Lochy Watykanu - André Gide

Kup ebooka

44.90 zł
38.61 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Co się mnie ty­czy, zro­bi­łem wy­bór. Roz­strzy­gną­łem na rzecz ate­izmu spo­łecz­nego. Da­łem wy­raz temu ate­izmowi w sze­regu dzieł, od pięt­na­stu lat...

Geo­r­ges Pa­lante

Kro­nika fi­lo­zo­ficzna "Mer­cure de France" (gru­dzień 1912)

I

W roku 1890, za pon­ty­fi­katu Le­ona XIII, sława dok­tora X, spe­cja­li­sty cho­rób o cha­rak­te­rze reu­ma­tycz­nym, ścią­gnęła do Rzymu An­tyma Ar­mand-Du­bois, wol­no­mu­la­rza.

- No i cóż! - wy­krzyk­nął Ju­lius de Ba­ra­glioul, jego szwa­gier - je­dziesz ciało swoje le­czyć w Rzy­mie! Obyś mógł tam po­znać, o ile du­sza twoja bar­dziej jesz­cze jest chora!

Na co Ar­mand-Du­bois od­po­wia­dał to­nem jo­wial­nego współ­czu­cia:

- Mój do­bry szwa­grze, po­patrz na moje ra­miona.

Godny Ba­ra­glioul mimo woli pod­no­sił wzrok na ra­miona szwa­gra; trzę­sły się, jak gdyby po­ru­szane głę­bo­kim nie­po­ha­mo­wa­nym śmie­chem, i do­prawdy li­tość brała pa­trzeć na to roz­le­głe, na wpół bez­władne ciało, ob­ra­ca­jące na tę pa­ro­dię resztkę swo­ich mię­śnio­wych moż­li­wo­ści. Trudno, sta­no­wi­ska obu tych lu­dzi były ja­sno okre­ślone, wy­mowa pana Ba­ra­glioul nie mo­gła tu nic zmie­nić. Może czas? Może ta­jemny głos świę­tego miej­sca?... Z wy­ra­zem szcze­rego smutku Ju­lius rzekł:

- An­ty­mie, ro­bisz mi wielką przy­krość (ra­miona na­tych­miast prze­stały tań­czyć, bo An­tym bar­dzo lu­bił szwa­gra). Dałby Bóg, za trzy lata, w do­bie ju­bi­le­uszu, kiedy przy­jadę cię od­wie­dzić, abym mógł oglą­dać twoją skru­chę!

To pewne, iż pani We­ro­nika to­wa­rzy­szyła mę­żowi w zgoła od­mien­nym sta­nie du­cha. Ten długi po­byt w Rzy­mie od­po­wia­dał naj­droż­szym pra­gnie­niom osoby po­boż­nej w tym sa­mym stop­niu co sio­stra jej Mał­go­rzata i szwa­gier Ju­lius. Bę­dąc bez­dzietną, wy­peł­niała po­boż­nymi prak­ty­kami swoje jed­no­stajne, za­wie­dzione ży­cie i mi­ło­ścią ide­ału za­stę­po­wała mi­łość, któ­rej nie­stety, nie żą­dało od niej dziecko. Ale nie miała już wiel­kiej na­dziei do­pro­wa­dze­nia swego An­tyma do Boga. Wie­działa od dawna, do ja­kiego uporu zdolne jest to sze­ro­kie czoło prze­cięte jak gdyby bruzdą buntu. Ksiądz Flons uprze­dził ją.

- Naj­gor­sze po­sta­no­wie­nia - mó­wił - są zwy­kle naj­trwal­sze. Może pani li­czyć chyba tylko na cud.

Prze­sta­wała na­wet tym się smu­cić. Od pierw­szych dni po­bytu w Rzy­mie każde z mał­żon­ków ure­gu­lo­wało swój za­mknięty tryb ży­cia: We­ro­nika - za­ję­cia go­spo­dar­skie i de­wo­cję, An­tym - ba­da­nia na­ukowe.

Żyli tak obok sie­bie, jedno koło dru­giego, obcy so­bie na­wza­jem. Dzięki temu pa­no­wała mię­dzy nimi zgoda; żyli nie­mal szczę­śliwi, przy czym każde z dwojga znaj­do­wało dys­kretne za­sto­so­wa­nie swo­ich cnót w zno­sze­niu dru­giej po­łowy.

Miesz­ka­nie, które na­jęli przez po­śred­nika, miało, jak więk­szość miesz­kań wło­skich, obok nie­prze­wi­dzia­nych za­let znaczne nie­wy­gody. Zaj­mo­wali całe pierw­sze pię­tro pa­łacu For­getti przy via in Lu­cina; był tam dość piękny ta­ras, gdzie We­ro­nika wy­trwale ho­do­wała aspi­di­strie, tak li­cho uda­jące się w miesz­ka­niach pa­ry­skich; aby się do­stać na ta­ras, mu­siała prze­cho­dzić przez oran­że­rię, z któ­rej An­tym uczy­nił na­tych­miast swoje la­bo­ra­to­rium: uło­żono się, że po­zwoli żo­nie prze­cho­dzić tam­tędy w ozna­czo­nych go­dzi­nach.

Po ci­chu We­ro­nika otwie­rała drzwi, po­tem wsu­wała się chył­kiem, z oczyma wbi­tymi w zie­mię, tak jak prze­cho­dzi bra­ci­szek za­konny koło spro­śnych graf­fiti; wo­lała bo­wiem nie pa­trzeć na ol­brzymi grzbiet An­tyma, przy­gięty nad ja­kąś nie­go­dziwą ope­ra­cją, ki­piący w głębi po­koju z fo­tela, o który oparta była kula. An­tym zno­wuż uda­wał, że nie sły­szy żony. Ale skoro tylko prze­szła z po­wro­tem, pod­no­sił się ciężko z krze­sła, wlókł się do drzwi i nie­chętny, z za­ci­śnię­tymi ustami, sta­now­czym ru­chem wska­zu­ją­cego palca, trach! za­su­wał ry­giel.

Była to pora, w któ­rej nie­ba­wem dru­gimi drzwiami do­stawca jego Beppo zja­wiał się po zle­ce­nia.

Tego dwu­na­sto- albo trzy­na­sto­let­niego urwisa w łach­ma­nach, bez ro­dzi­ców, bez domu, An­tym za­uwa­żył wkrótce po swoim przy­by­ciu do Rzymu. Przed ho­te­lem przy via di Bocca di Le­one, gdzie pań­stwo Ar­mand-Du­bois sta­nęli zrazu, Beppo sta­rał się ścią­gnąć uwagę prze­chod­niów za po­mocą świersz­cza scho­wa­nego pod garstką trawy w trzci­no­wej wię­ciorce. An­tym dał sześć su za owada, po czym swoją ku­lawą włosz­czy­zną wy­tłu­ma­czył dzie­cia­kowi, że w miesz­ka­niu, do któ­rego się wpro­wa­dza na­za­jutrz przy via in Lu­cina, bę­dzie nie­ba­wem po­trze­bo­wał kilka szczu­rów. Wszystko co pełza, cho­dzi lub lata, słu­żyło mu do do­świad­czeń. Pra­co­wał na ży­wym ma­te­riale.

Beppo, uro­dzony strę­czy­ciel, do­star­czyłby bo­daj orła albo wil­czycę z Ka­pi­tolu. Lu­bił to rze­mio­sło, sprzy­ja­jące jego upodo­ba­niu do włó­częgi. An­tym ofia­ro­wał mu dzie­sięć su dzien­nie; chło­piec po­ma­gał też sprzą­tać. We­ro­nika pa­trzyła nań zrazu nie­chęt­nie; ale od chwili, w któ­rej uj­rzała, że się że­gna, prze­cho­dząc koło Ma­donny na rogu domu, wy­ba­czyła mu jego łach­many i po­zwo­liła mu no­sić do kuchni wodę, wę­giel i drzewo; no­sił na­wet ko­szyk, kiedy to­wa­rzy­szył We­ro­nice na targ, we wtorki lub w piątki, dnie, w któ­rych Ka­ro­lina, ku­charka przy­wie­ziona z Pa­ryża, była bar­dziej za­jęta.

Beppo nie lu­bił We­ro­niki, ale roz­ko­chał się w uczo­nym, który z cza­sem, za­miast scho­dzić z tru­dem na po­dwó­rze po swoją por­cję ofiar, po­zwo­lił dzie­cia­kowi za­cho­dzić do la­bo­ra­to­rium. Był tam do­stęp wprost przez ta­ras, po­łą­czony ukry­tymi schod­kami z dzie­dziń­cem. Po­grą­żone w zgryź­li­wej sa­mot­no­ści serce An­tyma biło tro­chę, ile­kroć usły­szał lekki tu­pot bo­sych nó­żąt na pod­ło­dze. Ale nie oka­zy­wał nic; nic go nie od­ry­wało od pracy.

Dzie­ciak nie pu­kał do oszklo­nych drzwi, ale skro­bał; kiedy zaś An­tym, zgięty przy stole, nie da­wał żad­nego znaku, zbli­żał się o cztery kroki i rzu­cał swoim świe­żym gło­sem: "Per­messo?"[1], które na­peł­niało po­kój błę­ki­tem. Z głosu można by rzec - anioł, a to był po­moc­nik kata. Ja­kąż nową ofiarę przy­no­sił w worku, który kładł na stole udrę­czeń? Czę­sto An­tym, zbyt po­chło­nięty pracą, nie od razu otwie­rał wo­rek; obej­mo­wał go by­strym wzro­kiem; z chwilą gdy płótno drżało, to był do­bry znak; szczur, mysz, wró­bel, żaba, wszystko było do­bre dla tego Mo­lo­cha. Cza­sami Beppo nie przy­no­sił nic, ale wcho­dził i tak; wie­dział, że pan Ar­mand-Du­bois ocze­kuje go choćby z próż­nymi rę­kami. I pod­czas gdy mil­czące dziecko po­chy­lało się obok uczo­nego nad ja­kimś ohyd­nym do­świad­cze­niem, nie rę­czył­bym, czy uczony nie do­zna­wał sa­tys­fak­cji sa­mo­zwań­czego bożka, czu­jąc zdu­mione oczy malca spo­glą­da­jące to ze zgrozą na zwie­rzę, to z po­dzi­wem na niego sa­mego.

W ocze­ki­wa­niu, aż się weź­mie do czło­wieka, An­tym Ar­mand-Du­bois si­lił się po pro­stu spro­wa­dzić do "tro­pi­zmów" wszel­kie ob­jawy ży­cia u zwie­rząt, które ob­ser­wo­wał. Tro­pi­zmy! Za­le­d­wie pusz­czono w obieg to słowo, nie chciano już znać ni­czego in­nego, cała szkoła psy­cho­lo­gów uzna­wała już tylko tro­pi­zmy. Tro­pi­zmy! Co za na­głe świa­tło biło z tych zgło­sek! Oczy­wi­ście, or­ga­nizm ulega tym sa­mym po­bu­dze­niom co he­lio­trop, kiedy ta bez­wolna ro­ślina ob­raca kwiat ku słońcu (co z ła­two­ścią da się spro­wa­dzić do paru pro­stych praw fi­zyki i ter­mo­che­mii). Na­resz­cie ko­smos sta­wał się pe­łen po­cie­sza­ją­cej pro­stoty! W naj­bar­dziej zdu­mie­wa­ją­cych od­ru­chach ży­wej istoty można po pro­stu uj­rzeć do­sko­nałe po­słu­szeń­stwo wo­bec od­czyn­nika.

Aby dojść do celu, aby wy­do­być z po­ko­na­nego zwie­rzę­cia wy­zna­nie jego pro­stoty, An­tym Ar­mand-Du­bois wy­my­ślił skom­pli­ko­wany sys­tem skrzy­nek z ko­ry­ta­rzy­kami, z pu­łap­kami, z la­bi­ryn­tami, z prze­gród­kami, z któ­rych jedne za­wie­rały żyw­ność, dru­gie nic albo ja­kiś pro­szek po­wo­du­jący ki­cha­nie; z drzwicz­kami roz­ma­itego kształtu lub ko­loru: dia­bo­liczne apa­raty, które nie­ba­wem zy­skały sza­lony suk­ces w Niem­czech i które pod na­zwą Ve­xier­ka­sten[2] po­zwo­liły no­wej szkole psy­cho­fi­zjo­lo­gicz­nej uczy­nić je­den krok wię­cej w nie­do­wiar­stwie. I, aby dzia­łać roz­ma­icie na ten czy ów zmysł zwie­rzę­cia, na tę lub ową par­tię mó­zgu, ośle­piał jedne, ogłu­szał dru­gie, ka­stro­wał je, otłusz­czał, wy­móż­dżał, oga­ła­cał z tego lub owego na­rządu, o któ­rym przy­się­gli­by­ście, że jest nie­zbędny, a bez któ­rego zwie­rzę, ku zbu­do­wa­niu An­tyma, ob­cho­dziło się.

Jego re­fe­rat o "re­flek­sach wa­run­ko­wych" zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wał uni­wer­sy­tet w Up­psali: wsz­częły się za­wzięte dys­ku­sje, w któ­rych wzięła udział elita za­gra­nicz­nych uczo­nych. Tym­cza­sem w my­śli An­tyma kłę­biły się nowe za­gad­nie­nia; po­zwa­la­jąc tedy spie­rać się ko­le­gom, pro­wa­dził swoje ba­da­nia w in­nych kie­run­kach, za­mie­rza­jąc przy­przeć do muru Boga w jego naj­bar­dziej se­kret­nych kry­jów­kach.

Nie wy­star­czyło mu przy­jąć grosso modo[3] to, że każda czyn­ność po­wo­duje zu­ży­cie, ani to, że zwie­rzę wy­dat­kuje się przez samo funk­cjo­no­wa­nie mię­śni albo zmy­słów. Po każ­dym wy­datku py­tał: "Ile?". I kiedy wy­cień­czony pa­cjent sta­rał się od­zy­skać siły, An­tym, za­miast go ży­wić, wa­żył go. Wpro­wa­dze­nie no­wych skład­ni­ków za­nadto by skom­pli­ko­wało na­stę­pu­jące do­świad­cze­nie: sześć głod­nych i skrę­po­wa­nych szczu­rów szło co dzień na wagę: dwa ślepe, dwa jed­no­okie, dwa wi­dzące, któ­rych wzrok nu­żył bez­u­stan­nie me­cha­nicz­nym młyn­kiem. Po pię­ciu dniach po­stu jaki był sto­su­nek ewen­tu­al­nej utraty na wa­dze? Co­dzien­nie po po­łu­dniu Ar­mand-Du­bois na ma­łych spe­cjal­nych ta­bel­kach przy­da­wał nowe try­um­falne cy­fry.

II

Ju­bi­le­usz zbli­żał się. Ar­mand-Du­bois z żoną ocze­ki­wał lada dzień pań­stwa Ba­ra­glioul. Kiedy pew­nego rana przy­szła de­pe­sza oznaj­mia­jąca ich przy­by­cie wie­czo­rem, An­tym wy­szedł, aby ku­pić so­bie kra­wat.

An­tym wy­cho­dził nie­wiele; moż­li­wie naj­mniej, al­bo­wiem po­ru­szał się z tru­dem. We­ro­nika chęt­nie za­ła­twiała mu spra­wunki albo spro­wa­dzała mu rę­ko­dziel­ni­ków, któ­rzy przyj­mo­wali za­mó­wie­nie. An­tym nie trosz­czył się już o modę, ale mimo ca­łej skrom­no­ści kra­wata, któ­rego pra­gnął (pro­sty wę­zeł z czar­nej po­pe­liny), chciał go so­bie sam wy­brać. Brą­zowy atła­sowy pla­stron, który ku­pił na drogę i który no­sił w pierw­szych dniach w ho­telu, wy­my­kał się z ka­mi­zelki, którą An­tym no­sił bar­dzo otwartą; na­stępca jego, kre­mowy fu­lar, spięty szpilką ze starą, wielką, nie­drogą ka­meą, wy­dałby się pani de Ba­ra­glioul bar­dzo ne­gli­żowy. Źle zro­bił, że po­rzu­cił czarne mo­tylki, już uszyte, ja­kie no­sił za­zwy­czaj w Pa­ryżu, a zwłasz­cza że nie za­cho­wał jed­nego na wzór. Ja­kie mo­dele mu za­pro­po­nują? Nie zde­cy­duje się, do­póki nie zwie­dzi kilka ma­ga­zy­nów na Corso i na via dei Con­dotti. Fon­ta­zie były za fan­ta­zyjne dla czło­wieka pięć­dzie­się­cio­let­niego; sta­now­czo naj­od­po­wied­niej­szy był go­towy, zu­peł­nie gładki, z czar­nej ma­to­wej ma­te­rii.

Śnia­da­nie miało być o pierw­szej. An­tym wró­cił koło po­łu­dnia ze swoim spra­wun­kiem, wła­śnie na czas, aby zwa­żyć zwie­rzęta.

An­tym nie był stroj­ni­siem, och, nie; mimo to uczuł po­trzebę przy­mie­rze­nia kra­wata, za­nim się weź­mie do pracy. Le­żał tam uło­mek lu­stra, który słu­żył mu nie­gdyś do wy­wo­ły­wa­nia tro­pi­zmów: oparł go o ja­kąś klatkę i na­chy­lił się ku wła­snemu od­bi­ciu.

An­tym no­sił "na jeża" włosy jesz­cze gę­ste, nie­gdyś rude, dziś wpa­da­jące w ów nie­pewny sza­ro­żółty ton, jaki przy­biera stare po­zła­cane sre­bro; krza­cza­ste brwi ster­czały nad oczami sza­rymi i zim­nymi jak niebo zi­mowe; wy­soko ucięte, krót­kie bo­ko­brody za­cho­wały ten sam płowy od­cień co na­stro­szone wąsy. Prze­cią­gnął dło­nią po pła­skich po­licz­kach i po sze­ro­kim kwa­dra­to­wym pod­bródku.

- Tak, tak - mruk­nął - ogolę się póź­niej.

Wy­jął z ko­perty kra­wat, po­ło­żył go przed sobą, wy­jął szpilkę z ka­meą, zdjął fu­lar. Po­tężny jego kark tkwił w nie­zbyt wy­so­kim i głę­boko wy­cię­tym z przodu koł­nie­rzyku z za­gię­tymi ro­gami. Tu­taj, mimo in­ten­cji no­to­wa­nia je­dy­nie rze­czy za­sad­ni­czych, nie mogę po­mi­nąć mil­cze­niem guza An­tyma Ar­mand-Du­bois. Do­póki bo­wiem nie na­uczę się bie­glej roz­róż­niać rze­czy przy­pad­ko­wych od nie­odzow­nych, cze­góż mogę żą­dać od swego pióra, je­śli nie ści­sło­ści i do­kład­no­ści? Któż w isto­cie mógłby twier­dzić, że ten guz nie od­gry­wał żad­nej roli, że nic nie wa­żył w de­cy­zjach tego, co An­tym na­zy­wał swoją wolną my­ślą? Chęt­niej już prze­cho­dził do po­rządku nad swoim ischia­sem; ale tej szy­kany nie mógł da­ro­wać Panu Bogu.

Przy­szło mu to nie wia­domo skąd, nie­długo po oże­nie­niu się; naj­pierw zja­wił się na po­łu­dniowy wschód od le­wego ucha, gdzie skóra za­czyna po­ra­stać wło­sem, nie­znaczny gro­szek; przez długi czas mógł ukryć tę wy­bu­ja­łość pod pu­klem wło­sów, które scze­sy­wał na to miej­sce; na­wet We­ro­nika nie za­uwa­żyła nic. Aż raz, pod­czas ja­kiejś czul­szej nocy, na­tra­fiła ręką na gu­zek.

- O, co ty tu masz? - wy­krzyk­nęła.

I jak gdyby zde­ma­sko­wana na­rośl nie po­trze­bo­wała się już ukry­wać, do­szła w nie­wiele mie­sięcy do wiel­ko­ści jaja ku­ro­pa­twy, po­tem per­liczki, po­tem kury i za­trzy­mała się na tym, pod­czas gdy prze­rze­dzone włosy roz­dzie­lały się w tym miej­scu, ob­na­ża­jąc ją. W czter­dzie­stym szó­stym roku ży­cia An­tym Ar­mand-Du­bois nie my­ślał już o tym, aby się po­do­bać; ostrzygł krótko włosy i za­czął no­sić owe koł­nie­rzyki, któ­rych spe­cjalny krój rów­no­cze­śnie ukry­wał guz i od­sła­niał go. Ale do­syć już o gu­zie An­tyma.

Wło­żył kra­wat na szyję. W środku kra­wata po­przez me­ta­lową kla­merkę miała przejść wstążka, którą zno­wuż miał przy­trzy­mać za­trzask. Sprytny ten przy­rzą­dzik cze­kał tylko na przej­ście wstążki, aby się od­pruć od kra­wata, który spadł na stół ope­ra­cyjny. Trzeba było się uciec do We­ro­niki; nad­bie­gła na we­zwa­nie.

- Masz, przy­szyj mi to - rzekł An­tym.

- Ma­szy­nowa ro­bota; nic nie­warte - szep­nęła.

- W isto­cie, nic się nie trzyma.

We­ro­nika miała za­wsze wpięte w sta­nik, po­ni­żej le­wej piersi, dwie na­wle­czone igły, jedną białą, drugą czarną nitką. W po­bliżu oszklo­nych drzwi, na­wet nie sia­da­jąc, za­częła na­pra­wiać. An­tym pa­trzył na nią. Była to dość za­żywna ko­bieta, o wy­ra­zi­stych ry­sach; uparta jak on, ale ra­czej życz­liwa i prze­waż­nie uśmiech­nięta, tak iż odro­bina wą­sów nie czy­niła jej twa­rzy zbyt su­rową.

"Ma swoje za­lety - my­ślał An­tym, pa­trząc, jak żona prze­ciąga nitkę. - Mo­głem był się oże­nić z fi­kal­ską, która by mnie zdra­dzała, z lek­ko­myśl­nicą, która by mnie pu­ściła kan­tem, z pa­plą, która by mi ko­tło­wała głowę, z gę­sią, która by mnie wy­pro­wa­dzała z cier­pli­wo­ści, z zrzędą jak moja szwa­gierka..."

I kiedy We­ro­nika skoń­czyw­szy ro­botę miała odejść, rzekł do niej mniej szorstko niż zwy­kle:

- Dzię­kuję.

Wło­żyw­szy kra­wat, An­tym od­dał się cał­ko­wi­cie swo­jej wa­dze. Nie roz­le­gał się już ża­den głos, ani z ze­wnątrz, ani w jego sercu. Zwa­żył już szczury ślepe. Co to zna­czy? Szczury jed­no­okie trzy­mają się w miej­scu. Waży szczury zdrowe.

Na­raz pod­ska­kuje tak gwał­tow­nie, że kula sta­cza się na zie­mię. Osłu­piał. Szczury zdrowe... waży je na nowo; ale nie, nie­po­dobna się my­lić: szczury zdrowe od wczo­raj przy­brały na wa­dze. Na­gły błysk prze­szywa mózg An­tyma.

- We­ro­niko!

Z wiel­kim wy­sił­kiem, pod­nió­sł­szy kulę, rzuca się ku drzwiom.

- We­ro­niko!

Nad­bie­gła znowu, go­towa do usług. Wów­czas on, sto­jąc w progu, uro­czy­ście:

- Kto ty­kał moje szczury?

Żad­nej od­po­wie­dzi. Po­wta­rza wolno, ak­cen­tu­jąc każde słowo, jak gdyby We­ro­nika prze­stała do­brze ro­zu­mieć po fran­cu­sku:

- Pod­czas gdy mnie nie było, ktoś dał im jeść. Czy to ty?

Wów­czas ona, od­zy­sku­jąc nieco śmia­ło­ści, zwraca się ku niemu pra­wie za­czepna.

- Gło­dzi­łeś na śmierć te biedne zwie­rzęta. Nie po­psu­łam two­jego do­świad­cze­nia; tylko tro­chę im...

Chwy­cił żonę za rę­kaw i uty­ka­jąc, po­cią­gnął ją do stołu, po czym, wska­zu­jąc na ta­bele z ob­ser­wa­cjami, rzekł:

- Wi­dzisz te kartki, gdzie od dwóch ty­go­dni no­tuję swoje ob­ser­wa­cje na tych zwie­rzę­tach: na te wła­śnie kartki czeka mój ko­lega Po­tier, aby je od­czy­tać w Aka­de­mii na po­sie­dze­niu sie­dem­na­stego maja. Dziś, pięt­na­stego kwiet­nia, co mam do­pi­sać do tych cyfr? Co mam do­pi­sać?

A kiedy ona mil­czy, on kwa­dra­to­wym koń­cem palca, niby szty­le­tem, ude­rza w białą kartę.

- Tego dnia - cią­gnie - pani Ar­mand-Du­bois, mał­żonka ba­da­cza, słu­cha­jąc je­dy­nie swego tkli­wego serca, po­peł­nia... co chcesz, że­bym na­pi­sał? nie­zręcz­ność? lek­ko­myśl­ność? głup­stwo?

- Na­pisz ra­czej: uli­to­wała się nad bied­nymi zwie­rzę­tami, nad ofia­rami nie­do­rzecz­nej cie­ka­wo­ści.

An­tym pro­stuje się, bar­dzo godny.

- Je­żeli pani bie­rze to w ten spo­sób, ro­zu­mie pani, iż od­tąd zmu­szony je­stem pro­sić, abyś cho­dziła do swo­ich plan­ta­cji przez kuch­nię.

- Czy są­dzisz, że ja kie­dy­kol­wiek wcho­dzę do two­jej nory dla przy­jem­no­ści?

- Oszczędź so­bie na przy­szłość trudu wcho­dze­nia tu­taj.

Na­stęp­nie, pod­kre­śla­jąc te słowa ge­stem, chwyta karty z za­pi­skami i drze je na drobne ka­wałki.

"Od dwóch ty­go­dni" - po­wie­dział; w rze­czy­wi­sto­ści szczury po­ściły do­piero od czte­rech dni. I iry­ta­cja jego wy­czer­pała się za­pewne w tej prze­sa­dzie, bo do śnia­da­nia zdo­łał za­siąść z po­god­nym czo­łem; po­su­nął na­wet fi­lo­zo­fię tak da­leko, że wy­cią­gnął do żony po­jed­naw­czą pra­wicę. Bo bar­dziej jesz­cze od We­ro­niki nie chciałby dać owemu tak do­brze my­ślą­cemu mał­żeń­stwu Ba­ra­glioul ob­razu nie­zgody, któ­rej winę prze­rzu­ci­liby z pew­no­ścią na prze­ko­na­nia An­tyma.

Około pią­tej We­ro­nika zmie­nia do­mową bluzkę na czarny su­kienny ża­kiet i je­dzie na spo­tka­nie Ju­liusa i Mał­go­rzaty, któ­rzy mają za­je­chać na dwo­rzec Rzym­ski o szó­stej. An­tym idzie się ogo­lić; zde­cy­do­wał się za­stą­pić swój fu­lar go­to­wym kra­wa­tem, to chyba wy­star­czy; nie lubi ety­kiety i nie chcę się wo­bec szwa­gierki za­przeć swo­jej al­pa­ko­wej ma­ry­narki, bia­łej ka­mi­zelki w nie­bie­skie kwiatki, dre­li­cho­wych spodni i wy­god­nych czar­nych skó­rza­nych pan­to­fli bez ob­ca­sów, które nosi na­wet na ulicy i które uspra­wie­dli­wia jego cho­roba.

Zbiera po­darte kartki, składa ka­wałki i prze­pi­suje sta­ran­nie cy­fry, ocze­ku­jąc Ba­ra­glio­ulów.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki