne angielskie słowo świadczy o mieszanym charakterze zaludnienia Londynu: nazwa Walbrook pochodzi od Weala broc, "potoku Walijczyków", co wskazuje, że wciąż istniała odrębna dzielnica dla "prawdziwych Brytyjczyków" w ich pradawnym mieście.

Beda Czcigodny utrzymuje, że Londuniu było stolicą wschodnich Anglosasów, ale wydaje się, że w okresie średniosaskim miasto podporządkowywało się władzy każdego króla, który dominował w regionie - między innymi królom Kentu, Wesseksu i Mercji. Można to wręcz uznać za handlową nagrodę dla każdego skutecznego władcy, do czego dochodził fakt, że otoczone murami miasto było tradycyjnym siedliskiem władzy. W świetle tych politycznych zmian nie dziwi jednak, że główne źródło ciągłości stanowił Kościół chrześcijański. W 601 roku, cztery lata przed przybyciem św. Augustyna, papież proklamował Londyn głównym biskupstwem całej Brytanii. Trzy lata później Ethelbert of Kent zbudował kościół katedralny St Paul's. Później otrzymujemy suchą listę kościelnych rządców. W roku powstania katedry arcybiskup Brytanii św. Augustyn wyświęcił Mellitusa na biskupa Londynu. Mieszkańcy oficjalnie stali się chrześcijanami, ale trzynaście lat później, po zmianie władzy królewskiej, Mellitus został wygnany. Wrodzone pogaństwo Londynu na chwilę podniosło głowę, po czym miasto powróciło do katolickiej wspólnoty.

A potem przyszli Duńczycy. Splądrowali Lindisfarne i Jarrow, zanim skierowali uwagę na południe kraju. Anglo-Saxon Chronicle notuje, że w 842 roku była "wielka rzeź w Londynie", bitwa, w której odparto wikingów. Dziewięć lat później powrócili i po złupieniu Canterbury popłynęli w górę Tamizy, by flotą 350 statków zaatakować Londyn. Całkiem prawdopodobne, że mury miejskie wzdłuż rzeki znajdowały się już w stanie ruiny, ale nawet gdyby Anglosasi je naprawili, fortyfikacje nie wytrzymałyby naporu armii najeźdźców. Londyn został zajęty i splądrowany. Wielu obywateli zapewne uciekło. Pozostali zgodnie z obyczajem wikingów zginęli od miecza, a ich chaty i sklepy pochłonął ogień. Niektórzy historycy uznali wydarzenia z 851 roku za przełomowy moment w dziejach Londynu, ale chyba świadczy to o niezrozumieniu natury miasta, które wiecznie podnosi się z pożogi i ruiny. Na przestrzeni historii takie zmartwychwstania wręcz określały jego tożsamość.

Najeźdźcy powrócili szesnaście lat później. Ich wielka armia maszerowała przez Mercję i East Anglia z zamiarem zajęcia Wesseksu. W 872 roku zbudowali obóz pod Londynem i wydaje się prawdopodobne, że ich celem było uzyskanie kontroli nad miastem i niecką Tamizy, aby mogli ściągać daninę od sąsiednich królestw. Z pewnością zajęli miasto, które służyło jako garnizon i baza magazynowa. Zostali tutaj przez czternaście lat. A zatem Londyn nie był miastem w ruinie, jak sugerowali niektórzy, lecz prężnym ośrodkiem administracyjno-zaopatrzeniowym. Normański dowódca Halfdere bił własną srebrną monetę, której wzór, co ciekawe, jest oparty na rzymskich oryginałach. Tradycja "robienia pieniędzy" w sensie dosłownym utrzymuje się w Londynie od tamtych zamierzchłych czasów, co stanowi kolejny dowód na organiczną ciągłość jego życia finansowego. Monety bito w Londynie dla Alfreda, w jego roli wasala króla Wesseksu. Miejscowa ludność raczej nie miała tyle szczęścia co Alfred. Liczne garnce z monetami zakopane w pierwszym roku normańskiej okupacji świadczą o tym, że bogatsi obywatele salwowali się ucieczką, tak samo jak każdy Anglik, który miał taką możliwość.

Potem, w 883 roku, Alfred Wielki ściągnął pod mury miasta angielską armię i przystąpił do oblężenia. Londyn był smakowitym kąskiem, który po trzech latach przypadł w udziale Alfredowi. Właśnie z Londynu oficjalnie ogłosił on swoją hegemonię nad całym regionem i "podporządkował się mu cały angielski lud, który nie był pod władztwem Duńczyków". Innymi słowy, nawet po zajęciu przez Normanów Londyn pozostał symbolem władzy. Duńczycy złożyli ofertę pokojową i przyznano im terytorium na wschód od rzeki Lea. Londyn stał się więc miastem granicznym, Alfred przystąpił zaś do jego rozbudowy i umocnienia. Mury miejskie odbudowano, nabrzeża odnowiono i cała działalność Lundenwic znalazła się w granicach odrodzonego miasta. W tym momencie Lundenwic wkracza do historii jako Aldwych, czyli "stary targ".

Londyn jeszcze raz powstał na nowo, ponieważ Alfred zrealizował projekt, który można uznać za wczesną próbę planowania przestrzennego. Tuż przy murach zbudował drogę z Aldgate do Ludgate, której przebieg znajduje odbicie w układzie ulic dzisiejszego miasta. Nowe ulice powstały też w pobliżu portów w Queenhithe i Billingsgate. Alfred założył Londyn od nowa i uczynił go miastem nadającym się do zamieszkania.

Miasto z pewnością było dostatecznie silne, aby odeprzeć ataki wikingów w kolejnych latach. W 893 i 895 roku burgwara, obywatele, wyszli nawet do napastników poza mury. Za drugim razem londyńczycy zniszczyli lub splądrowali okręty wroga. Fakt, że wikingowie nie byli w stanie wziąć odwetu na Londynie, świadczy o skuteczności jego fortyfikacji.

Odbudowa życia i potęgi Londynu nie musiała być wyłącznie dziełem Alfreda, chociaż jego wrodzony geniusz urbanistyczny sugeruje, że odegrał on wybitną rolę w tym procesie. Władztwo nad Londynem powierzył swojemu zięciowi Ethelredowi, a kościelnym i świeckim magnatom podarował grunty wewnątrz murów. W tym właśnie okresie powstał osobliwy podział ziemi, który do dzisiaj można odczytać w różnych dzielnicach i parafiach miasta. Obszar londyńskiej ziemi mogły wyznaczać strumienie lub układ pozostałości rzymskich, ale kiedy przydzielono go angielskiemu lordowi lub biskupowi, stawał się jego soke, lennem. Wznoszono kościoły - z drewna lub z wapienia i piaskowca - aby strzegły każdy precyzyjnie wytyczonego obszaru londyńskiej ziemi. Budynki sakralne stawały się z kolei głównymi punktami odniesienia dla małych wspólnot handlarzy, rzemieślników i innych.

Początek X wieku był okresem pokoju, aczkolwiek armia obywateli Londynu pomagała Alfredowi w jego dążeniu do wyswobodzenia tych brytyjskich regionów, które wciąż znajdowały się pod władzą Danelaw. Kroniki historyczne mówią tylko o tym, że zwierzchność nad Londynem uzyskali królowie Mercji. W 961 roku wybuchł wielki pożar, a po nim zaraza. Kościół katedralny St Paul's strawił ogień. Kolejny wielki pożar nawiedził miasto dwadzieścia jeden lat później i w tym samym roku trzy okręty wikingów zaatakowały wybrzeże Dorset. W następnych latach wikingowie wiele razy napadali na zamożne miasto. Z pewnością szczególnie pociągała ich londyńska mennica z jej zapasami srebra. Odbudowane przez Alfreda fortyfikacje były jednak dostatecznie mocne, aby przetrzymać kolejne szturmy. W 994 roku Duńczycy wysłali w górę Tamizy dziewięćdziesiąt pięć okrętów, aby uderzyły na miasto, ale londyńska armia odparła najeźdźców. Jak czytamy w Anglo-Saxon Chronicle, na Duńczyków "spadła większa rzeź i pogrom, niż [napastnicy] mogli się spodziewać po mieszczanach". Należy koniecznie podkreślić, że w okresie tych bitew i oblężeń Londyn stworzył własną armię, a tym samym zyskał pewną dozę niezależnej władzy. Miał cechy królestwa czy suwerennego państwa, których przez wiele stuleci nigdy do końca nie utracił.

Londyńscy żołnierze bez ustanku dawali odpór Duńczykom. Zdarzało im się zdobywać nieprzyjacielskie okręty i przypływać nimi do miasta. Pomaszerowali do Oksfordu, aby wspomóc swoich rodaków, i chociaż wikingowie od czasu do czasu pustoszyli okolice Londynu, samo miasto trzymało się mocno. Londyn zachował swoją pozycję kwitnącego portu. W 1001 roku islandzki poeta zanotował swoje wrażenia z nabrzeży, gdzie kupcy z Rouen, Flandrii, Normandii i Li?ge płacili ryczałtowe cło za swoje towary. Przywozili wełnę, sukno, deski, ryby i przetopiony tłuszcz. Mały statek płacił pół pensa cła. W drogę powrotną marynarze zabierali stąd świnie i owce.

W 1013 roku duński wódz Sweyn stanął na czele wielkiej armii najeźdźczej skandynawskich wojowników i pomaszerował na Londyn, "bo tam był król Aethelred". Jak czytamy w Anglo-Saxon Chronicle, "obywatele nie chcieli skapitulować, lecz wydali napastnikom bitwę". To jednak nie wystarczyło i po długim oblężeniu miasto się poddało. Rządzący monarcha zbiegł, lecz w następnym roku powrócił z zaskakującym sojusznikiem: norweskim Olafem. Normanowie Olafa podpłynęli swoimi okrętami pod London Bridge, przywiązali je linami i cumami do jego drewnianych słupów. Kiedy woda zaczęła opadać, liny się naprężyły i most runął do Tamizy: sławny epizod w dziejach tego obiektu. W ostatnich latach znaleziono w tym miejscu żelazne topory i miecze. W islandzkiej sadze czytamy, że "obywateli, którzy zobaczyli, że marynarka wroga zajęła rzekę, odcinając miasto od prowincji w głębi lądu, ogarnęła trwoga". Można dyskutować, czy rzeczywiście tak było, ponieważ uwalniano ich od tymczasowego i obcego króla, ale utrata mostu istotnie stanowiła poważne utrudnienie dla handlu i transportu. Saga kończy się jednak szczęśliwie, a w każdym razie zawiera następujący pochwalny fragment: "I zburzyłeś ich mosty, o, szturmie synów Odyna! Pierwszy i najzręczniejszy w bitwie. Tobie przypadła w udziale radość władania krętymi ulicami Londynu". Olaf został później beatyfikowany i w Londynie wzniesiono sześć kościołów pod jego wezwaniem, w tym jeden przy północno-wschodnim końcu mostu, który kiedyś zniszczył. St Olave przy Hart Street, do którego chodził Samuel Pepys, stoi do dzisiaj.

Przez następne trzy lata Anglicy i Normanowie nawzajem się oblegali i toczyli bitwy. Podczas tej długotrwałej wojny Londyn pozostawał najważniejszym ośrodkiem władzy. Po śmierci Aethelreda, a stało się to w 1016 roku, "wszyscy radcy, którzy byli w Londynie, i obywatele wybrali Edmunda na króla", mówi Anglo-Saxon Chronicle, z której wynika, że odbyło się zgromadzenie ludowe, na którym wybrano i intronizowano króla. W tym samym roku koronę zdobył Kanut, który ściągał daninę z całego kraju, przy czym jedna ósma całej sumy przypadała na Londyn.

Tymczasem ludność duńska, zajęta pokojowym handlem, osiedlała się za murami na obszarze niegdyś zamieszkanym przez Anglosasów. Kościół St Clement Danes przy końcu Strandu wyznacza miejsce ich osadnictwa. Nie można wykluczyć, że wspólnota plemienna Duńczyków mieszkała tutaj i pracowała od kilku pokoleń, ale dopiero w czasach Kanuta drewniany kościół przeobraził się w kamienny. Historycy sądzą, że spoczywają w nim doczesne szczątki Harolda Zajęczej Stopy, syna Kanuta. Dysponujemy również runiczną inskrypcją, z której wynika, że trzej duńscy wodzowie "leżą w Luntunum". A zatem znowu mamy obraz kwitnącego ośrodka handlowego zależnego od miasta za murami. William of Malmesbury sugeruje, że "obywatele Londynu" po długim okresie znajomości z Duńczykami "przyswoili sobie prawie wszystkie ich obyczaje", co ponownie wpisuje się w historię asymilacji.

Jeden obyczaj został gruntownie przyswojony. Obok kościoła St Clement Danes stał kiedyś kamienny krzyż, przy którym zbierał się sąd i tutaj również pobierano daniny feudalne. Za kawałek ziemi w okolicy płacono podkowami i żelaznymi gwoździami. Niektórzy historycy sądzą, że było to mgliste wspomnienie o pogańskim obrzędzie, lecz taki obrzęd istnieje również współcześnie. Na początku XXI wieku w Sądzie Skarbu, znajdującego się w Law Courts niedaleko starego krzyża, jako część czynszu dzierżawnego przekazuje się Koronie brytyjskiej sześć podków i sześćdziesiąt jeden ćwieków.

Zatem Duńczycy i londyńczycy prosperowali w okresie, w którym kroniki historyczne notują tylko działania "obywateli Londynu" lub "armii Londynu" jako niezależnej i w praktyce samorządnej wspólnoty. Kiedy jasnoskóry, pobożny Edward (później Edward Wyznawca) został namaszczony, według Anglo-Saxon Chronicle "wszyscy mężowie wybrali go na króla Londynu". Jeden ze statutów definiował Londyn - qui caput est regni et legum, semper curia domini regis - jako źródło prawa i władzy królewskiej.

ROZDZIAŁ 3 MIASTO BOGA - OPACTWO WESTMINSTERSKIE I ST BARTHOLOMEW

Edward Wyznawca pozostawił po sobie pomnik trwalszy aniżeli losy jego rodziny. Schronił się w pałacu i założył w Westminsterze klasztor.

Kościół istniał w tym miejscu od II wieku, ale badacze dziejów Londynu sugerują, że kiedyś stała tutaj pogańska świątynia Apolla. Znaleziono w pobliżu rzymski sarkofag i fragment mozaiki podłogowej. Niewątpliwie był to obszar o wielkim znaczeniu, ponieważ Westminster - a dokładniej mówiąc, Thorney Island (Ciernista Wyspa) na Tamizie, na której dzisiaj stoi parlament i opactwo - wyznaczały miejsce, gdzie droga z Dover łączyła się z Watling Street, która zmierzała dalej na północ. Podczas odpływu można było przekroczyć tutaj rzekę i jechać dalej wspaniałymi rzymskimi drogami. Topografia to jednak nie tylko układ dróg. Tothill Fields koło Westminsteru należały do zrytualizowanego miejsca władzy i kultu. Dokument z 785 roku mówi o "tym strasznym miejscu, które nazywa się Westminster". Słowo "straszny" odnosi się w tym kontekście do bojaźni bożej.

Powstanie opactwa westminsterskiego (Westminster Abbey) spowijają marzenia i wizje. W nocy przed wyświęceniem pierwszego anglosaskiego kościoła w tym miejscu (VII wiek) pewnemu rybakowi objawił się św. Piotr i z Lambeth został przewieziony łodzią na drugą stronę rzeki. Jego czcigodna postać przekroczyła próg nowej świątyni i natychmiast rozbłysło światło jaśniejsze od tysiąca świec. Tak rozpoczyna się historia St Peter's. Edward Wyznawca również miał widzenie, w którym został namówiony do wzniesienia wielkiego opactwa. Przechowywano w nim piasek z góry Synaj i ziemię z Kalwarii, belkę ze żłóbka Jezusa i drzazgi z jego krzyża, krew z Chrystusowego boku i mleko Marii Panny, palec św. Pawła i włos św. Piotra. Prawie tysiąc lat później William Blake miał tutaj wizję, w której mnisi szli nawą główną i śpiewali. Stulecie wcześniej ponownie pojawił się Edward Wyznawca: chórzysta natrafił na pękniętą trumnę czcigodnego króla i wyjął z niej czaszkę. I tak świątobliwy król zamienił się w głowę śmierci. Historia ta pasuje do opactwa, które stało się londyńską nekropolią. Pokolenia królów, możnych i poetów leżą tutaj razem w milczącej wspólnocie jako symbol tej wielkiej tajemnicy, w której przeszłość i teraźniejszość mieszają się ze sobą. Jest to tajemnica - i historia - Londynu.

Po założeniu St Bartholomew-the-Great (początek XII wieku) West Smithfield było świadkiem równie wielu cudów jak każde tego rodzaju miejsce w Rzymie czy Jerozolimie. W proroczym śnie Edward Wyznawca został poinformowany, że Bóg wybrał Smithfield jako miejsce swojego kultu. Edward modlił się tam następnego dnia i przepowiedział, że ta ziemia będzie składała świadectwo Bogu. W tym samym okresie trzech pielgrzymów z Grecji przyjechało do Londynu, który zyskał już sławę świętego miasta. Przyszli do Smithfield, padli na ziemię i przepowiedzieli, że stanie tam świątynia "sięgająca od wschodu do zachodu słońca".

"Księga erekcyjna" kościoła św. Bartłomieja, z której zaczerpnięte są te słowa, została napisana w XII wieku. Zawiera materiał do kontemplacji, ale również wskazówki na temat pobożności Londynu i londyńczyków. Thomas Rahere, normański szlachcic, podczas pielgrzymki do Rzymu zachorował na żółtą febrę i we śnie został porwany przez czworonożną skrzydlatą bestię na "wysoką górę", gdzie objawił mu się św. Bartłomiej i przemówił do niego: "Wolą i rozkazem całej Trójcy Świętej i za jednomyślną zgodą całej rady niebieskiej wybrałem miejsce na przedmieściu Londynu w Smithfield". Rahere miał tam wznieść tabernakulum Baranka. Wyprawił się więc do tego miasta i w rozmowie z "kilkoma londyńskimi baronami" usłyszał, że "miejsce wskazane mu przez Boga znajduje się w obrębie królewskiego targu i ani książęta, ani rządcy nie mogą zabrać żadnej jego części". Rahere wyprosił więc audiencję u Henryka I, aby wyjaśnić, z jaką misją Bóg przysłał go do Londynu. Król łaskawie przekazał mu prawa do kawałka ziemi, który w owym czasie był "bardzo małym cmentarzem".

Następnie Rahere "błaznował", aby zwerbować pomocników do wielkiego dzieła budowy. "Zjednał sobie czeredy dzieci i służących i z ich pomocą bez trudu gromadził kamienie". Kamienie te pochodziły z wielu obszarów Londynu i w tym sensie opowieść o budowie jest prawdziwym symbolem faktu, że St Bartholomew's był zbiorowym dziełem i wizją miasta. Kościół ten stał się mikrokosmosem.

Świątynia stanęła i zjechało wielu księży, aby żyć "pod regularną regułą" z założycielem jako przeorem. Od dnia poświęcenia, kiedy "światło zesłane z nieba rozbłysło nad kościołem i trwało nad nim przez godzinę", w jego murach nastąpiło tyle cudów, że kronikarz postanawia wymienić tylko te, których osobiście był świadkiem. Wolmer, kaleka wspierający się "na dwóch ciągniętych za sobą stołkach", został przyniesiony do St Bartholomew's w koszu, padł przed ołtarzem na twarz i został uleczony. "Kobiecie z parafii św. Jana" ozdrowiały "ułomne" nogi, a niemowa Wymonde zaczął mówić. Wiele z tych cudów zdarzało się w dniu św. Bartłomieja, w mieście istniała więc świadomość nie tylko świętości miejsca, ale również świętości czasu. Cudowne uzdrowienia następowały również w "szpitalu kościoła", obecnie St Bartholomew's Hospital. Zatem St Bartholomew's jest świątynią Ducha Świętego, która przetrwała prawie dziewięćset lat.

Kiedy grupa obywateli Londynu wybrała się w długą podróż do "najdalszych zakątków ziemi", groziła im katastrofa morska. Pocieszali się nawzajem słowami: "Czego się lękamy, ludzie małej wiary, skoro mamy w Londynie dobrego Bartłomieja, który dokonał tylu wielkich cudów?". W jednej z kaplic kościoła stał "ołtarz poświęcony Najświętszej Maryi Zawsze Dziewicy". Maryja objawiła się tutaj pewnemu bratu świeckiemu i oznajmiła: "Przyjmę ich modlitwy i śluby oraz obdarzę ich łaską i błogosławieństwem na wieki".

Kaplica przetrwała do dzisiaj, ale nie jest już celem pielgrzymek. Do kościoła św. Bartłomieja mało kto zagląda. Świątynia stoi trochę cofnięta przy łukowatej ulicy, która łączy targ mięsny ze szpitalem i wyznacza granicę terenu, na którym odbywał się Bartholomew Fair, jarmark św. Bartłomieja. Jednak św. Bartłomiej nadal może być uważany za jednego ze stróżów miasta - na początku XXI wieku dziesięć ulic wciąż nosi jego imię.

Londyn był zatem kiedyś świętym miastem. O Smithfield czytamy: "Bojaźń i zachwyt wzbudzi zatem to miejsce w każdym, kto rozumie, że nie ma tu nic prócz domu Boga i bramy niebios dla wierzącego". Inwokację tę powtarzają inni londyńscy wizjonerzy i mistycy. Właśnie tutaj, na brudnych, cuchnących ulicach miasta mogą się otworzyć "bramy niebios".

W Londynie jest wiele uzdrawiających świętych studzien. Większość z nich już dawno została jednak zasypana lub zniszczona. Pradawna studnia St Clement leży pod Law Courts, a Chad's Well pod St Chad's Street. Nad studnią Barneta stał najpierw przytułek, a później szpital, więc jej lecznicza aura nie do końca się rozwiała. Na tej samej zasadzie dziwnie nazwany, lecz skuteczny Perilous Pond - "niebezpieczny staw" - znajdował się koło St Luke's Hospital na Old Street. Uzdrowicielska studnia strzeżona przez mnichów, w pobliżu Cripplegate, nadal istnieje w nazwie Monkwell Street. Jedyna pradawna studnia, którą wciąż można zobaczyć, to Clerk's Well, obecnie osłonięta szybą, kilka metrów na północ od Clerkenwell Green. Przez wiele stuleci oglądano tutaj jasełka, a także bardziej świeckie zapasy i turnieje rycerskie. Święta studnia w Shoreditch - upamiętniona w nazwach Holy Well Row i Holy Well Lane - wyznacza miejsce, w którym stał jeden z pierwszych brytyjskich teatrów. Zbudował go James Burbage w 1576 roku, ponad dwadzieścia lat przed powstaniem Globe. Sadler's Well była również ogrodem rozrywki, a później teatrem. Zatem - na typową londyńską modłę - święty duch studzien przeistoczył się w teatr.

Na strażników studzien często wybierano pustelników, ale pilnowali oni przede wszystkim miejskich bram i skrzyżowań. Pobierali myto, a mieszkali w bastionach londyńskich murów. W pewnym sensie byli zatem protektorami miasta, zaświadczając swoim powołaniem, że było to nie tylko miasto ludzi, ale również miasto Boga. Tak to przynajmniej wyglądało w teorii, ponieważ wielu z tych mężczyzn zostawało pustelnikami nie z powołania, lecz z życiowej kalkulacji. Autor Piotra Oracza William Langland potępił ich jako "wielkich łobuzów i swawolników, którzy nie lubili się trudzić". W 1412 roku William Blakeney został skazany w Guildhall za "chodzenie boso i z długimi włosami pod płaszczykiem świętości". Mimo to obraz Londynu jako dosłownie otoczonego pustelnikami, którzy mieszkali w swoich małych kamiennych kaplicach, czuwali i odmawiali pacierze, jest frapujący.

Postać pustelnika jest znacząca również w innym kontekście. Historia Londynu obfituje w opowieści o samotnych ludziach, którzy pośród ulicznej krzątaniny jeszcze dotkliwiej odczuwają swoją samotność. George Gissing nazwał ich anachoretami codziennego życia, którzy powracają nieszczęśliwi do swoich pustych czterech ścian. Dawnych pustelników możemy więc uznać za trafny symbol życia wielu londyńczyków. Kontynuację tego pustelniczego ducha można dostrzec w czterech kościołach St Botolph strzegących czterech bram miasta. Święty Botolf żył w VII wieku, był anglosaskim pustelnikiem szczególnie związanym z podróżnymi. Wędrowiec i wewnętrzny emigrant zbiegają się zatem w tej samej krótkiej pielgrzymce ulicami Londynu.

Ulice te można również wypełnić modlitwą. Przed przebudową Lisson Grove w Marylebone istniała Paradise Street (ulica Rajska), do której dochodziło się Grotto Passage. W pobliżu były Vigil Place (plac Wigilijny) i Chapel Street (ulica Kapliczna). Być może mamy tutaj świadectwa istnienia pradawnej pustelni bądź świętego miejsca łączącego miasto z wiecznością. W okolicach St Paul's znajdziemy Pater Noster Row, Ave Maria Lane, Amen Court i Creed Lane (ulica Wyznania Wiary). Możemy sobie wyobrazić procesję, podczas której poszczególne modlitwy i responsy wypowiadano na ulicach o odpowiadających im nazwach. Stare kościoły Londynu wciąż zatem żyją w nazwach ulic i zdają się w regularnych odstępach czasu na nowo przeżywać swoją historię.

Z tego powodu na przykład okolica St Pancras Old Church do dzisiaj pozostaje opuszczona i smętna. Miejsce to zawsze było wyludnione i nieco tajemnicze - "Nie idźcie tam późną porą", doradzał elżbietański topograf. Była to tradycyjna stacja końcowa dla morderców, samobójców i ludzi, którzy ginęli w pojedynkach na Chalk Farm, ale nie zapewniała wiecznego odpoczynku: ciała ciągle były wykopywane i przenoszone gdzie indziej. Ostatnia wielka ekshumacja odbyła się w 1863 roku, kiedy poprowadzono tędy tory dworca kolejowego St Pancras. Kamienie nagrobne oparto o wielkie drzewo, którego korzenie wiją się pośród nich. Patrząc z daleka, można odnieść wrażenie, że płyty są owocami tego drzewa, dojrzałymi i gotowymi do zerwania. Niektóre stare pomniki są poświęcone zmarłym katolikom. Dla nich było to święte miejsce. St Pancras uchodzi za pierwszy kościół chrześcijański w Anglii, założony przez św. Augustyna. Ma w nim wisieć ostatni dzwon, który mógł dzwonić podczas mszy. Nazwę Pancras wywodzi się czasem od Pangrace, "wszechłaska". Bardziej prawdopodobna etymologia łączy to słowo z młodym męczennikiem Pancrasem (Pankracym), od łacińskiego Pan Crucis - monogramem lub symbolem Chrystusa. Watykański historyk Maximilian Misson utrzymuje, że "St Pancras pod Highgate koło Londynu [...] jest głową i matką wszystkich kościołów chrześcijańskich". Któż potrafiłby sobie wyobrazić źródło takiej mocy na pustkowiach na północ od King's Cross Station?

Tak samo jak inne londyńskie kościoły St Pancras ma dzwony. Dzwony St Stephen przy Rochester Row noszą takie nazwy, jak: Błogosławieństwo, Chwała, Mądrość, Dziękczynienie, Honor, Moc czy Bądź z naszym Bogiem na Wieki Wieków Amen, Alleluja.

Niekoniecznie potrzebujemy świadectwo słynnej rymowanki, aby uświadomić sobie, że dzwony były znajomym i przyjaznym elementem życia londyńczyków:

Jesteś mi winien pięć pensów, Mówią dzwony św. Marcina. Kiedy mi je zwrócisz, Pytają dzwony Old Bailey.

W 1994 roku urząd meteorologiczny poinformował, że zanim na zatłoczone ulice wtargnął hałas automobilów, dzwony St Mary-le-Bow w Cheapside "były słyszane w całym Londynie". Zatem każdy londyńczyk był cockneyem - bo tylko człowiek urodzony w zasięgu dźwięku tych dzwonów to prawdziwy cockney. Być może jednak szczególne prawa w tym względzie ma East End, ponieważ właśnie w tej dzielnicy w XV wieku otwarto odlewnię dzwonów, Whitechapel Bell Foundry. Mieszkańcy zakładali się ze sobą, w której parafii najdonośniej zabiją dzwony, i powiadano, że rozhuśtywanie dzwonu jest zdrowym sposobem na rozgrzanie się zimą. Niektórzy przewidywali, że anieli wzywający na Sąd Ostateczny nie zagrają na trąbkach, lecz uderzą w londyńskie dzwony, aby powiadomić mieszkańców, że nadszedł dzień rozliczenia za grzechy. Dzwony wplotły się w dźwiękową tkaninę londyńskiego życia. Kiedy główny bohater 1984 roku George'a Orwella wspomina słynną piosenkę, w której pojawiają się St Clement's, St Martin's, Bow i Shoreditch, wydaje mu się, że słyszy "dzwony dawnego Londynu, który - acz zmieniony i zapomniany - istniał nadal"[2]. Niektóre dzwony tego zaginionego Londynu można usłyszeć jeszcze dzisiaj.

[2] George Orwell, Rok 1984, przeł. Tomasz Mirkowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1988, s. 73.