Rozdział 2
Elizabeth Taylor od zawsze miała dar, jakim była umiejętność przetrwania, a jednocześnie wykazywała skłonność do dramatyzowania. We własnej książce, zatytułowanej Elizabeth Taylor: An Informal Memoir, z 1965 roku, aktorka opisuje pokrótce swoje młodzieńcze lata, oświadczając z pewną dozą humoru, że jej "najwcześniejszym wspomnieniem jest ból". Mowa o wydarzeniu, do którego doszło w domu w Heathwood, w londyńskiej dzielnicy Hampstead, gdzie dwudziestego siódmego lutego 1932 roku o godzinie drugiej w nocy przy asyście dr. Charlesa Huggenhei ma na świat przyszła Elizabeth Rosemond Taylor. To właśnie tam, raczkując w pieluchach w pobliżu elektrycznego piecyka, przyszła gwiazda filmowa dotknęła ręką jednej z grzałek, co poskutkowało dotkliwym poparzeniem palca. Wkrótce po tym bolesnym doświadczeniu nastąpiło kolejne - tym razem Elizabeth po raz pierwszy zetknęła się ze śmiercią, o czym pisze w tej samej książce: "Pamiętam też - musiałam być wtedy bardzo mała - to potworne uczucie, jakie towarzyszyło mi, kiedy zobaczyłam ciało dopiero co wyklutego martwego ptaka. Leżało przy jakichś schodach, różowe, nagie, pozbawione piór".
Mimo wszystko zaraz po tych mrocznych wyznaniach Elizabeth stwierdza, i to całkiem poważnie, że miała "najbardziej idylliczne dzieciństwo w całej Anglii".
Wygląda jednak na to, że w jej rodzinie od samego początku wszystko szło nie tak. Sara Taylor, matka Elizabeth, w artykule opublikowanym na łamach "Ladies Home Journal" w 1954 roku opisała swoją reakcję na widok nowo narodzonej, ważącej trzy kilogramy i osiemset gramów córki:
"Gdy wręczono mi ten cenny pakunek, serce niemal we mnie zamarło. Owinięte w kaszmirowy szal niemowlę było najdziwaczniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek widziałam! Miało długie czarne włosy i guzikowaty nos, jego uszy były pokryte grubym czarnym meszkiem i mocno przylegały do głowy, a maleńka twarz była tak bardzo ściągnięta, że niemożliwym wydawało się, by kiedykolwiek mogła się otworzyć".
Osobliwy wygląd noworodka zbił z tropu lekarzy i zaniepokoił matkę. Do tych fizycznych niedociągnięć doszedł jeszcze jeden problem. Otóż dźwięki, jakie wydawała z siebie mała Elizabeth w pierwszym roku życia, ograniczały się do bulgotania i prychania. "Przez chwilę wyglądało na to, że będzie potrzebowała protezy szczęki" - pisała Sara, przekonana, że córce nigdy nie wyrosną zęby mleczne.
"Jako młoda kobieta Sara występowała na scenie i miała skłonność do przesady. Lubowała się też w planowaniu egzystencji członków swojej rodziny, zwłaszcza Elizabeth, której życiem żyła, odkąd córka stała się gwiazdą Hollywood".
Sara Viola Warmbrodt urodziła się dwudziestego pierwszego sierpnia 1896 roku. Ta szczupła, filigranowa brunetka z ładną buzią i ujmującą osobowością, określana przez przyjaciół mianem "szalenie ambitnej, inteligentnej, agresywnej jak diabli twardzielki", wyjechała ze swojego miasta rodzinnego, przemysłowego Arkansas City w stanie Kansas, gdy jej ojciec, wykształcony w Niemczech inżynier, otrzymał posadę kierownika pralni w Cherokee w Oklahomie. To właśnie tam, w niewielkim miasteczku na Środkowym Zachodzie, poznała pochodzącego ze Springfield w stanie Illinois Francisa Taylora, którego ojciec (prezbiterianin o szkocko-angielskich korzeniach) prowadził sklep wielobranżowy. Początkowo ojciec Sary nie pochwalał tej znajomości, ponieważ Francis, choć inteligentny i ambitny, był od niej młodszy o ponad rok, a co za tym idzie, chodził do niższej klasy (przyszedł na świat 18 grudnia 1897 roku).
Nona Smith, szkolna koleżanka Francisa, wspominała go jako "szalenie przystojnego. Wszystkie dziewczyny uważały, że jest niesamowity, ale on wydawał się w ogóle nie zwracać na to uwagi. Byliśmy wtedy naprawdę bardzo młodzi, lecz mimo to był pierwszym chłopakiem, który mi się spodobał. Wyglądał tak apetycznie, że miałam ochotę go schrupać".
Gdy skończył dziewiętnaście lat, kontynuowała Smith, "jego bogaty wujek przyjechał ze Wschodniego Wybrzeża, żeby zabrać go do Nowego Jorku, gdzie handlował sztuką". Rzeczony wujek, S. Howard Young, wraz z żoną, Mabel Rosemond (to po niej Elizabeth odziedziczyła drugie imię), zamieszkał w St. Louis, gdzie przekształcił niewielki rodzinny zakład fotograficzny w lukratywną firmę współpracującą z nowojorskimi i londyńskimi galeriami sztuki. Young, który nie doczekał się własnego potomstwa, traktował Francisa Taylora niemal jak syna. Pragnął, by w przyszłości jego młody podopieczny dołączył do biznesu i przejął kierownictwo nad filią w Londynie. Francis przez cztery lata zdobywał doświadczenie w handlu dziełami sztuki, po czym wrócił na krótko do Cherokee i Arkansas City.
W tym czasie Sara opuściła Środkowy Zachód i rozpoczęła własną karierę. Za namową matki, Elizabeth, która grała na skrzypcach i pianinie i zawsze wspierała artystyczne ambicje córki (i na której cześć ochrzczono jej wnuczkę), Sara postanowiła zostać aktorką, przyjmując pseudonim Sara Sothern. Na scenie zadebiutowała rolą Mary Margaret, biednej, kalekiej dziewczyny cudownie uleczonej w finałowej scenie czteroaktówki The Fool autorstwa Channinga Pollocka wystawionej przez zespół teatralny Edwarda Everetta Hortona w Los Angeles. W październiku 1922 roku sztuka trafiła na Broadway, gdzie grano ją dla wypełnionej po brzegi sali. Dwa lata później trupa opuściła Nowy Jork i ruszyła na podbój Londynu. Sara latami chwaliła się udziałem w tej produkcji, choć rola była tak mała, że jej nazwisko rzadko pojawiało się w obsadzie drukowanej w programach i na plakatach. I mimo że spektakl odniósł sukces zarówno artystyczny, jak i finansowy, wcale nie okazał się trampoliną dla potencjalnej kariery aktorskiej Sary.
Nie szło jej również na innym polu. Niedługo o premierze sztuki w Los Angeles wytwórnia filmowa Metro-Goldwyn-Mayer zaproponowała jej udział w zdjęciach próbnych. Niestety, podobnie jak w przypadku debiutu scenicznego, który nie przyniósł jej rozgłosu, zdjęcia również nie pomogły jej się przebić, w związku z czym w 1925 roku Sara wróciła do Nowego Jorku, zastanawiając się, co dalej ze sobą począć. Zagrała jeszcze jedną epizodyczną rolę w wystawionej na Broadwayu sztuce The Little Spitfire, ale krótko po premierze spektakl zdjęto z afisza i niemal trzydziestoletnia kobieta porzuciła marzenia o wielkiej karierze aktorskiej. Wyglądała na zrozpaczoną i całkowicie załamaną, gdy pewnego wieczoru wraz z koleżanką pojawiła się w nocnym klubie El Morocco na Manhattanie. To właśnie tam spotkała swojego dawnego znajomego Francisa Taylora, który przyszedł do klubu z wujkiem Howardem. Rok później była już jego żoną.
"Francis Taylor spodobał się Sarze z dwóch powodów" - wspomina Thelma Cazalet-Keir. "Po pierwsze, wyjątkowo dobrze się prezentował: był wysoki, szczupły, nosił okulary. Miał ciemne włosy, jasne niebieskie oczy i nosił szyte na miarę, najwyższej jakości trzyczęściowe angielskie garnitury. Wyglądał jak angielski dżentelmen i świetnie odgrywał tę rolę. Sprawiał wrażenie mężczyzny czarującego, wyrafinowanego i pewnego siebie, niczym nauczyciel akademicki prosto z Oksfordu.
W dodatku jego wuj Howard, choć czasami potrafił być nieznośnie wręcz nieprzyjemny w obyciu, był bardzo zamożnym człowiekiem. Bez przerwy mówił o konieczności otwierania nowych galerii sztuki albo o inwestowaniu w dzieła tych czy innych światowej klasy artystów. Posiadał nieruchomości na terenie całych Stanów Zjednoczonych (w tym w Nowym Jorku, Westport w Connecticut, Star Island na Florydzie, a także w kurorcie Minocqua w Wisconsin) i ewidentnie miał odpowiednie koneksje. Jednym z jego dobrych kumpli z młodości był nie kto inny jak Dwight David Eisenhower. Najwyraźniej Sarze nie umknął żaden z tych szczegółów".
Howard Young zaakceptował ich związek dopiero po tym, jak Sara zapewniła go, że definitywnie kończy z karierą aktorską. W prezencie ślubnym zafundował nowożeńcom miesiąc miodowy w Europie, a Francisowi zaproponował posadę swojego przedstawiciela handlowego na Starym Kontynencie. Przez kolejne trzy lata Taylorowie podróżowali po Europie malarskim szlakiem. Odwiedzali galerie i muzea, składali też wizyty prywatnym kolekcjonerom w Londynie, Paryżu, Berlinie, Wiedniu i Budapeszcie.
Kurt Stempler, znany niemiecki pisarz i kolekcjoner niemieckiej sztuki ekspresjonistycznej, poznał Taylorów w Berlinie. "Już podczas pierwszego spotkania uderzyło mnie, jak bardzo wydają się niedobrani. Bo choć pochodzili z podobnych środowisk, mieli zupełnie inne temperamenty. Na tle cichego, introwertycznego Francisa Sara sprawiała wrażenie osoby hałaśliwej, obcesowej i nachalnej. Jednocześnie tworzyli bardzo atrakcyjną parę, roztaczającą wokół siebie swoistą aurę amerykańskiego naiwnego uroku.
Dzielące ich różnice rzucały się w oczy zdecydowanie bardziej niż podobieństwa. Na pewnym etapie naszej znajomości stało się jasne, że ich życie seksualne nie należy do udanych. Któregoś wieczoru poszedłem z Francisem Taylorem na kolację, podczas której wyznał, że ma skłonności homoseksualne i że nie stroni od kontaktów z mężczyznami. Użył nawet określenia "fasada" w odniesieniu do swojego małżeństwa. Owszem, lubił Sarę, a nawet ją kochał, ale, jak sam stwierdził, pod względem seksualnym byli do siebie zupełnie niedopasowani.
"Jesteśmy małżeństwem od zaledwie kilku lat, a do zbliżenia dochodzi między nami raz na dwa, trzy miesiące" - przyznał, po czym dodał, że odkąd wzięli ślub, nawiązał intymne kontakty z trzema albo czterema mężczyznami. W pewnym monecie nasza relacja przerodziła się w romans, lecz nie trwał on zbyt długo, a po jego zakończeniu nadal utrzymywaliśmy przyjacielskie stosunki. Gdy po jakimś czasie odwiedziłem ich w Londynie, ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że Sara jest w ciąży i że postanowili założyć rodzinę".
Pomimo problemów natury osobistej Francis świetnie się sprawdzał na polu zawodowym. Przeprowadził wiele korzystnych transakcji na terenie Europy, za niewielkie pieniądze nabył prace cenionych malarzy i wysłał je wujowi Howardowi, który sprzedał je amerykańskim klientom za bajońskie sumy. W 1929 roku Howard Young zaproponował swojemu siostrzeńcowi objęcie posady menedżera galerii w Londynie przy Old Bond Street nr 35, w samym sercu angielskiego rynku sztuki.
Za pieniądze wypłacone z góry przez wuja Taylorowie kupili Heathwood, "dom swoich marzeń" (jak opisywała go Sara w liście do przyjaciółki) - przestronną willę z czerwonej cegły przy Wildwood Road nr 8. Wzniesiony w 1926 roku na szczycie wzgórza budynek, od frontu ozdobiony kaskadowym ogrodem różanym, a na tyłach uroczymi rabatami swobodnie rosnących wielobarwnych tulipanów, fiołków i lwich paszczy, znajdował się naprzeciwko Hampstead Heath, porośniętego drzewami terenu o powierzchni mniej więcej dziesięciu kilometrów kwadratowych, usianego licznymi parkami, boiskami i ścieżkami przeznaczonymi do jazdy konnej. Innymi słowy: Heathwood stanowił idealną, bajkową wręcz scenerię dla rodziny wychowującej dzieci.
Rezydencja składająca się z sześciu sypialni, trzech łazienek, dwóch salonów, wielkiej kuchni oraz pokoi dla służby z czasem zyskała miano "domu Elizabeth Taylor". Brat Elizabeth, który po ojcu odziedziczył niezwykle atrakcyjny wygląd, a po zamożnym wuju ojca imię, przyszedł na świat w 1929 roku, dwa lata wcześniej niż siostra. Jego narodziny były dla Sary znacznie mniej traumatycznym przeżyciem niż wydanie na świat córki. Ponoć jeden z lekarzy, mając na uwadze, jak bardzo fizycznie wycieńczył ją pierwszy poród, ostrzegł ją przed kolejnym - i związanymi z nim zagrożeniami - jednak Sara tak bardzo chciała mieć córkę, że zdołała przekonać męża, by ponownie spróbowali szczęścia. Wraz z narodzinami Elizabeth jej marzenie się spełniło.
Jako dziecko dwojga Amerykanów mieszkających na stałe w Wielkiej Brytanii Elizabeth miała podwójne obywatelstwo, co w okresie jej wczesnego dzieciństwa idealnie korespondowało z odbieranym przez nią wychowaniem opartym w równej mierze na jej amerykańskich korzeniach i brytyjskim otoczeniu. Ernest Lowy, wiedeński handlarz dziełami sztuki, a także przyjaciel rodziny, który w połowie lat trzydziestych również mieszkał w Londynie, uważał Francisa Taylora za anglofila. "Natomiast z Sary, która również próbowała odgrywać rolę miłośniczki Anglii, wychodziła stuprocentowa Amerykanka. Zasadniczo można powiedzieć, że była snobką za wszelką cenę pragnącą obracać się w kręgach brytyjskich elit. Usiłowała nawet naśladować brytyjski akcent, by wydawać się bardziej obytą.
Chociaż Taylorowie mieli dwójkę dzieci, nie odnosiłem wrażenia, że są szczęśliwym małżeństwem. Ciągle się kłócili. Do tego Francis miał problem z alkoholem: zdecydowanie go nadużywał. Jego alkoholizm stanowił główne źródło konfliktów między nim a żoną.
Jeśli chodzi o samą Elizabeth, początkowo rozwijała się dość wolno. Gdy rodzice pojechali na Florydę w odwiedziny do Howarda Younga, ich piętnastomiesięczna córka wciąż raczkowała. W końcu jednak zaczęła dreptać i Taylorowie poczuli, jakby do ich domu wtargnął powiew świeżego powietrza. Od samego początku mała odznaczała się sporą dozą niezależności: często zapuszczała się w pojedynkę do najdalszych zakątków domu albo ogrodu. Pamiętam ją jako dwulatkę: była pulchną dziewczynką z bardzo dużą głową. Ale już wtedy miała te swoje głębokie, ciemne fiołkowe oczy przesłonięte chyba najdłuższymi, najgęstszymi i najczarniejszymi rzęsami, jakie kiedykolwiek widziałem. Jej twarz okalały ciemne, wpadające do oczu loki, przez co wydawała się znacznie starsza. Nawet we wczesnym dzieciństwie Elizabeth wyglądała wyjątkowo dojrzale jak na swój wiek.
Fizycznie natomiast zmagała się z jedną poważną dolegliwością. Cierpiała na hipertrichozę, chorobę gruczołową objawiającą się nadmiernym owłosieniem ciała. Ręce, ramiona i plecy miała pokryte gęstym meszkiem przypominającym futro. W okresie niemowlęctwa wyglądała wręcz jak mała małpka. I choć lekarze zapewniali matkę, że to jej samo przejdzie, Elizabeth borykała się z tym problemem przez wiele lat".
Lady Diana Cooper, nestorka brytyjskiej socjety, kilkakrotnie miała okazję spotkać Taylorów w Londynie i podobnie jak wszyscy wyczuwała między nimi napięcie. "Sara Taylor starała się zadawać wyłącznie z przedstawicielami klasy wyższej, podczas gdy Francis wolał towarzystwo lokalnych artystów i członków bohemy, takich jak Laura Knight i Augustus John. Właściwie to dzięki niemu Ameryka poznała twórczość tego ostatniego.
A dokładnie wyglądało to tak: pewnego dnia Francis odwiedził malarza w jego atelier w Chelsea, gdzie w koszu na śmieciu dostrzegł kilka portretów i pejzaży. Przyjrzał się im uważniej, uznał, że są niezłe, i spytał, czy może je kupić.
- Nie są na sprzedaż - odpowiedział artysta. - Zupełnie mi nie wyszły.
- Czy wobec tego mógłbym je sobie wziąć? - spytał Taylor.
- Proszę bardzo! - odparł Augustus.
Francis zabrał płótna i przekazał je wujowi, który od razu znalazł na nie kupców w Ameryce. I tak Howard Young i jego siostrzeniec zostali jedynymi agentami malarza w Stanach Zjednoczonych"*.
Francis Taylor zaprzyjaźnił się również z Victorem Cazaletem. Panowie tak bardzo przypadli sobie do gustu, że Victor stał się częstym kompanem Taylorów podczas ich wycieczek po Anglii. Zamożny, nieposiadający ani żony, ani dzieci polityk bez przerwy obdarowywał rodzinę drogimi prezentami - w 1935 roku dostali od niego lśniącego czerwonego buicka prosto z salonu. Victor został również ojcem chrzestnym Elizabeth. Traktując tę rolę nader poważnie, na piąte urodziny podarował jej Betty, kuca rasy New Forest, z którego spadła podczas pierwszej przejażdżki. Jednak pod czujnym okiem brata Victora, Petera Cazaleta, który był trenerem koni wyścigowych na dworze królewskim, Elizabeth nauczyła się jeździć konno.
Victor był również duchowym przewodnikiem Sary. Jako gorliwy członek Stowarzyszenia Chrześcijańskiej Nauki cierpliwie zapoznawał ją z naukami tego ruchu religijnego i często zabierał ją na spotkania miejscowej wspólnoty wiernych, w której działał nie tylko jako jeden z głównych założycieli, ale i jako świecki kaznodzieja. Sara z dnia na dzień zmieniła wyznanie i regularnie zaczęła przekazywać darowizny duchowym przywódcom wspólnoty.
Jednym z przykładów potwierdzających jego wpływ na rodzinę Taylorów było zachowanie Victora podczas choroby trzyletniej Elizabeth. Ropnie, które pojawiły się w obu jej przewodach słuchowych, wymagały wielokrotnego nacinania, co było zabiegiem tak bardzo bolesnym, że dziewczynka spała na siedząco ze strachu przed zbyt mocnym naciskiem na jedno albo drugie ucho. Sara Taylor, świadoma cierpienia córki, spędzała całe noce przy jej łóżku. W swoich wspomnieniach pisała o tym, jak Elizabeth próbowała ją przekonać do odpoczynku, aż wreszcie poprosiła matkę wprost: "Mamo, wezwij Victora, żeby przy mnie posiedział". Tamtego wieczoru Cazalet pokonał niemal sto pięćdziesiąt kilometrów w gęstej mgle, by dotrzeć do domu przyjaciół.
"Victor usiadł na łóżku, wziął Elizabeth w ramiona i zaczął opowiadać jej o Bogu" - pisała Sara. "Utkwiła w jego twarzy spojrzenie swoich wielkich, ciemnych oczu i chłonęła każde słowo, zgadzając się ze wszystkim, co mówił. Sypialnię wypełniła niezwykła aura spokoju. Przyłożyłam głowę do poduszki i po raz pierwszy od trzech tygodni zasnęłam. Gdy się obudziłam, Elizabeth leżała pogrążona we śnie. Gorączka wreszcie spadła".
Choć ów incydent niewątpliwie został podkoloryzowany przez Sarę, która często dawała się ponieść bujnej wyobraźni, wydarzenia tamtej nocy wyraźnie ukazują skalę wpływu Victora Cazaleta na rodzinę Taylorów. Poza tym miał on wielu znajomych wśród brytyjskich elit i często wydawał przyjęcia, na których Francis i Sara mogli się obracać w towarzystwie takich osobistości jak Winston Churchill, sir Anthony Eden czy Henry "Chips" Channon III.
"Każdy, kto się liczył, pojawiał się na rautach u Victora Cazaleta" - wspomina Diana Cooper. "Co wcale nie znaczy, że Teenie należał do grona osób szczególnie podziwianych. Po prostu znał wielu interesujących ludzi i lubił wydawać przyjęcia. Krótko mówiąc, Victor był dandysem i częstym bywalcem londyńskich klubów dżentelmenów".
Z kolei Thelmie Cazalet-Keir zapadły w pamięć "ciepłe uczucia", jakie jej brat żywił do Elizabeth Taylor. "Mała Elizabeth miała zestaw drewnianych literek, na których uczyła się alfabetu. Victor godzinami układał z nią różne wyrazy. A potem jej czytał. Ulubioną książką Elizabeth był Tajemniczy ogród Frances Hodgson Burnett - ciągle domagała się, żeby czytał jej na głos tę właśnie powieść.
Nawet jako dziecko nie uznawała półśrodków. Na swoim drewnianym koniku bujała się z takim zapamiętaniem, że w końcu się połamał. Kiedy rysowała kredkami, nigdy nie ograniczała się do jednego obrazka, tylko tworzyła kilkanaście naraz. Jej charakterystyczny upór i konsekwentne stawianie na swoim sprawiały, że uchodziła za dziewczynkę silną, zdeterminowaną, inteligentną i bardzo elokwentną".
Sympatia Victora Cazaleta do chrześniaczki przynosiła korzyści całej rodzinie Taylorów. Kilka miesięcy po infekcji ucha zabrał ją na zorganizowaną w centrum Londynu paradę z okazji srebrnego jubileuszu króla Jerzego V. Niedługo potem zorganizował dla swoich przyjaciół wizytę na Downig Street 11, w ówczesnej rezydencji ministra skarbu, Neville'a Chemberlaina. Z kolei matka Vicora, Maud Cazalet zwana ciotką Molly, poprosiła małą Elizabeth, by ta w jej imieniu wręczyła w pałacu Buckingham prezent królowej Marii z okazji jej sześćdziesiątych dziewiątych urodzin. Na tym jednak nie koniec, gdyż Maud postarała się o to, by Taylorowie wraz z Elizabeth wzięli udział w Royal Ascot, czyli najważniejszych wyścigach konnych, podczas których obowiązywał wytworny strój: zgodnie z etykietą panowie zakładali cylindry i fraki, a panie eleganckie suknie. Na tę okazję dla siebie i dla córki Sara zamówiła u Mainbochera, amerykańskiego projektanta mody, dwie pasujące do siebie, błękitne koronkowe suknie.
Jak podkreśla Thelma Cazalet-Kier, "Elizabeth uwielbiała przepych i pompę, tak samo jak Sara. Mało tego, na pomysł posłania małej do słynnej akademii tańca Vacani School of Dance, która mieściła się na trzech ostatnich piętrach budynku przy Brompton Road obok Harrodsa, wcale nie wpadła matka, tylko jej czteroletnia córka. Elizabeth uparła się, żeby rodzice ją tam posłali, gdy dowiedziała się, że do tej samej szkoły chodzą również dwie małe księżniczki - Elżbieta, która później została królową, i jej siostra Małgorzata".
Betty Vacani, córka współzałożycielki szkoły, Pauline Vacani, poznała Elizabeth jako czterolatkę, a po latach, gdy Taylor zdobyła sławę, przypomniała sobie młodą uczennicę. Sama Elizabeth również wspominała swój pobyt w londyńskiej szkole tańca, jednak, jak podczas wywiadu stwierdziła Betty Vacani, "albo Elizabeth miała problemy z pamięcią, albo ludzie z MGM razem z jej matką celowo odmalowali całkowicie fałszywy obraz Vacani. Według obu pań Taylor Elizabeth uczestniczyła w zajęciach razem z członkiniami rodziny królewskiej. W rzeczy samej, nasza akademia wykształciła dwa pokolenia przedstawicieli rodziny królewskiej, w tym księżniczki Elżbietę i Małgorzatę, jednak żadna z nich nie uczęszczała na lekcje w budynku szkoły, ponieważ to my wysyłaliśmy nauczycieli do pałacu. Elizabeth Taylor chodziła na zajęcia razem z grupą liczącą od dziesięciorga do dwadzieściorga uczniów. Dzieci zapisywały się na dziesięć lekcji z góry, za każdą płacąc mniej więcej jednego funta [co jak na tamte czasy było dość pokaźną sumą].
Tak więc w naszej akademii Elizabeth nie miała żadnego kontaktu z rodziną królewską ani też nie uczęszczała na zajęcia baletowe. Nie uczyliśmy baletu czterolatków. Lekcje dla młodszych dzieci, które odbywały się raz w tygodniu, skupiały się na prostych ćwiczeniach ruchowych. Maluchy powtarzały podstawowe kroki, uczyły się stepować, a także przyswajały podstawy tańców towarzyskich, takich jak na przykład walc. Nieoficjalnie nazywaliśmy te zajęcia "pląsy, podrygi i polka"".
W pamiętnikach z 1963 roku Elizabeth opisuje pokaz tańca w wykonaniu uczniów Vacani, który odbył się w 1936 roku podczas imprezy charytatywnej na londyńskim hipodromie. Na recitalu pojawiła się księżna Yorku (przyszła królowa Elżbieta, a potem królowa matka), "która przyprowadziła ze sobą córki, Elżbietę i Małgorzatę. To było niesamowite uczucie - kontynuuje aktorka - znaleźć się tam, na tej scenie, pośród świateł i muzyki, i doświadczyć tego osamotnienia, tego ogromu, tej przestrzeni, która zdawała się nie mieć końca. A potem usłyszeć brawa i wrócić na ziemię, niemal czując na twarzy odgłosy panującej dookoła wrzawy". Co ciekawe, do 1964 roku, kiedy to wraz z Richardem Burtonem wzięła udział w wieczorze poetyckim w Nowym Jorku, był to jej jedyny występ na scenie.
"Elizabeth miała swoje problemy" - wspomina Olivia Raye-Williams. "Na zajęcia przychodziła z nianią, Gladys Culverson. Stawała pod ścianą i chowała twarz w fałdach niańczynej spódnicy. Była nieśmiała, a jednocześnie ogromnie zależało jej na tym, żeby uczestniczyć w lekcjach i występować.
Udało jej się przekonać matkę, by na święta Bożego Narodzenia uszyła identyczne stroje dla niej i jednej koleżanki z grupy baletowej. Wydawała się szalenie zdeterminowana. Niestety nie miała ani wybitnych zdolności, ani odpowiedniej postury, by zostać baletnicą".
Zdaniem Jane Lynch, która również uczęszczała do Vacani i tak samo jak Taylerowie mieszkała w Hampstead, Elizabeth "zawsze przejawiała skłonności do przesadnej rywalizacji, niezależnie od dziedziny. Być może chodziło o wzrost: była szczupła, ale zawsze wydawała się niższa niż rówieśniczki i dlatego czuła bezustanną potrzebę udowadniania światu swojej wartości. A może wynikało to z faktu, że jako córka pary Amerykanów mieszkających w Wielkiej Brytanii czuła się jak outsiderka?
Próbowała wszystkiego. Na przykład kiedy jej brat, Howard, dostał na siódme urodziny rękawice bokserskie, uparła się, że też chce takie mieć, żeby móc się z nim bić i go pokonać. A jak już dopięła swego, zapamiętale tłukła go pięściami, i to z całych sił, jakie była w stanie wykrzesać ze swojego ciała. Każdy chybiony cios doprowadzał ją do szału, ale któregoś razu udało jej się trafić brata w twarz z taką mocą, że poszła mu z nosa krew".
W 1936 roku Victor Cazalet nabył ogromną posiadłość nieopodal Cranbrook w Kent, składającą się z dworu o nazwie Great Swifts, kilku domków gościnnych oraz leśniczówki, która była w kiepskim stanie, ponieważ od lat nikt z niej nie korzystał. Cazalet ofiarował ją Taylorom, żeby mieli gdzie przyjeżdżać na weekendy i wakacje.
Francis przyjął kolejny prezent od przyjaciela i od razu zabrał się do pracy. Wyremontował niewielką, czteropokojową leśniczówkę, zasadził wokół niej wiązy, lipy i drzewa owocowe, założył ogród ziołowy, a wyschniętą brązową murawę zastąpił świeżo posianą trawą. W lokalnych domach aukcyjnych polował na antyki. Wśród mebli, które udało mu się zdobyć, znalazły się łóżka z mosiężną ramą i kapitański stół na dwadzieścia osób. Doprowadził do domku kanalizację i wyposażył go w instalację elektryczną, przekształcił kamienny kominek w grilla, a starą piwnicę na węgiel wyłożył boazerią i zainstalował w niej bar z krzesłami zrobionymi z drewnianych beczek po piwie. Sara, mając za punkt odniesienia nieporównanie bardziej majestatyczną rezydencję Victora, nazwała ich nowy azyl Little Swallows.
Charles R. Stephens, angielski dziennikarz i krytyk sztuki, odwiedził Great Swifts niedługo po ukończeniu przez Taylora ostatnich prac remontowych w Little Swallows. "Tocząca się przy drinkach rozmowa dotyczyła abdykacji króla Edwarda VIII i jego ślubu z wszędobylską Wallis Warfield Simpson" - wspomina Stephens. "W latach 1936-1937 Wielka Brytania żyła tą historią. Jednak tym, co mnie uderzyło, była widoczna już na pierwszy rzut oka zażyłość między Victorem Cazaletem i Francisem Taylorem. Jeden z nich zaczynał zdanie, a drugi je kończył. Zauważyłem też inne szczegóły świadczące o intymnej naturze ich przyjaźni. Szybko stało się jasne, że są kochankami.
Po raz drugi spotkałem ich - wydawali się nierozłączni - w Covent Garden na festiwalu muzyki Mozarta. I tym razem zachowywali się nieostrożnie, zdradzając się z łączącym ich uczuciem. Inni też to musieli zauważyć, jednak w tamtych czasach, a do tego w tak prestiżowych kręgach, nikt nie ośmielił się wspomnieć choćby słowem o tego typu układzie. Wszystko to oczywiście składało się w spójną całość - jaki inny powód mógł mieć Victor Cazalet, by dać w prezencie ojcu Elizabeth Taylor leśniczówkę na terenie swojej posiadłości? Dzięki temu mieli okazję, a jednocześnie świetną wymówkę, by jak najwięcej czasu spędzać w swoim towarzystwie".
Bardziej naocznym świadkiem "układu" między Cazaletem i Taylorem był przebywający w Anglii Allen T. Klots, młody, wykształcony w Yale Amerykanin. "Od czasu do czasu spędzałem weekendy w Great Swifts. Pamiętam to ich wieczne kursowanie między domem a chatą. Victor i Francis przez większość czasu byli pijani w sztok i godzinami przesiadywali zamknięci w sypialni Cazaleta, z której zdarzało im się wypadać w stroju Adama i pędem lecieć do spiżarki po butelkę szkockiej albo ginu. Nie mam pojęcia, co o tym wszystkim myślała Sara Taylor. Często bez zapowiedzi pojawiała się w rezydencji, zazwyczaj w towarzystwie dwójki dzieci. Wyglądało na to, że i ona zadurzyła się w Victorze.
Pamiętam dokładnie, jak pewnego razu powiedziała sir Anthony'emu Edenowi, który również zaglądał do Great Swifts na weekendy, że jej zdaniem Victor idealnie nadawałby się na premiera Wielkiej Brytanii. Następnego ranka sir Anthony, bez wątpienia w stanie głębokiego szoku, dosiadł Betty, małej klaczy Elizabeth, i niemal natychmiast spadł z jej grzbietu prosto do wielkiej kałuży błota.
Jakiś czas później wybrałem się z Victorem i Francisem do Paryża, gdzie spotkaliśmy się z Howardem Youngiem. Young, klocowaty, hałaśliwy gbur, wciąż czynił przy ludziach aluzje do homoseksualizmu siostrzeńca. Sugerował również, że jeśli Francis nadal będzie się spotykał z Cazaletem, jego galeria w Londynie na tym ucierpi.
Jednak Francis nic sobie z tego nie robił. Razem z Victorem swoim zachowaniem - pili, śpiewali, trzymali się za ręce, przekazywali sobie liściki, szeptali, chichotali, wymieniali znaczące spojrzenia i prywatne żarty - zwracali na siebie uwagę w modnych paryskich nocnych klubach takich jak Monseigneur, L'Elephant Blanc czy Scheherazade. Obaj mieli słabe głowy i kiedy się napili, byli zdolni do wszystkiego. Victor Cazalet sprawiał wrażenie człowieka ekstrawertycznego, niezależnie od tego, czy akurat znajdował się pod wpływem alkoholu, czy nie, natomiast Francis Taylor zdecydowanie potrzebował bodźca w postaci procentów, by wyjść ze swojej skorupy".
Nowojorski fotograf gwiazd Jerome Zerbe wpadł z wizytą do domu Taylorów podczas swojego pobytu w Londynie na początku 1937 roku. "Gdy tylko przekroczyłem próg ich domu w Hampstead, zaprowadzono mnie do eleganckiego, wyłożonego dębową boazerią salonu, gdzie już po chwili w towarzystwie Sary Taylor i jej dzieci sączyłem herbatę z czarnej porzeczki. Wyjaśniała, że Francis się spóźni z powodu nieplanowanego spotkania biznesowego z klientami w galerii wuja. Siedzieliśmy tak, gawędząc niezobowiązująco przez jakąś godzinę, aż w końcu do salonu, na chwiejnych nogach, wszedł mąż Sary. Był ewidentnie pijany, a do tego zachowywał się napastliwie. Najwyraźniej, podobnie jak w przypadku wielu poczciwych mężczyzn o łagodnym usposobieniu, zbyt duża ilość alkoholu prowadziła u Francisa do osobowościowego zwrotu o sto osiemdziesiąt stopni.
Incydent, którego byłem świadkiem, stanowił idealne potwierdzenie tej reguły. W pewnym momencie w salonie pojawiła się niania i poinformowała Francisa, że tego popołudnia ani Howard, ani Elizabeth nie posprzątali swoich pokoi. Zabawki i ubrania leżały porozrzucane na meblach i walały się po podłodze.
Tonem sierżanta prowadzącego musztrę ojciec rozkazał Elizabeth natychmiast uprzątnąć bałagan w sypialni. Nieszczęsna dziewczynka najwyraźniej nie zabrała się do wykonania zadania dostatecznie szybko, gdyż Taylor bez słowa zamachnął się i wymierzył córce siarczysty policzek. Kiedy z nią skończył, chwycił za ramię jej brata, wywlókł go z salonu i zamknął na klucz w znajdującej się pod schodami komórce na miotły, gdzie chłopiec spędził kilka godzin. Był to doprawdy przerażający pokaz ojcowskiej przemocy".
W wieku pięciu lat i sześciu miesięcy Elizabeth Taylor została zapisana do Byron House, niedziałającego już dziś koedukacyjnego przedszkola połączonego z prywatną szkołą podstawową w Highgate, oddalonego od Heathwood o dwadzieścia minut jazdy samochodem. Jej brat Howard uczęszczał do tej samej instytucji. Osobisty szofer Taylorów, Walijczyk nazwiskiem Culver, co rano woził dzieci buickiem do szkoły, a po południu je odbierał.
Deborah Zygot, koleżanka Elizabeth, która chodziła z nią do Byron House, porównała ją do "maleńkiej porcelanowej figurki o idealnych rysach twarzy i alabastrowej skórze. W piętnastoosobowej grupie przedszkolnej była najmniejszym, ale za to najsłodszym dzieckiem. Najbardziej ze wszystkich przedmiotów szkolnych lubiła oczywiście przyrodę. Kochała zwierzęta i w domu miała całą menażerię: psy, koty, chomiki, króliki, białe myszki i świnki morskie. Jednak szkoła sama w sobie niespecjalnie przypadła jej do gustu. Byron House charakteryzowały elegancja, elitarność, snobizm i dyscyplina. Obowiązkowy mundurek dla dziewcząt składał się z bawełnianej koszuli w kolorze paproci i podkolanówek w tym samym odcieniu zieleni. Elizabeth nienawidziła tego stroju albo raczej koncepcji wymuszającej na niej noszenie dokładnie takiego samego ubrania jak pozostałe dziewczynki w szkole.
Howard, podobnie jak siostra, również nie cierpiał mundurków, na które w przypadku chłopców składały się jednorzędowa burgundowa marynarka i - w zależności od pory roku - szare flanelowe spodnie lub szorty. Na tym etapie rodzeństwo przeżywało okres buntu. Młody Taylor często wdawał się w bójki z innymi uczniami. Jednemu koledze podbił oko tylko dlatego, że ten, chcąc zrobić głupi kawał, zabrał Elizabeth podręcznik i nie chciał oddać. Co prawda Howard dwa kolejne dni spędził w gabinecie dyrektora, ale siostra odzyskała książkę, a do tego została żarliwie przeproszona przez niesfornego chłopca".
Późną zimą 1937 roku Taylorowie otrzymali wiadomość, że matka Sary dostała ciężkiego udaru i jest sparaliżowana, polecieli więc do Arkansas City, gdzie mieszkali rodzice, i przez trzy miesiące opiekowali się chorą kobietą. W tym czasie Elizabeth i Howard uczęszczali do miejscowej szkoły podstawowej. Jak wspomina John, starszy brat Francisa, był to "ponury okres". Dzieci "stały się obiektem wiecznych kpin ze strony kolegów i koleżanek nieprzywykłych do wyrazistego brytyjskiego akcentu i manier. Francis i Sara wciąż podkreślali zalety życia w Wielkiej Brytanii. Twierdzili, że Amerykanie to naród barbarzyńców, a prezydentura Franklina D. Roosevelta to największa tragedia, jaka kiedykolwiek spotkała ten kraj".
Rodzina Taylorów wróciła do Londynu akurat na koronację króla Jerzego VI i królowej Elżbiety. Przez tydzień trwały huczne obchody: wydawano przyjęcia, których zwieńczeniem był Bal Królowej w pałacu Buckingham. Choć Sara i Francis zostali zaproszeni na przyjęcie odbywające się w amerykańskiej ambasadzie, która mieściła się w owym czasie przy Grosvenor Square, nawet ich wysoce poważana zażyłość z Cazaletami nie zapewniła im udziału w pałacowej ceremonii stanowiącej punkt kulminacyjny uroczystości związanych z koronacją.
"Sara potraktowała to nie tyle jako przejaw odrzucenia, ile jako osobistą zniewagę" - tłumaczyła Thelma Cazalet-Keir, której mimo starań nie udało się załatwić zaproszenia dla Taylorów. "Jej stosunek do Wielkiej Brytanii zaczął się zmieniać. I nie była osamotniona w swoim rozgoryczeniu. Prawda jest taka, że każdy, kto w jakimkolwiek stopniu aspirował do wyższych sfer, pragnął się pojawić na tym balu. Kiedy więc londyński "Times" opublikował na stronach kroniki towarzyskiej listę liczącą dwa i pół tysiąca nazwisk zaproszonych gości, ci, których pominięto, poczuli się jeszcze dotkliwiej upokorzeni".
Zmiana nastawienia do Wielkiej Brytanii i jej "zdradliwego systemu klasowego", jak nazywała go Sara, mniej więcej zbiegła się w czasie z narastającym w Anglii strachem przed nazistami i wojną, wydawaniem masek gazowych, kopaniem okopów w Hyde Parku oraz wprowadzeniem nowoczesnego, obejmującego całe miasto systemu ostrzegania przed nalotami. Pracownicy amerykańskiej ambasady w Londynie zaczęli wysyłać listy do wszystkich zamieszkałych na terenie Wielkiej Brytanii obywateli Stanów Zjednoczonych, ostrzegając rodaków przed dużym prawdopodobieństwem wybuchu wojny oraz radząc, by pakowali walizki i wracali do ojczyzny. Francis Taylor zamiast listu otrzymał osobisty telefon prosto z biura Josepha P. Kennedy'ego, amerykańskiego ambasadora na Dworze św. Jakuba. Kennedy poinformował go o napiętej sytuacji politycznej, zachęcając, by mężczyzna wyekspediował żonę i dzieci do Ameryki, zamknął galerię, wsiadł na następny odchodzący z portu statek i popłynął za rodziną.
Francis wynajął międzynarodową firmę przewozową Pitt&Scott w celu przetransportowania z Londynu do Stanów Zjednoczonych pokaźnego zbioru obrazów, które ostatecznie miały trafić do wiekowego hotelu Château Élysée w Hollywood, gdzie mieściła się niedawno otwarta galeria Howarda Younga. Zgodził się przejąć jej stery - w podjęciu tej decyzji po części pomógł mu fakt, że jego teść nabył właśnie farmę drobiu w znajdującej się niedaleko Pasadenie.
I tak trzeciego kwietnia 1939 roku, dosłownie kilka tygodni przed zajęciem przez Hitlera Czechosłowacji, Sara Taylor wraz z dwójką dzieci i nianią Gladys ruszyła pociągiem z Victoria Station do Southampton, gdzie wsiadła na pokład liniowca "Manhattan". Statek, wypełniony po brzegi głównie niemieckimi i austriackimi Żydami uciekającymi przed napierającą falą morderczego nazizmu, przemierzył Atlantyk w osiem dni.
Mniej więcej w połowie rejsu wydarzyło się coś, co mimo znamion niepozornego incydentu być może znacząco wpłynęło na podjętą po latach przez Elizabeth decyzję o karierze aktorskiej. Stałym punktem programu rozrywkowego był pokaz hollywoodzkiego filmu, który niedawno wszedł na ekrany kin. Na tamten dzień zaplanowano projekcję Małej księżniczki z Shirley Temple. Siedmioletnia Elizabeth obejrzała go z mamą i bratem. Ponieważ w Londynie niezbyt często chodziła do kina, przez cały seans siedziała całkowicie nieruchomo, ani na sekundę nie spuszczając wzroku z ekranu. Po latach twierdziła, że patrzyła jak urzeczona na niesamowite kadry przedstawiające dziewczynkę w kręconych włosach, której postać malowały na białym tle ekranu sączące się z projektora smugi migoczącego światła. Gdy film dobiegł końca, Elizabeth odwróciła się do matki i wyraziła absolutny zachwyt grą Shirley Temple, po czym, jakby po chwili namysłu, wyszeptała cichutko, że w przyszłości być może ona również będzie występować w kinie. "Nie chcę być gwiazdą filmową" - powiedziała. "Chcę być aktorką".
* Tak się akurat złożyło, że Augustus John był poprzednim właścicielem Heathwood, gdzie zostawił kilka swoich obrazów, które wisiały na ścianach w chwili, gdy Taylorowie kupili dom.