2
Miała wrażenie, że spada w nieskończoność, ale w rzeczywistości ledwie zamachała w panice rękoma, gdy poczuła, że uderza z impetem w... coś innego niż twarda gleba. Usłyszała głośne przekleństwo, jakie zawstydziłoby najbardziej wytrawnego żeglarza i krzyknęła na równi z zaskoczenia i bólu, gdy łupnęła w kogoś. Przy wtórze kolejnych krzyków i pojękiwań upadli razem na ziemię, po czym przetoczyli się kawałek po gęstej trawie i znieruchomieli. Valerię upadek pozbawił powietrza z płuc, pod powiekami rozbłysła jej cała konstelacja gwiazd. W głowie jej dudniło, lewe biodro ją bolało. Wzięła głęboki oddech i aż syknęła. Żebra nie były połamane, ale bolały jak diabli. Spróbowała się poruszyć i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że nie może, bo spoczywa na niej ciało jej ofiary. Mężczyzna był ciężki i w tej chwili bezwładny, ale gdy chciała go z siebie delikatnie zepchnąć, jęknął przeciągle. Jego twarz wtulona była w jej piersi i tylko fakt, że to ona spadła na niego, powstrzymał ją przed brutalnym strąceniem go na ziemię. Gdy znów starała się go z siebie zsunąć, poczuła, że mężczyzna się porusza.
- Daj... mi... chwilę, wariatko... Muszę złapać oddech. Prawie, uch, mnie zabiłaś - wymamrotał niskim, chropowatym głosem.
- Ja... - Sapnęła pod jego ciężarem. - Nie mam czasu... Ja... Przepraszam, ale muszę uciekać - zdołała wydukać, bo jego ciało przygniatało ją niemożebnie.
Przez chwilę oboje dochodzili do siebie, aż wreszcie mężczyzna przy wtórze mamrotanych pod nosem przekleństw podniósł się na łokciach i popatrzył jej prosto w oczy. Była wczesna noc, ale pełnia księżyca dawała wystarczająco dużo światła, żeby zobaczyła gęstą szopę rudych włosów i olśniewające, błyszczące zielenią oczy, w których migotały złote iskry magii. Przez chwilę patrzyli na siebie bez słowa. Mężczyzna przesunął językiem po wargach, wpatrując się w złote tęczówki Valerii, a następnie omiótł wzrokiem jej twarz. Po czym wrócił spojrzeniem do jej oczu, gdzie złoto magii mieszało się z mahoniowymi iskrami. Nagle otworzył szerzej oczy i sapnął.
- Nie, kurwa, wierzę! To nie możesz być ty! - powiedział zaskoczony i uniósł brwi prawie do linii włosów.
Valeria przez chwilę czuła się zdezorientowana, ale nagle przypomniała sobie słowa matki mówiącej o tym, że jej przyszły mąż może i jest brutalem i lekkoduchem, ale przynajmniej jest przystojny z tą swoją rudą czupryną, wyćwiczonym od walk ciałem i zielonymi oczami. Przełknęła głośno.
- To nie może być prawda! Dlaczego spadłam akurat na ciebie? - jęknęła żałośnie.
- Bogowie zdają się mnie nienawidzić. I za co? Co ja im takiego zrobiłem? Nie dość, że ojciec zmusza mnie do ślubu, to jeszcze, gdy próbuję po cichu uciec, moja niedoszła żona spada na mnie i prawie łamie mi kark. - Pokręcił głową w niedowierzaniu i przetoczył się na bok, po czym popatrzył na leżącą kobietę. - Co ci strzeliło do głowy, żeby wyskakiwać przez okno?
- Chciałeś uciec? - zapytała w tej samej chwili Valeria, ignorując jego pytanie.
Dostrzegła, jak na twarzy mężczyzny pojawiają się poczucie winy i coś jakby zawstydzenie.
- Tak... To znaczy nie... Ja... - Potarł dłońmi skronie i westchnął.
- Ja też próbuję uciec - wyznała i zobaczyła, jak mężczyzna podnosi gwałtownie głowę i patrzy na nią zaskoczony.
- Nie wezwiesz straży? - zapytał zszokowany.
- Oczywiście, że nie... Chyba że spróbujesz mnie zatrzymać. Ja... nie mam zamiaru wychodzić za ciebie za mąż.
- Och! - wyrwało się mężczyźnie. - A co niby ze mną nie tak? - zapytał i przekrzywił lekko głowę. Wyglądał na urażonego.
- Ej, sam przede mną uciekałeś, a do mnie masz pretensje? - prychnęła z niedowierzaniem
- Racja, punkt dla ciebie. To co... - nie dokończył, bo od strony okna doleciał ich okropny trzask i nagle usłyszeli podniesione głosy i krzyki. - Kurwa, nieważne. Muszę znikać, mój koń już czeka.
Poderwał się na nogi i potrząsnął głową, żeby odgonić nagłą słabość. Odwrócił się i skierował w stronę parku okalającego twierdzę.
- Czekaj! Pomóż mi, zabierz mnie ze sobą! - usłyszał krzyk kobiety, brzmiała na zdesperowaną.
Zatrzymał się i spojrzał przez ramię. Podniosła się i masowała biodro.
- Nie mam zamiaru żenić się z tobą - odparł i zaczął się odwracać, żeby odejść.
- Ja z tobą też nie! Ale nie zdążę im uciec, jeśli mi nie pomożesz, proszę. Nie mam konia. Myślałam, że będę miała całą noc na ucieczkę. Zabierz mnie, tylko do najbliższego miasta. Potem się rozejdziemy, każde w swoją stronę.
Mężczyzna się zawahał. Popatrzył na Valerię zmrużonymi oczami. Na jej twarzy malowała się tak wielka desperacja, że musiał odwrócić wzrok. W końcu westchnął, jakby zdawał sobie sprawę, że popełnia wielki błąd.
- Chodź, nie ma czasu. Zaraz tu będą.
***
Nikolas wyzywał się w myślach od głupców i słabeuszy, ale nie potrafił jej zostawić na pastwę ojca i całej rodziny. Niewykluczone, że ojciec pewnie spróbowałby ją wtedy wydać za mąż za jego starszego brata. Już nie wiedział co gorsze: upokorzenie, że Nikolas porzucił ją prawie przed ołtarzem, czy ślub z Millem, dziwkarzem i pijakiem. W sumie wiedział, on wolałby być upokorzony. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, złapał ją za rękę i pociągnął za sobą w stronę gęsto rosnącego parku, gdzie wieczorem ukrył konia i sakwy. Nie miał zamiaru się żenić, a już na pewno nie z dziedziczką rodu Ingerinów, który od dekad wchodził z jego klanem w zatargi i wcale nie tak drobne potyczki zbrojne w pobliżu kopalni kamienia zollen. Słyszał o dziewczynie, że jest próżna, uparta i rozpieszczona poza wszelkie wyobrażenie. I że gardzi ludźmi, to chyba było najgorsze. Ale gdy spadła na niego, gdy w jej głosie brzmiał tak błagalny ton... i gdy się okazało, że ona również nie chce brać z nim ślubu, nie mógł jej tak zostawić. Dlatego szedł teraz szybko, prawie ją ciągnąc, zły na siebie, że jej pomaga. Gdy minęli granicę drzew, do ich uszu doleciały odgłos szybkich kroków i głośno wykrzykiwane rozkazy.
- Zorientowali się, już cię szukają. Kurwa mać! - warknął i mocniej zacisnął palce na jej nadgarstku, aż syknęła z bólu.
- To nas szukają, nie tylko mnie! - wydyszała, biegnąc za nim.
- Gdyby nie ty, Złotko, nikt by nie wiedział, że uciekłem. Do rana, kiedy to miałem szczęśliwie zostać twoim małżonkiem, byłbym już daleko stąd, radosny jak poranek, wolny od ojca, mojego rodu i ciebie w szczególności - odparł pozornie lekkim tonem. - A teraz się pospiesz, bo zaraz nas dogonią.
Valeria bez słowa przyspieszyła, choć płuca ją paliły.
Po chwili zobaczyła stojącego przy wielkim drzewie dużego ogiera, osiodłanego, z dwiema sakwami przymocowanymi po bokach. Uwielbiała jeździć konno, ale to zawsze były łagodne klacze. Poczuła ukłucie niepokoju i zerknęła na mężczyznę. Wydawał się nie przejmować strażnikami, tylko puścił jej dłoń i przyklęknął na kolano. Położył obie ręce na ziemi, po czym nagle uniósł głowę i popatrzył jej prosto w oczy.
- Odwiąż konia i wsiadaj. Poczekaj na mnie i nie próbuj uciekać, Zanir nie ruszy się stąd beze mnie.
Valeria kiwnęła głową i podeszła do wierzchowca. Odwiązała lejce z niskiej gałęzi i spojrzała na wysoko umieszczone strzemię. Jej niedoszły mąż był rosły i dobrze zbudowany. Ona natomiast z trudem sięgnęła stopą do strzemiona i z lekkim stęknięciem wsiadła na konia. Zerknęła z góry na klęczącego mężczyznę. Miał pochyloną głowę, a z jego dłoni, które trzymał na podłożu, sączyła się zielona poświata. Po chwili usłyszała głośne tąpnięcie i nagle ziemia zadrżała pod końskimi nogami. Gdzieś w oddali zatrzeszczały łamane gałęzie i rozległ się odgłos, jakby gleba się rozdzierała. Valeria otworzyła szeroko oczy i przełknęła ślinę, która nagle napłynęła jej do ust. Głosy strażników brzmiały na spanikowane. Mężczyzna wstał i podszedł do konia. Złapał za łęk i jednym płynnym ruchem wskoczył na siodło za nią. Poczuła, jak jego ciało dociska się do niej, a silne ramię obejmuje ją w pasie. Odebrał od niej lejce i zacmokał na rumaka. Ten tylko czekał na sygnał swojego pana, bo ruszył z kopyta, jakby nie dźwigał na grzebiecie podwójnego ciężaru.
Przez park prowadziła niegdyś wydeptana ścieżka, ale od długiego nieużywania miejscami zarosły ją chwasty. Mimo to ogier parł do przodu, zostawiając w tyle pogoń. Wiatr szumiał Valerii w uszach, a w brzuchu czuła węzeł niepokoju. Uciekała z domu. Z mężczyzną, którego nie chciała poślubić. Nie myślała o tym, co będzie dalej. Co się stanie, gdy już ucieknie. Wiedziała tylko, że nie pozwoli się sprzedać za kopalnię kamienia zollen, że jej życie nie skończy się z dniem ślubu, że nie umrze w samotności w domu swojego męża, zapomniana. Na szyi miała trzy sznury różowych pereł z Morza Lazurowego, a na palcach cztery pierścienie z diamentami. Była pewna, że kiedy to sprzeda, wystarczy jej na spokojne życie w jakieś dalekiej osadzie, gdzieś na skraju lasu, w którym mogłaby polować. Wolała taką egzystencję niż niekończące się lata wśród nienawidzących jej ludzi. Zastanawiała się, co skłoniło siedzącego za nią mężczyznę do ucieczki. Miał przecież wszystko, a jako mężczyzna, mógł brać sobie kochanki, znikać z domu na całe tygodnie i nikt by go za to nie potępiał. Czuła mocny uchwyt, jego ciało było napięte, gdy przyciskał ją do siebie. Czy zauważył jej strach przed wielkim ogierem? W końcu nie mogła dłużej wytrzymać tej przeszywającej ciszy. Nie wiedziała, dokąd zmierzali, wśród drzew było za ciemno, choć mężczyzna doskonale sobie radził mimo mroku.
- Dokąd jedziemy? - zapytała. Wciąż miała wrażenie, że słyszy głosy strażników.
- Nie wiem jak ty, Złotko, ale ja ruszam na wybrzeże, a stamtąd na pierwszy statek, który zgodzi się mnie zabrać z tej przeklętej krainy - powiedział, a ona poczuła, jak mięśnie jego ud się napinają.
- Och, to... cóż, w przeciwnym kierunku niż ja chciałam się udać - przyznała z przekąsem.
- Mogę cię tu zostawić, jeśli pragniesz zawrócić. Dla mnie to nie problem - odparł lekko i zaczął ściągać lejce.
- Nie! Poczekaj! - zawołała zdjęta strachem, że rzeczywiście ją tu porzuci. - Zawsze najpierw robisz, a potem się zastanawiasz?
- Zależy w jakiej sytuacji - zaśmiał się i poruszył wodzami, a ogier znów przyspieszył. - Zazwyczaj to dobra strategia.
- Ale dlaczego na wybrzeże? Po co chcesz opuszczać Ebbiorę? - zapytała i poprawiła się w siodle.
Ten ruch sprawił, że jej pośladki jeszcze mocniej przycisnęły się do ud mężczyzny. Jego ramię stężało na jej brzuchu.
- Bo mój ojciec mi tego nie wybaczy. Choć jestem najmłodszy, to ze mną wiązał swoje najważniejsze, jak się okazało, plany - wyjaśnił bez emocji. - A gdy się zorientują, że pomogłem ci uciec... A tak właściwie, Złotko, to czemu ty uciekasz? I co masz zamiar zrobić, gdy już się rozstaniemy?
- To nie twoja sprawa - mruknęła. - Ale nie mam zamiaru wychodzić za mąż za jakiegoś brutala i dać się pogrzebać za życia na odludziu, żeby mój mąż mógł hulać po karczmach i... - urwała nagle, zdawszy sobie sprawę, że ten mąż, niedoszły zresztą, siedzi za nią i obejmuje ją w pasie.
Usłyszała jego głęboki śmiech i pokręciła głową.
- Co cię tak bawi? - zapytała mrukliwie. Wciąż oddalali się od strażników i twierdzy.
- Ty, Złotko, ty mnie bawisz - powiedział z rozbawieniem.
- Nie nazywaj mnie tak! - warknęła. - Mam imię.
- Wybacz mi, o jaśnie księżniczko. To jak masz na imię, abym mógł się do ciebie zwracać z należytym szacunkiem? - Jego głos ociekał sarkazmem.
- Valeria. Mam na imię Valeria. Dziwne, że tego nie wiesz - odparła z całą godnością, na jaką było ją w tej sytuacji stać.
- Nie interesowało mnie twoje imię, Złotko, tylko jak się od ciebie uwolnić - oznajmił beztrosko i ściągnął lekko lejce, na co ogier zmienił kierunek.
Valeria poczuła się urażona, choć przecież ona też chciała się uwolnić od niego.
- Jakiś ty uroczy - rzuciła z przekąsem. Patrzyła przed siebie i zobaczyła, jak drzewa się przerzedzają, a po chwili wydostali się na rozległą równinę. Tutaj nie było już jak się skryć, jechali przez niewysokie trawy, podczas gdy księżyc oświetlał im drogę.
- Wszystkie kobiety mi to mówią - odparował lekko, niezrażony jej przytykiem. - A ty wiesz, jak ja mam na imię?
Valeria poczuła na policzkach rumieniec. Aż do kolacji nie wiedziała. Zawsze był tylko najmłodszym z synów lorda Laskarisa albo hulaką i brutalem. Dopiero przy posiłku, gdy ojciec ją poinformował, w jakim celu przyjechali do twierdzy, dowiedziała się, że ma na imię Nikolas. Ale nie zamierzała się do tego przyznać.
- Nie. Nie mam pojęcia - odparła z udawaną nonszalancją i usłyszała, jak mężczyzna się śmieje. Znów.
- Kłamczuszka z ciebie, Valerio, kto by się spodziewał. A teraz... trzymaj się, musimy przyspieszyć, moja magia nie zatrzymała ich na długo.