Nieznany numer
Władze nie spodziewały się, że Cichanouska zgromadzi wymagane podpisy. Gdy jednak wolontariusze, w większości widzowie kanału Strana dla Żyzni, skompletowali ponad 100 tysięcy nazwisk ludzi popierających jej kandydaturę, zaczęły się problemy. Jednego po drugim zatrzymywano mężów zaufania kandydatki w Homlu, Mińsku, Mohylewie i innych białoruskich miastach. Bo to oni - bądź sam kandydat lub kandydatka - według białoruskiego prawa składają zebrane podpisy w obwodowych komisjach wyborczych, które następnie je weryfikują i przekazują do CKW.
- W zasadzie została wtedy sama. Na wolności nie było już prawie nikogo, kto fizycznie mógłby złożyć te podpisy i był do tego uprawniony. Musiała osobiście je rozwieźć. Ale nie miała z kim. Zaproponowałem więc, że możemy rozwieźć podpisy moim samochodem. Spędziliśmy wtedy cztery dni razem, przejechaliśmy ponad trzy i pół tysiąca kilometrów - opowiada Aleksander Maroz. Jego żona, Maria Maroz, stanie potem na czele sztabu wyborczego Swiatłany Cichanouskiej. Jak się pojawili w jej życiu?
- Byliśmy drobnymi przedsiębiorcami, z roku na rok władze stwarzały coraz gorsze warunki dla jakiejkolwiek działalności gospodarczej, zakładano nam pętlę na szyję, wprowadzano coraz więcej ograniczeń. Poważnie zastanawialiśmy się nad wyjazdem za granicę. Zaczęliśmy nawet pakować walizki. Ale zobaczyliśmy materiały Siarhieja Cichanouskiego na YouTube i wtedy pomyśleliśmy, że albo coś zmienimy w tym kraju, albo wyjeżdżamy. Żona zgłosiła się do grupy inicjatywnej Siarhieja, zbierała dla niego podpisy - wspomina Maroz.
Nie byli przyjaciółmi vlogera, nawet nie znali go osobiście, ale gdy został wyeliminowany z wyborów i aresztowany, to oni podali pomocną dłoń jego żonie i stali się jej najbliższymi współpracownikami.
- Nigdy wcześniej nie angażowaliśmy się w politykę czy jakąkolwiek działalność opozycyjną. Ale zaprzyjaźniliśmy się ze Swiatłaną i jakoś samo się to potoczyło. Ta podróż po Białorusi nas zbliżyła, a zwłaszcza to, co wydarzyło się szesnastego czerwca w Homlu, bo rozwożenie podpisów zaczęliśmy właśnie od tego miasta. To był przełom - mówi.
Tego upalnego dnia Cichanouska wbiegała po marmurowych schodach budynku, pamiętającego jeszcze czasy Leonida Breżniewa. Mieściła się w nim administracja miasta Homel - to tam kandydatka miała zanieść część podpisów i szybko jechać do kolejnych komisji wyborczych. Nie zdążyła przekroczyć progu budynku, gdy w kieszeni zaczęła wibrować komórka. Na ekranie wyświetlił się nieznany ukraiński numer.
- Dzień dobry, poproszono mnie tylko, bym przekazał, że jeżeli teraz się nie wycofasz, pójdziesz siedzieć, a twoje dzieci trafią do sierocińca. Proszę się spokojnie i poważnie zastanowić. Na tym etapie musisz przerwać swoją podróż - oznajmił krótko kulturalny męski głos. Kobieta zaniemówiła, nie mogła wydobyć słowa. W słuchawce zapadła cisza.
Nogi kandydatki zrobiły się jak z waty, a serce waliło młotem. Na chwilę zapomniała o wyborach. W głowie miała już tylko jedno: dzieci. Komentarze, których pod wpływem emocji udzieliła wtedy mediom, wskazują, że była zrozpaczona i zdruzgotana tą sytuacją. Dopuściła do siebie nawet myśl, że głos w telefonie mógł należeć do kogoś życzliwego, kto uprzedzał ją o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Relacjonowała, że przecież nie krzyczał, nie wyzywał i nie groził śmiercią. Mówił bardzo spokojnie.
Nigdy wcześniej nie rozmawiała z funkcjonariuszami Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego Białorusi (KGB), nie słyszała takiego głosu. Głosu, który potrafi udawać najserdeczniejszego przyjaciela, ale należy do najgorszego wroga. Człowiek po drugiej stronie słuchawki zapewne mógłby opowiedzieć, z kim się spotykała w ostatnich tygodniach, o czym godzinę temu rozmawiała z przyjaciółmi, jakie knajpy odwiedzała w weekend, a nawet co wczoraj jadła na kolację. Wiedział też, z kim i pod jakim mińskim adresem przebywają jej córka i syn, a także co robią jej rodzice i siostra. Wtedy jeszcze nie zdawała sobie sprawy z tego, że każdy z dotychczasowych przeciwników urzędującego na Białorusi od 1994 roku Łukaszenki był inwigilowany przez służby. Wyglądało na to, że czas przyszedł i na nią.
Tam, w Homlu, po raz pierwszy poczuła na karku zimny oddech dyktatury. Żałowała, że nie da się cofnąć czasu, a jej rodzina nie może żyć tak jak dawniej. Uznała, że najważniejsze, co musi teraz zrobić, to ochronić dzieci. Nigdy wcześniej nie była w takiej sytuacji, nie wiedziała, jak trzeba reagować na groźby służby bezpieczeństwa, ale instynkt matki podpowiadał jej, że stawka jest zbyt wysoka.
- Po tym telefonie nie chciała już uczestniczyć w wyborach, oznajmiła, że dalej nigdzie nie pojedzie. Powiedziałem jej, że musi to nagłośnić i opowiedzieć wszystkim, co się stało, niezależnie od tego, jaką decyzję podejmie. Przecież nie mogło być tak, że o tej sytuacji będziemy wiedzieli tylko ja i ona. Przekonywałem, że trzeba to jak najszybciej przekazać mediom, by w ten sposób ochronić ją i dzieci - wspomina Aleksander Maroz. - Zwłaszcza że zauważyliśmy dwóch mężczyzn w białych koszulach siedzących na ławeczce pod pobliskim blokiem. Mieli jakieś dziwne urządzenie, które kierowali w naszą stronę, chyba nas nagrywali albo podsłuchiwali naszą rozmowę. Pomyślałem wtedy, że mógł dzwonić właśnie jeden z nich - dodaje.
Swiatłana posłuchała i wyciągnęła swoją jedyną broń - smartfon. Nagrała film, w którym zwróciła się do rodaków.
- Zostałam postawiona przed wyborem: albo dzieci, albo dalsza walka - ogłosiła, próbując powstrzymać łzy. Myślę, że mój wybór będzie dla wszystkich oczywisty, proszę ze zrozumieniem przyjąć każdą moją decyzję. Ale gdyby Siarhiej był na wolności, powiedziałby wam: nie poddawajcie się. - Przypominała o mężu, który już od ponad dwóch tygodni przebywał w areszcie, a w całym kraju trwały rewizje, zatrzymania i przesłuchania.
Wrzucone do sieci nagranie wzruszyło tego dnia wielu Białorusinów. Cichanouska stała przed nimi zrozpaczona, bezradna i całkowicie bezbronna. Oczy miała czerwone od łez. Najpierw odebrano jej męża i została żoną więźnia politycznego. Teraz władze zagroziły jej odebraniem najcenniejszego - dzieci. Gdyby posłuchała głosu nieznajomego w słuchawce, świat szybko by o niej zapomniał.