1
Było już ciemno. Dobermanka niczego nie dostrzegła, nie usłyszała i nie wywęszyła. Poczuła tylko ostry, przeszywający ból w boku. Zerwała się na cztery łapy, wydając zdziwione warknięcie. Poczłapała parę kroków wzdłuż basenu, raptem ugięły się pod nią łapy i zwaliła się na bok. Przez pół minuty ciałem suki wstrząsały drgawki, po czym zastygła w bezruchu. Trzydzieści metrów dalej odziana na czarno sylwetka ześlizgnęła się po linie ze szczytu wysokiego ogrodowego muru. Przez kilka minut czarna postać czekała przykucnięta i wytężała wzrok. Jedynym źródłem światła był słaby poblask odległych latarni ulicznych. Wreszcie podniosła się i zbliżyła do basenu. Tam zatrzymała się na chwilę nad psem, następnie przesunęła się na tyły pogrążonego w ciemności budynku. Miguel oglądał w telewizji odcinek serialu "I Love Lucy". Zachwycał go hiszpański akcent Desi Arnaza przypominający w przekonaniu Miguela jego własny. Śmiał się właśnie w najlepsze, kiedy do jego uszu doszedł hałas u drzwi. Odwrócił się zaskoczony i śmiech zamarł mu na ustach na widok ubranego na czarno mężczyzny. Zobaczył unoszącą się w jego stronę lufę pękatego pistoletu i usłyszał stłumiony trzask. Poczuł ukłucie w klatce piersiowej. Poderwał się z przerażoną miną chwytając się za pierś. Sylwetka mężczyzny zaczęła mu się rozmazywać przed oczami. Dobiegł go głos, głęboki i wibrujący:
- Bez obawy, nic ci nie będzie. Trochę się tylko prześpisz.
Miguel zgiął się wpół. Zanim zwalił się na dywan, był już pogrążony we śnie.
Kolacja była nudnym, acz nieodzownym obowiązkiem. Nie było mowy, żeby James S. Grainger, wieloletni senator ze stanu Kolorado, mógł się w rozsądny sposób od niej wykręcić. Kiedy gubernator wydawał kolację dla sekretarza stanu ds. obrony, obecność senatora była ze wszech miar oczekiwana. Jak miało to miejsce ostatnimi czasy, również i dzisiaj senator nie wylewał za kołnierz. Kolację poprzedził zbyt wieloma szklaneczkami whisky, a do samego posiłku wychylił zbyt dużo lampek wina. Wiedział jednak, że nikt z tuzina gości zgromadzonych wokół stołu niczego nie pozna. Jedynie Harriot mogłaby go rozszyfrować, ale w końcu przy jej trzydziestopięcioletnim doświadczeniu to nic trudnego. James S. Grainger był człowiekiem inteligentnym i praktycznym. W ciągu całej kolacji niewiele się odzywał, ale żaden z gości nie oczekiwał niczego innego. Jako pierwszy zebrał się do wyjścia, co nikogo nie zaskoczyło. Odprowadzając go do drzwi, gubernator ujął go pod ramię i poprosił: - Rozważ to jeszcze raz, Jim. Naprawdę chciałbym, żebyś objął przewodnictwo komitetu finansowego.
Senator przebiegł wzrokiem pokój: wszystko na swoim miejscu. Momentalnie alkohol wywietrzał mu z głowy, wróciła czujność. Zanim jednak zdążył coś powiedzieć lub wykonać jakikolwiek ruch, nieznajomy przemówił:
- Przepraszam, senatorze, za tę nieproszoną wizytę. Nie mam złych zamiarów. Zajmę panu z dziesięć minut i zaraz znikam.
Senator zerknął na telefon stojący na biurku. Mężczyzna podchwycił spojrzenie i wyjaśnił przepraszającym tonem: - Odłączyłem aparat.
W głosie intruza pobrzmiewał lekki południowy akcent. Głos był głęboki i dobywał się wprost z przepony.
- Do diabła, coś pan za jeden? Miguel pana wpuścił?
- Miguel odpoczywa teraz wygodnie w swoim pokoju. Nie obudzi się wcześniej jak nad ranem.
James S. wiedział, co to strach. Z walk w Korei wyniósł rany i liczne odznaczenia. W pierwszej chwili widok nieznajomego przejął go lękiem, który teraz powoli zaczął mijać. Podchodząc do barku zapytał: - Dlaczego nie umówił się pan normalnie na spotkanie?
- Trzy dni temu zadzwoniłem do pana sekretarki. Na jej pytanie o rodzaj sprawy wyjaśniłem, że rzecz jest natury osobistej. Kazała mi zostawić swój numer. Następnego dnia telefonowałem dwukrotnie powtarzając jej, że sprawa jest osobista i nie cierpiąca zwłoki. Wiem, że rano wylatuje pan do Waszyngtonu.
Senator zatrzymał się przy barku i oparł się łokciem o jego blat. Zgodnie z życzeniem gospodarza mebel był dopasowany do jego wzrostu. Stał teraz twarzą do przybysza.
- Jak się pan nazywa?
- Używam nazwiska Taylor.
Senator pokiwał z namysłem głową. - Tak, chyba sobie przypominam, była jakaś wiadomość od pana. Kłopot w tym, że mam naprawdę bardzo mało czasu.
- Ja również.
W głosie senatora pojawiła się nagle zdecydowana nuta. - Jaki jest powód pańskiej wizyty?
- Rejs numer sto trzy linii Pan Am.
Patrzyli na siebie przez chwilę. Senator był starszy o dziesięć lat. Miał włosy przyprószone siwizną, sylwetkę szczuplejszą i mniej postawną, ale wciąż wysportowaną. Każdego ranka pokonywał siedemdziesiąt długości piętnastometrowego basenu. Bez pośpiechu wszedł za barek i nalewając sobie dużą szkocką, zapytał: - Jak się pan tutaj dostał?
- Muszę przyznać, senatorze, że ma pan bardzo nowoczesny system bezpieczeństwa. Przed wyjściem powiem panu, jak można go jeszcze bardziej usprawnić.
- Co z psem?
- Leży przy basenie. - Podniósł rękę i zapewnił: - Proszę się nie martwić, tylko śpi.
Senator spojrzał na szklaneczkę przybysza: była prawie pusta. - Co pan pije?
Taylor wskazał brodą na półki za plecami senatora. - Poczęstowałem się pańską wyśmienitą Wyborową.
Gospodarz sięgnął po butelkę, nalał porządną porcję alkoholu, po czym zdjął pokrywę z pojemnika na lód i nałożył sobie lodu. Na barku stała mała butelka z wodą sodową. Taylor nalał jej do szklaneczki i podniósł kieliszek. Senator również wzniósł kieliszek i zapytał:
- Co panu wiadomo o rejsie numer sto trzy?
- Leciała nim pańska żona.
- Zatem?
- Na pokładzie były także moja żona i córka.
Na moment zapadła cisza. Senator przerwał ją pierwszy.
- Ile lat miała pańska żona?
- Dwadzieścia dziewięć.
- A córka?
- Cztery.
Z niewiadomych dla samego siebie powodów senator zadał kolejne pytanie: - Jak się nazywały?
- Nadia i Julia.
W pokoju znów zaległa cisza. W końcu senator przemówił zduszonym głosem:
- Moja żona miała na imię Harriot. Przeżyła sześćdziesiąt trzy lata. Byliśmy bezdzietni, nie mogliśmy mieć dzieci. Byliśmy tylko we dwoje...
Gość napełnił ponownie szklaneczki i zaproponował: - Wyjdźmy przed dom. Nad wodą jakoś lepiej mi się myśli.
Senator rozsunął oszklone drzwi. Obeszli basen i zatrzymali się przy psie. Mężczyzna nachylił się, podłożył suce dłoń pod pysk i trzymał tak przez pół minuty. Podniósł się i orzekł:
- Nic jej nie będzie. Obudzi się o świcie, tyle że w dosyć kiepskim nastroju.
- A jak poradził pan sobie z Miguelem?
- W ten sam sposób. W końcu wszyscy jesteśmy zwierzętami.
Ruszyli razem wokół basenu. Nieznajomy zadał następne pytanie: - Co zamierza pan zrobić w związku ze śmiercią Harriot?
Zrobili kolejne dwa okrążenia, zanim senator odezwał się:
- A co pan zrobi w sprawie śmierci Nadii i Julii?
- Zabiję drani, którzy je uśmiercili.
Przeszli dwa okrążenia w całkowitej ciszy. - Wejdźmy do środka - zaproponował senator.
W chwilę potem uśmiechnął się blado. - Mam zamiar zrobić dokładnie to samo. Puściłem już piłkę w ruch.
- W jaki sposób?
Senator był nader akuratnym człowiekiem. Zanim odpowiedział, zerknął na datę na tarczy swojego rolexa. - Przed trzema tygodniami wynająłem pewnego człowieka. To fachowiec...
- Fachowiec od czego?
- Od zabijania. Kilka lat temu upozorował własną śmierć. FBI potwierdza, że został zabity. To naprawdę niezwykły facet, jeden z nielicznych Amerykanów, którzy służyli we francuskiej Legii Cudzoziemskiej.
- Kiedy to było? - zapytał cicho Taylor.
- Nie wiem dokładnie, w każdym razie walczył w szeregach Legii w Algierii.
- W którym batalionie?
- Nie dysponuję szczegółowymi danymi, wiem tylko, że był to batalion spadochroniarzy.
- Ile mu pan zapłacił... Ile wziął zaliczki?
Po krótkiej chwili wahania senator odpowiedział:
- Cały kontrakt opiewa na milion dolarów: dwadzieścia pięć procent od razu do ręki, kolejne dwadzieścia pięć procent po rozpoznaniu celu, i reszta po wykonaniu zadania.
Nastała cisza. Przerwał ją spokojny głos senatora: - Zamierzał pan przedstawić podobną propozycję?
Nocny gość pokręcił przecząco głową. - Niezupełnie. Chcę wykorzystać pańskie powiązania i dostęp do informacji. Po zapoznaniu się z koneksjami i życiorysami wszystkich pasażerów feralnego samolotu stwierdziłem, że u pana znajdę to, czego mi trzeba: to znaczy pieniądze i władzę dającą dostęp do informacji za pośrednictwem CIA i FBI. Dysponuję sporym majątkiem, ale niewystarczająco dużym. Tego rodzaju operacja pochłonie jakieś pół miliona dolarów. Ja wyłożę połowę, pan drugą.
- Chyba się pan nieco spóźnił ze swoją propozycją.
Rozmówca senatora pokręcił głową. - Bynajmniej.
- Co ma pan na myśli?
Przybysz wzruszył ramionami i odparł: - Prawdą jest, że mężczyzna, którego pan scharakteryzował, służył w batalionie spadochroniarzy w Legii Cudzoziemskiej, a kiedy wyrzucono go po rewolcie generałów, został najemnikiem. Prawdą jest także, że brał udział w wojnach przez pana wspomnianych, oraz w innych. Zgadza się również i to, że przed pięciu laty upozorował własną śmierć.
- Zatem?
- Chcę powiedzieć, że człowiek, o którym mowa, nie jest tym samym, z którym pan rozmawiał, i któremu dał pan trzy tygodnie temu ćwierć miliona dolarów. Oszukano pana, senatorze.
Senator poczuł, jak wzbiera w nim gniew. - Co pan plecie, do diaska?
- Opisany przez pana człowiek siedzi na wprost pana po drugiej stronie barku, popijając pańską wyśmienitą wódkę. Byłem jedynym Amerykaninem, który w czasie wojny w Algierii służył w batalionie spadochroniarzy w Legii Cudzoziemskiej.
Zaskoczony senator rozdziawił usta, ukazując złote plomby w tylnych zębach. - Jakie jest pana prawdziwe nazwisko? - wydusił z siebie wreszcie.
- Creasy.
Senator zacisnął szczęki.
- Oczywiście może to pan udowodnić?
- Oszust zjawił się u pana osobiście; można założyć, że miał mniej kłopotów z obejściem pańskiej sekretarki niż ja. Proszę mi go opisać.
- Był mniej więcej w pańskim wieku, o dosyć długich, choć schludnie utrzymanych włosach siwiejących na skroniach. Miał wąsy, bliznę na czole, i szczupłą, mocno opaloną twarz. Mierzył ponad metr osiemdziesiąt i ubrany był w elegancki garnitur wyglądający na robotę dobrego krawca.
- Z jakim mówił akcentem?
- Typowym dla Środkowego Zachodu, chociaż niezbyt wyraźnym. Coś jak pan, jak ktoś, kto wiele czasu spędził poza Ameryką.
Na twarzy mężczyzny pojawił się krzywy uśmiech. - Człowiek, który był u pana, senatorze, to Joe Rawlings, zwykły oszust. Kiedy otrzymał od pana pieniądze, to powiedział, dokąd zamierza się udać?
Senator patrzył na niego ponuro.
- Do Brukseli - odpowiedział. - Miał się tam spotkać z paroma osobami i wybrać odpowiednich współpracowników. Według niego Bruksela była do tego celu stosownym miejscem.
- Odezwał się do pana od tamtego czasu?
- Nie, mówił, że zadzwoni za miesiąc. - Sprawdził datę na swoim zegarku. - Czyli od dzisiaj za tydzień.
- Zostawił jakiś adres?
Senator odparł z pochmurną miną: - Podał adres na poste restante w Brukseli i kolejny we Francji, dokładnie biorąc w Cannes.
- Został pan nabity w butelkę, senatorze. Mechanizm oszustwa jest prosty. Za tydzień Rawlings zadzwoni do pana z informacją, że przesyła panu tymczasowe sprawozdanie. Kiedy pismo do pana dotrze, okaże się, że zawiera spis wydatków, które, proszę mi wierzyć, będą całkiem niemałe, plus nazwiska wynajętych przez niego najemników, a także wykaz kosztownego sprzętu, jaki dotychczas nabył, wraz z odpowiednimi rachunkami. Kiedy zamachowcy odpowiedzialni za katastrofę samolotu zostaną ustaleni, pan zawiadomi go za pośrednictwem obu adresów na poste restante. W tym momencie cwaniak poprosi pana o kolejną ratę. W ciągu kilku dni otrzyma pan namacalny dowód na to, że mam rację.
Dodał, wskazując pustą szklaneczkę: - Na szkle zostały moje odciski palców - proszę ukryć je w swoim sejfie. Gdy za kilka dni znajdą się w pana posiadaniu odciski palców Joe Rawlingsa, niech pan każe sprawdzić jedne i drugie swoim przyjaciołom z FBI. W jakiś czas później dotrze do pana mój list. Proszę oderwać niezapisany prawy róg w dole kartki i przesłać go znajomym z FBI. Skrawek zawierać będzie odcisk mojego kciuka. W ten sam sposób będzie pan sprawdzać wiarygodność wszystkich otrzymywanych ode mnie listów. Natomiast każdą rozmowę telefoniczną będę zaczynał od podania hasła "Lockerbie" i daty sprzed dziesięciu dni.
Rozprostował plecy z wyrazem zmęczenia na twarzy. Nie mniejsze znużenie malowało się na obliczu senatora. Po chwili senator wyprostował się i wycedził przez zęby: - Dostaniemy tych drani w swoje ręce. - Nagle przez głowę przeleciała mu pewna myśl. - Będzie pan działał w pojedynkę czy wynajmie którychś ze swoich dawnych kompanów?
Creasy odpowiedział mu przeczącym ruchem głowy. - Nie, sprawa ma wymiar osobisty. Wprowadzę jednak dodatkowy element, który może okazać mi się niezbędny: dodam młodość. Potrzebny mi będzie młodzieniec, którego mógłbym ukształtować na własną modłę. Postaram się odtworzyć w nim jakąś część samego siebie z przeszłości i tym samym związać go ze sobą. Będzie to stanowiło pewnego rodzaju zabezpieczenie. Nie wiemy przecież, ile czasu upłynie, zanim zamachowcy zostaną wykryci. Mogą to być miesiące, a nawet całe lata.
Senator Grainger uśmiechnął się i zauważył, wzruszywszy ramionami: - Chciałbym być w pana wieku i mieć pańskie doświadczenie. Bez namysłu dołączyłbym do pana. Dobry Boże, niczego bardziej nie pragnę.
- Od tej chwili stanowimy jedną drużynę - podkreślił Creasy. - Nie będzie już pan odczuwał dokuczliwej samotności, i to samo odnosi się do mnie. Od dzisiaj mam przyjaciela, z którym mogę dzielić swój ból.
Wyciągnął ręce i położył je na krótką chwilę na ramionach Graingera. - Spróbuję odzyskać część pańskich pieniędzy, jeśli jeszcze coś z nich zostało. Teraz na mnie już czas. Rzucę tylko okiem na system bezpieczeństwa i podłączę telefon.