2
Kontynuacja pierdolnika z pierwszego dnia
Lavender
Obecnie
Dzięki moim braciom muszę się pospieszyć, żeby przygotować się na pierwsze zajęcia. Co kończy się także tym, że zakładam okulary zamiast szkieł kontaktowych, bo oko, w które dźgnęłam się maskarą, nie przestaje łzawić.
Zakładam przez głowę jedną z moich ręcznie szytych sukienek - sama sobie szyję ubrania, odkąd nauczyłam się posługiwać maszyną. Stopy wsuwam w balerinki, chwytam plecak i ruszam szybkim krokiem przez kampus, żeby zdążyć na zajęcia.
Nie jeżdżę Uberem ani taksówkami, bo nie wsiądę do samochodu z obcą osobą. Nie lubię też komunikacji zbiorowej, ponieważ w zbyt małej przestrzeni jest za dużo ludzi, których nie znam. Najczęściej to nie jest problemem, ponieważ mam auto albo mogę zabrać się z braćmi, jeśli mam taką potrzebę. No, chyba że mnie wykiwają, co miało miejsce dziś rano.
A właśnie dziś jest pierwszy dzień zajęć, na które czekam: kostiumografia i scenografia. Niestety zaczynają się o ósmej trzydzieści w poniedziałki i czwartki. Zazwyczaj tylko absolwenci kierunków teatralnych mogą chodzić na te wykłady, ale z uwagi na moje oceny, duże zaangażowanie zarówno w szkole, jak i w miejscowym teatrze, rekomendacje od pani Queenie, która nadal jest moją terapeutką, mogłam się zapisać. Dostałam także specjalne pozwolenie na uczęszczanie na zajęcia ze sztuk wizualnych, ponownie dzięki pani Queenie i hojnej darowiźnie mojego taty na rzecz uniwersyteckiej drużyny hokejowej oraz wydziału sztuki. Fakt, że ojciec jest legendą hokeja, wiele ułatwia.
Czy to nepotyzm? Jasne. Czy źle się czuję z tym, że potencjalnie zabieram komuś miejsce? Jasne. Ale ciężko na to pracowałam i jedynym powodem, dla którego nie zadeklarowałam jeszcze kierunku studiów, jest to, że moi rodzice uznali, że lepiej dla mnie będzie, jeśli będę robić kursy ogólne aż do końca drugiego roku. Gdyby moi rodzice nie byli tacy stanowczy, byłabym już na kierunku teatralnym.
Nie mam nic przeciwko temu, że ktoś uczy się wszystkiego po trochu, jeśli nie jest pewien swojej przyszłej drogi. Maverick już dwa razy zmienił kierunek. Zaczął od fizyki, a potem przeniósł się na chemię i ostatecznie zdecydował, że chce pójść drogą kinezjologii. Wszystkie jego zajęcia mają naprawdę długie nazwy, a podręczniki są tak grube, że zatrzymałyby pocisk. Zapomniałam chyba dodać, że choć Mav jest kurwiarzem i hokeistą, to jest także szokująco inteligentny. Może nie tak bardzo jak Kodiak, ale cholernie blisko.
Ja jednak w przeciwieństwie do moich braci dokładnie już wiem, co chcę robić. Moim celem w tym roku jest uspokojenie rodziców, którzy obawiają się, że studiowanie poza domem mnie przytłoczy. Nie chcą także, żebym zapętliła się w coś zbyt szczegółowego i zamknęła wszystkie drzwi, zanim uznają, że jestem gotowa. Kocham ich, ale te nadopiekuńcze pierdoły potrafią dać się we znaki. Rozumiem, ale czasami trudno mi sobie z tym poradzić.
Wbiegam po schodach wydziału sztuki z zaledwie pięciominutowym zapasem. Oczywiście, ponieważ się spieszę, w połowie drogi się przewracam. Okulary, których staram się nie nosić, chyba że w zaciszu własnego domu, spadają i lądują szkłami do dołu na schodach. Wszystko byłoby w porządku, gdyby na nich nie znalazło się moje kolano. Chrupnięcie jest złowieszcze i wymowne.
- Cholercia.
Próbuję się podnieść, gdy czyjeś ręce wsuwają się pod moje ramiona i ktoś usiłuje pomóc mi wstać.
- Nic ci się nie stało?
Głos należy do faceta. Wspaniale. Dzień dzisiejszy to jak wąchanie śmierdzących męskich skarpetek.
- Nie, duży biust utrudnia chodzenie - mruczę. To są oczywiście pierwsze słowa, które wypływają mi z ust. Czasami chciałabym tak zapominać języka w gębie, jak to było, gdy byłam młodsza.
- Przepraszam, nie dosłyszałem.
- Nic mi nie jest, dzięki. Jestem tylko zażenowana. - Wygładzam spódnicę i odchylam głowę do tyłu. Jestem niska. Zawsze muszę unosić brodę. Przed każdym. Z wyjątkiem małych dzieci i zwierząt domowych.
Mężczyzna stojący przede mną jest tylko lekko zamazany. Możliwe, że jest uroczy. Jest raczej wysoki, ma może z metr osiemdziesiąt, chociaż prawdę powiedziawszy, mnie każdy wydaje się wysoki. Ciemne włosy ma krótko przycięte i nosi okulary w grubych czarnych oprawkach. I tiszert z logo Hufflepuffu.
Z grymasem na twarzy schyla się po moje okulary. Są w dwóch częściach, a ze szkieł niewiele zostało.
- Chyba nic z nich nie będzie.
- Mam zapasowe w domu. - Ponieważ jestem niezdarna i nie po raz pierwszy wylądowałam na własnych okularach. Nie żeby druga para miała mi pomóc podczas tych zajęć. Na szczęście mam przerwę po tym wykładzie, więc pójdę do domu po zapasowe. Wrzucam zniszczone bryle do przedniej kieszeni plecaka. Nie wiem, czemu nie wywalam ich do kosza. Nie ma przecież nadziei na ich naprawienie.
- Wchodzisz? - Mój wybawca kiwa głową w stronę drzwi.
- A, tak. - Wkładam rękę do kieszeni spódnicy, wszystkie moje sukienki mają kieszenie, ponieważ jest to wygodne i powstrzymuje mnie od gestykulacji, i wyciągam telefon. Muszę podsunąć go prosto pod nos, żeby sprawdzić, która jest godzina. - Cholera, mam cztery minuty, żeby zdążyć na zajęcia.
- Na co idziesz?
- Na kostiumografię i scenografię.
- Serio? Ja też. Możemy iść razem.
- Pewnie. Świetnie, dzięki. Bez okularów jestem tak cholernie ślepa, że nie mogę odczytać numerów na drzwiach, chyba że przykleję nos do ściany. - To lekka przesada, ale nie aż tak wielka.
Mój nowy znajomy stuka w swoje okulary.
- Będę naszymi oczami. Tak w ogóle to mam na imię Josiah.
- Ja jestem Lavender.
- Fajne imię - uśmiecha się niewyraźnie. - Miło cię poznać, Lavender.
- Z wzajemnością, Josiah.
Resztę drogi po schodach pokonujemy w pośpiechu. Na szczęście nasza sala jest blisko wejścia i wchodzimy do środka z minutowym zapasem. Pachnie kosztownym materiałem i metalicznym posmakiem elektryczności, maszyn do szycia, drewna i farby.
- O mój Boże - jęczę półszeptem. - Szkoda, że nie widzę tego pomieszczenia wyraźnie. Pachnie jak w niebie.
Podchodzę za Josiahem do grupy studentów ustawionych w półkolu po jednej stronie sali. Zajmujemy dwa ostatnie miejsca na skraju, a profesorka Martin zaczyna wyczytywać nazwiska. Jak zwykle jestem ostatnia na liście.
Po sprawdzeniu obecności wykładowczyni omawia sylabus. Na szczęście mam tablet, a Josiah pożycza mi na minutę swoje okulary, więc mogę powiększyć czcionkę na tyle, by robić czytelne notatki. Zasadniczo jedno zdanie zajmuje całą stronę, ale lepsze to niż nic. Przez pół godziny gramy w gry mające ocieplić atmosferę, a przez ostatnie dwadzieścia minut musimy napisać kilka akapitów na temat tego, co mamy nadzieję wynieść z tych zajęć.
Większość studentów na tym wykładzie jest bardzo towarzyska. Ze mną jest wręcz odwrotnie, ponieważ jedyne, czego chcę, to spędzać czas i pracować za kulisami, ale udaje mi się przetrwać.
- Jesteś na kierunku teatralnym? - pyta Josiah, kiedy wychodzimy z sali.
Kręcę głową.
- Określę się dopiero w przyszłym roku.
- Naprawdę? Jak w takim razie udało ci się zapisać na te zajęcia? Są tylko dla studentów teatrologii.
- Eee, zazwyczaj tak jest. Mam specjalne pozwolenie. Zrobiłam dużo kostiumów i scenografii w liceum i dla lokalnego teatru, więc mnie przyjęli. - To tylko część prawdy.
- Och, cóż... fajnie. Na jakie inne kursy chodzisz? - Brzmi, jakby był szczerze zainteresowany.
- Hm, poczekaj... Pokażę ci mój grafik i powiesz mi, czy mamy jakieś wspólne, bo ja teraz nic nie widzę. - Stawiam plecak na ławce, wyciągam segregator i podaję mu go. Dobrze byłoby znać kogoś w każdej klasie. To całe poznawanie ludzi jest stresujące, a ja zawsze mam skłonność do mówienia głupich, żenujących rzeczy, kiedy się denerwuję, a tak jest przez większość czasu.
- Wygląda na to, że to nasze jedyne wspólne zajęcia. Ale spotykam się teraz z przyjaciółmi na kawę. Może chcesz dołączyć?
- Och, naprawdę bym chciała, ale muszę iść do domu po zapasowe okulary. W przeciwnym wypadku ból głowy pod koniec dnia mnie zabije. - Stukam się w skroń. - Może, jeśli w środę po zajęciach pójdziesz, to zabiorę się z tobą?
Josiah uśmiecha się.
- Pewnie, że tak. Wymieńmy się numerami telefonów.
- Byłoby świetnie. Chociaż musisz wprowadzić swój. - Podaję mu moją wibrującą komórkę.
- Och, Bliźniaczek do ciebie pisze.
- To mój brat bliźniak.
- Masz bliźniaka? To musi być fajne.
- Bywa. Bywa też ogromnym wrzodem na dupie.
Korzystam z funkcji asystenta głosowego, żeby dowiedzieć się, gdzie między zajęciami podziewa się River. Jest po drugiej stronie kampusu, wciąż ze swoimi kumplami od piłki, a Maverick ma klucze od mojego samochodu.
Dzięki Bogu za tego asystenta. Mav jest na pobliskim dziedzińcu, a Josiah - jak przystało na miłego kolesia - proponuje, że mnie odprowadzi, ponieważ nie widzę na tyle dobrze, żeby rozróżnić nazwy budynków ani przeczytać którykolwiek z napisów, chyba że jestem piętnaście centymetrów od nich.
Gdy się zbliżamy, śmiech Mavericka słychać na całym dziedzińcu, do wtóru z odgłosami wdzięczących się dziewczyn. Przynajmniej nie ma tu Rivera, który zachowywałby się jak pies ogrodnika, depcząc po piętach Josiahowi. Jest biegły w odstraszaniu chłopaków.
- Bardzo dziękuję za to, że byłeś moim przewodnikiem - mówię.
- To naprawdę żaden problem. Byłbym w takiej samej sytuacji, gdybym stłukł moje bryle. - Podsuwa pingle na nosie.
- Jasny gwint, Lav! - krzyczy Mav i nagle wparowuje między nas. Łapie rękę Josiaha i zaczyna nią potrząsać. Niemal spodziewam się, że się popluje, tyle jest w tym energii. - To takie ekscytujące! Masz kolegę!
- O mój Boże, zamkniesz się? - Gdybym dobrze widziała, skopałabym mu jaja.
Wreszcie puszcza dłoń Josiaha i obejmuje mnie ramieniem.
- Po prostu jestem z ciebie taki dumny. Jestem Maverick, jej starszy, w cholerę zawstydzający brat.
- Jestem przekonana, że już rozkminił w chuj zawstydzającą część. Możesz mówić ciszej i zmniejszyć poziom upokarzania młodszej siostry z dziesięciu na bardziej przyzwoite dwa albo trzy? - Chociaż ten wybuch jest wkurzający, to Maverick jest prawdopodobnie najmniej nadopiekuńczym członkiem mojej rodziny.
- Mogę co najwyżej zejść do pięciu. Zamierzasz nas oficjalnie przestawić czy coś?
- Maverick, to jest Josiah. Potknęłam się rano i rozwaliłam okulary i Josiah łaskawie pozwolił mi skorzystać ze swoich oczu, żebym cię znalazła, chociaż jestem pewna, że teraz bardzo tego żałuje.
- Wyobraź sobie tylko, o ile bardziej by żałował, gdyby poznał Riva.
Ma rację.
Odwracam się do Josiaha.
- W każdym razie wielkie dzięki za dzisiejszą pomoc. Wiem, że spotykasz się z przyjaciółmi, i nie chcę cię zatrzymywać. - Daję mu szansę na zostawienie nas i mam nadzieję, że z niej skorzysta, zanim Mav powie coś jeszcze bardziej żenującego.
- Szczerze, to żaden problem. Widzimy się w środę?
- Na bank - potakuję.
- Miło było cię poznać, Maverick.
- Ciebie też, stary. - Czeka, aż Josiah się oddali. - No proszę, proszę. Pierwszy dzień i poznawanie nowych ludzi. Jeśli nie przedstawisz go swojemu zdziczałemu bliźniakowi, to nic ci nie będzie.
- Nie wiem, co było gorsze, pobyt w domu w zeszłym roku czy życie z wami teraz.
Kiedy River pojechał do Chicago i zamieszkał na kampusie, gdzie zakwaterowani są dosłownie wszyscy, których znamy, ja musiałam mieszkać w domu nad Jeziorem Genewskim z rodzicami i zaliczyć rok na lokalnej uczelni. Z perspektywy czasu myślę, że to rozwiązanie dla mnie dobre. Czy straszne było, że ominęło mnie to wszystko, co wiąże się z mieszkaniem z dala od domu? I czy trudno było pogodzić się z tym, że prawie cała paczka przyjaciół i kuzynów była tutaj? Tak. Jednak miło było być z dala od moich nadopiekuńczych braci. Miałam nawet chłopaka, któremu nikt nie groził śmiercią. To było doświadczenie, którego potrzebowałam i chciałam. Związek przetrwał zaledwie kilka miesięcy, ale udało mi się trochę poeksperymentować, ponieważ chłopak miał własny pokój na kampusie.
- Teraz przynajmniej masz trochę wolności. - Mav rzuca we mnie kluczykami. Lądują na ziemi, bo ich nie widzę, a moja zdolność chwytania przedmiotów jest dyskusyjna, nawet kiedy mam dobry dzień i okulary na nosie.
- Nie widzę, żeby móc prowadzić, Mav. - Pokazuję na twarz, prawie wbijając sobie palec w oko.
- Cholera, racja. - Schyla się po nie. - Dobra, cóż, mam zajęcia o dziesiątej. Odwiozę cię po nich?
- Wiesz co? Nie ma problemu. Przejdę się.
- Ja ją zawiozę. - Na dźwięk głębokiego głosu Kodiaka stają mi włoski na ramionach.
- No widzisz, idealnie. Dzięki, K. - Nieświadomy niczego Mav rozpływa się w uśmiechach, klepie Kodiaka po plecach, zarzuca plecak na ramię i odchodzi.
- Nie musisz mnie odwozić do domu. Chyba mam zapasową parę w schowku w aucie - mruczę. Jestem pewna, że twarz mi płonie. Jak krew tryskająca ze świeżej rany, wraca upokorzenie, do którego doszło, kiedy ostatni raz byłam z nim sama.
- I tak musiałabyś wiedzieć, gdzie jest zaparkowane auto. - Jest tak blisko, że z trudem oddycham.
Cieszę się, że nie widzę go wyraźnie. Chcę mu powiedzieć, żeby się walił, ale słowa grzęzną mi w gardle. Kiedyś tak nie było. Przed długi czas Kodiak był moją bezpieczną przystanią. Mówiliśmy sobie wszystko. Myślałam, że był moją bratnią duszą, dopóki wszystkiego nie spieprzyłam, sprawiając, że mnie nienawidzi, a potem sobie podszedł, przyczyniając się do tego, że odpłacam mu tym samym.
- Chodźmy. Nie mam całego dnia.
Praktycznie biegnę, by nadążyć za jego długimi krokami.
Chcę rzucić jakąś bezczelną uwagę, ale skutek ostatniej rozmowy z Kodiakiem był opłakany, więc lepiej, żebym trzymała gębę na kłódkę. Poza tym istnieje prawdopodobieństwo, że potknę się o moje słowa tak, jak potykam się o własne nogi.
Oczy zachodzą mi łzami z frustracji i zawstydzenia. Czuję się głupia. Niezdarna. Niechciana. Uciążliwa. Dziewczyny szeptem wypowiadają jego imię, kiedy przechodzimy, a jedna z nich dotrzymuje mu kroku, pytając o jakiś piątkowy melanż.
Ledwo ją zauważa, wyniosły jak zwykle.
- Kim jest twoja koleżanka? - pyta dziewczyna.
Nawet na nią nie patrzę ani nie reaguję na to, że mówi się o mnie w trzeciej osobie.
- Nie interesuj się. Do zoba na imprezie w piątek. - Pstryka na mnie palcami, jakbym była psem. - No dalej, podkręć tempo.
Idę za nim przez parking z zaciśniętymi zębami, walcząc, żeby nie krzyknąć ani się nie rozpłakać. Co za upokorzenie.
Mój samochód piszczy, biegnę zatem do drzwi po stronie pasażera, ale Kodiak odblokował tylko te po stronie kierowcy, więc szarpię dwukrotnie za klamkę, a potem muszę czekać, aż zechce kliknąć kolejny raz.
- Proszę, niech gdzieś tu będą okulary. - Siadam na fotelu i otwieram schowek, wyciągając instrukcję obsługi i polisę ubezpieczeniową z nadzieją, że coś znajdę, cokolwiek. Nawet stara już niedobra para byłaby mile widziana. Albo zapomniane soczewki kontaktowe.
Kodiak otwiera drzwi po stronie kierowcy i pochyla się, by wsunąć kluczyk do stacyjki i opuścić szyby, po czym znowu zamyka drzwi i opiera się o nie, rozmawiając z kolejną dziewczyną.
Nagle mój samochód wypełnia się dźwiękami. Ale nie jest to muzyka. To jeden z moich audiobooków. Konkretnie sprośny audiobook. W samym środku szczególnie sprośnego rozdziału. Bo tego właśnie słuchałam wczoraj wieczorem, kiedy się kładłam do łóżka, a mój telefon automatycznie zsynchronizował się z głośnikami.
Niektórzy ludzie przed snem czytają książki albo słuchają muzyki. Ja słucham erotycznych książek. Są o wiele lepsze od porno. Faceci każdorazowo zwracają uwagę na potrzeby kobiet, panie nieustannie mają siedem miliardów orgazmów. A bohater zawsze jest świetny w seksie oralnym. To szczyt fantazji. Z wyjątkiem tego, że wczoraj postanowiłam wypróbować nowy gatunek: odwrócony harem. Wydawało się, że podkręca kobiecość, co kusi, gdy jest się mną - nie chodzi mi o odwrócony harem, ale o wzmocnienie kobiecości.
- Chcesz się pobujać na naszych fiutach, skarbeńku? - Bardzo seksowny, szorstki męski głos rozbrzmiewa z głośników. - Na dwóch?
- O mój Boże. - Gorączkowo szukam telefonu, ale spada na podłogę i pod siedzenie. Oczy-kurwa-wiście. Na oślep uderzam w deskę rozdzielczą, szukając przycisku odpowiedzialnego za głośność, ale zamiast ściszyć, pogłaśniam, dokładnie w momencie, w którym dochodzi do obrazowo przedstawionej penetracji.
W końcu znajduję regulację głośności i wyciszam to cholerstwo, ale jest już za późno. Każdy w promieniu kilometra usłyszał literackie porno. Moje upokorzenie sięga zenitu. Zapadam się w fotelu, zasłaniając włosami, odgłosy śmiechu na zewnątrz sprawiają wrażenie igieł wbijanych pod skórę.
Czuję się, jakbym znowu była dzieckiem - stoję pośrodku placu zabaw, ktoś się ze mnie nabija, nazywając dziwadłem. "Dlaczego ona tylko szepcze?" Wszyscy się na mnie gapią. Śmieją się. Aż do akcji wkracza River. Albo Kodiak, zanim mnie znienawidził.
Lecz Rivera tu nie ma. A Kodiak nawet nie może na mnie patrzeć. To, że zaproponował, że odwiezie mnie do domu, jest kolejnym dużym znakiem zapytania. Chyba że szuka pretekstu, by się nade mną poznęcać.
Twarz mi płonie. Oblewa mnie zimny pot. Nie mogę wysiąść z samochodu, nie przy tych wszystkich ludziach wokół. Czuję się złapana w pułapkę i nie cierpię tego.
Kodiak w końcu otwiera drzwi od strony kierowcy.
- Znalazłaś zapasowe okulary?
Kręcę głową, nie chcąc na niego patrzeć.
- Czyli że nie?
Zaciskam usta i nie odzywam się ani słowem.
Kodiak wzdycha.
- Muszę ją odwieźć do domu. Do zoba w piątek.
Wsiada, trzaskając drzwiami. Powoli ustawia lusterka, a mnie uderza jego bliskość. Niektóre rzeczy nie zmieniły się przez ostatnie dwa lata: ten sam dezodorant, żel pod prysznic, te same perfumy, produkty do stylizacji włosów, ten sam dupek.
Jestem na skraju, ale nie pozwalam, by łzy się potoczyły po moich policzkach. Już nigdy nie dam Kodiakowi satysfakcji z przyglądania mi się, jak płaczę. Nienawidzę go tak bardzo za tak wiele rzeczy, jednak to zbyteczne upokorzenie jest teraz na czele, a to, co powiedział mi dwa lata temu - na drugim miejscu.
- Nie wiedziałem, że interesujesz się tym całym seksem grupowym. - Jego głos jest obojętny, apatyczny.
Skupiam się na tym, żeby się nie ruszać. Na oddychaniu.
- Czy to jest to, co ty i ci wszyscy teatralni maniacy robicie za kulisami? Znajdujecie sobie spokojne miejsce za kurtyną i dajecie się dobrze zerżnąć?
Chcę powiedzieć coś obelżywego, jakbym była zaskoczona, że jego to nie kręci, skoro ojciec Kodiaka lubił trójkąty, kiedy był w jego wieku. Chociaż jego tata w wersji, którą znam, jest dobrym facetem i nie wygląda na kogoś, kto bzykałby dwie laski w jacuzzi. Jednak w internetach krąży bardzo, bardzo stare nagranie, które dowodzi, że to prawda.
Jest też jakieś tysiąc zdjęć mojego ojca z językiem w ustach różnych kobiet. Chyba nie spał ze wszystkimi hokejowymi fankami, po prostu obściskiwał się z nimi publicznie. Łącznie z moją mamą. Posiadanie sławnego rodzica bywa wrzodem na dupie, ale też daje dużo więcej informacji.
Mam ściśnięte gardło i wszystko, co bym powiedziała, będzie żałosnym szeptem, o ile w ogóle coś z siebie wyduszę. Więc zamiast tego zaciskam pięści, żeby się nie wiercić, i próbuję nie koncentrować się na raniących słowach Kodiaka ani na wspomnieniach, które wywołuje jego bliskość.
- Wiesz, co powiedzieć wszystkim innym, ale zawodzą cię słowa w stosunku do mnie? - szydzi.
Wpatruję się przed siebie, nie chcąc patrzeć na jego straszną, piękną twarz. Ważę słowa, zanim się odezwę, próbując wstrzyknąć trochę stali w kręgosłup, żeby nie wyszedł z tego cichy szept.
- Po co miałabym mówić do ciebie, skoro przekręcasz moje słowa w coś paskudnego?
- Wciąż żyjesz przeszłością? - Jego gniew skrywa prawdziwe emocje, wahanie, które rozpoznaję. Niepokój.
Pozwalam, by słowa, które chcę wypowiedzieć, zatrzymały się na czubku języka, jak gorzkie tabletki, i w końcu pytam:
- Czemu to robisz?
- Żeby ci przypomnieć, że nic się nie zmieniło, Lavender - burczy.
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej