Przedmowa autorki do wydania drugiego
Przedmowa autorki do wydania drugiego
Choć przyznaję, że nie liczyłam na tak duży sukces tego dzieła ani na
niezasłużenie ogromne pochwały ze strony grupki życzliwych krytyków,
muszę przyznać także, iż inni potępili je z surowością, na którą nie
byłam przygotowana i która wedle mojej oceny i odczuć jest raczej gorzka
niż sprawiedliwa. Choć zadaniem autora nie jest bowiem odpieranie
argumentów krytyków ani obrona własnych dzieł, niech mi wolno będzie
poczynić w tym miejscu kilka uwag, którymi poprzedziłabym wydanie
pierwsze, gdybym tylko przewidziała potrzebę takich środków ostrożności,
pozwalających uniknąć niezrozumienia ze strony czytelników,
podchodzących do tekstu z uprzedzeniem lub skłonnych do pochopnych
sądów.
Celem, jaki przyświecał mi podczas tworzenia kolejnych stron, nie było
jedynie zapewnienie rozrywki Czytelnikowi ani zaspokojenie mych własnych
gustów, ani nawet przypodobanie się prasie i opinii publicznej.
Pragnęłam powiedzieć prawdę, ponieważ ona zawsze dociera do osób
zdolnych ją przyjąć. Ponieważ jednak bezcenny skarb zbyt często spoczywa
na dnie studni, nurkowanie po niego wymaga pewnej odwagi, szczególnie że
osobę, która się na to odważy, z dużym prawdopodobieństwem spotka więcej
pogardy i wstydu z powodu błota i wody, w którą miała czelność się
rzucić niż podziękowań za wydobyty klejnot. Tak samo ta, która podejmie
się sprzątania apartamentów niechlujnego kawalera będzie bardziej
narażona na więcej zniewag z powodu wznieconego kurzu, niż pochwał za
zaprowadzony porządek. Proszę jednak nie sądzić, iż uważam się za osobę
kompetentną, by naprawiać błędy i nadużycia społeczeństwa, lecz jedynie,
że rada bym wnieść swój skromny wkład w realizację tak słusznego celu i że jeśli w ogóle mogę liczyć na uwagę, wolałabym w tej kwestii szeptem
przekazać garść niezaprzeczalnych prawd, niźli wiele nijakich bzdur.
Podobnie jak opowieść zatytułowaną Agnes Grey oskarżano o nadmierne
przekoloryzowanie w miejscach będących wiernym odzwierciedleniem życia,
najstaranniejszą próbą uniknięcia wszelkiej przesady, niniejsza praca
spotyka się z krytyką za przedstawienie con amore, z "chorobliwym
umiłowaniem wulgarności, a nawet okrucieństwa", scen, które, śmiem
twierdzić, nie powodowały więcej bólu czytającym je mym najbardziej
wymagającym krytykom, niż mnie w trakcie ich opisywania. Być może
posunęłam się zbyt daleko, a wówczas powinnam zachować ostrożność, by
ponownie nie zakłócać w ten sposób spokoju sobie ani swym czytelnikom,
kiedy jednak musimy mieć do czynienia z występkami i nikczemnikami, moim
zadaniem jest przedstawić je takimi, jakie lub jacy są naprawdę, nie zaś
takimi, jakimi chciałyby się lub chcieliby się wydawać. Przedstawienie
nikczemności w jak najmniej odrażającym świetle jest, bez wątpienia,
najlepszym sposobem postępowania dla pisarza beletrystyki, czy jest on
jednak najuczciwszy bądź najbezpieczniejszy? Czy lepiej wyjawić młodemu,
beztroskiemu podróżnemu pułapki i zasadzki życia, czy też zakryć je
gałęziami i kwieciem? Och, czytelniku! Gdyby w mniejszym stopniu przez
delikatność skrywano fakty, mniej starano się uspokajać, gdy nie ma
podstaw do spokoju, młodzi ludzie obojga płci rzadziej dopuszczaliby się
grzechu i mniej podatni byliby na cierpienie niż teraz, gdy muszą gorzką
wiedzę siłą zdobywać przez doświadczenie.
Nie chcę, by moje słowa interpretowano tak, jakbym opowieść o nieszczęsnym łotrze i kilku jego rozpustnych towarzyszach
przedstawionych w tej książce uważała za przykład powszechnych praktyk w społeczeństwie, przypadek ten jest bowiem skrajny, a ja wierzyłam, że
nikomu ten fakt nie umknie. Wiem jednak, że tacy osobnicy istnieją, a jeśli udało mi się ostrzec jednego nieostrożnego młodzieńca przed
pójściem w ich ślady lub powstrzymać jedną bezmyślną dziewczynę przed
popełnieniem niezwykle naturalnego błędu mojej bohaterki, ta książka nie
powstała na próżno. Jednakże zarazem, jeśli jakiemuś przyzwoitemu
czytelnikowi jej lektura przyniosła więcej bólu niż przyjemności, jeśli
ostatni tom zamknął z jakimś niemiłym wrażeniem, pokornie proszę o wybaczenie, ponieważ nie to było moim zamiarem, a następnym razem
postaram się poprawić, bowiem pragnę sprawiać niewinną przyjemność.
Pragnę podkreślić, że nie zamierzam jednak ograniczać swych ambicji do
tego, ani nawet do stworzenia "doskonałego dzieła sztuki", ponieważ
wówczas poświęcony czas i talent uważałabym za próżne i zmarnowane. Te
skromne talenty, jakimi obdarzył mnie Bóg, postaram się wykorzystać jak
najlepiej. Jeśli umiem bawić, spróbuję z tego skorzystać, a kiedy
poczuję się w obowiązku powiedzieć nieprzyjemną prawdę, to zrobię to z bożą pomocą, nawet jeśli zaszkodzi to mojemu imieniu, bezpośredniej
przyjemności mojego czytelnika i mojej własnej.
Jeszcze tylko jedno słowo i skończę. W odniesieniu do tożsamości autora
pragnę wyraźnie podkreślić, że Acton Bell to nie jest ani Currer, ani
Ellis Bell, a tym samym nie należy im przypisywać jego win. Jeśli zaś
chodzi o prawdziwy lub fikcyjny charakter nazwiska, nie ma to większego
znaczenia dla osób znających go jedynie z jego dzieł. Moim zdaniem
równie nieistotne jest, czy pisarz ukryty pod tym nazwiskiem jest
mężczyzną, czy kobietą, co rzekomo odkrył jeden lub dwóch z moich
krytyków. Ten zarzut przyjmuję bez urazy, jako komplement dla słusznego
zarysu mych kobiecych postaci, a choć temu podejrzeniu skłonna jestem
przypisać znaczną część surowości mych krytyków, nie staram się go
sprostować, ponieważ moim zdaniem, jeśli książka jest dobra, to płeć
autora nic nie zmienia. Wszystkie powieści pisze się, lub powinno się
pisać, zarówno dla mężczyzn, jak i kobiet, i nie umiem sobie wyobrazić,
jak mężczyzna mógłby sobie pozwolić na napisanie czegoś naprawdę
hańbiącego dla kobiety ani dlaczego kobietę miałoby spotykać potępienie
za napisanie czegoś, co byłoby stosowne i właściwe dla mężczyzny.
22 lipca 1848 r.
Do wielmożnego J. Halforda
Do wielmożnego J. Halforda
Drogi Halfordzie!
Podczas naszego ostatniego spotkania wielce szczegółowo i zajmująco
przedstawiłeś mi najciekawsze wydarzenia z okresu swej wczesnej
młodości, z czasów przed naszym pierwszym spotkaniem, później zaś
poprosiłeś mnie o podobne wyznania. Ponieważ nie byłem wówczas w gawędziarskim nastroju, odmówiłem pod pretekstem, że nie mam o czym
mówić i podobnych wymówek, którymi Cię jednak nie przekonałem. Choć
natychmiast i bez słowa skargi zmieniłeś temat rozmowy, wyraźnie Cię to
głęboko dotknęło, a aż do końca naszej rozmowy Twe oblicze zasnuwał
głęboki cień, który jeszcze nie zniknął, gdyż od tamtej pory Twe listy
zdradzają pewną dostojną, niemal melancholijną sztywność i powściągliwość, która mocno by mnie dotknęła, gdybym tylko we własnym
sumieniu czuł, że na nią zasługuję.
Nie wstyd Ci, stary druhu - w Twoim wieku, po tak długiej, bliskiej
znajomości, po otrzymaniu ode mnie tak wielu dowodów szczerości i zaufania, skoro nigdy nie narzekałem na Twój względny dystans i małomówność? Być może jednak właśnie o to chodzi, z natury nie jesteś
rozmowny, więc uznałeś, że przy tamtej okazji dokonałeś rzeczy wielkich,
dając niezrównany dowód przyjacielskiego zaufania - niewątpliwie
przyrzekając sobie, że to się nie powtórzy - przyjmując zarazem, że w zamian za tak ogromną przysługę bez ani chwili wahania muszę co najmniej
pójść za Twoim przykładem.
Cóż! Nie ująłem pióra, by Ci czynić wyrzuty ani by bronić siebie, ani
nawet po to, by przepraszać za swe przewinienia, ale by w miarę
możliwości za nie odpokutować.
Dziś jest mokro, pada deszcz, cała rodzina udała się gdzieś z wizytą, ja
zaś siedzę samotnie w swojej bibliotece, przeglądając jakieś stare,
pożółkłe listy i dokumenty, pogrążony w rozmyślaniach o przeszłości. Tym
samym jestem teraz w nadzwyczaj odpowiednim nastroju, by bawić Cię
opowieścią o przeszłości. Odsunąwszy swe rozgrzane stopy od kominka,
udałem się do stołu i napisawszy powyższe wersy do swego zrzędliwego,
starego przyjaciela, zamierzam przedstawić mu szkic - nie, nie szkic -
lecz pełny i wierny opis pewnych okoliczności związanych z najważniejszym wydarzeniem mego życia, przynajmniej w okresie
poprzedzającym znajomość z Jackiem Halfordem, a kiedy już go
przeczytasz, możesz mi zarzucać, jeśli tylko zdołasz, niewdzięczność i niegodną przyjaciela powściągliwość.
Wiem, że lubisz długie opowieści, że do pedantyczności i drobiazgowych
szczegółów przywiązujesz równie ogromną wagę jak moja babka, więc
niczego Ci nie oszczędzę. Jedynym ograniczeniem będzie ma własna
cierpliwość i czas.
Wśród wspomnianych przeze mnie listów i dokumentów znajduje się mój
wyblakły dziennik, o którym wspominam, pragnąc Cię zapewnić, że nie
muszę polegać jedynie na swej zawodnej przecież pamięci, aby nie
obciążać nadmiernie Twego niedowierzania w trakcie lektury
najdrobniejszych szczegółów mojej opowieści. Zacznijmy zatem od razu od
Rozdziału pierwszego, jednego z wielu w mojej historii.
Rozdział I. Nowina
Rozdział I
Nowina
Cofnijmy się do jesieni roku 1827.
Jak Ci wiadomo, ojciec mój był ziemianinem z hrabstwa X, ja zaś, na jego
wyraźne życzenie, poszedłem w jego ślady, choć niezbyt chętnie, gdyż
ambicja popychała mnie ku wyższym celom, zaś próżność podpowiadała, że
lekceważąc jej głos, grzebię swój talent w ziemi, że nie zapala się
[...] światła i nie stawia pod korcem1. Matka moja ze wszystkich
sił starała się mnie przekonać, że jestem zdolny do wielkich czynów,
ojciec jednak, dla którego ambicja stanowiła najpewniejszą drogę do
ruiny, a zmiana była kolejnym określeniem zagłady, nie chciał słyszeć o planach poprawy egzystencji ani mojej, ani moich bliźnich. Przekonywał,
że to wszystko bzdury, a na łożu śmierci napomniał, by się trzymać
sprawdzonych sposobów, by podążać drogą obraną przez niego, a wcześniej
przez jego ojca, by moją największą ambicją było iść przez świat
uczciwie, nie rozglądając się na boki, i przekazać ojcowiznę dzieciom w stanie co najmniej równie dobrym, jak ten, w jakim mi ją zostawia.
No cóż, pracowity, uczciwy gospodarz jest jednym z najpożyteczniejszych
obywateli. Jeśli zatem poświęcę swe talenty prowadzeniu swojego
gospodarstwa, ogólnej poprawie rolnictwa, przysporzę korzyści nie tylko
swym najbliższym, ale w pewnym stopniu również całej ludzkości, a tym
samym nie będę żył na próżno.
Takimi oto przemyśleniami starałem się pocieszyć pewnego zimnego,
mokrego, wilgotnego wieczoru pod koniec października, kiedy wlokłem się
z pól do domu. Mimo to jasnoczerwony blask ognia za oknem salonu
bardziej mnie jednak podniósł na duchu, skłaniając do porzucenia
niewdzięcznych narzekań, niż wszystkie te mądrości i dobre
postanowienia, do jakich zmuszałem swój umysł. Przypominam, byłem wtedy
młody, miałem zaledwie dwadzieścia cztery lata, nie zdołałem jeszcze
posiąść nawet połowy władzy nad swą duszą, jaką mam obecnie, choćby się
to wydawało mało istotne.
Jednak przed wejściem do tego rozkosznego schronienia musiałem zmienić
ubłocone buciska na czyste, a marny surdut na jakieś przyzwoite
odzienie, doprowadzając się przy tym do stanu, w jakim mogłem się
pokazać w przyzwoitym towarzystwie, bowiem moja matka, pomimo swej
dobroci, była w pewnych kwestiach niezwykle drobiazgowa.
W drodze do swego położonego na piętrze pokoju napotkałem na schodach
bystrą, śliczną dziewiętnastolatkę o okazałej, krępej sylwetce, okrągłej
buzi, rumianych policzkach, lśniących, ufryzowanych lokach i niedużych,
roześmianych piwnych oczach. Nie trzeba chyba wyjaśniać, że była to moja
siostra Rose. Wiem, że nadal jest ona urodziwą kobietą, bez wątpienia
nie mniej uroczą - w Twoich oczach - niż w tym szczęśliwym dniu, gdyś ją
ujrzał po raz pierwszy. Nic mi wówczas nie podpowiadało, że za kilka lat
poślubi ona człowieka całkiem mi jeszcze nieznanego, który miał stać mi
się bliższym przyjacielem od niej samej, bardziej zaufanym niż ten
nieokrzesany siedemnastolatek, który kiedym schodził na dół, złapał mnie
za kołnierz, niemal mnie przy tym przewracając, i który za swą
zuchwałość dotkliwie oberwał ode mnie w łepetynę, przez co nie doznał
jednak większego uszczerbku, bowiem głowę miał nie tylko nadzwyczaj
twardą, ale także chronioną gęstą burzą krótkich, rudawych loczków,
przez moją matkę nazywanych kasztanowymi.
W salonie zastaliśmy tę szacowną damę w stojącym przy kominku fotelu,
zajętą robieniem na drutach, jak to miała w zwyczaju, gdy nie było
pilniejszych zajęć. Na nasze przyjęcie zamiotła palenisko, by zapewnić
jasny płomień. Służąca właśnie wniosła tacę z podwieczorkiem, a Rose
wyjmowała cukiernicę i pudełko z herbatą z czarnego, dębowego kredensu,
który w przytulnym półmroku salonu lśnił niczym polerowany heban.
- Oto i oni - zakrzyknęła moja matka, która spojrzała na nas, ani na
chwilę nie przestając poruszać błyszczącymi drutami w zwinnych palcach.
- Zamknijcie drzwi i siądźcie przy kominku, zanim Rose przygotuje
herbatę. Pewnie umieracie z głodu. Powiedzcie, co porabialiście od rana.
Lubię wiedzieć, czym się zajmowały moje dzieci.
- Ujeżdżałem tego siwego źrebaka, co wcale nie było łatwe. Kierowałem
też orką ostatniego ścierniska pszenicy, ponieważ parobek nie ma dość
rozumu, a później wdrażałem plan kompleksowej, skutecznej melioracji
nisko położonych łąk.
- Mój dzielny chłopak! Fergusie, a ty co robiłeś?
- Szczułem borsuki - odparł tamten, po czym przedstawił szczegółowy opis
tego sportu, omawiając waleczność borsuka i psów. Moja matka udawała, że
słucha z najwyższą uwagą, obserwując jego ożywienie z pewną dozą
matczynego podziwu, który wydawał mi się wysoce niewspółmierny do jego
przedmiotu.
- Fergusie, czas już, byś się zajął czymś innym - wtrąciłem, kiedy tylko
na chwilę przerwał swą opowieść.
- Cóż ja mogę robić? - odparł. - Matka nie pozwala mi zostać marynarzem
ani wstąpić do wojska, ja zaś nie zamierzam zajmować się niczym innym,
jak tylko tak bardzo uprzykrzyć wam życie, żebyście byli wdzięczni, że w ogóle możecie się mnie pozbyć.
By go uspokoić, nasza rodzicielka pogłaskała go po sztywnych, krótkich
loczkach, na co mruknął z nadąsaną miną, później zaś, po trzecim
upomnieniu ze strony Rose, wszyscy zajęliśmy miejsca przy stole.
- Bierzcie się do jedzenia - nakazała - a ja opowiem, jak mnie minął
dzień. Odwiedziłam dziś Wilsonów. Ogromna szkoda, że nie poszedłeś ze
mną, Gilbercie, bo była tam Eliza Millward!
- No i co z tego?
- Och, nic... Nie będę ci o niej opowiadać. Powiem tylko, że to taka miła,
zabawna istotka, przynajmniej kiedy jest w dobrym humorze, i nie
miałabym nic przeciwko, by ją nazywać...
- Nic już nie mów, moja droga! Twojemu bratu nie w głowie takie rzeczy -
wyszeptała żarliwie matka, unosząc w górę palec.
- Cóż - podjęła Rose - zamierzałam wam przekazać pewną zasłyszaną tam
ważną nowinę, nie mogę się już doczekać. Jak wiecie, miesiąc temu
rozeszła się wieść, że ktoś zamierza objąć Wildfell Hall. I co wy na to?
Mieszka tam już ponad tydzień, a do nas to nie dotarło!
- Niemożliwe! - wykrzyknęła moja matka.
- Absurd! - dodał Fergus.
- A jednak! I to samotna dama!
- Boże jedyny, skarbie! Przecież tamten dwór to ruina!
- Kazała wyszykować dwa lub trzy pokoje, w których zamieszkała całkiem
sama, z wyjątkiem staruszki służącej.
- O nie, to wszystko psuje. Liczyłem, że jest czarownicą - rzucił
Fergus, krojąc swą grubą na cal kromkę chleba z masłem.
- Bzdury, Fergusie! Czy to nie dziwne, mamo?
- Nawet bardzo dziwne! Trudno mi w to uwierzyć.
- Taka jest jednak prawda, widziała ją Jane Wilson. Poszła tam ze swą
matką, która na wieść o pojawieniu się w okolicy obcej osoby siedziałaby
jak na szpilkach, dopóki by się z nią nie spotkała i nie wydobyła z niej
wszystkich informacji. Nazywa się Graham, jest w żałobie - co prawda nie
cała w czerni, ale jednak pogrążona jest w żalu - ich zdaniem jest dość
młoda, najwyżej dwadzieścia pięć czy sześć lat. Jest taka skryta! Z całych sił starały się dowiedzieć, kim jest i skąd pochodzi, no i wszystkiego innego na jej temat, ale ani pani Wilson, ze swym uporem i impertynencją, ani jej córka swymi umiejętnymi manewrami, nie zdołały
wydobyć z niej choćby jednej zadowalającej odpowiedzi czy nawet
przygodnej uwagi lub przypadkowego stwierdzenia, by zaspokoić ich
ciekawość lub rzucić choćby promyk światła na jej przeszłość, obecną
sytuację lub koneksje. Przy tym okazywała im zaledwie wymuszoną
grzeczność i najwyraźniej wolałaby się z nimi pożegnać, niż przywitać.
Eliza Millward twierdzi, że jej ojciec zamierza się tam wkrótce wybrać z duszpasterską poradą, której jego zdaniem potrzebuje, ponieważ, choć
zjawiła się w okolicy na początku zeszłego tygodnia, nie przyszła w niedzielę do kościoła. Ona sama, to znaczy Eliza, będzie go błagać, by
ją zabrał ze sobą. Uważa, iż jest w stanie coś z niej wydobyć.
Rozumiesz, Gilbercie, ona wszystko potrafi. My też musimy ją kiedyś
odwiedzić, mamo. Przecież tak nakazuje grzeczność.
- Oczywiście, kochanie. Biedaczka! Musi być taka samotna!
- Proszę, pospieszcie się tylko. Nie zapomnijcie ustalić, ile cukru
dodaje do herbaty, jakie nosi czepeczki i kapelusze, i inne takie,
bowiem nie wiem, jak będę żyć bez tej wiedzy - oznajmił Fergus ponuro.
Jeśli jednak sądził, że to stwierdzenie uznane będzie za mistrzowski
popis dowcipu, srogo się zawiódł, gdyż nikt się nie roześmiał. Wcale go
to jednak nie zbiło z tropu, ponieważ kiedy ugryzł kawał chleba z masłem
i zamierzał go popić łykiem herbaty, ogarnęło go tak przemożne
rozbawienie, iż musiał się zerwać od stołu, by wśród prychań i krztuszeń
wypaść z pokoju. Chwilę później dobiegł nas z ogrodu jego przerażający
wrzask.
Ja sam byłem głodny, więc bez słowa pochłaniałem herbatę i grzankę z szynką, podczas gdy matka z siostrą w dalszym ciągu omawiały oczywistą i nieoczywistą sytuację oraz prawdopodobną i nieprawdopodobną przeszłość
tej tajemniczej damy. Muszę jednak wyznać, że po tym niefortunnym
wypadku mojego brata raz czy dwa uniosłem filiżankę do ust, by ją zaraz
odstawić, nie śmiejąc choćby spróbować zawartości na wypadek, gdyby
podobny wybuch miał zaszkodzić mojej godności.
Nazajutrz matka i siostra pospieszyły złożyć wizytę uroczej pustelnicy.
Wróciły jednak niewiele mądrzejsze, choć matka oznajmiła, że nie żałuje
podróży, ponieważ nawet jeśli jej samej przyniosła ona niewiele dobrego,
to skorzystał na niej ktoś inny. Przekazała bowiem pewne przydatne rady,
które, jak liczyła, zostaną przyjęte, bowiem pani Graham, która co
prawda niewiele mówiła na jakikolwiek temat i sprawiała wrażenie nieco
zarozumiałej, nie wydawała się jednak niezdolna do refleksji. Co prawda
nie miała pojęcia, gdzie dotychczas mieszkało tamto biedactwo, ponieważ
w pewnych kwestiach zdradzało pożałowania godną niewiedzę, co jej
zresztą zupełnie nie zawstydzało.
- W jakich kwestiach, mamo? - zapytałem.
- W kwestiach gospodarczych i tych wszystkich niuansach kulinarnych, i takich tam, które każda dama powinna znać, niezależnie od tego, czy musi
używać swej wiedzy w praktyce, czy też nie. Dałam jej kilka przydatnych
porad i doskonałych przepisów, choć najwyraźniej nie umiała docenić ich
wartości, błagała bowiem, bym się tym nie kłopotała, ponieważ przy swoim
zwyczajnym, spokojnym trybie życia nigdy ich nie wykorzysta.
"Nieistotne, moja droga", stwierdziłam. "Powinna o tym wiedzieć każda
szacowna kobieta. A na dodatek, choć teraz jest pani samotna, nie zawsze
tak będzie. Przecież wyszła pani za mąż, a zatem niemal na pewno zrobi
to pani ponownie". Na te słowa odrzekła niemal arogancko: "Tu się pani
myli. Jestem pewna, że to się nie powtórzy". Ja jednak upierałam się
przy swoim.
- To pewnie jakaś romantyczna, młoda wdówka - wtrąciłem - która pragnie
w tym miejscu dożyć samotnie do końca swych dni i potajemnie opłakiwać
ukochanego zmarłego. To jednak nie potrwa długo.
- Zgadzam się z tobą - oznajmiła Rose - bo nie wydawała się szczególnie
niepocieszona. Na dodatek jest bardzo ładna, czy może raczej przystojna,
Gilbercie, musisz ją zobaczyć. Uznasz ją pewnie za idealnie piękną, choć
z trudem można dostrzec jakiekolwiek podobieństwo do Elizy Millward.
- Cóż, umiem sobie wyobrazić wiele twarzy piękniejszych niż u Elizy,
choć nie bardziej czarujących. Mimo że daleko jej do perfekcji, moim
zdaniem jest przez to ciekawsza.
- A zatem wolisz jej wady od doskonałości innych?
- Otóż to... choć siedzi tu moja matka.
- Ależ drogi Gilbercie, jakie ty bzdury gadasz! Wiem, że nie to miałeś
na myśli, to nie wchodzi w grę - odparła moja matka, wstając i pospiesznie opuszczając pokój pod pozorem jakichś spraw gospodarczych,
aby uniknąć zaprzeczeń, które miałem na końcu języka.
Później Rose przekazała mi dalsze szczegóły na temat pani Graham.
Znacznie dokładniej i bardziej szczegółowo, niżbym sobie życzył
przedstawiła mi jej wygląd, maniery i suknię, umeblowanie zamieszkanego
przez nią pokoju, ponieważ jednak nie byłem zbyt uważnym słuchaczem, nie
dałbym rady powtórzyć tego opisu, nawet gdybym zechciał.
Następnego dnia przypadała sobota, zaś w niedzielę wszyscy rozmyślali,
czy śliczna nieznajoma posłucha napomnień pastora i zjawi się w kościele. Wyznaję, że ja sam także z pewnym zainteresowaniem zerkałem na
starą ławkę należącą do właścicieli Wildfell Hall, gdzie od tak dawna
nikt nie prasował ani nie odnawiał spłowiałych, karmazynowych poduszek
ani obić, zaś ze ściany surowo spoglądały groźne tarcze herbowe o ponurych obramowaniach z zaniedbanej czarnej tkaniny.
Dostrzegłem w niej wysoką, kobiecą postać w czerni, zwróconą twarzą w moją stronę. Było w niej coś, co kazało wracać do niej wzrokiem. Czarne
jak skrzydło kruka włosy ułożyła w lśniące pierścionki loków, fryzurę
dość niezwykłą w tym czasie, choć niezmiennie elegancką i twarzową. Cerę
miała jasną i czystą. Oczu co prawda nie mogłem dojrzeć, bowiem
skierowała je na modlitewnik, przesłoniwszy powiekami i długimi rzęsami,
ale nad nimi rysowały się wyraziste, równe brwi. Wyżej zaś było wysokie
czoło intelektualistki, niżej natomiast idealny, ostry nos. Wszystkie
jej rysy wydały mi się nienaganne. Może tylko policzki były nieco zbyt
zapadnięte, oczy osadzone zbyt głęboko, a usta, choć pięknie wykrojone,
odrobinę zbyt wąskie i zaciśnięte. Uznałem, że coś w nich wróżyło
niezbyt delikatny czy sympatyczny temperament. Powiedziałem sobie w duchu: "moja pani, wolę cię podziwiać z daleka, niźli z tobą mieszkać".
Właśnie w owej chwili uniosła głowę i spojrzała mi w oczy. Nie
odwróciłem wzroku, a przez jej twarz, zanim ponownie zajęła się
modlitewnikiem, przebiegł chwilowy, ledwie uchwytny wyraz cichego
lekceważenia, które uznałem za wysoce prowokujące.
Uważa mnie za bezczelnego szczeniaka - pomyślałem. - Phi, wkrótce zmieni
zdanie, jeśli tylko uznam, że to warte zachodu.
Później jednak przemknęło mi przez głowę, jak dalece nieodpowiednie są
takie myśli w przybytku modlitwy i jak niestosowne jest moje zachowanie
w tej sytuacji. Zanim jednak skupiłem się na mszy, przebiegłem wzrokiem
po kościele, by sprawdzić, czy ktoś mnie obserwuje. Ale nie, ktokolwiek
nie był wpatrzony w modlitewnik, wbijał wzrok w tę nieznajomą. Czyniła
tak moja dobra matka i siostra, pani Wilson oraz jej córka. Nawet Eliza
Millward chytrze zerkała kątem oka na ten przedmiot powszechnego
zainteresowania. Później zaś spojrzała na mnie, posyłając mi leciutki,
kokieteryjny uśmieszek, oblała się rumieńcem, po czym skromnie zerknęła
na modlitewnik i starała się przybrać obojętny wyraz twarzy.
Znów dopuściłem się wykroczenia, co tym razem uświadomiło mi nagłe
dźgnięcie pod żebra zadane łokciem tego zuchwalca, mego brata. W tej
chwili na tę zniewagę mogłem odpowiedzieć, jedynie depcząc mu po
palcach, ponieważ dalsza zemsta musiała poczekać aż wyjdziemy z kościoła.
Halfordzie, zanim skończę ten list, opowiem ci jeszcze, kim była Eliza
Millward. To młodsza córka pastora, niezwykle urocza istotka, do której
żywiłem niemałą sympatię, o czym zresztą wiedziała, choć nie tylko nigdy
jej tego nie wyznałem, ale nawet nie byłem zdecydowany tego robić,
ponieważ moja matka, utrzymująca, że w promieniu dwudziestu mil nie ma
dla mnie odpowiedniej partii, nie była w stanie znieść myśli o moim
małżeństwie z tak nieznaczącą dziewczyną, która oprócz wielu innych wad,
nie miała nawet dwudziestu funtów przychodu. Eliza była zarazem drobna i pulchna, miała niedużą twarzyczkę, niemal równie okrągłą jak mojej
siostry i podobną do niej cerę, choć delikatniejszą i mniej rumianą,
zadarty nosek, rysy nieregularne. W zasadzie była raczej urocza niż
śliczna. Jednak oczy -
nie wolno mi o nich zapomnieć, bowiem to czyniło ją tak atrakcyjną -
przynajmniej jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny - miała podłużne, dość
wąskie, o czarnych lub brunatnych tęczówkach, a ich wyraz nieustannie
ulegał zmianie, choć zawsze był albo nieziemsko - niemal diabolicznie -
szelmowski albo zniewalająco czarujący. A często jedno i drugie. Głos
miała łagodny i dziecięcy, chód kocio lekki i miękki - a przy tym
najczęściej zachowywała się niby urocze, swawolne kocię, które raz jest
zuchwałe i psotne, a kiedy indziej bojaźliwe i dobrze ułożone, zależnie
od swej woli.
Jej siostra, Mary, o kilka lat starsza, kilka cali wyższa i bardziej
masywna była niezbyt ładną, cichą, rozsądną dziewczyną, która cierpliwie
opiekowała się mamą w czasie długiej, męczącej choroby, a od tamtej pory
także prowadziła dom i tyrała jak wół. Cieszyła się zaufaniem i szacunkiem ojca, zabiegały o nią wszystkie psy, koty, dzieci i biedacy,
ale wszyscy inni lekceważyli ją i obrażali.
Sam wielebny Michael Millward był wysokim, niezgrabnym, podstarzałym
dżentelmenem, który nad swą dużą, kwadratową twarzą o grubych rysach
nosił kapelusz duchownego, w dłoni trzymał solidną laskę, a swe ciągle
mocne kończyny odziewał w sięgające kolan bryczesy i getry, zaś na
szczególne okazje w czarne, jedwabne pończochy. Człowiek ten miał
niezłomne zasady, silne uprzedzenia i niezmienne nawyki. Nie tolerował
sprzeciwu w przekonaniu, iż zawsze ma rację, a jeśli ktoś się z nim nie
zgadza, musi być albo żałosnym ignorantem, albo ślepcem.
W dzieciństwie zawsze odnosiłem się do niego z nabożnym podziwem -
ostatnio jednak, nawet teraz, musiałem się go pozbyć, ponieważ choć z ojcowską dobrocią traktował ludzi dobrze ułożonych, trzymał rygor i często surowo potępiał nasze młodzieńcze wybryki i drobne przewinienia.
Co więcej, owymi czasy, kiedy tylko odwiedzał naszych rodziców, stojąc
przed nim, musieliśmy recytować katechizm lub któryś z hymnów. Albo, co
gorsza, odpowiadać z jego ostatniego tekstu lub najważniejszych aspektów
przemowy, które zawsze wylatywały nam z głowy. Czasami ten czcigodny
dżentelmen czynił mej matce wyrzuty, że za bardzo pobłaża swym synom,
odwołując się przy tym do starego Eliasza albo Dawida i Absaloma, co
szczególnie raniło jej uczucia. Pomimo ogromnego szacunku, jakim darzyła
zarówno jego samego, jak i wszystkie jego nauki, słyszałem kiedyś, jak
mówi: "Życzę mu, żeby sam miał syna! Nie byłby wówczas tak skory
udzielać tych wszystkich rad innym. Sam by się przekonał, co to znaczy
utrzymać w ryzach parę chłopaków".
Z chwalebną troską dbał o swe zdrowie cielesne - bardzo wcześnie
wstawał, przed śniadaniem regularnie szedł na spacer, niezwykle
drobiazgowo podchodził do ciepłych, suchych ubrań, przed wygłoszeniem
kazania zawsze wypijał jajko - choć obdarzony był wspaniałymi płucami i mocnym głosem - i zasadniczo zwracał ogromną uwagę na to, co jadł i wypił, choć żadną miarą nie należał do osób wstrzemięźliwych. Miał
własne zdanie na temat diety - pogardzał herbatą i tego typu naparami,
zaś uwielbiał trunki słodowe, jajka na bekonie, szynkę, suszoną wołowinę
i inne ciężkostrawne mięsiwa, które doskonale pasowały jego narządom
trawiennym, przez co utrzymywał, że są dla każdego doskonałe i zdrowe, a tym samym bez wahania polecał je najdelikatniejszym rekonwalescentom lub
osobom cierpiącym na niestrawność, którym, jeśli tylko te zalecenia nie
przynosiły obiecanej korzyści, mówił, iż wynika to z braku wytrwałości.
Jeśli zaś ktokolwiek skarżył się na niedogodności takiej diety,
zapewniał go, iż to wszystko wymysły.
Jeszcze tylko kilka słów o dwóch innych wspomnianych tu osobach i zakończę ten list. Są to pani Wilson i jej córka. Pierwsza z nich była
wdową po bogatym ziemianinie, rozgadaną, starą plotkarką o wąskich
horyzontach, której charakteru nie warto opisywać. Miała dwóch synów:
Roberta, nieokrzesanego, wiejskiego rolnika, oraz Richarda, małomównego,
sumiennego młodzieńca, który przy pomocy pastora studiował filologię
klasyczną, przygotowując się do wstąpienia do seminarium duchownego.
Ich siostra Jane była młodą damą niepozbawioną talentów i ambicji. Na
własne życzenie odebrała w szkole z internatem wykształcenie znacznie
lepsze niż ktokolwiek w rodzinie. Dzięki temu nabrała ogłady, zdobyła
dość eleganckie maniery, niemal zatraciła swój prowincjonalny akcent i mogła się pochwalić lepszymi osiągnięciami od córek pastora. Co więcej,
uważano ją za piękność, choć ani przez chwilę nie zaliczałem się do jej
wielbicieli. Miała około dwudziestu sześciu lat, była dość wysoka i bardzo smukła, a jej włosów nie można było nazwać kasztanowymi, lecz
zdecydowanie jaskrawo jasnorudymi. Cerę miała zadziwiająco jasną i promienną, małą główkę na długiej szyi, pięknie ukształtowany, choć
bardzo krótki podbródek, usta wąskie i czerwone, oczy w kolorze czystego
orzecha, o bystrym, przenikliwym spojrzeniu, lecz całkowicie pozbawione
poezji lub uczucia. Miała lub mogła mieć wielu zalotników o zbliżonej
pozycji społecznej, lecz z pogardą ich odtrąciła lub odrzuciła, ponieważ
jej wyrafinowany gust i wygórowaną ambicję mógł zadowolić jedynie
dżentelmen, i to bogaty. Był ktoś taki, kto w ostatnim czasie darzył ją
dość otwarcie uwagą, i do którego serca, nazwiska i majątku, jak
szeptano, miała poważne zamiary. Był to Lawrence, młody dziedzic,
którego rodzina zajmowała wcześniej Wildfell Hall, lecz jakieś
piętnaście lat temu przeniosła się do bardziej nowoczesnej, przestronnej
posiadłości w sąsiedniej parafii.
Tymczasem pożegnam Cię, Halfordzie. To pierwsza rata mojego długu. Jeśli
Ci to odpowiada, powiedz tylko, a ja przy najbliższej okazji wyślę Ci
ciąg dalszy. Jeśli natomiast wolisz pozostać moim wierzycielem, niźli
wypychać sakiewkę takimi niezdarnymi fragmentami, także daj mi znać, a ja wybaczę Ci brak gustu i z radością zachowam ten skarb dla siebie.
Niezmiennie Twój,
GILBERT MARKHAM
Rozdział II. Rozmowa
Rozdział II
Rozmowa
Z radością stwierdziłem, mój najdroższy przyjacielu, iż zniknęła chmura
Twego niezadowolenia, że ponownie błogosławi mi światło Twego poparcia i że pragniesz ciągu dalszego mej historii. Dlatego też otrzymasz ją bez
zbędnej zwłoki.
Wydaje mi się, że skończyłem opowieść na ostatniej niedzieli
października roku 1827. W kolejny wtorek z psem i strzelbą poszedłem
polować na zwierzynę, na jaką mogłem liczyć w Linden-Car. Ponieważ
jednak nic nie znalazłem, zwróciłem broń przeciwko jastrzębiom i czarnowronom, które, jak sądziłem, pozbawiły mnie lepszej zdobyczy. W tym celu, opuściwszy bardziej uczęszczane rejony, porośnięte drzewami
doliny, łany zboża i łąki, zacząłem się wspinać na strome wzniesienie
Wildfell, najdziksze i najwyższe wzgórze w okolicy, gdzie rośnie
niewiele żywopłotów i drzew, na dodatek karłowatych, przy czym te
pierwsze przechodzą w surowe, kamienne płoty, częściowo porośnięte
bluszczem i mchem, zaś drugie zostają zastąpione modrzewiami i sosnami
lub pojedynczymi drzewami tarniny. Pola, nierówne i kamieniste,
całkowicie nienadające się do pługa, w znacznej mierze służyły za
pastwiska dla owiec i bydła. Leżała tu cienka warstwa ubogiej gleby, tu
i ówdzie spośród trawiastych pagórków wystawały fragmenty szarej skały,
pod murami rosły krzaczki czernic i wrzosów - pozostałości bardziej
nieokiełznanej dzikości, a w wielu zagrodach ambrozje i sity uzurpowały
sobie pierwszeństwo nad nielicznymi trawami. Nie należało to jednak do
mnie.
Pod szczytem tego wzgórza, w odległości około dwóch mil od Linden-Car,
znajdował się Wildfell Hall, wiekowa posiadłość z epoki elżbietańskiej,
zbudowana z ciemnoszarego kamienia, z zewnątrz sprawiająca szacowne i malownicze wrażenie, lecz bez wątpienia zimna i ponura dla mieszkańców
przez te szerokie, kamienne słupki okienne i niewielkie szybki ze
szprosami, wygryzioną przez czas wentylacją oraz lokalizacją w tym
nieosłoniętym miejscu na odludziu, za całą osłonę przed wiatrem i trudnymi warunkami atmosferycznymi mając kępę sosen, już nadszarpniętych
burzami, równie surowych i ponurych jak sam dwór. Za nim rozciągało się
kilka opustoszałych pól, a później brązowy, porośnięty wrzosami szczyt
wzgórza. Natomiast przed dworem (otoczonym kamiennym murem z żelazną
bramą, której słupki zdobiły ogromne kule z szarego granitu, podobne do
dekoracji na dachu i ścianach szczytowych), leżał ogród, niegdyś
obsadzony najwytrzymalszymi roślinami i kwiatami, które radziły sobie na
tej glebie i w tym klimacie, a także drzewami i krzewami, którym
najmniej szkodziły tortury nożyc ogrodnika i którym najłatwiej było
nadać pożądany kształt. Teraz jednak, po wielu latach zaniedbań i braku
pielęgnacji, zarósł chwastami i trawą, padł ofiarą mrozu i wiatru,
deszczu i suszy, co nadało mu doprawdy osobliwy widok. Ciągnące się
wzdłuż głównej ścieżki ściany ligustru były w dwóch trzecich uschnięte,
zaś pozostała część wyrosła poza wszelkie rozsądne granice. Stary
bukszpanowy łabędź, siedzący obok skrobaka do butów, utracił szyję i połowę ciała: uformowane w kształt zamkowych wież wawrzyny w środku
ogrodu, ogromny wojownik z jednej i lew strzegący drugiej strony bramy
przybrały tak fantastyczne kształty, że nie przypominały zupełnie nic,
co można znaleźć na ziemi lub w niebie, ani nawet w podziemnych wodach.
Za sprawą mojej młodzieńczej wyobraźni wszystkie upodabniały się do
goblinów, co doskonale zgrywało się z upiornymi tłumami i mrocznymi
historiami, jakie opowiadała nam stara niania o nawiedzonym domostwie i jego zmarłych mieszkańcach.
Gdy posiadłość pojawiła się w zasięgu wzroku, zdołałem upolować
jastrzębia i dwie wrony, później zaś, porzuciwszy dalsze łowy, ruszyłem
spacerem, by spojrzeć na stary dwór i sprawdzić, jakich to zmian
dokonała jego nowa mieszkanka. Nie chciałem podchodzić od frontu i gapić
się przez bramę, zatrzymałem się jednak przy ogrodowym murze i zajrzałem. Zmiany dostrzegłem jedynie w jednym skrzydle, gdzie wyraźnie
naprawiono powybijane okna i walący się dach, a z komina wydobywała się
cieniutka, skręcona smużka dymu.
Kiedym tak stał oparty na strzelbie, wpatrzony w leniwym zamyśleniu w ciemne szczyty budowli, snując niesforne fantazje, w których dawne
skojarzenia i urocza młoda pustelnica, znajdująca się teraz za tymi
murami, odgrywały niemal równą rolę, usłyszałem cichy szelest i szamotaninę w ogrodzie. Zerknąwszy w kierunku, z którego dochodził głos,
dostrzegłem nad murem niewielką dłoń, która zaraz uczepiła się
najwyższego kamienia. Po niej pojawiła się druga, równie niewielka, by
lepiej się przytrzymać, za nią zaś drobne, białe czółko, zwieńczone
jasnobrązowymi włosami, a potem dwoje ciemnoniebieskich oczu i górna
część maleńkiego noska w kolorze kości słoniowej.
Mnie te oczka nie dostrzegły, lecz rozbłysły radością na widok Sancha,
mojego pięknego czarno-białego setera, który z pyskiem przy ziemi krążył
po polu. Tamta mała istota, uniósłszy twarzyczkę, głośno zawołała na
psa. Dobroduszne stworzenie zatrzymało się, spojrzało w górę i pomachało
ogonem, lecz na tym koniec. Dziecko (chłopczyk, najwyraźniej około
pięcioletni) wspięło się z wysiłkiem na szczyt muru, raz po raz wołając.
Dostrzegłszy jednak bezowocność swych wysiłków, najwyraźniej
zdecydowało, niby Mahomet, że trzeba iść do góry, ponieważ owa nie chce
przyjść do niego, i usiłowało zejść. Jednakże rosnąca tuż obok stara,
pokrzywiona czereśnia złapała go jednym ze swych powyginanych, chudych
ramion, wyrastających ponad mur, za koszulinę. Kiedy chłopiec usiłował
się wyswobodzić, poślizgnęła mu się noga i spadł - choć nie na ziemię,
ponieważ drzewo utrzymało go w górze. Przez chwilę szamotał się bez
słowa, zaraz jednak dobiegł mych uszu przeszywający wrzask. Wówczas w jednej chwili rzuciłem strzelbę w trawę i złapałem malucha w ramiona.
Przetarłem mu oczka jego własną koszulą, zapewniłem, że nic mu się nie
stało, po czym zawołałem Sancha, by go uspokoił. Właśnie kładł rączkę
psu na karku i zaczynał się uśmiechać przez łzy, gdy usłyszałem za sobą
trzask żelaznej bramy i szelest kobiecych strojów. Rzuciła się na mnie
pani Graham z odsłoniętą szyją i rozwianymi wiatrem czarnymi lokami.
- Proszę mi oddać dziecko! - zażądała głosem niewiele głośniejszym od
szeptu, w którym słychać było jednak zadziwiającą gwałtowność, a później
wyrwała mi chłopca z ramion, zupełnie jakby mój dotyk nasączony był
jakąś straszliwą trucizną, po czym stanęła, jedną dłonią mocno ściskając
jego rączkę, drugą trzymając mu na ramieniu, z wbitym we mnie
spojrzeniem swych ogromnych, błyszczących ciemnych oczu - blada, bez
tchu i drżąca ze wzburzenia.
- Nie robiłem krzywdy pani dziecku - oznajmiłem, nie wiedząc, czy się
dziwić, czy też irytować - spadał z tamtego muru, na szczęście zdążyłem
go złapać, kiedy głową w dół zwisał z drzewa, zapobiegając tym samym
trudnej do przewidzenia katastrofie.
- Przepraszam pana - wyjąkała z bladym rumieńcem na policzkach, nagle
uspokojona, jakby jej pochmurną duszę rozświetliło światełko rozsądku -
nie znałam pana, uznałam więc...
Pochyliła się, by pocałować dziecko, i z czułością objęła jego szyję
ramieniem.
- Zapewne sądziła pani, że zamierzam porwać pani syna, prawda?
Pogłaskała go po głowie z na wpół zawstydzonym uśmiechem, a później
wyjaśniła:
- Nie wiedziałam, że usiłuje wspiąć się na mur. Mam przyjemność
rozmawiać z panem Markhamem, czyż nie? - dodała pospiesznie.
Skłoniłem co prawda głowę, lecz ośmieliłem się spytać, jak mnie poznała.
- Kilka dni temu była u mnie pańska siostra i matka.
- Czy zatem podobieństwo jest tak duże? - zapytałem nie bez zdziwienia,
a ta myśl nie pochlebiała mi tak bardzo, jak powinna.
- Jest jakieś podobieństwo oczu i cery, tak sądzę - odparła, nieco
niepewnie przyglądając się mojej twarzy. - A poza tym chyba widziałam
pana w niedzielę w kościele.
Uśmiechnąłem się. W tym uśmiechu lub w obudzonych przez niego
wspomnieniach było coś szczególnie dla niej przykrego, ponieważ
niespodziewanie znów przybrała ten dumny, oziębły wyraz twarzy, który
wzbudził mą niewypowiedzianą niechęć podczas nabożeństwa - minę
odpychającej pogardy, przychodzącą jej z taką łatwością i bez
najmniejszego skrzywienia, że wydawała się całkiem naturalna dla jej
twarzy, a zarazem tym bardziej prowokująca, ponieważ nie umiałem sobie
wyobrazić jej w emocjach.
- Do widzenia, panie Markham - powiedziała, a później, nie obdarzywszy
mnie już ani jednym spojrzeniem ni słowem, wraz z dzieckiem wycofała się
do ogrodu, ja zaś wróciłem do domu zdenerwowany i niezadowolony - nie
miałem pojęcia czemu, a zatem Ci tego nie powiem.
Tam odłożyłem jedynie broń i róg z prochem strzelniczym oraz przekazałem
kilka koniecznych wskazówek jednemu z parobków, później zaś udałem się
na plebanię, by w towarzystwie Elizy Millward, w rozmowie z nią znaleźć
pociechę dla ducha i uspokoić wzburzenie.
Kiedy dotarłem na miejsce, jak zwykle zajmowała się jakimś delikatnym
haftem (moda na haft wełną jeszcze tu nie dotarła), zaś jej siostra
siedziała z kotem na kolanach w kącie przy kominie, naprawiając stertę
pończoch.
- Mary, Mary! Odłóż to szybko! - rzuciła gorączkowo Eliza, tuż zanim
zjawiłem się w pokoju.
- Nie ma mowy - padła flegmatyczna odpowiedź. Dalszej dyskusji
zapobiegło moje wejście.
- Ależ ma pan pecha, panie Markham! - zauważyła młodsza z sióstr,
obdarzając mnie jednym z tych łobuzerskich, ukradkowych spojrzeń. - Tata
właśnie wyszedł na obchód parafii i zapewne wróci nie wcześniej niż za
godzinę!
- Nie szkodzi. Dam radę spędzić kilka minut w towarzystwie jego córek,
jeśli tylko mi na to pozwolą - odparłem i nie czekając na zaproszenie
przysunąłem sobie krzesło do ognia, a później się na nim usadowiłem.
- Jeśli obieca pan być grzeczny i zabawny, nie będziemy miały nic
przeciwko temu.
- Błagam raczej o bezwarunkowe pozwolenie, ponieważ nie przyjechałem
tutaj bawić, lecz w poszukiwaniu rozrywki - odpowiedziałem.
Uznałem jednak, że rozsądnie byłoby się zdobyć na jakiś niewielki
wysiłek, by się dobrze czuły w moim towarzystwie. Moje skromne starania
okazały się najwyraźniej dość udane, ponieważ nigdy wcześniej nie
widziałem panny Elizy w lepszym humorze. Wydawało się, że towarzystwo
sprawia nam obojgu radość. Udało nam się prowadzić radosną i ożywioną,
choć nieszczególnie głęboką rozmowę. Było to niemal t?te-a-t?te,
ponieważ druga panna Millward odzywała się jedynie, by skorygować jakieś
bezładne stwierdzenie lub wyolbrzymione wyrażenie swojej siostry. Raz
poprosiła ją o podniesienie spod stołu kłębka bawełny. Zrobiłem to ja,
zgodnie z zasadami grzeczności.
- Dziękuję panu - odparła, kiedy podałem jej zgubę. - Podniosłabym go
sama, po prostu nie chciałam przeszkadzać kotu.
- Mary, moja droga, dla pana Markhama to żadne usprawiedliwienie -
oznajmiła Eliza. - Śmiem twierdzić, że kotów nie cierpi równie mocno jak
starych panien, podobnie jak wszyscy inni dżentelmeni. Nieprawdaż,
proszę pana?
- Jak sądzę, niechęć do tych stworzeń jest całkiem naturalna dla naszej
niegodziwej płci - odpowiedziałem - ponieważ wy, damy, obdarzacie je
tyloma pieszczotami.
- Niech im Bóg błogosławi, tym maleństwom - wykrzyknęła wiedziona nagłym
entuzjazmem, odwracając się i zasypując zwierzątko siostry gradem
pocałunków.
- Przestań, Elizo! - poprosiła jej siostra nieco opryskliwie, odpychając
ją niecierpliwie.
Musiałem się jednak zbierać, gdyż pomimo całego pośpiechu i tak byłem
już spóźniony na podwieczorek, a matka moja ceniła porządek i punktualność.
Moja urocza przyjaciółka najwyraźniej nie miała ochoty się ze mną
żegnać. Na pożegnanie czule uścisnąłem jej drobną dłoń, ona zaś w odpowiedzi obdarzyła mnie jednym ze swych najłagodniejszych uśmiechów i najbardziej uroczych spojrzeń. Do domu wróciłem nadzwyczaj szczęśliwy, z sercem pełnym samozadowolenia z siebie i przepełnionym miłością do
Elizy.
Rozdział III. Dyskusja
Rozdział III
Dyskusja
Dwa dni później pani Graham odwiedziła Linden-Car wbrew oczekiwaniom
Rose, przekonanej, iż tajemnicza mieszkanka Wildfell Hall zupełnie
zlekceważy powszechne zwyczaje cywilizowanego życia, w czym utwierdzali
ją Wilsonowie, według których nie złożyła ona rewizyty ani im samym, ani
Millwardom. Teraz jednak wyjaśniono przyczynę tego uchybienia, choć nie
do końca zadowoliła ona Rose. Pani Graham przyprowadziła ze sobą
dziecko, a kiedy moja matka wyraziła zdziwienie zdolnością malucha do
pokonania pieszo tak długiej drogi, odparła:
- To dla niego daleko, ale musiałam go zabrać ze sobą albo całkiem
zrezygnować z wizyty, ponieważ nigdy nie zostawiam go samego. Pani
Markham, proszę przy najbliższej okazji przekazać moje przeprosiny
Millwardom i pani Wilson, ponieważ raczej nie mogę pozwolić sobie na
przyjemność rewizyty, dopóki mój Arthur nie będzie mógł mi towarzyszyć.
- Ma pani przecież służącą - wtrąciła Rose. - Czy zatem nie mógłby
zostać z nią?
- Ona ma własne zajęcia. A poza tym jest za stara, by biegać za
dzieckiem, nazbyt żywym, by go oddać pod opiekę staruszce.
- Zostawiła go pani jednak, by przyjść do kościoła.
- Tak, jeden raz, ale nie zrobiłabym tego w żadnym innym celu. Na
przyszłość chyba muszę tak wszystko ułożyć, by zabrać go ze sobą lub
zrezygnować z wyjścia.
- Czy on jest taki psotny? - zapytała moja wyraźnie wstrząśnięta matka.
- Nie - odparł nasz gość ze smutnym uśmiechem, gładząc loczki synka,
usadowionego na niskim stołeczku u jej stóp - ale to mój jedyny skarb, a ja jestem jedyną przyjaciółką, więc nie lubimy się rozdzielać.
- Ależ, moja droga, to przecież nadopiekuńczość - stwierdziła moja
bezpośrednia rodzicielka. - Powinna pani próbować tłumić takie niemądre
sentymenty nie tylko po to, by chronić syna swego przed zepsuciem, ale
także by siebie nie narażać na śmieszność.
- Zepsuciem! Pani Markham!
- Tak, to psuje dziecko. Nawet w tym wieku nie powinien się ciągle
trzymać matczynego fartuszka, powinien zacząć się tego wstydzić.
- Pani Markham, błagam, by nie mówiła pani takich rzeczy, a przynajmniej
nie przy nim. Ufam, że mój syn nigdy nie będzie się wstydził kochać
własnej matki! - powiedziała pani Graham z powagą, która zaskoczyła
wszystkich zebranych.
Moja matka próbowała ją uspokoić wyjaśnieniem, zdaniem gościa jednakże
dość już padło słów na ten temat, więc gwałtownie podjęła inny.
Tak jak sądziłem - rzekłem sobie w duchu - temperament tej kobiety nie
należy do najłagodniejszych, pomimo jej uroczej, bladej twarzyczki oraz
wysokiego czoła, naznaczonego po równi myślą i cierpieniem.
Przez cały ten czas siedziałem przy stole po przeciwnej stronie pokoju,
pozornie zajęty przeglądaniem wydania "Magazynu Rolniczego", który
czytałem w chwili przyjścia gościa, a ponieważ nie zamierzałem się silić
na nadmierne uprzejmości, jedynie skinąłem jej głową, nie przerywając
zajęcia.
Wkrótce zorientowałem się jednak, że ktoś się do mnie zbliża lekkim,
lecz powolnym i pełnym wahania krokiem. Był to mały Arthur, kierowany
przemożną chęcią podejścia do mojego psa, Sancha, leżącego u mych stóp.
Uniósłszy głowę, dostrzegłem go w odległości jakichś dwóch jardów ode
mnie. Stał nieruchomo, tęsknie spoglądając swymi jasnymi, niebieskimi
oczami na psa, nie bał się jednak zwierzęcia, lecz odczuwał spowodowaną
nieśmiałością niechęć, by się zbliżyć do jego pana. Drobna zachęta
skłoniła go jednak do podejścia. Dziecko, choć wstydliwe, nie było
ponure. Po minucie chłopczyk klęczał już na dywanie, obejmując szyję
Sancha, a chwilę później siedział na moim kolanie, ze szczerym
zainteresowaniem oglądając różne okazy koni, bydła, trzody chlewnej i modelowych gospodarstw przedstawionych w leżącej przede mną gazecie. Od
czasu do czasu zerkałem na jego matkę, by sprawdzić, jak jej się podoba
ta nowa zażyłość. Jej niespokojne spojrzenie powiedziało mi jasno, że z nieznanych mi przyczyn wcale jej się to nie podoba.
- Arthurze - powiedziała wreszcie - chodź tutaj. Przeszkadzasz panu w czytaniu.
- Ależ nic podobnego, pani Graham, proszę pozwolić mu zostać. Sprawia mi
to taką samą przyjemność jak jemu - poprosiłem. Mimo to jednak i dłonią,
i wzrokiem, już bez słowa, przywołała go do siebie.
- Mamo - odezwało się dziecko - pozwól mi najpierw obejrzeć te obrazki,
a później przyjdę i ci o nich opowiem.
- W poniedziałek, piątego listopada, zamierzamy wydać niewielkie
przyjęcie - oznajmiła moja rodzicielka - i liczę, że nie odrzuci pani
zaproszenia. Może pani zabrać ze sobą synka, ośmielę się twierdzić, że
zapewnimy mu rozrywkę. No i wtedy będzie mogła sama pani przeprosić
Millwardów i Wilsonów, bowiem ich także się spodziewam.
- Dziękuję, nie chadzam na przyjęcia.
- Och, ale to będzie takie rodzinne, niezbyt późno, w naszym własnym
gronie. Plus pan Lawrence, pani gospodarz, z którym powinna się pani
zapoznać.
- Trochę go już poznałam. Proszę mi jednak wybaczyć, bowiem wieczory są
ciemne i wilgotne, a Arthur, jak się obawiam, jest zbyt delikatny, by
bezkarnie narażać go na taką pogodę. Z państwa gościnności będziemy
mogli skorzystać dopiero, gdy dni znów będą dłuższe, a wieczory
cieplejsze.
W tej chwili Rose, na skinienie mojej matki, wyjęła z szafki i dębowego
kredensu karafkę wina oraz kieliszki i ciasto, po czym podała
poczęstunek gościom. Oboje zjedli ciasto, ale uparcie odmawiali wina,
pomimo gościnnych namawiań gospodyni. Szczególnie Arthur wzbraniał się
przed rubinowym napojem, jakby budził on jego przerażenie i obrzydzenie.
A kiedy go zachęcano do przyjęcia trunku, niemal się rozpłakał.
- Nie przejmuj się, Arthurze - uspokajała go mama - pani Markham uważa,
że dobrze ci to zrobi przez to zmęczenie po spacerze, ale nie będzie cię
zmuszać do picia. Moim zdaniem możesz tego nie pić. On nie cierpi samego
widoku wina - dodała - zaś zapach niemal przyprawia go o mdłości. Kiedyś
zmuszałam go do połknięcia odrobiny wina lub słabej wódki z wodą jako
lekarstwa w czasie choroby, i zaiste zrobiłam wszystko, co w swojej
mocy, by znienawidził alkohol.
Wszyscy z wyjątkiem młodej wdowy i jej synka wybuchli śmiechem.
- Cóż, pani Graham - odezwała się moja matka, ocierając swe błękitne
oczy z łez radości - zdumiewa mnie pani! Miałam panią za rozsądniejszą.
To biedne dziecko będzie największym maminsynkiem na świecie. Proszę
tylko pomyśleć, na jakiego mężczyznę go pani wychowa, upierając się
przy...
- Moim zdaniem to doskonały plan - przerwała pani Graham z niewzruszoną
powagą. - Mam nadzieję, że w ten sposób zdołam go uratować przed co
najmniej jedną hańbiącą wadą. Chciałabym równie łagodnie uchronić go
przed wszystkimi innymi.
- Ale takim sposobem - wtrąciłem - nigdy nie nauczy go pani moralności.
- Jakaż bowiem jest istota cnoty, pani Graham? Czy są to okoliczności, w których można i chce się oprzeć pokusie? Czy też brak pokus, którym
można się oprzeć? Czy silnym człowiekiem jest ten, który pokonuje
wielkie przeszkody i dokonuje zdumiewających osiągnięć ze szkodą dla
swoich mięśni, ryzykując późniejszym zmęczeniem, czy też siedzący cały
dzień na krześle, za cały wysiłek mając przegrzebanie ognia i doniesienie jedzenia do ust? Jeśli pragnie pani, by syn przeszedł z uniesionym czołem przez świat, nie może pani próbować usunąć mu kamieni
spod nóg, lecz nauczyć go pewnie nad nimi przechodzić. Nie nalegać, by
go prowadzić za rękę, lecz pozwolić, by nauczył się iść sam.
- Panie Markham, będę go prowadziła za rękę, dopóki nie będzie miał dość
sił, by iść samodzielnie. Usunę mu też spod nóg tyle kamieni, ile tylko
zdołam, a resztę nauczę go omijać, czy też przechodzić pewnie nad nimi,
jak pan to ujął, ponieważ nawet kiedy w tym względzie zrobię wszystko,
co w mojej mocy, i tak mnóstwo ich zostanie, by mógł ćwiczyć zwinność,
opanowanie i ostrożność. Dobrze panu mówić o szlachetnym oporze i próbach cnoty, ale spośród pięćdziesięciu, a nawet pięciuset mężczyzn,
których narażono na pokusę, proszę mi pokazać jednego na tyle
cnotliwego, by jej się oprzeć. Czemuż miałabym przyjąć za pewnik, że mój
syn będzie jednym z tysiąca, zamiast przygotować się na najgorsze i założyć, że będzie jak swój... jak reszta ludzkości, o ile tylko nie
postaram się temu zapobiec?
- Ma pani o nas wszystkich niezwykle pochlebną opinię - zauważyłem.
- O panu nic nie wiem. Mówię o tych, których znam. A widząc, jak cała
rasa ludzka (z bardzo niewieloma wyjątkami) potyka się i błądzi na
ścieżce życia, jak wpada w każdą pułapkę, jak łamie golenie o każdą
napotkaną na drodze przeszkodę, czyż nie powinnam dołożyć wszelkich
starań, jakie tylko są w mojej mocy, by zapewnić mu mniej wyboistą,
bezpieczniejszą drogę?
- To prawda, choć najpewniej byłoby podjąć próbę zabezpieczenia go na
wypadek pokusy, zamiast mu ją usuwać z drogi.
- Panie Markham, zrobię jedno i drugie. Bóg wie, że i tak będzie go
napastować mnóstwo pokus wewnętrznych i zewnętrznych, nawet kiedy zrobię
już wszystko, co tylko mogę, by obrzydzić mu nałogi, tak przecież
wstrętne same w sobie, choć sama miałam bardzo niewiele pokus do tego,
co świat nazywa nałogiem, a mimo to doświadczyłam pokus i prób innego
typu, którym przeciwstawienie się wymagało niejednokrotnie większej
ostrożności i stanowczości, niż zdołałam z siebie wykrzesać. To zaś,
moim zdaniem, przyznają wszyscy skłonni do refleksji i pragnący zwalczać
swe naturalne skłonności.
- Tak - wtrąciła moja matka, na wpół rozumiejąc jej wypowiedź - proszę
jednak nie mierzyć chłopca własną miarą. Moja droga, proszę pozwolić mi
zawczasu przestrzec panią przed błędem, ogromnym błędem moim zdaniem,
wzięcia na siebie kształcenie chłopca. Ponieważ nie brakuje pani
inteligencji w pewnych kwestiach ani wiedzy, może się pani wydawać, że
sprosta temu zadaniu. Nie jest to jednak prawdą, a jeśli będzie się pani
przy tym upierać, proszę mi wierzyć, będzie pani tego gorzko żałować,
kiedy już będzie za późno.
- Mam go zatem posłać do szkoły, aby nauczył się gardzić autorytetem i miłością matki! - odparł gość z uśmiechem przepełnionym goryczą.
- Ależ nie! Jeśli jednak chce pani, by chłopak gardził matką, proszę
zostawić go w domu i całe życie poświęcić na chuchanie na niego i zaspokajanie wszystkich jego szaleńczych pomysłów oraz kaprysów.
- Pani Markham, całkowicie się z panią zgadzam, jednak daleka jestem od
tak karygodnej słabości.
- Ale będzie go pani traktować jak dziewczynkę, co zniszczy mu ducha i zrobi z niego panienkę. Tak właśnie będzie, pani Graham, niezależnie od
tego, co się pani wydaje. Poproszę jednak pana Millwarda, by z panią
porozmawiał na ten temat, by przedstawił pani skutki takiego
postępowania. Wyłoży je pani jasno jak słońce, a na dodatek podpowie, co
trzeba zrobić, i wszystko inne. A także, bez wątpienia, w mgnieniu oka
zdoła panią przekonać.
- Nie trzeba fatygować pastora - odparła pani Graham, zerkając na mnie,
zapewne uśmiechałem się na myśl o bezgranicznej wierze w tego
czcigodnego dżentelmena. - Pan Merkham sądzi, iż posiada zdolność
przekonywania co najmniej równą pastorowi. Jeżeli nie posłucham jego,
nikt mnie nie przekona, nawet choćby wstał z martwych. Z pewnością
potwierdzi me słowa. Proszę pana, skoro pana zdaniem chłopca nie należy
chronić od złego, lecz wysłać w bój, samotnie i bez towarzystwa, choć
nie nauczył się jeszcze unikać pułapek życia, a jedynie odważnie się w nie rzucać lub je pokonywać, szukać niebezpieczeństw zamiast od nich
stronić i karmić swą cnotę pokusą, czy mógłby pan...
- Proszę mi wybaczyć, pani Graham, ale wyciąga pani pochopne wnioski.
Nie powiedziałem, że chłopca trzeba nauczyć rzucać się w pułapki życia
ani nawet umyślnie szukać pokus, byle tylko mógł ćwiczyć cnotę przez ich
pokonanie. Mówię jedynie, że lepiej swego bohatera uzbroić i wzmocnić,
niż rozbroić i osłabić wroga. A jeśli posadzi pani sadzonkę dębu w szklarni i będzie jej doglądać dzień i noc, osłaniając przed
najmniejszym podmuchem wiatru, nie może się pani spodziewać, iż
powstanie z niej odporne drzewo, takie jak to na zboczu góry, narażone
na działanie żywiołów, nieosłonięte przed burzą.
- Przyznaję panu rację. Ale czy tego samego argumentu użyłby pan w odniesieniu do dziewczynki?
- Z całą pewnością nie.
- Nie. A zatem chciałby pan dla niej czułego, delikatnego wychowania
niby roślina w szklarni, by w jak największym stopniu nauczyła się
liczyć na wskazówki i wsparcie innych oraz ochronę przed samą
znajomością zła. Czy jednak będzie pan tak dobry i powie mi, z czego
wynika to rozróżnienie? Czy pana zdaniem dziewczynka pozbawiona jest
moralności?
- Oczywiście, że nie.
- A jednak utrzymuje pan, iż moralność można osiągnąć jedynie dzięki
pokusie. I że w przypadku kobiety nie można mówić o niedostatecznym
narażeniu na nią czy zbyt małej znajomości występku, czy też czymkolwiek
z tym związanym. Zatem pana zdaniem zasadniczo jest ona tak występna lub
tak ograniczona umysłowo, że nie jest w stanie stawić czoła pokusie, i choć może być czysta i niewinna dopóki żyje w nieświadomości i pod
kluczem, to jako pozbawiona prawdziwej cnoty, kiedy dowie się jak
grzeszyć, natychmiast będzie grzesznicą, a im większą ma wiedzę, im
większą wolność, tym mocniej będzie zdeprawowana, podczas gdy
szlachetniejsza płeć przejawia naturalną skłonność do dobra dzięki
wyższemu hartowi ducha, który, im bardziej się go ćwiczy przez próby i niebezpieczeństwa, tym lepiej się rozwija...
- Broń mnie Boże przed takim przekonaniem! - przerwałem jej wreszcie.
- A zatem zapewne pan sądzi, że obie płcie są słabe i skłonne do
grzechu, a nawet najmniejszy błąd, najmniejszy cień zniszczy kobietę,
wzmacniając i upiększając zarazem charakter mężczyzny, którego edukację
stosownie uzupełni pewna praktyczna znajomość rzeczy zakazanych. Takie
doświadczenie będzie dla niego (by użyć oklepanego porównania) niby
burza dla dębu, która choć zerwie liście i drobniejsze gałązki, wzmacnia
korzenie oraz utwardza i zagęszcza włókna drzewa. Pragnie pan, abyśmy
my, kobiety, zachęcały swoich synów do poznawania wszystkiego przez
własne doświadczenie, choć naszym córkom nie wolno nawet czerpać z cudzego. Ja natomiast chciałabym, by zarówno kobiety, jak i mężczyźni,
mogli na tyle korzystać z doświadczenia innych oraz z nauk moralnych
wyższych autorytetów, by z góry wiedzieli, że mają odrzucać zło, a wybierać dobro, i by nie potrzebowali eksperymentów, by poznać zło
wykroczenia. Nie wysłałabym biednej dziewczyny w świat nieprzygotowanej
na kontakt z wrogiem, nieznającej pułapek, jakie mogą czyhać na jej
drodze. Ale także nie pilnowałabym jej ani nie strzegła, dopóki,
pozbawiona szacunku do siebie i wiary we własne siły, nie straciłaby
siły lub woli pilnowania i strzeżenia siebie. Podobnie w przypadku
mojego syna - gdybym sądziła, że wyrośnie na kogoś, kto pana zdaniem
"doświadczył życia" i chwały w wyniku doświadczenia, choćby nawet miałby
dzięki temu w końcu stać się przydatnym, szanowanym członkiem
społeczeństwa, wolałabym go jutro widzieć martwym! I to tysiąc razy
bardziej! - powtórzyła żarliwie, przyciskając przy tym synka do siebie i z ogromną czułością całując go w czoło. Chłopczyk jakiś czas temu
opuścił już swego nowego przyjaciela i stał teraz przy kolanach matki,
wpatrując się w jej twarz i w cichym podziwie słuchając jej
niezrozumiałego wywodu.
- Najwyraźniej damy zawsze muszą mieć ostatnie słowo - stwierdziłem,
patrząc, jak wstaje i zbiera się do wyjścia.
- Może pan mówić, ile pan chce, po prostu nie mogę zostać, by ich
wysłuchać.
- Ależ zupełnie nie o to chodzi. Zwyczajnie słyszy pani tylko to, co
pani chce słyszeć, a resztę można rzucać niby groch o ścianę.
- Jeśli pragnie pan coś jeszcze dodać w tej kwestii - odparł gość,
podając rękę Rose - proszę któregoś pięknego dnia odwiedzić mnie wraz z siostrą, a wówczas wysłucham, z całą cierpliwością, wszystkiego, co
zechce pan powiedzieć. Wolę słuchać kazań pana niż pastora, ponieważ na
koniec rozmowy z mniejszym żalem będę mogła panu wyznać, że dokładnie
tak samo jak wpierwej obstaję przy swoim zdaniu. Tak się bowiem stanie,
jestem tego pewna, w odniesieniu do obu panów.
- Ależ tak, oczywiście - odparłem równie prowokująco jak ona - ponieważ
kiedy dama zgadza się wysłuchać argumentu sprzecznego z jej opinią,
zawsze z góry zakłada, że mu się przeciwstawi, że będzie słuchać jedynie
pozornie, nie pozwalając, by nawet najsilniejsze argumenty trafiły do
jej umysłu.
- Dobrego dnia, panie Markham - odparła moja śliczna rozmówczyni ze
współczującym uśmiechem, po czym, nie racząc się więcej odezwać,
leciutko skłoniła głowę, i właśnie zamierzała wyjść, kiedy jej syn, z dziecięcą zuchwałością, powstrzymał ją słowami:
- Mamusiu, nie podałaś ręki panu Markhamowi!
Ze śmiechem odwróciła się więc i wyciągnęła dłoń. Złośliwie ścisnąłem ją
zbyt mocno, zirytowany niesprawiedliwością, jakiej doznawałem z jej
strony od samego początku znajomości. Nie znając mojego prawdziwego
usposobienia ani zasad, była wyraźnie do mnie uprzedzona, i wyraźnie
zamierzała mi pokazać, że miała o mnie zdanie zdecydowanie gorsze od
mojego własnego. Z natury byłem przewrażliwiony, bowiem inaczej by mnie
tak bardzo nie dotknęło. Być może rozpieściła mnie nieco matka i siostra
oraz inne znajome damy, choć przecież nie byłem zniewieściały, czego
jestem całkowicie pewien, niezależnie od Twojego zdania na ten temat.
Rozdział IV. Przyjęcie
Rozdział IV
Przyjęcie
Nasze przyjęcie, zorganizowane 5 listopada, doskonale się udało, choć
pani Graham nie chciała go zaszczycić swą obecnością. Mogłoby się
zdarzyć, że gdyby przyszła, byłoby mniej serdecznie, swobodnie i radośnie niż bez niej.
Matka moja była jak zwykle roześmiana i rozmowna, energiczna i zadowolona z życia, a jej jedyną wadą była nadmierna chęć
uszczęśliwienia gości, przejawiająca się zmuszaniem niektórych do
spożycia znienawidzonych potraw i napitków, siedzenia na wprost
oślepiającego ognia lub rozmowy, gdy woleliby zachować ciszę. Tym
niemniej wszyscy dobrze to znieśli ze względu na doskonały nastrój.
Pan Millward wygłosił mnóstwo ważnych prawd i moralizatorskich dowcipów,
pompatycznych anegdot i proroczych przemów, którymi pragnął podbudować
moralnie wszystkich zebranych, w szczególności przepełnioną podziwem dla
niego panią Markham, uprzejmego pana Lawrence'a, cichego Richarda
Wilsona oraz rzeczowego Roberta, swych najwierniejszych słuchaczy.
Pani Wilson bardziej niż kiedykolwiek popisywała się swą
błyskotliwością, nie szczędząc świeżych wieści i dawnych skandali,
przeplatanych banalnymi pytaniami i uwagami oraz wyświechtanymi
stwierdzeniami, których jedynym celem było najwyraźniej zajęcie jej
niezmordowanych narządów mowy, by nie miały ni chwili wytchnienia.
Ponieważ przyniosła ze sobą robótkę, wydawało się, jakby jej język
poszedł o zakład z palcami, że je prześcignie w szybkich, bezustannych
ruchach.
Jej córka, Jane, rzecz jasna, prezentowała całą grację i elegancję,
dowcip i ponętność, na jakie tylko umiała się zdobyć, byle tylko
przyćmić inne damy i zauroczyć dżentelmenów, przede wszystkim pana
Lawrence'a, którego pragnęła zdobyć i uczynić sobie poddanym. Jej
subtelne zabiegi, by go sobie podporządkować, były zbyt nieoczywiste, by
przykuć mój wzrok, odniosłem jednak wrażenie, że ma w sobie pewne
delikatne poczucie wyższości oraz nieprzyjemne zadufanie, które
niweczyły jej wszystkie zalety. Kiedy wyszła, Rose wyjaśniła mi jej
różne miny, słowa i postępki w tak spostrzegawczy i surowy sposób, że
zacząłem się zastanawiać, po równi na podstawie pomysłowości tamtej damy
i przenikliwości mojej siostry, czy ona także nie ma na oku dziedzica.
Nieważne jednak, Halfordzie. Nie miała.
Richard Wilson, młodszy brat Jane, siedział w rogu, najwyraźniej w życzliwym nastroju, lecz pogrążony w nieśmiałym milczeniu, nie chcąc
nikomu wchodzić w oczy, lecz pragnąc słuchać i obserwować. Choć nie
całkiem był w swoim żywiole, na swój własny sposób byłby dość
zadowolony, gdyby tylko moja matka zechciała dać mu spokój. Ona jednak,
w swej źle pojętej dobroci, narzucała mu się przejawami atencji,
wciskając mu różne przysmaki w przekonaniu, że nieśmiałość nie pozwala
mu się poczęstować, zmuszając go przy tym do wykrzykiwania na cały pokój
monosylabicznych odpowiedzi na szereg pytań i stwierdzeń, którymi na
próżno usiłowała go wciągnąć w rozmowę.
Od Rose się dowiedziałem, że swoim towarzystwem zaszczycił nas jedynie
na natarczywe prośby swej siostry, Jane, która tak bardzo chciała
pokazać panu Lawrence'owi, że przynajmniej jeden z jej braci jest lepiej
wychowany i wytworny niż Robert. Jego zaś równie pieczołowicie
trzymałaby w ukryciu, ten jednak uparcie twierdził, że nie rozumie,
dlaczego nie miałby się cieszyć, na równi z najlepszymi, chwilą spędzoną
z Markhamem i starszą panią (tak naprawdę moja matka nie była stara), a także powabną panną Rose i pastorem. Przecież miał do tego prawo. Tym
samym omawiał banalne kwestie z moją matką i Rose, z pastorem sprawy
parafii, ze mną gospodarstwo, a z nami oboma politykę.
Równie niewiele mówiła Mary Millward, której okrutna uprzejmość nie
dręczyła tak bardzo jak Dicka Wilsona, ponieważ odpowiadała i odmawiała
krótko i zdecydowanie, każąc wszystkim sądzić, że jest raczej ponura niż
nieśmiała. Niezależnie jednak od tego, z całą pewnością ani nie wnosiła
zbyt wiele radości do towarzystwa, ani nie wydawała się jej wiele z niego czerpać. Od Elizy wiedziałem, że przyszła jedynie na usilne prośby
ojca, który obstawał, iż za bardzo poświęciła się obowiązkom domowym,
zaniedbując odpoczynek i niewinne rozrywki stosowne dla jej wieku i płci. Zasadniczo wydawała mi się dość zadowolona z życia. Raz czy dwa
jakiś żart lub dowcip rzucony przez lubianą przez nią osobę skłonił ją
do śmiechu. W pewnej chwili dostrzegłem, że pragnie spojrzeć w oczy
Richardowi Wilsonowi, który siedział naprzeciw niej. Ponieważ uczył się
on pod kierunkiem jej ojca, trochę go znała pomimo powściągliwości
obojga. Podejrzewam, że połączyła ich pewna nić porozumienia.
Moja Eliza była nadzwyczaj czarująca i kokieteryjna, lecz bez afektacji.
Wyraźnie raczej pragnęła przykuć uwagę moją niż wszystkich innych
zebranych. Jej radość z mojej bliskości, kiedy siedziałem lub stałem tuż
obok niej, szepcząc jej do ucha lub ściskając jej dłoń w tańcu, widać
było wyraźnie na jej promiennej twarzy i falującej piersi, choć starała
się to pokryć śmiałymi słowami i zuchwałymi gestami. Lepiej jednak
zamilknę w tej kwestii, bo jeśli się tym teraz pochwalę, później będę
się musiał rumienić.
Wracając zatem do uczestników naszego przyjęcia, muszę wspomnieć, iż
Rose zachowywała się zwyczajnie i naturalnie, jak zwykle zresztą, i jak
zawsze pełna była wesołości i werwy. Fergus natomiast był impertynencki
i niedorzeczny, a choć to błazeństwo pobudzało innych do śmiechu,
zapewne nie podnosiło go w ich oczach.
Na koniec wreszcie (ponieważ nie mówię o sobie) pan Lawrence, który
wszystkich traktował z kulturą i nikomu nie szkodził. Uprzejmie odnosił
się do pastora i dam, szczególnie swej gospodyni i jej córki oraz panny
Wilson. Cóż to za nierozważny człowiek, któremu brak było gustu, by dać
pierwszeństwo Elizie Millward. Byliśmy w dość zażyłych stosunkach. Z natury był powściągliwy i rzadko opuszczał swą ustronną rodową
posiadłość, gdzie od śmierci ojca mieszkał samotnie ze względu na brak
możliwości i chęci do zawierania licznych znajomości. Spośród wszystkich
znajomych to ja (sądząc po skutkach) byłem mu najulubieńszym
towarzyszem. Darzyłem go pewną przyjaźnią, choć był zbyt zimny,
nieśmiały i zamknięty w sobie, by zdobyć mą serdeczną sympatię. U innych
podziwiał otwartość i szczerość całkowicie pozbawioną szorstkości, sam
jednak nie umiał się na to zdobyć. Jego nadmierna powściągliwość w odniesieniu do wszystkich jego spraw była naprawdę nieznośna i oziębła,
wybaczałem mu to jednak w przekonaniu, iż w mniejszym stopniu wynika ona
z dumy i braku zaufania do przyjaciół, niż z pewnej chorobliwej
delikatności i wyjątkowej nieśmiałości, której był świadomy, lecz której
nie miał siły przezwyciężyć. Jego serce przypominało wrażliwą roślinę,
która na chwilę otwiera się w promieniach słońca, ale pod najlżejszym
dotknięciem palca lub powiewem wiatru zwija się i kurczy. Nasza zażyłość
była raczej upodobaniem do siebie niż głęboką, niezłomną przyjaźnią,
jaka połączyła mnie z Tobą, Haroldzie, i którą, pomimo Twej okresowej
szorstkości, mogę porównać jedynie do starego płaszcza o nienagannej
strukturze, lecz zarazem wygodnego i luźnego, co to dopasował się do
sylwetki właściciela i którego można używać w dowolny sposób bez obaw,
że się go zniszczy. Pan Lawrence natomiast przypominał nową sztukę
odzieży, niezwykle schludną i zadbaną, lecz tak ciasną w łokciach, że
człowiek się obawia, iż nieskrępowany ruch ramion spowoduje pęknięcie
szwów, i tak gładką i delikatną, iż strach narazić ją na choćby kroplę
deszczu.
Niedługo po przybyciu gości moja matka wspomniała o pani Graham,
wyrażając żal z powodu jej nieobecności, po czym wyjaśniła Millwardom i Wilsonom, dlaczego tamta nie złożyła im rewizyty, z nadzieją, iż jej
wybaczą, ponieważ z pewnością nie chciała być niegrzeczna i cieszyłaby
się na spotkanie.
- Panie Lawrence, to jednak bardzo osobliwa istota - dodała - nie
potrafimy jej rozgryźć. Śmiem jednak twierdzić, że może pan nam coś o niej powiedzieć, przecież mieszka w pańskim domu, a na dodatek
twierdziła, że nieco pana zna.
Wzrok wszystkich zwrócił się na pana Lawrence'a. Moim zdaniem wyglądał
na niepotrzebnie zmieszanego tą prośbą.
- Pani Markham - oznajmił. - Myli się pani. Ja nie... to znaczy... widziałem
ją, to przecież jasne, ale jestem ostatnią osobą, którą warto prosić o informacje na jej temat.
Zaledwie skończył, natychmiast poprosił Rose, by zechciała zabawić
towarzystwo jakąś piosenką lub melodią na fortepianie.
- Nie - odparła moja siostra - proszę poprosić pannę Wilson, ponieważ
przyćmiewa nas wszystkich nie tylko śpiewem, lecz także grą.
Panna Wilson wahała się przez chwilę.
- Bardzo chętnie zaśpiewa - oznajmił Fergus - jeśli tylko obieca pan
stanąć obok niej i przewracać jej nuty.
- Panno Wilson, zrobię to z największą przyjemnością, jeśli tylko mi
pani pozwoli.
Z uśmiechem wyciągnęła swą długą szyję, po czym pozwoliła mu się
podprowadzić do instrumentu, na którym grała, śpiewając w swym
najlepszym stylu kolejne utwory, on zaś cierpliwie stał obok, oparłszy
jedną rękę na oparciu jej krzesła, a drugą przewracając karty partytury.
Być może jej występ bardzo go urzekł, równie jak ją samą. Na swój sposób
było to bardzo piękne, choć nie mogę powiedzieć, by mnie do głębi
poruszyło. Był to pokaz umiejętności i sprawności, lecz niemal
pozbawiony uczuć.
Nie wyczerpaliśmy jeszcze tematu pani Graham.
- Pani Markham, nie będę pił wina - stwierdził pan Millward, gdy
przyniesiono ten napój - wolę trochę domowego ale. Zawsze wolałem pani
domowe wyroby od jakichkolwiek innych.
Moja matka, połechtana tym komplementem, zadzwoniła na służbę, a po
chwili pojawił się porcelanowy dzbanek naszego najlepszego piwa, który
stanął przed tym zacnym dżentelmenem, zdolnym docenić jego doskonałość.
- To jest dopiero coś! - wykrzyknął gość, nalewając sobie do szklanki
trunek długim strumieniem, tak umiejętnie skierowanym z dzbanka do
naczynia, by powstało dużo piany, nie roniąc przy tym ani kropli.
Obejrzawszy ją w świetle świecy, upił duży łyk, po czym cmoknął, wziął
głęboki oddech i napełnił szklankę ponownie, na co moja matka patrzyła z ogromnym zadowoleniem.
- Pani Markham, nic nie może się z tym równać! - powiedział. -
Nieustannie powtarzam, że pani domowe ale nie ma sobie równych.
- Jakże mi miło, że panu smakuje. Zawsze sama doglądam warzenia, tak
samo jak wyrobu sera i masła. Jeśli już przy tym jesteśmy, lubię, jak
coś jest dobrze zrobione.
- Całkiem słusznie, proszę pani.
- Panie Millward, ale pana zdaniem nie jest błędem napić się czasem
odrobiny wina albo nawet i mocniejszego alkoholu - oznajmiła moja matka,
wręczając parującą szklankę dżinu z wodą pani Wilson, która oznajmiła,
że od wina ciężko jej na żołądku, a której syn, Robert, w tej samej
chwili właśnie nalewał sobie solidny kieliszek tego trunku.
- Ależ skąd! - odparł pastor tonem wyroczni, kiwając poważnie głową. -
To prawdziwe błogosławieństwo i łaska, jeśli tylko umie się z nich
korzystać.
- Pani Graham tak jednak nie sądzi. Proszę posłuchać, co nam kiedyś
powiedziała. Uprzedziłam ją, że panu powiem.
Po tych słowach moja matka uraczyła zebranych szczegółową relacją z błędnych przekonań tej damy i jej osobliwego postępowania w tej sprawie,
zakończoną:
- Czy pastor nie uważa tego za niestosowne?
- Niestosowne! - powtórzył pastor z większą niż zwykle powagą. -
Karygodne wręcz. Karygodne! Nie tylko robi to z chłopca głupca, ale
także oznacza pogardę dla darów Opatrzności i uczy go po nich deptać.
Później bardziej szczegółowo zagłębił się w tę kwestię, wyjaśniając całą
głupotę i bezbożność takiego podejścia. Matka moja słuchała go z czcią.
Nawet pani Wilson na chwilę pozwoliła łaskawie odpocząć swemu językowi i słuchała w milczeniu, w zadowoleniu popijając dżin z wodą. Pan Lawrence
siedział, oparłszy łokieć na stole, i nieuważnie bawił się na wpół
opróżnionym kieliszkiem wina, ukradkiem uśmiechając się do siebie.
- Czy nie sądzi pan jednak, panie Millward - podsunął, kiedy pastor
wreszcie przerwał ten wywód - że kiedy dziecko posiada naturalną
skłonność do nieumiarkowania, na przykład z winy swych rodziców lub
przodków, zasadne są pewne środki ostrożności? (Wspomnę o panującym
powszechnym przekonaniu, że pijaństwo skróciło życie ojca pana
Lawrence'a).
- Pewne środki ostrożności zapewne tak. Jednak, proszę pana,
wstrzemięźliwość to jedno, a abstynencja to coś całkiem innego.
- Słyszałem jednak, że u niektórych osób wstrzemięźliwość, czyli
umiarkowanie, to rzecz niemal niemożliwa. A jeśli abstynencja jest złem
(w co niektórzy wątpią), nikt nie zaprzeczy, iż nadmiar jest większym.
Choć niektórzy rodzice całkiem zakazali dzieciom próbować odurzających
trunków, autorytet rodzica nie może trwać wiecznie. Dzieci mają
naturalną skłonność do próbowania zakazanych rzeczy. Zaś dziecko, w takim przypadku, prawdopodobnie będzie tak ciekawe smaku i wpływu tego,
co budzi takie pochwały i radość innych, a czego jemu samego tak surowo
zakazywano, że zwykle zaspokoi tę ciekawość przy pierwszej nadarzającej
się sposobności. Raz złamany zakaz może pociągnąć za sobą poważne
skutki. Choć nie uważam się za sędziego w takich kwestiach, sądzę, że
plan pani Graham, jaki pani opisuje, pani Markham, pozornie niezwykły,
nie jest pozbawiony zalet, bowiem dziecko od razu pozbawione jest
pokusy. Nie posiada skrywanej ciekawości ni tęsknego pragnienia, gdyż
jest dobrze zaznajomione z budzącymi pokusę trunkami i czuje do nich
przemożny wstręt, nie odczuwając ich niemiłych skutków.
- Czy to jest słuszne, proszę pana? Czyż nie udowodniłem panu, jak
bardzo jest to złe, jak bardzo sprzeczne z Pismem i rozumem, by uczyć
dziecko pogardy i obrzydzenia do błogosławieństw Opatrzności, zamiast
dobrego ich wykorzystania?
- Być może uważa pan laudanum za błogosławieństwo Opatrzności - odparł
pan Lawrence z uśmiechem - lecz jednak przyzna pan, że większość ludzi
nie powinna go nigdy próbować, nawet z umiarem. Jednakże - dodał -
nie chciałbym, by pan zbyt dosłownie odczytał moje porównanie, więc na
potwierdzenie dokończę kieliszek.
- Liczę, że przyjmie pan również kolejny, proszę pana - wtrąciła moja
matka, podsuwając mu butelkę.
On jednak grzecznie odmówił, po czym odsunąwszy się nieco od stołu,
pochylił się w moją stronę - siedziałem nieco z tyłu, na sofie, obok
Elizy Millward - i swobodnie zapytał mnie, czy znam panią Graham.
- Spotkałem ją raz czy dwa - odparłem.
- I co pan o niej sądzi?
- Nie mogę powiedzieć, bym ją bardzo lubił. Jest przystojna, czy też
raczej powinienem powiedzieć wytworna i interesująca z wyglądu, ale z pewnością nie budzi sympatii. Jest kobietą skłonną do silnych uprzedzeń,
tak przynajmniej uważam, których trzyma się za wszelką cenę, a wszystko
nagina, by zgadzało się z jej własnym, z góry przyjętym zdaniem. Jest
zbyt twarda, zbyt ostra, zbyt pełna goryczy jak na mój gust.
Nie odpowiedział, lecz jedynie spuścił wzrok i przygryzł wargę, chwilę
później zaś wstał i podszedł do panny Wilson, w równym stopniu czując
niechęć do mnie, jak skłonność do niej. W owym czasie niemal mi to
umknęło, później jednak sobie to przypomniałem, podobnie jak inne błahe
fakty o podobnym charakterze, kiedy... Nie uprzedzajmy jednak faktów.
Wieczór zakończył się tańcami, bowiem nasz szacowny pastor nie uważał
uczestniczenia w nich za skandal. Do tańca przygrywał nam jeden z wiejskich muzyków. Mary Millward uparcie jednak nie chciała się do nas
przyłączyć, podobnie jak Richard Wilson, którego moja matka żarliwie do
tego zachęcała, oferując się nawet być jego partnerką.
Doskonale sobie bez nich poradziliśmy. Przy kadrylu i kilku wiejskich
tańcach zeszło nam do późna, a kiedy wreszcie, poprosiwszy muzykanta o zagranie walca, zamierzałem właśnie wirować z Elizą w tym cudownym tańcu
w towarzystwie Lawrence'a z Jane Wilson oraz Fergusa z Rose, pan
Millward przerwał słowami:
- O nie, nie, nie pozwalam na to. Chodźcie, czas się zbierać.
- Och nie, papo! - błagała Eliza.
- Czas najwyższy, moja droga. Naprawdę najwyższy czas! Pamiętaj,
umiarkowanie we wszystkim. Taki jest plan: "Niech będzie znana wszystkim
ludziom wasza wyrozumiała łagodność"2.
W odwecie jednak poszedłem za Elizą do słabo oświetlonego korytarza,
gdzie pod pozorem pomocy w otuleniu się chustą, muszę się chyba
przyznać, iż skradłem jej całusa za plecami jej ojca, który owijał się
aż po nos fałdami potężnego szala. Kiedy się jednak odwróciłem,
dostrzegłem tuż obok siebie matkę. Wskutek tego, zaledwie goście wyszli,
dostałem niezwykle poważną reprymendę, która nieprzyjemnie zniszczyła
mój wspaniały nastrój i przyniosła przykre zakończenie wieczoru.
- Mój drogi Gilbercie - powiedziała - nie powinieneś był tego robić!
Wiesz, jak bardzo pragnę twego dobra, jak bardzo cię kocham i że cenię
cię ponad wszystko w świecie, a także jak bardzo pragnę, byś się dobrze
ożenił i jak straszliwie zasmuciłoby mnie twe małżeństwo z tą dziewczyną
czy jakąkolwiek inną w okolicy. Nie mam pojęcia, co ty w niej widzisz.
Nie chodzi jedynie o brak pieniędzy, nic z tych rzeczy, ale ona nie ma
ani urody, ani inteligencji, ani dobroci, ani żadnych innych pożądanych
cech. Gdybyś znał swoją wartość, tak jak ja, nie przyszłoby ci to do
głowy. Poczekaj tylko chwilę, a zobaczysz! Jeśli się z nią zwiążesz,
będziesz tego do końca życia żałował, kiedy tylko się rozejrzysz i zobaczysz, ile jest lepszych dziewcząt. Uwierz mi na słowo, naprawdę tak
się stanie.
- Och mamo, nic już nie mów! Nie cierpię kazań! Nie zamierzam się
jeszcze żenić, zapewniam. Do licha jednak, czyż zupełnie nie mogę się
cieszyć życiem?
- Ależ możesz, mój drogi chłopcze, ale nie w taki sposób. Naprawdę nie
powinieneś tak postępować. Gdyby ta dziewczyna była taka, jaka powinna
być, wyrządziłbyś jej krzywdę. Zapewniam cię jednak, że jest równie
przebiegła jak mała lafirynda, wpadniesz w jej sidła, zanim się
zorientujesz. Jeśli zaś się z nią naprawdę ożenisz, Gilbercie, złamiesz
mi serce, i to wszystko.
- Matko, nie rozpaczaj z tego powodu - poprosiłem, ponieważ zalała się
łzami. - No już, niech mój pocałunek zetrze tamten, którym obdarzyłem
Elizę. Już jej nie obrażaj. Uspokój się, bowiem obiecuję, że nigdy... to
znaczy, że dwa razy pomyślę, zanim zrobię jakiś ważny krok, który
zdecydowanie potępiasz.
Po tych słowach zapaliłem świecę i poszedłem do łóżka w dość ponurym
nastroju.
Rozdział V. Pracownia malarska
Rozdział V
Pracownia malarska
Mniej więcej pod koniec miesiąca wreszcie uległem ponaglaniom Rose i udałem się wraz z nią złożyć wizytę w Wildfell Hall. Ku naszemu
zaskoczeniu wprowadzono nas do pokoju, gdzie mój wzrok napotkał przede
wszystkim sztalugę malarską, obok której stał stolik pokryty zwojami
płótna, buteleczkami oleju i werniksu, paletami, pędzlami, farbami i innymi tego typu akcesoriami. Pod ścianą ustawiono kilka szkiców na
różnych etapach zaawansowania i gotowych obrazów, przede wszystkim
pejzaży i portretów.
- Muszę państwa przyjąć w swojej pracowni - wyjaśniła pani Graham -
ponieważ dziś nie palimy w salonie, a jest zbyt zimno, by wprowadzać tam
gości przy pustym palenisku.
Wydobywszy parę krzeseł z artystycznego nieładu, który na nich
spoczywał, poprosiła, byśmy usiedli, po czym wróciła na własne miejsce
przy sztaludze - nie siedziała dokładnie na wprost niej, lecz od czasu
do czasu w trakcie rozmowy zerkała na obraz i dotykała go pędzlem, jakby
niezdolna oderwać uwagi od swego zajęcia i skupić jej w całości na
gościach. Obraz przedstawiał Wildfell Hall o poranku z perspektywy
leżącego w dole pola. Posiadłość wznosiła się, niby ciemny relief, na
tle bezchmurnego, srebrzystoniebieskiego nieba, pociętego kilkoma
czerwonymi smugami na horyzoncie. Obraz był wiernym, kolorowym
rysunkiem, zdradzającym elegancję i talent artystyczny.
- Pani Graham, jak widzę, całym sercem oddała się pani pracy -
zauważyłem. - Proszę sobie nie przeszkadzać, ponieważ jeśli nasza
obecność pani zakłóca spokój, będziemy zmuszeni poczuć się niemile
widziani.
- Ależ nie! - odparła ona, gwałtownie odkładając pędzel na stół, jakbym
nagle skłonił ją do grzeczności. - Nie mam tylu gości, by nie móc
poświęcić kilku minut tym nielicznym, którzy zaszczycają mnie swym
towarzystwem.
- Niemal skończyła pani obraz - powiedziałem, podchodząc, by mu się
lepiej przyjrzeć i obserwując go z większym podziwem i zachwytem, niż
chciałem przyznać. - Myślę, że jeszcze kilka ruchów pędzlem na pierwszym
planie i będzie gotowy. Czemu jednak nazwała go pani Fernley Manor,
Cumberland, zamiast Wildfell Hall w hrabstwie X? - zapytałem, nawiązując
do nazwy wypisanej małymi literami na dole płótna.
Zaraz jednak zdałem sobie sprawę z popełnionej w ten sposób
impertynencji, ponieważ oblała się rumieńcem i zawahała, choć już po
chwili z pewną desperacką szczerością, odparła:
- Ponieważ mam na świecie przyjaciół, a co najmniej znajomych, przed
którymi chcę ukryć miejsce swego pobytu. A ponieważ mogą oni ujrzeć
obraz i rozpoznać styl pomimo nieprawdziwych inicjałów, jakie umieściłam
w rogu, z ostrożności wprowadziłam ich w błąd na wypadek, gdyby
usiłowali mnie na tej podstawie wyśledzić.
- Zatem nie zamierza pani zachować tego obrazu? - zapytałem, byle tylko
zmienić temat.
- Nie, nie mogę sobie pozwolić, by malować dla własnej przyjemności.
- Mama wysyła wszystkie swe obrazy do Londynu - oznajmił Arthur - gdzie
ktoś je sprzedaje, a nam przekazuje pieniądze.
Rozglądając się po pozostałych dziełach, trafiłem na śliczny szkic
Lindehope widzianego ze szczytu wzgórza, kolejny widok starej
posiadłości wygrzewającej się w słońcu spokojnego, letniego popołudnia
oraz prosty, lecz efektowny obrazeczek przedstawiający dziecko
rozmyślające w cichym, lecz spokojnym i bolesnym żalu nad garścią
zwiędłych kwiatów, na tle ciemnych, niewysokich wzgórz i jesiennych pól,
mając nad sobą zachmurzone niebo.
- Jak pan widzi, mam tu smutny niedobór tematów - zauważyła nadobna
artystka. - Namalowałam dwór w księżycową noc i chyba muszę to zrobić
ponownie w śnieżny zimowy dzień i jeszcze ciemnym, pochmurnym wieczorem,
ponieważ tak naprawdę nie mam co malować. Podobno gdzieś w okolicy jest
piękny widok na morze. Czy to prawda? Czy można tam dotrzeć pieszo?
- Tak, jeśli nie przeszkadza pani przejście czterech mil, mniej więcej,
czyli około ośmiu mil tam i z powrotem i to wyboistą, męczącą drogą.
- W którą stronę trzeba się udać?
Opisałem kierunek najlepiej jak umiałem. Właśnie zaczynałem opisywać
różne drogi, ścieżki i pola, które trzeba przeciąć, by tam dotrzeć,
wskazując, gdzie iść prosto, a gdzie skręcić w prawo lub w lewo, kiedy
mi przerwała:
- Och, dość! Proszę mi tego teraz nie mówić. Zapomnę każde słowo
pańskich wskazówek, zanim będą mi potrzebne. Wybiorę się tam dopiero
przyszłą wiosną i wtedy, być może, będę zawracać panu głowę. W tej
chwili nadchodzi zima i...
Nagle przerwała i, tłumiąc okrzyk, zerwała się z miejsca i ze słowami:
- Przepraszam na chwilę - wybiegła z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Zaciekawiony, co też ją tak spłoszyło, spojrzałem w kierunku okna, na
którym chwilę wcześniej niedbale spoczął jej wzrok, i dostrzegłem poły
męskiego płaszcza znikającego za ogromnym krzakiem ostrokrzewu rosnącym
między oknem a gankiem.
- To przyjaciel mamy - oznajmił Arthur.
Spojrzeliśmy na siebie z Rose.
- Wcale nie wiem, co o niej myśleć - szepnęła moja siostra.
Dziecko spojrzało na nią z poważnym zaskoczeniem. Natychmiast zaczęła z nim rozmawiać o jakichś błahostkach, ja zaś zabawiałem się oglądaniem
obrazków. Tego w kącie nie dostrzegłem wcześniej. Przedstawiał małe
dziecko siedzące na trawie z kwiatami na kolanach. Maleńkie rysy i ogromne, błękitne oczy, które uśmiechały się pod grzywą jasnobrązowych
loków nad czołem, kiedy maluch pochylał się nad swym skarbem, na tyle
przypominały mi stojącego przede mną młodzieńca, abym uznał to za
portret Arthura Grahama we wczesnym dzieciństwie.
Uniósłszy obraz do światła, odkryłem za nim odwrócone do ściany kolejne
dzieło. Je także odważyłem się unieść. Był to portret dżentelmena w pełni młodzieńczej męskości - dość przystojnego i całkiem nieźle
oddanego. Jeśli wyszedł z tej samej ręki co pozostałe, najwyraźniej był
o kilka lat młodszy, ponieważ zdradzał większą dbałość o szczegóły i mniejszą świeżość barw oraz swobodę podejścia, które mnie tak zachwyciły
i zaskoczyły. Tym niemniej przyglądałem mu się z niemałym
zainteresowaniem. W rysach i wyrazie twarzy była pewna indywidualność,
która od razu zdradzała, że to udana podobizna. Jasnoniebieskie oczy
patrzyły na widza z pewną żartobliwością - niemal wydawało się, że zaraz
puści oczko. Usta, nieco zbyt zmysłowo pełne, sprawiały wrażenie
skłonnych do uśmiechu, zaś różowawe policzki zdobiły bujne bokobrody, a jasnokasztanowe włosy w falujących puklach nieco za bardzo zachodziły na
czoło, jakby sugerując, że właściciel jest bardziej dumny z własnej
urody niż z intelektu, być może słusznie, choć nie wyglądał na głupca.
Trzymałem obraz w rękach niecałe dwie minuty, kiedy wróciła śliczna
artystka.
- To tylko ktoś w sprawie obrazów - oznajmiła, przepraszając za swe
niespodziewane wyjście. - Poprosiłam, aby poczekał.
- Być może uzna pani oglądanie obrazu, który artysta odwrócił do ściany,
za akt impertynencji - odparłem - czy mogę jednak spytać...
- Proszę pana, to zaiste jest ogromna impertynencja, a tym samym proszę,
by pan o to nie pytał, gdyż nie zaspokoję pańskiej ciekawości - odparła,
usiłując złagodzić tę cierpką odpowiedź uśmiechem, po rumieńcu i błysku
w oczach poznałem jednak, iż jest poważnie zdenerwowana.
- Chciałem tylko zapytać, czy to pani dzieło - wyjaśniłem, z nadąsaną
miną oddając jej obraz, który mi bezceremonialnie odebrała i pospiesznie
odstawiła w ciemny kąt przodem do ściany, po czym zasłoniła go innym,
jak wcześniej, i dopiero wtedy ze śmiechem zwróciła się do mnie.
Nie byłem jednak w nastroju do żartów. Nieuważnie odwróciłem się do
okna, wyglądając na opuszczony ogród, ona zaś przez kilka minut
rozmawiała z Rose. Później zaś oznajmiłem siostrze, że czas się zbierać,
podałem rękę małemu dżentelmenowi, chłodno skinąłem głową pani domu i ruszyłem do drzwi. Pożegnawszy się jednak z Rose, pani Graham wyciągnęła
do mnie rękę, mówiąc łagodnie i z miłym uśmiechem:
- Proszę, niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce3, panie
Markham. Przepraszam, jeśli uraziłam pana swą gwałtownością.
Kiedy dama zniża się do przeprosin, oczywiście nie można żywić urazy, a zatem teraz rozstaliśmy się jak przyjaciele. Tym razem także ścisnąłem
jej dłoń serdecznie i bez złośliwości.
Rozdział VI. Postępy
Rozdział VI
Postępy
W ciągu kolejnych czterech miesięcy ani razu nie odwiedziłem domu pani
Graham ani ona mojego, panie jednak nie przestawały o niej mówić, a nasza znajomość nieustannie się rozwijała, choć powoli. Ponieważ na ich
rozmowy nie zwracałem większej uwagi (to znaczy, kiedy dotyczyły
ślicznej pustelnicy), jedyną informacją, jaką z nich wyniosłem, był
fakt, że pewnego pięknego, mroźnego dnia odważyła się ona zabrać synka
aż na plebanię, lecz niestety w domu była jedynie panna Millward. Tym
niemniej, spędziła tam dużo czasu i podobno miały sobie wiele do
powiedzenia, a rozstały się, pragnąc ponownego spotkania. Mary jednak
lubiła dzieci i czułe mamy, zdolne należycie docenić swe skarby.
Czasem widywałem ją osobiście, nie tylko kiedy zjawiała się w kościele,
ale również, gdy wraz z synem pokonywała wzgórza, zmierzając do jakiegoś
celu, albo - w szczególnie piękne dni - gdy przechadzała się z książką w dłoni po wrzosowiskach lub ponurych pastwiskach wokół starego dworu, a jej synek hasał dookoła. A kiedy tylko ją dostrzegłem podczas swych
samotnych spacerów lub przejażdżek albo w trakcie swych zajęć
gospodarskich, najczęściej starałem się ją dogonić lub wyprzedzić,
ponieważ dość lubiłem widok pani Graham i rozmowę z nią, a już na pewno
lubiłem pogawędki z jej małym towarzyszem, którego, kiedy już udało się
przełamać lody jego nieśmiałości, uważałem za niezwykle sympatycznego,
inteligentnego i zabawnego malucha i wkrótce bardzo się zaprzyjaźniłem -
choć nie wiem, na ile cieszyło to jego mamę. Początkowo sądziłem, że
zamierza wylać kubeł zimnej wody na tę rosnącą zażyłość, zdusić naszą
przyjaźń w zarodku, odkrywszy jednak, że pomimo jej uprzedzeń jestem
absolutnie nieszkodliwy i że mam dobre zamiary, a także że towarzystwo
moje i mojego psa sprawiało jej synowi ogromną przyjemność, której
inaczej by nie zaznał, nie tylko zrezygnowała ze sprzeciwu, ale nawet
witała me nadejście uśmiechem.
Sam Arthur zaś witał się ze mną z daleka i, porzuciwszy mamę, z odległości pięćdziesięciu jardów biegł się ze mną przywitać. Jeśli byłem
konno, zawsze zabierałem go na przejażdżkę cwałem lub kłusem. Jeśli zaś
w zasięgu znajdował się któryś z koni pociągowych, mógł liczyć na
spokojną przejażdżkę na jego grzbiecie, co budziło w nim niemal taką
samą radość. Jego matka zawsze jednak szła za nim i mozolnie podążała u jego boku - nie tyle, jak sądzę, by zapewnić mu bezpieczeństwo, ale by
dopilnować, abym w jego dziecięcym umyśle nie zaszczepił żadnych
niecnych pomysłów. Zawsze stała na straży i nie dopuszczała, by zniknął
jej z oczu. Najbardziej cieszył ją widok jego baraszkowania i wyścigów z Sanchem, kiedy szedłem u jej boku - raczej nie z zamiłowania do mojego
towarzystwa (choć czasem łudziłem się tą myślą), lecz z zachwytu, jaki
sprawiał jej widok takiego radosnego oddania synka aktywności fizycznej
o tak ożywczym wpływie na jego delikatne ciałko, a przy tym tak rzadkiej
z braku odpowiednich mu wiekiem towarzyszy zabaw. Być może jej radość
dodatkowo osładzał fakt, że jestem przy niej, nie zaś przy chłopcu, a tym samym nie mogę wyrządzić mu żadnej krzywdy bezpośrednio ani
pośrednio, celowo lub przypadkiem, czym również odrobinę zasługiwała na
mą wdzięczność.
Wydaje mi się, że czasem jednak rozmowa ze mną sprawiała jej pewną
przyjemność. Pewnego pogodnego, lutowego poranka, podczas
dwudziestominutowej przechadzki po wrzosowisku, porzuciła swą zwykłą
szorstkość i rezerwę na rzecz szczerej rozmowy ze mną, którą prowadziła
z tak ogromną elokwencją i głębią myśli oraz uczuć na temat na szczęście
pokrywający się z moimi poglądami, a przy tym wyglądała tak pięknie, że
wróciłem do domu w zachwycie, a po drodze dopadła mnie myśl (moralna),
że być może lepiej byłoby spędzić z życie z taką kobietą niż z Elizą
Millward, na co (w przenośni) zarumieniłem się z powodu własnej
niestałości.
Po wejściu do salonu dostrzegłem tam jedynie Elizę i Rose. To
zaskoczenie nie było tak całkiem przyjemne, jak powinno być. Długo
rozmawialiśmy, ale uznałem ją za dość frywolną, a nawet nieco pozbawioną
wyrazu w porównaniu z dojrzalszą i poważniejszą panią Graham. Niestety
taka była moja stałość!
Jednakże - pomyślałem - nie powinienem się żenić z Elizą, jeśli moja
matka tak usilnie się temu sprzeciwia, a zatem nie powinienem zwodzić
tej dziewczyny takim zamiarem. Jeśli nic się nie zmieni, łatwiej mi
będzie wyswobodzić swe uczucia spod jej łagodnej, lecz nieubłaganej
władzy. Choć pani Graham może budzić równy sprzeciw, być może wolno mi
będzie, niby lekarzowi, leczyć większe zło mniejszym, bo przecież chyba
nie zakocham się na poważnie w młodej wdowie ani ona we mnie - to pewne
- ale jeśli jej towarzystwo daje mi trochę przyjemności, z pewnością
będę mógł do niego dążyć. Jeśli zaś gwiazda jej boskości zaświeci dość
jasno, by przyćmić blask Elizy, tym lepiej, choć trudno mi to sobie
wyobrazić.
Od tej pory z rzadka tylko nie odwiedzałem Wildfell w czasie pięknej
pogody podczas, gdy moja nowa znajoma opuszczała zwykle swą pustelnię.
Tak często jednak moje oczekiwania na kolejną rozmowę obracały się w niwecz, tak zmienne były pory jej wyjść i miejsca przechadzek, tak
przelotnie udawało mi się ją od czasu do czasu spostrzec, że na wpół
byłem skłonny sądzić, iż tyle samo trudu zadaje sobie, by uniknąć mojego
towarzystwa, ile ja, by ją spotkać. To przypuszczenie było jednak tak
nieprzyjemne, by je żywić już chwilę po tym, gdy udawało się je dogodnie
odrzucić.
Jednak pewnego spokojnego, pogodnego popołudnia w marcu, kiedy
nadzorowałem wałowanie łąki i naprawę żywopłotu w dolinie, ujrzałem
panią Graham w dole nad strumykiem ze szkicownikiem w dłoni, pogrążoną w swym ulubionym zajęciu, zaś Arthur spędzał czas na budowie tam i falochronów w płytkim, kamienistym korycie. Potrzebowałem rozrywki, więc
nie mogłem przepuścić tej rzadkiej możliwości. Porzuciwszy łąkę i żywopłot, szybko ruszyłem w tamto miejsce, lecz nie zdążyłem przed
Sanchem, który, gdy tylko dostrzegł swego młodego przyjaciela, pędem
pokonał dzielącą ich przestrzeń i skoczył na chłopca z taką siłą, że
dziecko niemal wpadło w sam środek ruczaju. Na szczęście dzięki
kamieniom nie zamoczył się doszczętnie, a ich gładka powierzchnia
uchroniła go przed zranieniem na tyle, że pod koniec zaczął się śmiać.
Pani Graham studiowała odmienne cechy różnych gatunków drzew w ich
zimowej odsłonie, kopiując przy tym, delikatnie, lecz z artyzmem, ich
różne linie. Choć nie mówiła za dużo, stałem i obserwowałem ruchy jej
ołówka. Przyjemnie było patrzeć, jak zręcznie prowadzą go jej smukłe,
wdzięczne palce. Wkrótce jednak ta zręczność nieco osłabła, dłonie
zaczęły się wahać, leciutko drżały i myliły się. W pewnej chwili
zatrzymały się, a ich właścicielka ze śmiechem uniosła do mnie twarz
mówiąc, iż mój nadzór nie służy jej szkicowi.
- A zatem - odparłem - porozmawiam z Arthurem, dopóki pani nie skończy.
- Chciałbym się przejechać, proszę pana, jeśli tylko mama pozwoli -
powiedziało dziecko.
- Na czym, mój chłopcze?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki