1 Wyjątek stanowi dziennik Williama Remsburga Grove'a, którego fragmenty ukazały się w kwartalniku "Karta" 92, 2017.
2 Zob. np. Michał Łuczewski, Odwieczny naród. Polak i katolik w Żmiącej, Toruń 2012, s. 644.
3 Andrzej Chwalba, Rok 1919. Pierwszy rok wolności, Wołowiec 2019, s. 365.
4 Zob. Dariusz Jeziorny, Misja pułkownika Harry'ego Wade'a do Polski a wybuch Powstania Wielkopolskiego, "Przegląd Zachodni" nr 2/2016, s. 43-56.
5 Zob. Mieczysław B. Biskupski, The United States and the Recreation of the Interwar Polish Economy, 1919-20, "The Slavonic and East European Review", t. 94, nr 1, 2016, s. 93-125.
6 Zob. Marcin Urynowicz, Raport Henry'ego Morgenthau. Przemoc antyżydowska podczas wojny z Rosją bolszewicką, "Biuletyn IPN" nr 11/2010.
7 Mr. Morgenthau's Report, "New York Times" z 21 stycznia 1920 (tłum. A.T.).
8 O relacjach między "brygadami Marriotta" a elitami Europy Środkowo-Wschodniej przenikliwie pisała amerykańska antropolożka Janine Wedel w książce Collision and Collusion: The Strange Case of Western Aid to Eastern Europe, New York 2001.
9 Szczegółowe biogramy autorów znajdują się na końcu książki (zob. s. 341-347).
10 Jan Górniak (1885-1940) - polski przedsiębiorca, syn Franciszka i Marii (Marianny) - aktywnych działaczy społecznych w Cieszynie. Po rodzicach odziedziczył cegielnię, a także kontynuował ich działalność filantropijną i narodową.
11 Rada Narodowa Księstwa Cieszyńskiego - polskie przedstawicielstwo polityczne utworzone 19 października 1918 w Cieszynie. 30 października 1918 Rada proklamowała przynależność polskich obszarów księstwa cieszyńskiego do odrodzonego państwa polskiego, w nocy z 31 października na 1 listopada 1918 przejęła z rąk austriackich władzę nad polskimi terenami byłego Śląska Austriackiego, 5 listopada 1918 zawarła z czeską Radą Narodową dla Śląska (Národni Výbor pro Slezsko w Opawie) umowę o tymczasowym podziale kraju na część polską (większość Śląska Cieszyńskiego) i czechosłowacką (Śląsk Opawski i fragmenty Cieszyńskiego) w zasadzie według kryterium etnicznego. W grudniu 1918 przekształcona w Tymczasowy Rząd Krajowy.
12 Jan Michejda (1853-1927) - polski prawnik, dziennikarz i polityk, działacz polskich organizacji i stowarzyszeń spółdzielczych, kulturalno-oświatowych i sportowych. W l. 1890-1918 poseł do Sejmu Śląskiego w Opawie. Od października 1918 członek Prezydium Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego.
13 Jerzy Szczurek (1892-1941) - polski działacz narodowy na Śląsku Cieszyńskim. W l. 1914-18 w armii austro-węgierskiej, w październiku 1918 uczestniczył w przejęciu władzy w Cieszynie przez Radę Narodową.
14 Józef Haller (1873-1960) - polski generał i polityk, w l. 1917-18 w Polskim Korpusie Posiłkowym, po jego buncie przeciw polityce Austro-Węgier w sprawie Polski, od lutego do maja 1918 dowódca II Korpusu Polskiego w Rosji, od 17 lipca 1918 członek Komitetu Narodowego Polskiego we Francji, od 4 października 1918 dowódca Armii Polskiej we Francji, zwanej także od jego nazwiska armią Hallera.
15 August von Mackensen (1849-1945) - niemiecki wojskowy, w l. 1914-18 na stanowiskach dowódczych podczas kampanii w Królestwie Polskim i Galicji, następnie w Serbii i Rumunii, od listopada 1918 do listopada 1919 internowany w Serbii przez dowództwo alianckie. Uznawany za jednego z najwybitniejszych dowódców tej epoki.
16 Thomas Woodrow Wilson (1856-1924) - amerykański polityk, w l. 1913-21 prezydent Stanów Zjednoczonych.
17 Józef Londzin (1863-1929) - polski duchowny katolicki, dziennikarz, działacz narodowy i społeczny na Śląsku Cieszyńskim. W październiku 1918 wybrany na przewodniczącego Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego, w 1919 r. w delegacji polskiej ze Śląska Cieszyńskiego na konferencji pokojowej w Paryżu.
18 Tytus Filipowicz (1873-1953) - polski działacz polityczny, publicysta, dyplomata. Od stycznia do listopada 1918 pełnił funkcję zastępcy przedstawiciela Rady Regencyjnej w Wiedniu. W dniach 16-17 listopada 1918 kierował Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Od 18 listopada do 13 grudnia 1918 wiceminister w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.
19 Józef Piłsudski (1867-1935) - polski polityk i wojskowy, współtwórca odrodzenia państwa polskiego w 1918 r. Działacz konspiracji antyrosyjskiej, przywódca podziemnej Polskiej Partii Socjalistycznej (następnie PPS-Frakcji Rewolucyjnej). W sierpniu 1914 współtwórca związanych z Austrią Legionów Polskich i dowódca I Brygady Legionów. W 1917 r. aresztowany przez Niemców i osadzony w Magdeburgu. Wypuszczony w listopadzie 1918, przejął władzę wojskową i polityczną w odradzającej się niepodległej Polsce.
20 Marceli Szarota (1876-1951) - polski dyplomata, filozof, w 1918 r. pierwszy sekretarz przedstawicielstwa polskiego w Wiedniu, jego delegat na Chorwację i Słowenię.
21 Chodzi o bitwę nad Piawą stoczoną w dniach 15-23 czerwca 1918 między armią włoską i austro-węgierską, zakończoną zwycięstwem Włochów.
22 Franc.: odświętnie udekorowane.
23 E.A. Crockett - amerykański wojskowy, w 1918 r. major, z ramienia Amerykańskiego Czerwonego Krzyża odpowiedzialny za dostawy medykamentów do Francji i Włoch.
24 Edward Mandell House (1858-1938) - amerykański dyplomata, politycznie związany od 1911 r. z prezydentem Woodrowem Wilsonem, w 1919 r. faktycznie główny doradca polityczny prezydenta podczas paryskiej konferencji pokojowej. Zob. też tekst i biogram Edwarda Mandella House'a w t. I Lobbystów.
25 Young Men's Christian Association (Związek Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej) - międzynarodowa ekumeniczna organizacja propagująca program oparty na wartościach chrześcijańskich.
26 Edward Clark Carter (1878-1954) - amerykański aktywista YMCA, w l. 1902-18 na kierowniczych stanowiskach Wydziału Międzynarodowego YMCA w Indiach, a następnie we Francji.
27 Hugh Simons Gibson (1863-1954) - amerykański dyplomata, w l. 1916-19 na placówkach w Londynie i Paryżu, w 1919 r. członek alianckiej misji do państw sukcesyjnych byłej monarchii austro-węgierskiej, w l. 1919-24 minister pełnomocny w Polsce. Zob. też tekst i biogram Hugh Gibsona w t. I Lobbystów.
28 Alexandrina McArthur "Rena" Carswell Datta (1886-1978) - brytyjska działaczka oświatowa związana z organizacjami chrześcijańskimi, m.in. YWCA, które reprezentowała m.in. na Kongresie Kobiet Sprzymierzonych w Służbie Wojennej w Paryżu 22 sierpnia 1918.
29 James Wycliffe Headlam-Morley (1863-1929) - brytyjski historyk, urzędnik państwowy i doradca rządu ds. bieżącej polityki zagranicznej, w l. 1914-18 w kierownictwie propagandy wojennej. Zob. też tekst i biogram Jamesa Headlama-Morleya w t. I Lobbystów.
30 Alfred Zimmern (1879-1957) - brytyjski historyk, politolog. W l. 1918-19 członek Departamentu Wywiadu Politycznego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
31 Lewis Bernstein Namier, pierwotnie Ludwik Bernsztajn Niemirowski (1888-1960) - brytyjski historyk polskiego pochodzenia. W l. 1915-20 pracownik brytyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
32 Lionel George Curtis (1872-1955) - brytyjski prawnik, urzędnik i publicysta polityczny.
33 Philip Henry Kerr (1882-1940) - brytyjski arystokrata, polityk i dyplomata. W l. 1916-22 prywatny sekretarz premiera Davida Lloyda George'a.
34 David Lloyd George (1863-1945) - brytyjski polityk, w l. 1916-22 premier Wielkiej Brytanii, w 1919 r. przewodniczący delegacji brytyjskiej na paryską konferencję pokojową.
35 Roman Dmowski (1864-1939) - polski polityk, współzałożyciel i przywódca nacjonalistycznego nurtu w polityce polskiej, współtwórca odrodzenia państwa polskiego w 1918 r. W 1917 r. założył w Szwajcarii Komitet Narodowy Polski, któremu przewodniczył i który mocarstwa ententy uznały za polityczną reprezentację narodu polskiego. Od stycznia do czerwca 1919 był delegatem polskim na paryską konferencję pokojową, wraz z Ignacym Janem Paderewskim podpisał 28 czerwca 1919 traktat wersalski.
36 George Robert Parkin (1846-1922) - kanadyjski polityk, literaturoznawca, wykładowca, aktywny działacz Imperialnej Ligi Federacyjnej (Imperial Federation League), autor licznych prac o Imperium Brytyjskim.
37 Łac.: przede wszystkim.
38 Arthur Lionel Smith (1880-1972) - brytyjski historyk, wykładowca na Uniwersytecie Oksfordzkim.
39 James Young Simpson (1873-1934) - szkocki dyplomata, pisarz i teolog. W l. 1917-19 pracował w Departamencie Wywiadu Politycznego Biura (a potem Ministerstwa) Informacji, w 1919 r. przydzielony do sekcji politycznej delegacji brytyjskiej na konferencję pokojową w Paryżu jako specjalista w sprawach Finlandii i państw bałtyckich.
40 Robert William Seton-Watson (1879-1951) - szkocki historyk i polityk. W l. 1914-18 wspierał akcję polityczną słowiańskich narodów Austro-Węgier w krajach ententy, wspólnie z Tomášem Masarykiem wydawał tygodnik "The New Europe", w 1917 r. powołany do służby w Korpusie Medycznym armii brytyjskiej, a następnie skierowany do Biura Wywiadu Gabinetu Wojennego, gdzie prowadził akcję propagandową skierowaną do nieaustriackich i niewęgierskich narodów Austro-Węgier, uczestniczył w organizowaniu kongresu przedstawicieli tych narodów w Rzymie w 1918 r., w 1919 r. jako prywatny doradca na konferencji pokojowej w Paryżu wspierał działania delegacji Czechosłowacji, Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców (późniejsza Jugosławia) oraz Rumunii.
41 Łac.: szkocki wędrowiec.
42 Henry Wickham Steed (1871-1956) - brytyjski dziennikarz i historyk. Od 1896 r. korespondent zagraniczny "The Times". W l. 1919-22 redaktor naczelny "The Times".
43 Ignacy Jan Paderewski (1860-1941) - polski pianista i mąż stanu. Uznany na całym świecie za muzycznego geniusza, na początku I wojny światowej aktywnie działał na rzecz niepodległości Polski. Kiedy alianci wahali się zarówno co do Piłsudskiego, jak i Dmowskiego, Paderewski dał się poznać jako mąż stanu, który zjednał sobie szacunek wszystkich partii. Polski premier i minister spraw zagranicznych od stycznia do grudnia 1919. Po ustąpieniu z rządu wrócił do muzyki.
44 John Hunter Harley (1865-1947) - szkocki duchowny Kościoła kongregacjonalistów, dziennikarz. W opublikowanej w 1917 r. książce Poland Past and Present poparł niepodległość Polski.
45 August Zaleski (1883-1972) - polski polityk i dyplomata. Od listopada 1918 kierownik misji polskiej w Szwajcarii, od kwietnia 1919 chargé d'affaires w Bernie, w l. 1922-26 poseł RP w Rzymie, w l. 1926-32 minister spraw zagranicznych RP. Po II wojnie światowej Prezydent RP na uchodźstwie.
46 Wspomniany artykuł ukazał się w "The Polish Review" (t. 2, nr 3, grudzień 1918) pod tytułem My Mission from Silesia.
47 Robert Fletcher Argue (1877-1962) - kanadyjski duchowny Kościoła metodystów. W l. 1914-18 wykładał w Khaki College - instytucji edukacyjnej dla kanadyjskich żołnierzy służących poza krajem, do której skierowała go kanadyjska YMCA.
48 Valentine Chirol (1852-1929) - brytyjski dziennikarz, historyk i dyplomata. W 1919 r. członek delegacji brytyjskiej na konferencji pokojowej w Paryżu.
49 Tomáš Garrigue Masaryk (1850-1937) - czechosłowacki polityk, filozof i socjolog. W l. 1918-1935 prezydent Czechosłowacji.
50 John Wesley Dafoe (1866-1944) - kanadyjski dziennikarz. W 1919 r. szef zespołu prasowego delegacji kanadyjskiej na konferencji pokojowej w Paryżu.
51 Karol Kulisz (1873-1940) - polski duchowny Kościoła ewangelicko-augsburskiego. Pracował jako wikary, a potem proboszcz w Ligotce Kameralnej na Śląsku Cieszyńskim. Był dziennikarzem i wydawcą prasy ewangelickiej, działaczem polskich organizacji ewangelickich. Członek polskiej delegacji cieszyńskiej na konferencji pokojowej w Paryżu i delegacji skierowanej do Rady Ambasadorów w sprawie ostatecznego wytyczenia granicy na Śląsku Cieszyńskim.
52 John Raleigh Mott (1865-1955) - amerykański misjonarz Kościoła metodystów, filozof. W l. 1895-1928 współorganizator Światowej Federacji Studentów Chrześcijan i jej prezes oraz sekretarz generalny, w l. 1915-31 sekretarz generalny YMCA, od 1915 r. prezes amerykańskiej Narodowej Rady Prac Wojennych (National War Work Council) YMCA.
53 August Cieszkowski (1814-1894) - polski filozof, ekonomista, działacz społeczny. Stworzył koncepcję historiozoficzną, w myśli której przyszłość Europy powinna się kształtować na podstawie wartości chrześcijańskich; w tym procesie szczególną misję pełniłaby Słowiańszczyzna, zwłaszcza naród polski. Tezy te zawarł między innymi w dziele Ojcze-nasz wydanym w czterech tomach w l. 1848-1906.
54 Kazimierz Dłuski (1855-1930) - polski lekarz, działacz socjalistyczny, społecznik i propagator krajoznawstwa. Był członkiem delegacji polskiej na konferencji pokojowej w Paryżu.
55 Antoni Sujkowski (1867-1941) - polski chemik i geograf. Od 1916 r. pracował w Biurze Pracy Społecznej w Warszawie, opracowującym projekty ustaw dla przyszłego państwa polskiego. Współtworzył program agrarny Polskiej Partii Socjalistycznej. Był członkiem delegacji polskiej na konferencji pokojowej w Paryżu (w grupie przysłanej przez Rząd RP w Warszawie) jako ekspert ds. geograficznych i etnograficznych.
56 Michał Hubert Sokolnicki (1880-1967) - polski dyplomata, dziennikarz i historyk. W 1917 r. był osobistym sekretarzem Józefa Piłsudskiego. W listopadzie 1918 brał udział w delegacji rządu polskiego wysłanej do Paryża z listem notyfikacyjnym o odrodzeniu Polski jako państwa niepodległego. Od 28 stycznia 1919 pełnił funkcję zastępcy sekretarza generalnego delegacji polskiej na konferencji pokojowej w Paryżu.
57 Michał Mościcki (1894-1961) - polski wojskowy i dyplomata. W grudniu 1918 powierzono mu funkcję sekretarza grupy przedstawicieli Rządu RP w Warszawie, która 18 stycznia 1919 weszła w skład delegacji polskiej na konferencję pokojową w Paryżu.
58 Stanisław Hempel (1891-1968) - polski wojskowy i dyplomata. W l. 1916-17 sekretarz Komisji Wojskowej Tymczasowej Rady Stanu. Był w grupie przedstawicieli Rządu RP w Warszawie wysłanej na konferencję pokojową w Paryżu. Od stycznia do maja 1919 dyrektor Biura Prasowego delegacji polskiej.
59 Esme Howard (1863-1939) - brytyjski dyplomata. W 1919 r. był delegatem cywilnym w Międzynarodowej Komisji do Spraw Polskich na konferencji pokojowej w Paryżu, uczestniczył także w przygotowaniu postanowień traktatu wersalskiego w sprawach dotyczących Polski. Zob. też tekst i biogram Esme Howarda w niniejszym tomie.
60 Światowa Federacja Studentów Chrześcijan (World Student Christian Federation, WSCF) - powstała w 1885 r. organizacja zrzeszająca narodowe komórki Studenckiego Ruchu Chrześcijańskiego.
61 Jan Czekanowski (1882-1965) - polski antropolog, etnograf i statystyk. W 1919 r. jako ekspert był członkiem delegacji polskiej na konferencji pokojowej w Paryżu.
62 Michał Siedlecki (1873-1940) - polski biolog i zoolog.
63 Zapewne: Włodzimierz Przerwa-Tetmajer (1861-1923) - polski malarz, grafik i polityk, brat poety Kazimierza. Od 28 października 1918 był członkiem Polskiej Komisji Likwidacyjnej mającej przejąć władzę w Galicji. W styczniu 1919 pośredniczył w kontaktach Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu z przedstawicielami Rządu RP w Warszawie dla stworzenia jednej delegacji polskiej na konferencję pokojową. Został ekspertem tej delegacji ds. politycznych i dyplomatycznych.
64 Eugeniusz Romer (1871-1954) - polski geograf. Jako ekspert ds. geografii znalazł się w delegacji polskiej na konferencji pokojowej w Paryżu.
65 Atak wojsk czechosłowackich 23 stycznia 1919 i wynikłe z tego walki trwające do 3 lutego 1919 doprowadziły do podziału byłego księstwa cieszyńskiego głównie wzdłuż rzeki Olzy przez linię rozejmową, co ograniczyło obszar pod władzą polską do mniej niż połowy dawnego księstwa. 27 września 1919 Rada Najwyższa ententy postanowiła, by o przebiegu granicy zadecydował plebiscyt, lecz 10 lipca 1920 Rada Ambasadorów ententy uzyskała od Polski (zagrożonej w swym istnieniu przez ofensywę sowiecką) zgodę na podział obszaru spornego w oparciu o decyzję samej Rady, bez przeprowadzania plebiscytu. Zapadła 28 lipca 1920 decyzja pozostawiła linię rozejmową jako granicę Polski z Czechosłowacją, w tym dniu Tymczasowy Rząd Krajowy przekazał władzę nad terenem przypadłym Polsce administracji RP.
66 Franciszek Michejda (1846-1921) - polski duchowny Kościoła ewangelicko-augsburskiego, działacz narodowy i społeczny na Śląsku Cieszyńskim, publicysta. Po zajęciu przez wojska czechosłowackie zaolziańskiej części kraju w styczniu i lutym 1919 zabiegał u rządu Czechosłowacji o zachowanie odrębności polskich zborów ewangelickich na tym terenie oraz ich łączności ze zborami pozostałymi po polskiej stronie linii rozejmowej, uzyskując sukces w pierwszej z tych spraw. W l. 1920-21 działał w polskiej akcji plebiscytowej na Górnym Śląsku. Jako polityk pozostawał w cieniu swego brata, pastora Jana Michejdy.
67 Louis Botha (1862-1919) - burski polityk i wojskowy. W 1919 r. przewodniczył delegacji Związku Południowej Afryki na konferencji pokojowej w Paryżu.
68 Robert Laird Borden (1854-1937) - kanadyjski prawnik i polityk. Doprowadził do akceptacji przez rząd brytyjski oraz amerykański udziału odrębnych delegacji dominiów brytyjskich w konferencji pokojowej w Paryżu i przyznania im miejsc w Lidze Narodów.
69 Robert Lansing (1864-1928) - amerykański prawnik i dyplomata, w l. 1915-20 sekretarz stanu USA, w l. 1918-19 członek Komisji Negocjowania Pokoju, faktycznie kierowanej przez Edwarda Mandella House'a. Zob. też tekst i biogram Roberta Lansinga w t. I Lobbystów.
70 Joseph Noulens (1864-1944) - francuski polityk i dyplomata. Od 22 stycznia do 24 kwietnia 1919 przewodniczący Komisji Międzysojuszniczej dla Polski podczas konferencji pokojowej w Paryżu.
71 Robert Howard Lord (1885-1954) - amerykański historyk, duchowny katolicki, w 1915 r. profesor Uniwersytetu Harvarda, specjalista dziejów Europy Środkowej, w l. 1918-19 członek amerykańskich grup eksperckich ds. krajów tego regionu, doradca delegacji amerykańskiej na paryską konferencję pokojową ds. Polski i Rosji. Był wielkim przyjacielem Polski i rzecznikiem programu przywrócenia jej do granic historycznych opartych o te sprzed I rozbioru w 1772 r. Zob. też tekst i biogram Roberta Howarda Lorda w t. I Lobbystów.
72 Edvard Beneš (1884-1948) - czeski polityk, w l. 1916-18 sekretarz Czechosłowackiej Rady Narodowej w Paryżu. W l. 1918-35 po odzyskaniu niepodległości minister spraw zagranicznych, w l. 1921-22 sprawował także urząd premiera. W l. 1935-38 i 1945-48 prezydent Czechosłowacji, w l. 1940-45 prezydent na uchodźstwie.
73 Jan Styka (1858-1925) - polski malarz, autor obrazów o tematyce religijnej, historycznej i batalistycznej, m.in. Panoramy Racławickiej.
74 Zapewne: Adam Styka (1890-1959) - polski malarz, syn Jana, twórca obrazów o tematyce religijnej i orientalnej. Uzyskał obywatelstwo francuskie, był absolwentem szkoły wojskowej w Fontainebleau. W l. 1914-17 służył w armii francuskiej, m.in. pod Verdun, w l. 1917-19 w Armii Polskiej we Francji i w Wojsku Polskim.
75 Bolesław Wojciech Motz (1865-1935) - polski lekarz i działacz socjalistyczny. Od 1889 r. we Francji. Działał w socjalistycznym stowarzyszeniu polskich studentów "Spójnia", redagował "Przegląd Socjalistyczny". W 1914 r. współorganizował polską kompanię ochotniczą w Legii Cudzoziemskiej (bajończycy), a w 1915 r. Komitet Wolnej Polski we Francji. W l. 1915-18 był redaktorem pisma "L'Echo Polonais".
76 Zofia Motz, z domu Kossowska (1872-1940).
77 Czesław Świrski (1885-1963) - polski działacz socjalistyczny i niepodległościowy. W grudniu 1918 był adiutantem Józefa Piłsudskiego, w 1919 r. asystentem Ignacego Jana Paderewskiego na konferencji pokojowej w Paryżu.
78 Robert Cecil (1864-1958) - brytyjski polityk. W l. 1918-19 był asystentem sekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Współtworzył Ligę Narodów.
79 William Christian Bullitt Jr. (1891-1967) - amerykański dziennikarz i dyplomata. W l. 1915-17 doradca w Departamencie Stanu, w l. 1918-19 członek delegacji amerykańskiej na konferencję pokojowej w Paryżu.
80 Thomas Edward Lawrence (1888-1935) - Brytyjski archeolog, wojskowy, dyplomata i pisarz. Jego autobiograficzna powieść Siedem filarów mądrości posłużyła za podstawę scenariusza filmu Lawrence z Arabii.
81 John James Beard - brytyjski wojskowy. W l. 1914-19 był członkiem Ochotniczych Jednostek Pomocy i Połączonego Komitetu Wojennego Brytyjskiego Czerwonego Krzyża.
82 Franciszek Ksawery Latinik (1864-1949) - polski wojskowy. W l. 1914-18 przebywał na froncie wschodnim i włoskim. Od 17 listopada 1918 był dowódcą Okręgu Wojskowego Cieszyn, od 23 stycznia do 3 lutego 1919 dowodził tam polskimi działaniami obronnymi przeciw atakowi czechosłowackiemu. 29-30 stycznia 1919 powstrzymał ofensywę czechosłowacką w walkach pod Skoczowem. Był członkiem delegacji polskiej w Komisji Rozjemczej na Śląsku Cieszyńskim. Latem 1920 r. był gubernatorem Warszawy.
83 Antonio Tissi (1878-1957) - włoski wojskowy. W 1919 r. podpułkownik, członek Stałej Międzysojuszniczej Komisji Cieszyńskiej, był zwolennikiem utworzenia odrębnego państwa z terenów spornych między Polską i Czechosłowacją.
84 William Fordham (1875-1959) - brytyjski wojskowy. W styczniu 1919 brał udział w misji ententy do Galicji Wschodniej, w lutym i marcu 1919 w Międzysojuszniczej Komisji Cieszyńskiej.
85 Herbert Clark Hoover (1874-1964) - amerykański finansista i polityk, przedsiębiorca górniczy, w l. 1914-17 organizator akcji pomocy humanitarnej (szczególnie żywnościowej) dla mieszkańców Belgii i północnej Francji, przewodniczący Komisji Pomocy Belgii, w l. 1917-18 kierownik Administracji Żywnościowej Stanów Zjednoczonych, w 1918 r. kierownik państwowej Amerykańskiej Administracji Pomocy (American Relief Administration, ARA) dla Europy Środkowej i Wschodniej, przekształconej w 1919 r. w organizację prywatną, organizator Funduszu Pomocy Dzieciom Europejskim (European Children's Fund), w l. 1920-29 sekretarz handlu w republikańskich administracjach USA, w l. 1928-32 prezydent USA. Zob. też tekst i biogram Herberta Hoovera w niniejszym tomie.
86 Henryk Arctowski (1871-1958) - polski geograf, fizyk i geolog. W 1918 r. opracował raport o Polsce i sprawach polskich na użytek delegacji USA na przyszłą konferencję pokojową (Report on Poland, compiled for the use of the American Delegation to the Peace Conference). W l. 1919-20 wspierał działania delegacji polskiej.
87 Komisja Międzysojusznicza dla Zbadania Spraw Polskich (Komisja Międzysojusznicza dla Polski) - powołana 22 stycznia 1919 przez Najwyższą Radę Wojenną Mocarstw Sprzymierzonych z zadaniem zdobycia informacji o sytuacji Polski oraz wpływania na polski rząd w duchu zgodnym z celami zwycięskich mocarstw. Złożona była z przedstawicieli Francji, Wielkiej Brytanii, USA i Włoch, każde z czterech mocarstw reprezentował jeden delegat cywilny i jeden wojskowy, przewodniczącym został delegat Francji Joseph Noulens; jako Misja Międzysojusznicza działała w Polsce od 13 lutego do 28 marca 1919, włączyła się w próby doprowadzenia do zakończenia działań zbrojnych na frontach: polsko-ukraińskim, polsko-czechosłowackim i polsko-niemieckim (w Wielkopolsce). Rozwiązana 24 kwietnia 1919.
88 Władysław Dionizy Serafinowicz (1860-1938) - polski urzędnik i działacz społeczny. Ojciec poety Jana Lechonia.
89 Łac.: poprzedni stan rzeczy.
90 Chodzi o sobór pod wezwaniem św. Aleksandra Newskiego na placu Saskim, wzniesiony z inicjatywy generał-gubernatora Iosifa Władimirowicza Hurki, zaciekłego rusyfikatora. Ukończony w 1912 r., miał być symbolem rosyjskiego panowania w Królestwie. Warszawiacy nazwali sobór "wieżą ciśnień prawosławia". Rozebrano go w l. 1924-26.
91 Kościół Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny w Warszawie znajduje się na Nowym Mieście pod adresem Przyrynek 2.
92 Chodzi o szpital św. Ducha, który pierwotnie znajdował się na rogu Nowomiejskiej i Podwala, a od I połowy XIX w. mieścił się w sąsiedztwie kościoła pod adresem Przyrynek 4.
93 Helena Paderewska (1856-1934) - z domu Rosen, primo voto Górska, polska działaczka społeczna. Poślubiła Paderewskiego w 1899 r. Podczas pobytu w Polsce w l. 1918-19 wspierała organizacje pomocowe, m.in. Polski Czerwony Krzyż, którego w l. 1919-26 była także prezeską.
94 Emily Cuthbert Rose (1887-1952) - żona Williama Johna Rose'a.
95 Robert Fitzgibbon Young (1879-1960) - brytyjski historyk i urzędnik. Od grudnia 1918 do czerwca 1919 był tymczasowym sekretarzem brytyjskiej misji dyplomatycznej w Czechosłowacji.
96 Frank Savery (1883-1965) - brytyjski dyplomata. W 1919 r. wicekonsul w Bernie.
97 Harold George Nicolson (1886-1968) - brytyjski polityk, dyplomata, historyk, pisarz i publicysta. Był członkiem brytyjskiej delegacji na konferencji pokojowej w Paryżu.
98 Książka Vicentego Blasco Ibá?eza, hiszpańskiego pisarza i lewicowego działacza społecznego, która ukazała się w oryginale w 1916 r. (polskie wydanie 1925 r.).
99 Béla Kun, właśc. Béla Kohn (1886-1938) - węgierski polityk, działacz komunistyczny. W l. 1914-16 w armii austro-węgierskiej, w l. 1916-17 w niewoli rosyjskiej, gdzie został komunistą, w listopadzie 1918 powrócił na Węgry, współtworzył Partię Komunistów Węgier głoszącą program rewolucji typu bolszewickiego. Dymisja rządu w marcu 1919 stworzyła sytuację, w której program komunistów mógł być atrakcyjny dla dużej części Węgrów, rozczarowanych postawą ententy w sprawie węgierskich granic i kontynuacją blokady gospodarczej. 21 marca 1919 proklamowana została Węgierska Republika Rad, Kun został w jej rządzie ministrem (komisarzem) spraw zagranicznych, a od kwietnia także obrony, faktycznie jednak kierując rządem przez cały okres jego istnienia - do 1 sierpnia 1919. Po obaleniu Węgierskiej Republiki Rad uciekł do Rosji. W 1938 r. padł ofiarą czystek stalinowskich.
100 Stanisław Patek (1866-1944) - polski prawnik, adwokat, dyplomata. W 1919 r. był przedstawicielem Józefa Piłsudskiego i uczestniczył w konferencji pokojowej w Paryżu.
101 James Marshall-Cornwall (1887-1985) - brytyjski wojskowy. W 1919 r. współpracował z delegacją brytyjską na konferencji pokojowej w kwestiach granic.
102 Franc.: do widzenia.
Śląska misja (1)William John Rose
William John Rosekanadyjski badacz zagadnień narodowościowych, emisariusz Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego9
Wszystko zaczęło się około południa 5 listopada 1918. Przyjechałem do Cieszyna z Ligotki i szedłem ulicą Głęboką do Rynku, gdy przypadkiem spotkałem pana Górniaka10, właściciela pieca ceglarskiego w części miasta na zachód od Olzy. Spotkaliśmy się już parę razy i jego oczy rozjaśniły się na mój widok.
"Jest pan dokładnie tym, kogo potrzebujemy!" - brzmiało nieoczekiwane powitanie. Wziął mnie pod rękę i zaczął opowiadać, że do nowo powstałej Polskiej Rady Narodowej w Cieszynie11 dotarły wieści o obecności w Wiedniu przedstawicieli aliantów. Być może są oni już nawet w Pradze. Było rzeczą ważną dla przyszłości Polski, a tak naprawdę dla pokoju w ogóle, aby jak najszybciej nawiązał z nimi kontakt ktoś, kto zna wielce skomplikowaną sytuację na tym rozstaju Europy. Mogą potrzebować pomocy, a na pewno - rady. Czy rozważyłbym podjęcie takiej podróży?
Chwilę potem już prowadził mnie do tymczasowej kwatery Rady i przedstawiał dwóm jej członkom, doktorowi Janowi Michejdzie12 i profesorowi Szczurkowi13. Na wieść o tym, co zaszło, przyłączyli się do próśb Górniaka. W szczególności powinno się wystosować oficjalny apel do Paryża o umożliwienie opuszczenia Francji wojskom polskim, o których wiadomo, że znajdują się pod dowództwem generała Hallera14. Ich obecność w Polsce może zdecydować, czy zapanuje tu porządek, czy anarchia. Ci ludzie byli gotowi wykorzystać mnie do swoich potrzeb tak dalece, jak dalece byłem gotów na to pozwolić.
Przyczyny tego rodzaju akcji były oczywiste. Po tygodniach przygotowań Rada Narodowa przejęła rząd księstwa, a miejsce dawnych austriackich oficjeli zajęli urzędnicy polscy. Oznaczało to między innymi kontrolę nad około czterdziestomilową linią kolejową z Oderbergu do granicy Węgier na Przełęczy Jabłonkowskiej - fragmentem słynnej magistrali kolejowej łączącej Rzeszę z Bałkanami. Z natury rzeczy był to krok odważny, ponieważ wojska niemieckie nadal kontrolowały zarówno północ, jak i południe, i było jasne, że nie będą długo tolerować przerwania tak dla nich cennej linii transportowej. Głęboko w dolnym biegu Dunaju rozłożyła się ogromna armia generała Mackensena15, który opanował Rumunię; utrzymanie linii łączącej go z ojczyzną było kluczowe dla dalszego prowadzenia wojny.
Całe to przedsięwzięcie było możliwe dzięki niezwykłym osiągnięciom Czechów z 29 października. O wyznaczonej godzinie tego ranka po prostu przejęli od Austriaków cywilną i wojskową administrację Czech i Moraw bez przelania kropli krwi. Akcja ta całkowicie odcięła księstwo cieszyńskie od Wiednia, a wraz z nim całą prowincję galicyjską na wschodzie. Nie trzeba było długo czekać na decyzję Polaków o pójściu w ich ślady; dowiedziałem się, że właśnie tego dnia, 5 listopada, delegaci dwóch słowiańskich narodów sąsiadujących ze sobą na terenie księstwa spotkali się w Morawskiej Ostrawie, aby ustalić szczegóły nowej granicy między nimi. To, co przez tydzień wydawało się potencjalnym powodem do sporów, miało być teraz wypracowane przy konferencyjnym stole i bez wrogości. Z tego też powodu pożądane było, aby mocarstwa sprzymierzone miały informacje z pierwszej ręki. Podjęcie decyzji nie było dla mnie łatwe.
[...]
Dla ludzi najbardziej liczyły się dwie rzeczy: czy ich żołnierze wrócą do domu bezpiecznie z dalekich frontów i odległych obozów jenieckich oraz czy nastanie pokój i jaki ten pokój będzie. Wilson16 rzucił już na stół swoje wielkie wyzwanie - było nim prawo narodów do stanowienia o swoim sposobie życia. Czy oznaczało to, że każdy mały światek, taki jak to księstwo, mógłby wziąć odpowiedzialność za swoją przyszłość? Czy oznaczało to, że Polska, tak długo zniewolona przez innych, w końcu znów będzie naprawdę wolna? Wszyscy bez końca rozmawiali; wydawało się, że prawie każdy uważa, że to on wie najlepiej, co należy zrobić.
[...]
"Damy panu specjalny paszport, czyniąc pana naszym pełnomocnikiem - powiedział sekretarz [Rady]. - Zapewnimy panu również pieniądze. Mówi pan po polsku na tyle dobrze, że żaden Niemiec się nie zorientuje. Proszę mówić po polsku zawsze i wszędzie, kiedy tylko i gdzie tylko będzie pan mógł. Używać niemieckiego tam, gdzie polski nie wystarczy. W momencie nawiązania kontaktu z aliantami, gdziekolwiek by to było, nie będzie pan potrzebować ani jednego, ani drugiego".
Na moje wątpliwości, czy cywil może bezpiecznie podróżować, odpowiedź była prosta. "Nie ma już żadnej kontroli wojskowej. Pociągi kursują, a ci, którzy chcą, podróżują. Nie stanie się panu żadna krzywda, bo wszyscy już mają dość przemocy i to będzie działać na pana korzyść. Lepiej, żeby to pan pojechał niż jeden z nas. Nie mamy nikogo, kto mówi płynnie po angielsku, a mamy szczególną nadzieję, że uda się panu gdzieś dotrzeć do Amerykanów. Oni nas zrozumieją!"
Poszedłem na kolację z przyjaciółmi, nic im nie mówiąc o tym wszystkim. Ogólnie rzecz biorąc, tajemnica była na razie wskazana. Dwie godziny później byłem z powrotem w pomieszczeniach Rady, by dowiedzieć się, że wszystko jest już prawie gotowe. Wiadomości z konferencji w Ostrawie były dobre. Zasadniczo Czesi mieli dostać powiat frydecki, a Polacy resztę księstwa. Ta część miała dość dużą mniejszość niemiecką, w szczególności solidnie niemiecką kolonię wokół Bielska przy granicy z Galicją. Formowało się coś na kształt wzajemnej dobrej woli sąsiedzkich narodów słowiańskich - nad oboma wisiało wciąż poważne zagrożenie dominacją niemiecką. W prasie niemieckiej nie było mowy o poddaniu się. Ich wojska poniosły na Zachodzie poważne klęski, ale nadal deklarowali, że są niepokonani. [...] Odcięci od informacji o tym, co się naprawdę stało we Francji, nie mieliśmy możliwości, by dowiedzieć się, czy to prawda, czy nie. W każdym razie można i trzeba było coś zrobić, aby dać aliantom znać, że w sercu Europy Słowianie modlą się o ich zwycięstwo i robią, co w ich mocy, aby je przybliżyć.
Mój nowy paszport był pojedynczą kartką papieru, ale to zupełnie wystarczało. Z jednej strony po polsku, z drugiej po angielsku napisano na niej, co następuje: "Rada Narodowa Księstwa Cieszyńskiego na Śląsku, będąc uznawanym przedstawicielstwem rządu polskiego w Warszawie, przygotowała dla swojego poufnego reprezentanta, okaziciela, Wielmożnego Pana W.J. Rose'a, czasem także wykładowcy Uniwersytetu w Manitobie w Kanadzie, niniejszy paszport. Daje mu on pełne pełnomocnictwo do przedstawiania woli i życzeń wspomnianej Rady właściwym władzom cywilnym i wojskowym ententy i Stanów Zjednoczonych Ameryki oraz gorąco poleca ich rozwadze to, co ma on im do przekazania". Widniały na nim podpisy dwóch weteranów stojących na czele ludu cieszyńskiego, doktora Jana Michejdy i ojca Józefa Londzina17.
Wręczono mi pieniądze, na co dałem pokwitowanie. [...] O ósmej miał być pociąg do Oderbergu, a przed północą miałem tam złapać ekspres przelotowy, jadący ze Lwowa i Krakowa do Pragi i Wiednia. Wyruszywszy, musiałem sobie radzić sam.
[...]
Od początku fortuna uśmiechała się do moich wysiłków. Młody porucznik, który z czterdziestoma ludźmi dowodził jednym z największych węzłów kolejowych Europy Środkowej, w momencie wybuchu wojny był harcerzem i teraz przypomniał sobie, że w tamtym czasie się spotkaliśmy. Od razu zaangażował się w zapewnienie mi miejsca w pociągu, a nawet użyczył mi ogromnie przydatnej pomocy na czas podróży - chlebaka. W magazynie leżało ich mnóstwo, ponieważ do jego obowiązków należało rozbrajanie wszystkich szeregowych bez względu na narodowość i wysyłanie ich w drogę do domu. Można tam było zobaczyć karabiny, broń białą, różnego rodzaju sprzęt i najdziwniejsze zbiorowisko rzeczy zebranych przez żołnierzy. Gdzieś złapałem ręcznik i trochę mydła. To ostatnie było w tamtych czasach rarytasem i z biegiem czasu miało się okazać bardzo przydatne.
Około północy przyjechał pociąg ze wschodu. Kupiłem sobie bilet w drugiej klasie, ale jak potem się okazało, nie było to konieczne. Żaden urzędnik nie pojawił się, żeby go sprawdzić. Kwestia zdobycia miejsca była jednak o wiele trudniejsza. Przez pewien czas myślałem, że w ogóle nie wsiądę do tego pociągu. Był pełen pasażerów, głównie wojskowych wracających do domu z frontu wschodniego - austriackich Niemców, Czechów, a nawet Chorwatów i innych, zarówno oficerów, jak i szeregowych. Ci pierwsi mieli miejsca w przedziałach, niektórzy z żonami; ci drudzy byli w korytarzach, na pomostach, nawet na dachach wagonów. Trochę osób wysiadło w Oderbergu, ale ich miejsca zajmowało wielu z tych, którzy wcześniej stali. Było dużo takich, którzy - jak ja - chciało wejść. W większości okien w wagonach nie było szyb. Młody porucznik powiedział do mnie od razu, wskazując jakieś okno na środku wagonu: "Niech pan się tam wciśnie! Bez ceremonii, inaczej w ogóle pan nie pojedzie". Podsadził mnie do góry i dosłownie wpadłem do środka przez okno, lądując na mężczyznach śpiących na korytarzu. Tak rozpoczęła się moja podróż.
Przez Ostrawę i dalej do Przerowa. Widziałem, że tutaj część pociągu miała być odłączona, żeby jechać do Pragi. Na moje szczęście dwie osoby wysiadły z przedziału naprzeciwko miejsca, w którym stałem, i w ten sposób zyskałem wygodny fotel na resztę nocy. Obok mnie siedział austriacki major, dżentelmen starej szkoły, z żoną. Dużo się od niego dowiedziałem o tym, co się działo na Wschodzie [...]. W szczególności potwierdziło to wrażenie, jakie odniosłem w ciągu dnia, że wszyscy chcą tylko jednego - wrócić do domu. Wojna była przegrana, Austro-Węgry już nie istniały [...].
Dochodziło południe, gdy dotarliśmy do Dworca Północnego w Wiedniu. Miałem wystarczająco wielu przyjaciół w stolicy, ale postanowiłem nie sprawiać im kłopotu. Moim pierwszym celem było odnalezienie młodego studenta z Cieszyna - i nie miałem z tym żadnych trudności. Dostałem od niego dwie dobre wiadomości. Po pierwsze, że w miejscu, w którym mieszkał, było wolne łóżko, a po drugie, że w Wiedniu istniało oficjalne przedstawicielstwo polskie. Zostawiłem więc mój "bagaż" w jego pokoju i wziąłem go za przewodnika po polskich urzędach. Sekretarz przyjął mnie niezwłocznie i umówił na późne popołudnie z "ministrem". O ile było mu wiadomo, ani w Wiedniu, ani w Pradze nie było żadnych przedstawicieli aliantów. Plotka ta okazała się więc nieprawdziwa.
W wyznaczonym czasie wróciłem i szybko zostałem przyjęty w pokoju ministra. Tam spotkałem człowieka, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem, a którego angielski był lepszy od mojego polskiego, Tytusa Filipowicza18, późniejszego ambasadora w Stanach Zjednoczonych. Wysłuchał mojej historii z dużym zaciekawieniem, przez chwilę przyglądał się moim dokumentom, uśmiechając się na widok starego angielskiego paszportu, od dawna już nieważnego, i powiedział w geście dobrej woli: "Pana referencje są całkowicie zadowalające. Co więcej, przybywa pan w czasie, gdy może pan przysłużyć się większej sprawie niż ta cieszyńska. Lada dzień komendant Piłsudski19 zostanie uwolniony z Magdeburga i powróci do Warszawy. Dla nas, Polaków, kwestia zorganizowania własnych sił zbrojnych jest niezwykle ważna. Jednak wszyscy nasi ludzie są w armiach trzech imperiów, które przegrały wojnę. Na ich uratowaniu zależy nam bardziej niż na czymkolwiek innym. Wie pan, jakie destrukcyjne siły są w działaniu i jak trudno będzie się im oprzeć. W tej właśnie chwili przygotowujemy się do wysłania oficera do Lublany, aby zorientował się, co można zrobić, żeby uratować naszych ludzi, którzy tłumnie powracają z frontu włoskiego i którzy będą całkowicie zdemoralizowani, jeśli czegoś się dla nich nie zrobi. Pojedzie pan z nim? Jeśli tak, damy panu dodatkowe dokumenty i możliwe, że znajdzie pan tam kogoś, kto reprezentuje aliantów. Oczywiste jest, że możemy panu zaufać, a pan wie wiele rzeczy, których Zachód powinien jak najszybciej się dowiedzieć".
Znowu musiałem podjąć decyzję i poprosiłem o jedną noc, aby ją przemyśleć. Otrzymałem na to zgodę, bo oficer miał wyjechać dopiero wieczorem 7 listopada. Następnego dnia rano rzecz rozstrzygnąłem. Dotrzeć tak daleko, a potem zawrócić, byłoby głupotą. Wydawało się, że mogę zrobić coś wartościowego - i tchórzostwem byłoby nie spróbować. Tego wieczoru zostałem przedstawiony porucznikowi Bułowskiemu i otrzymałem bardziej odpowiedni paszport. Na pierwszej stronie po polsku, wewnątrz po francusku i niemiecku, było napisane: "Okaziciel, pan W.J. Rose, jedzie do Lublany jako korespondent biura prasowego polskiego przedstawicielstwa w Wiedniu. Przedstawicielstwo polskie z szacunkiem zwraca się do władz cywilnych i wojskowych kraju południowych Słowian o udzielenie mu w razie potrzeby wszelkiej pomocy i wsparcia".
Pan Filipowicz powiedział mi dziesięć lat później w Waszyngtonie, że ta "wiza" była prawdopodobnie pierwszą wizą udzieloną nie-Polakowi przez nowo przywróconą polską administrację. Datowano ją na 7 listopada, a podpisy złożyli pan Filipowicz i jego pierwszy sekretarz doktor Szarota20. Pieczęć przedstawicielstwa sprawiła, że dokument wyglądał bardzo imponująco. Późnym wieczorem wyjechaliśmy na południe.
Podróż była powolna. Mniej więcej co godzinę spotykaliśmy pociągi jadące w kierunku Wiednia, a przez cały następny dzień obserwowałem je na długich zakrętach. Tłoczyli się w nich żołnierze, a raczej wraki żołnierzy. Ich widok przypomniał mi coś, co widziałem wcześniejszego lata - martwe ciało węża leżące na trawie i dosłownie ruszające się od mrówek, którymi było pokryte od początku do końca. Na dachach wagonów roiło się od mężczyzn, kurczowo trzymających swoje tornistry. Od kolejarzy dowiedzieliśmy się, że wielu z nich zostało zmiecionych zeszłej nocy w jednym z wielu tuneli i straciło życie. Przeżyć wojnę - i zginąć w drodze do domu!
Późnym wieczorem przyjechaliśmy do Lublany [...]. Następnego ranka dołączyłem do porucznika Bułowskiego na "kawie" w mesie oficerskiej i dowiedziałem się, iż już załatwił, że zostaniemy przyjęci przez Radę Rządu Tymczasowego Słowenii, jak również, że mam wygłosić przemówienie i nazywać go swoim attaché wojskowym. Mieliśmy przekazać braciom Słowianom, teraz także wolnym, gratulacje od rządu wolnej Polski! Jak udało mi się przetrwać tę mękę, nie pamiętam. Byliśmy w dużej sali, z dużym stołem, wokół którego zasiadali członkowie rządu. Pamiętam ministra odpowiedzialnego za transport, z którym długo potem konferowałem. Był tam co najmniej jeden duchowny, biskup. Był też młodszy mężczyzna, minister robót publicznych, który szkolił się w General Electric Works w Schenectady w stanie Nowy Jork i mówił po angielsku. Od razu znaleźliśmy wspólny język i tego wieczoru miałem przyjemność zjeść kolację z nim i jego żoną. Po moim krótkim przemówieniu nastąpiło dłuższe, na tematy praktyczne, wygłoszone przez porucznika Bułowskiego. Opowiedział krótko o tym, że Polacy niepokoją się o swoich rodaków i poprosił władze słoweńskie o współpracę przy odnalezieniu wszystkich możliwych do zlokalizowania polskich żołnierzy i przetransportowaniu ich z powrotem pięćset mil przez Europę w jakimś zdyscyplinowanym porządku zamiast "bolszewizacji".
Podczas niezwykle ciekawej prywatnej rozmowy, prowadzonej w języku niemieckim, dowiedziałem się później od ministra transportu, człowieka z brodą patriarchy, o problemach, z jakimi borykali się Słoweńcy w wyniku katastrofy nad Piawą21. O "demobilizacji" armii austro-węgierskiej nie mogło być mowy. Wracali oni z dzikiego, górskiego terenu tak szybko, jak tylko mogli, od pewnego momentu pod ścisłą kontrolą włoskich oficerów. Po jakimś czasie dotarli do Lublany, głównie pieszo i prawie zagłodzeni. [...]
Oczywiście Rada odpowiedziała na nasze pozdrowienia jak najbardziej serdecznie, a porucznik Bułowski dowiedział się, że wszystkim żołnierzom polskiego pochodzenia przydzielono już kwatery w twierdzy na królującym nad miastem majestatycznym wzgórzu. Wyposażyli go w przewodnika i do południa nawiązał kontakty z osobami dowodzącymi. Jak dotąd wszystko szło dobrze. W pewnym sensie jego zadanie zostało wykonane, ale co z moim? Znowu okazało się, że w Lublanie nie było przedstawicieli aliantów, a Słoweńcy, tak samo jak ludzie w Cieszynie, pragnęli jak najszybciej nawiązać kontakt z Zachodem. Boleśnie odczuwali, że jedynym mocarstwem sprzymierzonym, z którym mieli kontakt, były Włochy, a akurat ich podstępów bali się równie mocno i dla równie wielu powodów, co samej Austrii. Powstała naprawdę ciekawa sytuacja. Ich naród był "wyzwalany" przez siły, którym nie ufali, i to z uzasadnionych powodów. Wydawało się więc całkowicie naturalne, że słoweńscy ministrowie poprosili mnie, abym przyjął zlecenie także od nich i bym kontynuował podróż "w stronę morza". Mieli ciekawe informacje. Pierwszy pociąg z włoskimi jeńcami wojennymi, którzy zostali wzięci do niewoli na Węgrzech, miał odjechać do Triestu następnego dnia po obiedzie. Czy chciałbym pojechać z nimi i sprawdzić, kogo można znaleźć w Trieście? [...]
Bułowski przedstawił mnie koledze, porucznikowi Sarnkowi, który zajmował się dotąd zbieraniem zabłąkanych polskich żołnierzy, a teraz poczuł, że jest wolny, bo oto przybył ktoś inny, żeby przejąć to zadanie. Porucznik Sarnek ukończył studia inżynierskie w Nancy i mówił bardzo dobrze po francusku. Zadeklarował, że chce udać się ze mną, jeśli będę jechać dalej; więc się na to umówiliśmy. Jeden z ministrów na trzeciej stronie mojego paszportu dodał kilka słów w języku słoweńskim i francuskim, stwierdzających, że cieszę się zaufaniem władz Słowenii oraz mogę swobodnie i bezpłatnie podróżować liniami kolejowymi tego kraju na dowolnej trasie. Następnego dnia wyruszyliśmy do Triestu. [...]
Przed świtem 11 listopada ogłoszono, że pociąg będzie ruszał i wsiedliśmy do środka. Powoli, ale pewnie posuwaliśmy się do przodu i około pierwszej dotarliśmy na szczyt wzgórza nad Triestem. [...] Całe miasto było en f?te22. Wcześniej tego ranka przebywał tam król Włoch, który miał formalnie przejąć miasto w posiadanie i część ludności przyjęła go niezwykle ciepło. Jednak Słowianie, z którymi skontaktowaliśmy się przed wieczorem, mieli inny pogląd. Odkryłem, że żywią wobec Włochów te same uczucia, co w Lublanie, tylko są one jeszcze silniejsze. Gdy wyszła popołudniowa gazeta, dotarły do nas zdumiewające wiadomości. Niemcy poddali się we Francji, a o godzinie jedenastej tego ranka podpisano rozejm! Nie mogłem myśleć o niczym innym i nie umiałem powstrzymać łez, ale były to łzy ulgi i radości. Teraz zniewolone narody Europy Środkowej będą wolne i może rozpocząć się nowa era! W końcu nadeszła "wiosna ludów".
Jednak dotarły do mnie też inne wieści. W Trieście nie było oficjalnych przedstawicieli aliantów, ale w jednym z dużych hoteli dowiedziałem się, że w mieście przebywa major Amerykańskiego Czerwonego Krzyża. [...] Major Crockett23 z Bostonu reprezentował sobą wszystko, co najlepsze w ludziach Nowej Anglii. Wysłuchał mojej historii, którą przedstawiłem tak zwięźle, jak umiałem, i od razu powiedział: "Pańska misja jest o wiele większa, niż się panu wydaje. Może pan być pierwszym człowiekiem, który wydostanie się z Europy Środkowej. Proponuję, aby natychmiast udał się pan do naszej kwatery głównej w Padwie; ale miejscem, gdzie naprawdę powinien się pan zgłosić, jest misja Pułkownika House'a24 w Paryżu".
Zgodził się zabrać mnie ze sobą na włoską kanonierkę, która miała wypłynąć do Wenecji o jedenastej, i pozwolił, aby mój towarzysz, porucznik Sarnek pojechał z nami. Więc znów ruszyliśmy w drogę, w kolejny etap naszej podróży. Nigdy się nie spodziewałem, że odwiedzę Wenecję w takich warunkach. Na łodzi spotkaliśmy młodego francuskiego kapitana lotnictwa, który był jeńcem wojennym na Śląsku Pruskim i miesiąc wcześniej zdołał uciec do Czech. Teraz był w drodze do domu i dwóch młodych oficerów, Polak i Francuz, szybko się zaprzyjaźniło. [...]
Wieczorem 15 listopada dotarliśmy do Modane - cała nasza trójka, Polak, Brytyjczyk i Francuz - starający się o wjazd do Francji. [...] Następnego dnia rano byliśmy na dworcu Gare de Lyon w Paryżu. Moja podróż trwała jedenaście dni, ale w końcu dotarłem na miejsce.
Około południa znalazłem centralę amerykańskiej YMCA25 i zostałem przyjęty przez jej dyrektora Edwarda Clarka Cartera26. Od razu zrozumiał, że mam coś ważnego do przekazania, i zobowiązał się do skontaktowania mnie z misją Pułkownika House'a. Następnego dnia rano otrzymałem list od Hugh Gibsona27 - późniejszego amerykańskiego ministra w Warszawie - z prośbą o złożenie wizyty tego popołudnia i spotkanie z nim. W wyniku naszej rozmowy użyczył mi na godzinę jednego ze swoich sekretarzy, a ten spisał na maszynie podyktowany przeze mnie długi raport, oparty na kilku notatkach, które sporządziłem wcześniej. Biedny sekretarz musiał zostać w pracy dłużej niż powinien, ale zadanie zostało wykonane. [...] Doszedłem do sytuacji na Śląsku, którą znałem najlepiej - i do próśb Polaków, tak jak rozumiałem je na podstawie rozmów z Radą w Cieszynie i z przedstawicielstwem w Wiedniu. Mówiłem o ustaleniach między Czechami i Polakami jako o przykładzie zaprowadzania pokoju lokalnie, wspomniałem też coś o trudniejszej sytuacji wokół Lwowa, opierając się głównie na tym, co słyszałem od oficerów w pociągu tamtej pierwszej nocy. Potem kontynuowałem dokładnie jak następuje: [...]
"Interwencja u francuskich władz wojskowych w celu doprowadzenia do zwolnienia generała Hallera i jego polskich dywizji wraz z kompletnym wyposażeniem, samolotami itp. oraz przetransportowania ich w możliwie najbardziej praktyczny sposób do ojczyzny.
Interwencja u rządów Francji i Włoch w celu doprowadzenia do zwolnienia wszystkich jeńców wojennych narodowości polskiej, tak aby mogli oni zostać zorganizowani w szanujące się jednostki wojskowe i sprowadzeni do Polski w celu rozpoczęcia służby w najszybszym możliwym terminie.
Tam, gdzie go jeszcze nie uzyskano, znalezienie porozumienia z rządami w Lublanie, Wiedniu i Pradze zapewniającego swobodny, bezpłatny i niczym nieograniczony przejazd takich jednostek Polaków walczących w armii austriackiej, jakie można zorganizować w najbliższych tygodniach wokół Lublany. [...]
Natychmiastowe utworzenie misji lub konsulatów rządu amerykańskiego w następujących miastach, które uważam za będące w najpilniejszej potrzebie: Lublana, Zagrzeb, Sarajewo, Cieszyn, Kraków, Lwów, Poznań, Warszawa, Gdańsk. Pozostawiam poza tą listą stolice w Wiedniu i Budapeszcie jako wymagające szczególnego traktowania oraz uważam, że Czechy i Morawy są w stanie same o siebie zadbać.
Utworzenie komitetów doradczych lub pomocowych, najlepiej za pośrednictwem YMCA lub Czerwonego Krzyża, we wszystkich większych miastach. Będą one współpracowały z istniejącymi agencjami pomocy i opieki nad ubogimi i potrzebującymi, chorymi i rannymi, przede wszystkim nad dziećmi". [...]
Pierwszego popołudnia Carter zabrał mnie na sesję ważnej konferencji pracowników Czerwonego Trójkąta [YMCA], aby zastanowić się, co można zrobić dla tych żołnierzy teraz, zanim będą mogli zostać odesłani do domu. Na tym spotkaniu jedną z pierwszych osób, które poznałem, była panna Elizabeth Clark, która od razu ogłosiła moją misję całemu zgromadzeniu, i nawet dostałem dziesięć minut na wypowiedź. To, co miałem do opowiedzenia zza kulis, było lekką sensacją. Panna Rena Carswell28 zgłosiła się na ochotnika, że się mną zajmie, a następnego ranka zabrała mnie do władz brytyjskich. [...]
W sobotę miałam zjeść obiad z panem Gibsonem i omówić mój raport. Tego popołudnia pojechałem jednak pociągiem do Boulogne i następnego ranka dotarłem bezpiecznie do Southampton. Z powrotem na angielskiej ziemi, po prawie siedmiu latach! [...]
W poniedziałek w południe byłem w Ministerstwie Spraw Zagranicznych przy ulicy Whitehall i pytałem o pana Jamesa Wycliffe'a Headlama-Morleya29. Przyjął mnie ze staroświecką uprzejmością i pozwolił mi wyjaśnić, dlaczego przyszedłem. Potem mi przerwał, mówiąc, że chciałby, abym wrócił w porze herbaty, a on zaprosi jeszcze jedną lub dwie osoby, by wysłuchały mojej opowieści. [...]
Pierwszą osobą, którą sprowadził pan Headlam-Morley, był Alfred Zimmern30, pracownik naukowy New College w czasach, kiedy byłem studentem. Poznałem go wówczas w Palmerston Club. Od razu mnie sobie przypomniał, więc kolejna trudność była za nami. Po tym, jak dwaj historycy słuchali mnie przez jakiś czas, dołączył do nas trzeci dżentelmen - młody człowiek, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Nazywał się Namier31. Kiedy rozmowa zeszła na wschodni front, a w szczególności na to, co działo się wokół Lwowa, Namier natychmiast nie zgodził się z tym, co mówiłem. Wkrótce zdałem sobie sprawę, że jest on jednym z "ekspertów" od Europy Wschodniej, ponieważ urodził się tam i zna trzy lub cztery języki. Miał więc dostęp do prasy, która docierała tutaj, a o której nic nie wiedziałem. Ale całe spotkanie było bardzo serdeczne i zakończyło się prośbą od Headlama-Morleya, żebym także napisał dla niego memorandum, swego rodzaju załącznik do tego, które stworzyłem w Paryżu. Zrobiłem to następnego dnia i po pewnym czasie otrzymałem takie bardzo miłe podziękowania:
Ministerstwo Spraw Zagranicznych6 grudnia 1918
Szanowny Panie Rose,
przepraszam za opóźnienie w wysłaniu Panu kopii Pańskiego bardzo interesującego memorandum. Myślałem, że otrzymał ją Pan w zeszłym tygodniu... Czy mogę zasugerować, że być może część dotycząca Galicji Wschodniej, jak rozumiem, napisana nie z bezpośredniej, osobistej wiedzy o tym okręgu, może być poddana pewnej krytyce? Całą część dotyczącą Śląska Austriackiego uznaliśmy za niezwykle interesującą i wartościową. Pan Namier bardzo chciałby się z Panem znowu spotkać przed Pańskim wyjazdem z Anglii i bardzo bym się cieszył, gdyby znalazł Pan czas, by nas tu odwiedzić.
Proszę mi wierzyć,
Z najgłębszym poważaniem
J.W. Headlam-Morley
Wypełniwszy swoje obowiązki w ministerstwach, mogłem się naprawdę poczuć wolnym człowiekiem. Jednak od razu dostałem jeszcze jedną szansę, żeby szepnąć słowo ważnej osobie. Carter wysłał mnie bezpośrednio do pana Lionela Curtisa32 w Londynie, który użyczył mi łóżka, a nawet na kilka dni - brzytwy. Drugiego ranka przy śniadaniu zasiadłem obok pana Philipa Kerra33, o którym powiedziano mi, że jest osobistym sekretarzem Lloyda George'a34. Skorzystałem z okazji, którą stworzył, kiedy zapytał: "Co według pana powinno się zrobić jako pierwsze, aby przywrócić pokój i porządek w Europie?". W zasadzie krótko powtórzyłem mu treść punktów, które wcześniej przedstawiłem panu Gibsonowi, podkreślając wartość, jaką w dużych ośrodkach byłych ziem Habsburgów ma praca na rzecz pokoju wykonywana lokalnie na miejscu, oraz potrzebę moralnego wsparcia ze strony Zachodu w postaci "misji" w kolorze khaki, podczas gdy obradować będzie konferencja pokojowa. [...]
A teraz pojawiła się bardzo praktyczna kwestia. Chciałem dostać nowy paszport i wrócić na Śląsk. Powiedziano mi, że to niemożliwe. Curtis okazał się mądrym przyjacielem. Powiedział, że zrobi, co w jego mocy, by pomóc mi zdobyć paszport, ale pod jednym warunkiem: miałem wyjechać na wieś, żeby odpocząć i wyspać się przynajmniej przez dziesięć dni. Na pewno potrzebowałem odpoczynku, bo od ponad dwóch tygodni żyłem w nerwach, nie mówiąc już o tym, że całe poprzednie lato było dla mnie stresujące. Musiałem więc skapitulować i wyjechałem na tydzień do zachodniej Anglii. W ten sposób zakończył się pierwszy etap mojej "śląskiej misji". [...]
Przez cały grudzień żywiłem nadzieję, że dostanę nowy paszport, aby móc wrócić "do domu", do Ligotki na święta Bożego Narodzenia, ale prześladowało mnie poczucie, że zawiodłem jako emisariusz. O ile było mi wiadomo, nie zrobiono ani jednej rzeczy, którą przedstawiałem jako konieczną, z czego można wnioskować, że byłem dobrym dyplomatą. Z czasem miałem się przekonać, że o wiele ważniejsi ode mnie ludzie również przedstawiali pilne raporty, które nie były brane pod uwagę przez osoby sprawujące władzę. Właściwie, choć o tym nie wiedziałem, niektóre z moich sugestii były nawet wtedy realizowane. [...]
Wkrótce stało się jasne, że z pomocą wpływowych przyjaciół być może otrzymam dokumenty pozwalające na powrót do Paryża. [...] Jak nigdy przedtem, Londyn był teraz punktem, w którym krzyżowały się drogi całego świata. Codziennie z krańców ziemi przyjeżdżali kluczowi ludzie i wydawało się, że można by tu zacząć odbudowę Europy. Paryż, gdzie wkrótce miało się to udać, przynajmniej od strony politycznej, znajdował się zbyt blisko frontu i nadal był zbyt zajęty demobilizacją. Wkrótce odkryłem, że poza oficjalnymi kręgami panowała niemal zupełna ignorancja w kwestiach Europy Środkowej, w szczególności Polski. Z wielu powodów nie było to zaskoczeniem, ale oznaczało, że Polacy mieli prawdopodobnie mniejsze szanse na to, by ich postulaty zostały wysłuchane przez świat; szczególnie w Anglii, gdzie nie istniały ani tradycyjne więzi - jak te łączące Polskę z Francją w XIX wieku, ani duża i aktywna emigracja, która mogłaby skutecznie dojść do głosu - jak w Stanach Zjednoczonych. Problem polegał na tym, że ja sam wiedziałem zbyt mało, a przynajmniej zbyt mało o sprawach współczesnych. Kiedy w listopadzie dotarłem do Paryża, wciąż wiedziałem więcej o Janie Sobieskim niż o Józefie Piłsudskim i więcej o Kościuszce niż o Romanie Dmowskim35 i jego pracy. [...]
Na szczęście pojawiły się sposobności, aby mówić o tym, o czym mogłem się uczciwie wypowiadać - i skorzystałem z nich. Na początku grudnia Curtis poprosił mnie na stronę i powiedział mi, że nie może tego wieczoru jechać do Oksfordu na kolację w Balliol College, więc chciał, abym pojechał tam zamiast niego. Pojechałem chętnie - i odkryłem, że głównym mówcą tego wieczoru był sir George Parkin36. [...] Mówił jako pierwszy i pięknie przygotował dla mnie pole, opowiadając o wzajemnych relacjach narodów anglosaskich. Przemawiając po nim, skupiłem się na szerszym przedstawieniu możliwości, które dostała zarówno Wielka Brytania, jak i Stany Zjednoczone, aby wnieść znaczący wkład w budowę nowej Europy, wspomagając wyzwolone właśnie narody słowiańskie w każdy możliwy sposób - Polskę (jako największą z nich) in primis37. Później moja mowa została skomplementowana w przemówieniu samego dziekana Balliol College, słynnego historyka Arthura Lionela Smitha38. To doświadczenie uświadomiło mi, że ludzie chętnie poznają tę część Europy, która tak długo była ukryta za niemiecką kurtyną.
Ledwie wróciłem do Londynu, gdy nadarzyła się druga okazja, by zabrać głos - tym razem w prasie. Dzięki komuś w Ministerstwie Spraw Zagranicznych poznałem profesora Jamesa Younga Simpsona39, który szczególnie zajmował się badaniem regionów bałtyckich. Następnego dnia zaprosił mnie na obiad, abym poznał doktora Roberta Williama Setona-Watsona40, znanego pod pseudonimem "Scotus Viator"41. Była to oczywiście przyjemna niespodzianka, ponieważ znałem kilka jego książek, jeszcze zanim nastała wojna, a po przyjeździe do Anglii wkrótce usłyszałem od innych o jego działalności. Był dla mnie bardzo miły, jak zawsze wobec ludzi, którzy jak on sam interesowali się pomocą potrzebującym, ale szybko odkryłem, że całkowicie nie zgadzamy się w sprawie księstwa cieszyńskiego. Ze względu na koleje i na siłę gospodarczą, jaką dawałyby węgiel i żelazo, nalegał na włączenie Cieszyna do nowej Czechosłowacji. Bardzo mnie to zdziwiło, ponieważ zawsze uważałem go za kogoś, co do kogo można być pewnym, że zawsze będzie przedkładać roszczenia ludzkie o naturze kulturowej nad wszelkie względy materialne. Od razu zapytał mnie jednak, czy nie napisałbym czegoś do jego tygodnika "New Europe". Zrobiłem to i tekst ukazał się pod tytułem A New Idealism in Central Europe [Nowy idealizm w Europie Środkowej]. Moim głównym celem było podkreślenie różnicy między przedwojennymi fałszywymi lojalizmami i instytucjami świata dunajskiego a skierowaną ku przyszłości atmosferą nowo powstających państw narodowych. Niewiele było w tym o Polsce, ale skorzystałem z okazji, by wskazać umowę z Ostrawy z 5 listopada jako próbkę tego, jak sprawy się prostują. Zacytowałem coś, co powiedział mi pewien austriacki sierżant w pociągu w drodze do Wiednia. Odbył on długą służbę w Kongresówce, a teraz wracał do domu: "Jestem pewien, i czuję to od dawna, że Ameryka przystąpiła do wojny przeciwko nam po to, by nauczyć nas dokładnie tego, co powinniśmy wiedzieć".
Ten artykuł otworzył dla mnie inne drzwi. Udało mi się umieścić w piśmie "The New Statesman" tekst pod tytułem Behind the Scenes in Silesia [Za kulisami na Śląsku], który z pewnością był pierwszą tego typu publikacją w języku angielskim pochodzącą od naocznego świadka. Tutaj moim celem było pokazanie, jak wiele narodów Europy Środkowej cierpiało z powodu okropności wojny nie ze swojej winy, nienawidząc tego, za co musiały walczyć, a nawet ginąć, a wszystkie miały nadzieję i modliły się o to, by państwa centralne popadły w ruinę. Zachęcony, postanowiłem spróbować w samym "The Times". Wiedziałem, że jednym z redaktorów był Wickham Steed42, a mogłem szczerze twierdzić, że byłem pod wrażeniem jego znakomitej książki The Habsburg Monarchy [Monarchia Habsburgów], wydanej jeszcze w przededniu wojny. Tak więc napisałem do niego liścik i poprosiłem o rozmowę. Przysłał wiadomość, że zobaczy się ze mną o szóstej następnego dnia. Myślę, że to było 17 grudnia. Przyjechałem z odpowiednim wyprzedzeniem i usiadłem, żeby poczekać.
Minęło pół godziny, a w końcu trzy kwadranse, zanim mnie wezwano. Steed strasznie przepraszał i powiedział, że zatrzymał go gość z daleka. Ale teraz był już wolny i ucieszyłby się, gdybym mu powiedział, co wiem o Śląsku. Od razu przypomniałem jego własne pomysły przedstawione w książce i dodałem, co moim zdaniem należy zrobić, aby sprostać nowej sytuacji. Był na tyle miły, żeby docenić, że przyglądałem się ludziom i ruchom społecznym, a nie tylko pozostałem w roli turysty. Zapytał, czy napisałbym coś dla "The Times". Nie mógł zagwarantować, że tekst zostanie przyjęty do druku, ale zrobi, co w jego mocy. Oczywiście, że się zgodziłem i już wstawałem, kiedy mnie zatrzymał. "Chwileczkę - powiedział. - Myślę, że chciałby pan wiedzieć, z czyjego powodu musiał pan tak długo czekać. Nigdy by pan nie zgadł. To był Paderewski43". Oczywiście, że byłem w szoku, bo wiedziałem już wystarczająco dużo o tym, co się dzieje, żeby zdać sobie sprawę, że coś się szykuje. Po chwili powiedziałem: "A to nowina! Co tu robi pan Paderewski? Myślałem, że jest jeszcze w Ameryce". Dowiedziałem się, że wielki polski przywódca został sprowadzony do Europy i po krótkiej wizycie w Paryżu był właśnie w Londynie, w drodze do Gdańska. Miała go zabrać brytyjska kanonierka, aby mógł zbadać sytuację w Polsce. To było coś, co dawało do myślenia. Poszedłem do domu, zatopiony w przypuszczeniach.
W tym czasie, głównie dzięki jednemu człowiekowi, niestrudzonemu sekretarzowi Polskiego Biura Informacyjnego w Londynie, panu [Stanisławowi] Sterczyńskiemu z Warszawy, zacząłem już trochę rozumieć układ kart. Wiedziałem, że dla aliantów, zwłaszcza dla Francuzów, Polska to Komitet Narodowy w Paryżu, składający się głównie z narodowych demokratów z nadzwyczajnym Romanem Dmowskim jako przewodniczącym. Seton-Watson opowiadał mi rzeczy o Dmowskim i jego zachowaniu w Anglii, które mnie niepokoiły. Przyjechał z rosyjskim paszportem i zabiegał o sprawę rosyjską w sposób, który zawstydziłby samych Rosjan. Całkowicie ją porzucił, dopiero gdy nadeszła rewolucja, wówczas zaproponował aliantom utworzenie pięćdziesięciomilionowej Polski sięgającej po Kijów, która miałaby zająć miejsce Rosji jako hamulec dla niemieckich aspiracji. Wszystko to niewiele wówczas dla mnie znaczyło, ale szybko przekonałem się, że niezależnie od tego, czy w swoich pomysłach miał rację, czy też nie, Dmowski podczas pobytu w Anglii wyrządził wiele szkody sprawie polskiej. To jednak nie miało teraz znaczenia. Teraz ważne było to, że reżim Piłsudskiego w Warszawie, który był de facto polskim rządem, nie miał żadnego statusu na Zachodzie, a jeśli czegoś się w tej sprawie nie zrobi, Polska może nie być właściwie reprezentowana na nadchodzącej konferencji pokojowej.
Powoli, ale nieuchronnie zacząłem w końcu rozumieć, w czym problem. Rozejm z 11 listopada zostawiał Polskę pod okupacją niemiecką, rzekomo po to, by nie dopuścić do opanowania jej przez bolszewików. (Nikomu nie przyszło do głowy, że Polacy będą potrafili oczyścić kraj z wrogów i utrzymać porządek!) Tymczasem Piłsudski, rozpoczynając działania dokładnie w dniu rozejmu, zorganizował odesłanie Niemców do domu i powołał rząd tymczasowy. Była to administracja socjalistyczna, przynajmniej na pierwszy rzut oka, a ludzie z Komitetu Narodowego od razu obwieścili światu, że Piłsudski czyni Polskę bolszewicką! Co gorsza, wspomniana wyżej zasada kordonu, stworzona przez wojskowych, praktycznie uniemożliwiała komukolwiek przemieszczanie się tam i z powrotem. Tak więc prawda była trudna do zdobycia i wszyscy mówili o "tych sprawiających kłopoty Polakach" i o tym, jak to chcą oni zakłócić pokój w Europie. Ci nieliczni, którzy znali fakty, martwili się o coś zupełnie innego. Dostrzegali niebezpieczeństwo związane z tym, że Polacy zasiądą do stołu konferencyjnego podzieleni, i mieli nadzieję, że zdarzy się coś, co pozwoli zasypać te podziały.
Dzięki Polskiemu Biuru Informacyjnemu zostałem przedstawiony Johnowi Hunterowi Harleyowi44, autorowi Poland Past and Present [Polska w przeszłości i obecnie] i wielkiemu przyjacielowi Polaków. Wraz z Augustem Zaleskim45 pełnił funkcję redaktora "The Polish Review" i od razu zapytał mnie, czy napiszę do kolejnego numeru całą relację z mojej śląskiej misji, jak ją nazwał. "Jeśli uda się to panu zrobić szybko - powiedział - obiecuję, że trafi do rąk wszystkich ważnych osób, które mają się zebrać na konferencji pokojowej". Musiałem sprostać temu wyzwaniu, więc przez kilka dni ciężko pracowałem nad tym dokumentem. Był on bardziej kompletny niż którekolwiek z memorandów, które napisałem wcześniej, i udał mi się lepiej, ponieważ sam lepiej już przetrawiłem materiały46. [...]
W grudniu i na początku stycznia angielskie i kanadyjskie organizacje Czerwonego Trójkąta umożliwiły mi pełnienie zupełnie innego rodzaju służby. Moja osobista przyjaźń, w niektórych przypadkach wieloletnia, z liderami tych instytucji oraz ich zaufanie do tego, co miałem do powiedzenia, jeszcze bardziej ułatwiły sprawę. Wśród nich był Robert Fletcher Argue47 z Manitoby. Wkrótce odkryłem, że bardzo niewielu ludzi w mundurach naprawdę znało fakty stojące za wojną, w której walczyli. Wielu z nich było inwalidami lub rekonwalescentami. Wielu z nich czekało cierpliwie - lub niecierpliwie - w obozach na możliwość demobilizacji. Czas dłużył się im niemiłosiernie i byli gotowi wysłuchać każdego, kto miał do przekazania jakieś nowe doświadczenia. W rezultacie zarówno na bożonarodzeniowym zjeździe dyrektorów obozów, który odbył się w Oksfordzie, jak i w pewnej liczbie obozów rozsianych po południowej Anglii, otrzymałem sposobność przemówienia do tysięcy ludzi o tym, dlaczego w ogóle doszło do wojny i jakie będą jej skutki dla dotychczas zniewolonych narodów Europy Wschodniej. Większość z nich wiedziała, że Belgia znalazła się pod okupacją i że Wielka Brytania przystąpiła do wojny, by wywiązać się z zobowiązań przyjętych wobec tego niewielkiego państwa; ale Serbia, Polska, Finlandia, nie wspominając o Słowacji czy Słowenii, to były dla nich tylko nazwy. Wszędzie przyjmowano mnie ciepło, tym bardziej że przyjechałem zza kulis wydarzeń i mogłem im coś opowiedzieć o mentalności tych z drugiej strony frontu, której zawsze byli ciekawi. Również w Londynie, w różnych ośrodkach wydzielonych dla brytyjskich wiarusów, w których mogli spędzać wolny czas, dano mi podobną szansę. Trudno powiedzieć, ile wyniknęło z tego dobrego, ale była to jedyna tego rodzaju akcja, bo nie było nikogo innego, kto mógłby to robić.
Od czasu do czasu miałem okazję spotkać kogoś ważnego. Jedni zasypywali mnie pytaniami, inni byli tak zaaferowani czymś innym, że to mi przypadała rola słuchacza. Do tej ostatniej kategorii należał sir Valentine Chirol48, weteran dziennikarstwa i autorytet w sprawach Bliskiego Wschodu, który był pod takim wrażeniem odysei czeskich legionistów i ich podróży dookoła świata, mającej na celu dołączenie do armii we Francji, że nie był skłonny mówić o niczym innym. W tym kontekście powinienem wspomnieć o krótkiej, ale przyjemnej rozmowie z prezydentem Masarykiem49, który właśnie wrócił z Ameryki i miał wkrótce wyjechać do Pragi, aby podjąć tam swoje nowe obowiązki. Jasne było, że patrzy w przyszłość z pewnym zaniepokojeniem, głównie ze względu na odradzanie się nacjonalizmu wśród jego własnego narodu. Przewidywał trudności, z którymi trzeba będzie się zmierzyć, jeśli nowe państwo ma być sprawiedliwe wobec elementów nieczeskich, i w żadnym wypadku tych trudności nie umniejszał.
Zbliżało się Boże Narodzenie. Moje wspaniałe nadzieje na powrót "do domu" do Ligotki spełzły na niczym. Paszport obiecywano mi nieraz, ale nigdy się nie ziścił. Moja opowieść nie pojawiła się w "The Times", więc w końcu udałem się tam osobiście, żeby zobaczyć, co poszło nie tak. Dowiedziałem się, że była już przewidziana do druku, ale odłożono ją na bok, bo inne rzeczy były pilniejsze. Nigdy się nie ukazała, ale zapłacono mi za nią i wykorzystałem te pieniądze, żeby kupić kilka potrzebnych rzeczy dla przyjaciół ze Śląska. Tuż pod koniec mojego pobytu w Londynie, na początku nowego roku, odnalazłem szefa prasy kanadyjskiej delegacji Johna Wesleya Dafoe50 z "Manitoba Free Press". Od razu mnie sobie przypomniał i poprosił, żebym przekazał mu rękopis. Ukazał się prawie w całości na pierwszej stronie jego dziennika pod tytułem In Darkest Europe, and the Way Out [W najciemniejszym miejscu Europy - i jak z niego wyjść].
Tytuł może nie był do końca sprawiedliwy, ale byłem wtedy w dość pesymistycznym nastroju. Z listów do mojej rodziny, które przetrwały, widzę, że w moim odczuciu nadzieje na szybkie i sprawiedliwe rozstrzygnięcie środkowoeuropejskich dylematów malały z każdym tygodniem zwłoki. [...] Dlaczego od zakończenia wojny minęły całe dwa miesiące, zanim doszło do spotkania tych, którzy mieli zaprowadzić pokój? Nawet dziś nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ale jedno jest pewne: nie ludzie w Londynie czy Paryżu, ale ci, którzy pracowali w Pradze, Warszawie i innych stolicach nowej Europy, prawdziwie zaprowadzali pokój. A o tym wszystkim mieliśmy bardzo niewiele informacji. Te, które napływały, goniły za sensacją, a często też mijały się z prawdą. Były mocno zabarwione szaleńczym strachem przed bolszewizmem, a zarzut, że Polska na wschodzie miała u siebie komunistów, sprawiał, że sprawy wyglądały jeszcze gorzej.
"W dzisiejszych czasach potrzeba nieskończonej cierpliwości" - napisałem do mojego brata 5 stycznia [1919]. "Ostatnie tygodnie przyniosły wiadomości potwierdzające prawie wszystko, co przekazałem mocarstwom 18 listopada; a teraz, gdy jest już za późno, by uniknąć wielu kłopotów, oni dopiero zabierają się do dzieła. Jeśli konferencja pokojowa w swojej indolencji znajdzie możliwe rozwiązania nawet najpoważniejszych problemów, z jakimi boryka się obecnie Europa, to będzie cud. Popełniono wszystkie możliwe błędy; wiele z nich wciąż jest popełnianych. Nie ma żadnej gwarancji na przyszłość". [...]
W końcu nadszedł dzień, w którym dowiedziałem się, że dzięki osobistej interwencji Lionela Curtisa tego wieczoru na pewno powinienem otrzymać swój paszport do Francji. Minął tydzień stycznia, a ja byłem z dala od Śląska przez całe dwa miesiące. W ostatnich godzinach przyszedł telegram od Kulisza51, co mnie zaniepokoiło. Napisano: "Niech Pan zostanie w Paryżu, żeby pomóc naszej delegacji". To była pierwsza jasna wiadomość, że ugoda z Czechami nie przyniosła oczekiwanych przez nas rezultatów. Byłem głęboko zatroskany, ale nieco uspokoiły mnie inne, lepsze wieści - tym razem o Warszawie. Paderewski pojechał z Gdańska i Poznania do Warszawy, przyjrzał się całej sytuacji i podał Piłsudskiemu pomocną dłoń, zgadzając się wesprzeć go w tworzeniu nowego gabinetu koalicyjnego. Mówiono, że Komitet Narodowy w Paryżu jest tym wszystkim bardzo zaniepokojony. Angielska i amerykańska prasa okazywały wyraźną ulgę. W końcu pojawiła się nadzieja, że polscy przywódcy zasypią dzielące ich różnice. Najwyraźniej Piłsudski jednak nie stał się "bolszewikiem"!
9 stycznia byłem z powrotem w Paryżu. Tutaj miałem wiele do zrobienia. Dawno temu doktor Mott52 przysłał mi informację, że mam być wykorzystany w służbie amerykańskiej YMCA, co wydawało się przydatne; tak więc od razu dostałem mundur i płaszcz wojskowy. Wkrótce przyszło zaproszenie, żebym zabrał głos na specjalnym spotkaniu wszystkich amerykańskich sekretarzy regionu paryskiego na temat znaczenia wojny dla narodów wyzwolonych w Europie Środkowej. Dało mi to możliwość opowiedzenia im o cierpieniach Polski w XIX wieku oraz o marzeniach wielkich poetów o odrodzeniu i nadejściu lepszego świata. Wykorzystałem niektóre idee Cieszkowskiego53 i sprowadziłem je do realiów 1919 roku. Pozwolili mi mówić przez półtorej godziny, na co nikt inny, jak mi powiedziano, nigdy się nie odważył! Było to jedno z serii spotkań, pierwsze, na którym poruszano problemy nowych państw.
Drugie wyzwanie, zupełnie innego rodzaju, przyszło bardzo szybko. W kilku częściach Francji amerykańscy Polacy zbierali się jako armia Hallera, aby być w gotowości, gdy nadarzy się okazja do wyjazdu do ojczyzny. Wiele z tych obozów zostało zgrupowanych dość blisko siebie w Lotaryngii, a w każdym z nich znajdowała się świetlica Czerwonego Trójkąta. Umówiłem się, że pojadę i odwiedzę je, aby porozmawiać z ludźmi o tym, jak Polska staje na nogi - w ogólności, żeby nieść słowa otuchy. [...] Żołnierze się cieszyli, gdy ktoś z zewnątrz opowiadał im, co się dzieje. Nie było nic dziwnego w tym, że się niecierpliwili. Sto razy zadawano mi pytanie: "Dlaczego jesteśmy tu przetrzymywani, skoro Polska nas potrzebuje? Czy bolszewicy nie zagrażają Europie? Dlaczego nie możemy tam pojechać i przyczynić się do tego, żeby tu nie weszli?". Na to wszystko nie miałem wystarczająco dobrej odpowiedzi. Mówiłem im, że są komplikacje i że robi się wszystko, co możliwe; ale w swojej głowie postanowiłem powiedzieć niektórym mędrcom w Paryżu to, co mówili prości żołnierze, podczas gdy oni spierali się o politykę. Spotkałem Polaków z zachodniej Kanady, których znałem jako chłopców dziesięć lat wcześniej. Przybyli tam z całego świata, czekając na sposobność, żeby pomóc postawić na nogi swoją ojczyznę; jednak całymi miesiącami trzymano ich w bezczynności na zimnych równinach Lotaryngii. W jednym z obozów niezwykłym trafem widziałem grupę żołnierzy, którzy właśnie przybyli z Włoch - jeńców wojennych z austriackich wojsk w Alpach, jeszcze ciągle w postrzępionych mundurach i czapkach, które tak dobrze znałem, na wpół zagłodzonych. [...]
W Paryżu, gdzie 18 stycznia zebrała się konferencja pokojowa, okazja nadeszła szybciej, niż się spodziewałem. Po zbadaniu sprawy dowiedziałem się, że perspektywy wyjazdu generała Hallera i jego kontyngentu nie były dobre. Wydawało się, że sprawa ta jest w gestii Wilsona, a on podobno obawiał się, iż ta armia, gdy już dotrze do Polski, może być tam wykorzystana nie do walki z bolszewikami, ale do celów politycznych partii - do przeciwstawienia się de facto sprawującemu władzę rządowi Piłsudskiego. Ci, którzy mi to mówili, sugerowali, że być może dobrze byłoby wybadać w tej kwestii samego generała Hallera. Od razu zgłosiłem się na ochotnika, aby to zrobić, a generał szczęśliwie przyjął mnie następnego dnia.
Wyszedł mi na spotkanie do samych drzwi swojego pokoju, wziął mnie za rękę i przywitał jak starego przyjaciela. Rozmawialiśmy przez godzinę o różnych rzeczach. [...] Opowiedziałem mu o mojej wizycie w Lotaryngii i o tym, co ludzie tam czuli z powodu opóźnienia. Powiedziałem mu również, że chcą, aby YMCA pojechała z nimi do Polski. Uśmiechnął się i odpowiedział, że nic by go bardziej nie ucieszyło. Zapytał, czy mógłbym zadbać o to, żeby centrala YMCA poznała jego zdanie. Powiedziałem, że tak. Potem rozmawialiśmy szczerze o głównym celu mojej wizyty. Jego komentarz w całej sprawie był prosty i rzeczowy: "Proszę powiedzieć wszystkim zainteresowanym, że kiedy poprowadzę polskie legiony we Francji z powrotem do Polski, to zrobię to w celu obrony i stabilizacji naszych granic i bez żadnej innej intencji". To było wszystko, ale to wystarczyło. Dalszy ciąg miał pokazać, że generał Haller był człowiekiem dotrzymującym słowa. [...]
Jak wspomniałem, już w Londynie wiedzieliśmy, że rząd w Warszawie ma trudności z uzyskaniem właściwej reprezentacji w centrum alianckich narad - w Paryżu. Doktorowi Dłuskiemu54 i profesorowi Sujkowskiemu55 faktycznie pozwolono na przyjazd, ale wkrótce dowiedziałem się w Paryżu, że właściwa delegacja z Michałem Sokolnickim56 na czele nie może otrzymać wizy na wjazd do Francji i czeka w Szwajcarii. Najwyraźniej Komitet Narodowy pod przewodnictwem Dmowskiego nie chciał ich tutaj i wolał zachować monopol na stosunki z ententą. Przez pewien czas wydawało się, że konferencja rozpocznie się bez odpowiedniej delegacji największego z nowych państw, które miały być utworzone na mocy coraz bliższego traktatu pokojowego!
Przedstawiłem te fakty tak prosto, jak tylko mogłem, przy pierwszej okazji zarówno Brytyjczykom, jak i Amerykanom, z którymi miałem kontakty. Czy to pomogło, czy nie, nie wiem; ale kilka dni później dotarła do mnie wiadomość, że polska delegacja przybyła, zatrzymała się w hotelu Lutetia i oczekuje mojej wizyty. Złożyłem ją i zastałem Sokolnickiego, jego sekretarza Michała Mościckiego57 i porucznika Hempla58. Omówiliśmy całą sytuację i podjąłem się próby skontaktowania ich z angielskimi delegatami w Paryżu. Pan Headlam-Morley obiecał, że zobaczy, co da się uzyskać, nalegał jednak, aby nie robić nic, co mogłoby być w jakikolwiek sposób uznane za oficjalne. Podziękowałem mu i zwróciłem uwagę, że szkoda by było, gdyby osoby mające największe kompetencje do wyjaśnienia sytuacji w Polsce zostały odsunięte na bok i nie pozwolono im się spotkać z tymi właśnie środowiskami, które najbardziej potrzebują informacji, będących w ich dyspozycji. Zgodził się z tym, a na rezultaty nie trzeba było długo czekać.
Dostałem wiadomość, żeby przyprowadzić pana Sokolnickiego [...] na spotkanie z sir Esme Howardem59. Wydaje mi się, że godzina ustalona była na szóstą po południu. Przyjechaliśmy i zostaliśmy przyjęci przez Headlama-Morleya osobiście. Po kilku minutach zjawił się sir Esme i od razu zaczęła się narada. Pozwolono mi zostać i słuchać. Sokolnicki po francusku przedstawił w sposób jasny całą sytuację w Polsce. Zajęło mu to prawie godzinę, po czym zadawano pytania. Atmosfera była bardzo serdeczna i czuło się, że - oficjalnie czy nie - ale lody zostały przełamane. [...]
Moja pozycja w Paryżu była bardzo wygodna. Nie miałem żadnych osobistych interesów. Nikt mi nie płacił, bo na utrzymanie wystarczała mi pensja z WSCF60. Bardziej sprzyjałem rządowi w Warszawie niż Komitetowi Narodowemu, ale nie miałem żadnej intencji, by podważać wspaniałą robotę, jaką ten ostatni wykonał dla sprawy polskiej w wielu wymiarach. Filipowicz powiedział mi w Wiedniu: "Jesteśmy wdzięczni za wszystko, co Komitet Narodowy zrobił dla Polski, ale nie możemy przyznać im prawa wyłączności do reprezentowania naszego narodu na konferencji pokojowej".
Od czasu do czasu bywałem w siedzibie Komitetu Narodowego. Spotkałem tu antropologa Jana Czekanowskiego61 ze Lwowa, wybitnego biologa Michała Siedleckiego62 z Krakowa oraz Bronisława Tetmajera63 [...], który zaprosił mnie, abym go odwiedził w Bronowicach - czego nigdy nie udało mi się zrobić. Albo wtedy, albo później poznałem też dobrze geografa Eugeniusza Romera64, a było wielu innych, których dziś już nie pamiętam. Jedna rzecz zrobiła na mnie wrażenie. Nie można powiedzieć, żeby wszyscy, którzy pomagali w Komitecie, byli zadowoleni z taktyki swojego szefa. Słyszałem otwartą krytykę, że za bardzo się izolował i nie wiedział, co się wokół niego dzieje. Raz jeszcze odmówił spotkania ze mną, gdy się o nie zwróciłem.
Gdy wróciłem z Nancy [...] za granicą było już wiadomo o "inwazji czeskiej" 23 stycznia na polski Śląsk65 - działaniu, które zniweczyło wszystkie wysiłki pokojowe z poprzedniego listopada. Przed końcem stycznia delegaci Rady Cieszyńskiej (polskiej) przybyli do Paryża, żebyśmy mogli się naradzić. Ogólna sytuacja nie wyglądała dobrze. [...] Delegaci cieszyńscy włożyli mi do rąk kilka egzemplarzy użytecznego dokumentu. Był to memoriał protestanckich pastorów z księstwa, podpisany przez dwudziestu pięciu z nich, z Franciszkiem Michejdą66 na czele. Wymieniał on trzy proste powody przypisania tego obszaru do Polski - geograficzny, historyczny i etnograficzny. W szczególności podkreślał pragnienie polskich protestantów, by pewnego dnia zjednoczyć się w kościele, mając nadzieję, że nawet polskojęzyczni Mazurzy z Prus Wschodnich będą mogli do niego należeć. [...]
W liście do mojej matki datowanym na 2 lutego pisałem tak: "Trzy dni temu wszystko wyglądało tu bardzo czarno, ale życzliwa opatrzność oddaliła te chmury. Mam nadzieję zobaczyć teraz, jak sprawy ruszają z miejsca. Jedyne, czego nie zrobią, to nie otworzą teraz kwestii Polski tak, jak powinni. Słyszałem, że komisja generała Bothy67 ma się tam udać 8 lutego. Mam się z nim spotkać jutro, powiedzieć mu, co wiem o kwestii śląskiej... Dziś mogłem przekazać sir Robertowi Bordenowi68 i sekretarzowi pana Lansinga69 kilka egzemplarzy memoriału śląskich pastorów. Uczynię z niego również podstawę artykułu, który ma być przesłany przez posłańca do doktora Motta".
Odniesienie do generała Bothy wymaga wyjaśnienia. Od pewnego czasu alianci zdawali sobie sprawę, że Polska się liczy i że to, co się dzieje w Warszawie, jest naprawdę ważne dla pokoju w Europie. Dojrzewały plany, aby do Warszawy pojechała duża komisja, by zobaczyć, co się dzieje, na własne oczy. Botha miał jej przewodniczyć, a reprezentowanych miało być kilka mocarstw. Lionel Curtis dobrze poznał generała w Południowej Afryce i zasugerował, żebym się z nim spotkał na godzinę i powiedział mu wszystko, co wiem. Niestety wiadomość, kiedy i dokąd mam jechać, nigdy do mnie nie dotarła, a raczej dotarła za późno. Tak więc plan ten się nie zrealizował. Zawsze żałowałem tego z powodów osobistych, ponieważ był on jedną z osób wyróżniających się w Paryżu.
Generał Botha zachorował jednak i przewodniczącym komisji został pan Noulens70. Sir Esme Howard miał być szefem sekcji brytyjskiej, a profesor Lord71 - sekcji amerykańskiej. Spotkałem Lorda w hotelu de Crillon, ale okazał się zbyt zajęty, żeby zwrócić na mnie uwagę. Bez wątpienia był nękany przez wszelkiego rodzaju ludzi, którzy chcieli mu powiedzieć, co trzeba robić. W każdym razie nie miał czasu, by wysłuchać, co miałem do powiedzenia o Śląsku. Potem przyszła zaskakująca propozycja od pana Headlama-Morleya. Próbował nakłonić ludzi na górze, żeby pozwolili mi udać się na Śląsk w roli prywatnego emisariusza, abym zobaczył dokładnie, co się tam dzieje, i złożył raport sir Esme Howardowi w Warszawie. Czy bym się tego podjął? Oczywiście, że się zgodziłem, choć oznaczało to niestosowanie się do instrukcji z Cieszyna. Byłem gotowy na wszystko, byle tylko kordon został przerwany i by mogło dojść do nawiązania kontaktu między tymi, którzy ustanawiali pokój, a tymi, którzy czekali na jego ustanowienie.
W tym czasie miałem zaszczyt spotkania z doktorem Edvardem Benešem72. Pamiętał mnie z Pragi, gdzie byłem gościem na jego seminarium, a rozmawialiśmy o dniach Wielkanocy w Ligotce w 1914 roku. Wyraziłem ubolewanie z powodu akcji Czechów z 23 stycznia, ale on stwierdził, że nie było żadnej innej możliwej drogi. Mieli dowody na to, że Polacy planują zamach na status quo, a niezależnie od tego potrzeba komunikacji kolejowej ze Słowacją była tak duża, że nie można było jej ignorować. Uważał za przesądzone, że księstwo zostanie przydzielone Czechosłowacji, choć nie zaprzeczał, że większość mieszkańców to Polacy pod względem języka i uczuć narodowych. Rozstałem się z nim z poczuciem, iż sprawa jest beznadziejna, i mając w pamięci, że memoriał pastorów był datowany na 3 grudnia. W sposób oczywisty już wtedy musieli mieć wątpliwości co do dobrej wiary tych, którzy zawarli ugodę 5 listopada.
Inne wizyty i rozmowy były mniej przygnębiające. Pewnego dnia wypiłem herbatę z amerykańską damą, podobno księżną, która miała nadzieję, że zostanie królową Polski. Miałem zaszczyt uczestniczyć w przyjęciu na cześć rodziny Styków, ojca73 i syna74, malarzy o międzynarodowej sławie. Od czasu do czasu składałem wizyty w domu doktora Bolesława Motza75 i jego małżonki, pani Motz76, od których wiele usłyszałem o przebiegu wojny zarówno we Francji, jak i w Polsce. Od nich otrzymałem prywatny list do porucznika Świrskiego77 w Warszawie, osobistego adiutanta Józefa Piłsudskiego, Naczelnika Państwa. Ale szczególnie jeden wieczór pozostanie mi w pamięci, gdy miałem szczęście zostać zaproszony przez Curtisa na kolację w małym gronie w hotelu Majestic. Trzeba pamiętać, że był to "dom" brytyjskiej delegacji na konferencję pokojową i nikt nie mógł przekroczyć progu, o ile nie wykazał, że sprowadzają go tam uzasadnione, a do tego ważne sprawy.
Rolę gospodarzy piastowali Lionel Curtis i lord Robert Cecil78, a przy stole musiało być nas około tuzina. Naprzeciwko mnie siedział niski mężczyzna, jeden z bohaterów tego wieczoru. Nazywał się Bullitt79 i powiedziano nam, że właśnie wrócił z podróży do Rosji, dokąd udał się jako agent Wilsona do spraw specjalnych. Pamiętam, że miał wiele do powiedzenia, ale obawiam się, że nie byłem zbytnio zainteresowany. Po mojej prawej stronie siedział jeszcze niższy mężczyzna, młodszy ode mnie, z wysokim czołem i jasnymi włosami. Nazywał się Lawrence80. Był tam jakiś admirał amerykańskiej marynarki wojennej, musieli być też inni, ale nie mam pojęcia, kim byli.
Mój gospodarz ostrzegał mnie wcześniej, że pojawią się pytania o to, jak się sprawy mają w Europie Środkowej. Właściwie to uciekłem od nich całkiem skutecznie. Przy stole znajdował się emisariusz właśnie przybyły z sowieckiej Rosji oraz "niekoronowany król" Bliskiego Wschodu, więc moje milczenie było jak najbardziej na miejscu. [...]
Powrót do Europy Środkowej stanowił logiczne następstwo mojego z niej wyjazdu, ale pod względem formalnym wszystko było teraz inaczej. Jako emisariusz polskiej Rady szukający kontaktu z aliantami miałem oficjalne stanowisko, ale oparte na wielkim oszustwie. W drodze powrotnej nie otrzymałem żadnego oficjalnego statusu ani dokumentów, które wskazywałyby, czym mam się zajmować, ale byłem prawdziwym Brytyjczykiem, z prawdziwym paszportem i z prawdziwą wizą. Wizę wjazdową do Polski wydał mi już działający w Paryżu Urząd Kontroli na podstawie pisma profesora Jana Czekanowskiego. [...]
W Bernie [...] odwiedziłem polskiego chargé d'affaires, mojego dobrego przyjaciela z Londynu, Augusta Zaleskiego. [...] Przekazał mi zaskakujące wieści. Następnego dnia pierwszy pociąg Amerykańskiego Czerwonego Krzyża z zaopatrzeniem medycznym miał odjechać z Zurychu do Warszawy, a on chciał poprosić dowodzącego tym pociągiem oficera, żeby mnie ze sobą zabrał. Dał mi list, a o godzinie trzeciej znalazłem kapitana Bearda81. Był skłonny pozwolić mi wsiąść - oczywiście na własną odpowiedzialność. Tak więc to zostało ustalone. [...]
Przejechaliśmy bez problemów, a na kolacji w Skoczowie przywitał nas dowódca sił polskich pułkownik Latinik82. Miałem zaszczyt wysłuchać jego raportu składanego pułkownikowi Tissiemu83, włoskiemu członkowi komisji w Cieszynie. Trwały ataki Czechów, zginęło czterech Polaków. Przy kolacji kurier usiadł po mojej prawej stronie, a naprzeciwko nas, obok dwóch pułkowników, siedział major Fordham84 w mundurze angielskim. Mówił słabo po francusku, raczej źle po niemiecku, a wcale po polsku - choć dużo rozumiał. Polski dowódca był przekonany, że uda mu się utrzymać, ale ubolewał nad całością sprawy. Błagał mnie, żebym twardo postawił tę kwestię w Warszawie. Dostaliśmy przyzwoitą kwaterę w prywatnym domu, a następnego ranka wyjechałem do Bielska. Późnym popołudniem byliśmy w Krakowie. [...]
Po przyjeździe do Warszawy następnego dnia rano [22 lutego 1919] znaleźliśmy się w hotelu Bristol. Przywitali nas ludzie z misji Hoovera85 i mieliśmy okazję się umyć. Właściwie jeszcze nie skończyłem, kiedy wszedł doktor Henryk Arctowski86, którego poznałem w Paryżu w domu doktora Motza. Był w Dużej Komisji87 jako adiutant profesora Lorda. Od razu powiedział: "Możemy mieszkać w jednym pokoju", więc miałem teraz dach nad głową. Jak się okazało, zyskałem też najlepszego możliwego przewodnika po Warszawie, bo Arctowski się tam urodził. Spacerowaliśmy około godziny albo dłużej. W pamiętniku napisałem: "Wszędzie żebracy, wszędzie Żydzi, wszędzie żołnierze. W oknach sklepowych owoce, wspaniałe jabłka, masło, mięso, nawet ser. Także wszelkiego rodzaju ubrania, ale ceny niegodziwie drogie".
Po powrocie do Bristolu spotkałem porucznika [Williama] Bassa. Wyglądał, jakby całkiem upadł na duchu. Przez całą podróż demonstrował swoją wyższość nade mną jako cywilem, a także nad swoimi polskimi gospodarzami. Był przekonany o słuszności sprawy czeskiej i o tym, że czyn komisji cieszyńskiej był właściwy. Teraz ludzie z Dużej Komisji porządnie zmyli mu głowę i błagał mnie, żebym poszedł z nim i wyjaśnił sprawy. Bardzo spokorniał. Powiedziałem, że chętnie przyjdę, jeśli po mnie przyślą, ale nigdy tego nie zrobili i tak było lepiej.
To była niedziela, więc mogłem czuć się wolny. Spotkałem pana Serafinowicza88. [...] Oddał się do mojej dyspozycji w kolejnych dniach i pokazał mi wspaniałą pracę wykonywaną w Warszawie, w warunkach stanowiących prawdziwe wyzwanie, w zakresie opieki nad dziećmi i wyrzutkami społecznymi.
Następnego dnia rano udałem się do lokalu przy ulicy Królewskiej przydzielonego misji brytyjskiej i wkrótce już konferowałem z sir Esme Howardem. Było to dość nieformalne, ale mogłem mu bardzo prosto opowiedzieć, co się działo w księstwie cieszyńskim, i poczynić sugestię albo dwie, jak poradzić sobie z tamtejszą sytuacją. Poprosił mnie, abym napisał dla niego bardzo krótkie memorandum i był w gotowości do rozmowy z całą komisją. On uważał, że Czesi popełnili poważny błąd, a tym, co zrobili, zaszkodzili swojej własnej sprawie.
Przez ten czas mogłem robić, co mi się podobało, czyli (oczywiście) poznawać Warszawę. Było to niezwykle interesujące doświadczenie. Przez tydzień mogłem wędrować do woli, z wyjątkiem czasu, który przeznaczyłem na zapoznanie się z przykładami samopomocy w opiece społecznej [...].
Miasto nie było atrakcyjne - jak mogło być po czterech latach wojny i okupacji, będących ukoronowaniem stulecia obcych rządów? Zabawnie brzmiało, gdy Arctowski mówił: "Gdybym był biznesmenem, założyłbym fabrykę farb!". Tak, o to chodziło. Lata zaniedbań, choć wojna wyrządziła niewiele rzeczywistych szkód. Ale stan ulic, brak mostów, tłok w tramwajach, ogólna nędza biedaków w obliczu temperatury bliskiej zera - to wszystko było straszne.
W czwartek rano znów zadzwoniłem do sir Esme Howarda. Nie było potrzeby, abym stawał przed Dużą Komisją, ponieważ dzień wcześniej, w środę 26 lutego, Czesi zostali zobowiązani do wycofania się, a Cieszyn znów stał się wolny. Byłoby miło, gdybym mógł poczuć, że moje wysiłki przyczyniły się do tego wyniku! [...] Wszystko, co wiem, to że zarówno Howard w Warszawie, jak i ludzie, którzy mnie przysłali z Paryża, podziękowali mi za przekazane informacje. To prawda, że porozumienie osiągnięte 25 lutego było dalekie od przywrócenia status quo ante89 zgodnie z ugodą z 5 listopada 1918, ale uświadomiło Czechom, że nie mogą osiągać swoich celów siłą. Obie strony uzyskały też zapewnienie, że ich roszczenia zostaną rozpatrzone przez właściwe trybunały w Paryżu.
Kilka doświadczeń z tych pełnych wydarzeń dni wyróżnia się w mojej pamięci. Nie zbliżyłem się do Sejmu, który już obradował pod przewodnictwem utworzonego wkrótce po Nowym Roku gabinetu koalicyjnego z panem Paderewskim jako premierem oraz z Piłsudskim jako Naczelnikiem Państwa i Naczelnym Wodzem Wojska Polskiego. Teraz widzę, że to był błąd z mojej strony, ale wtedy bardziej interesowały mnie działania oparte na środkach samopomocy organizowanych przez odważnych mężczyzn i kobiety w latach okupacji, mających zaspokoić przeogromne potrzeby fizyczne i kulturalne blisko milionowego miasta. Były wśród nich sierocińce, domy starców, jadłodajnie, szkoły i wszelkiego rodzaju punkty pierwszej pomocy.
To, co zobaczyłem, przekonało mnie raz na zawsze, jaką bzdurą była opinia, którą często słyszeliśmy wcześniej (i wciąż słyszeliśmy wtedy) o niezdolności Polaków jako narodu do zajmowania się ważnymi sprawami dotyczącymi wspólnego życia. Miałem szczęście poznać liderów edukacji i życia religijnego, inżynierów i pracowników socjalnych, biznesmenów i ekonomistów, a także oczywiście przedstawicieli świata literatury i sztuk pięknych. Pod sam koniec pobytu miałem zaszczyt zostać przyjęty na dłuższą rozmowę przez samego Naczelnika Państwa. [...]
W przeciwieństwie do Krakowa stolica Polski jest nowoczesna, choć w latach trzydziestych miały zostać odnalezione zaskakujące pozostałości po starszym murze miejskim pochodzącym aż z XIV wieku. Tylko jeden kościół, ten pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny na Starym Mieście, to prawdziwy gotyk, pozostałe są późniejsze, większość w stylu barokowym lub oczywiście dziewiętnastowiecznym. Choć imponujący, czasami nawet przytłaczający, styl barokowy nigdy nie przyciągał mnie ani nie inspirował tak, jak dzieła wcześniejszych wieków. W swoich bardziej czystych formach, jak w londyńskich kościołach [Christophera] Wrena, daje on światło i poczucie wspólnoty, których próżno szukać pomiędzy kolumnami opactw i katedr średniowiecza; jednak łatwo go było zepsuć, przeładowując dekoracjami, przez co stawał się niemal teatralny. Niemniej kościół św. Krzyża, w którym złożono serce Chopina, robi ogromne wrażenie na odwiedzającym, a gdy wypełnią go wierni, jest miejscem modlitwy i kazań niezwykle pasującym do ruchliwej arterii komunikacyjnej wielkiego miasta.
Jedna "świątynia" górowała nad wszystkimi innymi w Warszawie, będąc przy tym zupełnie nie na miejscu i nie niosąc żadnego znaczenia (chyba że złowróżbne) dla mieszkańców: sobór, ogromna cerkiew zbudowana przez Rosjan w samym centrum miasta, na placu naprzeciwko pałacu Saskiego, gdzie w swoim czasie stanie grobowiec "nieznanego żołnierza". Obok niej wznosiła się potężna dzwonnica i - choć bogata w wewnętrzne zdobienia, w większości pokryta mozaikami - budowla ta była tak obca w tym otoczeniu jak meczet na Trafalgar Square. Podjęta później decyzja o jej rozebraniu była w pełni uzasadniona i zrealizowano ją w ciągu kilku lat ku zadowoleniu całego narodu90. Potrzeby nielicznej prawosławnej ludności były odpowiednio zaspokajane przez mniejsze cerkwie stojące w innych częściach miasta.
Niedaleko od urokliwej Najświętszej Marii Panny91, w samym sercu Starego Miasta, mieści się dom dla starców. Został założony w 1388 roku w drewnianej chacie i mógł pomieścić piętnaścioro pensjonariuszy. Kiedy w 1889 roku obchodzono jego pięćsetlecie, mieszkało w nim sto czterdzieścioro troje pensjonariuszy92. Każdy z nich oddał swoje oszczędności (nie mniej niż sto rubli) i miał zagwarantowany dach nad głową na całe życie. Kiedy zobaczyłem to miejsce, liczba osób wynosiła dwieście czterdzieścioro dwoje, a ich utrzymanie było dużym problemem ekonomicznym. Przez trzy lata instytucja pozostawała bez żadnych środków; władze rosyjskie, wycofując się w sierpniu 1915 przed Niemcami, zabrały cały fundusz wieczysty w wysokości pięciuset tysięcy rubli - nie była to mała strata. Tylko wspólnym wysiłkiem władz miasta, Kościoła i prywatnych inicjatyw udało się to miejsce utrzymać. [...]
Następnie mój przewodnik zabrał mnie, abym zobaczył to, co wszyscy uważali za wzorcowy dom dla porzuconych dzieci: żydowski sierociniec przy ulicy Leszno, prowadzony przez pana Hosenpuda. Ten niezwykły człowiek od lat był nauczycielem i prezesem Stowarzyszenia Nauczycieli Żydowskich. Sam będąc wierzący, uważał, że żydostwo jest religią, a nie narodowością, i miał wielu wrogów wśród Żydów, którzy byli przeciwni temu, by sieroty uczyły się języka polskiego, wychowywały pośród gier i zabaw czy były nauczane zgodnie z programem szkolnym, co jest uważane na całym świecie za drogę do inteligentnego obywatelstwa. "Stoję zaledwie u bram tego dzieła - powiedział. - Moglibyśmy wykonywać wielokrotnie większą pracę, gdybyśmy mieli na to środki".
Byłem tam jeszcze, gdy około trzydziestu małych chłopców dostało południowy posiłek. Składał się z naprawdę pożywnej zupy z kluskami przypominającymi domowy makaron. Zjadłem porcję i była smaczna. Ale dowiedziałem się, że nie mieli mleka, a cukier dostawali tylko raz dziennie, do "kawy" przy śniadaniu. [...] Kiedy później składałem sprawozdanie członkowi organizacji Hoovera w Londynie, opowiedziałem mu o tych dzielnych działaczach pracujących na rzecz dzieci w Warszawie. W ciągu kilku tygodni zaczęli otrzymywać pomoc. Ludzie Hoovera dotarli do Warszawy przede mną!
W samym sercu Warszawy stoi (lub stał, zanim zniszczyli go Niemcy we wrześniu 1939) kościół luterański. W pobliżu znajdują się dwie piękne szkoły, założone i prowadzone przez protestantów - liceum noszące imię szesnastowiecznego poety Mikołaja Reja oraz szkoła podstawowa. Odwiedziłem obie. Dyrektor liceum opowiedział mi o swoich problemach. Najważniejszy dotyczył znalezienia miejsca dla połowy chłopców, których rodzice chcieli tam umieścić - nie tylko protestantów, ale i katolików, i Żydów. [...] Liczba żydowskich chłopców, którym co roku trzeba było odmawiać, była ogromna. [...]
Wtorek, 4 marca, został ustalony jako mój ostatni dzień w Warszawie. Z osobistego punktu widzenia miał być też najlepszy. Rano zaszedłem do hotelu Bristol, aby złożyć wyrazy szacunku dla madame Paderewskiej93 i podziękować jej za to, że pomogła mi zobaczyć na własne oczy tak wiele pracy pomocowej w Warszawie. Podczas mojej poprzedniej wizyty wyraziła wątpliwości, czy pochodząca z protestanckiego kraju YMCA może naprawdę przydać się w kraju katolickim, jakim jest Polska, ale tym razem była bardzo serdeczna. Błagała mnie, abym w jej imieniu wezwał wszystkich przyjaciół Polski na Zachodzie do podwojenia wysiłków, i zaprosiła, bym przyjechał ją odwiedzić, jak tylko wrócę z Kanady. Byłem proszony na kolację w domu przyjaciół i właśnie skończyliśmy, gdy "samochodem komendanta" przyjechał porucznik Świrski. [...] Wszedł, wypił z moimi gospodarzami filiżankę kawy, a potem zabrał mnie do Belwederu.
Wizyta, którą miałem teraz zaszczyt złożyć u Józefa Piłsudskiego, i trwająca półtorej godziny rozmowa były dla mnie punktem kulminacyjnym całej mojej misji w Warszawie. Mój gospodarz odpoczywał w łóżku i tam właśnie mnie przyjął. Cała sytuacja była absolutnie nieformalna i przyjacielska. [...] Byłem jednym z pierwszych Anglosasów, którzy rozmawiali z nim po przejęciu władzy, a na pewno pierwszym, który rozmawiał z nim po polsku. Jego pierwsze pytanie padło po angielsku: "Czy pan pali?", a ostatnim słowem było również angielskie "Goodbye", ale poza tym rozmawialiśmy swobodnie po polsku o różnych rzeczach.
Na początku musiałem wytłumaczyć, kim jestem, co zrobiłem - bardzo pokrótce. Powiedziałem mu, dlaczego przyjechałem do Warszawy i co było moją główną troską. Następnie powiedziałem mu o działaniach Czerwonego Trójkąta i o tym, że Amerykanie będą towarzyszyć armii Hallera, kiedy w końcu otrzyma pozwolenie na powrót do Polski. Była to z pewnością pierwsza informacja, jaką Piłsudski otrzymał o organizacji, która miała tak skutecznie świadczyć pomoc w ciągu następnych dwóch lat wypełnionych kryzysami i której służbę dla żołnierzy sam miał obserwować. Następnie przekazałem mu wiadomość od pana Zaleskiego. Dzięki temu mogliśmy swobodnie rozmawiać o innych sprawach. Wciąż widzę tamto światło w trzeźwych, szarych oczach, gdy Naczelnik Państwa odpowiadał na moje pytania o perspektywy i problemy nowej Polski. Cierpiał z powodu lekkiego przeziębienia, od czasu do czasu kaszlał. Powiedział mi, że nie ma cierpliwości do lekarzy. Uważał, że tam, gdzie jest praca do wykonania, trzeba ją wykonać i się nie oszczędzać. To była zawsze jego życiowa zasada i być może z tego powodu stał się swego rodzaju bohaterem. "Moi wielbiciele przedstawiają mnie w fałszywym świetle - powiedział. - W gruncie rzeczy jestem w pewnym sensie barbarzyńcą".
Wkrótce zrozumiałem, że mówi poważnie. Nie chcąc dostosować się do istniejącego porządku w Rosji, wybrał bycie wyrzutkiem i prowadził mniej lub bardziej życie dzikusa. Później powtórzył te słowa: "Jestem miłośnikiem walki, trochę barbarzyńcą. Wy na Zachodzie macie wszelkiego rodzaju sporty, my mamy zamiast tego tę ciągłą wojnę. Ci, którzy mówią o wiecznym pokoju na ziemi, są w błędzie. Zawsze będą zmagania, a wraz z nimi rywalizacja. Takie rzeczy budują charakter. Nie ma innej drogi". [...]
Piłsudski niewiele interesował się tym, co działo się w Paryżu, ale chętnie mówił o tym, co działo się w Polsce. Było jasne, że nie ma wątpliwości co do wygranej: "Koniec jest pewny. Może mnie pan nazwać optymistą z natury, ale gdy analizuję sytuację, jestem raczej pesymistą. Możemy wierzyć w swoje cele, ale ze środkami do ich osiągnięcia jest trudniej. Zło leży w ludzkiej naturze i musimy sobie z tym radzić. Dla Polski szkolenie wojskowe jest niezbędne. Nasz naród był w niewoli, nie nauczył się samodyscypliny, bycia panem samego siebie. Nauczyć się tego to pierwsza rzecz. Czas pokaże, czy możemy być panami innych".
Od czasu do czasu moje spojrzenie opuszczało twarz wodza i wędrowało do jedynego elementu dekoracyjnego w pokoju. Była to mała Madonna Rafaela, wisząca na ścianie nad łóżkiem. Nie wiedziałem wtedy, jak wiele Piłsudski zawdzięczał swojej matce, ale teraz rozumiem, dlaczego ta Madonna tam była. W człowieku przede mną głowa i serce zespoliły się w niezwykle rzadko spotykany sposób. Romantyk, owszem, ale surowo praktyczny i przez cały czas kalkulujący; chłodno myślący o trudnościach, ale uparcie odmawiający poddania się. I jedna szczególna uwaga: "To, co my, Polacy, musimy zrobić, to jednym wielkim wysiłkiem znaleźć drogę z wieku XVIII w wiek XX. Jestem dumny, że mam zaszczyt przewodzić w tym wielkim dziele".
Wspomniałem o moich skromnych początkach, gdy poznawałem przeszłość Polski, jej myślicieli, jej błędy i jej problemy. Piłsudski od razu zwrócił uwagę na miejsce Polski na mapie. Między Wschodem a Zachodem, z odrobiną jednego i drugiego w sobie, z jeszcze wciąż silną półfeudalną strukturą społeczną z jednej strony, z drugiej zaś - z silnym dążeniem do indywidualnej wolności i równości. Mówił o obecności magnatów i szlachty w kontraście do Czech i Serbii. "Jesteśmy bardziej jak Chorwaci - powiedział. - Musimy mieć to na uwadze we wszystkim, co staramy się robić. Tak samo jak musimy pamiętać o władzy i wpływie Kościoła. W Polsce nie możemy jeszcze myśleć o rozdzieleniu państwa i Kościoła - jak we Francji". Zwróciłem jego uwagę na nową socjalistyczną Rosję. Zareagował od razu. Nienawidził tego, co robili bolszewicy. Walczył z carską Rosją, zrobiłby to samo z nowym reżimem sowieckim. Dla Polski taki system był nie do pomyślenia. Powiedział uderzające zdanie: "Musimy wygrać przyszłość, ale bez niszczenia przeszłości. Byłoby to chwalebne osiągnięcie". Głównym zadaniem było zjednoczenie: wprowadzenie jednego systemu szkolnictwa, jednej armii, jednego polskiego wymiaru sprawiedliwości. Będzie to trochę trwało, ale nic innego nie wystarczy.
Nocny pociąg zawiózł mnie z powrotem do Krakowa, a następnego wieczoru znów byłem w Cieszynie. Ligotka znajdowała się wciąż za czeską granicą, więc przed powrotem do domu złożyłem raport tym, którzy byli nim zainteresowani. Teraz odkryłem, że Emily94 ma wszystko przygotowane na nasz długi wyjazd. Jechaliśmy etapami; najpierw do Pragi, gdzie pan Fitzgibbon Young95 jako sekretarz nowego przedstawicielstwa dał Emily tymczasowy dowód tożsamości i gdzie odnowiliśmy starą znajomość z czasów przedwojennych. [...]
Podróż do Berna okazała się dość męcząca, ale dotarliśmy bezpiecznie, aby odkryć, że wicekonsulem był tam Frank Savery96, który od razu wystawił Emily odpowiedni paszport. Jako repatrianci musieliśmy jechać drogą okrężną przez Évian-les-Bains do Francji, tak więc dotarcie do Paryża zajęło nam dzień dłużej, niż się spodziewałem. Zostaliśmy ciepło przywitani przez wielu przyjaciół, z których niektórzy chyba nigdy więcej nie spodziewali się mnie zobaczyć.
Niewielką wartość miałoby komentowanie tutaj niemal tragicznej atmosfery niezdecydowania, poczucia frustracji, które były odczuwalne wtedy w Paryżu. Najbardziej niepokoiło nas to, że armia Hallera jeszcze nie wyruszyła w drogę i nikt nie wiedział, kiedy to nastąpi. Jedynym realnym krokiem naprzód, jeśli chodzi o sprawę polską, była konsolidacja reprezentacji na konferencji pokojowej. Nie było już widać partyjnej rywalizacji, a interesy nowego państwa stały się nadrzędne. Od razu nawiązałem kontakt z panem Headlamem-Morleyem, który podziękował mi za pomoc, jakiej udzieliłem w sprawie cieszyńskiej.
Kilka dni później zaprosił Emily i mnie na obiad, ale ostrzegł mnie, że decyzja o granicy wydaje się przechylać na korzyść Czechów. "Na obiedzie będzie z nami nowy członek tutejszej brytyjskiej misji, który pełni funkcję sprawozdawcy w sprawie Czech. Nazywa się Harold Nicolson97. Niech pan nie mówi nic, co mogłoby go zawstydzić, bo nie może nic poradzić na to, co się dzieje". Obiecałem, że "będę grzeczny" i z zainteresowaniem czekałem na tę okazję. Rozmowa podczas obiadu dotyczyła wszystkiego, włączając w to godną uwagi książkę Czterech jeźdźców Apokalipsy98, mówiliśmy także o sytuacji w Europie Środkowej, częściowo ze względu na to, co wydarzyło się w Budapeszcie, gdzie Béla Kun99 właśnie dostał swoją szansę. Goście wiedzieli, że właśnie przyjechaliśmy ze Śląska, więc zwróciłem uwagę Nicolsonowi, że słyszałem o decyzji, na podstawie której Cieszyn ma ostatecznie przypaść Czechom. "Obawiam się, że tak będzie" - odpowiedział. "Zdaje pan sobie sprawę, co to znaczy - kontynuowałem. - Bardzo znaczna polska większość znajdzie się po złej stronie granicy, co nie jest konieczne. Czyż nie zwiększy to znacznie prawdopodobieństwa, że w nadchodzących latach będą tam kłopoty?" Przyznał, że to prawda i dodał słowa, których nigdy nie zapomniałem: "Będziemy musieli żwawo działać".
Mówiąc "my", miał na myśli oczywiście Ligę Narodów i najwyraźniej żył w nadziei, że będzie ona w stanie albo okazać swojego ducha w całej Europie, albo z braku tego ducha odegrać rolę skutecznej policji. [...]
W tamtych dniach byliśmy dosyć zajęci, choć nie było nic, co by można było zrobić. Kiedy czekałem na przyjazd doktora Motta z Nowego Jorku, żeby zorganizować sobie przepustkę, zabawiali nas różni przyjaciele. Pewnego wieczoru dzięki uprzejmości profesora Romera, wybitnego lwowskiego geografa, mieliśmy zaszczyt być na jednej z uroczystych kolacji wydanych przez polską delegację. To właśnie tutaj spotkałem Stanisława Patka100 (zdolnego prawnika, obrońcę tak wielu swoich rodaków przed niesprawiedliwościami caratu), który wkrótce miał zostać ambasadorem w Tokio. Zabawiał Emily przy kolacji. Przy takiej okazji można było zapomnieć, na ile to możliwe, o rozczarowaniu drapieżnym duchem ludzkości i cieszyć się towarzystwem życzliwych dusz, a także nadzieją na lepszą przyszłość. Polska przetrwała początkowe trudności, zima się skończyła, nadchodziło lato. Wszystko to dawało podstawy do optymizmu.
Moja nadzieja na ponowne spotkanie z generałem Hallerem nie spełniła się, ponieważ wyjechał ze swoimi oddziałami na prowincję. Było już postanowione, że ludzie Czerwonego Trójkąta będą towarzyszyć swoim jednostkom wojskowym, gdy rozpocznie się exodus do Polski, ale nikt nie wiedział, kiedy to nastąpi. W liściku, który nadal mam, pan Headlam-Morley zapraszał mnie na kolację, abym spotkał się z pułkownikiem Cornwallem101, który miał wyjechać, by przejąć misję cieszyńską; jednak myślę, że ta decyzja została zmieniona i w jego miejsce pojechał ktoś inny.
Tuż przed wyjazdem z Paryża zajrzałem w południe do hotelu Majestic, aby powiedzieć au revoir102 mojemu szanownemu pracodawcy [Headlamowi-Morleyowi]. Zastałem go gotowego do wyjścia, taksówka faktycznie czekała już przy drzwiach. Poprosił mnie, abym wsiadł razem z nim, bo jest w drodze do hotelu de Crillon i ma tylko tyle czasu, ile trzeba, żeby dojechać na to spotkanie. Z uśmiechem podniósł paczkę papierów, którą miał w ręku. "Nigdy nie zgadnie pan, co tu mam" - rzucił. Oczywiście, nie śmiałem nawet zgadywać. Potem ciągnął dalej: "To pierwszy projekt konstytucji Wolnego Miasta Gdańska". Wtedy zrozumiałem, że została podjęta kolejna decyzja i że znowu wiele osób będzie niezadowolonych.
Przyjechał doktor Mott, ale dopadło go silne przeziębienie i przez kilka dni nie mógł nikogo przyjąć. Kiedy w końcu się z nim zobaczyłem, był ucieleśnieniem życzliwości. Minęło prawie sześć lat od naszego spotkania, postarzał się. Od razu powiedział: "Oczywiście, że musi pan jechać do domu, nie był pan tam od prawie siedmiu lat, a to wystarczająco długo". Więc to zostało załatwione. Wtedy dowiedziałem się o czymś innym. Ludzie z Czerwonego Trójkąta pracowali już w Czechosłowacji i z Pragi do siedziby głównej w Paryżu napływały skargi na moją "polityczną" działalność. Doktor Mott powiedział mi o tym i zapytał, co myślę. Oczywiście, mogłem zrozumieć czeski punkt widzenia, ale zwróciłem uwagę na to, co najważniejsze: że rozpocząłem pracę w momencie, gdy doszło do porozumienia między sąsiadującymi ze sobą narodami słowiańskimi i gdy celem było urzeczywistnienie wolności obu tych narodów, co było konsekwencją upadku imperium Habsburgów. Doktor Mott zrozumiał, a w rzeczywistości nie potrzebował wyjaśnień, ponieważ wszystko to napisałem mu już, gdy był w Ameryce. Radził mi jednak, abym od tej chwili dał spokój z tym wszystkim i wrócił do pracy wśród studentów i dla studentów. Zgodziłem się i tak zakończyła się moja śląska misja.
PRZEŁOŻYŁA Dorota Gołębiewska
ŹRÓDŁO: The Polish Memoirs of William John Rose, red. Daniel Stone, Toronto: University of Toronto Press, 1975.