Rozdział pierwszy
Królewskie święto Gullweig, tak jak
wszystkie święta w Asgardzie, radowało tych, którzy lubowali się w przydługich mowach, niedorzecznych konwenansach i nadeptywaniu sobie na
odciski, ponieważ w Wielkiej Sali zawsze panował ścisk i nikt nie
potrafił tam chodzić na wysokich obcasach.
Loki był przekonany, że wszyscy nie cierpią tych świąt, ale nikt nie
chce się do tego przyznać z obawy, że zostanie uznany za kogoś o ograniczonym umyśle. On sam jednak nie miał wątpliwości co do rozmiarów
swojego umysłu - były one duże - i umiejętności chodzenia na wysokich
obcasach, dlatego mówił bez ogródek.
- Nie cierpię dni świątecznych.
Obok niego stali członkowie rodziny królewskiej, witający gości. Z twarzy Thora nie schodził uprzejmy uśmiech polityka, który ćwiczył
specjalnie na takie okazje. Przygasł jednak odrobinę, kiedy Loki
zasugerował, że gdy pokazuje się tyle zębów naraz, to od razu widać, że
coś między nimi utkwiło. Potem przez kilka minut Thor majstrował przy
nich językiem, a wargi wydęły mu się wtedy w tak groteskowy sposób, że
kilku zbliżających się dworzan od razu skręciło w bok. Wreszcie
uświadomił sobie, że niczego tam nie ma.
- Dni świąteczne są bardzo ważne - powiedział Thor. - Podnoszą moralność
asgardzkich przywódców na naszym dworze.
- Morale - poprawił go Loki.
Uśmiech nie zniknął z twarzy Thora, ale bóg zmarszczył brwi.
- Co?
- Przypomniałem sobie to słowo - odparł Loki. - Chodziło o "morale".
- A co ja powiedziałem?
- Ty... Nieważne. - Loki przykleił do ust własny, przesadnie szeroki,
uśmiech i uniósł głos na tyle, aby Thor zdołał go usłyszeć pomimo
żywiołowej ludowej pieśni granej właśnie przez muzykantów. - Robisz to
perfekcyjnie.
Thor poprawił diadem spoczywający na jego głowie. Wokół obręczy
zaczynały zbierać się perły potu, które teraz spływały mu po czole.
Lokiemu również zaproponowano włożenie diademu - matka wybrała mu
srebrną plecioną opaskę wysadzaną niewielkimi klejnotami. Choć Loki
niewiele rzeczy kochał tak bardzo jak odrobinę blichtru, to zdecydował
się na styl bardziej wyrafinowany i stonowany, do którego taka obręcz
zupełnie by nie pasowała. Przecież to, że nie lubił całodniowego
świętowania, nie musiało oznaczać, że ma źle wyglądać. W swoich wysokich
butach mógł dumnie przechadzać się przez sam środek sali. Były czarne,
za kolana, o obcasach długich i cienkich niczym noże, które trzymał w rękawach. Jego szata miała wysoki kołnierz i zielone ściągacze na
ramionach. Do niej Loki dobrał luźne spodnie w tym samym kolorze. Amora
powiedziała, że zieleń sprawia, że jego oczy wyglądają niczym klejnoty,
ale starał się nie nosić tej barwy za często. Lepiej, żeby Amora nie
pomyślała, że bierze sobie do serca jej rady. Może i miała zawsze rację,
ale przecież nie musiała o tym wiedzieć.
Loki zerknął na szereg dygnitarzy. Przesunął spojrzeniem po Thorze i po
Frigdze odzianej w powłóczyste srebrne szaty, z dłoniami skrytymi w rękawicach. Uśmiechali się, przytakując jakiejś asgardzkiej kobiecie,
która komplementowała, jakże pięknie włosy królowej wyglądają z pasmami
siwizny. Obok nieznajomej stali ambasadorowie Vanaheimu i Ringsfjordu.
Rozmawiali, przechylając głowy w stronę królowej Joleny, a ta wciąż
donośnie dopominała się, by mówili trochę głośniej. Dalej, wyprostowana
niczym żołnierz, stała Karnilla - królowa Norn oraz nadworna
czarodziejka Odyna. Ciemne włosy miała zaplecione i udrapowane wokół
złotego diademu z osadzonym na przedzie fioletowym kamieniem. Jej twarz
nie wyrażała niczego. Kiedy pojawiała się na dworze, Loki dostrzegał u niej jedynie posłuszny grymas przyjęcia czegoś do wiadomości. Jedną z dłoni o długich palcach opierała na ramieniu Amory, jak gdyby bała się,
że uczennica się wymknie, jeżeli tylko jej nie przytrzyma.
A istniała na to spora szansa.
Amora ewidentnie okazywała znudzenie znacznie większe, niż powinna,
zdaniem Lokiego. Znacznie też większe, niż on mógłby okazać, nie
narażając się na wysłuchiwanie kazania od swojego ojca. Oczywiście,
podobnie mogła pouczać ją Karnilla, lecz wydawało się, że Amora
przejmuje się tym tak samo jak Loki opiniami Odyna. Chciałby umieć w ogóle się nimi nie przejmować, nie mieć ciągle wrażenia, że wszystko, co
robi, dobrze lub źle, zostaje odhaczone w stosownej rubryce i trzymane w aktach do dnia, w którym Odyn wyznaczy jego lub Thora na dziedzica
korony Asgardu. Wszystko stałoby się znacznie prostsze, gdyby został
sam. Amora była jedyną uczennicą, jaką kiedykolwiek przyjęła Karnilla,
oraz jedyną w Asgardzie osobą władającą magią i obdarzoną taką mocą, że
mogła w przyszłości zostać nadworną czarodziejką i królową Norn. Moc
Amory czyniła ją pożądaną; moc Lokiego sprawiała, że czuł potrzebę
trzymania jej w ukryciu.
Nikt nie chciał oddać władzy czarownikowi. Królowie Asgardu byli
wojownikami. Nosili długie złociste włosy, wypolerowane zbroje, a bitewne blizny beztrosko pozostawiali na widoku, niczym ostentacyjne
ozdoby. "Och, ta stara szrama? To tylko pamiątka po jakimś nikczemnym
Sakaaraninie, na tyle głupim, żeby mierzyć się z moją siłą".
Amora zdołała się wyślizgnąć Karnilli na tyle, żeby zabrać puchar z tacy
niesionej przez mijającego ją sługę. Loki przypatrywał się, jak dotyka
palcem powierzchni cieczy i używając mocy lewitacji, unosi pojedynczą
kroplę. Ta wisiała w powietrzu, kilka centymetrów od wnętrza jej dłoni,
dopóki Karnilla, nie przesuwając spojrzenia, wyciągnęła ku Amorze rękę i klepnęła dłoń uczennicy, rozpraszając czar. Amora przewróciła oczami, a potem - może wyczuwając, że Loki wpatruje się w nią już nazbyt długo -
rozejrzała dookoła. Przechwyciła jego wzrok i udała uśmiech, rozciągając
palcami kąciki ust. Loki poczuł, że czerwienieją mu uszy. Odwrócił
spojrzenie, jak gdyby mógł w ten sposób zaprzeczyć, że właśnie
przyłapała go na gapieniu się. Zamiast tego wytrzeszczył oczy, na co ona
odpowiedziała mu gestem udającym wieszanie się.
Parsknął. Thor spojrzał na niego, marszcząc brwi, a następnie podążał za
jego wzrokiem. Amora jednak zdążyła się już wyprostować i razem z Karnillą uśmiechała się do jakiegoś dworzanina, który właśnie zagadnął
kobiety. Zdawało się, że wkłada wiele wysiłku w to, aby jej uśmiech
wyglądał na tak bardzo wymuszony, jak to tylko możliwe - równie dużo, co
Thor w to, aby jego uśmiech wyglądał naturalnie. Ale przecież się
uśmiechała, więc nikt nie mógł zarzucić jej krnąbrności.
Thor jeszcze mocniej zmarszczył czoło, przez co jego diadem trochę się
zsunął. Poprawił go sobie szybko, a następnie odwrócił się do przodu,
sapiąc z oburzenia, co zabrzmiało, jakby próbował naśladować ojca.
Kiedy Loki ponownie uchwycił spojrzenie Amory, subtelnym gestem wskazała
w dół, na płytki posadzki, i uniosła brwi.
Zawahał się. Czym innym było używanie tych drobnych czarów, jakich się
od niej nauczył, w trakcie kolacji albo w szkolnej sali, a czym innym w trakcie wypełniania oficjalnych państwowych obowiązków. Pewnie nic by
się nie stało - zmiana koloru płyt posadzki Wielkiej Sali na różowy była
w końcu jego pomysłem. Ale zaproponował coś takiego półżartem, z nadzieją, że zaimponuje śmiałością oraz kreatywnym wykorzystaniem tkania
czaru. Nie sądził, że naprawdę będzie musiał to zrobić.
Jednak Amora zawsze musiała doprowadzić sprawy do końca. Należało
próbować wszystkiego, czego tylko się dało, nie bacząc na konsekwencje.
A te zawsze się pojawiały, począwszy od trzepnięcia po głowie przez
znużonego nauczyciela, a skończywszy na wezwaniu do komnat Karnilli.
Jednak Amora i tak to zrobiła.
Loki poczuł przypływ palącej zazdrości o jej śmiałość - o to, że kiedy
dostawała burę od Odyna albo Karnilli, zdawała się nie czuć ani krzty
wstydu. Jemu serce zawsze aż się skręcało, nieważne, jak hardo zadzierał
podbródek. I nieważne, za jak niewinnego sam się uważał. Kiedyś, jako
mały chłopiec, Loki użył swojej magii, żeby jednocześnie zgasić
wszystkie światła w pałacu. Był zdumiony, kiedy okazało się, że wbrew
temu, czego się spodziewał, Odyn wcale nie jest zachwycony i dumny, lecz
tak wściekły, że Loki aż się zląkł, że ojciec zaraz go uderzy.
Królewicza odesłano do komnaty, aby siedział tam sam i zwijał się ze
wstydu, którego nie pojmował. Chłopca odwiedziła w końcu matka, aby
wyjaśnić mu, że najlepiej będzie, jeżeli teraz zaniecha używania magii,
która - jak czuł - aż wibrowała mu w kościach, i poświęci się nauce
walki, tak jak jego brat. Powiedziała, że właśnie tak będzie najlepiej
dla jego przyszłości. Mówiła łagodnie - jego matka przemawiała wyłącznie
w taki sposób - jednak upokorzenie z tamtej chwili zawsze już
towarzyszyło każdemu czarowi, jaki rzucał.
Jednak zanim Amora pojawiła się na dworze, Loki czarował bardzo rzadko.
Próbował stać się wojownikiem, biegać szybciej i trenować ciężej,
nauczyć się, jak zadać cios i się przy tym nie ugiąć. Chciał robić to
wszystko, co - jak się zdawało - Thor robił bez najmniejszego wysiłku,
nabyć umiejętności, które - jak im mówiono - były niezwykle ważne dla
przyszłego króla Asgardu. Sam Loki odnosił wrażenie, że potrafi jedynie
przemieniać w ślimaki miód z pucharu brata, gdy ten akurat zaczynał go
pić (gdy Thor je wypluł, Loki przemieniał je na powrót w płyn).
Nie należało to do najlepszych sposobów radzenia sobie z emocjami - ale
był to jego sposób i już.
To właśnie sztuczka ze ślimakami zwróciła po raz pierwszy uwagę Amory na
Lokiego. Kiedy Thor opluł stół miodem, Odyn złajał go za złe maniery
przy gościach, królowej Norn Karnilli oraz jej uczennicy Amorze,
spędzających swój pierwszy wieczór w asgardzkim pałacu. Kiedy Thor
uporczywie przekonywał, że to były ślimaki, że to przecież były ślimaki,
że to na pewno były ślimaki, spojrzenie Lokiego powędrowało nad stołem
ku Amorze, choć sam nie wiedział dlaczego. Wtedy właśnie spostrzegł, że
i ona mu się przygląda. Uniosła kąciki ust, do których właśnie
przysuwała widelec. Potem jednak odwróciła wzrok, a Loki na powrót
zaczął się wpatrywać w swoją potrawkę.
Powiedział sobie, że ślimakami odpłacił bratu za to, że rano na ringu
powalił go na łopatki, chociaż obiecywał tego nie robić. Szybko
zapomniał o obietnicy, kiedy tylko zorientował się, że patrzy na nich
Sif. Lokiemu wcale nie chodziło o to, że Amora była czarodziejką -
pierwszą, poza jego matką, władającą magią osobą, jaką spotkał.
"Kuglarskie sztuczki", tak Loki zwykł myśleć o czarach. Frigga zawsze
dbała, aby nie epatować swoimi mocami, i zachęciła syna, żeby postępował
podobnie. Jednak Amora mogła obnosić się z mocą i popisywać się nią w ramach nauki przed objęciem w przyszłości stanowiska na dworze. I wcale
nie chodziło o to, że jej długie włosy miały barwę miodu i że nosiła je
udrapowane wokół głowy w niekończącej się pętli, która wyglądała niczym
splecione węże. I nie chodziło o jej lekko skośne oczy, wypukłe kości
policzkowe albo łobuzerski uśmieszek.
"A czego się spodziewałeś?", ganił się w duchu, szturchając kawałek
mięsa i patrząc, jak wyskakuje na gęstą, oleistą powierzchnię.
"Myślałeś, że będzie podekscytowana tym, że spotkała w Asgardzie jeszcze
jednego maga?" Maga, którego nigdy nie nauczono kontrolowania swojej
mocy, co znaczyło, że zwykle wymykała mu się jako nieeleganckie,
niezdarne sztuczki, których z trudem się uczył.
Ale akcja ze ślimakami była niezła.
Wzrok Lokiego powędrował z powrotem ku Amorze, ale jej ciemne oczy -
czarne, wyjąwszy kilka cienkich szmaragdowym żyłek, które rozczepiały
się nich niczym błyskawice jadowitej burzy - zwrócone były na Karnillę.
Kiedy słuchała Karnilli i Odyna, dyskutujących o nauce, którą Amora
miała zacząć pobierać na dworze przed Świętem Gullweig, i o tym, że
będzie przygotowywała do roli prawej ręki jednego z synów Odyna, Loki
znowu poczuł się mały i dziwaczny, niewarty uwagi osoby, która - jak
sądził - mogła go w czymś przypominać.
Jednak pod koniec posiłku, gdy już dopił wino, na dnie pucharu znalazł
małego ślimaczka, który wiercił się leniwe w resztkach napoju. Uniósł
wzrok, ale Amora już odeszła, zostawiając go tylko ze swoją obrzydliwą
wizytówką.
- Sztuczka ze ślimakiem jest całkiem sprytna - powiedziała mu później,
kiedy zastał ją w pałacowej bibliotece, przycupniętą na ławie pod jednym
z okrągłych okien wychodzących na ogrody. Pod jej stopami leżał stos
książek, które - jak był pewien - zabrała ze sobą tylko po to, żeby
ładnie wyglądały.
- A co, gdybyś poczekał z przemianą, aż przełknie? Nie sądzisz, że
połknięcie garści ślimaków jest znacznie bardziej przerażające od
wyplucia jednego na stół?
O tym Loki nie pomyślał. Nie był też pewien, czy panuje nad swoimi
mocami na tyle dobrze, żeby aż tak perfekcyjnie wymierzyć chwilę
rzucenia czaru.
Kiedy nie odpowiadał, oczy Amory błysnęły znad książki, którą trzymała
otwartą na kolanach; był pewien, że dziewczyna dobrze wie, jak do twarzy
jej z wyniosłością. Rozpuściła warkocze, a ruchem podbródka sprawiła,
że włosy idealnie spłynęły po ramionach, niczym kobierzec rozwijany pod
stopami nadchodzącego króla.
- Kto cię tego nauczył? - zapytała.
- Nikt - odparł.
Każdą umiejętność doskonalił sam, przez co jego panowanie nad własnymi
mocami pozostawało toporne, zupełnie podstawowe i frustrująco wątłe.
Czuł w sobie źródło, jego siłę i głębię, ale nie potrafił znaleźć
sposobu, aby z niego czerpać.
- Nie wiedziałam, że syn Odyna jest czarownikiem - powiedziała.
- Nie bez przyczyny. - Chciał usiąść obok niej, ale miał wrażenie, że to
byłoby zbyt aroganckie, stanowiłoby śmiałe przyznanie się, że jest nią
zainteresowany na tyle, aby życzyć sobie jej towarzystwa.
Zamiast tego niedbale oparł się o jedną z półek, która - jak się
zorientował - była znacznie bardziej pochyła, niż sądził.
- Asgardczycy nie chcą, żeby ich książęta byli czarodziejami. Nie taką
moc sobie cenią.
Amora przypatrywała mu się przez chwilę, a potem zagięła róg strony i zamknęła książkę gestem, który, choć drobny, miał tyle niszczycielskiego
uroku, że Loki zapragnął pozaginać strony we wszystkich księgach z biblioteki swojego ojca.
- Czy Odyn nie najął kogoś, żeby cię uczył? - zapytała. - Albo twoja
matka? Przecież jest czarodziejką.
- Nie - odparł, pewien, że zapada się kilka centymetrów głębiej w dywan.
- To znaczy, tak, ona tak. Jednak mój ojciec nie chciał, żebym się uczył
magii.
- Bo się ciebie obawia.
Loki, zanim zdołał się powstrzymać, roześmiał się na myśl o tym, że
Odyn, mocny jak skała i o podobnym do niej szorstkim oraz gwałtownym
usposobieniu, bałby się własnego syna, zwłaszcza tego mniejszego i chudszego. - On się mnie nie obawia. Po prostu chce, żebym był tak
dobrym kandydatem do tronu, jak tylko zdołam, dlatego kazał mi ćwiczyć z wojownikami.
Teraz to Amora się roześmiała.
- To jest jak trzymanie okrętu wojennego na płyciźnie. Co za
marnotrawstwo.
Pogładziła grzbiet książki, taksując Lokiego wzrokiem. Zdawało się, że
jej ciało składa się z dymu, tak wiło się i opływało parapet. Zrzuciła
buty i podkurczyła palce, opierając je o kamień.
- Nie jesteś żołnierzem - powiedziała. - Jesteś czarodziejem. I ktoś
powinien nauczyć cię, jak nim być.
- Ktoś powinien - przyznał.
Posłała mu uśmiech, taki, który kojarzył się ze sztyletem powoli
wysuwanym z pochwy, z tym złowieszczym brzękiem drapania o metal
poprzedzającym cios. Potem wróciła do wertowania księgi leżącej na
kolanach - a on zamarł. Sądził, że okazał się zbyt nieprzejrzysty, zbyt
nieczytelny, za zimny, miał to wszystko, czego nie miał jego brat, to,
co nauczyciele kazali mu porzucić, z powodu czego inni mu dokuczali, gdy
szkolił się na wojownika.
Nagle jednak Amora zsunęła stopy z sąsiedniego miejsca i zapytała:
- Usiądziesz?
Usiadł.
Od tamtej chwili minęły całe miesiące. Miesiące, podczas których Loki i Amora spletli się w nierozłączny duet, o którym szeptali słudzy i który
nie podobał się dworzanom. Nawet teraz, podczas uczty w Wielkiej Sali,
Loki czuł, jak zerkają i starają się ustalić, czy jego zażyłość z upartą
uczennicą Karnilli zmieniła go tak, że dałoby się to zauważyć.
Nad nim zamigotały świece w wykonanych na kształt łodzi kandelabrach,
zawieszonych w Wielkiej Sali, a ich światło zatańczyło po złotych
liściach zdobiących boazerię. Kształt sufitu zawsze kojarzył mu się z wnętrzem jakiegoś instrumentu muzycznego. Strop był wygięty i zakrzywiony tak, żeby wzmacniać dźwięk i nadawać każdemu wydarzeniu
jeszcze bardziej imponującego charakteru. Loki zerknął na płyty pod
swoimi stopami, czarne, ze złotymi pasmami biegnącymi wzdłuż każdej z nich, układającymi się w zawiłe, misterne korzenie, które u podstawy
wielkich schodów łączyły się w Yggdrasil. Kiedy ponownie napotkał
spojrzenie Amory, ta przesadnie zatrzepotała rzęsami i złożyła dłonie w błagalnym geście. Wiedział, że gdyby tylko poprosiła, mógłby teraz
podpalić całą tę salę i biegać po niej nago.
- Co tam knujesz? - mruknął stojący obok Thor.
- Knuję? - powtórzył Loki, przyklejając do ust swój najpiękniejszy
uśmiech, aby odstraszyć zbliżającego się właśnie dworzanina. - Ja nigdy
nie knuję.
- Daj spokój - parsknął Thor.
- Jaki spokój? Jakie knucie?
Thor przydeptał stopę Lokiego, a ten przygryzł język, aby powstrzymać
okrzyk z bólu.
- Ostrożnie, kocham te buty bardziej od ciebie.
Thor ponownie zerknął na rząd dworzan, na Amorę, która raz jeszcze
zrobiła przesadnie niewinną minę. Thor nie polubił jej tak jak Loki.
Przyłączył się do nich podczas kilku eskapad po pałacu, ale zawsze robił
to raczej niechętnie, zerkając przez ramię, żeby się upewnić, czy na
pewno nikt ich nie widzi. Tak często wówczas powtarzał: "Chyba nie
powinniśmy tego robić", że Amora zaproponowała, żeby za każde takie
słowa płacił im grzywnę. Wreszcie przestał z nimi chodzić, co Lokiemu
bardzo odpowiadało. Nie chciał dzielić się Amorą z bratem. Nie chciał
się nią dzielić z nikim. Cała należała do niego, tak, jak nie należał
jeszcze nikt. Nikt nawet nie chciał należeć. I miło było obserwować, jak
Thor chociaż raz odłącza się od rozmowy.
Thor nigdy wprost nie wydawał opinii na temat Amory. Zresztą nikt tego
nie robił - po prostu szeptano o niej za plecami, tak jak zawsze
plotkowano o Lokim. Zbyt nieprzewidywalna, zbyt silna, nie powinno się
jej pozwalać na opuszczenie Nornheimu, nawet jeśli król i jego
czarodziejka uważali, że struktura oraz rygor monarszego dworu
utemperują ten upór.
Nagle gwar na sali rozdarły trzy dudnięcia. Muzycy ucichli, dworzanie
zamilkli i zwrócili się ku szczytowi wielkich schodów. Loki obrócił się
wraz z resztą królewskich dostojników z komitetu powitalnego i zwrócił
twarz w górę - tam, gdzie stał teraz Odyn, odziany w odświętny strój o purpurowej barwie. Dzierżył swoją włócznię - Gungnira. W brodę miał
wplecione złote nici, a na czole obręcz wykonaną podobnie jak ta na
głowie Thora. Loki poczuł ukłucie żalu. Może jednak powinien założyć
diadem, nawet jeśli nie pasował do reszty ubioru.
- Asgardczycy! - zagrzmiał Odyn, a jego głos odbijał się echem od
zakrzywionego stropu i bez trudu rozchodził po całej sali. -
Przyjaciele, przybysze, szacowni goście ze wszystkich dziewięciu
światów, zaszczyciliście nas swoją obecnością na uczcie ku czci
Gullweig.
Loki od małego słuchał już różnych odmian tej mowy, wygłaszanej przy
okazji każdego święta. Godne uwagi było to, ilu bohaterskich wojowników
Asgard postanowił czcić podczas tych uczt. Dobre jedzenie, które na nich
podawano, niewarte było tego, by tutaj wystawać, dawać się poklepywać
dworzanom po głowie, a później wytrzymywać długą ojcowską przemowę o jakimś jasnowłosym mężu z nabrzmiałymi bicepsami i nienasyconą żądzą
krwi wrogów Asgardu, którego honorowano w tenże szczególny dzień.
Jednak święto Gullweig było pod pewnym względem wyjątkowe.
- Dzisiaj - kontynuował Odyn, rozglądając się i dotykając palcem
przepaski, która skrywała pusty prawy oczodół - czcimy wojowniczego
króla, który przed setką stuleci okiełznał mroźne pływy Nilfheimu w trakcie oblężenia Muspelheimu i wykuł z nich Zwierciadło Oka Boga. To
samo, które przyniesiono teraz z pałacowego skarbca i które za sprawą
siły oraz mocy naszej nadwornej czarodziejki z Nornheimu ukaże nam wizję
przyszłej dekady i zagrożeń, przed którymi powinien zbroić się Asgard.
Jest to sposób na zapewnienie naszemu królestwu ochrony przed
niebezpieczeństwami spoza dziewięciu światów i przed samym Ragnarökiem.
Zwierciadło Oka Boga nie udziela odpowiedzi i o niczym nie przesądza.
Pod koniec tego świątecznego dnia naradzę się z moimi generałami i doradcami. Wspólnie obmyślimy najlepszą strategię, aby zapewnić pomyślną
przyszłość naszemu ludowi.
Loki dowiedział się tego wszystkiego od nauczycieli historii, kiedy
szykował się do święta - pierwszego za jego pamięci, podczas którego
przyniesiono Zwierciadło Oka Boga, żeby Karnilla użyła jego mocy. Jednak
i tak wspiął się palce, aby lepiej widzieć, jak dwóch einherjarów
zdejmuje zasłonę za plecami ojca.
Zwierciadło Oka Boga było ścianą połyskującego czarnego obsydianu -
idealnym kwadratem w cienkiej złotej ramie z wyrytymi liniami, wijącymi
się na każdym z rogów. Widział już je kiedyś, kiedy Odyn zabrał go razem
z Thorem do skarbca pod pałacem i objaśniał moce każdego przechowywanego
tam przedmiotu, a także opowiadał o staraniach, jakie podjął, żeby
zabezpieczyć przed nimi swój lud. Jednak tutaj, z dala od ciemnych murów
i półmroku krypty, kiedy lustra nie otaczały liczne artefakty, przejęte
przez Odyna, by zapobiec końcowi świata, Zwierciadło wydawało się
jeszcze bardzie imponujące. Jeszcze potężniejsze. Stało samo z siebie,
bez żadnych nóżek ani podparć. Chociaż na sali i tak już było zupełnie
cicho, zdawało się, że pomieszczenie pogrążyło się teraz w jeszcze
większym milczeniu.
Karnilla weszła po schodach, a kiedy Odyn wyciągnął do niej dłoń,
wspólnie zbliżyli się do Zwierciadła. Odyn stanął po jednej stronie
lustra, ona po drugiej i płasko przycisnęła wnętrza dłoni do tafli. Król
wręczył Gungnira jednemu z einherjarów i ponownie odwrócił się w stronę
swojego ludu, rozpostarłszy ramiona.
- Niech nastanie kolejna dekada pokoju i pomyślności dla naszej
wspaniałej krainy!
Loki poczuł, że coś muska mu ramię, a potem usłyszał w uchu głos Amory.
- Przemieniamy płyty posadzki już teraz, kiedy twój ojciec jest zajęty,
czy chcemy mieć pewność, że wszyscy zobaczą, jak fuksja gryzie się z barwą jego szat?
Odpowiedź Lokiego przerwał trzask energii u szczytu schodów. Poczuł, że
unoszą mu się włoski na karku, a powietrze nagle staje się gorące i duszne niczym przed burzą z piorunami.
Na stropie Wielkiej Sali zajaśniała chaotyczna błyskawica z białego
światła. Dworzanie wstrzymali oddech, ale Karnilla, która stała obok
Zwierciadła i Odyna, uniosła dłoń, a wtedy światło spłynęło ku jej
pięści, gromadząc się wokół niej niczym cyklon. Loki poczuł, że aż
otwiera usta, zadziwiony elegancją, opanowaniem Karnilli oraz sposobem,
w jaki magia popłynęła przez powietrze w odpowiedzi na wezwanie
czarodziejki.
Poczuł, że Amora szturcha go w plecy.
- Loki.
Karnilla rozpostarła dłoń i przycisnęła do obsydianowej powierzchni.
Żłobienia w każdym rogu Zwierciadła rozbłysły, runiczne linie zalśniły
tak jasno, że przez chwilę wydawało się, że zapłoną. Powierzchnia
zwierciadła zmarszczyła się niczym tafla sadzawki. Oko Odyna pobielało,
a na powierzchni lustra migotały obrazy z przyszłości Asgardu, widoczne
tylko dla niego.
- Chyba w ogóle mnie nie słuchasz - powiedziała Amora. Tym razem tak
bardzo zbliżyła wargi do ucha Lokiego, że poczuł jej oddech.
- Cicho - syknął na nich Thor, który stał obok.
Amora gwałtownie odwróciła się w jego stronę.
- Och, jak mi przykro, czyżbym przeszkodziła w czymś ważnym?
Ku dłoni Karnilli spłynęło następne świetlne wyładowanie, wcześniej
tańczące po sklepieniu.
- Okaż trochę szacunku - syknął przez zęby Thor.
- A czy brak go w moich słowach? - odparowała Amora.
- Owszem. W samym fakcie, że się odzywasz.
Loki nagle poczuł dłoń na ramieniu, a kiedy się odwrócił, zobaczył, że
między nim a Amorą znalazła się matka. Wciąż wpatrywała się w Odyna
stojącego na szczycie schodów, a uścisk jej palców był bardzo delikatny.
- Wystarczy już tego - stwierdziła spokojne. Loki chciał zaprotestować,
powiedzieć, że jak na razie tylko on nie odezwał się podczas tej ważnej
ceremonii. Jednak Frigga ścisnęła mocno jego ramię, więc stłumił te
słowa.
Z dłoni Karnilli ku tafli Zwierciadła przeskoczyła kolejna błyskawica,
jednak różniła się od wcześniejszych. Loki wyczuł tę zmianę w powietrzu:
drgnięcie magii, które sprawiło, że aż zadygotał. Matka z pewnością też
to wyczuła - jej dłoń na jego ramieniu zadrżała. Odyn gwałtownie odsunął
się od Zwierciadła, jedną rękę podniósł tak, jak gdyby starał się coś
odepchnąć. Potem z jego ust wyrwał się głośny okrzyk. Po drugiej stronie
lustra Karnilla zastygła z dłonią w powietrzu, wokół której wiły się
pasma białego światła.
Odyn oderwał się od Zwierciadła i przerwał czar. Magia wypłynęła z jego
oka, pozostawiając po sobie ciemną źrenicę wypełnioną paniką. Zachwiał
się i chwycił poręczy. Zgromadzeni dworzanie jęknęli. Jakiś einherji
sięgnął w stronę Odyna, ale król go odepchnął, ponownie chwycił włócznię
i chwiejnym krokiem ruszył w dół schodów. Starał się trzymać w ryzach,
jednak wydawał się wstrząśnięty. Karnilla pozwoliła czarowi zgasnąć na
palcach, światło zniknęło. Potem wyszła zza Zwierciadła i ruszyła w ślad
za Odynem, drugą stroną schodów.
- Ucztujcie dalej - polecił na dole Odyn stojącemu
na baczność kapitanowi. - Zaraz wrócę.
Umilkł i łypnął okiem najpierw na Thora, potem na Lokiego, a jego
spojrzenie było ciężkie i znaczące - takie, które sprawiło, że Loki
dostał gęsiej skórki. Cokolwiek ujrzał jego ojciec, to książę nagle
nabrał pewności - choć sam nie wiedział dlaczego - że to właśnie on
stanowił tego część.
Odyn przesunął dłonią po brodzie, a następnie skinął palcami na Friggę,
dając jej znak, aby z nim poszła.
- Moja królowo.
Loki poczuł, jak matka puszcza jego ramię. Podążyła za Odynem i wyszła z sali, a zaraz za nią ruszyli Karnilla i strażnicy. Wrota Wielkiej Sali
zamknęły się z hukiem, a hałas potoczył się po pomieszczeniu, tym razem
pełnym ponurego niepokoju.
Po drugiej stronie Lokiego Amora i Thor milczeli, odprowadzając wzrokiem
Odyna. Wyparowały im z głów wszelkie myśli o różowych płytach podłogi
zmieniających barwę pod stopami dworzan. Loki poczuł za to zimno,
którego nie potrafił ani określić, ani przepędzić, sadowiące się gdzieś
w dołku. Jeszcze nigdy wcześniej nie widział na ojcowskiej twarzy
takiego strachu. Jeżeli to w ogóle był strach. Grymas wydawał się tak
obcy, że nie potrafił go zinterpretować.
- Co się stało? - zapytał w końcu Thor.
- Myślę, że powinieneś raczej zapytać - odparła Amora - "co on tam
zobaczył?".
Rozdział drugi
Po naleganiach kapitana einherjarów,
któremu Odyn przekazał opiekę nad świętem, ucztę kontynuowano mimo
nieobecności króla. Muzykanci wrócili do grania, jednak teraz w tonacji
molowej - a może tylko tak wydawało się Lokiemu. Zgromadzona w sali
energia zamieniła się w ciche szepty i snucie domysłów. Wśród
zasiadających przy stołach plotki krążyły, jeszcze zanim podano pierwsze
danie: podobno Odyn zobaczył swoją śmierć, zobaczył Asgard pokonany w walce, zobaczył Ragnarök, na czarnym szkle rozpostarł się przed nim
widok końca świata.
- Czy ojciec wróci? - Po raz piąty zapytał Thor. Nie tknął swojej
porcji, jedynie precyzyjnie ciął warzywa nożem na równe kwadraty.
- Kiedy się dowiem, będziesz pierwszym, którego powiadomię - stwierdził
oschle Loki.
- Na pewno obmyślenie kłamstwa, które ukryje to, co tak naprawdę
zobaczył, zajmie mu trochę czasu - zauważyła Amora, siedząca po drugiej
stronie.
Thor spiorunował ją wzrokiem.
- Nie mów źle o moim ojcu.
- Naprawdę? Czy to twoje główne zmartwienie?
- Mój ojciec nie kłamie.
- Tak swoją drogą, to czy powiedział ci, że ta mała tiara dobrze na
tobie leży?
Thor w zamyśleniu przysunął rękę do diademu.
- Nie, sam ją sobie wybrałem.
- To dobrze. - Usta Amory musnęły brzeg kielicha. - W takim razie może
mieć czyste sumienie.
- Nie okłamie swojego ludu - zaprotestował Thor, przesuwając kciukiem po
krawędzi diademu. Loki mógłby się założyć, że jego brat zastanawiał się
teraz, czy go zdjąć. - Jeśli to, co ujrzał, dotyczy całego Asgardu,
powie o tym dworowi.
- A jak wszyscy wiedzą, pierwszy krok ku oznajmieniu czegoś ważnego
własnym dworzanom to ucieczka z sali, gdzie ci się zebrali i czekają, aż
król im coś powie.
Thor zacisnął usta, a potem gniewnie spojrzał na Lokiego.
- Czy ty zawsze spokojnie znosisz, jak ona się tak odzywa? To przecież
graniczy ze zdradą.
- Aua. - Amora skrzywiła się z udawanym rozczarowaniem. - Tylko
graniczy?
Loki miał ochotę zasłonić sobie uszy rękoma, żeby już nie słyszeć tych
dwojga. Nie potrafił przestać myśleć o wyrazie twarzy ojca, o tym, jak
chwiejnie zszedł po schodach, o tym, w jaki sposób popatrzył na synów.
- Loki - odezwał się znowu Thor, a Loki nie mógł znieść tego już ani
chwili dłużej.
Cisnął serwetą i odsunął krzesło.
- Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza.
Amora wstała.
- Pójdę z tobą.
- Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza w samotności - oznajmił, a dziewczyna zastygła w bezruchu. Chyba po raz pierwszy czegoś jej
odmówił.
Loki niepostrzeżenie wymknął się z sali, korzystając z przejścia dla
służby, które wspólnie z Thorem odkryli jako dzieci. Było ono ukryte za
gobelinem, gdzie Walkirie wyciągały ręce ku asgardzkim wojownikom,
zabieranym przez nie z pola bitwy prosto do Walhalli. Zarówno długoszyje
Walkirie, jak i barczyści wojownicy wzbudzali w Lokim raczej krytyczne
odczucia, jednak tego wieczora całkiem zignorował ich wizerunki i zanurkował za tkaninę, a potem ruszył ukrytym przejściem.
Amora w trakcie kilku miesięcy spędzonych na dworze nauczyła go więcej
magii, niż on sam poznał przez całe życie. Część jej lekcji dotyczyła
tego, co sama wiedziała na temat wykorzystywania magii w celu zmiany
postaci. Loki wciąż jeszcze uczył się naśladować co subtelniejsze
szczegóły wyglądu Asgardczyków, jednak teraz przebranie nie musiało być
precyzyjne. Najważniejszy był kuchenny uniform. Kiedy już miał na sobie
ubranie na wzór tego, co nosiły dwie dziewki kuchenne, które przemknęły
obok ze spuszczonym wzrokiem, zaczął też odpowiednio zmieniać ciało. Ze
stolika w przejściu podwędził tacę z pustymi kielichami i pospieszył do
beczki na drugim krańcu sali.
Dzięki temu, że przybrał postać służącej przynoszącej jadło i napoje
królowi i królowej, stał się praktycznie niewidoczny na korytarzach,
którymi przemykał teraz w stronę komnat ojca. Był prawie pewien, że
właśnie tam Odyn uciekł z Karnillą i Friggą. Uznał, że kiedy już dotrze
na miejsce, to udając służącą, zdoła ich dyskretnie podsłuchać - na
pewno bardziej dyskretnie niż pod postacią węża, jak pierwotnie
planował, choć byłoby to z pewnością łatwiejsze od udawania Asgardczyka.
Węże zazwyczaj przyciągały uwagę. Jeszcze Thor podniósłby takiego węża,
żeby go sobie obejrzeć.
Loki otworzył drzwi do ojcowskich komnat, ale za progiem zastał tylko
dwóch einherjarów, którzy skrzyżowali przed nim drzewca broni,
zagradzając drogę. Zatrzymał się gwałtownie i zaskoczony o mało nie
porozlewał napojów. Za einherjarami Loki dostrzegł ojca siedzącego na
sofie w przedsionku, odwróconego plecami do drzwi. U jego boku
znajdowała się Frigga.
- Zostaw nas! - warknął Odyn, nie odwracając głowy.
- Wasza wysokość, przysłano mnie z kuchni - odpowiedział Loki, starał
się mówić piskliwie, żeby brzmieć podobnie do dziewczyny. Wciąż musiał
popracować na głosem. - Przyniosłam napitki.
- Nie potrzebujemy niczego z kuchni - rzucił Odyn.
Frigga zerknęła przez ramię na Lokiego, a on poczuł, jak oblewa go
gorący rumieniec. Jeżeli rozpoznała syna, nie dała tego po sobie poznać.
- Wracaj na ucztę - powiedziała łagodnie. - Wezwiemy cię, jeśli będziemy
czegoś potrzebować.
Loki ukłonił się, a długie luźne warkocze, które nosiły wszystkie
służki, od razu zsunęły mu się z ramion i wpadły do pucharów.
- Po prostu to zostawię.
Czuł na sobie spojrzenie obu einherjarów, kiedy wsuwał tacę na stół obok
drzwi, a metal chrobotał z przyprawiającym o wzdrygnięcie zgrzytem,
który tylko podkreślił ciszę panującą w tym pomieszczeniu.
Nieśmiało uśmiechnął się do strażników, jak gdyby właśnie coś zauważył,
i zawołał:
- Och, przyniosłam za dużo!
Kiedy sięgał po czwarty puchar, rzucił czar. Nigdy nie czuł się
szczególnie biegły w zaklęciach związanych z obustronną komunikacją,
chociaż czytał, że występują one w licznych odmianach. Jedyną znaną mu
wersję czaru opracował sam, kiedy był mały - wykorzystywał go do
połączenia pojemniczka z różem na toaletce matki z kałamarzem w swojej
komnacie, dzięki czemu mógł podsłuchać Friggę, gdy rozmawiała o prezentach, które szykowała na Święto Przesilenia. Z jakiegoś powodu,
którego nie mógł sobie teraz przypomnieć, koniecznie musiał wiedzieć, co
zamierza mu podarować. Zaklęcie szybko przestało działać, częściowo
dlatego, że jeszcze niezbyt dobrze panował nad mocą, w dodatku komnaty
jego i Friggi znajdowały się po przeciwnych stronach zamku, a każdy czar
trudno utrzymać w takiej odległości. I częściowo dlatego, że magia
działała w obie strony, więc matka od razu zauważyła gadające puzderko z różem.
Teraz już nieco lepiej panował nad swoimi umiejętnościami i kiedy tylko
palce dotknęły nóżki pucharu, poczuł, że czar już do niej lgnie. Jak
dobrze było poczuć czar umiejscawiający się właśnie w taki sposób -
niczym zgrywające się dwa koła zębate, poruszające jedno drugie. Wydało
mu się, że na sofie matka nieco sztywnieje, jak gdyby poczuła napięcie w powietrzu, ale zanim zdołała się odwrócić, podniósł czwarty kielich,
pospiesznie dygnął przed einherjarami, a potem szybko wyszedł z pokoju.
Kiedy tylko zamknęły się za nim drzwi, czmychnął za róg. Wychylił
zawartość kielicha - trochę zakręciło mu się w głowie, jednak był
zdeterminowany, aby opróżnić naczynie jak najszybciej - a potem
przycisnął go do ucha. Minęła dłuższa chwila, głos był zniekształcony
przez trzaski, rwał się. Puchar, który został zaczarowany, aby nawiązać
połączenie, wciąż pozostawał pełny, dlatego wszystko brzmiało, jakby
Loki siedział pod wodą, słuchając kogoś przebywającego na powierzchni.
Ledwie zrozumiał słowa matki: "Nie wiesz tego".
- Widziałem go. - To mówił Odyn. - Na czele armii.
- To jeszcze nie oznacza Ragnaröku.
- W takim razie, co to oznacza? Jaka może być inna przyczyna...?
Ktoś złapał Lokiego z ramię. O mało nie wypuścił kielicha z ręki.
Odwrócił się gwałtownie, a rękojeść sztyletu, który trzymał w rękawie,
wślizgnęła mu się w wolną dłoń.
Stał za nim Thor, ze skrzyżowanymi ramionami.
- Co ty robisz?
Loki, wciąż pod postacią służącej, ukłonił się, próbując subtelnie
wsunąć nóż między fałdy sukienki.
- Panie, proszę o wybaczenie. Ja tylko przyniosłam królowi...
- Bracie, możesz sobie darować to przedstawienie - przerwał mu Thor. -
Wiem, że to ty.
- Bracie? - powtórzył Loki, składając ukłon tak niski, że prawie mógłby
polizać podłogę. - O jakim bracie mówisz?
Thor chwycił go za nadgarstek i uniósł dłoń, wciąż ściskającą nóż. Loki
spojrzał na niego gniewnie, a potem pozwolił zniknąć przebraniu.
Przycisnął sobie kielich do boku, tłumiąc ich rozmowę, aby nie usłyszano
jej w ojcowskich komnatach.
- Podglądasz? - dopytywał się Thor.
- Czy aby podglądanie nie wymaga przypatrywania się?
- W takim razie strzyżesz uszami.
- Tak, to już jest znacznie bardziej wyrafinowane. - Thor w dalszym
ciągu piorunował go wzrokiem, a Loki westchnął. - Chcę się dowiedzieć,
co zobaczył ojciec.
- Jeśli to nas dotyczy, to oświeci nas w swoim czasie.
- Jeśli to nas dotyczy, to jestem prawie pewien, że tego nie zrobi.
Widziałeś jego twarz. To, jak uciekł. Przecież się spodziewał, że
zobaczy w tym Zwierciadle jakieś zagrożenie dla Asgardu, więc co mogło
nim aż tak wstrząsnąć?
Thor przygryzł wargę, zerknął w dół, na puchar.
- Nie chcę słuchać uładzonej wersji, którą przedstawi dworowi. Chcę
poznać prawdę.
- Ufam, że nam ją przekaże - odparł Thor.
- Świetnie. Mam nadzieję, że twoja ufność dodaje ci sił. - Wykręcił
nadgarstek z uścisku brata i zsunął niżej rękaw, aby ukryć czerwone
pręgi, które na bladej skórze zostawił mu nawet taki delikatny uścisk.
Zaczął podnosić kielich z powrotem do ucha, jednak Thor pociągnął go za
tył tuniki.
- Loki. Nie.
- Jeśli nie chcesz zostać, to droga wolna - odparł Loki, machając na
Thora palcami tak, jak gdyby strzepywał paproch z kołnierza. - Nikt cię
nie zmusza, żebyś się zniżył aż do strzyżenia uchem.
Przycisnął kielich do ucha, jednak zanim dotarł do niego dalszy ciąg
rozmowy, Thor pochylił się i złapał naczynie tak, że teraz obaj
słyszeli, o czym rozmawiają Odyn i Frigga. Loki powstrzymał złośliwy
uśmiech. Zetknęli się czołami, wytężyli słuch, a Loki pomyślał, jak
śmiesznie wyglądaliby w oczach każdego, kto akurat by tędy przechodził.
Dwaj książęta Asgardu, przycupnięci i skupieni nad pustym kielichem.
Do głosów rodziców dołączył jeszcze trzeci głos, należący do Karnilli.
- ... nie broń. One tylko potęgują siłę. Nie możesz myśleć, że jego moc,
nawet wzmocniona, wystarczy, aby położyć kres naszej krainie.
- On nie wie, do czego jest zdolny - odparł Odyn. - Właśnie to mnie
przeraża.
- Przestań tak głośno oddychać - syknął do Thora Loki. Jego brat dyszał,
jakby próbował zgasić ogień.
- Przecież ja tak właśnie oddycham - odpowiedział Thor.
- To nie oddychaj - poradził przez zaciśnięte zęby Loki. - Wiesz, oni
nas też mogą słyszeć.
- To przestań gadać - skarcił go Thor, na tyle głośno, że Loki aż
zasłonił dłonią wierzch kielicha. Zerknął nad bratem na drzwi do komnaty
ojca, spodziewając się, że zaraz się otworzą, a jeden z einherjarów
wyjdzie sprawdzić, o co chodzi z tajemniczym kielichem, który kłóci się
sam ze sobą.
Jednak nic takiego się nie stało.
Loki ponownie uniósł kielich, a Thor wziął przesadnie głęboki oddech,
nie wydając przy tym żadnego dźwięku.
- Może Zwierciadło się pomyliło - stwierdziła Frigga. - Sam powiedziałeś
w Wielkiej Sali, że żadna z wizji przyszłości nie jest pewna, nawet ta,
którą daje potężna magia.
- Jeszcze nigdy się nie minęło z prawdą, nigdy w dziejach naszego ludu -
odparł Odyn. - Niewykluczone, że może się pomylić. Niewykluczone też, że
tak twierdzili królowie, żeby bronić swoich decyzji. Wszystko, co król
Asgardu zobaczył w Zwierciadle Oka Boga, w końcu się sprawdzało.
Ostrzegło mnie przed nadciągającą wojną z Lodowymi Olbrzymami.
Przetrwaliśmy tamten konflikt tylko dzięki wzmocnionym fortyfikacjom,
które zawczasu wznieśliśmy. To narzędzie do ostrzegania, a nie ulotnych
przepowiedni, które być może się spełnią. Jeśli Zwierciadło pokazuje go
na czele armii żyjących umarłych, która maszeruje przeciwko naszemu
ludowi, to właśnie na takie zagrożenie musimy się szykować.
- Nie musisz podnosić na mnie głosu - powiedziała Frigga i Loki
uświadomił sobie, że ojciec z pewnością krzyczał. Trudno było się w tym
wszystkim zorientować ze względu na warstwę pitnego miodu w naczyniu. -
A jak, według ciebie, mamy się przygotowywać na to zagrożenie? Ukarzesz
go za to, że może w przyszłości zrobić coś złego? Musiałbyś zamknąć pod
kluczem cały dwór, jeśli za coś takiego miałoby się więzić.
Nastała chwila ciszy, tak długa, że Loki aż zaczął się martwić, czy jego
czar już nie zniknął, potem jednak usłyszał Karnillę.
- Wzmocnimy ochronę Kamieni Norn.
- To nie wystarczy - odparł Odyn.
- Utrata Kamieni nie byłaby... - zaczęła Frigga, ale jego ojciec jej
przerwał.
- Kamienie Norn w niewłaściwych rękach mogłyby oznaczać koniec Asgardu.
- A ty uważasz, że te niewłaściwe ręce to ręce naszego syna? - zapytała
Frigga.
Cisza. Loki czuł, że przyspiesza mu puls i staje się tak głośny, że za
chwilę na pewno zagłuszy jego ojca, kiedy ten znowu się odezwie. Poczuł
nagłe dławienie w piersi, takie, że aż nie sposób było zaczerpnąć tchu.
Thor zesztywniał i uniósł ręce w pozie, którą Loki znał ze sparingów z bratem. Thor był już gotów do walki, nawet jeśli do końca nie wiedział,
o co miałaby się ona toczyć.
"Powiedz to", pomyślał Loki. "Powiedz, który z twoich synów poprowadzi
armię przeciwko Asgardowi. Który z nas stanie po niewłaściwej stronie
podczas Ragnaröku".
- Powinniśmy wracać na ucztę - powiedziała wreszcie Frigga. - Twój lud
będzie oczekiwał od ciebie wskazówek. Tego, że wyjaśnisz mu swoją nagłą
ucieczkę. A nie wieści o końcu świata.
Loki poczuł, że brat łapie go za tylną połę tuniki i ciągnie w głąb
korytarza, z dala od ojcowskich komnat, a potem jeszcze przez jakieś
otwarte drzwi - tam, gdzie nikt nie mógł ich zobaczyć. Kielich wypadł mu
z rąk, z brzdękiem potoczył się po posadzce.
Thor zaciągnął ich do kaplicy poświęconej Wszechmatkom, gdzie Odyn zwykł
samotnie modlić się przed walką. Pomieszczenie było małe, a złote
światło sączące się przez okna sprawiało, że drewniane nisze wydawały
się lepkie i ciepłe. Wzdłuż belek wyrzeźbiono sceny ukazujące
rozszalałego węża i Wszechmatki wstępujące na swoje trony. Stary lakier
łuszczył się, przez co krawędzie wyglądały, jakby były pokryte rosą.
Thor przysiadł na jednej z rzeźbionych ław, pod naściennym wizerunkiem
Gaei Miłosiernej. Po bokach miał jej ramiona z wyciągniętymi przed
siebie dłońmi. Loki zajął miejsce po drugiej stronie przejścia między
ławami. Twarde oparcie sprawiło, że prawie natychmiast rozbolały go
plecy. Thor osunął się nieco, dłonie przycisnął do czoła, ale Loki
siedział prosto. Wpatrywał się w Gaeę, w czubek jej podbródka, w głęboko
osadzone oczy, w błagalnie otwarte wąskie wargi.
Thor odezwał się pierwszy:
- Ojciec widział jednego z nas na czele armii idącej na Asgard.
- Tak, pamiętam - odparł Loki, ciągle wpatrując się w Gaeę. - Wiesz, też
tam byłem.
- Jednego z nas...
- Myślę, że dokładnie to była mowa o jednym z jego synów, zatem trzeba
się zastanowić, czy Odyn nie skrywa w pałacowej wieży jakiejś sekretnej
rodziny, która knuje, jak podciąć nam gardła.
Thor się wyprostował, skrzyżował ramiona i gwałtownie odwrócił w stronę
Lokiego.
- Bracie, chcesz dyskutować ze mną o semantyce?
- Tylko jeśli potrafisz przeliterować słowo "semantyka".
- Nie kpij ze mnie.
- Nie śmiałbym - odparł Loki, nadal wpatrując się w dłonie Gaei. Pełne
pokory. Oddania. Słabe. - To przecież mogłoby doprowadzić do końca
świata.
Thor walnął pięścią o oparcie ławy przed nim, aż poskoczyła, stukając o kamienną podłogę.
- Czy dla ciebie wszystko jest żartem?
Loki zerknął w bok, w stronę Thora.
- Myślę, że skoro tak bardzo się tym przejmujesz, to znak, że to nie ty
będziesz prowadził tę armię.
- O co ci chodzi? - wykrzyknął Thor.
- Myślę, że gdybyś zebrał grupę przypadkowych Asgardczyków i zapytał
ich, który z nas najprawdopodobniej zbuntowałby się przeciwko ojcu, to
wygrałbym w przedbiegach. - Loki zaśmiał się pusto, strzepując ze spodni
drzazgę, która spadła z ławki. - Może to byłby pierwszy konkurs, w jakim
bym z tobą wygrał.
- I to cię nie martwi? - zapytał z niedowierzaniem Thor.
Loki wzruszył ramionami.
- Słuchaj, jak już się dowiedziałem, co zobaczył ojciec, to jeśli
kiedykolwiek stanę na czele jakiejś armii, zatrzymam się, przemyślę całą
sprawę i och, wiesz, nie zrobię tego.
- Ale co, jeśli starając się to powstrzymać, sprawisz, że to się stanie?
- nie ustępował Thor.
Loki zmarszczył brwi.
- Myślisz, że tego, co zobaczył ojciec, nie da się uniknąć?
- W całej historii Asgardu Zwierciadło Oka Boga jeszcze nigdy się nie
pomyliło - odparł Thor. - Ostrzega przed nadchodzącymi
niebezpieczeństwami. I one zawsze następują. - Znowu gwałtownie odwrócił
się do przodu, przycisnął pięść do czoła, a potem szybko spojrzał na
brata. - Może ojciec nie wie, który to z nas.
- Przecież tak łatwo nas ze sobą pomylić - powiedział Loki. - Może nie
mam racji, ale prowadzenie armii bardziej pasuje do ciebie. Ja tam wolę
stać z boku, z jakąś przekąską. - Stuknął obcasem o posadzkę. - I nigdy
bym nie ryzykował zniszczenia tych butów w walce.
Thor przycisnął łokcie do kolan, a głowę opuścił na splecione dłonie.
- Czy naprawdę to tak mało dla ciebie znaczy? - odezwał się głosem
łagodniejszym, niż spodziewał się Loki, co go uspokoiło.
- Dla mnie nic nie jest małe - odparł Loki, a potem wstał. Zahaczył
stopą o szczelinę między dwoma kamieniami.
- Dokąd idziesz? - Thor zawołał za nim, gdy ten się wyprostował i ruszył
do wyjścia.
- Muszę porozmawiać z Amorą.
- Myślisz, że rozmowa z nią właśnie teraz to dobry pomysł?
Loki zatrzymał się, prawie pod drzwiami i zastanowił się, czy ma udać,
że tego nie słyszał. Brat próbował go sprowokować. Skłonić, żeby
zawrócił. A on zawsze starał się, jak mógł, żeby nie dawać bratu tego,
czego chciał.
Mimo to odwrócił się do niego. Thor również wstał, jedną z dłoni oparł
na krawędzi ławki.
- Co przez to rozumiesz? - dopytywał się Loki.
Spojrzenie Thora przesunęło się po kamiennej posadzce, a potem wróciło
do brata.
- Uważam, że ona nie ma na ciebie dobrego wpływu.
- Powiedz to raz jeszcze, tylko tym razem przysłoń jedno oko. Wtedy
będziesz wyglądał zupełnie jak ojciec.
- Nie żartuję.
- Owszem, jestem pewien, że nie żartujesz - starał się mówić spokojnie,
ale odczuwana uraza sprawiła, że jego słowa brzmiały ostro. Nie miał
zbyt wielu przyjaciół. Thor i trenujący z nim wojownicy jasno dawali do
zrozumienia, że nie chcą robić niczego razem z Lokim, jakby mogli się od
niego zarazić brakiem muskulatury, gdyby tylko stanęli za blisko.
- Po prostu zazdrościsz - odparował, chociaż gdy tylko te słowa wyszły z jego ust, już wiedział, jak głupio wypadł. Jak rozpaczliwie.
- Czego zazdroszczę? - zapytał Thor.
- Nie wiem, ale coś wymyślę. - Powinien już wtedy wyjść, ale zamiast
tego cofnął się o krok w głąb kaplicy, w stronę Thora. - To nie twoja
sprawa, z kim spędzam czas.
- Oczywiście, że to moja sprawa - obruszył się Thor. - Jesteś moim
bratem.
- To czy ja powinienem przejmować się tym, że całe długie noce spędzasz
na sparingach z Sif? - odparował Loki.
Policzki Thora się zaczerwieniły.
- To co innego, ona mi pomaga w...
- W czym? - Loki uniósł brew. Nigdy nie przyznał się Thorowi, że ten
grymas godzinami ćwiczył przed lustrem w swojej komnacie, aby upewnić
się, że w razie potrzeby wykona go perfekcyjnie. - W zachowaniu
sprężystości?
- A w czym tobie pomaga Amora? - rzucił Thor. - Uczy cię, jak zostać
wiedźmą. Taką jak ona?
- Ona nie jest żadną wiedźmą! - odszczeknął Loki. - To czarodziejka.
Pewnego dnia zostanie nadworną czarodziejką.
Thor parsknął.
- Kiedy będę królem, to nie będzie mogła nawet zbliżyć się do dworu.
Loki skrzyżował ramiona.
- "Kiedy będę królem"?
- Nie o to mi chodziło.
- Ale właśnie to powiedziałeś.
- Świetnie, może i o to mi chodziło - warknął Thor. - Jeżeli zamierzasz
wciąż dotrzymywać jej towarzystwa, może i dla ciebie też nie będzie
miejsca.
- Czy to ma być jakaś groźba? - zapytał Loki. - Jeżeli tak, to może byś
się postarał, żeby była nieco mniej kusząca. Kto powiedział, że chcę
jakiegoś miejsca na dworze króla, który potrafi walnąć się w twarz
własnym młotem?
- To było tylko raz!
- A jednak pozostawił trwały ślad w naszych sercach.
- Przynajmniej będę po właściwej stronie, kiedy nastanie Ragnarök! -
wybuchł Thor. - Będę walczył za Asgard, a nie przeciwko niemu.
Loki wciągnął policzki, starając się ukryć, jaki ciężar spadł mu na
serce. Obaj podejrzewali, że chodzi właśnie o niego, ale nie sądził, że
Thor powie to głośno. Kiedy spojrzał na brata, poczuł się jakiś taki
ciemniejszy, niczym coś pieczonego na zbyt dużym płomieniu. Thor miał
zaciętą minę, chociaż jego oczy były pełne żalu.
- Może Zwierciadło się pomyliło - powiedział cicho Loki.
- Ono nigdy się nie myli - odparł Thor.
- Mówisz to tak, jak gdyby przyszłość stanowiła coś nieuniknionego,
niepodlegającego zmianom. A co się stanie, jeśli właśnie teraz wbijesz
mi nóż i zabijesz mnie przed końcem świata? Wtedy nie mógłbym wypełnić
swojego zdradzieckiego przeznaczenia, nieprawdaż?
- Proszę, nie bądź na mnie zły.
- Nie jestem na ciebie zły!
- Krzyczysz.
- Wcale nie!... - Loki urwał, gdy nagle uświadomił sobie, że jego głos
odbija się echem od sklepionych stropów kaplicy. Odwrócił się z powrotem
ku drzwiom, szukając zasuwy. - Udanego święta, bracie.
- Loki, poczekaj...
Usłyszał ciężkie kroki Thora, poczuł jego wyciągniętą rękę, ale wywinął
się z uścisku brata. Serce mu łomotało, jednak zdołał zachować spokojny
i mniej rozgoryczony ton, niż miał ochotę.
- Lepiej trzymaj się ode mnie z daleka. Podczas końca świata będziemy
wrogami.
Spodziewał się, że Thor zaprotestuje, że będzie się usprawiedliwiał tak
jak zawsze. Jednak brat milczał, a Loki poczuł, że rozpościera się
między nimi coś ciemnego i chłodnego.
Oczywiście Thor uznał, że gdy nastanie koniec świata, to on będzie po
właściwej stronie. To on poprowadzi siły dobra w obronie Asgardu. Brat
Lokiego urodził się, aby zostać królem - cały dwór o tym wiedział.
Wiedział też o tym każdy, kto tylko na niego spojrzał. Bogowie nie
zdołaliby stworzyć bardziej modelowego monarchy od niego, jasnowłosego,
o szerokich ramionach, szybkiego oraz silnego. Loki składał się z odpadków pozostałych po formowaniu brata - takich, które zmiata się ze
stołu i rzuca w ogień: szczupły i blady, o haczykowatym nosie i czarnych
włosach spływających na kark, na którym kładły się brzydko zmierzwione.
Skóra Thora ogorzała od słońca tak, że sama wydawała się pancerzem. U Lokiego była biała niczym mleko i równie łatwo się psuła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki