Rozdział 1
Rozalia, cztery lata
Dzisiaj jest Dzień Ojca. Zrobiłam dla mojego tatusia laurkę. Ładną laurkę, mamusia powiedziała, że jest śliczna. Narysowałam na niej całą naszą rodzinę: tatusia, mamusię, mojego braciszka i mnie. Biegnę w kierunku tatusiowego pokoju, kiedy na kogoś wpadam i się przewracam. Przełykam łzy, bo tatuś mówi, że dzielne dziewczynki nie płaczą, a ja jestem dzielna. Unoszę wzrok i zauważam, że to mój tatuś.
Ale dlaczego jest cały czerwony?
Jego ubrania są mokre, poszarpane i czerwone, chociaż rano miał białą koszulę. Wstaję i wyciągam rękę z laurką w stronę tatusia, uśmiechając się przy tym. Moje ręce też są teraz czerwone i lepkie.
- Zrobiłam dla ciebie laurkę, tatusiu! - wołam, ale nie widzę radości na jego twarzy.
Wyrywa mi z ręki laurkę i drze ją na strzępy. Chyba mu się nie spodobała. Muszę zrobić nową, lepszą, taką, która mu się spodoba.
- Nie mów tak! Jesteś moją dziedziczką, a nie pierdolącą o niczym pustą laleczką! Jestem, kurwa mać, twoim ojcem i tylko tak masz do mnie mówić! Zrozumiałaś?
- Ale tatusiu...
Silne uderzenie o ścianę niemal pozbawia mnie przytomności. Przed oczami wirują mi czarne plamki, a po głowie cieknie coś ciepłego. Próbuję złapać oddech i powstrzymać łzy, kiedy tatuś wymierza mi kilka kopniaków w brzuszek.
- Greg! Zabijesz ją! - krzyczy mamusia i szarpie tatusia.
- To moja córka! Jeśli nie jest silna, lepiej, żeby zdechła!
Tatuś jest bardzo zły. Gdy jest bardzo zły, bierze mamusię do ich sypialni i mamusia wtedy głośno krzyczy. Nigdy nie słyszałam, żeby to tatuś krzyczał, chyba że w złości. Mamusia na dźwięk jego podniesionego głosu blednie i cofa się kilka kroków, po czym wyciąga rękę do tatusia.
- Chodź, wyładujesz frustrację w sypialni - mówi cicho, drżącym głosem. - Rozalia niczym nie zawiniła.
- Moja córka musi być silna, El. Jutro rozpocznie szkolenie.
- Ma tylko cztery lata! Nawet chłopcy rozpoczynają w wieku dziesięciu lat, a dziewczynki wcale!
- To ja jestem tutaj prawem, Eleonoro. Jeśli mówię, że moja córka rozpocznie jutro szkolenie, to tak będzie! Już i tak gadają, że jestem słaby, bo pierwsza urodziła mi się córka, a teraz śmieją się, że Rozalia nie zachowuje się, jak na córkę bossa przystało.
- Ona ma cztery lata i zachowuje się lepiej niż niejeden z synów twoich podwładnych!
- Dość, Eleonoro. Będzie tak, jak powiedziałem. Zaprowadź mnie do sypialni, masz rację, muszę odreagować.
Rozalia, osiem lat
Czemu zawsze wszystko, czego ode mnie wymagają, wiąże się z bólem? Albo ja go zadaję, albo mnie go zadają. Mam osiem lat, a czuję się, jakbym miała ze dwadzieścia. Widziałam przez te przeklęte cztery lata więcej śmierci niż niejeden dorosły przez całe swoje życie. Rozglądam się po swoim pokoju i rzucam okiem na zegarek. Jest trzecia w nocy, a ja nigdy nie budzę się o takich porach. U mnie panuje cisza, ale mam wrażenie, że słyszę zduszony jęk dochodzący z sypialni młodszego brata.
Biorę z szafki nocnej nóż i prześlizguję się tajnym przejściem pomiędzy pomieszczeniami. Ku mojemu przerażeniu zauważam faceta, który dusi mojego braciszka. Chociaż Diemjan próbuje się bronić, to nie ma żadnych szans z wielkim mężczyzną. Nie myślę o tym, co robię, tylko wyćwiczonym, przez setki godzin treningów, ruchem rzucam nóż prosto w głowę napastnika. Rozlega się dźwięk gulgotania, a po kilku sekundach facet pada, przygniatając mojego brata. Rzucam się w ich kierunku i z wysiłkiem odpycham martwe ciało, żeby dostać się do Diemjana. Mój braciszek trzęsie się jak w febrze, a w jego oczach błyszczą łzy.
Jest jedenaście miesięcy młodszy ode mnie. Ja urodziłam się w styczniu, a on w listopadzie, ale nie doświadczył okrucieństwa naszego ojca aż tak bardzo. Przede wszystkim był chłopcem, co samo w sobie cieszyło ojca, a poza tym starałam się go chronić, jak tylko mogłam.
- Już nic ci nie grozi, Dim - szepczę, tuląc brata. - Zostań tutaj, muszę zobaczyć, co się dzieje.
- Nie idź. - W jego głosie słychać rozpacz. - Tam może być ich więcej!
- Wiem, dlatego muszę iść. - Ściskam go mocniej, po czym puszczam. - Nie wychylaj się, weź nóż i zaatakuj każdego obcego, który wejdzie do pokoju, jasne?
Diemjan kiwa głową, po czym sięga po swój nóż i staje w kącie sypialni. Bierze kilka głębokich oddechów i przełyka łzy. Odwracam się plecami, po czym wyciągam ostrze z głowy martwego mężczyzny. Odpycham od siebie ten obraz, bo inaczej załamałabym się i zaczęła płakać. W duchu dziękuję ojcu, że zahartował mnie na takie widoki, po czym opuszczam pokój brata. Na korytarzu panuje cisza, ale jestem w stanie usłyszeć odgłosy walki dobiegające z dołu. Skradam się powoli, kiedy bardziej wyczuwam, niż słyszę, jakiś ruch po prawej. Błyskawicznie atakuję, ale zamieram z nożem przystawionym do gardła intruza.
- Andrei - mówię cicho, blado uśmiechając się do kuzyna.
Andrei jest synem ciotki Oksany, siostry ojca. Jest niecały miesiąc starszy ode mnie, ale szkolenie zaczął równo ze mną.
- W moim pokoju był facet, który próbował mnie zabić.
- Nie żyje? - Upewniam się, mimo że to logiczne.
- Nie - potwierdza kuzyn. - Właśnie szedłem sprawdzić, co z wami.
- Byli też u Diemjana, ale zabiłam szczura, który próbował go zamordować. Zamknęłam brata w pokoju. Nie widziałam nikogo więcej na piętrze. Powinniśmy sprawdzić, co z rodzicami.
Rodzice Andreia zatrzymali się na kilka dni w naszym pałacu.
Kuzyn nic nie odpowiada, tylko kiwa powoli głową, po czym zaczyna ostrożnie schodzić po schodach.
Skanuję otoczenie, odwracając się w nieregularnych odstępach czasu, żeby zaskoczyć ewentualnego napastnika. Góra jest czysta, więc całkiem szybko docieramy do głównego salonu wyglądającego jak po przejściu tornada. Nikogo tam nie ma, nie licząc dwóch trupów, na widok których mój kuzyn nieco się wzdryga. Ja czuję tylko chłód mocniej obejmujący moje ciało. Tak było zawsze, odkąd coraz bardziej zanurzałam się w naszym świecie. Miałam wrażenie, że chłód przenikał mnie do szpiku kości, i wiem, że dalej tak będzie, aż do momentu, gdy zamienię się w lodowatego zabójcę bez grama uczuć. Od początku zdaję sobie sprawę, że tak skończę.
Cichy jęk zdaje się dobiegać z jednego z tajnych korytarzy prowadzących do lochów pod pałacem.
- Są na dole.
- Wrogowie czy nasi? - Andrei chce znać moje przypuszczenia.
- Myślę, że nasi. Tajne korytarze są naprawdę dobrze zabezpieczone, więc nie sądzę, żeby ktoś spoza rodziny byłby w stanie je znaleźć. Ponadto wrogowie torturowaliby rodziców tutaj. Pewnie ojciec nie chciał ubrudzić tych drogich, perskich dywanów, które matka tak kocha.
Moi rodzice mają naprawdę dziwną relację. Ojciec przez większość czasu jest sadystycznym skurwielem i katuje matkę, ale szanuje niektóre jej prośby, takie jak dbanie o brak krwi w domu. Nigdy nie dowiedziałam się dlaczego, ale rzeczywiście nigdy nie torturował nikogo w salonie, chociaż to byłoby łatwiejsze niż wciąganie jeńców do lochów, a później wyciąganie trupów.
- R, A.
Za moimi plecami rozlega się cichy głos mojego brata, a ja niemal podskakuję.
Zawsze w takich sytuacjach zwracamy się do siebie tylko pierwszą literą imienia, a przynajmniej się staramy. Diemjan i ja jesteśmy ze sobą bardzo blisko i próbujemy to ukryć przed całym światem. Żadne z nas nie jest pewne, jak powinniśmy traktować Andreia, więc po prostu odzywamy się do niego z takim samym chłodem jak do siebie, kiedy nie jesteśmy sami.
- Kazałam ci zostać w pokoju - syczę, rozglądając się dookoła.
- Jeszcze jeden napastnik był w twojej sypialni.
Spoglądam na niego z niepokojem, który próbuję ukryć przed kuzynem, chociaż jestem przekonana, że coś zauważył.
- Zabiłem go, ale uznałem, że powinniście wiedzieć. Co robimy?
- Ktoś jest na dole, musimy sprawdzić, co się dzieje, i poinformować ojca.
Mój młodszy brat kiwa głową i zaciska usta w wąską kreskę.
Przybiera tę samą beznamiętną maskę, za którą sama się skrywam, choć wiem, że przychodzi mu to z dużo większym trudem niż mnie.
Ja jestem jak lód. To wszystko, przez co przechodziliśmy, powoduje, że chłód coraz mocniej ściska moje ciało. Diemjan jest jak ogień. Każda chwila, w której mrok, krew i zniszczenie coraz bardziej wkraczają w jego życie, sprawia, że zaczyna wrzeć, zupełnie jakby to lawa, a nie krew, płynęła w jego żyłach.
Nie potrafię rozgryźć Andreia, zawsze stara się zachowywać przy nas równie beznamiętnie jak dorośli, ale wiem, że za kilka lat będę znała go na wylot. Będę znała każdą jego słabość i nauczę się, jak je wykorzystać. Jest moim kuzynem, ale przede wszystkim jest mężczyzną, który może zagrozić pozycji mojego brata.
Ruszamy całą trójką na dół, schodząc bardzo ostrożnie i uważając, by nie wydać żadnego dźwięku. Andrei i ja zasłaniamy własnymi ciałami Diemjana, żeby w razie czego przyjąć za niego kulkę, ale na szczęście nie napotykamy problemów po drodze. Cichy jęk, który wcześniej usłyszałam, robi się coraz głośniejszy, aż zmienia się w ochrypły okrzyk bólu, wcześniej stłumiony przez specjalne ściany piwnicy. Napinam mięśnie, do końca nie zdając sobie sprawy z tego, że jestem gotowa na odparcie możliwego ataku. Cztery lata treningu zrobiły swoje.
Widok, który zastajemy w pierwszym lochu, wcale nie sprawia, że się rozluźniam. Kolejny trup, tym razem jeden z naszych ochroniarzy, leży z dziurą w czole. Nie wiem, czy zastrzelił go ojciec w przypływie złości, czy jednak wróg, bo obie opcje wydają mi się prawdopodobne. Posuwamy się dalej, uważając na wszystkie podejrzane cienie, ale bez problemu docieramy do drugiego lochu, z którego dochodzi żałosne wycie torturowanego człowieka, na co wyginam pogardliwie wargi. Nawet ja nie darłam się tak bardzo na początku. Teraz już nauczyłam się zachowywać ciszę. Nie pozwolić przeciwnikowi mieszać w moim umyśle.
Kiwam głową chłopakom, dyskretnie zaglądając przez szparę.
Nie jestem w stanie stwierdzić, jakie uczucia mi towarzyszą, kiedy dostrzegam ojca stojącego nad skamlącym człowiekiem, przypominającym krwawą miazgę. Uchylam szerzej drzwi i niemal natychmiast zauważam dwie lufy skierowane w moją stronę.
- Ojcze - odzywam się beznamiętnie.
- Rozalia? - W jego głosie słychać nutę zdziwienia, co podpowiada mi, jak bardzo musi być zmęczony, skoro dał się zaskoczyć. - Co tu robisz?
- Na piętrze było trzech zabójców - mówię, wchodząc do pomieszczenia, a za mną wślizgują się Diemjan i Andrei.
Ojciec marszczy brwi, przyglądając się nam. Unosi wzrok, jakby szukał jakichś dorosłych członków Bratwy, a następnie spogląda na wuja i swojego zastępcę.
- Co się z nimi stało? - pyta.
- Nie żyją. - Wzruszam ramionami, patrząc na skamlącego człowieka. Z trudem rozpoznaję chińskie rysy. - Byli w pokojach Diemjana i Andreia. Do mojego nie zdążyli dotrzeć. Coś powiedział?
- Kto ich zabił? - Ojciec ignoruje moje pytanie.
- My - odpowiadam beznamiętnie, chociaż w duchu cieszę się, widząc zszokowany wyraz twarzy ojca, który przez chwilę otwiera i zamyka usta, niczym ryba wyjęta z wody.
- Wy? - pyta wuj, spoglądając na nas z takim samym zdziwieniem jak ojciec.
- Pierwszego zabiłam ja, próbował zaatakować D. W tym samym czasie A zabił tego, który próbował zaskoczyć go we śnie. Później zeszliśmy z A na dół, a D przeszukiwał piętro, wtedy znalazł trzeciego, próbującego dostać się do mojej sypialni, i go zabił - mówię to wszystko chłodnym, beznamiętnym tonem, nieco naginając prawdę, żeby postawić brata w lepszym świetle w oczach ojca. Unoszę ciągle zabrudzony krwią nóż i wskazuję na skamlącego Chińczyka. - Powiedział coś?
- Chcieli zabić wszystkich moich dziedziców i naszą trójkę, żeby pogrążyć Bratwę w chaosie - odpowiada ojciec, ciągle patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami. - Nic więcej nie potrzebuję wiedzieć.
Jego słowa to test. Wiem o tym. Wiem, że czeka na moją reakcję.
Spoglądam na niego z niemym pytaniem i lekko kręcę nożem. Ojciec kiwa głową, cały czas uważnie mnie obserwując. Chciałabym powiedzieć, że coś czuję. Strach, podekscytowanie, cokolwiek. Zamiast tego czuję, jak chłód mocniej obejmuje moje ciało. Ale nie jest mi zimno. O nie. To ja jestem zimnem.
Bez najmniejszego wahania podchodzę do Chińczyka i podrzynam mu gardło, a ciepła krew spływa po moich dłoniach, niemal wypalając ślad na mojej skórze. Jest tak gorąca, jak ja jestem zimna. Spoglądam ojcu w oczy i po raz pierwszy od czterech lat widzę w nich nieskrywaną dumę. Ale zdaję sobie sprawę, że to dopiero początek. Teraz będzie jeszcze trudniej. Przelotnie patrzę na brata, który ma beznamiętną maskę na twarzy, ale dostrzegam szalejący w nim ogień.
- Jest ich więcej? - pyta, ale ojciec, ku mojej uldze, kręci głową.
- Dobrze się spisaliście. Idźcie się wykąpać i spać. Jutro porozmawiamy o waszym dalszym szkoleniu.
~***~
Leżę na łóżku brata z głową opartą o jego kolana. Nic nie mówimy, chociaż oboje zauważyliśmy, jak czerwoną skórę miało drugie, kiedy wyszło z łazienki. Nie cierpię gorącej wody, zazwyczaj kąpię się w letniej albo zimnej, ale za każdym razem, gdy muszę zmywać z siebie krew, używam niemal wrzątku. Zupełnie jakbym chciała ukarać samą siebie, że nie potrafię czuć czegokolwiek w związku z morderstwami czy torturami.
Gdyby ktokolwiek wiedział, że tu jestem, miałabym poważne kłopoty, ale ufam bratu bezgranicznie. Oboje potrzebujemy dzisiaj bliskości drugiej osoby. Potrzebujemy poczuć się dziećmi. Normalnym rodzeństwem.
W tle leci cicha muzyka, na tyle głośna, by zagłuszyć naszą rozmowę dla kogoś, kto chciałby nas podsłuchać, ale na tyle cicha, by nie drażnić ojca. Kiedy dobrze się sprawujemy, pozwala nam na te drobne przyjemności, czyniące nasze życie bardziej znośnym. Oczywiście nie ma bladego pojęcia, że spędzam te wieczory, a czasami nawet noce, u brata. Strasznie by się wściekł, gdyby się dowiedział.
Chyba cały czas liczy, że wkrótce skoczymy sobie do gardeł, naturalnie zaraz po tym, jak wyeliminujemy zagrożenie w postaci Andreia. Nie zamierzamy zabijać kuzyna, chyba że zacznie knuć przeciwko Diemjanowi. Nie możemy pozwolić sobie na to, by mieć takiego wroga tak blisko siebie.
Już mam zapytać o coś brata, kiedy rozlega się pukanie. Oboje natychmiast unosimy się czujnie. Błyskawicznie chwytam noże i wsuwam się pod łóżko, a Diemjan rusza do drzwi. Mamy ten manewr opanowany do perfekcji. Kilkakrotnie się zdarzało, że ktoś przychodził do pokoju brata, gdy w nim byłam.
- Andrei. - Głos Diemjana jest zimny i opanowany, zupełnie jakby kuzyn codziennie pukał do jego sypialni.
- Widziałeś może Rozalię?
Napinam się pod łóżkiem, chociaż kuzyn nie jest w stanie mnie zauważyć.
- Dlaczego miałbym ją widzieć? - Mój brat utrzymuje beznamiętny ton, choć wyczuwam, że jest zaniepokojony tak samo jak ja.
- To twoja siostra, myślałem... - Urywa. - Zresztą nieważne. Chciałem z nią porozmawiać, nie wiesz, gdzie mogę ją znaleźć?
- Po co chcesz z nią rozmawiać? - Bratu nie udaje się zamaskować podejrzliwości w głosie.
- To prywatna sprawa.
- Prywatna sprawa...
- Po prostu muszę zamienić z Rozalią kilka słów na pewien temat.
Wyłapuję w tonie kuzyna zdenerwowanie, które podpowiada mi, że się wstydzi albo boi pokazać słabość przed moim bratem.
- Wejdź - odpowiada cicho Diemjan, a ja słyszę zamykanie drzwi i ich kroki zbliżające się do łóżka. - Co wie R, wiem i ja. Zanim powiem ci, gdzie jest moja siostra, muszę wiedzieć, czego od niej chcesz.
- Nie powinienem mówić tego tobie - wzdycha Andrei.
Mój brat nic nie odpowiada, tylko czeka. W końcu kuzyn zaczyna kontynuować zrezygnowanym głosem.
- Nie radzę sobie po dzisiejszym. Dlatego nie chciałem ci mówić, jesteś przyszłym pakhanem, nie mam prawa okazywać słabości przy tobie. W ogóle nie powinienem ich mieć, jeśli chcę być wartościowy dla Bratwy.
- Jesteś odważny - podsumowuje Diemjan, a ja wyczuwam nutkę szacunku w jego głosie. - Nie każdy miałby odwagę powiedzieć mi to, co ty przed chwilą. Chcesz od R pomocy?
- Ona zawsze jest taka opanowana i beznamiętna. Zupełnie jakby to wszystko jej nie dotyczyło. Chcę się tego nauczyć.
- A gdybym powiedział ci, że ona tylko skrywa to, co myśli? Nauczyła się odpychać wszelkie emocje od siebie.
- Po prostu chcę się tego nauczyć. Mój ojciec albo twój w końcu coś zauważą. Nie mogę mieć takiej słabości.
- Rose. - Głos brata jest stanowczy.
Dostałam znak, więc bezszelestnie wysuwam się spod łóżka, będąc całkowicie gotową do obrony. Andrei rozszerza oczy w zdziwieniu, ale nie odzywa się ani słowem.
- Ja mam taką naturę - szepczę, jak zazwyczaj.
Nie lubię dużo mówić. Od niedawna to Diemjan zaczyna być naszym głosem, ja coraz więcej milczę. To daje nam kolejną przewagę, jestem postrzegana jako piękna siostra u boku brata, zanim ten nie dostanie narzeczonej. Piękna i chroniona. Całkowicie bezpieczne jest wysyłanie nas wszędzie razem. Nikt nie spodziewa się, że jestem równie niebezpieczna jak brat, o ile nie bardziej. O moim szkoleniu wie siedem osób, wliczając w to Diemjana i Andreia.
- Trening sprawił, że stałam się chłodniejsza. Dim kiedyś powiedział, że przypominam zaspę, która zmieniła się w lodowiec. To dość trafne porównanie. Ty jesteś podobny do mojego brata. Jak ognisko, które zmieniło się w wulkan. Musisz nauczyć się to kontrolować, inaczej będziesz miał wiele problemów. Niech ludzie boją się twojego gniewu. Musisz być spokojny, chować emocje, a za jakiś czas pokazać, że gdy wybucha twój gniew, jest niczym erupcja wulkanu i niszczy wszystko na swojej drodze. Wykorzystaj to, co uważasz za słabość, jako swoją siłę. Nie pozwól, by ktokolwiek myślał, że masz jakieś wyrzuty sumienia. Wiem, że nie masz, po prostu pierwsze morderstwo zmienia. W końcu przekraczasz granicę. Jeśli nie potrafisz utrzymać maski pewności siebie, pozwól, by wybuchła twoja furia. Niech się jej tak bardzo boją, że nie będą zastanawiali się nad niczym innym, bo nie będą w stanie spojrzeć ci w twarz.
- Ale co zrobić teraz? Teraz, kiedy wieczorem czuję się... - Kuzyn urywa, zupełnie jakby nie wiedział, co powiedzieć.
- Samotny? - kończę za niego, uśmiechając się smutno.
- Odarty z dzieciństwa? - podpowiada Diemjan.
- I uszkodzony - dodaje Andrei.
Brat spogląda na mnie, a ja wiem, jakim torem biegną jego myśli. Możemy go przyjąć, pomóc, związać jego życie z naszym tak blisko, jak to tylko możliwe. Ale musiałby złożyć przysięgę. Nawet teraz, mając po osiem lat, wszyscy wiemy, że przysięgi krwi to nie przelewki i raz złożonej, nie da się złamać.
- Może możemy ci pomóc - zaczyna powoli Dim.
- Ale musiałbyś złożyć przysięgę - kontynuuję za niego.
- Przysięgę krwi - kończy, jakbyśmy mieli jeden umysł.
Czasami tak właśnie się czuję. Prawie zawsze wiem, co Dim chce powiedzieć, znam jego ruchy. Uzupełniamy się doskonale, tworząc dla siebie nieocenione wsparcie. Nigdy w niego nie wątpię i on także jest pewny mnie.
- Przysięgę krwi... - powtarza Andrei i spogląda na nas z determinacją. - Czego miałaby dotyczyć?
- Lojalności. - Diemjan taksuje kuzyna wzrokiem.
- Wobec Bratwy?
- Nie. - Kręcę głową. - Wobec Dima. Ja taką złożyłam, jak tylko zrozumieliśmy, czym są przysięgi krwi. Dzisiaj miałam zamiar ją odnowić jako zabójczyni. Jak wstąpimy w szeregi Bratwy, wypowiem ją po raz trzeci.
Kuzyn przygląda nam się przez dłuższy czas, widać, że toczy wewnętrzną bitwę. Jesteśmy młodzi. Jesteśmy dziećmi. Jesteśmy zabójcami. Musimy dostosować się do otaczającego nas świata. Brutalnego, pełnego krwi i mroku. Zmuszono nas do torturowania, jeszcze zanim dobrze nauczyliśmy się chodzić. Wyciągaliśmy z ludzi informacje, gdy ledwie opanowaliśmy mówienie. Osiem lat to nic. Malutkie dziecko z punktu widzenia normalnego człowieka.
Jaką wartość ma przysięga ośmiolatka?
Taką jak honor tego, który ją składa. Patrząc na Andreia, czuję się, jakbym była co najmniej trzy razy starsza. Kuzyn spogląda na nas ze stalowym błyskiem w oczach, takim samym, jaki ma mój brat. Ściąga koszulkę przez głowę i wyjmuje swój nóż. Rozszerzam lekko oczy, zaskoczona tym, co robi. Wiem, co chce nam przekazać. Wiem, że upuszczenie sobie krwi tuż przy sercu ma wielkie znaczenie. Andrei bez wahania przeciąga ostrzem po swojej klatce piersiowej, tworząc prostą linię, z której momentalnie cieknie krew.
- Związany przez krew, przysięgam lojalność wobec ciebie, Diemjanie Sokolov, przyszły pakhanie Bratwy. Ofiaruję ci moją krew, moje ostrze i moje życie. Od teraz związany jestem swoim słowem i swoją krwią. - Pochyla głowę i podaje swój nóż mojemu bratu, rękojeścią do niego.
Diemjan przyjmuje od niego ostrze i kończy rysunek litery D na klatce piersiowej kuzyna.
- Przyjmuję twoją przysięgę, Andreiu Ivanov.
Kuzyn uśmiecha się nieznacznie na słowa mojego brata, po czym wyciera starannie broń, którą oddał mu Dim.
- Idź do łazienki, przemyj krew.
- Zaczekaj - protestuję, a obaj spoglądają na mnie, kiedy zrzucam z siebie T-shirt brata i nacinam sobie skórę przy sercu w taki sam sposób, jak Andrei przed chwilą. - Związana przez krew, przysięgam lojalność wobec ciebie, Diemjanie Sokolov, przyszły pakhanie Bratwy. Ofiaruję ci moją krew, moje ostrze i moje życie. Od teraz związana jestem swoim słowem i swoją krwią. - Pochylam głowę, oddając nóż bratu, który kończy literę D na moim ciele.
- Przyjmuję twoją przysięgę, Rozalio Sokolov.
Idziemy z kuzynem obmyć się z krwi, po czym wracamy do pokoju. Diemjan już leży rozciągnięty na łóżku. Kiedy do niego podchodzimy, wskakuję na materac bez wahania, ale Andrei spogląda niepewnie.
- Nie martw się. - Uśmiecha się lekko mój brat. - Na początku to może być trochę dziwne, ale pomoże, uwierz mi. Gdyby nie Rose, rozpadłbym się przez ostatnie miesiące. Ona zdecydowanie lepiej przystosowała się do naszego życia.
- Jesteście znacznie bliżej, niż myślałem - odpowiada, wdrapując się na łóżko, w którym mogłaby spać cała drużyna piłkarska.
- Nikt nie może domyślić się prawdy - odpowiadam cicho, jak to mam w zwyczaju. - Nawet nasi ojcowie.
- Zwłaszcza nasi ojcowie - prostuje Dim. - Uznaliby to za słabość i wykorzystali przeciwko nam. Lepiej niech myślą, że patrzymy na siebie spode łba. Dlatego też nigdy, poza tym pokojem, nie używamy zdrobnień, jedynie pełnych imion, a najczęściej po prostu pierwszych liter. Tak przy okazji, możesz mówić na mnie Dim.
- Rose. - Uśmiecham się lekko, splatając palce lewej dłoni z bratem, a prawej z kuzynem.
- Andy. - Jego głos jest niepewny, ale słychać w nim coś na kształt ulgi. - Nikt tak jeszcze do mnie nie mówił, ale miałem nadzieję, że kiedyś będzie taka chwila.
- Teraz jest nas troje - podsumowuje Dim. - Ty, ja i Rose przeciwko światu. Na zawsze.