1
OTULIŁAM SIĘ
SZCZELNIEJ PELERYNĄ, nie zważając na to, że po plecach spływają
mi krople potu. Z mojej pozycji na szczycie wzgórza widok otoczonego
murami grodu Eszkarot nie robił wielkiego wrażenia. Był najmniejszą
osadą Wolnego Państwa Idun i miał zaledwie kilkuset mieszkańców, których
domy ciasno otaczały nadmorską warownię nadgryzioną zębem czasu. Mój
legion był w stanie ją podbić w jedno popołudnie, ale nie przybyłam tu
po to, by rozpętać wojnę.
Przyjechałam, aby ją zakończyć.
Generał Arkady podprowadził konia bliżej mojego wierzchowca. Jego
pokryte mapą zmarszczek oblicze było nieodgadnione.
- Co widzisz? - spytałam szeptem, żeby żołnierze za nami mnie nie
usłyszeli.
Jego milczenie było jak głęboki wdech.
- Miasto - odparł w końcu. - Całe i żywe.
Oczy zapiekły mnie od łez. Zamrugałam, aby je powstrzymać, w duchu
okłamując samą siebie, że wywołał je kąsający zimowy wiatr, a nie
świadomość, iż grody takie jak ten - z daleka szary i niepozorny - w Seraveszu już nie istnieją.
Nasza ojczyzna, splądrowana, strawiona pożogą i pełna najeźdźców,
znajdowała się zaledwie o milę na północ od tego miejsca. Czując na
plecach cienie poszarpanych szczytów gór Peszkalor, równie dobrze mogłam
sobie wyobrażać, że znajduję się sto mil stąd. Echo stłumionych krzyków
ludzi, którzy tam zostali, niosło się ku nam kotlinami i nieustannie
rozbrzmiewało w mojej czaszce. Rozum mi podpowiadał, że to miasto w dole
jest naszą ostatnią nadzieją, ale serce błagało, abym zawróciła do
Seraveszu. Jakby samo to, że znajduję się po południowej stronie gór -
kilka dni i cały świat od domu - było zdradą.
- Rozwinąć chorągiew - warknął do żołnierzy Arkady. - Proszę założyć
kaptur, księżniczko - zwrócił się do mnie nieco łagodniej.
Obejrzałam się w chwili, gdy dobrze mi znana postać wysunęła się przed
szereg kawalerzystów. Vitalij lekko poruszył wodzami i jego wierzchowiec
skoczył naprzód, a po chwili minął mnie cwałem z rozwianą ciemną grzywą.
Za jeźdźcem załopotał płat tkaniny: czarny wilk na błękitnym polu.
Podmuch mroźnego wiatru szarpnął chorągwią królestwa Seraveszu - tą
samą, od której nazwę wziął mój Legion Czarnych Wilków. Żołnierze
zaczęli wiwatować, gdy Vitalij pomknął ścieżką po grani.
Z piersi generała wyrwał się głęboki pomruk. Arkady nie zdołał ukryć
niezadowolenia z powodu takiego braku dyscypliny. Ukryłam uśmiech,
naciągając wilczy kaptur peleryny. Miasto w dole nie mogło zignorować
ostentacyjnego zachowania Vitalija. Straże na pewno wypatrywały już
wśród żołnierzy dowódcy, a moja peleryna wyróżniała się na tle
pozostałych. Wiedziałam, że ją dostrzegą i doniosą władzom o mojej
obecności.
Vitalij zawrócił i podjechał do nas z szerokim uśmiechem.
- Skończyłeś popisy? - Arkady spojrzał złowrogo na młodszego towarzysza.
Vitalij skrzywił się, ale jego uśmiech nie zniknął zupełnie.
- Staram się tylko podtrzymać morale naszych żołnierzy, panie generale.
Spojrzał za siebie, na wymizerowane twarze druhów. Każda przeprawa przez
góry była ciężka, a tym razem wrogi oddział deptał nam po piętach i zawrócił dopiero, gdy stało się jasne, że zmierzamy do Eszkarotu.
Oczy Arkadego zwęziły się.
- A co nam po dobrym nastroju? Jeszcze pomyślą, że szykujemy się do
ataku. Poseł pewnie jest już gotów do ucieczki. Jeżeli w ogóle przybył.
- Musiał - wyrwało mi się, zanim ugryzłam się w język. Wierzyłam, że
wysłannik tu dotarł. Jeśli nie, to...
- Spójrzcie tam. - Vitalij z triumfalnym uśmiechem wycelował palcem w warownię, bo na wieży powiewały dwie flagi: płonąca tarcza Idunu oraz
lew Visziru.
Poczułam ulgę. Mój apel o wsparcie nie pozostał bez odpowiedzi. Skoro
cesarz Visziru przysłał posła, jeszcze nie wszystko stracone. Mogłam
dowieść słuszności moich dążeń, błagać o pomoc i dzięki niej odzyskać
tron. Znajdowaliśmy się tak blisko celu.
Jadąc na czele straży przybocznej, skierowałam konia w stronę grodu. Z dudnieniem kopyt przemknęliśmy błotnistymi drogami Eszkarotu. Mieszkańcy
patrzyli na nas z wąskich okien pochyłych, rozpadających się budynków. W ich przygasłych oczach nie było ani ciekawości, ani zdumienia. Nawet
tuzin olbrzymów z północy nie wzbudził w nich podziwu.
Ich obojętność mnie nie obchodziła. Nie dla nich przybyłam do Eszkarotu.
Byłam tu z powodu viszirskiego wysłannika. Od ojca wiedziałam, że cesarz
Visziru ma słabość do egzotyki i osobliwości. Choć znajdował się tysiąc
mil stąd, zamierzałam wykorzystać moje barbarzyńskie korzenie i zwrócić
jego uwagę, a jeśli Dwulice Bóstwo było miłosierne, także jego pomoc.
Ktoś musiał powstrzymać imperium Rovenu.
Pulchny mężczyzna ze złotym torkwesem rozpostarł ręce w powitalnym
geście, gdy tylko wjechałam na dziedziniec zamkowy.
- Po stokroć witam, najjaśniejsza pani! - wykrzyknął z wyćwiczonym
uśmiechem. - Jestem starostą Eszkarotu.
Podmuch północnego wiatru owiał mi twarz i uniósł mój niemy krzyk.
Przemierzyłam splądrowane ziemie mojego królestwa i lodowe pustkowia gór
Peszkalor nie po to, by się spotkać ze starostą. Przybyłam zobaczyć
posła Visziru. Może jednak go tu nie było?
- Na waszej wieży powiewa viszirska flaga.
- W rzeczy samej. - Uśmiech zgasł, gdy starosta pojął cel mojej wizyty.
- Gubernator Erol przysyła mnie w zastępstwie, pani. Chętnie powitałby
cię osobiście, lecz dla księcia Iskandra tutejszy klimat jest zbyt
surowy.
Zamknęłam oczy. Iskander. Nie powinnam się dziwić, iż cesarz wysłał
właśnie jego. Zsunęłam się z konia i rzuciwszy wodze stajennemu,
ruszyłam schodami do warowni. Moi gwardziści otoczyli mnie ciasnym
kręgiem. Niski, gruby starosta musiał się odsunąć tak daleko, że teraz
podbiegał, by za nami nadążyć.
W Sali Wielkiej zebrał się tłum możnych przybyłych z nadzieją, że uda im
się zobaczyć viszirskiego księcia. On sam siedział w głębi paradnej
komnaty, opatulony w koce, mimo że od sześciu wielkich kominków biło
gorąco. W mężczyźnie, który nachylał się ku niemu i coś mówił,
rozpoznałam gubernatora Erola. Książę nawet go nie słuchał. Nie
spuszczał wzroku z grona dziewcząt, które wdzięczyły się idiotycznie,
zadowolone, że zwrócił na nie uwagę.
Powstrzymałam kpiący uśmiech i skupiłam się na bezpośrednim otoczeniu
Iskandra. Ze swego miejsca widziałam przezroczyste sylwetki ciekawskich
duchów otaczające nieświadomego ich obecności księcia. Wyobraziłam
sobie, co by się stało, gdyby nagle ujrzał tłoczące się wokół zjawy, i zdusiłam chichot.
Obok mnie marszałek uderzył końcem paradnej laski o zakurzoną kamienną
posadzkę.
- Jej Najjaśniejsza Wysokość księżniczka Seraveszu, Askia Poritska
e-Nimri.
Iskander spojrzał w naszą stronę. Uśmiechnęłam się.
Rozwiązawszy pelerynę, oddałam ją służącemu i sztywnym krokiem ruszyłam
przez salę. W ślad za mną szła fala tłumionych okrzyków zdziwienia. Nie
przejmowałam się nimi. Teraz liczył się tylko książę.
Gdy podeszłam bliżej, podniósł się z miejsca, wielkimi oczami lustrując
skórzane bryczesy i dopasowaną koszulę, które miałam na sobie. U mego
boku kołysał się miecz, a do ud miałam przytroczone dwa sztylety.
Kolejne dwa wystawały z cholew butów, a ostatnia para tkwiła zatknięta
za skórzane karwasze. Chłonął mnie oczami, jakbym była ożywioną postacią
z jakiejś baśni. Nie przeszkadzało mi nawet to, że dłużej zatrzymał
wzrok na moich piersiach. Im więcej miał później opowiedzieć swojemu
ojcu, cesarzowi, o dzikiej księżniczce, która potrzebuje jego pomocy,
tym lepiej.
Gubernator Erol również powstał z szerokim uśmiechem ukrytym w gęstwinie
kędzierzawej białej brody.
- Najserdeczniej witamy, księżniczko. Zaszczycasz Idun swoją wizytą.
- Dziękuję za gościnne przyjęcie, gubernatorze. - Gestem dałam znak
Vitalijowi, który wystąpił do przodu z ciemnym glinianym słojem. - Oto
dar dla ciebie. Napar z El-Szimat. Według receptury mojego ojca.
Mój ojciec, Sevilen e-Nimri, był najwspanialszym uzdrowicielem naszych
czasów. Nie odziedziczyłam wprawdzie magicznej mocy leczenia ludzi, ale
zachowałam jego grymuar, a dla nikogo nie było tajemnicą, że gubernator
cierpi na reumatyzm.
Erol przycisnął lewą dłoń do piersi i pochylił się w ukłonie.
- Jestem wdzięczny za taką hojność, pani.
- Nie mogę uwierzyć, że to naprawdę ty - powiedział książę, podchodząc
do mnie.
Z ładnego chłopca wyrósł na przystojnego mężczyznę. Był niewiele starszy
ode mnie. Miał dwadzieścia trzy, może dwadzieścia cztery lata, smukłą
atletyczną sylwetkę, gładką twarz i kanciasty podbródek. Hebanowe włosy
opadały mu na oczy, z których biła szczerość. Uśmiechnął się do mnie z niekłamaną radością. Zirytowało mnie to, choć nie wiedziałam dlaczego.
- We własnej osobie. Miło cię widzieć, Iskandrze.
- Nie od razu cię poznałem. Wyrosłaś.
Zmarszczyłam brwi.
- No cóż, upływ czasu odmienia każdego. Kiedy ostatnio się widzieliśmy,
byliśmy właściwie dziećmi.
Jego uśmiech przygasł, a w oczach pojawiło się coś niebezpiecznie
zbliżonego do litości. Zerknął na wypukłą szramę, która biegła w poprzek
mojej szyi. Przełknął ślinę. Z pewnością przypomniał sobie nasze
ostatnie spotkanie.
- Dla ciebie czas jest wyjątkowo łaskawy - powiedział nieprzekonująco,
jakby wyczuł, jak wielką niechęć wywołuje we mnie jego współczucie. -
Chyba będę musiał wymyślić dla ciebie nowe przezwisko. Pamiętasz to
dawne?
Ósme lato spędziłam z rodzicami na viszirskim dworze. Na widok mojej
jasnej cery i rudych włosów Iskander i zaprzyjaźnieni z nim chłopcy
natychmiast orzekli, że przypominam bladą larwę.
- A pamiętasz, książę, jak zareagowałam, kiedy mnie tak nazwałeś? -
warknęłam i od razu zacisnęłam usta, ale słów nie mogłam już cofnąć.
Obok mnie Arkady zesztywniał. Iskander wytrzeszczył oczy, bo
najwyraźniej przypomniał sobie, jak powaliłam go na ziemię. Wstrzymałam
oddech, modląc się, by nie wyszedł obrażony.
Nikły rumieniec zabarwił jego smagłą cerę, lecz mimo to uśmiechnął się,
a potem zaśmiał w głos.
- Pojmuję, księżniczko. Koniec z przezwiskami. Choć to dopiero byłby
widok, co?
Przytaknęłam z ulgą, ale nie byłam w stanie odwzajemnić jego uśmiechu.
- Na pewno jesteś zmęczona po podróży, pani - powiedział gubernator Erol
z błyskiem wesołości w oczach. - Starosta polecił przygotować komnaty
dla ciebie i twoich ludzi. Jutro wieczorem odbędzie się bal na twoją
cześć, a na rano z myślą o księciu Iskandrze zaplanowałem łowy.
- Tak, i ogromnie się na nie cieszę, gubernatorze. Tyle że zmuszony
jestem prosić o cieplejsze ubranie. - Iskander zatarł dłonie. - Nie mam
pojęcia, jak wy wytrzymujecie na tej zimnicy.
- Nazywasz to zimnicą, książę? - Roześmiałam się. - Poczekaj jeszcze
tydzień, a zobaczysz prawdziwy śnieg.
Iskander spoważniał.
- Niestety nie zostaniemy tu tak długo. Planujemy wyruszyć wraz z pełnią
księżyca.
Cofnęłam się gwałtownie. Jego słowa odebrałam jak cios. One były ciosem.
- To już za trzy dni.
Pojęłam, że mój ojciec chrzestny nie przyjdzie mi z pomocą. To nie były
negocjacje. Przesyłał przeprosiny.
- Tak. Przykro mi... ale nie możemy zostać dłużej - oznajmił Iskander,
przestępując z nogi na nogę. - Musimy wypłynąć, zanim zaczną się zimowe
sztormy.
- No cóż... - W myślach rozpaczliwie szukałam jakiegoś punktu zaczepienia.
- W takim razie mądrze wykorzystajmy dany nam czas. Nie chcę, by
upłynęło kolejne sześć lat, nim znowu się spotkamy.
Książę Iskander uśmiechnął się promiennie.
- Co do tego jesteśmy zgodni.
Gubernator nachylił się ku nam z błyskiem w oczach.
- Słyszałem, księżniczko, że świetnie jeździsz konno. Może jutro
wyruszysz z nami na łowy?
Miałam ochotę go ucałować. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że
szanse wynegocjowania wsparcia są niewielkie. Niemniej dawał mi
sposobność - być może jedyną. Mogłam znaleźć chwilę na rozmowę z księciem Iskandrem w cztery oczy i przekonać go, żeby zabrał mnie do
Visziru.
- Bardzo chętnie. - Uniosłam brwi i uśmiechnęłam się wymownie do
stojących wokół mężczyzn. - Jeżeli zdołacie dotrzymać mi kroku.
Ciepło w głosie Iskandra obudziło we mnie nadzieję. Nie wszystko było
stracone. Mogłam na niego wpłynąć, na pewno. Wystarczyło, że go
nakłonię, by mi pozwolił popłynąć razem z nim do Visziru. A potem... cóż,
potem byłam gotowa zrobić - i poświęcić - wszystko, aby przekonać
cesarza, że mój kraj potrzebuje jego pomocy.
2
PIERWSZEJ NOCY NIE
ZMRUŻYŁAM OKA. Do późna zastanawialiśmy się z Arkadym, jak w ciągu zaledwie trzech dni przekonać księcia Iskandra do poparcia mojej
sprawy.
Właściwie w ciągu dwóch, pomyślałam. Mój wzrok przyciągnęło poranne
słońce, przeświecające słabo spoza chmur nad dziedzińcem zamkowym.
- Nakłoń go do zmiany zdania. - Z tymi słowy Arkady opuścił moją
komnatę.
Uwielbiałam go, traktowałam jak serdecznego przyjaciela i mentora, ale
to była chyba najgorsza rada, jaką od niego usłyszałam. Przecież nie
szłam do sąsiada poprosić o cukier. Miałam wybłagać armię u cesarza.
Czas mnie goni, myślałam, przypomniawszy sobie o bliźnie na szyi.
Musiałam przekonać Iskandra jeszcze tego ranka, w przeciwnym razie
mogłam uznać dzień za stracony. Cała sprawa byłaby stracona. Mój koń
zarżał cicho i trącił mnie nosem w ramię, jak gdyby namawiał do
pośpiechu.
Na dziedzińcu służący uwijali się jak w ukropie, szykując wierzchowce i pakując prowiant. Arkady i Vitalij czekali obok mnie. Generał miał na
twarzy zwykły gniewny grymas, a niczym nieprzejęty Vitalij trzymał wodze
ich koni. Był lordem z urodzenia i przez całe życie obracał się wśród
arystokratów. Książę go nie onieśmielał i właśnie dlatego generał
wyraził zgodę, by Vitalij nam towarzyszył, mimo że poprzedniego dnia na
grani wyciął taki numer. I tak nalegałabym na jego obecność. Miał
ujmującą osobowość i nie wątpiłam, że zdoła oczarować Iskandra. Umiał
zjednać sobie nawet mnie, kiedy wróciłam na dwór mojego dziada sama, ze
złamaną duszą. Bardzo długo był moim jedynym przyjacielem.
- Nie warto się zamartwiać, pani - powiedział, widząc, że nerwowo
przestępuję z nogi na nogę. - Zdążysz namówić księcia do pomocy.
- Tak uważasz? - spytałam, poklepując gładką rudą sierść mojego wałacha.
- Towarzyszy mu świta ludzi, którzy bynajmniej nie chcą, abym go
przekonała.
- Ha! - Vitalij wzruszył ramionami. - Bez trudu zdołamy go odciągnąć. -
Zerknął na generała, a potem spojrzał na mnie, uśmiechając się chytrze.
- Przypomina mi się polowanie w dzień przesilenia letniego przed dwu
laty, kiedy to pomogłaś mi rozdzielić pewną damę i jej męża.
Zaśmiałam się cicho na samo wspomnienie, a także na widok pruderyjnego
zdumienia, które zmarszczyło twarz Arkadego.
- Rzecz w tym, że tamta młoda dama bardzo chciała odłączyć się od męża.
Nie jestem pewna, czy książę Iskander zechce zostać ze mną sam na sam,
chyba że...
W głowie zakiełkowała mi pewna myśl. Rozważyłam to, co wiedziałam o Iskandrze. Sprawiał wrażenie mężczyzny, który ulega namiętnościom i lubi
rywalizację. Wystarczyło wciągnąć go do gry.
- Staraj się wyglądać rześko, pani - szepnął Arkady, gdy książę wyszedł
z warowni otoczony świtą.
Taki miałam plan.
- Dzień dobry, księżniczko Askio - przywitał mnie Iskander, zbiegając po
schodach.
- Dzień dobry. Mam nadzieję, że jesteś gotów stanąć w szranki.
- Od urodzenia - oznajmił, śmiejąc się z własnej brawury.
Ponad jego ramieniem zobaczyłam, że jeden z jego towarzyszy - niski
mężczyzna o szczurzej twarzy - krzywi się szyderczo.
Uśmiechnęłam się.
- Wiesz, na co dziś zapolujemy?
- Słyszałem, że na pogórzu nie brak jeleni i dzikich indyków, ale
gubernator twierdzi, że prawdziwą zdobyczą jest zwierz, którego nazywają
tutaj domuzjowem. Nie mam pojęcia, co to takiego.
- To taki dzik - wyjaśniłam. - Jest bardziej kosmaty od tych, które
występują u was na południu. Większy i szybszy. Zimą jego sierść staje
się biała. Nie będzie łatwo go wypatrzyć, bo zeszłej nocy spadł śnieg.
Iskander aż podskoczył, ogarnięty chłopięcym zapałem.
- Całe wieki nie byłem na porządnych łowach. Nic tak nie sprawia, że w człowieku żywiej krąży krew, jak dobre polowanie.
Oprócz wojny, pomyślałam i spuściłam wzrok, odsuwając od siebie tę myśl.
Iskander nie był winny temu, że jego ojczyzna ma się dobrze, podczas gdy
moja cierpi.
- Dziwi mnie, że Jej Wysokość ryzykuje wyprawę na pogórze - odezwał się
kwaśno szczurzy człowiek, strzepując z rękawa niewidoczny pyłek. - Góry
są przecież częścią Seraveszu.
Wyprostowałam się. Czułam, że próbuje wciągnąć mnie w pułapkę. Wprawdzie
pasmo górskie należało do mojego królestwa, ale tu, na południowych
stokach, był to nieistotny szczegół. Ludzie zamieszkujący te tereny byli
Iduńczykami pod każdym względem prócz miana.
- Góry leżą na ziemiach Seraveszu, lecz nie obawiam się o nasze
bezpieczeństwo. Ich łańcuch stanowi doskonałą zasłonę przed najgorszymi
walkami.
Mężczyzna uśmiechnął się kpiąco.
- Tak świetną, że z tego miejsca Seravesz wygląda spokojnie.
- Czasem lepiej nie wierzyć oczom. - Zerknęłam na Iskandra, który
świdrował lorda gniewnym spojrzeniem.
- A słowom warto dawać wiarę? Czytałem listy, w których błagasz, pani,
cesarza o wsparcie w obronie przed rzekomym najazdem Rovenu. Może twoje
słowa wyolbrzymiły powagę sytuacji. W końcu nawet ambasador Seraveszu w Viszirze poparł zmianę władzy.
- Po czym dogodnie zniknął - wycedziłam przez zęby.
Ambasador był dobrym człowiekiem i miałam absolutną pewność, że jego
poparcie wymuszono torturami.
Nasze spojrzenia spotkały się. W ciemnych oczach mężczyzny błysnęło
wyzwanie.
- Dogodnie dla kogo?
- Ishaqu, proszę, nie teraz. - Iskander położył dłoń na ramieniu
starszego lorda, powstrzymując go. - Łowy są dla przyjemności. Później
znajdziemy czas na omówienie poważniejszych spraw. - Skinął do mnie z wypisaną na twarzy obietnicą.
Tyle że tego czasu może nam zabraknąć, pomyślałam, patrząc, jak
gubernator Erol i spore grono arystokratów wchodzą na dziedziniec boczną
furtą wraz z tuzinem sług prowadzących konie. Podejrzewałam, że ludzie
Iskandra dopilnują, abym nie miała najmniejszej szansy z nim
porozmawiać. Jeżeli chciałam to zrobić, sama musiałam ją sobie stworzyć,
i to jak najszybciej. Erol podszedł się przywitać, ale nie słuchałam, co
mówi. Zerknęłam na Vitalija i uśmiechnęłam się do niego znacząco.
Wyruszyliśmy na północny wschód od Eszkarotu i już po kilkunastu
minutach dotarliśmy do zalesionych podnóży gór. Szlak wiódł nieopodal
obozu, w którym moi ludzie już na nas czekali.
Czarne Wilki wyłoniły się z mgły. Ich zbroje prezentowały się
olśniewająco w blasku poranka. Trzy tysiące wojowników z północy
powitało nas przeciągłym wyciem i wiwatami. Wyszczerzyłam zęby na widok
szeregów żołnierzy, zachwyconego uśmiechu Iskandra i ponurego spojrzenia
Ishaqa. To byli moi rodacy. Moi bracia.
Za obozem podążaliśmy dalej na północny wschód. Zbocza stawały się coraz
bardziej strome, a las wokół nas gęstniał.
Odtrąbiono początek polowania.
W tak trudnym terenie dobrzy jeźdźcy szybko odsadzili się od reszty. Z pomocą Vitalija zwiększyliśmy ten dystans jeszcze bardziej, płosząc
stado dzikich indyków i kierując je na południe, wraz z pozostałymi
myśliwymi. Sama zawróciłam na północ i jechałam na przedzie razem z Vitalijem oraz pyzatym lordem Marrem, opiekunem księcia. Na szczęście
Iskander dotrzymywał nam kroku, prowadząc porywczego ogiera z ogromną
wprawą. Generał Arkady został w tyle i niewątpliwie robił wszystko, co w jego mocy, aby reszta nam nie przeszkadzała.
Kiedy jeden z tropowców zawył przeciągle, posłałam Iskandrowi uśmiech, w którym kryło się wyzwanie. Wiedziałam, że viszirskie ogiery są szybkie,
ale trenowano je do biegów po równinach. W górach, na mokrym śniegu, mój
dextrarius potrafił im dorównać. Pomknęliśmy między drzewami za głosem
psów. Miałam wrażenie, że frunę, i przez jedną cudowną chwilę poczułam
się jak w domu. Pęd wiatru szarpał mi włosy, zimno kłuło w oczy, ale to
było najwspanialsze uczucie na świecie. Obok mnie Iskander zaniósł się
dzikim śmiechem.
Tropowce wyły jak oszalałe. Otaczały dzika z trzech stron, ale zwierz
nie zamierzał poddać się bez walki. Gnał przez las, bodąc kłami każdego
psa, który ośmielił się za bardzo zbliżyć.
Pochyliłam się nad końskim grzbietem i popuściłam wodze. Kątem oka
widziałam, jak Iskander sięga po włócznię i waży ją w prawej ręce.
Uśmiechnęłam się i zmusiłam konia do jeszcze szybszego biegu. Z głośnym
okrzykiem książę cisnął włócznią. Przeleciała dziesięć metrów i trafiła
dzika w bok. Odyniec zakwiczał. Ranny i rozjuszony, jeszcze się nie
poddawał.
Odbiłam lekko w prawo, w górę zbocza, aby zajść bestię z drugiej strony,
po czym puściłam wodze, prowadząc konia nogami. Podniosłam łuk i wypuściłam dwie strzały, jedną po drugiej. Pierwsza trafiła zwierzę w bok. Druga idealnie dosięgła celu. Szeroki grot przeszył prawe płuco i utkwił w sercu. Dzik chwiejnie przebiegł jeszcze kilka kroków, nim
wreszcie padł i zarył w śnieg.
- Znakomicie, księżniczko! - zawołał Vitalij, gdy zawróciłam do moich
towarzyszy.
- Świetne trafienie - szczerze pochwalił Iskander.
Uśmiechnęłam się promiennie. Jak naiwne dziecko liczyłam skrycie, że ten
popis wystarczy, aby pozyskać wsparcie Iskandra.
- Dziękuję - powiedziałam, zsiadając z konia obok pozostałych. Dzika
zostawiłam służącym, którzy podjechali zająć się zdobyczą. - Niejednego
można się nauczyć w trakcie półrocznej przeprawy z wojskiem.
Świadomość powodu, dla którego od tak dawna przebywałam wśród żołnierzy,
sprawiła, że zamilkłam. Wiedziałam, że lepsza sposobność na rozmowę z Iskandrem w cztery oczy już się nie nadarzy. Teraz albo nigdy.
- Proszę jej nie wierzyć - wtrącił Vitalij, szczerząc zęby. - Ćwiczy z Czarnymi Wilkami, odkąd wróciła do Seraveszu.
- Naprawdę? - Ton Iskandra zdradzał zdziwienie. - Nigdy nie słyszałem o takiej pasji u damy, a tym bardziej u przyszłej królowej.
Wzruszyłam ramionami, siląc się na swobodę.
- Kiedy wróciłam do Seraveszu, nie byłam następczynią tronu. Miałam...
zresztą słyszałeś o moich rodzicach. - To była niezwykła historia z rodzaju tych, jakie uwielbiają dworscy plotkarze. Księżniczka z Seraveszu uciekła z viszirskim uzdrowicielem, rezygnując z rodziny i korony dla miłości. Z jakiegoś powodu w opowieściach o niewinnym uczuciu
zwykle pomijano fakt, że za sprzeciwienie się życzeniom mego dziada
matkę, a zatem i mnie czekało życie na wygnaniu. - Mój ojciec posiadał
moc uzdrawiania, dzięki której podróżowaliśmy po całym świecie.
Pomieszkiwaliśmy na różnych dworach, w tym również na dworze twego ojca
- powiedziałam i skinęłam głową do Iskandra - lecz większość czasu
spędzaliśmy na polach bitewnych. - Umilkłam, gdy w moje myśli wkradły
się nieproszone wspomnienia ostatniej walki rodziców. Na moment
zamknęłam oczy, próbując pozbyć się mrocznych obrazów. - Po śmierci
matki i ojca wróciłam do Seraveszu, ale upłynęło dużo czasu, zanim mój
dziad i jego dwór pojęli, na co mnie stać. - Próbowałam się uśmiechnąć,
lecz twarz mnie nie słuchała. - Całe życie spędziłam blisko żołnierzy.
Ciągle wałęsałam się przy placu ćwiczeń. W końcu generał Arkady ulitował
się nade mną i zaczął mnie uczyć fechtunku. Pomógł mi również zdobyć
uznanie na dworze.
- Nie doceniasz siebie, księżniczko - wtrącił cicho Vitalij. - Generał
zaczął cię uczyć, bo dostrzegł w tobie potencjał. A dwór cię przyjął,
ponieważ inni również to w tobie dojrzeli. Już ja wiem swoje. Mój ojciec
wydał u nas na zamku ucztę, kiedy król ogłosił cię swoją następczynią. -
Uśmiech Vitalija podszyty był smutkiem.
- I wyda kolejną, gdy ty bezpiecznie wrócisz do domu.
Vitalij pobladł. Skinął głową i odwrócił wzrok. Zmarszczyłam brwi.
Nieraz smutniał, wspominając o domu, ale tym razem chodziło o coś
więcej.
- Te wasze Czarne Wilki - powiedział lord Marr łamaną iduńszczyzną. -
Bardzo duzi. Wielcy. - Wypiął pierś, udając większego.
Iskander się roześmiał.
- To prawda, wojownicy z Czarnych Wilków są potężni... i wyraźnie tobie
oddani. Wierzę, że nim minie rok, wyzwolicie wasz kraj. Jaka armia zdoła
wam dorównać?
Ogarnęło mnie zniecierpliwienie. Książę przebył długą drogę, ale wciąż
nic nie rozumiał.
- Nie chodzi o to, że...
- Pomoooocy.
Głos dochodził zza drzew. Tak cichy, że ledwie go słyszałam. Zamarłam.
Lodowe macki dosięgły mojej skóry, lecz nie był to zwykły zimowy chłód.
Przenikał mnie do głębi, jak ziąb, który czai się na skraju
wszechrzeczy.
Iskander spojrzał na mnie z jawnym zdumieniem, ale nie byłam w stanie
zareagować. Magia śmierci wypływała z głębi mojej piersi, zbierając się
pod skórą. Skierowałam bezgłośne wezwanie w otchłań nicości - do źródła
krzyku, który tylko ja słyszałam.
Mara pojawiła się na szczycie wzgórza niczym strzęp mgły, którego nie
dosięgało słońce. Wydawała się drobna, a ale po sposobie w jakim skuliła
ramiona, poznałam, że nie jest dzieckiem. Migotała, jak gdyby
podtrzymanie tej przezroczystej postaci było sporym wysiłkiem woli.
- Najjaśniejsza pani? - W głosie Vitalija usłyszałam niepokój. Jego
twarz zdradzała napięcie. Dłoń trzymał na rękojeści miecza.
Iskander dotknął mojego przedramienia.
- Co się dzieje?
Gwałtowny podmuch wiatru zszedł w dół zbocza, goniąc suche liście po
ściętej mrozem ziemi. Mdlący zapach, trochę słodkawy, trochę
przypominający woń mięsa, wkradł mi się do nozdrzy. Przypominał cierpki,
żelazowy posmak krwi i smród gnijącego ciała.
- Czujecie to? - spytałam cicho. Konie zaczęły rżeć i przebierać nogami
w nerwowym tańcu.
Miecz zgrzytnął o pochwę, gdy Vitalij dobył broni.
- Sprowadźcie generała - warknął do służących, którzy oprawiali dzika,
po czym spojrzał na mnie. - Powinnaś się stąd oddalić, pani.
W odpowiedzi założyłam strzałę na cięciwę i powoli ruszyłam pod górę,
zostawiając konia słudze o zbielałych wargach. Noga za nogą wspinałam
się po zamarzniętej ziemi, mając po bokach Vitalija i Iskandra, a za
plecami lorda Marra. Zjawa czekała na mnie. Była młodsza, niż sądziłam.
Miała najwyżej kilkanaście lat, ale jej oblicze postarzyła zgroza.
Po drugiej stronie wzgórza teren opadał, tworząc głęboką dolinę. W porównaniu z nią żleb, w którym znajdowaliśmy się wcześniej, przypominał
co najwyżej płytki odcisk buta w błotnistej drodze. W najniższym
punkcie, między czarnymi połaciami sosnowych lasów i strzelistymi
szczytami gór, była wioska.
Była.
Na dachach tych kilkudziesięciu domów powinien leżeć świeży śnieg, a dym
z kominów piąć się beztrosko w niebo, obiecując ciepło i komfort w mroźny zimowy dzień. Dzieci w kolorowych kubrakach powinny biegać po
polach, lepić bałwany i robić śnieżne anioły.
Moje całe królestwo składało się z tego, co było. Żołądek podszedł mi do
gardła. Powstrzymałam krzyk, który cisnął mi się na usta.
- Niech Bogini Nocy ulituje się nad nami - wyszeptał Iskander. Jego
śniada cera pobladła, gdy ujrzał widok przed nami.
- Rovenowie nad nikim się nie litują - powiedziałam głucho.
Spopielałe zgliszcza domów odcinały się na tle śniegu. Dym - jak widmo
ognia, który strawił to miejsce - unosił się leniwie i znikał na
wietrze. Na drogach i na zboczu leżały ciała zabitych. Z daleka wydawały
się tak małe, że gdyby nie czarnowrony dziobiące miękką skórę,
moglibyśmy udawać, że to nie trupy.
- Powinniśmy się stąd oddalić. - Głos Vitalija brzmiał cicho, ale
ponaglająco. - W lasach wciąż mogą być wojownicy.
Spojrzałam na zjawę, wyobrażając sobie, jak otacza nas elitarna
jednostka armii Rovenu.
- Są tu jeszcze żołnierze? - spytałam bezgłośnie i poczułam, jak zimno
rozchodzi się w moich kończynach, paraliżuje mięśnie. Przeklęłam magię i cenę, jaką musiałam za nią płacić. Sięgnęłam ledwie po rąbek mojej mocy
i natychmiast poczułam jej osnowę, która powstrzymywała mnie niczym
powróz. Ogarnęły mnie mdłości, ale dałam z siebie wszystko, aby nakłonić
ducha dziewczyny do odpowiedzi.
- Nie. - Jej oczy prześlizgnęły się po mojej twarzy. Odwróciła się,
ale nie spojrzała na odległe ruiny wioski, tylko w miejsce oddalone o kilka kroków od nas, na ciemny, zbyt nieruchomy kształt na ziemi. -
Minęło już wiele dni.
Próbowałam przełknąć, ale zaschło mi w ustach.
- Gdyby wojnicy zamierzali się tu zatrzymać, nie spaliliby wioski -
powiedziałam.
- Skąd wiadomo, że została celowo podpalona? - spytał Iskander drżącym
głosem. - Pożar mogło wywołać coś innego.
- Coś innego? - Sztywno ruszyłam przed siebie, ciągnąc go za sobą.
Tłumiony gniew dodał mi siły. - I ją też spotkało "coś innego"?
Grotem strzały wskazałam trupa dziewczyny. Leżała twarzą do ziemi, z szeroko rozpostartymi rękami i nogami, jakby zginęła, uciekając przed
napastnikiem. Podejrzewałam, że wyzionęła ducha, jeszcze zanim upadła,
bo ubranie i plecy miała dosłownie rozorane. Rana była tak głęboka, że
alabastrowa kolumna jej kręgosłupa jaśniała bielą, niczym miniatura
łańcucha gór wokół nas.
Iskander wessał powietrze i cofnął się niepewnie, przechodząc dokładnie
przez zjawę martwej dziewczyny. Spojrzał mi w oczy i odniosłam wrażenie,
że z trudem zmusza nogi do bezruchu.
- To dzieło roveńskich wojników?
Przytaknęłam.
- Naszym tropem na południe podążał oddział żołnierzy. Zawrócili, kiedy
pojęli, że zmierzamy do Eszkarotu. Pewnie w drodze powrotnej zatrzymali
się tutaj, żeby się rozerwać.
Starałam się nie patrzeć na zjawę dziewczyny, nie widzieć srebrnych łez
na jej policzkach ani wyrzutu w jej wzroku.
- Wy ich tu ściągnęliście?
Iskander oblizał spierzchnięte wargi.
- Skąd wiadomo, że to Roveni? Może twój kuzyn...
- Goran jest tylko marionetką. - Samo wypowiedzenie jego imienia
obudziło we mnie taką wściekłość, że miałam ochotę wyć. Mój kuzyn
zdradził własną krew i ojczyznę dla pozorów władzy. - Jest za słaby. Nie
mógłby stanąć na czele wojsk ani samodzielnie rządzić królestwem.
Właśnie dlatego ruszył na północ do Rovenu. Cesarz Radovan dał mu armię,
umożliwił zamordowanie naszego dziada i przejęcie tronu. Tyle że
roveńscy żołnierze już nie opuścili naszych ziem. Bynajmniej nie chodzi
o to, że tron powinien przypaść mnie. Dopóki Goran nosi Lodową Koronę i udaje króla, nasi rodacy są werbowani do roveńskiej armii. A młode
kobiety... - Nie zdołałam dokończyć, bo zjawa dziewczyny osunęła się na
kolana, a jej szloch przeszył mnie na wskroś. Pokręciłam głową.
Nikt nie był bezpieczny, nawet wiedźmy. Zwłaszcza one. Magia była
rzadkim darem, a żaden człowiek nie pożądał jej bardziej niż Radovan.
Wszędzie miał szpiegów, którzy potrafili wywęszyć nawet znikomy przejaw
magicznej mocy. Porywali wiedźmy z domów i siłą wcielali do armii
Radovana lub zabijali, jeśli nie chciały się podporządkować.
Gdyby Radovan dowiedział się, że jestem wiedźmą, nawet Bogini Nocy by mi
nie pomogła. Nic by go nie powstrzymało przed pojmaniem mnie.
- To jest dzieło Rovenów - powiedziałam, wskazując trupa dziewczyny i dymiące zgliszcza w oddali. - I niech ci się nie wydaje, że kto inny
jest winowajcą. Mój kuzyn nazywa siebie królem, lecz zawłaszczył Lodową
Koronę dzięki roveńskiej armii, przelewając krew rodaków. Ta sama armia
gwarantuje teraz jego posłuszeństwo wobec Radovana. Za rok Seravesz
będzie już tylko kolejną prowincją imperium Rovenu.
- Księżniczko, błagam. - W głosie Vitalija usłyszałam lęk. Knykcie
dłoni, w której zaciskał miecz, były białe. Nie odrywał wzroku od
granicy lasu, wypatrując wrogów. - Powinniśmy zawrócić.
- Ja również tak uważam - oznajmił lord Marr, z miną, której trudno było
się sprzeciwić.
- Ale co z ciałami... - Iskander umilkł, nie kończąc zdania.
- Dopilnuję, by się nimi zajęto. - Mój głos zabrzmiał wyjątkowo ostro.
Nakreśliłam w powietrzu nad dziewczyną znak Dwulicego Bóstwa. - Pomszczę
cię - obiecałam jej.
- Nie chcę zemsty. Chcę żyć.
- Cesarzowi Radovanowi naprawdę aż tak zależy na utrzymaniu władzy w Seraveszu? - spytał Iskander, gdy dosiedliśmy koni i zawróciliśmy na
południe, do względnie bezpiecznego Idunu. - Jeżeli przysporzycie mu
dość kłopotów, na pewno będzie wolał ograniczyć straty i wycofa wojska
wspierające twojego kuzyna.
- Na to właśnie liczyliśmy - przyznałam, starając się nie myśleć o łzach
ducha dziewczyny. - Początkowo zgotowaliśmy jego armii piekło:
przejmowaliśmy transporty zaopatrzenia, urządzaliśmy podjazdy,
szarpaliśmy go na wszelkie możliwe sposoby. Ale w miejsce każdego
zabitego przez nas żołnierza Roven przysyłał dwóch nowych. To nas
bynajmniej nie zniechęciło. Wojna to wojna. Raz zwyciężaliśmy, to znów
przegrywaliśmy, ale się nie poddawaliśmy. Dopóki cesarz nie przysłał
swojego mściciela... - Słowa zamarły mi na ustach, ale nie mogłam milczeć.
Iskander musiał zrozumieć. - Na zachodnim brzegu jeziora Litramov, u podnóża gór, znajdowało się miasto. Nosiło nazwę Nadym, co oznacza
"braciszka". W bezchmurne noce jego światła widać było aż z Solenska,
naszej stolicy. W noc Pełni Żniwiarzy z gór zeszło wojsko, otoczyło
mury, zawarło bramy i wszystko spaliło. Branko, wierny Radovanowi mag
ognia, spopielił każdy kawałek drewna. Podobno krzyki niosły się aż do
stolicy... A potworny smród jeszcze dalej.
Vitalijowi z gardła wyrwał się zduszony dźwięk podobny do zdławionego,
urwanego szlochu. Wciągnął haust powietrza i popędził konia.
Cisza otoczyła nas całunem. Wolałam jej nie przerywać. Chciałam, żeby
Iskander przemyślał sobie wszystko, co usłyszał. Zapamiętał
sponiewierane ciało dziewczyny, wyobraził sobie chór krzyków broczących
krwią ofiar - ludzi, którzy stracili życie przez zachłanność imperium
Rovenu. I porównał to z wszystkimi powodami, które nie pozwalały przyjść
mi z pomocą.
- Ilu zginęło? - spytał w końcu.
- Osiem tysięcy.
- Na Boginię Nocy... i dlatego wyruszyłaś na południe?
Skinęłam głową, przytakując wszystkim słowom, które nie padły.
Zdesperowana błagałam o pomoc i od niego zależało, czy ją otrzymam.
- I dlatego wyruszyłam na południe.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki