Rozdział pierwszy
Mam trzy proste życzenia. Naprawdę niewygórowane.
Po pierwsze, chciałabym wystąpić na zimowym balu w stroju Marii
Antoniny. Chcę mieć perukę tak ogromną, że zmieściłaby się w niej klatka
na ptaki, a do tego suknię tak szeroką, że aby wejść w niej na salę,
potrzebne będą podwójne drzwi. Natomiast wchodząc, będę podtrzymywała
dół sukni tak, aby było widać, że pod tymi wszystkimi falbankami mam na
nogach glany, bo mimo wszystko mam punkrockową duszę.
Po drugie, chciałabym, aby rodzice zaakceptowali mojego chłopaka. Oni go
nie znoszą. Nie znoszą jego rozjaśnionych włosów ze stale ciemnymi
odrostami i jego rąk pokrytych tatuażami gwiazd i pajęczyn - od ramion
do dłoni. Mówią, że on w specyficzny sposób unosi brwi, przez co, kiedy
się uśmiecha, wygląda, jakby kpił. A do tego rodzice mają serdecznie
dość jego muzyki, która dudni w moim pokoju, no i nakładania na mnie
szlabanu za każdym razem, kiedy wybiorę się do klubu na koncert jego
zespołu.
A trzecie życzenie?
Nie chcę już nigdy więcej oglądać bliźniaków Bellów. Przenigdy.
Jednak zdecydowanie wolę mówić o moim chłopaku. Zdaję sobie sprawę, że
pożądanie rodzicielskiej aprobaty nie jest fajne, ale szczerze - gdyby
wreszcie zaakceptowali, że Max to ten jedyny, moje życie byłoby
zdecydowanie łatwiejsze. Skończyłyby się krępujące restrykcje,
cogodzinne kontrole telefoniczne w trakcie randek i - wisienka na torcie
- niedzielne brunche.
Czyli poranki takie jak ten.
- Jeszcze gofra, Max?
Mój ojciec, Nathan, przesuwa w kierunku mojego chłopaka po naszym starym
stole talerz ze złocistym stosem. Tak naprawdę to nie pytanie. To
rozkaz, który umożliwi rodzicom przedłużenie przesłuchania, zanim
pozwolą nam wyjść. A jaka jest nagroda za udział w tych brunchach? To
randka w niedzielne popołudnie z mniejszą liczbą kontroli.
Max nakłada sobie dwa gofry i częstuje się domowej roboty syropem
malinowym.
- Dziękuję, proszę pana. Pyszne, jak zawsze - mówi, nalewając ostrożnie
po kropelce do każdego kwadracika.
Wbrew pozorom Max jest bardzo uważny. Dlatego nigdy nie pije ani nie
pali zioła w sobotnie wieczory. Nie chce w niedzielę wyglądać na
skacowanego, na co tylko czekają moi rodzice, żeby znaleźć dowód na jego
rozwiązłość.
- Podziękuj Andy'emu - odpowiada Nathan, wskazując głową na mojego
drugiego tatę, który w domu prowadzi cukiernię. - To on je zrobił.
- Pyszne. Dziękuję - mówi Max i wykorzystując okazję, zwraca się do
mnie: - Lola, najadłaś się już?
Przeciągam się, a kilkanaście centymetrów bransoletek na prawej ręce
dzwoni o siebie.
- Tak, już jakieś dwadzieścia minut temu - zwracam się do Andy'ego,
czyli kandydata na tego rodzica, który najprędzej pozwoli nam wyjść. -
Możemy już iść?
Jednak ten z niewinnym spojrzeniem pyta:
- Może jeszcze soku? Albo frittaty?
- Nie - odpowiadam, pilnując się, żeby nie zgarbić pleców. Garbienie się
jest nieatrakcyjne.
Nathan nabija na widelec kolejny gofr.
- Więc, Max, jak się mają statystyki?
Oprócz bycia bogiem indie-punk-garage rocka Max pracuje w administracji
San Francisco. Nathan się wkurza, że Max kompletnie nie interesuje się
studiowaniem. Ale nie rozumie tego, że on jest naprawdę supermądry.
Czyta skomplikowane książki filozoficzne napisane przez autorów, których
nazwisk nie jestem nawet w stanie wymówić. Ogląda też całe mnóstwo
pełnych agresji politycznych filmów dokumentalnych. Zdecydowanie nie
chciałabym wdawać się z nim w polemikę.
Max uśmiecha się grzecznie, unosząc nieco swoje ciemne brwi.
- Podobnie jak w ubiegłym tygodniu.
- A co z zespołem? - pyta Andy. - W piątek chyba miał was odwiedzić ten
człowiek z wytwórni płytowej?
Mój chłopak marszczy brwi. Bo koleś wcale się nie pojawił.
Opowiada za to Andy'emu o albumie, który Amfetamina planuje nagrać, a ja
z Nathanem wymieniamy się groźnymi spojrzeniami. Bez wątpienia mój
ojciec jest zawiedziony, że po raz kolejny nie znalazł niczego, co
zdyskredytowałoby Maksa. Poza jedną, oczywistą rzeczą, czyli jego
wiekiem. To prawdziwy powód ich nienawiści wobec mojego chłopaka.
Wściekają się, bo ja mam siedemnaście lat, a Max dwadzieścia dwa.
Jednak wierzę, że wiek nie ma znaczenia. Poza tym to tylko pięć lat,
czyli znacznie mniej niż różnica wieku pomiędzy moimi rodzicami. I chociaż nie ma sensu im tego wytykać, podobnie jak faktu, że Max ma tyle
samo lat, ile miał Nathan, kiedy zaczął się spotykać z Andym. Te
argumenty tylko ich nakręcają. "Być może i byłem w tym samym wieku co
Max, ale Andy miał wtedy trzydzieści lat", odpowiada wówczas Nathan.
"Nie był nastolatkiem. A poza tym, zanim się poznaliśmy, każdy z nas
spotykał się wcześniej z kilkoma chłopakami, zdobyliśmy mnóstwo
doświadczeń. Nie można tak po prostu wejść w stały związek. Trzeba być
ostrożnym".
Z tym że oni nie pamiętają, jak to jest być młodym i zakochanym.
Oczywiście, że mogę ot tak skoczyć na główkę w ten związek. Kiedy chodzi
o kogoś takiego jak Max, byłabym głupia, gdybym tego nie zrobiła. Według
mojej przyjaciółki to śmieszne, że rodzice są tacy surowi. Bo przecież
czy para gejów nie powinna raczej zaprzyjaźnić się z seksownym, lekko
niebezpiecznym chłopakiem córki?
Ale taka wizja jest niestety boleśnie daleka od prawdy.
I nie liczy się to, że jestem dla nich córką idealną. Nie piję, nie
biorę narkotyków i nigdy nawet nie spróbowałam papierosa. Nigdy też nie
rozbiłam im samochodu - nawet nie umiem prowadzić, więc nie muszą płacić
wyższego ubezpieczenia - no i mam dobrą pracę. Mam też dobre oceny w szkole. No, może poza biologią, ale to dlatego, że dla zasady odmówiłam
przeprowadzenia sekcji płodu świni. A do tego mam tylko po jednym
kolczyku w każdym uchu i zero tatuaży. Na razie. Nie wstydzę się nawet
przytulać rodziców w miejscach publicznych.
Chyba że Nathan założy akurat tę specjalną opaskę do biegania. Są
przecież jakieś granice. Dajcie spokój.
Sprzątam więc ze stołu swoje naczynia z nadzieją, że to przyspieszy
zakończenie tego poranka. Max zabiera mnie dzisiaj w jedno z moich
ulubionych miejsc - czyli do japońskiego ogrodu herbacianego - a potem
odwiezie mnie do pracy na wieczorną zmianę. A w międzyczasie, mam
nadzieję, spędzimy trochę czasu w jego chevrolecie impali z sześćdziesiątego czwartego roku.
Opieram się o blat kuchenny, marząc o samochodzie Maksa.
- Jestem w szoku, że nie włożyła kimona - odzywa się Nathan.
- Co? - nie znoszę odlatywać myślami i orientować się znienacka, że
ludzie o mnie mówią.
- Chińska piżama do japońskiego ogrodu herbacianego - kontynuuje,
wskazując na moje czerwone jedwabne spodnie od piżamy. - Co ludzie
pomyślą?
Nie wierzę w modę. Wierzę w kostiumy. Życie jest za krótkie, żeby
codziennie być tą samą osobą. Przewracam oczami, żeby pokazać Maksowi,
że zdaję sobie sprawę, że moi rodzice zachowują się beznadziejnie.
- Nasza mała drag queen - mówi Andy.
- Bo jest nowa - chwytam jego talerz i wrzucam pozostałości brunchu do
miski Nieby, która robi wielkie oczy i pochłania resztki gofrów jednym
kłapnięciem psiego pyska.
Prawdziwe imię Nieby brzmi Wielkie Nieba. Uratowaliśmy ją kilka lat temu
ze schroniska. Jest kundlem, ale wygląda jak golden retriever, tyle że
jest czarna. To ja chciałam czarnego psa, bo kiedyś Andy wyciął artykuł
z gazety (zawsze to robi, najczęściej wycina te o nastolatkach, które
zmarły z przedawkowania albo złapały syfilis lub zaszły w ciążę i wyrzucono je ze szkoły) o tym, że nikt nie chce adoptować czarnych psów
ze schronisk, dlatego istnieje większe prawdopodobieństwo, że zostaną
uśpione, niż psy innego koloru. A to, moim zdaniem, jak nic jest psi
rasizm. Natomiast Nieba to chodząca miłość.
- Lola - mówi Andy z poważną miną. - Jeszcze nie skończyłem.
- To weź drugi talerz.
- Lola - karci mnie Nathan, więc podaję Andy'emu czysty talerz. Boję
się, że zaraz zrobią z tego "poważny problem", ale obaj skupiają się na
tym, że Nieba prosi o więcej gofrów.
- Nie - mówię do psa.
- A byłaś już z nią na spacerze? - pyta Nathan.
- Nie, Andy był.
- Zanim zająłem się gotowaniem - odpowiada Andy. - Trzeba z nią już
wyjść.
- To weź ją na drugi spacer, a my tu z Maksem skończymy - sugeruje
Nathan. Po raz kolejny to nie prośba, a rozkaz.
Spoglądam na Maksa, a on zamyka oczy, jakby nie dowierzał, że znowu
użyli tej zagrywki.
- Ale tato...
- Żadnych "ale". Chciałaś psa, to masz z nim wychodzić na spacery.
To jedno z najbardziej wkurzających powiedzonek Nathana. Wielkie Nieba
miała być moja, ale miała czelność zakochać się w Nathanie, co wkurza
mnie i Andy'ego do granic. To my ją karmimy i wyprowadzamy. Biorę
biodegradowalne worki i smycz (tę, którą ozdobiłam serduszkami i matrioszkami), podczas gdy ona szaleje już z radości.
- Tak, taak. Chodź.
Spoglądam jeszcze przepraszająco na Maksa i wychodzę z Niebą.
Z ganku na chodnik prowadzi dwadzieścia jeden schodków. W San Francisco,
gdziekolwiek by się poszło, trafia się na schody i wzgórza. Na zewnątrz
jest cieplej niż zwykle, więc oprócz spodni od piżamy i bakelitowych
bransoletek mam na sobie tylko koszulkę bez rękawów. A do tego olbrzymie
białe okulary przeciwsłoneczne w stylu Jackie Ohh, perukę z długimi
brązowymi włosami ze szmaragdowymi końcówkami oraz czarne baletki. Ale
takie prawdziwe, a nie te płaskie buty, tylko przypominające wyglądem
baletki.
Moim postanowieniem noworocznym było: ubierać się inaczej każdego dnia.
Słońce przyjemnie ogrzewa mi ramiona. Nieważne, że jest sierpień, bo z powodu bliskości zatoki temperatura tutaj nie zmienia się za bardzo
przez cały rok. Zawsze jest przyjemnie chłodno. A dziś cieszę się z wyjątkowego ciepła, ponieważ dzięki niemu nie będę musiała zabierać na
randkę swetra.
Nieba sika na maleńki kwadratowy trawnik przed sąsiednim lawendowym
domem w stylu wiktoriańskim (zawsze tam sika, za moją zgodą,
oczywiście), a potem idziemy dalej. Mimo irytującego zachowania rodziców
jestem szczęśliwa. Idę na romantyczną randkę z chłopakiem, a potem do
pracy z ulubionymi współpracownikami. A poza tym został jeszcze cały
tydzień wakacji.
Wspinamy się na szczyt masywnego wzgórza, które oddziela moją dzielnicę
od parku, a potem schodzimy w dół. Na miejscu wita nas koreański
dżentelmen w welurowym dresie. Ćwiczy tai chi pomiędzy palmami.
- Witaj, Dolores! Jak tam twoje urodziny?
Pan Lim to jedyny człowiek poza rodzicami (kiedy są źli), który używa
mojego prawdziwego imienia. Jego córka Lindsey jest moją przyjaciółką,
mieszkają kilka przecznic dalej.
- Witam, panie Lim. Było bosko!
Miałam urodziny tydzień temu. Obchodzę je wcześniej od wszystkich w klasie, co jest cudowne, bo daje mi poczucie dojrzałości.
- Jak tam restauracja?
- Bardzo dobrze, dziękuję. W tym tygodniu wszyscy zamawiają grillowane
żeberka.
- Do widzenia, Dolores! Pozdrów rodziców.
To staromodne imię dostałam po pewnej starszej damie. Mojej prababci
Dolores Deeks, która zmarła kilka lat przed moim urodzeniem. Była babcią
Andy'ego i była wspaniała. Nosiła kapelusze z piórkami i uczestniczyła w protestach na rzecz praw człowieka. To przed nią pierwszą Andy się
wyautował. Miał trzynaście lat. Byli ze sobą naprawdę bardzo zżyci, a kiedy babcia zmarła, zostawiła mu swój dom. W nim właśnie mieszkamy - w miętowym wiktoriańskim domu babci Dolores w dzielnicy Castro.
Nie byłoby nas stać na taki dom bez spadku po niej. Moi rodzice prowadzą
proste, zdrowe życie, ale nie dorównują bogactwem naszym sąsiadom.
Wszystkie zadbane domy na naszej ulicy, z ozdobnymi gzymsami i ekstrawaganckimi drewnianymi ozdobami, pochodzą z wielopokoleniowych
pieniędzy. Dotyczy to także tego lawendowego po sąsiedzku.
Wracając do mojego imienia, to nosi je także park: Mission Dolores. To
nie zbieg okoliczności. Prababcia Dolores dostała imię od nazwy
miejscowej misji, a ta z kolei od rzeki, która nazywała się Arroyo de
Nuestra Se?ora de los Dolores. W tłumaczeniu: Potok Matki Boskiej
Bolesnej. Kto nie chciałby otrzymać imienia po przygnębiającym cieku
wodnym? Oprócz tego w okolicy jest też jedna ulica o nazwie Dolores.
Pokręcone to.
Wolę już być nazywana Lolą.
Wielkie Nieba robi swoje i wracamy do domu. Mam nadzieję, że rodzice nie
torturują Maksa. Mimo że jest tak pewny siebie na scenie, tak naprawdę
jest introwertykiem i te cotygodniowe spotkania nie są dla niego łatwe.
- Myślałem, że nadopiekuńczy ojciec to tragedia - powiedział kiedyś. -
Ale dwóch? Oni mnie wykończą, Lo.
Hałasując, mija mnie ciężarówka firmy przeprowadzkowej i dziwnym
sposobem, jak za dotknięciem magicznej różdżki, mój dobry humor pryska.
Zastępuje go niepokój. Przyspieszam. Max pewnie ma już serdecznie dość.
Nie potrafię tego wyjaśnić, ale im jestem bliżej domu, tym gorzej się
czuję. Wyobraźnia podsuwa mi okropny scenariusz: rodzice tak wymęczyli
Maksa pytaniami, że on uznał, iż nie jestem tego warta.
Mam nadzieję, że kiedyś, kiedy będziemy ze sobą dłużej niż tylko przez
jedno lato, rodzice zrozumieją wreszcie, że to ten jedyny, i wtedy
różnica wieku nie będzie już dla nich problemem. Jednak, chociaż na
razie tego nie dostrzegają, nie są głupi. Ich zdaniem, gdyby zakazali mi
się z nim spotykać, to ucieklibyśmy dokądś razem. Albo wprowadziłabym
się do niego i zaczęła pracować jako tancerka w nocnym klubie lub
zaczęła handlować kwasem.
Co jest oczywiście absolutnie niemożliwe.
Teraz już biegnę, ciągnąc Niebę w dół ze wzgórza. Coś jest nie w porządku. Jestem więcej niż pewna, że coś się stało, że Max sobie
poszedł, bo rodzice wzięli go w krzyżowy ogień pytań, a potem pokłócili
się o brak kierunku w jego życiu. Skręcam w naszą ulicę i wszystko nagle
staje się jasne.
Chodzi o tę ciężarówkę.
Nie o brunch.
To ciężarówka do przeprowadzek.
Nadal jednak mam nadzieję, że wynajął ją ktoś inny. Na pewno. Zawsze tak
było. Ostatnia rodzina (ta para, która pachniała serem Baby Swiss i kolekcjonowała medyczne dziwadła, jak wysuszone wątroby w formaldehydzie
czy duże modele wagin) wyprowadziła się tydzień temu. W ciągu ostatnich
dwóch lat ciągle wprowadzał się tu ktoś nowy i przy każdej zmianie
lokatorów czułam niepokój, dopóki nie pojawili się nowi.
Za każdym razem boję się, że to oni postanowili wrócić.
Zwalniam, żeby lepiej się przyjrzeć ciężarówce. Czy ktoś obok niej stoi?
Kiedy wychodziłam z psem, nie zauważyłam samochodu w garażu, jednak mam
już taki nawyk, żeby nie gapić się na ten dom. No i oczywiście na
chodniku przede mną stoją dwie osoby. Wytężam wzrok, żeby się przekonać,
z mieszaniną niepokoju i ulgi, że to tylko pracownicy firmy
przeprowadzkowej. Nieba zaczęła ciągnąć smycz, więc przyspieszam.
Na pewno nie ma się czym martwić. Bo jakie są szanse?
Chociaż... zawsze istnieje taka możliwość. Mężczyźni wynoszą z ciężarówki
małą białą sofę, a moje serce zaczyna dudnić. Czy znam ten mebel? Czy
już na nim siedziałam? Nie, jednak nie. Nie znam go. Zaglądam do
załadowanego pojazdu, szukając czegoś znajomego, ale widzę tam tylko
nowoczesne meble w surowym stylu, których nigdy wcześniej nie widziałam.
To nie oni. To na pewno nie oni.
Nie oni!
Uśmiecham się od ucha do ucha takim głupiutkim uśmiechem, przez który
wyglądam jak dziecko (czyli tym, na który normalnie sobie nie pozwalam),
i macham do tragarzy. Odpowiadają coś niewyraźnie i kiwają głowami.
Lawendowe drzwi do garażu stoją otworem, a jestem w stu procentach
pewna, że wcześniej były zamknięte. Przyglądam się samochodowi i czuję
jeszcze większą ulgę. Auto jest kompaktowe i srebrne, nie rozpoznaję go.
Fałszywy alarm. Znowu. Ten dzień jest udany.
Wpadamy z Niebą do domu.
- Koniec brunchu! Chodźmy, Max.
Lecz wszyscy wyglądają przez okno w salonie.
- Chyba znowu mamy sąsiadów - stwierdzam.
Andy wydaje się zaskoczony moim radosnym głosem. Nigdy o tym nie
rozmawialiśmy, ale on ma świadomość, że dwa lata temu coś tam się stało.
Wie, że boję się ich powrotu na tyle, że odczuwam niepokój za każdym
razem, gdy ktoś wprowadza się do ich domu.
- Co? - pytam z uśmiechem, lecz świadoma obecności Maksa przestaję się
tak szczerzyć.
- Yyy, Lo? Nie widziałaś ich czasem?
Rozczula mnie opiekuńczość Andy'ego. Odpinam Niebę ze smyczy i wbiegam
do kuchni. Chcę jak najszybciej zakończyć ten poranek i wreszcie pójść
już na wymarzoną randkę. Zgarniam więc ze stołu resztę naczyń i niosę je
do zlewu.
- Nie - odpowiadam ze śmiechem. - A co, mają plastikową waginę? Wypchaną
żyrafę? Czy średniowieczną zbroję?
Wszyscy trzej wpatrują się we mnie.
- Co? - pytam z zaciśniętym gardłem.
Max przygląda mi się z niezwykłą dla niego ciekawością.
- Rodzice mówią, że ich znasz.
Nie. Nie!
Ktoś jeszcze coś mówi, ale już nie rejestruję słów. Stopy same niosą
mnie do okna, a mój mózg wrzeszczy, żebym zawróciła. To nie mogą być
oni. Przecież to nie były ich meble! Nie ich samochód! Chociaż ludzie
przecież kupują nowe rzeczy. Przykuwam wzrok do sąsiedniego domu
dokładnie w momencie, w którym na ganku pojawia się postać. Upuszczam na
podłogę naczynia, które rozbijają się z brzękiem. (Dlaczego miałam je w rękach?).
Bo to ona.
Calliope Bell.
Rozdział drugi
- Jest tak piękna jak w telewizji - mówię, odpychając miseczkę darmowych
ciastek i krakersów. - Piękna jak zawsze.
Max wzrusza ramionami.
- Raczej w porządku. Nie ma się co tak zachwycać.
Jego obojętność mnie uspokaja, ale nie jest w stanie odwrócić mojej
uwagi. Opieram się o balustradę rustykalnej herbaciarni, a łagodny wiatr
przelatuje nad oczkiem wodnym, które znajduje się obok.
- Nie rozumiesz. To przecież Calliope Bell.
- Masz rację. Nie rozumiem - odpowiada, spoglądając na mnie znad
okularów Buddy Holly.
Ta cecha nas łączy - oboje mamy słaby wzrok. Uwielbiam, kiedy Max nosi
okulary. Z muzyka rockowego zmienia się wtedy w seksownego nerda. Jednak
on nosi je tylko, kiedy nie jest na scenie, no chyba że gra jakiś
akustyczny kawałek. Wówczas okulary dodają mu wrażliwości. Max zwraca
uwagę na wygląd, co dla niektórych może być dowodem próżności, ale ja to
całkowicie rozumiem. Człowiek ma tylko jedną szansę, żeby zrobić dobre
pierwsze wrażenie.
- Wyjaśnij mi jeszcze raz - kontynuuje. - Kiedy byłyście w pierwszej
klasie...
- Kiedy ja byłam w pierwszej klasie. Bo ona jest o rok starsza.
- Dobra. Kiedy ty byłaś w pierwszej klasie... to co się stało? Była dla
ciebie wredna? I nadal się o to gniewasz? - unosi brwi, jakby brakowało
mu przynajmniej połowy równania matematycznego. Bo to prawda, tak na
marginesie, a ja nie zamierzam mu tego wyjaśniać.
- Tak.
Parska.
- No, to musiało to być coś cholernie wrednego, że aż potłukłaś talerze.
Sprzątałam potem przez całe piętnaście minut. W szczelinach między
deskami podłogi utkwiły odłamki porcelany i kawałki frittaty, a syrop
malinowo-brzoskwiniowy zachlapał listwy przypodłogowe.
- Nawet nie masz pojęcia jak - mówię, nie precyzując.
Max nalewa sobie kolejną filiżankę herbaty jaśminowej.
- Więc dlaczego tak ją wyidealizowałaś?
- Wtedy jej nie idealizowałam. Tylko kiedy byłyśmy młodsze. Była...
śliczną, utalentowaną dziewczynką i tak się złożyło, że mieszkała w domu
obok. Znaczy... kiedy byłyśmy małe, spędzałyśmy dużo czasu razem,
bawiłyśmy się lalkami Barbie i fantazjowałyśmy. I kiedy się potem ode
mnie odwróciła, to bardzo zabolało. I tyle. Nie wierzę, że o niej nie
słyszałeś - dodaję.
- Przykro mi. Raczej nie oglądam w telewizji jazdy figurowej na lodzie.
- Ale ona była dwa razy na mistrzostwach świata. Zdobyła srebrne medale.
W tym roku jest wielką nadzieją wśród kandydatów do igrzysk
olimpijskich.
- Przykro mi - powtarza Max.
- Była też na opakowaniu płatków Wheaties.
- Na pewno można je kupić na eBayu za dolara dziewięćdziesiąt dziewięć -
mówi, szturchając mnie kolanami pod stołem. - I kogo to obchodzi?
Wzdycham.
- Uwielbiałam jej kostiumy. Szyfonowe falbany, koraliki i kryształki
Swarovskiego, krótkie spódniczki...
- Krótkie spódniczki? - dopytuje Max, wypijając jednym haustem swoją
herbatę.
- I miała taką grację, opanowanie i pewność siebie - odchylam się na
krześle. - I idealnie lśniące włosy. Idealną skórę.
- Ideał jest przereklamowany. Nudny.
Uśmiecham się.
- To nie jestem dla ciebie idealna?
- Nie. Jesteś zachwycająco pokręcona i nie chciałbym cię innej. Dopij
herbatę.
Kiedy kończę, idziemy na kolejny spacer. Japoński ogród herbaciany nie
jest duży, ale nadrabia urodą. Są tam pachnące kwiaty w kolorach
klejnotów, które kontrastują z różnymi odcieniami wyciszającej zieleni
roślin przyciętych w intrygujące kształty. Ścieżki wiją się wokół
buddyjskiego sanktuarium, stawów z karpiami koi, gruboszy i drewnianego
łukowego mostka. Słychać tutaj jedynie śpiew ptaków i miękkie klikanie
aparatów fotograficznych. Jest spokojnie. Magicznie.
A co w nim najbardziej lubię?
Zakamarki. Idealne do całowania się.
Znajdujemy wreszcie odpowiednią ławkę. Jest ukryta i osłonięta od reszty
ogrodu. Wtedy Max obejmuje dłońmi moją głowę i przyciąga moje usta do
swoich. Na to czekałam. Jego pocałunki są zarazem delikatne i gwałtowne,
smakują miętą i papierosami.
Spotykamy się od początku wakacji, a mimo to jeszcze się do niego nie
przyzwyczaiłam. Do Maksa. Mojego chłopaka Maksa. Poznaliśmy się w klubie
Verge i był to pierwszy raz, kiedy rodzice pozwolili mi pójść do klubu.
Lindsey Lim wyszła do toalety, więc chwilowo byłam sama i podpierałam
niespokojnie betonową ścianę. On podszedł do mnie pewny siebie, jakby
robił to już tysiące razy.
- Przepraszam - powiedział. - Pewnie zauważyłaś, że gapiłem się na
ciebie, kiedy graliśmy.
To prawda. Byłam tym podekscytowana, chociaż do końca nie dowierzałam
temu, co widziałam. Klub był mały i zatłoczony, a on równie dobrze mógł
patrzeć na jedną z wielu wygłodniałych dziewczyn, tańczących za mną.
- Jak się nazywasz?
- Lola Nolan - odpowiedziałam, poprawiając tiarę na głowie i przestępując z nogi na nogę, obuta w creepersy.
- Lo-lo-lo-lo Lo-la - wyśpiewał moje imię jak w piosence The Kinks. Jego
głęboki głos był zdarty po koncercie. Miał na sobie gładki czarny
T-shirt, co, jak miałam wkrótce odkryć, było jego zwyczajowym strojem
koncertowym. Podkreślał on jego szerokie plecy i umięśnione, wytatuowane
ramiona. Natychmiast zauważyłam tatuaż, który wkrótce stał się moim
ulubionym, ukryty w zgięciu lewego łokcia. Był to jego imiennik z filmu
Gdzie mieszkają dzikie stwory, czyli chłopiec przebrany za białego
wilka.
Był najprzystojniejszym mężczyzną, z jakim kiedykolwiek rozmawiałam. W głowie układałam różne, nie do końca spójne zdania, ale i tak nie byłam
w stanie wydobyć z siebie żadnego z nich, bo nie mogłam na żadnym
wystarczająco długo skupić uwagi.
- Jak ci się podobał nasz koncert? - zapytał, podnosząc głos, żeby
przekrzyczeć muzykę Ramones.
- Byliście świetni - odkrzyknęłam. - Widziałam was pierwszy raz.
Usiłowałam wypowiedzieć drugą część zdania swobodnie, żeby zaznaczyć, że
nigdy jeszcze nie byłam na ich koncercie. Nie musiał wiedzieć, że to mój
pierwszy koncert w ogóle.
- Wiem. Zauważyłbym cię. Masz chłopaka, Lola? - zapytał.
A w tle Joe Ramone wtórował mu:
- Hej, maleńka. Chcę być twoim chłopakiem.
Chłopcy ze szkoły nie są tak bezpośredni. Nie żebym miała doświadczenie
w tym temacie poza paroma dziwnymi związkami trwającymi najwyżej
miesiąc. Wydaje mi się, że onieśmielam większość chłopaków albo uważają,
że jestem dziwna.
- A co tobie do tego? - odparłam, wyciągając przy tym brodę w gwałtownym
przypływie pewności siebie.
Hej, maleńka. Chcę być twoim chłopakiem.
Max przyjrzał mi się wówczas od góry do dołu, po czym uśmiechnął się
kątem ust.
- Widzę, że musisz już iść - powiedział, wskazując głową na coś za mną,
co okazało się być Lindsey Lim, której opadła szczęka. Tylko nastolatki
potrafią tak wyglądać, kiedy są zdziwione. Czy zorientował się, że
jesteśmy licealistkami?
- To może dałabyś mi swój numer? - kontynuował Max. - Chciałbym się z tobą kiedyś spotkać.
Na pewno słyszał, jak mi wali serce, kiedy przeczesywałam zawartość
torebki: guma arbuzowa, przedarte bilety do kina, przepisy na
wegetariańskie burrito i tęcza z buteleczek lakierów do paznokci. W końcu wyciągnęłam marker marki Sharpie, zdając sobie sprawę, choć nieco
za późno, że sharpie noszą przy sobie tylko dzieci i fanki. Na szczęście
on chyba tego nie zauważył.
- Tutaj - podsunął mi swój nadgarstek.
Kiedy pisałam mu markerem po skórze, czułam na szyi jego ciepły oddech.
Ręka mi się trzęsła, ale jakoś udało mi się zapisać numer mocnymi
pociągnięciami flamastra tuż pod jego tatuażami. Wtedy się uśmiechnął -
tym charakterystycznym uśmiechem jednym kącikiem ust - i odszedł przez
tłum spoconych ciał w kierunku słabo oświetlonego baru. Przez moment
przyglądałam się jego sylwetce. Co prawda dałam mu swój numer, ale byłam
przekonana, że nigdy go już nie zobaczę.
A jednak zadzwonił.
Oczywiście.
Zdarzyło się to po dwóch dniach, kiedy jechałam autobusem do pracy.
Chciał zjeść ze mną lunch w Haight i niemal umarłam, kiedy musiałam mu
odmówić. Spytał o następny dzień. Ale wtedy też pracowałam. A potem
zapytał o jeszcze następny, a ja nie mogłam uwierzyć, że nadal próbuje.
"Tak", odpowiedziałam. TAK.
Na spotkanie włożyłam różową sukienkę podobną do tych, które nosiły
kelnerki w latach pięćdziesiątych, a włosy (jestem brunetką o przeciętnym odcieniu włosów) upięłam w dwa koczki przypominające uszy
Myszki Miki. Zamówiliśmy falafel i przy okazji odkryliśmy, że oboje
jesteśmy wegetarianami. On mówił o tym, że nie ma mamy, a ja, że
właściwie to też jej nie mam. A potem, kiedy wycierałam usta serwetką,
powiedział coś takiego:
- Nie istnieje grzeczny sposób, żeby o to zapytać, więc spytam
zwyczajnie. Ile masz lat?
Musiałam zrobić okropną minę, bo Max wyglądał na spiętego, kiedy
zbierałam myśli w poszukiwaniu odpowiedzi.
- Cholera. Aż tak źle?
Zdecydowałam, że opóźnienie odpowiedzi będzie najlepszą taktyką.
- A ty ile masz lat?
- Nie ma mowy. Ja pierwszy spytałem.
Znowu zwlekałam z odpowiedzią.
- A jak sądzisz?
- Sądzę, że masz ładną buzię, która wygląda na zwodniczo młodą. A ponieważ nie chcę cię urazić, będziesz musiała powiedzieć mi sama.
To prawda. Mam okrągłą twarz, policzki, które same zachęcają, że je
szczypać, a do tego uszy odstają mi bardziej, niżbym chciała. Maskuję te
cechy makijażem i garderobą. Pomaga mi przynajmniej sylwetka bogata w krągłości. Niemniej jednak zamierzałam powiedzieć mu prawdę. Naprawdę.
Ale on nagle zaczął zgadywać.
- Dziewiętnaście?
Pokręciłam głową.
- Mniej czy więcej?
Wzruszyłam ramionami, ale on i tak już się domyślał.
- Osiemnaście? Proszę, powiedz, że masz osiemnaście lat.
- Oczywiście, że tak - odparłam, odsuwając od siebie pusty plastikowy
koszyczek po jedzeniu. Na zewnątrz byłam jak królowa lodu, ale w środku
histeryzowałam. - Przecież nie byłoby mnie tu, gdybym nie miała
osiemnastu, prawda?
Zmrużył z niedowierzaniem bursztynowe oczy, a we mnie rosła panika.
- A ty ile masz lat? - zapytałam znowu.
- Więcej od ciebie. Studiujesz?
- Będę.
Kiedyś, pomyślałam.
- Więc nadal mieszkasz w domu?
- Ile masz lat? - spytałam po raz trzeci.
Wykrzywił twarz.
- Dwadzieścia dwa, Lola. I prawdopodobnie nie powinniśmy byli się
spotykać. Przepraszam, gdybym tylko wiedział...
- Spotykanie się ze mną nie jest nielegalne - powiedziałam, po czym
natychmiast poczułam się głupio.
Zapadła długa cisza.
- Nie - odezwał się wreszcie Max. - Ale może być niebezpieczne.
Ale mówiąc to, uśmiechał się.
Pocałował mnie dopiero po mniej więcej tygodniu, w trakcie którego
spotykaliśmy się okazjonalnie. Zdecydowanie był mną zainteresowany,
jednak wiedziałam, że się tym wszystkim denerwuje. I z jakiegoś powodu
dodawało mi to odwagi. Lubiłam Maksa w sposób, w jaki nie lubiłam nikogo
od lat. Prawdę mówiąc, od dwóch lat.
Pocałowaliśmy się w bibliotece publicznej, gdzie spotkaliśmy się tylko
dlatego, że Maksowi wydawała się ona bezpiecznym miejscem. Ale kiedy
mnie ujrzał - w minispódniczce i wysokich kozakach - zmrużył oczy w sposób, który już wtedy rozpoznawałam jako niezwykły przejaw emocji.
- Potrafiłabyś zwieść porządnego człowieka na manowce - powiedział.
Chciałam mu zabrać książkę, ale zamiast tego przejechałam palcami po
chłopcu przebranym za białego wilka. Poluzował uścisk.
- Lola... - ostrzegł.
Spojrzałam na niego z niewinną miną.
Wtedy właśnie wziął mnie za rękę i wyprowadził z sali ze stołami do
ustronnego miejsca między regałami. Oparł mnie o półkę z biografiami.
- Jesteś pewna, że tego chcesz? - zapytał, jakby się droczył, chociaż
wzrok miał całkiem poważny.
Spociły mi się dłonie.
- Oczywiście - odparłam.
- Nie jestem miłym gościem - szepnął, przysuwając się do mnie.
- Może ja też nie jestem miła.
- Nie. Ty jesteś bardzo miła. To w tobie lubię - odparł i jednym palcem
przybliżył moją głowę do swojej.
Nasz związek szybko ewoluował. Jednak przeze mnie wszystko zwolniło.
Rodzice mnie ciągle wypytywali. Nie wierzyli, że spędzam tak dużo czasu
z Lindsey. A ja zdawałam sobie sprawę, że nie powinnam okłamywać Maksa,
więc w końcu powiedziałam mu, ile naprawdę mam lat.
Wściekł się. Zniknął na tydzień i kiedy porzuciłam już wszelką nadzieję,
nagle zadzwonił. Powiedział, że jest we mnie zakochany. Poinformowałam
go więc, że będzie musiał poznać Nathana i Andy'ego. Zgodził się pomimo
tego, że kwestia rodziców jest dla niego drażniąca - jego ojciec jest
alkoholikiem, a mama opuściła ich, kiedy Max miał pięć lat. Potem
nałożono na nas restrykcje. A w siedemnaste urodziny straciłam
dziewictwo u niego w mieszkaniu.
Rodzice sądzą, że byliśmy w zoo.
Od tamtego czasu spaliśmy ze sobą jeszcze jeden raz. I nie jestem
głupia, jeśli chodzi o te rzeczy. Nie mam jakichś romantycznych urojeń.
Dużo czytałam i wiem, że trzeba czasu, żeby dziewczynie było przyjemnie.
Ale mam nadzieję, że niedługo będzie lepiej.
Za to całowanie się jest fantastyczne, więc jestem przekonana, że tak
właśnie będzie.
Z tym że dzisiaj nie mogę się skoncentrować na jego ustach. Czekałam na
nie przez całe popołudnie, a teraz, kiedy są tutaj, jestem całkowicie
rozkojarzona.
Gdzieś z oddali słychać dzwony. Z pagody? Czy spoza ogrodu? Lecz w mojej
głowie brzęczy jedynie: Bell, Bell, Bell.
Wrócili. Dziś rano było ich troje, Calliope i jej rodzice. Ale ani śladu
rodzeństwa Calliope. Nie żebym miała coś przeciwko spotkaniu Alecka.
Natomiast jeśli chodzi o tego drugiego...
- Co się dzieje?
Jestem zaskoczona. Max mi się przygląda. Kiedy przestaliśmy się całować?
- Co się stało? - pyta znowu. - Gdzie jesteś?
Czuję, że drży mi powieka.
- Przepraszam, myślałam o pracy.
Nie wierzy mi. Tak to już jest, kiedy raz skłamiesz chłopakowi. Wzdycha
sfrustrowany, wstaje i wkłada jedną rękę do kieszeni. Wiem, że bawi się
zapalniczką.
- Przepraszam - powtarzam.
- Daj spokój - spogląda na zegarek w telefonie. - I tak już musimy iść.
Po drodze do Royal Civic Center 16 milczymy. Słychać tylko muzykę The
Clash. Max jest naburmuszony i czuję się winna.
- Zadzwonisz później? - pytam.
Kiwa głową, odjeżdżając, ale wiem, że nadal mam kłopoty.
Jakbym potrzebowała kolejnego powodu, żeby nienawidzić Bellów.
Rozdział trzeci
W pracy moja przełożona przestawia solniczki. Robi to niepokojąco
często. W kinie panuje spokój pomiędzy wieczornymi seansami, więc
korzystam z okazji, żeby zetrzeć z ramion ślady masła od popcornu.
- Spróbuj tym - podaje mi mokrą chusteczkę dla dzieci. - Działa lepiej
niż serwetka.
Przyjmuję ją ze szczerą wdzięcznością. Pomimo swoich neurotycznych
zachowań Anna jest moją ulubioną współpracownicą. Jest trochę starsza
ode mnie, bardzo ładna i właśnie zaczęła studiować filmoznawstwo. Ma
pogodny uśmiech (z małą przerwą między jedynkami) i pojedyncze grube
platynowe pasemko w ciemnobrązowych włosach. Ładnie to wygląda. A do
tego nosi naszyjnik ze szklanym wisiorkiem w kształcie banana.
Podziwiam ludzi, którzy noszą pamiątkową biżuterię.
- A to, do cholery, skąd się wzięło? - pyta nagle jedyna oprócz nas
osoba za ladą. Czy raczej na ladzie, bo tam właśnie usadowił się jej
nieprzyzwoicie przystojny chłopak z brytyjskim akcentem.
On jest tą drugą rzeczą, którą lubię w Annie. Tam, gdzie ona, tam i on.
Wskazuje głową na chusteczki.
- Co jeszcze nosisz w kieszeniach? Ściereczki do kurzu? Wosk do mebli?
- Uważaj, Étienne - zwraca się do niego Anna. - Bo wyszoruję ci ramiona.
Chłopak się uśmiecha.
- O ile zrobisz to na osobności.
Tylko Anna zwraca się do niego po imieniu. Reszta nazywa go po nazwisku
- St. Clair. Nie jestem pewna dlaczego. Tak po prostu jest i już.
Przeprowadzili się tutaj niedawno, ale poznali się w zeszłym roku w Paryżu, gdzie chodzili do szkoły średniej. W Paryżu. Zabiłabym, żeby
móc chodzić tam do szkoły, zwłaszcza jeśli są tam tacy faceci jak
Étienne St. Clair.
Nie żebym miała zdradzić Maksa. Chodzi tylko o to, że St. Clair ma
prześliczne brązowe oczy i włosy w artystycznym nieładzie. Chociaż, jak
na mój gust, jest nieco za niski, o parę centymetrów niższy od swojej
dziewczyny.
Studiuje w Berkeley, ale - mimo że w nim nie pracuje - spędza tutaj, w kinie, tyle samo czasu co po drugiej stronie zatoki. A ponieważ jest
piękny, zadziorny i pewny siebie, wszyscy go uwielbiają. W ciągu
zaledwie kilku godzin zdołał przekabacić kierownictwo i teraz wolno mu
wchodzić do wszystkich stref przeznaczonych wyłącznie dla personelu.
Ten rodzaj uroku robi wrażenie. Jednak nie oznacza, że mam ochotę
słuchać o tym, jak i czym się będą wycierać na osobności.
- Za pół godziny kończę zmianę. Poczekajcie, proszę, z rozwinięciem tego
tematu, aż stąd wyjdę - mówię.
Anna uśmiecha się do St. Claira, który właśnie odpina gigantyczną
przypinkę "Zapytaj mnie o nasz klub miłośników filmu!" od jej bordowej
służbowej kamizelki.
- Lola po prostu nam zazdrości. Znowu ma problemy z Maksem - Anna się
krzywi, po czym spogląda na mnie. - Co ci mówiłam o muzykach? To źli
chłopcy, którzy łamią serca.
- Raczej beznadziejni - dodaje pod nosem St. Clair. Przyczepia przypinkę
do swojego cudownego czarnego marynarskiego płaszcza, który dodaje mu
jeszcze europejskiego uroku.
- To, że kiedyś oboje mieliście problemy ze swoimi partnerami, nie
oznacza, że ja też je mam z Maksem. Między nami wszystko gra. Nie, nie
rób tego - kręcę głową, patrząc na St. Claira. - Niszczysz idealny
płaszcz.
- O, przepraszam, ty ją chciałaś? Pasowałaby do twojej kolekcji -
wskazuje na moją bordową kamizelkę. Pomiędzy wymaganymi przez kino
przypinkami mam w nią wpiętych kilka błyszczących staromodnych broszek.
Dotychczas tylko jeden kierownik zwrócił mi uwagę, ale grzecznie
wyjaśniłam, że biżuteria jeszcze bardziej przyciąga uwagę do kinowych
haseł. I tym sposobem wygrałam spór.
Poza tym na szczęście nikt nie zwrócił mi dotąd uwagi z powodu samej
kamizelki, którą przerobiłam tak, żeby na mnie pasowała i choć trochę
podkreślała moje kształty. Przynajmniej na tyle, na ile to możliwe w przypadku poliestrowej kamizelki. Czuję, że telefon wibruje mi w kieszeni.
- Poczekaj - zwracam się do St. Claira. To esemes od Lindsey Lim:
nie uwierzysz, kogo widziałam uprawiającego jogging w parku. przygotuj
się
- Lola! - Anna zrywa się, żeby mnie złapać, choć przecież nie upadam.
Czy ja upadam? Łapie mnie za ramię, podtrzymując w pionie. - Co ci jest,
co się stało?
Lindsey na pewno widziała Calliope. To ona zawsze ćwiczyła w parku w ramach swoich treningów. To musiała być Calliope!, wmawiam sobie,
odrzucając jednocześnie tę drugą możliwość. Stanowczo odsuwam ją od
siebie, jednak ona zaraz wraca jak bumerang. Rośnie wewnątrz mnie jak
pasożyt. Nigdy nie znika, choć zmuszałam siebie, sama nie wiem, ile już
razy, żeby o niej zapomnieć. To przeszłość, a jej nie da się zmienić. A mimo to nadal rośnie we mnie. I chociaż myśli o Calliope Bell są dla
mnie straszne, to jednak są niczym w porównaniu z bólem, jaki
obezwładnia mnie za każdym razem, kiedy przywołuję na myśl jej brata
bliźniaka.
W tym roku powinni kończyć szkołę. A to oznacza, że chociaż dzisiaj rano
go nie widziałam, musi jednak tu być. Mogę tylko mieć nadzieję, że z jakiegoś powodu przyjedzie później. Potrzebuję czasu, żeby się na to
przygotować.
Odpisuję Lindsey znakiem zapytania. Proszę, proszę, proszę, błagam
wszechświat. Niech to będzie Calliope.
- To Max? - pyta Anna. - Rodzice? O, matko, to pewnie ten facet, którego
wczoraj wywaliłyśmy z kina, tak? Ten wariat z gigantycznym telefonem i kubełkiem kurczaka! Skąd wziął twój num...
- To nie on - odpowiadam. Ale nie mogę jej wytłumaczyć, o co chodzi. Nie
teraz, nie to. - Wszystko w porządku.
Anna i St. Clair wymieniają się identycznymi niedowierzającymi
spojrzeniami.
- Chodzi o Niebę, mojego psa. Andy pisze, że wygląda na chorą, ale to na
pew... - przerywam, bo telefon znowu wibruje, i niemal upuszczam go na
podłogę, usiłując odczytać wiadomość:
calliope. według mojego śledztwa ma nowego trenera. wróciła na dobre.
- No i? - dopytuje St. Clair.
Calliope. Dzięki Bogu to tylko Calliope. Spoglądam na przyjaciół.
- Co?
- Co z Niebą? - pytają jednocześnie.
- Ach, tak - uśmiecham się do nich z ulgą. - Fałszywy alarm. Właśnie
zwymiotowała but.
- But? - dziwi się St. Clair.
- Stara, ale mnie wystraszyłaś. Chcesz już pójść do domu?
- Sami zamkniemy, jeśli musisz już iść - dodaje St. Clair. Jakby tu
pracował. Na pewno chce się mnie pozbyć, żeby móc całować się ze swoją
dziewczyną.
Oddalam się w kierunku maszyny z popcornem zawstydzona tym publicznym
okazaniem słabości.
- Nie, dzięki. Z Niebą wszystko w porządku - odpowiadam, kiedy telefon
znowu wibruje.
wszystko w porządku?
Tak. Widziałam ją rano.
I NIE POWIEDZIAŁAŚ MI???
Miałam do ciebie zadzwonić po pracy. A nie widziałaś...?
nie. ale mam oczy i uszy otwarte. zadzwoń później, ned.
Lindsey Lim uważa się za wspaniałego detektywa. To przez jej obsesję na
punkcie zagadek, co trwa, od kiedy dostała na ósme urodziny zestaw
książek o Nancy Drew (od części pt. Tajemnica starego zegara do
Tajemnicy farmy z czerwoną bramą). Stąd też przezwisko Ned. Usiłowała
mówić na mnie Bess, od imienia uwielbiającej zakupy i flirtowanie
przyjaciółki Nancy, ale nie spodobało mi się to, bo Bess zawsze wmawia
Nancy, że coś jest dla niej zbyt niebezpieczne i że powinna sobie
odpuścić. Co za przyjaciółka mówi coś takiego?
I zdecydowanie nie pasowało do mnie także imię innej przyjaciółki Nancy
- George. Bo to chłopczyca z zadartym nosem. Ona nigdy nie założyłaby na
bal sukienki Marii Antoniny. Nawet do glanów. Dlatego pozostał mi Ned
Nickerson, chłopak Nancy. Ned jest rozsądny i często pomaga Nancy w niebezpiecznych sytuacjach. Na to mogę się zgodzić. Nawet jeśli to
chłopak.
Wyobrażam sobie Lindsey wpatrującą się w skupieniu w komputer. Na pewno
od razu zaczęła przeglądać strony fanów łyżwiarstwa i stąd wie o nowym
trenerze. Chociaż nie wykluczam, że mogła także wypytać o wszystko samą
Calliope. Lindsey jest odważna, dlatego kiedyś będzie świetną śledczą.
Potrafi myśleć racjonalnie, jest bezpośrednia i niezachwianie uczciwa.
Dlatego idealnie się równoważymy.
Jesteśmy przyjaciółkami od czasu, gdy... Bellowie przestali się ze mną
przyjaźnić. Kiedy któregoś dnia weszłam do przedszkola, a oni
stwierdzili, że już nie jest fajnie zadawać się z sąsiadką, która
przychodzi do przedszkola tylko na pół dnia. Chociaż ta część naszej
historii nie była tak przykra, jak to brzmi. Bo wkrótce poznałam Lindsey
i odkryłam, że obie uwielbiamy kulanki, kredki w kolorze morskim i ciastka Little Debbies w kształcie choinek. I natychmiast się
zaprzyjaźniłyśmy. A potem, kiedy koledzy z klasy zaczęli mi dokuczać, bo
nosiłam baletowe spódniczki czy magiczne pantofelki, to Lindsey kazała
im się odwalić, nazywając śmierdzielami.
Od tej pory jestem jej wierną przyjaciółką.
Zastanawiam się, czy dowie się czegoś o drugim dziecku Bellów.
- Słucham? - pyta St. Clair.
- Co? - odwracam się i widzę, że znowu razem z Anną dziwnie na mnie
patrzą.
- Powiedziałaś coś o dziecku - odpowiada Anna, przechylając głowę. - Na
pewno wszystko u ciebie w porządku? Jesteś dzisiaj bardzo rozkojarzona.
- Wszystko dobrze! Serio! - zapewniam. Ile razy będę musiała jeszcze
dzisiaj skłamać? Proponuję, że posprzątam łazienki na czwartym piętrze,
żeby się dalej nie pogrążać, jednak później, kiedy Andy się zjawia, żeby
zawieźć mnie do domu (rodzice nie lubią, kiedy jeżdżę sama po nocy
autobusem), patrzy na mnie zaniepokojony.
- Nic ci nie jest Lola-doodle?
Rzucam torebkę na podłogę samochodu.
- Czemu wszyscy mnie dziś o to pytają?
- Może dlatego, że wyglądasz, jakby... - przerywa, a na jego twarzy
pojawia się słabo skrywana nadzieja. - Czy rozstaliście się z Maksem?
- Tato!
Wzrusza ramionami, ale jego grdyka podskakuje, zdradzając, że czuje się
winny, że o to zapytał. Może jest jeszcze nadzieja dla Maksa i moich
rodziców. Albo przynajmniej dla Maksa i Andy'ego. To Andy zawsze
pierwszy mięknie w trudnych sytuacjach.
Co, tak na marginesie, nie oznacza, że jest "kobietą". Nic nie wkurza
mnie bardziej, niż kiedy ktoś zakłada, że jeden z moich ojców jest
"mniej ojcem". Wprawdzie Andy zarabia, piekąc ciasta. I to on przestał
pracować, żeby się mną zajmować. I można z nim porozmawiać o uczuciach.
Ale to on również naprawia gniazdka, udrażnia zapchane rury, zabija
karaluchy i zmienia opony. Natomiast Nathan, chociaż pilnuje w domu
dyscypliny i jest stanowczym prawnikiem w ACLU, to dekoruje także nasz
dom starymi przedmiotami i wzrusza się na filmach.
Więc ani jeden, ani drugi nie jest "kobietą". Obaj są po prostu gejami.
Oczywiste.
A poza tym nawet kobiety nie zawsze wpasowują się w te stereotypy.
- A może chodzi o... sąsiadów? - pyta Andy ostrożnie. Wie, że nawet jeśli
to oni są powodem, to i tak nic nie powiem.
- Nic się nie dzieje, tato. To był po prostu długi dzień.
Jedziemy do domu w ciszy. Drżę, kiedy wysiadam z samochodu, choć nie
dlatego, że spadła temperatura powietrza. Wpatruję się w lawendowy
wiktoriański dom. W okno znajdujące się dokładnie naprzeciwko mojego.
Nie świeci się w nim światło. Zimno ściskające moje serce lekko
ustępuje, ale nie znika całkowicie. Muszę zajrzeć do tego pokoju. Czuję
przypływ adrenaliny i biegnę po schodach, a potem do domu i znowu po
schodach na piętro.
- Hej! - woła za mną Nathan. - Nie uściskasz starego ojczulka?
Andy mówi coś do niego ściszonym głosem. Docieram do swojego pokoju, ale
boję się wejść do środka, co jest absurdalne. Jestem przecież odważna.
Dlaczego miałabym się bać jakiegoś okna? Czekam jednak jeszcze przez
chwilę, żeby mieć pewność, że Nathan nie podąża za mną na górę.
Cokolwiek mam zobaczyć po drugiej stronie, nie chcę, żeby mi w tym
przeszkadzano.
Na szczęście on nie idzie. Pewnie Andy powiedział mu, żeby dał mi
spokój. I dobrze.
Otwieram drzwi z udawaną pewnością siebie. Wyciągam rękę do włącznika
światła, ale zaraz zmieniam zdanie i wchodzę w stylu Lindsey Lim.
Skradam się w cieniu. W naszym mieście domy stoją w rzędach tak blisko
siebie, że tamto okno naprzeciwko znajduje się zaledwie około metra od
mojego. Zaglądam więc do ciemnego wnętrza i poszukuję oznak
zamieszkania.
W oknie nie ma zasłon. Wytężam wzrok, ale o ile się nie mylę, pokój
jest... pusty. Niczego w nim nie ma. Spoglądam w prawą stronę, do pokoju
Calliope. Są tam pudła. Patrzę w dół, do kuchni. Tam też pudła. Znowu
patrzę na wprost.
Nie ma bliźniaka.
Nie ma bliźniaka!
Całe ciało mi się rozluźnia. Włączam światło, a potem muzykę (zespół
Maksa oczywiście) i podkręcam głośność. Bardzo. Zsuwam z nóg baletki i rzucam je na stos butów, który blokuje mi szafę, a potem ściągam perukę,
roztrzepuję włosy i zdejmuję służbową kamizelkę. Na podłodze razem z nią
ląduje zaraz głupia koszulka z krótkimi rękawami i z kołnierzykiem,
którą każą mi nosić, oraz brzydkie, nudne czarne spodnie. Zakładam z powrotem czerwone jedwabne chińskie spodnie od piżamy i top od kompletu.
Znów czuję się sobą.
Patrzę na puste okno.
O tak. Zdecydowanie znów czuję się sobą.
Amfetamina dudni z głośników, a ja tanecznym krokiem zmierzam do
telefonu. Zadzwonię najpierw do Lindsey. A potem do Maksa i przeproszę
go za to, że w ogrodach zachowywałam się jak wariatka. Może będzie miał
jutro rano czas. Idę do pracy dopiero na drugą, więc moglibyśmy zjeść
brunch sami. Albo moglibyśmy skłamać, że wychodzimy na brunch, a tak
naprawdę iść do jego mieszkania.
Zamykam oczy i skaczę w rytm piosenki. Kręcę się w kółko i śmieję,
poddając się muzyce. Max śpiewa wściekłym głosem. Słowa jego piosenki są
prowokujące. Jego gitara rozbrzmiewa energią, która rośnie i rośnie, a dźwięki basu pulsują we mnie jak krew. Jestem niepokonana.
Otwieram oczy.
I widzę Cricketa Bella, który się do mnie uśmiecha.
- Cześć, Lola.
Rozdział czwarty
Siedzi w oknie. A właściwie siedzi na nim. Tyłek ma na parapecie, a nogi
(niemożliwie długie i smukłe) zwisają w dół ściany budynku. Na wysokości
pierwszego piętra. Dłonie złożył na kolanach, jakby szpiegowanie niczego
niespodziewającej się sąsiadki było dla niego najbardziej naturalną
rzeczą na świecie.
Gapię się bezradna i zdziwiona, a on wybucha śmiechem. Aż kołysze mu się
całe ciało. Odrzuca głowę w tył i klaszcze w dłonie.
Cricket Bell się ze mnie śmieje. I klaszcze.
- Wołałem cię - mówi, jednocześnie usiłując się uspokoić, ale usta
jeszcze bardziej rozszerzają mu się w uśmiechu. Mogłabym mu policzyć
zęby. - Wołałem twoje imię kilkanaście razy, ale nie mogłem przekrzyczeć
muzyki, więc postanowiłem przeczekać. Nieźle tańczysz.
Zażenowanie odbiera mi mowę.
- Przepraszam - nadal się uśmiecha, ale widać, że ma wyrzuty sumienia. -
Chciałem się tylko przywitać.
Jednym płynnym ruchem przerzuca nogi z powrotem do pokoju. W sposobie, w jaki ląduje, są lekkość, pewna gracja, które natychmiast rozpoznaję.
Sprawiają, że przepływa przeze mnie znajome, bolesne uczucie wstydu.
Lecz wtedy on się przeciąga, a ja na nowo popadam w osłupienie.
- Cricket, ty jesteś... wysoki - mówię. I jest to, z dużym
prawdopodobieństwem, najgłupsza rzecz, jaką mogłam powiedzieć.
Cricket Bell zawsze był wyższy od większości chłopców, a w ciągu
ostatnich dwóch lat urósł jeszcze o kilkanaście centymetrów. Co
najmniej. Jego smukłe ciało (dawniej chude i niezgrabne mimo pełnych
gracji ruchów) też się zmieniło. Jest pełniejsze, choć nieznacznie.
Zniknęła dawna kościstość. Mimo wszystko mówienie komuś, że jest wysoki,
jest jak mówienie o pogodzie, kiedy leje. Zarówno oczywiste, jak i irytujące.
- To przez włosy - odpowiada z miną bez wyrazu. - Grawitacja zawsze była
moim wrogiem.
Ciemne włosy rzeczywiście sterczą mu wysoko. Niby są falowane, ale...
falują w odwrotnym kierunku. Nie wiem, jak to możliwe bez ogromnej
ilości pianki czy żelu, ale nawet kiedy był jeszcze dzieckiem, włosy
zawsze układały mu się do góry. Wygląda przez to trochę jak szalony
naukowiec, co w zasadzie nie jest dalekie od prawdy. Zawsze podobały mi
się te jego włosy.
To znaczy kiedy jeszcze w ogóle go lubiłam.
Czeka, aż coś powiem, a kiedy tego nie robię, chrząka i kontynuuje:
- Ale ty też jesteś wyższa. Oczywiście. To znaczy minęło dużo czasu.
Więc to oczywiste, że jesteś. Wyższa.
Oboje przyglądamy się sobie. Myśli wirują mi w głowie, kiedy usiłuję
połączyć obecnego Cricketa z tym z przeszłości. Wyrósł i wydoroślał, ale
to nadal on. Ten sam chłopak, w którym zakochałam się w dziewiątej
klasie. To uczucie rosło we mnie od czasu, kiedy byliśmy mali, ale w tamtym roku, czyli w roku, w którym Cricket skończył szesnaście lat,
wszystko się zmieniło.
Wszystkiemu były winne jego spodnie.
Cricket Bell był po prostu... miły. I ładny, i inteligentny, i starszy, i to normalne, że zrodziło się we mnie głębsze uczucie dla niego. Jednak
dzień, w którym wszystkie elementy układanki wskoczyły na miejsce, był
jednocześnie tym, w którym odkryłam, że zaczął się interesować swoim
wyglądem. Nie tak egoistycznie. Raczej w stylu: "Może szerokie szorty z dużymi kieszeniami i gigantyczne tenisówki nie są najbardziej atrakcyjne
dla kogoś takiego jak ja".
I zaczął nosić te spodnie.
Takie ładne. Nie jak u hipstera czy preppersa, ale takie, które mówiły,
że zależy mu na tym, jak wygląda. Wybierał je specjalnie. Niektóre były
gładkie, inne w prążki, tak aby jeszcze bardziej optycznie podkreślić
jego wysoki wzrost. A do tego nosił staromodne koszule i niezwykłe
kurtki w taki sposób, jakby ten dobry wygląd uzyskał ot tak, od
niechcenia.
Więc w czasie, kiedy chłopcy z mojej klasy ledwo pamiętali o zapinaniu
suwaka (a jedyni, którym naprawdę zależało na wyglądzie, byli
homoseksualistami), on był idealnie przyjacielskim, idealnie atrakcyjnym
i idealnie ubranym chłopakiem hetero, który, tak się złożyło, mieszkał w domu obok.
Oczywiście, że się w nim zakochałam.
I oczywiście skończyło się to źle.
A teraz jest znowu tutaj, a jego nawyki co do ubioru pozostały
niezmienione. A jeśli już, to nawet uległy poprawie. I spodnie, i koszule nadal nosi dopasowane, z tym że teraz dodaje do nich akcesoria.
Na jednym nadgarstku ma zegarek na grubym pasku z czarnej skóry, a na
drugim całe mnóstwo kolorowych bransoletek i gumek recepturek. Cricket
Bell wygląda dobrze. Wygląda lepiej!
Uświadamiam to sobie ze zdziwieniem, natomiast świadomość, która pojawia
się jako następna, jest jeszcze bardziej zaskakująca: Już się w nim nie
kocham.
Już nie. Teraz, patrząc na niego, czuję... pustkę.
- Co u ciebie? - pytam, uśmiechając się jednocześnie ciepło i na luzie.
W taki sposób, który, mam nadzieję, mówi: "Już nie jestem tą samą osobą.
Wcale mnie nie skrzywdziłeś i w ogóle o tobie nie myślę".
- W porządku. Naprawdę, naprawdę dobrze. Właśnie zacząłem studia w Berkeley, więc tam właśnie są moje rzeczy. Wiesz... w Berkeley. Wpadłem tu
tylko na chwilę, żeby pomóc rodzicom w rozpakowywaniu - odpowiada,
wskazując za siebie, jakby stały tam pudła z ich rzeczami. Zawsze dużo
gestykulował.
- Berkeley? - pytam zdziwiona - To...
Spogląda w dół, na ścieżkę pomiędzy naszymi domami.
- Ja, eee, wcześniej skończyłem szkołę. Uczyłem się w domu. Calliope
też, ale ona na kilka lat odpuszcza sobie studia, żeby się skoncentrować
na karierze.
- Więc mieszkasz tam? - ledwie ośmielam się w to uwierzyć. - W akademiku?
- No tak.
Tak! O matko, tak!!!
- To znaczy przywiozę tu parę rzeczy - dodaje. - Żeby mieć coś na
weekendy i ferie albo wakacje.
- Na weekendy? - czuję ucisk w klatce piersiowej.
- No tak. Chyba - brzmi, jakby przepraszał. - To wszystko jest jeszcze
dla mnie nowe. Wiesz, u nas zawsze wszystko kręciło się wokół Calliope.
Wiem. Ta rodzina zawsze funkcjonowała dla jej kariery. To pewnie
pierwszy raz w życiu Cricketa, kiedy jego grafik nie jest związany z jej.
- W zeszłym roku widziałam ją w telewizji - mówię, usiłując nie pokazać,
że stresuje mnie myśl o widywaniu go regularnie. - Na mistrzostwach
świata. Zajęła drugie miejsce, to imponujące.
- Ach - odpowiada Cricket, opierając się o framugę. Drapie się po nosie,
odsłaniając na wierzchu lewej dłoni napis: "Układ wsteczny". - Lepiej,
żeby nie słyszała, że to powiedziałaś.
- Dlaczego? - dziwię się.
Wpatruję się w jego dłoń. To surrealistyczne. Zawsze pisał na niej
zakodowane przypominajki i zawsze tym samym czarnym pisakiem. Kiedyś też
czasami tak robiłam, żeby upodobnić się do niego. Na to wspomnienie
czuję ściśnięcie żołądka. Czy wiedział o tym? Czy Calliope żartowała z tego za moimi plecami?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki