Dziewczyny przyszły o zmroku.
Z początku - na długo zanim stało się to, co nie miało prawa się
wydarzyć - było ich tylko kilka, zagubione stadko trzech, pięciu, może
siedmiu dziewczyn, które wyłoniły się z cienia i próbowały udawać, że
tylko tędy przechodziły i z czystego przypadku zatrzymały się na
chodniku przed willą z czerwonej cegły. Zwróciły ku oknu swoje blade
policzki i jednocześnie zanurzyły ręce w kieszeniach w poszukiwaniu
papierosów i zapałek, a potem stały ciasno stłoczone i dym unosił się ku
żółtej podkowie światła latarni.
- Ależ one wyglądają - powiedziała Inez i zaciągnęła żaluzje w kuchni. -
Czarne oczy i białe wargi. Jak jakieś duchy. Człowiek zaczyna mieć
stracha. Uch.
Otworzyła szafkę i wyjęła cztery talerze, które podała Susanne,
kontynuując:
- A te ubrania! Jedne wyglądają, jakby wylazły z magazynu wojskowego, a drugie wydurniają się w miniówach i nylonowych pończochach. W końcu
listopada! Te rajstopki poprzymarzają im do nóg, wszystkie nabawią się
zapalenia pęcherza, a to nic śmiesznego, o tym mogę zapewnić, jak się ma
zapalenie pęcherza, to...
Birger, który siedział już przy stole i czekał na jedzenie, uniósł
łokcie, żeby Susanne mogła postawić przed nim talerz.
- Bez szczegółów, proszę!
Inez uśmiechnęła się przez ramię, mieszając purée.
- Aha, co ty powiesz. Jaka szkoda. A ja miałam tyle ciekawych szczegółów
do opowiedzenia...
- Jestem o tym przekonany, moja kochana. Na wszystko jest właściwy czas.
Inez rzuciła na ceratę podkładkę pod garnek.
- A to nie jest właściwy moment?
Birger nie zdążył odpowiedzieć, bo w drzwiach stanął Björn i Inez
uśmiechnęła się do niego, po czym rozwiązała fartuch.
- A oto i czarny charakter dramatu...
- Ech - westchnął Björn, osuwając się na swoje miejsce przy stole.
Inez przejechała ręką po jego ciemnej fryzurze na pazia.
- Aha - stwierdziła. - Mokre. Znowu umyłeś włosy.
- Daj spokój - odparł Björn.
- Zbyt częste mycie włosów jest niebezpieczne. Björn grzebał łyżką w garnku z purée.
- Nieprawda.
- Przedwcześnie wyłysiejesz. I dostaniesz bólu ucha.
- Już przestań, Inez - poprosił Birger. Inez roześmiała się.
- Tylko żartuję.
- Wiem - powiedział Birger. - Ale chłopak będzie się niepokoić.
- O nie - wtrącił Björn. - Nie jestem ani trochę zaniepokojony.
Kiedy chwilę potem Susanne otworzyła drzwi wejściowe, mała gromadka pod
latarnią zaczęła dyszeć, sapanie było już na granicy krzyku, ale kiedy
dziewczyny zobaczyły, kto schodzi po schodach, powstrzymały się,
stłumiły odruch. Susanne zwyczajowo zatrzasnęła za sobą drzwi pupą i starała się robić wrażenie obojętnej, chociaż dreszcze niepokoju wpełzły
już jej pod skórę. Zaciągnęła suwak parki i wcisnęła ręce głęboko w kieszenie. Gdzie podziać wzrok? Czy naprawdę da radę przejść ścieżką
ogrodową do furtki, ani razu nie patrząc na nie? Tak, może tak zrobić.
Jest to wręcz konieczne, bo gdyby uniosła wzrok i zerknęła na te
dziewczyny, nie mogłaby się oprzeć natarczywemu odruchowi przeproszenia
ich, że z domu wyszła tylko ona.
- To jego siostra - powiedział głos ze środka gromadki. - Jego młodsza
siostra.
Susanne wykrzywiła twarz w grymasie, wpatrując się w żwirową ścieżkę.
Oczywiście. Nie wiedziały, jak jest naprawdę, a gdyby je poprawiła,
mogłyby się wściec. Ludzie zawsze się złoszczą, gdy odkryją, że nie mają
racji. Zwłaszcza dziewczyny.
- Ma na imię Susanne - powiedziała któraś z nich. - Cześć, Sussie!
Cześć!
Doszła już do furtki, a kiedy ją otwierała, furtka zazgrzytała. Dwie z dziewczyn przepchały się do przodu i uśmiechały do niej, rosłe
dziewczyny z masywnymi fryzurami i wąskimi ramionami. Susanne znała z widzenia obie, ale nie wiedziała, jak mają na imię. Jedna, ta z ciemną
grzywką i różowym szalem artystycznie zamotanym wokół szyi, pracowała w kiosku przy stacji kolejowej. Gadano o niej, że w utapirowanym koku ma
schowaną francuską bułkę, a szalik na jej szyi ukrywa
"malinki" po pocałunkach, których wciąż się nabawia. Druga była
uczennicą u fryzjerki na Artillerigatan. Trzy miesiące temu ostrzygła
Susanne, zanim Björn został sławny i zanim sama Susanne została
członkiem bliskiej rodziny sławnej osoby. Grzywka zamieniła się w rzadką
firaneczkę na czubku czoła i przez kilka tygodni Susanne starannie
unikała wszystkich luster w domu. Dlatego bezwiednie zrobiła krok do
tyłu, jakby spodziewała się, że uczennica fryzjerki wyciągnie z kieszeni
nożyczki i znowu porwie się na jej grzywkę.
- Czy on naprawdę jest w domu?
Uczennica uśmiechnęła się pomalowanymi na biało wargami i żółtymi
zębami. Z jej ust zapachniało gumą do żucia i papierosowym dymem.
Kioskarka "z malinkami" opuściła swoje błękitne powieki i lekko
zatrzepotała sztywnymi rzęsami.
- Czy kupił już cadillaca? W "Magazynie Ilustrowanym" pisali, że kupi
cadillaca.
Susanne wydała cichy dźwięk, który mógł oznaczać zarówno tak, jak i nie.
Tak, jest w domu. Nie, nie kupił jeszcze cadillaca. Żadna z nich nie
usłyszała ani nie zrozumiała, były zanadto zaabsorbowane swoimi
pytaniami, żeby znaleźć miejsce na jej odpowiedzi. Blondynka z długą
prostą grzywką przepchnęła się naprzód. Odważna.
- A co z resztą? Gdzie są pozostałe chłopaki?
Susanne wzruszyła ramionami, nie wyjmując rąk z kieszeni. Nie mam
pojęcia.
- Wyjeżdżają w sobotę do Anglii? Naprawdę?
- Czy on wyjdzie dziś wieczorem?
- Czy on ma jakąś dziewczynę?
Susanne uniosła ramiona i wpatrzyła się w asfalt. Co im odpowiedzieć?
Nie miała pojęcia, co planuje Björn, ani dziś wieczorem, ani w sobotę;
kiedy wrócił do domu, niemal nie zdążyli ze sobą porozmawiać. Teraz inna
odważna dziewczyna przepchała się do przodu, wyglądała dziwacznie,
zarazem brzydka i ładna. Susanne poznawała ją. Chodziła do pierwszej
licealnej o profilu klasycznym i kiedy padał deszcz, nosiła czarny,
męski parasol zamiast kwiecistej łączki, jaką trzymały nad głowami
wszystkie inne dziewczyny. W jakiś nieokreślony sposób budziło to
szacunek.
- Który pokój jest jego? - zapytała i położyła na ramieniu Susanne
kwadratową dłoń. Miała niski, naglący głos. Susanne podniosła rękę i pokazała. Tam! Na górze, po lewej stronie. W tamtym pokoju z białymi
firankami i lampą z lat czterdziestych. Dziewczyny podniosły oczy i jednogłośnie westchnęły, a Susanne wyślizgnęła się z uścisku śmiałej
dziewczyny, wymamrotała, że jej się spieszy, i zaczęła się truchtem
oddalać. Nie zatrzymała się, dopóki nie dobiegła do przykościelnego
cmentarza, a tam w ciemności pomiędzy dwiema latarniami stanęła na
szeroko rozstawionych nogach z ręką na przeponie, jakby zabrakło jej
tchu albo dostała skurczu. Nie wiedziała właściwie, dlaczego uciekła,
ale czuła ulgę, że udało jej się im wyrwać. Wciągnęła głęboko oddech,
tak głęboko, że brzmiało to niemal jak westchnienie, i patrzyła na
lśniący asfalt, wspominając czas, kiedy wszystko było normalne,
zwyczajne, realne. Wtedy gdy Björn był kimś oczywistym, chwilami dość
irytująco oczywistym, ale jednak człowiekiem mieszkającym w tym samym
domu co ona, który zawsze tam był. Tak nie będzie już nigdy. Przenigdy.
Teraz Björn jest kimś innym, istotą z odległego świata, ze świata gwiazd
i blasku, świata, który zawsze będzie zamknięty dla ludzi takich jak
Susanne, niezależnie od tego, jak mocno waliliby do jego drzwi.
Zadrżała, a potem zmarszczyła czoło. Co ona właściwie wyprawia? Przecież
musi się spieszyć. Poprawiła swoją myśliwską torbę z prawdziwego skaju,
tę o której marzyła przez ponad rok i którą w końcu dostała na urodziny,
wyprostowała plecy i zaczęła iść. Przecież czeka na nią Ingalill. I Panna Czyściutka.
Björn stał w progu swojego pokoju, usiłując podjąć decyzję. Czy może zgasić światło? Tęsknił za chwilą ciemności, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że nie ma już pełnej wolności podejmowania decyzji. Każde swoje działanie musi najpierw rozważyć i ocenić, zanim je zrealizuje, licząc się z reakcją dziewczyn na ulicy przed domem. W tej chwili to one go trzymały. Wyniosły tak wysoko, że niemal dotykał chmur, ale Karl-Erik z wytwórni płytowej raz za razem uświadamiał mu, że miały też moc skazania go na upadek. Dlatego trzeba się z nimi obchodzić z wielką ostrożnością. Björn musi zbliżyć się do nich wystarczająco, by zachować ich marzenia, ale jednocześnie utrzymać odpowiedni dystans, by marzeń nie zbrukało coś, co przypomina rzeczywistość. Dlatego teraz można było zrobić tylko jedno. Björn poprawił koszulkę polo i zamaszyście przesunął ręką po włosach, a potem zdecydowanym krokiem przemaszerował przez oświetlony pokój i udał, że coś poprawia na biurku. Wystarczyła chwila, żeby dziewczyny go zobaczyły i zaczęły swoje wrzaski, rozedrgany krzyk pomiędzy radością a płaczem, krzyk, który prześladował go już od tygodni i o którym w tajemnicy zaczął myśleć jak o potrzasku. Udał zaskoczenie i wyprostował plecy, wyjrzał przez okno, uśmiechnął się i podniósł rękę w geście pozdrowienia. Potem odwrócił się szybko i zniknął, jakby ktoś go nagle zawołał lub jakby był zmuszony zająć się czymś bardzo ważnym.
Nie. Nie da się zgasić światła. Dopóki dziewczyny wciąż są przed domem,
nie można. Mogłyby to zinterpretować jako przejaw wrogości. Z drugiej
strony nie mógł im też pozwolić na przesyt, zmieniłby się wtedy w zupełnie zwyczajnego chłopaka w zupełnie zwykłym domu, a dla kogoś, kto
właśnie dotykał chmur, byłoby to głębokie upokorzenie. Przez chwilę stał
skonsternowany przy oknie, potem przylgnął do ściany i ostrożnie
prześlizgnął się bokiem do drzwi, pilnując, żeby nawet jego cień nie
został dostrzeżony. Może mógłby się na trochę położyć w pokoju Susanne.
Zrobiło się już ciemno, a dziewczyny nie patrzą w tamtą stronę.
Dostała nową narzutę. Białą. Z czegoś podobnego do koronki. Przypominała
małe serwetki - gwiazdki, które robiła szydełkiem jej babcia. Może sto
serwetek babci stało się jednym dużym prezentem urodzinowym? Tak. Mogło
tak być. Jeśli tak było, to i on wkrótce dostanie nową narzutę. Jakoś to
zniesie. Ma tylko nadzieję, że nie będzie biało-czarna. Babcia Susanne
od ośmiu lat dawała mu biało-czarne serwetki, odkąd jako jedenastolatek
zwierzył się jej, że lubi kolory drużyny piłkarskiej Landskrona BoIS i że jak dorośnie, będzie w niej grał. Serwetki były przerażająco
brzydkie.
Björn położył się z rękami pod głową, przez chwilę leżał tak bez ruchu,
starając się przestać myśleć o dziewczynach przed domem i wszystkich
innych dziewczynach. Czego one chcą? Tak naprawdę? I dlaczego chcą tego
właśnie od niego? Nigdy nie piszczały tak głośno na widok innych
chłopaków z zespołu, krzyk zamieniał się we wrzask dopiero wtedy, go on
się pojawiał na scenie. Pozostała piątka chłopaków próbowała to jakoś
ignorować, ale czuło się ich złość i irytację. Ostatnio przedwczoraj, na
próbie, Tommy wybuchnął w środku piosenki, po to, by zaraz dość chłodno
wyjaśnić, że niezwykły urok jest wprawdzie zaletą, ale byłoby jeszcze
lepiej, gdyby umiało się przy tym nie gubić rytmu. Niclas i Bosse
roześmiali się, a Peo walnął mocno w talerze, potem napotkał wzrok
Björna i uratował się podniesieniem pałeczek do góry i ponownym
odliczeniem początku piosenki. A-one-a-two-a-three...
Piosenka była gówniana. Banalna. Tania. Wazeliniarska. Jednak Karl-Erik
zdecydował, że będzie na ich następnym singlu, a jeśli Karl-Erik o czymś
zadecydował, to tak się działo. Zawsze. To on już pół roku temu
zdecydował o zaistnieniu zespołu Typhoons; on również zaplanował, jak to
się stanie. Stary solista odchodzi, znajdujemy nowego - był to warunek,
który Tommy, a także Niclas, Peo i Bosse, musieli zaakceptować. Nigdy
nie opowiedzieli, jak doszło do tego, że Peo przyprowadził z sobą na
próbę w Sztokholmie Björna. Po paru piosenkach kiwnęli wtedy głowami,
dając do zrozumienia, że go akceptują. Karl-Erik zacierał ręce już przy
pierwszej piosence, ale nie powiedział ani słowa, co myśli. Najpierw
miał do postawienia kilka pytań. Na przykład, jak to, do cholery,
możliwe, że Björn mieszka w Landskronie? I jak mogło dojść do tego, że
Peo, urodzony i wychowany w dość cywilizowanym Täby na obrzeżach
Sztokholmu, wylądował na lokalnym konkursie kapel rockowych, dalekim od
przyzwoitej jakości? Peo odchrząknął i próbował tłumaczyć, że był
właśnie w odwiedzinach u babci, ale przerwano mu szybkim machnięciem
ręki. Pytanie miało charakter retoryczny, jeśli Peo musi wyjść, żeby
sprawdzić znaczenie tego słowa, to bardzo dobrze, bo Karl-Erik
porozmawia teraz na poważnie z młodym Hallgrenem. Jak to możliwe, że
Hallgren nie gdacze paskudnie jak większość mieszkańców Skanii? Ach,
tak. Mama jest z Göteborga. Pozytywnie. Czy ma jakieś wykształcenie
muzyczne? A więc nie. Gra na jakimś instrumencie? Nie. Umie czytać nuty?
Też nie. A jak jest z wyrobieniem scenicznym? Średnio. Aha. Prawdziwie
utalentowany naturszczyk. Z drugiej strony przemawia za nim wygląd i przyjemny głos, więc...
Któregoś popołudnia, zaledwie tydzień potem, Björn i Birger usiedli w fotelach dla gości w biurze Karla-Erika w Sztokholmie. Björn miał świeżo
umyte włosy i nosił najbardziej wytarte dżinsy, a Birger walił po oczach
włosami prosto od fryzjera. Zerknął na złote płyty na ścianie,
przeciągnął ręką po błyszczącej palisandrowej powierzchni biurka, a potem utkwił wzrok w Karlu-Eriku, który z łagodnym uśmiechem odchylał
się do tyłu na swoim pawim tronie. W ciągu zaledwie sekundy Birger
zamienił się w karykaturę siebie samego: w przykurzonego nauczyciela
historii i wiedzy o społeczeństwie, który całkowicie i bez uwag
zaakceptował warunki kontraktu, jaki mu przedstawiono. Oczywiście jako
nieoficjalny reprezentant opiekunki chłopca miał pewne wątpliwości, ale
ponieważ Björn przejawia - ekhm - pewne symptomy zmęczenia szkołą i ponieważ chłopak wydaje się tak zaangażowany, a także - o czym nie
należy zapominać! - skoro najwyraźniej zarówno studio nagraniowe, jak i inni chłopcy z zespołu także są bardzo zainteresowani udziałem Björna,
zdecydował się nie ulegać swoim wątpliwościom. W dzisiejszych czasach
istnieje, dzięki Bogu, system edukacji dla dorosłych, więc człowiek,
który zamknął za sobą drzwi szkoły, zawsze może je na nowo otworzyć.
Jedyna obawa wiąże się z tym, że nie udało się skontaktować z matką
chłopca, przebywającą daleko stąd, gdzieś w świecie, mówiąc szczerze,
nie wiadomo, gdzie w tej chwili, jednak Birger wychodzi z założenia, że
i ona nie będzie miała nic przeciw temu. Bowiem - ha, ha! - co los i przemysł płytowy złączyły, tego wszak człowiek nie powinien rozłączać.
Czy można pożyczyć rezerwowy długopis?
Tak to się zaczęło. A teraz nie da się już tego powstrzymać.
Björn został członkiem Typhoons. Nie. Więcej. Został gwiazdą Typhoons. A mimo to - ale do tego mógł się tylko przyznać przed sobą w mroku pokoju
Susanne - nie przynależał do nich. Nie naprawdę. Nie w ten sam sposób,
co inne chłopaki w zespole. Znali się od najmłodszej klasy w szkole, a grali razem od czterech lat, opowiadali te same historie i mieli te same
wspomnienia. Poza tym łączył ich Robban, chociaż nigdy o nim nie
wspominali i nawet nie wymieniali jego imienia.
Jednak Robban gdzieś był. Ten, który był z nimi od początku. I nie
umarł. Został jedynie poświęcony.
Czy tęsknili za nim? Czy się wstydzili?
Jedno i drugie. Tak przecież było. Przynajmniej dla Tommy'ego i Tommy
myślał o tym, czuł to, także Niclas czuł i myślał w ten sposób, i Peo, i Bosse. Z drugiej strony Tommy dobrze wiedział, że nigdy nie zaszliby tak
daleko bez Björna. Nie byliby zespołem, który nie tylko zajmował
pierwsze, trzecie i siódme miejsce w szwedzkiej Dziesiątce Top, ale
także wylądował na siedemnastym miejscu listy angielskiej i miał być w sobotę w telewizji. W angielskiej telewizji. W Londynie.
Było to niemal niewiarygodne, ale działo się naprawdę. I zawdzięczali to
Björnowi Hallgrenowi. Głosowi Björna Hallgrena. Twarzy Björna Hallgrena.
Fryzurze Björna Hallgrena.
Mimo to bycie Björnem Hallgrenem było czasami dość męczące. Dlatego
zamknął oczy i wyłączył wszystkie myśli, ograniczając się do czterech
zmysłów: węchu i dotyku, smaku i słuchu. Wtedy mógł na chwilę uwolnić
się od Björna Hallgrena i być sobą, człowiekiem bez imienia i bez wieku,
ciałem, które mieszkało w tym domu, odkąd pamiętał, i które każdego
ranka wdychało jego zapachy, którego opuszki palców rozpoznawały każdą
powierzchnię, język pamiętał każdy smak, a uszy rozpoznawały każdy krok...
W korytarzu za drzwiami ktoś przeszedł na palcach i nagle w drzwiach
stanął Birger ze stosem zeszytów pod pachą. Uniósł ze zdziwieniem brwi.
- Tu się położyłeś?
- Tak.
Na chwilę zapadła cisza. Birger oparł się o futrynę drzwi.
- Dobrze się czujesz? - zapytał w końcu.
- Tak.
- Jest tak, jak sobie wyobrażałeś?
- Niezupełnie.
- No tak - powiedział Birger. - Tak to bywa. Nigdy nie jest dokładnie
tak, jak człowiek sobie wyobraża, że będzie. Może być lepiej lub gorzej,
ale nigdy właśnie tak, jak...
Zamiast oponować, Björn przymknął oczy. Ależ tak. Czasami człowiek
dokładnie wie, jak będzie. Björn wiedział na przykład, że Birger potknie
się, zbiegając ze schodów.
- No tak bywa - powtórzył Birger, unosząc lekko zeszyty. - Muszę się
zająć poprawianiem tych dzieł.
- Mhm.
- To do widzenia, na razie...
- Do widzenia.
Björn leżał z zamkniętymi oczami, czekał. Birger zrobił pięć kroków
korytarzem w stronę schodów. Kiedy postawił stopę na najwyższym stopniu,
zatrzeszczało, a potem jego skórzane podeszwy - jedna dużo większa od
drugiej - poczłapały po zniszczonym drewnie schodów. Björn nie otworzył
oczu, ale liczył w myślach. Osiem, dziewięć, dziesięć...
- Ratunku! Oj! Cholera!
Stłumiony łomot upadku Birgera i furkot rozsypujących się po podłodze
zeszytów. Björn leżał w ciemności. Tak. Pewne rzeczy są dokładnie takie,
jak człowiek je sobie wyobraża. Co da się udowodnić.
- Przepraszam za słownictwo - krzyknął Birger. - Potknąłem się.
Nikt nie odpowiedział. W domu było zupełnie cicho.
Inez, która była matką Susanne, a nie Björna, uniosła brwi, wstawiając masło do spiżarni. No tak. Czyli znów przyszła pora. Potknięcie. Przekleństwo. Przeprosiny.
Świat nie był taki zupełnie nowy. Pewne rzeczy nie zmieniły się ani
trochę, chociaż Björn stał się idolem nastolatek. Lewa stopa Birgera,
która miała rozmiar 44, nadal choć raz w tygodniu stawała na drodze
prawej stopy, która skromnie zadowalała się rozmiarem 39. Był to fakt, z którym w rzeczy samej łatwo było żyć, dokładnie tak samo jak z tym, że
Birger zawsze musiał kupować dwie pary butów na jeden raz, parę w każdym
z rozmiarów. Za to już nie tak łatwo dawało się przełknąć, że w schowku
w piwnicy stało trzynaście nieużywanych prawych butów w rozmiarze 44 i tyle samo lewych butów w rozmiarze 39. Na ten temat - kolejny raz -
rozmawiano podczas obiadu. Niepotrzebnych butów nie można było bowiem
wyrzucić. Nie wolno wyrzucać zupełnie nowych, nieużywanych butów, nawet
jeśli do niczego się nie przydadzą, tak twierdził Birger. W innych
kwestiach gotowy był dyskutować i negocjować, zmieniać zdanie i zawierać
kompromisy, ale w sprawie butów nie do pary w piwnicy był niezłomny. Nie
można ich wyrzucić. Kiedyś na pewno się przydadzą.
Kiedyś Inez przez długi czas złościła się na te buty, więc gdy
Birger wygłosił swój wywód, przybrała nieco cierpki ton. Ależ
oczywiście, powiedziała. Rzecz jasna, że należy zbierać swoje buty nie
do pary. Tylko patrzeć, a pojawi się jakiś osobnik, który będzie
dokładnym przeciwieństwem Birgera, to znaczy mężczyzną z dużą prawą
stopą i małą stopą lewą. I wtedy on i Birger będą mogli wymienić się
swoimi butami, a potem żyć szczęśliwie do końca swoich dni. A ponieważ
ów stan łaski nastąpić powinien mniej więcej wtedy, kiedy tydzień będzie
miał dwa czwartki, trzeba teraz...
Birger żachnął się, z widelcem w połowie drogi do ust.
- O co chodzi? - spytał zdziwiony. - Jesteś zła?
- Jak to zła? Miałam tylko...
Inez zamilkła w środku zdania, uświadamiając sobie nagle, że posunęła
się za daleko. Björn i Susanne nie uważali wcale, że jest zabawna. Z zaciętymi twarzami wpatrywali się w swoje talerze, jak już wiele razy
wcześniej, siedzieli bez ruchu z oczami wbitymi w wyblakłe kwiatki
używanej na co dzień porcelany, pilnując się, żeby nie spojrzeć na Inez.
Oczy zaszły jej łzami, bo nagle uświadomiła sobie, że Björn siedzi tu i w duchu marzy, żeby się od niego odczepiła, że chce wstać od stołu i uciec, że chciałby się schować gdzieś w domu, tak, by zniknąć z zasięgu
jej głosu. Po prostu uważał, że jest bardziej męcząca niż zwykle. Cała
trójka uważa, że jest wyjątkowo męcząca.
Może mają rację. W ostatnim czasie bycie Inez jest bardziej męczące niż
zwykle. W całym ciele czuje irytację, aż swędzi ją skóra głowy, łaskocze
w gardle, błony śluzowe puchną od złości, a sucha skóra rozpada się na
tysiące niewidocznych małych pęknięć. Jest rzeczą nieopisanie irytującą
być tak podenerwowaną i nie móc nigdzie znaleźć ulgi. Oczywiście, że
próbowała. Wczoraj, zanim wrócił Björn, wzięła gorącą kąpiel, a potem
nasmarowała całe ciało tłustym kremem, na włosy położyła maseczkę z lanoliny i zawinęła je ciepłym ręcznikiem, a potem potajemnie
spałaszowała bitą śmietanę, tę, co jej została z robienia tortu, którym
miała powitać Björna. Gdzieś w podświadomości żywiła przekonanie, że
wszystko, co białe, tłuste i kremowe, wniknie w nią z zewnątrz i od
wewnątrz, czyniąc z niej kogoś gładkiego, miękkiego i ogólnie
przyjemnego. Jednak nic nie pomogło. Nadal miała popękaną i suchą skórę,
która na głowie jeszcze się łuszczyła, a irytacja narastała. Zanim
zdążyła się opanować, przez głowę przebiegła zakazana myśl.
On jest mój!
Nie. Tak nie wolno myśleć. Zamknęła oczy i włożyła spierzchnięte dłonie
do ciepłej wody do zmywania. Przez parę sekund stała bez ruchu, patrząc,
jak czerwienieją. Przyglądała się swoim piegowatym przedramionom. W zamyśleniu przygryzła wargę i urwała kawałek suchej skóry. Ranka
błyszczała przez chwilę jak wyłuskane ze skórki winogrono, a potem pory
błyskawicznie wypełniły się krwią. Piekący ból był dla niej dobry,
przypominał, że musi się starać. Nie wolno być obrażoną. Nie należy się
denerwować. Teraz, kiedy Björn nareszcie znów jest w domu, musi być
miła. Miła i przyjemna, miękka i rozumiejąca. Bo może ją to kosztować
życie.
- Obiecuję - powiedziała do siebie półgłosem, a potem spuściła wzrok i przestała mówić i zastanawiać się.
Podczas zmywania widziała oczami wyobraźni Elsie, podobną do niej jak
dwie krople wody bliźniaczą siostrę, matkę Björna - ale nie Susanne -
stojącą na pokładzie amerykańskiego atomowego lodołamacza "Twilight",
który przeciska się przez zwały lodu gdzieś na morzach północnych. Ktoś
położył na jej karku ciężką rękę, odsunął kędzierzawe, dziwnie bezbarwne
włosy i szybko pocałował odsłoniętą skórę. Udawała, że tego nie zauważa,
przechyliła się tylko jeszcze bardziej przez reling i wystawiła policzki
na lodowaty wiatr.
- A penny for your thoughts - powiedział stojący za nią mężczyzna, a potem objął ją ramionami i tak mocno przytulił do siebie, że nie mogła
się poruszyć. Trochę się wykręcała, ale on tego nie zauważył.
- Myślę o czerwonym domu daleko stąd.
Wiatr porwał jej słowa i gdzieś z nimi odfrunął, a mężczyzna pochylił
się i przyłożył usta do jej ucha.
- What? I couldn't hear you.
Jego słowa łaskotały błonę bębenkową. Elsie oparła ręce na relingu i odepchnęła go.
- Nothing. Let's go inside. It's freezing out here.
Inez westchnęła, zamknęła oczy i zanurzyła się jeszcze głębiej w swoich
marzeniach.
Bo były to tylko marzenia. Tak naprawdę Elsie siedziała w tym momencie w kawiarni na Lime Street Station w Liverpoolu, wpatrując się w wykafelkowaną ścianę. Od bardzo dawna nikt nie pocałował jej w kark, a lodołamacz "Twilight" naprawdę nie istniał. Parę lat temu wymyśliła go w liście do swojej siostry, a potem o nim zapomniała, i wcale nie myślała o czerwonym domu gdzieś daleko. Myślała o ścianie naprzeciw. Po co wykafelkowano całą kawiarnię? Nie mogła tego pojąć. Czy to miejsce nocą było wynajmowane rzeźni, a rano spłukiwane gumowym wężem? Czy może organizuje się tu nocne orgie, które mogłyby pozostawić niehigieniczne ślady we wnętrzu? Uśmiechnęła się do siebie i zamieszała w filiżance. Brytyjska orgietka z dżinem i wykwintnym zdemoralizowaniem nie byłaby taka zła. Pod warunkiem że człowiek ma ciągoty w tym kierunku. Gdyby człowiek nie pożądał w zamian spokojnej rozkoszy. Samotności.
W tej chwili Elsie mogła spokojnie oddawać się takim rozkoszom, ponieważ
dopiero co, po południu, zeszła z pokładu i na razie nawet przed sobą
samą nie ujawniła jeszcze, czym się zajmie w najbliższym czasie. Czy ma
za chwilę wstać, wyjść na peron i wsiąść do pociągu w kierunku północnym
do Newcastle, a potem na prom do Szwecji, czy jechać na południe, do
Londynu? Czy może zamiast tego powinna wyjść przez duże, szklane drzwi
na ulicę i poszukać hotelu w okolicy? Nie wiedziała. Uważała jednak, że
będzie interesująco zobaczyć, na co się sama zdecyduje. Postanowiła
bardzo uważnie śledzić proces decyzyjny, żeby sprawdzić, czy decyzję
podejmują stopy, brzuch, czy może jakiś nieznany, mały gruczoł ukryty
głęboko w mózgu. Z drugiej strony, nie wiedziała przecież, czy to stopy,
brzuch, czy nieznany mały gruczoł sprawiły, że wyokrętowała się tego
popołudnia. Jeszcze tydzień temu myślała, że po kilku dniach w Liverpoolu ponownie przemierzy Atlantyk na M/S "Nordic Star". Miała
wyokrętować się gdzieś w Kanadzie, zainkasować honorarium za ponad pół
roku, a potem z wypchanym portfelem wsiąść w pociąg jadący na południe,
do Nowego Jorku. Tęskniła za Nowym Jorkiem. Pomimo to już trzy dni temu
wyciągnęła swoją torbę podróżną i kiedy wychodziła z kajuty na ostatnią
nocną wartę, torba stała już spakowana. Kapitan nie był zadowolony.
Wręcz przeciwnie. Zbeształ ją tak, że włosy dosłownie furkotały wokół
jej uszu.
- Ale dlaczego? - spytał bosman, kiedy kopcili na pokładzie, podczas gdy
statek sunął przez brunatne wody rzeki Mersey. - Myślałem, że lubisz ten
statek?
Elsie zrobiła smutną minę. Nie miała na podorędziu żadnej zgodnej z prawdą odpowiedzi. Oczywiście, że lubiła ten statek. W gruncie rzeczy
był to jeden z najlepszych statków, na których kiedykolwiek pływała, ale
mimo to wiedziała, że nie może zmienić zdania.
- Chcę do domu - powiedziała w końcu. - Nie byłam w Szwecji od przeszło
roku.
- I nie możesz poczekać jeszcze miesiąc?
Elsie zgasiła papierosa o biały reling, wiatr zdmuchnął popiół, ale
został czarny ślad. Bez zastanowienia naciągnęła rękaw munduru na dłoń i wytarła, a potem z lekkim zdziwieniem popatrzyła na plamę z sadzy na
niebieskiej gabardynie. Nie zniknęła, tylko zmieniła miejsce.
- Mam syna - powiedziała. Bosman uniósł brwi.
- Naprawdę? Ile ma lat?
- Dziewiętnaście.
- I nie widziałaś go od przeszło roku?
- Owszem.
Bosman wrzucił swój niedopałek do wody.
- No tak - powiedział. - To rozumiem.
Na chwilę zapadła cisza. Niedaleko od nich widać już było Pier Head i wysokie wieże z ptakami. Symbole Liverpoolu.
- Mieszka u mojej siostry - wyjaśniła Elsie. - Mojej bliźniaczki.
Jednojajowej. Jesteśmy dokładnymi kopiami.
Bosman wzruszył ramionami. Co mu do tego.
Tak naprawdę Elsie w równym stopniu nie wiedziała, czy powinna za parę
dni jechać do Szwecji, czy jednak zostać na noc w Liverpoolu. Może. Może
nie. W zasadzie planowała poczekać do wiosny, ponieważ Björn miał w maju
zdawać maturę, a wtedy oczywiście chciała być na miejscu. Pod warunkiem
że naprawdę do tego dojdzie. Co z kolei zależy od tego, czy jej syn
nadal chodzi do liceum i czy zrobił coś nareszcie ze swoimi stopniami.
Nic o tym nie wiedziała. Nie rozmawiali ze sobą od paru miesięcy, a ostatnim razem była to przerywana rozmowa radiowa, podczas której żadne
z nich nie usłyszało więcej niż kilka słów. Elsie krzyczała coś o mgle,
lodzie i zbliżającej się zimie, chociaż na zewnątrz kajuty z radiostacją
rozpościerało się lśniące, błękitne latem Morze Labradorskie. Björn
powiedział jej, że został solistą w nowym zespole, który od dawna już występuje i który wkrótce nagra płytę, ale nie dosłyszał, gdy zapytała o jego
stopnie i pracę wakacyjną. Potem słuchawkę wzięła Inez i wrzeszczała, że
wszystko u niej dobrze, i u Birgera, i u Susanne też. Za to Lydia lekko
niedomaga. Nie, żeby chodziło o bezpośrednie niebezpieczeństwo, ale może
Elsie nie powinna się za długo ociągać z powrotem do domu. Lydia może
jej już nie rozpoznać.
Elsie nie wiedziała, w co tym razem wierzyć. Lydia nie była szczególnie
stara, nie przeszła jeszcze nawet na emeryturę i w zeszłym roku miała
umysł czysty jak kryształ. Za to Inez była, mimo wszystko, bliźniaczką
Elsie, a kiedyś nawet jej najlepszą przyjaciółką, tym człowiekiem,
którego ze wszystkich na świecie znała i rozumiała najlepiej. Czy
naprawdę wymyśliłaby coś na temat ich własnej matki tylko po to, by
wzbudzić w Elsie niepokój?
Elsie wypiła ostatni łyk kawy z filiżanki i uśmiechnęła się do siebie
samej. O, tak. Inez by to zrobiła. Byłaby w stanie wykombinować niemal
wszystko tylko po to, żeby trochę dokuczyć Elsie. Wiedziała o tym,
ponieważ sama przez lata rozsiewała aluzje i kłamstewka, żeby wkurzyć
Inez i wywołać jej zazdrość. Jak parę lat temu, kiedy wspólnie zmywały
po przyjęciu urodzinowym Lydii. Pochylona nad zlewem Elsie wycierała
szklanki i przyciszonym głosem opowiadała Inez, że skóra czarnych
mężczyzn jest rzeczywiście chłodna niczym jedwab i że to, co poza tym
się o nich mówi - nie będzie się tu zagłębiała w szczegóły, ale Inez wie
przecież w czym rzecz - to prawda. Inez płonęła szyja i nie chciała
nawet na Elsie spojrzeć.
- Masz świra - powiedziała, wpatrując się zapamiętale w pomyje.
Elsie zaśmiała się lekko i podniosła szklankę pod kuchenną lampę, żeby
przyjrzeć się jej spod zmrużonych powiek.
- Wierz mi, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie zrobiłam.
- Jak on miał na imię?
Elsie błyskawicznie poszukała w pamięci najodpowiedniejszego imienia.
- Abe - powiedziała w końcu.
Abe? Skąd jej się to wzięło? Jedyny Abe, jakiego znała, był
pomarszczonym Szkotem, który parę lat temu przez kilka miesięcy pływał
na tym samym co ona statku. Od tamtej pory nie poświęciła mu nawet
jednej myśli. Nie było powodu. Nie mieli ze sobą niemal nic wspólnego i Abe zdecydowanie nie stanowił obiektu jej erotycznych fantazji. Jednak
Inez się na to złapała. Zawsze łapała haczyk, kiedy Elsie ją kusiła.
- Gdzie się spotkaliście?
- W Nowym Orleanie.
- Na południu Stanów? Mogliście się tam razem pokazywać?
Elsie uśmiechnęła się i wstawiła do szafki ostatnią szklankę, a potem
zaczęła składać ścierkę. Inez miała oczywiście oddzielne ścierki do
szkła i do porcelany. Plus jedną ekstra, która, wymaglowana na sztywno,
leżała na blacie kuchennym w oczekiwaniu na sztućce. Oczywiście. Panna
Mądralińska zamieniła się w Dorosłą Panią Gospodynię.
- Nigdy nie pokazywaliśmy się razem - powiedziała, sięgając po ścierkę
do porcelany. - Byliśmy przecież na pokładzie jednego statku.
- Masz świra - powtórzyła Inez.
Ktoś był w kajucie.
Czuje to w chwili, gdy wkłada klucz do zamka, wie już, w sumie nie
wiedząc, zanim przekręci klucz. Bębenek kręci się bez żadnego oporu.
Wychodząc, chyba zamykała drzwi na klucz? Oczywiście, że tak. Zawsze to
robi, kiedy wraca i kiedy wychodzi, zamyka na klucz nawet na noc,
chociaż wszyscy twierdzą, że to niebezpieczne. Ale teraz drzwi nie są
zamknięte. Ktoś był w jej kajucie. Znowu.
Przez chwilę się waha, zerka w prawą i lewą stronę korytarza i dopiero
potem kładzie rękę na klamce. Nikogo nie widać, ale z kajuty obok
słychać muzykę i jakieś głosy. Mieszkają tam Magnus i Olle, któryś z nich wybucha śmiechem i to ją uspokaja. Magnus jest milkliwym,
niebieskookim olbrzymem, Olle to uśmiechnięty marynarz, spędzający co
najmniej godzinę dziennie w siłowni. Przyjdą, jeśli zacznie krzyczeć.
Jest tego pewna. Prawie pewna.
Mimo to waha się jeszcze kilka sekund, zanim otworzy drzwi, a potem stoi
w wejściu z uniesioną brodą, węsząc jak pies. Ktoś, kto odwiedza jej
kajutę, kiedy jej samej tam nie ma, zostawia po sobie zapach, wątłą
smugę benzyny czy oleju, tytoniu albo wody po goleniu, wystarczająco
wyraźną, by nie umknęła jej uwadze, ale tak słabą, że nie może o niej
nikomu powiedzieć.
Przestępuje wysoki próg i znowu przystaje. Rozgląda się wkoło i jeszcze
raz obwąchuje pustkę w powietrzu, kąciki ust opadają. Dziś nie czuć
benzyny ani oleju, żadnego tytoniu czy wody po goleniu. Śmierdzi uryną.
Może to zbyt grzeczna forma, by wyrazić, w czym rzecz. Faktycznie
śmierdzi szczynami. To najpaskudniejsze znane jej słowo, ale jedyne,
które naprawdę oddaje ten smród. Ktoś naszczał
w jej kajucie.
Zaskakuje ją wstyd. Gwałtownie zalewa całe ciało i sprawia, że
natychmiast zatrzaskuje za sobą drzwi. Nikt się nie dowie, czym u niej
śmierdzi, nikt nie będzie mógł pomyśleć, że to ona, nikt nie... Wstrzymuje
oddech i opiera się plecami o drzwi. Czas się uspokoić. Czas na
rzeczowość i zdrowy rozsądek. Trzeba sprawdzić, co zrobił tym razem.
Ślady obecności, które zostawił po sobie ten facet - czy to mężczyzna?
to przecież musi być mężczyzna? - są zazwyczaj wystarczająco wyraźne, by
mogła zrozumieć, że tu był, a jednocześnie tak subtelne, że nikt inny
ich nie zauważy. Przecież sama mogła wysypać rzeczy z kosmetyczki na
szorstką powierzchnię kanapy, ściągnąć narzutę i pościel ze świeżo
zasłanej koi, a potem cisnąć je na wymiętą kupę lub otworzyć szafę i wyrzucić z niej czystą bieliznę. Jednak to nie ona. Tylko ktoś inny.
Ktoś, kto przynajmniej cztery razy wtargnął do jej kajuty, zostawiając
po sobie ślady i zapach.
Statek przechyla się, a ona przyciska dłonie z rozcapierzonymi palcami
do drzwi za sobą, żeby złapać równowagę. Ten ruch coś jej przypomina.
Miało być rzeczowo i rozsądnie. Prostuje się, robi kilka kroków do
środka kajuty, a potem się rozgląda, stojąc w rozkroku równoważącym
kolejne przechyły. Jest na pokładzie dopiero od ośmiu dni, ale organizm
dopasował się już do nowych warunków. W barze na dole siedzi jak
mężczyzna, z szeroko rozstawionymi nogami, na pokładzie dmucha na
kłykcie, zanim schowa dłonie pod pachami, a kiedy na miękkich gumowych
podeszwach biegnie po schodach na mostek kapitański na codzienną odprawę
z naukowcami i kapitanem, skacze po dwa stopnie. Podczas spotkań rzadko
mówi, kręci tylko lekko głową, aż koński ogon łaskocze ją w kark. Nie,
reprezentantka świata artystycznego nie ma nic do dodania. Już samo to
określenie sprawia, że robi jej się trochę wstyd. Czy rzeczywiście jest
artystką? Nie jest tego pewna. Wie tylko, że siedzi tu, w tym miejscu,
ponieważ Marcus - który naprawdę jest artystą - nie chce chodzić na
zebrania. Nie ma na to czasu, jest całkowicie pochłonięty chodzeniem po
statku, dookoła, dookoła, i mruczeniem do siebie. Na początku myślała,
że to jakiś maniak, ale teraz, kiedy porozmawiała z nim już kilka razy,
wie, że może być po prostu powolny i rozważny. Jest tak zajęty
patrzeniem, że chyba stracił umiejętność słuchania. Już trzeciego dnia
przestała go informować, co mówiono przy stole kapitana, bo kiedy
próbowała, wydawał się zaambarasowany, jakby zupełnie nie pamiętał o porannych spotkaniach. Teraz, kiedy spotykają się na pokładzie albo
przypadkiem usiądą obok siebie w mesie, kiwa mu tylko głową i uśmiecha
się niewyraźnie, tak jak on.
Może sama powinna przestać chodzić na te spotkania. Nigdy nie ma
przecież nic do powiedzenia i zdecydowanie zbyt często się wyłącza i nie
słyszy, o czym mówią inni. W zamian wodzi spojrzeniem wokół stołu,
studiując twarz za twarzą. Czy to któryś z nich? Ten blady chemik, który
czerwieni się za każdym razem, kiedy ktoś go zagadnie? Albo Sture,
meteorolog ciągle siedzący z założonymi rękami, jakby się spodziewał, że
to właśnie jego oskarżą z powodu mgły i wzburzonego morza? Czy może to
być docent z długimi włosami, zebranymi w siwy kucyk, o imieniu, które
ciągle zapomina? Albo Fredrik z brązowymi oczami, spokojny mediator,
który znajduje kompromis pomiędzy sprzecznymi życzeniami, urodzony
dyplomata, co zdecydował się zostać sternikiem?
Nie. Nie jest w stanie w to uwierzyć. Dlaczego któryś z tych mężczyzn,
którzy codziennie siadają przy stole konferencyjnym kapitana, miałby
wchodzić do jej kajuty i zostawiać po sobie ślady? Żadnego z nich nie
zna, nie wie o nich nic, podobnie jak oni nie znają jej i nie wiedzą o niej niczego ponad to, co pisano w gazetach, jeśli w ogóle coś wiedzą. A kobiety wokół stołu? Czy można sobie wyobrazić, że skora do śmiechu
profesorka Ulrika mogłaby wpaść na pomysł grzebania w cudzej bieliźnie?
Albo że spokojna i genialna Katrin, która zna pięć języków i ma doktorat
z fizyki i chemii, mogłaby skrywać ponurą nienawiść za fasadą
łagodności? Nie wspominając już o Jenny, reprezentantce młodych
doktorantów, tej która z powagą notuje każde słowo i chichocze jak
uczennica z najbardziej błahych dowcipów?
Nie. To niemożliwe. Żadne z nich. Jednak ktoś zdecydowanie był dziś
wieczorem w jej kajucie. Okno jest zamknięte. Drzwi do toalety otwarte
na oścież. Kiedy stąd wychodziła do baru, było na odwrót. Pomimo
niepokoju kiełkuje w niej też cicha satysfakcja. Otwarte drzwi wskazują,
że był w toalecie. Czyli dostał od niej wiadomość. Nareszcie. Ostrożnie
zerka przez próg. Podniesiona klapa sedesowa. Kółko też. Czyli
mężczyzna. Zasłona prysznicowa jest zasunięta, białe tło z bladożółtymi
kwiatkami połyskuje w nocnym zmierzchu, kołysanie morza sprawia, że
faluje jak pole rzepaku w letnim wietrze. Tylko że ten ruch mógłby także
zdradzać czyjąś obecność. Ktoś może stać za zasłoną i czekać na nią,
gotów do...
Bzdury. Kimkolwiek był, to tchórz i słabeusz, i ona nie zamierza dać się
wystraszyć jego idiotycznym akcjom. Dlatego zanim jeszcze dokończy tę
myśl, wchodzi do łazienki i odsuwa zasłonę na bok, żeby stwierdzić, że
pod prysznicem nikogo nie ma. Zaskakuje ją ulga, czuje miękkość w kolanach, aż musi oprzeć się o ścianę i odetchnąć. Mija kilka sekund,
zanim zauważy, że tapeta obok jej ramienia jest teraz w paski,
żółtobrązowe pasy na beżowym tle, lepkie paski, których wcześniej tu nie
było. To świnia! Bez chwili namysłu zdejmuje bluzkę i wyrzuca ją za
drzwi. Nocą wrzuci ją do morza, pranie nic tu nie pomoże, nigdy więcej
nie będzie nosić czegoś, co choćby musnęło tego plugawego gnoja lub
jego...
Obejmuje się ramionami i odwraca w stronę lustra. Tak. Otrzymał jej
wiadomość, to oczywiste. Zanim wyszła z kajuty, zajrzała do łazienki i szminką na lustrze napisała to samo, co pisała za każdym razem, kiedy
wychodziła w ciągu ostatnich dni: BÓG CIĘ WIDZI, GNOJU! Wiadomość nie
została dobrze przyjęta. Rozmazał szminkę po całym lustrze, a napis
wytarł ręcznikiem, który zapaćkany rzucił na ziemię. Potem tą samą
szminką napisał dużo większymi literami własną wiadomość: PIZDA!
Kilka razy przełyka ślinę, żeby się uspokoić. Błyskotliwa riposta. Nader
utalentowany. Poza tym cholernik złamał jej szminkę - teraz dopiero to
widzi - jedyną szminkę, jaką zabrała ze sobą na ekspedycję, pojedynczy
egzemplarz Long Lastin Juicy Rouge Lancôme w odcieniu numer 132. Zabije
go. Jak tylko go dorwie, najpierw oberwie mu uszy, a potem go zabije.
Oczywiście pod warunkiem że on nie zabije jej pierwszy. Twarz, która
miga jej w lustrze, jest tak blada, jakby należała do jednego z jej
zamordowanych bohaterów - oby to nie był zły omen.
Zaraz po odbiciu od lądu statek zmienia kurs. Sternik wyłącza autopilota i kładzie rękę na drążku, małym dżojstiku, znacznie mniejszym od drążka zmiany biegów w samochodzie, choć steruje żółtym gigantem, jakim jest lodołamacz "Odyn". Z wyczuciem, bardzo ostrożnie i powoli, kieruje dziób statku na północ, umiarkowany i opanowany w każdym ruchu, w sposobie, w jaki chwyta okrągłe zakończenie drążka, w lekkim zgięciu łokci, nieznacznym napięciu mięśni ramion. Nie idzie tak łatwo. Steruje przecież statkiem, a nie falami Atlantyku, które atakują kadłub, gdy płynie w poprzek fali, i zaczynają się z nim bawić jak z malutkim dzieckiem. Z udawaną gwałtownością i wielką ostrożnością unoszą jego tłuste ciało wysoko, ku jasnoszaremu, nocnemu niebu po to, by za chwilę pozwolić mu zanurzyć się w ciemniejszą szarość załamania fal, unoszą i pozwalają opadać, unoszą i opuszczają...
Sternik bezwiednie wysuwa czubek języka, żeby pomógł mu w sterowaniu,
napina mięśnie pleców, wzmacnia uścisk wokół drążka. Jest bardzo
skoncentrowany, ale w zmarszczkach wokół oczu czai się uśmiech. To tutaj
chce być. Nigdzie indziej. Gdyby pozwolono mu wybrać własny raj po
śmierci, wybrałby właśnie to: wieczną nocną zmianę na mostku kapitańskim
"Odyna", w chwili gdy statek odwraca się tyłem do Atlantyku i płynie w stronę Cieśniny Davisa z Ziemią Baffina po lewej stronie burty i cieniem
zachodniego wybrzeża Grenlandii po prawej. Całą wieczność mógłby spędzić
w tej samotności, bo jest w niej także dająca pociechę pewność, że
otaczają go ludzie. Jest ich wielu, a zarazem tylu, że może ich
policzyć, w dodatku większość śpi w swoich kajutach. Teraz czuwa tylko
on i dwóch robotników na dole w maszynowni. Oczywiście pod warunkiem że
wszyscy nie obudzili się od przechyłów i teraz nie leżą, trzymając się
krawędzi swoich koi, przerażeni, że z nich powypadają. Mogą sobie
wypadać. Najważniejsze, żeby żaden nie wlazł teraz na mostek kapitański
i nie zakłócił sternikowi Leifowi Erikssonowi jego najlepszych chwil.
O tak. Zmiana kursu wykonana. Przytępiony dziób statku kieruje się
wprost na północ, przechyły ustały. "Odyn", statek o kobiecych
kształtach i męskim, boskim imieniu, spokojnie kołysze się naprzód. Na
otwartych wodach porusza się jak kobieta w dziewiątym miesiącu ciąży lub
jak zapaśnik poza ringiem. Ale wkrótce, za kilka godzin lub dni, zostawi
za sobą ten nienaturalny stan i wśliźnie się w lód. To jego żywioł, to
tam może tańczyć.
Leif Eriksson włącza autopilot, prostuje plecy i czuje, jak opada z niego napięcie. Raj? Tak, czego to sobie człowiek nie ubzdura późną
nocą? Przecież bardziej prawdopodobne jest, że wyląduje w piekle. Dobrze
wie, jak ono wygląda, to także. Piekło jest wiecznym popołudniem w starej, rozwalającej się daczy, którą jego żona odziedziczyła po
rodzicach, palącym żarem dnia, gdy trzeba opróżnić beczkę z szambem i pomalować okna, i kiedy kobita ma zły humor, whisky się skończyła, a nastoletni syn chce wracać do miasta, do komputera, który trzyma go przy
życiu...
Ech. Wszystko to można zapomnieć. Do domu nie wróci wcześniej niż za
półtora miesiąca, wtedy będzie już po wakacjach i letnia chałupa
zostanie zamknięta na ten sezon. Udało mu się od niej uratować, także
tego lata. Swoją cenę już zapłacił, żona boczyła się przez dwa tygodnie
po tym, jak powiedział, że zgłosił się na ekspedycję, ale odpuściła, gdy
wspomniał jej o pieniądzach. Wszystkie te cudowne dodatkowe dochody
można będzie wykorzystać na zakup tej czy innej zbędnej rzeczy. Zawsze
przestaje się boczyć, kiedy Leif obiecuje jej niepotrzebne rzeczy. Nawet
już nie pamięta, o co chodzi tym razem... Nowe kafelki do kuchni? Nie, to
było w zeszłym roku. Kino domowe, no tak. Psiakrew. Oznacza to, że
wcześniej czy później będzie musiał przestudiować co najmniej 400 stron
instrukcji obsługi. Może powinien zadzwonić jutro do domu i powiedzieć,
żeby kupiła przeklęte ustrojstwo już teraz, razem z instalacją i ze
wszystkim...
Chociaż nie. Nie chce mu się z nią gadać. W ogóle nie ma ochoty na żadne
rozmowy. Jedyna rzecz, na którą ma chęć, to siedzieć w zupełnej
samotności na szóstym piętrze, na mostku kapitańskim "Odyna", i wypatrywać, co się dzieje na horyzoncie. Może już tej nocy pojawi się
tam góra lodowa. Ma nadzieję, że tak. Góry lodowe, dokładnie tak jak
wszystko inne, są większe i piękniejsze, jeśli można je oglądać w samotności. Patrzy, mrużąc oczy, w kierunku szarej nieskończoności. Nie.
Jeszcze nic nie widać i gdzieś wewnątrz czuje, że to za wcześnie. Jutro,
może wtedy...
Coś wstrząsa statkiem. Leif Eriksson marszczy czoło i pochyla się do
przodu, przez kilka sekund siedzi bez ruchu z uniesioną ręką, gotowy
chwycić drążek steru, gdyby zaistniała taka konieczność, ale nic się nie
dzieje. Opuszcza rękę i wstaje. Czas na kawę. I trochę notatek w dzienniku pokładowym.
Łapie kubek obiema rękami i robi obchód sterówki, przyglądając się
białej nocy na zewnątrz. Słońce polarne jest jak srebrna moneta za
chmurami. Na sekundę Leif częściowo traci kontakt z rzeczywistością i wydaje mu się, że frunie, potem mruga, żeby się opamiętać. Nie leci,
tylko znajduje się wysoko ponad morzem, aż na szóstym pokładzie, i mocno
stoi na szeroko rozstawionych nogach, na pokrytej wykładziną podłodze.
Może mami go światło. Wystarczy się odwrócić, żeby zobaczyć, co się
dzieje na dziobie i na rufie, po prawej i po lewej stronie burty, ale
nie sposób zobaczyć wszystkiego, bo za dużymi oknami wznosi się powoli
ku niebu mgła późnej nocy, która rozmazuje wszystkie kontury. Marzną mu
palce u rąk, więc odruchowo zerka na termometr, chociaż wie, że
temperatura na zewnątrz nie ma nic wspólnego z ciepłem na mostku
kapitańskim. Siedział tu i w koszuli z krótkim rękawem, kiedy na dworze
było minus czterdzieści stopni. Mostek kapitański "Odyna" w swojej
niezmienności zapewnia bezpieczeństwo. Nawet kiedy na zewnątrz wyje
sztorm, wszystkie dźwięki są tu w środku miękko przytłumione, nawet przy
najstraszniejszych falach oprzyrządowanie pozostaje stabilnie
przyśrubowane tam, gdzie jego miejsce. Nawet papierek nie spadnie na
podłogę, a jeśli już, to ten, kto stoi najbliżej, natychmiast go
podnosi. Leif krzywi się. Na rodzinnych wakacjach trzeba by chyba zrobić
zebranie i negocjować, kto powinien zgiąć kark. Dlatego woli morze.
Unika się tu masy bzdurnego gadania.
Noc ciemnieje, ale to przez chmury i mgłę, a nie przez położenie słońca
o północy. Musiało się jednak oziębić, widzi to, kiedy zerka za rufę.
Kilwater, który zaledwie parę godzin temu pienił się biało i szaro,
dosłownie zamienił się w srebro. Zmarszczki na wodzie rozchodzą się
tylko parę metrów na boki, a potem znikają - lekkie kolebanie, które
zamiera, nim naprawdę się zacznie. Leif Eriksson upija łyk kawy,
przyglądając się morzu. Powłoka lodowa? Już? Odwraca się i sprawdza, co
dzieje się przed dziobem. Tak. To samo. Powierzchnia morza błyszczy jak
woda, ale niemal bez ruchu, znajduje się w tym szczególnym stanie
pomiędzy lodem a cieczą.
Aha. No tak. Czyli zaraz będzie trzeba przebijać się przez prawdziwy
lód. Sam do siebie kiwa głową i znowu opada na fotel, opiera głowę na
podgłówku i wbija wzrok w horyzont. Siedzi tak przez dłuższą chwilę bez
ruchu, jeśli nie liczyć powolnego mrugania powiek, nareszcie niemy,
nawet wewnątrz.
Dopiero jakieś poruszenie, widoczne kątem oka, sprawia, że i on sam się
porusza, prostuje plecy tak gwałtownie, że zimna kawa niemal wylewa się
z kubka. Patrzy w dół na pokład, mrużąc oczy, żeby widzieć lepiej. Kto
to jest? Co robi na pokładzie o wpół do drugiej w nocy? Leif odstawia
kubek i pochyla się do przodu, tak że ledwie kilka centymetrów dzieli go
od szyby. Przeciera palcami kąciki oczu, żeby widzieć jeszcze wyraźniej.
Czy to jakaś dziewczyna z grupy naukowców? Nie. Pierwsze próbki
pobierane są dopiero koło czwartej nad ranem, wcześniej śpią tak
głęboko, jak tylko się da. Poza tym żadna z tych chemiczek,
oceanografek, czy jak je tam, cholera, zwą, nie ganiałaby po pokładzie w samej koszuli nocnej... Bo ta lata, wyraźnie to widać. Kobieta, która
chodzi po przednim pokładzie, jest wprawdzie ubrana w niebieską
wiatrówkę uczestnika ekspedycji polarnej, ale nie ma żadnej wątpliwości,
że narzuciła ją na białą koszulę nocną, wciskając bose stopy w brązowe
botki. Wygląda jak zabłąkana święta Łucja, która idzie z wyciągniętą do
przodu prawą ręką i czymś białym, nie, czymś czarnym, nie, raczej
czarno-białym, dyndającym w palcach. Podchodzi do dziobu, wspina się na
małą drabinkę przy relingu, przechyla nad krawędzią i bez chwili
zastanowienia wrzuca czarno-białe coś do morza. Potem odwraca się i jak
dziecko zeskakuje na pokład, wciska ręce do kieszeni i idzie z powrotem.
Dopiero kiedy wiatr podrywa jej kędzierzawe włosy, Leif Eriksson ją
rozpoznaje. To ta blada istota, przezroczysta jak surowa krewetka i podobnie bezbarwna. Wycofana. Zdecydowanie nie jedna z tych, o którą
zakładały się chłopaki z załogi. Wygląda na to, że wyczuwa, iż ktoś się
jej przygląda, bo nagle przystaje i patrzy w górę ku mostkowi
kapitańskiemu, a potem niepewnie podnosi rękę w geście pozdrowienia. Nie
może go widzieć, Leif wie o tym, nikt, kto stoi na przednim pokładzie,
nie może zobaczyć mostka kapitańskiego, nawet w dziennym świetle, ale
mimo to z podobnym ociąganiem odmachuje jej w odpowiedzi. Za chwilę już
jej nie widać.
Leif Eriksson ze skrzywioną miną ponownie opada na swój fotel. O co w tym, na Boga Ojca, chodziło? Zerka na zegarek, jest 1.34. Musi zanotować
w dzienniku kapitańskim, co zrobiła, i czas jest tu istotny. Niech się
tym rano zajmie kapitan i ją zbeszta. Wszyscy przecież wiedzą, że na
tych wodach niczego nie wolno wrzucać do morza. Lodołamacz to zamknięty
system, organizm, który wprawdzie wsysa morską wodę do swojego
laboratorium, ale nie pozostawia po sobie żadnych ludzkich odpadów.
Jakżeż mogłoby być inaczej? Jaki sens miałby statek naukowy, który sam
zanieczyszcza badaną przez siebie wodę?
- Przeklęta baba!
Zaskakuje go własny głos. Drży, co wywołuje wstyd, a fakt, że się
wstydzi, sprawia, że jeszcze bardziej się wścieka.
- Cholerna, przeklęta baba!
Bierze swój kubek i idzie z nim do mesy. Wylewa zimną kawę, nalewa
świeżej i pospiesznie wraca do pulpitu sterowego, a potem siada i próbuje się odprężyć. Nie daje rady. Nagle woda na zewnątrz jest już
tylko wodą, wybrzeże zwykłym wybrzeżem, a niebo tylko niebem.
Leif Eriksson wypija łyk kawy. No tak. Zepsuła mu nocną zmianę. Wielkie
dzięki. Cholerne podziękowania.
Kiedy Anders wstaje, oślepia go słońce, musi zmrużyć oczy, żeby wyjrzeć przez okno. Oczywiście wie dlaczego. Któregoś ranka, nie dalej niż pół roku temu, wygłosił na ten temat domowy wykładzik dla Evy. Z każdym dniem grubieją włókna proteinowe za soczewką oka, wyjaśniał, im grubsze się stają, tym mniej elastyczna jest soczewka. Któregoś dnia nie będzie już mogła dostosować się do światła i ciemności, ale do tego jeszcze daleko. Ma przynajmniej taką nadzieję. Ma nadzieję, wierzy i wydaje mu się, że wie, iż tak będzie.
- Chcesz powiedzieć, że będziesz niewidomy? - zapytała wtedy Eva.
Siedziała na brzegu łóżka, zakładając rajstopy. On sam stał przy oknie i zapinał koszulę. Spuściła wzrok, kiedy na nią popatrzył. Czy po raz
pierwszy? Nie. Od dawna już unikała jego spojrzenia.
- Nie, nie. Ale jeśli pożyję dość długo, będę miał jaskrę. Wszyscy mogą
dostać. Ty też.
Nie odpowiedziała, wstała tylko i niezgrabnym, przyklepującym gestem
wygładziła rajstopy. Potem odwróciła się do niego plecami i ruszyła w stronę szafy. Stał jeszcze chwilę, czując się jak dureń. Dlaczego musiał
przyjąć taki mentorski ton? Przecież już wiele lat temu przestała mu
schlebiać swoim podziwem. Odwrócił się do okna i podciągnął żaluzje,
wystawiając oczy na światło, od którego kilka minut temu odwracał się
plecami. Zaczęły mu lecieć łzy.
- Teraz oczy też mu łzawią, ale przegania łzy szybkim mruganiem. Powolna
akomodacja oka zakończona, może wyjrzeć przez okno i zachwycić się tym,
co widzi. Połyskujące morze. Niebieskie niebo. W oddali wybrzeże
wpadające w najgłębszy fiolet. Grenlandia. Anders wzdycha i gładzi się
po brzuchu. Nareszcie. Przez osiem dni "Odyn" kołysał się na
ołowianosinym morzu, przyciśnięty równie sinym niebem, przez osiem dni
Anders walczył z przeświadczeniem, że sam się rozpada, zamienia w szarą
nicość. Nie dalej niż wczoraj przez całe popołudnie leżał w kajucie tępo
i bez ruchu, niezdolny, by się podnieść i zmierzyć z czymkolwiek, co
przypominałoby pracę, nie będąc w stanie przekonać siebie samego, że to
chwilowe, że szarość ustąpi i... Jednak teraz minęło. To już dziewiąty
poranek i morze jest błękitne. Wpłynęli w Przejście Północno-Zachodnie.
Zaczyna się prawdziwa podróż.
Musi się spieszyć, nie może czekać. Parska pod lodowatym prysznicem,
naciąga podkoszulek bez porządnego wytarcia pleców, a potem otwierając
drzwi i wychodząc na korytarz, przeciąga ręką po wilgotnych włosach. Na
zewnątrz panuje jak zawsze największy porządek, przed wszystkimi
drzwiami do kajut stoją na półkach, w starannym rządku, ciężkie buty i trzewiki, a zaczytane gazety piętrzą się w symetrycznych stosach. Poza
tym jest pusto. Żadnych ludzi. Jego też nikt nie widzi. Dlatego idzie z wyciągniętą przed siebie ręką, przesuwając palcami po ścianie. Na
wszelki wypadek.
- Trzeba pamiętać tylko o jednej rzeczy - powiedział Folke tamtego
popołudnia w szpitalu. - Na statku trzeba mieć zawsze wolną jedną rękę.
Zawsze. Cokolwiek by się robiło. Musisz powiedzieć o tym wszystkim już
podczas pierwszego spotkania na temat bezpieczeństwa. Widziałem
dostatecznie wielu, którzy połamali ręce i nogi tylko dlatego, że nie
mogli się podeprzeć, kiedy statek się przechylił.
Anders nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Folke zauważył to i uśmiechnął się pod wąsem.
- No tak, co do diabła... Wtedy byłem na lądzie.
Folke został położony na jednym ze swoich oddziałów i leżał tam teraz z nogą na wyciągu, trochę przymulony po niezwykle hojnej dawce leków
przeciwbólowych. Pielęgniarki i lekarze wbiegali i wybiegali z jego
pokoju, zarazem pełni współczucia i rozbawieni. Ortopeda wylądował na
ortopedii! Biedny Folke! Tego lata nie wybierze się na lodowiec.
Zadzwonił do Andersa już jakąś godzinę po tym, jak trafił do szpitala.
Anders odebrał po pierwszym dzwonku. Przyzwyczajenie, w ostatnich
tygodniach łapał słuchawkę, gdy tylko dzwonił telefon. Ale to nie była
ona. Nigdy ona.
- Co porabiasz? - huknął Folke.
Anders podgrzewał zupę z puszki. Gapił się w okno. Zastanawiał, czy
wejść do wanny razem z tosterem. Tym się zajmował.
- Jak to?
- Chcesz popływać po Oceanie Arktycznym?
- Nie.
- Dlaczego nie?
- A dlaczego miałbym chcieć?
- Bo ja ci powiedziałem, że podróż po Oceanie Arktycznym to cholernie
fajna sprawa.
- Aha. A czemu sam tam nie popłyniesz?
- Przeszkodził mi w tym mały wypadek. Że tak powiem.
- Jesteś ranny?
- Można tak powiedzieć. Prawa kość udowa i łokieć. A do tego trochę
komplikacji w kolanie.
- Ale co się stało?
- Wycieczka na ryby. Śliska skała, kiedy schodziłem na ląd. Pal sześć,
najgorsze, że w poniedziałek miałem być na "Odynie"...
Dopiero kiedy siedział już w samochodzie w drodze do szpitala w Helsingborgu, dotarło do niego, że Folke musiał wiedzieć. W przeciwnym
razie czemu dzwoniłby właśnie do niego? Na pewno jest pełno ludzi dużo
lepiej przygotowanych, żeby zastąpić lekarza pokładowego ekspedycji
naukowej. Chociażby ortopedzi i chirurdzy we własnym szpitalu Folkego. Dlaczego miałby wybrać zasranego lekarza
rejonowego, gdyby nie wiedział, że żona tego zasranego lekarza właśnie
go zostawiła i że istnieje duże prawdopodobieństwo, że ów lekarz
rejonowy przez całe lato będzie pogrążał się w rozpaczy? Bo, rzecz
jasna, żaden szczęśliwy typ z rodziną w komplecie nie zdecydowałby się
na wyprawę polarną z zaledwie trzydniowym wyprzedzeniem. Więc musiał
wiedzieć. A jeśli Folke wiedział, to wiedzieli też inni. Świadczyły o tym pewne sygnały, które powinien był dostrzec i zrozumieć, ale które do
niego nie docierały. Ale czy siostra oddziałowa któregoś dnia w zeszłym
tygodniu nie przechyliła na bok głowy i słodkim jak syrop głosem nie
spytała, jak się ma? Gapił się na nią z mieszanką niesmaku i konsternacji, naprawdę nie rozumiejąc w czym rzecz. Albo stary fabrykant
cementu, którego zżerał rak i który dzień później klepał Andersa po
plecach, z wymuszoną wesołością tłumacząc, że nigdy nie wolno się
poddawać. Proszę spojrzeć na mnie! Osiemdziesiąt pięć lat, niemal
trup, ale się nie poddaję. I pan też nie powinien, panie
doktorze!
Wiedzieli. Może przez cały czas. Może był w mieście jedyną osobą, która
nie miała pojęcia o związku Evy z tym gogusiem. Być może pacjenci i koledzy patrzyli na niego ze współczuciem i pogardą przez wiele
miesięcy, może przez ponad rok szeptali za jego plecami.
Czy Eva Jansson jest z tym Bengtssonem? Jezu Chryste!
Na myśl o tym zjechał z autostrady na małą, polną drogę. Podjechał
kawałek i zatrzymał się, dokładnie na zakręcie, tam gdzie krzaki były
najgęściejsze, wysiadł i usiłował zwymiotować do rowu. Nic z tego, kilka
razy mu się tylko cofnęło. Potem na chwilę oparł głowę na masce
samochodu, z całą siłą wsparł się na wyprostowanych rękach, zamknął oczy
i poczuł, jak słońce pali go w plecy. Nie wiedział, jak długo tak stał.
Może kilka minut. A może pół godziny lub więcej. Wszystko jedno.
Wiedział tylko, że był tam wystarczająco długo, by zrozumieć, że czas
przestać się okłamywać. Zmuszony był przyznać, że kiedyś każdego dnia
zapominał o opiekowaniu się sobą samym, odetchnął głęboko, z ulgą i poczuł pełne oczekiwania łaskotanie w dołku - Jestem wolny! - potem na
nowo opanowało go przygnębienie. Nosił żałobę, to prawda, ale czy
naprawdę opłakiwał Evę? Czy może wszystkie stracone dni? Lub niemożliwą
do przeniknięcia fasadę, którą pokazywał mieszkańcom Landskrony przez
trzydzieści lat?
Nadszedł zatem czas na podjęcie decyzji.
Tak. Wyjedzie. Popłynie na lodowiec. Dopóki ten istnieje. Szczęście mu
sprzyjało: referentka do spraw kadrowych w Malmö nie poszła jeszcze do
domu, żeby cieszyć się weekendem, chociaż było już piętnaście po
trzeciej. Trochę mruczała pod nosem, ale właściwie nie protestowała.
Miał ponad osiem tygodni zaległych wakacji, a do tego trzy tygodnie z nadgodzin i chociaż informował o tym z niemożliwym do uzasadnienia
krótkim wyprzedzeniem, a braki kadrowe są duże, to mają jednak na
miejscu zastępcę, więc...
Trzy dni później wszedł na pokład. Kiedy chwycił sznurową drabinkę i zaczął się z taksówki wodnej wspinać na "Odyna", trzęsły mu się ręce.
Pierwsze dni były monotonne, ale znośne. Wędrował po statku, zaglądał do
maszynowni i do warsztatu, zwiedzał laboratorium i laboratoryjne
kontenery, gdzie naukowcy rozpakowywali swoje sprzęty i nieśmiało się
zapoznawali. Przysiadał na trochę na trzecim pokładzie obok ornitologa i wpatrywał się w morze, a potem z lekkim przerażeniem szedł z kucharzem
do magazynu z piwem, za mesą. Następnego dnia siedział w kajucie dla
chorych, poświęcając całe przedpołudnie przeglądowi magazynku
medycznego, i jednocześnie błagał Boga, w którego nie wierzył, żeby
oszczędził mu wylewów, zapaleń ślepej kiszki i poważniejszych bólów zęba
ze stanem zapalnym. Po południu pożegnali fale Morza Północnego, by
powitać kołysanie Atlantyku, a przed jego drzwiami uformowała się
niewielka kolejka bladozielonych postaci. Przyklejał im wszystkim za
uchem plaster na chorobę morską, próbując przy okazji zapamiętać ich
imiona. Trzeciego dnia wysłał mejl do siostry w Sztokholmie, w którym
niezwykle lakonicznie wyjaśniał, że nie odwiedzi jej latem, ponieważ -
Czy to nie fantastyczne? - jest właśnie w drodze na Ocean Arktyczny. Nie odpowiedział za to na otrzymany mejl, w którym było wiele pytań, jednak kiedy po lunchu otworzono kiosk, kupił
kartę do telefonu satelitarnego i zadzwonił na komórkę Evy. Dopiero po
czterech sygnałach jej głos w automatycznej sekretarce poprosił o zostawienie wiadomości. Odłożył słuchawkę bez słowa, a potem wyszedł na
pokład i stał tam przez dłuższą chwilę z rękami w kieszeniach, wpatrując
się w horyzont.
- Prawda, że pięknie? - zapytała przechodząca obok kobieta. Musiał się
wysilić, żeby przypomnieć sobie jej imię, Ulrika. Świeżo upieczona
profesor oceanografii.
- Pewnie - odpowiedział. - Oczywiście.
Kłamał. Wcale nie uważał, że jest pięknie. Jedynie masa wody.
Nastrój w mesie jest dziś inny, weselsze głosy, więcej śmiechu. Nie
tylko jemu ulżyło, że zostawili w tyle szary Atlantyk. Anders sięga po
jajko i poranny sok, starannie wybiera świeżo upieczony chleb, dopiero
potem rozgląda się dookoła. Parę dni temu dotarło do niego, że załoga ma
swoje własne stoły i że nie lubi, jeśli inni się tam wpychają, więc
ustawia swoją tacę na stole, przy którym siedzą tylko naukowcy i goście,
wysuwa krzesło i przyjmuje pozę osoby zadowolonej i zrelaksowanej.
- Ty też się od tego obudziłeś? - pyta kobieta po drugiej stronie stołu
i Anders pospiesznie poszukuje w pamięci jej imienia. Katrin.
- Od czego?
- Od fal w nocy. Kiedy zmienialiśmy kurs. O mało nie spadłam z koi.
Młody mężczyzna obok niej wybucha śmiechem. Ekolog. Imię nieznane.
- Tylko nie mów o tym Leifowi. Bo się strasznie wścieknie. Katrin
uśmiecha się:
- Bardziej niż zwykle?
- Próbowałem spytać, co się stało, ale zaraz się spienił...
- Czyli ty też się obudziłeś?
- Trochę leżałem i trzymałem się brzegu koi.
Anders obstukuje swoje jajko. Nie wie, o czym mówią. Może jednak spał
głęboko przez całą noc, pomimo wszystko, może tylko mu się śniło, że
leży i czuwa. Już tak kiedyś bywało.
Ulrika uśmiecha się ze swego kąta:
- Dziś pojawi się góra lodowa.
Oczy kobiety naprzeciw niej aż iskrzą:
- Jesteś pewna?
Susanne. Tak ma na imię. Już niedługo będzie znał imiona wszystkich
sześćdziesięciu siedmiu osób na pokładzie. Nie ma jeszcze demencji.
- Prawie pewna. Mamy dziś dzień gór lodowych. No nie, panie Rolandzie?
Roland, kapitan "Odyna" i jedynowładca, zatrzymuje się przy ich stole.
Spogląda srogo.
- Bardzo możliwe - odpowiada, kiwając sztywno głową w stronę Ulriki, a potem wbija wzrok w Susanne. - A z panią chciałbym porozmawiać, jak
tylko zje pani do końca. Na górze, na mostku kapitańskim.
Susanne wygląda na skonsternowaną.
- Ze mną? Dlaczego? Oczy Rolanda zwężają się:
- Porozmawiamy, jak przyjdzie pani na mostek. Odchodzi z bardzo
wyprostowanymi plecami.
- Oj - mówi Ulrika, machając prawą ręką, jakby się oparzyła. - O kurczę.
Będzie ochrzan... Co zrobiłaś?
- Nic nie zrobiłam - mówi Susanne.
Ma piskliwy głos i płoną jej policzki. Czyli jakoś zawiniła. To widać.
No i pojawia się góra lodowa.
Najpierw przepływają obok nich jedynie małe grudki lodu, miękko
zaokrąglone, oszlifowane przez fale wysepki, które wkrótce całkiem się
rozpuszczą, ale w oddali na horyzoncie przebłyskują już prawdziwe
dzieła; małe okruchy bieli mieniące się w szczelinie pomiędzy dwoma
błękitami: jasnym nieba i ciemnym morza. Wszystkie pokłady "Odyna",
które w ciągu ostatnich ośmiu dni były niemal wyludnione, nagle kłębią
się od ludzi. Wybiegli z dużego laboratorium i małych laboratoryjnych
kontenerów, z mostku kapitańskiego i z maszynowni, z kuchni i z warsztatu, z kajut i z palarni. Niektórzy, przygotowani na mróz,
założyli niebieskie kurtki - mundur ekspedycji - i naciągnęli na czoła
czapki. Inni stoją tylko w bluzach i cienkich spodniach, zasłaniając się
ramionami przed wiatrem. W pogotowiu trzymają aparaty fotograficzne.
Wszyscy je przygotowali. W powietrzu aż gęsto od oczekiwania, mało
rozmów, ściszone głosy.
Pierwsza naprawdę duża góra jest jak amfiteatr, mieniący się amfiteatr z podłogą z błękitnego szkła. Prześlizguje się obok nich, w odległości
zaledwie pięćdziesięciu metrów, a kiedy mija ją "Odyn", góra zaczyna
lekko wirować, ujawniając swoją białą doskonałość, jakby chciała
pokazać, że na jej powierzchni nie ma najmniejszej plamki ani rysy, że
brakuje tylko publiczności i aktorów. Głosy na "Odynie" milkną. Klikają
aparaty fotograficzne.
Następna duża góra to Capri w miniaturze, białe szczyty wzgórz wznoszą
się do nieba, grota na poziomie morza lśni najczystszym błękitem. Pod
wodą przebłyskuje olbrzymia gruda turkusowego lodu, który pozwala całej
wyspie dryfować. Ktoś przypomina sobie nagle rysunek podświadomości z podręcznika psychologii i wybucha śmiechem, ale zaraz powstrzymuje się i znowu podnosi aparat.
Trzecia góra jest prawdziwym szczytem, ostrym i potężnym, bez śladu
kokieterii poprzedniczek. Ciemne rysy otwierają się jak rany na białej
powierzchni, wokół których mikroskopijne glony układają się w blade
bryzgi krwi. Podpływa tak blisko, przez chwilę wydaje się niemal dotykać
"Odyna", wszyscy wstrzymują oddech. Błyskawicznie nachodzą ich różne
wizje. Czy "Odyn" mógłby się wywrócić? Czy góra lodowa tych rozmiarów
może zrobić dziurę w kadłubie z masywnego metalu o grubości trzech
centymetrów? Nie. Oczywiście, że nie. Są bezpieczni. Sternik, który
pozwolił im podpłynąć tak blisko, wie, co robi. Poza tym cała ta
bliskość jest iluzją, widać to, kiedy młody marynarz wyciąga rękę, żeby
dotknąć góry. Nie da się, odległość jest znacznie większa od długości
ludzkiego ramienia.
Potem wszyscy się przyzwyczajają. Chłopaki z maszynowni wyciągają ręce z kieszeni i zaczynają przestępować z nogi na nogę, sami nie wiedzą, czy
to z niecierpliwości, czy z poczucia obowiązku, wiedzą tylko, że czas
już wracać do hałasu, który jest ich codziennością. Ich ożywienie
udziela się innym: jedna z dziewczyn z mesy zerka na zegarek - Boże, trzeba wstawić
kartofle! - a dwoje naukowców równie niespodziewanie zauważa,
że czas już pobrać próbki. Jedni po drugich odchodzą w pośpiechu,
najpierw załoga, potem naukowcy. Tylko kilku z tych, którzy określani są
niejasnym mianem gości, jeszcze się ociąga: dziennikarz telewizyjny i jego operator postanowili poszukać lepszych ujęć wyżej, na czwartym
pokładzie, robiący jakieś szkice artysta idzie w kierunku dziobu, żeby
jeszcze przez chwilę popatrzeć na trzecią górę.
Ostatecznie na przednim pokładzie zostają tylko dwie osoby, kobieta z kędzierzawymi włosami i lekarz. Nie mają w tej chwili żadnych
obowiązków. Stoją, każde na swoim podeście, w pewnej odległości od
siebie i przechylają się przez reling. Muska ich chłodny wiatr, który
jego łaskocze w nagą szyję, a jej podrywa rozpuszczone włosy.
- Jak poszło na górze u kapitana? - pyta Anders.
Susanne patrzy na horyzont. Zbliża się więcej gór lodowych, widać je na
horyzoncie jak błyszczące masy kryształu.
- Dostałam burę. Najwyraźniej zanieczyściłam Ocean Arktyczny.
Anders unosi brwi:
- Zanieczyściłaś Ocean Arktyczny? A cóż ty takiego zrobiłaś?
Mija chwila, zanim mu odpowie, najpierw zerka na niego przelotnie.
- Niechcący wrzuciłam do morza bluzkę. I ręcznik. Przez pomyłkę.
- Niechcący wrzuciłaś bluzkę i ręcznik do morza?
- To była pomyłka.
Brzmi obcesowo. Na chwilę zapada cisza. Anders zerka w stronę horyzontu.
- Widziałaś?
Kobieta odwraca głowę w jego kierunku.
- Co takiego?
- Fontannę. Mam wrażenie, że przed nami jest wieloryb...
Grzebie w kieszeni w poszukiwaniu lornetki, którą pożyczył mu Folke.
Swarovski, najlepsza jakość, warta ponad dziesięć tysięcy koron, więc
mocno ją trzyma. Jednak żadnego wieloryba nie widać, gdziekolwiek
skieruje lornetkę. Może sam siebie oszukał. Jest w tym dobry.
- Nie - mówi po chwili Susanne. - Nie widzę żadnego wieloryba.
Anders nie odpowiada, tylko kieruje lornetkę w stronę dość dalekiej
wyspy. Jeszcze przed chwilą była ciemnoliliowa, ale w lornetce jest
brązowa. Naga ziemia. Może lawa. Arktyczna pustynia.
Ciągle jeszcze przyciska do oczu lornetkę, kiedy ona znowu się odzywa:
- Dobrze usłyszałam pierwszego dnia, wydaje mi się, że mówiłeś, że
jesteś z Landskrony?
Teraz nie wygląda już na tak rozzłoszczoną. Anders opuszcza lornetkę.
- Dobrze usłyszałaś.
- Urodziłam się w Landskronie. Chociaż nie byłam tam od dziesięciu lat.
- Niewiele straciłaś. Wybucha śmiechem.
- Wierzę.
Zbliża się nowa góra lodowa, modernistyczna rzeźba z ostrymi kolcami i błękitnymi wgłębieniami. Przyglądają się jej w ciszy, kiedy ich mija.
- A tak w ogóle to jakim jesteś lekarzem? - pyta w końcu Susanne.
- Ogólnym.
Schodzi na pokład i wkłada lornetkę do kieszeni, jest gotowy, żeby iść.
Susanne nadal stoi na swoim podeście, ale odwrócona plecami do morza.
- Czyli wiesz po trochu o wszystkim?
Anders uśmiecha się lekko. Wyraziła rzecz w pochlebny sposób.
- No tak. Można tak powiedzieć.
- O psychiatrii też?
Anders zaczyna rozumieć, do czego zmierza. Nerwowa niewiasta. Jeszcze
tego mu mało.
- Tak - odpowiada. - Także o psychiatrii. Kiedyś chciałem być
psychologiem. Ale zrezygnowałem, zanim dostałem dyplom.
Tak, z pewnością!
Anders ponownie się uśmiecha, żeby ukryć swoje myśli. - Tak, z pewnością! - Jednak nie odpowiada.
- Miło mieć na pokładzie lekarza o podwójnych kompetencjach.
Kobieta w dziecinny sposób zeskakuje jak żaba na pokład i wsuwa dłonie
pod ramiona kurtki. Anders lekko przechyla głowę i czeka na kontynuację.
- Dlaczego miło? - pyta w końcu. Susanne uśmiecha się do niego
przelotnie.
- Po prostu miło - mówi i odchodzi.
Kilka godzin później wszystko jest już inaczej.
W barze pełno ludzi, chociaż to dopiero czwarta po południu. Magnus
jednym haustem opróżnia kufel piwa, kufel jest duży, więc chwilę to
trwa. Wokół niego tłoczą się naukowcy i załoga. Klaszczą w dłonie,
szybko i rytmicznie, wszyscy patrzą na Magnusa i jego kufel, uśmiechają
się, ale z pustką w spojrzeniu, całkowicie pogrążeni w ruchu i rytmie.
Jednak kiedy kufel jest już pusty i Magnus triumfalnie unosi go do
sufitu, wybucha ekstaza. Tak! Udało mu się!
Anders pochyla się w stronę baru i chwyta swój kufel, próbując zagłuszyć
melodię grzmiącą z aparatury stereofonicznej. I'm a man of constant
sorrow... Nie. Jest lekko wstawionym lekarzem medycyny ogólnej, któremu
właśnie ogolono czaszkę. Ostrożnie gładzi się po łepetynie, jest gładka
i chłodna w dotyku. Nie robi mu to specjalnej różnicy, nie było aż tak
wiele do zgolenia, a skoro jego łysa czaszka może stać się elementem
programu rozrywkowego, to dlaczego nie. Przez całe dorosłe życie, tak
naprawdę to od dnia, kiedy pełen poczucia winy wziął ślub ze swoją
pacjentką, mocno przestrzegał zasady profesjonalnego dystansu. Teraz nie
jest już żonaty, w każdym razie nie inaczej niż formalnie, więc może
pieprzyć profesjonalny dystans. Pieprzy też zachowanie trzeźwości. Jeśli
ktoś złamie dziś nogę, może sam mieć do siebie pretensję. Pan doktor nie
zamierza nastawiać ani gipsować. Pan doktor zamierza się upić.
O wpół do trzeciej po południu "Odyn" przekroczył koło podbiegunowe.
Kwadrans później na pokład wkroczył władca Neptun ze swoją królową,
czyli przebrany kotłowy w królewskiej koronie i z trójzębem, wraz z dziewczyną z mesy w srebrnym bikini i z czarnymi sztucznymi rzęsami.
Naukowcy i goście zostali zapędzeni do palarni, której drzwi
zabarykadowano kilkoma zgrzewkami piwa. Następnie członkowie załogi,
poprzebierani za piratów, wyprowadzili ich stamtąd jednego po drugim. Ze
związanymi rękami i śmiechem na ustach prowadzeni byli na pokład po to,
by zanurzono im głowy w korycie z lodowatą wodą, a potem sprowadzono na
dół do siłowni na spotkanie z przebranym sternikiem wyposażonym w ogrodnicze nożyce. Obcinanie włosów! Badaczki siedziały na podłodze,
kwiląc z zamkniętymi oczami, podczas gdy majtek chwytał je za włosy, a sternik ciął nożycami powietrze tuż nad nimi. Może tak samo robili z mężczyznami, może tylko Andersa ogolili naprawdę. I to dlatego powitano
go wiwatowaniem, kiedy wreszcie, nadal ze związanymi z tyłu rękami,
został wprowadzony do baru, żeby wypić szklankę morskiej wody. Patrzcie! Ogolili doktora do
zera!
Teraz wszyscy są już ochrzczeni, impreza w toku, muzyka huczy, badania
zostały na dzień dzisiejszy zakończone, w barze tłok. Kilku najbardziej
doświadczonych polarników zaczęło już tańczyć. Ulrika kręci biodrami
przed młodym chemikiem, jedna z pracownic mesy odrzuciła głowę do tyłu i uśmiecha się do sternika, Sture z zamkniętymi oczami próbuje tańczyć
przytulaniec z referentką z centrali ekspedycji, chociaż melodia nie
nadaje się do takiego tańca.
- Do pełna. Na zdrowie!
- Na zdrowie!
Olle podnosi kufel w stronę Andersa.
- To ciebie ogolili?
- Tak.
- Tamtego też.
Olle wskazuje głową w kierunku dojrzałego mężczyzny z siwym kucykiem.
Anders przymyka oczy, usiłując przypomnieć sobie jego imię. Robert.
Docent chemii analitycznej z uniwersytetu w Uppsali.
- Ach tak - dziwi się Anders. - Odnoszę wrażenie, że ma dość dużo
włosów.
W tej samej chwili Robert podciąga koszulkę i pokazuje swoją pierś
chichoczącej doktorantce Jenny. Doktorantka zanosi się śmiechem z zachwytu. Robert uśmiecha się zadowolony i obraca dookoła, żeby wszyscy
mogli go zobaczyć. Ktoś wygolił kółko w siwych włosach na jego torsie.
Literę O. Jak Odyn.
- Prawdziwy magnes na kobiety - mówi Olle. - Pomimo wieku.
Ironizuje? Czy po prostu piwo uderzyło mu do głowy? Anders wypija łyk i postanawia zmienić temat.
- To twoja pierwsza ekspedycja? Olle potrząsa głową:
- Nie. Trzecia.
- Zawsze to takie szaleństwo?
- Widziałem gorsze. Dużo gorsze. Zobaczymy, jak to się rozwinie do nocy.
Może będzie lepiej.
Anders rozgląda się dookoła. Na sofie w rogu zrobiło się ciasno. Młodzi
naukowcy z równie młodymi członkami załogi siedzą tak gęsto ściśnięci,
że każde poruszenie powoduje ruch w całej grupie. Wydaje się, że im to
nie przeszkadza. Amerykański profesor, który usiadł w fotelu
naprzeciwko, uśmiecha się łagodnie, na oparciu jego fotela siedzi jedyna
kobieta, która jest tu marynarzem. Usiłuje zachowywać równowagę i nie
zbliżać się zanadto do profesora. W drugim fotelu usiadł Martin, a na
jego kolanach Sofia. Smarowacz i dziewczyna z mesy. Najwyraźniej są
oficjalnie parą, Anders zauważył, że dzielą kajutę, może nawet są
małżeństwem. Jeśli tak, to dość młodym, bo żadne z nich nie wydaje się
mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat. W trzeci fotel zapada się właśnie
Magnus, skóra skrzypi pod jego potężnym ciałem, a on stawia na stole
kolejny kufel piwa i wyszczerza zęby w złowrogim grymasie w stronę
Marcusa, który próbuje usiąść na oparciu fotela. Jest rzeczą oczywistą,
że Magnus nie chce mieć tak blisko siebie innego faceta, zwłaszcza
artysty o wąskich ramionach i kręconych włosach. Marcus ucieka wzrokiem
i wstaje, a potem odwraca się plecami do Magnusa i idzie w kierunku
baru. Przy drzwiach stoi oparta o ścianę Susanne. W obu rękach trzyma
kieliszek wina i przeczesuje wzrokiem pokój, w tę i z powrotem, w tę i z powrotem, jakby kogoś szukała. Anders czuje ukłucie irytacji. Typowa
poszukiwaczka problemów.
- Doktorze, prosimy do nas! Teraz tańczymy!
Ulrika łapie go za przegub i uśmiecha się. Przez sekundę Anders ma
ochotę potrząsnąć głową i odmówić, ale potem odstawia kufel na blat baru
i odpowiada jej uśmiechem. Ulrika śmieje się, ma roziskrzone oczy. Do
diabła z profesjonalnym dystansem.
- Nie jestem mistrzem...
- Ale ja jestem - mówi Ulrika. - Wyrówna się.
Na parkiecie jest tłoczno, tak ciasno, że nawet najwyższa klasa tańca
nie jest zauważalna. Ludzie cisną się i pchają, ktoś - czy to ten
Robert? - wbija Ulrice w plecy łokieć tak mocno, że ta traci równowagę.
Anders musi wyciągnąć obie ręce i chwycić ją, żeby nie upadła głową
naprzód. Tak jest dobrze. Jeśli będą trzymać się za ręce, stojąc w miejscu i podrygując, sztywność Andersa nie będzie zauważalna. Eva w ostatnich latach nie chciała z nim tańczyć. - To jak taniec z robotem -
mówiła. Kiedy na przyjęciach, na które wciąż ich zapraszano, zaczynały
się tańce, Anders nie wstawał nawet z kanapy, sięgał po koniak i dalej
rozmawiał. W tym czasie ona przytulała się do tego czy innego. Po
powrocie do domu zawsze miała ochotę na seks. Taniec ją podniecał.
Ulrika nie wygląda na podnieconą. Kiedy muzyka cichnie, odgarnia z czoła
grzywkę, rzuca wściekłe spojrzenie Robertowi i woła:
- No, chyba już dość tej dyskoteki! Dajcie jakieś ładne kawałki dla nas,
dla starych!
Anders unosi brwi. Starych? Ulrika nie ma chyba nawet pięćdziesiątki.
Chociaż może w tym towarzystwie to starość, w każdym razie
wystarczająca, by mieć posłuch. Na chwilę robi się cicho, ktoś grzebie
wśród starych płyt CD, a potem w barze rozlega się tak dobrze
rozpoznawalny pierwszy akord. Anders uśmiecha się i przyciąga do siebie
Ulrikę. She belongs to me. Nieznośny szwedzki szlagier, który przez
osiem tygodni był wśród dziesiątki hitów podczas jego ostatniego roku w Karolinska Institutet.
- Nienawidziłem tej piosenki - mówi, przytulając policzek do włosów
Ulriki. - Naprawdę nienawidziłem.
Ulrika śmieje się i potrząsa lekko głową, ruch sprawia, że włosy
odsuwają się na bok i kiedy Anders znowu się do niej zbliża, ocierają
się policzkami. Czuje dreszcz na plecach.
- A ja ją kochałam.
- Wiem, wszystkie dziewczyny ją kochały.
- Björn Hallgren stanowił odpowiedź na wszystkie nasze modlitwy...
Przynajmniej przez jakiś czas.
Anders sztywnieje i nic nie odpowiada. Ulrika na sekundę odsuwa się,
żeby na niego zerknąć.
- O co chodzi?
- To Björn Hallgren?
- Tak. Śpiewał w Typhoons. Zanim to się stało.
Anders przestał tańczyć, ale nadal ją obejmuje i kołysze się w miejscu
dla zachowania pozorów. A więc to Björn Hallgren napisał tę piosenkę...
Utracony raj Adama i Evy. Jak mógł o tym zapomnieć. Z drugiej strony Eva
nigdy nie chciała słuchać jego płyt, kiedy Anders był w domu.
Denerwowała się, kiedy próbował po nie sięgać. Może słuchała ich, gdy
był w pracy. Coś musiała w końcu robić, kiedy pracował.
Ulrika przytula policzek do jego policzka i robi ostrożny krok,
delikatnie zmusza go, żeby dalej tańczył. Teraz to ona prowadzi.
- Może jednak to nie jest najlepsza piosenka w tej chwili - mówi
stłumionym głosem.
Anders próbuje odpowiedzieć jak najbardziej neutralnym głosem.
- Dlaczego nie?
- Bo jego siostra jest tutaj. I wygląda na zasmuconą.
Obraca się tak, żeby mógł popatrzeć w stronę drzwi. Susanne stoi dalej,
oparta o ścianę, w rękach trzyma kieliszek, teraz ma zamknięte oczy.
- To jego siostra?
- Tak. Chyba przyrodnia, jakoś tak.
- Skąd wiesz?
- Gdzieś o tym czytałam. Podejdziemy do niej?
- Nie - odpowiada Anders, przyciskając mocniej Ulrikę do siebie. -
Lepiej, jeśli damy jej spokój.
- Tak. Myślę, że musiała się już z tym pogodzić - mówi Ulrika. - To było
tak dawno temu...
Właśnie ma jej odpowiedzieć, kiedy czyjś krzyk zagłusza wszystkie inne
głosy i dźwięki.
- On krwawi! O Boże! On krwawi!
To Katrin. Stoi przy barze, trzymając się ręką za gardło. Obok niej stoi
Robert. Jego prawa ręka jest czerwona od krwi. Mimo to nie wypuszcza z niej ucha stłuczonego kufla, bez ruchu wpatruje się w blat baru. Pełno
na nim potłuczonego szkła.
Anders robi przepraszającą minę w stronę Ulriki i kobieta natychmiast
puszcza jego rękę. Nie ma rady. Doktor musi pracować.
W jej kajucie nikogo nie było.
Okno jest uchylone na morze. Pościel na koi tak samo gładka i biała jak
wtedy, gdy wychodziła na przyjęcie. Lustro w ubikacji - wytarte do sucha
i błyszczące. Lekki zapach środków czyszczących łaskocze błony śluzowe w nosie. Przechodzi ją dreszcz, zamyka okno. Przez chwilę stoi w miejscu,
przyglądając się przepływającej obok górze - jakie to dziwne, myśli, że
minęła już euforia pierwszych godzin i oczy, które przez całe życie
czekały na te kolosy, już się do nich przyzwyczaiły. Potem wzrusza
ramionami, zaplata wokół siebie ręce i kilka razy mruga oczami. Próbuje
nadążyć za sobą samą. Dlaczego tu przyszła. Co miała zrobić?
Schować się. Na blacie baru była krew. Schować się. Grali tamtą
piosenkę.
Schować się przed wspomnieniami, które wywołała muzyka. Czuje, jak krążą
teraz w głowie, jak pełzają dookoła, plącząc się ze sobą, jak uśmiechają
się, wiecznie tak samo i szybko poruszają językami.
Opada na koję, skopuje buty, kładzie się. Zamyka oczy. Szuka ciemności.
Jednak pod powiekami nie jest ciemno, tylko czerwono, dziwny
czerwonoszary odcień, który rozpada się na żółte kręgi za każdym
uderzeniem jej serca. Przez chwilę im się przygląda. Próbuje nie
pamiętać.
- To się jeszcze nie wydarzyło - mówi na głos do siebie. - Jeszcze nic
się nie stało.
Pocieszająca myśl. I prawdziwa. Jeśli przeszłość naprawdę w nas trwa,
jeśli nie da się jej wymazać, to dotyczy to wszystkich jej elementów.
Także tych, w których to się jeszcze nie zdarzyło.
Tak jak wnęka okienna przy schodach, która należała tylko do Susanne. Do
nikogo innego.
Tę oczywistość zaakceptowała reszta rodziny. Przecież nikt inny nie może
siedzieć pod łukowym sklepieniem z wyprostowanymi plecami i stopami na
wąskim parapecie okiennym. Są na to za wysocy. Dlatego biegnąc po
schodach, tylko się do niej uśmiechają.
- Cześć, wieżo obserwacyjna - woła Björn, pędząc na dół na swoich
cienkich podeszwach. - Jakiś raport?
- Halo, szpiegujące lustereczko - mówi Inez, kiedy spieszy do łazienki
ze stosem świeżo upranych ręczników w ramionach. - Widzisz coś
ciekawego?
- Jak dobrze, że ktoś potrafi pełnić straż na tym statku w drodze do
wieczności - mówi Birger, który poślizgnął się właśnie na schodach z portfelem w jednej ręce i "Nowościami Landskrony" w drugiej. Susanne nie
odpowiada, tylko podąża za nim wzrokiem, żeby sprawdzić, czy się
potknie. Ależ tak. Dziś też się potyka.
Rzuca mu uśmiech, a potem powoli odwraca głowę i wygląda przez okno. Na
ulicy Svanegatan zapadł już zmrok. Szary jesienny wieczór. Latarnia
uliczna ma aureolę i przed domem jest jeszcze zupełnie pusto. Jeszcze
parę lat zostało do dnia, w którym pojawią się dziewczyny. Jeszcze nic
się nie stało.