Na północnym odcinku
Gdy rankiem 23 sierpnia 1939 roku otrzymałem kartę powołania do czynnej
służby wojskowej, wydawało mi się, że do wojny mimo wszystko nie
dojdzie. Napięcie w stosunkach polsko-niemieckich rosło wprawdzie od
wielu miesięcy, a po wypowiedzeniu przez Hitlera paktu o nieagresji
gwałtownie przybrało na sile, ale wbrew groźnym oznakom jakaś wątła
iskierka nadziei na uratowanie pokoju pozostała. W tym trudnym i niespokojnym okresie łudzono się jeszcze, że w rozstrzyganiu sporów
międzynarodowych przeważy głos rozsądku i Niemcy, w obawie przed
działaniami na dwóch frontach, wschodnim i zachodnim, zrezygnują z roszczeń terytorialnych wobec Polski. Bieg wydarzeń, niestety, nie
potwierdzał tych nadziei.
Jako podporucznik rezerwy 10 pułku ułanów zostałem wyznaczony na dowódcę
plutonu konnych zwiadowców 42 pułku piechoty, który stacjonował w Białymstoku, mieście, gdzie od dawna mieszkałem. Razem ze mną przybyło
do tej jednostki wielu innych młodszych oficerów rezerwy, aby objąć
funkcje w licznych pododdziałach, już istniejących bądź dopiero
organizowanych. Pułk rozpoczynał właśnie mobilizację alarmową i z etatu
pokojowego przechodził na wojenny, powiększając swój stan do ponad 3300
ludzi.
Pułkowa kompania zwiadowców miała składać się z trzech plutonów -
konnego, kolarzy i pieszego. Ponieważ jednak na razie figurowały one
tylko "na papierze", już nazajutrz po otrzymaniu instrukcji i tabeli
mobilizacyjnej razem z porucznikiem Franciszkiem Kępą, dowódcą kompanii,
przystąpiliśmy do pracy. W koszarach wrzało jak w ulu. Od wczesnych
godzin zaczęli pojawiać się tłumnie rezerwiści z Białegostoku i okolicznych miejscowości. Obszerny dziedziniec, zwykle pusty i schludnie
utrzymany, zaroił się od ludzi, przeważnie chłopów w skromnych
ubraniach, z węzełkami żywności na kilka dni. Powołani stawiali się bez
zarzutu, podobnie zresztą jak w innych mobilizowanych jednostkach,
kłopoty wyłoniły się natomiast przy poborze wozów i koni. Nędzne
furmanki w większości nie nadawały się nawet do taborów, a wiele koni
trzeba było odesłać do punktów rozdzielczych, ponieważ nie odpowiadały
stawianym wymaganiom. W ciągu dwóch dni, bardzo wyczerpujących i nerwowych z powodu tych trudności, zdołałem ostatecznie skompletować
konie dla swego plutonu i odetchnąłem z ulgą.
Mobilizacja rezerwistów przebiegała na ogół sprawnie. Zaraz po kąpieli
wydano im z magazynów nowe sukienne mundury, ekwipunek osobisty, maski
przeciwgazowe i broń, a pierwszy gorący posiłek, już z kuchni polowych,
wyraźnie poprawił humory żołnierzy. Poczuli się pewniej i z większą
ochotą wykonywali wszystkie rozkazy. W całym pułku panował w tych dniach
nastrój wiary we własne siły, chociaż każdego nurtowało pytanie, jaka
będzie ta wojna i czy rzeczywiście zdołamy wytrwać w walce z Niemcami,
dopóki nie przyjdą nam z pomocą sojusznicy, w co wtedy jeszcze nie
wątpiliśmy. Oficerowie wyższej rangi podejmowali te kwestie, zachowując
kamienny spokój, jakby wszystko toczyło się normalnie.
Na dwa dni przed opuszczeniem koszar, 29 sierpnia, nasza kompania
otrzymała nową broń, dotychczas ściśle tajną -?prawie dwumetrowej
długości karabiny przeciwpancerne o kalibrze 7,92 mm, po jednym na każdy
pluton. Oglądaliśmy je z ogromnym zainteresowaniem, wierząc dowódcy
kompanii na słowo, że skutecznie przebijają pancerz wszystkich typów
niemieckich wozów bojowych. Sęk w tym, że nikt ze zwiadowców nie
strzelał z tej broni, toteż nie od razu nabraliśmy do niej zaufania.
Niewiele zresztą wiedzieliśmy o czołgach nieprzyjaciela i chyba tylko
dlatego perspektywa rychłego spotkania się z nimi w polu nie wzbudzała
poważniejszego lęku.
Białystok w tym czasie także sposobił się do wojny. Mieszkańcy
samorzutnie kopali szczeliny i rowy przeciwlotnicze, gromadzili zapasy
piasku do gaszenia pożarów, na drogach wiodących do miasta stawiano
zapory przeciwczołgowe z kamieni i ściętych drzew. Gorączkową atmosferę
wyczuwało się na każdym kroku. Nie brakowało oczywiście i takich, którzy
swój niepokój starali się utopić w kieliszku. Lokale restauracyjne aż
szumiały od głośnych rozmów i toastów za szybkie zwycięstwo, przy
zastawionych stolikach optymizm brał górę nad rozsądkiem.
Zajęci własnymi obowiązkami, ciągłą bieganiną i wykonywaniem różnych
zajęć, sypiących się jak z rogu obfitości, ochłonęliśmy wieczorem 31
sierpnia, gdy padł rozkaz wymarszu w pole. Wojna wisiała już na włosku,
na granicy lada moment mogły odezwać się armaty. Mimo późnej pory
ludność gromadnie wyległa na ulice, aby pożegnać 42 pułk piechoty
opuszczający swoje koszary. Na twarzach mieszkańców malowała się powaga
i skupienie, wiele kobiet ocierało łzy. Nikt nie wznosił okrzyków, nie
rzucał kwiatów. Gęste szpalery zamarły w bezruchu. Słychać było tylko
miarowy krok piechurów, odgłos końskich kopyt, szczęk oporządzenia i głuche dudnienie przeciążonych wozów, które długim sznurem ciągnęły za
każdym batalionem. Kolumna pułku powoli zmierzała w kierunku stacji
kolejowej, otoczonej wojskowymi posterunkami.
Składy pociągów już czekały na nas pod parą. Załadunek przebiegał bez
zakłóceń i zbędnej krzątaniny, zupełnie jak na manewrach.
Zdyscyplinowanie świeżo zmobilizowanych rezerwistów, kilka dni temu
oderwanych od swoich rodzinnych zajęć, zasługiwało na pełne uznanie. Na
takich żołnierzach można było polegać. Rozmieściłem swój pluton w wyznaczonych wagonach. Trochę kłopotu sprawiły nam konie, które nie
chciały wchodzić do obco wyglądającego, ciemnego wnętrza, ale wiązki
siana zrobiły swoje. Zwiadowcy ułożyli się do snu na płaszczach i tornistrach, słusznie przewidując, że taki luksus nie zdarza się często
na froncie. Około północy pociąg ruszył, a ja długo nie odrywałem wzroku
od oddalającego się miasta, w którym została moja żona z synem. Kiedy
zobaczymy się znowu, czy w ogóle do nich jeszcze wrócę?
Jechaliśmy na zachód, mijając po drodze wiele innych transportów
wojskowych i towarowych. Kolej funkcjonowała jeszcze sprawnie, ale już
następowały krótkie przerwy w ruchu spowodowane większą niż zwykle
liczbą pociągów, które musiały naruszyć pokojowy rozkład jazdy. Sieć
połączeń w tej części kraju była rzadka, co też komplikowało niełatwą
pracę kolejarzy.
Zbliżał się świt. Było przejmująco chłodno, na tle jaśniejącego nieba
gasły gwiazdy i coraz wyraźniej rysowały się smukłe korony drzew. Tor
prowadził przez wysokopienny las i był przesycony rześkim aromatem
zawieszonej na liściach wilgoci. Dołem snuły się pasma mgły. Obrazek
jakże znany z wielu podróży, lecz tej nie dało się porównać z żadną.
Jechaliśmy ku swemu przeznaczeniu, niejeden na pewno po raz ostatni.
W Ostrołęce, spory kawał za dworcem, nasz pociąg stanął przy rampie
towarowej, co miało ułatwić wyładunek wozów i biedek. Trafiliśmy na
moment, gdy odchodziła stamtąd wcześniej dowieziona piechota. Nasz pułk
też nie przybył od razu w komplecie, część transportów była jeszcze w drodze i dopiero tutaj miało nastąpić formowanie kolumn do dalszego
marszu, już na pozycje wyjściowe.
Naglący pośpiech wskazywał, że sytuacja w ciągu nocy stała się poważna.
Kompania zwiadowców pobiła chyba rekord tempa wyładunku. W niecałą
godzinę staliśmy już na zbiórce razem z taborem. Z pułkowych zapasów
wydano nam ostrą amunicję i granaty, na każdego żołnierza przypadła
pełna jednostka ognia zgodnie z normami regulaminowymi. Zwiadowcy
ochoczo wpychali łódki z nabojami do ładownic, obiecując sobie solennie,
że przy pierwszej okazji trochę tego ciężaru ubędzie. Postawa tych
chłopców, dobranych wyłącznie z młodszych roczników, silnych i zręcznych, jak tego wymagała ich specjalność, pozwalała wierzyć, iż nie
zawiodą w najtrudniejszych chwilach.
Wkrótce wyruszyliśmy okrężną drogą za miasto i na jego północnym skraju,
w lesie, z dala od zabudowań, kompania zatrzymała się na biwaku.
Przystąpiliśmy do pojenia i obrokowania koni, a kucharze uraczyli nas
śniadaniem. Kasza ze słoniną i gorąca kawa smakowały po całodziennym
poście jak nigdy. Wokół ciągle panowała cisza, hałasowało tylko leśne
ptactwo, zbyt wcześnie zbudzone i nieufnie przyglądające się z wysokości
drzew licznej gromadzie przybyszów w zielonych mundurach.
Samodzielna Grupa Operacyjna "Narew", złożona z dwóch dywizji piechoty
(18 czynnej i 33 rezerwowej) oraz dwóch brygad kawalerii (podlaskiej i suwalskiej), miała zabezpieczać prawe, wschodnie skrzydło Armii "Modlin"
i bronić północno-wschodnich obszarów kraju, opierając się na
przygotowanych pozycjach wzdłuż Narwi, Biebrzy i Kanału Augustowskiego.
Szczupłe siły uniemożliwiały obsadzenie pasa obrony o szerokości 200
kilometrów, toteż dowódca SGO "Narew", generał brygady Czesław
Młot-Fijałkowski, ześrodkował swe wojska tylko na najważniejszych
kierunkach przypuszczalnych uderzeń nieprzyjaciela, skupiając gros sił w rejonie Łomży. W pierwszym rzucie broniły się tutaj oddziały 18 Dywizji
piechoty, zajmując stanowiska nad Narwią w pasie Łomża -?Nowogród -
Ostrołęka o szerokości 70 kilometrów, co całkowicie odbiegało od
regulaminowych norm kalkulacyjnych i w razie natarcia Niemców mogło
spowodować poważny kryzys.
O świcie 1 września bezpośrednio na przedpolu Ostrołęki znajdował się
batalion Obrony Narodowej "Ostrołęka" kapitana Kazimierza Nowickiego,
wspierany plutonem artylerii polowej 42 pp pod dowództwem kapitana
Bolesława Uchmana i jednym szwadronem kawalerii 5 pułku ułanów
porucznika Jerzego Roszkowskiego. W drugim rzucie stanowiska zajmował
III batalion 42 pp, wzmocniony kompanią strzelecką z plutonem ciężkich
karabinów maszynowych, pod dowództwem majora Feliksa Chmielewskiego.
Rankiem 1 września dochodzi do nas wiadomość, że wybuchła wojna.
Meldunek ten, wpadając na nasz biwak na kłusującym koniu, przywozi
łącznik od dowódcy. Natychmiast zarządzam ostre pogotowie, spodziewając
się pierwszego rozkazu bojowego. Przypuszczalnie będziemy patrolować
przedpole Ostrołęki, chociaż mogą nas także pchnąć gdzieś dalej, może
nad samą granicę.
Od mieszkańców Ostrołęki dowiadujemy się dalszych szczegółów o najważniejszym wydarzeniu dnia. O szóstej radio nadało komunikat
nadzwyczajny Polskiej Agencji Telegraficznej. Niemcy uderzyli o 4.45,
otwierając ogień z dział okrętowych do składnicy tranzytowej na
Westerplatte. W tym samym czasie ich wysunięte oddziały przekroczyły
zachodnią i północną granicę Polski, spotykając się wszędzie z oporem.
Samoloty Luftwaffe zbombardowały wiele miast, powietrzny atak na
Warszawę został odparty przez polskich myśliwców, którzy zadali wrogowi
znaczne straty.
Roztrząsamy te informacje, starając się uzyskać bardziej dokładny obraz
zmagań i przebiegu pierwszych walk. Interesuje nas zwłaszcza północna
granica, leżąca blisko Ostrołęki. Co tam się dzieje, gdzie Niemcy
wtargnęli, jakimi siłami? Radiowy komunikat nie odpowiada na te pytania,
jest lakoniczny i ogólnikowy. Nie uzupełnia go żaden komentarz, jakby
wybuch wojny był czymś normalnym. Trochę to jest irytujące, a może
chodzi o niewywoływanie paniki? Zresztą i bez tego w Ostrołęce
zapanowało duże poruszenie. Wysłany patrol potwierdza oznaki wojennej
psychozy: przy piekarniach i sklepach spożywczych tłumy ludzi, na
ulicach wiele wozów konnych, jakby już zaczęła się żywiołowa ewakuacja.
Na szczęście miasto nie było dotąd bombardowane, ale wróg w każdej
chwili może pojawić się w powietrzu. Co wtedy, skoro w Ostrołęce
właściwie nie ma obrony przeciwlotniczej?
Zwiadowcy nie zdradzają cienia lęku, są tylko bardziej skupieni i rozmawiają półgłosem o tym, co może wkrótce nastąpić. Ciągle
nasłuchujemy, czy nie dotrze na biwak echo artyleryjskiego ognia, ale
wbrew rosnącej emocji szeleszczący w drzewach wiatr nie przynosi
odgłosów wojny. Panuje nadal piękna pogoda, prawie upał jak na wrzesień.
Spękana ziemia dawno nie widziała kropli deszczowej wody. Myślałem wtedy
z goryczą, że nawet natura sprzyja wrogowi, który może wysyłać w głąb
Polski swoje samoloty z bombami.
Około południa mamy pierwszego zwiastuna wojny -?zwiadowczy górnopłat z czarnymi krzyżami na skrzydłach. Intruz wykonuje kilka kręgów na
przedpolu Ostrołęki, potem oddala się w kierunku zachodnim. Jesteśmy
wobec niego bezradni, szkoda marnować karabinowej amunicji. Cekaemy są
gdzieś na stanowiskach batalionu, znacznie dalej od nas, ale i one nie
strzelają. Naszych samolotów w ogóle nie widać. Nie potrafię
odpowiedzieć żołnierzom, dlaczego niebo jest puste i gdzie podziały się
biało-czerwone szachownice. Wszak byliśmy pewni, że lotnictwo mamy
silne, zdolne nie tylko do obrony, lecz także do zadania Niemcom ciosu.
Więc taka jest prawda?
Dzień mija spokojnie. Wierzyć się nie chce, że jest wojna i gdzieś leje
się krew. Biwak coraz bardziej przypomina manewry, kiedy wszystko było
uporządkowane, zgodne z nakazami, wtłoczone w ramy wojskowej dyscypliny.
Kuchnia kompanijna troszczy się o nasze żołądki, owsa i siana dla koni
mamy w bród. Może więc nie będzie tak źle?
Odpowiedź przynosi trzeci dzień września. Rano melduję się u dowódcy
pułku. Po raz pierwszy widzę mapę z wrysowaną sytuacją. Znajdujemy się
na krawędzi lewego skrzydła SGO "Narew", między naszą grupą a sąsiednią
Armią "Modlin" jest luka zaledwie dozorowana. Najdalej na północny
zachód wysunięty jest batalion ON "Ostrołęka" ze szwadronem 5 pułku
ułanów. Mieli bronić Myszyńca, nadgranicznego miasteczka, ale Niemcy
odrzucili ich, spychając na południe. To pierwsza strata na naszym
kierunku działania. Wróg uderza siłami 1 brygady kawalerii pułkownika
Feldta, wchodzącej w skład 3 Armii dowodzonej przez generała von
Küchlera. Na razie nie stwierdzono w rejonie Myszyńca obecności innych
wielkich jednostek. Trudno zrozumieć, dlaczego piechurzy i ułani
ustąpili przed kawalerią, ale tego faktu nic już nie zmieni.
Porucznik Feliks Kępa, dowódca kompanii zwiadowców, przekazuje mi rozkaz
dowódcy pułku przeprowadzenia rozpoznania na kierunku myszynieckim ze
zwróceniem uwagi na niebezpieczną lukę. Jeśli Niemcy ją wymacają,
położenie stanie się groźne. Będą mieli swobodę manewru, oskrzydlając
Armię "Modlin" na prawej krawędzi jej pozycji albo wchodząc głęboko na
lewy skraj SGO "Narew". Tak czy inaczej łączność między tymi związkami
operacyjnymi zostanie przerwana, uniemożliwiając jakąkolwiek współpracę.
Twardszym orzechem będzie dla wroga położony niżej na południu Różan,
gdzie -?jak się dowiedziałem -?znajdowały się umocnienia fortyfikacyjne
jeszcze z lat pierwszej wojny światowej.
Wypoczęci żołnierze szybko dosiadają koni. Dowódcom drużyn wyjaśniam
zadanie i jeszcze raz przypominam o obowiązkach zwiadowców w polu.
Rozumiemy się dobrze, kłopotów nie powinno być żadnych. Problemem
pozostaje tylko wróg. Spotkanie z nim będzie chrztem bojowym dla nas
wszystkich.
Ruszamy w szyku bojowym. Od czoła słychać głuchy pomruk dział i serie
karabinów maszynowych. To już był front, skończyło się biwakowanie.
Słońce jak wczoraj praży niemiłosiernie, w nagrzanym powietrzu snują się
nici babiego lata. Oddalony horyzont faluje w jaskrawym blasku.
Wymarzona pogoda na wycieczkę czy urlop. Uśmiecham się smutno na samą
myśl o tych pokojowych zachciankach.
Na skrzyżowaniu drogi wiodącej do Olszewki zatrzymujemy dwóch cywilów,
wyraźnie przestraszonych odgłosami walki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki