Jestem bezrobotny od sześćdziesięciu dwóch dni.
Nie żebym liczył.
Wracam do domu po dwugodzinnym joggingu, przed którym jeszcze przez godzinę podnosiłem ciężary. Zostały mi dwa miesiące członkostwa na siłowni i zamierzam je wykorzystać do cna. Krista skomentowała, że to niezdrowe, żeby codziennie godzinami ćwiczyć, ale hej, jak to? Przecież to ćwiczenia. Są zdrowe z samej definicji.
A poza tym muszę dbać o kondycję, która będzie mi potrzebna, gdy znajdę nową pracę.
Kiedy wchodzę do środka, jestem cały oblepiony potem, a T-shirt przywiera mi do skóry. Sierpień w Nowym Jorku to najgorszy czas na bieganie z powodu okropnej wilgotności powietrza, ale i tak to robię. Lubię sprawdzać swoje granice. Co najgorszego może się stać? Padnę z wycieńczenia?
Naprawdę nie możemy sobie pozwolić na włączanie klimatyzacji, ale cieszę się, że pracuje, gdy zaczerpuję tchu w salonie. Do moich nozdrzy dolatuje zapach cynamonu i zaczyna burczeć mi w brzuchu. Jadłem dziś tylko energetyczne śniadanie (trzy jajka na twardo) i umieram z głodu.
Wchodzę do kuchni, gdzie Krista właśnie wyciąga blachę z ciasteczkami z pieca. Ogląda się na mnie przez ramię i uśmiecha się.
- Cynamonki? - pytam.
Potakuje i odstawia blachę na ladę kuchenną, tuż obok antycznego metalowego zegara, który kupiliśmy w zeszłe wakacje na pchlim targu. Cynamonki, czyli maślane ciasteczka cynamonowe, są jej specjalnością - jej popisowym wypiekiem. To właśnie robi, gdy jest szczęśliwa, znudzona albo wyjątkowo zestresowana - piecze.
Pozwólcie, że opowiem wam co nieco o ciasteczkach Kristy. Kiedy wkłada się je do ust, brzegi są chrupiące, ale środek miękki i natychmiast rozpuszczają się na języku, zostawiając po sobie doskonałą kombinację smaku cynamonu, cukru i masła. Upiekła je dla mnie na naszej pierwszej randce i częściowo to dzięki nim się w niej zakochałem. Wiedziałem, że w kobiecie, która potrafi upiec takie pyszności, musi być coś wyjątkowego.
Nauczyła się je piec od swojej matki, którą spotkałem raz, kiedy przyleciała z Idaho, i jest dokładnie takim typem kobiety, po której spodziewasz się, że będzie piekła pyszne ciasteczka. Kiedy prosiłem Kristę, żeby za mnie wyszła, wyobrażałem sobie, że pewnego dnia będzie piekła te ciasteczka dla naszych dzieci, tak jak jej mama piekła je dla niej.
Takiego życia pragnąłem. Z nią.
Sięgam po ciastko, ale ona klepie mnie w dłoń.
- Są wrzące, prosto z pieca! - beszta mnie. - Weź prysznic i jak skończysz, będą akurat do jedzenia.
Nie znosi, kiedy jestem spocony po bieganiu, co mnie wcale nie dziwi.
- Dooobra.
Idę na górę i rozbieram się z przepoconego T-shirta i szortów. Odkręcam lodowatą wodę i wchodzę pod strumień. Słyszałem, że tylko psychopaci biorą lodowate prysznice, ale ja jestem od nich uzależniony, kąpię się tak już od czasów college'u. Daje mi to dodatkową porcję adrenaliny, którą mam już w sobie po ćwiczeniach.
Gdy jestem już czysty i przebrany, schodzę na dół, a burczenie w moim brzuchu się nasila. Po drodze mijam Goldy, która pływa zadowolona w swoim okrągłym akwarium. Wrzucam jej szczyptę jedzonka, chociaż Krista twierdzi, że ją przekarmiam. Nie znoszę myśli, że może być głodna.
Krista wychodzi z kuchni z talerzem ciasteczek cynamonowych. Zanosi je do kanapy, a ja idę za nią jak posłuszny piesek. Stawia talerz na stoliku kawowym i siada na kanapie, chowając jedną nogę pod siebie, jak ma w zwyczaju. Zajmuję miejsce obok niej i sięgam po ciastko.
Jest przepyszne, jak zawsze.
- Jakieś nowiny w sprawie pracy? - pyta mnie.
Byłem głupi, gdy myślałem, że od razu uda mi się znaleźć pracę w marketingu. Po tym, jak Wayne nagadał o mnie na mieście, możecie sobie wyobrazić, że nikt nie pałał chęcią do zatrudnienia mnie na jakiekolwiek stanowisko. Miałem zdecydowanie zbyt duże kwalifikacje na pozycje, na które aplikowałem, a oferowane wynagrodzenie było jedną czwartą tego, co zarabiałem przed awansem. Nie dostałem nawet żadnej odpowiedzi.
- Jeszcze nie - odpowiadam, starając się nie brzmieć na tak pokonanego, jak się czuję.
Jednak Krista i tak wyczuwa to w moim głosie i nachyla się, by mnie przytulić.
- Tak jest dobrze? - szepcze mi do ucha.
- Ósemkę poproszę - mówię.
Ściska mnie mocniej. To taki nasz mały system, który wypracowaliśmy na samym początku związku. Jakoś tuż po tym, jak zaczęliśmy się spotykać, Krista miała okropny dzień w pracy i kiedy zobaczyliśmy się wieczorem i opowiedziała mi o nim, nachyliłem się, żeby ją przytulić. Gdy zaczęła narzekać, że nie przytulam jej dość mocno, wymyśliliśmy dziesięciostopniową skalę, by określić, jak mocnego przytulasa potrzebujemy w zależności od tego, jak beznadziejnie się czujemy w danym momencie. Wiem, wiem, jesteśmy tak słodcy, że chce się wam rzygać.
Przez dobrą minutę trwamy w tym uścisku, który oscyluje w granicach ósemki lub dziewiątki. Kriście świetnie idzie zgadywanie, jakiego mocnego uścisku potrzebuję w danym momencie.
Ale oczywiście kiedyś musi się skończyć. Kiedy się ode mnie odsuwa, ma zatroskany wyraz twarzy i zmarszczone brwi.
- Ale masz pieniądze na kolejną ratę kredytu? - pyta łagodnie.
Mam - ledwie. Jednak po zapłaceniu tego będę już spłukany. Nie będę w stanie spłacić kredytu i stracę to mieszkanie. I chociaż jest zapisane na moje nazwisko, a nie Kristy, ona też będzie bezdomna. Staram się o tym nie myśleć.
- Jest ciężko - przyznaję.
- Mogę dokładać się więcej - proponuje, choć wiem, że sama niewiele ma.
Krista pracuje w pralni kilka przecznic stąd. Tak się poznaliśmy. Przyniosłem garnitur i kiedy zobaczyłem ją za ladą, nagle dotarło do mnie, że niewystarczająco często piorę swoje garnitury. Wpadałem dwa lub trzy razy w tygodniu i zostawiałem małą fortunę w pralni chemicznej tylko po to, żeby porozmawiać z nią przez kilka chwil, gdy odbierałem lub oddawałem rzeczy.
Nie uderzyłem do niej od razu, ponieważ byłem wtedy w związku. Umawiałem się z dziewczyną o imieniu Gwen, ale nienajlepiej nam się układało i robiło się coraz gorzej. Więc następnego dnia po zerwaniu z Gwen poszedłem do pralni i zaprosiłem Kristę na kolację.
- Znajdę coś - obiecuję.
Unosi jedną ze swoich jasnobrązowych brwi.
- Czyżby?
Krzywię się.
- Nie będę wiecznie bezrobotny, Kristo. Coś się w końcu pojawi.
W końcu coś znajdę - muszę - ale nie będę zarabiał tyle, co w ostatniej pracy, nawet ułamka tej kwoty. Będę musiał poszerzyć pole poszukiwań.
Cholera, nadal nie mogę w to uwierzyć. Sześćdziesiąt dwa dni temu miałem wszystko. Jak to się mogło tak szybko rozpaść? Dzwoniłem do Wayna dziesiątki razy, ale nie odbierał. Wydaje mi się, że moje maile wpadają do spamu.
- Chcę ci coś zaproponować - mówi Krista, zmieniając pozycję na kanapie - ale nie mów od razu nie.
Świetnie. Na jaki niesamowity pomysł wpadła? Chce, żebym sprzedał nerkę? Ciekawe, ile w dzisiejszych czasach można dostać za nerkę.
- Okeeej...
- Uważam, że powinniśmy przyjąć pod dach lokatora, dopóki nie staniesz na nogi.
Patrzę na nią szeroko otwartymi oczami. Czy ona mówi poważnie?
- Nie. Nie ma mowy. Nie zamierzam mieszkać z kimś obcym.
- Czemu nie?
Ta sprzedaż nerki nagle nie wydaje mi się już taka bezsensowna, chociaż mogę nie dostać najwyższej stawki z powodu ilości skonsumowanego alkoholu w ciągu ostatniej dekady.
- Bo nie jestem dwudziestoletnim studentem?
Krista marszczy nos.
- Wiesz, że miałam współlokatorkę, zanim zamieszkaliśmy razem.
- I nie znosiłaś jej!
Była współlokatorka Kristy była dyrektorką przedszkola za dnia i piosenkarką amatorką wieczorami. Podczas moich wizyt w tym maleńkim, dwupokojowym mieszkaniu niedaleko Inwood Hill Park jej współlokatorka wyśpiewywała podczas brania prysznica, gotowania, a czasami nawet w połowie zdania.
- Więc znajdziemy kogoś normalniejszego - oznajmia Krista.
- Na Manhattanie? - jęczę. - Przecież tu nikt nie jest normalny. Nie znajdziesz nikogo normalnego.
Śmieje się i sięga po moją rękę, która tylko częściowo jest pokryta cynamonowymi okruszkami.
- Znalazłam ciebie - podkreśla.
Bez komentarza.
Przysuwa się do mnie na kanapie i opiera głowę o moje ramię. Strzepuję resztki cynamonek z koszulki, a potem obejmuję ją i przyciągam bliżej siebie. Co ona nakłada na włosy, że są tak cudownie miękkie? Musi być jakiś magiczny składnik w tym jej dziewczyńskim szamponie, bo to jest wprost niesamowite.
- Nie wiem, co robić, Blake - mruczy mi w szyję. - Wiem, że w końcu coś znajdziesz, ale... martwię się.
No to jest nas dwoje, bejbe.
- Może... - Wyciąga przed siebie lewą rękę, na której w świetle lampy lśni jej diament. - Może powinnam sprzedać pierścionek. To by nam kupiło trochę czasu.
Wciągam powietrze. Nie. Nie chcę, żeby go sprzedawała. To znaczy, pewnie, dzięki temu moglibyśmy odetchnąć przez miesiąc czy dwa, ale mam to gdzieś. Mój ojciec ze swoim nędznym sklepikiem z narzędziami, który odziedziczył po moim dziadku, dał mojej matce pierścionek zaręczynowy z podróbką diamentu, która i tak była żenująco maleńka. Byłem z siebie taki dumny, kiedy dałem Kriście nie tylko prawdziwy diament, ale też taki, którego mogą zazdrościć jej przyjaciółki. Gdyby została zmuszona go sprzedać, żebyśmy utrzymali się na powierzchni...
Nie. Nie pozwolę jej na to.
Obiecałem, że zawsze będę opiekował się Kristą, w zdrowiu i w chorobie. Nie, chwila, to się przysięga, kiedy się bierze ślub. A jeśli nie wyciągnę nas z tej gównianej sytuacji, nigdy do niego nie dojdzie. Nie poślubi mnie, jeśli przeze mnie oboje będziemy bezdomni.
- Okej - zgadzam się. - Weźmy lokatora.