Lód i woda, woda i lód - Majgull Axelsson

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dziew­czyny przy­szły o zmroku.

Z początku - na długo zanim stało się to, co nie miało prawa się wyda­rzyć - było ich tylko kilka, zagu­bione stadko trzech, pię­ciu, może sied­miu dziew­czyn, które wyło­niły się z cie­nia i pró­bo­wały uda­wać, że tylko tędy prze­cho­dziły i z czy­stego przy­padku zatrzy­mały się na chod­niku przed willą z czer­wo­nej cegły. Zwró­ciły ku oknu swoje blade policzki i jed­no­cze­śnie zanu­rzyły ręce w kie­sze­niach w poszu­ki­wa­niu papie­ro­sów i zapa­łek, a potem stały cia­sno stło­czone i dym uno­sił się ku żół­tej pod­ko­wie świa­tła latarni.

- Ależ one wyglą­dają - powie­działa Inez i zacią­gnęła żalu­zje w kuchni. - Czarne oczy i białe wargi. Jak jakieś duchy. Czło­wiek zaczyna mieć stra­cha. Uch.

Otwo­rzyła szafkę i wyjęła cztery tale­rze, które podała Susanne, kon­ty­nu­ując:

- A te ubra­nia! Jedne wyglą­dają, jakby wyla­zły z maga­zynu woj­sko­wego, a dru­gie wydur­niają się w minió­wach i nylo­no­wych poń­czo­chach. W końcu listo­pada! Te raj­stopki poprzy­ma­rzają im do nóg, wszyst­kie naba­wią się zapa­le­nia pęche­rza, a to nic śmiesz­nego, o tym mogę zapew­nić, jak się ma zapa­le­nie pęche­rza, to...

Bir­ger, który sie­dział już przy stole i cze­kał na jedze­nie, uniósł łok­cie, żeby Susanne mogła posta­wić przed nim talerz.

- Bez szcze­gó­łów, pro­szę!

Inez uśmiech­nęła się przez ramię, mie­sza­jąc purée.

- Aha, co ty powiesz. Jaka szkoda. A ja mia­łam tyle cie­ka­wych szcze­gó­łów do opo­wie­dze­nia...

- Jestem o tym prze­ko­nany, moja kochana. Na wszystko jest wła­ściwy czas.

Inez rzu­ciła na ceratę pod­kładkę pod gar­nek.

- A to nie jest wła­ściwy moment?

Bir­ger nie zdą­żył odpo­wie­dzieć, bo w drzwiach sta­nął Björn i Inez uśmiech­nęła się do niego, po czym roz­wią­zała far­tuch.

- A oto i czarny cha­rak­ter dra­matu...

- Ech - wes­tchnął Björn, osu­wa­jąc się na swoje miej­sce przy stole.

Inez prze­je­chała ręką po jego ciem­nej fry­zu­rze na pazia.

- Aha - stwier­dziła. - Mokre. Znowu umy­łeś włosy.

- Daj spo­kój - odparł Björn.

- Zbyt czę­ste mycie wło­sów jest nie­bez­pieczne. Björn grze­bał łyżką w garnku z purée.

- Nie­prawda.

- Przed­wcze­śnie wyły­sie­jesz. I dosta­niesz bólu ucha.

- Już prze­stań, Inez - popro­sił Bir­ger. Inez roze­śmiała się.

- Tylko żar­tuję.

- Wiem - powie­dział Bir­ger. - Ale chło­pak będzie się nie­po­koić.

- O nie - wtrą­cił Björn. - Nie jestem ani tro­chę zanie­po­ko­jony.

Kiedy chwilę potem Susanne otwo­rzyła drzwi wej­ściowe, mała gro­madka pod latar­nią zaczęła dyszeć, sapa­nie było już na gra­nicy krzyku, ale kiedy dziew­czyny zoba­czyły, kto scho­dzi po scho­dach, powstrzy­mały się, stłu­miły odruch. Susanne zwy­cza­jowo zatrza­snęła za sobą drzwi pupą i sta­rała się robić wra­że­nie obo­jęt­nej, cho­ciaż dresz­cze nie­po­koju wpeł­zły już jej pod skórę. Zacią­gnęła suwak parki i wci­snęła ręce głę­boko w kie­sze­nie. Gdzie podziać wzrok? Czy naprawdę da radę przejść ścieżką ogro­dową do furtki, ani razu nie patrząc na nie? Tak, może tak zro­bić. Jest to wręcz konieczne, bo gdyby unio­sła wzrok i zer­k­nęła na te dziew­czyny, nie mogłaby się oprzeć natar­czy­wemu odru­chowi prze­pro­sze­nia ich, że z domu wyszła tylko ona.

- To jego sio­stra - powie­dział głos ze środka gro­madki. - Jego młod­sza sio­stra.

Susanne wykrzy­wiła twarz w gry­ma­sie, wpa­tru­jąc się w żwi­rową ścieżkę. Oczy­wi­ście. Nie wie­działy, jak jest naprawdę, a gdyby je popra­wiła, mogłyby się wściec. Ludzie zawsze się złosz­czą, gdy odkryją, że nie mają racji. Zwłasz­cza dziew­czyny.

- Ma na imię Susanne - powie­działa któ­raś z nich. - Cześć, Sus­sie! Cześć!

Doszła już do furtki, a kiedy ją otwie­rała, furtka zazgrzy­tała. Dwie z dziew­czyn prze­pchały się do przodu i uśmie­chały do niej, rosłe dziew­czyny z masyw­nymi fry­zu­rami i wąskimi ramio­nami. Susanne znała z widze­nia obie, ale nie wie­działa, jak mają na imię. Jedna, ta z ciemną grzywką i różo­wym sza­lem arty­stycz­nie zamo­ta­nym wokół szyi, pra­co­wała w kio­sku przy sta­cji kole­jo­wej. Gadano o niej, że w uta­pi­ro­wa­nym koku ma scho­waną fran­cu­ską bułkę, a sza­lik na jej szyi ukrywa

"malinki" po poca­łun­kach, któ­rych wciąż się naba­wia. Druga była uczen­nicą u fry­zjerki na Artil­le­ri­ga­tan. Trzy mie­siące temu ostrzy­gła Susanne, zanim Björn został sławny i zanim sama Susanne została człon­kiem bli­skiej rodziny sław­nej osoby. Grzywka zamie­niła się w rzadką fira­neczkę na czubku czoła i przez kilka tygo­dni Susanne sta­ran­nie uni­kała wszyst­kich luster w domu. Dla­tego bez­wied­nie zro­biła krok do tyłu, jakby spo­dzie­wała się, że uczen­nica fry­zjerki wycią­gnie z kie­szeni nożyczki i znowu porwie się na jej grzywkę.

- Czy on naprawdę jest w domu?

Uczen­nica uśmiech­nęła się poma­lo­wa­nymi na biało war­gami i żół­tymi zębami. Z jej ust zapach­niało gumą do żucia i papie­ro­so­wym dymem. Kio­skarka "z malin­kami" opu­ściła swoje błę­kitne powieki i lekko zatrze­po­tała sztyw­nymi rzę­sami.

- Czy kupił już cadil­laca? W "Maga­zy­nie Ilu­stro­wa­nym" pisali, że kupi cadil­laca.

Susanne wydała cichy dźwięk, który mógł ozna­czać zarówno tak, jak i nie. Tak, jest w domu. Nie, nie kupił jesz­cze cadil­laca. Żadna z nich nie usły­szała ani nie zro­zu­miała, były zanadto zaab­sor­bo­wane swo­imi pyta­niami, żeby zna­leźć miej­sce na jej odpo­wie­dzi. Blon­dynka z długą pro­stą grzywką prze­pchnęła się naprzód. Odważna.

- A co z resztą? Gdzie są pozo­stałe chło­paki?

Susanne wzru­szyła ramio­nami, nie wyj­mu­jąc rąk z kie­szeni. Nie mam poję­cia.

- Wyjeż­dżają w sobotę do Anglii? Naprawdę?

- Czy on wyj­dzie dziś wie­czo­rem?

- Czy on ma jakąś dziew­czynę?

Susanne unio­sła ramiona i wpa­trzyła się w asfalt. Co im odpo­wie­dzieć? Nie miała poję­cia, co pla­nuje Björn, ani dziś wie­czo­rem, ani w sobotę; kiedy wró­cił do domu, nie­mal nie zdą­żyli ze sobą poroz­ma­wiać. Teraz inna odważna dziew­czyna prze­pchała się do przodu, wyglą­dała dzi­wacz­nie, zara­zem brzydka i ładna. Susanne pozna­wała ją. Cho­dziła do pierw­szej lice­al­nej o pro­filu kla­sycz­nym i kiedy padał deszcz, nosiła czarny, męski para­sol zamiast kwie­ci­stej łączki, jaką trzy­mały nad gło­wami wszyst­kie inne dziew­czyny. W jakiś nie­okre­ślony spo­sób budziło to sza­cu­nek.

- Który pokój jest jego? - zapy­tała i poło­żyła na ramie­niu Susanne kwa­dra­tową dłoń. Miała niski, naglący głos. Susanne pod­nio­sła rękę i poka­zała. Tam! Na górze, po lewej stro­nie. W tam­tym pokoju z bia­łymi firan­kami i lampą z lat czter­dzie­stych. Dziew­czyny pod­nio­sły oczy i jed­no­gło­śnie wes­tchnęły, a Susanne wyśli­zgnęła się z uści­sku śmia­łej dziew­czyny, wymam­ro­tała, że jej się spie­szy, i zaczęła się truch­tem odda­lać. Nie zatrzy­mała się, dopóki nie dobie­gła do przy­ko­ściel­nego cmen­ta­rza, a tam w ciem­no­ści pomię­dzy dwiema latar­niami sta­nęła na sze­roko roz­sta­wio­nych nogach z ręką na prze­po­nie, jakby zabra­kło jej tchu albo dostała skur­czu. Nie wie­działa wła­ści­wie, dla­czego ucie­kła, ale czuła ulgę, że udało jej się im wyrwać. Wcią­gnęła głę­boko oddech, tak głę­boko, że brzmiało to nie­mal jak wes­tchnie­nie, i patrzyła na lśniący asfalt, wspo­mi­na­jąc czas, kiedy wszystko było nor­malne, zwy­czajne, realne. Wtedy gdy Björn był kimś oczy­wi­stym, chwi­lami dość iry­tu­jąco oczy­wi­stym, ale jed­nak czło­wie­kiem miesz­ka­ją­cym w tym samym domu co ona, który zawsze tam był. Tak nie będzie już ni­gdy. Przeni­gdy. Teraz Björn jest kimś innym, istotą z odle­głego świata, ze świata gwiazd i bla­sku, świata, który zawsze będzie zamknięty dla ludzi takich jak Susanne, nie­za­leż­nie od tego, jak mocno wali­liby do jego drzwi. Zadrżała, a potem zmarsz­czyła czoło. Co ona wła­ści­wie wypra­wia? Prze­cież musi się spie­szyć. Popra­wiła swoją myśliw­ską torbę z praw­dzi­wego skaju, tę o któ­rej marzyła przez ponad rok i którą w końcu dostała na uro­dziny, wypro­sto­wała plecy i zaczęła iść. Prze­cież czeka na nią Inga­lill. I Panna Czy­ściutka.

Björn stał w progu swo­jego pokoju, usi­łu­jąc pod­jąć decy­zję. Czy może zga­sić świa­tło? Tęsk­nił za chwilą ciem­no­ści, ale jed­no­cze­śnie zda­wał sobie sprawę, że nie ma już peł­nej wol­no­ści podej­mo­wa­nia decy­zji. Każde swoje dzia­ła­nie musi naj­pierw roz­wa­żyć i oce­nić, zanim je zre­ali­zuje, licząc się z reak­cją dziew­czyn na ulicy przed domem. W tej chwili to one go trzy­mały. Wynio­sły tak wysoko, że nie­mal doty­kał chmur, ale Karl-Erik z wytwórni pły­to­wej raz za razem uświa­da­miał mu, że miały też moc ska­za­nia go na upa­dek. Dla­tego trzeba się z nimi obcho­dzić z wielką ostroż­no­ścią. Björn musi zbli­żyć się do nich wystar­cza­jąco, by zacho­wać ich marze­nia, ale jed­no­cze­śnie utrzy­mać odpo­wiedni dystans, by marzeń nie zbru­kało coś, co przy­po­mina rze­czy­wi­stość. Dla­tego teraz można było zro­bić tylko jedno. Björn popra­wił koszulkę polo i zama­szy­ście prze­su­nął ręką po wło­sach, a potem zde­cy­do­wa­nym kro­kiem prze­ma­sze­ro­wał przez oświe­tlony pokój i udał, że coś popra­wia na biurku. Wystar­czyła chwila, żeby dziew­czyny go zoba­czyły i zaczęły swoje wrza­ski, roze­dr­gany krzyk pomię­dzy rado­ścią a pła­czem, krzyk, który prze­śla­do­wał go już od tygo­dni i o któ­rym w tajem­nicy zaczął myśleć jak o potrza­sku. Udał zasko­cze­nie i wypro­sto­wał plecy, wyj­rzał przez okno, uśmiech­nął się i pod­niósł rękę w geście pozdro­wie­nia. Potem odwró­cił się szybko i znik­nął, jakby ktoś go nagle zawo­łał lub jakby był zmu­szony zająć się czymś bar­dzo waż­nym.

Nie. Nie da się zga­sić świa­tła. Dopóki dziew­czyny wciąż są przed domem, nie można. Mogłyby to zin­ter­pre­to­wać jako prze­jaw wro­go­ści. Z dru­giej strony nie mógł im też pozwo­lić na prze­syt, zmie­niłby się wtedy w zupeł­nie zwy­czaj­nego chło­paka w zupeł­nie zwy­kłym domu, a dla kogoś, kto wła­śnie doty­kał chmur, byłoby to głę­bo­kie upo­ko­rze­nie. Przez chwilę stał skon­ster­no­wany przy oknie, potem przy­lgnął do ściany i ostroż­nie prze­śli­zgnął się bokiem do drzwi, pil­nu­jąc, żeby nawet jego cień nie został dostrze­żony. Może mógłby się na tro­chę poło­żyć w pokoju Susanne. Zro­biło się już ciemno, a dziew­czyny nie patrzą w tamtą stronę.

Dostała nową narzutę. Białą. Z cze­goś podob­nego do koronki. Przy­po­mi­nała małe ser­wetki - gwiazdki, które robiła szy­deł­kiem jej bab­cia. Może sto ser­we­tek babci stało się jed­nym dużym pre­zen­tem uro­dzi­no­wym? Tak. Mogło tak być. Jeśli tak było, to i on wkrótce dosta­nie nową narzutę. Jakoś to znie­sie. Ma tylko nadzieję, że nie będzie biało-czarna. Bab­cia Susanne od ośmiu lat dawała mu biało-czarne ser­wetki, odkąd jako jede­na­sto­la­tek zwie­rzył się jej, że lubi kolory dru­żyny pił­kar­skiej Land­skrona BoIS i że jak doro­śnie, będzie w niej grał. Ser­wetki były prze­ra­ża­jąco brzyd­kie.

Björn poło­żył się z rękami pod głową, przez chwilę leżał tak bez ruchu, sta­ra­jąc się prze­stać myśleć o dziew­czy­nach przed domem i wszyst­kich innych dziew­czy­nach. Czego one chcą? Tak naprawdę? I dla­czego chcą tego wła­śnie od niego? Ni­gdy nie pisz­czały tak gło­śno na widok innych chło­pa­ków z zespołu, krzyk zamie­niał się we wrzask dopiero wtedy, go on się poja­wiał na sce­nie. Pozo­stała piątka chło­pa­ków pró­bo­wała to jakoś igno­ro­wać, ale czuło się ich złość i iry­ta­cję. Ostat­nio przed­wczo­raj, na pró­bie, Tommy wybuch­nął w środku pio­senki, po to, by zaraz dość chłodno wyja­śnić, że nie­zwy­kły urok jest wpraw­dzie zaletą, ale byłoby jesz­cze lepiej, gdyby umiało się przy tym nie gubić rytmu. Nic­las i Bosse roze­śmiali się, a Peo wal­nął mocno w tale­rze, potem napo­tkał wzrok Björna i ura­to­wał się pod­nie­sie­niem pałe­czek do góry i ponow­nym odli­cze­niem początku pio­senki. A-one-a-two-a-three...

Pio­senka była gów­niana. Banalna. Tania. Waze­li­niar­ska. Jed­nak Karl-Erik zde­cy­do­wał, że będzie na ich następ­nym sin­glu, a jeśli Karl-Erik o czymś zade­cy­do­wał, to tak się działo. Zawsze. To on już pół roku temu zde­cy­do­wał o zaist­nie­niu zespołu Typho­ons; on rów­nież zapla­no­wał, jak to się sta­nie. Stary soli­sta odcho­dzi, znaj­du­jemy nowego - był to waru­nek, który Tommy, a także Nic­las, Peo i Bosse, musieli zaak­cep­to­wać. Ni­gdy nie opo­wie­dzieli, jak doszło do tego, że Peo przy­pro­wa­dził z sobą na próbę w Sztok­hol­mie Björna. Po paru pio­sen­kach kiw­nęli wtedy gło­wami, dając do zro­zu­mie­nia, że go akcep­tują. Karl-Erik zacie­rał ręce już przy pierw­szej pio­sence, ale nie powie­dział ani słowa, co myśli. Naj­pierw miał do posta­wie­nia kilka pytań. Na przy­kład, jak to, do cho­lery, moż­liwe, że Björn mieszka w Land­skro­nie? I jak mogło dojść do tego, że Peo, uro­dzony i wycho­wany w dość cywi­li­zo­wa­nym Täby na obrze­żach Sztok­holmu, wylą­do­wał na lokal­nym kon­kur­sie kapel roc­ko­wych, dale­kim od przy­zwo­itej jako­ści? Peo odchrząk­nął i pró­bo­wał tłu­ma­czyć, że był wła­śnie w odwie­dzi­nach u babci, ale prze­rwano mu szyb­kim mach­nię­ciem ręki. Pyta­nie miało cha­rak­ter reto­ryczny, jeśli Peo musi wyjść, żeby spraw­dzić zna­cze­nie tego słowa, to bar­dzo dobrze, bo Karl-Erik poroz­ma­wia teraz na poważ­nie z mło­dym Hal­l­gre­nem. Jak to moż­liwe, że Hal­l­gren nie gda­cze paskud­nie jak więk­szość miesz­kań­ców Ska­nii? Ach, tak. Mama jest z Göteborga. Pozy­tyw­nie. Czy ma jakieś wykształ­ce­nie muzyczne? A więc nie. Gra na jakimś instru­men­cie? Nie. Umie czy­tać nuty? Też nie. A jak jest z wyro­bie­niem sce­nicz­nym? Śred­nio. Aha. Praw­dzi­wie uta­len­to­wany natursz­czyk. Z dru­giej strony prze­ma­wia za nim wygląd i przy­jemny głos, więc...

Któ­re­goś popo­łu­dnia, zale­d­wie tydzień potem, Björn i Bir­ger usie­dli w fote­lach dla gości w biu­rze Karla-Erika w Sztok­hol­mie. Björn miał świeżo umyte włosy i nosił naj­bar­dziej wytarte dżinsy, a Bir­ger walił po oczach wło­sami pro­sto od fry­zjera. Zer­k­nął na złote płyty na ścia­nie, prze­cią­gnął ręką po błysz­czą­cej pali­san­dro­wej powierzchni biurka, a potem utkwił wzrok w Karlu-Eriku, który z łagod­nym uśmie­chem odchy­lał się do tyłu na swoim pawim tro­nie. W ciągu zale­d­wie sekundy Bir­ger zamie­nił się w kary­ka­turę sie­bie samego: w przy­ku­rzo­nego nauczy­ciela histo­rii i wie­dzy o spo­łe­czeń­stwie, który cał­ko­wi­cie i bez uwag zaak­cep­to­wał warunki kon­traktu, jaki mu przed­sta­wiono. Oczy­wi­ście jako nie­ofi­cjalny repre­zen­tant opie­kunki chłopca miał pewne wąt­pli­wo­ści, ale ponie­waż Björn prze­ja­wia - ekhm - pewne symp­tomy zmę­cze­nia szkołą i ponie­waż chło­pak wydaje się tak zaan­ga­żo­wany, a także - o czym nie należy zapo­mi­nać! - skoro naj­wy­raź­niej zarówno stu­dio nagra­niowe, jak i inni chłopcy z zespołu także są bar­dzo zain­te­re­so­wani udzia­łem Björna, zde­cy­do­wał się nie ule­gać swoim wąt­pli­wo­ściom. W dzi­siej­szych cza­sach ist­nieje, dzięki Bogu, sys­tem edu­ka­cji dla doro­słych, więc czło­wiek, który zamknął za sobą drzwi szkoły, zawsze może je na nowo otwo­rzyć. Jedyna obawa wiąże się z tym, że nie udało się skon­tak­to­wać z matką chłopca, prze­by­wa­jącą daleko stąd, gdzieś w świe­cie, mówiąc szcze­rze, nie wia­domo, gdzie w tej chwili, jed­nak Bir­ger wycho­dzi z zało­że­nia, że i ona nie będzie miała nic prze­ciw temu. Bowiem - ha, ha! - co los i prze­mysł pły­towy złą­czyły, tego wszak czło­wiek nie powi­nien roz­łą­czać. Czy można poży­czyć rezer­wowy dłu­go­pis?

Tak to się zaczęło. A teraz nie da się już tego powstrzy­mać.

Björn został człon­kiem Typho­ons. Nie. Wię­cej. Został gwiazdą Typho­ons. A mimo to - ale do tego mógł się tylko przy­znać przed sobą w mroku pokoju Susanne - nie przy­na­le­żał do nich. Nie naprawdę. Nie w ten sam spo­sób, co inne chło­paki w zespole. Znali się od naj­młod­szej klasy w szkole, a grali razem od czte­rech lat, opo­wia­dali te same histo­rie i mieli te same wspo­mnie­nia. Poza tym łączył ich Rob­ban, cho­ciaż ni­gdy o nim nie wspo­mi­nali i nawet nie wymie­niali jego imie­nia.

Jed­nak Rob­ban gdzieś był. Ten, który był z nimi od początku. I nie umarł. Został jedy­nie poświę­cony.

Czy tęsk­nili za nim? Czy się wsty­dzili?

Jedno i dru­gie. Tak prze­cież było. Przy­naj­mniej dla Tommy'ego i Tommy myślał o tym, czuł to, także Nic­las czuł i myślał w ten spo­sób, i Peo, i Bosse. Z dru­giej strony Tommy dobrze wie­dział, że ni­gdy nie zaszliby tak daleko bez Björna. Nie byliby zespo­łem, który nie tylko zaj­mo­wał pierw­sze, trze­cie i siódme miej­sce w szwedz­kiej Dzie­siątce Top, ale także wylą­do­wał na sie­dem­na­stym miej­scu listy angiel­skiej i miał być w sobotę w tele­wi­zji. W angiel­skiej tele­wi­zji. W Lon­dy­nie.

Było to nie­mal nie­wia­ry­godne, ale działo się naprawdę. I zawdzię­czali to Björnowi Hal­l­gre­nowi. Gło­sowi Björna Hal­l­grena. Twa­rzy Björna Hal­l­grena. Fry­zu­rze Björna Hal­l­grena.

Mimo to bycie Björnem Hal­l­gre­nem było cza­sami dość męczące. Dla­tego zamknął oczy i wyłą­czył wszyst­kie myśli, ogra­ni­cza­jąc się do czte­rech zmy­słów: węchu i dotyku, smaku i słu­chu. Wtedy mógł na chwilę uwol­nić się od Björna Hal­l­grena i być sobą, czło­wie­kiem bez imie­nia i bez wieku, cia­łem, które miesz­kało w tym domu, odkąd pamię­tał, i które każ­dego ranka wdy­chało jego zapa­chy, któ­rego opuszki pal­ców roz­po­zna­wały każdą powierzch­nię, język pamię­tał każdy smak, a uszy roz­po­zna­wały każdy krok...

W kory­ta­rzu za drzwiami ktoś prze­szedł na pal­cach i nagle w drzwiach sta­nął Bir­ger ze sto­sem zeszy­tów pod pachą. Uniósł ze zdzi­wie­niem brwi.

- Tu się poło­ży­łeś?

- Tak.

Na chwilę zapa­dła cisza. Bir­ger oparł się o futrynę drzwi.

- Dobrze się czu­jesz? - zapy­tał w końcu.

- Tak.

- Jest tak, jak sobie wyobra­ża­łeś?

- Nie­zu­peł­nie.

- No tak - powie­dział Bir­ger. - Tak to bywa. Ni­gdy nie jest dokład­nie tak, jak czło­wiek sobie wyobraża, że będzie. Może być lepiej lub gorzej, ale ni­gdy wła­śnie tak, jak...

Zamiast opo­no­wać, Björn przy­mknął oczy. Ależ tak. Cza­sami czło­wiek dokład­nie wie, jak będzie. Björn wie­dział na przy­kład, że Bir­ger potknie się, zbie­ga­jąc ze scho­dów.

- No tak bywa - powtó­rzył Bir­ger, uno­sząc lekko zeszyty. - Muszę się zająć popra­wia­niem tych dzieł.

- Mhm.

- To do widze­nia, na razie...

- Do widze­nia.

Björn leżał z zamknię­tymi oczami, cze­kał. Bir­ger zro­bił pięć kro­ków kory­ta­rzem w stronę scho­dów. Kiedy posta­wił stopę na naj­wyż­szym stop­niu, zatrzesz­czało, a potem jego skó­rzane pode­szwy - jedna dużo więk­sza od dru­giej - poczła­pały po znisz­czo­nym drew­nie scho­dów. Björn nie otwo­rzył oczu, ale liczył w myślach. Osiem, dzie­więć, dzie­sięć...

- Ratunku! Oj! Cho­lera!

Stłu­miony łomot upadku Bir­gera i fur­kot roz­sy­pu­ją­cych się po pod­ło­dze zeszy­tów. Björn leżał w ciem­no­ści. Tak. Pewne rze­czy są dokład­nie takie, jak czło­wiek je sobie wyobraża. Co da się udo­wod­nić.

- Prze­pra­szam za słow­nic­two - krzyk­nął Bir­ger. - Potkną­łem się.

Nikt nie odpo­wie­dział. W domu było zupeł­nie cicho.

Inez, która była matką Susanne, a nie Björna, unio­sła brwi, wsta­wia­jąc masło do spi­żarni. No tak. Czyli znów przy­szła pora. Potknię­cie. Prze­kleń­stwo. Prze­pro­siny.

Świat nie był taki zupeł­nie nowy. Pewne rze­czy nie zmie­niły się ani tro­chę, cho­ciaż Björn stał się ido­lem nasto­la­tek. Lewa stopa Bir­gera, która miała roz­miar 44, na­dal choć raz w tygo­dniu sta­wała na dro­dze pra­wej stopy, która skrom­nie zado­wa­lała się roz­miarem 39. Był to fakt, z któ­rym w rze­czy samej łatwo było żyć, dokład­nie tak samo jak z tym, że Bir­ger zawsze musiał kupo­wać dwie pary butów na jeden raz, parę w każ­dym z roz­miarów. Za to już nie tak łatwo dawało się prze­łknąć, że w schowku w piw­nicy stało trzy­na­ście nie­uży­wa­nych pra­wych butów w roz­miarze 44 i tyle samo lewych butów w roz­miarze 39. Na ten temat - kolejny raz - roz­ma­wiano pod­czas obiadu. Nie­po­trzeb­nych butów nie można było bowiem wyrzu­cić. Nie wolno wyrzu­cać zupeł­nie nowych, nie­uży­wa­nych butów, nawet jeśli do niczego się nie przy­da­dzą, tak twier­dził Bir­ger. W innych kwe­stiach gotowy był dys­ku­to­wać i nego­cjo­wać, zmie­niać zda­nie i zawie­rać kom­pro­misy, ale w spra­wie butów nie do pary w piw­nicy był nie­złomny. Nie można ich wyrzu­cić. Kie­dyś na pewno się przy­da­dzą.

Kie­dyś Inez przez długi czas zło­ściła się na te buty, więc gdy

Bir­ger wygło­sił swój wywód, przy­brała nieco cierpki ton. Ależ oczy­wi­ście, powie­działa. Rzecz jasna, że należy zbie­rać swoje buty nie do pary. Tylko patrzeć, a pojawi się jakiś osob­nik, który będzie dokład­nym prze­ci­wień­stwem Bir­gera, to zna­czy męż­czy­zną z dużą prawą stopą i małą stopą lewą. I wtedy on i Bir­ger będą mogli wymie­nić się swo­imi butami, a potem żyć szczę­śli­wie do końca swo­ich dni. A ponie­waż ów stan łaski nastą­pić powi­nien mniej wię­cej wtedy, kiedy tydzień będzie miał dwa czwartki, trzeba teraz...

Bir­ger żach­nął się, z widel­cem w poło­wie drogi do ust.

- O co cho­dzi? - spy­tał zdzi­wiony. - Jesteś zła?

- Jak to zła? Mia­łam tylko...

Inez zamil­kła w środku zda­nia, uświa­da­mia­jąc sobie nagle, że posu­nęła się za daleko. Björn i Susanne nie uwa­żali wcale, że jest zabawna. Z zacię­tymi twa­rzami wpa­try­wali się w swoje tale­rze, jak już wiele razy wcze­śniej, sie­dzieli bez ruchu z oczami wbi­tymi w wybla­kłe kwiatki uży­wa­nej na co dzień por­ce­lany, pil­nu­jąc się, żeby nie spoj­rzeć na Inez. Oczy zaszły jej łzami, bo nagle uświa­do­miła sobie, że Björn sie­dzi tu i w duchu marzy, żeby się od niego odcze­piła, że chce wstać od stołu i uciec, że chciałby się scho­wać gdzieś w domu, tak, by znik­nąć z zasięgu jej głosu. Po pro­stu uwa­żał, że jest bar­dziej męcząca niż zwy­kle. Cała trójka uważa, że jest wyjąt­kowo męcząca.

Może mają rację. W ostat­nim cza­sie bycie Inez jest bar­dziej męczące niż zwy­kle. W całym ciele czuje iry­ta­cję, aż swę­dzi ją skóra głowy, łasko­cze w gar­dle, błony ślu­zowe puchną od zło­ści, a sucha skóra roz­pada się na tysiące nie­wi­docz­nych małych pęk­nięć. Jest rze­czą nie­opi­sa­nie iry­tu­jącą być tak pode­ner­wo­waną i nie móc ni­gdzie zna­leźć ulgi. Oczy­wi­ście, że pró­bo­wała. Wczo­raj, zanim wró­cił Björn, wzięła gorącą kąpiel, a potem nasma­ro­wała całe ciało tłu­stym kre­mem, na włosy poło­żyła maseczkę z lano­liny i zawi­nęła je cie­płym ręcz­ni­kiem, a potem pota­jem­nie spa­ła­szo­wała bitą śmie­tanę, tę, co jej została z robie­nia tortu, któ­rym miała powi­tać Björna. Gdzieś w pod­świa­do­mo­ści żywiła prze­ko­na­nie, że wszystko, co białe, tłu­ste i kre­mowe, wnik­nie w nią z zewnątrz i od wewnątrz, czy­niąc z niej kogoś gład­kiego, mięk­kiego i ogól­nie przy­jem­nego. Jed­nak nic nie pomo­gło. Na­dal miała popę­kaną i suchą skórę, która na gło­wie jesz­cze się łusz­czyła, a iry­ta­cja nara­stała. Zanim zdą­żyła się opa­no­wać, przez głowę prze­bie­gła zaka­zana myśl.

On jest mój!

Nie. Tak nie wolno myśleć. Zamknęła oczy i wło­żyła spierzch­nięte dło­nie do cie­płej wody do zmy­wa­nia. Przez parę sekund stała bez ruchu, patrząc, jak czer­wie­nieją. Przy­glą­dała się swoim pie­go­wa­tym przed­ra­mio­nom. W zamy­śle­niu przy­gry­zła wargę i urwała kawa­łek suchej skóry. Ranka błysz­czała przez chwilę jak wyłu­skane ze skórki wino­grono, a potem pory bły­ska­wicz­nie wypeł­niły się krwią. Pie­kący ból był dla niej dobry, przy­po­mi­nał, że musi się sta­rać. Nie wolno być obra­żoną. Nie należy się dener­wo­wać. Teraz, kiedy Björn naresz­cie znów jest w domu, musi być miła. Miła i przy­jemna, miękka i rozu­mie­jąca. Bo może ją to kosz­to­wać życie.

- Obie­cuję - powie­działa do sie­bie pół­gło­sem, a potem spu­ściła wzrok i prze­stała mówić i zasta­na­wiać się.

Pod­czas zmy­wa­nia widziała oczami wyobraźni Elsie, podobną do niej jak dwie kro­ple wody bliź­nia­czą sio­strę, matkę Björna - ale nie Susanne - sto­jącą na pokła­dzie ame­ry­kań­skiego ato­mo­wego lodo­ła­ma­cza "Twi­li­ght", który prze­ci­ska się przez zwały lodu gdzieś na morzach pół­noc­nych. Ktoś poło­żył na jej karku ciężką rękę, odsu­nął kędzie­rzawe, dziw­nie bez­barwne włosy i szybko poca­ło­wał odsło­niętą skórę. Uda­wała, że tego nie zauważa, prze­chy­liła się tylko jesz­cze bar­dziej przez reling i wysta­wiła policzki na lodo­waty wiatr.

- A penny for your tho­ughts - powie­dział sto­jący za nią męż­czy­zna, a potem objął ją ramio­nami i tak mocno przy­tu­lił do sie­bie, że nie mogła się poru­szyć. Tro­chę się wykrę­cała, ale on tego nie zauwa­żył.

- Myślę o czer­wo­nym domu daleko stąd.

Wiatr porwał jej słowa i gdzieś z nimi odfru­nął, a męż­czy­zna pochy­lił się i przy­ło­żył usta do jej ucha.

- What? I couldn't hear you.

Jego słowa łasko­tały błonę bęben­kową. Elsie oparła ręce na relingu i ode­pchnęła go.

- Nothing. Let's go inside. It's fre­ezing out here.

Inez wes­tchnęła, zamknęła oczy i zanu­rzyła się jesz­cze głę­biej w swo­ich marze­niach.

Bo były to tylko marze­nia. Tak naprawdę Elsie sie­działa w tym momen­cie w kawiarni na Lime Street Sta­tion w Liver­po­olu, wpa­tru­jąc się w wyka­fel­ko­waną ścianę. Od bar­dzo dawna nikt nie poca­ło­wał jej w kark, a lodo­ła­macz "Twi­li­ght" naprawdę nie ist­niał. Parę lat temu wymy­śliła go w liście do swo­jej sio­stry, a potem o nim zapo­mniała, i wcale nie myślała o czer­wo­nym domu gdzieś daleko. Myślała o ścia­nie naprze­ciw. Po co wyka­fel­ko­wano całą kawiar­nię? Nie mogła tego pojąć. Czy to miej­sce nocą było wynaj­mo­wane rzeźni, a rano spłu­ki­wane gumo­wym wężem? Czy może orga­ni­zuje się tu nocne orgie, które mogłyby pozo­sta­wić nie­hi­gie­niczne ślady we wnę­trzu? Uśmiech­nęła się do sie­bie i zamie­szała w fili­żance. Bry­tyj­ska orgietka z dżi­nem i wykwint­nym zde­mo­ra­li­zo­wa­niem nie byłaby taka zła. Pod warun­kiem że czło­wiek ma cią­goty w tym kie­runku. Gdyby czło­wiek nie pożą­dał w zamian spo­koj­nej roz­ko­szy. Samot­no­ści.

W tej chwili Elsie mogła spo­koj­nie odda­wać się takim roz­ko­szom, ponie­waż dopiero co, po połu­dniu, zeszła z pokładu i na razie nawet przed sobą samą nie ujaw­niła jesz­cze, czym się zaj­mie w naj­bliż­szym cza­sie. Czy ma za chwilę wstać, wyjść na peron i wsiąść do pociągu w kie­runku pół­noc­nym do New­ca­stle, a potem na prom do Szwe­cji, czy jechać na połu­dnie, do Lon­dynu? Czy może zamiast tego powinna wyjść przez duże, szklane drzwi na ulicę i poszu­kać hotelu w oko­licy? Nie wie­działa. Uwa­żała jed­nak, że będzie inte­re­su­jąco zoba­czyć, na co się sama zde­cy­duje. Posta­no­wiła bar­dzo uważ­nie śle­dzić pro­ces decy­zyjny, żeby spraw­dzić, czy decy­zję podej­mują stopy, brzuch, czy może jakiś nie­znany, mały gru­czoł ukryty głę­boko w mózgu. Z dru­giej strony, nie wie­działa prze­cież, czy to stopy, brzuch, czy nie­znany mały gru­czoł spra­wiły, że wyokrę­to­wała się tego popo­łu­dnia. Jesz­cze tydzień temu myślała, że po kilku dniach w Liver­po­olu ponow­nie prze­mie­rzy Atlan­tyk na M/S "Nor­dic Star". Miała wyokrę­to­wać się gdzieś w Kana­dzie, zain­ka­so­wać hono­ra­rium za ponad pół roku, a potem z wypcha­nym port­fe­lem wsiąść w pociąg jadący na połu­dnie, do Nowego Jorku. Tęsk­niła za Nowym Jor­kiem. Pomimo to już trzy dni temu wycią­gnęła swoją torbę podróżną i kiedy wycho­dziła z kajuty na ostat­nią nocną wartę, torba stała już spa­ko­wana. Kapi­tan nie był zado­wo­lony. Wręcz prze­ciw­nie. Zbesz­tał ją tak, że włosy dosłow­nie fur­ko­tały wokół jej uszu.

- Ale dla­czego? - spy­tał bos­man, kiedy kop­cili na pokła­dzie, pod­czas gdy sta­tek sunął przez bru­natne wody rzeki Mer­sey. - Myśla­łem, że lubisz ten sta­tek?

Elsie zro­biła smutną minę. Nie miała na podo­rę­dziu żad­nej zgod­nej z prawdą odpo­wie­dzi. Oczy­wi­ście, że lubiła ten sta­tek. W grun­cie rze­czy był to jeden z naj­lep­szych stat­ków, na któ­rych kie­dy­kol­wiek pły­wała, ale mimo to wie­działa, że nie może zmie­nić zda­nia.

- Chcę do domu - powie­działa w końcu. - Nie byłam w Szwe­cji od prze­szło roku.

- I nie możesz pocze­kać jesz­cze mie­siąc?

Elsie zga­siła papie­rosa o biały reling, wiatr zdmuch­nął popiół, ale został czarny ślad. Bez zasta­no­wie­nia nacią­gnęła rękaw mun­duru na dłoń i wytarła, a potem z lek­kim zdzi­wie­niem popa­trzyła na plamę z sadzy na nie­bie­skiej gabar­dy­nie. Nie znik­nęła, tylko zmie­niła miej­sce.

- Mam syna - powie­działa. Bos­man uniósł brwi.

- Naprawdę? Ile ma lat?

- Dzie­więt­na­ście.

- I nie widzia­łaś go od prze­szło roku?

- Ow­szem.

Bos­man wrzu­cił swój nie­do­pa­łek do wody.

- No tak - powie­dział. - To rozu­miem.

Na chwilę zapa­dła cisza. Nie­da­leko od nich widać już było Pier Head i wyso­kie wieże z pta­kami. Sym­bole Liver­po­olu.

- Mieszka u mojej sio­stry - wyja­śniła Elsie. - Mojej bliź­niaczki. Jed­no­ja­jo­wej. Jeste­śmy dokład­nymi kopiami.

Bos­man wzru­szył ramio­nami. Co mu do tego.

Tak naprawdę Elsie w rów­nym stop­niu nie wie­działa, czy powinna za parę dni jechać do Szwe­cji, czy jed­nak zostać na noc w Liver­po­olu. Może. Może nie. W zasa­dzie pla­no­wała pocze­kać do wio­sny, ponie­waż Björn miał w maju zda­wać maturę, a wtedy oczy­wi­ście chciała być na miej­scu. Pod warun­kiem że naprawdę do tego doj­dzie. Co z kolei zależy od tego, czy jej syn na­dal cho­dzi do liceum i czy zro­bił coś naresz­cie ze swo­imi stop­niami. Nic o tym nie wie­działa. Nie roz­ma­wiali ze sobą od paru mie­sięcy, a ostat­nim razem była to prze­ry­wana roz­mowa radiowa, pod­czas któ­rej żadne z nich nie usły­szało wię­cej niż kilka słów. Elsie krzy­czała coś o mgle, lodzie i zbli­ża­ją­cej się zimie, cho­ciaż na zewnątrz kajuty z radio­sta­cją roz­po­ście­rało się lśniące, błę­kitne latem Morze Labra­dor­skie. Björn powie­dział jej, że został soli­stą w nowym zespole, który od dawna już wystę­puje i który wkrótce nagra płytę, ale nie dosły­szał, gdy zapy­tała o jego stop­nie i pracę waka­cyjną. Potem słu­chawkę wzięła Inez i wrzesz­czała, że wszystko u niej dobrze, i u Bir­gera, i u Susanne też. Za to Lydia lekko nie­do­maga. Nie, żeby cho­dziło o bez­po­śred­nie nie­bez­pie­czeń­stwo, ale może Elsie nie powinna się za długo ocią­gać z powro­tem do domu. Lydia może jej już nie roz­po­znać.

Elsie nie wie­działa, w co tym razem wie­rzyć. Lydia nie była szcze­gól­nie stara, nie prze­szła jesz­cze nawet na eme­ry­turę i w zeszłym roku miała umysł czy­sty jak krysz­tał. Za to Inez była, mimo wszystko, bliź­niaczką Elsie, a kie­dyś nawet jej naj­lep­szą przy­ja­ciółką, tym czło­wie­kiem, któ­rego ze wszyst­kich na świe­cie znała i rozu­miała naj­le­piej. Czy naprawdę wymy­śli­łaby coś na temat ich wła­snej matki tylko po to, by wzbu­dzić w Elsie nie­po­kój?

Elsie wypiła ostatni łyk kawy z fili­żanki i uśmiech­nęła się do sie­bie samej. O, tak. Inez by to zro­biła. Byłaby w sta­nie wykom­bi­no­wać nie­mal wszystko tylko po to, żeby tro­chę doku­czyć Elsie. Wie­działa o tym, ponie­waż sama przez lata roz­sie­wała alu­zje i kłam­stewka, żeby wku­rzyć Inez i wywo­łać jej zazdrość. Jak parę lat temu, kiedy wspól­nie zmy­wały po przy­ję­ciu uro­dzi­no­wym Lydii. Pochy­lona nad zle­wem Elsie wycie­rała szklanki i przy­ci­szo­nym gło­sem opo­wia­dała Inez, że skóra czar­nych męż­czyzn jest rze­czy­wi­ście chłodna niczym jedwab i że to, co poza tym się o nich mówi - nie będzie się tu zagłę­biała w szcze­góły, ale Inez wie prze­cież w czym rzecz - to prawda. Inez pło­nęła szyja i nie chciała nawet na Elsie spoj­rzeć.

- Masz świra - powie­działa, wpa­tru­jąc się zapa­mię­tale w pomyje.

Elsie zaśmiała się lekko i pod­nio­sła szklankę pod kuchenną lampę, żeby przyj­rzeć się jej spod zmru­żo­nych powiek.

- Wierz mi, to jedna z naj­lep­szych rze­czy, jakie zro­bi­łam.

- Jak on miał na imię?

Elsie bły­ska­wicz­nie poszu­kała w pamięci naj­od­po­wied­niej­szego imie­nia.

- Abe - powie­działa w końcu.

Abe? Skąd jej się to wzięło? Jedyny Abe, jakiego znała, był pomarsz­czo­nym Szko­tem, który parę lat temu przez kilka mie­sięcy pły­wał na tym samym co ona statku. Od tam­tej pory nie poświę­ciła mu nawet jed­nej myśli. Nie było powodu. Nie mieli ze sobą nie­mal nic wspól­nego i Abe zde­cy­do­wa­nie nie sta­no­wił obiektu jej ero­tycz­nych fan­ta­zji. Jed­nak Inez się na to zła­pała. Zawsze łapała haczyk, kiedy Elsie ją kusiła.

- Gdzie się spo­tka­li­ście?

- W Nowym Orle­anie.

- Na połu­dniu Sta­nów? Mogli­ście się tam razem poka­zy­wać?

Elsie uśmiech­nęła się i wsta­wiła do szafki ostat­nią szklankę, a potem zaczęła skła­dać ścierkę. Inez miała oczy­wi­ście oddzielne ścierki do szkła i do por­ce­lany. Plus jedną eks­tra, która, wyma­glo­wana na sztywno, leżała na bla­cie kuchen­nym w ocze­ki­wa­niu na sztućce. Oczy­wi­ście. Panna Mądra­liń­ska zamie­niła się w Doro­słą Panią Gospo­dy­nię.

- Ni­gdy nie poka­zy­wa­li­śmy się razem - powie­działa, się­ga­jąc po ścierkę do por­ce­lany. - Byli­śmy prze­cież na pokła­dzie jed­nego statku.

- Masz świra - powtó­rzyła Inez.

Ktoś był w kaju­cie.

Czuje to w chwili, gdy wkłada klucz do zamka, wie już, w sumie nie wie­dząc, zanim prze­kręci klucz. Bębe­nek kręci się bez żad­nego oporu. Wycho­dząc, chyba zamy­kała drzwi na klucz? Oczy­wi­ście, że tak. Zawsze to robi, kiedy wraca i kiedy wycho­dzi, zamyka na klucz nawet na noc, cho­ciaż wszy­scy twier­dzą, że to nie­bez­pieczne. Ale teraz drzwi nie są zamknięte. Ktoś był w jej kaju­cie. Znowu.

Przez chwilę się waha, zerka w prawą i lewą stronę kory­ta­rza i dopiero potem kła­dzie rękę na klamce. Nikogo nie widać, ale z kajuty obok sły­chać muzykę i jakieś głosy. Miesz­kają tam Magnus i Olle, któ­ryś z nich wybu­cha śmie­chem i to ją uspo­kaja. Magnus jest mil­kli­wym, nie­bie­sko­okim olbrzy­mem, Olle to uśmiech­nięty mary­narz, spę­dza­jący co naj­mniej godzinę dzien­nie w siłowni. Przyjdą, jeśli zacznie krzy­czeć. Jest tego pewna. Pra­wie pewna.

Mimo to waha się jesz­cze kilka sekund, zanim otwo­rzy drzwi, a potem stoi w wej­ściu z unie­sioną brodą, węsząc jak pies. Ktoś, kto odwie­dza jej kajutę, kiedy jej samej tam nie ma, zosta­wia po sobie zapach, wątłą smugę ben­zyny czy oleju, tyto­niu albo wody po gole­niu, wystar­cza­jąco wyraźną, by nie umknęła jej uwa­dze, ale tak słabą, że nie może o niej nikomu powie­dzieć.

Prze­stę­puje wysoki próg i znowu przy­staje. Roz­gląda się wkoło i jesz­cze raz obwą­chuje pustkę w powie­trzu, kąciki ust opa­dają. Dziś nie czuć ben­zyny ani oleju, żad­nego tyto­niu czy wody po gole­niu. Śmier­dzi uryną. Może to zbyt grzeczna forma, by wyra­zić, w czym rzecz. Fak­tycz­nie śmier­dzi szczy­nami. To naj­pa­skud­niej­sze znane jej słowo, ale jedyne, które naprawdę oddaje ten smród. Ktoś naszczał w jej kaju­cie.

Zaska­kuje ją wstyd. Gwał­tow­nie zalewa całe ciało i spra­wia, że natych­miast zatrza­skuje za sobą drzwi. Nikt się nie dowie, czym u niej śmier­dzi, nikt nie będzie mógł pomy­śleć, że to ona, nikt nie... Wstrzy­muje oddech i opiera się ple­cami o drzwi. Czas się uspo­koić. Czas na rze­czo­wość i zdrowy roz­są­dek. Trzeba spraw­dzić, co zro­bił tym razem.

Ślady obec­no­ści, które zosta­wił po sobie ten facet - czy to męż­czy­zna? to prze­cież musi być męż­czy­zna? - są zazwy­czaj wystar­cza­jąco wyraźne, by mogła zro­zu­mieć, że tu był, a jed­no­cze­śnie tak sub­telne, że nikt inny ich nie zauważy. Prze­cież sama mogła wysy­pać rze­czy z kosme­tyczki na szorstką powierzch­nię kanapy, ścią­gnąć narzutę i pościel ze świeżo zasła­nej koi, a potem cisnąć je na wymiętą kupę lub otwo­rzyć szafę i wyrzu­cić z niej czy­stą bie­li­znę. Jed­nak to nie ona. Tylko ktoś inny. Ktoś, kto przy­naj­mniej cztery razy wtar­gnął do jej kajuty, zosta­wia­jąc po sobie ślady i zapach.

Sta­tek prze­chyla się, a ona przy­ci­ska dło­nie z roz­ca­pie­rzo­nymi pal­cami do drzwi za sobą, żeby zła­pać rów­no­wagę. Ten ruch coś jej przy­po­mina. Miało być rze­czowo i roz­sąd­nie. Pro­stuje się, robi kilka kro­ków do środka kajuty, a potem się roz­gląda, sto­jąc w roz­kroku rów­no­wa­żą­cym kolejne prze­chyły. Jest na pokła­dzie dopiero od ośmiu dni, ale orga­nizm dopa­so­wał się już do nowych warun­ków. W barze na dole sie­dzi jak męż­czy­zna, z sze­roko roz­sta­wio­nymi nogami, na pokła­dzie dmu­cha na kłyk­cie, zanim schowa dło­nie pod pachami, a kiedy na mięk­kich gumo­wych pode­szwach bie­gnie po scho­dach na mostek kapi­tań­ski na codzienną odprawę z naukow­cami i kapi­ta­nem, ska­cze po dwa stop­nie. Pod­czas spo­tkań rzadko mówi, kręci tylko lekko głową, aż koń­ski ogon łasko­cze ją w kark. Nie, repre­zen­tantka świata arty­stycz­nego nie ma nic do doda­nia. Już samo to okre­śle­nie spra­wia, że robi jej się tro­chę wstyd. Czy rze­czy­wi­ście jest artystką? Nie jest tego pewna. Wie tylko, że sie­dzi tu, w tym miej­scu, ponie­waż Mar­cus - który naprawdę jest arty­stą - nie chce cho­dzić na zebra­nia. Nie ma na to czasu, jest cał­ko­wi­cie pochło­nięty cho­dze­niem po statku, dookoła, dookoła, i mru­cze­niem do sie­bie. Na początku myślała, że to jakiś maniak, ale teraz, kiedy poroz­ma­wiała z nim już kilka razy, wie, że może być po pro­stu powolny i roz­ważny. Jest tak zajęty patrze­niem, że chyba stra­cił umie­jęt­ność słu­cha­nia. Już trze­ciego dnia prze­stała go infor­mo­wać, co mówiono przy stole kapi­tana, bo kiedy pró­bo­wała, wyda­wał się zaam­ba­ra­so­wany, jakby zupeł­nie nie pamię­tał o poran­nych spo­tka­niach. Teraz, kiedy spo­ty­kają się na pokła­dzie albo przy­pad­kiem usiądą obok sie­bie w mesie, kiwa mu tylko głową i uśmie­cha się nie­wy­raź­nie, tak jak on.

Może sama powinna prze­stać cho­dzić na te spo­tka­nia. Ni­gdy nie ma prze­cież nic do powie­dze­nia i zde­cy­do­wa­nie zbyt czę­sto się wyłą­cza i nie sły­szy, o czym mówią inni. W zamian wodzi spoj­rze­niem wokół stołu, stu­diu­jąc twarz za twa­rzą. Czy to któ­ryś z nich? Ten blady che­mik, który czer­wieni się za każ­dym razem, kiedy ktoś go zagad­nie? Albo Sture, mete­oro­log cią­gle sie­dzący z zało­żo­nymi rękami, jakby się spo­dzie­wał, że to wła­śnie jego oskarżą z powodu mgły i wzbu­rzo­nego morza? Czy może to być docent z dłu­gimi wło­sami, zebra­nymi w siwy kucyk, o imie­niu, które cią­gle zapo­mina? Albo Fre­drik z brą­zo­wymi oczami, spo­kojny media­tor, który znaj­duje kom­pro­mis pomię­dzy sprzecz­nymi życze­niami, uro­dzony dyplo­mata, co zde­cy­do­wał się zostać ster­ni­kiem?

Nie. Nie jest w sta­nie w to uwie­rzyć. Dla­czego któ­ryś z tych męż­czyzn, któ­rzy codzien­nie sia­dają przy stole kon­fe­ren­cyj­nym kapi­tana, miałby wcho­dzić do jej kajuty i zosta­wiać po sobie ślady? Żad­nego z nich nie zna, nie wie o nich nic, podob­nie jak oni nie znają jej i nie wie­dzą o niej niczego ponad to, co pisano w gaze­tach, jeśli w ogóle coś wie­dzą. A kobiety wokół stołu? Czy można sobie wyobra­zić, że skora do śmie­chu pro­fe­sorka Ulrika mogłaby wpaść na pomysł grze­ba­nia w cudzej bie­liź­nie? Albo że spo­kojna i genialna Katrin, która zna pięć języ­ków i ma dok­to­rat z fizyki i che­mii, mogłaby skry­wać ponurą nie­na­wiść za fasadą łagod­no­ści? Nie wspo­mi­na­jąc już o Jenny, repre­zen­tantce mło­dych dok­to­ran­tów, tej która z powagą notuje każde słowo i chi­cho­cze jak uczen­nica z naj­bar­dziej bła­hych dow­ci­pów?

Nie. To nie­moż­liwe. Żadne z nich. Jed­nak ktoś zde­cy­do­wa­nie był dziś wie­czo­rem w jej kaju­cie. Okno jest zamknięte. Drzwi do toa­lety otwarte na oścież. Kiedy stąd wycho­dziła do baru, było na odwrót. Pomimo nie­po­koju kieł­kuje w niej też cicha satys­fak­cja. Otwarte drzwi wska­zują, że był w toa­le­cie. Czyli dostał od niej wia­do­mość. Naresz­cie. Ostroż­nie zerka przez próg. Pod­nie­siona klapa sede­sowa. Kółko też. Czyli męż­czy­zna. Zasłona prysz­ni­cowa jest zasu­nięta, białe tło z bla­do­żół­tymi kwiat­kami poły­skuje w noc­nym zmierz­chu, koły­sa­nie morza spra­wia, że faluje jak pole rze­paku w let­nim wie­trze. Tylko że ten ruch mógłby także zdra­dzać czy­jąś obec­ność. Ktoś może stać za zasłoną i cze­kać na nią, gotów do...

Bzdury. Kim­kol­wiek był, to tchórz i sła­be­usz, i ona nie zamie­rza dać się wystra­szyć jego idio­tycz­nym akcjom. Dla­tego zanim jesz­cze dokoń­czy tę myśl, wcho­dzi do łazienki i odsuwa zasłonę na bok, żeby stwier­dzić, że pod prysz­ni­cem nikogo nie ma. Zaska­kuje ją ulga, czuje mięk­kość w kola­nach, aż musi oprzeć się o ścianę i ode­tchnąć. Mija kilka sekund, zanim zauważy, że tapeta obok jej ramie­nia jest teraz w paski, żół­to­brą­zowe pasy na beżo­wym tle, lep­kie paski, któ­rych wcze­śniej tu nie było. To świ­nia! Bez chwili namy­słu zdej­muje bluzkę i wyrzuca ją za drzwi. Nocą wrzuci ją do morza, pra­nie nic tu nie pomoże, ni­gdy wię­cej nie będzie nosić cze­goś, co choćby musnęło tego plu­ga­wego gnoja lub jego...

Obej­muje się ramio­nami i odwraca w stronę lustra. Tak. Otrzy­mał jej wia­do­mość, to oczy­wi­ste. Zanim wyszła z kajuty, zaj­rzała do łazienki i szminką na lustrze napi­sała to samo, co pisała za każ­dym razem, kiedy wycho­dziła w ciągu ostat­nich dni: BÓG CIĘ WIDZI, GNOJU! Wia­do­mość nie została dobrze przy­jęta. Roz­ma­zał szminkę po całym lustrze, a napis wytarł ręcz­ni­kiem, który zapać­kany rzu­cił na zie­mię. Potem tą samą szminką napi­sał dużo więk­szymi lite­rami wła­sną wia­do­mość: PIZDA!

Kilka razy prze­łyka ślinę, żeby się uspo­koić. Bły­sko­tliwa ripo­sta. Nader uta­len­to­wany. Poza tym cho­ler­nik zła­mał jej szminkę - teraz dopiero to widzi - jedyną szminkę, jaką zabrała ze sobą na eks­pe­dy­cję, poje­dyn­czy egzem­plarz Long Lastin Juicy Rouge Lancôme w odcie­niu numer 132. Zabije go. Jak tylko go dorwie, naj­pierw obe­rwie mu uszy, a potem go zabije.

Oczy­wi­ście pod warun­kiem że on nie zabije jej pierw­szy. Twarz, która miga jej w lustrze, jest tak blada, jakby nale­żała do jed­nego z jej zamor­do­wa­nych boha­te­rów - oby to nie był zły omen.

Zaraz po odbi­ciu od lądu sta­tek zmie­nia kurs. Ster­nik wyłą­cza auto­pi­lota i kła­dzie rękę na drążku, małym dżoj­stiku, znacz­nie mniej­szym od drążka zmiany bie­gów w samo­cho­dzie, choć ste­ruje żół­tym gigan­tem, jakim jest lodo­ła­macz "Odyn". Z wyczu­ciem, bar­dzo ostroż­nie i powoli, kie­ruje dziób statku na pół­noc, umiar­ko­wany i opa­no­wany w każ­dym ruchu, w spo­so­bie, w jaki chwyta okrą­głe zakoń­cze­nie drążka, w lek­kim zgię­ciu łokci, nie­znacz­nym napię­ciu mię­śni ramion. Nie idzie tak łatwo. Ste­ruje prze­cież stat­kiem, a nie falami Atlan­tyku, które ata­kują kadłub, gdy pły­nie w poprzek fali, i zaczy­nają się z nim bawić jak z malut­kim dziec­kiem. Z uda­waną gwał­tow­no­ścią i wielką ostroż­no­ścią uno­szą jego tłu­ste ciało wysoko, ku jasno­sza­remu, noc­nemu niebu po to, by za chwilę pozwo­lić mu zanu­rzyć się w ciem­niej­szą sza­rość zała­ma­nia fal, uno­szą i pozwa­lają opa­dać, uno­szą i opusz­czają...

Ster­nik bez­wied­nie wysuwa czu­bek języka, żeby pomógł mu w ste­ro­wa­niu, napina mię­śnie ple­ców, wzmac­nia uścisk wokół drążka. Jest bar­dzo skon­cen­tro­wany, ale w zmarszcz­kach wokół oczu czai się uśmiech. To tutaj chce być. Ni­gdzie indziej. Gdyby pozwo­lono mu wybrać wła­sny raj po śmierci, wybrałby wła­śnie to: wieczną nocną zmianę na mostku kapi­tań­skim

"Odyna", w chwili gdy sta­tek odwraca się tyłem do Atlan­tyku i pły­nie w stronę Cie­śniny Davisa z Zie­mią Baf­fina po lewej stro­nie burty i cie­niem zachod­niego wybrzeża Gren­lan­dii po pra­wej. Całą wiecz­ność mógłby spę­dzić w tej samot­no­ści, bo jest w niej także dająca pocie­chę pew­ność, że ota­czają go ludzie. Jest ich wielu, a zara­zem tylu, że może ich poli­czyć, w dodatku więk­szość śpi w swo­ich kaju­tach. Teraz czuwa tylko on i dwóch robot­ni­ków na dole w maszy­nowni. Oczy­wi­ście pod warun­kiem że wszy­scy nie obu­dzili się od prze­chy­łów i teraz nie leżą, trzy­ma­jąc się kra­wę­dzi swo­ich koi, prze­ra­żeni, że z nich powy­pa­dają. Mogą sobie wypa­dać. Naj­waż­niej­sze, żeby żaden nie wlazł teraz na mostek kapi­tań­ski i nie zakłó­cił ster­ni­kowi Leifowi Eriks­so­nowi jego naj­lep­szych chwil.

O tak. Zmiana kursu wyko­nana. Przy­tę­piony dziób statku kie­ruje się wprost na pół­noc, prze­chyły ustały. "Odyn", sta­tek o kobie­cych kształ­tach i męskim, boskim imie­niu, spo­koj­nie koły­sze się naprzód. Na otwar­tych wodach poru­sza się jak kobieta w dzie­wią­tym mie­siącu ciąży lub jak zapa­śnik poza rin­giem. Ale wkrótce, za kilka godzin lub dni, zostawi za sobą ten nie­na­tu­ralny stan i wśliź­nie się w lód. To jego żywioł, to tam może tań­czyć.

Leif Eriks­son włą­cza auto­pi­lot, pro­stuje plecy i czuje, jak opada z niego napię­cie. Raj? Tak, czego to sobie czło­wiek nie ubz­dura późną nocą? Prze­cież bar­dziej praw­do­po­dobne jest, że wylą­duje w pie­kle. Dobrze wie, jak ono wygląda, to także. Pie­kło jest wiecz­nym popo­łu­dniem w sta­rej, roz­wa­la­ją­cej się daczy, którą jego żona odzie­dzi­czyła po rodzi­cach, palą­cym żarem dnia, gdy trzeba opróż­nić beczkę z szam­bem i poma­lo­wać okna, i kiedy kobita ma zły humor, whi­sky się skoń­czyła, a nasto­letni syn chce wra­cać do mia­sta, do kom­pu­tera, który trzyma go przy życiu...

Ech. Wszystko to można zapo­mnieć. Do domu nie wróci wcze­śniej niż za pół­tora mie­siąca, wtedy będzie już po waka­cjach i let­nia cha­łupa zosta­nie zamknięta na ten sezon. Udało mu się od niej ura­to­wać, także tego lata. Swoją cenę już zapła­cił, żona boczyła się przez dwa tygo­dnie po tym, jak powie­dział, że zgło­sił się na eks­pe­dy­cję, ale odpu­ściła, gdy wspo­mniał jej o pie­nią­dzach. Wszyst­kie te cudowne dodat­kowe dochody można będzie wyko­rzy­stać na zakup tej czy innej zbęd­nej rze­czy. Zawsze prze­staje się boczyć, kiedy Leif obie­cuje jej nie­po­trzebne rze­czy. Nawet już nie pamięta, o co cho­dzi tym razem... Nowe kafelki do kuchni? Nie, to było w zeszłym roku. Kino domowe, no tak. Psia­krew. Ozna­cza to, że wcze­śniej czy póź­niej będzie musiał prze­stu­dio­wać co naj­mniej 400 stron instruk­cji obsługi. Może powi­nien zadzwo­nić jutro do domu i powie­dzieć, żeby kupiła prze­klęte ustroj­stwo już teraz, razem z insta­la­cją i ze wszyst­kim...

Cho­ciaż nie. Nie chce mu się z nią gadać. W ogóle nie ma ochoty na żadne roz­mowy. Jedyna rzecz, na którą ma chęć, to sie­dzieć w zupeł­nej samot­no­ści na szó­stym pię­trze, na mostku kapi­tań­skim "Odyna", i wypa­try­wać, co się dzieje na hory­zon­cie. Może już tej nocy pojawi się tam góra lodowa. Ma nadzieję, że tak. Góry lodowe, dokład­nie tak jak wszystko inne, są więk­sze i pięk­niej­sze, jeśli można je oglą­dać w samot­no­ści. Patrzy, mru­żąc oczy, w kie­runku sza­rej nie­skoń­czo­no­ści. Nie. Jesz­cze nic nie widać i gdzieś wewnątrz czuje, że to za wcze­śnie. Jutro, może wtedy...

Coś wstrząsa stat­kiem. Leif Eriks­son marsz­czy czoło i pochyla się do przodu, przez kilka sekund sie­dzi bez ruchu z unie­sioną ręką, gotowy chwy­cić drą­żek steru, gdyby zaist­niała taka koniecz­ność, ale nic się nie dzieje. Opusz­cza rękę i wstaje. Czas na kawę. I tro­chę nota­tek w dzien­niku pokła­do­wym.

Łapie kubek obiema rękami i robi obchód ste­rówki, przy­glą­da­jąc się bia­łej nocy na zewnątrz. Słońce polarne jest jak srebrna moneta za chmu­rami. Na sekundę Leif czę­ściowo traci kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią i wydaje mu się, że fru­nie, potem mruga, żeby się opa­mię­tać. Nie leci, tylko znaj­duje się wysoko ponad morzem, aż na szó­stym pokła­dzie, i mocno stoi na sze­roko roz­sta­wio­nych nogach, na pokry­tej wykła­dziną pod­ło­dze. Może mami go świa­tło. Wystar­czy się odwró­cić, żeby zoba­czyć, co się dzieje na dzio­bie i na rufie, po pra­wej i po lewej stro­nie burty, ale nie spo­sób zoba­czyć wszyst­kiego, bo za dużymi oknami wznosi się powoli ku niebu mgła póź­nej nocy, która roz­ma­zuje wszyst­kie kon­tury. Mar­zną mu palce u rąk, więc odru­chowo zerka na ter­mo­metr, cho­ciaż wie, że tem­pe­ra­tura na zewnątrz nie ma nic wspól­nego z cie­płem na mostku kapi­tań­skim. Sie­dział tu i w koszuli z krót­kim ręka­wem, kiedy na dwo­rze było minus czter­dzie­ści stopni. Mostek kapi­tań­ski "Odyna" w swo­jej nie­zmien­no­ści zapew­nia bez­pie­czeń­stwo. Nawet kiedy na zewnątrz wyje sztorm, wszyst­kie dźwięki są tu w środku miękko przy­tłu­mione, nawet przy naj­strasz­niej­szych falach oprzy­rzą­do­wa­nie pozo­staje sta­bil­nie przy­śru­bo­wane tam, gdzie jego miej­sce. Nawet papie­rek nie spad­nie na pod­łogę, a jeśli już, to ten, kto stoi naj­bli­żej, natych­miast go pod­nosi. Leif krzywi się. Na rodzin­nych waka­cjach trzeba by chyba zro­bić zebra­nie i nego­cjo­wać, kto powi­nien zgiąć kark. Dla­tego woli morze. Unika się tu masy bzdur­nego gada­nia.

Noc ciem­nieje, ale to przez chmury i mgłę, a nie przez poło­że­nie słońca o pół­nocy. Musiało się jed­nak ozię­bić, widzi to, kiedy zerka za rufę. Kil­wa­ter, który zale­d­wie parę godzin temu pie­nił się biało i szaro, dosłow­nie zamie­nił się w sre­bro. Zmarszczki na wodzie roz­cho­dzą się tylko parę metrów na boki, a potem zni­kają - lek­kie kole­ba­nie, które zamiera, nim naprawdę się zacznie. Leif Eriks­son upija łyk kawy, przy­glą­da­jąc się morzu. Powłoka lodowa? Już? Odwraca się i spraw­dza, co dzieje się przed dzio­bem. Tak. To samo. Powierzch­nia morza błysz­czy jak woda, ale nie­mal bez ruchu, znaj­duje się w tym szcze­gól­nym sta­nie pomię­dzy lodem a cie­czą.

Aha. No tak. Czyli zaraz będzie trzeba prze­bi­jać się przez praw­dziwy lód. Sam do sie­bie kiwa głową i znowu opada na fotel, opiera głowę na pod­główku i wbija wzrok w hory­zont. Sie­dzi tak przez dłuż­szą chwilę bez ruchu, jeśli nie liczyć powol­nego mru­ga­nia powiek, naresz­cie niemy, nawet wewnątrz.

Dopiero jakieś poru­sze­nie, widoczne kątem oka, spra­wia, że i on sam się poru­sza, pro­stuje plecy tak gwał­tow­nie, że zimna kawa nie­mal wylewa się z kubka. Patrzy w dół na pokład, mru­żąc oczy, żeby widzieć lepiej. Kto to jest? Co robi na pokła­dzie o wpół do dru­giej w nocy? Leif odsta­wia kubek i pochyla się do przodu, tak że led­wie kilka cen­ty­me­trów dzieli go od szyby. Prze­ciera pal­cami kąciki oczu, żeby widzieć jesz­cze wyraź­niej. Czy to jakaś dziew­czyna z grupy naukow­ców? Nie. Pierw­sze próbki pobie­rane są dopiero koło czwar­tej nad ranem, wcze­śniej śpią tak głę­boko, jak tylko się da. Poza tym żadna z tych che­mi­czek, oce­ano­gra­fek, czy jak je tam, cho­lera, zwą, nie gania­łaby po pokła­dzie w samej koszuli noc­nej... Bo ta lata, wyraź­nie to widać. Kobieta, która cho­dzi po przed­nim pokła­dzie, jest wpraw­dzie ubrana w nie­bie­ską wia­trówkę uczest­nika eks­pe­dy­cji polar­nej, ale nie ma żad­nej wąt­pli­wo­ści, że narzu­ciła ją na białą koszulę nocną, wci­ska­jąc bose stopy w brą­zowe botki. Wygląda jak zabłą­kana święta Łucja, która idzie z wycią­gniętą do przodu prawą ręką i czymś bia­łym, nie, czymś czar­nym, nie, raczej czarno-bia­łym, dyn­da­ją­cym w pal­cach. Podcho­dzi do dziobu, wspina się na małą dra­binkę przy relingu, prze­chyla nad kra­wę­dzią i bez chwili zasta­no­wie­nia wrzuca czarno-białe coś do morza. Potem odwraca się i jak dziecko zeska­kuje na pokład, wci­ska ręce do kie­szeni i idzie z powro­tem. Dopiero kiedy wiatr pod­rywa jej kędzie­rzawe włosy, Leif Eriks­son ją roz­po­znaje. To ta blada istota, prze­zro­czy­sta jak surowa kre­wetka i podob­nie bez­barwna. Wyco­fana. Zde­cy­do­wa­nie nie jedna z tych, o którą zakła­dały się chło­paki z załogi. Wygląda na to, że wyczuwa, iż ktoś się jej przy­gląda, bo nagle przy­staje i patrzy w górę ku most­kowi kapi­tań­skiemu, a potem nie­pew­nie pod­nosi rękę w geście pozdro­wie­nia. Nie może go widzieć, Leif wie o tym, nikt, kto stoi na przed­nim pokła­dzie, nie może zoba­czyć mostka kapi­tań­skiego, nawet w dzien­nym świe­tle, ale mimo to z podob­nym ocią­ga­niem odma­chuje jej w odpo­wie­dzi. Za chwilę już jej nie widać.

Leif Eriks­son ze skrzy­wioną miną ponow­nie opada na swój fotel. O co w tym, na Boga Ojca, cho­dziło? Zerka na zega­rek, jest 1.34. Musi zano­to­wać w dzien­niku kapi­tań­skim, co zro­biła, i czas jest tu istotny. Niech się tym rano zaj­mie kapi­tan i ją zbeszta. Wszy­scy prze­cież wie­dzą, że na tych wodach niczego nie wolno wrzu­cać do morza. Lodo­ła­macz to zamknięty sys­tem, orga­nizm, który wpraw­dzie wsysa mor­ską wodę do swo­jego labo­ra­to­rium, ale nie pozo­sta­wia po sobie żad­nych ludz­kich odpa­dów. Jak­żeż mogłoby być ina­czej? Jaki sens miałby sta­tek naukowy, który sam zanie­czysz­cza badaną przez sie­bie wodę?

- Prze­klęta baba!

Zaska­kuje go wła­sny głos. Drży, co wywo­łuje wstyd, a fakt, że się wsty­dzi, spra­wia, że jesz­cze bar­dziej się wścieka.

- Cho­lerna, prze­klęta baba!

Bie­rze swój kubek i idzie z nim do mesy. Wylewa zimną kawę, nalewa świe­żej i pospiesz­nie wraca do pul­pitu ste­ro­wego, a potem siada i pró­buje się odprę­żyć. Nie daje rady. Nagle woda na zewnątrz jest już tylko wodą, wybrzeże zwy­kłym wybrze­żem, a niebo tylko nie­bem.

Leif Eriks­son wypija łyk kawy. No tak. Zepsuła mu nocną zmianę. Wiel­kie dzięki. Cho­lerne podzię­ko­wa­nia.

Kiedy Anders wstaje, ośle­pia go słońce, musi zmru­żyć oczy, żeby wyj­rzeć przez okno. Oczy­wi­ście wie dla­czego. Któ­re­goś ranka, nie dalej niż pół roku temu, wygło­sił na ten temat domowy wykła­dzik dla Evy. Z każ­dym dniem gru­bieją włókna pro­te­inowe za soczewką oka, wyja­śniał, im grub­sze się stają, tym mniej ela­styczna jest soczewka. Któ­re­goś dnia nie będzie już mogła dosto­so­wać się do świa­tła i ciem­no­ści, ale do tego jesz­cze daleko. Ma przy­naj­mniej taką nadzieję. Ma nadzieję, wie­rzy i wydaje mu się, że wie, iż tak będzie.

- Chcesz powie­dzieć, że będziesz nie­wi­domy? - zapy­tała wtedy Eva. Sie­działa na brzegu łóżka, zakła­da­jąc raj­stopy. On sam stał przy oknie i zapi­nał koszulę. Spu­ściła wzrok, kiedy na nią popa­trzył. Czy po raz pierw­szy? Nie. Od dawna już uni­kała jego spoj­rze­nia.

- Nie, nie. Ale jeśli pożyję dość długo, będę miał jaskrę. Wszy­scy mogą dostać. Ty też.

Nie odpo­wie­działa, wstała tylko i nie­zgrab­nym, przy­kle­pu­ją­cym gestem wygła­dziła raj­stopy. Potem odwró­ciła się do niego ple­cami i ruszyła w stronę szafy. Stał jesz­cze chwilę, czu­jąc się jak dureń. Dla­czego musiał przy­jąć taki men­tor­ski ton? Prze­cież już wiele lat temu prze­stała mu schle­biać swoim podzi­wem. Odwró­cił się do okna i pod­cią­gnął żalu­zje, wysta­wia­jąc oczy na świa­tło, od któ­rego kilka minut temu odwra­cał się ple­cami. Zaczęły mu lecieć łzy.

- Teraz oczy też mu łza­wią, ale prze­ga­nia łzy szyb­kim mru­ga­niem. Powolna ako­mo­da­cja oka zakoń­czona, może wyj­rzeć przez okno i zachwy­cić się tym, co widzi. Poły­sku­jące morze. Nie­bie­skie niebo. W oddali wybrzeże wpa­da­jące w naj­głęb­szy fio­let. Gren­lan­dia. Anders wzdy­cha i gła­dzi się po brzu­chu. Naresz­cie. Przez osiem dni "Odyn" koły­sał się na oło­wia­no­si­nym morzu, przy­ci­śnięty rów­nie sinym nie­bem, przez osiem dni Anders wal­czył z prze­świad­cze­niem, że sam się roz­pada, zamie­nia w szarą nicość. Nie dalej niż wczo­raj przez całe popo­łu­dnie leżał w kaju­cie tępo i bez ruchu, nie­zdolny, by się pod­nieść i zmie­rzyć z czym­kol­wiek, co przy­po­mi­na­łoby pracę, nie będąc w sta­nie prze­ko­nać sie­bie samego, że to chwi­lowe, że sza­rość ustąpi i... Jed­nak teraz minęło. To już dzie­wiąty pora­nek i morze jest błę­kitne. Wpły­nęli w Przej­ście Pół­nocno-Zachod­nie. Zaczyna się praw­dziwa podróż.

Musi się spie­szyć, nie może cze­kać. Par­ska pod lodo­wa­tym prysz­ni­cem, naciąga pod­ko­szu­lek bez porząd­nego wytar­cia ple­ców, a potem otwie­ra­jąc drzwi i wycho­dząc na kory­tarz, prze­ciąga ręką po wil­got­nych wło­sach. Na zewnątrz panuje jak zawsze naj­więk­szy porzą­dek, przed wszyst­kimi drzwiami do kajut stoją na pół­kach, w sta­ran­nym rządku, cięż­kie buty i trze­wiki, a zaczy­tane gazety pię­trzą się w syme­trycz­nych sto­sach. Poza tym jest pusto. Żad­nych ludzi. Jego też nikt nie widzi. Dla­tego idzie z wycią­gniętą przed sie­bie ręką, prze­su­wa­jąc pal­cami po ścia­nie. Na wszelki wypa­dek.

- Trzeba pamię­tać tylko o jed­nej rze­czy - powie­dział Folke tam­tego popo­łu­dnia w szpi­talu. - Na statku trzeba mieć zawsze wolną jedną rękę. Zawsze. Cokol­wiek by się robiło. Musisz powie­dzieć o tym wszyst­kim już pod­czas pierw­szego spo­tka­nia na temat bez­pie­czeń­stwa. Widzia­łem dosta­tecz­nie wielu, któ­rzy poła­mali ręce i nogi tylko dla­tego, że nie mogli się pode­przeć, kiedy sta­tek się prze­chy­lił.

Anders nie mógł powstrzy­mać się od śmie­chu. Folke zauwa­żył to i uśmiech­nął się pod wąsem.

- No tak, co do dia­bła... Wtedy byłem na lądzie.

Folke został poło­żony na jed­nym ze swo­ich oddzia­łów i leżał tam teraz z nogą na wyciągu, tro­chę przy­mu­lony po nie­zwy­kle hoj­nej dawce leków prze­ciw­bó­lo­wych. Pie­lę­gniarki i leka­rze wbie­gali i wybie­gali z jego pokoju, zara­zem pełni współ­czu­cia i roz­ba­wieni. Orto­peda wylą­do­wał na orto­pe­dii! Biedny Folke! Tego lata nie wybie­rze się na lodo­wiec.

Zadzwo­nił do Andersa już jakąś godzinę po tym, jak tra­fił do szpi­tala. Anders ode­brał po pierw­szym dzwonku. Przy­zwy­cza­je­nie, w ostat­nich tygo­dniach łapał słu­chawkę, gdy tylko dzwo­nił tele­fon. Ale to nie była ona. Ni­gdy ona.

- Co pora­biasz? - huk­nął Folke.

Anders pod­grze­wał zupę z puszki. Gapił się w okno. Zasta­na­wiał, czy wejść do wanny razem z toste­rem. Tym się zaj­mo­wał.

- Jak to?

- Chcesz popły­wać po Oce­anie Ark­tycz­nym?

- Nie.

- Dla­czego nie?

- A dla­czego miał­bym chcieć?

- Bo ja ci powie­dzia­łem, że podróż po Oce­anie Ark­tycz­nym to cho­ler­nie fajna sprawa.

- Aha. A czemu sam tam nie popły­niesz?

- Prze­szko­dził mi w tym mały wypa­dek. Że tak powiem.

- Jesteś ranny?

- Można tak powie­dzieć. Prawa kość udowa i łokieć. A do tego tro­chę kom­pli­ka­cji w kola­nie.

- Ale co się stało?

- Wycieczka na ryby. Śli­ska skała, kiedy scho­dzi­łem na ląd. Pal sześć, naj­gor­sze, że w ponie­dzia­łek mia­łem być na "Ody­nie"...

Dopiero kiedy sie­dział już w samo­cho­dzie w dro­dze do szpi­tala w Hel­sing­borgu, dotarło do niego, że Folke musiał wie­dzieć. W prze­ciw­nym razie czemu dzwo­niłby wła­śnie do niego? Na pewno jest pełno ludzi dużo lepiej przy­go­to­wa­nych, żeby zastą­pić leka­rza pokła­do­wego eks­pe­dy­cji nauko­wej. Cho­ciażby orto­pe­dzi i chi­rur­dzy we wła­snym szpi­talu Fol­kego. Dla­czego miałby wybrać zasra­nego leka­rza rejo­no­wego, gdyby nie wie­dział, że żona tego zasra­nego leka­rza wła­śnie go zosta­wiła i że ist­nieje duże praw­do­po­do­bień­stwo, że ów lekarz rejo­nowy przez całe lato będzie pogrą­żał się w roz­pa­czy? Bo, rzecz jasna, żaden szczę­śliwy typ z rodziną w kom­ple­cie nie zde­cy­do­wałby się na wyprawę polarną z zale­d­wie trzy­dnio­wym wyprze­dze­niem. Więc musiał wie­dzieć. A jeśli Folke wie­dział, to wie­dzieli też inni. Świad­czyły o tym pewne sygnały, które powi­nien był dostrzec i zro­zu­mieć, ale które do niego nie docie­rały. Ale czy sio­stra oddzia­łowa któ­re­goś dnia w zeszłym tygo­dniu nie prze­chy­liła na bok głowy i słod­kim jak syrop gło­sem nie spy­tała, jak się ma? Gapił się na nią z mie­szanką nie­smaku i kon­ster­na­cji, naprawdę nie rozu­mie­jąc w czym rzecz. Albo stary fabry­kant cementu, któ­rego zże­rał rak i który dzień póź­niej kle­pał Andersa po ple­cach, z wymu­szoną weso­ło­ścią tłu­ma­cząc, że ni­gdy nie wolno się pod­da­wać. Pro­szę spoj­rzeć na mnie! Osiem­dzie­siąt pięć lat, nie­mal trup, ale się nie pod­daję. I pan też nie powi­nien, panie dok­torze!

Wie­dzieli. Może przez cały czas. Może był w mie­ście jedyną osobą, która nie miała poję­cia o związku Evy z tym gogu­siem. Być może pacjenci i kole­dzy patrzyli na niego ze współ­czu­ciem i pogardą przez wiele mie­sięcy, może przez ponad rok szep­tali za jego ple­cami.

Czy Eva Jans­son jest z tym Bengts­sonem? Jezu Chryste!

Na myśl o tym zje­chał z auto­strady na małą, polną drogę. Pod­je­chał kawa­łek i zatrzy­mał się, dokład­nie na zakrę­cie, tam gdzie krzaki były naj­gę­ściej­sze, wysiadł i usi­ło­wał zwy­mio­to­wać do rowu. Nic z tego, kilka razy mu się tylko cof­nęło. Potem na chwilę oparł głowę na masce samo­chodu, z całą siłą wsparł się na wypro­sto­wa­nych rękach, zamknął oczy i poczuł, jak słońce pali go w plecy. Nie wie­dział, jak długo tak stał. Może kilka minut. A może pół godziny lub wię­cej. Wszystko jedno. Wie­dział tylko, że był tam wystar­cza­jąco długo, by zro­zu­mieć, że czas prze­stać się okła­my­wać. Zmu­szony był przy­znać, że kie­dyś każ­dego dnia zapo­mi­nał o opie­ko­wa­niu się sobą samym, ode­tchnął głę­boko, z ulgą i poczuł pełne ocze­ki­wa­nia łasko­ta­nie w dołku - Jestem wolny! - potem na nowo opa­no­wało go przy­gnę­bie­nie. Nosił żałobę, to prawda, ale czy naprawdę opła­ki­wał Evę? Czy może wszyst­kie stra­cone dni? Lub nie­moż­liwą do prze­nik­nię­cia fasadę, którą poka­zy­wał miesz­kań­com Land­skrony przez trzy­dzie­ści lat?

Nad­szedł zatem czas na pod­ję­cie decy­zji.

Tak. Wyje­dzie. Popły­nie na lodo­wiec. Dopóki ten ist­nieje. Szczę­ście mu sprzy­jało: refe­rentka do spraw kadro­wych w Malmö nie poszła jesz­cze do domu, żeby cie­szyć się week­en­dem, cho­ciaż było już pięt­na­ście po trze­ciej. Tro­chę mru­czała pod nosem, ale wła­ści­wie nie pro­te­sto­wała. Miał ponad osiem tygo­dni zale­głych waka­cji, a do tego trzy tygo­dnie z nad­go­dzin i cho­ciaż infor­mo­wał o tym z nie­moż­li­wym do uza­sad­nie­nia krót­kim wyprze­dze­niem, a braki kadrowe są duże, to mają jed­nak na miej­scu zastępcę, więc...

Trzy dni póź­niej wszedł na pokład. Kiedy chwy­cił sznu­rową dra­binkę i zaczął się z tak­sówki wod­nej wspi­nać na "Odyna", trzę­sły mu się ręce.

Pierw­sze dni były mono­tonne, ale zno­śne. Wędro­wał po statku, zaglą­dał do maszy­nowni i do warsz­tatu, zwie­dzał labo­ra­to­rium i labo­ra­to­ryjne kon­te­nery, gdzie naukowcy roz­pa­ko­wy­wali swoje sprzęty i nie­śmiało się zapo­zna­wali. Przy­sia­dał na tro­chę na trze­cim pokła­dzie obok orni­to­loga i wpa­try­wał się w morze, a potem z lek­kim prze­ra­że­niem szedł z kucha­rzem do maga­zynu z piwem, za mesą. Następ­nego dnia sie­dział w kaju­cie dla cho­rych, poświę­ca­jąc całe przed­po­łu­dnie prze­glą­dowi maga­zynku medycz­nego, i jed­no­cze­śnie bła­gał Boga, w któ­rego nie wie­rzył, żeby oszczę­dził mu wyle­wów, zapa­leń śle­pej kiszki i poważ­niej­szych bólów zęba ze sta­nem zapal­nym. Po połu­dniu poże­gnali fale Morza Pół­noc­nego, by powi­tać koły­sa­nie Atlan­tyku, a przed jego drzwiami ufor­mo­wała się nie­wielka kolejka bla­do­zie­lo­nych postaci. Przy­kle­jał im wszyst­kim za uchem pla­ster na cho­robę mor­ską, pró­bu­jąc przy oka­zji zapa­mię­tać ich imiona. Trze­ciego dnia wysłał mejl do sio­stry w Sztok­hol­mie, w któ­rym nie­zwy­kle lako­nicz­nie wyja­śniał, że nie odwie­dzi jej latem, ponie­waż - Czy to nie fan­ta­styczne? - jest wła­śnie w dro­dze na Ocean Ark­tyczny. Nie odpo­wie­dział za to na otrzy­many mejl, w któ­rym było wiele pytań, jed­nak kiedy po lun­chu otwo­rzono kiosk, kupił kartę do tele­fonu sate­li­tar­nego i zadzwo­nił na komórkę Evy. Dopiero po czte­rech sygna­łach jej głos w auto­ma­tycz­nej sekre­tarce popro­sił o zosta­wie­nie wia­do­mo­ści. Odło­żył słu­chawkę bez słowa, a potem wyszedł na pokład i stał tam przez dłuż­szą chwilę z rękami w kie­sze­niach, wpa­tru­jąc się w hory­zont.

- Prawda, że pięk­nie? - zapy­tała prze­cho­dząca obok kobieta. Musiał się wysi­lić, żeby przy­po­mnieć sobie jej imię, Ulrika. Świeżo upie­czona pro­fe­sor oce­ano­gra­fii.

- Pew­nie - odpo­wie­dział. - Oczy­wi­ście.

Kła­mał. Wcale nie uwa­żał, że jest pięk­nie. Jedy­nie masa wody.

Nastrój w mesie jest dziś inny, wesel­sze głosy, wię­cej śmie­chu. Nie tylko jemu ulżyło, że zosta­wili w tyle szary Atlan­tyk. Anders sięga po jajko i poranny sok, sta­ran­nie wybiera świeżo upie­czony chleb, dopiero potem roz­gląda się dookoła. Parę dni temu dotarło do niego, że załoga ma swoje wła­sne stoły i że nie lubi, jeśli inni się tam wpy­chają, więc usta­wia swoją tacę na stole, przy któ­rym sie­dzą tylko naukowcy i goście, wysuwa krze­sło i przyj­muje pozę osoby zado­wo­lo­nej i zre­lak­so­wa­nej.

- Ty też się od tego obu­dzi­łeś? - pyta kobieta po dru­giej stro­nie stołu i Anders pospiesz­nie poszu­kuje w pamięci jej imie­nia. Katrin.

- Od czego?

- Od fal w nocy. Kiedy zmie­nia­li­śmy kurs. O mało nie spa­dłam z koi.

Młody męż­czy­zna obok niej wybu­cha śmie­chem. Eko­log. Imię nie­znane.

- Tylko nie mów o tym Leifowi. Bo się strasz­nie wściek­nie. Katrin uśmie­cha się:

- Bar­dziej niż zwy­kle?

- Pró­bo­wa­łem spy­tać, co się stało, ale zaraz się spie­nił...

- Czyli ty też się obu­dzi­łeś?

- Tro­chę leża­łem i trzy­ma­łem się brzegu koi.

Anders obstu­kuje swoje jajko. Nie wie, o czym mówią. Może jed­nak spał głę­boko przez całą noc, pomimo wszystko, może tylko mu się śniło, że leży i czuwa. Już tak kie­dyś bywało.

Ulrika uśmie­cha się ze swego kąta:

- Dziś pojawi się góra lodowa.

Oczy kobiety naprze­ciw niej aż iskrzą:

- Jesteś pewna?

Susanne. Tak ma na imię. Już nie­długo będzie znał imiona wszyst­kich sześć­dzie­się­ciu sied­miu osób na pokła­dzie. Nie ma jesz­cze demen­cji.

- Pra­wie pewna. Mamy dziś dzień gór lodo­wych. No nie, panie Rolan­dzie?

Roland, kapi­tan "Odyna" i jedy­no­władca, zatrzy­muje się przy ich stole. Spo­gląda srogo.

- Bar­dzo moż­liwe - odpo­wiada, kiwa­jąc sztywno głową w stronę Ulriki, a potem wbija wzrok w Susanne. - A z panią chciał­bym poroz­ma­wiać, jak tylko zje pani do końca. Na górze, na mostku kapi­tań­skim.

Susanne wygląda na skon­ster­no­waną.

- Ze mną? Dla­czego? Oczy Rolanda zwę­żają się:

- Poroz­ma­wiamy, jak przyj­dzie pani na mostek. Odcho­dzi z bar­dzo wypro­sto­wa­nymi ple­cami.

- Oj - mówi Ulrika, macha­jąc prawą ręką, jakby się opa­rzyła. - O kur­czę. Będzie ochrzan... Co zro­bi­łaś?

- Nic nie zro­bi­łam - mówi Susanne.

Ma piskliwy głos i płoną jej policzki. Czyli jakoś zawi­niła. To widać.

No i poja­wia się góra lodowa.

Naj­pierw prze­pły­wają obok nich jedy­nie małe grudki lodu, miękko zaokrą­glone, oszli­fo­wane przez fale wysepki, które wkrótce cał­kiem się roz­pusz­czą, ale w oddali na hory­zon­cie prze­bły­skują już praw­dziwe dzieła; małe okru­chy bieli mie­niące się w szcze­li­nie pomię­dzy dwoma błę­ki­tami: jasnym nieba i ciem­nym morza. Wszyst­kie pokłady "Odyna", które w ciągu ostat­nich ośmiu dni były nie­mal wylud­nione, nagle kłę­bią się od ludzi. Wybie­gli z dużego labo­ra­to­rium i małych labo­ra­to­ryj­nych kon­te­ne­rów, z mostku kapi­tań­skiego i z maszy­nowni, z kuchni i z warsz­tatu, z kajut i z palarni. Nie­któ­rzy, przy­go­to­wani na mróz, zało­żyli nie­bie­skie kurtki - mun­dur eks­pe­dy­cji - i nacią­gnęli na czoła czapki. Inni stoją tylko w blu­zach i cien­kich spodniach, zasła­nia­jąc się ramio­nami przed wia­trem. W pogo­to­wiu trzy­mają apa­raty foto­gra­ficzne. Wszy­scy je przy­go­to­wali. W powie­trzu aż gęsto od ocze­ki­wa­nia, mało roz­mów, ści­szone głosy.

Pierw­sza naprawdę duża góra jest jak amfi­te­atr, mie­niący się amfi­te­atr z pod­łogą z błę­kit­nego szkła. Prze­śli­zguje się obok nich, w odle­gło­ści zale­d­wie pięć­dzie­się­ciu metrów, a kiedy mija ją "Odyn", góra zaczyna lekko wiro­wać, ujaw­nia­jąc swoją białą dosko­na­łość, jakby chciała poka­zać, że na jej powierzchni nie ma naj­mniej­szej plamki ani rysy, że bra­kuje tylko publicz­no­ści i akto­rów. Głosy na "Ody­nie" milkną. Kli­kają apa­raty foto­gra­ficzne.

Następna duża góra to Capri w minia­tu­rze, białe szczyty wzgórz wzno­szą się do nieba, grota na pozio­mie morza lśni naj­czyst­szym błę­ki­tem. Pod wodą prze­bły­skuje olbrzy­mia gruda tur­ku­so­wego lodu, który pozwala całej wyspie dry­fo­wać. Ktoś przy­po­mina sobie nagle rysu­nek pod­świa­do­mo­ści z pod­ręcz­nika psy­cho­lo­gii i wybu­cha śmie­chem, ale zaraz powstrzy­muje się i znowu pod­nosi apa­rat.

Trze­cia góra jest praw­dzi­wym szczy­tem, ostrym i potęż­nym, bez śladu kokie­te­rii poprzed­ni­czek. Ciemne rysy otwie­rają się jak rany na bia­łej powierzchni, wokół któ­rych mikro­sko­pijne glony ukła­dają się w blade bry­zgi krwi. Pod­pływa tak bli­sko, przez chwilę wydaje się nie­mal doty­kać "Odyna", wszy­scy wstrzy­mują oddech. Bły­ska­wicz­nie nacho­dzą ich różne wizje. Czy "Odyn" mógłby się wywró­cić? Czy góra lodowa tych roz­mia­rów może zro­bić dziurę w kadłu­bie z masyw­nego metalu o gru­bo­ści trzech cen­ty­me­trów? Nie. Oczy­wi­ście, że nie. Są bez­pieczni. Ster­nik, który pozwo­lił im pod­pły­nąć tak bli­sko, wie, co robi. Poza tym cała ta bli­skość jest ilu­zją, widać to, kiedy młody mary­narz wyciąga rękę, żeby dotknąć góry. Nie da się, odle­głość jest znacz­nie więk­sza od dłu­go­ści ludz­kiego ramie­nia.

Potem wszy­scy się przy­zwy­cza­jają. Chło­paki z maszy­nowni wycią­gają ręce z kie­szeni i zaczy­nają prze­stę­po­wać z nogi na nogę, sami nie wie­dzą, czy to z nie­cier­pli­wo­ści, czy z poczu­cia obo­wiązku, wie­dzą tylko, że czas już wra­cać do hałasu, który jest ich codzien­no­ścią. Ich oży­wie­nie udziela się innym: jedna z dziew­czyn z mesy zerka na zega­rek - Boże, trzeba wsta­wić kar­tofle! - a dwoje naukow­ców rów­nie nie­spo­dzie­wa­nie zauważa, że czas już pobrać próbki. Jedni po dru­gich odcho­dzą w pośpie­chu, naj­pierw załoga, potem naukowcy. Tylko kilku z tych, któ­rzy okre­ślani są nie­ja­snym mia­nem gości, jesz­cze się ociąga: dzien­ni­karz tele­wi­zyjny i jego ope­ra­tor posta­no­wili poszu­kać lep­szych ujęć wyżej, na czwar­tym pokła­dzie, robiący jakieś szkice arty­sta idzie w kie­runku dziobu, żeby jesz­cze przez chwilę popa­trzeć na trze­cią górę.

Osta­tecz­nie na przed­nim pokła­dzie zostają tylko dwie osoby, kobieta z kędzie­rza­wymi wło­sami i lekarz. Nie mają w tej chwili żad­nych obo­wiąz­ków. Stoją, każde na swoim pode­ście, w pew­nej odle­gło­ści od sie­bie i prze­chy­lają się przez reling. Muska ich chłodny wiatr, który jego łasko­cze w nagą szyję, a jej pod­rywa roz­pusz­czone włosy.

- Jak poszło na górze u kapi­tana? - pyta Anders.

Susanne patrzy na hory­zont. Zbliża się wię­cej gór lodo­wych, widać je na hory­zon­cie jak błysz­czące masy krysz­tału.

- Dosta­łam burę. Naj­wy­raź­niej zanie­czy­ści­łam Ocean Ark­tyczny.

Anders unosi brwi:

- Zanie­czy­ści­łaś Ocean Ark­tyczny? A cóż ty takiego zro­bi­łaś?

Mija chwila, zanim mu odpo­wie, naj­pierw zerka na niego prze­lot­nie.

- Nie­chcący wrzu­ci­łam do morza bluzkę. I ręcz­nik. Przez pomyłkę.

- Nie­chcący wrzu­ci­łaś bluzkę i ręcz­nik do morza?

- To była pomyłka.

Brzmi obce­sowo. Na chwilę zapada cisza. Anders zerka w stronę hory­zontu.

- Widzia­łaś?

Kobieta odwraca głowę w jego kie­runku.

- Co takiego?

- Fon­tannę. Mam wra­że­nie, że przed nami jest wie­lo­ryb...

Grze­bie w kie­szeni w poszu­ki­wa­niu lor­netki, którą poży­czył mu Folke. Swa­ro­vski, naj­lep­sza jakość, warta ponad dzie­sięć tysięcy koron, więc mocno ją trzyma. Jed­nak żad­nego wie­lo­ryba nie widać, gdzie­kol­wiek skie­ruje lor­netkę. Może sam sie­bie oszu­kał. Jest w tym dobry.

- Nie - mówi po chwili Susanne. - Nie widzę żad­nego wie­lo­ryba.

Anders nie odpo­wiada, tylko kie­ruje lor­netkę w stronę dość dale­kiej wyspy. Jesz­cze przed chwilą była ciem­no­li­liowa, ale w lor­netce jest brą­zowa. Naga zie­mia. Może lawa. Ark­tyczna pusty­nia.

Cią­gle jesz­cze przy­ci­ska do oczu lor­netkę, kiedy ona znowu się odzywa:

- Dobrze usły­sza­łam pierw­szego dnia, wydaje mi się, że mówi­łeś, że jesteś z Land­skrony?

Teraz nie wygląda już na tak roz­złosz­czoną. Anders opusz­cza lor­netkę.

- Dobrze usły­sza­łaś.

- Uro­dzi­łam się w Land­skro­nie. Cho­ciaż nie byłam tam od dzie­się­ciu lat.

- Nie­wiele stra­ci­łaś. Wybu­cha śmie­chem.

- Wie­rzę.

Zbliża się nowa góra lodowa, moder­ni­styczna rzeźba z ostrymi kol­cami i błę­kit­nymi wgłę­bie­niami. Przy­glą­dają się jej w ciszy, kiedy ich mija.

- A tak w ogóle to jakim jesteś leka­rzem? - pyta w końcu Susanne.

- Ogól­nym.

Scho­dzi na pokład i wkłada lor­netkę do kie­szeni, jest gotowy, żeby iść. Susanne na­dal stoi na swoim pode­ście, ale odwró­cona ple­cami do morza.

- Czyli wiesz po tro­chu o wszyst­kim?

Anders uśmie­cha się lekko. Wyra­ziła rzecz w pochlebny spo­sób.

- No tak. Można tak powie­dzieć.

- O psy­chia­trii też?

Anders zaczyna rozu­mieć, do czego zmie­rza. Ner­wowa nie­wia­sta. Jesz­cze tego mu mało.

- Tak - odpo­wiada. - Także o psy­chia­trii. Kie­dyś chcia­łem być psy­cho­lo­giem. Ale zre­zy­gno­wa­łem, zanim dosta­łem dyplom.

Tak, z pew­no­ścią!

Anders ponow­nie się uśmie­cha, żeby ukryć swoje myśli. - Tak, z pew­no­ścią! - Jed­nak nie odpo­wiada.

- Miło mieć na pokła­dzie leka­rza o podwój­nych kom­pe­ten­cjach.

Kobieta w dzie­cinny spo­sób zeska­kuje jak żaba na pokład i wsuwa dło­nie pod ramiona kurtki. Anders lekko prze­chyla głowę i czeka na kon­ty­nu­ację.

- Dla­czego miło? - pyta w końcu. Susanne uśmie­cha się do niego prze­lot­nie.

- Po pro­stu miło - mówi i odcho­dzi.

Kilka godzin póź­niej wszystko jest już ina­czej.

W barze pełno ludzi, cho­ciaż to dopiero czwarta po połu­dniu. Magnus jed­nym hau­stem opróż­nia kufel piwa, kufel jest duży, więc chwilę to trwa. Wokół niego tło­czą się naukowcy i załoga. Klasz­czą w dło­nie, szybko i ryt­micz­nie, wszy­scy patrzą na Magnusa i jego kufel, uśmie­chają się, ale z pustką w spoj­rze­niu, cał­ko­wi­cie pogrą­żeni w ruchu i ryt­mie. Jed­nak kiedy kufel jest już pusty i Magnus trium­fal­nie unosi go do sufitu, wybu­cha eks­taza. Tak! Udało mu się!

Anders pochyla się w stronę baru i chwyta swój kufel, pró­bu­jąc zagłu­szyć melo­dię grzmiącą z apa­ra­tury ste­reo­fo­nicz­nej. I'm a man of con­stant sor­row... Nie. Jest lekko wsta­wio­nym leka­rzem medy­cyny ogól­nej, któ­remu wła­śnie ogo­lono czaszkę. Ostroż­nie gła­dzi się po łepe­ty­nie, jest gładka i chłodna w dotyku. Nie robi mu to spe­cjal­nej róż­nicy, nie było aż tak wiele do zgo­le­nia, a skoro jego łysa czaszka może stać się ele­men­tem pro­gramu roz­ryw­ko­wego, to dla­czego nie. Przez całe doro­słe życie, tak naprawdę to od dnia, kiedy pełen poczu­cia winy wziął ślub ze swoją pacjentką, mocno prze­strze­gał zasady pro­fe­sjo­nal­nego dystansu. Teraz nie jest już żonaty, w każ­dym razie nie ina­czej niż for­mal­nie, więc może pie­przyć pro­fe­sjo­nalny dystans. Pie­przy też zacho­wa­nie trzeź­wo­ści. Jeśli ktoś zła­mie dziś nogę, może sam mieć do sie­bie pre­ten­sję. Pan dok­tor nie zamie­rza nasta­wiać ani gip­so­wać. Pan dok­tor zamie­rza się upić.

O wpół do trze­ciej po połu­dniu "Odyn" prze­kro­czył koło pod­bie­gu­nowe. Kwa­drans póź­niej na pokład wkro­czył władca Nep­tun ze swoją kró­lową, czyli prze­brany kotłowy w kró­lew­skiej koro­nie i z trój­zę­bem, wraz z dziew­czyną z mesy w srebr­nym bikini i z czar­nymi sztucz­nymi rzę­sami. Naukowcy i goście zostali zapę­dzeni do palarni, któ­rej drzwi zaba­ry­ka­do­wano kil­koma zgrzew­kami piwa. Następ­nie człon­ko­wie załogi, poprze­bie­rani za pira­tów, wypro­wa­dzili ich stam­tąd jed­nego po dru­gim. Ze zwią­za­nymi rękami i śmie­chem na ustach pro­wa­dzeni byli na pokład po to, by zanu­rzono im głowy w kory­cie z lodo­watą wodą, a potem spro­wa­dzono na dół do siłowni na spo­tka­nie z prze­branym ster­ni­kiem wypo­sa­żo­nym w ogrod­ni­cze nożyce. Obci­na­nie wło­sów! Badaczki sie­działy na pod­ło­dze, kwi­ląc z zamknię­tymi oczami, pod­czas gdy maj­tek chwy­tał je za włosy, a ster­nik ciął noży­cami powie­trze tuż nad nimi. Może tak samo robili z męż­czy­znami, może tylko Andersa ogo­lili naprawdę. I to dla­tego powi­tano go wiwa­to­wa­niem, kiedy wresz­cie, na­dal ze zwią­za­nymi z tyłu rękami, został wpro­wa­dzony do baru, żeby wypić szklankę mor­skiej wody. Patrzcie! Ogo­lili dok­tora do zera!

Teraz wszy­scy są już ochrzczeni, impreza w toku, muzyka huczy, bada­nia zostały na dzień dzi­siej­szy zakoń­czone, w barze tłok. Kilku naj­bar­dziej doświad­czo­nych polar­ni­ków zaczęło już tań­czyć. Ulrika kręci bio­drami przed mło­dym che­mi­kiem, jedna z pra­cow­nic mesy odrzu­ciła głowę do tyłu i uśmie­cha się do ster­nika, Sture z zamknię­tymi oczami pró­buje tań­czyć przy­tu­la­niec z refe­rentką z cen­trali eks­pe­dy­cji, cho­ciaż melo­dia nie nadaje się do takiego tańca.

- Do pełna. Na zdro­wie!

- Na zdro­wie!

Olle pod­nosi kufel w stronę Andersa.

- To cie­bie ogo­lili?

- Tak.

- Tam­tego też.

Olle wska­zuje głową w kie­runku doj­rza­łego męż­czy­zny z siwym kucy­kiem. Anders przy­myka oczy, usi­łu­jąc przy­po­mnieć sobie jego imię. Robert. Docent che­mii ana­li­tycz­nej z uni­wer­sy­tetu w Uppsali.

- Ach tak - dziwi się Anders. - Odno­szę wra­że­nie, że ma dość dużo wło­sów.

W tej samej chwili Robert pod­ciąga koszulkę i poka­zuje swoją pierś chi­cho­czą­cej dok­to­rantce Jenny. Dok­to­rantka zanosi się śmie­chem z zachwytu. Robert uśmie­cha się zado­wo­lony i obraca dookoła, żeby wszy­scy mogli go zoba­czyć. Ktoś wygo­lił kółko w siwych wło­sach na jego tor­sie. Literę O. Jak Odyn.

- Praw­dziwy magnes na kobiety - mówi Olle. - Pomimo wieku.

Iro­ni­zuje? Czy po pro­stu piwo ude­rzyło mu do głowy? Anders wypija łyk i posta­na­wia zmie­nić temat.

- To twoja pierw­sza eks­pe­dy­cja? Olle potrząsa głową:

- Nie. Trze­cia.

- Zawsze to takie sza­leń­stwo?

- Widzia­łem gor­sze. Dużo gor­sze. Zoba­czymy, jak to się roz­wi­nie do nocy. Może będzie lepiej.

Anders roz­gląda się dookoła. Na sofie w rogu zro­biło się cia­sno. Mło­dzi naukowcy z rów­nie mło­dymi człon­kami załogi sie­dzą tak gęsto ści­śnięci, że każde poru­sze­nie powo­duje ruch w całej gru­pie. Wydaje się, że im to nie prze­szka­dza. Ame­ry­kań­ski pro­fe­sor, który usiadł w fotelu naprze­ciwko, uśmie­cha się łagod­nie, na opar­ciu jego fotela sie­dzi jedyna kobieta, która jest tu mary­na­rzem. Usi­łuje zacho­wy­wać rów­no­wagę i nie zbli­żać się zanadto do pro­fe­sora. W dru­gim fotelu usiadł Mar­tin, a na jego kola­nach Sofia. Sma­ro­wacz i dziew­czyna z mesy. Naj­wy­raź­niej są ofi­cjal­nie parą, Anders zauwa­żył, że dzielą kajutę, może nawet są mał­żeń­stwem. Jeśli tak, to dość mło­dym, bo żadne z nich nie wydaje się mieć wię­cej niż dwa­dzie­ścia pięć lat. W trzeci fotel zapada się wła­śnie Magnus, skóra skrzypi pod jego potęż­nym cia­łem, a on sta­wia na stole kolejny kufel piwa i wyszcze­rza zęby w zło­wro­gim gry­ma­sie w stronę Mar­cusa, który pró­buje usiąść na opar­ciu fotela. Jest rze­czą oczy­wi­stą, że Magnus nie chce mieć tak bli­sko sie­bie innego faceta, zwłasz­cza arty­sty o wąskich ramio­nach i krę­co­nych wło­sach. Mar­cus ucieka wzro­kiem i wstaje, a potem odwraca się ple­cami do Magnusa i idzie w kie­runku baru. Przy drzwiach stoi oparta o ścianę Susanne. W obu rękach trzyma kie­li­szek wina i prze­cze­suje wzro­kiem pokój, w tę i z powro­tem, w tę i z powro­tem, jakby kogoś szu­kała. Anders czuje ukłu­cie iry­ta­cji. Typowa poszu­ki­waczka pro­ble­mów.

- Dok­to­rze, pro­simy do nas! Teraz tań­czymy!

Ulrika łapie go za prze­gub i uśmie­cha się. Przez sekundę Anders ma ochotę potrzą­snąć głową i odmó­wić, ale potem odsta­wia kufel na blat baru i odpo­wiada jej uśmie­chem. Ulrika śmieje się, ma roz­iskrzone oczy. Do dia­bła z pro­fe­sjo­nal­nym dystan­sem.

- Nie jestem mistrzem...

- Ale ja jestem - mówi Ulrika. - Wyrówna się.

Na par­kie­cie jest tłoczno, tak cia­sno, że nawet naj­wyż­sza klasa tańca nie jest zauwa­żalna. Ludzie cisną się i pchają, ktoś - czy to ten Robert? - wbija Ulrice w plecy łokieć tak mocno, że ta traci rów­no­wagę. Anders musi wycią­gnąć obie ręce i chwy­cić ją, żeby nie upa­dła głową naprzód. Tak jest dobrze. Jeśli będą trzy­mać się za ręce, sto­jąc w miej­scu i podry­gu­jąc, sztyw­ność Andersa nie będzie zauwa­żalna. Eva w ostat­nich latach nie chciała z nim tań­czyć. - To jak taniec z robo­tem - mówiła. Kiedy na przy­ję­ciach, na które wciąż ich zapra­szano, zaczy­nały się tańce, Anders nie wsta­wał nawet z kanapy, się­gał po koniak i dalej roz­ma­wiał. W tym cza­sie ona przy­tu­lała się do tego czy innego. Po powro­cie do domu zawsze miała ochotę na seks. Taniec ją pod­nie­cał.

Ulrika nie wygląda na pod­nie­coną. Kiedy muzyka cich­nie, odgar­nia z czoła grzywkę, rzuca wście­kłe spoj­rze­nie Rober­towi i woła:

- No, chyba już dość tej dys­ko­teki! Daj­cie jakieś ładne kawałki dla nas, dla sta­rych!

Anders unosi brwi. Sta­rych? Ulrika nie ma chyba nawet pięć­dzie­siątki. Cho­ciaż może w tym towa­rzy­stwie to sta­rość, w każ­dym razie wystar­cza­jąca, by mieć posłuch. Na chwilę robi się cicho, ktoś grze­bie wśród sta­rych płyt CD, a potem w barze roz­lega się tak dobrze roz­po­zna­walny pierw­szy akord. Anders uśmie­cha się i przy­ciąga do sie­bie Ulrikę. She belongs to me. Nie­zno­śny szwedzki szla­gier, który przez osiem tygo­dni był wśród dzie­siątki hitów pod­czas jego ostat­niego roku w Karo­lin­ska Insti­tu­tet.

- Nie­na­wi­dzi­łem tej pio­senki - mówi, przy­tu­la­jąc poli­czek do wło­sów Ulriki. - Naprawdę nie­na­wi­dzi­łem.

Ulrika śmieje się i potrząsa lekko głową, ruch spra­wia, że włosy odsu­wają się na bok i kiedy Anders znowu się do niej zbliża, ocie­rają się policz­kami. Czuje dreszcz na ple­cach.

- A ja ją kocha­łam.

- Wiem, wszyst­kie dziew­czyny ją kochały.

- Björn Hal­l­gren sta­no­wił odpo­wiedź na wszyst­kie nasze modli­twy... Przy­naj­mniej przez jakiś czas.

Anders sztyw­nieje i nic nie odpo­wiada. Ulrika na sekundę odsuwa się, żeby na niego zer­k­nąć.

- O co cho­dzi?

- To Björn Hal­l­gren?

- Tak. Śpie­wał w Typho­ons. Zanim to się stało.

Anders prze­stał tań­czyć, ale na­dal ją obej­muje i koły­sze się w miej­scu dla zacho­wa­nia pozo­rów. A więc to Björn Hal­l­gren napi­sał tę pio­senkę... Utra­cony raj Adama i Evy. Jak mógł o tym zapo­mnieć. Z dru­giej strony Eva ni­gdy nie chciała słu­chać jego płyt, kiedy Anders był w domu. Dener­wo­wała się, kiedy pró­bo­wał po nie się­gać. Może słu­chała ich, gdy był w pracy. Coś musiała w końcu robić, kiedy pra­co­wał.

Ulrika przy­tula poli­czek do jego policzka i robi ostrożny krok, deli­kat­nie zmu­sza go, żeby dalej tań­czył. Teraz to ona pro­wa­dzi.

- Może jed­nak to nie jest naj­lep­sza pio­senka w tej chwili - mówi stłu­mio­nym gło­sem.

Anders pró­buje odpo­wie­dzieć jak naj­bar­dziej neu­tral­nym gło­sem.

- Dla­czego nie?

- Bo jego sio­stra jest tutaj. I wygląda na zasmu­coną.

Obraca się tak, żeby mógł popa­trzeć w stronę drzwi. Susanne stoi dalej, oparta o ścianę, w rękach trzyma kie­li­szek, teraz ma zamknięte oczy.

- To jego sio­stra?

- Tak. Chyba przy­rod­nia, jakoś tak.

- Skąd wiesz?

- Gdzieś o tym czy­ta­łam. Podej­dziemy do niej?

- Nie - odpo­wiada Anders, przy­ci­ska­jąc moc­niej Ulrikę do sie­bie. - Lepiej, jeśli damy jej spo­kój.

- Tak. Myślę, że musiała się już z tym pogo­dzić - mówi Ulrika. - To było tak dawno temu...

Wła­śnie ma jej odpo­wie­dzieć, kiedy czyjś krzyk zagłu­sza wszyst­kie inne głosy i dźwięki.

- On krwawi! O Boże! On krwawi!

To Katrin. Stoi przy barze, trzy­ma­jąc się ręką za gar­dło. Obok niej stoi Robert. Jego prawa ręka jest czer­wona od krwi. Mimo to nie wypusz­cza z niej ucha stłu­czo­nego kufla, bez ruchu wpa­truje się w blat baru. Pełno na nim potłu­czo­nego szkła.

Anders robi prze­pra­sza­jącą minę w stronę Ulriki i kobieta natych­miast pusz­cza jego rękę. Nie ma rady. Dok­tor musi pra­co­wać.

W jej kaju­cie nikogo nie było.

Okno jest uchy­lone na morze. Pościel na koi tak samo gładka i biała jak wtedy, gdy wycho­dziła na przy­ję­cie. Lustro w ubi­ka­cji - wytarte do sucha i błysz­czące. Lekki zapach środ­ków czysz­czą­cych łasko­cze błony ślu­zowe w nosie. Prze­cho­dzi ją dreszcz, zamyka okno. Przez chwilę stoi w miej­scu, przy­glą­da­jąc się prze­pły­wa­ją­cej obok górze - jakie to dziwne, myśli, że minęła już eufo­ria pierw­szych godzin i oczy, które przez całe życie cze­kały na te kolosy, już się do nich przy­zwy­cza­iły. Potem wzru­sza ramio­nami, zaplata wokół sie­bie ręce i kilka razy mruga oczami. Pró­buje nadą­żyć za sobą samą. Dla­czego tu przy­szła. Co miała zro­bić?

Scho­wać się. Na bla­cie baru była krew. Scho­wać się. Grali tamtą pio­senkę.

Scho­wać się przed wspo­mnie­niami, które wywo­łała muzyka. Czuje, jak krążą teraz w gło­wie, jak peł­zają dookoła, plą­cząc się ze sobą, jak uśmie­chają się, wiecz­nie tak samo i szybko poru­szają języ­kami.

Opada na koję, sko­puje buty, kła­dzie się. Zamyka oczy. Szuka ciem­no­ści. Jed­nak pod powie­kami nie jest ciemno, tylko czer­wono, dziwny czer­wonoszary odcień, który roz­pada się na żółte kręgi za każ­dym ude­rze­niem jej serca. Przez chwilę im się przy­gląda. Pró­buje nie pamię­tać.

- To się jesz­cze nie wyda­rzyło - mówi na głos do sie­bie. - Jesz­cze nic się nie stało.

Pocie­sza­jąca myśl. I praw­dziwa. Jeśli prze­szłość naprawdę w nas trwa, jeśli nie da się jej wyma­zać, to doty­czy to wszyst­kich jej ele­men­tów. Także tych, w któ­rych to się jesz­cze nie zda­rzyło.

Tak jak wnęka okienna przy scho­dach, która nale­żała tylko do Susanne. Do nikogo innego.

Tę oczy­wi­stość zaak­cep­to­wała reszta rodziny. Prze­cież nikt inny nie może sie­dzieć pod łuko­wym skle­pie­niem z wypro­sto­wa­nymi ple­cami i sto­pami na wąskim para­pe­cie okien­nym. Są na to za wysocy. Dla­tego bie­gnąc po scho­dach, tylko się do niej uśmie­chają.

- Cześć, wieżo obser­wa­cyjna - woła Björn, pędząc na dół na swo­ich cien­kich pode­szwach. - Jakiś raport?

- Halo, szpie­gu­jące luste­reczko - mówi Inez, kiedy spie­szy do łazienki ze sto­sem świeżo upra­nych ręcz­ni­ków w ramio­nach. - Widzisz coś cie­ka­wego?

- Jak dobrze, że ktoś potrafi peł­nić straż na tym statku w dro­dze do wiecz­no­ści - mówi Bir­ger, który pośli­zgnął się wła­śnie na scho­dach z port­fe­lem w jed­nej ręce i "Nowo­ściami Land­skrony" w dru­giej. Susanne nie odpo­wiada, tylko podąża za nim wzro­kiem, żeby spraw­dzić, czy się potknie. Ależ tak. Dziś też się potyka.

Rzuca mu uśmiech, a potem powoli odwraca głowę i wygląda przez okno. Na ulicy Sva­ne­ga­tan zapadł już zmrok. Szary jesienny wie­czór. Latar­nia uliczna ma aure­olę i przed domem jest jesz­cze zupeł­nie pusto. Jesz­cze parę lat zostało do dnia, w któ­rym poja­wią się dziew­czyny. Jesz­cze nic się nie stało.