Do moich czytelników
Kiedy Lodołamacz ukazał się w Niemczech, dostałem od dawnych żołnierzy i oficerów niemieckich ze trzy metry sześcienne przesyłek: listy, książki, dzienniki, dokumenty frontowe, zdjęcia.
Po publikacji w Rosji - jeszcze więcej.
Na porządku dnia staje więc leninowskie pytanie: co robić?
Odpisywać? A czy życia na to starczy?
Ale czy mam prawo nie odpisywać?
Nie chodzi o zwykłą grzeczność. Każdy list jest ciekawy na swój sposób. Wszystkie razem stanowią skarbnicę. To kawał historii, przez nikogo nie zbadany. To tysiące świadectw, i każde z nich obala wersję oficjalną początku wojny.
Być może istnieje gdzieś instytucja naukowa, która posiada obszerniejszy od mojego zbiór świadectw w rękopisach, ale jestem przekonany, że mój jest ciekawszy.
Kombatanci, dawni żołnierze frontowi, u schyłku swoich długich i mozolnych żywotów, nagle zaczęli do mnie pisać, otwierać przede mną dusze, opowiadać rzeczy, których dotąd nigdy nikomu nie opowiadali.
Większa część nadesłanej korespondencji pochodzi nie od kombatantów, lecz od ich potomków - dzieci i wnuków. Często bardzo osobiste wyznania: "Ojciec opowiadał w kręgu najbliższych..."
Wstrząsające jest to, że wszystkie świadectwa bez wyjątku, zarówno żywych uczestników wojny, jak i opowieści ich bliskich, nie przystają do takiego obrazu początku wojny, jaki przez pół wieku prezentowała nam oficjalna historia państwowa.
Może byli żołnierze i ich potomkowie wypaczają prawdziwe oblicze wydarzeń?
Można byłoby wysnuć takie przypuszczenie, gdyby poczta przyniosła, dajmy na to, tylko sto kilogramów przesyłek. Ale listów jest naprawdę DUŻO.
I wszystkie na jeden temat. Przecież nie mogli się wszyscy naraz umówić. Nie mogli autorzy tysięcy listów z Rosji porozumieć się z autorami tysięcy listów z Niemiec, Polski, Australii, Kanady.
Przykład, pierwszy z brzegu. Wiemy z oficjalnej wersji historii, że gdy wybuchła wojna, malarz Iraklij Toidze w porywie szlachetnego oburzenia uwiecznił obraz wzywającej do boju Ojczyzny-Matki. Plakat pojawił się w pierwszych dniach wojny, niebawem zyskał światową sławę i stał się plastycznym symbolem wojny, zwanej przez komunistów "wielką ojczyźnianą".
Tymczasem z listów wynika, że plakat pojawił się na ulicach radzieckich miast nie w pierwszych dniach, lecz w pierwszym dniu wojny.
22 czerwca. Na ulicach Jarosławia - wieczorem. W Saratowie - "w drugiej połowie dnia". W Kujbyszewie plakat rozklejano na ścianach wagonów eszelonów wojskowych, którymi zapchana była stacja. W Nowosybirsku i Chabarowsku plakat pojawił się nie później niż 23 czerwca. A przecież samoloty miały wówczas kilka międzylądowań i w ciągu doby nie były w stanie dolecieć do Chabarowska. Ale nawet jeśli przyjmiemy nieprawdopodobne założenie, że plakaty załadowano do samolotu 22 czerwca i że w ciągu jednej nocy dostarczono je na miejsce, to mimo wszystko pozostaje pytanie - kiedy te afisze drukowano? 22 czerwca? Załóżmy, że tak. Wobec tego kiedy Iraklij Toidze tworzył swoje arcydzieło? Tak czy owak, wychodzi, że przed 22 czerwca. A więc tworzył je nie w porywie uniesienia i gniewu na wieść o agresji, tylko zanim pojawiła się przyczyna tych szlachetnych namiętności. Skąd zatem wiedział o szykującej się niemieckiej napaści, której sam wielki Stalin nie wziął pod uwagę? Zagadka historii...
A oto jej rozwiązanie. List z Argentyny. Autor - Nikołaj Kadygrow. Przed wojną porucznik w wojskowej komisji uzupełnień w Mińsku. W sejfie każdego z takich punktów poborowych przechowywano określoną liczbę tajnych dokumentów mobilizacyjnych w zalakowanych kopertach z nadrukiem: OTWORZYĆ W DNIU "M". Pod koniec 1940 roku takich dokumentów zaczęło nadchodzić coraz więcej. I oto w grudniu dotarły trzy wielkie paczki, każda z pięcioma pieczęciami. I na każdej to samo polecenie: OTWORZYĆ W DNIU "M". Paczki były tajne i powinny być przechowywane w sejfie. Ale za nic nie chciały się w nim zmieścić. Trzeba było zamówić stalową skrzynię i używać jej jako sejfu.
Mija sześć miesięcy, 22 czerwca wybucha wojna. Co zrobić z dokumentami? Choć Mołotow powiedział przez radio, że zaczęła się wojna, nie nadeszło polecenie otwarcia paczek. Otworzysz bez polecenia - rozstrzelają. No więc siedzą oficerowie, czekają. A rozkazu jak nie było, tak nie ma. Wreszcie wieczorem telefon: pakiety z numerami od takiego do takiego - zniszczyć bez otwierania, pakiety z numerami od takiego do takiego - otworzyć niezwłocznie.
Trzeba było od razu zniszczyć bardzo dużo materiałów, wśród nich dwie z trzech wielkich paczek. Jak to zrobić, skoro każda zawiera z pół tysiąca arkuszy sztywnego papieru? Palili w metalowej beczce, a siebie zabezpieczyli protokołem: my, niżej podpisani, paliliśmy paczki, a w trakcie tej czynności byliśmy zmuszeni pomagać sobie pogrzebaczem, ale nikt w ogień nie zaglądał...
I podpisy. Słusznie, bo potem zrodzą się wątpliwości w jakiejś głowie: czy ciekawość nie wzięła czasem góry. Po to właśnie jest protokół.
Jeśli chodzi o trzecią paczkę, to polecono złamać pieczęcie, otworzyć i zawartość wykorzystać zgodnie z przeznaczeniem. Otworzyli. Wewnątrz stos plakatów: "Ojczyzna-Matka wzywa!" Rozlepiono je w nocy z 22 na 23 czerwca.
Ale plakaty nadesłano w grudniu 1940 roku.
Rysuje się taki oto obraz: plakat opracowano z dużym wyprzedzeniem, następnie wydrukowano nakład zdolny zaspokoić potrzeby całego ZSRR, po czym w ściśle tajnych przesyłkach rozwieziono po odpowiednich urzędach w całym kraju. Coś przygotowywano. Ale oto 22 czerwca Hitler zadał wyprzedzający cios i w jednej chwili wiele z tych plakatów, delikatnie mówiąc, utraciło aktualność.
Związek Radziecki został zmuszony do prowadzenia wojny obronnej na własnym terytorium, a plakaty z dwóch pozostałych paczek wzywały do zupełnie innej wojny. Treść nadesłanych materiałów agitacyjnych stała w sprzeczności z duchem wojny obronnej. Stąd rozkaz: zniszczyć bez otwierania. Może były tam arcydzieła, może i one zyskałyby sławę. Ale ich twórcom zwyczajnie się nie powiodło.
A Iraklijowi Toidze się udało. Jego plakat - niewykluczone, że wbrew intencjom autora - zyskał wymowę uniwersalną: "Ojczyzna-Matka wzywa!" Do czego wzywa, nie wiemy. No to może wzywać do wojny obronnej. Dlatego plakat Iraklija Toidze został rozlepiony w całym kraju.
I tak było ze wszystkimi symbolami "wielkiej ojczyźnianej" - przygotowano je zawczasu. Pieśń Ogromny kraju, podnieś pięść1 została napisana przed wkroczeniem Niemców, żołnierz-wyzwoliciel z dzieckiem na ręku pojawia się na łamach "Prawdy" we wrześniu 1939 roku, w trzecim dniu radzieckiej ekspedycji na Polskę. Gdyby Hitler nie napadł na ZSRR, to Sowiety i tak stałyby się "wyzwolicielami". Przygotowano monumentalne plastyczne i muzyczne symbole wojny "wyzwoleńczej", a niektóre, jak wspomniany plakat, wydrukowano już w masowym nakładzie...
Już słyszę głosy sprzeciwu: czy można wierzyć oficerowi, który dostał się do niewoli i z jakichś niejasnych powodów po wojnie wylądował nie w ojczyźnie światowego proletariatu, tylko w Argentynie?
Cóż, możemy nie wierzyć. Ale ci, którzy po wojnie wrócili do ojczyzny światowego proletariatu, opowiadają równie zaskakujące historie.
Po publikacji Lodołamacza kremlowscy historycy w licznych artykułach próbowali podważać tezę, że Stalin szykował się do marszu na Europę.
Dochodziło do kuriozalnych sytuacji. Pewien krytyk literacki odkrył, że pieśń Święta wojna została napisana podczas I wojny światowej. Lebiediew-Kumacz zwyczajnie przywłaszczył sobie cudzy tekst. Moi oponenci uczepili się tej publikacji i wielokrotnie przytaczali w prasie: słowa powstały ćwierć wieku przed agresją niemiecką!
Słusznie. I co z tego wynika? Czy kiedykolwiek podważałem to epokowe odkrycie? Czy ma ono w ogóle jakieś znaczenie?
W lutym 1941 roku Stalin potrzebował pieśni o wielkiej wojnie z Niemcami. I, co istotne, taką pieśń zamówił. Natomiast to, w jaki sposób radzieccy twórcy zadośćuczynili oczekiwaniom Ojca Narodów - przetłumaczyli z japońskiego lub mongolskiego, ukradli czy wręcz sami skomponowali - nie wnosi nic do sprawy. A w ogóle nie chodzi o Lebiediewa-Kumacza. Pieśń jest utworem muzycznym. Dlatego w lutym 1941 roku Stalin zwrócił się z zamówieniem nie do autora słów, lecz do kompozytora, Aleksandra Aleksandrowa.
W kilku listach, które otrzymałem, znalazłem stwierdzenie, że nie tylko Aleksandrow komponował pieśń wojenną. I nie tylko kompozytorzy i poeci szykowali się do wojny "wyzwoleńczej". Również lekarze, nauczyciele, artyści, tancerze, akrobaci, prestidigitatorzy. Choć to zdumiewające, oficjalna prasa potwierdza te informacje.
Oto świadectwo Konstantina Simonowa2 w gazecie "Krasnaja zwiezda" z dnia 7 listopada 1992 roku. Simonow był pupilkiem Stalina, Chruszczowa, Breżniewa; bohater, kawaler siedmiu orderów, laureat czterech nagród stalinowskich; za czasów Stalina - zastępca członka KC partii. On sam potwierdza, że latem 1940 roku zebrano wszystkich pisarzy i zaczęto przygotowywać ich do wojny. Konstantin Simonow został przydzielony do plutonu poetów w kompanii pisarzy. Rok ich szkolono, po czym 15 czerwca 1941 roku nadano stopnie: Simonow został mianowany intendentem II stopnia, co odpowiadało randze podpułkownika.
Tłum zgromadzony w tych dniach na ulicach nie potrafił zrozumieć znaczenia komunikatu agencji TASS z 13 czerwca 1941 roku, ale radzieccy pisarze i poeci w tym czasie już przymierzali oficerskie mundury, dobierali rozmiar wojskowych butów.
Simonow ciągnie dalej: "22 czerwca zaczęła się wojna, ale każdy z nas miał już w ręku wypisane zawczasu skierowanie, kto - dokąd, kto do prasy centralnej, kto do gazetek dywizyjnych..." Każda z trzystu trzech stalinowskich dywizji wydawała własną gazetkę. Jeżeli chcemy wysłać po jednym pisarzu do redakcji każdej dywizyjnej gazetki, to ilu pisarzy trzeba przygotować? A mamy jeszcze redakcje na szczeblu korpusów, armii, flotylli, szesnastu okręgów wojskowych, no i każdego frontu...
W Akademii GRU powtarzano do znudzenia: staraj się zwracać uwagę na szczegóły, na pozornie nic nie znaczące drobiazgi. Tylko w ten sposób możesz wyrobić sobie całościowy pogląd na temat jakiegoś zjawiska. No więc idę za wskazaniami moich nauczycieli. Zwracam uwagę na drobiazgi.
A niektóre z tych szczegółów naprawdę mogą zamurować.
Stalin nie zwykł rozdawać szarż na prawo i lewo. W owym czasie piloci wojskowi latali w stopniu sierżantów; dowódcy kluczy, a nawet zastępcy dowódców eskadr też byli sierżantami. Stopnie oficerskie zaczynały się w lotnictwie dopiero od dowódcy eskadry. A tymczasem Konstantin Simonow, cywil, 25-letni pisarz, który nigdy nie służył w wojsku, po roku szkolenia otrzymuje od razu stopień odpowiadający podpułkownikowi!
To poważna sprawa. Simonow nie był przypadkiem odosobnionym. Razem z nim pakowali walizki i sprawdzali skierowania frontowe komisarz pułku Michaił Szołochow, podpułkownik Aleksander Twardowski, komisarz batalionowy Aleksiej Surkow, komisarz brygady Aleksander Fadiejew, intendent III stopnia Leonid Pierwomajski, komisarz brygady (ranga generalska!) Wsiewołod Wiszniewski i cały Związek Pisarzy niemal w pełnym składzie. Wyjątek stanowiły jedynie osoby niezdolne do służby.
Postawcie się na miejscu radzieckiego wywiadowcy-analityka. Na waszym biurku ląduje pozornie błaha informacja: w 1940 roku Hitler zebrał do kupy wszystkich pisarzy i poetów, przez rok ganiał ich po strzelnicach i poligonach, następnie nadał im rangi do generalskich włącznie, a teraz zamierza wszystkich wysłać nad radziecką granicę. Misja ma charakter tajny, chwilami przypomina bal przebierańców: niektórzy pisarze mają uchodzić za intendentów, fachowców od zaopatrzenia w buty i mundury.
A więc jaka byłaby wasza reakcja na takie doniesienie, gdybyście byli analitykami radzieckiego wywiadu? Co zameldowalibyście waszym przełożonym? Tyle tylko, że w Niemczech nic takiego nie miało miejsca. Natomiast zdarzyło się w Związku Radzieckim. Więc jeśli takie informacje docierały do niemieckiego wywiadu, to jak powinien był zareagować? Co zameldować dowództwu? Z jednej strony uspokajający komunikat TASS, a z drugiej...
Po pierwszym uderzeniu Hitlera tego typu wybiegi straciły sens: wszystkim pisarzom zamieniono intendenckie szarże na zwykłe wojskowe. Ale przecież przed wojną musiał istnieć jakiś powód uzasadniający całą tę maskaradę.
I jeszcze jedno. Co Stalin zamierzał uczynić ze swoimi pisarzami i poetami, gdyby Hitler nie napadł na ZSRR? Pozwolić im paradować w mundurach oficerskich przez rok lub dwa, a potem zdegradować i wycofać do Moskwy?
Latem 1939 roku ten sam Konstantin Simonow był korespondentem wojennym w grupie armijnej Żukowa nad Chałchyn-gołem. Wtedy jakoś sobie radził bez przeszkolenia wojskowego i bez stopnia oficerskiego. A tu nagle latem 1940 roku ktoś wpadł na pomysł masowego przygotowywania dziennikarzy, pisarzy i poetów do nadciągającej wojny. Latem 1940 roku Hitler nie miał jeszcze planu "Barbarossa". Tymczasem Stalin miał przygotowany plan napaści. Przemyślany w każdym szczególe. Włącznie z triumfalnymi afiszami i frontowymi redakcjami gotowymi sławić wielkie czyny narodu radzieckiego na polach zwycięskich bitew.
Pisarze i poeci w terminie ukończyli przyśpieszone kursy, otrzymali stopnie oficerskie, odebrali przydziały do frontów, armii, korpusów i dywizji, spakowali walizki i właśnie zamierzali ruszać w drogę, gdy nastąpiło niespodziewane uderzenie wojsk hitlerowskich.
Niemiecki atak zaskoczył nie tylko Konstantina Simonowa i jego kolegów po piórze. Cała Armia Czerwona była zaskoczona: podczas załadunku, w drodze, przy rozładunku. I skoro nie dowierzamy byłemu oficerowi z Argentyny, to proponuję, byśmy zaufali "Krasnej zwiezdie" i bohaterowi-laureatowi-kawalerowi-intendentowi.
Listy, jakie otrzymałem od czytelników, są naszą wspólną pamięcią, naszą historią, naszą przeszłością, naszą przyszłością. Jeżeli nie poznamy przeszłości, nigdy się od niej nie uwolnimy. Dlatego obiecuję, że kiedyś opublikuję listy wojenne. Nie wiem, ile to będzie tomów, ale jestem pewny, że niczego ciekawszego na temat wojny nie napisano.
Proszę o wybaczenie wszystkich tych, którym nie zdążyłem dotąd odpisać. Proszę wziąć pod uwagę sytuację, w jakiej się znalazłem. Dziękuję za każdy list. Otrzymałem też niemało listów krytycznych. Ich autorom winny jestem szczególną wdzięczność. Nikt z nas nie jest nieomylny. Dzięki waszej pomocy mogłem eliminować nieścisłości faktograficzne i usterki redakcyjne.
Jestem gotowy wysłuchać każdej krytyki. W ciągu roku zgromadziłem ponad 300 recenzji Lodołamacza. Czasami całe szpalty kąśliwych ataków. Nie raz chciałem odpowiedzieć na zarzuty, ale w GRU nauczono mnie pokory: szanuj przeciwnika, staraj się zrozumieć jego argumenty, staraj się nawet gniew wrogów obrócić na swoją korzyść. Więc się staram.
Wiktor Suworow
Oksford, jesień 1995
1 Pieśń Święta wojna: Wstawaj, strana agromnaja..., sł.: W. Lebiediew-Kumacz [przyp. tłum.].
2 Konstantin Simonow (1915-1979) - pisarz, autor liryk frontowych, powieści wojennych i "zaangażowanych" [przyp. tłum.].