Lodowata noc - Kamilla Oresvärd

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Za kilka go­dzin słońce miało się wznieść po­nad ośnie­żone wierz­chołki świer­ków Hal­le­bergu, te­raz jed­nak mała spo­łecz­ność u pod­nóża góry na­dal tkwiła w mroź­nym uści­sku mroku.

Mar­tin Lunde zo­sta­wił sa­mo­chód na par­kingu i ru­szył w stronę za­mar­z­nię­tego ką­pie­li­ska w za­toce w Nord­kro­ken. Wiatr ci­cho szu­miał w ko­ro­nach drzew, a śnieg skrzy­piał pod cięż­kimi bu­tami męż­czy­zny. Mar­tin po­pra­wił ple­cak K?n­ken ze sprzę­tem węd­kar­skim i włą­czył la­tarkę, którą trzy­mał w dłoni. Coś za­bły­sło w za­spie znaj­du­ją­cej się tuż przed nim, więc po­świe­cił w tym kie­runku. W śniegu le­żały po­roz­rzu­cane puszki po pi­wie i pu­sta bu­telka po ja­kimś moc­niej­szym al­ko­holu. Ka­wa­łek da­lej ktoś zo­sta­wił nie­bie­ską kurtkę, a przy sku­tym lo­dem brzegu Mar­tin do­strzegł ślady ogni­ska. Sa­dza po­kry­wała biały, czy­sty śnieg czar­nym na­lo­tem.

Mar­tin przy­spie­szył kroku, by od­da­lić się od po­zo­sta­ło­ści po noc­nej im­pre­zie. Spoj­rzał na par­king i w pierw­szej chwili się za­wa­hał. Nie chciał się na­tknąć na wła­ści­cieli sto­ją­cych tam sa­mo­cho­dów. Na­le­żały do bandy zbi­rów lu­bią­cych za­ba­wiać się kosz­tem in­nych. W szkole śred­niej Mar­tin nie­jed­no­krot­nie by­wał obiek­tem ich drwin. Pod­cią­ga­nie wy­soko maj­tek, wsa­dza­nie głowy do to­a­lety, ude­rza­nie zwi­nię­tym ręcz­ni­kiem pod prysz­ni­cem po lek­cji WF. Nie­które z form drę­cze­nia były prze­wi­dy­walne, inne bar­dziej po­my­słowe. Mar­tin i jego nie­liczni kum­ple wie­dzieli, że to ich nie omi­nie, nie umieli jed­nak prze­wi­dzieć, w któ­rym mo­men­cie i w jaki spo­sób będą się nad nimi znę­cać. Przez te wy­ra­fi­no­wane me­tody gnę­bie­nia żyli w cią­głej nie­pew­no­ści. Od tam­tej pory upły­nęło wiele lat, Mar­tin się od nich od­ciął i po­dą­żył swoją drogą, oni na­to­miast utknęli w miej­scu. W wieku dwu­dzie­stu trzech lat wciąż nę­kali in­nych.

Mar­tin chciał unik­nąć spo­tka­nia z nimi i w za­sa­dzie ist­niało bar­dzo małe ry­zyko, że kto­kol­wiek obu­dzi się tak wcze­śnie po noc­nym czu­wa­niu w wi­gi­lię dnia Świę­tej Łu­cji. Pod­czas gdy im­pre­zo­wi­cze od­sy­piali kaca, Lunde miał mnó­stwo czasu, by do­trzeć do prze­rę­bla i wy­jąć płotki z sieci, po­tem zaś, nim wzej­dzie słońce, bę­dzie już da­leko w miej­scu, gdzie łowi się mię­tusy.

Mi­nął duży na­miot i wy­szedł na lód, ale zbli­ża­jąc się do prze­rę­bla, od­czu­wał co­raz więk­szy nie­po­kój. Ro­zej­rzał się, miał wra­że­nie, że ktoś go ob­ser­wuje. Przez chwilę zda­wało mu się, że sły­szy szept nio­sący się po za­mar­z­nię­tym je­zio­rze. Po­czuł zimny dreszcz. Sta­nął i się od­wró­cił, ale ni­kogo nie wi­dział. Wzdry­gnął się, kiedy czarny kruk prze­le­ciał po ciem­nym nie­bie, gło­śno i zło­wiesz­czo kra­cząc. Ile­kroć wi­dział te pta­szy­ska, nie mógł się na­dzi­wić, że są tak wiel­kie. Spoj­rzał w stronę na­miotu, po czym ru­szył da­lej po lo­dzie, nie mo­gąc się po­zbyć nie­kom­for­to­wego uczu­cia.

W od­dali do­strzegł czer­woną boję, którą wcze­śniej wło­żył do prze­rę­bla, by ozna­czyć jego po­ło­że­nie. Te­raz le­żała na lo­dzie. Za­klął pod no­sem. Ktoś mu­siał tu być i moż­liwe, że na­wet znisz­czył wię­cierz po­ło­wowy, i cała jego ciężka praca pój­dzie na marne. Na lo­dzie le­żało coś jesz­cze, mały czer­wony to­bo­łek. Mar­tin zmru­żył oczy, by le­piej się temu przyj­rzeć. Wy­glą­dało jak ple­cak.

Szyb­kim kro­kiem ru­szył przed sie­bie, aż sta­nął nad pro­sto­kąt­nym otwo­rem o ostrych kra­wę­dziach. Nie zwa­ża­jąc na ple­cak, wpa­try­wał się w czerń wody, któ­rej po­wierzch­nię zna­czyły drobne fale za­miast cien­kiej war­stwy lodu. Mroźne po­wie­trze szczy­pało Mar­tina w po­liczki, gdy po­chy­lił się i za­brał za wy­cią­ga­nie cien­kiego łań­cu­cha. Wes­tchnął z ulgą, czu­jąc opór, wię­cierz był na miej­scu. Coś się jed­nak nie zga­dzało. Siatka wy­da­wała się za ciężka, jakby znaj­do­wało się w niej coś wię­cej niż tylko małe pło­cie. Być może za­plą­tał się w nim ja­kiś szczu­pak, albo i dwa, cza­sem się to zda­rza.

Kiedy wy­cią­gał wię­cierz na po­wierzch­nię, woda chla­pała na lód i jego buty. Miał za­czer­wie­nione od mrozu i wy­siłku po­liczki, palce u rąk mu drę­twiały. Ostat­nie szarp­nię­cie i siatka po­winna zna­leźć się na lo­dzie. Na­gle za­marł. Coś było pod sie­cią. Wi­dział kon­tury cze­goś du­żego i ja­snego. Nad jego głową znów za­kra­kał kruk. Mar­tin usi­ło­wał zi­gno­ro­wać gulę nie­po­koju dła­wiącą go w gar­dle i po­chy­lił się nad prze­rę­blem, mru­żąc oczy. Się­gnął po la­tarkę i po­świe­cił w czarną wodę. Po­mię­dzy sre­brzy­stymi pło­ciami coś, co pły­wało pod spodem, na­bie­rało wy­raź­niej­szych kształ­tów. Nie był to szczu­pak, ale coś in­nego, dużo więk­szego. Na­gle Mar­tin zro­zu­miał i wstrzy­mał od­dech. Z bla­dej twa­rzy wpa­try­wały się w niego za­mar­z­nięte oczy.

Roz­dział 1

Jest czwart­kowe po­po­łu­dnie, wi­gi­lia dnia Świę­tej Łu­cji. Za­pach cy­na­monu i świe­żych wy­pie­ków mie­sza się z wo­nią hia­cyn­tów i man­da­ry­nek. Z gło­śnika pły­nie świą­teczna mu­zyka, tym­cza­sem Mona Schil­ler, nu­cąc pod no­sem, za­gniata cie­płe, pu­szy­ste cia­sto na mar­mu­ro­wym bla­cie.

- Jed­nak pie­czesz?

Po­grą­żona w my­ślach Mona wzdryga się na dźwięk głosu, który roz­legł się tak nie­spo­dzie­wa­nie. Za­nim udaje jej się coś po­wie­dzieć, wi­dzi rękę od­ry­wa­jącą ka­wa­łe­czek cia­sta.

- Wy­star­czy chyba dla ca­łego Var­gön - kon­ty­nu­uje Hedda, wkła­da­jąc grudkę do ust i wę­dru­jąc wzro­kiem po bla­cie ku­chen­nym, na któ­rym leżą dwa ka­wałki sza­fra­no­wo­żół­tego, droż­dżo­wego cia­sta oraz stosy świeżo upie­czo­nych zło­ci­stych bu­łe­czek.

- Za parę go­dzin za­wożę to wszystko do domu opieki z oka­zji dnia Świę­tej Łu­cji, my­ślę, że po­winno wy­star­czyć. Le­piej za dużo niż za mało.

Hedda kiwa głową i od­gar­nia do tyłu dłu­gie, ciemne włosy. Przez chwilę wpa­truje się w Monę wiel­kimi oczami, po czym szybko spusz­cza wzrok, co w prze­ko­na­niu Mony ozna­cza, że Heddę coś trapi, choć nie chce o tym mó­wić.

Ich drogi skrzy­żo­wały się prze­szło pół­tora roku wcze­śniej, kiedy Mona pra­co­wała nad sprawą pew­nego mor­der­stwa, a ta młoda ko­bieta sta­nęła pod drzwiami jej domu. Od pierw­szej chwili czuła, że jest w niej coś wy­jąt­ko­wego. Ja­kiś czas póź­niej Hedda ura­to­wała jej ży­cie i Mona po­zwo­liła dziew­czy­nie wpro­wa­dzić się do willi Björ­k?s. Hedda stu­diuje Mię­dzy­na­ro­dowe Sto­sunki Go­spo­dar­cze w Wyż­szej Szkole Väst i ma­rzy, by w przy­szło­ści zo­stać dy­plo­matką. W za­mian za za­kwa­te­ro­wa­nie po­maga Mo­nie w kan­ce­la­rii praw­nej i oka­zało się, że stwo­rzyły zna­ko­mity ze­spół. Pra­co­wały nad roz­wią­zy­wa­niem spraw mor­derstw i za­gi­nięć.

Sy­no­wie Mony, An­ton i Wil­liam, a wła­ści­wie przede wszyst­kim An­ton, na­zy­wają Heddę jed­nym z mamy "pro­jek­tów". Mona nie prze­pada za tym wy­ra­że­niem, uważa, że brzmi pro­tek­cjo­nal­nie, choć przy­znaje, że jest w tym tro­chę prawdy. Lubi po­ma­gać lu­dziom roz­wi­jać po­ten­cjał i jej zda­niem Hedda, przy od­po­wied­nim wspar­ciu, może zajść bar­dzo da­leko.

Z cza­sem Hedda stała się dla Mony kimś wię­cej niż ko­le­żanką z pracy, wręcz bli­ską przy­ja­ciółką Mona trak­tuje ją nie­mal jak córkę, ale daje jej także po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, co było pierw­szym po­wo­dem, dla któ­rego po­zwo­liła jej się wpro­wa­dzić. W tam­tym cza­sie jej sa­mej gro­ziło nie­bez­pie­czeń­stwo i ta sy­tu­acja się nie zmie­niła.

- Je­śli chcesz, mo­żesz mi po­móc - mówi, przy­kry­wa­jąc cia­sto ście­reczką.

- Co mam ro­bić? - pyta Hedda, pod­wi­ja­jąc rę­kawy o wiele za du­żej czar­nej bluzy z kap­tu­rem.

- Zdej­mij bu­łeczki z bla­chy i odłóż je na kratkę do osty­gnię­cia, a po­tem zaj­miemy się resztą cia­sta.

Hedda kiwa głową, wpraw­nym ru­chem zbiera ciemne włosy do góry i zwią­zuje je w kok gumką, którą ma na nad­garstku. Wtedy do kuchni wcho­dzi Coco. Mała suczka rasy mie­sza­nej o bursz­ty­no­wej sier­ści staje na środku, ziewa sze­roko i się prze­ciąga. Pew­nie wcze­śniej le­żała gdzieś zwi­nięta w kłę­bek, ale za­cie­ka­wiły ją ich głosy. Coco nie chce ry­zy­ko­wać, że omi­nie ją coś eks­cy­tu­ją­cego, a już na pewno nie może prze­ga­pić ja­kie­goś pysz­nego ką­ska.

Mona i Hedda wra­cają do przy­go­to­wy­wa­nia wy­pie­ków. Ich po­liczki po­kry­wają się ru­mień­cami od cie­pła roz­grza­nego pie­kar­nika. Pies kręci się wo­kół ich stóp, stu­ka­jąc o drew­nianą pod­łogę, a Mona śpiewa pio­senkę o dziecku, które wi­działo mamę ca­łu­jącą mi­ko­łaja. Za oknem pada śnieg, a cie­nie gęst­nieją nad ci­chym zi­mo­wym kra­jo­bra­zem. W oknach mi­go­czą świa­tła gwiazd ad­wen­to­wych. Za­pa­lona na scho­dach la­tar­nia rzuca mi­go­tliwy blask na oszro­nioną ścianę, two­rząc w ciem­no­ści ta­niec roz­bry­ka­nych cieni.

W chwili gdy Mona już ma od­wró­cić głowę i po­wie­dzieć Hed­dzie, by nie za­po­mniała o ro­dzyn­kach, coś za oknem, w parku przy­kuwa jej uwagę. Ja­kiś ruch. Mona za­styga, zbliża twarz do szyby i wy­gląda na ze­wnątrz. Ktoś tam jest. Bar­dziej to czuje, niż wi­dzi. Na­gle szara, ku­dłata po­stać od­rywa się od drzew i idzie po śniegu. Staje, jej żółte oczy błysz­czą w ciem­no­ści. Po chwili zni­kają.

Mona drży, ale ko­bieta szybko się otrząsa. Nie świ­ruj, my­śli. To tylko świa­tło płata fi­gle. A może rze­czy­wi­ście wi­działa wilka?

Roz­dział 2

Tym­cza­sem pięć ki­lo­me­trów da­lej Se­ba­stian Ber­man wstaje z łóżka. Stąpa po pod­ło­dze na ze­sztyw­nia­łych no­gach. Tkane dy­wa­niki pod jego sto­pami są brudne i znisz­czone, tak jak grube weł­niane skar­pety, które ma na so­bie. Jest zimno i ciemno. Od czte­rech dni w cha­cie nie ma prądu, bo Se­ba­stian nie za­pła­cił ra­chunku.

Je­dyne świa­tło pada ze sta­rej lampy naf­to­wej. Pod­nosi ją za uchwyt na wy­so­kość klatki pier­sio­wej. Lampa rzuca złoty blask, ale jej świa­tło nie do­ciera do wszyst­kich za­ka­mar­ków, gdzie czy­hają cie­nie po­ru­sza­jące się w rytm kro­ków Se­ba­stiana.

Pod oknem stoi szafka, ma tyle lat co on. Nie­gdyś ja­sno­nie­bie­ska, z upły­wem czasu wy­bla­kła i zma­to­wiała. Se­ba­stian od­sta­wia lampę. Chwyta za ob­dra­paną gałkę i otwiera drzwiczki. Ci­szę roz­dziera gło­śne skrzy­pie­nie. Na wy­gię­tych pół­kach stoją kon­serwy, które po­winny mu wy­star­czyć na co naj­mniej dwa ty­go­dnie. Dra­pie się po skoł­tu­nio­nej, si­wej bro­dzie. Je­śli mą­drze to roz­pla­nuje, może wy­star­czą na­wet na trzy. Po­tem bę­dzie mu­siał wyjść do lu­dzi. Ta myśl go drę­czy, pró­buje ją od­pę­dzić. Chce za­trzeć w pa­mięci te wszyst­kie szepty czy splu­nię­cia na jego wi­dok.

Wyj­muje zimną me­ta­lową puszkę, jed­nym szyb­kim ru­chem ją otwiera i umiesz­cza kon­serwę bez­po­śred­nio na że­liw­nym piecu. Kiedy wrzuca dwa po­lana do pa­le­ni­ska, sły­chać trzask su­chego drewna, które szybko zaj­muje się ogniem. Se­ba­stian wy­ciąga ręce w stronę cie­pła. Po­ru­sza ze­sztyw­nia­łymi pal­cami, a one po­woli się roz­luź­niają. Piec speł­nia swoje za­da­nie, lecz kiedy jest na­prawdę zimno, tak jak te­raz, chłód prze­nika do wnę­trza domu, two­rząc lo­dowe kwiaty na drew­nia­nych ścia­nach.

Gdy kon­serwa na­grzewa się na pły­cie ku­chen­nej, chatę wy­peł­nia za­pach ryb. Se­ba­stian wkłada pa­lec do puszki. Bu­lion jest w miarę cie­pły, więc ściąga kon­serwę z ku­chenki i siada na kra­wę­dzi łóżka. Wyj­muje wi­de­lec, który we­tknął w szparę mię­dzy de­skami w ścia­nie, i na­bija na niego sza­ro­biały rybny pul­pet, po czym wkłada go do ust.

Me­cha­nicz­nie prze­żuwa po­si­łek, ni­jaki, bez smaku. Jed­nak nie dla­tego je, żeby mu sma­ko­wało, tylko po to, by się po­ży­wić i prze­trwać. Nie­ważne, czy to pul­pety rybne, czy karma dla psów, nie ma to dla niego naj­mniej­szego zna­cze­nia.

Z peł­nym żo­łąd­kiem ła­twiej za­snąć. Cza­sami Se­ba­stian chciałby ni­gdy się nie obu­dzić. I tak się sta­nie, gdy na­dej­dzie wła­ściwa pora i gdy wy­kona swoje za­da­nie.

Po prze­łknię­ciu ostat­niego pul­peta zbliża puszkę do ust i wy­pija resztki let­niego bu­lionu. Kilka kro­pel spada mu na brodę. Ociera ją wierz­chem dłoni, a na­stęp­nie rękę o spodnie. Ob­li­zuje wargi i rzuca pu­stą puszkę w naj­ciem­niej­szy kąt. Sły­chać stuk me­talu ude­rza­ją­cego o me­tal, po czym roz­lega się grze­chot prze­su­wa­ją­cych się pu­stych pu­szek. I za­pada ci­sza.

Se­ba­stian kła­dzie się w łóżku na ple­cach i za­myka czer­wone, pie­kące od dymu oczy. Przez słabo wy­pchany ma­te­rac i twardą ramę bolą go plecy. Czeka, ale sen nie nad­cho­dzi. Prze­wraca się nie­spo­koj­nie, prze­śla­do­wany wspo­mnie­niami.

Na­gle coś sły­szy. Czuje na­pię­cie w ca­łym ciele. Siada wy­pro­sto­wany na kra­wę­dzi po­sła­nia, z sze­roko otwar­tymi oczami. Dźwięk do­cho­dzący z ze­wnątrz nie pa­suje do tego miej­sca. To nie wiatr szu­miący w ko­ro­nach drzew. To ci­chy, le­dwo sły­szalny świst, po któ­rym na­stę­puje de­li­katne szu­ra­nie, jakby ktoś cią­gnął coś po śniegu. Po­tem za­pada ci­sza. Se­ba­stian wie, co to ozna­cza.

Roz­dział 3

Le­dwo Mona otrzą­snęła się po tym, co zo­ba­czyła za oknem i co wzbu­dziło jej nie­po­kój, kiedy do kuchni wcho­dzi Wille. Nie, to nie mógł być wilk. Kła­dzie ostat­nią por­cję cia­sta na bla­cie i wita młod­szego syna przy­ja­znym uśmie­chem. Za chło­pa­kiem wije się Coco, któ­rej trudno opa­no­wać ra­dość, w końcu zja­wił się tu jej ulu­biony czło­wiek. Gdy tylko Wille pod­je­chał pod dom, Coco po­bie­gła do holu, by go po­wi­tać. Uwiel­bia go.

- Cześć, mamo. - Wille i schyla się, by przy­tu­lić Monę, nie przej­mu­jąc się jej ubru­dzo­nymi od mąki rę­kami. - Cześć - do­daje do Heddy.

Dziew­czyna sie­dzi przy stole, a przed nią leży bla­cha do po­łowy za­peł­niona bu­łecz­kami. Wi­dać błysk w jej oczach, gdy po­syła mu ca­łusa na po­wi­ta­nie. To spoj­rze­nie nie umyka uwa­dze Mony. Jej młod­szy syn ma w so­bie nie­zwy­kły ma­gne­tyzm, siłę, która przy­ciąga wszyst­kich, nie­za­leż­nie od tego, czy jest się psem, ko­bietą w śred­nim wieku czy sta­rusz­kiem. Czy też na przy­kład młodą, piękną ko­bietą. Wille miał ich wiele, ale mię­dzy nim a Heddą dzieje się coś wy­jąt­ko­wego. Mona od dawna to prze­czuwa. Tyle że z ja­kie­goś po­wodu im nie wy­cho­dzi. Nie wie dla­czego, bo prze­cież żadne z nich nie jest spe­cjal­nie nie­śmiałe. Mona wie­lo­krot­nie za­mie­rzała coś z tym zro­bić, w ostat­niej chwili się po­wstrzy­my­wała, co było do niej nie­po­dobne. Zwy­kle po­ciąga za sznurki, by mieć pew­ność, że wszystko po­to­czy się zgod­nie z jej ocze­ki­wa­niami, ale aku­rat w tę sprawę nie chce in­ge­ro­wać.

- Pie­czemy - oznaj­mia Hedda, od­ry­wa­jąc ka­wa­łek cia­sta i rzu­ca­jąc nim w Wil­lego.

Chło­pak w ła­two­ścią ła­pie go jedną ręką, tym­cza­sem Mona prze­nosi wzrok na ręce syna. Jak za­wsze przy­gnę­bia ją wi­dok jego okrop­nych ta­tu­aży. Może jest sta­ro­świecka, w tych cza­sach więk­szość lu­dzi ma ta­tu­aże, ale Wil­lego wy­glą­dają pa­skud­nie, jakby małe dziecko po­ba­zgrało go pi­sa­kiem.

- Po­mo­żesz nam? - pro­po­nuje Hedda.

- Z przy­jem­no­ścią - od­po­wiada Wille.

Mona wyj­muje z szafki bu­telkę glöggu i ją od­kręca. Roz­lega się bul­go­ta­nie na­poju wle­wa­nego do ron­dla, który sta­wia na ku­chence. Robi jej się cie­pło na sercu, kiedy sły­szy od­głosy luź­nej roz­mowy i śmie­chu za ple­cami. Gdyby tak obaj jej sy­no­wie po­tra­fili ze sobą prze­by­wać w ten spo­sób. Star­szy brat Wil­lego, An­ton, jest jed­nym z nie­wielu, któ­rych chło­pak nie ocza­ro­wał. Wiele czyn­ni­ków utrud­nia ich re­la­cje. Nie cho­dzi wy­łącz­nie o to, że An­ton jest po­li­cjan­tem, a Wille ba­lan­suje na gra­nicy prawa, a cza­sem na­wet ją prze­kra­cza. Mają też zu­peł­nie od­mienne oso­bo­wo­ści. An­ton jest obo­wiąz­kowy, po­wścią­gliwy i przy­tło­czony ży­ciem, w prze­ci­wień­stwie do bez­tro­skiego Wil­lego, który za­wsze ja­koś wy­cho­dzi na swoje. Mona zdaje so­bie sprawę, że do­ra­sta­nie u boku brata nie było dla An­tona ła­twe.

Ogar­nia ją po­czu­cie winy. Matka nie wy­jeż­dża za gra­nicę, zo­sta­wia­jąc swoje na­sto­let­nie dzieci, tak jak ona to zro­biła. Choć Pe­ter świet­nie opie­ko­wał się sy­nami, Mona za­wsze bę­dzie się za­sta­na­wiać, jak po­to­czy­łyby się ich losy, gdyby nie wy­je­chała.

Gło­śny śmiech przy­wo­łuje ją z po­wro­tem do te­raź­niej­szo­ści. Kręci głową, na­prawdę musi prze­stać to roz­trzą­sać, to nic nie zmieni. Jest jak jest, ta­kich do­ko­nała wy­bo­rów, te­raz musi pa­trzeć w przy­szłość.

Zdej­muje ron­del z płyty ku­chen­nej i roz­lewa do ma­łych kub­ków aro­ma­tyczny na­pój, po czym pod­cho­dzi z nimi do stołu.

- Dzięki. - Wille bie­rze glögg od Mony i upija łyk. - Zna­leź­li­śmy ślady wilka - do­daje, od­sta­wia­jąc ku­bek.

Monę prze­cho­dzi dreszcz. Za­tem mu­siała jed­nak wi­dzieć wilka.

- Czy to ten sam, który przy­cho­dził tu w po­przed­nich la­tach? - pyta.

- Nie wiem. Na pewno to ol­brzym. Nikt go nie wi­dział, a więk­szość śla­dów jest za­sy­pana śnie­giem, ale zna­leź­li­śmy kilka w tu­nelu. Wiel­kie łapy. - Wille kręci głową i robi po­ważną minę. - Ogromne. Nie są­dzę, żeby coś mógł wam zro­bić, ale uwa­żaj­cie na sie­bie.

Roz­dział 4

Se­ba­stian stoi przy oknie i pa­trzy przez brudną szybę swej ma­łej chaty. Na ze­wnątrz pa­nuje cał­ko­wita ciem­ność. Nikt poza nim nie po­wi­nien się tu za­pusz­czać, dla­tego wła­dze gminy nie za­in­we­sto­wały w oświe­tle­nie. Nie mogą so­bie po­zwo­lić na wy­da­wa­nie pie­nię­dzy tylko ze względu na nie­pro­szone wi­zyty w tym miej­scu. Wszy­scy udają, że nie wie­dzą, że ta­kie się zda­rzają, choć prawda jest taka, że obec­nie dzie­ciaki rza­dziej tu przy­cho­dzą. Se­ba­stian się po­chyla i do­strzega za­rys sa­mo­chodu, który za­trzy­mał się na skraju lasu z wy­łą­czo­nymi re­flek­to­rami. Stoi tam i czyha.

Swego czasu Se­ba­stian, mie­rzący pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu, był wy­spor­to­wa­nym ho­ke­istą, miał twarde jak skała mię­śnie i godną po­zaz­drosz­cze­nia kon­dy­cję. Nie­wiele jed­nak zo­stało z jego spor­to­wej syl­wetki. Na­dal wpraw­dzie wy­ka­zuje się wy­trwa­ło­ścią i har­tem du­cha, ale skóra na ra­mio­nach od lat mu zwisa, a re­fleks go za­wo­dzi.

Dwie zgięte w pół ciemne syl­wetki prze­dzie­rają się przez śnieg. Wresz­cie coś w nim się bu­dzi, coś, co długo po­zo­sta­wało uśpione. Roz­pala się w nim wola walki i zwy­cię­stwa. Głę­boko w piersi wy­bu­cha iskra. Żar wy­peł­nia jego wnę­trze, a świat wo­kół to­nie w krwi­stej czer­wieni. Jest nie­mal jak za daw­nych cza­sów.

Se­ba­stian wie, że musi ich ubiec. Od­wraca się i pę­dzi w stronę drzwi, wkłada cięż­kie, zi­mowe buty, zgar­nia czapkę ze stołu i na­ciąga ją na głowę. Zdej­muje stary, po­pla­miony płaszcz z ha­czyka, wkłada ręce w rę­kawy i za­pina gu­ziki na brzu­chu i klatce pier­sio­wej. Na­stęp­nie sięga po kij oparty o ścianę i za­ci­ska dłoń na twar­dym drew­nie. Te­raz jest go­towy.

Lekko na­ci­ska klamkę, po czym bie­rze za­mach i ko­pie w drzwi, które gwał­tow­nie się otwie­rają i z hu­kiem ude­rzają o ścianę, z ta­kim im­pe­tem, że trzę­sie się cała chata. Gdy wy­cho­dzi na ga­nek, ude­rza go chłód. Jest ci­cho, drzewa szu­mią, a wi­ru­jące na wie­trze płatki śniegu przy­kle­jają się do twa­rzy, utrud­nia­jąc mu wi­dze­nie. Se­ba­stian od­dy­cha, płytko, ner­wowo, ale stoi zu­peł­nie nie­ru­chomo, wsłu­chu­jąc się w ciem­ność. W końcu sły­szy ci­chy szmer.

To sy­gnał, na który cze­kał. Obu­rącz ści­ska mocno kij i zrywa się w kie­runku źró­dła dźwięku. Po­tyka się, ale od­zy­skuje rów­no­wagę. Ciemne syl­wetki wi­dać co­raz wy­raź­niej. Se­ba­stian wy­daje z sie­bie ryk wście­kło­ści. Bu­zuje w nim ad­re­na­lina. Od­dy­cha ciężko, serce wali mu w pier­siach, pod­nosi kij i ude­rza. Tra­fia w cel, a wtedy po­tężny wstrząs prze­cho­dzi przez jego ra­miona i barki. Wie, że tra­fił, ma co do tego taką samą pew­ność, którą czuł za młodu, kiedy wie­dział, że krą­żek wpad­nie do bramki.

Roz­dział 5

W oknie ko­mi­sa­riatu w Trol­l­hät­tan pali się sied­mio­ra­mienny elek­tryczny świecz­nik. In­spek­tor An­ton Asplund siada przy biurku. Ma za sobą długi i in­ten­sywny dzień, cze­kało go jesz­cze mnó­stwo spraw ad­mi­ni­stra­cyj­nych do za­ła­twie­nia, ale nie za­mie­rza pra­co­wać z pu­stym żo­łąd­kiem. Jest już szó­sta i może uda mu się wyjść z pracy za go­dzinę.

Roz­wią­zuje śnie­gowce w roz­mia­rze czter­dzie­ści sześć i od­sta­wia na bok. Na­stęp­nie wyj­muje z szu­flady biurka za­wi­niątko i ostroż­nie roz­wija sze­lesz­czący pa­pier, któ­rym owi­nięte są ka­napki z do­mo­wego pie­czywa na za­kwa­sie z se­rem i cien­kimi pla­ster­kami czer­wo­nej pa­pryki.

Bie­rze do ust kęs pierw­szej kromki. Prze­żuwa twardy chleb, po­ru­sza­jąc pal­cami u stóp, które w końcu mogą ode­tchnąć po ca­łym dniu w bu­tach. Wpa­truje się w stertę kar­tek świą­tecz­nych na biurku. Z roku na rok jest ich co­raz mniej, bo­wiem od­ręcz­nie pi­sane ży­cze­nia zo­stały za­stą­pione bez­oso­bo­wymi ma­ilami. Wła­śnie dla­tego An­ton ceni swoją ko­lek­cję. Część z nich to kartki z po­dzię­ko­wa­niami od osób, któ­rym po­mógł w trak­cie służby, inne to ży­cze­nia świą­teczne od daw­nych współ­pra­cow­ni­ków i lu­dzi po­zna­nych dzięki pracy. Każda kartka w tym sto­sie sym­bo­li­zuje szcze­gólny wy­raz sza­cunku, który An­ton za­wsze stara się od­wza­jem­nić.

- An­ton!

In­spek­tor wy­rywa się z za­my­śle­nia i pod­nosi wzrok. W drzwiach stoi jego ko­le­żanka Bo­dil Thu­lin.

- Znowu bu­jasz w ob­ło­kach? - pyta, prze­su­wa­jąc ję­zy­kiem duży ka­wa­łek snusu, który znie­kształ­cał górną wargę. Jej sa­mo­dziel­nie przy­cięte włosy ster­czą ni­czym kol­cza­sty krzew agre­stu zimą. Ma na so­bie zme­cha­coną po­ma­rań­czową kurtkę z po­laru, którą wy­ciąga z szafy każ­dej je­sieni.

- Nie - od­po­wiada An­ton. - By­łem głodny i mu­sia­łem coś zjeść.

- Aha. - Bo­dil po­pra­wia oku­lary, spo­glą­da­jąc ła­ko­mym wzro­kiem na jego ka­napki. - Do­sta­li­śmy zgło­sze­nie o na­pa­ści.

- Czy nie może się tym za­jąć wy­dział pre­wen­cji? - dziwi się An­ton.

- Tak, oni się tym zaj­mują, ale chcą, że­by­śmy przy­je­chali.

- Dla­czego? - pyta za­sko­czony in­spek­tor.

- To się wy­da­rzyło u Se­ba­stiana Ber­mana.

- Ro­zu­miem. - An­ton marsz­czy brwi. - Czyli w Nord­kro­ken?

Do­brze wie, gdzie znaj­duje się dom Se­ba­stiana, sam mieszka rap­tem kilka ki­lo­me­trów da­lej. Z po­czątku po­dej­rze­wał, że na­paść miała miej­sce w ob­sza­rze wy­so­kiej prze­stęp­czo­ści, jak Trol­l­hät­tan czy Väners­borg, a nie w Var­gön czy Nord­kro­ken. Je­śli na­to­miast coś ta­kiego dzieje się tu, w oko­licy, można za­ło­żyć, że cho­dzi o Se­ba­stiana. Le­piej trzy­mać się od tego typa z da­leka.

An­ton go nie zna, ni­gdy na­wet z nim nie roz­ma­wiał, ale wszy­scy wie­dzą, kim jest, od lat krążą o nim różne hi­sto­rie. Mówi się, że był obie­cu­ją­cym ho­ke­istą, który mógł osią­gnąć suk­ces, lecz po­tem za­bił młodą dziew­czynę. Wy­da­rzyło się to przed trzy­dzie­stu pię­ciu laty. Ska­zano go na do­ży­wo­cie, jed­nak zmniej­szono wy­rok do dwu­dzie­stu czte­rech lat i jak to zwy­kle bywa, po od­by­ciu dwóch trze­cich kary, zo­stał zwol­niony.

Przed pięt­na­stu laty wró­cił w ro­dzinne strony, do Var­gön. Wszy­scy uwa­żali, że to dziwne, po­nie­waż nie był tam mile wi­dziany. Nie mó­wiąc o tym, że nie uwolni się od prze­szło­ści, w oczach miej­sco­wych za­wsze bę­dzie mor­dercą. Poza tym on na­wet nie pró­buje za­cho­wać po­zo­rów. Jest sta­rym zrzędą, a jesz­cze za­trzy­my­wano go za za­kłó­ca­nie po­rządku pu­blicz­nego oraz drobne na­pa­ści. A te­raz znowu coś.

- Na­dal nie ro­zu­miem, dla­czego mu­simy tam je­chać - za­sta­na­wia się An­ton, ale się schyla, by wło­żyć buty.

- Tym ra­zem cho­dzi o wy­jąt­kowo bru­talną na­paść - wy­ja­śnia Bo­dil. - Jesz­cze nie wia­domo, jak po­ważna jest sy­tu­acja, wiemy tylko, że ranny zo­stał młody męż­czy­zna i we­zwano ka­retkę. Nie mamy ja­sno­ści, ja­kiej broni użył Se­ba­stian, naj­wy­raź­niej ude­rzył chło­paka ja­kimś pierw­szym lep­szym przed­mio­tem.

An­ton ściąga brwi z dez­apro­batą. W ostat­nich la­tach uci­chło wo­kół Se­ba­stiana. Wi­duje tę nie­chlujną po­stać od czasu do czasu, ale Ber­man prze­waż­nie trzyma się z dala od in­nych. Po tym wy­da­rze­niu znów pod­niosą się głosy, że po­wi­nien opu­ścić Var­gön.

- Pa­trol już jest na miej­scu, ale fa­cet nie chce ni­kogo wpu­ścić. Nasi mó­wią, że le­piej bę­dzie, je­śli po­je­dziemy tam nie­ozna­ko­wa­nym sa­mo­cho­dem, a ra­dio­wozy się od­dalą. Se­ba­stian nie lubi po­li­cjan­tów, choć ty zwy­kle po­tra­fisz prze­mó­wić lu­dziom do roz­sądku.

- Hm... - An­ton na­ciąga sznu­ro­wa­dła i je za­wią­zuje. - Ten czło­wiek nie lubi ni­kogo.

- To prawda, ale mu­simy spró­bo­wać wy­cią­gnąć go z domu. Je­śli się nie uda, je­śli nie wyj­dzie do­bro­wol­nie, bę­dzie trzeba się uciec do nieco bar­dziej ra­dy­kal­nych środ­ków.

An­ton pro­stuje się i wstaje. Wkłada po­spiesz­nie parkę, za­wija ka­napki w pa­pier i chowa je do kie­szeni. Zje po dro­dze.

- A co ten chło­pak ro­bił u Se­ba­stiana? - pyta, kiedy idą ci­chym ko­ry­ta­rzem.

- Nie wiem.

In­spek­tor kiwa głową. Może fa­cet miał po pro­stu pe­cha, ale on czuje, że cho­dzi o coś wię­cej.

Roz­dział 6

Kiedy Mona i Hedda pod­jeż­dżają pod dom opieki, w oknach palą się ad­wen­towe świecz­niki i bo­żo­na­ro­dze­niowe gwiazdy. Za­bie­rają torby z ba­gaż­nika, tym­cza­sem Coco bie­gnie przo­dem przez par­king oświe­tlony la­tar­niami. Le­d­wie zdą­żyły otwo­rzyć drzwi, a przy wej­ściu do nowo wy­bu­do­wa­nej czę­ści pla­cówki już czeka na nie ko­mi­tet po­wi­talny. Na czele grupy stoi przy­ja­ciel i dawny są­siad Mony, Gu­stav Stark, wy­pro­sto­wany jak struna, ubrany sto­sow­nie do oka­zji w schludną nie­bie­ską ko­szulę i ciemne spodnie, z gładko za­cze­sa­nymi do tyłu wło­sami. Za nim usta­wili się trzej inni starsi pa­no­wie. Wszy­scy z za­cie­ka­wie­niem przy­glą­dają się Mo­nie, która po­dej­rzewa, że Gu­stav opo­wiada o niej nie­stwo­rzone hi­sto­rie, nie­wąt­pli­wie pod­ko­lo­ry­zo­wane. Nie ma jed­nak nic prze­ciwko temu, tak wła­śnie po­wstają le­gendy.

- Dzień do­bry, Gu­sta­vie - wita go i od­sta­wia torby, które lekko ude­rzają o zie­mię.

Obej­muje go, ale męż­czy­zna naj­wy­raź­niej chce szybko mieć to za sobą. Nie na­leży do po­ko­le­nia, które się przy­tula, poza tym sta­ru­szek czeka na przy­wi­ta­nie się z kimś in­nym, o wiele waż­niej­szym.

- Hej, mała! - wy­krzy­kuje ra­do­śnie, schy­la­jąc się do Coco.

Mona pa­trzy na nich i robi jej się cie­pło na sercu. Gdyby nie Gu­stav, pies mógłby dziś już nie żyć i nie­wy­klu­czone, że Coco to wy­czuwa. Gu­stav był we­te­ry­na­rzem, za­nim prze­szedł na eme­ry­turę. To on po­śpie­szył suczce na ra­tu­nek, gdy Mona zna­la­zła ją w swoim ogro­dzie, po­rzu­coną, brudną i nie­do­ży­wioną. Od tego czasu ich przy­jaźń z Gu­sta­vem kwit­nie, choć więź, którą we­te­ry­narz na­wią­zał z Coco wy­daje się sil­niej­sza.

Sta­ru­szek pró­buje się wy­pro­sto­wać. Nie zwraca uwagi na wy­cią­gniętą rękę Mony i z tru­dem się pod­nosi, pod­pie­ra­jąc się o fo­tel. Staje pro­sto, prze­cze­suje dło­nią gę­ste, nie­gdyś kru­czo­czarne, a obec­nie sta­lo­wo­szare włosy.

- Chcie­li­śmy wam po­móc z tor­bami - mówi, wska­zu­jąc ręką przy­ja­ciół, cier­pli­wie cze­ka­ją­cych w blo­kach star­to­wych.

- To miło z wa­szej strony. - Mona kiwa głową, uśmie­cha­jąc się do każ­dego z nich po ko­lei, po czym zwraca się do Heddy: - Po­każ im, pro­szę, co trzeba za­brać, a ja wy­niosę do kuchni te, co już wzię­łam. - Wska­zuje torby na pod­ło­dze.

Hedda przy­ta­kuje i od­wraca się do grupy sta­rusz­ków:

- Chodź­cie ze mną, chło­paki - mówi we­so­łym gło­sem.

Traj­ko­cząca i cie­kaw­ska gro­madka po­dąża za Heddą w kie­runku sa­mo­chodu. Mona bie­rze torby do ręki. Le­dwo czuje ich cię­żar, idąc ja­snym ko­ry­ta­rzem do kuchni znaj­du­ją­cej się w sa­mym sercu od­działu. Dwie siwe pa­nie usa­do­wiły się w zie­lo­nych fo­te­lach umiesz­czo­nych we wnęce. Mona kiwa przy­jaź­nie głową w ich stronę, a po­marsz­czone twa­rze ko­biet roz­ja­śniają się na wi­dok Coco.

- Jak miło, że przy­szły­ście! - wy­krzy­kuje tęż­sza, wy­cią­ga­jąc ręce, by pies mógł się przy­wi­tać.

- Cała przy­jem­ność po na­szej stro­nie - od­po­wiada Mona.

Po­święca chwilę na po­ga­wędkę z dwiema sta­ro­win­kami i przy­cho­dzi jej do głowy myśl, że za dwa­dzie­ścia pięć lat to ona bę­dzie sie­dzieć w jed­nym z tych fo­teli i wspo­mi­nać stare czasy. W głębi ko­ry­ta­rza do­strzega kie­row­niczkę, Mi­ka­elę Gra­ninge, po­śpiesz­nie zmie­rza­jącą ku niej dłu­gimi kro­kami.

- Jak miło, że udało ci się przyjść z Coco - mówi od razu. Po­pra­wia czapkę mi­ko­łaja, którą ma na gło­wie i sze­roko się uśmie­cha, uka­zu­jąc do­łeczki w po­licz­kach.

- No ja­sne, że chcia­łam ją tu za­brać. - Mona pod­nosi siatki z pod­łogi. - Mam tu dwie torby. Hedda i kilku pa­nów przy­niosą resztę z sa­mo­chodu.

- Za­nie­śmy je do kuchni - pro­po­nuje Mi­ka­ela, bio­rąc torby i ru­sza­jąc przo­dem.

Mona idzie za nią, sta­ra­jąc się do­trzy­mać kroku wy­so­kiej ko­bie­cie. Je­śli do­brze pa­mięta, Mi­ka­ela tre­no­wała ko­szy­kówkę w col­lege'u w USA, w Bo­sto­nie, ale mu­siała przed­wcze­śnie za­koń­czyć ka­rierę z po­wodu kon­tu­zji ko­lana.

- Jak tu spo­koj­nie i przy­tul­nie - stwier­dza, kiedy wcho­dzą do no­wo­cze­snej kuchni.

- Te­raz tak, ale wcze­śniej pa­no­wał tu chaos - śmieje się Mi­ka­ela, kła­dąc torby na bla­cie. I za­raz roz­pa­ko­wuje jedną z nich. - Pod­czas lun­chu do­szło do pew­nej sy­tu­acji. Dwie z na­szych se­nio­rek nie prze­pa­dają za sobą, a je­den z pra­cow­ni­ków, który jest u nas na za­stęp­stwie, nie­chcący po­sa­dził je przy tym sa­mym stole. - Mi­ka­ela roz­kłada ręce. - De­li­kat­nie mó­wiąc: nie skoń­czyło się to do­brze.

- Co się stało? - pyta Mona, opróż­nia­jąc drugą torbę.

- Za­częło się od rzu­ca­nia je­dze­niem, a skoń­czyło na bójce.

- Rzu­ciły się na sie­bie? - dziwi się Mona.

- Tak. - Mi­ka­ela kręci głową.

Mona uśmie­cha się na myśl o tym zda­rze­niu. Choć wia­domo, że nie po­winno się ni­kogo bić, jest w tym coś dziw­nie in­spi­ru­ją­cego, że dwie star­sze ko­biety wy­ra­żają swoje emo­cje w ten spo­sób.

- Po­mogę przy­nieść resztę - mówi Mona, wy­cho­dząc z kuchni.

Idzie z po­wro­tem przez ko­ry­tarz. Ni­kogo tu nie ma, obie pa­nie wy­szły i ci­sza jest nie­mal przy­tła­cza­jąca. Mona skręca za róg i wy­cho­dzi na hol. Na­gle sły­szy za sobą szyb­kie kroki. Już ma się od­wró­cić, by zo­ba­czyć, kto nad­cho­dzi, ale w tym mo­men­cie ktoś chwyta ją mocno, ni­czym szpo­nami, za nad­gar­stek.

Roz­dział 7

Po­ło­żona na skraju lasu chata otu­lona pu­cha­tymi, po­fał­do­wa­nymi cza­pami śniegu, oświe­tlona wie­czor­nym, roz­gwież­dżo­nym nie­bem, wy­gląda wręcz baj­kowo. Z ko­mina unosi się szary dym, a z okie­nek pod ka­le­nicą da­chu roz­lewa się po­ma­rań­czowa po­świata, two­rząc wra­że­nie, że we­wnątrz jest spo­koj­nie i przy­tul­nie. Przy­po­mina to mo­tyw z jed­nej z kar­tek świą­tecz­nych, które An­ton trzyma na biurku. Nic bar­dziej myl­nego. To miej­sce jest da­le­kie od sie­lanki, i to bar­dzo.

Wy­sia­dają z sa­mo­chodu. An­ton staje i się roz­gląda. Na­ciąga na głowę fu­trzany kap­tur i wkłada rę­ka­wiczki. Bo­dil, jak zwy­kle, nie przej­muje się zim­nem i nie okrywa ani rąk, ani głowy, choć przy­naj­mniej za­pina bom­berkę. Przez śnieg prze­dziera się Jimmy Krans, je­den z mun­du­ro­wych, któ­rzy przy­je­chali z in­ter­wen­cją, po czym ra­zem udają się w stronę chaty Se­ba­stiana.

- Jest w środku - oznaj­mia Jimmy, sta­jąc obok An­tona i Bo­dil. Wszy­scy troje z dy­stansu ob­ser­wują chatę.

- Wiesz, ja­kiego przed­miotu użył? - pyta Bo­dil.

- Tak. - Jimmy kiwa głową. Na jego dłu­gie rzęsy spada pła­tek śniegu, a że od razu się topi, mo­kra kro­pla spada mu na po­li­czek. - Naj­wy­raź­niej ja­kie­goś kija.

- Co z ofiarą, Lu­ca­sem Mo­rval­lem?

- Ma ob­ra­że­nia ra­mion i głowy, ale nie wiem, jak po­ważny jest jego stan.

- Czy Lu­cas był wcze­śniej no­to­wany? - za­sta­na­wia się An­ton.

- Lu­cas? - dziwi się Jimmy. - Nie, nie są­dzę. Ale jesz­cze go nie spraw­dza­łem, to syn Kenta Mo­rvalla. Chcesz, że­bym po­szpe­rał na jego te­mat?

- Tak, dzięki. - An­ton wie, czyim sy­nem jest Lu­cas, i nie są­dzi, by chło­pak miał wcze­śniej do czy­nie­nia z po­li­cją, ale i tak le­piej to spraw­dzić. Roz­gląda się, po czym pyta: - Czy osoba, która to zgło­siła, była świad­kiem zda­rze­nia?

- Tak nam się wy­daje.

An­ton od­wraca się do Jimmy'ego.

- Jak to wam się wy­daje?

- To był ano­ni­mowy te­le­fon. Są­dząc po śla­dach, przy­je­chały dwie osoby, co się zga­dza z in­for­ma­cją od ano­nima. A tak poza tym, sa­mo­chód znik­nął.

An­ton spo­gląda py­ta­jąco na Jimmy'ego.

- Ro­zu­miem, że ta druga osoba wsia­dła do sa­mo­chodu i od­je­chała z miej­sca zda­rze­nia z ran­nym Lu­ca­sem, a po­tem za­dzwo­niła pod sto dwa­na­ście?

- Zga­dza się.

- I nie chciał po­dać da­nych?

- Z tego, co mi wia­domo, nie.

An­ton po­now­nie spo­gląda na chatę. Im wię­cej się do­wia­duje, tym dziw­niej­sze mu się to wszystko wy­daje. Nie­po­koi go myśl o tym, że w tym miej­scu prze­by­wał Lu­cas i ja­kaś nie­znana im osoba. Nie ma tu drogi prze­jaz­do­wej. Po­nadto ano­nim, który za­wia­do­mił po­li­cję, za­brał sa­mo­chód i od­je­chał z miej­sca zda­rze­nia, co może wska­zy­wać na to, że miał coś do ukry­cia. Choć oczy­wi­ście mo­gło to być rów­nież spo­wo­do­wane stra­chem, bio­rąc pod uwagę bru­talny cha­rak­ter ataku na Lu­casa, nie­mniej w ta­kim przy­padku ta osoba po­winna była ujaw­nić swoją toż­sa­mość.

- Za­sta­na­wiam się, co oni tu, do dia­ska, ro­bili? - od­zywa się An­ton.

Twarz mło­dego po­li­cjanta przy­biera po­nury wy­raz.

- Mu­simy o to za­py­tać Lu­casa, kiedy od­zy­ska przy­tom­ność - mówi, znowu kie­ru­jąc wzrok na chatę. - Nie pierw­szy raz zja­wił się tu ktoś nie­od­po­wiedni.

An­ton do­my­śla się, że Jimmy'emu cho­dzi o to, że Lu­cas i jego ko­lega przy­byli w to miej­sce, by się za­ba­wić kosz­tem Se­ba­stiana. Chyba nie ma dzie­ciaka w Var­gön, który by się nie za­kra­dał z ser­cem w gar­dle do jego chaty. Co od­waż­niejsi rzu­cają ka­mie­niami lub wy­krzy­kują wy­zwi­ska, ale więk­szo­ści wy­star­cza za­glą­da­nie przez okna. Świa­do­mość, że męż­czy­zna jest ska­za­nym mor­dercą, wy­wo­łuje jesz­cze więk­szy dreszcz emo­cji. Sy­tu­acja się uspo­ko­iła, kiedy na jego te­re­nie zna­le­ziono po­trzask i si­dła. Do­piero wtedy zdano so­bie sprawę, jak bar­dzo nie­bez­pieczny jest Se­ba­stian i jak da­leko jest w sta­nie się po­su­nąć, by lu­dzie trzy­mali się od niego z da­leka. Po­li­cja wie­lo­krot­nie tu przy­jeż­dżała i ja­sno da­wała męż­czyź­nie do zro­zu­mie­nia, że nie wolno mu za­sta­wiać pu­ła­pek, ale za każ­dym ra­zem twier­dził, że nic o nich nie wie. Ni­gdy też nie udało się ni­czego udo­wod­nić. Mówi się, że Se­ba­stian jest nie­prze­wi­dy­walny i nie wia­domo, do czego jest zdolny. Te­raz z ko­lei wy­da­rzyło się coś ta­kiego.

- Wy­daję mi się jed­nak, że Lu­cas jest tro­chę za stary, żeby nę­kać Se­ba­stiana - stwier­dza An­ton.

- Zga­dzam się, ale mógł to zro­bić po pi­jaku - su­ge­ruje Bo­dil. - Do­ra­sta­łam tu­taj, wiem, jak mło­dzież się bawi. To by też wy­ja­śniało, dla­czego jego kum­pel zwiał. Je­śli przy­je­chali tu pi­jani i do­szło do roz­róby, wia­domo, że nie chciał mieć do czy­nie­nia z po­li­cją. Lu­cas nie miał wy­boru...

- Może masz ra­cję, po pi­jaku i z nudy lu­dzie ro­bią naj­gor­sze idio­ty­zmy. Choć z tego, co wiemy, do zda­rze­nia do­szło około szó­stej. Czy czło­wiek może już być pi­jany o tej po­rze?

Bo­dil wzru­sza ra­mio­nami.

- Je­śli się za­czyna im­prezę z oka­zji dnia Świę­tej Łu­cji wcze­śniej, to nie­wy­klu­czone, że tak.

- Kto wie, tyle że w dzi­siej­szych cza­sach pra­wie nikt tego nie świę­tuje. Tak czy ina­czej, spraw­dzimy to - za­uważa An­ton. - Naj­pierw za­bierzmy stąd Se­ba­stiana.

- Zgoda. - Po­li­cjantka dra­pie się po gło­wie. - Py­ta­nie tylko, jak to zro­bić, żeby ni­komu nie stała się krzywda.

- Mu­simy go wy­czuć. Może uda się z nim te­raz po­roz­ma­wiać, skoro sy­tu­acja tro­chę się uspo­ko­iła? - An­ton prze­szu­kuje wzro­kiem ciemny te­ren wo­kół chaty. - Szu­ka­li­ście pu­ła­pek?

- Nie - od­po­wiada Jimmy. - To trudne przy ta­kiej ilo­ści śniegu. Poza tym nie chcie­li­śmy się tu za­nadto krę­cić, bo nie wiemy, co Ber­man trzyma w cha­cie. Naj­le­piej cho­dzić wy­dep­ta­nymi ścież­kami.

- Bę­dziemy uwa­żać - obie­cuje An­ton. - Prze­staw­cie te­raz ra­dio­wozy, mam na­dzieję, że to uspo­koi Se­ba­stiana. Ale bądź­cie w po­go­to­wiu, mo­żemy was w któ­rymś mo­men­cie na­gle po­trze­bo­wać.

Jimmy kiwa głową i wraca do swo­ich ko­le­gów, po czym od­jeż­dżają. An­ton bie­rze dwie la­tarki z ba­gaż­nika pas­sata. Klapa za­myka się z hu­kiem, a wo­kół za­pada głu­cha, stłu­miona śnie­gowa ci­sza. Po­daje Bo­dil jedną la­tarkę, drugą za­trzy­muje dla sie­bie.

Oświe­tlają drogę i wi­dzą ślady opon i liczne, po­plą­tane od­ci­ski bu­tów. Z miej­sca, w któ­rym stoi An­ton, nie wi­dać do­kład­nie, jak bli­sko domu znaj­do­wał się Lu­cas z ko­legą.

- W ta­kim ra­zie spró­bujmy. - Bo­dil kiwa głową w jego stronę.

An­ton krzy­czy w kie­runku chaty:

- Se­ba­stia­nie! Je­ste­śmy z po­li­cji!

Śnieg tłumi dźwięk, który szybko za­nika, po czym na­stę­puje gę­sta ci­sza. Po­li­cjanci spo­glą­dają po so­bie, Bo­dil kiwa głową, za­chę­ca­jąc An­tona, by spró­bo­wał jesz­cze raz.

- Se­ba­stia­nie! - krzy­czy. - Wyjdź, chcemy z tobą po­roz­ma­wiać!

Drzwi chaty po­zo­stają za­mknięte i na­dal pa­nuje mar­twa ci­sza.

Bo­dil po­ciera gołe dło­nie.

- Cie­kawe, co te­raz dzieje się w jego gło­wie. Wie prze­cież, że tu je­ste­śmy. Może uważa nas za wro­gów?

- W pew­nym sen­sie nimi je­ste­śmy - za­uważa An­ton, po­woli omia­ta­jąc świa­tłem la­tarki po­kryty śnie­giem te­ren, by spró­bo­wać coś do­strzec. - W końcu przy­je­cha­li­śmy tu, żeby go stąd za­brać.

An­ton świeci na szopę w od­dali. Ślady bu­tów pro­wa­dzą tam, gdzie wi­dać oznaki walki. To duża nie­równa po­wierzch­nia po­kryta śnie­giem ubi­tym w kilku miej­scach. Cho­ciaż ra­tow­nicy i po­li­cja za­dep­tali już część śla­dów, An­ton do­strzega wy­raźne od­ci­ski bu­tów tylko jed­nej osoby od­da­la­jące się od miej­sca zda­rze­nia. Od­stępy mię­dzy kro­kami są cał­kiem spore, co su­ge­ruje szybką ucieczkę i pro­wa­dzą w kie­runku śla­dów opon. Są też od­ci­ski bu­tów ko­goś, kto biegł w prze­ciw­nym kie­runku, w stronę chaty. An­ton za­kłada, że na­leżą do Se­ba­stiana.

- Pójdę w tamtą stronę - szep­cze Bo­dil, wska­zu­jąc róg bu­dynku.

- Do­brze, ale bądź ostrożna - mówi ci­cho An­ton.

Bo­dil nie od­po­wiada. Gasi la­tarkę i znika w ciem­no­ści. In­spek­tor znowu woła Se­ba­stiana, chcąc by sku­pił się na nim, a nie na po­li­cjantce. Głos od­bija się głu­chym echem wśród śnież­nego kra­jo­brazu, po czym cich­nie. Mróz szczy­pie An­tona w po­liczki i czubki pal­ców. My­śli o Bo­dil, która nie ma rę­ka­wi­czek. Wtem sły­szy ja­kiś dźwięk i za­miera. Roz­lega się ci­che skrzyp­nię­cie i drzwi do chaty po­woli się otwie­rają. An­ton nie są­dzi, by Se­ba­stian miał broń, ale na wszelki wy­pa­dek wło­żył pod kurtkę ka­mi­zelkę ku­lo­od­porną. Sięga po pi­sto­let, gdy w sła­bym świe­tle w progu staje wy­soka, szczu­pła po­stać.

Roz­dział 8

Dłoń, która ści­ska nad­gar­stek Mony, jest chuda i ko­ści­sta, z po­wy­krę­ca­nymi pal­cami i cienką, po­marsz­czoną skórą. Wy­daje się za­ska­ku­jąco silna, mimo że na­leży do kru­chej, drob­nej ko­biety. To Viola Kle­mens, mama Lindy. Mona na­tych­miast ją roz­po­znaje. Jako na­sto­latki czę­sto wraz z Lindą prze­sia­dy­wały u Violi w kuchni i piły go­rącą cze­ko­ladę. Wów­czas ko­bieta była pełna wi­goru, ale te­raz przy­po­mina ra­czej bez­bronne pi­sklę.

Mona pa­trzy sta­ruszce w oczy i wpa­truje się w jej mętne spoj­rze­nie, nie­pewna, czy Viola wie, kim ona jest. Czy pa­mięta, że była jedną z naj­lep­szych przy­ja­ció­łek Lindy? Czy też myli ją z kimś in­nym, może z kimś z per­so­nelu?

Viola cierpi na de­men­cję. Mona pró­bo­wała na­wią­zać z nią kon­takt pod­czas po­przed­niej wi­zyty w domu opieki, jed­nak bez po­wo­dze­nia. Była zdez­o­rien­to­wana i jej nie po­zna­wała, mó­wiła nie­spój­nie i nie­wy­raź­nie. Te­raz na­to­miast Mona do­strzega coś w spoj­rze­niu Violi. W tych za­mglo­nych, ja­sno­nie­bie­skich oczach po­ja­wia się prze­błysk ja­sno­ści, któ­rego po­przed­nio u niej nie wi­działa.

Ostroż­nie przy­suwa się do sta­ruszki, wy­czu­wa­jąc de­li­katny za­pach la­kieru do wło­sów El­nett.

- Viola? - mówi do niej ła­god­nym gło­sem.

Przez chwilę star­sza pani się w nią wpa­truje. Wo­kół oczu po­ja­wia się na­pię­cie, po czym po­marsz­czoną twarz roz­ja­śnia lekki uśmiech.

- Czyżby to Mona? - pyta ci­cho.

- Tak, zga­dza się - od­po­wiada Mona z ulgą. - Cześć Violu, jak miło cię wi­dzieć.

Ko­bieta kiwa głową z za­do­wo­le­niem. Jej białe, cien­kie włosy zdobi spinka w kształ­cie czer­wo­nego ser­duszka, wpięta w grzywkę przez Violę lub ko­goś in­nego. Bar­dziej pa­so­wa­łaby do dziecka. Sta­ruszka ma na so­bie czer­wone spodnie i czarną bluzkę, obie rze­czy wy­dają się o kilka roz­mia­rów za duże na jej ciało nie­wiele więk­sze od ciała dzie­się­cio­latki.

- Halo! Violu!

Mona od­wraca się w stronę głosu. Po­stawna ko­bieta w ró­żo­wej tu­nice pę­dzi do nich, ma­cha­jąc na Violę, jakby ta jej ucie­kła.

- Masz te­raz spo­tka­nie ze mną, prze­cież o tym wiesz, moja droga - mówi prze­sad­nie wy­raź­nie.

Uścisk na nad­garstku Mony staje się sil­niej­szy, a pa­znok­cie Violi wbi­jają się w jej skórę.

- Mu­szę z tobą po­roz­ma­wiać - rzuca, wpa­tru­jąc się w Monę.

Ko­bieta, która wła­śnie do nich po­de­szła, chwyta ją za rękę.

- Idziemy - na­ka­zuje.

- Chwi­leczkę, kim pani jest? - chce wie­dzieć Mona.

- Podia­trą. Viola jest ze mną umó­wiona - wy­ja­śnia, po czym zwraca się do drob­nej sta­ruszki: - Chodźmy, mu­simy się po­spie­szyć, w prze­ciw­nym ra­zie prze­ga­pimy po­chód świę­tej Łu­cji, a tego prze­cież nie chcemy.

Naj­praw­do­po­dob­niej ma do­bre in­ten­cje i robi to z tro­ski, ale Mo­nie nie po­doba się to, jak mówi do Violi, zu­peł­nie jakby była ma­łym dziec­kiem. Na miej­scu Violi uzna­łaby ten pro­tek­cjo­nalny ton za brak sza­cunku.

- Pro­szę prze­ło­żyć wi­zytę Violi - oznaj­mia sta­now­czo Mona. - Mu­szę z nią po­roz­ma­wiać.

Le­karka robi krok w tył, ro­biąc nie­przy­jemną minę.

- A kim pani jest? - pyta.

- Na­zy­wam się Mona Schil­ler i je­stem opie­kunką prawną Violi.

To nie­prawda, ale Viola ewi­dent­nie bar­dzo chciała z nią po­roz­ma­wiać. Poza tym Mona nie chce prze­ga­pić tej rzad­kiej oka­zji do roz­mowy z mamą Lindy.

Jej słowa od­no­szą za­mie­rzony sku­tek i ko­bieta pusz­cza rękę sta­ruszki.

- Ach, ro­zu­miem - mówi oschle.

Viola nie­cier­pli­wie szar­pie Monę.

- Czy mo­żemy pójść do mo­jego po­koju? - mówi ci­cho, pra­wie szep­tem. - Pro­szę, mu­szę z tobą po­roz­ma­wiać. Mam coś waż­nego do po­wie­dze­nia.

Roz­dział 9

An­ton jedną ręką ści­ska pi­sto­let, drugą trzyma wy­cią­gniętą w stronę Se­ba­stiana.

- Nie rób nic głu­piego - mówi po­woli i wy­raź­nie. - Je­stem z po­li­cji.

Męż­czy­zna albo nie sły­szy, albo mało go to ob­cho­dzi, bo na­dal mil­czy, a jego ciemna syl­wetka tkwi nie­ru­chomo w wie­czor­nym mroku. Jest jed­nak coś nie­po­ko­ją­cego w tej po­staci. Twarz przy­po­mina czarną ma­skę z dwoj­giem świe­cą­cych w ciem­no­ści oczu, a prawa ręka sięga aż do ziemi. An­ton uzmy­sła­wia so­bie, że Se­ba­stian trzyma broń, którą za­ata­ko­wał Lu­casa.

Do­strzega coś jesz­cze. Przy na­roż­niku chaty po­woli po­ru­sza się po śniegu ja­kiś cień. Przez chwilę, nie­trwa­ją­cej dłu­żej niż ude­rze­nie serca, An­to­nowi wy­daje się, że to zwie­rzę, ale za­raz wi­dzi, że to Bo­dil. Moc­niej ści­ska pi­sto­let i nie chcąc, żeby po­li­cjantka zo­stała przy­ła­pana, na­dal wpa­truje się w Se­ba­stiana, go­towy po­cią­gnąć za spust, je­śli męż­czy­zna wy­kona choćby naj­mniej­szy groźny ruch.

- Se­ba­stia­nie... - po­wta­rza. - Odłóż to, co masz w ręce, i po­roz­ma­wiajmy.

Męż­czy­zna mru­czy coś w od­po­wie­dzi, a cień ry­su­jący się na tle sza­rej ściany na­biera kon­kret­nego kształtu i na­gle wy­ła­nia się z ciem­no­ści ni­czym po­cisk. Bo­dil rzuca się na Se­ba­stiana, a ten z gło­śnym ję­kiem upada bez­wład­nie na zie­mię i wy­pusz­cza z ręki to, co przed chwilą w niej trzy­mał. An­ton bie­gnie w ich stronę, tym­cza­sem Bo­dil wbija Se­ba­stia­nowi prawe ko­lano w plecy, wpy­cha­jąc go w świeży śnieg.

- Wszystko w po­rządku? - krzy­czy do niej An­ton.

- Mam go - od­po­wiada opa­no­wa­nym gło­sem.

An­ton zwal­nia kroku, wi­dząc, jak Bo­dil spraw­nie skuwa męż­czy­znę kaj­dan­kami. Sły­szy za sobą od­głos bie­gną­cych po­li­cjan­tów i woła do nich:

- Mamy Se­ba­stiana i roz­bro­ili­śmy go!

W ciem­no­ści roz­lega się po­mruk ulgi. Jimmy zja­wia się jako pierw­szy. Kil­koma szyb­kimi kro­kami do­ciera do Bo­dil.

- Trzy­maj go - na­ka­zuje po­li­cjantka, po czym oboje ła­pią Se­ba­stiana za ra­miona i sta­wiają go na nogi.

Kiedy Bo­dil i Jimmy od­pro­wa­dzają aresz­to­wa­nego do ra­dio­wozu, An­ton wcho­dzi na mały ga­nek. Na skrzy­pią­cych de­skach roz­ło­żony jest sztywny od mrozu dy­wa­nik, który tłumi dźwięk jego kro­ków. Krąży wiele plo­tek o tym, jak żyje Ber­man, po­cząw­szy od tego, że po­dobno żywi się szczu­rami, a skoń­czyw­szy na tym, że ukrywa pie­nią­dze w ma­te­racu. An­ton chce za­spo­koić swoją cie­ka­wość. Chwyta za klamkę i otwiera drzwi. Szybko za­krywa ręką nos i się cofa. Ude­rza go obrzy­dliwy smród.

Roz­dział 10

Mona udaje się ra­zem z Violą do jej po­koju. Znaj­duje się on na końcu zie­lo­nego ko­ry­ta­rza, jest mały, ale ja­sny i przy­tulny. Jedną ze ścian zaj­muje aneks ku­chenny z lo­dówką i zle­wem z bie­żącą wodą, nie ma tam jed­nak ku­chenki elek­trycz­nej, ze względu na ry­zyko, że miesz­kanka mo­głaby za­po­mnieć ją wy­łą­czyć. Na­prze­ciwko aneksu stoi ko­moda z ciem­nego drewna z in­tar­sjami zdo­bią­cymi fronty szu­flad. Na ścia­nie wi­szą dwa ob­razy olejne z mo­ty­wami kwia­to­wymi opra­wione w cięż­kie ramy, a w ką­cie mi­go­cze świa­tło sta­ro­mod­nej lampy pod­ło­go­wej. Wie­kowe me­ble wy­dają się Mo­nie zna­jome, być może wi­działa je w domu ro­dzin­nym Lindy.

Ko­biety sia­dają na­prze­ciwko sie­bie przy sto­liku z bo­żo­na­ro­dze­nio­wym bież­ni­kiem w pa­ski. Stoi na nim do­niczka z kwit­ną­cym ró­żo­wym hia­cyn­tem i świecz­nik ad­wen­towy na ba­te­rie, któ­rego mi­go­czące świa­tło imi­tuje pło­mień tra­dy­cyj­nej świecy. Wzrok Mony przy­ku­wają zdję­cia w srebr­nych ram­kach usta­wione na ko­mo­dzie. Wszyst­kie przed­sta­wiają Lindę. Ich wi­dok roz­dziera Mo­nie serce. Linda w ja­sno­nie­bie­skim ko­stiu­mie na lo­dzie, Linda od­bie­ra­jąca na­grodę za wy­graną w za­wo­dach, Linda koń­cząca szkołę śred­nią, Linda jako mała dziew­czynka. Na jed­nym ze zdjęć Mona wi­dzi rów­nież młod­szą wer­sję sie­bie. Do­brze to pa­mięta, im­preza na za­koń­cze­nie szkoły.

- Tę­sk­nię za nią - od­zywa się Viola, a jej ja­sne oczy na­peł­niają się łzami.

Mona nic nie mówi. Nie jest pewna, czy głos jej się nie za­ła­mie. Kła­dzie tylko rękę na chu­dej i po­marsz­czo­nej dłoni sta­ruszki, która jest nie­spo­dzie­wane cie­pła i gładka. De­li­kat­nie ją ści­ska, uwa­ża­jąc, by nie uszko­dzić de­li­kat­nych ko­ści. Kiedy Viola spo­gląda w stronę okna, Mona się mar­twi, że ko­bieta znów stra­ciła ja­sność umy­słu. Jej cho­roba może po­wo­do­wać na­głe zmiany na­stroju i za­cho­wa­nia, które mogą na­stę­po­wać z dnia na dzień, ale także z go­dziny na go­dzinę, a cza­sem na­wet z mi­nuty na mi­nutę. Jed­nak kiedy Viola od­wraca głowę, ma wciąż obecny wzrok.

- My­ślę tylko o tym - kon­ty­nu­uje Viola. - Linda w ciem­nej, zim­nej wo­dzie. - Cofa rękę i pa­trzy Mo­nie w oczy. - Ale coś jesz­cze za­prząta moje my­śli.

Jej głos jest te­raz moc­niej­szy, przy­po­mina ten zde­cy­do­wany głos sprzed lat, kiedy wy­da­wała córce po­le­ce­nia, sto­jąc przy lo­do­wi­sku. Viola była nie tylko mamą Lindy, ale także tre­nerką łyż­wiar­stwa fi­gu­ro­wego. Mona nie­mal za­po­mniała, jak su­rowa po­trafi być ta drobna ko­bieta, choć Lin­dzie to nie prze­szka­dzało. Na lo­dzie za­wsze wy­ko­ny­wała po­le­ce­nia, jakby tre­nerki i za­wod­niczki nie łą­czyło żadne po­kre­wień­stwo. Viola tre­no­wała rów­nież przy­ja­ciółkę Lindy i Mony, Annę-Ka­rin, ale jej nie trak­to­wała tak su­rowo. Mona nie jest pewna, czy to dla­tego, że Linda była jej córką, czy dla­tego, że bar­dziej w nią wie­rzyła. Przy­pusz­cza jed­nak, że cho­dziło o to dru­gie. Linda rze­czy­wi­ście była gwiazdą na lo­dzie.

- Chcia­ła­bym umrzeć, wie­dząc, że spra­wie­dli­wo­ści stało się za­dość - mówi da­lej Viola.

Mona unosi brwi ze zdzi­wie­nia. Co sta­ruszka chce przez to po­wie­dzieć? Prze­cież spra­wie­dli­wo­ści stało się za­dość. Se­ba­stian zo­stał ska­zany za mor­der­stwo Lindy. Viola chyba nie ma na my­śli do­słow­nie tego, że chce jego śmierci.

- Nie bar­dzo ro­zu­miem... - za­czyna ostroż­nie. - Se­ba­stian do­stał karę do­ży­wo­cia.

Viola prze­chyla głowę i wbija w nią wzrok.

- Tak, to prawda. Ale czy na­prawdę ska­zano wła­ści­wego czło­wieka?

Mona się wzdryga.

- Co masz na my­śli?

- Była u mnie ostat­nio Anna-Ka­rin i wła­śnie to mi po­wie­działa. Że to nie on to zro­bił.

- Po­cze­kaj... - Mona kręci głową z nie­do­wie­rza­niem. - Czy twier­dzisz, że za mor­der­stwo Lindy ska­zano nie­wła­ści­wego fa­ceta? I Anna-Ka­rin Le­rin ci o tym po­wie­działa?

Viola znów spo­gląda w stronę okna. Jej wzrok przy­ciąga si­korka dzio­biąca ziarna z kuli dla pta­ków.

- Wi­działa krew - oznaj­mia Viola.

- Jaką krew? - Mona ma co­raz więk­szy mę­tlik w gło­wie, ale nie otrzy­muje od­po­wie­dzi. - Violu? - Po­kle­puje sta­ruszkę po dłoni. - Jaką krew wi­działa Anna-Ka­rin? - po­wta­rza py­ta­nie. - Czy to była krew Lindy?

Viola od­wraca się do Mony.

- Kto? - pyta.

- Co po­wie­działa Anna-Ka­rin, kiedy cię od­wie­dziła?

- Czy Anna-Ka­rin jest tu­taj? - Viola roz­gląda się po po­koju. - Po­wiedz jej, że może za­cząć się roz­grze­wać, tre­ning za­czyna się za dzie­sięć mi­nut. - I na­gle do­daje ostro: - Musi po­ćwi­czyć pi­ru­ety.

Mona wzdy­cha, opa­da­jąc na opar­cie krze­sła. Chwila ja­sno­ści umy­słu mi­nęła. Viola prze­suwa wiot­kimi pal­cami po bo­żo­na­ro­dze­nio­wym bież­niku, a Mona prze­klina w du­chu podia­trę, która za­brała jej cenny czas. Roz­mowa z nią trwała zbyt długo i te­raz jest już za późno.

1989

- Po­li­cja!

Monę obu­dził nie­spo­dzie­wany dźwięk. Pod­nio­sła się na łok­ciu i przez chwilę nie wie­działa, gdzie się znaj­duje. Zmru­żyła oczy ośle­piona świa­tłem wpa­da­ją­cym do na­miotu, a kiedy wzrok przy­zwy­czaił się do ja­sno­ści, zo­ba­czyła po­li­cjanta. Stał na ze­wnątrz, do środka wsu­nął tylko głowę. Star­szy męż­czy­zna o su­ro­wym spoj­rze­niu ubrany był w zi­mowy mun­dur, spod czapki wy­sta­wały siwe włosy.

Świeże, chłodne po­ranne po­wie­trze wdarło się do na­miotu i Mona po­czuła, jak mie­sza się z ostrym za­pa­chem al­ko­holu i potu. Po im­pre­zie po­przed­niego wie­czoru szu­miało jej w gło­wie. Ni­gdy wię­cej, po­my­ślała i omio­tła wzro­kiem ogromny na­miot woj­skowy. Jej ko­le­dzy le­żeli bez­ład­nie, jedni wciąż spali w ko­lo­ro­wych śpi­wo­rach, gło­śno chra­piąc, inni coś mru­czeli, po­woli się bu­dząc.

- Co się, do cho­lery, dzieje?! - krzyk­nął je­den z nich.

- Co tu ro­bią gliny?! - zdzi­wił się ktoś inny.

Mona wciąż nie czuła się zu­peł­nie trzeźwa i po­dej­rze­wała, że po­zo­stali też są jesz­cze na rau­szu. Mi­nio­nego wie­czoru wy­piła ogromne ilo­ści piwa, moc­nego al­ko­holu i bim­bru, ale była to w końcu im­preza z oka­zji dnia Świę­tej Łu­cji, im­preza roku, a po tych wszyst­kich eg­za­mi­nach mu­siała się roz­luź­nić. Wie­działa, że stu­dia praw­ni­cze będą trudne, nie są­dziła jed­nak, że będą aż tak wy­ma­ga­jące.

To An­dreas za­ła­twił na­miot. W środku zna­la­zło się miej­sce dla wszyst­kich dzie­więt­na­stu osób. Był w nim na­wet pie­cyk, ale po­mimo zimna nikt nie za­dbał o to, żeby go roz­pa­lić. Monę prze­szedł dreszcz, a z ust wy­do­by­wały się ob­łoczki pary, przy­po­mi­na­jące pier­ście­nie dymu.

- Ru­chy! Wsta­wać i na­tych­miast na ze­wnątrz! - Po­li­cjant krzyk­nął to­nem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu.

Mona pró­bo­wała się uspo­koić. Po­li­cja przy­szła tu z ja­kie­goś po­wodu, mu­siała się do­wie­dzieć, co ich spro­wa­dza. Czy cho­dziło o bim­ber?

- Co się stało? - za­wo­łała, prze­cią­ga­jąc się w cia­snym śpi­wo­rze. Czuła, że pę­cherz za­raz jej pęk­nie, na­prawdę mu­siała się wy­si­kać.

Po­li­cjant spoj­rzał w jej kie­runku, ale nie od­po­wie­dział.

- Wsta­wać i wy­cho­dzić! - po­wtó­rzył.

Mona wy­gra­mo­liła się ze śpi­wora. Po­dob­nie jak po­zo­stali, spała w ubra­niu, a mimo to po­ranny chłód prze­ni­kał jej ciało. Pod­cią­gnęła pięć­set je­dynki wy­soko w ta­lii i po­iry­to­wana za­uwa­żyła plamę na cha­bro­wym swe­trze Be­net­tona. Zna­la­zła kurtkę obok pry­czy i szybko ją na sie­bie za­rzu­ciła. W na­mio­cie pa­no­wał ruch i oży­wie­nie, szmer roz­mów przy­bie­rał na sile. Mona ro­zej­rzała się za Lindą i Anną-Ka­rin, ale nie do­strze­gła żad­nej z nich w tym ca­łym za­mie­sza­niu.

Na ze­wnątrz było jesz­cze zim­niej. Umun­du­ro­wani po­li­cjanci stali je­den przy dru­gim i po­nuro wpa­try­wali się w mło­dzież. Mona czuła co­raz więk­szy ścisk w żo­łądku. Wy­glą­dali tak po­waż­nie. Nie cho­dziło o ba­niak z bim­brem.

- Co się stało? - spy­tała po­now­nie, ale i tym ra­zem nie otrzy­mała od­po­wie­dzi, je­dy­nie su­rowy wzrok na­ka­zu­jący jej mil­cze­nie.

Po chwili wszy­scy się ze­brali, two­rząc gę­ste sku­pi­sko ko­lo­ro­wych kur­tek, tu­pią­cych stóp, zmierz­wio­nych wło­sów i nie­świe­żego od­de­chu. Mona czuła silne par­cie na pę­cherz, ale nie mo­gła się od­da­lić. Szmer gło­sów ucichł, prze­krwione oczy skie­ro­wały się na po­li­cjan­tów. Ktoś za­pa­lił pa­pie­rosa, w gó­rze prze­le­ciało stado skrze­czą­cych srok. Mona stała z przodu. Od­wró­ciła głowę, ale wi­działa je­dy­nie sze­roką klatkę pier­siową An­dre­asa. Wtedy ode­zwał się nie­przy­jemny po­li­cjant, ten, który ich obu­dził.

- Dziś nad ra­nem otrzy­ma­li­śmy zgło­sze­nie w spra­wie uto­nię­cia. Zna­le­ziono ciało w prze­rę­blu.

Mona wstrzy­mała od­dech. Ktoś nie żył, ale chyba nie miało to nic wspól­nego z nimi? Po­now­nie się od­wró­ciła. Od­su­nęła się na bok i tym ra­zem na­po­tkała wzrok Anny-Ka­rin, nie­przy­tomny i prze­ra­żony.

- Linda - po­wie­działa do niej bez­gło­śnie Mona. - Gdzie jest Linda?

Przy­ja­ciółka unio­sła ręce w ge­ście za­py­ta­nia i po­krę­ciła głową, po­trzą­sają po­tar­ga­nymi blond wło­sami.

- Czy ktoś wi­dział Lindę?! - wy­krzyk­nęła Mona, tym ra­zem na tyle gło­śno, by wszy­scy ją usły­szeli.

Na­gle za­pa­dła ci­sza. Za­pa­no­wało mil­cze­nie, po czym roz­legł się sze­lest kur­tek, kiedy zgro­ma­dzeni za­częli się roz­glą­dać. Kilka osób za­wo­łało jej imię.

Mona od­da­liła się od tłumu, krzy­cząc i pró­bu­jąc gdzieś do­strzec przy­ja­ciółkę, ale nie otrzy­mała żad­nej od­po­wie­dzi. Ogar­nęła ją pa­nika i od­wró­ciła się do po­li­cjanta. Ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Ski­nął głową, le­dwo za­uwa­żal­nie. I wtedy już miała pew­ność.

Roz­dział 11

- Idziesz do łóżka?

An­ton pod­nosi wzrok znad ekranu te­le­fonu ko­mór­ko­wego. Gabbi stoi w drzwiach kuchni, w pi­ża­mie i skar­pet­kach ze świą­tecz­nym mo­ty­wem. Jej dłu­gie blond włosy opa­dają na ra­miona, a na ustach po­ja­wia się lekki, nieco za­nie­po­ko­jony uśmiech.

- Za­raz przyjdę - od­po­wiada męż­czy­zna i z po­wro­tem kie­ruje wzrok ko­mórkę.

To był długi dzień. Kiedy rano wstał, Gabbi błogo spała w ich cie­płym łóżku. Nie bu­dził jej i za­nim wy­szedł do pracy, wło­żył do lo­dówki wcze­śniej przy­go­to­waną dla niej tacę ze śnia­da­niem. Na ku­chen­nym stole zo­sta­wił kartkę, na któ­rej na­pi­sał: "Ko­cham Cię". I na­prawdę tak jest, ko­cha ją szcze­rze i głę­boko, lecz to nie tylko mi­łość skło­niła go do na­pi­sa­nia tych słów, rów­nież wy­rzuty su­mie­nia.

Czas po po­ro­nie­niu był dla nich trudny. Kiedy Gabbi go zo­sta­wiła i za­miesz­kała u ro­dzi­ców, my­ślał, że mię­dzy nimi wszystko skoń­czone, ale po­sta­no­wili dać so­bie jesz­cze jedną szansę. An­ton pra­gnie, by się im udało, chciałby od­bu­do­wać ich zwią­zek, jed­nak w głębi du­szy drę­czą go wąt­pli­wo­ści, czy to w ogóle moż­liwe. Czuje, że dzieje się mię­dzy nimi coś nie­do­brego, ale nie jest pewny, czy Gabbi też ma ta­kie wra­że­nie. Hedda na­dal po­ja­wia się w jego snach i za każ­dym ra­zem An­ton po­twor­nie się tego wsty­dzi. Ze względu na Gabbi, ale także z po­wodu tego, jak za­cho­wał się tam­tego wie­czoru.

Jego od­po­wiedź nie za­do­wala Gabbi. Ko­bieta wcho­dzi do kuchni, kła­dzie mu rękę na karku i de­li­kat­nie go głasz­cze, tak jak ro­biła to daw­niej. Cie­pło jej dłoni roz­prze­strze­nia się po jego ciele, które re­aguje dziwną mie­szanką od­czuć: przy­jem­no­ści oraz na­głego pra­gnie­nia, by się od­su­nąć.

- Co ro­bisz? - pyta Gabbi, po­chy­la­jąc się nad nim, jej włosy ła­sko­czą go w po­li­czek.

Wę­zeł emo­cji za­ci­ska się jesz­cze moc­niej, ale An­ton nie może po­dzie­lić się z nią swo­imi naj­skryt­szymi my­ślami. Dla­tego też po­sta­na­wia uła­twić so­bie za­da­nie i prze­kie­ro­wuje roz­mowę na te­mat pracy.

- My­ślę o męż­czyź­nie, któ­rego dziś za­trzy­ma­li­śmy, Se­ba­stia­nie Ber­ma­nie - od­po­wiada wy­mi­ja­jąco.

- Och... - Gabbi się pro­stuje. - Sły­sza­łam, że znowu coś od­wa­lił, dawno nic się o nim nie mó­wiło.

An­ton ma na­dal wil­gotne włosy. Mył się długo i do­kład­nie pod prysz­ni­cem, a mimo to na­dal czuł na so­bie smród Se­ba­stiana i jego brud­nego domu.

- Jak się o tym do­wie­dzia­łaś? - za­sta­na­wia się.

- Pi­sali na Fa­ce­bo­oku o ja­kiejś roz­ró­bie w Nord­kro­ken. Ktoś sko­men­to­wał, że cho­dzi o Se­ba­stiana. Po­dobno dźgnął ko­goś no­żem i po­strze­lił.

- To nie­prawda, nie wierz we wszystko, co czy­tasz na Fa­ce­bo­oku - iry­tuje się An­ton.

Gabbi cofa rękę.

- Wcale tego nie ro­bię, ale chyba w tym przy­padku to się zga­dza?

An­ton wzdy­cha.

- To prawda, że do­szło do na­pa­ści, tyle że Se­ba­stian ni­kogo nie za­strze­lił ani nie dźgnął.

- Ale jedna osoba zo­stała ranna?

Męż­czy­zna rzuca na nią szyb­kie spoj­rze­nie i kiwa głową. Musi przy­znać, że Gabbi jest do­sko­nale zo­rien­to­wana.

- Tak, ja­kiś chło­pak z Var­gön. Za­trzy­ma­li­śmy Se­ba­stiana, więc na ra­zie jest spo­kój. Zo­ba­czymy, co bę­dzie ju­tro.

Gabbi siada na krze­śle obok, An­ton czuje cie­pło jej ciała na swo­jej no­dze.

- Co za ży­cie - mówi ko­bieta z na­my­słem, opie­ra­jąc ło­kieć na stole, a brodę na dłoni. - Miesz­kać tam, w tej cha­cie, zu­peł­nie sa­memu, przez tyle lat...

- No... - An­ton wstaje, za­bie­ra­jąc pu­stą fi­li­żankę.

Gabbi nie zna na­wet po­łowy prawdy. Gdyby zo­ba­czyła nę­dzę, w ja­kiej żyje Se­ba­stian, nie uwie­rzy­łaby wła­snym oczom. An­ton nie po­tra­fił się oprzeć po­ku­sie i wszedł do jego chaty. Wi­dok był przy­gnę­bia­jący. Sterta pu­stych pu­szek po kon­ser­wach na pod­ło­dze, brudne chod­niki i łóżko przy­kryte ko­cami. I ten smród, cuch­nący odór, który wciąż utrzy­muje mu się w no­sie.

- Sam wy­brał so­bie taki los, wie­dząc, że nie jest tu mile wi­dziany - stwier­dza po­nuro An­ton, kie­ru­jąc się w stronę zmy­warki.

- Może i tak... - mówi Gabbi. - Choć nie są­dzę, żeby to było ta­kie pro­ste.

- Tak? A ja­kie jest twoje zda­nie?

An­ton za­trzy­muje się w pół ru­chu i się do niej od­wraca. Gabbi ma ten­den­cję do szu­ka­nia głęb­szych wy­ja­śnień dla ludz­kich dzia­łań, ale z jego do­świad­cze­nia wy­nika, że za­zwy­czaj nie jest to aż tak bar­dzo skom­pli­ko­wane, jak jej się wy­daje. Więk­szość za­cho­wań nie wy­maga głęb­szej ana­lizy psy­cho­lo­gicz­nej, można je wy­tłu­ma­czyć prost­szymi i bar­dziej bez­po­śred­nimi przy­czy­nami, ta­kimi jak pod­sta­wowe po­trzeby, in­stynkty, chęć prze­trwa­nia czy normy spo­łeczne.

- Czło­wiek może się izo­lo­wać z po­czu­cia winy. Może to być rów­nież spo­sób na ka­ra­nie sa­mego sie­bie. - Gabbi się pro­stuje i wzru­sza ra­mio­nami. - A zresztą co ja tam wiem?

Gabbi tra­fia w sedno. Wła­ści­wie nie wie nic o Se­ba­stia­nie Ber­ma­nie i o tym, co się dzieje w jego gło­wie. Nikt tego nie wie, z wy­jąt­kiem sa­mego Se­ba­stiana.

Roz­dział 12

Sta­lowe drzwi za­trza­skują się za Se­ba­stia­nem z cięż­kim i zło­wiesz­czym ło­sko­tem. Po­tem za­lega przy­tła­cza­jąca ci­sza. Ściany cia­snej celi zdają się go du­sić. Przez chwilę stoi nie­ru­chomo, po czym pod­nosi wzrok i się roz­gląda. Pod jedną z na­gich, bia­łych ścian stoi wą­ska pry­cza z ma­te­ra­cem po­kry­tym pla­sti­ko­wym po­krow­cem. Do przy­krę­co­nego do ściany biurka przy­twier­dzony jest sto­łek. Nic tu nie stoi lu­zem, wszystko zo­stało so­lid­nie przy­mo­co­wane ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa.

Po­wol­nym kro­kiem pod­cho­dzi do przy­krę­co­nej do ściany pry­czy i na niej siada. Pod jego cię­ża­rem łóżko skrzypi ci­cho, a pla­sti­kowy ma­te­rac trzesz­czy. Se­ba­stian sie­dzi z rę­kami spo­czy­wa­ją­cymi na udach i pa­trzy przed sie­bie. Sły­chać słaby szum wen­ty­la­cji, poza tym jest ci­cho. Ci­cho jak w gro­bie.

Nie może usie­dzieć w miej­scu, wstaje. Czuje pul­su­jący ból w ca­łym ciele. Cho­dzi po celi tam i z po­wro­tem, by roz­ru­szać ze­sztyw­niałe stawy, jed­no­cze­śnie roz­my­śla­jąc nad wy­da­rze­niami wie­czoru. Chce mieć pew­ność, że nie umknęło mu nic waż­nego.

Gdy tylko zdał so­bie sprawę, co knują nie­pro­szeni go­ście, wie­dział, że musi ich po­wstrzy­mać. Nie miał za­miaru ni­komu ro­bić krzywdy na tyle po­waż­nie, by trzeba było wzy­wać ka­retkę, a tym bar­dziej po­li­cję. Na szczę­ście chło­pak prze­żył i jest pod opieką le­ka­rzy w szpi­talu. Gdyby zmarł, sy­tu­acja skom­pli­ko­wa­łaby się jesz­cze bar­dziej. Może jed­nak nie jest tak źle. Se­ba­stian dra­pie się po po­liczku. Je­dyny pro­blem to ten kij ba­se­bal­lowy. Po­li­cja py­tała, po co go ma. Nie udzie­lił od­po­wie­dzi, bo co­kol­wiek by po­wie­dział, ni­czego by to nie zmie­niło.

Okres próby po zwol­nie­niu wa­run­ko­wym do­biegł wpraw­dzie końca, ale Se­ba­stian zo­stał ska­zany za mor­der­stwo, co utrud­nia, o ile nie unie­moż­li­wia, zdo­by­cie broni w le­galny spo­sób. Mu­siał się jed­nak ja­koś bro­nić. Wła­śnie dla­tego wy­stru­gał ten kij. Był nie­równy i pry­mi­tywny, ale speł­niał swoje za­da­nie, co po­ka­zał dzi­siej­szy wie­czór. Se­ba­stian musi zna­leźć wyj­ście z tej sy­tu­acji, choć wie, że nie bę­dzie to ła­twe.

Kła­dzie się na twar­dym ma­te­racu. Z dłońmi na brzu­chu wsłu­chuje się w swój od­dech. W my­ślach po­wraca do chwil, kiedy spa­ce­ro­wał po mie­ście, wie­lo­krot­nie spo­ty­ka­jąc się z jawną po­gardą ze strony miesz­kań­ców. Wy­zwi­ska i splu­wa­nie, czę­sto w jego stronę, cza­sem bez­po­śred­nio na niego, a raz na­wet pro­sto w twarz. Wtedy nie­mal chciał się ode­grać, ale zdo­łał się opa­no­wać i nie­wzru­szony szedł da­lej. W mło­do­ści nie po­tra­fił po­wstrzy­my­wać gniewu. Obec­nie sy­tu­acja wy­gląda ina­czej, nad­cho­dzi czas wy­mie­rze­nia spra­wie­dli­wo­ści.

Roz­dział 13

Jest wcze­sny ra­nek, pią­tek, trzy­na­stego grud­nia. Lindę za­mor­do­wano do­kład­nie trzy­dzie­ści pięć lat wcze­śniej Linda. Jak za­wsze w tym dniu, po­wra­cają do Mony bo­le­śnie wy­raźne wspo­mnie­nia. Ten po­tworny dzień, który za­czął się od tego, że obu­dzono ich w na­mio­cie. Czas, który na­stą­pił póź­niej, ka­ru­zela emo­cji i spe­ku­la­cji, wi­ru­jąca wo­kół ich ma­łej spo­łecz­no­ści. Wszyst­kie próby zro­zu­mie­nia, dla­czego Se­ba­stian to zro­bił. Nie ist­niało jed­nak żadne wy­tłu­ma­cze­nie, które uśmie­rzy­łoby ból i za­ła­go­dziło szok. To, co się wy­da­rzyło, było nie­po­jęte.

Po raz ko­lejny Mona się za­sta­na­wia, co mo­gła zro­bić, by za­po­biec mor­der­stwu. Linda nie za­słu­żyła na śmierć. Wręcz prze­ciw­nie, aku­rat ona naj­mniej na to za­słu­gi­wała. Była uoso­bie­niem do­bra.

Mona pod­piera się na łok­ciu, le­żąc na łóżku, i od­wraca głowę do Char­lesa. Wie, że naj­lep­szym spo­so­bem na ode­rwa­nie my­śli od tra­ge­dii jest za­ję­cie się czymś in­nym i wła­śnie to za­mie­rza zro­bić.

- Co po­wiesz na małe świą­teczne za­kupy? - pyta, z czu­ło­ścią po­pra­wia­jąc jego ciemne zmierz­wione po nocy włosy.

Char­les wró­cił późno ze świą­tecz­nej ko­la­cji z ko­le­gami z pracy. Nie mieszka w willi Björ­k?s, ma wła­sne miesz­ka­nie w Trol­l­hät­tan, od­da­lone o kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów, ale spę­dza czas u Mony, kiedy tylko ma taką moż­li­wość. Cza­sami Mona my­śli, że po­winna go po­pro­sić, żeby się do niej wpro­wa­dził, boi się jed­nak ry­zy­ko­wać, że znisz­czy to, co jest mię­dzy nimi. Spo­ty­kają się, kiedy mają na to ochotę, i do­brze im ze sobą. Bar­dzo jej od­po­wiada, że miesz­kają od­dziel­nie, to tak jakby zjeść ciastko i mieć ciastko.

Char­les zmie­nia po­zy­cję i kła­dzie się zwró­cony do niej z twa­rzą de­li­kat­nie oświe­tloną po­ran­nym świa­tłem są­czą­cym się przez szparę mię­dzy za­sło­nami. Jego za­rost, drga­nie pra­wej po­wieki, mi­ni­malny ruch skrzy­de­łek nosa przy każ­dym od­de­chu, to wszystko jest tak bar­dzo dro­gie i bli­skie jej sercu. Miała szczę­ście, że po­znała Char­lesa, straż­nika lasu, o ile można tak na­zwać pięć­dzie­się­cio­sied­mio­let­niego my­śli­wego, ale z uwagi na swoją mi­łość do przy­rody jest w jej oczach uoso­bie­niem le­śnego du­cha opie­kuń­czego.

Po­znali się na gó­rze Hun­ne­berg. Mona wła­śnie wró­ciła do Var­gön z Lon­dynu i wy­brała się wy­na­ję­tym ko­niem na prze­jażdżkę. Koń ją zrzu­cił, spło­szony przez ło­sia. Le­żała po­śród ja­gód, pró­bu­jąc zła­pać od­dech, gdy na­gle zni­kąd po­ja­wił się on i od tam­tej pory są parą.

- Mó­wi­łaś coś o świą­tecz­nych za­ku­pach, tak? - Char­les przy­ciąga ją do sie­bie, de­li­kat­nie obej­mu­jąc ją za kark. Ich usta łą­czą się w czu­łym po­ca­łunku, Mona czuje cie­pło jego ciała. Na jej twa­rzy ma­luje się ła­godny uśmiech.

Ko­chają się, a póź­niej leżą bli­sko sie­bie, otu­leni miękką po­ścielą. Jego od­dech de­li­kat­nie mu­ska jej włosy, Mona czuje bi­cie serca ko­chanka na swoim po­liczku.

- Mam wyjść z Coco? - pyta Char­les.

- Nie, ja z nią wyjdę. A ty przy­go­tuj śnia­da­nie.

Wy­cho­dzi na mróz i staje na scho­dach. Ze spa­ty­no­wa­nego mie­dzia­nego daszku zwi­sają so­ple, które mie­nią się w świe­tle lam­pek cho­in­ko­wych. Prze­cho­dzi ją dreszcz. Cóż za am­bi­wa­len­cja uczuć - jak może tak bar­dzo ko­chać Boże Na­ro­dze­nie, a jed­no­cze­śnie tak szcze­rze nie­na­wi­dzić zimna? Wkłada rę­ka­wiczki i zbiega po scho­dach ozdo­bio­nych zie­lo­nymi świer­ko­wymi ga­łąz­kami.

- Hej, po­cze­kaj na mnie! - woła do Coco, która pę­dzi przed sie­bie.

Pies ra­do­śnie wska­kuje w głę­boki śnieg i po­ru­sza się jak bursz­ty­nowa ryba w mo­rzu bia­łego pu­chu. Mona idzie w kie­runku Coco i my­śli o spo­tka­niu z Violą po­przed­niego dnia. W pew­nym sen­sie de­men­cja jest dla tej ko­biety bło­go­sła­wień­stwem, oszczę­dza cią­głego roz­my­śla­nia o tym, co się stało z jej córką. Może za to roz­ko­szo­wać się mi­łymi wspo­mnie­niami z dzie­ciń­stwa. Z dru­giej strony, to fru­stru­jące, że nie zdo­łała zdo­być od niej wię­cej in­for­ma­cji, za­nim Viola stała się nie­obecna. Mona wie, że bę­dzie jesz­cze miała oka­zję z nią po­roz­ma­wiać, ale nie lubi cze­kać.

Wraca do willi Björ­k?s, gdzie Char­les za­pa­lił świece i na­krył do stołu sto­ją­cego przed te­le­wi­zo­rem, by mo­gli obej­rzeć ob­chody dnia Świę­tej Łu­cji w ko­ściele. Przez te wszyst­kie lata, kiedy miesz­kała za gra­nicą, trzy­na­stego grud­nia ro­biła wszystko, by nie prze­ga­pić po­chodu Świę­tej Łu­cji. Czło­wiek ni­gdy nie jest tak wiel­kim pa­triotą, jak wtedy, gdy mieszka w in­nym kraju.

- Sły­sza­łem, że wczo­raj w Nord­kro­ken do­szło do bi­ja­tyki - od­zywa się Char­les, kiedy milkną dźwięki Ci­chej Nocy.

- Co ty mó­wisz? - dziwi się Mona.

- Ja­kiś młody męż­czy­zna po­dobno zo­stał ranny.

- Ale po­waż­nie ranny? - pyta.

Char­les sięga po ku­bek z kawą.

- Wła­ści­wie nie wiem. - Upija łyk. - Nie znam szcze­gó­łów. Ale naj­wy­raź­niej stoi za tym ten wa­riat z chaty w le­sie.

- Wa­riat z chaty? - po­wta­rza Mona, wie­dząc do­kład­nie, kogo Char­les ma na my­śli. Mimo to się upew­nia: - Se­ba­stian?

- Tak, tak ma na imię. - Char­les kiwa głową i od­sta­wia ku­bek. - Ten stary bru­das. Za­wsze było mi go żal, musi cier­pieć na ja­kąś cho­robę psy­chiczną.

- Wcale nie jest taki stary - za­uważa Mona. - Se­ba­stian ma pięć­dzie­siąt sie­dem lat, tyle co my.

Char­les pa­trzy na nią ze zdzi­wie­niem.

- Znasz go?

- Kie­dyś zna­łam.

Roz­dział 14

An­ton wierci się na sie­dze­niu kie­rowcy, robi mu się nie­do­brze. Ostry smród Se­ba­stiana, który czuł po­przed­niego dnia, tu jest nie­mal nie do znie­sie­nia. Sa­mo­chód wy­peł­nia obrzy­dliwa mie­szanka mo­czu, potu i śmieci. An­ton się krzywi z ro­sną­cym obrzy­dze­niem.

Sie­dząca obok Bo­dil spo­gląda na niego. Wie, jak An­ton funk­cjo­nuje. W prze­ci­wień­stwie do niego, zu­peł­nie nie jest wraż­liwa na nie­przy­jemne za­pa­chy i płyny ustro­jowe. An­ton wi­dział, jak ra­dziła so­bie z wy­mio­ci­nami czy ka­łem w naj­obrzy­dliw­szych sy­tu­acjach, pod­czas gdy on wal­czył o utrzy­ma­nie za­war­to­ści żo­łądka na miej­scu. Nie­jed­no­krot­nie mu­siała wkro­czyć do ak­cji i go kryć.

An­ton rzuca szyb­kie spoj­rze­nie w lu­sterko wsteczne i wi­dzi wy­nędz­nia­łego męż­czy­znę na tyl­nym sie­dze­niu. Li­czył na roz­mowę z Se­ba­stia­nem w sa­mo­cho­dzie, że do­wie się cze­goś, co by wy­ja­śniło, co tak na­prawdę się wy­da­rzyło i dla­czego. Męż­czy­zna jak do­tąd jed­nak nie ode­zwał się ani sło­wem, po pro­stu sie­dział w mil­cze­niu i pa­trzył pu­stym wzro­kiem przed sie­bie.

Są w dro­dze do ośrodka psy­chia­trii są­do­wej Brin­k?sen, gdzie zgod­nie z de­cy­zją pro­ku­ra­tora zo­sta­nie prze­pro­wa­dzone ba­da­nie psy­chia­tryczne. Se­ba­stian od­mó­wił do­bro­wol­nego le­cze­nia, a wła­ści­wie na nic się nie zgo­dził, bo nie chciał roz­ma­wiać, w związku z tym ko­nieczne było za­sto­so­wa­nie pro­ce­dury praw­nej umoż­li­wia­ją­cej przy­mu­sowe ba­da­nie psy­chia­tryczne.

Oboje, An­ton i Bo­dil, zga­dzają się co do tego, że to naj­lep­sze roz­wią­za­nie, bio­rąc pod uwagę nie­chęć, a może wręcz nie­zdol­ność Se­ba­stiana do mó­wie­nia o tym, co się wy­da­rzyło u niego w cha­cie. Mu­szą uzy­skać ja­sny ob­raz sy­tu­acji, po­nie­waż jak na ra­zie An­ton nie ma pew­no­ści, czy Se­ba­stian na­prawdę ro­zu­mie kon­se­kwen­cje swo­ich czy­nów. Nie ma też ro­dziny, z którą można by się skon­tak­to­wać i po­roz­ma­wiać. Nie ma ro­dzeń­stwa, a jego ro­dzice od dawna nie żyją.

An­ton po­now­nie zerka w lu­sterko wsteczne. W bez­li­to­snym po­ran­nym świe­tle męż­czy­zna pre­zen­tuje się jesz­cze ża­ło­śniej niż dzień wcze­śniej. Dzika, brudna broda. Ciemne, za­pad­nięte oczy pod krza­cza­stymi brwiami są ma­towe i bez wy­razu, a włosy nie­sfor­nie ster­czą spod pa­sia­stej czapki. An­ton wi­dział stare zdję­cia Se­ba­stiana. W mło­do­ści miał ciemne włosy i sze­roki uśmiech. Był przy­stojny i bar­czy­sty oraz nie­mal tak wy­soki jak An­ton, a te­raz jest le­d­wie cie­niem daw­nego sie­bie. Choć tego ranka zjadł przy­naj­mniej po­rządne śnia­da­nie. Ko­le­dzy z aresztu twier­dzili, że nie wi­dzieli, żeby ktoś tak szybko za­ja­dał ka­napki. Wy­glą­dało to tak, jakby w ogóle nie prze­żu­wał, a całe je­dze­nie tra­fiało od razu do gar­dła i prze­cho­dziło do prze­łyku.

- Wiesz, do­kąd je­dziemy, prawda? - upew­nia się An­ton, ale wciąż od­po­wiada mu tylko mil­cze­nie. - Je­dziemy do Brin­k?sen, żeby oce­nić twój stan psy­chiczny. Chcemy wy­klu­czyć ry­zyko, że zro­bisz krzywdę ko­muś albo so­bie.

Oprócz oceny psy­cho­lo­gicz­nej prze­pro­wa­dzą rów­nież ba­da­nie neu­ro­lo­giczne i spraw­dzą ogólny stan zdro­wia Se­ba­stiana. Choć wy­daje się, że męż­czy­zna naj­bar­dziej po­trze­buje po­rząd­nej ką­pieli, a także przy­cię­cia czu­pryny i brody, żeby można było zo­ba­czyć, jak na­prawdę wy­gląda.

W trak­cie tych roz­my­ślań ich spoj­rze­nia spo­ty­kają się prze­lot­nie w lu­sterku wstecz­nym. Przez mo­ment An­ton wi­dzi prze­błysk ja­kichś emo­cji w oczach Se­ba­stiana i pyta go wprost:

- Dla­czego za­ata­ko­wa­łeś Lu­casa?

Męż­czy­zna na­tych­miast od­wraca wzrok i na­dal mil­czy, jakby nie sły­szał py­ta­nia.

- Nie mo­żesz krzyw­dzić lu­dzi, ro­zu­miesz? - kon­ty­nu­uje An­ton.

Tym ra­zem Se­ba­stian rów­nież nie re­aguje. An­ton się pod­daje i znowu pa­trzy przed sie­bie. Wzdryga się, kiedy z tyl­nego sie­dze­nia do­biega nie­ocze­ki­wana od­po­wiedź.

- To nie była moja wina - oznaj­mia Se­ba­stian nie­pew­nym gło­sem, jakby od­zwy­cza­jo­nym od mó­wie­nia. I mil­czy przez resztę po­dróży.

Roz­dział 15

Po dłu­gim śnia­da­niu i kilku go­dzi­nach pracy przed kom­pu­te­rem Mona i Char­les udają się sa­mo­cho­dem do Väners­borgu. Kiedy par­kują na rynku, wy­cho­dzi słońce. Idą w kie­runku Eds­ga­tan, po­wie­trze jest rześ­kie i chłodne. Przed ko­ścio­łem w parku Plan­ta­get jak co roku stoi ude­ko­ro­wana cho­inka. Na dep­taku mię­dzy do­mami wi­szą gir­landy świa­te­łek, a wej­ścia skle­pów zdo­bią świą­teczne de­ko­ra­cje: mi­ko­łaje po­my­słowo wy­ko­nane z ga­łą­zek świerku, pu­dełka pre­zen­towe, lam­piony ze świecz­kami. Choć jest do­piero wpół do je­de­na­stej, roi się tu od lu­dzi ro­bią­cych bo­żo­na­ro­dze­niowe za­kupy. Mona i Char­les spraw­nie prze­dzie­rają się przez tłum.

Ob­ła­do­wani tor­bami wcho­dzą do ka­wiarni Nord­feldts, gdzie otula ich cie­pło, za­pach pier­ni­ków i cy­na­monu. Sia­dają przy wol­nym sto­liku. Mona roz­gląda się po lo­kalu, tym­cza­sem Char­les idzie zło­żyć za­mó­wie­nie. Ka­wiar­nia jest za­tło­czona, prze­strzeń wy­peł­nia gwar roz­mów i brzęk na­czyń oraz zbie­ra­nina eme­ry­tów de­lek­tu­ją­cych się po­ranną kawą, mło­dzieży z no­sami w te­le­fo­nach i ma­tek na urlo­pach ma­cie­rzyń­skich z ma­lu­chami.

Char­les wraca z dwiema fi­li­żan­kami kawy z przy­pra­wami ko­rzen­nymi. Ku­pił im też po ka­napce z szynką i gru­bo­ziar­ni­stą musz­tardą. Mona bie­rze łyk kawy i czuje jak smak cy­na­monu, gałki musz­ka­to­ło­wej i inne pier­ni­kowe nuty roz­pły­wają się jej w ustach.

Po wyj­ściu z ka­wiarni Char­les od­wozi Monę do willi Björ­k?s, po czym sam da­lej je­dzie na ja­kieś spo­tka­nie. Mona wcho­dzi do domu i kła­dzie torby w przed­po­koju.

- Cześć, wró­ci­łam! - woła.

- Wszystko za­ła­twi­łaś? - pyta Hedda, pod­cho­dząc do niej.

- Tak, ale je­stem wy­koń­czona - mówi Mona z uśmie­chem. - Ro­bie­nie świą­tecz­nych za­ku­pów jest me­czące.

- Wiem. Chodź, usią­dziemy. Roz­pa­li­łam w ko­minku.

Mona roz­kłada się wy­god­nie w fo­telu w sa­lo­nie i opiera obo­lałe stopy na pod­nóżku. Ogień trza­ska, a ona głę­boko wzdy­cha, roz­ko­szu­jąc się wi­do­kiem po­ma­rań­czo­wo­czer­wo­nych pło­mieni.

Hedda wraca z fi­li­żanką her­baty dla Mony i opada na sofę.

- Nie skoń­czy­łaś mi wczo­raj opo­wia­dać - za­uważa.

Mona od razu wie, co Hedda ma na my­śli. Po wi­zy­cie w domu opieki opo­wie­działa jej o roz­mo­wie z Violą, nie wda­wała się jed­nak w szcze­góły. Chciała naj­pierw sama to wszystko prze­my­śleć. Dzi­siaj ce­lowo sku­piła się na in­nych rze­czach, ale te­raz jest go­towa o tym po­roz­ma­wiać, na­wet je­śli to bę­dzie trudne.

Bie­rze łyk go­rą­cej her­baty i kiwa głową.

- Nie wiem, jak dużo wiesz na ten te­mat, ale dziew­czyna, którą za­bił Se­ba­stian, na­zy­wała się Linda Kle­mens i była córką Violi. - Mona milk­nie na chwilę i od­sta­wia fi­li­żankę na spodek. - Linda to rów­nież jedna z mo­ich naj­bliż­szych przy­ja­ció­łek i by­łam tam, tego dnia, kiedy zgi­nęła.

- Nie wie­dzia­łam o tym - mówi ci­cho Hedda. - To straszne.

Mona głę­boko wzdy­cha, a na­stęp­nie re­la­cjo­nuje im­prezę z oka­zji dnia Świę­tej Łu­cji sprzed trzy­dzie­stu pię­ciu laty, wspo­mina Lindę i ra­nek, gdy po­li­cja obu­dziła ich w na­mio­cie. Kiedy koń­czy, Hedda kiwa głową z po­wagą.

- Oczy­wi­ście sły­sza­łam o mor­der­stwie, o tym, co zro­bił Se­ba­stian, ale nie zda­wa­łam so­bie sprawy, że ty, Linda i on by­li­ście tak bli­skimi przy­ja­ciółmi - stwier­dza za­my­ślona, się­ga­jąc po man­da­rynkę ze szkla­nej mi­ski na stole. - Jak ty w ogóle po tym wszyst­kim, co on zro­bił, da­jesz so­bie radę, kiedy go wi­du­jesz?

- Nie wi­dy­wa­łam go. To jedna z ko­rzy­ści miesz­ka­nia za gra­nicą przez tyle lat, a te­raz Se­ba­stian żyje na od­lu­dziu, więc też go nie spo­ty­kam.

- Ale prze­cież go wy­pu­ścili, za­nim wy­je­cha­łaś, prawda?

- Tak, ale wró­cił do Var­gön do­piero po moim wy­jeź­dzie. Pa­mię­tam, że kiedy wy­szedł na wol­ność, zro­biło się o tym gło­śno i oczy­wi­ście mi też się to nie po­do­bało. Ale co ja mo­głam? Zda­niem wy­miaru spra­wie­dli­wo­ści, dla któ­rego zresztą wów­czas pra­co­wa­łam, od­sie­dział swój wy­rok. Od­ku­pił swoje winy, jak to się ład­nie mówi.

- Czy Se­ba­stian był chło­pa­kiem Lindy? - Hedda obiera man­da­rynkę i cy­tru­sowy za­pach roz­cho­dzi się po po­koju.

- Nie, skąd. - Mona kręci głową, sły­sząc te ab­sur­dalne słowa. - Spo­ty­kała się z Ken­tem Mo­rval­lem.

- Z Ken­tem?! - wy­krzy­kuje za­sko­czona Hedda i przez chwilę się nie ru­sza. - Kró­lem Var­gön?!

Na twa­rzy Mony po­ja­wia się de­li­katny uśmiech, kiedy sły­szy, jak Hedda na­zywa Kenta, choć w pew­nym sen­sie się z nią zga­dza. Znany i wpły­wowy w lo­kal­nej spo­łecz­no­ści. Jego wy­ra­zi­sta oso­bo­wość ujaw­niła się już trzy­dzie­ści pięć lat temu i od tam­tej pory nie­wiele się zmie­niła. Wręcz prze­ciw­nie, z bie­giem lat stała się sil­niej­sza.

- To dla­czego Se­ba­stian to zro­bił? - za­sta­na­wia się Hedda, wsa­dza­jąc ka­wa­łek man­da­rynki do ust.

- Nie wia­domo, nie przy­znał się do winy. Jed­nak po­li­cja i sąd uznali, że do­wody są wy­star­cza­jąco ob­cią­ża­jące, żeby dać mu do­ży­wo­cie, i mimo swo­ich ze­znań zo­stał ska­zany.

Roz­dział 16

- Ma­cie go­ścia!

Satu w dy­żurce ko­mi­sa­riatu kiwa głową w stronę An­tona i Bo­dil, gdy wra­cają z Brin­k?sen. Ku za­sko­cze­niu An­tona, dy­żurna po­li­cjantka, która zwy­kle nie prze­pada za świą­tecz­nymi de­ko­ra­cjami, nie dość, że ma bro­kat we wło­sach, to w tym roku na­wet wy­sta­wiła w okienku fi­gurkę ma­łego mi­ko­łaja. Satu dała się po­rwać świą­tecz­nej at­mos­fe­rze, cuda na­dal się zda­rzają.

Męż­czy­zna po sześć­dzie­siątce pod­nosi się z krze­sła i pod­cho­dzi do nich zde­cy­do­wa­nym kro­kiem. Wy­gląda, jakby zjadł o kilka świą­tecz­nych ko­la­cji za dużo, a jego skóra po­wy­żej koł­nie­rzyka ma nie­zdrowy, czer­wony od­cień. Ema­nuje jed­nakże pew­no­ścią sie­bie, jakby cały ko­mi­sa­riat na­le­żał do niego. I w jego od­czu­ciu za­pewne tak wła­śnie jest. To Kent Mo­rvall, wpły­wowa oso­bi­stość Var­gön, a także oj­ciec Lu­casa.

- To z nimi po­wi­nien pan po­roz­ma­wiać - woła do niego Satu i za­suwa szklane okienko dy­żurki z ta­kim hu­kiem, że fi­gurka mi­ko­łaja aż pod­ska­kuje.

Kent po­pra­wia kra­cia­sty sza­lik na szyi.

- Wi­taj, An­to­nie. - Wy­ciąga rękę do in­spek­tora po­li­cji.

An­ton wita się i kiwa głową.

- Cześć, Kent, a to moja ko­le­żanka, Bo­dil Thu­lin.

- Bar­dzo mi miło. - Kent uśmie­cha się swo­bod­nie, lecz Bo­dil nie od­wza­jem­nia się tym sa­mym.

- Jak on się czuje? - pyta An­ton.

- Le­piej - od­po­wiada Kent ze zmar­twioną miną. - Jego stan jest sta­bilny i wy­gląda na to, że za­gro­że­nie mi­nęło. Le­ka­rze uwa­żają, że wkrótce doj­dzie do sie­bie, ale jesz­cze nie wiemy, czy bę­dzie mógł wró­cić do gry w ho­keja. To straszne, jed­nak po­win­ni­śmy się cie­szyć, że tylko na tym się skoń­czyło. Nasz Lu­cas mógł umrzeć.

An­ton wy­czuwa wy­raź­nie oskar­ży­ciel­ski ton, tak jakby to zda­nie miało się za­koń­czyć sło­wami: po­nie­waż wy nie wy­ko­nu­je­cie swo­jej ro­boty.

- Bądźmy do­brej my­śli - rzuca wy­mi­ja­jąco. - Przej­dziemy do sali kon­fe­ren­cyj­nej?

- Tak, chodźmy. Chcę mieć ja­sny ob­raz tego, co się stało, a także ja­kie kroki pla­nu­je­cie pod­jąć w związku z tym.

Kent mówi w taki spo­sób, jakby na­le­żał mu się ra­port. An­ton nie bar­dzo przej­muje się jego to­nem, ale wie, że Bo­dil nie jest tak to­le­ran­cyjna. Spo­gląda na ko­le­żankę, świa­domy na­pię­cia, ja­kie za­raz może po­wstać. Bo­dil ma pro­blem z ludźmi o ta­kim ty­pie oso­bo­wo­ści, pew­nymi sie­bie, au­to­ry­ta­tyw­nymi i sa­mo­zwań­czymi li­de­rami.

W sali kon­fe­ren­cyj­nej od­wie­szają kurtki, Kent zaś kła­dzie swój płaszcz na opar­ciu pu­stego krze­sła. Sia­dają przy stole, An­ton i Bo­dil obok sie­bie, Kent na­prze­ciwko nich. Na go­łym, po­ry­so­wa­nym bla­cie stoi nie­za­pa­lona czer­wona świeca, obok niej, na pa­pie­ro­wym ta­le­rzyku, leży pięć pier­nicz­ków w kształ­cie serca - marna na­miastka świą­tecz­nych de­ko­ra­cji.

- Do­brze, że przy­je­cha­łeś - za­czyna An­ton. - Chcie­li­śmy was dziś od­wie­dzić, cie­bie i twoją żonę, żeby po­roz­ma­wiać o tym, co się wczo­raj wy­da­rzyło.

- Irene jest te­raz w szpi­talu. - Kent kła­dzie ręce na bla­cie i po­chyla się ku po­li­cjan­tom. W jego oczach pło­nie gniew. - Do­rwa­li­ście skur­wy­syna? - pyta.

An­ton nie ma za­miaru roz­ma­wiać z Ken­tem o Se­ba­stia­nie, ale za­pa­dły mu w pa­mięć słowa aresz­to­wa­nego, że to nie była jego wina. Ma na­dzieję, że coś się wy­ja­śni po ba­da­niach w Brin­k?sen.

W tym mo­men­cie musi za­cho­wać ostroż­ność. An­ton jest w pełni świa­domy, że oj­ciec Lu­casa ma w spo­łecz­no­ści Var­gön znaczne wpływy, a także po­trafi ma­ni­pu­lo­wać opi­nią pu­bliczną i ukie­run­ko­wy­wać dzia­ła­nia w taki spo­sób, by słu­żyły wy­łącz­nie jego in­te­re­som. Re­ak­cja Kenta go nie­po­koi. Se­ba­stian za­wsze bę­dzie wzbu­dzał silne emo­cje, mimo że od­sie­dział wy­rok. Jego de­cy­zja o po­wro­cie do Var­gön i dziwne za­cho­wa­nie do­dat­kowo kom­pli­kują sy­tu­ację. Ra­czej nie bu­dzi sym­pa­tii wśród miesz­kań­ców, wręcz prze­ciw­nie. Kent do­pil­nuje, żeby atak na Lu­casa nie po­zo­stał bez echa, zwłasz­cza że ma już po­wód, by nie­na­wi­dzić Se­ba­stiana po tym, co zro­bił Lin­dzie.

- Nie mu­sisz się mar­twić o Se­ba­stiana, pa­nu­jemy nad sy­tu­acją - za­pew­nia An­ton.

Bo­dil po­chyla się nad sto­łem w stronę Kenta.

- Na po­czą­tek tro­chę for­mal­no­ści. We­dług na­szych usta­leń Lu­cas na­dal mieszka w domu ro­dzin­nym, a po­nie­waż chło­pak ma dwa­dzie­ścia trzy lata i jest peł­no­letni, nie mo­żemy udzie­lać żad­nych in­for­ma­cji na jego te­mat bez jego zgody - wy­ja­śnia, po czym opada na opar­cie krze­sła. - Chcia­ła­bym mieć pew­ność, że to ja­sne.

Kent od­wraca się do niej i pa­trzy na nią z ka­mienną twa­rzą. Po­tem się uśmie­cha.

- Ro­zu­miem - mówi. - Jed­nak po­zby­cie się osoby ta­kiej jak Ber­man leży w in­te­re­sie nas wszyst­kich, dla­tego za­leży mi na ści­słej współ­pracy z po­li­cją.

- Okej - zga­dza się Bo­dil. - To może za­czniesz od przed­sta­wie­nia nam swo­jej wer­sji wczo­raj­szych wy­da­rzeń?

Kent pod­nosi ręce do góry w ge­ście re­zy­gna­cji.

- Bądźmy szcze­rzy. Do­brze wie­dzie­li­śmy, że to tylko kwe­stia czasu, za­nim wy­da­rzy się coś po­waż­nego. - Kent milk­nie i przez chwilę się w nich wpa­truje. - Zbyt długo po­zwa­la­li­ście, żeby ten świr roz­sta­wiał te swoje si­dła. I jesz­cze ten kij! - Męż­czy­zna kręci głową, jakby uwa­żał to za coś nie­po­ję­tego. - Kto, do cho­lery, trzyma w domu kij, któ­rego używa do bi­cia in­nych?

An­ton wierci się na krze­śle. Wła­ści­wie miał taką samą myśl.

- Po­roz­ma­wiajmy le­piej o Lu­ca­sie - mówi spo­koj­nie.

Kent dra­pie się wście­kle po karku, po czym opada na opar­cie.

- Tak, wy­bacz­cie, je­stem tro­chę zde­ner­wo­wany. W końcu cho­dzi o mo­jego syna.

W po­koju za­pada ci­sza, którą prze­rywa Bo­dil:

- Co wła­ści­wie Lu­cas ro­bił u Ber­mana?

Kent mruży oczy w wą­skie szparki i wbija wzrok w po­li­cjantkę.

- Czy to na­prawdę istotne? Czy nie po­win­ni­ście ra­czej za­dać so­bie py­ta­nia, dla­czego Se­ba­stian go za­ata­ko­wał?

- Tym rów­nież się zaj­miemy, ale naj­pierw po­trze­bu­jemy two­jej od­po­wie­dzi.

Bo­dil i Kent pa­trzą so­bie pro­sto w oczy. At­mos­fera w po­koju jest na­pięta, aż do mo­mentu, kiedy Kent czuje się po­ko­nany i zmu­szony do od­po­wie­dzi. Zwraca się do An­tona, jakby to on za­dał py­ta­nie:

- Ist­nieje, tak na­prawdę, cał­ko­wi­cie ra­cjo­nalne wy­tłu­ma­cze­nie, dla­czego Lu­cas tam był.

- Za­mie­niam się w słuch.

- Po­my­lił drogę.

An­ton unosi brwi ze zdzi­wie­nia, Bo­dil pry­cha. Lu­cas uro­dził się i wy­cho­wał w Var­gön, więc trudno im w to uwie­rzyć. Kent naj­wy­raź­niej ro­zu­mie, co mo­gli po­my­śleć, po­nie­waż spie­szy z wy­ja­śnie­niem:

- To zna­czy, oczy­wi­ście, nie w ta­kim sen­sie, że się zgu­bił. Lu­cas ku­pił nowy sa­mo­chód i jeź­dził bez celu, po pro­stu chciał go prze­te­sto­wać. Za­czął od Nord­krok­svägen i skrę­cił w Västra, po­jeź­dził tro­chę bocz­nymi dro­gami i nie­świa­do­mie wy­lą­do­wał przed chatą Se­ba­stiana. Wie­cie, ci mło­dzi, za­jęci słu­cha­niem mu­zyki i roz­mo­wami, nie my­ślą. Było ciemno, dużo śniegu, za­pu­ścił się tro­chę za da­leko. - Kent uśmie­cha się z re­zy­gna­cją. - Ja­sne te­raz wie, że trzeba było za­wró­cić wcze­śniej, ale zdał so­bie sprawę ze swo­jego błędu do­piero, kiedy za­je­chał pod chatę.

An­ton jest scep­tyczny. Wpraw­dzie było ciemno i wi­docz­ność nie naj­lep­sza, ale żeby do­stać się do Se­ba­stiana, na­leży zbo­czyć z głów­nej drogi, a do sa­mej chaty nie ma na­wet za bar­dzo żad­nego do­jazdu. Co wię­cej, ta droga jest za­mknięta dla ru­chu.

- To dla­czego wy­siadł z sa­mo­chodu? Skoro zdał so­bie sprawę, gdzie się zna­lazł, dla­czego po pro­stu nie za­wró­cił? - do­cieka An­ton.

- Jak już mó­wi­łem, chło­paki w tym wieku nie my­ślą. Miał w gło­wie tylko jedno: nowe auto i po pro­stu bał się, że tam ugrzęź­nie. Wy­siadł, żeby spraw­dzić, czy na­dal znaj­duje się na dro­dze, nie chciał utknąć w szcze­rym polu. - Kent kręci głową. - Chciał się tylko upew­nić, że wszystko jest w po­rządku, a zo­stał za­ata­ko­wany, zu­peł­nie bez po­wodu. Czy na­prawdę ta­kiego spo­łe­czeń­stwa chcemy?

- Nie - przy­znaje An­ton. - Tak nie po­winno być.

Kent kiwa głową z za­do­wo­loną miną.

- Cie­szę się, że to mó­wisz. Se­ba­stian ewi­dent­nie nie jest zdrowy, moim zda­niem ni­gdy nie był. Wie­lo­krot­nie za­sy­pia­łem z my­ślą, że pew­nego dnia wy­da­rzy się coś na­prawdę strasz­nego. Znowu - do­daje zło­wiesz­czo. - Po­zna­łem go za młodu. Już wtedy był ty­ka­jącą bombą ze­ga­rową, miał w so­bie agre­sję, która w każ­dej chwili mo­gła wy­buch­nąć. Cza­sem wy­star­czyło coś bła­hego, a on w mgnie­niu oka roz­pę­dzał się od zera do setki, a po­tem eks­plo­do­wał. Mor­der­stwo Lindy jest tego wy­raź­nym do­wo­dem.

Kent daje czas na prze­tra­wie­nie tych słów i po chwili sam prze­rywa ci­szę:

- Co się z nim te­raz sta­nie?

- Zo­stało wsz­częte wstępne do­cho­dze­nie. Zo­ba­czymy, do czego do­pro­wa­dzi.

Wi­dać wy­raź­nie, że Kent chciałby coś po­wie­dzieć, lecz się po­wstrzy­muje. Jest na­tar­czywy, ale nie głupi, zna się na lu­dziach i wie, że An­ton nie­chęt­nie ła­mie za­sady. Kent musi uzbroić się w cier­pli­wość.

- No cóż - mówi, wsta­jąc od stołu. - Nie zaj­dziemy tu za da­leko w ta­kim ra­zie.

Za­wija sza­lik wo­kół szyi i bie­rze płaszcz.

- Za­nim pój­dziesz... - wtrąca Bo­dil, która rów­nież wstaje. - Lu­cas nie był sam w sa­mo­cho­dzie, a druga osoba opu­ściła miej­sce zda­rze­nia. Czy wiesz, kto to był?

Kent bez słowa za­kłada płaszcz.

- I tak się do­wiemy - rzuca An­ton.

- Aha. - Kent wkłada ręce do kie­szeni i wy­ciąga brą­zowe skó­rzane rę­ka­wiczki. - Nie mu­szę wam tego mó­wić, ale po­wiem, bo za­leży mi na tym, że­by­ście ru­szyli ze śledz­twem. Lu­cas był z ko­legą, Phi­li­pem Nils­so­nem. - Sta­ran­nie wkłada rę­ka­wiczki. - To do­bry chło­pak. - Kent przez chwilę wpa­truje się w An­tona i Bo­dil. - Obaj to do­bre chło­paki. Phi­lip się prze­stra­szył, dla­tego zwiał. - Kent roz­kłada ręce i się śmieje. - Mój Boże, kto by się nie prze­stra­szył.

- Dzięki - mówi An­ton i rów­nież wstaje. - Po­roz­ma­wiamy z nimi.

Kent kiwa głową i robi za­my­śloną minę.

- Mam na­dzieję, że wie­cie, co to ozna­cza?

An­ton marsz­czy brwi.

- Co masz na my­śli?

- Chyba zda­je­cie so­bie sprawę, że po tym wszyst­kim Se­ba­stian bę­dzie mu­siał opu­ścić Var­gön? Wy­klu­czone, żeby tu zo­stał. - Kent po­pra­wia sza­lik. - To chyba oczy­wi­ste.

Roz­dział 17

- A te­raz Viola twier­dzi, że to nie Se­ba­stian za­bił Lindę? - Hedda pa­trzy na Monę zdu­miona.

- Tak.

- I co o tym my­ślisz?

- Sama nie wiem. - Mona bie­rze łyk her­baty. - Za­kła­da­łam, że Se­ba­stian jest winny, skoro zo­stał ska­zany, ale jak wspo­mnia­łam, nie przy­znał się do winy. Dużo się wtedy mó­wiło o tym wszyst­kim.

- Wy­obra­żam so­bie - pry­cha Hedda. - Co na przy­kład?

- Nie­któ­rzy uwa­żali, że to nie było mor­der­stwo, tylko wy­pa­dek po pi­jaku, inni, że to żart, który wy­mknął się spod kon­troli. Wpad­nię­cie do prze­rę­bla może się fa­tal­nie skoń­czyć, i to w bar­dzo krót­kim cza­sie - do­daje Mona.

- Tak, ale są tacy, któ­rzy prze­żyli, mimo że dużo dłu­żej prze­by­wali w lo­do­wa­tej wo­dzie, nie są­dzisz?

- To prawda, choć są też tacy, któ­rzy uto­nęli rap­tem w kilka se­kund. Ist­nieje nie tylko ry­zyko hi­po­ter­mii. Kiedy ciało ochła­dza się tak szybko, może także wy­stą­pić re­ak­cja szo­kowa.

- Co ta­kiego? - pyta Hedda. - Masz na my­śli za­trzy­ma­nie ak­cji serca?

- Nie, cho­dzi ra­czej o to, w jaki spo­sób ciało może za­re­ago­wać. Szok wy­wo­łany prze­by­wa­niem w zim­nej wo­dzie może spo­wo­do­wać, że czło­wiek pró­buje zła­pać po­wie­trze, na­wet nie zda­jąc so­bie z tego sprawy. A je­śli ma za­nu­rzoną głowę, ist­nieje duża szansa, że na­łyka się wody, która do­sta­nie się do płuc i czło­wiek to­nie.

- To zna­czy, że traci się kon­trolę nad od­dy­cha­niem?

- Do­kład­nie tak. Ale na­wet je­śli uda się utrzy­mać głowę nad po­wierzch­nią, zmar­z­nięte ręce i nogi szybko stają się cięż­kie jak ołów i trudno nimi po­ru­szać, więc nie­za­leż­nie od tego, czy to mor­der­stwo, czy nie, ry­zyko śmierci jest wy­so­kie.

Hedda kiwa głową i pyta:

- Po­wie­dzia­łaś, że dużo się o tym mó­wiło, ale po­dej­rze­wam, że mia­łaś wła­sną teo­rię?

- Wła­ści­wie nie. Naj­bar­dziej praw­do­po­dobne wy­daje mi się chyba to, że Se­ba­stian miał na­gły wy­buch zło­ści, a kiedy był wsta­wiony, nie po­tra­fił kon­tro­lo­wać emo­cji, i to do­pro­wa­dziło do tego, że ją za­bił.

- Tylko dla­czego?! - unosi się Hedda. - Je­śli rze­czy­wi­ście miał taki wy­buch, jak mó­wisz, to mu­siało się wy­da­rzyć coś, co na­prawdę go roz­zło­ściło.

Mona wzdy­cha. Nie zna od­po­wie­dzi. Le­dwo wie, ja­kie py­ta­nia za­dać.

- Też tak my­ślę - zga­dza się.

- Czy po­li­cji nie udało się usta­lić, co mo­gło go spro­wo­ko­wać?

- Nie, ale zwy­kle nie trzeba było wiele. Kiedy Se­ba­stian wpa­dał w złość, w jego gło­wie jakby prze­łą­czał się ja­kiś pstry­czek i nie dało się go po­wstrzy­mać. Wie­dzieli o tym wszy­scy, któ­rzy go znali. Wy­szło na jaw je­dy­nie to, że mię­dzy nim a Lindą wy­wią­zała się ostra kłót­nia. Nikt nie wie, o co po­szło, ale kilka osób ze­znało, że wi­działo, jak się kłó­cili. Z tego, co wiem, nie zna­le­ziono żad­nych do­wo­dów poza ple­ca­kiem Se­ba­stiana, który le­żał przy prze­rę­blu.

Hedda prze­chyla głowę.

- To nie­zbyt mą­dre za­bić ko­goś i zo­sta­wić swój ple­cak na miej­scu zbrodni.

- Zde­cy­do­wa­nie - zga­dza się Mona. - Wy­ja­śnili to tak, że mu­siał być bar­dzo pi­jany i nie wie­dział, co robi.

Hedda sięga po ko­lejną man­da­rynkę z mi­ski.

- Mó­wisz, że znasz tego dzi­waka? - pyta, obie­ra­jąc owoc.

- Tak, choć wła­ści­wie nie bar­dzo. Na­wet wtedy, trzy­dzie­ści pięć lat temu, nie zna­łam go zbyt do­brze. Mimo że na­le­żał do na­szej paczki, trudno było się do niego zbli­żyć.

- Na­wet to­bie?

- Tak - przy­ta­kuje Mona. - Na­wet mnie.

- No więc Se­ba­stian za­bił Lindę, po czym po­szedł spać, jakby nic się nie stało?

- Tak wła­śnie było.

- Okrutne!

- De­li­kat­nie mó­wiąc. - Mona spo­gląda ze smut­kiem na Heddę. - Naj­dziw­niej­sze było to, że Linda i Se­ba­stian po­szli sami na za­mar­z­nięte je­zioro w środku nocy lub wcze­snym ran­kiem, za­leży, jak na to spoj­rzeć. Wszy­scy spali oprócz nich. Nikt nie wie, co tam ro­bili i co tak na­prawdę się mię­dzy nimi wy­da­rzyło.

- A te­raz za­ata­ko­wał Lu­casa Mo­rvalla, tak że ko­leś wy­lą­do­wał w szpi­talu. - Hedda wsa­dza ka­wa­łek man­da­rynki do ust.

- Wiem, to dziwne.

Mona wstaje i pod­cho­dzi do ko­sza z drew­nem na opał, pod­nosi kilka po­lan i kła­dzie je na ża­rze. Ob­ser­wuje szybko roz­pa­la­jący się ogień, cie­pło mu­ska jej twarz. Po chwili czer­wone pło­mie­nie liżą drewno. Mona wstaje i wi­dzi, że Hedda opada na sofę i się jej przy­gląda.

- O co cho­dzi?

- Znam to - od­po­wiada Hedda z krzy­wym uśmie­chem.

- Nie ro­zu­miem.

- To spoj­rze­nie. Za­mie­rzasz się do­wie­dzieć, co się na­prawdę wy­da­rzyło, mam ra­cję?

Roz­dział 18

- Na­prawdę je­ste­ście z po­li­cji? - pyta mała, łysa dziew­czynka w wieku około ośmiu lat, po­dejrz­li­wie przy­glą­da­jąc się An­to­nowi i Bo­dil.

- No wła­śnie. Je­ste­ście po­li­cjan­tami? - po­wta­rza jej ko­le­żanka rów­nie scep­tycz­nie, pal­cem wska­zu­ją­cym pod­su­wa­jąc oku­lary.

- Ależ tak, jak naj­bar­dziej - za­pew­nia Bo­dil z en­tu­zja­zmem, wsu­wa­jąc kciuki za pas, ni­czym sze­ryf go­towy wy­cią­gnąć broń w ja­kimś sta­rym we­ster­nie.

Jedna z dziew­czy­nek, ta zu­peł­nie bez wło­sów, naj­praw­do­po­dob­niej jest pod­da­wana che­mio­te­ra­pii, która uszko­dziła od­nowę ko­mó­rek w miesz­kach wło­so­wych. Druga z ko­lei ma nie­na­tu­ral­nie opuch­niętą twarz, naj­wy­raź­niej od ja­kie­goś in­nego ro­dzaju le­cze­nia. An­ton po­dej­rzewa, że może to być spo­wo­do­wane kor­ty­zo­nem, choć oczy­wi­ście nie ma co do tego pew­no­ści. Ukryte za oku­la­rami oczy dziew­czynki le­dwo wi­dać mię­dzy opuch­nię­tymi po­wie­kami. I jedno wia­domo na pewno: dzieci są za­cie­ka­wione wi­zytą po­li­cjan­tów w szpi­talu.

- Ca­łymi dniami ła­piemy prze­stęp­ców - kon­ty­nu­uje Bo­dil, a An­ton cofa się o kilka kro­ków, cie­sząc się, że ko­le­żanka prze­jęła roz­mowę.

Per­so­nel szpi­tala zor­ga­ni­zo­wał ob­chody dnia Świę­tej Łu­cji, pra­gnąc za­pew­nić roz­rywkę ciężko cho­rym dzie­ciom. Część z nich uważa, że praca po­li­cjanta jest eks­cy­tu­jąca, dla­tego Gabbi po­pro­siła An­tona i Bo­dil, żeby przy­szli i opo­wie­dzieli kilka hi­sto­rii, co aku­rat jest mocną stroną Bo­dil, a nie jego.

Na od­dziale pa­nuje ha­łas. Śmiech około dwa­dzie­ściorga prze­by­wa­ją­cych tu dzieci, cier­pią­cych na po­ważne cho­roby, od­bija się echem od ko­lo­ro­wych ścian. Są prze­brane za świętą Łu­cję, jej druhny, pier­ni­kowe lu­dziki i mi­ko­ła­jów. An­ton do­li­cza się sied­miu pra­cow­ni­ków na od­dziale. Z bó­lem serca ob­ser­wuje chore dzieci. Część z nich nie do­czeka Bo­żego Na­ro­dze­nia. Spo­gląda na przy­kutą do łóżka dziew­czynkę, zbyt chorą, by stać o wła­snych si­łach. Jed­nak jej duże oczy śle­dzą wszystko, co dzieje się wo­kół. Co ja­kiś czas na jej twa­rzy po­ja­wia się blady uśmiech.

An­ton staje obok bo­gato przy­stro­jo­nej pla­sti­ko­wej cho­inki z gwiazdą na czubku. Po­mimo ha­łasu wraca my­ślami do Se­ba­stiana. Kiedy do­tarli do ośrodka psy­chia­trycz­nego, An­ton za­par­ko­wał przed głów­nym wej­ściem, a na­stęp­nie od­pro­wa­dzili Ber­mana i prze­ka­zali go pod opiekę per­so­nelu. Po­zo­staje tylko cze­kać na ich ocenę. An­to­nowi wy­daje się oczy­wi­ste, że męż­czy­zna po­trze­buje po­mocy, zwłasz­cza ma­jąc na uwa­dze wa­runki, w ja­kich żyje. Se­ba­stian na pewno nie może tak da­lej funk­cjo­no­wać.

- Cześć, An­ton!

Gabbi staje przed nim z sze­ro­kim uśmie­chem i ca­łuje go czule w po­li­czek. Ma na so­bie zwy­kły pie­lę­gniar­ski strój - nie­bie­ską tu­nikę i spodnie, oraz, po­dob­nie jak Satu, bro­kat we wło­sach spe­cjal­nie na tę oka­zję. Kiedy na­gle po­miesz­cze­nie wy­peł­nia gło­śny dzie­cięcy śmiech, oboje od­wra­cają się z uśmie­chem w stronę Bo­dil. Stoi oto­czona przez grupkę dzieci, które z ogrom­nym za­in­te­re­so­wa­niem słu­chają jej opo­wie­ści o mniej lub bar­dziej zmy­ślo­nych przy­go­dach.

- Ma do­bry kon­takt z dziećmi - stwier­dza Gabbi, wkła­da­jąc ręce do kie­szeni.

- To prawda.

Bo­dil ma taką na­tu­ralną zdol­ność, mimo że nie ma wła­snych dzieci. An­ton nie pa­mięta, by kie­dy­kol­wiek wspo­mi­nała, że w ogóle chce je mieć. W prze­ci­wień­stwie do niego - on za­nu­dza ją swo­imi zwie­rze­niami, o tym, jak z Gabbi sta­rają się o dziecko. Przez wiele lat pró­bo­wali in vi­tro, ale te próby tra­gicz­nie za­koń­czyły się po­ro­nie­niem, po­zo­sta­wia­jąc w ich ży­ciu głę­boki smu­tek i pustkę. Do­piero od nie­dawna my­ślą o tym, żeby po­now­nie spró­bo­wać, a na­wet za­częli in­te­re­so­wać się ad­op­cją. An­ton ma na­dzieję, że dziecko po­zy­tyw­nie wpły­nę­łoby na ich re­la­cję. O ile to w ogóle moż­liwe.

Sły­szy ko­lejny wy­buch śmie­chu i od­wraca się w stronę Bo­dil żywo ge­sty­ku­lu­ją­cej rę­kami. Do­piero w tym mo­men­cie do­strzega jej wy­dętą górną wargę. Mógł po­pro­sić ją o wy­ję­cie snusu, za­nim za­częła prze­ma­wiać, a te­raz jest już za późno.

- O, po­patrz, idzie Ma­ria - za­uważa Gabbi.

An­ton po­dąża za jej wzro­kiem i wi­dzi zbli­ża­jącą się do nich ko­bietę w śred­nim wieku. Ma krótko ostrzy­żone siwe włosy i jest ubrana w przy­ku­wa­jącą uwagę zie­loną tu­nikę w duże kwiaty. Nie pa­mięta, żeby wcze­śniej wi­dział tę ko­bietę, jed­nak coś mu mówi, że ona z ko­lei do­sko­nale wie, kim on jest.

Roz­dział 19

Mona po­woli wjeż­dża na za­mar­z­nięty pod­jazd. Dom Anny-Ka­rin jest tak oka­zały, jak go za­pa­mię­tała, pięk­nie po­ło­żony na wzgó­rzu z roz­le­głym wi­do­kiem na je­zioro Hult­sjön na obrze­żach Trol­l­hät­tan.

Hedda traf­nie od­ga­dła in­ten­cje Mony. Rze­czy­wi­ście za­mie­rza się do­wie­dzieć, co tak na­prawdę Viola miała na my­śli, a je­śli Se­ba­stian nie za­bił Lindy, do­pil­nuje, by uka­rano wła­ści­wego czło­wieka. Jest to winna Lin­dzie. Pierw­szy krok to roz­mowa z Anną-Ka­rin. W naj­lep­szym ra­zie usły­szy od niej ra­cjo­nalne wy­tłu­ma­cze­nie i wszystko zo­sta­nie wy­ja­śnione w ciągu rap­tem kilku mi­nut.

Mi­nęło sporo czasu od ich ostat­niego spo­tka­nia. Wi­działy się prze­lot­nie na Eds­ga­tan w Väners­borgu rok wcze­śniej, ale poza tym od lat się nie spo­ty­kały. Ich przy­jaźń zga­sła na długo przed wy­jaz­dem Mony za gra­nicę. To dzięki Lin­dzie ta trójka trzy­mała się ra­zem. Mona nie może się do­cze­kać po­now­nego spo­tka­nia, choć wo­la­łaby przyjść do niej z odro­binę przy­jem­niej­szą sprawą.

Ha­muje i spo­gląda na łu­kowe okna czer­wo­nego domu i prze­stronną we­randę. Je­zioro po­krywa błysz­cząca war­stwa lodu, w któ­rej od­bi­jają się białe, oszro­nione drzewa. Daw­niej był tu głów­nie las, obec­nie oko­lica wy­gląda zu­peł­nie ina­czej. Po­wstało nowe osie­dle do­mów jed­no­ro­dzin­nych, wy­bu­do­wano nowe drogi do­jaz­dowe.

Kiedy Mona wy­siada z sa­mo­chodu, ota­cza ją ci­sza. Po­pra­wia czapkę, a za­pach dymu z ko­minka su­ge­ruje, że ktoś na pewno jest w domu. Z głu­chym trza­skiem za­myka drzwi sa­mo­chodu i idzie w stronę wej­ścia. Z tru­dem utrzy­muje rów­no­wagę na nie­spo­dzie­wa­nie śli­skiej na­wierzchni. Na­gle staje i się roz­gląda. Coś jest nie tak.

Po­now­nie spo­gląda w stronę okien i we­randy. W domu nie pali się świa­tło, ale ścieżka pro­wa­dząca do drzwi jest od­śnie­żona. Przy ścia­nie ga­rażu stoi ło­pata, a na śniegu wi­dać ślady sarny, która prze­bie­gła przez po­se­sję. Wtedy do niej do­ciera. Dom nie jest ude­ko­ro­wany na Boże Na­ro­dze­nie. Ani je­den sznur świa­te­łek nie roz­świe­tla chłod­nego, sza­rego po­po­łu­dnia. Na drzwiach nie wisi wie­niec, a w oknach nie ma ad­wen­to­wych świecz­ni­ków ani gwiazd. Dla­czego?

Już wie. Anna-Ka­rin i Ola mu­sieli wy­je­chać. Klnie pod no­sem. Mo­gła za­dzwo­nić, za­nim tu się wy­brała. Ich córka mieszka w Au­stra­lii. Przed dzie­się­cioma laty wy­je­chała tam na wy­mianę stu­dencką, po­znała chło­paka i zo­stała, jak wielu in­nych. Moż­liwe, że po­je­chali do niej na święta i po­pro­sili są­siada o od­śnie­ża­nie.

Jed­nak skoro już tu przy­je­chała, może spraw­dzić tę teo­rię. Ist­nieje prze­cież nie­wielka szansa, że Anna-Ka­rin jest w domu. Mona wcho­dzi po schod­kach i dzwoni do drzwi. Po­mimo cie­płych zi­mo­wych bu­tów i gru­bego pu­cho­wego płasz­cza mar­z­nie, więc tu­pie no­gami, by się roz­grzać. Nie­po­ko­jąca aura uno­sząca się nad do­mem po­tę­guje od­czu­cie zimna w ten mroźny dzień. Mona po­now­nie przy­ci­ska pa­lec do dzwonka i sły­szy jego stłu­miony dźwięk do­cho­dzący zza ścian. Już ma się od­wró­cić i odejść, kiedy wy­daje jej się, że wi­dzi ruch, za­le­d­wie cień prze­my­ka­jący obok wi­tra­żo­wego okienka przy wej­ściu. Po chwili za­mek chro­bo­cze i drzwi się otwie­rają. Staje w nich Ola, mąż Anny-Ka­rin.

Mona cofa się o krok i staje z otwar­tymi ustami. Niby to Ola, ale wy­gląda ina­czej. Le­dwo go roz­po­znaje. Jego twarz, nie­gdyś okrą­gła, te­raz jest wy­chu­dzona i znisz­czona. Pod za­czer­wie­nio­nymi oczami wi­dać cie­nie. Usta za­ci­snęły się w wą­ską kre­skę. Mona chwyta się po­rę­czy i robi ko­lejny krok w tył, sta­jąc na naj­wyż­szym schodku. Ola za­pewne jest chory, a ona przy­cho­dzi ot tak, bez za­po­wie­dzi.

- Cześć - mówi ła­god­nie. - Prze­pra­szam, że tak bez uprze­dze­nia. Chyba przy­szłam nie w porę.

Męż­czy­zna lekko kręci głową i pod­nosi wzrok, który po­woli wę­druje w stronę jej sa­mo­chodu. Co mu jest? Na­ćpał się czy o co cho­dzi?

- Mona Schil­ler. - Głos jakby z tru­dem prze­dzie­rał mu się przez gar­dło. Ola spo­gląda na nią męt­nymi oczami. Na jego wy­chu­dzo­nej twa­rzy po­ja­wia się wy­mu­szony uśmiech.

- W za­sa­dzie przy­szłam po­roz­ma­wiać z Anną-Ka­rin - tłu­ma­czy Mona. - Ale ro­zu­miem, że nie jest to naj­lep­szy mo­ment.

Ola prze­chyla głowę, a zmarszczka mię­dzy brwiami się po­głę­bia. Nie­na­tu­ralny uśmiech znika z jego spierzch­nię­tych ust.

- Anna-Ka­rin - po­wta­rza bez emo­cji. - Ro­zu­miem, że nic nie wiesz?

- O czym? - pyta Mona, czu­jąc jak prze­nika ją inny ro­dzaj chłodu.

- Anna-Ka­rin nie żyje.

Roz­dział 20

Ko­bieta, która zbliża się do An­tona i Gabbi, ko­ły­sze się na boki, ni­czym wielka, bujna mon­stera. An­ton nie ma po­ję­cia, kim jest ta Ma­ria, ale po­dej­rzewa, że wkrótce się do­wie. W chwili, gdy do nich pod­cho­dzi, mały chło­piec wy­bu­cha pła­czem. Stoi bez ru­chu po­środku po­miesz­cze­nia, krew ciek­nąca mu z nosa bru­dzi bluzę. Gabbi od razu re­aguje. Klęka przed chłop­cem z pa­pie­rową ser­wetką w ręce, którą zdą­żyła skądś wy­cza­ro­wać.

- Ojo­joj - mówi Ma­ria, sta­jąc obok An­tona i ob­ser­wu­jąc sy­tu­ację. - To nie wy­gląda do­brze. Oba­wiam się, że to dość ty­powy sku­tek uboczny che­mio­te­ra­pii.

- Gabbi już się nim zaj­muje - uspo­kaja An­ton, głę­boko po­ru­szony wi­do­kiem chu­dego, ma­łego ciała i ca­łej tej krwi. W swo­jej pracy wi­dział wiele okrop­no­ści, lecz krzywda dzieci za­wsze go do­głęb­nie po­ru­sza. Od­wraca się do ko­biety i wy­ciąga rękę w jej stronę.

- An­ton. Mąż - do­daje dla wy­ja­śnie­nia.

- An­ton - po­wta­rza Ma­ria. Kiedy ści­ska jego dłoń, jej duże kol­czyki de­li­kat­nie się ko­ły­szą. - Na­zy­wam się Ma­ria Görans­son. Znamy się z Gabbi z pracy.

- Też pra­cu­jesz w służ­bie zdro­wia?

Ma­ria się uśmie­cha, od­sła­nia­jąc na pra­wym kle ozdobę w kształ­cie zło­tego mo­tyla.

- Za­leży, jak na to spoj­rzeć - od­po­wiada. - Pra­cuję w opiece spo­łecz­nej.

An­ton kiwa głową. W pracy od czasu do czasu spo­tyka ko­le­gów Ma­rii, gdy ro­dziny, zwy­kle ko­biety i dzieci, po­trze­bują po­mocy.

- A ty, je­śli się nie mylę, je­steś po­li­cjan­tem? - kon­ty­nu­uje ko­bieta z nowo roz­bu­dzo­nym za­in­te­re­so­wa­niem.

- Zga­dza się. In­spek­to­rem kry­mi­nal­nym.

Ma­ria po­pra­wia nad­mier­nie dużą torbę na ra­mie­niu, która wy­gląda, jakby wa­żyła tyle, co trzy kar­tony mleka. Prze­suwa się o krok, sta­jąc obok cho­inki.

- To pew­nie też masz sporo pracy przed świę­tami? - za­sta­na­wia się.

- Nie­stety tak - od­po­wiada An­ton.

Ma­ria wzdy­cha i kręci głową:

- Tak wiele ro­dzin bo­ryka się z trud­no­ściami, tak wiele dzieci cierpi...

An­to­nowi trudno się z tym nie zgo­dzić. Oboje za­pewne wi­dzieli wię­cej, niżby chcieli.

- Jaka jest twoja rola w opiece spo­łecz­nej? Sku­piasz się na dzie­ciach? - pyta.

- Tak, moja praca po­lega na umiesz­cza­niu dzieci w ro­dzi­nach za­stęp­czych i pla­ców­kach opie­kuń­czych.

An­to­nowi ten te­mat jest do­brze znany. Ist­nieje wiele po­wo­dów, dla któ­rych dzieci mu­szą być umiesz­czane w ro­dzi­nach za­stęp­czych, i cza­sami w sprawę an­ga­żuje się po­li­cja, lecz tylko w wy­jąt­ko­wych przy­pad­kach. Czę­sto dzieje się to w sy­tu­acjach, kiedy ro­dzice nie są w sta­nie od­po­wied­nio dbać o swoje dzieci, nie­rzadko z po­wodu róż­nego ro­dzaju uza­leż­nień lub pro­ble­mów zdro­wot­nych. Inne dzieci mogą po­trze­bo­wać zmiany oto­cze­nia ze względu na kon­flikty z ro­dzi­cami, prze­stęp­czość czy nad­uży­cia. Ko­lejną grupę sta­nową dzieci i mło­dzież bę­dące uchodź­cami bez opieki. Kiedy przy­by­wają do Szwe­cji, po­trze­bują sta­bil­nych, wspie­ra­ją­cych do­ro­słych, któ­rzy wskażą im bez­pieczną drogę. Po­nadto po­mocy wy­maga czę­sto po­mi­jana grupa, a mia­no­wi­cie dzieci z róż­nymi nie­peł­no­spraw­no­ściami, któ­rych ro­dzice zma­gają się z trud­no­ściami.

- Ciężka praca - mówi An­ton.

- To prawda. Cały czas czło­wiek o niej my­śli, no i co­raz trud­niej zna­leźć ro­dziny chętne do po­mocy. - Ko­bieta uśmie­cha się sze­roko. - Ale nie na­rze­kam. Nie­sły­cha­nie dużo mi daje ta praca, nie można o tym za­po­mi­nać. Każde dziecko jest ważne, a je­śli udaje mi się za­pew­nić bez­pie­czeń­stwo choć jed­nemu z nich, to je­stem szczę­śliwa.

Ma­ria prze­chyla głowę i pa­trzy na An­tona, chy­trze mru­żąc oczy, jakby na­gle coś so­bie uświa­do­miła.

- Wy­obra­żam so­bie, że czu­jesz to samo, kiedy uda ci się roz­wią­zać sprawę?

An­ton kiwa głową, tym­cza­sem Ma­ria znowu kie­ruje wzrok na Gabbi i ma­łego chłopca, który wła­śnie ra­do­śnie od niej od­biega, w czy­stej blu­zie i z bia­łymi wa­ci­kami w no­sie.

- Oboje z Gabbi ro­bi­cie coś waż­nego - stwier­dza Ma­ria. - Dzięki wam coś się zmie­nia, ni­gdy o tym nie za­po­mi­naj­cie. - Roz­lega się dzwo­nek, a ona wy­ciąga te­le­fon z torby. - Mu­szę koń­czyć - mówi - ale na pewno jesz­cze się spo­tkamy.

W tym mo­men­cie ga­sną świa­tła, a na sali za­pada pełna ocze­ki­wa­nia ci­sza. W od­dali sły­chać de­li­katne dźwięki po­chodu Świę­tej Łu­cji, który po­woli zbliża się ciem­nym ko­ry­ta­rzem. Ma­ria wy­łą­cza te­le­fon i ra­zem z An­to­nem ob­ser­wują pro­ce­sję ubra­nych na biało śpie­wa­ją­cych ko­lęd­ni­ków. Trzy­mane przez nich świeczki rzu­cają na ściany mi­go­czące cie­nie.

Po kilku ko­lę­dach ru­szają da­lej, kro­cząc po po­grą­żo­nym w zi­mo­wym mroku szpi­talu. Ich głosy roz­brzmie­wają na ko­ry­ta­rzach, dźwięki pie­śni o świę­tej Łu­cji cichną, a w końcu zu­peł­nie już ich nie sły­chać.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki