LO-teria - Małgorzata Karolina Piekarska

-
Proszę czekać

NIEOGOLONY

Lekcji, na której ostatecznie cała klasa znienawidziła Łochę, długo nie mogli zapomnieć. Odbiła się ona czkawką na szkolnym zebraniu, kiedy wszyscy rodzice solidarnie w imieniu swoich nastoletnich pociech zażądali zmiany nauczyciela. Niestety, dyrekcja odpowiedziała, że zmiana możliwa będzie dopiero w przyszłym roku.

A wszystko zaczęło się dwa tygodnie wcześniej na historii...

* * *

- Siadajcie! - powiedziała wychowawczyni, wchodząc do klasy.

Tego dnia po raz pierwszy klasa humanistyczna z warszawskiego liceum im. Bolesława Prusa zobaczyła profesor Janecką smutną.

Karolina Janecka uczyła historii. Była nauczycielką niezwykle pogodną. Uczniowie pieszczotliwie nazywali ją Janka. Janka, zafascynowana wykładanym przedmiotem, potrafiła zainteresować historią uczniów jak żaden inny nauczyciel tego przedmiotu uczący w ich szkole. Zawsze miała w zanadrzu jakieś historyczne anegdoty, które uczniowie zapamiętywali chętniej niż daty czy podawane na lekcjach fakty.

- Mam dla was pewną smutną wiadomość... - zaczęła i szybko umilkła, patrząc gdzieś w dal za oknem. - Nie ma dziś Marcina Niewiadomskiego. Zmarła mu mama. Marcin ma jeszcze trójkę młodszego rodzeństwa. Bardzo bym was prosiła, abyście okazali koledze pomoc i zrozumienie...

- My okażemy - mruknął Aleks na tyle głośno, że usłyszeli go wszyscy. - Ale czy to samo zrobi kadra profesorska?

Profesor Janecka westchnęła ciężko.

- Wszyscy o tym wiedzą, więc mam nadzieję, że tak - odparła cicho i rozłożywszy na biurku dziennik, zaczęła sprawdzać obecność. Kilka razy przerwała. Zapadało wtedy milczenie, podczas którego profesor znów spoglądała w okno, a klasa nie śmiała odezwać się ani słowem. Jakby widok pustej o tej porze roku płyty szkolnego boiska miał jakiś kojący wpływ na wszystkich.

Maciek zerknął na puste miejsce w swojej ławce. To dlatego Marcin nie przyszedł dziś do szkoły. Przez te parę tygodni zdążyli się polubić. Wprawdzie Marcin nigdy nie miał czasu na to, by pójść gdzieś z Maćkiem po lekcjach, ale przerwy spędzali razem. Teraz rozumiał, dlaczego kolega był ciągle zajęty.

Marcin był wysoki, szczupły, miał ciemną czuprynę i bujny, wymagający codziennego golenia zarost, którego Maciek bardzo mu zazdrościł. Sam stracił już nadzieję, że sam kiedykolwiek doczeka się wąsów lub brody. W rodzinie, i to zarówno ze strony mamy, jak i ojca, nikt brody nie miał. I choć pocieszał się tym, że za to nikt z przodków nie był łysy, w głębi duszy Maciek tego zarostu straszliwie Marcinowi zazdrościł.

Podaną przez wychowawczynię informację najbardziej przeżywały dziewczyny. Aśka, która mieszkała w tym samym bloku co Marcin, opowiadała, że jego mama od roku walczyła z rakiem.

- On między innymi przez to nie zdał z polaka... - mówiła. - Łocha jak zwykle nie miała litości ani zrozumienia nawet dla kolesia, który codziennie odprowadzał do przedszkola młodszą siostrę i łaził na wywiadówki do podstawówki brata...

- Eeee - powątpiewała Małgosia. - Przecież to niemożliwe, żeby Łocha była aż trak wredna...

- Jeszcze się nie przekonałaś? - Aśka wzruszyła ramionami.

Na temat Łochy wiedziała wszystko. Jej siostra Jola w zeszłym roku zdała tu maturę. Nie była pupilką Łochy, która zresztą chyba w ogóle nie lubiła nikogo. Łocha na pierwszej lekcji tuż po sprawdzeniu obecności zatrzymała wzrok na Aśce, która tak jak i jej siostra miała długie blond włosy i ogromne, niebieskie wyłupiaste oczy, po czym po krótkiej chwili zapytała: "A ty, Grabowicz, jesteś tak samo leniwa jak twoja siostra?". Aśka od razu zrozumiała, że nie będzie jej łatwo.

- To suka - powiedziała do Małgosi. - Wierz mi. Zresztą... pamiętasz, co ci wczoraj powiedziała?

Faktycznie. Na wspomnienie wczorajszej rozmowy Małgosi zrobiło się słabo. Taki drobiazg. Takie nic. Takie głupstwo. Nie dosłyszała tego, co nauczycielka mówiła, poprosiła o powtórzenie i usłyszała: "Gdybyś nie zajmowała się romansami i lizaniem po kątach, tobyś słyszała, co do was mówię".

A przecież od pamiętnej historii na początku roku minęło tyle czasu. Małgosia z Maćkiem starannie unikali spojrzeń wrednej polonistki.

* * *

Kiedy wracali ze szkoły, Małgosia nie mogła myśleć o niczym innym, tylko o Marcinie i jego sytuacji.

- Jeżeli to jest prawda... - zaczęła i zamilkła.

- To co?

- No to po Marcinie.

- No przecież Janka by nie kłamała...

- Nie... No ja wiem, że nie, ale wiesz... to musi być straszne stracić rodziców - powiedziała Małgosia i się zamyśliła.

Przecież nie tak dawno przyszło jej do głowy, tak na chwilę, że wolałaby, by mama umarła. O, jak dobrze pamięta to uczucie. I ten strach, że to pod wpływem impulsu, złości na mamę, która ciągle nie jest zadowolona z Małgosinych kontaktów z Maćkiem. Ale ta myśl powstała gdzieś na dnie duszy tak naprawdę nie mogła się urzeczywistnić. O, nie! Tego jednak by nie chciała. To był tylko chwilowy impuls. Bo te mamy miny, ten gest, jakim wręcza Małgosi słuchawkę, kiedy Maciek dzwoni... ech. Małgosia wiele by dała za to, by mama zmieniła swój stosunek do Maćka. Ale co można na to poradzić?

W milczeniu dotarli pod blok Małgosi.

- Lecę - powiedział Maciek. - Zadzwonię do Marcina, a potem do ciebie.

- Lepiej napisz mi maila - powiedziała Małgosia i się zarumieniła.

* * *

Dźwięk telefonu wybawił Marcina z kłopotu. Nie miał już siły opowiadać Magdusi, że mama jest wysoko w niebie i kiedyś wszyscy się tam spotkają. Dla trzyipółletniej siostry owo "kiedyś" najwyraźniej oznaczało jakiś bliski termin, bo błyskawicznie spytała Marcina, czy to będzie w niedzielę, bo ona lubi niedziele i tęskni za mamą. No i czy do nieba to się jedzie z przesiadką przez szpital, bo szpitala to ona nie lubi.

Marcin wiedział, że niebo oznacza nigdy. A szpital? Też go nie lubił. Na samo wspomnienie aż się w nim coś kurczyło i przybierało rozmiary ziarnka pieprzu. Piekło od środka, jak wtedy, gdy mama trzymała go za rękę i mówiła, że przeprasza, że nie doprowadzi go do matury. Ona go przepraszała! Teraz to on przeprasza, że nie zdał z tego cholernego polskiego. Teraz to on przeprasza, że jak się urodziła Magdusia, to spytał, czy oboje z ojcem nie przesadzają z tą rozrodczością. Przecież oprócz niego jest gimnazjalista Marek i Mateusz w pierwszej klasie podstawówki. Teraz to on przeprasza, że...

Może przestać przepraszać. Trzeba odebrać uporczywie dzwoniący telefon.

* * *

Maciek odetchnął z ulgą. Na szczęście odebrał Marcin. Maciek bał się, że może odbierze jego tata i wtedy nie będzie wiedział, jak się zachować. Czy składać kondolencje? Człowiekowi, którego nie widział na oczy? Czy przepraszać, że przeszkadza w takim dniu?

- Czy jakoś ci pomóc? - spytał.

- Nie. Dzięki. - Głos Marcina zabrzmiał obco, a przecież Maćkowi wydawało się, że przez te parę tygodni zakolegowali się dość mocno.

- Na pewno nie? Może lekcje ci przynieść? Może coś w domu pomóc? Weź się, stary, nie krępuj.

- Pomóc... nie...

- To wpadnę - rzucił Maciek i nie czekając na odpowiedź, odłożył słuchawkę. Czuł, że Marcin nie powie, by przyszedł, ale że właśnie tego potrzebuje teraz najbardziej.

* * *

Stojący niedaleko szkoły jeden z nielicznych na Zwycięzców wieżowców przywitał Maćka klepsydrą. Naklejona na szybę drzwi karta informowała, że "po długiej i ciężkiej chorobie zmarła, przeżywszy lat 37, Maria Niewiadomska, ukochana żona i matka". Maćka aż ścisnęło coś za gardło.

- Magda! Daj Mateuszowi odrobić lekcje! - dobiegł z głębi mieszkania karcący głos.

Obaj z Marcinem usiedli w dużym pokoju. Maciek rozglądał się ciekawie po mieszkaniu. Wszystko takie wysprzątane. A przecież mieszka tu teraz facet z czwórką dzieci. U Maćka jest wieczny bałagan. On sam potrafi rzucić na podłogę ubranie i długo nie podnosić. Ostatnio wpychał pod szafę brudne skarpetki, bo Małgosia rozbierała się w przedpokoju, a te "sery" - jak je pogardliwie nazywała mama - leżały na środku i kłuły w oczy. Tu jest inaczej. Tu na pewno nigdy nie walają się ciuchy. Tu w zlewie nigdy nie zalegają naczynia. Tu...

- To Marek. - Marcin przerwał Maćkowe rozmyślania. - Pilnuje Mateusza przy lekcjach. A mnie już nikt nie pilnuje... - Marcin zamilkł. Odezwał się dopiero po przerwie. - Mama to się tak zapracowywała. I po co?

Maciek nie odpowiedział. Czuł, że Marcin nie czeka na odpowiedź. Że mówi i pyta, bo nie bardzo wie, co mówić i robić.

- Z historii było... - zaczął Maciek, ale Marcin mu przerwał:

- Historii to się nie boję. Gorzej z polskim. Ja w zeszłym roku nie zdałem nie dlatego, że nie umiałem. Łocha potrafi wyprowadzić cię z równowagi tak, że mówisz najgorsze bzdury, choć wiesz, że to bzdury. Miałem komisyjny. Czułem w głowie tak straszną pustkę, że w życiu tak pusty się nie czułem. No... może jeszcze dziś. Mam takie wrażenie, że mamie pogorszyło się przez to moje spadochroniarstwo.

- Zgłupiałeś?! - wykrzyknął Maciek i spojrzał na kumpla z niedowierzaniem. - Jak możesz mieć takie głupie myśli?

- Zgłupiałem - mówi głośno Marcin, ale w głębi duszy nadal czuje, że to, co przed chwilą wypowiedział na głos, nadal w nim siedzi. Nie wiadomo gdzie, ale jest i ciąży mu jak ołów. - Wiesz co? Kawał ci powiem - mówi po chwili do zaskoczonego Maćka.

- No?

- Przylazł dresiarz do sklepu i zastrzelił samoobsługę.

Obaj chłopcy rechoczą przez chwilę.

- A wiesz, co robi blondynka z nosem w trawie? - zrewanżował się Maciek.

- Nie?

- Pasie kozy.

Marcin choć trochę się odprężył. Nie rozmawiają o śmierci, o pogrzebie, o dorosłości, która nagle dopadła Marcina, wsadzając mu na głowę trójkę młodszego rodzeństwa i przygotowanie obiadu dla zapracowanego ojca. Przez chwilę obaj są nastolatkami, którzy opowiadają sobie kawały.

Nagle drzwi otworzyły się i do pokoju wpadła zapłakana Madzia.

- Maaarcin! Powiedz Mateuszowi, że jest głupi! Krzyczy na mnie, że niebo to gówno i że mama do nas już nigdy nie przyjdzie. Ja chcę, żeby była niedziela!

Obaj chłopcy umilkli. Maciek spojrzał szeroko rozwartymi oczyma na Marcina. Ten przez chwilę tłumaczy historię o niedzieli i niebie, do którego droga wiedzie przez szpital, po czym wziął Magdę za rękę i wyszedł z nią do pokoju. Po chwili słychać, jak podniesionym głosem z kimś rozmawia.

- Ojciec nie chce Magdy wziąć na pogrzeb - powiedział po powrocie.

- Powinien wziąć. Inaczej nigdy tu nie będzie normalnie.

- Normalnie to i tak nie będzie - stwierdził Marcin, a Maciek poczuł, że uszy płoną mu ze wstydu.

* * *

Równo dwa tygodnie po śmierci mamy na lekcji polskiego profesor Płochowska wezwała Marcina do tablicy. Chłopak nie wyglądał najlepiej. Choć nikomu się nie zwierzał, to klasa wiedziała, że musi wstać wcześniej niż inni. To on szykował śniadanie dla wszystkich domowników. To on odprowadzał do przedszkola Magdusię, a do szkoły Mateusza. Wprawdzie młodszy dwa lata Marek pomagał mu jak mógł, ale pomoc ograniczała się do sprzątania mieszkania, nastawiania pralki i rozwieszania prania oraz wyrzucania śmieci. Gotowanie, zmywanie i nadzór nad odrabianiem lekcji przejął Marcin. Marka czekał przecież w tym roku egzamin gimnazjalny.

Dlatego teraz przed tablicą na środku klasy Marcin stał wychudzony, z zapadniętymi, błyszczącymi oczami i dwudniowym zarostem, który miał zgolić, ale od dwóch dni wieczorem i rano pędem wskakiwał pod prysznic. Na spokojną toaletę, podobnie jak na naukę, nie zostawało mu zbyt wiele czasu, a pogardliwe spojrzenie profesor Płochowskiej śniło mu się nawet po nocach.

- Marcin? Czy ty zapuszczasz brodę? - spytała Łocha, kiedy wreszcie stanął pod tablicą. W głosie nauczycielki kpina mieszała się z pogardą.

- Nie, pani profesor.

- To się ogól, bo dla mnie mężczyzna nieogolony wygląda po prostu jak brudny.

W klasie zapadła cisza. Marcin spuścił głowę. Jego pięści zacisnęły się w bezsilnej złości.

- Tego moja mama uczyła mnie i moich braci - ciągnęła polonistka. - Ciebie, jak widać, nie wychowała najlepiej. Co powiesz mi o...

Pytanie o lekturę słyszał tylko Marcin. Jego odpowiedź słyszała tylko profesor Płochowska. Trzydzieści osób siedziało wbitych w krzesła i patrzyło na polonistkę z prawdziwym wstrętem.

BLOND MAĆ

- W piątek poznasz wszystkich - powiedział Wojtek do Kamili.

Wracali razem ze szkoły. Wyjątkowo to nie on odprowadzał ją, ale ona jego. Wszystko dlatego, że był wtorek, a we wtorki i czwartki Wojtek chodził na zajęcia dodatkowe.

Jesienne dni biegły mu szybko. Traktując poważnie swoje zainteresowania filmem i teatrem, zapisał się do kółka dramatycznego. Zajęcia odbywały się dwa razy w tygodniu w klubie Dorożkarnia na Czerniakowie. Z Saskiej Kępy było tam dość daleko, jechało się z przesiadkami. I właśnie dlatego dwa dni w tygodniu były dla niego jakby wyrwane z życia.

Inaczej rzecz się miała z Kamilą. Dla niej wtorki i czwartki, kiedy Wojtka widywała tylko w szkole, były dziwnie pustawe. Niby sama też chodziła na dodatkowe zajęcia, ale nie mówiła o nich bez przerwy. Właściwie w ogóle nie mówiła, ale może dlatego, że i też specjalnie nic ciekawego się na nich nie działo. Na francuskim w Instytucie czy konwersacjach z angielskiego w British Council nie ćwiczyła scen miłosnych z jakimś przystojniakiem.

Tymczasem Wojtek ćwiczył z jakąś Agatą, o której na dodatek wspominał, że ma wielki talent i blond warkocz do samego pasa i do "teatralki" się na pewno dostanie.

"Teatralka" była marzeniem Wojtka. Właściwie tak często mówił o filmach, teatrze i aktorach, że Kamila zaczynała powoli wzdrygać się na słowo "kino". I pewnie gdyby nie to, że w kinie Wojtek brał ją za rękę, a w ciemności tulił mocniej niż wtedy, gdy wokół było jasno, już dawno przestałaby z nim łazić na te wszystkie seanse, które proponował. Ale chodziła. I tylko ten Nikifor ją wkurzył. To, że babka gra faceta, w ogóle jej nie kręciło. A jeszcze taka brzydka babka? Jak ona się nazywała? Krystyna jakaś... Kamila tyle razy miała to sprawdzić w internecie, ale zawsze jej to umykało. A Wojtka pytać nie chciała. Znowu spojrzałby na nią z politowaniem, że tego nie wie.

Słuchając Wojtkowych opowieści o teatrze, Kamila miała często wrażenie, że jest to dla niego coś ważniejszego niż ona sama. Kilkakrotnie korciło ją, by kazać mu wybierać - albo ona, albo to cholerne kółko dramatyczne z piękną i utalentowaną Agatą. Nawet rozmawiała o tym z Małgosią, ale przyjaciółka kazała jej się cieszyć, że Wojtek ma jakieś zainteresowania. W sumie fakt, bo taki Czarny Michał to na przykład diabli wiedzą, czym się interesuje. Chyba tylko piwem, bo już nawet nie Kingą.

Widziała go niedawno z jakąś taką jedną, co wyglądała jak popłuczyny po wokalistkach Sistars. Zresztą to chyba panienka z ich szkoły. Ciekawe, czy Kinga o tym wie. Kamila miała chęć zadzwonić, ale... nie. Nie zachowa się jak Ewa.

Wojtek jakby wyczuwał te jej wahania i dezaprobatę, bo postanowił zaprosić do siebie wszystkich z kółka dramatycznego i Kamilę. Niech zobaczy Agatę, niech się przekona, że nie powinna być zazdrosna, bo Agata Wojtka w ogóle nie interesuje. Jakaś taka namolna. Tego Wojtek oczywiście Kamili nie powie, bo jeszcze zrozumie opatrznie. Ale... może gdy Agata zobaczy Kamilę, to przestanie odprowadzać go na przystanek po zajęciach, wydzwaniać w ciągu tygodnia i pytać, czy już poćwiczył rolę, no i przestanie się tak mizdrzyć. To właśnie między innymi dlatego Wojtek zaprosił całe kółko dramatyczne na piątkowe popołudnie.

- A po co ja ci na tym spotkaniu? - spytała Kamila z nadąsaną miną, choć w głębi duszy propozycja ją ucieszyła. Wreszcie zobaczy sobie tę całą Agatkę. Choć trzeba przyznać, ostatnio Wojtek nie mówił o niej zbyt wiele.

* * *

Do Wojtka przyszła spóźniona. Zatrzymała ją afera z Kubą, który... ukradł tacie papierosa. Na pytanie, po co mu papieros, rozpłakał się i zaczął tłumaczyć, że obiecał Mateuszowi, że przyniesie. Ryki, wyjaśnienia i pocieszanie Kuby, który nie widział nic złego w zawładnięciu jednym papierosem z paczki zawierającej ich aż dwadzieścia, zajęły Kamili przeszło godzinę.

Agata była ładna. Długi, gruby warkocz opadał jej na ramiona. Choć zdaniem Kamili bardziej interesująca była drobna, korpulentna Marta. Tak pięknego uśmiechu Kamila nie widziała jeszcze nigdy. No i to wesołe spojrzenie. Jakby Małgosia, Ewa i Maciek w jednym. O, jak strasznie zatęskniła za kolegami z gimnazjum. Znajomi Wojtka niezbyt przypadli jej do gustu. Zresztą ciągle rozprawiali nie wiadomo o czym, rzucając jakimiś nazwiskami, z których Kamila nie znała żadnego. Obserwowała ich kątem oka, siedząc przy Wojtkowym biurku i grzebiąc w internecie.

"Wypadek pod Kielcami - zginęły dwie osoby". Przeczytała i zamknęła stronę. Nie lubiła makabresek. Śmierć zresztą omijała jej rodzinę. Dziadek zmarł, zanim Kamila się urodziła. Dlatego dla Kamili śmierć była abstrakcją. A już opowieść Małgosi o jej koledze z klasy - jakimś Marcinie - któremu zmarła matka, była dla Kamili tak samo abstrakcyjna jak wojna w Iraku.

- Co to za zdjęcie? - dobiegł ją głos Agaty.

- To nasza klasa z gimnazjum - odparł Wojtek i wziął do ręki ramkę. - Tu ja. - Pokazał palcem. - A Kamilę znajdziesz?

- Tak - odparła Agata machinalnie i spytała natarczywie, wskazując Maćka: - A to Maciek?

- Tak, a co, znasz go? - zdziwił się Wojtek. - Chodził z nami do klasy, ale teraz jest w Prusie.

- Tak. To mój chłopak z wakacji - odparła Agata i dodała szybko: - Zapomnieliśmy się wymienić adresami.

W pokoju zapadła cisza. Pewnie dlatego, że Kamila usłyszawszy słowa Agaty, potrąciła stojący na biurku kubek, aż herbata wylała się na klawiaturę.

- Nie przejmuj się! - zawołał Wojtek. - I tak miałem kupić nową.

W pokoju znów zapanował gwar. To przyszli aktorzy dyskutowali o przygotowywanej sztuce. I tylko Kamila patrzyła tępo w monitor. Bynajmniej nie dlatego, że zalana herbatą klawiatura przestała działać. Myślała o oszukiwanej Małgosi. I o Maćku, po którym czegoś takiego by się nie spodziewała. Bo o tym, że Agata może kłamać, nie pomyślała nawet przez chwilę.

* * *

- Zadzwonić do Małgosi? - spytała Wojtka.

Był piątkowy wieczór i jechali autobusem do Media Marktu po klawiaturę. Sprzeczka o to, kto za nią zapłaci, zamieniła się w dyskusję o Agacie i Maćku.

- Ja bym nie dzwonił - powiedział Wojtek.

- Tak, bo to ta wasza solidarność plemników - burknęła Kamila.

- Dlaczego tak twierdzisz?

- Bo chcesz ukrywać przed Małgosią sprawki Maćka.

- Słuchaj, nie wmawiaj mi czegoś, czego nie robię! Ja po pierwsze wcale nic nie chcę ukrywać... tylko...

- Tylko co?

- Tylko nie wiemy, jaka jest prawda.

- No jak to jaka?

- A wiesz jaka?

- No powiedziała wyraźnie, że to jej wakacyjny chłopak.

- Powiedziała... Co z tego, że powiedziała. Dziewczyny często różne rzeczy mówią. Pamiętasz, jak Kaśka opowiadała, że jest dziewczyną Olka? A potem okazało się, że zmyślała? Pamiętasz, jak pokazywała jakieś pierdoły i twierdziła, że to od niego? Skąd wiesz, jaka jest Agata?

- No tak! Ty ją znasz lepiej! Jest utalentowana... - ostatnie słowo Kamila powiedziała z przekąsem.

- Wiesz... ja ci coś powiem, ale przyrzeknij, że nie będziesz do tego wracać.

- Przyrzekam.

- Ona strasznie mi się narzucała i ja mam wrażenie, że po prostu szuka chłopaka. Lepiej będzie spytać o nią Maćka, niż dzwonić do Małgosi i powtarzać słowa tej całej Agaty.

Kiedy indziej Kamila pewnie byłaby wściekła, ale wyrażenie "tej całej Agaty" sprawiło, że przestała być zazdrosna o długowłosą piękność. Przestała też rozmawiać na jej temat z Wojtkiem. Wróciła do kłótni o klawiaturę. Zalała ją herbatą, więc chce za nią zapłacić i już. Honorowo!

* * *

Kamila nie miała czasu porozmawiać o Agacie z Maćkiem. Przez weekend nie widziała się też z Małgosią. Oboje z Maćkiem siedzieli u Marcina, który po ostatnich wydarzeniach związanych ze śmiercią mamy stał się im bardzo bliski.

W poniedziałek Małgosia źle się poczuła. Znajomy ból w dole brzucha i zawroty głowy sprawiły, że z ostatniej piątej lekcji - z języka polskiego - się zwolniła.

Profesor Płochowska była wprawdzie niezadowolona, a nawet próbowała kwestionować Małgosi prawdomówność, ale interwencja pielęgniarki poskutkowała. Małgosia została zwolniona. Słaniając się na nogach, powlokła się w stronę szatni.

Trwała jeszcze przerwa, kiedy tuż przed szkołą natknęła się na długowłosą blond dziewczynę. Stała przed popiersiem Prusa i ujrzawszy w drzwiach Małgosię, spytała:

- Znasz Maćka Adamskiego?

Małgosia zaniemówiła. Oto ta piękna dziewczyna pyta o jej Maćka. Ciekawe, po co jej Maciek i skąd go zna.

- Znam - bąknęła. - A co?

- Nic takiego - odparła blond piękność, skubiąc warkocz. - To mój chłopak i zapomniałam, kiedy dziś kończy lekcje.

- Twój... chłopak?

- Zgadza się - odparła Agata. - To co? Wiesz może, kiedy kończy?

- Za godzinę - rzuciła Małgosia i odwróciwszy się na pięcie, ruszyła przed siebie ulicą Zwycięzców.

Dopiero gdy odeszła dobry kawał drogi, drżącymi rękoma wyjęła z kiszeni palta komórkę i wystukała do Maćka esemesa: Przed szkołą czeka na ciebie twoja dziewczyna. Nie musisz się tłumaczyć. Żegnaj.

Kiedy na lekcji polskiego dał się słyszeć dźwięk przychodzącej wiadomości, profesor Płochowska spojrzała karcącym wzrokiem w kierunku klasy. Ponieważ nikt się nie ruszył, to i ona nie odezwała się ani słowem. W końcu nie wiadomo, kto dostał tego esemesa. Maciek dopiero po dobrym kwadransie wyjął ukradkiem komórkę i odczytał słowa Małgosi. Nic nie zrozumiał, ale... korzystając z chwili, że profesor Płochowska pisała na tablicy, wstał i zerknął na plac przed szkołą. Kiedy dojrzał Agatę, nie panując nad sobą, krzyknął:

- Kurwa mać!

W klasie zapadła cisza. Profesor Płochowskiej kreda wypadła z rąk. Odwróciła się w kierunku Maćka i zawołała:

- Natychmiast podasz mi swój dzienniczek, a potem wyjdziesz do gabinetu pani dyrektor i opowiesz o swoim zachowaniu!

Ale Maciek już nie słuchał. Nerwowo zgarnął ze stołu książki i zeszyty, a potem nie zważając na protesty nauczycielki, wybiegł z klasy. Szatniarka nie zgodziła się na otwarcie szatni przed dzwonkiem. Dlatego nie bacząc na późnopaździernikową aurę, wybiegł ze szkoły w trampkach i samej bluzie.

Kiedy tylko drzwi szkoły się otworzyły, Agata zamachała do Maćka. Miał wielką ochotę rzucić się na nią z pięściami. Marzył, by ją opluć, skopać i zwyzywać. Przypomniał sobie jednak historię z esemesem na obozie i to, że nawet powiedział jej wtedy "spieprzaj". Najwyraźniej nic to nie dało. Teraz znów stała przed nim. Mało tego! Wszystko wskazywało na to, że ta bezczelna baba powiedziała Małgosi, że jest jego dziewczyną! Chciał ją minąć obojętnie, ale Agata zastąpiła mu drogę.

- Cześć. Nie spodziewałeś się mnie ... - zaczęła, ale Maciek nie dał jej dokończyć.

Dwa słowa, które przed chwilą wymsknęły mu się w klasie, teraz wykrzyczał. I to kilka razy. Ostatni raz brzmiały jednak trochę inaczej: "Blond mać!". To, co wywrzeszczał, opluwając przy okazji z wściekłości i siebie, i Agatę, słyszała nie tylko cała ulica, ale i niektóre klasy. Zwłaszcza te, których okna wychodziły na szkolny dziedziniec. Maciek gotował się z wściekłości. Nawet esemes od Aleksa: Łocha chce cię zawiesić w prawach ucznia nie zrobił na nim wrażenia.

Wiadomość odczytał zresztą dopiero wtedy, kiedy szczękając zębami, stał na Saskiej pod blokiem Małgosi i kolejną minutę naciskał dzwonek domofonu. Nikt nie odpowiadał. I tylko na piętrze, tam gdzie było okno jej pokoju, poruszała się firanka.

Kiedy po półgodzinie stania przywlókł się do domu, miał temperaturę. Nie zdejmując spodni ani trampek, rzucił się na łóżko. Ale nawet kiedy zasypiał z koszmarnym bólem głowy, wszystko w nim krzyczało tymi dwoma słowami, z powodu których Łocha zrobiła w klasie wielką awanturę. Awanturę, która w tym momencie Maćka zupełnie nie interesowała. Chciał po prostu przestać istnieć.

RATUNEK ZE WSZYSTKICH STRON

Ze snu obudził go dzwonek telefonu. Gardło paliło żywym ogniem, kiedy przełykał ślinę. Zwlókł się z łóżka i poczłapał do toalety. Wciąż był w spodniach i swetrze, choć buty, które miał na nogach, kiedy poprzedniego wieczora z temperaturą rzucił się na łóżko - zniknęły.

"Mama" - pomyślał Maciek z czułością. Zaraz potem przypomniał sobie jednak Małgosię i wczorajszy dzień. Spojrzał na zegarek. Była dziesiąta rano. Właśnie trwała trzecia lekcja, a jego nikt nie obudził. Zresztą... i tak nie poszedłby do szkoły. Czuł, że kręci mu się w głowie. A ból gardła to tylko jedna z dolegliwości, jakie go dopadły. Wrócił do łóżka.

- Jak się czujesz? - spytała mama, stając na progu pokoju.

- Tak sobie.

- Twój dziadek powiedziałby, że jak groch przy drodze do socjalizmu.

Maciek zaśmiał się, ale zaraz zaniósł się kaszlem.

- Idź się umyj. Za pięć minut przyniosę ci mleko z masłem i z miodem. W południe będzie ciocia Ania, to cię zbada.

Ciocia Ania, kuzynka mamy, od małego leczyła Maćka z różnych chorób. Była pediatrą i choć już jakiś czas temu powiedziała, że właściwie powinna przestać zajmować się leczeniem dorastającego chłopaka, bo jej specjalizacja to dzieci, jednak nadal w nagłych przypadkach przychodziła i badała. I to nie tylko Maćka. Także całą rodzinę.

Kiedy po kilku minutach wrócił z łazienki do pokoju, mama właśnie stawiała na stoliku kubek mleka z masłem i z miodem oraz talerzyk, na którym leżały dwie kanapki obficie posmarowane masłem z czosnkiem i posypane solą. Dotknęła czoła syna.

- Zimne, ale wczoraj to miałeś temperaturę. Nawet przez sen cały czas wołałeś Małgosię - powiedziała i wyszła z pokoju.

Nie chciało mu się jeść. Nie po tym, co usłyszał... Niechętnie podniósł pierwszą kanapkę do ust.

Z korytarza dobiegł go głos mamy:

- Wychodzę do sklepu. Chcesz coś?

- Nie - odparł krótko i naciągnął mocniej kołdrę.

Leżał tak przez chwilę, patrząc w sufit. Myślał tylko o tym, jak wyjaśnić Małgosi, że nic go nie łączy z Agatą. Zadzwonić? Nie. Może odebrać mama Małgosi. Przyjdzie do jej pokoju, powie, że to on, a wtedy Małgosia rzuci, że nie chce z nim rozmawiać, a on, Maciek, już na zawsze będzie miał kompletnie przechlapane u Małgosinej mamy. Wysłać esemesa? Przecież może wykasować bez czytania. Pójść do niej? Teraz nieprędko wyjdzie z domu. Wysłać e-mail? Też może wykasować. To samo z wiadomością na Gadu-Gadu. Maciek myślał o tym, aż znowu zasnął. Obudził go dopiero domofon. Było południe. Przed drzwiami stała ciocia Ania. Mama jeszcze nie wróciła ze sklepu.

* * *

Mama Maćka nie poszła do sklepu. Swoje zamaszyste kroki skierowała w stronę szkoły. Telefon, który rano oderwał ją od pracy na temat Zuzanny Valadon i jej roli jako modelki impresjonistów, wzywał do szkoły. "Proszę natychmiast przyjść w pilnej sprawie dotyczącej pani syna" - grzmiał w słuchawce głos nauczycielki od polskiego.

"Ja zwariuję - myślała mama Maćka, idąc do szkoły. - Nie dość, że wrócił wczoraj bez ubrania, że dostał temperatury, to jeszcze to! Ja chyba nie nadaję się na matkę - westchnęła ciężko i ze strachem pomyślała, że Piotr, jej drugi mąż, chce dziecka, a ona przecież najwyraźniej nie radzi sobie z tym jednym. - Co jest grane?" - powtarzała w myślach przez całą drogę.

Na szczęście na to pytanie dość szybko uzyskała odpowiedź. W dyrektorskim gabinecie czekała na nią pani dyrektor i profesor Płochowska.

- Pani syn zachował się wczoraj jak ulicznik! - grzmiała profesor Płochowska takim głosem, że pani Janka wreszcie zrozumiała, dlaczego Maciek i inni uczniowie boją się polonistki. Przez plecy przebiegł jej dreszcz strachu. - Czy jest pani aby pewna, że nie stacza się on na margines społeczeństwa?! - pytała, grzmiąc coraz głośniej. - Takie zachowanie może sprawić, że skończy w poprawczaku!

"Rany boskie! - Mama Maćka była przerażona. - Co on takiego zrobił?".

Nie podejrzewała, by syn palił czy zażywał narkotyki, ale skoro ta kobieta tak krzyczy, to znaczy, że musiał zrobić coś strasznego. Tymczasem profesor Płochowska grzmiała coraz głośniej i głośniej. Pani Janka miała wrażenie, że nawet słuchającej tego dyrektorce cały wywód jest nie w smak.

- Trzeba coś z tym zrobić! - krzyczała profesor Płochowska kolejną minutę.

"...zanim zagrozi mu krzesło elektryczne!" - W głowie pani Janki od razu pojawił się cytat z disnejowskiego filmu Goofy na wakacjach, który tak chętnie oglądała razem z Maćkiem, gdy był mały. Wspomnienie sprawiło, że nagle zaczęła się uśmiechać.

- Panią to cieszy?! - ponownie zagrzmiał głos profesor Płochowskiej.

- Przepraszam, ale pani używa mocnych sów, tymczasem ja nadal nie wiem, co takiego zrobił mój syn.

- Jak to co?! - krzyknęła profesor Płochowska. - Zachował się na lekcji jak ostatni ulicznik!

- No nie! - rzuciła wzburzona pani Janka. - Nie bądźmy dziećmi! Proszę wyjaśnić dokładnie, co takiego mój syn zrobił, bo zaczynam tracić cierpliwość.

- Pani Ziuto! - odezwała się milcząca do tej pory dyrektorka. - Ja też chętnie bym się dowiedziała, co takiego zrobił uczeń Adamski, że prosiła pani o wezwanie jego matki.

- Na cały regulator na lekcji wrzasnął "kurwa mać!" i wybiegł z klasy - wyrecytowała profesor Płochowska jednym tchem. Z triumfem i pogardą spojrzała najpierw na panią dyrektor, a potem na mamę Maćka, która w tym momencie zagotowała się z wściekłości.

- Przepraszam, ale to już szczyt!

- No to właśnie mówię! - powiedziała profesor Płochowska. - Proszę porozmawiać z synem, a ja, pani dyrektor, żądam zawieszenia ucznia Adamskiego na tydzień.

- Przepraszam! - Mama Maćka aż trzęsła się z oburzenia. - Nie zrozumiałyśmy się. Ja, owszem, porozmawiam z synem, by czegoś takiego więcej w szkole nie robił, ale... szczytem jest wzywanie mnie do szkoły z takiego powodu! Szłam tu cała w nerwach. Myślałam, że syn kogoś pobił, że jest przywódcą szkolnej bandy, że rozprowadza, nie daj Boże, narkotyki, a pani mi tu mówi, że on zaklął na lekcji?! Czy wyjaśniała pani, dlaczego to zrobił? Co się takiego stało? Pamiętam, że kiedy w szkole podstawowej narysował na kartce karykaturę kolegi i podpisał "Witek to kutas", to nikt mnie do szkoły nie wzywał. Choć Maciek był wtedy dziewięcioletnim dzieckiem. Wpisano uwagę, którą przyjęłam do wiadomości, i przeprowadziłam rozmowę z synem. Teraz to jest prawie dorosły człowiek. A dorośli nie takie słowa w gniewie wypowiadają. Ja się zgadzam, że szkoła to nie jest miejsce, gdzie można sobie pozwolić na takie zachowanie, i na ten temat porozmawiam z synem, ale mam niedobre wrażenie, że pani się albo nudzi, albo wyżywa na uczniach, bo tu wystarczyło wpisać uwagę. A co do zawieszenia w prawach ucznia na tydzień, to może go pani zawiesić. Maciek jest ciężko chory i przez tydzień na pewno nie będzie chodził do szkoły.

W mamie Maćka wzbierał coraz większy gniew. Kiedy skończyła, odezwała się dyrektor Marczak.

- Pani się tu odniosła do tej kwestii, że syn użył brzydkich słów, ale chciałam zauważyć, że jest jeszcze jedna sprawa. Syn samowolnie oddalił się ze szkoły...

- Proszę pani! - przerwała zniecierpliwiona mama Maćka. - To ja pani coś teraz powiem. Ja mam do państwa żal, że dopuścili państwo do tego, że wczoraj mój syn wyszedł ze szkoły bez kurtki. Teraz leży w domu ciężko chory. Przecież za to, co dzieje się z uczniami w czasie lekcji, to wy ponosicie odpowiedzialność, prawda?

- Ale pani syn... - Dyrektor Marczak bezradnie rozłożyła ręce.

- Niech pani już lepiej nic nie mówi, bo się państwo tylko ośmieszają - przerwała jej znów pani Janka. - Porozmawiam z nim na temat wulgarnych słów. Dowiem się też, co takiego się stało, że opuścił zajęcia. Ale na przyszłość w takich sprawach proszę mnie nie wzywać. To można było załatwić telefonicznie. - To powiedziawszy, mama Maćka wyszła z gabinetu. Po chwili jednak cofnęła się i spytała: - Do kogo mam się zgłosić, by odebrać kurtkę syna?

* * *

Trwała akurat przerwa, kiedy mama Maćka szła korytarzem w kierunku szatni. Nic więc dziwnego, że na zakręcie tuż przy schodach zderzyła się z Małgosią.

- Dzień dobry - powiedziała Małgosia, ale w jej głosie nie wyczuwało się nawet cienia sympatii, jaką zazwyczaj darzyła mamę Maćka.

- Dzień dobry. Maciek jest chory - rzuciła pani Janka i chciała jeszcze coś dodać, ale dziewczyna odezwała się pierwsza:

- Nie interesuje mnie to. Niech się o to martwi Agata - burknęła, ale nie ruszyła się z miejsca.

- Kto to jest Agata? O ile wiem, to Maciek nie zna żadnej Agaty, a tylko Małgosię, której imię dziś w nocy wzywał kilka razy przez sen. - To powiedziawszy, ruszyła w stronę szkolnej szatni, by wreszcie odebrać kurtkę Maćka.

Tymczasem za plecami Małgosi rozległo się wołanie. Ewa.

- No gdzie ty się podziewasz?! Chciałaś, żebym ci powróżyła.

Wróciły pędem do klasy. Ewa rozłożyła na ławce karty. Postawiona przez nią kabała brzmiała: "Oszukał cię nie ten, kogo o oszustwo podejrzewasz. Przez to cierpisz nie tylko ty, lecz także ktoś, kto cię kocha".

- No jak tam, wróżbitki? - spytał Marcin, trącając Małgosię w ramię.

- Odwal się!

- Idziesz po lekcjach do Maćka? Jest chory...

- Niech Agata idzie.

- Kto to jest Agata? - Marcin nic nie rozumiał, a i Ewa spoglądała na Małgosię ze zdumieniem.

Małgosia już miała powiedzieć, że to dziewczyna, z którą Maciek ją zdradzał, że jest oszustem i kłamcą. Ale nagle tuż za plecami usłyszała głos Aleksa:

- To taka wariatka, która jeszcze na obozie przyczepiła się do Maćka. Wczoraj pojawiła się pod szkołą. Diabli wiedzą, w jaki sposób tu trafiła...

* * *

Kiedy Maciek z temperaturą leżał w łóżku i drzemał, Małgosia siadła przy nim na małym stołeczku.

- Przepraszam - powiedziała i wsunęła mu w dłoń lizaka serduszko.

ANDRZEJKOWE KONFRONTACJE

- Co ci się stało?! - zawołał Michał.

Mama Klaudii wprowadziła go do ciasnego pokoiku, w którym na łóżku leżała Klaudia z ręcznikiem na głowie. Miała zapuchnięte oczy.

- Spadaj! - warknęła.

- Ale co ja zrobiłem? - spytał Michał. Nie bardzo rozumiał. Przecież przyszedł zabrać ją na andrzejki.

Andrzejki, takie wspólne dla całej byłej klasy pani Czajki, wymyśliła Ewa. W końcu to ona uwielbiała wróżby i znała ich setki na różne okazje. I ona właśnie zdecydowała się zaprosić do siebie wszystkich. Zadzwoniła więc także do Czarnego Michała.

Nie chciał iść. Nie chciał spotkać się z Kingą. Niedawno jego, a teraz obcą. Bez sensu. Ale... kiedy usłyszał, że może przyjść z osobą towarzyszącą, zmienił zdanie. Pójdzie. Oczywiście z Klaudią.

Gdyby jakiś czas temu ktoś powiedział mu, że z tą dziwną dziewczyną umówi się na złość Kindze, popukałby się w czoło. Przecież mężczyźni nie robią takich rzeczy. Tak postępują dziewczyny. A on... to stuprocentowy facet. Bynajmniej nie dlatego, że od jakiegoś czasu musi się golić. Nie. On nie postępuje dziecinnie i irracjonalnie...

Ale teraz? Myślał o tym, że u Ewy zastanie Kingę, a on wparuje tam z Klaudią, która wygląda trochę inaczej niż Kinga, a jednak... Koledzy pytali go o tę ostrą panienkę z humanistycznej, bo czasem odprowadzał ją po szkole do domu, gadali razem na przerwach. Widać było, że z nią spędza więcej czasu niż z kimkolwiek z ludzi z własnej klasy.

Ze względu na ekstrawagancki ubiór Klaudia budziła zainteresowanie wielu. Michała też interesowała. Ale raczej nie tak jak innych. No i nie tak, jak kiedyś interesowała go Kinga. Z Klaudią fajnie się gadało, była wesoła, a poza tym nie zadawała pytań. A czego jak czego, ale wścibstwa Michał po prostu nie znosił. Więc przyjdzie z Klaudią. Niech Kinga nie myśli, że jest sam. Niech nie wie, że cierpi. Tego niech nikt nie wie. Tylko tyle i aż tyle.

"Pójdziesz ze mną do koleżanki na andrzejki?" - spytał Klaudię od niechcenia, kiedy znów nadziali się na siebie podczas przerwy.

Spotkali się nie przez przypadek. Michał dość często przechodził pod drzwiami klasy, do której chodziła Klaudia. A i Klaudia, wiedząc, że kręci się w okolicy, starała się być w pobliżu, chociaż sama przed sobą nie przyznałaby się, że w jakikolwiek sposób zależy jej na Michale. Ot, kolega, z którym spontanicznie poszła do kina, kiedy koleżanki tak po chamsku wystawiły ją wtedy do wiatru. Teraz też. Może gdzieś z nim pójść. Może być sobą. Nie chodzi o niego. A koleżanki? Niech zzielenieją z zazdrości. Nie jest na ich łasce.

Umówili się o czwartej. I dlatego teraz punktualnie o czwartej Michał pochylał się nad tapczanem, na którym leżała Klaudia i krzyczała, by się wynosił.

Nic z tego nie rozumiał. Na domiar złego do pokoju weszła jej mama i huknęła:

- Nie histeryzuj! To jest kara za twoje głupie pindrzenie się. Kolczyk, srolczyk i co? Tatuaż też chcesz? Tak? Gówno sobie, moja panno, wytatuuj! I to na czole! A właściwie teraz to możesz i na czaszce!

- Nic by się nie stało, gdybyś dała mi forsę, a poza tym czy ty nie rozumiesz, że mnie to potwornie boli?

- Doskonale rozumiem! Poparzenie drugiego stopnia zawsze boli! Ale masz to, na co zasłużyłaś! I mam więcej nie słyszeć twoich ryków.

To powiedziawszy, mama wyszła z pokoju. Wyjściu towarzyszyło dość mocne trzaśnięcie drzwiami. O! Mama Klaudii nie zwykła hamować emocji. A zwłaszcza wtedy, gdy córka po raz kolejny robiła coś tak głupiego.

- O co chodzi? Co ci się stało? - próbował dociekać Michał.

- Chcesz wiedzieć, co mi się stało?! Chcesz wiedzieć, co mi się stało?! - powtarzała z wściekłością Klaudia i sycząc z bólu, próbowała rozplątać turban. Ale szybko opuściła ręce i zacisnęła je w pięści.

- No co? - spytał Michał.

- Gówno! - odparowała Klaudia.

- Mam naprawdę iść?

- Tak! Wynoś się!

- Ale powiesz mi, co zrobiłem?

- Nic nie zrobiłeś, po prostu idź w cholerę! To ja coś zrobiłam... - syknęła Klaudia i odwróciła się do niego tyłem. Był już w przedpokoju, gdy go zawołała.

- Zaczekaj!

Stanął w progu, patrząc wyczekująco.

- Chcesz wiedzieć, co zrobiłam?

Michał wzruszył ramionami.

- To! - Klaudia jednym ruchem zdarła z głowy ręcznik. Kształtną czaszkę pokrywały resztki spalonych włosów. Na czubku głowy była otwarta rana po oparzeniu...

- Jak to...? - Tylko to był w stanie z siebie wykrztusić.

- Zamierzałam rozjaśnić włosy, ale mama nie chciała mi dać forsy na farbę. No to wzięłam sposobem babcinym wodę utlenioną. No i takie mokre zaczęłam suszyć suszarką... jakieś zwarcie było czy coś... w każdym razie włosy się zapaliły... Bolało jak cholera! Popłakałam się z tego bólu. Matka siłą trzymała mi łeb pod kranem z zimną wodą. Jezu! Jak ja teraz wyglądam...

Klaudia nie płakała. Nie rozpaczała, co zrobiłaby z pewnością każda inna dziewczyna. Była po prostu wściekła. Na dodatek bardziej na matkę niż na siebie, bo nie dostała od niej kasy na farbę. Głowa piekła niemiłosiernie. Michał przyglądał się resztkom spalonych włosów.

Klaudia, widząc jego skupioną minę, zaśmiała się.

- Co tak patrzysz? Myślisz, że znajdziesz tam coś ciekawego?

- Wyglądasz jeszcze bardziej ekstrawagancko niż przedtem - odparł i ośmielony faktem, że dziewczyna zdaje się niezbyt zmartwiona tym, co się stało, dodał: - Na twoim miejscu bym się nie przejmował. Włosy odrosną. Na razie chodź w czapce.

Klaudia wzruszyła ramionami.

- Wolę malować łeb gencjaną i mówić, że taka moda. To co, idziemy?

- Jednak chcesz iść?

- A co? Mam siedzieć w chacie ileś tam tygodni?

- Nie, no dlaczego...

- A co? Wstydzisz się mnie wziąć?

- Nie, nie... - zaprzeczył szybko Michał, choć rzeczywiście przez chwilę zastanawiał się, jak zareaguje reszta, gdy zobaczy go z dziewczyną z czymś takim na głowie.

- Będę gotowa za kwadrans - powiedziała Klaudia i owinąwszy się szczelniej szlafrokiem, wyszła z pokoju.

* * *

Na miejsce przyszli spóźnieni. Ewa wróżyła już z kart. W kuchni trwały przygotowania do lania wosku. A w dużym pokoju Natalia z Zosią szykowały jakieś kubeczki, karteczki i mnóstwo innych niespodzianek. Wielu osób z klasy nie było. Ale... przybyli też nowi. Małgosia z Maćkiem przyprowadzili ze sobą jakiegoś Marcina. Z kolei Staszek zaskoczył wszystkich, bo wparował z dziewczyną. Gdzie ją poznał? Chodził przecież do męskiej szkoły. Dziewczyny, ale nie tylko dziewczyny, bo i chłopcy, chętnie by się tego dowiedzieli, ale Staszek nie odstępował na krok swojej ukochanej. Na dodatek ku zdumieniu Aleksa, Mateusza i Białego Michała bez przerwy się z nią całował. Pewnie dlatego wejście Klaudii i Michała nie wzbudziło wielkiej sensacji. Tylko Ewa uważniej przyjrzała się jego nowej znajomej. I z plotkarskiego nawyku odnotowała, że Klaudia ubrana była w skórzane spodnie, skórzaną kurtkę, a w uszach miała kilkanaście kolczyków.

Kinga przyszła jeszcze później. Ewie zapowiedziała, że wpadnie tylko na chwilę, ale usłyszawszy, że Michał nie jest sam, postanowiła zostać. Mniej więcej po półgodzinie stanęła tuż obok niego i zerknąwszy na Klaudię, spytała:

- Nie przedstawisz mnie?

Michał wzruszył ramionami, jednak po chwili szybko dokonał prezentacji.

- Jesteś jego dziewczyną? - spytała Kinga.

Klaudia już miała zaprzeczyć, ale... zerknęła na Michała i coś w jego spojrzeniu kazało jej wstrzymać się z odpowiedzią.

- Czemu pytasz?

- A tak sobie...

- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Znasz takie powiedzonko?

Kinga prychnęła i odeszła.

- Twoja eks?

- Skąd wiesz? - spytał Michał.

- Nie jestem głupia. Szkoda, że nie powiedziałeś, po co jestem ci tu potrzebna.

- To nie tak... - zaprotestował.

- Eee, daj spokój. Mogłeś szczerze powiedzieć. Nic by się nie stało. Uwielbiam odgrywać komedie. Naprawdę jestem w tym dobra.

- To cię z Wojtkiem poznam - mruknął Michał, bo chciał przez chwilę pobyć sam z własnymi myślami, a akurat w tej chwili w progu pokoju stanęli oboje: Kamila i Wojtek. Zamachał do nich ręką.

- Co ci się stało? - spytała Kamila na widok Klaudii.

Ze wszystkich zgromadzonych tylko ona wiedziała, jak dziewczyna wygląda na co dzień, dlatego też widok koleżanki z ekstrawagancko zawiązaną na głowie czerwoną bandaną trochę ją zdziwił.

- Spaliłam sobie łeb, jeśli chcesz wiedzieć - wyjaśniła Klaudia.

- Rany! - jęknęła Kamila. - I co?

- Nic. Mam na łbie ranę, która za jakiś czas zamieni się w strup.

- Ale od czego?

- Chciałam mieć włosy jak ty - powiedziała Klaudia i choć w pierwszej chwili Kamila wzięła to za złośliwy żart, to jednak w głosie Klaudii brzmiało coś, co kazało jej uwierzyć. Dla Kamili był to szok. Ona sama za wszelką cenę pozbyłaby się tych jasnych kudłów, które matka zabrania jej ufarbować, a tu ktoś chce mieć na głowie coś takiego.

- Zostawię was na moment - powiedział Wojtek i zniknął w tłumie gości.

Czy wyrośli już z wróżb, czy też towarzyskie historie stały się dla nich ważniejsze, nie wiadomo. W każdym razie Ewa bezskutecznie poszukiwała kogoś, komu mogłaby postawić kabałę. Wreszcie udało jej się namówić Klaudię.

- Wielkie zmiany w twoim życiu... - zaczęła Ewa, a Klaudia wybuchnęła śmiechem.

- Jasne! Tą największą zmianą jest fryzura. Hehehe...

- Poznasz wiele nowych osób - ciągnęła Ewa, a Klaudia zaśmiała się jeszcze głośniej.

- Niemożliwe - mruknęła kpiąco pod nosem i dodała już głośniej: - Jak się domyśliłaś? - Po chwili jednak dodała z sarkazmem: - Chyba logiczne, że jak przylazłam tu pierwszy raz i poza Michałem i tą dwójką z jego klasy nie znam nikogo, to poznam dużo osób.

- Będziesz kimś bardzo znanym w przyszłości - powiedziała Ewa, nie zrażając się komentarzami Klaudii.

- Ale ty bredzisz - odezwała się w tym momencie Kinga, która do tej pory w milczeniu przysłuchiwała się wróżbie.

- Przestań, Kinga, wiesz dobrze, że moje wróżby się sprawdzają. Zresztą spytaj Kaśkę czy Kamilę...

- Właśnie! Kaśka! A co z nią? - zainteresowała się Kamila, wchodząc do kuchni.

- Dzwoniłam kilka razy, ale mama mówiła, że nie ma jej w domu i nieprędko wróci - powiedziała Ewa.

Małgosia z Maćkiem wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Do tej pory żadne z nich nie podzieliło się z nikim wiadomością o zniknięciu Kaśki.

- No dobra, co z tą wróżbą? - spytała zniecierpliwiona Klaudia.

- A co? Chcesz wiedzieć, czy kocha? - odgryzła się Kinga.

Najwyraźniej chciała wejść z Klaudią w otwarty konflikt, ale dziewczyna nie dawała się sprowokować. Jednak informacja o tym, że w małym pokoju robi się coraz ciekawiej, dotarła do wielu. Ciasna przestrzeń powoli zapełniała się kolejnymi osobami.

Na zaczepkę Kingi Klaudia wzruszyła jedynie ramionami.

- Interesuje się tobą jakiś facet... - mruczała Ewa, patrząc w rozłożone karty.

- A ciekawszych rzeczy tam nie widzisz?

- To znaczy jakich? - spytała Ewa, ale Klaudia w sumie nie wiedziała, jaką ciekawą rzecz chciałaby usłyszeć. Dlatego na pytanie Ewy odpowiedziała wzruszeniem ramion.

- A szkoła? - spytała Kinga. - Co tam jej w szkole wychodzi?

- Szkoła nie najlepiej - westchnęła Ewa.

- Wiedziałam - odparła Kinga z triumfem.

Nie była już w stanie ukrywać swojej zazdrości. Mimo że sama zerwała z Michałem, wkurzyło ją, że zamiast się uczyć, marnuje tu teraz czas i patrzy na to, jak on przysuwa się coraz bliżej tej jakiejś wydrowatej i zapewne łatwej panienki.

- Co wiedziałaś? - spytała Klaudia, spoglądając w jej stronę.

- Nic. Wiedziałam, że taka jak ty to musi się nie najlepiej uczyć.

- Kinga zawsze była najlepszą uczennicą - wyjaśniła Ewa, widząc pytające spojrzenie Klaudii, a potem zwróciła się w stronę Kingi: - Kłopoty w szkole nie oznaczają kłopotów z nauką.

Ale na to, by załagodzić konflikt, było już za późno.

- Ty masz jakiś problem? Zazdrosna jesteś? - wycedziła Klaudia, patrząc na Kingę spod przymrużonych powiek. Widok dziewczyny, która aż dyszy z wściekłości, bardzo ją rozbawił.

- Zazdrosna? Nie jestem zazdrosna - burknęła Kinga, choć teraz już każdy w pokoiku, nie tylko Michał, rozumiał, że ściemnia. Jak on mógł tak szybko się pocieszyć? A z drugiej strony? Czego się spodziewała, przychodząc tu? I jeszcze ta idiotka w chustce się śmieje. Jawnie się śmieje! Nie myśląc, co robi, Kinga złapała Klaudię za czerwoną bandanę. Dziewczyna syknęła z bólu. Poparzona głowa ukazała się w całej krasie. Zapadła cisza. Tylko Klaudia wstała z krzesła i podszedłszy wolno do Kingi, wyjęła jej z ręki chustkę, a potem rzuciła do tłumu:

- Co się tak gapicie? Poparzenia nikt nie widział? - I zaczęła spokojnie zawiązywać bandanę na głowie.

Kinga podeszła do Michała.

- Nie żałuję, że z tobą zerwałam. Jeśli potrafisz po mnie mieć przy sobie taką łysą i tępą wydrę... Zobaczysz, że ona skończy na ulicy. Takie jak ona tak kończą. A do mnie będziesz...

Michał spojrzał Kindze prosto w oczy.

- Nie wiem, co się z tobą stało. Ale to ty ze mną zerwałaś. Ja się nie wtrącam w twoje życie i ty w moje też się nie wtrącaj.

- Quidquid agis prudenter agas et respice finem - rzuciła Klaudia. - Wiesz, co to znaczy? - spytała Kingę. Nie doczekała się odpowiedzi. - Szóstki nie wypełnią ci całego życia. Trzeba czytać coś jeszcze poza szkolnymi lekturami - rzuciła i porwawszy z wieszaka kurtkę, wyszła z mieszkania Ewy.

Michał ruszył za nią.

- Cokolwiek czynisz, mądrze czyń i oczekuj końca.

- Co? - spytał Michał, kiedy byli już na schodach.

- Nic. Stara maksyma Owidiusza. Ty też myśl o tym, co robisz. Wyszedłeś ze mną. Czy warto?

Michał jednak milczał. Na to pytanie nie znał odpowiedzi. I tylko w głębi duszy miał nadzieję, że tak.

NIEJEDEN

- Skąd znasz łacinę? - spytał Michał.

Stali z Klaudią przed szkołą. Od andrzejek minęły już dwa tygodnie, a Michał dopiero teraz wrócił do tamtych wydarzeń. Spotkali się niby przypadkiem. Niby. Tak miała myśleć Klaudia, bo Michał wiedział, że to nie przypadek. I nie przyznałby się nigdy, że celowo czekał długo przy kiosku i oglądał gazety, by w szybie zobaczyć wychodzącą ze szkoły dziewczynę w czerwonej bandanie na głowie.

Ostatnio nie mieli okazji pogadać. Klaudia była ciągle zajęta. Michał miał nawet wrażenie, że go unika. Na przerwach kręcili się koło niej inni, a on dopiero teraz zauważył tych innych. Wcześniej miał wrażenie, że jest przy niej sam. Miał wrażenie, że i ona stara się być blisko.

- Skąd znasz łacinę? - powtórzył.

- A "cześć" gdzie?

- No cześć, cześć... - Michał się zmieszał.

- Łaciny to ja się przecież uczę w szkole, ale... - Klaudia się zawahała. - Tak naprawdę jeszcze jej nie znam. Znam tylko niektóre sentencje, te które mi się podobają...

- Jak tamta?

- Chodzi ci o Owidiusza?

- Yhm.

Czy ta sentencja była Owidiusza, tego Michał nie wiedział. Niby Klaudia coś mu tłumaczyła, kiedy wychodzili od Ewy, ale był zbyt oszołomiony wszystkim, co działo się wokół, by zapamiętać takie szczegóły. Pamiętał tylko, że Klaudia dość poważnie zagrała Kindze na nosie. Ale o tym mówić nie chciał. Nie chciał opowiadać o Kindze. Bo Kinga... dziwnie się zachowała.

Dopiero teraz uświadomił sobie, że były dwie Kingi. Jedna, którą znał ze spotkań sam na sam, i druga, która dawała o sobie znać, kiedy w pobliżu zjawiał się ktokolwiek inny. Wtedy w Kindze odzywała się zazdrośnica. I to coraz bardziej agresywna. Ale dlaczego ta zazdrośnica pokazała swoją twarz również teraz? Kiedy sama odepchnęła go, a właściwie... nie, nie odepchnęła. Wyrzuciła jak niepotrzebny odpad?

Michał tak właśnie się czuł. Dlatego nie chciało mu się głowić nad autorstwem łacińskiej sentencji. Było mu wszystko jedno. Pytał o łacinę, bo chciał się o Klaudii czegokolwiek dowiedzieć. Bo nagle uświadomił sobie, że rozmawia z nią o filmach, o postaciach oglądanych na szklanym ekranie, ale nie o prawdziwym życiu. A już w ogóle nie rozmawia o niej. I właściwie nadal niewiele o niej wie.

- Tak. To powiedzenie lubię. Cokolwiek czynisz, mądrze czyń i oczekuj końca. Ten Owidiusz był zajebiście mądry. A ta sentencja... wiesz... ojciec dał mi kiedyś taką książkę Łacina na co dzień. I zaczęłam ją czytać, by mu dogryźć. By znaleźć sentencje, którymi będę go mogła pognębić.

- A kim jest twój ojciec?

- Pytasz o zawód czy cechy charakteru? - spytała zaczepnie. - Jeśli o zawód, to prawnikiem. A jeśli o cechy charakteru, to dzieciorobem. Choć czasem zastanawiam się, czy to nie jest jego drugi zawód. Ale taki mało opłacalny. Same straty. W końcu facet płaci na nas wszystkich alimenty.

Michał czuł, że musi mieć dziwną minę, bo Klaudia, spojrzawszy na niego, wybuchnęła śmiechem.

- No co się tak patrzysz? Nie wiesz, kto to dzieciorób? Taki facet, co nic nie robi, tylko w chwilach wolnych od pracy robi dzieci coraz to innej kobiecie. Mój stary to klasyczny przykład. Ja jestem trzecia. Ale po mnie ma jeszcze piątkę. Cała ósemka z sześcioma żonami. Nie. Nie wszystkie ślubne. Ja nie. Moja mama była tak głupia, że myślała naiwnie, że go złapie na brzuch i on z nią zostanie. A tymczasem on sobie poszedł, a zostałam ja. Taka pamiątka na całe życie i na dodatek nie ma ze mnie pożytku. Teraz zjarałam sobie włosy, potem zjaram sobie coś innego. Ale nie wiem jeszcze co. Jak mnie stary wnerwia, to mu cytuję właśnie tę sentencję. Bo on niczego nie robi do końca. Wszystko rzuca w połowie. No, może poza pracą, ale dokładnie tego nie wiem. Ostatnio zabrał mnie na pizzę.

- I?

- Nic. Znów ciężko wzdychał. A ja wiem, że jak tak ciężko wzdycha, to znaczy, że znów chce się rozstać ze swoją żoną. Pewnie ma już jakąś na oku. To babiarz jak wszyscy faceci.

- Dlaczego wszyscy? - spytał Michał.

- A tego to ja już nie wiem - odparła ze śmiechem Klaudia. - Ale może ty mi powiesz. Dlaczego jesteś babiarzem?

- Ja?!

- Grasz mną innej na nerwach...

- No coś ty... - zaczął Michał, ale urwał spłoszony, widząc kpinę na twarzy Klaudii.

- Nie ściemniaj.

- Nie no... dlaczego... - Michał próbował coś powiedzieć, ale Klaudia wybuchnęła nieszczerym, teatralnym śmiechem.

- Wszyscy jesteście tacy sami - mruknęła po chwili. - Kiedy ojca spytałam, czy znowu ma na oku nową "tę jedyną", to też powiedział: "Nie no... dlaczego". I niby nadal oficjalnie nie ma, ale widziałam go na mieście z jakimś nowym nabytkiem. On o każdej mówi "ta jedyna". Potrafi też mówić "moja pani". Tak dostojnie. Wkurza mnie to. Wy macie to w genach. Bawicie się nami... Przyznaję, myślałam, że jesteś inny. A może jedynie miałam nadzieję? - Klaudia się zamyśliła. - Ale na tych andrzejkach zrozumiałam, że nie. Nie ma innych. Ty też nie jesteś inny. I w sumie dobrze, że ta głupia zazdrośnica cię zostawiła. Zobaczysz, jak to boli.

To powiedziawszy, Klaudia ruszyła w stronę domu. Michał zrobił krok w jej stronę, ale go zatrzymała.

- Nie odprowadzaj mnie. Jak będę miała ochotę się z tobą spotkać, zadzwonię.

* * *

Minęły kolejne dwa tygodnie. Klaudia nie zadzwoniła ani razu, a Michał nie chciał się narzucać. Słowo "babiarz" bolało. Wiedział, że wielu innych - na przykład Łukasz, który podrywał już chyba wszystkie laski z klasy - cieszyłoby się z takiej etykietki. Ale nie Michał. Ciążyła mu świadomość, że ktoś może tak o nim pomyśleć. Owszem... pierwotnie chciał utrzeć Kindze nosa, a i w Klaudii było też coś takiego, co go bardzo pociągało. Choć nie wiedział co.

Nie miała długich włosów, które tak mu się zawsze podobały. Wręcz przeciwnie. Zwłaszcza teraz. A jednak wspomnienie o dziewczynie w czerwonej bandanie i kolczykach nie dawało mu spokoju. Michał zastanawiał się nawet, gdzie Klaudia ma jeszcze kolczyki, choć tę uporczywą myśl odsuwał od siebie. Nie chce być babiarzem. Jego ojciec nim jest. Wprawdzie ponoć nie ma więcej dzieci, ale kobiety zmienia jak rękawiczki. Michał tak nie chciał. Zbyt wiele razy widział płaczącą matkę. Do dziś pamięta wyraz jej twarzy, gdy pokazała mu mężczyznę, po którym odziedziczył oczy, włosy i imię.

A Klaudia? Widywał ją na przerwach. Otoczona wianuszkiem chłopaków śmiała się i żartowała. Nie podchodził. Myślał o tym, co mu powiedziała. O tym, że nazwała Kingę głupią. Dla Michała Kinga nie była głupia, tylko "podwójna". Właśnie tak o niej myślał. Zresztą sama kiedyś przyznała, że jest spod Bliźniąt, a ludzi spod tego znaku cechuje dwoistość charakteru i brak konsekwencji w działaniu. O, tak! Kinga nie była konsekwentna. A Klaudia?

Stał i obserwował ją, jak podwija chustkę i ciemnowłosemu dryblasowi pokazuje odrastające włosy. W garści Michał ściskał podwójne zaproszenie na premierę jakiegoś filmu. Nie sprawdził tytułu. Wiedział tylko, że to sensacja. Dostał je w wydawnictwie, kiedy pojechał odebrać dla mamy nowe książki do tłumaczenia. Czy Klaudia z nim pójdzie? Głupio tak na oczach wszystkich podejść i spytać. Ale ile można czekać, aż zostanie sama? W końcu kolejną przerwę przychodzi pod drzwi jej klasy...

- Cześć. Poszłabyś dziś do kina...

Michał nie dokończył pytania, bo Klaudia spojrzała na niego rozbawiona.

- Dziś nie. Zdaje się, że w przyszłym tygodniu znajdę dla ciebie czas - rzuciła kpiąco.

Stojący wokół niej chłopcy zaśmiali się. Michał poczerwieniał na twarzy.

- Zaproszenie mam na dzisiaj... - powiedział.

- To idź pod kino i poszukaj frajerki... - rzucił dryblas.

Czyżby Klaudia opowiedziała mu o tym, jak się poznali? Michał odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę schodów.

- Ty daj sobie z nią spokój - usłyszał tuż przy uchu czyjś głos. Spojrzał w tę stronę. Obok stał drobny, szczupły chłopak. Znał go z widzenia, chodził do klasy wyżej. Najwyraźniej słyszał całą rozmowę. - Jak tylko dasz jej poznać, że ci na niej zależy, zostaniesz sprowadzony do roli śmiecia. Odpuść ją sobie. Jako koleżanka jest super. Ale gdy spróbujesz czegoś więcej, wychodzi z niej żmija. Niejeden przez nią miał przerąbane.

- Ty też? - spytał Michał.

Ale chłopak wzruszył ramionami i odszedł. I tylko Michałowi brzmiały w uszach jego słowa: "Niejeden przez nią miał przerąbane". Niejeden? On nie będzie. Właściwie co go te baby obchodzą?

I nagle uświadomił sobie, że znowu znalazł się w punkcie wyjścia. Bez kolegów - jak zwykle. Bez dziewczyny - może już na zawsze. A i w domu nie ma z kim pogadać. Po wycięciu krtani mama jeszcze nie kupiła elektronicznego aparatu mowy. A ile można szeptać?

Spojrzał na trzymane w ręku zaproszenie. Iść z mamą? Może to jest myśl.

PRZEGAPIONA PÓŁNOC

- Nie boisz się? - spytała Kamila.

- Czego?

- Że ktoś ci zdemoluje chatę?

- Eeee... - Wojtek wzruszył ramionami.

To, że on zorganizuje sylwestra, postanowił już dawno. Demolka? Tego się nie bał. W końcu kto i co może mu zdemolować?

Ta rozmowa miała miejsce jeszcze przed świętami i przypomniała mu się teraz, kiedy po raz kolejny usłyszał dzwonek domofonu, a do mieszkania napływali kolejni goście. Nie wszystkich zapraszał.

Pierwszy pojawił się Stasiek z dziewczyną.

- Mama kazała mi wrócić o pierwszej - powiedział, jakby chciał wytłumaczyć to, że przyszedł tak wcześnie.

- Wiadomo - odparł Wojtek i wziął od dziewczyny Staśka płaszcz. - Maciek z Małgosią też będą tylko do pierwszej - dodał po chwili, zorientowawszy się, że jego krótkie "wiadomo" może być odebrane jako naśmiewanie się ze Staśkowego domu. I rzeczywiście, Stasiek w pierwszej chwili spojrzał na Wojtka z wyraźną niechęcią, ale rozchmurzył się na wzmiankę o Maćku. Jego dom był inny, a jednak i on musiał wrócić o pierwszej. O tym, że to nie kumpel miał być o pierwszej, ale jego dziewczyna, Stasiek w ogóle nie pomyślał.

Tymczasem Maciek właśnie przeżywał apogeum swoich kłopotów z mamą Małgosi. Już w Wigilię czuł się poniżony. Poprosił mamę, by poszła z nim do rodziców Małgosi składać życzenia. Bał się, że Małgosi mama jego samego nie wpuści. I nie bezpodstawnie. Pani Danuta, gdy tylko usłyszała, że Maciek chce po Wigilii wpaść z życzeniami i prezentem, od razu wyraziła swoją dezaprobatę.

- To jest czas rodzinny. W tym dniu nie powinni do domu przychodzić obcy ludzie - powiedziała.

- Mamo, a puste nakrycie? - spytała Małgosia. - Czy nie czeka na niespodziewanego gościa?

- Niespodziewany gość to coś innego od spodziewanego nieproszonego.

Ojciec jak zwykle się nie odzywał. Zanurzony w papierach nie widział poza nimi świata, a co dopiero domu, w którym z miesiąca na miesiąc konflikt między matką a córką zdawał się narastać.

Właśnie dlatego Maciek odebrał od Małgosi esemesa: Lepiej nie przychodź. Mama już się wściekła.

Pani Janina również spojrzała na swego jedynaka jak na ufo, kiedy jeszcze przed Wigilią spytał ją, czy nie zechciałaby pójść z nim do Małgosi.

- Czyś ty z byka spadł? Zabierać zgredkę na randkę? To jakaś nowa moda? - spytała, śmiejąc się.

- Oj mamo! Wiesz, jaka jest mama Małgosi.

- No ale jak to będzie wyglądało, kiedy ty ze mną przyjdziesz? Daj spokój!

- To co mam zrobić?

- Zaproś ją na pasterkę! - odezwał się nagle Piotr, ojczym Maćka.

- Na pasterkę?! Jaką pasterkę? - spytał Maciek.

- U nas w kościele nie ma pasterki - odparła pani Janina. - Chciałam ci, Piotrze, delikatnie przypomnieć, że największe święto u ewangelików to Wielki Piątek.

- No to ja już nie wiem. - Ojczym Maćka wzruszył ramionami.

I Maciek nie odwiedził Małgosi w Wigilię. Niestety w pierwszy dzień świąt również nie mógł do niej przyjść. Dopiero w drugi dzień świąt po interwencji mamy udało się Maćkowi zaprosić Małgosię do siebie.

- Co z sylwestrem? - spytał, oglądając książkę, którą dostał od Małgosi. Oskar i pani Róża, sporo o niej słyszał.

- Nie wiem - westchnęła Małgosia i otworzyła małe czarne pudełko, w którym błyszczał malutki srebrny pierścionek z turkusem.

- Rany! - jęknęła, wkładając go na palec i oceniając, że pasuje. - Skąd wiedziałeś, jaki rozmiar?

- Zmierzyłem kiedyś twoją kościaną obrączkę, pamiętasz? Pytałaś wtedy, czy kolczyki też przymierzę. Podoba ci się?

- Aha - odparła Małgosia i pocałowała go w policzek.

- Więc co z sylwestrem? - spytał, obejmując ją.

- Mama mnie nie puści.

- A pytałaś?

- Boję się.

- No wiesz...

- Ty też byś się bał - odparła.

Maciek nie zaprotestował. To była prawda. Mamy Małgosi bał się coraz bardziej.

Sylwestrowe problemy Małgosi i Maćka rozwiązała Kamila. Po prostu oficjalna wersja brzmiała, że Małgosia idzie z Kamilą.

- O tym, że będzie tam Maciek, twoi starzy nie muszą wiedzieć - dodała.

I choć Małgosia nigdy nie lubiła takich rozwiązań, tym razem uznała, że niemówienie całej prawdy jest najlepszym wyjściem z sytuacji.

Maciek czekał na dziewczyny w umówionym miejscu. Dlatego do Wojtka weszli we trójkę.

* * *

Czarny Michał zdecydował się w ostatniej chwili. Bo niby z kim miał iść? Sam? No i właściwie dlaczego Wojtek go zaprosił? W końcu on i Kamila... Eeee... Myśli o Kamili wydawały mu się teraz tak odległe jak niegdysiejszy zachwyt nad kolorem jej włosów. Iść? Może mama chciałaby, by posiedział z nią w domu?

- Idź. - Wargi mamy ułożyły się w jedno słowo.

- A ty?

Ruchem głowy wskazała telewizor i leżące na biurku karty i książki.

- Postawię pasjansa na nowy rok - szepnęła bezgłośnie i się uśmiechnęła.

Była dwudziesta druga, gdy za Michałem zamknęła drzwi.

"Nie możemy iść dzisiaj do kina...". - Otworzyła usta, by jak dawniej zaśpiewać piosenkę, która tak bardzo kojarzyła jej się z młodością. I z Michałem, którego stany zakochania podglądała ukradkiem. Choć tak bardzo martwiła się o niego. Ale pozbawione krtani gardło nie wydało żadnego dźwięku. Ze złością uderzyła pięścią w drzwi. Płakać oduczyła się już dawno. Powlokła się z powrotem do pokoju i wzięła do ręki dwie talie kart.

"Czy nadchodzący rok będzie dla mnie lepszy?" - pomyślała i zaczęła tasować karty.

* * *

Pierwszą osobą, którą zobaczył po przyjściu do Wojtka, był Aleks. O dziwo, przywitał go pierwszy, a oczy tak mu się śmiały, jakby przed chwilą obejrzał film z Jasiem Fasolą.

- Co jest? - spytał Czarny Michał.

- Chyba Stasiek bawi się we wkładanego.

- W co?

- No wiesz... - Aleks się zaśmiał, pokazując przy tym, jak środkowy palec wchodzi w kółko zrobione z kciuka i wskazującego palca drugiej ręki. - Zamknął się ze swoją laską w sypialni starych Wojtka i nie chce nikogo wpuścić.

Czarny Michał wzruszył ramionami.

- Też mi sensacja - odparł.

- A dla mnie sensacja - powiedział Biały Michał.

- Stary! - zawołał Aleks. - Ja bym się prędzej spodziewał, że Kinga zostanie dilerem narkotykowym, niż że Stasiek przylezie z laską, a że zamknie się z nią w jakimś pokoju, to wybacz. Normalnie szok.

- Przecież już na andrzejkach był z jakąś dziewczyną...

- No właśnie! Ale teraz przyszedł z inną...

No tak. To było dziwne, ale Czarny Michał nie chciał zajmować się plotkami. Zwłaszcza że usłyszał o Kindze i jakby tego było mało, właśnie mignęła mu w kuchni. Siedziały z Ewą przy stole i jadły sałatkę.

- To było strasznie trudne zadanie, ale udało mi się je rozwiązać jako pierwszej... - mówiła Kinga, a Michał poczuł, jak robi mu się niedobrze. Szkoła i szkoła. Czy ona nie umie gadać o niczym innym? Kiedyś wydawało mu się, że Kinga jest inna. Teraz, jak w pierwszej klasie gimnazjum, widział w niej tylko kujona. Wyjął piwo z lodówki i poszedł do dużego pokoju.

Drzwi do mieszkania otwierały się raz po raz. Goście wchodzili i wychodzili, bo nagle okazało się, że w okolicy jest mnóstwo sylwestrowych imprez i ludzie po prostu przemieszczają się z jednej na drugą. Michał stanął z boku w dużym pokoju. W milczeniu obserwował kołyszące się pary. Niektórzy tańczyli na serio, inni, jak Małgosia z Maćkiem, się wygłupiali. Zwłaszcza że co chwila podbiegał do nich Aleks i głośno wrzeszcząc "Odbijany!", pchał Małgosię w kierunku Białego Michała, a sam... porywał do tańca Maćka. Każdy taniec kończył w ten sam sposób. Przechylał Maćkowi głowę do tylu i wrzeszczał:

- Daj całusa, królowo!

Oczywiście po chwili wszystko wracało do normy i Małgosia znów tańczyła z Maćkiem, a Aleks z Białym Michałem się wygłupiali.

- Chcesz skręta? - Michał usłyszał czyjś głos.

Obok stal dryblas, którego znał go ze szkoły. To jego widział wtedy z Klaudią. Dryblas wyciągał w kierunku Michała rękę z cieniutkim papierosem. Michał wiedział, co to jest.

Korciło go, by spróbować, zwłaszcza że kolejne piwo zaczynało mu już szumieć w głowie. Ale... wspomnienie dryblasa z Klaudią było silne. I te słowa o szukaniu pod kinem frajerki. Śmiała się z niego. I dryblas to wiedział. A teraz... stał obok i uśmiechając się porozumiewawczo, proponował skręta.

- Nie chcę - odparł Michał i odszedł w drugi kąt pokoju.

Po chwili dołączył do niego Wojtek.

- W porządku?

- A... jakoś.

- A jak ta dupa, co była z tobą na andrzejkach?

- To nie moja dupa. To tylko koleżanka... - odparł Michał. - Zresztą ten dryblas, co tu przylazł, też się z nią koleguje.

- Nie znam dryblasa - odparł Wojtek. - W ogóle powiem ci, stary, że połowy osób na tej imprezie nie znam. Najgłupsze jest to, że Stasiek nawet nie przedstawił mi swojej laski, więc nie wiem, jak ona ma na imię, a gościu siedzi z nią kolejną godzinę w sypialni moich starych. Ciekawe, czy jego mama wie o tym.

- Że siedzi w sypialni? Wątpię - zauważył Michał, a Wojtek się zaśmiał.

- Nie... Ciekawi mnie, czy Staśka mama wie, że syn ma dupę. Taki z cicha pęk. Co? W szkole kościelnej.

- Pewnie robi jej z piczki kapliczkę - wtrącił Aleks, który nadal wygłupiał się, tańcząc z Białym Michałem.

Chłopcy zaśmiali się, ale Czarny Michał nie chciał kontynuować tematu. Nie interesowało go analizowanie tego, co działo się za drzwiami sypialni rodziców Wojtka.

- A Kamila gdzie? - spytał, żeby zmienić temat.

- W kuchni produkuje jakieś kanapki - powiedział Wojtek i chciał jeszcze coś dodać, gdy dobiegł ich krzyk zmieszany ze szlochem.

Michał od razu poznał ten głos. To była Kinga. Krzyk dochodził z łazienki. Obaj chłopcy pędem rzucili się w tym kierunku.

- Dajesz dupy albo ci spalę wszystkie kłaki - usłyszał Michał przez zamknięte drzwi. Dalsze słowa zagłuszył wrzask Kingi.

Michał spojrzał na Wojtka. Zrozumieli się bez słów. Zaczęli walić w drzwi pięściami. Ale te nie ustępowały.

- Pieprzyć to - warknął Wojtek i owinąwszy dłoń swetrem, jednym ciosem zbił szybę.

Na środku łazienki stała Kinga z rozmazanym makijażem, rozczochranymi włosami, których wyrwane kępy walały się po podłodze, i uszkodzonym zamkiem od spodni. Szlochała tak, że brakowało jej tchu. Rzuciła się Wojtkowi na szyję.

- Zrobili ci coś? - spytał.

Pokręciła przecząco głową. Michał podał jej chusteczkę.

- Nie dasz chłopakom, dasz robakom - powiedział filozoficznie dryblas. - A cipkę mogłabyś podgolić - dodał po chwili.

I to były jego ostatnie słowa. Michał uderzył pierwszy.

Nadejścia północy nie zauważył nikt.

SZAFA

- Uwaga! Śpiewam! - zawołał Maciek i po chwili z zamkniętej szafy rozległ się jego donośny baryton: - Kiedy widzę ciebie, jesteś fajna, aj! Dla mnie masz stajla!

- Jeśli to o Małgośce, to wyobraź sobie, że wszyscy to już wiemy! - zawołała Ewa i zachichotała.

Wtórowała jej reszta klasy. Trwała właśnie duża przerwa. A cała humanistyczna kolejny szkolny dzień nowego roku spędzała przed szafą.

Na pomysł, by przerobić ją na grającą, wpadł Maciek, jak tylko zobaczył w klasie ten dziwny mebel. Bo szafa zjawiła się u nich zupełnie niespodziewanie. Było to dokładnie w poniedziałek po Nowym Roku. Zastali ją w tylnym rogu sali. Straszyła odrapanymi drzwiami. Tak przynajmniej twierdziły dziewczyny. Bo szafa rzeczywiście była odrapana, stara i nie pasowała do w miarę nowych mebli, które od dawna znajdowały się w pomieszczeniu. Chłopcy natychmiast zajrzeli do środka. Szafa nie miała ani półek, ani pałąka na wieszaki. Była po prostu pustym klockiem drewna z trzema ścianami, drzwiami, podłogą i sufitem.

- Co ona tu robi? - spytał głośno Maciek, ale na odpowiedź nie musiał czekać zbyt długo.

Okazało się, że stare meble pojawiły się także w innych salach. Związane to było z jakimiś remontami na strychu szkolnego budynku. Plotka przyniesiona do klasy przez Aleksa głosiła, że na strychu zalęgły się myszy i dyrekcja kazała opróżnić go ze wszystkich sprzętów. Stare papiery, deski i paczki zajęły dwa boksy w szatni. Meble wstawiono do klas.

- Za kilka dni znikną - zapowiedział woźny, który z racji muskulatury, wielkich sumiastych wąsów i faktu, że od kilku pokoleń siał wśród uczniów postrach, zwany był Iwanem Groźnym.

Tymczasem szafa z klasy nie znikała, ale coraz bardziej upodabniała się do szafy grającej. Najpierw chłopcy narysowali na niej kredą prostokąty z literami od A do J, a potem kółka z cyframi od jednego do dziesięciu.

- Kto chce być płytą? - zapytał Maciek.

Odpowiedziała mu cisza, więc sam wszedł do środka i wyśpiewywał na cały regulator coraz to inną piosenkę, choć największy aplauz budziło oczywiście Dla mnie masz stajla. W Maćka wykonaniu brzmiało "bardzo zawodowo". Tak twierdziła zarówno Małgosia, jak i inne dziewczyny, i gorąco namawiały na bis. Szafa zdawała się jednoczyć ludzi, którzy przebywali ze sobą już kolejny miesiąc, i to bez poważniejszych zgrzytów.

Tego dnia, kiedy Maciek po raz kolejny wszedł do szafy, by na dany znak odśpiewać tę popularną ostatnio piosenkę, ludzie w klasie zaczęli się ośmielać i co chwila zgłaszali się kolejni chętni do bycia żywą płytą. Marcin, lekko fałszując, zaśpiewał piosenkę Myslovitz, a Aleks arię operową, której nie powstydziłby się sam Andrea Bocelli. Prawdziwy popis dali jednak Konrad i Przemek, którzy weszli do szafy i rycząc na cały regulator, intonowali na melodię popularnej kolędy:

- Wśród nocnej ciszy! Czy pani słyszy?! Po szkolnym strychu biegają myszy! Niechże pani weźmie kija! Wszystkie myszy pozabija, a spokój będzie!

- Myślisz, że to prawda z tymi myszami? - tuż przy uchu Małgosi rozległ się czyjś szept.

Małgosia spojrzała w tę stronę. Patrzyły na nią szare przestraszone oczy. To była Joasia. Najlepsza uczennica w klasie.

- A co? Boisz się? - zdziwiła się Małgosia.

Sama nie bała się ani myszy, ani węży. No... może pająki nie należały do jej ulubieńców, ale nigdy nie robiła z ich powodu problemów.

- Raczej brzydzę - odparła Joasia i aż wzdrygnęła się na samą myśl o tym, że drobne stworzonko mogłoby przebiec blisko jej stóp. A może jeszcze, nie daj Boże, dotknąć? Brrr!

Zabawa w szafę trwała kolejny dzień i tylko Biały Michał nie brał w niej udziału. Maciek z Aleksem próbowali go namówić, ale bezskutecznie. Pewnie dlatego Konrad z Przemkiem postanowili Michała zmusić.

- Właź do szafy! - krzyknął Konrad i nie zwracając uwagi na protesty Białego Michała, wepchnął go do środka, a potem wraz z Przemkiem zastawili drzwi nauczycielskim biurkiem.

- Śpiewaj, to cię wypuścimy! - zawołał.

- Puszczaj, bo rozwalę szafę! - krzyczał Biały Michał.

Chłopcy jednak byli nieugięci.

- Śpiewaj!

Ale Michał nie chciał. Zaczął łomotać w ściany szafy tak, że chłopców cała sytuacja rozbawiła jeszcze bardziej.

- Śpiewaj! - krzyczeli.

- Ja wam zaraz zaśpiewam! - wrzeszczał Michał. - Niech no ja się stąd wydostanę! To wam tak zaśpiewam, że i wy będziecie śpiewać! I to wszystkimi otworami!

- O! Jaki groźny! - zauważył Konrad.

- Zupełnie jak Iwan! - dodał Przemek.

Ale Michał wkurzał się coraz bardziej. Miotał się w szafie tak, że drzwi zaczynały się powoli uchylać, a przytrzaskujące je biurko lekko odsuwać.

- Niech ja was dorwę! - krzyczał, szamocząc się coraz mocniej. - Jak... was... kopnę... w dupę... to... polecicie... tak... wysoko... że... zanim... spadniecie... to... zdechniecie... z głodu!

Dookoła szafy zaczynało się robić zbiegowisko. Dziewczyny pukały się w czoło. Małgosia prosiła, by Michała wypuścić, i próbowała wyjednać u Maćka jakąś pomoc, ale na próżno.

- Poradzi sobie - powiedział Maciek i ze stoickim spokojem czytał "Cogito".

- Chłopaki! Pomóżcie! - zawołał Konrad.

Nie musiał długo czekać. Po chwili podbiegli jeszcze Piotrek, Paweł i Aleks i cała piątka przesunęła szafę drzwiami w stronę ściany.

- No! Teraz się nie wydostanie! - stwierdził Konrad z satysfakcją.

Ale Michał nie przestawał łomotać, a szafa powoli zaczynała odsuwać się od ściany i wtedy Konrad wpadł na najbardziej racjonalizatorski pomysł.

- Panowie! Drzwiami do podłogi! - zawołał i po chwili szafa wraz z Michałem leżała na podłodze, i to zgodnie z Konradową instrukcją - drzwiami do dołu.

Z szafy dobiegł stek przekleństw, a potem jej sufit pękł na kawałki. Przez powstały w ten sposób otwór wyszedł Biały Michał. Był czerwony na twarzy i tak wściekły, że na jego widok Konrad wybiegł z klasy.

- Niech no ja cię dorwę! - zawołał Michał i popędził za nim. Był już w drzwiach, kiedy odwrócił głowę i krzyknął do Aleksa: - A z tobą też się policzę. Przyjaciel! - prychnął pogardliwie i po chwili już go nie było.

Tylko na schodach dał się słyszeć tupot.

- Rany! Co oni zrobili z taką fajną szafą! - zmartwiła się Ewa.

- Ale mi fajna szafa! - prychnęła Joasia. - Bez półek...

- Ale śpiewać w niej można.

- Tak się też da śpiewać - zauważył Marcin, który całe zdarzenie obserwował z boku, bo czytał Maćkowi przez ramię artykuł o dziennikarstwie.

- Nawet może lepiej będzie słychać śpiewy - zauważył filozoficznie Maciek.

- Hm... - mruknęła Ewa, a potem wszedłszy do środka, zaintonowała głośno:

- To nie ja byłam Ewą!

- To nie ty skradłaś drzewo! - dodał Aleks i chciał chyba coś jeszcze zaśpiewać, ale urwał. W drzwiach stanął nauczyciel fizyki profesor Borski. Przez chwilę słuchał śpiewu Ewy, co bardzo ubawiło wszystkich, a potem pokiwawszy głową, zawołał:

- Skowronki i słowiki, dość tych treli, czas fizyki!

Klasa zarechotała. Lubili swojego nauczyciela, choć przedmiot, który wykładał, dla wielu był prawdziwą zmorą.

Biały Michał i Konrad wrócili do klasy dobry kwadrans po dzwonku. Profesor Borski chciał chyba ich o coś zapytać, ale ujrzawszy u obu popodbijane oczy, nic nie powiedział. Pewnie dlatego, że gdy weszli, powiedzieli zgodnym chórem:

- Przepraszamy!

No i ku zdumieniu wszystkich usiedli razem w ławce.

* * *

- Dajcie spisać matmę. - W drzwiach klasy stanął Karol. Za chwilę miała zacząć się piąta lekcja: polski. Karol tego dnia był oficjalnie nieobecny. Dwa dni wcześniej podrzucił do szkoły lipne zwolnienie lekarskie, stwierdzające, że ma zapalenie gardła. Zwolnienie załatwił mu kolega, którego ojciec był lekarzem. - No, dajcie! Bo ja tylko na chwilę wpadłem i chcę wracać do domu... - powiedział i powiódł po klasie wzrokiem, jakby szukał chętnych.

- Masz. - Joasia wysunęła w kierunku Karola czyściutki zeszyt pokryty równym pochyłym pismem.

- Łocha idzie! - wrzasnął na cały regulator Aleks i zamknął z hukiem drzwi klasy.

- Poczekaj! Muszę wyjść! - zawołał Karol.

- No to pomyśl, jak się jej wytłumaczysz, że jesteś chory, a przyszedłeś do szkoły i wychodzisz... - rzucił Marcin, który kogo jak kogo, ale profesor Płochowską znał przecież jak zły szeląg.

- Kurczę! - Karol rozejrzał się po klasie, po czym wiele nie myśląc, porwał stojące przed pierwszą ławką krzesło i wstawiwszy do szafy, usiadł na nim.

- Chłopaki! Zamykajcie mnie!

W ostatniej chwili przed wejściem nauczycielki Maciek zdążył wrzucić do środka szafy ostatni numer "Cogito". Oczywiście górą. W końcu połamany sufit stał pod ścianą tuż koło kosza na śmieci.

- Żebyś się nie nudził! - zawołał.

Przez pierwsze minuty lekcji polskiego wszyscy uważnie patrzyli w kierunku szafy. Ta jednak zdawała się zwykłym meblem. Na to, że w środku kryje się uczeń, nie wskazywało nic. Po kwadransie o Karolu siedzącym w szafie wszyscy zapomnieli. Dlatego aż jęknęli, gdy w połowie lekcji do szafy podeszła profesor Płochowska i jednym ruchem z impetem otworzyła drzwi.

Karol wstał z krzesła i trzymając w ręku gazetę, szurnął nogami, mówiąc:

- Uszanowanie, pani profesor.

Kilka osób w klasie się zaśmiało, ale polonistce wcale nie było do śmiechu.

- Głupie żarty! - powiedziała. - Siadaj na miejsce i przynieś mi dzienniczek.

- Ale pani profesor, mnie nie ma w szkole.

- Jak to cię nie ma, hę? A z kim ja teraz rozmawiam, hę? Uważasz, że co?

- Mam zwolnienie i przyszedłem odpisać lekcje, ale...

- O, nie, kochany! Idziesz w tej chwili do pani dyrektor i opowiadasz o swoich sprawkach.

* * *

Otwarte drzwi do boksu szatni, w której złożone były rzeczy ze strychu, zobaczył Aleks. Chciał jakoś pogodzić się z Białym Michałem i zaproponował przetrzepanie szkolnych skarbów. Michał jednak nie był chętny. Wciąż miał żal do przyjaciela. Z Konradem się dogadali, ale z Aleksem... Michał westchnął i powlókł się do klasy. Tymczasem Aleks ujrzał w stercie wielki tekturowy portret Lenina. Wyciągnął go czym prędzej i pognał do klasy.

- Rewelka! - zawołali chłopcy na widok wodza rewolucji, a Przemek błyskawicznie zaproponował, że zrobi z Lenina palacza.

Za pomocą cyrkla sprawnie wywiercił mu w ustach dziurkę i włożył w nią papierosa.

- Czekajcie! - zawołał, po czym wpadł do szafy z portretem i krzyknąwszy: - Towarzyszu, ukaż się! - wysunął obraz dziurą po suficie.

- Kawał mi się przypomniał - powiedziała Ewa. - Pani uczyła dzieci o Leninie i nagle Jasio wstaje i mówi: "Proszę pani, ja!". "Ale co, Jasiu?" - dopytuje się nauczycielka. "Ja widziałem Lenina! Byłem z tatusiem w lesie i go widziałem. Był wielki, miał rogi!". "Jasiu, ale to chyba był jeleń?". "A może i jeleń...".

- Skąd to wziąłeś? - dopytywał się Konrad, szturchając Aleksa i wskazując portret, a uzyskawszy odpowiedź, popędził jak strzała do szatni.

W tym momencie do klasy weszła profesor Janecka.

- Kochani, profesor Adamczyk zachorowała i nie będziecie dziś mieli biologii. Niestety nie ma nikogo, kto mógłby u was posiedzieć na zastępstwie, dlatego prośba, byście się cicho zachowywali. Odrabiajcie lekcje, czytajcie sobie, możecie coś wypożyczyć z biblioteki. W każdym razie ma was nie być słychać. Zrozumiano?

Ale w humanistyczną jakby diabeł wstąpił. Ledwo profesor Janecka zniknęła na korytarzu, chłopcy przewrócili ławkę na krótszy bok, postawili na niej krzesło i uznawszy, że jest to mównica, zaczęli wygłaszać przemówienia. Prym wiódł Aleks, ale po chwili i Maciek włączył się do zabawy.

- Towarzysze! Obywatele i obywatelki! Ludu pracujący stolicy! - grzmiał z mównicy Maciek tekstem, który znał z jednej z płyt Kazika. Wygrzebał ją kiedyś u mamy.

Dziewczyny siadły na ławkach i otoczyły wianuszkiem Ewę, która wyjęła z teczki karty i zaczęła im wróżyć. I tylko co jakiś czas spoglądały w kierunku chłopców, którzy w najlepsze bawili się portretem Lenina.

- Ależ oni są dziecinni - prychnęła Patrycja. - Że też ty się prowadzasz z Maćkiem. Przecież to szczeniak! Mównica! I to ma być mężczyzna?

Patrycja uchodziła za najładniejszą w klasie. Zresztą wzrokiem wodzili za nią także chłopcy z klas sąsiednich. Patrycja miała burzę kręconych blond włosów, wydatne usta, białe zęby i dołeczki w policzkach. Małgosia westchnęła ciężko i już miała coś odpowiedzieć, kiedy do klasy wpadł Konrad, niosąc pod pachą jeszcze dwa tekturowe portrety.

- Mam jego kumpli! - zawołał, sapiąc od progu. - Ale chyba nie zdążymy, bo zaraz dzwonek...

Kiedy tylko koledzy powiedzieli mu, że będą mieli wolną godzinę, Konrad ruszył w kierunku szafy.

- Kto ze mną?! - zawołał.

Ku zdumieniu wszystkich ochoczo dołączył Biały Michał. I po chwili w szafie oprócz Przemka z portretem Lenina siedzieli Michał i Konrad z portretami w rękach. Było im ciasno. Szafa - niewygodna dla jednej osoby i bardzo niewygodna dla dwóch - trójkę mieściła z wielkim trudem.

- Towarzysze, ukażcie się! - zawołał Aleks.

I wtedy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w górze szafy pojawiły się trzy portrety: Marksa, Engelsa i Lenina, przy czym ten ostatni palił papierosa, bo Przemkowi udało się znaleźć zapałki.

- Zniknęła swaboda ruskiego naroda! - ryknął Aleks.

- Towarzysze! Obywatele i obywatelki! Ludu pracujący stolicy! - wołał znów Maciek, próbując przekrzyczeć Aleksa.

- Uciszcie się! - krzyknęła Ewa. - Skupić się nad wróżbą nie mogę!

Jednak Maciek nadal przemawiał, Aleks nadal śpiewał, a reszta chłopców gwizdała i śmiała się.

- Powinniście się zdecydować! Czy jesteście już dorośli, czy jeszcze dzieci - usłyszeli głos dyrektor Marczak, która od kilku minut stała w drzwiach i przyglądała się całej scenie. I choć Maciek miał wrażenie, że surowością chce przykryć niepohamowaną chęć wybuchnięcia śmiechem, to lekko się przestraszył. Zwłaszcza że przed chwilą krzyczał: "I pamiętajcie! Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z was nauczyciela!".

- Wczoraj był u mnie jeden, który zamiast kurować się w domu, siedział podczas lekcji w szafie, a potem twierdził, że go nie ma. Dziś ktoś włamał się do szatni, skradł stamtąd trzy portrety, wprawdzie i tak przeznaczone na makulaturę, ale... - Tu dyrektor się zawahała.

W tym momencie rozległ się trzask. To pękły ścianki szafy, która rozpadła się na cztery części. Teraz nadawała się już tylko na śmietnik. Na środku klasy leżeli Konrad, Przemek i Biały Michał, a tuż obok trzy tekturowe portrety, z których jeden nadal palił papierosa.

PODSŁUCHANE

- Albo wstydzisz się i nie chcesz, by świat się o tym dowiedział, albo chcesz ją odzyskać - przez niedomknięte drzwi od dużego pokoju Maciek usłyszał mamę.

- Ja już sama nie wiem... - odpowiedział znajomy żeński głos.

Maciek zajrzał do środka. Przy stole siedziała kobieta. Maciek przez chwilę szukał w pamięci, gdzie też on wcześniej ją widział. Na próżno.

- Dzień dobry - przywitał się.

- Dzień dobry - odparła kobieta i się rozpłakała. Dopiero teraz ją poznał. To była matka Kaśki. W ciągu ostatnich trzech miesięcy zmieniła się nie do poznania: poszarzała, schudła i posiwiała. - Nikomu nie mówiłeś? - spytała drżącym głosem.

- Tylko Małgosia wie - odparł Maciek. - Ale ona nikomu nie powiedziała - dodał szybko, a pochwyciwszy spojrzenie swojej mamy, wyszedł z pokoju. Jednak nie poszedł do siebie, ale przyczajony w przedpokoju koło wieszaka przysunął ucho w kierunku drzwi.

- Ty, Elka, zasłaniasz się wstydem, a to właśnie trzeba inaczej - mówiła jego mama. - Zgłosiłaś na policję, ale sama widzisz, że to za mało. Ile razy mam ci mówić, żebyś poszła do Itaki. Oni zajmują się szukaniem osób zaginionych. Nie ma już czasu na wstyd. Jej nie ma kolejny miesiąc. Ona może być już za granicą, a ty tak jakbyś leżała z założonymi rękami!

- Jak możesz tak mówić! - Mama Kaśki nie kryła oburzenia. - Przecież nawet u jasnowidza byłam.

- Jasnowidza? To jest wywalanie forsy w błoto! Pomógł coś? Ty się zgłoś do stowarzyszenia Itaka! Do programu Zaginieni idź! A nie będziesz ciężko zarobioną przez Krzyśka forsę trwoniła na jasnowidzów. I co ci ten jasnowidz powiedział?

- Że żyje.

- Oczywiście, że żyje! Tylko nie ma bladego pojęcia, że jej szukasz. Może nawet myśli, że cieszysz się, że nie ma jej w domu.

- No co ty! Janka!

- Przecież sama mówiłaś, że masz z nią same kłopoty! Że się nie uczy. Że ciągle jej mówisz, że będzie nikim...

- No, ale dostała komputer...

- Tu nie chodzi o to, co dostała. Tu chodzi o to, czego nie miała.

- Więc twierdzisz, że ja jestem złą matką?

- Nic takiego nie twierdzę. Ja sama z Maćkiem mam kłopoty. A to klnie w szkole, a to bierze udział w jakimś rozwalaniu szafy... Mnie chodzi o to, że Kaśka nie wie, że ją kochasz. Teraz nie wie, że płaczesz, i pewnie świetnie się bawi!

- Nieprawda! Ją ten facet omamił!

- Wierzysz w to, w co wygodnie ci wierzyć...

Maciek usłyszał kroki zmierzające w stronę drzwi. Szybko umknął do siebie. Dalszego ciągu rozmowy już nie słyszał.

* * *

- Masz gościa. - Mama Małgosi stanęła w progu. W jej głosie dało się wyczuć niezadowolenie, choć gościem był nie Maciek, ale Kamila. - Jest już późno, więc nie siedźcie długo.

- Oczywiście - szepnęła Kamila i spojrzała z niepokojem na mamę przyjaciółki. Kiedyś mama Małgosi wydawała się inna. Ale od przeszło roku zachowywała się coraz dziwniej. Była niemiła i oschła. I to dla każdego.

Kamila wpadła niezapowiedziana. Wszystko przez tę rozmowę telefoniczną, którą nagle kazał jej przerwać tata. Powiedział, że czeka na faks i linia nie może być blokowana. Kamila zdecydowała się pobiec do Małgosi. Choć jeszcze pół godziny temu miała chęć już nigdy, przenigdy nie odezwać się do przyjaciółki...

* * *

Zaczęło się właśnie od telefonu. A raczej od programu telewizyjnego. Nie oglądała go od początku. Wojtek zadzwonił prawie pod koniec. Sam też go od początku nie widział. Do niego zadzwonił Aleks, który sam ponoć usłyszał o programie od Białego Michała, do którego z kolei zadzwoniła Natalia. W każdym razie prawie połowa uczniów dawnej klasy pani Czajki włączyła o tej samej porze telewizory, by zobaczyć na ekranie twarz matki Kaśki. Inną twarz niż ta, jaką pamiętali z czasów, gdy chodzili razem do jednej klasy. Elegancka kobieta postarzała się. Oczy, niby umalowane jak kiedyś, straciły jednak dawny blask.

- Widziałaś go? - Małgosia usłyszała w słuchawce głos Kamili.

- Kogo?

- Nie kogo, tylko co. Program.

- Jaki?

- No, o Kaśce.

- A co, znalazła się? - spytała Małgosia i zaraz pożałowała swojego pytania. Przecież o tym, że Kaśka zaginęła, obiecała nikomu nie mówić. Po drugiej stronie słuchawki zapanowała cisza.

- To ty wiedziałaś, że zaginęła?!!!

Pytanie, którego Małgosia się obawiała, padło. Kamila zadała je takim tonem, że Małgosi zrobiło się nieprzyjemnie.

- No wiesz... ja... - mruknęła i zamilkła.

- Co "ty"? - spytała Kamila, a w jej głosie czuć było i gniew, i rozgoryczenie.

- Obiecałam, że nikomu nie powiem.

- Nawet mnie?

- Nawet tobie. To była prośba jej rodziców.

- Mówili ci?

- Maćkowi mówili. Kiedy był u niej i grzebał w jej komputerze.

- To on odkrył te listy? - spytała Kamila już nieco spokojniej, ale Małgosia wiedziała, że przyjaciółce jest przykro.

- A co? W ogóle skąd wiesz o Kaśce? O listach?

- No właśnie z programu.

- Jakiego programu?

- O zaginionych. Nie oglądałaś?

- Nie.

- Pokazywano zdjęcia Kaśki, jej listy i blog. Podobno wyszła z domu jeszcze w październiku...

- No - przytaknęła Małgosia. - Dokładnie tak było. Maciek biegał do jej rodziców uruchamiać komputer.

- Przecież od tamtej pory minęło tyle czasu...

- No.

- Przestań z tym "no".

- Kiedy nie wiem, co mam mówić.

- Kamila! Natychmiast kończ! - Surowy ton taty sprawił, że Kamila szybko pożegnała się z Małgosią. Zresztą ich rozmowa telefoniczna jakoś nie bardzo się kleiła. To dlatego Kamila zdecydowała się pobiec do przyjaciółki.

Wprawdzie mama próbowała oponować, używając argumentu babci, że "jutro też jest dzień i to na dodatek sobota", ale w końcu machnęła ręką. Wiedziała, że przez ostatnie tygodnie dziewczyny nie miały czasu się spotkać. Koniec semestru zrobił swoje. Każda siedziała w domu i się uczyła. Dawne codzienne spotkania zastąpiły e-maile. Jednak w nich nie poruszały wszystkich tematów.

* * *

Teraz siedziały w ciasnym Małgosinym pokoiku i rozmawiały o Kaśce.

- W tym programie mówili, że poznała kogoś przez internet i że to z nim najprawdopodobniej uciekła - relacjonowała Kamila.

- No bo tak było. Czytałam tego jej bloga. Poznała jakiegoś Andrzeja o podwójnym obywatelstwie...

- I nic nie mówiłaś?

- No wiesz... po pierwsze obiecałam, a po drugie potem z głowy mi to wszystko wypadło. Szkoła, Łocha, Marcin... Sylwester...

- Nie chcę gadać o sylwestrze. - Kamila potrząsnęła głową. - Wojtek miał taką awanturę, że nawet nie chcę o tym myśleć.

- No dobra, my zresztą tego nie widzieliśmy...

- I dobrze - ucięła Kamila.

- No a w szkole afera z szafą...

- Z szafą?

- Tak. Szkoda gadać. - Małgosia machnęła ręką. - Łocha dostała takiego szału, że zwołała specjalne zebranie i wzywano do szkoły rodziców.

- Bo?

- Chłopcy rozwalili szafę.

Kamila musiała mieć dość dziwną minę, bo Małgosia ze szczegółami opowiedziała o ostatnich tygodniach w szkole.

- Jedno, co dobre, to to, że na bank w przyszłym roku Łocha nie będzie nas uczyć - zakończyła.

- A to czemu?

- Tak się rodzice zbuntowali, że pod koniec semestru zajmuje się bzdurami, że już nie ma przebacz. Podobno Aśki Grabowicz matka najgłośniej krzyczała...

- Daj spokój! Czym jest szafa w porównaniu ze zniknięciem Kaśki? Jak mogłaś mi nic nie powiedzieć? - pytała Kamila coraz bardziej rozgorączkowana.

- No... mówiłam ci, że Maciek prosił, żebym nikomu nie mówiła. Sam obiecał to jej rodzicom. Co też musiało się stać, że zdecydowali się na udział w tym programie?

- Jak to co? Cztery miesiące Kaśki w domu nie ma.

- Wiesz... ja czasem też mam ochotę uciec. Bo mama jest ostatnio naprawdę okropna, ale jak pomyślę, co by przeżywała, to... Czy bardzo się gniewasz? - spytała Kamilę.

- W sumie nie... Tylko trochę mi przykro.

- Wiesz, jak ja się męczyłam na początku?

- Z czym?

- Z tym, że nie mogę ci powiedzieć - odparła Małgosia i przypomniała sobie swoją korespondencję z Pawłem. W końcu wbrew obietnicy danej Maćkowi o zniknięciu Kaśki komuś jednak powiedziała. Ale siedzący po drugiej stronie oceanu Paweł był w tych sprawach jak studnia.

- Tak się męczyłaś, że w końcu zapomniałaś - rzuciła z goryczą Kamila.

- Oj, sorry, ale teraz to już chyba i tak nieważne. W końcu widziałaś program.

- Ale nie cały. Wiem tylko tyle, ile i ty powiedziałaś. Że facet to jakiś Polak mieszkający na stałe w Niemczech. No i to, że policja podejrzewa, że Kaśka opuściła granice Polski, bo zabrała z domu paszport.

- Rany! - Małgosia aż jęknęła, bo to, że Kaśki może nie być w kraju, nie przyszło jej do głowy.

Tej nocy po wyjściu Kamili długo nie mogła zasnąć. Do Maćka zadzwoniła z samego rana.

- Oglądałeś program o Kaśce?

- Tak. Nawet dzwoniłem do ciebie na komórkę, ale miałaś wyłączoną.

- Trzeba było zadzwonić na domowy.

- No wiesz... Po ostatnich akcjach twojej mamy...

- Słuchaj, bo nie pytałam cię wtedy. - Małgosia nie chciała rozmawiać o swojej mamie. - Czytałam Kaśki bloga, ale co było w tych listach?

- On pisał jej, że żona go nie rozumie, że się nad nim znęca. Że musi harować na jej głupie zachcianki. Że w życiu nie spotkał tak niezwykłej osoby jak Kaśka.

- No i co w tym głupiego?

- No wiesz? - Głos Maćka wyrażał najszczersze zdumienie. - Przez tyle lat znajomości nie zauważyłem w Kaśce nic prawdziwie niezwykłego poza bezdenną głupotą. A to, że poszła gdzieś z tym facetem, to najlepszy dowód, że jest tak, jak mówię. Przecież to wiadomo, że jak facet jest starszy od niej kilka lat, to powie jej wszystko, co ona chce usłyszeć, byleby ją... No wiesz, co mam na myśli.

- A skąd ty jesteś taki mądry? Co?

- Oj! Po pierwsze sam jestem facetem...

- Aaa! Ładnie! Czyli jak mi mówisz coś miłego, to w jednym celu? Tak?

- Małgo, daj spokój!

- No, żartuję. Ale wiesz co? Najpierw to mama Kaśki nie pozwalała nikomu mówić o tym, że Kaśka zwiała z domu, a potem właśnie o tym informuje całą Polskę. Ty wiesz, jaka Kamila była na mnie wściekła, kiedy okazało się, że ja od początku wiedziałam?

- Wyobrażam sobie.

- Nie wyobrażasz.

- No, zgoda. Nie wyobrażam.

- Naprawdę myślisz, że ten program coś pomoże?

- Moja mama twierdzi, że tak. W końcu to ona namówiła mamę Kaśki, żeby w nim wystąpiła.

* * *

- Nie wiem, co teraz robić. - Maciek tak jak kilka dni wcześniej usłyszał przez niedomknięte drzwi damski głos.

Tym razem bez trudu poznał mamę Kaśki. Była nadal zdenerwowana, ale jakby mniej. Już miał wejść do pokoju i się przywitać, kiedy coś go tknęło. Podobnie jak te kilka dni wcześniej, tak i teraz przycupnął przy wieszaku w przedpokoju.

- Nie mogę do niej trafić - mówiła mama Kaśki. - Nie wiem, co robić. Wiesz, że musiałam pójść z nią do ginekologa? Jakie upokorzenie! Badanie, czy nie jest w ciąży... Musieliśmy zrobić badania na HIV. Ona z tym facetem żyła jak... ja z mężem! Jeździła z nim po Polsce, po hotelach. Jaki ten świat podły. W tych hotelach widzieli faceta z nastolatką i nic. Rozumiesz? Nic! Nie reagowali!

- Może myśleli, że to jego córka...

- Bez przesady! Aż tak stary to on nie jest! Nie mógłby być jej ojcem.

- A mówiła, dlaczego to zrobiła?

- Powiedziała, że ja jej nie rozumiem, że oboje z Krzyśkiem nie wiemy, czego potrzebuje. Że jej rówieśnicy są głupi i że tylko dorośli ją rozumieją, ale nie my... Wiesz... tymczasem ona sama... No... wiesz... Ona jest głupia. Przecież teraz będzie powtarzała klasę! Ja wczoraj byłam w kuratorium. Pytałam, czy można coś zrobić, by nie powtarzała...

- Daj spokój! To nie jest najważniejsze!

- Tak mówisz, bo Maciek się dobrze uczy.

- Bez przesady! Wcale nie jest takim orłem.

- Ale w sumie masz rację... Szkoła pół biedy. Wiesz, że ja się cały czas boję, czy ona tylko z tym facetem? Może on ją do czegoś zmuszał? Przecież to jeszcze dziecko...

- Przecież gdyby ją zmuszał, toby jej nie puścił. A skoro wróciła...

- Wróciła. Bo zobaczyła mnie w telewizji. Rozumiesz? Tak powiedziała. Zobaczyła, że ja płaczę, i jej się głupio zrobiło. Nie myślała, że ja rozpaczam!

- No widzisz! A nie mówiłam? Zrobić ci jeszcze herbaty?

Maciek nie zdążył odskoczyć, kiedy w przedpokoju pojawiła się mama z tacą. Spostrzegłszy jedynaka przy wieszaku, zgromiła go wzrokiem i położywszy palec na ustach, ruchem głowy wskazała kuchnię.

- Idź przywitać się z mamą Kaśki - powiedziała szeptem. - Ale pamiętaj: jeżeli komukolwiek powtórzysz tę rozmowę, to cię obedrę ze skóry!

- Możesz być spokojna. Nikomu nie powtórzę - odparł Maciek.

Kiedy po kilku minutach zamykał drzwi do swojego pokoju, wiedział jedno: o tym, co podsłuchał, nie powie nawet Małgosi. Z taką tajemnicą, z której nie można zwierzyć się Kamili, byłoby jej znacznie ciężej. Bo tego, że Małgosia jakiekolwiek sekrety powierza mieszkającemu w Nowym Jorku chłopakowi, Maciek nie wiedział. Zresztą o tym, że ten cały Paweł w ogóle istnieje, zapomniał niemal na śmierć.

STOK

- Jak mogliście mi to zrobić?! - zawołała Kamila. - Znowu! Znowu to samo! Wtedy na Gwiazdkę, potem w wakacje, że aż się musiałam tłumaczyć przed Wojtkiem...

- Jeśli chodzi ci znowu o Olka, to powinnaś się przyzwyczaić. Przecież od lat wyjeżdżamy z jego rodzicami. Przyjaźnimy się...

- Od wielu lat! - Kamila prychnęła pogardliwie. - Ale był moment, kiedy z nami nie jeździł! A teraz nagle...

- Bo wyjeżdżał na jakiś tam obóz judo czy karate. Ale teraz jest zima i przyjechał z nami na narty. Poza tym o co ci chodzi? Zgodziliśmy się, żeby i Wojtek z nami jechał, więc masz swojego Wojtka, a Olek...

- Tak! Właśnie! Olek! Na doczepkę! Rozumiesz? Jak my się będziemy... - Kamila się zawahała. Przecież nie powie mamie, że przy Olku nie będzie mogła Wojtka pocałować, przytulić, a nawet wziąć za rękę, bo to jakoś głupio.

- Normalnie. - Mama wzruszyła ramionami. - My się bawimy, choć ojciec Olka kiedyś we mnie się podkochiwał. Codziennie do mnie wydzwaniał.

Kamila zaniemówiła. Czyżby tamta historia, którą kiedyś opowiadała jej babcia, o mamie i jakimś chłopaku, który najpierw za nią szalał, a potem jak przestał, to ona rozpaczała, była historią o mamie i wujku Majewskim? Rany! Musi podpytać babcię.

- Takie sytuacje to sprawdzian dorosłości - ciągnęła dalej mama i ze stoickim spokojem wieszała w szafie ubrania, które wyjmowała z walizek.

- Ale ja nie chcę być dorosła.

- Super! Będę o tym pamiętać, kiedy poprosisz mnie, żebym puściła cię na film od osiemnastu lat.

W tym roku w czasie ferii zimowych w Białce Tatrzańskiej rodzice Kamili wynajęli dla siebie dwa pokoje. W jednym rozłożyła się żeńska część rodziny Grabowskich, czyli mama z Kamilą, a w drugim część męska - tata z Kubą i... Wojtek. W kwaterze tuż obok zamieszkali Majewscy. Kamila zauważyła Olka, jak wnosił narty; wyglądała akurat przez okno, sprawdzając, czy widać przez nie Tatry.

- No i co tam, moje panie? - W drzwiach stanął ojciec Kamili.

- Nic - burknęła Kamila i minąwszy ojca, pobiegła do pokoju, w którym rozpakowywali się Wojtek i Kuba.

- Wiesz co?! - zawołała od progu, ale Wojtek nawet się nie odwrócił. Pomagał właśnie Kubie rozpakować plecak, więc nie zwrócił na nią uwagi. Trąciła go w ramię.

- Olek tu jest - stwierdziła ponuro, ale Wojtek na jej wyznanie w ogóle nie zareagował. - Słyszysz?

- Słyszę. Olek tu jest - powtórzył.

- No właśnie! I co ty na to?

- Nic.

- Jak to nic?

- Nawet fajnie! W końcu we trójkę można zrobić więcej rzeczy niż we dwójkę...

- No żartujesz chyba! - Kamila zawrzała z oburzenia.

To, że Wojtek nie okazał nawet cienia zazdrości, wyprowadziło ją z równowagi. Oto jej eks jest tu, a Wojtek jakby nigdy nic mówi jeszcze, że to fajnie. No nie... Kamila złapała za komórkę i wystukała esemesa do Małgosi.

Olek jest tutaj.

Odpowiedź przyszła natychmiast i brzmiała: "Jezuniu!".

Kamila parsknęła śmiechem i odpisała: "Jejcia!". Nagle złość na rodziców, Olka i Wojtka minęła. Właściwie... niech sobie ten Olek tu będzie. W końcu nikt nie każe im razem chodzić gdziekolwiek. Wprawdzie trzeba będzie odwalić jedne rodzinne zawody, bo przecież dzieciaki żyć nie dadzą, ale potem spokojnie będzie można chodzić tylko we dwójkę. Bez Olka.

* * *

- Mieszczuchy gotowe na spotkanie z naturą? - zapytał tubalnym głosem wuj Zbyszek.

Była dziesiąta rano, kiedy Majewscy całą rodziną zapukali do nich na kwaterę.

- Daj nam kwadrans - odparła mama Kamili.

Kiedy po jakimś czasie cała dziewiątka sunęła w kierunku wyciągu na Bani, Kamila nie odzywała się ani słowem.

- Kuba i twoja siostra pójdą na oślą łączkę? - spytał Wojtek Olka po chwili marszu.

- Coś ty! - odparł Olek.- Malwa to jest taka narciara, że niejedna laska w naszym wieku pozazdrościłaby jej szusowania. Z niej to będzie druga Karasińska.

- Kto?

- Katarzyna Karasińska. Nie słyszałeś o niej?

- Nie.

- To nasza najlepsza narciarka alpejska. Liderka w Pucharze Europy!

- A ty?

- Ja?

- Jak ty sobie radzisz?

Olek nie kwapił się z odpowiedzią. Po pierwsze nie jeździł najgorzej, ale... kto wie, jak jeździ Wojtek? A po drugie... sam przed sobą nawet się nie przyznawał, że do końca miał nadzieję, że Kamila będzie tu tylko z rodzicami. Wojtek psuł mu ferie. Choć przecież nic złego nie robił. Jednak Olkowi wystarczał sam fakt, że był. No i to, jak Kamila patrzyła na niego. Jak poprawiała mu wymykające się spod czapki kosmyki długich lśniących włosów. No niby fakt... jemu samemu poprawiać by nie mogła, bo Olek od dawna nosił włosy przycięte bardzo krótko, ale ten gest wywoływał u niego nieprzyjemne uczucie zazdrości.

- No? Jak ty jeździsz?

- Tak sobie... - odparł Olek po chwili.

- Co ty za bzdury opowiadasz - odezwała się Kamila. - Nie słuchaj go! Bardzo dobrze jeździ i teraz będzie ci tak fałszywie skromnie pierniczył nad głową... Wszyscy jeździmy. I Kuba, i Malwina, i nasi rodzice. To po prostu rodzinny sport. A Olka trudno jest pokonać.

- Nie przesadzaj... Malwina za mną nadąża.

- Ba! Malwina!

- Uuu... to ja chyba za wami nie nadążę - stwierdził Wojtek.

Wprawdzie narty przypinał często, ale... jazda nie była jego najmocniejszą stroną.

- Nadążysz - odparła Kamila. Tak bardzo chciała, by Wojtek okazał się lepszym narciarzem. - Może nawet wygrasz?

- Nie! Tym razem ja wygram! - dobiegł ich głos Kuby.

Szedł tuż za nimi wraz z Malwiną i całą drogę przechwalał się, że tym razem nie uda jej się go wyprzedzić.

- Jaka jest nagroda dla zwycięzcy? - spytał Wojtek.

- Tata! Co jest nagrodą?

- Lody! - odkrzyknęła mama. - Wielkie lody z mnóstwem bakalii!

- Hmmm - mruknął Wojtek.

- Kiedy baba kaka w balie, to nie są bakalie - odezwał się Olek, a Kamila usłyszawszy ten tekst, aż przystanęła na ulicy.

- Cooo ty bredzisz?!

- Eee... nic. To Maćka powiedzenie. Zawsze nas nim raczył na ceramice, jak ktoś przynosił ciasto z bakaliami.

- Taaaa - odezwał się Wojtek i zachichotał. - Maciek to ma powiedzenia... - Ale po chwili wesołość ustąpiła smutkowi. Wojtek pożałował, że nie ma tu Maćka. W takiej chwili tak bardzo przydałby mu się jakiś życzliwy kolega.

* * *

- Jest! Jest! - zawołał z radością tata Olka.

Cała gromadka, przytupując mocno, stała na stoku i czekała, aż pan Majewski znajdzie "startreka". Tak rok temu Kuba, pod wpływem serialu science fiction, nazwał kogoś, kto podczas ich rodzinnych zawodów dawał znak start. Tym razem tacie Olka towarzyszyła mocno umalowana brunetka. Kamilę bardzo ubawiło to, że kobieta na narty zrobiła sobie aż tak mocny wieczorowy makijaż.

"Kaśka za lat dwadzieścia" - pomyślała i to tak bardzo ją rozśmieszyło, że omal nie straciła równowagi. W ostatniej chwili Olek złapał ją za kurtkę.

- Dzięki - szepnęła.

- Nie ma za co - odparł.

- No! Kochani! Ostatnie poprawki i... za moment pani da nam wszystkim znak. Nie ma taryfy ulgowej. Bąki traktowane są tak jak reszta zawodników.

- Nie jestem bąkiem! - oburzył się Kuba.

- Ja też nie! - dodała Malwina. - Bąk to jest coś takiego, co Olek puszcza, jak wchodzi do mnie do pokoju!

Wojtek parsknął śmiechem, ale ujrzawszy wyraz twarzy Olka, opanował się.

- Nie gadać tam! - zawołała mama Olka.

Wreszcie mocno umalowana pani zaczęła odliczać:

- Do biegu...

- Chyba do zjazdu! - zauważył Kuba.

- Uspokój się - upomniała go mama.

- ...gotowi... Raz... dwa... trzy... Start! - Pani Startrek umalowanymi ustami wykrzyknęła formułkę i machnęła przy tym ręką tak mocno, że omal sama nie straciła równowagi.

- Spotkamy się na dole! - krzyknęła Kamila i odepchnąwszy się mocno kijkami, posunęła w dół stoku.

Olek błyskawicznie ruszył za nią. Wojtek postanowił ich gonić. Niby gdy usłyszał o narciarskich umiejętnościach Olka, obiecywał sobie nie rywalizować z nim, ale teraz ujrzawszy dwójkę sunącą w dół, nie mógł zapanować nad zazdrością. Chciał za wszelką cenę pokonać rywala. Czy mu się uda? Już po tym, jak Olek brał w ręce kijki, widać było, że urodził się z nartami na nogach. A on? Odepchnął się spóźniony i sunął za znikającą dwójką. Sam się zdziwił, jak dobrze mu szło. Czy to narty niosły jak zaczarowane, czy chęć zwycięstwa gnała go do przodu szybciej niż innych, ale już po chwili minął i Olka, i Kamilę. Wprawdzie zaraz wyprzedził go pan Majewski, ale potem zrównali się i przez chwilę Wojtek jechał szybciej niż pan Zbyszek. Nagle... prześcignęła go Malwina. Rzeczywiście.

"Jak to mówił Olek? Katarzyna Karasińska? - pomyślał Wojtek i z podziwem powiódł wzrokiem za oddalającą się postacią siedmiolatki. Przyspieszył. - Normalnie bąk mnie wyprzedził".

Po chwili dogonili go i Kamila, i Olek, którzy pruli równo, wyraźnie rywalizując między sobą. Wojtek też nie dawał za wygraną. Przyspieszył. Na jego oczach Olek z Kamilą zrównali się z Malwiną. W tym momencie wyminęli go Kuba i cała reszta. Znów przyspieszył. Nagle na trasie zrobił się potworny tłok. Jedni wyprzedzali drugich. A nie byli jedynymi narciarzami na stoku.

Wojtek spiął się w sobie. Jeszcze raz przyspieszył. Po kilku minutach wysunął się na prowadzenie. W tyle zostali i Kamila, i Olek i tylko Malwina była tuż za nim. I właśnie wtedy to się stało. Nikt nie wiedział jak. Czy coś wystawało ze śniegu? Zauważyli dopiero malutką postać zjeżdżającą na plecach po stoku w dół. Nikt jednak nie wiedział, co spowodowało ten upadek. Faktem jest, że pierwszy na pomoc Malwinie rzucił się Wojtek. Skręciwszy nartami w prawo, zatrzymał się ostro i jodełką podszedł w kierunku, gdzie na śniegu leżała mała postać w czerwonym kombinezonie. Dziewczynka się nie ruszała. Wojtek przyłożył ucho do jej warg. Poczuł na nim ciepły oddech. A więc żyje. Powoli natarł jej twarz śniegiem. Malwina otworzyła oczy.

- Nic cię nie boli? - spytał.

- Nie - odparła dziewczynka i się rozpłakała.

- To czemu płaczesz?

- Bo nie wygrałam!

- To nic. Ważne, że nic ci się nie stało. Poczekaj teraz. Nie ruszaj się - powiedział Wojtek i wyciągnąwszy komórkę, chciał zadzwonić do Kamili, by zawiadomiła rodziców Malwiny, ale ci już po chwili znaleźli się tuż obok.

* * *

Malwinie poza ogólnym potłuczeniem nic się nie stało, jednak wszyscy zgodnie uznali, że tego dnia nie będą więcej jeździć. Kiedy wieczorem siedzieli w największej izbie u gaździny, u której Majewscy wynajmowali kwaterę, otworzyły się drzwi i gospodyni wniosła puchar lodów z bakaliami.

- Komu? - spytała.

- Przerwaliśmy zawody - powiedziała Malwina, ale Olek kopnął ją w kostkę i odebrawszy lody z rąk gaździny, postawił je przed Wojtkiem.

- To twoja wygrana - powiedział.

Nawet Kuba nie zaprotestował.

- Ale jem do spółki z Malwą - odparł Wojtek i uśmiechnął się do Olka.

SPOTKANIE

- Michał! Zaczekaj!

Odwrócił się. W jego stronę biegła Klaudia. Czapkę wcisnęła mocno na oczy, więc w pierwszym momencie nie poznał dziewczyny. Tylko dlatego zdecydował się zaczekać.

- Aaa, to ty - mruknął rozczarowany.

- Tygodniami mnie unikasz. Obraziłeś się?

Wzruszył ramionami.

- Mnie jest bardzo trudno obrazić - odparł i spojrzawszy jej prosto w oczy, spytał: - A ciebie?

- O co ci chodzi?

- O sylwestra.

- Jezu! Człowieku! Kiedy to było?!

- Nieważne kiedy...

- Poza tym co ja mam wspólnego z twoim sylwestrem?

- Ty? Nic. - Głos Michała był kpiący. - Tylko to twój koleś o mały włos nie zgwałcił mojej eks.

- Kurde! Po pierwsze to nie jest mój koleś...

- A!!! Więc wiesz jednak, o kogo chodzi!

- Nie wiem!

- To skąd wiesz, że nie twój koleś?

- Bo po pierwsze nie mam kolesia, a po drugie jakby był mój, tobym chyba z nim spędzała sylwka, a tak...

- A tak co?

- Gówno. Ale to ciekawe, że interesujesz się swoją eks. Żałuję, że cię zatrzymałam! - burknęła Klaudia i ruszyła przed siebie.

Michał popędził za nią.

- Poczekaj! Nie skończyliśmy rozmowy.

- To może ty nie skończyłeś. Ja tak. Bujaj się! Na drzewo!

* * *

To było kilka tygodni temu. Tuż przed feriami. Potem w ferie, które spędzał w domu, widział Klaudię kilka razy na ulicy, ale czasem to on skręcał w inną uliczkę, czasem ona.

"Bez sensu" - mruknął do siebie, widząc, jak po raz kolejny na jego widok dziewczyna zawraca.

Szedł do Marcpolu. Lista zakupów, jaką zrobiła mama, była dość długa. Wózek na zakupy, który wcisnęła mu w rękę, wkurzał. O ileż bardziej wolałby plecak. Ale mama upierała się, że w plecaku butelki z sokiem malinowym się zbiją. Nie mogąc krzyczeć, tupała i płakała, że ma być tak, jak ona chce. Uległ.

Teraz wózek śmiesznie podskakiwał na nierównych płytach chodnika. Klaudia na jego widok zawróciła, a przecież z tym wózkiem na pewno by jej nie gonił. Zresztą... więcej gonić jej nie będzie. Uciekać też nie. Niech sobie żyje. Z dryblasem. Innymi. Niech rani, kogo chce. To nie jego problem. A jaki jest jego? Nie zdążył sobie odpowiedzieć na to pytanie. Automatyczne drzwi w sklepie się otworzyły. Michał wyciągnął z kieszeni kartkę z listą zakupów i wsunął dwuzłotówkę w koszyk. Odpiąwszy go od całego ciągu innych koszyków, pchnął przed siebie i ruszył między regały.

- Olej, mąka pszenna, ryż Halina, płatki owsiane... - odczytywał półgłosem listę.

Nawet nie zauważył, że od dłuższej chwili obserwują go czyjeś oczy.

- Hej - usłyszał za plecami znajomy głos.

Stał w kolejce do kasy. Odwrócił się. Kinga. I to z rozpuszczonymi włosami. Tego się nie spodziewał; w końcu zawsze związywała je w koński ogon, splatała w warkocz, upinała w kok. Nawet kiedy byli razem, niełatwo było ją przekonać, by rozpuściła je choć na chwilę. Tylko dla niego. A teraz stała tak w sklepie. Uczesana tak jak kiedyś. Jakby tylko dla niego. Skinął jej głową, ale nie wiedział, co powiedzieć.

- Tak jakoś nie było okazji, żeby podziękować...

Michał wzruszył ramionami.

- Czemu nic nie mówisz? - spytała.

- Bo nie wiem, co mam powiedzieć.

- No cokolwiek.

- Eeee tam! Ja tam wolę nie mówić nic, niż pieprzyć trzy po trzy i bez sensu. Znasz mnie.

- Znam?

Znów wzruszył ramionami.

- Przesuwajcie się, a nie romansujecie na środku! - odezwał się tuż za nimi jakiś mężczyzna.

Kinga się zaczerwieniła, a Michał szybko zapłacił za zakupy i ruszył w stronę wyjścia.

- Poczekaj na mnie! - zawołała takim głosem, że odwrócił się w jej kierunku.

W spojrzeniu dziewczyny był i strach, i żal, i coś, czego Michał nazwać nie potrafił. Coś, czego wcześniej nigdy nie widział. Stanął koło wózków na zakupy. Sklep o tej porze nie był zatłoczony. Kinga wyszła po chwili. W ręku trzymała ostatni numer "Cogito".

"No tak... gazeta dla kujonów" - pomyślał w pierwszym momencie, ale po chwili zmrużywszy oczy, zaczął przyglądać się Kindze z namysłem. Mogła kupić magazyn w tylu miejscach po drodze. Nawet w kiosku przy swoim domu... A przyszła aż tu... Na Międzynarodową. Pod ich dawną szkołę.

- Odprowadzę cię - powiedziała Kinga, kiedy znaleźli się na zewnątrz. - U mnie już nie było - dodała, widząc spojrzenie Michała utkwione w piśmie.

Nie uwierzył jej. Przez chwilę szli w milczeniu. Kinga odezwała się pierwsza.

- Wiesz... Ja już dawno chciałam ci podziękować za wtedy... wiesz...

- Nie ma sprawy - odparł Michał i szarpnął mocniej wózek, którego kółko utkwiło w szczelinie nierównego chodnika.

- Jest - odparła Kinga. - Bo to wszystko wtedy to moja wina.

- Eeee, nie przesadzaj. - Machnął ręką w zniecierpliwieniu.

- Nie przesadzam. Moja.

- Daj spokój. Nie mówmy już o tym. Co robiłaś w ferie?

- Wyjechałam.

Krótka odpowiedź Kingi sprawiła, że Michał nie drążył tematu. Przez chwilę szli w milczeniu. Słychać było tylko terkot wózka z zakupami.

- Twoja dziewczyna idzie za nami - odezwała się Kinga po chwili.

Michał odwrócił głowę i zauważył idącą chodnikiem po drugiej stronie Międzynarodowej Klaudię, która bacznie ich obserwowała, ale teraz szybko spuściła głowę.

- To nie jest moja dziewczyna - odparł i przyspieszył kroku.

- Zerwałeś? Zresztą nieważne...

W milczeniu doszli pod klatkę Michała.

- Zaprosisz mnie? - spytała Kinga, a jej palce o krótkich równo przyciętych paznokciach zacisnęły się aż do białości na zwiniętym w rulon piśmie.

- Czemu nie nosisz rękawiczek?

- Tak jakoś... - odparła.

- Chodź - mruknął Michał i wystukawszy kod na domofonie, pchnął drzwi.

- Chcesz z sokiem? - spytał, kiedy weszli do mieszkania.

Kinga skinęła głową. Powiesiła płaszcz na wieszaku i weszła do pokoju Michała. Na regale, gdzie kiedyś w ramce stało jej zdjęcie, było pusto. Z kuchni dobiegł ją odgłos otwieranej i zamykanej lodówki. Trzaskanie szafek i pogwizdywanie Michała.

Nagle drzwi pokoju otworzyły się. Mama Michała uśmiechnęła się do Kingi. Jej usta ułożyły się w "dzień dobry".

- Nalałem ci w kubku w wisienki... - powiedział Michał, wnosząc do pokoju tacę. - Mamo, tylko ryżu Halina nie było, więc wziąłem jakiś inny. Ale też w torebkach.

Mama pokiwała głową i zniknęła, zamykając za sobą drzwi.

Michał postawił tacę na biurku i odsunął od niego krzesło, robiąc dla Kingi miejsce. Sam siadł obok na łóżku i wziąwszy do ręki łyżeczkę, głośno zamieszał herbatę.

- Zachowałam się wtedy jak głupia - powiedziała Kinga, siadając koło Michała.

- Nie mówmy o tym - przerwał. - Pij, bo ci wystygnie. Ostatnim razem musiałem całą wypić za ciebie.

- Przepraszam.

- Nie przepraszaj.

- Dlaczego? Chcę to powiedzieć. Byłam głupia i wtedy na andrzejkach, i wcześniej, kiedy... A sylwester to moja wina. Niepotrzebnie prowokowałam tego gościa. Dekolt... Chciałam, byś był zazdrosny... Tak jak ja...

- Nie mów tyle - powiedział Michał, odwracając się w jej stronę.

- Muszę. Michał... ja... to nie przypadek, że się spotkaliśmy. Byłam tu dziś. Twoja mama powiedziała, gdzie jesteś. Pobiegłam tam. Mam już ten numer "Cogito". Nie wiedziałam, co kupić. Spanikowałam, jak ciebie zobaczyłam... chciałam... - Oddech Kingi stawał się coraz krótszy. Michał patrzył jej w oczy, a jego dłoń poprawiała kosmyk włosów niesfornie opadający jej na czoło. - Ja źle zrobiłam. Nie wiem, co wtedy we mnie wstąpiło...

Ale Michał nie dał jej dokończyć. Całował zachłannie jej usta, oczy i czoło, tuląc do siebie, jakby się bał, że ta chwila uleci jak sen. Że za chwilę Kinga zniknie. Tak jak parę tygodni temu wyjdzie i zostanie po niej tylko kubek zimnej herbaty z sokiem. Nie opierała się. Jej ręce błądziły po jego ramionach. Wreszcie oplotły szyję.

- Michał... daj mi coś powiedzieć... ja muszę...

- Nic nie musisz... - wyszeptał, zamykając jej usta kolejnym pocałunkiem.

Na języku poczuł słony smak łez. Bezgłośnie spływały po twarzy Kingi wprost do ust. Jego i jej.

Nie przerwali nawet wtedy, gdy rozległo się pikanie esemesa. O tym, że był od Klaudii i że brzmiał: "PRZEPRASZAM. ODEZWIJ SIĘ. MOŻE ZACZNIEMY OD NOWA I WYSKOCZYMY DO KINA?" Michał dowiedział się później, ale jego treść nie miała już dla niego żadnego znaczenia.

IMIENINY

- Nie ma nawet mowy - powiedział ojciec i zamknął drzwi od łazienki.

Wojtek stał przez chwilę w przedpokoju. W milczeniu patrzył na nową szybę w łazienkowych drzwiach.

- O co się tam znowu kłócicie? - spytała mama.

Wyjrzała właśnie z sypialni i zapinała mankiety koszuli. Oboje z ojcem wybierali się na przyjęcie.

- Nic. Chciałem po prostu zaprosić gości na imieniny. W końcu dwudziesty trzeci kwietnia jest niedługo, więc...

- No i w czym problem? - Mama przeczesała włosy ręką, jakby chciała się upewnić, że fryzura dobrze się układa.

- Nic. Po prostu ojciec się nie zgadza...

- To nie tak! - Ojciec wysunął z łazienki twarz w piance do golenia. - Po prostu powiedziałem, że po zajściach sylwestrowych my też będziemy na tych imieninach...

- To wiadomo. Zresztą musimy! - odparła mama i obróciwszy się parę razy przed lustrem, uznała najwyraźniej rozmowę za skończoną, bo po chwili zniknęła w sypialni.

- A to czemu?

- Niespodzianka. - Mama się uśmiechnęła, ale Wojtek nie wiedział, czy do swojego odbicia w lustrze, czy do niego. Westchnął ciężko i powlókł się do pokoju. Smętnym wzrokiem spojrzał na zamknięte w klatce papugi. Jedna z nich przekrzywiła łepek i patrzyła na niego. Raz jednym, raz drugim okiem. Pokiwał głową i znów westchnął. Po chwili w drzwiach stanęła mama.

- Ty tak nie wzdychaj, bo powinieneś się cieszyć z tego, że siądziemy przy stole wszyscy razem. A poza tym czeka cię superniespodzianka.

"Przy stole?! Jezu!!!" - jęknął w duszy Wojtek i spojrzał na mamę spode łba.

- No nie krzyw się tak. Przecież nie będziemy ci siedzieć na głowie cały czas. - Mama się uśmiechnęła. - No! Uszy do góry. My z ojcem zaraz wychodzimy. Kolację sam sobie zrób. Na przykład tosty. Albo grzanki z dżemem. Zresztą zrób, co chcesz. W lodówce jest sałatka majonezowa.

No beznadzieja! Przecież za zbitą szybę zapłacił z własnego kieszonkowego. Poza tym... nie rozumiał, czemu z powodu szyby tak krzyczą. Przecież powiedział im, że ktoś się zatrzasnął w łazience i nie mógł się otworzyć. Że to dlatego szyba została zbita. O tym, że na sylwestra przyszło mnóstwo osób, których nie znał, rodzice nie wiedzieli. A o tym wstrętnym łysym gościu, tym dryblasie, którego Michał sprał na kwaśne jabłko, nie wspomniał nawet słowem.

* * *

- Czy ty będziesz bardzo zła, jeśli zaproszę na imieniny Olka? - spytał Kamilę.

Siedzieli na podłodze w pustej klasie. Trwała właśnie duża przerwa i wszyscy wyszli na obiad. Kamila wzruszyła ramionami.

- A zapraszaj - odparła i jak gdyby nigdy nic wróciła do przerwanego tematu.

Rozmawiali o aktorstwie. I choć z reguły to Wojtek mówił więcej, tym razem było inaczej. Kamila nadawała jak szalona o ostatnich Oscarach, o filmach, o nowościach wyczytanych na stronach internetowych filmowego portalu. Nagle przerwała. Do klasy ktoś wszedł. Pomiędzy ławkami zobaczyli nogawki męskich spodni i damskie nogi obute w martensy. Dziewczyna mówiła ciszej. Chłopak odzywał się mało, za to głośniej. Dlatego Kamila poznała jego głos.

- Naprawdę mnie wkurzasz - mówił Czarny Michał.

- Odebrałeś mojego esemesa?

- Może odebrałem. Może nie odebrałem. Jakie to ma znaczenie? Możesz dać mi spokój?

- O co ci chodzi? - spytała dziewczyna, podnosząc głos.

Kamila dopiero teraz poznała Klaudię.

- O nic - odparł Michał. - Najpierw nazywasz mnie babiarzem i każesz spadać, choć chciałem cię tylko zaprosić do kina. Teraz sama za mną latasz. To tobie o coś chodzi. To ty masz jakiś problem ze sobą! Weź się lecz!

- Nie latam za tobą. Też chciałam tylko skoczyć do kina. - Klaudia znowu podniosła głos.

Wojtek chrząknął głośno, ale ani ona, ani Michał nie zareagowali. Michał zresztą też zaczął mówić jeszcze głośniej. I jeszcze bardziej nieprzyjemnym tonem. Kamila znała ten sposób mówienia. Była w nim pogarda zmieszana z niechęcią. Tak Michał mówił do większości osób w klasie na samym początku gimnazjum. Ostatnio się zmienił, ale... najwyraźniej nie w stosunku do wszystkich.

- Tylko co? Widziałem cię, jak szłaś za mną i Kingą. Zachowujesz się jak nienormalna!

- Nie szłam za tobą!

- A co? Może ja za tobą lazłem?

- Jakbym chciała, tobym okręciła sobie ciebie wokół palca.

- Na razie to jest odwrotnie!

- Mylisz się! Twój palec jest za krótki, by cokolwiek wokół niego okręcać! - krzyknęła Klaudia.

- Nie interesuj się.

- Nie interesuję!

- To co tu jeszcze robisz? Nie dociera do ciebie, że to bez sensu? Pogodziłem się z Kingą.

- To już twój problem.

- Problem?

- Problem! Nie wiesz? Że kot, który siedzi koło jednej dziury, zdechnie z głodu? Koledzy ci nie mówili?

- Nie. Zresztą... życiowe dewizy tego kretyna, któremu w sylwka obiłem mordę, niewiele mnie obchodzą.

- Wiesz co? - Klaudia na chwilę zawiesiła głos. - To się wal! - wykrzyknęła i wyszła z klasy, mocno trzaskając drzwiami.

- Sama się wal! - krzyknął Michał, ale Klaudia już go nie słyszała. - Bo chyba tylko to ci w głowie - mruknął do siebie i otworzywszy plecak, powiedział trochę głośniej: - Przez tę kretynkę zapomniałem, po co ja tu właściwie przylazłem. - Podniósł wzrok znad plecaka i rozejrzał się po klasie. Dopiero po chwili zauważył siedzących pod oknem na końcu sali Kamilę i Wojtka. Przez krótki moment cała trójka patrzyła na siebie w milczeniu. Pierwszy odezwał się Wojtek:

- Chrząkałem, ale...

Michał wzruszył ramionami:

- Luz.

- Lecą na ciebie te kobitki! - zaśmiał się Wojtek.

- Tylko nie te, na których mi zależy, i nie wtedy, kiedy trzeba.

- To nie pogodziłeś się z Kingą?

- Pogodziłem.

- Wpadniecie do mnie w sobotę?

- Z okazji?

- Imieniny... wiesz... nie wyprawiam urodzin, bo mam w wakacje i...

W tym momencie rozległ się dzwonek i do klasy zaczęli wchodzić uczniowie.

- A co chcesz na imieniny? - spytał Michał na tyle głośno, że kilka osób spojrzało w jego stronę.

- Cokolwiek - odparł Wojtek.

* * *

Kamila sama nie wiedziała, co ją do tego pchnęło. Chyba strach. Małgosia kiedyś mówiła, że strach i pośpiech to źli doradcy. Ale strach, że Wojtek może zaprzyjaźnić się z jakimś facetem, który kiedykolwiek miał z nią coś wspólnego, był tak silny, że odbierał jej możliwość logicznego myślenia. To dlatego zrobiła coś tak głupiego. Stała przed lustrem, patrzyła na swoje odbicie i mówiła do siebie:

- Ty kretynko! Ty intrygantko!

Ale osoba w lustrze nie odpowiadała. A Kamila tak chciała, by ktoś ją pocieszył. By powiedział, że to, co zrobiła, nigdy się nie wyda. Że nikt się nie dowie, że to ona wrzuciła Klaudii do plecaka wydrukowaną na komputerze kartkę, że Michał chce z nią iść do Wojtka, ale nie wie, jak jej to powiedzieć. Bo wychodząc ze szkoły, widziała, jak zaskoczony Michał krzyczał coś na schodach do Klaudii. Ta zaś przy wszystkich z całej siły uderzyła go w twarz.

- Rany! Rany! - powtarzała Kamila.

Nagle uświadomiła sobie, że nie ma dla Wojtka prezentu. Zajęta myśleniem o tym, co zrobiła, a wcześniej wyobrażaniem sobie, o czym może gadać Wojtek sam na sam z Michałem czy z Olkiem, na śmierć zapomniała o tym, co najważniejsze. O filmie na DVD. Koniecznie z Chaplinem.

Było piątkowe popołudnie. Zadzwoniła do Małgosi, ale komórka przyjaciółki milczała. W domu też nikt nie podnosił słuchawki. Kamila bezradnie rozejrzała się po pokoju. Do kogo zadzwonić? Z kim pójść? Notes. Gdzie też on jest. Różowy, z futerkiem. Kiedyś był marzeniem, a teraz wkurzał. Nawet ostatnio podchwyciła kpiące spojrzenie Czarnego Michała, kiedy zapisywała w nim numer Karoliny - jednej z nowych koleżanek. O! Może do niej zatelefonować? Gdzie jest ten cholerny notes?! Kamila wyrzuciła na łóżko zawartość plecaka, ale nie zdążyła przejrzeć sterty, bo odezwał się dzwonek telefonu stacjonarnego.

- Kamila?

W pierwszej chwili nie poznała tego głosu, bo nie tylko sam Olek się zmienił. Również jego głos brzmiał teraz inaczej. Kiedy rozmawiali w większej grupie, wszystko brzmiało straszliwie oficjalnie. Pewnie przez Wojtka. Kamila miała wrażenie, że obaj chcą zbliżyć się do siebie. Może nawet zaprzyjaźnić. W ferie czasem zachowywali się tak, jakby to ona im przeszkadzała, a nie Olek jej i Wojtkowi. To ją wkurzało. Dlaczego jej chłopcy chcą przyjaźnić się między sobą? Dlaczego? Najpierw Czarny Michał. Teraz Olek. Nie! Najpierw Olek, potem Czarny Michał, teraz znów Olek... To jakiś koszmar.

- Kamila? - Olek powtórzył jej imię.

- Ja, a co?

- Nic. Tylko tak sobie pomyślałem, że ty będziesz najlepiej wiedziała, co kupić Wojtkowi w prezencie...

- W prezencie? Z jakiej okazji? - Kamila udawała, że nie kojarzy.

- No... imienin.

- To Wojtek ci nie mówił? - Głos Kamili wyrażał takie zdziwienie, że sama słysząc go, znów spojrzała w wiszące w pokoju lustro i pomyślała: "Zupełnie jak aktorka!". Mimowolnie się uśmiechnęła.

- A co niby miał mi mówić?

- Że jednak nie wyprawia, bo... - Kamila nie bardzo wiedziała, co dalej powiedzieć. Jak to wszystko uargumentować? Żeby tylko Olek nie zadzwonił do Wojtka i nie sprawdził, czy to prawda. Żeby po prostu nie przyszedł. - Dać ci go do telefonu? - spytała, starając się ukryć drżenie głosu. Co będzie, jeśli Olek powie, że tak? Że chce zamienić z Wojtkiem kilka słów.

- Nie. Nie chcę wam przeszkadzać. To narka.

- Narka.

Ufff... W słuchawce zapadła cisza. Kamila odłożyła ją dopiero po dłuższej chwili.

* * *

Wojtek w milczeniu patrzył na Kamilę. Na tle okna jej profil rysował się bardzo wyraźnie. Minę miała dziwną. Ach! Gdyby mógł wiedzieć, co sobie teraz myśli. Stanął za jej plecami i leciutko dmuchnął w szyję. Nawet nie drgnęła. W zupełnej ciszy patrzyła na pusty chodnik pod blokiem. Zegar tykał miarowo. Goście nie nadchodzili. Maciek z Małgosią zadzwonili z wieścią, że nie wrócą na czas ze szkolnej wycieczki. Mieli wpaść do niego jutro. Ale gdzie Czarny Michał z Kingą? Gdzie Olek? Wojtek czekał. Po trzech kwadransach do pokoju weszła mama i powiedziała, że nie chcą z ojcem dłużej czekać. To, co dla niego mają, a co jest też w sumie prezentem na urodziny, chcą mu dać teraz. Na stole, koło imieninowego tortu leżało malutkie pudełeczko. W środku były kluczyki od skutera.

- Kiedyś ci obiecaliśmy, pamiętasz? - powiedziała mama i ucałowała go mocno.

- Nie cieszysz się? - spytał ojciec.

- Cieszę - odparł Wojtek i się uśmiechnął. - Chyba nikt jednak nie przyjdzie - stwierdził po chwili.

Rodzice z miejsca zaczęli go zagadywać i pocieszać. Tylko Kamila milczała. Stała w progu pokoju i czuła, jak płoną jej policzki.

MAIL

- To ja już wszystko rozumiem. Mama miała rację, jak kiedyś wspomniała, że każdy sądzi według siebie.

Jego słowa ją zabolały. Zwłaszcza że... winę ponosiła Małgosia. Dlaczego to zrobiła? Nie miała pojęcia. Sama sobie nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. Czy powodem była próżność, która jest w każdej kobiecie, czy strach, że Maciek będzie miał pretensje. Teraz wiedziała jedno. Jeśli się pogodzą, to już nigdy, przenigdy go nie oszuka.

* * *

Wszystko zaczęło się dwa tygodnie wcześniej. Od maila, który pomyłkowo wysłała do Maćka. Był to zupełnie niewinny mail. Dowcip. Życzenia z okazji pierwszego maja. Dostała je od Kamili i postanowiła pchnąć dalej. Ale dopisała parę zdań od siebie i myśląc, że śle je do Pawła, wysłała do Maćka.

- Teraz myślę, że to był znak - chlipała Kamili w słuchawkę.

Z drugiej strony usłyszała westchnienie. Kamila też miała na sumieniu grzech. Ciężki. Intryga związana z imieninami wprawdzie jeszcze się nie wydała, ale po opowieści przyjaciółki Kamila poczuła, że to tylko kwestia czasu.

- Przyjść do ciebie? - spytała.

- Lepiej ja do ciebie przyjdę - odparła Małgosia. Wolała nie przyjmować gości i nie narażać się matce, która co rusz miała do niej o coś pretensje. Dobrze, że wtedy, gdy Maciek wyszedł, nie było jej w domu.

- To wpadaj. Babcia zrobiła przekładaniec.

* * *

- Co zamierzasz? - spytała Kamila.

Siedziały w jej pokoju przy biurku. Na kolanach Kamili drzemał Płatek.

- Nie wiem - odparła Małgosia i odsunęła od siebie talerzyk z ciastem. Nie mogła jeść. Wprawdzie przekładaniec babci Kamili był słynny na całą okolicę, ale dziś Małgosi się wydawało, że wszystko, co bierze do ust, ma smak goryczy.

- A co było w tym mailu?

- Nic takiego. Do tego tekstu od ciebie dorzuciłam tylko takie luźne info o tobie, że twój chłopak dostał skuter, że byliśmy w Wieliczce. No i że często o nim myślę.

- To ja się nie dziwię, że Maciek się wściekł.

- Eeee... - Małgosia wzruszyła ramionami. - Ale on się nie wściekł - powiedziała i zaraz dodała wyjaśniająco: - To znaczy, wtedy się nie wściekł. Bo tam nie było informacji, z której można by wnioskować, że to jest pisane do chłopaka. Więc powiedziałam mu, że to do koleżanki. Zresztą... on znał ten mail. To znaczy te życzenia.

- No wiem. Też mu je przecież wysłałam - odparła Kamila ze śmiechem.

- Co ci tak wesoło? - spytała Małgosia grobowym głosem.

- Przypomniałam sobie treść... - odparła Kamila i obie dziewczyny zachichotały. Bo choć o mailu głośno mówiły, że głupi, to jednak je śmieszył.

"Gołodupki hop do kupki, czyli proletariusze wszystkich krajów, łączcie się. Z okazji zbliżającego się waszego święta 1 maja życzę: kartek na mięso, kolejek po baleron i komitetów kolejkowych, rozmów kontrolowanych, cenzury korespondencji i tego, co lubicie najbardziej - podcierania się gazetami".

- A skąd ty to w ogóle wytrząsnęłaś?

- Od taty - przyznała niechętnie Kamila. - Co jakiś czas mi powtarza, że ja to mam za dobrze i że on w moim wieku to częściej oglądał czekoladę na obrazku, niż ją jadł. Twierdzi, że mam przewrócone w głowie i w ogóle. Ostatnio się straszliwie czepia.

- To tak jak moja mama mnie - stwierdziła Małgosia. - Dobrze, że kiedy Maciek wychodził, nie było jej domu. Bo nie pozwoliłaby mi się z nim pogodzić.

- A myślisz, że się pogodzicie?

- Musimy - odparła Małgosia. - Nie wyobrażam sobie, żeby nie - dodała i znów się zamyśliła.

Przed oczami stanął jej nie ten dzień, kiedy Maciek spytał o mail z życzeniami na pierwszego maja, ale ten dwa tygodnie później.

* * *

- Coś się zepsuło - powiedziała Małgosia, otwierając drzwi.

- Spoko, Małgo. - Maciek uśmiechnął się do niej i pocałował w czubek głowy.

- Microsoft Office Outlook mówi mi, że...

- Rany! Tyle razy mówiłem ci, żebyś przerzuciła się na Mozillę, a ty swoje.

- Wszystko mam legal! - obruszyła się Małgosia.

- Nie o to chodzi. Trzeba walczyć z monopolem wingrozy!

Małgosia zachichotała. To był ostatni raz, gdy tego dnia w ciasnym pokoiku przy Saskiej słychać było jej śmiech.

- Czy ty kiedykolwiek archiwizujesz pocztę? - spytał Maciek po chwili.

Małgosia pokręciła głową.

- No to pewnie dlatego. Rany! Jaki ty masz bałagan w kompie. Coś okropnego.

Małgosia spuściła wzrok i skubała rąbek swetra. Maciek wszystko miał zawsze poukładane. Wprawdzie w jego pokoju raz widziała nawet walające się po podłodze skarpetki, ale... na półkach z książkami panował zawsze idealny porządek. Nie to co u niej. No a komputer... przenoszenie plików z katalogu do katalogu było dla niej czynnością tak nudną, że prawie tego nie robiła. To dlatego w dokumentach pojawiały się katalogi o tytułach: "wazne", "wazne2" "wazne-nowe" oraz "wazne-bardzo" i "waznesuper".

- A czy te wysłane listy można wykasować? - upewnił się Maciek i kliknął myszką w folder "elementy wysłane". Ułożone były według adresów odbiorcy i pewnie dlatego oczom Maćka ukazał się cały ekran listów, wysyłanych na adres: knypek@yahoo.com.

- Z kim ty tak korespondujesz? - spytał ze śmiechem i kliknął jeden z nich. W tym momencie na cały ekran wyskoczyło okno z listem, który zaczynał się od poprzedzonych czerwonym serduszkiem słów: "Kochany Pawle"...

W pokoju zapanowała cisza. Małgosia milczała, ale czuła, że policzki jej płoną.

- Nic nie powiesz? - Głos Maćka brzmiał obco.

- To nie jest tak, jak myślisz...

- A skąd ty wiesz, co ja myślę? Hę? Wiem. Nie powinienem był tego otwierać, ale to stało się przypadkiem. Litery były wielkie... - tłumaczył się Maciek, choć nie wiedział po co.

Otworzył list Małgosi. Jego Małgosi. Do TEGO CAŁEGO PAWŁA. Który wcale nie został gdzieś tam w Stanach, tylko najwyraźniej tkwił w jej głowie, a może i w sercu. No tak... cóż on, Maciek, może jej zaoferować? Jaką przyszłość? A Paweł? Małgosia kiedyś opowiadała, że jego rodzice mają dom, czy coś... chyba jakąś łódkę, może jacht?

- To tylko listy! - krzyknęła Małgosia. - To tylko zwrot grzecznościowy.

- Tak? Bardzo ciekawe. Do każdego piszesz per "kochany"? A czemu nie "drogi"? Czemu nie "drogi Pawle" tylko akurat "kochany"? A czemu nie po prostu "hej?". Czemu "kochany Pawle?" - gorączkował się Maciek.

- Maciek... otworzyłeś akurat taki list. W innych jest "hej". W innych jest "cześć"... Zajrzyj.

- Nie mam zwyczaju czytać cudzych listów.

- A ten przeczytałeś!

- Dobrze wiesz, że nie! Wiesz, że tylko nagłówek! I trudno było go nie przeczytać, skoro wyskoczył na cały ekran! Kolorowy!

- To przeczytaj! Ten był zresztą z życzeniami urodzinowymi.

- No to już szczyt! Pamiętasz o jego urodzinach?

- Maciek! Zapewniam cię, że w moich listach nic takiego nie ma. Prędzej byś znalazł to, czego szukasz, w jego listach do mnie.

- Co takiego?! - Maciek aż oczy wytrzeszczył ze zdumienia. Facet coś ci pisze... coś... intymnego, a ty za moimi plecami z nim korespondujesz?

- Ale on jest tam samotny!

- Wiesz co...? Wiesz co? - Maciek zaciskał dłonie w pięści. - Samotny? Samotny, mówisz? To może mu jeszcze swoje majtki poślesz!

- Maciek! Jak możesz?

- Jak mogę? Ja ci zaraz powiem, jak mogę! Jest maj! Kurczę! Maj! Czyli... policzmy... - Maciek, mrużąc oczy, zaczął odginać palce: - Wrzesień... październik... kwiecień... maj. Dziesięć miesięcy! Dziesięć miesięcy mnie oszukujesz!!! Dziesięć miesięcy pisujesz sobie do jakiegoś obcego faceta! Pisujesz "kochany Pawle" i pytasz mnie, jak ja mogę? Jak ty możesz?!

- Ale to nic takiego.

- Jeśli nic takiego, to czemu nigdy mi o tym nie wspomniałaś nawet słowem?

- Bałam się twojej reakcji.

- Mojej? Znaczy, że nie masz do mnie zaufania.

- To ty do mnie.

- Wiesz co... - Maciek zawiesił głos. Powoli wstał sprzed komputera i podniósł leżący na podłodze plecak. - To ty wtedy zrobiłaś mi awanturę o dziewczynę, która mnie nic nie obchodzi, o której istnieniu nawet na śmierć zapomniałem, a sama robisz mi coś takiego? Teraz już wszystko rozumiem. Mama miała rację, jak kiedyś wspomniała, że każdy sądzi według siebie. - W głosie Maćka czuć było żal, zaskoczenie, rozczarowanie i smutek.

Spojrzał na Małgosię tak, że skuliła się w sobie. Po czym pokiwawszy smętnie głową, po prostu wyszedł.

ALARM

- Ty wiesz, jak trudno przeprowadzić sprawną ewakuację budynku? - pytał Karol po wyjściu z kina.

- No to właśnie o tym mówię - odparł Aleks.

Ich kłótnia zaczęła się jeszcze w trakcie seansu. Wojtek i Kamila słuchali jej początkowo z rozbawieniem. Później zaczęła ich męczyć. Małgosia, Maciek i Biały Michał nie zwracali na to uwagi. Cóż... do kłótni Aleksa z Karolem byli przyzwyczajeni. Chłopcy od początku roku rywalizowali ze sobą. Aleks, którego powiedzonka musiały być zawsze najśmieszniejsze, zgrzytał zębami, gdy Karol wymyślił coś zabawniejszego. Zazdrościł Karolowi, że to on przesiedział w szafie pół lekcji i miał zatarg z Łochą, bo to Aleks lubił być na pierwszym planie. Nawet w roli błazna.

Dlatego teraz, kiedy idąc starą paczką do kina, spotkali Karola, był trochę zły, że Maciek tak szybko zaproponował mu, by się do nich przyłączył. Zwłaszcza że film był o straży pożarnej.

O tym, że Karola ojciec jest oficerem straży pożarnej, a on sam marzy o kontynuowaniu rodzinnych tradycji, wiedzieli wszyscy w klasie.

Jeszcze w kinie - uciszani przez resztę widzów - rozpoczęli dyskusję na temat prawdy na ekranie. Karol cierpliwie tłumaczył, co jest zupełnie niemożliwe. Głośnym szeptem relacjonował to, co opowiadał mu ojciec. Że kiedy ludzie nie czują dymu lub swądu, nie chcą opuszczać pomieszczeń. Że dopóki nie widzą realnego zagrożenia życia, dopóty chcą ratować jakieś przedmioty, które nic nie znaczą... że nie każdy strażak jest w stanie sam przeprowadzić akcję ewakuacyjną. Że to się udaje najlepszym.

- Tobie oczywiście się uda. - W głosie Aleksa trudno było nie wyczuć kpiny. Jakże wkurzało go to, że nagle wszyscy słuchają Karola i są wpatrzeni w niego jak w obraz. Że on, Aleks, nie gra teraz pierwszych skrzypiec.

Karol, nie zauważył jednak ani miny Aleksa, ani nie zwrócił uwagi na tembr jego głosu. Myślał tylko o tym, że chętnie by udowodnił samemu sobie, że jest w stanie sprawnie ewakuować cały budynek.

- Odpuść, stary - szepnął Maciek do Aleksa, szturchając go w bok.

Aleks jednak odpuścić nie chciał.

- Jak takiś mądry, to ewakuuj szkołę! - zawołał.

Małgosia z Kamilą wybuchnęły śmiechem. Śmiał się również Wojtek, a i na ustach Białego Michała pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Być może oczami duszy zobaczył ewakuację Prusa w wykonaniu Karola.

Tylko Karol i Maciek się nie śmiali. Karol dlatego, że podjął już decyzję. Ewakuuje szkołę. Maciek dlatego, że czuł, że Karol przyjmie wyzwanie. Nie mylił się. Nie zdążyła upłynąć minuta, kiedy Aleks i Karol namówili zarówno jego, jak i Małgosię do przecięcia złączonych rąk.

- Oboje będziecie jurorami w tej sprawie - powiedział Karol.

- Nie, no... panowie! - protestował Maciek. - To kompletna głupota i szaleństwo!

- Niech się zakładają - rzucił ze śmiechem Wojtek. - Zdacie mi potem relację.

- Jaki termin? - spytał Aleks.

- Do końca roku szkolnego - powiedział Karol, a reszta mu przytaknęła.

* * *

To zdarzenie miało miejsce jeszcze przed Wielkanocą, jednak Maciek przypomniał je sobie właśnie teraz, bo oto w drzwiach klasy stanął... ubrany w mundur strażacki i kask z opadającym na kark kołnierzem przeciwogniowym Karol. W ręku trzymał maskę przeciwgazową. Jednak niewiele osób z klasy go rozpoznało.

Strażak stuknął obcasami.

- Proszę sprawnie opuścić budynek. Proszę nie panikować - powiedział, starając się zmienić głos, by brzmiał znacznie poważniej.

Maciek spojrzał na Aleksa i parsknął śmiechem. Mina kumpla zdradzała jedno. Szok. Aleks chyba nie podejrzewał, że Karol podejmie próbę ewakuowania szkoły. A jednak!

Początkowo prawie wszystkie dziewczyny - poza Małgosią - wpadły w panikę. Karol, a raczej teraz strażak - uspokajał je, gestykulując i cały czas mrugając porozumiewawczo. To dlatego dość szybko zorientowały się, kogo skrywa mundur. Tłumiąc chichot, ustawiały się w pary i posłusznie maszerowały za profesor Janecką szkolnym korytarzem w kierunku wyjścia. Męskiej części klasy sensacyjną wiadomość o tym, że ewakuacja to zakład Karola i Aleksa, przekazał Biały Michał.

- No, jesteście z Małgośką jurorami. - Maciek usłyszał tuż przy uchu jego głos.

- Mogę sam być jurorem. Ona nie jest mi do niczego potrzebna - burknął Maciek.

- Co się dzieje? - spytał Biały Michał.

Ale Maciek nie odpowiedział. Nie chciał o tym z nikim rozmawiać. Nawet z Michałem. Zresztą... co on może wiedzieć. Zaczytany w komiksach, nigdy nie miał dziewczyny. Niby dość często gadał z Ewą, ale gadać to nie to samo, co tworzyć parę.

Nawet nie spojrzał w jej stronę. Kolejny raz chciała nawiązać z nim rozmowę, ale on nie miał ochoty. Jego Małgosia była inna. Nie dwulicowa, jak ta obecna. Czyżby tamta, którą kochał, została w gimnazjum? Ta obecna starała się załatwić swoje sprawy cudzymi rękami.

Nie potrafiła mu w oczy powiedzieć, że ma innego. Teraz też próbowała się tłumaczyć przy pomocy innych. Maciek już dawno - we własnej poczcie elektronicznej - znalazł list, którego nadawcą był... Paweł. Maciek ani go znał, ani lubił, ale list od obcej osoby, która najwyraźniej chciała ingerować w jego życie, zirytował go. Na dodatek nosił tytuł: "Między nami nic nie było...". O, to już był szczyt!

Maciek dokładnie pamiętał dzień, w którym Małgosia kazała mu zachwycać się wierszami Asnyka. Zwłaszcza tym jednym. Jak to on leciał? Maciek próbował sobie przypomnieć tekst, który go wtedy wkurzył, ale przez głowę przelatywały mu jedynie strzępy poszczególnych wersów, które nijak nie tworzyły całości. "Między nami nic nie było (...) prócz tych woni, barw i blasków, z których serce zachwyt piło". Rany! Jakie to egzaltowane i głupie!

Owszem. Poezja bywa fajna, ale ta dziewiętnastowieczna ramota Maćka osłabiała. Że też coś takiego napisał facet! To się w głowie Maćkowi pomieścić nie mogło. Na dodatek Małgosia wtedy chciała raczyć go tą ramotą, bo jej się to wydawało romantyczne! Dla Maćka to nie był romantyzm, ale tani, tandetny cukierek. Dlatego nie chciał słuchać tych głupot, a teraz czarno na białym widział, że wysłuchał ich ktoś inny. "Miała z nim romantycznie i na odległość" - pomyślał i skasował list bez czytania. Na pytanie, czy wysłać potwierdzenie, że skasował list bez czytania, kliknął "tak". Niech TEN CAŁY PAWEŁ wie, że jego idiotyczne tłumaczenia on, Maciek, ma w głębokim poważaniu. Nie interesuje go, co ma mu do powiedzenia koleś, do którego wzdycha Małgosia. Niech sobie zresztą wzdycha. Proszę bardzo!

O! Teraz w klasie też westchnęła. Maciek odwrócił głowę. Wraz z resztą uczniów wybiegł z klasy. Tego, że została w niej Małgosia, nie zauważył nikt.

* * *

- Czy są wszyscy? - zapytała pani Janecka, kiedy przed szkołą sprawdzała stan klasy. Trochę zdumiona, że poza jej uczniami nikt inny przed szkołę nie wyszedł. Że był to żart, zorientowała się po chwili, kiedy przed gmach wybiegła profesor Płochowska.

- To jest szczyt, co dzieje się w twojej klasie! - wołała od progu.

- Ale co masz na myśli?

- Twojego Karola! Specjalistę od siedzenia w szafie!

- Karola nie ma dziś w szkole - odparła profesor Janecka i jakby chcąc się upewnić, rozejrzała się po twarzach uczniów zbitych w gromadkę przed szkolnym gmachem.

- Nie ma?! - ryknęła Łocha takim głosem, że kilkoro uczniów parsknęło śmiechem. - Owszem, kochana! Jest! Maskaradę zrobił i wyobraź sobie, że paraduje po szkole w mundurze strażackim.

Profesor Janecka wytrzeszczyła oczy, a potem trochę bezradnie rozejrzała się po twarzach swoich uczniów.

- Teraz siedzi w gabinecie pani dyrektor! - oznajmiła Łocha triumfalnie. - A ja mówiłam, że ich to trzeba trzymać krótko.

Profesor Janecka znów westchnęła i zarządziła powrót do sali. Po kwadransie zjawił się w niej również Karol. Był nadal w mundurze, tylko hełm i maskę gazową trzymał pod pachą. Miał spuszczoną głowę, a klasa zarechotała na jego widok. A przecież tak dobrze szło. Niestety, jak zwykle musiał się wtrącić ojciec. Bo to przez niego sprawa wyszła na jaw. Kiedy Karol szedł do następnej klasy, by zarządzić ewakuację, odezwała się jego komórka. To ojciec w ostrych słowach dopytywał się o los swego polowego munduru i kasku, których brak zauważył tylko dlatego, że Karol zapomniał zamknąć jego szafę. Z zabrania munduru tłumaczył się na szkolnym korytarzu... i właśnie tę rozmowę usłyszała profesor Płochowska.

Aleks triumfował. Całej szkoły koledze ewakuować się nie udało. Mało tego! Nie udało się ewakuować w całości nawet jednej klasy. W sali została bowiem Małgosia. Kiedy weszli z powrotem do klasy, zobaczyli ją siedzącą w ławce, z głową wspartą na ręku, patrzącą w okno.

- Małgorzata! - Głos wychowawczyni był surowy. - To wprawdzie tylko głupi i nawet nie primaaprilisowy żart twojego kolegi, ale... gdyby to była prawdziwa akcja ewakuacyjna, a ty zostałabyś w klasie, tobyś dawno spaliła się na węgiel.

- I dobrze! - burknęła Małgosia, a klasa zamarła.

- Coś ty powiedziała? - spytała cicho i spokojnie wychowawczyni.

- Powiedziałam, że bardzo dobrze. Chciałabym spłonąć. Zresztą co was to wszystkich obchodzi?! - krzyknęła i wybiegła na korytarz.

W klasie zapadła cisza. Takiej Małgosi nikt nie znał. Tylko Maciek niespokojnie poruszył się w ławce. Może rzeczywiście przesadził? Może tamte e-maile to nic takiego. Może naprawdę między Małgosią a Pawłem nic nie było? W końcu na dobrą sprawę nie dał Małgosi szansy na wytłumaczenie. Tak jak ona jemu wtedy. "Ależ bycie z kimś jest trudne - pomyślał i spojrzał na Białego Michała, który leniwie wyjmował z plecaka komiks. - Ten to ma życie!" - westchnął w duchu i nie zważając na protesty profesor Janeckiej, wybiegł za Małgosią.

RZEŹ NIEWINIĄTEK

- No i jak? - spytała Kinga, patrząc wyczekująco na Michała.

Wzruszył ramionami. Muzeum farmacji nie było tak fajne, jak obiecywała. Niby z jednej strony to ciekawe pooglądać stare fiolki, precyzyjne wagi i moździerze do ucierania mikstur, ale czy każde ich wyjście z domu musi być tak pożyteczne? "Czy nie można po prostu żyć?" - myślał Michał. Bał się jednak powiedzieć to Kindze. A nuż znów uzna, że przebywanie z nim to strata czasu?

- Chodźmy do parku - powiedział, kiedy wysiedli z tramwaju na rogu Saskiej i Waszyngtona.

Kinga się zawahała.

- Zależy ci?

- Połaźmy raz bez celu.

Mimo dnia powszedniego park w maju był pełen ludzi. Zajęto prawie wszystkie ławki. Na trawnikach leżeli maturzyści, którzy szykowali się do ostatnich ustnych egzaminów. Sporo też było studentów z tej uczelni informatycznej, która mieściła się na Meksykańskiej.

Siedli na ławce nad Jeziorkiem Kamionkowskim.

- Chcesz colę? - spytał Michał.

- Nie - odparła Kinga. - I bez tego chce mi się siusiu.

- To idź tutaj. - Wskazał ruchem głowy szalet na tyłach cukierni.

- Okej. Poczekaj na mnie.

- A na kogo mam czekać? - spytał Michał i się uśmiechnął.

Kiedy wracała, machał do niej ręką z pomostu i wskazywał gestem łódkę.

- Kinga! Popływamy?

- Jasne! - odkrzyknęła i pobiegła na pomost. - Całe wieki nie pływałam łódką... - dodała, siadając naprzeciw Michała. - Jak ci się udało załatwić?

- Mam ze sobą kartę pływacką - odparł.

Wiosła leciutko uderzyły o taflę wody.

- Ty wiesz, że ponoć kiedyś jakiś pradziadek Maćka po pijaku przepływał to jeziorko wpław? - spytał Michał ze śmiechem. - I jego prababcia stawała ponoć na brzegu i krzyczała, że ma natychmiast wracać, bo osieroci ją i dziewiątkę dzieciaków, które jej zrobił.

- Dziewiątkę? Rany! Strasznie dużo.

- No kiedyś tak było...

- Tak. A teraz ludzie mają najwyżej dwoje, czasem troje...

- Lub jedno i bez męża - mruknął Michał i westchnął ciężko.

- A kiedy Maciek ci opowiadał tę historię? - spytała Kinga, chcąc zmienić temat.

- Nie Maciek. Kamila kiedyś mówiła, jak wracaliśmy ze szkoły.

- A... często razem wracacie? - Kinga odwróciła głowę i spojrzała gdzieś w bok, by Michał nie zauważył, że z napięciem czeka na odpowiedź.

- Jak Wojtek ma czas.

- A jak nie ma?

- To nie wiem. To chyba wtedy Kamila sama go odprowadza - odparł Michał i zamilkł.

Ach. Jakże on by chciał po szkole odprowadzać Kingę. Po co ona chciała iść tak daleko do ogólniaka?

Po jeziorku pływało tylko kilka łódek i ze trzy kajaki. W ich kierunku sunęła kolejna mała trzyosobowa łódka. Michał zajęty wiosłowaniem nie oglądał się za siebie, więc nie miał możliwości przyjrzeć się jej załodze. Inaczej było z Kingą. Jej twarz powoli zmieniała wyraz. Na oczach Michała tężała jak maska. Szturchnęła go lekko w stopę i wymownym spojrzeniem nakazała, żeby się odwrócił. Ale zanim zdążył to zrobić, usłyszał znajomy głos:

- Co?! Widzę, że wozisz tę swoją królewnę z nieogoloną brochą... - powiedział dryblas, a w jego głosie słychać było i pogardę, i drwinę, i wyraźną chęć zaczepki.

- Spadaj! - warknął Michał.

- Ty zaraz spadniesz - dodał jego kumpel i splunął przez zęby. Miał czapkę z daszkiem i lekki wąsik. - Chcesz wiosłem przez łeb?

- Zapomniałeś, że ja też mam wiosło.

- Ale nas jest trzech - dodał trzeci, który do tej pory milczał, i mrużąc oczy, palił papierosa.

Tego Michał nie znał. Wydawał się starszy od pozostałych. Na prawej ręce, na małym palcu, którego paznokieć był potwornie długi, miał złoty sygnet. Michał aż się skrzywił na ten widok.

"Wieśniak" - pomyślał.

- Jak ci nie odpowiada to, że wiosłuję, możesz mnie zastąpić - stwierdził Michał. - Zdaje się, że to jedyna rzecz, jaką umiesz robić. Na pięści okazałeś się cienki.

- Nie bądź taki pewny...

Michał wzruszył ramionami.

- Spadajcie - powiedział i powiosłował w kierunku brzegu. Oddalając się, krzyknął: - Przy pomoście jest sporo osób! Nic mi nie możecie zrobić...

* * *

- Boję się - powiedziała Kinga. Szli alejką w kierunku Międzynarodowej.

- Czego? - spytał Michał i objął ją ramieniem.

- Mam takie wrażenie, że ktoś za nami idzie...

Michał się odwrócił. W zasięgu wzroku nie było widać nikogo.

- Jest pusto - odparł. - Ale fajne popołudnie, co?

- No... jeszcze tylko lekcje mi zostały.

- Przecież mówiłaś, że wszystko masz już zrobione.

- No niby tak, ale jeszcze chciałam poczytać...

- Kinguś! Proszę cię! Nie mów mi tylko, że jakąś lekturę.

- No... tak jakby lekturę...

- Słuchaj... mam dla ciebie propozycję. Zadam ci zagadkę. Jak zgadniesz, to przeczytasz dziś coś, co nie jest lekturą.

- Eeee...

- Ale to będzie pouczająca zagadka.

- No... dobra.

- W Izraelu znaleziono kości białe i czarne. Archeologowie obliczyli, że pochodzą one z czasów rzezi niewiniątek. Które kości należały do dziewcząt, a które do chłopców?

- Oj... To trzeba szczegółowo zbadać. Płci się nie poznaje po kolorze kości. Poza tym skąd czarne kości? Kości zawsze są białe...

- Więc nie wiesz?

- Bez sensu ta zagadka.

- Wiesz czy nie?

- Nie wiem. Ale ostrzegam! Jak odpowiedź nie będzie pouczająca, to...

- Wszystkie kości należały do chłopców.

- Coś bez sensu. A co z dziewczynkami?

- Słuchaj, bezmyślny babsztylu... Miałaś szóstkę z religii i nie wiesz, że w czasie rzezi niewiniątek mordowano tylko chłopców? Przecież chodziło o zgładzenie przyszłego króla!

- Faktycznie - odparła Kinga i ze śmiechem pokręciła głową. - Znasz jeszcze jakąś taką zagadkę?

- Znam wiele, ale teraz ci nie powiem.

- A kiedy?

- Na następnym spacerze. Zresztą... - Michał zamilkł i wskazał głową na drugą stronę ulicy, na której stał Kuba, starszy brat Kingi.

- Hej, młody - powiedział do Michała i klepnął go w ramię, gdy tylko znalazł się obok. - To naprawdę cud, że udało ci się wyciągnąć tego dzięcioła na dwór.

- Przestań mówić na mnie dzięcioł - warknęła Kinga.

- To bardzo miły i pożyteczny ptak, więc twoje żale są nieuzasadnione.

- Powiem mamie, że mnie przezywasz.

- Nie dość, że kujon, to skarżypyta.

Kinga wzruszyła ramionami.

- Pa - powiedziała do Michała, ale jemu "pa" nie wystarczyło. Przyciągnął ją do siebie i pocałował.

- Ty! Młody! Ja tu cały czas jestem! - zauważył Kuba i aż oczy wytrzeszczył.

- I bardzo dobrze. Przyzwoitka zawsze się przyda - odparł Michał, po czym szepnąwszy Kindze na ucho "pa", odwrócił się na pięcie i pomaszerował w stronę domu.

* * *

- To co, koleś? - dobiegł go jakiś obcy głos. - Przepraszasz Wiktora?

Michał się odwrócił. Przed nim stali wszyscy trzej. Dryblas. Ten w czapce i ten z sygnetem.

- Przepraszasz? - powtórzył ten w czapce, bo to on pierwszy się odezwał.

- Za co? - spytał Michał. - Za łomot, który dostał, bo zachował się jak kawał chama? To była honorowa bójka!

- Już ty wiesz za co, gnoju! - warknął dryblas. - Bierzcie go! - krzyknął do swoich współtowarzyszy.

W ręku tego z sygnetem błysnął nóż.

- Przeprosisz teraz grzecznie albo przefasonujemy ci mordę tak, że ta twoja zarośnięta lady pozna cię tylko po fiucie.

- Zwariowaliście? - spytał Michał i cofnął się.

Nie wiedział, czy to nie jest jakiś żart.

- To ty zwariowałeś. I to wtedy, kiedy ze mną zadarłeś - syknął dryblas.

Michał już teraz znał jego imię. Wiktor.

- Ja nigdy nie przegrywam. I nie pozwolę sobie, by taki śmieć robił ze mnie wała. Witek! Zajdź go od tyłu! - krzyknął do kolesia w czapce.

- Uspokójcie się! - krzyknął Michał.

W tym momencie ten z sygnetem przytknął mu nóż do szyi.

- No co ty?! - Michał popatrzył na niego zdumiony. I to były jego ostatnie słowa. Mocny cios w tył głowy powalił go na chodnik.

STRACH

"Boże! Jakie to wszystko beznadziejne". Kinga spojrzała w okno. Nie była w stanie ani uczyć się, ani czytać. Nic. Wszystko ją zarówno denerwowało, jak i przerażało. Ale matce przecież tego powiedzieć nie może. Nikomu nie może. A Kuba? Wówczas po wizycie w szpitalu wygadała mu i tak za dużo. Teraz, jak komuś powtórzy tę rozmowę, to dopiero będzie!

Wszystko zaczęło się wtedy, późno wieczorem, gdy matka Michała zadzwoniła do nich do drzwi.

* * *

- Czy tu mieszka Michał Biernacki?

Poprawiwszy włosy, skinęła głową i gestem zaprosiła do środka. Młody mężczyzna w policyjnym mundurze wszedł do mieszkania.

- Sierżant Popławski - powiedział, salutując, i nagle odwrócił wzrok. - Pani jest matką? - spytał, nerwowo wyginając palce.

Przytaknęła. Ogarnął ją nagły niepokój. Zresztą od dłuższego już czasu spoglądała na zegarek. Michała nie było. Wysłał jej wprawdzie esemesa, ale już dość dawno. Poczuła, jak po plecach przebiega jej dreszcz. Ten człowiek nie przyszedł tu, bo Michał coś zbroił. Ten człowiek przyszedł tu, bo... bała się nawet pomyśleć.

- Syn jest w szpitalu. - To okropne zdanie wreszcie padło.

- Co się stało? - spytała bezgłośnie.

- Syn jest w szpitalu! - powtórzył mężczyzna dużo głośniej niż poprzednio.

- Ja słyszę. Ja tylko nie mówię - odparła znów bezgłośnie, ale mężczyzna ponownie wrzasnął:

- Syn jest w szpitalu!!!

Zaniosła się płaczem. Potykając się, doszła do stolika, na którym obok komputera stał pojemnik z długopisami. Z drukarki wyjęła kartkę i szlochając, drukowanymi literami napisała: "JA SŁYSZĘ. JA TYLKO NIE MÓWIĘ. NIE MAM KRTANI. CO SIĘ STAŁO?".

- Próbujemy to ustalić. Został pobity. Jest nieprzytomny.

"GDZIE?" - napisała w pośpiechu.

- Na Niekłańskiej! - wrzasnął mężczyzna.

Ponownie podniosła kartkę i palcem pokazała napis: "JA SŁYSZĘ...".

Boże!

- Mogę panią zawieźć do szpitala - powiedział trochę ciszej niż do tej pory.

Pokręciła głową. Szpital był blisko.

- Więc nie?! - znów krzyknął mężczyzna.

Zrezygnowana ponownie podniosła zapisaną kartkę.

- Będę pani chciał zadać kilka pytań. No i w pani obecności porozmawiać z synem. Oczywiście jak odzyska przytomność. - Policjant znów obniżył ton.

Pokiwała głową. A więc jest nieprzytomny. Jak też ona dogada się w szpitalu? Zamknąwszy drzwi za funkcjonariuszem, weszła do pokoju Michała. Jej wzrok przykuła fotografia Kingi. Jakiś telefon... Ale jak tam zadzwonić? Jak porozmawiać? Nerwowo przerzucała rzeczy Michała. W szufladach biurka znalazła zeszyty, długopisy, stępione ołówki, połamaną temperówkę, ogryzioną gumkę do ścierania, pękniętą ekierkę, dwie połówki jednej trzydziestocentymetrowej linijki i niezaadresowane, ale przybrudzone koperty. Na oknie leżało kilka książek. A notes? Sama podarowała Michałowi supernotes, jeszcze zanim poszła na operację. Zanim przestała mówić. Zanim... O Boże!

Westchnęła ciężko i usiadła w fotelu. Dopiero teraz mogła się rozpłakać. Bezgłośnie. "Jak ryba" - pomyślała i ukryła twarz w dłoniach. Trwała tak kilka minut, aż wreszcie zdjęła dłonie z opuchniętej twarzy. Wtedy jej wzrok przykuł leżący na podłodze plecak. Energicznie podniosła się z fotela i odsunąwszy suwak, zajrzała do środka. Między książkami i zeszytami leżał na dnie notes. Zaczęła nerwowo przerzucać kartki. Wreszcie natrafiła na wpis oznaczony mocną kropką: "Kinga Krosnowska, ul. Międzynarodowa 28 m. 20; 03-939 Warszawa".

* * *

Było już po dwudziestej drugiej, kiedy odezwał się dzwonek przy drzwiach. Kuba poszedł otworzyć. Na klatce stała kobieta, której twarz wydawała mu się znajoma.

- Słucham? - spytał.

Kobieta otworzyła usta, ale nic nie powiedziała.

- Słucham - powtórzył.

Drżącą ręką wyjęła z kieszeni płaszcza kartkę i napisała na niej: "JESTEM MATKĄ MICHAŁA. CZY JEST KINGA?".

- Kinga! Mama Michała do ciebie! - zawołał Kuba w głąb mieszkania.

- Co się stało? - spytała Kinga, wychodząc do przedpokoju.

- Czy możesz ze mną podjechać do szpitala? - spytała bezgłośnie mama Michała.

Jak to dobrze, że z Michałową mamą rozmawiała już tyle razy, że przyzwyczaiła się do jej bezgłośnego mówienia. Kinga - z nie mniejszą wprawą niż Michał - potrafiła czytać z ruchu jej warg. To dlatego teraz, kiedy do przedpokoju wyjrzeli jej rodzice, mogła szybko wytłumaczyć, po co też Michała mama tu przyszła.

- Mama Michała chce, żebym z nią poszła do szpitala, bo się boi, że się z lekarzami nie dogada - tłumaczyła Kinga cierpliwie, choć ze zdenerwowania mocno drżał jej głos. - Ludzie myślą, że skoro nie mówi, to znaczy, że też nie słyszy, i zaczynają do niej krzyczeć.

- Ale co się stało? - dopytywał się tata.

- Wiadomo tylko, że ktoś Michała na ulicy napadł - odparła Kinga i poczuła, że głos drży jej coraz bardziej, że do oczu napływają łzy. A jeżeli to ma coś wspólnego z tymi, którzy ich zaczepiali na łódce? Powiedzieć mamie Michała? Czy nie mówić nic? A jeśli wtedy wyjdzie, że to jej wina? Po co wtedy w sylwestra szła z tym idiotą do łazienki? Próżność. Głupia próżność i zazdrość pchnęły ją do tego. Tak, chciała, by Michał był zazdrosny, a teraz...

- Zawiozę was - powiedział ojciec Kingi, ale w tym momencie odezwał się Kuba:

- Tata. Ja to zrobię. - W jego głosie było słychać coś takiego, że pan Krosnowski bez słowa podał synowi kluczyki od nowiutkiej hondy i sięgnął do portfela po dokumenty samochodu.

* * *

Do szpitala dotarli w pięć minut. Jednak do Michała wpuszczono tylko jego mamę. Dopiero po chwili lekarz dyżurny zawołał Kingę.

- Ty, dziecko, jesteś z tą głuchoniemą? - spytał.

- Ja nie jestem dzieckiem, a ona nie jest głuchoniema - odparła Kinga. - Ona świetnie słyszy - dodała. - Jest tylko po operacji krtani.

Lekarz westchnął.

- Nie potrafię się dogadać. Chodź ze mną. Weszli do pokoiku lekarskiego, w którym siedziała mama Michała i drżącymi rękoma podnosiła do ust kieliszek z jakimś lekarstwem.

- Czy ja mogę go zobaczyć? - spytała Kinga głosem pełnym niepokoju. Jeśli mama Michała TAK wygląda, to JAK wygląda Michał? - To mój... Bo ja... Bo Michał... Bo my...

Lekarz spojrzał pytająco na mamę Michała. Kiwnęła głową, a łzy pociekły jej jeszcze mocniej.

Kinga poznała Michała po dłoniach, bo zabandażowana i opuchnięta twarz wyglądała jak obca.

- Co mu jest? - spytała przerażona.

Już nie powstrzymywała łez.

- Pęknięcie podstawy czaszki, wstrząśnienie mózgu, połamane żebra... - zaczął wyliczać lekarz, Kinga jednak nie słuchała. W milczeniu wpatrywała się w zabandażowaną, leżącą pod tlenem postać i tylko czuła, że łzy spływają jej za dekolt.

- Ale czy będzie... - zaczęła, jednak po chwili urwała.

Bała się dokończyć pytanie.

- To będziemy wiedzieć rano - uciął lekarz i gestem nakazał Kindze wyjść z pokoju. - Na razie chciałbym, byś przekonała jego mamę, że jej siedzenie tu nic mu nie pomoże. Dostał leki nasenne i obudzi się najwcześniej jutro w południe.

Kiedy ponownie weszli do pokoiku lekarskiego, mama Michała starała się uspokoić oddech. Po chwili otworzyła usta i bezgłośnie spytała:

- O której mam tu jutro przyjść?

Lekarz spojrzał pytająco na Kingę. Powtórzyła jej pytanie.

- Najwcześniej w południe - brzmiała odpowiedź lekarza.

- Pani Mirko... - zaczęła Kinga i dopiero po chwili uświadomiła sobie, że po raz pierwszy zwróciła się do mamy Michała w ten sposób. - Jutro jest sobota, a ja nie mam lekcji. Przyjdę po panią o jedenastej...

* * *

- Mów. Co jest? - spytał Kuba, kiedy we dwójkę wracali do domu. Był senny, bo ostatnie pół godziny spędził na pustym szpitalnym korytarzu.

- Jego ktoś pobił i ja wiem kto - odparła Kinga, po czym w kilku słowach opowiedziała Kubie o spotkaniu w parku.

- Powiedz to policji. - Głos Kuby był stanowczy.

- Sama z siebie nie pójdę - odparła. - Poza tym mama Michała mówiła, że mają go przesłuchiwać, jak odzyska przytomność.

* * *

"Na mą głowę spadło niebo. Spadło niebo pełne gwiazd..." - dobiegł go dźwięk piosenki. Po chwili żeński głos powiedział: "Radio Pogoda". Michał otworzył oczy. Gdzie też on jest? Rany! Jak bardzo boli go głowa. No i tak trudno mu oddychać... Nóż... Teraz pamięta... Unosi głowę, ale zaraz opada na poduszki. Szpital. Na pewno. Tylko który?

- Przepraszam... - odzywa się słabym głosem, patrząc na krzątającą się po pokoju postać.

Jakiś mężczyzna w białym kitlu oglądał coś przy jego łóżku.

- Przepraszam... - próbuje zawołać głośniej, ale wysiłek na niewiele się zdaje.

Jednak facet podchodzi do łóżka i pochyla się nad Michałem.

- Słyszysz mnie? - Na dźwięk męskiego głosu i widząc nad sobą pełne nienawiści oczy, Michał aż drętwieje ze strachu. - Jeżeli piśniesz policji choć słowo, to ta twoja laska będzie miała gębę niewiele ładniejszą od pawianiej dupy. Zrozumiałeś?

Michał przerażony kiwa głową. Postać oddala się w kierunku drzwi. Prawa ręka, na której małym palcu o długim paznokciu błyszczy złoty sygnet, zamyka drzwi.

* * *

"Nikomu o tym nie mów. Kinga! Przysięgnij mi, że nikomu o tym nie powiesz" - brzmiał jej w uszach głos Michała.

Kiedy z jego mamą przyszły do szpitala, chłopak był przytomny. Za dwa tygodnie miał wrócić do domu. Za trzy do szkoły. Lekarz pocieszał, że jego stan nie jest taki zły. Tylko Kinga nie podzielała jego optymizmu. Jeszcze nigdy nie widziała Michała tak przerażonego. Sama też nigdy tak się nie bała. "Więc to jest strach" - pomyślała, patrząc na swoje odbicie w szybie.

KOLEDZY

- Matkę wpędziłeś do grobu, a teraz mnie chcesz wpędzić?!

Ojciec zamachnął się z całej siły. Marcin nie zdążył zrobić uniku. Mocny, siarczysty policzek odbił się echem po kuchni. Potem drugi, trzeci i następne posypały się jak grad. Bezładne ciosy rozwścieczonego ojca spadały na głowę, ramiona i plecy.

- Ty smarkaczu! Do alkoholu cię ciągnie?! Chcesz skończyć jak twój wujek?! Ty gnojku! Ty nierobie! Ty nieuku! Tępaku! Tłuku!

Marcin najpierw nie wiedział, o co chodzi. Dopiero z krzyków między jednym a drugim ciosem ojca wyłaniała się jakaś całość. Z domu zginęły cztery flaszki alkoholu. Przedwczoraj jeszcze były. Marcin najpierw nie wiedział kto, co i dlaczego. Czemu ojciec myśli, że to on? Owszem. Rok temu przyszedł do domu kompletnie pijany, ale to było rok temu!

- Tatusiu... ja muszę tu umyć... - Magda podchodzi z nawilżoną szmatką i zmywa z podłogi krew. - Powiedziałeś, że zaraz przyjdzie ciocia Agnieszka... Będzie przed nią wstyd.

Ciocia... Marcin wie, że to nie jest żadna ciocia. Ma żal do Magdy, że tak ją nazywa. Ale czego wymagać od niespełna pięciolatki. Jednak to, że coraz mniej tęskni za mamą, boli. Marcin wie, że za kilka lat Magda nie będzie jej nawet pamiętać. A on?

* * *

- Marcin! Koledzy do ciebie.

W drzwiach pokoju stanęła Madzia. Tuż zza jej głowy wychyliły się postaci kolegów z dawnej klasy - Piotrka i Rafała. Był z nimi jeszcze trzeci, którego Marcin znał z widzenia.

- Cześć. Bolca znasz? - spytał Piotrek.

Marcin skinął głową.

- Chodźcie - powiedział.

Rozsiedli się w fotelach.

- Zajarać można? - spytał Rafał i wyjął paczkę marlboro.

Marcin podsunął popielniczkę. W końcu ojciec pali. Nie będzie krzyczał.

- No i co tam? - Piotrek poklepał Marcina po ramieniu.

- Nic.

- Nie wyszedłbyś?

Marcin wzruszył ramionami.

- Nie mogę. Muszę siedzieć z Magdą i Mateuszem. Marek poszedł na trening.

- Ty to masz życie - zaśmiał się Bolec.

- Przechlapane! - Zgodził się Marcin. - I to na wielu frontach. Jeszcze teraz stary wykręcił mi numer...

- Jaki? - zainteresował się Piotrek.

- Dupę se znalazł.

- No wiesz... - odezwał się milczący dotąd Bolec. - Dupa na boku to ponoć bardzo popularna choroba kręgosłupa u facetów po czterdziestce.

- Tak, ale minęło dopiero pół roku od śmierci mamy!

- Zmieńmy temat... - zaproponował Rafał, ale w tym momencie do pokoju weszła Magda.

- Mateusz mówi, że mojej lalce wyrwie wszystkie kłaki!

- To powiedz mu, że ja jemu wyrwę!

- Mnie nie wyrwiesz, bo dzieci nie wolno bić - dał się słyszeć głos Mateusza. A następnie on sam pojawił się w drzwiach.

- Zamknij mordę, gnoju! - ryknął Piotrek.

Mateusz przez chwilę stał z szeroko otwartymi oczami, a potem zaniósł się płaczem i uciekł.

- Po co na niego krzyczysz? - spytał z wyrzutem Marcin i powlókł się do pokoju, w którym zniknął młodszy brat.

Magda poszła za nim. Kiedy po kwadransie uspokajania Mateusza Marcin wrócił do kolegów, został po nich tylko unoszący się nad niedogaszonym petem papierosowy dym.

* * *

Marcin dopiero teraz zaczął kojarzyć nieprzyjemne fakty. Choć nie bardzo chciał wierzyć, że tak wygląda prawda. Czuł jednak, że to pewnie wtedy zniknęły te flaszki. Ale czy to możliwe, by wszyscy trzej je wzięli? Przecież Rafał nie mógłby mu czegoś takiego zrobić. Znali się od przedszkola. Fakt, że nie zdał, więc przestał być w klasie Rafała, ale przecież przyjaźń to przyjaźń.

- Tata... ja naprawdę nie brałem! Przysięgam! Na grób mamy!

- Grób mamy?! Ty sobie matką i jej grobem gęby nie wycieraj! Ty się wstydź!

Marcin milczał. Chętnie powiedziałby ojcu coś o wstydzie. Kto tu tak naprawdę powinien się wstydzić. Marcin wytarł rozkrwawioną pod naporem ojcowskiego ciosu wargę. Boli. Ale to nic. O wiele bardziej boli to, że ojciec nie wierzy. No i jeszcze ta larwa. Marcin kobiety, która w sercu ojca zajęła miejsce mamy, nie nazywał inaczej niż larwa. Bo owszem, ojciec ma prawo układać sobie życie, ale... to wszystko jest jeszcze takie świeże. A jeśli on tę larwę znał wcześniej? Jeśli spotykał się z nią i wtedy, gdy mama tam, w szpitalu, a potem w domu, zmagała się z chorobą?

- Z kim piłeś?! Czyj to był pomysł?

- Naprawdę z nikim.

- Kto tu wczoraj u ciebie był?

- Piotrek, Rafał...

Ojciec milknie. Zna obu z podwórka. Zna ich rodziców. Marcin uważnie obserwuje jego twarz. Ojciec waży coś w myślach.

- Piliście razem? - pyta po chwili i uważnie obserwuje twarz swego pierworodnego.

- Tato! Słowo! Nie.

- To gdzie to jest?

- Może oni wynieśli?

- To co ty masz za kolegów? To gnoje, nie koledzy!

- Tato! Ja to załatwię!

- O, nie! Ja to załatwię!

Ojciec jest wściekły. Marcin wie, że to nie przelewki. Nawet Magda i Mateusz schodzą mu z drogi. Kiedy z treningu wraca Marek, w domu jest już cisza. Patrzy pytająco na starszego brata.

- Flaszki mu zginęły - szepnął Marcin.

- Nie mu, tylko ojcu! Mu to krowa robi, szczeniaku! To nie były zwykłe butelki wina. To były drogie, markowe alkohole, a nie jakaś tam tandetna sofia. I to ma się znaleźć. Chyba że to twoja sprawka?

Ojciec podszedł do Marka, ale ten wzruszył ramionami.

- A niby kiedy miałbym to zrobić? Dopiero co zdawałem egzaminy, teraz zdawałem na treningu egzamin na pas...

- Dawaj telefony tych gnojków! Już ja z nimi porozmawiam.

Marcin podyktował ojcu numery.

- Do Bolca nie znam.

- Kto to ten Bolec?

- Kolega ze szkoły.

- To co to za kolega, jak ty telefonu nie znasz?

- Bo to bardziej ich kolega niż mój.

- Obcego do domu wpuściłeś?

- Oj, tata!

- Tak, teraz to tata!

Ostatnim słowom towarzyszyło mocne trzaśnięcie drzwiami. Marcin i Marek spojrzeli bezradnie na siebie. Marek klepnął starszego brata po ramieniu.

- Bo to wszystko przez ten zeszły rok.

- Wiem...

- Naprawdę nie wiesz, co się z tym stało?

- Nie mam zielonego pojęcia - bronił się Marcin.

Chciał jeszcze coś dodać, ale nagle w progu stanął ojciec i warknął:

- Twoi koledzy twierdzą, że sam ich częstowałeś!

- No nie! - Twarz Marcina wyraża na przemian zdumienie i przerażenie. Jak to jest możliwe, by kumple powiedzieli coś takiego. Przecież tak nie było. Przecież niczym ich nie częstował. Piotrek od zeszłego roku wie, że nie wolno szperać w domu Marcina po barku.

- Zażądałem konfrontacji. Jutro idziemy.

- Co?

- Pstro! A teraz się ucz.

- Tato, ale za cztery dni jest koniec roku. Ja naprawdę nie mam już czego się uczyć...

W tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi, ale Marcin nie ruszył się z miejsca. Wiedział, że to zapowiadana przez ojca ciocia Agnieszka, czyli po prostu... larwa. Ta wstrętna larwa, która zajmuje miejsce jego matki i powoli wciska się tu do ich domu.

* * *

- Rafał... - szepnął w słuchawkę Marcin. - Powiedz mi, czy braliście te butelki?

- Ja nic nie brałem. Słowo. Znasz mnie. Jakbym brał, tobym ci powiedział.

- A kto twierdzi, że ja was częstowałem?

- Nie wiem. Nie ja.

- A kto brał?

- Ja nic nie widziałem. Jak ty poszedłeś do Mateusza i Magdy, to ja byłem w kiblu.

Marcin uspokojony odłożył słuchawkę. Zszedł do ojca i nie zważając na znaki, jakie na migi mu dawał, mówi:

- Tato. Rafał mówi, że on nie brał.

- Rafał tak mówi? To bardzo ciekawe, bo jego mama twierdziła co innego. A teraz nam tu nie przeszkadzaj. Widzisz, że z Agnieszką rozmawiamy.

- Częstuj się, moja droga. - Ojciec podsuwa Agnieszce tacę, na której piętrzą się pączki.

- Tato! On by mnie nie okłamał.

- O co chodzi? - pyta Agnieszka i Marcin widzi, że ojciec jest wściekły.

Wychodzi z pokoju.

* * *

Tego dnia nigdy nie zapomni. W domu Rafała spotkali się on, Rafał, Piotrek i Bolec. Wszyscy przyprowadzili matki. Marcin czuł się zażenowany zachowaniem ojca. "Zupełnie jakby te butelki wina to było coś ważnego" - pomyślał.

- Jedno wino kosztuje przeszło trzysta złotych - usłyszał dobiegający go z kuchni podniesiony głos ojca. - Ja nie mówię, który to zrobił. Ja tylko stwierdzam fakt, że zginęły mi cztery butelki. Że kilka dni temu były. Mało tego! Przedwczoraj były, a wczoraj już ich nie widziałem.

- Chwileczkę... - To głos mamy Rafała. - Pan się nie denerwuje. Proszę sobie usiąść. Ja przygotuję herbatę i spokojnie porozmawiamy.

Ale kiedy filiżanki z herbatą wjechały na stół, nie zrobiło się spokojniej. Wręcz przeciwnie. Ojciec Marcina świdrował chłopaków oczami. Przewiercał ich na wylot. Czy to dlatego, czy też zupełnie z innego powodu, pierwszy pękł Bolec.

- To był pomysł Rafała. Powiedział, że u pana w barku zawsze jest alkohol. A myśmy chcieli się napić.

- Myśmy naprawdę nie wiedzieli, że to takie drogie wino.

- A Marcin? Częstował was czy nie?

- Nie częstował - przyznał Piotrek. - Poszedł do Mateusza. A my skorzystaliśmy z okazji... i...

- Zabraliście cudzą własność! To się nazywa kradzież!

Marcin spojrzał na Piotrka, Rafała i Bolca. Każdy z nich po kolei odwrócił wzrok. Ojciec też nie chciał patrzeć Marcinowi w oczy. Chyba się wstydził. Za te krzyki. Za rozwaloną wargę. Wiadomo, że ojciec nie przyzna się do popełnienia błędu. Taki już jest.

Wyszli. Marcin teraz wiedział jedno. Po dawnych kolegach pozostało tylko niemiłe wspomnienie. Bo to, co było kiedyś, zatarł bezpowrotnie dzisiejszy dzień. I nieważne, że oni mają ojcu to wino odkupić. Jego przyjaźni nie odkupią. Zresztą... tyle miesięcy się nie odzywali. Zdawkowe "cześć" na korytarzu, a teraz przyszli i takie coś. Marcin wie, że zostali mu tylko ci nowi koledzy. Z tej nowej klasy. Aleks, Michał, a przede wszystkim Maciek, z którym na samym początku roku szkolnego los posadził go w jednej ławce.

OBSZCZYMUR

- Wiesz co... - zaczęła Małgosia.

Usadowiła się wygodnie w obszernym fotelu w pokoju Kamili. Fotel był nowy i Małgosia trochę tego fotela Kamili zazdrościła. O! W takim jakby rozwaliła się z książką, to... byłaby w siódmym niebie. Ściągnęłaby ją z niego tylko fizjologia, czyli siusiu. Choć Maciek ostatnio rozwijał przed nią wizje tronu z nocnikiem. W siedemnastym wieku we Włoszech możnowładcy mieli takie specjalne trony z drzwiczkami i dziurą w siedzeniu. Siadali na tym tronie z dziurą i przyjmując audiencje, załatwiali się.

- Hę?! - spytała wtedy, patrząc na niego z niedowierzaniem.

- Nie chcesz, to nie wierz, ale taka jest prawda. Widziałem na jednym filmie kostiumowym. - Maciek wzruszył ramionami.

Nie. Takiego fotela to Małgosia by nie chciała. No bo co? Potem trzeba by z niego i tak wstać i wynieść zawartość nocnika. Przecież nie będzie siedzieć w smrodzie.

- Jakbyś miała taki tron, to miałabyś i służbę - stwierdził Maciek i dodał, że jego marzeniem jest właśnie tron z nocnikiem i służbą.

- Przecież to nierealne... - zauważyła Małgosia.

- A czy marzenia muszą być realne? Poza tym w ostateczności ty mogłabyś mi usługiwać - dodał po chwili.

Małgosia nie wiedziała, czy to miał być żart. Siedząc teraz na nowym fotelu Kamili, wracała myślami do tej rozmowy. Maciek się zmienił. Mówił teraz straszliwie głupoty. W ogóle nie traktował jej poważnie. Kiedy powiedziała mu, że chciałaby tak jak Kamila mieć psa, najlepiej jamnika, spytał ironicznie:

- Co pieniędzmi sra?

Zupełnie inny Maciek. Jakaś beznadzieja. Jakby go ktoś podmienił. Właśnie to chciała Kamili powiedzieć, ale przyjaciółka raz po raz wychodziła z pokoju, by po chwili wrócić z kolejnym czymś na tacy. Z ciastem, cukierkami, orzeszkami, wreszcie z dwoma kieliszeczkami domowej wiśniowej nalewki, którą zrobiła babcia Kamili, i uznawszy, że dziewczynki weszły w odpowiedni wiek, postanowiła je poczęstować.

- To się pije powolutku - powiedziała Kamila.

- Nie jestem Michał - odparła Małgosia i sięgnęła po kieliszek.

- Myślisz, że on nadal pije? - spytała Kamila.

- Nie mam pojęcia. - Małgosia umoczyła koniuszek języka w kieliszku. - Rany! Jakie to słodkie!

- Babcia z reguły dodaje do tortów i ciast... - powiedziała Kamila i też umoczyła język w nalewce. - Jak syrop, co?

- No...

- A propos Michała... Nie miałaś kontaktu z Kingą?

- Nie... myślałam, żeby zadzwonić, ale tak jakoś...

- Michał miał wypadek...

- Samochodowy?

- Czemu zaraz samochodowy? To tylko samochodem powoduje się wypadki? A w górach upadek ze skał to...

- W górach był?

- Nie mówię, że był w górach... podałam taki przykład.

- To co mu się stało?

- Pobili go na ulicy...

- Kto?

- Właśnie! I to jest ciekawe... Michał nie chce mówić. Teraz to się i tak nieprędko czegoś dowiem, bo wakacje się zaczęły i właściwie... musiałabym iść do niego, a wiesz, jak to z nami jest... - Kamila westchnęła ciężko.

- Yhm...

- No ale zaczęłaś coś mówić...

- Tak. Że jest jakoś inaczej teraz.

- Z czym?

- No ze mną i z Maćkiem.

- A co się dzieje?

Małgosia się zamyśliła.

- Jest zupełnie inaczej - odezwała się po chwili.

- Inaczej, czyli jak? - Kamila była wyraźnie zniecierpliwiona.

- Nie umiem ci tego opowiedzieć. - Małgosia westchnęła ciężko i znów zanurzyła język w kieliszku z likierem. - Po prostu nie jest tak jak dawniej.

- Ale jakoś gorzej?

- Zdecydowanie. Mam wrażenie, że Maciek mi nie ufa.

- Wiesz... ja się mu trochę nie dziwię...

- No i ty przeciwko mnie?

- Nie przeciwko, ale jak ja kiedyś z Michałem i z Olkiem... no wiesz... pamiętasz...

Kamila nie lubiła wracać wspomnieniami do tamtych wydarzeń. Bo jakże była wtedy głupia. Sama nie wiedziała, czego chce. Najpierw nie chciała Michała, a potem jak zainteresował się Kingą, a tuż przy niej pojawił się Olek, to ona... Kompletny kretynizm. Brr. Kamila wzdrygnęła się na samo wspomnienie. O! Teraz już by tak nie postąpiła. Teraz jest dorosła. No... owszem. Okłamała Olka w sprawie imienin Wojtka, ale... to jest zupełnie, ale to zupełnie co innego. Tak, tak! Absolutnie!

- Pamiętam - dobiegł ją głos Małgosi. - Ale ja teraz to co innego niż ty wtedy.

- No wiadomo, że ty to co innego niż ja, ale... też nie jesteś zdecydowana - rzuciła Kamila z lekką kpiną i przyjrzała się badawczo przyjaciółce.

- Jestem!

- Taaak?

- Tak! Paweł nic a nic mnie nie obchodzi, ale...

- Nic a nic?

- Nic a nic!

- To czemu z nim korespondujesz?

- Bo on jest tam w Stanach biedny, osamotniony... tamtejsze Polki...

- To jednak cię obchodzi!

- Oj, Kamila!

- A jak w ogóle się pogodziliście?

- To było jeszcze tego dnia, kiedy Karol zrobił lipny alarm...

* * *

- Zaczekaj! - zawołał Maciek, ale Małgosia się nie odwróciła. Równym krokiem szła w kierunku szatni. Dogonił ją dopiero na dole przy boksach. - Przecież i tak nie wypuszczą cię ze szkoły - stwierdził, macając się po kieszeniach w poszukiwaniu chusteczki. Nie znalazł. - No, daj spokój - powiedział i wyciągnął rękę, chcąc objąć ją ramieniem.

Odsunęła się.

- Idź sobie! - powiedziała przez łzy.

- Małgo... - zaczął Maciek. - Mogę sobie iść, ale... czy rzeczywiście oboje tego chcemy?

Nie odpowiedziała. W milczeniu ocierała łzy wierzchem dłoni.

- Będzie kolejna afera... Karol będzie miał przechlapane... Idź przeproś Janeczkę.

- Niech będzie afera! - rzuciła wściekle.

- Ale ja nie chcę, żebyś miała przykrości.

- A co ja ciebie obchodzę?

- Nie wiem - powiedział Maciek z rozbrajającą szczerością. Zapadło milczenie. Nie patrzyli na siebie. - Ale... obchodzisz - dodał po chwili.

Kilka minut później oboje wrócili do klasy.

* * *

- Od tamtej pory nie rozmawialiśmy na ten temat - podsumowała Małgosia.

- To pewnie dlatego nie jest jak dawniej - stwierdziła Kamila. - Wisi coś nad wami w powietrzu, a wy zamiast pogadać, rozebrać na czynniki pierwsze...

Małgosia spojrzała na Kamilę. Teraz znów to przyjaciółka jest górą. Jest tą mocniejszą, silniejszą... a Małgosia? Znów jak dawniej nie ma wiary w siebie. No i jeszcze mama. Przez mamę nie może zaprosić Maćka. Nie może wyjaśnić na spokojnie wielu spraw. Bo jak ostatnio ją odwiedził, to mama co chwila wpadała do pokoju. Niby spytać o pranie. Niby spytać o stopnie... a tak naprawdę Małgosia miała wrażenie, że mama po prostu chce kontrolować jej życie. No i jak tu rozmawiać z Maćkiem? Zresztą co ma mu powiedzieć? Że ostatnio jest dla niej okrutny?

"Wytrzyj sobie okulary, bo nic nie widzisz...".

Kiedyś po prostu sam jej te okulary wycierał. A teraz?

"Weź je sobie popraw i wsuń na nos, bo wyglądasz jak stara baba".

Albo to:

"No i co tak się marszczysz?".

To było na ostatniej matematyce, kiedy mrużąc oczy, patrzyła na tablicę i wyobrażała sobie, że te smugi po gąbce to jakieś figury.

Ileż to razy ostatnio przez niego płakała. Nie przy nim. Sama. By nie widział, że to, co do niej mówi - boli. Teraz też płacze. Przy Kamili. A wielkie łzy płyną jej po policzkach. Tamten Maciek by ją przytulił. Przy tym Maćku rozpłakać się nie można. A nuż wykpi?

* * *

- Jak tam ta twoja dziewczyna? - spytała pani Joanna.

Maciek milczy. Urabia palcami glinę. Uwielbia to robić. Glina jest miękka.

- Coś ostatnio nie przychodzi po ciebie na zajęcia. Nie dzwoni w trakcie. Nie esemesuje... - dodał zaczepnie Igor.

Jest nowy na zajęciach. A zachowuje się tak, jakby chodził tu wieki. Bezczelny. Maciek patrzy na niego z nienawiścią. Ma ochotę coś odburknąć, ale... milczy. Ugniata tylko glinę i zastanawia się, co z niej ulepić. Stara się nie słuchać Igora.

- Dajcie spokój - rzuciła pani Joanna.

- Ale ja nic... - wycofał się Igor.

- Nic... tylko wtrącasz się w nie swoje sprawy - warknął Maciek.

- Oj, Maciek, zmieniłeś się. Obserwuję cię w ostatnich tygodniach i poznać nie mogę - westchnęła pani Joanna. - Jakiś inny jesteś. Gdzie się podział ten wesoły, uśmiechnięty chłopak, który przyszedł tu kilka lat temu? Jeszcze na początku roku był, a teraz? Oj, zmienia liceum człowieka.

Maciek prychnął. Glina miga mu w palcach. Jeszcze nie wie, co z niej ulepi. Już dobry kwadrans formuje ją w jakiś walec. Ale co z niego będzie? Z zamyślenia wyrwał go dźwięk komórki.

- A nieprawda! - zawołała pani Joanna. - Jednak ukochana dzwoni.

Maciek wyjął z kieszeni telefon. To Kamila.

- Możesz mówić? - usłyszał w słuchawce znajomy głos.

- A co? Coś się stało?

- Nie... nic... to znaczy... tak. To znaczy... jakiś dziwny jesteś. Zmieniłeś się.

Jeszcze i ona. Maciek zmełł w ustach przekleństwo. Co jest? Nie może być sobą? Ale... z drugiej strony... Czy jest? Ostatnie tygodnie dały mu wiele do myślenia. Niby pogodził się z Małgosią. Ale... wszystko go w niej wkurza. Wszędzie węszy podstęp. Teraz też... Małgosia pewnie kazała Kamili zadzwonić.

- Wiesz co... Nie mów Małgosi, że do ciebie dzwoniłam, ale... ona była u mnie... mówiła, że coś tam jest... że ty ciągle... Oj... - Kamila urwała. Jak rozmawiać z Maćkiem? Jak rozmawiać z nim przez telefon? Kiedy nie można zobaczyć twarzy, min, brwi unoszących się ze zdziwienia lub zmarszczonych z niezadowolenia. Czy milczenie oznacza, że słucha, czy że nie słucha?

- No, ale o co w końcu chodzi?

- Nie... no nic... Małgosia się męczy... coś jest nie tak jak dawniej.

- No a jak ma być?

- Ja nie wiem... wy musicie wiedzieć. Powinniście rozmawiać...

- A ty musisz się wtrącać? - spytał Maciek i ściszył głos. Poczuł, że wszyscy na zajęciach gapią się na niego. Przykrył słuchawkę wierzchem dłoni i wyszedł do ogródka.

- Nie wtrącam się... - Kamila nabrała powietrza i wyrzuciła z siebie: - Po prostu Małgosia to moja przyjaciółka. A i ciebie miałam za...

- No tak... to po tobie i po twoich zagrywkach z Czarnym ma tę nieuczciwość.

- Daj spokój, Maciek... Nie była nieuczciwa.

- Była.

- Jeśli tak uważasz, to po co się z nią godziłeś?

Maciek milczał.

- Albo się rozstańcie, albo traktuj ją tak, jak ona na to zasługuje.

- Traktuję tak, jak na to zasługuje.

- Oszalałeś chyba. Zupełnie cię nie poznaję. Ty się nad nią znęcasz psychicznie. Powtórzyła mi te twoje teksty... Miłość to...

Ale Maciek już nie słuchał. Odłożył słuchawkę i wrócił do pracowni. Igor i reszta oczywiście się na niego gapili. Mimowolnie spojrzał w lustro. Na swoje własne odbicie, ale jakieś zmienione. Wielki, długi mars biegnie tuż nad brwiami. A przecież do Małgosi niedawno mówił, by się nie marszczyła. Sam też się marszczy.

Mimowolnie wpada mu w ucho fragment opowieści pani Joanny, która działa w jakiejś organizacji społecznej pomagającej ludziom i właśnie opowiada:

- Przychodzę do tego faceta, a on mówi, że całe życie był niedobry dla żony. Doprowadził do tego, że i dzieci się od niego odwróciły. A teraz zachorował, a żona zmarła. Został sam. Było mi go żal... i wiecie, chciałam tam jeszcze raz przyjść, jakoś mu pomóc... i wtedy jego sąsiadka powiedziała, że on nie zasługuje na litość. Bo to kawał bydlaka.

- I co? - spytał Igor.

- I więcej tam nie poszłam.

Maciek usiadł za stołem. Z powrotem wziął w ręce kawałek gliny i zaczął lepić. Psa. Jamnika z zadartą nogą.

* * *

- Małgosia! Małgosia!

Znajomy głos rozbrzmiewał na całą ulicę. Odwróciła się. Maciek podbiegł w jej kierunku. To dlatego się zatrzymała. Spokojnie. Poczeka, aż Maciek dobiegnie.

- Mam coś dla ciebie... - wydyszał.

- Co?

Małgosia spojrzała na niego sponad opadających na czubek nosa okularów. Maciek poprawił je, po czym złapał ją za rękę i zaczął ciągnąć w kierunku Niekłańskiej. Już po chwili stanęli przed furtką pani Joanny.

- Zapomniałeś czegoś? - spytała pani Joanna, otwierając im.

- Nie. Chciałem tylko pokazać Małgosi to, co dziś zrobiłem.

- A proszę... Dobrze, że jeszcze nie zaczęłam układać...

Kiedy po chwili Małgosia stanęła przed stołem, na którym walały się resztki gliny, jej oczom ukazał się jamnik zadzierający nogę przy ceglanym murku.

- To jest obszczymur - powiedział Maciek. - Jak zostanie wypalony, dostaniesz go. No, przecież chciałaś mieć psa.

Małgosia milczała, tylko kiwnęła głową. Maciek spojrzał na nią i po chwili zdjął jej z nosa okulary. Spokojnie wytarł T-shirtem. Pani Joanna odwróciła dyskretnie wzrok, udając, że nie widzi, jak dziewczynie po twarzy płyną łzy. Chociaż z drugiej strony śmiać jej się chciało. Obszczymur. To ci romantyzm!

MAMA I MATKA

- Mamo, to jak? Masz czas? - spytał Maciek. Kolejny dzień czekał na to, aż mama znajdzie chwilę na poważną rozmowę. Nie chodziło o taką sobie zwykłą sprawę do omówienia. To było coś więcej. Chciał wybrać się pod namiot. Oczywiście z Małgosią, ale nie tylko. Mieli też jechać Biały Michał, Ewka, Aleks i Aśka Grabowicz. Maciek chciał namówić Wojtka z Kamilą, ale bezskutecznie. Wyjeżdżali gdzieś za granicę. Tym razem z rodzicami Wojtka.

- A jak długa ta chwila? - Janina Adamska oderwała wzrok znad rozłożonych papierów.

Jej pokój, w którym stało wielkie biurko, był mocno zagracony. Papiery walały się po podłodze, a malutki okrągły stolik, który teoretycznie służył do tego, by siąść przy nim z przyjaciółką i plotkować, zawalały sterty gazet. Maciek wiedział, co to znaczy. Koniec miesiąca, początek wakacji, czyli mama liczy finanse. Bo u niego w domu, inaczej niż w domach kolegów, to mama zajmowała się domowym budżetem. Ojczym był wiecznie w rozjazdach.

- No... trochę by się przydało...

- Kłopoty ze świadectwem?

- Nie... bez przesady - odparł Maciek. Poza trzema trójami: z matmy, fizyki i polskiego świadectwo prezentowało się całkiem nieźle.

- No? - Mama spojrzała wyczekująco.

- Ale to nie jest na taką rozmowę w locie...

- A kto leci? Przecież ja siedzę.

Zaśmiali się oboje.

- No dobra. - Maciek usiadł na krześle przy okrągłym stoliku i odsunął dłonią papiery.

- Chciałbym pojechać pod namiot.

- A mamy jakiś namiot?

- No... na pawlaczu jest taki wielki.

- A z kim chcesz jechać?

- Z Białym Michałem, Aleksem, Ewką, Aśką Grabowicz i Małgosią.

- A co na to jej rodzice?

Maciek westchnął. Małgosia była jedyną z całej paczki, która jeszcze ze swoimi rodzicami nie rozmawiała. I tej jej rozmowy z rodzicami Maciek bał się najbardziej.

- A gdzie chcecie jechać?

- Do Świnoujścia.

- Czemu akurat tam?

- Jakiś festiwal tam jest w lipcu, więc będzie co robić, poza tym ponoć najczystsze plaże... To co?

- Poczekajmy, jak wróci Piotr, dobrze?

- Mama, ale co ma Piotr do tego? Przecież nie jest moim ojcem. Czemu zawsze to on ma decydować o moim życiu?

- Po pierwsze nie o życiu, a jedynie o wakacjach, poza tym nie powiedziałam, że on ma zdecydować. Wyjazd pod namiot to także koszty. Musimy ustalić, ile ci damy pieniędzy, jak to rozwiążemy... I tak dalej.

To "i tak dalej" trochę Maćka uspokoiło. Ale tylko trochę.

* * *

Teraz Maciek wspominał i tamtą rozmowę z mamą, i jeszcze jedną. Z Piotrem. Czekał na Małgosię. Nie chciała, by po nią przyszedł do domu. Nie chciała też przyjść do niego. Wolała spotkać się na Kępie. Zaproponował herbaciarnię. Nie dalej jak tydzień temu był tu z Piotrem, żeby uczcić założenie własnego konta w banku. Poszli tylko we dwóch na superlody i... poważną rozmowę. Na samą myśl o tym, co powiedział Piotr, Maciek rumienił się aż po czubek blond włosów, które nie dalej jak tydzień temu znów ściął na jeża.

Mama załatwiła mu założenie konta, przelała pierwsze pieniądze i palnęła kazanie o wydatkach. Piotr był inny. W sprawy finansowe się nie wtrącał, choć powiedział, że dobrze by było, gdyby w czasie wakacji Maciek nie tylko wydawał, ale i zarobił parę groszy. Za to w relacje damsko-męskie, owszem, Piotr lubił się wtrącać.

Przy stoliku stojącym na środku herbaciarni wręczył Maćkowi małe kwadratowe pudełeczko z drewna i powiedział: "Pamiętaj! To jest najtańsze! Żebyś nie okazał się idiotą". Maciek otworzył paczuszkę. W śmiesznym pudełeczku leżała malutka tekturowa, kwadratowa koperta z napisem. "Media Markt. Nie dla idiotów". Otworzył. W kopercie było plastikowe, prawie przezroczyste opakowanie. Prześwitywało przez nie sporych rozmiarów kółko. Zawartość zdradzał drobny napis "Unimil".

- No co ty... - zaczął, ale ojczym przerwał natychmiast.

- Nie no, co ty, tylko tak! I żebyś nie ważył się nigdy wstydzić iść do apteki po kolejne.

- Ale...

- Żadne ale! Noś w portfelu, miej zawsze pod ręką i ucz się odpowiedzialności...

- To znaczy, że ty z mamą...

- No... no... ty sobie za dużo nie pozwalaj! Co ja z twoją mamą, to nie twój interes. No? Jakie chcesz lody?

Maciek czerwony na twarzy, zarówno wtedy, jak i teraz, wspominał tę rozmowę. Ale ten Piotr jest. Maciek, owszem, wiele razy myślał o tym. Właściwie nie wiele, ale tysiące, setki tysięcy razy! Przed snem wyobrażał sobie, jak to będzie, ale... Małgosia? No przecież nie może pierwszej nocy pod namiotem wyjąć z kurtki czy portfela gumy... Co ona sobie pomyśli? Chciałby, żeby to wszystko zdarzyło się spontanicznie, jak wtedy z pocałunkiem. Albo żeby Małgosia sama...

- Jestem - odezwał się tuż nad jego głową znajomy głos.

Podniósł wzrok.

- Płakałaś - bardziej stwierdził, niż spytał. Czerwone oczy z daleka wyglądały na zapuchnięte od płaczu.

- Maciek... co ja w domu mam - westchnęła Małgosia.

- W związku z wyjazdem?

- O wyjeździe nawet nie rozmawiałam.

- Dlaczego?

- Z mamą jest coś nie tak. Każe mi całe dnie siedzieć w domu.

- A to czemu? Przecież jest superpogoda...

- Tak, ale ona ciągle mówi, że są niebezpieczne czasy i w ogóle...

- Ona w życiu nie zgodzi się na ten wyjazd.

- Ty wiesz, co dzisiaj chciała zrobić?

- No?

- Nie... nawet nie mogę ci powiedzieć.

- No mów!

- Wstydzę się. Głupio mi. To żenujące.

- O, rany! No mów!

- Ale przysięgnij, że nikomu nie powiesz...

- Małgo, czy ja jestem baba?

- Przysięgnij!

- Wiesz co? To mi nie mów. Jak mam przysięgać, to bez sensu. Może ci będzie lżej, jak tego nikomu nie powiesz. Nawet mnie.

Małgosia spuściła głowę. Chętnie by się komuś zwierzyła. Ale Kamili boi się. Wstydzi. Ewce nie powie, bo Ewka przerobi to na sto kawałów o babie u lekarza. Bo właśnie do lekarza chciała zabrać ją mama. Do ginekologa. Sprawdzić, czy jest dziewicą. Małgosi na samo wspomnienie ohydnej rozmowy z matką łzy same napłynęły do oczu.

- Małgo... - zaczął Maciek i umilkł. Wyjął z kieszeni paczkę chusteczek i zdjąwszy Małgosi okulary, zaczął je spokojnie wycierać. - To co? Zamawiamy coś? - spytał po chwili.

- Nie mam forsy - szepnęła Małgosia.

- A czy ktoś się ciebie o to pyta? W końcu to ja wybrałem herbaciarnię. Ty chciałaś jordanek.

Lody były wyśmienite. Małgosia chętnie zjadłaby jeszcze jedną i jeszcze jedną porcję, byle nie wracać do domu. Nie po tym, co przeszła przed południem. Ale w końcu do domu przyjść trzeba. Trzymając się za ręce, wlekli się noga za nogą Walecznych.

- Niefajny ten nowy dom - powiedział Maciek.

- A moim zdaniem fajny. Tylko trochę za wysoki.

- Chciałabyś w nim mieszkać?

- Pewnie. Nie musiałabym się wyprowadzać z Kępy. Wybrałabym sobie to mieszkanie na samej górze. O tam! - Pokazała palcem okno z prawej strony.

- Tam mielibyśmy salon... - powiedział Maciek i przyciągnąwszy ją ku sobie, pocałował.

- A co wy tak na ulicy, bezwstydy! - rozległ się tuż za nimi czyjś głos. Jak na komendę odskoczyli od siebie i spojrzeli w bok. Przed nimi stała starsza pani z burym kundlem na smyczy. - Co to za porządki! Co za wychowanie! Za moich czasów to...

Maciek już chciał coś powiedzieć, ale Małgosia pociągnęła go za rękę. Po chwili stali już przed drzwiami jej klatki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

WAHANIE NA MANHATTANIE

- Pójdziemy do kina? - Miodowe oczy Pawła patrzyły wyczekująco na Małgosię.

Siedzieli na ławce w Central Parku na wprost wielkiego jeziora i popijali colę.

- Na co?

- Na Harry'ego Pottera i więźnia Azkabanu.

- Na to nie mogę.

- Ktoś ci zabrania? - zażartował Paweł.

- Po prostu na to pójdę w Warszawie z Maćkiem.

Przez twarz Pawła przebiegł cień zawodu. Nie lubił, kiedy mówiła o Maćku. Wkurzały go te wyprawy do kawiarenek internetowych, to czekanie, aż skończy pisać do niego kolejny list, i pytania w każdym sklepie: "Jak myślisz? Czy to się mu spodoba? Czy ty byś coś takiego chciał?". On, Paweł, chciałby od Małgosi cokolwiek, ale skąd ma wiedzieć, czy mityczny Maciek również zadowoli się byle czym, byle od niej?

Małgosia zajęta spijaniem przez słomkę resztki coli nie zwróciła uwagi na minę Pawła, który przyglądał jej się ukradkiem.

- To może Troję? - spytał po chwili.

- Aha - odparła Małgosia i głośno siorbnęła, co miało oznaczać, że coli w kubku już nie ma.

Razem podnieśli się z ławki i ruszyli w stronę kiosku z gazetami.

* * *

Pawła poznała kilka dni po przylocie do Stanów. Był starszy o dwa lata, dobrze zbudowany i umięśniony, a jednocześnie delikatny. Bardzo jej przypominał Olka. Poznali się właściwie dzięki ciotce Dorocie. To ciotka zaniepokojona tym, że kiedy ona wychodzi do pracy, to Małgosia się nudzi, postanowiła znaleźć jej towarzystwo.

Pierwsze dni w Nowym Jorku były dla Małgosi jak podróż w głąb trójwymiarowego filmu, a raczej wielu takich filmów. Ogromne miasto, które zwiedzała w towarzystwie ciotki, fascynowało i przerażało jednocześnie. Fascynowało - bo za każdym rogiem czaiło się coś, co znała z filmów, a przerażało swym ogromem. Gwarne ulice Manhattanu roiły się od takiej rzeszy turystów, jakiej Małgosia nigdy wcześniej nie widziała.

Obawiała się też o swój angielski. Ta wątpliwość spędzała jej sen z powiek jeszcze w Warszawie. Tu na miejscu mimo upływu czasu nadal bała się konfrontacji z rzeczywistością. To dlatego nie mogła się przemóc i wybrać sama na Manhattan. Ciotka mieszkała i pracowała na Greenpoincie, czyli w polskiej dzielnicy. Tutaj porozumiewanie się po angielsku nie było potrzebne. Wszyscy w sklepach i na ulicach mówili po polsku. Szyldy były polskie lub dwujęzyczne, a w kioskach leżały polskie gazety.

Przez pierwszy tydzień pobytu Małgosi w Stanach ciotka miała urlop. Mogła więc oprowadzić ją po mieście i pokazać kilka ciekawych miejsc. Popłynęły razem obejrzeć Statuę Wolności, gdzie weszły na samą górę, zwiedziły muzeum emigracji, a na Manhattanie wjechały na ostatnie piętro Empire State Building. Ale potem ciotka Dorota wróciła do pracy do Poloneza. Było to biuro turystyczne, które mieściło się oczywiście na Green-poincie. Dzięki niemu żyjący tu Polacy mogli wyjeżdżać na tanie wycieczki do ojczyzny, do Europy Zachodniej, ale i zwiedzać Stany. To właśnie dzięki pracy w tym miejscu ciotka mogła zaprosić Małgosię do siebie, kupić jej tańsze bilety do Ameryki, a przede wszystkim spłacić długi, jakie miała wobec jej mamy.

Gdy ciotka wróciła do pracy, Małgosia zaczęła się nudzić. Bała się sama pojechać na Manhattan. Ciotka Dorota poszła więc do mieszkających piętro niżej sąsiadów i spytała, czy ich córka Matylda nie zaopiekowałaby się piętnastoletnią dziewczynką z Polski.

Czy to dlatego, że ciotka użyła słowa "zaopiekowała", czy może z innych powodów, w każdym razie starsza dwa lata Matylda nie polubiła Małgosi. To dało się wyczuć już pierwszego dnia, gdy dziewczyna przekroczyła próg jej pokoju.

- Hej - przywitała się Małgosia, kiedy stanęła w drzwiach.

- Hello - odparła Matylda z amerykańskim akcentem, ale nawet nie odwróciła głowy w kierunku gościa. Nie musiała. Twarz Małgosi widziała doskonale w lustrze, w którym teraz poprawiała makijaż.

- Małgosia.

- Wiem. - Ton głosu Matyldy nie zachęcał do konwersacji.

- Wyjdziesz gdzieś ze mną?

- Gdzieś... - mruknęła Matylda i pociągnęła kredką powiekę. - Idę za godzinę do kumpla na party. Możesz ze mną iść.

- To zapukam do ciebie - odparła Małgosia i odwróciła się na pięcie w kierunku wyjścia.

- Tylko się nie spóźnij - dobiegł ją głos Matyldy. - Bo nie będę czekać.

Jakże Małgosia pragnęła, by Matylda ją polubiła. "W końcu być gdzieś dwa miesiące i nie mieć żadnej koleżanki to horror" - mówiła do siebie i przekładała wszystkie swoje wiszące w szafie ubrania. Bardzo chciała zrobić wrażenie na Matyldzie. Dlatego wybrała nowiutkie obcisłe czarne spodnie i dość luźną bluzkę z długimi rękawami i wysokim kołnierzem. Punktualnie godzinę później stanęła przed Matyldą. W jej pokoju siedziały już Paulina i Patrycja. Małgosia się przedstawiła.

- Na pogrzeb się wybierasz? - spytała kpiąco Patrycja.

- Nie. Dlaczego?

- No bo tak na czarno...

- Nie wiedziałam, co włożyć, a to wygodne... - Małgosia tłumaczyła się gęsto, patrząc przy tym uważnie na dziewczyny.

Wszystkie trzy wymalowane, wystrojone w kolorowe szmatki wyglądały jak rajskie ptaki, a ona? Zerknęła w lustro, przed którym tak samo jak godzinę temu siedziała Matylda i kręciła włosy lokówką elektryczną. Z lustra patrzyła na nią czarnowłosa dziewczyna o smutnym spojrzeniu. Gdzież jej do Matyldy, Patrycji czy Pauliny? Małgosia spuściła wzrok. Po chwili pod oknem dał się słyszeć klakson samochodu.

- Szybko! To Sławek! - zawołała Matylda. Wyszarpnęła z kontaktu sznur od lokówki, zgarnęła drugą ręką stojącą na szafce torebkę. - Dziewczyny, lecimy!

Wszystkie cztery już po chwili zapakowały się do miniwana, za którego kierownicą siedział wysoki, pryszczaty blondyn ze złotym łańcuchem na szyi.

- A to kto? - spytał, przyglądając się Małgosi.

- Przyjechała do sąsiadów na wakacje.

- Aha - odparł i zasunął z impetem drzwi. - Musimy szybko jechać, bo będziemy ostatni.

* * *

- E! Palisz? - Patrycja wyciągnęła w kierunku Małgosi dłoń z fajką wodną. Stały w obszernym pokoju z wielkim barkiem. W powietrzu unosił się dym z papierosów, a dookoła w rytm muzyki kiwały się pary w różnym wieku.

- Nie. Nie palę - odparła Małgosia i aż wzdrygnęła się na samą myśl. W domu nikt z rodziców nie palił nawet papierosów, a to coś, co tu palono w tej dziwnej fajce, z pewnością było czymś innym niż papierosy. Patrycja uchwyciła spojrzenie Małgosi i prychnęła pogardliwie, po czym podała fajkę Matyldzie, która chichocząc, zaciągnęła się dymem. Małgosia usłyszała bulgotanie wody w fajce, a po chwili kaszel Matyldy.

- Co to jest? - Małgosia spojrzała pytająco na Patrycję.

- Marihuana.

- A to nie jest zabronione?

- Jest. No i co z tego? Poskarżysz się cioci?

- Nie. Tak tylko pytam, bo w Polsce jest zakazane.

- W Polsce to i oddychanie jest zakazane - odparła z pogardą Patrycja. - Tu jest prawdziwa wolność. - Patrycja zatoczyła ręką koło. - Tam w Polsce miałaś chłopaka?

- Mam.

- Eee tam. Ściemniasz.

- Dlaczego?

- No bo jak ty wyglądasz? Jak dziecko. - Patrycja wzruszyła ramionami.

Paulina z Matyldą zachichotały.

- Jak długo mieszkasz w Stanach? - spytała Małgosia, żeby zmienić temat.

Ta rozmowa zaczynała ją męczyć. Podobnie jak same dziewczyny. Czuła się przy nich trochę jak szara myszka. Bo rzeczywiście na ich tle nie wyglądała zbyt korzystnie w tym swoim czarnym ubraniu. Ale nie wiedziała też, o czym z nimi mówić. Z Kamilą nie miała tego problemu. Nawet z Kaśką dawało się gadać. A z nimi?

- Cztery lata - odparła Patrycja, wypinając z dumą pierś i wołając "hello" do wchodzącego właśnie chłopaka, który spojrzał w jej stronę i szybko odwrócił głowę. Patrycja szturchnęła łokciem Matyldę. - Widziałaś?

- Yhm... jest - odparła Matylda i oblizała usta, a potem wyciągnęła z torebki lusterko.

- To kawał czasu - powiedziała Małgosia do Patrycji, myśląc o spędzonych przez nią w Ameryce czterech latach, ale Patrycja nie słuchała. Więc Małgosia zamilkła. Po wejściu chłopaka dziewczyny w ogóle straciły nią zainteresowanie i zaczęły szeptać między sobą.

- Długo tu będziemy? - spytała Małgosia Matyldę.

- Słuchaj - odezwała się Matylda tonem, który nie wróżył nic dobrego. - Przyszedł tu facet, na którym bardzo mi zależy, i nie radzę ci zepsuć mi tego wieczora, bo nigdzie cię już więcej nie zabiorę. Jasne?

- Tak.

- To spadaj napić się dżusa i nie marudź.

- Co mam pić? - zdziwiła się Małgosia.

- Sok - mruknęła niecierpliwie Matylda i oddaliła się w kierunku ogrodu, w którym zamajaczyła sylwetka chłopaka.

Małgosia została sama. Spostrzegłszy Tomka - gospodarza przyjęcia - spytała, czy może skorzystać z komputera. Pozwolił i zaprowadził ją do malutkiego pustego pokoiku niedaleko drzwi wejściowych. Dziewczyna szybko odczytała listy od Maćka. Pierwszy głos z Polski. Serce zabiło jej żywo, kiedy przebiegała wzrokiem literki e-maila. "A więc jednak był na lotnisku" - pomyślała i poczuła, że się rumieni. Napisała mu kilka zdań w odpowiedzi. O Nowym Jorku. O tym, że jest na imprezie i że się nudzi, i... nagle usłyszała za plecami głos Matyldy:

- Wkurza mnie to, że musiałam wziąć tutaj ten ogon.

Małgosia spojrzała za siebie. Przez szybę w drzwiach dostrzegła znajome sylwetki dziewcząt.

- To więcej jej nigdzie nie bierz... - Małgosia poznała głos Pauliny.

- Myślisz, że to takie easy? Jak nie wezmę, to nie będziemy mieli dobrych układów z panią Dorotą, a ona może załatwić tańsze bilety, wycieczki...

"Mówią o mnie" - pomyślała Małgosia i zrobiło jej się przykro.

- To co teraz? - pytała Paulina.

- Nie wiem. - Matylda była wyraźnie wściekła. - Paweł przyszedł, ale nie zwraca na mnie uwagi. Pewnie przez tę ostatnią akcję. Teraz to chciałabym zostać tu do końca party, żeby wreszcie się mną zainteresował. A ta niedawno się pytała, kiedy wracamy. O shit! Cześć!

To ostatnie słowo Matylda wypowiedziała zupełnie innym tonem, więc Małgosia zorientowała się, że w pobliżu musiał znaleźć się wspomniany Paweł.

Po chwili do pokoiku wszedł wysoki, dobrze zbudowany chłopak. Małgosia widziała go już wcześniej, bo to z nim właśnie witała się Patrycja. Tuż za nim wbiegła Matylda z koleżankami.

- A, tu jesteś! - zawołała zaskoczona na widok Małgosi, choć jej wzrok zdawał się mówić, że wcale z tego faktu nie jest zadowolona.

- Już wychodzę. - Małgosia podniosła się z miejsca.

- Siedź - powiedział chłopak i posadził ją z powrotem na krześle.

- Idź - rzuciła Matylda i spojrzała na Małgosię wzrokiem, jakiego nie powstydziłby się bazyliszek.

- Zostań - nie ustępował chłopak.

- Ja już skończyłam - odparła Małgosia i znów wstała z krzesła, ale Paweł jeszcze raz ją posadził.

- Ja też skończyłem. - Chłopak spojrzał wymownie w stronę Matyldy, aż ta skuliła się pod jego wzrokiem. - Mogłabyś stąd wyjść? - zwrócił się do niej takim tonem, że Małgosia aż zamarła.

- Wyjdę, ale wtedy Małgosia wyjdzie ze mną, bo to ja ją tu przywiozłam.

- Ty? - Paweł spojrzał na Małgosię ze zdziwieniem i wyraźnym rozczarowaniem.

- Jedziesz, mała? - spytała Matylda takim głosem, że Małgosia bała się odpowiedzieć cokolwiek. Czuła, jakby żadna odpowiedź - ani przecząca, ani twierdząca - nie była mile widziana.

- Co, kolejne superparty? - spytał Paweł z pogardą.

- Fuck you! - zawołała Matylda i trzasnęła drzwiami.

- Ja naprawdę... - zaczęła Małgosia niepewnie, bo zupełnie nie rozumiała wymiany zdań, której była świadkiem.

- Ja cię odwiozę - zaproponował Paweł.

Małgosia stała bezradnie na środku pokoju.

- Słuchaj, nie znam cię... - zaczęła, ale chłopak jej przerwał.

- Na imię mam Paweł i... - urwał, spojrzał na Małgosię i dodał z rozbrajającą szczerością: - Gadać mi się nie chce. A ty?

Małgosia wzruszyła ramionami.

- Co ja?

- Skąd znasz Matyldę?

- Jest sąsiadką cioci... - zaczęła Małgosia i po chwili, sama nie wiedząc czemu, opowiedziała Pawłowi o sobie, Maćku, mamie, żyrowaniu przez nią pożyczki, długu, wreszcie o komputerze, na który pieniądze przysłała Leśkiewiczowa, i o zaproszeniu, z którego Małgosia skorzystała, by teraz w wakacje znaleźć się w Nowym Jorku. Z dala od wszystkich bliskich. Bez jakiejkolwiek życzliwej duszy, która poszłaby z nią zwiedzać muzea na Manhattanie lub po prostu spacerować po Central Parku.

- A co cię interesuje? - spytał Paweł i przysunął do komputera drugie krzesło.

- Wszystko - odpowiedziała Małgosia.

- Zobacz... jest taka strona o Nowym Jorku i możesz na niej znaleźć wszystko... - mówił spokojnie Paweł, wpisując w przeglądarkę adres www.nyc.com.

* * *

Właśnie tak się poznali. W sumie dzięki Matyldzie, choć Małgosia wolała myśleć, że to dzięki ciotce Leśkiewiczowej. Zwłaszcza że od czasu tego party u Tomka Matylda stała się dla niej jeszcze bardziej niemiła. Nic dziwnego... Paweł opowiedział Małgosi o tym, że rozbiła jego poprzedni związek, posługując się podstępem i kłamstwem tylko po to, by zostać jego dziewczyną.

Troja podobała się obojgu. Zrobione z wielkim rozmachem sceny bitwy po prostu ich urzekły. Wracali z kina, dyskutując o tym, co widzieli. Wprawdzie Małgosia kilkukrotnie musiała prosić Pawła o przetłumaczenie słów, ale w sumie była dumna z siebie i swojego angielskiego. Całkiem nieźle zrozumiała film.

Wracali pieszo. Na dworze było już ciemno, tylko w oknach paliły się światła. Małgosia zdążyła się przyzwyczaić, że tu zmierzch zapada o wiele szybciej niż w Warszawie. Ostatnio często wracała z Pawłem o tej porze. Dzięki niemu sporo zobaczyła, choć nadal nie wszystko. Niby Paweł pokazywał jej najróżniejsze miejsca w Nowym Jorku i poza metropolią, ale w końcu Ameryka to wielki kraj. A Małgosia przyjechała tylko na dwa miesiące. Tymczasem koniec wakacji zbliżał się wielkimi krokami.

- Jutro pojedziemy do West Point - zapowiedział Paweł, kiedy stanęli pod drzwiami domu ciotki. - To akademia wojskowa, gdzie był nawet Kościuszko. Ma tam swój pomnik. Warto go zobaczyć.

- Nie wiem, czy tak warto - zaśmiała się Małgosia. - Kościuszko był strasznie brzydki.

- Brzydki?

- Miał kaczy nos.

- Przecież kaczki nie mają nosa.

- Ale tak się mówi.

- A ja jaki mam? - spytał Paweł i przysunął swoją twarz do Małgosi, robiąc przy tym głupią minę.

- Całkiem zgrabny - odparła ze śmiechem.

- To poczekaj, teraz ja twój obejrzę! Może ty masz kaczy. - Paweł ujął twarz Małgosi w dłonie i zanim zorientowała się, co się dzieje, delikatnie musnął wargami jej usta.

- Nie, nie... przestań - szepnęła Małgosia i odsunęła się od Pawła. - Ja nie mogę... nie mogę.

- Przepraszam. Zapomniałem się. Ja po prostu... Nie spotkałem wcześniej takiej dziewczyny jak ty.

- Coś ty...

- Tu są same pustaki zachłyśnięte Ameryką.

- A ty? Ty się nie zachłystujesz? Przed chwilą zachwalałeś West Point. - Małgosia starała się obrócić wszystko w żart.

- Bo współtworzył go Kościuszko!

- Z kaczym nosem!

Ale Paweł milczał. Odezwał się dopiero po chwili.

- Ja nie chciałem tu jechać. Do Ameryki. Moi rodzice chcieli.

- Rozumiem - powiedziała cicho Małgosia.

- Nie rozumiesz - żachnął się. - Ty stąd zaraz odjedziesz. A ja zostanę. Maciek to szczęściarz, że ciebie ma. Niedawno myślałem, że oddałbym wszystko za to, by znowu być w Polsce. By móc z kumplami pójść do kina na polski film i mieć przy sobie dziewczynę, która myśli o czymś więcej niż tylko o tym, jak się zamerykanizować. Oddałbym wszystko, byś to ty była tą dziewczyną. I wkurza mnie, że za tydzień ciebie tu nie będzie i że pewnie nigdy więcej się nie spotkamy.

Małgosi serce biło jak młot. Jakże chciałaby nie słyszeć tych słów. Jakże chciałaby nie czuć tego, co czuła. Bo słowa Pawła bolały, ale i cieszyły. A to, że cieszyły, sprawiało, że czuła się nie w porządku wobec Maćka. "Rany! Co się ze mną dzieje!" - myślała, starając się nie patrzeć w miodowe oczy Pawła.

Stali przez chwilę w milczeniu, aż wreszcie Małgosię z kłopotliwej sytuacji wybawił głos ciotki, która wyjrzała przez okno i zawołała:

- Małgosia! Wchodź na górę. Telefon z Polski.

To był Maciek. Kupił specjalną kartę, by zadzwonić do niej po powrocie z obozu. Jakże ucieszyła się, słysząc jego głos w słuchawce. Gadali dobre dwadzieścia minut. Tak jakby nie było tych prawie dwóch miesięcy rozłąki. Wszystkie niepokojące myśli zniknęły. Dlatego kiedy następnego dnia rano Małgosia obudziła się, zadzwoniła do Pawła.

- Wiesz co? Nie gniewaj się. Nie jedźmy do West Point. Nie jedźmy nigdzie. Nie chcę, żebyśmy się więcej spotykali. Przepraszam.

I nie czekając na jego reakcję, odłożyła słuchawkę.

PIJAWKA

- Nie mam już siły - powiedziała, ciężko wzdychając, Agata i zdjąwszy z ramion niewielki granatowy plecak, usiadła koło Maćka.

- Przecież to nie był długi dystans. - Maciek wzruszył ramionami. Ta dziewczyna straszliwie go irytowała.

O obozie wędrownym Maciek marzył od dawna. Mama wiele mu o takich obozach opowiadała. Sama właśnie dzięki nim zwiedziła w młodości spory kawałek Polski. Maciek też tak chciał. Obóz, na który wybrał się z Aleksem i Białym Michałem, był miesięczną wędrówką po Kotlinie Kłodzkiej. Zatrzymywali się w schroniskach, w prywatnych kwaterach i na polach namiotowych. Ciężki sprzęt obozowy wiozły specjalne samochody, a obozowicze wędrowali wytyczonym szlakiem jedynie z lekkimi plecakami. Maciek z Aleksem i Białym Michałem po kilku dniach przyzwyczaili się do codziennego pokonywania długich dystansów pieszo, zwiedzania różnych turystycznych atrakcji i spania w coraz to innym miejscu. I tylko Biały Michał poranne wstawanie uznawał za jakiś koszmar. Dla Aleksa koszmarem było załatwianie się w toaletach na szlaku, a dla Maćka... Agata.

Teraz, gdy sadowiła się koło niego, rozglądał się rozpaczliwie dookoła w poszukiwaniu wsparcia ze strony kolegów. Niestety Aleks oglądał swoje odrapane nogi i liczył bąble po komarach, a Biały Michał leżał oparty o plecak i żuł źdźbło trawy. Obaj nie patrzyli w jego stronę. Szef obozu właśnie zarządził półgodzinny postój. Polana, którą na ten cel wybrał, była dość spora, nic więc dziwnego, że koledzy nie zauważyli rozpaczliwej sytuacji Maćka...

Agata uczepiła się go jak rzep psiego ogona już pierwszego dnia obozu. Wszystko chyba dlatego, że odsunął jej krzesło, kiedy siadała do stołu. A przecież nic się za tym nie kryło. Zwykłe, wyniesione z domu przyzwyczajenie wpojone mu jeszcze przez babcię. Jednak Agata najwyraźniej nieopatrznie wzięła ten gest za coś więcej niż zwykłą uprzejmość, bo od tej chwili nie odstępowała Maćka na krok.

- Nogi mnie strasznie bolą - jęczała.

Maciek milczał. Wyjąwszy z kieszeni komórkę, wystukiwał parę słów do Małgosi. Esemesy nie były wprawdzie tak długie, jak chciał, i na pewno nie takie długie, jakie chciałaby dostać Małgosia, ale zawsze stanowiły jakiś dowód, że pamięta. Ona nie mogła do niego nic napisać. Dlatego z taką pieczołowitością przechowywał jednego starego esemesa, którego kiedyś bardzo dawno do niego napisała, a który brzmiał: Tęsknię za tobą. Teraz, oddalony od niej o tysiące kilometrów, odczytywał tę krótką wiadomość minimum raz dziennie, wywołując tym śmiech i u Białego Michała, i u Aleksa, którzy na samym początku obozu przyłapali go na tej niemęskiej czynności.

- Co piszesz? - spytała Agata, przechylając zalotnie głowę.

Ciężki warkocz długich blond włosów opadł jej na ramię.

- A tam. Takie... - Maciek nie chciał z nią rozmawiać. Z drugiej strony nie bardzo wiedział, jak się zachowywać. Jak się jej pozbyć? Gdyby znajdowali się w jakimś pomieszczeniu, mógłby wyjść. A tak? Dobrze wiedział, że gdy wstanie i się przeniesie na drugi koniec polany, Agata i tak pójdzie za nim. Nieraz już próbował.

- Nasmarowałbyś mi plecy olejkiem? - dobiegło go natarczywe pytanie Agaty.

- Poproś dziewczyny - odparł, nie podnosząc wzroku znad telefonu.

- Ale ty jesteś bliżej.

- Ale ja się na tym nie znam i daj mi wreszcie spokój. - Maciek był wyraźnie zirytowany nachalnością Agaty, więc podniósł głos, co sprawiło, że kilka osób spojrzało w ich stronę.

Na szczęście w tym momencie dobiegło go wołanie Aleksa. Podniósł się z trawy i poszedł w stronę kolegów, nie oglądając się na Agatę.

- Panowie! Ja z nią oszaleję! Czy moglibyście nie zostawiać mnie na jej pastwę? - jęknął, sadowiąc się obok nich i otwierając plecak w poszukiwaniu atlasu zabytków.

- Nie wiem, o co ci chodzi - powiedział Aleks. - Przecież właśnie cię zawołaliśmy.

- Trochę późno - zauważył Maciek.

- Stary! - Aleks był zniecierpliwiony. - A ty rozumu nie masz? Języka w gębie też nie masz? My mówiliśmy jej, że masz laskę na wakacjach w Stanach, a do niej nie dociera, więc powiedz jej teraz ty, raz a dobitnie, "spieprzaj" i będziesz miał święty spokój.

- Przecież wiesz, że ja tak nie umiem.

- To się naucz!

- Albo korzystaj z sytuacji - odezwał się milczący dotąd Biały Michał.

- To znaczy? - spytał Maciek i spojrzał pytająco na kolegę.

- Zakochała się w tobie rybka i sama nadziewa się na twoją wędkę, a ty...

- Weź, przestań! Rybka? - Maciek wzdrygnął się z obrzydzenia. - Tobie się chyba zwierzęta pomyliły. To nie rybka. To... to... - Przez chwilę szukał odpowiedniego określenia, wreszcie wykrzyknął: - PIJAWKA!

- Cha! Cha! Cha! Pijawka! - roześmiał się Biały Michał.

- A co ty myślisz? - burknął Maciek. - Trzeci tydzień nic tylko: "Nasmaruj mi plecy", "Co tam piszesz?", "Co ci się śniło?". A przecież sto razy słyszała, i ode mnie, i od was, że mam dziewczynę, że nią nie jestem zainteresowany i że w ogóle chcę tylko świętego spokoju. Czy wy myślicie, że ja nie mam ochoty powiedzieć jej "spadaj", kiedy pyta, kto do mnie dzwonił? Mam! Ale nie umiem! A wy tego nie potraficie zrozumieć.

- To się naucz! - powtórzył Aleks i chciał jeszcze coś dodać, ale w tym momencie szef obozu zarządził koniec przerwy. Do przejścia mieli niewielki kawałek drogi. Gdzieś tam w górze czekała na nich Jaskinia Niedźwiedzia i dawno nieczynna kopalnia uranu.

* * *

- Gdzie jest mój telefon? - zaniepokoił się Maciek.

Wyszli właśnie z kopalni, a on chciał napisać Małgosi krótkiego, szybkiego esemesa z informacją, że zwiedził miejsce, w którym pięćdziesiąt lat temu pracowali więźniowie polityczni i umierali na raka od napromieniowania. Choć w sumie nie wiedział, czy dla niej ta wiadomość byłaby aż tak interesująca jak dla niego i chłopaków. Wszyscy trzej opowieści przewodnika - o kopalni uranu, o rudach, które pięćdziesiąt lat temu słano w ołowianych tubach daleko w głąb Związku Radzieckiego - uznali za pasjonujące. To w końcu już historia. Ta kopalnia wydała im się ciekawsza nawet od kopalni złota w Złotym Stoku.

- Kiedy widziałeś ją po raz ostatni? - spytał Aleks, gdy Maciek bezskutecznie macał się po kieszeniach w poszukiwaniu komórki. Szli drogą w kierunku punktu, w którym czekał na nich obiad.

- Na postoju na polanie pisałem do Małgosi.

- Przy nas nie pisałeś.

- Przy Agacie pisałem.

- Może twoja komórka została na polanie?

- Agata! - zawołał Maciek, podbiegając do dziewczyny.

Uśmiechnięta odwróciła się do niego.

- Nie pamiętasz, czy tam na postoju, jak siedziałem obok ciebie, nie zostawiłem swojej komórki?

- Nie - odparła Agata i odwróciwszy się na pięcie, przyspieszyła kroku.

- Zadzwońcie do mnie - poprosił Maciek, kiedy wrócił do kolegów. - Może mam ją gdzieś na dnie plecaka? W końcu na postoju wyjmowałem atlas zabytków.

Ledwo skończył mówić, kiedy trzy metry przed nim rozległ się znajomy dźwięk dzwonka. Melodia Małgośki Maryli Rodowicz, którą kiedyś ustawił sobie w telefonie na cześć Małgosi, dobiegała z kieszeni granatowego plecaka zawieszonego na ramieniu Agaty. Maciek podbiegł do dziewczyny.

- Dawaj ten telefon! To już szczyt! - krzyknął.

Agata bez słowa podała mu aparat. Wieczorem, gdy zakwaterowani w nowym miejscu kładli się spać, zapukała do pokoju chłopców.

- Zapomniałam, że go mam. Naprawdę! - powiedziała, rumieniąc się na twarzy, kiedy otworzył jej Maciek.

- Spieprzaj! - rzucił i zatrzasnął jej drzwi przed nosem.

- Uuuuuuu! - zawyli Biały Michał z Aleksem. - Cóż za zmiana! Jednak potrafisz.

Ale Maciek nie odpowiedział. Za nic w świecie nie przyznałby się przed kolegami, że nigdy w życiu nie odezwałby się tak do żadnej dziewczyny, nawet do Agaty, gdyby nie fakt, że oddała mu telefon bez tego starego esemesa od Małgosi. Tego esemesa, który brzmiał "Tęsknię za tobą", a którego istnienie, zwłaszcza teraz, gdy byli oddaleni od siebie o tysiące kilometrów, dawało mu tyle radości.

WREDNA ŁOCHA

- Jaka jest ta nasza klasa? - spytała Małgosia Maćka.

Oparci plecami o łóżko siedzieli w pokoju Małgosi na podłodze. Oglądali prezenty, które przywieźli dla siebie z wakacji. Małgosia bursztynowe korale, a Maciek scyzoryk o wielu ostrzach. Przez otwarte okno dobiegał ich szmer przejeżdżających przez Saską samochodów i okrzyki dzieci grających w piłkę w pobliskim ogródku jordanowskim.

- To powiesz wreszcie?

- W poniedziałek sama zobaczysz - odparł Maciek i musnął ustami kosmyk włosów, które w ciągu wakacji urosły Małgosi o dobrych parę centymetrów.

- Wiesz... Paweł mówił, że nie powinno dawać się nikomu ostrych rzeczy w prezencie, ale... wiem, że zawsze chciałeś taki mieć...

- Ciągle ten Paweł i Paweł...

- A ty co? Zazdrosny jesteś?

- Nie... tylko... - Zupełnie nie wiedział, co powiedzieć.

Zaprzeczał, ale... tak naprawdę był zazdrosny. I to bardzo. Małgosia ze Stanów wróciła jakaś taka doroślejsza, piękniejsza, pewniejsza siebie. No i jeszcze cały czas mówiła o jakimś Pawle. Nawet na kilku zdjęciach widniał... ten cały Paweł. Tak o nim myślał Maciek. TEN CAŁY PAWEŁ. Na wielu fotografiach obcy wpatrywał się w Małgosię jak cielę w malowane wrota.

Maciek zgrzytnął zębami. Chętnie przyłożyłby TEMU CAŁEMU PAWŁOWI. Tak raz a porządnie w pysk. Maciek oczyma wyobraźni widział siebie w roli karateki - szybkiego i zwinnego niczym Olek - który jednym ciosem powala TEGO CAŁEGO PAWŁA na ziemię. A TEN CAŁY PAWEŁ pada jak długi z rozkrwawionym nosem, błaga o litość i przysięga, że już nigdy, przenigdy nawet nie spojrzy w kierunku Małgosi...

- No, powiedz coś o tej klasie. - Jej głos wyrwał Maćka z zamyślenia.

Obraz pokonanego Pawła zniknął. Zamiast niego Maciek ujrzał przed sobą Małgosię wymachującą sznurem bursztynów, który przywiózł jej znad morza.

- Czemu się tak dopytujesz?

- Pamiętasz? Na początku gimnazjum Kamila przyjechała spóźniona i...

- O rany! Po pierwsze to było gimnazjum. Po drugie ona spóźniła się chyba z miesiąc, z tego, co pamiętam...

- Nie miesiąc, tylko dwa tygodnie.

- Wszystko jedno. Ty opuściłaś tylko dwa dni... I nie tylko ty... Rany! - wykrzyknął Maciek. - Kupiłem ci książkę i nie wziąłem jej ze sobą.

- Nieważne. - Małgosia machnęła ręką. - Powiedz wreszcie coś o ludziach w klasie. No bo coś już chyba możesz powiedzieć... - dodała, nerwowo bawiąc się bursztynowym sznurem.

- Całkiem spoko... Ale wiesz... Pierwsze lekcje były dopiero wczoraj. Poza tym niektórzy jeszcze nie wrócili z wakacji.

Małgosia westchnęła. Tyle akurat wiedziała. Tak naprawdę martwiło ją co innego. Ponieważ wraz z Maćkiem wybrali położone na Saskiej Kępie liceum imienia Bolesława Prusa, miała po raz pierwszy w życiu znaleźć się w innej szkole niż jej przyjaciółka Kamila.

- Bez Kamili w klasie będzie głupio.

- Będą inni... - powiedział Maciek i przysunął się bliżej. Przez chwilę jego ręka błądziła w powietrzu i jakby po omacku szukała dłoni Małgosi. Tej, w której dziewczyna trzymała sznur bursztynowych nieszlifowanych paciorków. Po chwili zaczął wolno przesuwać dłonią po jej ramieniu od palców aż po bark i wyżej ku szyi.

- Tak, ale Kamila... - zaczęła Małgosia i... nie dokończyła. Maciek zamknął jej usta pocałunkiem. Pierwszym po przeszło dwóch miesiącach rozłąki.

* * *

- To jest szkoła, moi drodzy! - usłyszeli za swoimi plecami pełen oburzenia okrzyk.

Małgosia z Maćkiem odskoczyli od siebie, jakby przed chwilą zrobili coś złego, a przecież to był zwykły całus. W policzek. Taki, jakie bywają nie tylko między zakochanymi, ale nawet i między przyjaciółkami.

- Wakacje już się skończyły - zagrzmiał ponownie głos.

Odwrócili się. Przed nimi stała osoba w średnim wieku. Niewysoka, tęgawa brunetka o kręconych włosach, lekko przyprószonych siwizną i ostrym spojrzeniu.

- Płochowska, nasza polonistka - szepnął Maciek Małgosi na ucho.

- Jeśli jeszcze tego nie wiecie, to was oświecę - zagrzmiała nauczycielka. - Szkoła to nie jest miejsce na obściskiwanie się.

- Ale, proszę pani... - zaczęła Małgosia. Chciała wyjaśnić, że właśnie dziękowała Maćkowi za książkę, którą przyniósł jej do szkoły, jednak profesor Płochowska bezlitośnie przerwała:

- To jest liceum! Tu się mówi "pani profesor"!

- Więc... pani profesor...

- Nie zaczyna się zdania od więc! Nie nauczono cię tego w gimnazjum?

Małgosia skinęła głową.

- Co to za kiwanie głową? Nie umiesz mówić? Co miałaś z polskiego?

- Piątkę - wyszeptała Małgosia.

- U mnie jak dostaniesz trójkę, to będzie cud! - ucięła profesor Płochowska i nie czekając na jakiekolwiek słowo z ust Małgosi, wolno ruszyła w stronę pokoju nauczycielskiego.

- Starsze klasy mówiły, że to wredny babsztyl - zauważył Maciek i objął Małgosię ramieniem.

Strąciła jego dłoń.

- No co? - Spojrzał pytająco na dziewczynę.

- Nic. Tylko zaraz znowu nam się dostanie - powiedziała, wskazując głową w kierunku oddalającej się profesor Płochowskiej, która nagle przystanęła i odwróciwszy się, spojrzała w ich stronę.

- Teraz będzie się wam dostawać już zawsze. Zawsze znajdzie się powód - usłyszeli tuż za sobą czyjś głos.

Odwrócili się jak na komendę. Przed nimi stał bardzo wysoki chłopak z kręconymi włosami. Maciek widział go po raz pierwszy i chciał o coś spytać, ale nie zdążył, bo zadzwonił dzwonek na koniec przerwy, a chłopak wszedł do ich klasy.

Miał na imię Marcin i powtarzał pierwszą klasę. Tyle dowiedział się podczas lekcji, bo chłopak siadł na jedynym w klasie wolnym miejscu tuż obok Maćka. Maciek, który w gimnazjum siedział z Mateuszem, tu... w liceum nie znalazł jeszcze swojej pary, ucieszył się z sąsiedztwa. Marcin wydawał się sympatyczny.

- Jestem spadochroniarzem - powiedział na pierwszej przerwie.

- Spadochroniarzem? - zdziwił się Maciek.

- No... drugoroczny. Właśnie przez Łochę.

Maciek spojrzał na Marcina pytającym wzrokiem, więc ten zaczął tłumaczyć:

- Znienawidziła mnie od pierwszego dnia i zrobiła wszystko, bym nie zdał. Wywalić mnie nie zdołała, bo z innych przedmiotów miałem dobre stopnie. Kazała zdawać komisyjny i udupiła. Jest wredna. Miałem się przenosić do innej szkoły, ale... - Marcin machnął ręką, co miało oznaczać, że nie chce o tym mówić.

- Wredna? - Maćkowi nie mieściło się to w głowie.

- Sam zobaczysz - odparł Marcin.

Okazja nadarzyła się dość szybko. Tuż po dzwonku odbyła się pierwsza lekcja polskiego w humanistycznej Ic, do której chodzili Maciek, Małgosia, Marcin, Aleks i Biały Michał oraz kilkadziesiąt innych osób.

* * *

- ...ponadto przeczytacie... Makbeta Williama Szekspira i... - Profesor Płochowska monotonnym głosem dyktowała spis lektur.

- Proszę pani... - powiedział Maciek, podnosząc się z miejsca. W ostatniej chwili przypomniał sobie, że w rozmowie z nauczycielem trzeba użyć innej formy, więc pospiesznie dodał: - ...profesor...

- Tak?

- Teraz w jednym z teatrów grają Makbeta.

- No i co z tego? - opryskliwym tonem spytała profesor Płochowska.

- No... nic... - Maciek nie wiedział, czy siąść, czy nadal stać.

Wspomniał o spektaklu, bo pomyślał, że może wraz z całą klasą wybiorą się do teatru. To właśnie zaproponowałaby pani Czajka w takiej sytuacji, ale zachowanie polonistki uświadomiło mu na dobre, że czasy słodkiego gimnazjum minęły bezpowrotnie. To twardy ogólniak, w którym życie nie zapowiada się zbyt różowo.

- To siadaj - powiedziała profesor Płochowska i wróciła do dyktowania listy lektur.

Maciek nie słuchał już nauczycielki. Na wyrwanej z zeszytu kartce zaczął pisać list do Małgosi. Jego pierwsze słowa brzmiały: "Pani Czajka nigdy by się tak nie zachowała...". Nie wiedział jeszcze, że dzisiejsze zachowanie profesor Płochowskiej było niczym w porównaniu z tym, co serwowała swoim uczniom na co dzień. A co od tej pory miało stać się również jego koszmarną codziennością.

ZABAWA W KOMIKS

- Chodźmy do kina na Spider-Mana! - zaproponował Wojtek, kiedy w sobotnie przedpołudnie cała czwórka spotkała się u Maćka. - Ten Tobey Maguire będzie kiedyś jednym z największych aktorów Hollywood. Zobaczycie!

Zgodzili się na kino, ale wątku aktorskiego nikt nie podjął. Mieli inne tematy. Swoje szkoły i klasy. Kamila i Wojtek wytrzeszczyli oczy, słuchając opowieści o polonistce Małgosi i Maćka.

- Rany! - zawołała Kamila. - Pani Czajka była czasem bardzo surowa, ale zawsze sprawiedliwa.

- Tu nie chodzi o sprawiedliwość, bo to nie kwestia sprawiedliwości, ale kultury - powiedział Maciek. - Ten jej tekst był tak strasznie chamski, że aż powtórzyłem go mamie.

- No i co?

- Nic. Mama twierdzi, że po wołu należy spodziewać się tylko mięsa.

- Cha! Cha! - zaśmiała się Kamila. - Czyli macie polonistkę krowę!

- Świętą krowę! - odparł Maciek ze śmiertelną powagą. - I jeszcze trzeba do niej mówić "pani profesor".

- No dobra - odezwał się Wojtek - na Filmwebie wyczytałem, że grają w Atlanticu na piątą. Pasuje?

- Ty dalej o kinie? - spytał Maciek. - W sumie niech będzie piąta, zadzwonię jeszcze po chłopaków...

* * *

Do seansu mieli jeszcze dwie godziny. Teraz wąskimi uliczkami Saskiej Kępy spacerowali tylko we dwójkę - Kamila i Wojtek. Płatek spuszczony ze smyczy biegał i obszczekiwał każdego napotkanego kota.

- Dopiero kiedy spadają liście, można zobaczyć, jakie fajne są niektóre domki - mówiła Kamila, starając się zachowywać jak rasowy przewodnik. Szli Dąbrowiecką w kierunku Zwycięzców. - Zobacz, na przykład ten. Tu mieszka jakiś rzeźbiarz. Nie wiem jaki. Trzeba by spytać Maćka. On wie sporo o Kępie. Tu gdzieś mieszkała Agnieszka Osiecka, ale nigdy nie wiem gdzie...

- Wiesz... jak tu jestem, to w ogóle nie czuję, że to Warszawa - powiedział Wojtek, rozglądając się dookoła. To jak małe miasteczko.

- Bo to jest małe miasteczko. Saska Kępa jest samowystarczalna. Masz tu wszystko...

- No... nie tak bardzo. Kina na przykład nie ma.

- Kiedyś było...

- Wiem. Teraz w tym miejscu stoi mój blok - wtrącił Wojtek, chcąc się wykazać wiedzą na temat okolicy.

- ...poza tym jak spojrzysz na plan, to od razu widzisz, że to jest kępa, czyli dawna wyspa. Od reszty miasta oddziela ją Wisła, działki i park Skaryszewski. Kępa to takie miasto w mieście.

- Dobrze, że tu zamieszkałem, bo nie tęsknię za Lublinem...

- A tęskniłeś?

- Na początku nawet bardzo... w końcu pamiętasz, jak to wyglądało...

- No sam sobie jesteś winien - powiedziała Kamila i zmieniając ton, spytała: - A miałeś tam kogoś? - Pytanie miało brzmieć jak rzucone niby od niechcenia, ale Wojtek wyczuł, że odpowiedź jest dla Kamili ważna.

- Nigdy nie pytałaś... Czemu raptem...

- Więc ktoś był?

- Ale nie tak jak ty...

- To znaczy?

- No, nie aż tak... poważnie.

- Ale łapy pod spódnicę jej pakowałeś?

- Co?! - Wojtek aż przystanął na środku chodnika.

- Pytam, bo jak przyszedłeś do nas do klasy, to... próbowałeś tego i z Natalką, i...

- No przecież ci tłumaczyłem, o co chodziło... Grałem. Chciałem zobaczyć, czy umiem być taki warszawski. - Kamila prychnęła, ale Wojtek niczym niezrażony ciągnął: - A poza tym czy ja ci pakuję łapy pod spódnicę?

- Tylko byś spróbował! Od razu byś oberwał! - syknęła Kamila podniesionym głosem, aż z okna na parterze domu, przed którym stali, wychyliła się jakaś pani i z uśmiechem od ucha do ucha zaczęła się przysłuchiwać ich rozmowie.

Kamila pociągnęła Wojtka za łokieć.

- Chodźmy - szepnęła.

- No ale przecież... no chyba całe życie nie będę mógł cię całować tylko w policzek, prawda?

- A w co byś jeszcze chciał?

- Ale z tobą się ciężko czasem rozmawia - westchnął Wojtek.

- To nie rozmawiaj - burknęła Kamila, ale po chwili pożałowała swoich słów, bo Wojtek zamilkł.

Przez chwilę szli, nie odzywając się. Przeciągające się milczenie przerwała Kamila.

- Obraziłeś się?

- Nie.

- A teraz w wakacje widziałeś się z nią?

- Z kim?

- No z tą z Lublina?

- Czy ty się chcesz kłócić?

- Chcę po prostu wiedzieć.

- Więc dobrze. Widziałem się, bo mieszkaliśmy na jednej klatce schodowej, w jednym bloku. Ale nic z tego nie wynika... Przecież opowiadałem ci o moich wakacjach. Dwa tygodnie w Lublinie, bo tam została babcia, poza tym obóz żeglarski na Mazurach i trzy tygodnie z rodzicami na wczasach nad Balatonem... No przecież ci słałem kartki... Czemu się czepiasz? Czy ja ciebie pytam o Olka? Jak było z nim na wakacjach?

- Nie byłam z nim na wakacjach - odparła szybko Kamila.

- No przecież mówiłaś, że wyjechaliście z Majewskimi, a Olek, jeśli dobrze kojarzę, to...

- Tak, ale mieszkaliśmy na wielkich kempingach w Hiszpanii i każdy chodził swoimi ścieżkami. Zajmowaliśmy się głównie zwiedzaniem. Widziałeś zresztą zdjęcia. Nie było na nich Olka.

- No to chyba rozumiesz? U mnie podobnie... Widziałem ją w sklepie raz czy dwa razy i tyle.

- Jak ona ma na imię?

- Joaśka... - odparł Wojtek z wyraźną niechęcią. - Ale słuchaj, to jest zupełnie nieistotne.

- Jej też tak o mnie mówisz?

- Kamila, czemu ty to robisz? Poszliśmy na spacer... miało być fajnie...

Wzruszyła ramionami. Znów milczeli. Wreszcie Wojtek powiedział:

- Musimy wracać, jeśli chcemy zdążyć do kina...

* * *

- Strasznie długo coś ich nie ma - niecierpliwiła się Kamila, wiercąc się w kinowym fotelu. Seans miał zacząć się już za chwilę, a przed ekranem zamiast całej paczki siedzieli tylko we dwójkę.

- Przyjdą zaraz - odparł Wojtek. - Zresztą na początku i tak są reklamy i zwiastuny. W sieci czytałem, że dwójka jest tak samo dobra jak jedynka... Tobey jest podobno świetny. Ja tam wierzę w tego gościa.

- Jakiego gościa? - Kamila nie słuchała zbyt uważnie, zajęta rozglądaniem się po kinowej sali w poszukiwaniu znajomych.

- Ojej, no mówię cały czas o odtwórcy głównej roli.

- Myślisz, że granie Spider-Mana to takie wielkie aktorstwo?

- Tak. Spider-Man to nie tylko heros. To także wrażliwy i delikatny facet...

- ...który nigdy nie zajrzałby dziewczynie pod spódnicę.

- Weź wreszcie przestań. Ludzie się na nas gapią.

Kamila wzruszyła ramionami. Chciała jeszcze coś dodać, ale zgasły światła i zaczęły się reklamy.

Małgosia z Maćkiem weszli na salę, kiedy puszczano zwiastuny. Za nimi przepychały się jeszcze trzy osoby. W dwóch sylwetkach Kamila rozpoznała Białego Michała i Aleksa. "Jak zwykle spóźnieni" - pomyślała i sięgnęła ręką do pudełka z popcornem, który kupili z Wojtkiem na spółkę. Na trzecią osobę w ogóle nie zwróciła uwagi. Zresztą po chwili zaczął się film.

"Czy Małgosia poznałaby Maćka po pocałunku?" - zastanawiała się, patrząc na to, co działo się na ekranie. A ona Wojtka? Ech. Teraz po tych tekstach o łapach pod spódnicą pewnie nieprędko ją pocałuje. "I po co ja to mówiłam?" - pomyślała. Wsunęła swoją dłoń w dłoń Wojtka. Poczuła jego uścisk i odetchnęła z ulgą.

* * *

- No, jak ci się podobał? - spytał Wojtek, kiedy na sali zapaliło się światła.

- Film czy... - zaczęła Kamila, ale urwała w pół zdania.

Teraz dopiero zauważyła, że trzecią osobą, która weszła do kina zaraz za Aleksem i Białym Michałem, był Olek. Właśnie wyciągał do niej rękę z przezroczystą siatką, na dnie której leżał album ze zdjęciami.

- Obiecałem, że będziesz miała te odbitki z Hiszpanii, i jak widzisz, dotrzymałem słowa - powiedział z uśmiechem. - Cześć, Wojtek - dodał po chwili.

Wojtek skinął głową.

- Tak... eeee ... dzięki... - Kamila miała niepewną minę.

- Pokaż! - zawołała Małgosia i zanim przyjaciółka zdążyła zaprotestować, otworzyła album.

Na pierwszym zdjęciu byli Kamila, Olek, Kuba i Malwina przed wejściem do meczetu w Kordobie. Drugiego nie zdążyła zobaczyć, bo Kamila wyrwała przyjaciółce album i wrzuciwszy go do siatki, wcisnęła ją Olkowi.

- Pieprzę twoje zdjęcia! - krzyknęła wściekła.

- Kamila! Co ty! No, daj zobaczyć!

- Skąd on się tu wziął? - spytała szeptem Małgosię.

- Zadzwonił do Maćka i...

Olek wzruszył ramionami.

- Co cię ugryzło? - spytał. - Przecież sama wysłałaś mi niedawno maila, żebym pamiętał o odbitkach dla was...

- Chłopie - powiedział Maciek, klepiąc Olka po ramieniu. - Kto zrozumie kobietę, zrozumie wszystko. No chodźcie! - zwrócił się do reszty, ciągnąc przy tym Małgosię za rękę. - Idziemy do tramwaju.

Ale Wojtek nie ruszał się z miejsca. Stał i patrzył na Kamilę, na znikającą sylwetkę Olka, który wcisnąwszy w kieszeń bojówek siatkę z albumikiem, powlókł się za Maćkiem, a w uszach brzmiały mu słowa sprzed dwóch godzin: "Każdy chodził swoimi ścieżkami".

- Ile razy się te wasze ścieżki skrzyżowały? - spytał cicho, kiedy wyszli przed budynek.

- Pospieszcie się! - dobiegł ich głos Maćka.

- O tej porze tramwaje rzadziej jeżdżą! - krzyknął Aleks.

- Idźcie bez nas! - zawołała Kamila.

- A jesteśmy jeszcze jacyś my? - spytał Wojtek i ruszył za resztą. Kamila drobiła u jego boku. - Robisz mi scenę, nie mając ku temu żadnych podstaw. Okłamujesz mnie, a potem przechodzisz nad tym do porządku dziennego.

- Rany! A co miałam ci powiedzieć?

- Prawdę.

- Więc prawda jest taka, że nie miałam wyboru. Nasi starzy przyjaźnią się i gówno ich obchodzi, że ja nie jestem z Olkiem. Oboje nas wrobili w te wakacje. Nie chciałam ci mówić, bo nie chciałam takiej rozmowy.

- Przecież sama ją sprowokowałaś, robiąc mi scenę o dziewczynę, której nawet nie znasz...

- Znam. Nie znam. Jakie to ma znaczenie?

- Ma. Gdybyś ją widziała, to nie byłabyś zazdrosna.

- Nie rozumiem.

- Dobrze rozumiesz, tylko lubisz komplementy. Teraz czekasz, bym ci powiedział, że jesteś od niej ładniejsza.

- A jestem?

- Słuchaj. Ja wobec ciebie gram fair. Ty wobec mnie nie. Ja nie muszę ci udowadniać, że jesteś dla mnie najważniejsza. Ja nie ukrywam zdjęć, faktów ani niczego.

- A ja mam ci udowadniać? To proszę bardzo! - krzyknęła i pociągnąwszy Wojtka za rękę, zaczęła biec w kierunku malejących sylwetek Maćka, Małgosi, Olka, Białego Michała i Aleksa. - Zaczekajcie!

Grupa stanęła.

- Zdecydujcie się! - mruknął Aleks, kiedy wreszcie ich dogonili.

- Ja już się zdecydowałam - odparła Kamila i błyskawicznie wspięła się na palce, wplotła Wojtkowi ręce we włosy i na oczach wszystkich pocałowała w same usta.

- Nie no... nie bawcie się w komiks - powiedział Biały Michał.

- Ty, Spider-Man, a gdzie niebieskie gacie? - spytał Aleks i zachichotał.

Ale ani Kamila, ani Wojtek nie zwrócili uwagi na wygłupy kolegów. Świat dookoła zdawał się dla nich nie istnieć. I tylko Olek zakłopotany szeptem zapytał Małgosię:

- Weź ty zbadaj, co ja mam zrobić z tymi zdjęciami...

ZNIKNIĘCIE

- Kaśka zniknęła - usłyszała mama Małgosi, kiedy tylko podniosła słuchawkę.

- Po pierwsze: dzień dobry, po drugie: kto mówi, a dopiero po trzecie mówi się, w jakiej sprawie się dzwoni - zakomunikowała bardzo nieprzyjemnym głosem. A wszystko po to, by Maciek od razu wiedział, że mimo upływu czasu nic się nie zmieniło. Ale Maciek i bez tego czuł, że od kiedy mama Małgosi zauważyła, że ich znajomość staje się poważna, przestała go akceptować. Niby nic konkretnego nie mogła mu zarzucić, ale to, co widziała kilka tygodni temu, zaniepokoiło ją.

* * *

Zaczęło się też od telefonu. Też dzwonił Maciek i też odebrała mama. Słuchawkę podała Małgosi z wyraźną niechęcią. Małgosia nie rozumiała tej rezerwy. Ale mama na wszelkie pytania "O co ci chodzi?" zawsze odpowiadała, że o nic i że Małgosia jest przeczulona.

- Pójdziesz ze mną do Kaśki? - usłyszała wtedy głos Maćka w słuchawce.

- Do Kaśki? Czemu raptem... - zdziwiła się, ale Maciek nie dał jej dokończyć.

- Wiesz, że znam ją od dzieciństwa. Jeszcze z przedszkola. Jej mama zapytała, czy nie pomógłbym Kaśce przy komputerze. Dostała za dobre stopnie swój własny...

- Kaśka? Za dobre stopnie? - Małgosia nie potrafiła ukryć zdziwienia.

- Sam się zdziwiłem. To co? Idziesz?

- Pewnie.

- To spotkajmy się na rogu Saskiej i Walecznych za kwadrans.

- Dobra.

Kwadrans wystarczył Małgosi, by zadzwonić do Kamili i powiedzieć, że Kaśka w nowej szkole ma same piątki.

- Szok! - skomentowała Kamila, gdy Małgosia skończyła relację. - A z czego te piątki?

- Tego to nie wiem, ale na pewno się dowiem.

- To zadzwoń, jak wrócisz.

Mama nie omieszkała okazać niezadowolenia, że Małgosia umówiła się z Maćkiem. Ale... nie mogła zaprotestować. Lekcje były odrobione, pokój sprzątnięty, śmieci wyniesione, a poza tym sobotnie październikowe przedpołudnie aż zachęcało do wyjścia z domu. Nawet gdyby wyjście miało się okazać jedynie spacerkiem do koleżanki.

Kiedy Małgosia przyszła w umówione miejsce, Maciek już czekał. Objął ją ramieniem i ruszyli w kierunku alei Waszyngtona. I właśnie to spotkanie obserwowała stojąca w oknie mama Małgosi.

- No to gratulacje! - powiedział Maciek, kiedy Kaśka zaprowadziła ich do swojego pokoju.

- No wiesz... wreszcie mnie ktoś docenił - odparła Kaśka i podeszła do stojącego na stoliku komputera. - Chciałabym, żebyś mi wszystko poustawiał.

- Wszystko to znaczy co? - spytał Maciek i włączył komputer. Przez chwilę sprawdzał parametry. "Kurczę, najnowszy sprzęt... - pomyślał. - A ona się i tak na tym nie zna...".

- No na przykład pocztę...

- Chcesz odbierać przez Outlooka?

- No przez komputer.

- Kaśka! Litości! Domyślam się, że nie przez gołębia czy sowę. Pytam się, czy chcesz, bym skonfigurował ci skrzynkę pocztową w programie pocztowym, czy chcesz czytać listy przez stronę www.

- Aaaa... - Kaśka się nadąsała. - To trzeba tak było od razu mówić. Przez program.

- A konto masz?

- Konto?

- No e-mail?

- Przecież jeszcze na zajęciach z informatyki mieliśmy...

- Aha.

Małgosia rozglądała się po pokoju koleżanki. Wiele się w nim zmieniło od czasu, gdy była tu po raz ostatni. Podczas pamiętnych ferii zimowych, kiedy ta snuła te swoje straszne intrygi. Na centralnym miejscu, które kiedyś zajmowała toaletka z kosmetykami, stał teraz komputer. Małgosia miała jednak nieodparte wrażenie, że gdyby tylko była taka możliwość, to sprzęt Kaśki byłby modelem pachnącym i obitym różowym futerkiem.

- Zmieniło się u ciebie - odezwała się Małgosia.

Kaśka nie podjęła tematu. Udając zajętą przeglądaniem notatek, położyła na biurku kartkówkę z polskiego, na której widniała piątka.

Małgosia zerknęła od niechcenia.

"Jakie znasz tragedie antyczne? Podaj tytuły i autorów" - brzmiało jedyne pytanie. Kaśka dostała piątkę, mimo że, ku zdumieniu Małgosi, wymieniła Szekspira. "Pewnie dlatego nie ma szóstki - pomyślała Małgosia. - Nietrudno tam dostać piątkę. Łocha nigdy by nie zrobiła takiej prostej kartkówki".

Powszechnie było wiadomo, że liceum, do którego przyjęto Kaśkę, uchodziło za jedno ze słabszych w mieście. Małgosia litościwie udawała więc, że nie widzi kompromitującej kartkówki i w ogóle nie podjęła tematu szkoły. Jednak Kaśka sama z siebie zaczęła opowiadać, że koleżanek tam jak na lekarstwo, bo raczej są same głupie, że chłopcy są dziecinni... Że warci zainteresowania są starsi...

- Zresztą jacy mają być chłopcy w naszym wieku... - westchnęła, wydymając pogardliwie wargi. - Nie znają się na niczym...

- Hm - chrząknął Maciek znacząco i oderwawszy się na chwilę od komputera, spojrzał rozbawiony na Kaśkę, ale dziewczyna nie zrozumiała aluzji. - Co byś jeszcze chciała? - spytał po chwili.

- Żebyś mi zainstalował Gadu-Gadu i podał linki do jakichś fajnych stron.

- Fajnych stron? To znaczy jakich?

- No takich, na których jest coś ciekawego.

- Rany! Dla każdego co innego jest ciekawe. Myślisz, że na odległość czuję, co ciebie interesuje? - odparł i zorientowawszy się, że powiedział do rymu, zachichotał.

- No, coś dla kobiet...

- To www.kobiety.pl, tam znajdziesz wszystko... - powiedział już trochę zirytowany. Pomógł jednak jeszcze założyć Kaśce bloga, wytłumaczył, dlaczego najlepsze hasła składają się z cyfr i liter, aż wreszcie złapawszy Małgosię za rękę, zawołał: - Lecimy! Małgocha! Mam superpomysł... tylko wpadniemy do mnie po aparat.

Pomysłem był... spacer nad Wisłę. O tej porze roku nad rzeką stali jeszcze wędkarze, za to z rzadka przepływały kajaki czy motorówki. Jesienne słońce odbijało się w wartkim nurcie rzeki.

- Wiesz, Kaśka chyba dostała tę piątkę na zachętę - powiedziała Małgosia, kiedy szli wąską ścieżką w kierunku opuszczonej o tej porze roku plaży. - Widziałam tę kartkówkę. Jakieś kompletne dno.

- Daj spokój. Nie masz o czym gadać? Przecież to idiotka. Sama słyszałaś, jak nazwała swojego bloga.

- Nie... - odparła Małgosia.

- Piękna Kasia. - Maciek się zaśmiał i pociągnął Małgosię za rękę w kierunku zagajnika. Chciał pokazać jej swoje najfajniejsze kryjówki. Te, w których w dzieciństwie chował się przed Tomkiem. No i zrobić parę zdjęć. W końcu po to wziął z domu aparat. - Nie gadajmy już o Kaśce, dobra? - powiedział i przyłożył aparat do oka.

- Stań pod tym drzewem!

- Maciek! Przestań! Ja fatalnie wychodzę.

- Nie pomyślałaś, że ktoś może mieć na ten temat zupełnie inne zdanie? - odparł Maciek i szykował się do kolejnego zdjęcia, ale w tym momencie zadzwoniła komórka Małgosi. Mama wzywała na obiad.

- Szkoda, że nie możesz zjeść u nas - powiedział Maciek ze smutkiem w głosie. - Mama obiecała dzisiaj rosół.

- Wiesz, jaka jest moja mama... - westchnęła Małgosia.

- A ojciec?

- Ostatnio prawie wcale nie ma czasu. Ciągle pracuje, choć niewiele z tego ma. A mama i tak robi mu wyrzuty, że mężowie koleżanek zarabiają więcej...

Znad Wisły nie mieli daleko. Biegli, trzymając się za ręce, i tylko aparat Maćka śmiesznie dyndał mu na szyi. Zatrzymali się dopiero przed domem Małgosi. Stanęli naprzeciwko siebie, dotykając się czołami.

- Spotkamy się dziś jeszcze?

- Nie wiem... - Małgosia westchnęła ciężko. Nie przyznałaby się Maćkowi, jakim tonem mówiła o nim jej mama.

Nie spodziewała się jednak, że za chwilę czeka ją prawdziwa awantura. Mama stała właśnie w oknie i obserwowała scenę pożegnania, mocno marszcząc czoło, co miało oznaczać najwyższe niezadowolenie. Dlatego tuż po przekroczeniu progu Małgosia wysłuchała całej litanii o tym, że ma jeszcze czas na chłopaków, że ma się skupić na nauce i że chłopcom tylko jedno w głowie...

* * *

To zdarzyło się kilka tygodni temu. Małgosia do tej pory nie opowiedziała Maćkowi o tej rozmowie. Dlatego teraz, słuchając złośliwości mamy pod adresem Maćka, miała wyrzuty sumienia.

"Może powinnam ukrywać tę znajomość?" - pomyślała nie po raz pierwszy i wyciągnęła rękę po słuchawkę.

- Mamo, przestań! Jak dzwonią twoi znajomi i mylą mnie z tobą, to ja się tak nie zachowuję - mruknęła, przykładając słuchawkę do ucha. - Hej - rzuciła wesoło do Maćka, a mama usłyszawszy, jak bardzo córce zmienił się głos, odwróciła się i ruszyła w stronę kuchni. - Jak to zniknęła? - spytała Małgosia, słuchając relacji Maćka.

Okazało się, że Kaśka wyszła wczoraj z domu - rzekomo do Maćka w sprawie komputera - i... nie wróciła na noc. Jej mama już wczoraj zaalarmowała policję.

- Twierdziła, że wszystkiemu winien ten komputer - mówił Maciek. - Ale policjanci w ogóle nie przyszli obejrzeć, co Kaśka ma na dysku. Ojciec Kaśki próbował, ale ona sobie pozakładała jakieś hasła.

- I co? - spytała Małgosia.

- Nic. Ja poszedłem dziś rano. Znalazłem to hasło, bo to jest przecież taka idiotka, że szok. Na komputerze przykleiła sobie karteczkę z napisem "kasia15". Ten jej tata musiał być mocno zakręcony, że tego nie skojarzył.

- I co? - Małgosia zaczynała się wyraźnie niecierpliwić.

- Nic. Najpierw znalazłem jej bloga, bo wiesz... pamiętałem, jak go jej zakładałem. I wiesz, co tam było? Ona poznała przez internet jakiegoś faceta i umówiła się z nim właśnie na wczoraj. Znalazłem jej korespondencję z nim. Żenada, co ten facet wypisywał i na co ona dała się złapać. Rodzice są załamani. Boże, jaka ta Kaśka jest głupia. Od trzech tygodni ma komputer, poznaje gościa przez sieć i od razu lezie na spotkanie z nim. Tylko ty nikomu nie mów.

- Nie powiem.

- Nawet Kamili, dobra?

- No dobra! - odparła Małgosia, choć perspektywa trzymania tajemnicy tylko dla siebie nie bardzo jej odpowiadała.

- Wiesz co... - Głos Maćka załamał się trochę. - Ja jestem tym strasznie zdenerwowany. Znam ją od przedszkola. Nie lubię jej, ale teraz... jakoś... no po prostu się zdenerwowałem. Gdybyś ty czytała te głupie listy... Boże! Opowiem ci przy okazji. Teraz muszę kończyć, bo mama mnie woła.

- Wreszcie skończyłaś te romanse - rzuciła mama Małgosi, wchodząc ponownie do pokoju.

- Weź, mamo, daj spokój - odpowiedziała Małgosia takim tonem, że aż sama się zdziwiła.

- Jak ty do się do mnie odzywasz...?

- Mamo! Daj spokój! Ty nic nie rozumiesz.

- Czego nie rozumiem? Czego niby nie rozumiem? To ty, zdaje się, nie rozumiesz, że panienka w twoim wieku ma jeszcze czas na chłopców i...

Ale Małgosia nie pozwoliła mamie dokończyć. Zapominając, że obiecała Maćkowi dyskrecję, wypaliła:

- Kaśka zniknęła. A ja też pewnego dnia zniknę, jak nie przestaniesz się wtrącać. Nie mam pięciu lat! Nie zauważyłaś tego?!

Ostatnim słowom towarzyszyło mocne trzaśnięcie drzwiami. Małgosia odpaliła internet. Wszystko po to, by przeczytać bloga Kaśki, no i napisać parę słów do Stanów. Oczywiście do Pawła, który kilka dni temu jak gdyby nigdy nic napisał do niej maila, a ona jak gdyby nigdy nic odpowiedziała mu. On w końcu i tak nie zna Kaśki. Jemu można powiedzieć, co się stało.

ZAMIANA

- Jak w szkole? - spytała Kinga, stając w progu pokoju Michała.

Od rozpoczęcia roku szkolnego widzieli się zaledwie parę razy. To przeważnie Kinga nie miała czasu. Ciągle się uczyła, czytała jakieś książki i jeździła do bibliotek. Ale ostatnio kilka razy zdarzyło się tak, że czasu nie miał Michał. Załatwiał jakieś tajemnicze sprawy dla swojej mamy i nie chciał Kindze powiedzieć jakie. Wymawiał się tym, że nie chce zapeszyć.

Dziś był piątek. Michał zadzwonił do niej, żeby przyszła. Że czeka z niespodzianką. Wejścia Kingi nie usłyszał. Najwyraźniej jak zwykle zapukała cicho do drzwi i mama ją wpuściła. Teraz stała w progu i patrzyła na Michała badawczo.

- Pytasz jak mama. Normalnie - odparł i zrobił krok w jej kierunku, by się przywitać, ale Kinga wyminęła go i odwracając wzrok, siadła w fotelu.

- A Kamila jak? - spytała z naciskiem.

- No nie... weź, daj spokój. Myślałem, że już ci przeszło.

- Tak tylko spytałam.

- Kamila dobrze. Zresztą nie wiem. Ją musisz o to spytać.

Zapadła cisza. Kinga wydawała się Michałowi jakaś dziwna. Spoglądał na nią i nic nie rozumiał. Przyszła ze spiętymi włosami, choć wiedziała, że on wolał rozpuszczone. Nie patrzyła na niego. "Ma kogoś?" - przemknęło mu przez głowę, ale potem odpędził tę myśl jak natrętną muchę. Gdyby miała, nie pytałaby o Kamilę. To musi być coś innego.

- Zrobię herbaty - powiedział. - Mam dla ciebie bombę! - dorzucił, znikając za drzwiami pokoju.

Po chwili wrócił z tacą, na której dzwoniły kubki z herbatą i sokiem malinowym. Taką, jaką Kinga lubiła najbardziej. Odstawił tacę i podszedł do dziewczyny. Pociągnął ją za kosmyk włosów i się uśmiechnął, ale ona nie odwzajemniła uśmiechu. Powolutku, delikatnie zdjął gumkę z warkocza i zaczął rozpuszczać splot. Kinga się nie odwracała. Pewnie dlatego nie zauważył, że na końcach rzęs błyszczą jej łzy.

- Kinguś. Muszę ci coś opowiedzieć - zaczął, ale Kinga przerwała mu stanowczym tonem.

- To ja muszę ci coś powiedzieć - zaczęła, nabierając powietrza.

- Poczekaj! - Michał położył jej palec na ustach i nachylił się, by ją pocałować, ale Kinga się odsunęła.

- Co ci się stało? - spytał zdezorientowany.

- Nie możemy się więcej spotykać - rzuciła Kinga jednym tchem. - Przyszłam, żeby ci to osobiście powiedzieć. Możesz sobie wzdychać jak kiedyś do Kamili...

- Słuchaj, o co ci chodzi? Dobrze wiesz, że mam głęboko w dupie Kamilę. Co się dzieje? Mów mi zaraz. - Michał podniósł głos i szarpnął Kingę za ramię.

Włosy uwolnione z warkocza rozsypały się wokół twarzy. Znowu wyglądała tak ślicznie, jak tylko on ją widywał. Miał wielką ochotę ją pocałować, ale coś w spojrzeniu Kingi go powstrzymało. Puścił jej ramię.

- Męczy mnie to. Nie rozumiesz? - wyszeptała i zaczęła zaplatać z powrotem warkocz. - Nie mogę tego tak ciągnąć.

- Czego?

- Tego, że widujemy się tak rzadko...

- Rany! No nie miałem wcześniej czasu! Musiałem coś załatwić. Teraz chcę ci powiedzieć co. To wielki dzień!

- Ciesz się. Ja tylko chciałam powiedzieć, że to koniec.

- Dlaczego? Kinguś, dlaczego?

- Przestań z tym swoim "Kinguś". Nie chcę tego słuchać.

- Zmieniłaś się. Co się stało?

- Nie możemy razem odrabiać lekcji. Nie możemy razem wracać ze szkoły...

- No przecież ustaliliśmy...

- Ale ja tak nie chcę.

- Kinga. Ja się nie przeniosę do szkoły, do której jedzie się czterdzieści minut z przesiadką. Ja mam chorą mamę i ty powinnaś to zrozumieć.

- A ja chcę być w życiu kimś. I ty to też powinieneś zrozumieć.

- A ja? Czy ja twoim zdaniem chcę być nikim?

Kinga milczała. Kończyła zaplatać warkocz. Michał podał jej gumkę do włosów. Odechciało mu się opowiadać swoją sensację. Kinga, która stała przed nim, zdawała mu się obcą osobą.

- Co to za bomba? - spytała Kinga.

- Nieważne - odparł cicho Michał i odwrócił się do niej plecami. - Idź już.

- Michał... nie gniewaj się. Przecież widzisz, że to nie ma sensu. Od początku roku widzieliśmy się trzy razy...

- Idź już! - powiedział głośniej. - Nie chcę cię więcej widzieć.

Jak długo stał przy oknie? Tego nie wiedział, ale kiedy odwrócił się w stronę pokoju i podszedł do stolika, na którym postawił kubki, herbata była już zimna. Jednym haustem wypił obie i położył się na łóżku. "Kto zrozumie kobietę, zrozumie wszystko" - przypomniał sobie zasłyszaną gdzieś maksymę.

Michał nigdy nie miał przyjaciela. Zawsze stojący z boku klasowego życia, teraz szczególnie dotkliwie poczuł swoją samotność. Nie było z kim o tym pogadać. Nie było z kim napić się piwa lub zapalić zakazanego papierosa.

Rzucił okiem na regał. Pomiędzy książkami leżała jego niespodzianka dla Kingi. Bilety na Osadę. A wszystko dlatego, że udało się znaleźć dla mamy zajęcie. Tłumaczenie z angielskiego na polski "romansów dla kucharek" - jak to nazywała mama. Mało ambitna praca, ale... zawsze są z tego jakieś pieniądze. Całe ostatnie dwa tygodnie jeździł i woził tłumaczenia do wydawnictwa, w którym jakiś facet miał je zaakceptować. Mama wciąż nie chciała ruszać się z domu. W wydawnictwie tłumaczył, jaką mama przeszła operację, że na razie on jest jej głosem. I kiedy dziś dostał od mamy pięć dych dla siebie, postanowił uczcić to z Kingą w kinie.

Zamknął oczy. Tak dawno nigdzie razem się nie wybrali. Cały dzień w szkole wyobrażał sobie tę chwilę, jak Kinga w czasie filmu z przerażenia złapie go za rękę. To, że rzadko się widywali, nie przeszkadzało mu. Ważne, że Kinga była. Gdzieś tam pochylona nad książkami w kolejnej bibliotece, zakuwająca nową porcję słówek czy tę swoją ulubioną geografię. A teraz?

Nagle poczuł, że ktoś siada obok. Otworzył oczy. Mama. Spojrzał na jej wargi. Układały się w słowa: "Nie martw się, synku".

A więc słyszała... Niedobrze, ma przecież swoje problemy. Te, które miał on, nie powinny jej zaprzątać głowy.

- Nie martwię się - odparł i nagle wpadł na pomysł. - Idę do kina - powiedział i chwyciwszy leżące na regale bilety, wypadł z domu.

* * *

Saska Kępa, choć miała wiele zalet, miała też jedną wadę. Zdaniem Wojtka, ale też i Czarnego Michała dość poważną. Nie posiadała kina. Kiedyś dawno działało tu kino Sawa. Michał pamiętał, że jako dziecko był tu z mamą na jakimś filmie dla dzieci. Ale od kilku lat w miejscu dawnej Sawy stał blok, w którym mieszkał Wojtek.

Do najbliższego kina musiał jechać na Ostrobramską albo do centrum. Michał wolał centrum i kino Atlantic. Zwłaszcza że miał kartę rabatową, dzięki której kupował taniej bilety. Wskoczył więc do tramwaju, by dostać się na Chmielną.

O tej porze w centrum było sporo ludzi. Michał najpierw myślał, żeby oddać bilety, potem, żeby oddać jeden i mimo wszystko samemu obejrzeć ten film. W końcu to Shyamalan. Szósty zmysł bardzo mu się podobał. "Ciekawe, czy Wojtek już widział?" - pomyślał i jakby w odpowiedzi na horyzoncie pojawiły się sylwetki znajomej pary. Wojtek i Kamila powoli szli Chmielną w stronę Atlanticu. Najwyraźniej do centrum przyjechali autobusem. Odwrócił się do nich tyłem. Nie chciał, by go poznali. Nie chciał z nimi rozmawiać. Nie chciał pytań o Kingę. Gdyby był tu teraz z kimkolwiek... Mógłby powiedzieć, że jest zajęty, że nie może z nimi gadać.

Po dobrej chwili Kamila z Wojtkiem minęli go i weszli do kina. Spojrzał za nimi. I wtedy wzrok jego przykuła sylwetka dziewczyny. Stała samotnie przed drzwiami kina i jakby wahała się - wejść czy nie. Michał znał ją z widzenia ze szkoły. Chodziła do równoległej klasy. Miała krótko ostrzyżone włosy i rząd kolczyków w uchu. Na nogach glany, wąskie spodnie i przewieszoną przez ramię szmacianą torbę. W ręku trzymała komórkę. Nie zastanawiał się dłużej. Podszedł do dziewczyny i powiedział:

- Cześć. Mam wolny bilet na Osadę...

- Za ile? - spytała.

- Za darmo. Po prostu ktoś nie przyszedł. Ma się zmarnować?

- Aha.

- To idziesz? - spytał niecierpliwie.

Przez szybę widział, że Kamila z Wojtkiem zbliżają się do kasy.

Dziewczyna zmierzyła Michała badawczym spojrzeniem.

- Czemu mi się tak przyglądasz?

- Nic. Znam cię ze szkoły i tak się zastanawiam, z jakiego powodu ktoś wystawił do wiatru takiego przystojniaka...

- Nie twój zasrany interes...

- Ale jesteś miły...

Michał wzruszył ramionami. Właśnie przez szybę jego wzrok napotkał spojrzenie Kamili. Stała przytulona do Wojtka, na widok Michała zamachała ręką. Z ponurą miną skinął jej głową. Stojąca przed nim dziewczyna odwróciła się.

- To ona?

- Nie. Nie ona - burknął Michał i pchnął drzwi do kina.

Dziewczyna ruszyła za nim.

- Idę z tobą - powiedziała. - Zaproszenie jeszcze aktualne?

Ale Michał nie odpowiedział, tylko przepuściwszy ją w drzwiach, skinął głową.

- Chcesz popcorn? - spytała, kiedy znaleźli się w poczekalni. Wzruszył ramionami. - Ty kupiłeś bilety, to ja... A jak ty właściwie masz na imię?

- Michał. Czy mogłabyś mówić trochę ciszej?

- Klaudia.

- Co?

- Nic. Mówię, że mam na imię Klaudia. W sumie też nie mam humoru. Umówiłam się z dziewczynami, ale przysłały esemesa, że nie przyjdą. A ty?

- Nie chce mi się gadać. To kupujesz ten popcorn czy nie?

- Dziwny jesteś - skomentowała Klaudia i zamówiła największy zestaw z popcornem.

W milczeniu weszli na salę.

Z początku Michał w ogóle nie mógł się skupić na filmie. Myślał na przemian o Kindze i o tym, że gdzieś za jego plecami w kinowej sali siedzi Kamila z Wojtkiem i jak nie dziś to jutro zacznie pytać o Kingę. Albo i do niej zadzwoni. Może powie, że widziała go tu z Klaudią. To akurat nie byłoby takie złe. Może by się Kinga zreflektowała? Może by... Ale tak naprawdę Michał nie wiedział, jak Kinga miałaby się zachować, by jej wybaczył. Odeszła, choć nic złego nie zrobił. Odeszła z egoizmu. Bo coś okazało się niezgodnie z jej planem. Bo było dla niej za trudne. Spojrzał na Klaudię. "Buntowniczka" - pomyślał, analizując jej wygląd. Jakże inna od Kingi.

- Chcesz? - Klaudia podsunęła pudełko z popcornem.

Machinalnie wziął garść.