5
Pośpiech
"Co jest najlepsze i najgorsze w Bilbao?"
Najgorsze w Bilbao jest to, że nie ma takiego miejsca jak Attack. Gdzie można poszukać przypadkowego partnera seksualnego i rozładować napięcie.
Najlepsze w Bilbao jest to, że nie ma takiego miejsca jak Attack, z którego Jon wychodzi z cierpiącą duszą, czując się jeszcze bardziej samotny niż wtedy, gdy tam wchodził.
"Ale lżejszy, trzeba uczciwie powiedzieć".
Przede wszystkim chce, żeby odpowiedział mu chłopak z Grindra, ale wygląda na to, że po kilku czatach zapadł się pod ziemię. Choć wydawał się miły. A inspektor Gutiérrez, który jest seryjnym monogamistą, nie chce jeść jabłka dwa razy w tygodniu, mając przy tym ochotę płakać. Chce cywilizowanej miłości, tyle że jej nie znajduje.
Wychodząc, Jon zapina marynarkę, z włosów wciąż mu kapie po tej saunie w środku. Płaszcza nie wkłada, bo od domu dzieli go tylko sześć minut.
Jako wiecznie niepoprawny optymista, Jon włącza telefon. W Attacku komórki trzeba zostawić w szatni, razem z całą resztą, z oczywistych powodów. Może dopisze mu szczęście i pojawi się wiadomość od chłopaka.
Pojawia się pięć połączeń od Mentora.
Sześć, łącznie z tym, które przychodzi w tej chwili.
- Dochodzi druga w nocy - mówi Jon, odbierając.
- Mam nadzieję, że przygotował pan Scott, tak jak prosiłem.
- Ma pan już raport od Aguado - wzdycha Jon.
- Tego się obawialiśmy. Ta kobieta to nie jest Sandra Fajardo, więc zwalniam was z tej sprawy.
- A to nie mogło zaczekać do jutra?
- Nie, bo wyniknęło coś bardzo ważnego. Musicie pojechać do Marbelli.
- W porządku, jutro z same...
- Teraz, inspektorze. Proszę mi wierzyć, to bardzo pilna sprawa. I bardzo, bardzo gruba. Niech pan powiadomi Scott i ruszajcie. Po drodze przekażę wam szczegóły.
Jon otwiera szeroko usta. Albo ziewa, bo nie da się tego rozróżnić. To już druga noc z rzędu, gdy kładzie się późno. Poprzedniej wyławiał zwłoki. Dzisiejszej zajmował się swoimi gejowskimi sprawami. A człowiek jest już w pewnym wieku. Tak więc to polecenie nie jest mu na rękę.
- To sześć godzin jazdy.
- Tym samochodem, jeśli się porządnie depnie, cztery. I proszę uważać.
- Czy właśnie poprosił mnie pan, żebym jednocześnie depnął i uważał?
- To się nie wyklucza.
- Zasypiam na stojąco.
- Jeśli potrzebuje pan chemicznego wsparcia, w schowku coś pan znajdzie.
"Tylko tego brakowało. Dwoje ćpunów w ekipie, w cenie jednego".
- Moje ciało jest jak świątynia, niech pan zapamięta.
- Nie da się tego powiedzieć przy cholesterolu na poziomie dwieście osiemdziesiąt trzy, inspektorze.
- Wydawało mi się, że wyniki badań lekarskich są poufne.
- Są dość poufne. Niech się pan nie rozbije - nakazuje Mentor. Rozłącza się.
Tak więc pół godziny później ma Antonię na siedzeniu pasażera w audi A8. Czarny metalik, przyciemniane szyby, aluminiowe felgi, ponad sto tysięcy euro. Jon ochrzcił go "Królowamobil". Ksywka, która jest zabawna tylko dla niego.
- Jeśli jesteś zmęczony, mogę prowadzić - proponuje Antonia niewinnym głosem.
To trzeci samochód, jaki dał im Mentor, po tym jak Antonia rozbiła pierwszy podczas pościgu z prędkością przekraczającą dwieście pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Drugi Jon wbił w rolls royce'a sir Petera Scotta, ojca Antonii, niedługo potem. Ale zdaniem Jona to też była jej wina.
Z tego powodu Jon nie zamierza ustąpić jej miejsca za kierownicą aż do dwudziestego drugiego stulecia.
- Ty odpoczywaj, piękna. Odpoczywaj.
Rozczarowana Antonia odchyla się na oparcie. Zamyka oczy i udaje, że śpi.
Jon patrzy na zegarek i myśli o amatxo. O tym, jak się czuje. Bo ma już siedemdziesiąt jeden lat. A bingo Arizona jest zamknięte. Gdzie ona znajdzie rozrywkę. Biedaczka, jest taka samotna.
Taka samotna oczywiście dlatego, że tak jej się podoba. Bo wbrew wszystkiemu nie chciała opuścić swojego mieszkania w Bilbao, żeby przenieść się z synem do Madrytu. Gdzie ona niby ma się przeprowadzić na stare lata. Jedź sam, jeśli chcesz, jeśli nie obchodzi cię, że umrę tu samiuteńka. Nie, ama, rzecz w tym, że obowiązki wzywają i w ogóle. I że ona się nie przeprowadza, zostawiając mu zadanie prasowania własnych koszul po raz pierwszy od czterdziestu trzech lat. Tak się tylko mówi, bo teraz prasują je w pralniach. A tym bardziej z tą pensją, jaką co miesiąc wypłaca mu Mentor. Prawie pięciocyfrową. No ale tęskni za nią.
"Muszę do niej zadzwonić".
Dzwoni jednak - kiedy jadą A czwórką na wysokości Valdemoro - Mentor. Na iPad Antonii. Przez FaceTime.
Ona umieszcza tablet na uchwycie na desce rozdzielczej i odbiera połączenie.
- Zastanawiacie się pewnie, dlaczego wysłałem was do Marbelli w środku nocy.
Kamera internetowa podkreśla Mentorowi zakola i worki pod oczami. Wygląda, jakby nagle postarzał się o dziesięć lat. I wciąż wapuje.
- Prawdę mówiąc, nie. Nie ma nic lepszego niż sześćset kilometrów, żeby rozprostować nogi.
- Pan niech patrzy na drogę, inspektorze.
- A pan niech nie dmucha parą w kamerę, bo nic nie widać.
- Było wiele spraw, w których domagano się Czerwonej Królowej, teraz, gdy zrezygnowaliśmy z poszukiwań Fajardo - mówi Mentor, ignorując go. - Musiałem odrzucić albo odwlec jej udział w nich. Teraz coś się pojawiło, szansa, jakiej nie mieliśmy od dawna.
Mentor podnosi wydrukowane zdjęcie. Wygląda jak wyciągnięte z paszportu. Młody śniady chłopak, jakieś trzydzieści pięć lat. Szeroki nos, krótkie włosy. Grube usta.
"Przeleciałbym go", myśli Jon.
- Tak mniej więcej wyglądał Jurij Woronin jeszcze dwa dni temu.
Mentor podnosi drugie zdjęcie.
- A tak wygląda teraz.
To fotografia w dużej rozdzielczości, zrobiona z fleszem. W zbyt dużej rozdzielczości. Widać ramiona i podbródek Jurija. A nawet, gdyby zdobyć się na wysiłek, żeby odróżnić je od krwi i kości, da się dostrzec jego włosy. Nie widać natomiast nosa ani oczu, ani reszty twarzy Jurija, bo rozwalono mu ją strzelbą.
"Już bym go nie przeleciał", myśli Jon. I odwraca wzrok.
- Kaliber dwanaście? Powiedziałabym, że z kulami ceramicznymi - zgaduje Antonia, przysuwając się nieco do ekranu.
- Jak dobrze zrobiliśmy, posyłając cię do prywatnej szkoły - potwierdza Mentor, pokazując więcej zdjęć.
Ciało leży na rozbitym szkle. Z daleka wygląda tak, jakby brakowało mu części głowy, ponieważ brakuje mu części głowy.
- Jurij Woronin był rosyjskim biznesmenem, legalnym pod każdym względem - ciągnie Mentor. - Miał firmę importową. Agrochemikalia, fitoregulatory, akarycydy. Sprowadzał je z Sankt Petersburga do Algeciras albo Malagi. A także żelazo, aluminium i inne surowce. W ostatnich miesiącach interesował go głównie funduk.
- Co to jest funduk?
- Po rosyjsku to orzech laskowy - mówi Antonia.
"Zna też rosyjski", myśli Jon. "Jakżeby inaczej".
- To rosyjska nutella - wyjaśnia Mentor. - Najwyraźniej robi furorę na Costa del Sol. Eksportują ją nawet do Francji.
- Nutella tuczy - dodaje Antonia, której burczy w brzuchu, gdy tylko wymawia tych siedem liter.
- A funduk jeszcze bardziej. Rosjanie nie ulegli nawoływaniom, żeby przestać używać oleju palmowego. Podobno właśnie dlatego cieszy się taką popularnością.
- Niech zgadnę - odzywa się Jon. - Nie zginął za sprzedawanie mleka, kakao, orzecha laskowego i cukru.
- Nie, obawiam się, że nie. Uważamy, że Jurij Woronin był skarbnikiem klanu Orłowa. Głównego przedstawiciela rosyjskiej mafii w Hiszpanii.
- Po co zabijać skarbnika? Nie zgadzała się tabelka w Excelu?
- To ważne pytanie, inspektorze. Proszę pozwolić, że zadam panu inne. Co pan wie na temat przestępczości zorganizowanej na Costa del Sol?
- Że to nie są żarty - odpowiada Jon.
Chociaż nie należało to do zakresu działalności Jona, kiedy pracował jako zwykły policjant, od wielu lat czytał wewnętrzne raporty. Wie o prawie cotygodniowych obławach. O skonfiskowanych milionach euro i kilogramów. Dziesiątkach zabitych, których liczba rośnie, a o których nigdy nie mówi się w mediach. Ponieważ przede wszystkim trzeba chronić to, co daje nam jeść. A w tym kraju jeść daje nam sprzedawanie słońca i plaży.
- Nie, to absolutnie nie są żarty. To jest chaos, inspektorze. Kolumbijczycy, Szwedzi, Algierczycy, Kosowianie, wszyscy walczą o kawałek tortu. A ponad nimi wszystkimi Rosjanie kroją ten tort. To jest wojna, którą przegrywamy.
- Przez to, co zawsze?
- Nie ma żadnych środków dla lokalnych organów. Utworzyły się obozy. UDYCO4 po jednej stronie, GRECO5 po drugiej. Gwardia Obywatelska działa na własną rękę. Zawiść.
- A więc przez to, co zawsze.
- I teraz wkraczacie wy, inspektorze.
Mentor pokazuje więcej fotografii. Kobieta o jasnokasztanowych włosach i niebieskich oczach. Owalna twarz. Nawet na zdjęciu z dowodu widać, że jest cholernie ładna. "A przecież na tych zdjęciach wychodzi się fatalnie".
- Lola Moreno Fernández. Urodzona w Fuengiroli w osiemdziesiątym dziewiątym. Uczyła się w szkole dla sekretarek, próbowała sił w modelingu, podawała drinki, pracowała w klubie go-go. Nic ciekawego. Sześć lat temu wyszła za Jurija i teraz mieszka w willi za pięć milionów euro.
- Zbyt ładna, żeby nosić żałobę - mówi Jon. - Co zeznała?
- Nic. Tego samego dnia próbowali zabić ją w centrum handlowym, o tej samej godzinie co jej męża. Sprzątnęli szofera, a ona zniknęła.
- Policja pewnie jej szuka.
- I płatni zabójcy Orłowa też, więc w tej chwili trwa wyścig z czasem. Waszym zadaniem jest go wygrać. Dlatego wysłałem was do Marbelli w takim pośpiechu, zanim ślad się zatrze. Lola Moreno to wasze jedyne powiązanie z Jurijem Woroninem. Jeśli dowiecie się, dlaczego zabito jej męża, jeśli dowiecie się, dlaczego usiłowano zabić i ją, być może uda nam się zrobić szczelinę w pancerzu klanu Orłowa. Jakieś pytania?
Jon zaprzecza, pomrukując.
Antonia nie mówi nic.
Wszyscy wiedzą, że jest niezadowolona. Że chce jedynie zostać w Madrycie i szukać Sandry Fajardo. Czy jak się tam ona nazywa.
- Nie wyglądasz na zbyt zachwyconą - karci ją Mentor, który nie daje za wygraną.
- Mafiosi są nudni - mówi ona, wzruszając ramionami.
- Daj spokój. Będzie tak jak w Walencji.
- Ty i ja wspominamy Walencję w zupełnie inny sposób.
Mentor odchrząkuje.
- Taka chaotyczna sytuacja jak ta jest modelem, dla którego stworzono projekt Czerwona Królowa. Jeśli ktoś może zrobić z tym porządek, to właśnie ty, Antonia. Wszystkie zaktualizowane informacje zostawiłem wam na serwerze. Informujcie mnie na bieżąco - prosi Mentor i się rozłącza.
W samochodzie zalega cisza. Wzmocnione wnętrze audi A8 jest dziełem sztuki. Nie słychać nawet szmeru kół na asfalcie, w miarę jak potężny pojazd pożera kilometr po kilometrze.
- Ja zawsze ubieram się na czarno - odzywa się po chwili Antonia.
Jon spogląda na nią, zdziwiony.
- Powiedziałeś, że ta kobieta jest zbyt ładna, żeby nosić żałobę. A ja?
"A ty... a ty już powinnaś przestać nosić żałobę", myśli Jon. Ale mówi:
- Jak by ci to wyjaśnić - zaczyna, poważniejąc. - Możliwe, że nie nadajesz się do modelingu. Ale kiedy się uśmiechasz, to nawet wszystkie Lole Moreno na świecie nie dorastają ci do pięt.
I tyle.
Antonia się uśmiecha.
Uśmiech o mocy dziesięciu tysięcy woltów, znak towarowy.
Jon uświadamia sobie, że po raz pierwszy od kilku miesięcy widzi ją uśmiechniętą, i to roztapia mu serce. W tej chwili na środku klatki piersiowej ma fondant czekoladowy.
"Aj, piękna. Jaka ty jesteś trudna i jak bardzo dajesz się lubić".