Literatura na Świecie 9-10/2023 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

18.00 zł
14.94 zł (15,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

FRIEDRICH SCHLEGELLucyndaprzełożył Andrzej Kopacki

P r o l o g

Z uśmiechem wzruszenia Petrarka ogarnia wzrokiem swoje nieśmiertelne romance i otwiera ich zbiór. Mądry Boccaccio uprzejmie i przymilnie przemawia na wstępie i u końca swojej bogatej księgi do wszystkich dam. I nawet dostojny Cervantes, również jako starzec, już w agonii, przyjazny i subtelnie dowcipny, przyozdabia barwne widowisko na kartach dzieł pełnych życia drogocennym gobelinem przedmowy, która sama w sobie jest pięknym, romantycznym malowidłem.

Ledwie wspaniała roślina wychynie z żyznej, macierzystej gleby, a już miłośnie przylgnie do niej niejedno, co tylko skąpemu może się zdawać zbędnym.

Cóż jednak duch mój miałby dać synowi, który, tak jak on, równie ubogim jest w poezję, jak bogatym w miłość?

Słowo zaledwie, obraz, na pożegnanie: nie tylko królewski orzeł, nie on jeden, może gardzić krakaniem wron; także łabędź jest dumny i gotów je ignorować. To jedno zaprząta go jedynie, by nic nie kalało bieli jego pysznych skrzydeł. I jedno żywi pragnienie: wtulić się w łono Ledy, a nie urazić go; i wszystko, co w nim śmiertelne, tchnąć we własne pieśni.

W y z n a n i a n i e d o ł ę g i

Juliusz do Lucyndy

Ludzie, wraz z tym, czego chcą i co czynią, jawili mi się we wspomnieniu jako popielate, nieruchome figury: wokół mnie wszakże, w świętej samotni, wszystko było światłem i barwą, a świeże, ciepłe tchnienie życia i miłości owiewało mnie i szumiało, i drżało we wszystkich gałązkach bujnego gaju. Patrzyłem i rozkoszowałem się wszystkim naraz: soczystą zielenią, białym kwieciem i złotym owocem. I widziałem też okiem ducha mego tę Jedną jedyną i na wieki ukochaną w wielu postaciach, już to jako małą dziewczynkę, już to jako pełną energii niewiastę w rozkwicie miłości i kobiecości, a wreszcie jako stateczną matkę z poważnym chłopcem na ręku. Oddychałem wiosną, jasno widziałem wokół siebie wieczną młodość i oznajmiłem z uśmiechem: nawet jeśli świat nie jest akurat najlepszym czy pożytków najwięcej mającym, to przecież wiem, że jest najpiękniejszy. I nic nie mogło nadwerężyć tego poczucia bądź tej myśli we mnie, ani powszechne zwątpienie, ani moja własna trwoga. Sądziłem bowiem, że oto spoglądam w głąb sekretu natury; czułem, że wszystko żyje wiecznie i że śmierć także jest przyjazna i tylko złudzeniem. W istocie jednak nie dumałem nad tym zanadto, a w każdym razie zbiory i rozbiory pojęć nie pociągały mnie szczególnie. Chętnie za to i głęboko pogrążałem się we wszelkich związkach i zaplotach radości i bólu, z których okrasa życia się bierze i wykwita odczucie, powstaje duchowa rozkosz i błogość zmysłów. Nobliwy żar sączył się w moich żyłach; marzyłem nie o pocałunku tylko, nie o tym, byś wzięła mnie w ramiona, pragnąłem nie tylko złamać bolesny kolec tęsknoty i pławiąc się w oddaniu, studzić słodką gorączkę; nie warg twoich jedynie wyglądałem tęsknie lub oczu twoich, lub ciała twojego: było to romantyczne pomieszanie wszystkich tych rzeczy, cudowny splot najróżniejszych wspomnień i tęsknot. Wszelkie misteria niewieściej i męskiej swawoli zdawały się snuć wokół mnie, aż nagle całkiem rozpłomieniły samotnego twoja prawdziwa obecność i błysk radości kwitnącej na twoim obliczu. Dowcip i zachwyt zaczęły zamieniać się miejscami w jednym rytmie, jako tętno naszego wspólnego żywota; tuliliśmy się, a było w tym tyleż bezwstydu, ile religii. Prosiłem cię bardzo, byś zechciała bez reszty oddać się pasji, błagałem: bądź nienasycona. Wszelako z chłodnym rozmysłem nasłuchiwałem każdej cichej nuty radości, iżby ani jedna mi nie umknęła, defekt w harmonii czyniąc. To nie była zwykła rozkosz: czułem ją i nią także, rozkoszą, się rozkoszowałem.

Jesteś tak nadzwyczajnie mądra, najdroższa Lucyndo, że zapewne dawno już zaczęłaś przypuszczać, jakoby wszystko to było jedynie pięknym snem. Niestety, tak właśnie jest i byłbym niepocieszony, gdybym miał wyrzec się nadziei, że niebawem choćby jego część zdołamy urzeczywistnić. W rzeczy samej prawdą jest, że wcześniej stałem przy oknie; nie bardzo wiem, jak długo, wraz z innymi bowiem regułami rozumu i obyczajności całkiem zapomniałem też przy tym o rachubie czasu. Stałem więc przy oknie i patrzyłem w dal; poranek w istocie zasługuje na miano pięknego, powietrze trwa w bezruchu i jest dość ciepłe, a i zieleń przede mną całkiem jest świeża, rozległa zaś równina już to lekko się wznosi, już to opada i takoż spokojny, szeroki, jasnosrebrzysty nurt wije się z rozmachem i wielkie zatacza łuki, aż wraz z fantazją kochanka, co się na rzece jak łabędź kołysze, oddali się het i pospołu, z wolna, zgubią się w bezmiarze. Gaj i jego południowy koloryt moja wizja zawdzięcza przypuszczalnie wielkiej stercie kwiatów tuż obok, pośród których znajdują się w sporej liczbie pomarańcze. Wszystko inne z łatwością objaśni psychologia. Wszystko było iluzją, droga przyjaciółko, wszystko poza tym, że wcześniej stałem przy oknie i nic nie robiłem, i że teraz siedzę tutaj i robię coś - bardzo niewiele więcej, a może nawet trochę mniej niż nic.

?

Tyle z tego, o czym rozmawiałem ze sobą, zdołałem napisać do ciebie, kiedy pośród mych subtelnych myśli i zmysłowych doznań w związku z jakże cudownym, acz nie mniej zawikłanym układem dramatycznym naszych uścisków pewien prostacki i nieprzyjemny przypadek przerwał mi, a była to chwila, gdy właśnie zamierzałem roztoczyć przed tobą, w jasnych, szczerych frazach, szczegółową i rzetelną historię naszej nierozwagi i mojej ociężałości, rozwinąć krok za krokiem, w postępie zgodnym z prawidłami naturalnymi, objaśnienie naszych nieporozumień, które uderzają w ukryte centrum najsubtelniejszego bytu, i przedstawić wielorakie wytwory mojego niedołęstwa, a także lata nauki mężczyzny we mnie; nigdy nie obejmę ich spojrzeniem ani w całości, ani we fragmentach, nie uśmiechając się co rusz, choć z niejaką melancholią, tudzież nie popadając w stosowne samozadowolenie. Jako wykształcony kochanek i pisarz chcę jednak podjąć próbę stworzenia surowego przypadku i przysposobienia go do celu. Ze względu na mnie wszelako i na tę opowieść, na moją miłość do niej i jej ukształtowanie samo w sobie, żaden cel nie jest bardziej celowym niźli taki, bym już na początku zniszczył to, co się zowie ładem, usunął go z niej i z całą jasnością przyznał sobie prawo do czarownej gmatwaniny oraz utwierdził je czynem. Rzecz to konieczna tym bardziej, że materia, którą duch mój i pióro zawdzięczają naszemu życiu i kochaniu, tak niepowstrzymanie jest postępowa i tak niezłomnie systematyczna. Gdyby i forma taką była, wówczas ten list, jedyny w swoim rodzaju, nabrałby nieznośnej jednolitości i jednostajności, i nie mógłby już czynić tego, co chce i co powinien: odtwarzać i uzupełniać najurodziwszy chaos wzniosłych harmonii i ciekawość budzących rozkoszy. Przeto korzystam ze swego niewątpliwego prawa do gmatwaniny i wstawiam tu bądź umieszczam, w miejscu zgoła niewłaściwym, jedną z wielu rozproszonych kart, które, powodowany tęsknotą i niecierpliwością, gdym cię nie zastał tam, gdzie zastać cię najpewniej się spodziewałem, w twoim pokoju, na naszej sofie, wypełniłem lub zmarnowałem, sięgnąwszy po pióro przez ciebie ostatnio używane, ono zaś podyktowało mi owe pierwsze lepsze słowa - te karty, dobrodziejko, przechowałaś starannie, nic mi o tym nie mówiąc.

Wybrać potrafię bez trudu. Jako że pośród rojeń zawierzonych tu wiecznotrwałym literom i tobie wspomnienie o najpiękniejszym ze światów jest najtreściwszym i najrychlej jeszcze zdradza niejakie podobieństwo z tak zwanym myśleniem, tedy nasamprzód sięgam po dytyrambiczną fantazję o najpiękniejszej sytuacji. Kiedy już bowiem wiemy na pewno, że żyjemy na najpiękniejszym ze światów, to pierwszą bezspornie potrzebą będzie pobranie gruntownej nauki o najpiękniejszej sytuacji na tym świecie, nauki, której udzielą nam inni albo my - sami sobie.

Dytyrambiczna fantazja o najpiękniejszej sytuacji

Wielka łza spada na świętą kartę, którą znalazłem tu zamiast ciebie. Jak wiernie, z jaką prostotą oddałaś ją, śmiałą starą myśl o moim najulubieńszym i najtajniejszym zamiarze. W tobie owa myśl urosła, a ja nie lękam się sam siebie w tym lustrze podziwiać i kochać. Tu jedynie widzę się w całości i w harmonii, a może raczej widzę całą ludzkość w sobie i w tobie. Także bowiem twój duch widnieje przede mną w swej wyrazistej skończoności; nie są to już rysy, które się wyłaniają i rozpływają, lecz spogląda on na mnie niczym jedna z wiecznotrwałych postaci, z wysoka, radosnym okiem, i otwiera ramiona, by objąć mojego ducha. Najulotniejsze i najświętsze pośród owych subtelnych rysów i form wyrazu duszy, jako takie zdające się już błogostanem temu, kto nie zna rzeczy najwyższych, to tylko wspólna nam atmosfera, w jakiej oddychamy i żywot nasz duchowy wiedziemy.

Słowa są mdłe i mętne; w natłoku zjawisk ja także musiałbym stale od nowa wracać do niewyczerpanego poczucia naszej pierwotnej harmonii. Wielka przyszłość wygania mnie, spiesznymi gestami, dalej w bezmiar, każda idea odsłania łono i dojrzewa w bezliku nowych urodzeń. Żyją we mnie jednocześnie nieokiełznana żądza i cicha pomsta w skrajnych postaciach. Pamiętam wszystko, także ból, a wszystkie moje dawne i przyszłe myśli budzą się i powstają przeciwko mnie. W spęczniałych żyłach dudni dzika krew, usta schną z tęsknoty za zjednoczeniem, a fantazja szuka i przebiera pośród wielu kształtów radości, i nie znajduje tego, w którym pragnienie mogłoby się wreszcie spełnić i wreszcie odnaleźć spokój. I nagle znów ze wzruszeniem wspominam mroczny czas, kiedy to wciąż czekałem, nie żywiąc nadziei, i mocno kochałem, wcale o tym nie wiedząc; moja najgłębsza istota rozpływała się bowiem w nieokreślonej tęsknocie i z rzadka tylko znajdowała ujście w na pół tłumionych westchnieniach.

Tak! Gotów byłbym uznać za bujdę to, że istnieje taka radość i taka miłość, jaką właśnie czuję, i taka niewiasta: najczulsza kochanka i zarazem najlepsza towarzyszka, i doskonała przyjaciółka. W przyjaźni bowiem zwłaszcza szukałem wszystkiego, bez czego nie mogłem się obejść, lecz nie miałem nadziei, że znajdę to w jakiejkolwiek istocie płci niewieściej. W tobie znalazłem to wszystko i więcej, niż zdołałbym zapragnąć: ty wszelako nie jesteś taka jak inne. O tym, co nawyk bądź upór każą nazywać kobiecym, nie wiesz nic. Jeśli nie liczyć swoistych drobnostek, kobiecość twojej duszy polega po prostu na tym, że życie i kochanie znaczą dla niej tyle samo; wszystko odczuwasz w całej pełni i bezmiarze, nie interesują cię podziały i odrębności, twoja istota to niepodzielna jedność. Dlatego tak jesteś poważna i tak radosna; dlatego wszystko traktujesz z takim respektem i tak niedbale, i dlatego kochasz mnie też w mej całej osobie i nie odstępujesz ani cząstki tejże choćby państwu, potomnym czy przyjaciołom mężczyznom. Do ciebie należy wszystko, zawsze jesteśmy sobie najbliżsi i rozumiemy się najlepiej. Wszystkie stopnie człowieczeństwa przemierzasz wraz ze mną, od najrozwiąźlejszej zmysłowości aż po najbardziej duchową duchowość, i tylko w tobie widziałem prawdziwą dumę i prawdziwą pokorę niewieścią.

Gdybyśmy znaleźli się w kręgu najstraszliwszych cierpień, jeśli tylko by nas nie rozłączyły, to wydałyby mi się niczym więcej niż podniecającym przeciwieństwem szlachetnej lekkomyślności naszego związku. Czemu najbardziej cierpkich kaprysów przypadku nie mielibyśmy poczytać za piękny dowcip i swawolną samowolę, jeśliśmy nieśmiertelni jak miłość? Nie mogę już rzec: moja miłość, twoja miłość; obie są sobie równe jako doskonałe Jedno - miłość wzajemna. To małżeństwo, wieczna jedność i połączenie duchowe, nie dla świata, który nazywamy tym albo tamtym, lecz dla jedynego świata, co jest prawdziwym, niepodzielnym, bezimiennym, nieskończonym - dla całego naszego wiecznego bycia i życia. Dlatego też, gdyby zdało mi się, że nadeszła pora, filiżankę naparu z laurowiśni wypiłbym z tobą równie radośnie i lekkodusznie jak kieliszek szampana, któryśmy wychylili ostatnio do moich słów: "Tak więc pijmy do dna resztę naszego żywota". - Tak rzekłem i wypiłem pospiesznie, nim najszlachetniejszy duch wina ulotnił się z pianką, i tak, powtórzę raz jeszcze, tak żyjmy i kochajmy. Wiem, że i ty nie chciałabyś mnie przeżyć, podążyłabyś za pochopnym małżonkiem do grobu, by z żądzy i miłości zstąpić w ognistą otchłań, w którą obłędne prawo spycha hinduskie kobiety, a grubiański zamiar i rozkaz profanuje i niszczy najsubtelniejsze świętości samowoli.

Tam być może tęsknota zostaje w pełni zaspokojona. Często się tym zdumiewam: każda myśl i wszystko inne, co się w nas ukształtowało i jest, zdaje się skończone w sobie, pojedyncze i niepodzielne niczym osoba; jedno ruguje drugie, a to, co przed chwilą było tak bliskie i obecne, wnet pogrąży się w mroku. Wszelako potem znów zdarzają się okamgnienia nagłej, powszechnej jasności, kiedy kilka takich duchów świata wewnętrznego przez cudowny mariaż bez reszty stapia się w Jedno i jakiś zapomniany już fragment naszego Ja promienieje w nowym świetle i jasnym swoim blaskiem przenika noc przyszłości. A co się maluczkich rzeczy tyczy, tyczy, jak myślę, także rzeczy wielkich. To, co zowiemy życiem, jedną jedyną myślą jest tylko, jednym niepodzielnym uczuciem, jakie żywi cały wieczny człowiek wewnętrzny. Jemu też zdarzają się okamgnienia najgłębszej i najpełniejszej świadomości, kiedy wszelkie te żywoty przychodzą mu na myśl, na nowo się mieszają i dzielą. My oboje jeszcze kiedyś w Jednym Duchu poznamy, żeśmy kwieciem Jednej Rośliny bądź listkami Jednego Kwiatu, a wówczas się uśmiechniemy: będziemy wszak wiedzieć, że to, co właśnie nazywamy nadzieją, w istocie było wspomnieniem.

Pamiętasz jeszcze, jak zalążek tej myśli na twoich oczach wychynął w mojej duszy niczym pęd i wnet zapuścił korzonki w twojej? - Tak religia miłości coraz bardziej serdecznym, coraz ciaśniejszym czyni splot naszej miłości, jak dziecko, co na podobieństwo echa zwielokrotnia rozkosz czułych rodziców.

Nic nie może nas rozdzielić i z pewnością każda rozłąka jeszcze przemożniej rzuci mnie w twoje objęcia. Wyobrażam sobie, jak znalazłszy się w nich po raz ostatni, w natłoku sprzecznych, jakże silnych doznań wybucham na przemian to łzami, to śmiechem. Potem bym ucichł i w stanie swoistego odrętwienia nijak nie mógł uwierzyć, że jestem daleko od ciebie, aż nowe przedmioty wokoło przekonałyby mnie, i to wbrew mej woli. Wtedy jednak niepowstrzymanie rosłaby moja tęsknota, aż na jej skrzydłach opadłbym w twe ramiona. Pozwól, niech słowa lub ludzie wzniecą nieporozumienie między nami! Głęboki ból byłby przelotny i wnet by się rozpierzchł w harmonii jeszcze doskonalszej. Tyleż bym zważał na niego, ile kochająca kochanka, entuzjazmem żądzy wiedziona, zważa na drobną urazę.

Jakże mogłaby rozłączyć nas rozłąka, jeśli nawet przytomność nasza zanadto jakby jest przytomna. Musimy żartem uśmierzać i studzić trawiącą gorączkę, toteż najdowcipniejsza pośród figur i sytuacji radosnych jest też dla nas najpiękniejsza. A ze wszystkich jedna jest najdowcipniejsza i najpiękniejsza: gdy zamieniamy się rolami i z dziecięcą ochotą idziemy o zakład, kto kogo złudliwiej zmałpować zdoła, czy lepiej uda się tobie delikatna stanowczość mężczyzny, czy też mnie kusicielskie oddanie niewiasty. Czy wiesz jednak, że te słodkie igraszki mają dla mnie jeszcze inne uroki niźli te jedynie, które do nich należą? A nie jest to tylko lubieżne wycieńczenie bądź przeczucie zemsty. Widzę tu cudowną, bogatą w znaczenia zmysłowe alegorię spełnienia męskości i kobiecości jako pełnego człowieczeństwa. Leży w tym niemało, a co tam leży, z pewnością nie powstanie tak szybko jak ja, kiedy ci ulegam.

?

To była dytyrambiczna fantazja o najpiękniejszej sytuacji w najpiękniejszym świecie! Wciąż pamiętam dobrze, jak ją wtedy przyjęłaś. Ale zdaje mi się, że równie dobrze wiem, jak przyjmiesz ją teraz; tu, w tej książeczce, po której spodziewasz się raczej wiernej historii, prostej prawdy i spokojnej rozwagi, ba, nawet morału, miłego sercu morału, jaki płynie z miłości. "Jak można chcieć pisać o tym, o czym niemal nie wolno powiedzieć, co należy tylko czuć?" - Odpowiadam: jeśli się czuje, to trzeba chcieć powiedzieć, a o tym, co chce się powiedzieć, wolno też i można pisać.

Nasamprzód chciałem ci dowieść i objaśnić, że w naturze mężczyzny, jako jej istotne i pierwotne znamię, leży pewien siermiężny entuzjazm, który wybucha, lubując się we wszelkich czułościach i świętościach, nierzadko potyka się niedołężnie o własny dobroduszny zapał i jednym słowem: łatwo mu być wręcz grubiańsko boskim.

Ta apologia byłaby mi ratunkiem, być może jednak tylko kosztem samej męskości: jakkolwiek bowiem dobrego mniemania o niej jesteście, gdy idzie o szczegół, to przecież wiele i zawsze macie przeciwko całemu gatunkowi. Wszelako żadną miarą nie chcę z taką race we wspólnej stawać sprawie i wolę bronić swej wolności i zuchwałości lub je usprawiedliwiać, podając przykład małej niewinnej Wilhelminy, którą to damę też poza wszystkim najtkliwszą darzę miłością. Chcę przeto bez zwłoki z grubsza ją opisać.

Opis małej Wilhelminy

Jeśli spojrzeć na to niezwykłe dziecko, nie bacząc na jednostronną teorię, lecz tak jak się godzi: w ogóle i w całości, to wolno rzec o niej śmiało i będzie to bodaj najlepsze ze wszystkiego, co rzec można: jest najbystrzejszą osobą swojego czasu i swojego wieku. A to zaiste niemało: jak niezwykłe jest bowiem harmonijne ukształtowanie wśród osób dwuletnich? Najmocniejszym pośród wielu mocnych dowodów jej wewnętrznej doskonałości jawi się pogodne samozadowolenie. Po posiłku zwykle rozkłada na stole ramionka, z pocieszną powagą wspiera na nich małą głowę, robi wielkie oczy i bacznym wzrokiem spogląda w krąg na członków rodziny. Potem prostuje się z najżywszym wyrazem ironii i uśmiechem kwituje własną przebiegłość i naszą niższość. A w ogóle, nie stroni od bufonerii, ma do niej dryg. Kiedy naśladuję jej gesty, ona naśladuje moje naśladowanie; tak stworzyliśmy język mimiczny i porozumiewamy się, używając hieroglifów sztuki widowiskowej. Do poezji czuje, jak sądzę, większy pociąg niż do filozofii; woli też, gdy się ją wozi, i tylko w razie konieczności wędruje pieszo. Twarde dysonanse naszej północnej mowy wtapiają się na jej języku w miękkie, słodkie brzmienia narzecza italskiego i hinduskiego. Uwielbia zwłaszcza rymy, jak wszystko, co ładne; często nieznużenie i nieprzerwanie wymienia, podśpiewując do siebie, wszystkie swoje ulubione obrazy, tworzące niejako klasyczny zbiór drobnych przyjemności. Tak jak poezja z wybornych rzeczy wszelkiego rodzaju upleść potrafi lekki wieniec, tak i Wilhelmina nazywa i rymuje okolice, czasy, zdarzenia, osoby, tryby i potrawy, wszystko w romantycznym pogmatwaniu, tak wiele słów, tak wiele obrazów; i bez jakichkolwiek znaczeń ubocznych i sztucznych łączników, które na koniec tylko intelektowi się przydadzą, a wszelkim śmielszym wzlotom fantazji na przeszkodzie stają. W jej fantazji wszystko ożywia i uskrzydla natura; często kontent wspominam, jak mając niewiele ponad rok, pierwszy raz ujrzała lalkę. Dotknęła jej i niebiański uśmiech rozkwitł na małej buzi, i złożyła serdeczny pocałunek na barwionych drewnianych wargach. To pewna! Leży głęboko w naturze człowieka, że chce on spożywać wszystko, co lubi, a każdą nowość wsuwa sobie prosto do ust, aby tam, o ile to możliwe, rozłożyć ją na składniki pierwsze. Zdrowa żądza wiedzy pragnie bez reszty posiąść swój przedmiot, przeniknąć w głąb tegoż i rozgryźć go. Dotknięcia natomiast zatrzymują się na samej tylko powierzchni, a przez wszelkie obmacywanie poznaje się w sposób niedoskonały i jedynie pośredni. Jakże jednak ciekawe to widowisko, gdy bystre dziecko spostrzega swój obraz i podobieństwo, stara się obmacać je rękoma i za pomocą tych pierwszych i ostatnich czułków rozumu nabrać orientacji; obcy płoszy się, kuli i chowa, a skrzętna mała filozofka nie przestaje się zajmować przedmiotem podjętych już dociekań.

Ale oczywiście duch, dowcip i oryginalność są jednako rzadkie u dzieci, jak u dorosłych. Aliści wszystko to i wiele jeszcze różności nie mieści się tutaj i wywiodłoby mnie poza granice wytyczonego celu! Ten opis bowiem nie służy przedstawieniu niczego oprócz pewnego ideału, który pragnę mieć stale przed oczyma, aby w tym drobnym dziełku pięknej i wykwintnej mądrości życiowej nigdy nie zboczyć z wąskiej ścieżyny tego, co godziwe, i który pragnę przywieść przed oczy tobie, iżbyś wszelkie wolności i zuchwałości, na jakie jeszcze chcę się ważyć, z góry mi wybaczyła lub mogła ocenić je i docenić wedle wyższej miary.

Czyżbym nie miał racji, kiedy u dzieci obyczajność spodziewam się znaleźć, a delikatność i wykwintność myśli i słów przede wszystkim u płci niewieściej?

Spójrz tylko! Kochana Wilhelmina nierzadko w tym widzi niewymowną frajdę, że leżąc na plecach, wymachuje nóżkami i ani o sukienkę swoją się nie trapi, ani o to, co powie świat. Jeśli Wilhelmina tak czyni, to czegóż nie wolno czynić mnie, skoro przecież jestem mężczyzną i przebóg! delikatniejszym być nie muszę niźli najdelikatniejsza istota niewieścia?

O, pozazdroszczenia godna wolności od uprzedzeń! Odrzuć je i ty, droga przyjaciółko, wszystkie resztki fałszywego wstydu, niczym owe nieszczęsne szatki, które często zrywałem z ciebie i rozrzucałem wokół w pięknym bezładzie. A gdyby ta niewielka powieść mego życia miała ci się wydać jednak nazbyt rozwiązła, to sobie wyobraź, że jest dzieciną, i przyjmij jej niewinne swawole z matczynym pobłażaniem, i pozwól jej się pieścić.

Jeśli zechciałabyś nie nazbyt ściśle rozumieć prawdopodobieństwo i ogólną ważność alegorii, a przy tym spodziewać się akurat tyle niedołęstwa w opowiadaniu, ile potrzeba w wyznaniach niedołęgi, aby kostium pozostał nie nadwerężony, to chętnie opowiem ci tu jeden z ostatnich swoich snów na jawie, gdyż wieńczy go podobny rezultat jak w wypadku opisu małej Wilhelminy.

Alegoria zuchwałości

Beztrosko stałem w kunsztownym ogrodzie nad okrągłą grządką, która pyszniła się chaosem najwspanialszych kwiatów, cudzoziemskich i tuziemskich. Chłonąłem korzenną woń i delektowałem się wielobarwnością; nagle jednak spośród kwiatów wyskoczył paskudny potwór. Zdawał się spęczniały od trucizny, przeźroczysta skóra mieniła się wszystkimi kolorami i widać było trzewia wijące się jak robaki. Był dość duży, by napędzić strachu; na wszystkie strony w krąg własnego ciała rozwierał rakowe kleszcze; raz kicał jak żaba, to znów sunął ohydnym ruchem na odnóżach, których miał bez liku. Odwróciłem się ze zgrozą; jako że jednak upatrzył mnie sobie, zdobyłem się na odwagę, mocnym pchnięciem przewróciłem go na plecy i natychmiast wydał mi się niczym innym jak pospolitą żabą. Zdumiałem się srodze, a wnet jeszcze bardziej, ktoś bowiem rzekł tuż za mną: "To jest Opinia Publiczna, mnie zaś zowią Dowcipem; twoi fałszywi przyjaciele, owe kwiaty - wszystkie zwiędły". - Obejrzałem się i spostrzegłem męską postać średniego wzrostu; główne rysy szlachetnego oblicza były tak wypracowane, z taką przesadą, jaką często widujemy w rzymskich popiersiach. Jego rozwarte, jasne oczy pałały przyjaznym blaskiem, a na mężne czoło opadły i osobliwie się na nim kłębiły dwa bujne loki. "Przedstawię ci na nowo pewne stare widowisko - oznajmił. - Kilku młodzieńców na rozdrożu. Osobiście uznałem, że nie szkoda mojego trudu o próżniaczej porze, by ich, z pomocą boskiej fantazji, spłodzić. To prawdziwe powieści, w liczbie czterech, i nieśmiertelne jak my". Spojrzałem we wskazaną przezeń stronę, tam zaś piękny młodzieniec, niemal w negliżu, frunął ponad zieloną równiną. Był już daleko i ledwie zdołałem zobaczyć, że jednym susem dosiadł rumaka i pognał, jakby chciał prześcignąć w locie letni wiatr wieczorny i zadrwić z jego opieszałości. Na wzgórzu pojawił się rycerz w pełnej zbroi, wielkiej i dostojnej postury, olbrzym niemal: a jednak skończona doskonałość jego budowy i kształtów oraz wejrzenie poważne, acz przyjazne i szczere, tudzież ceremonialne gesty przydawały mu pewnego patriarszego wykwintu. Pochylił się ku zachodzącemu słońcu, z wolna ukląkł na jedno kolano i jakby się pogrążył w żarliwej modlitwie, z prawą dłonią na sercu, lewą na czole. Młodzian, co wprzódy tak się śpieszył, teraz spoczywał na zboczu, spokojny, i opalał się w ostatnich promieniach; naraz poderwał się, rozebrał, skoczył w nurt, igrał z falą, nurkował, wynurzał się i znów rzucał w toń. Opodal w cieniu gaju majaczyło coś na podobieństwo figury w szacie greckiej; jeśli jednak jest figurą, pomyślałem, to zgoła nieprzynależną do tego świata; tak matowe były jej barwy, tak spowijała ją całą święta mgła. Kiedym poprzyglądał się dłużej i uważniej, okazało się, że to także jest młodzieniec, wszelako o całkiem przeciwstawnym charakterze. Wysoka postać opierała głowę i ramiona o urnę; skupione spojrzenia zdawały się już to szukać jakiejś zguby na ziemi, już to pytać o coś blade gwiazdy, które zaczynały błyszczeć; z westchnieniem rozchyliły się wargi, wokół których pląsał ciepły uśmiech. -

Pierwszemu młodzianowi, poważnemu, o żywych zmysłach, sprzykrzyły się tymczasem samotne ćwiczenia cielesne; lekkim krokiem jął zbliżać się wprost ku nam. Był teraz całkiem przyodzian, niemal jak pasterz, ale nadzwyczaj barwnie i dziwacznie. Mógłby się tak pokazać na maskaradzie; palce jego lewej ręki bawiły się nitkami, na których zwisała maska. Można by w tym fantastycznym chłopięciu dojrzeć figlarne dziewczę, które zmienia strój dla kaprysu. Zrazu szedł prosto, nagle jednak stracił pewność; ruszył w jedną stronę, zawrócił pośpiesznie ku drugiej, a śmiał się przy tym z siebie. "Młody człowiek nie wie, co wybrać, zuchwałość czy delikatność", powiedział mój towarzysz. Po lewicy widziałem kompanię pięknych niewiast i dziewcząt, po prawicy stała jedna, wielka i samotna, a ledwie skierowałem wzrok ku tej przemożnej formie, jej spojrzenie z taką surowością i śmiałością napotkało moje, że spuściłem oczy. W gronie dam znajdował się młody człowiek, w którym wnet rozpoznałem brata innych powieści. To jeden z tych, których widuje się współcześnie, lecz znacznie lepiej uformowany; jego postać i twarz były niepiękne, ale subtelne, bardzo rozumne i nad wyraz pociągające. Można by równie dobrze wziąć go za Francuza, jak i za Niemca; strój jego i cały sposób bycia, ze wszech miar nowoczesne, cechowała prostota, ale też staranność. Zabawiał towarzystwo i zdawał się żywo interesować wszystkimi. Dziewczęta uwijały się wokół najdostojniejszej damy i szczebiotały jedna przez drugą. "Zaprawdę, serce mam większe od ciebie, droga Obyczajności! - rzekła jedna - a imię moje, a jakże, Dusza, i to piękna". Obyczajność pobladła nieco i łzy stanęły jej w oczach. "Wszak byłam wczoraj tak cnotliwa - powiedziała - dokładam starań i robię coraz większe postępy. Pod dostatkiem mam własnych wyrzutów, dlaczego muszę jeszcze wysłuchiwać twoich?" Inna znów, Skromność, czuła zazdrość wobec tej, która nazwała się piękną Duszą, i przemówiła: "Jestem zła na ciebie, używasz mnie tylko jako narzędzia". Dyskrecja, widząc nieszczęsną Opinię Publiczną, jak bezradnie leży na plecach, przelała dwie i pół łzy, po czym w osobliwy sposób jęła osuszać sobie oko, które bynajmniej nie było wilgotne. "Nie dziw się tej otwartości - powiedział Dowcip - nie jest ani zwyczajna, ani samowolna. Wszechmocna Fantazja dotknęła te chimery czarodziejską różdżką, aby ujawniły swoje wnętrze. Zaraz usłyszysz więcej. Aliści Zuchwałość przemawia tak z wolnej woli". "Przy tym młodym Marzycielu - powiedziała Delikatność - chcę się setnie bawić; piękne wiersze będzie o mnie pisał. Niech pozostanie z dala ode mnie, tak jak Rycerz. Ten zaprawdę jest piękny, gdyby tylko nie wyglądał tak poważnie i solennie. Najmędrszy ze wszystkich wydaje się Elegant, który właśnie rozmawia ze Skromnością; mam wrażenie, że z niej szydzi. Przynajmniej o Obyczajności i jej mdłym obliczu powiedział wiele ślicznych zdań. Najwięcej wszak rozmawiał ze mną i mógłby mnie pewnie uwieść, chyba że się rozmyślę albo pojawi się ktoś, kto jeszcze bardziej jest w modzie". Rycerz jednak zbliżył się do towarzystwa; lewą dłoń wsparł na rękojeści wielkiego miecza, prawą uprzejmie pozdrawiał zebranych. "Wszyscyście tacy zwyczajni, a ja się nudzę", powiedział człowiek nowoczesny, ziewnął i odszedł. Zobaczyłem teraz, że niewiasty, które przy pierwszym wejrzeniu uznałem za urodziwe, w istocie były kwitnące i całkiem miłe, poza tym jednak nieciekawe. Gdy przyjrzeć się bliżej, widać nawet rysy pospolite i ślady zepsucia. Zuchwałość wydała mi się teraz nie tak surowa, patrzyłem na nią śmiało i musiałem przyznać, że jej format: wielkość i klasa, są zdumiewające. Podeszła szybko do pięknej Duszy i sięgnęła ręką wprost do jej twarzy. "To tylko maska - powiedziała - nie jesteś piękną duszą, co najwyżej - ogładą, często też kokieterią". - Następnie zwróciła się do Dowcipu słowami: "Jeśli to wszystko, co się dziś zowie powieścią, twoim jest dziełem, to mogłeś lepiej wykorzystać swój czas. Z rzadka znajduję w tych najlepszych coś z lekkiej poezji ulotnego życia. A dokąd to pierzchła śmiała muzyka serca oszalałego z miłości, ta, co wszystko porywa ze sobą i największego dzikusa do tkliwych łez przywodzi, i wieczne skały wprawia w pląs? Nie ma takiego głupca ni człeka trzeźwego, co by nie bajał o miłości, kto jednak zna ją jeszcze, temu nie starcza mocy serdecznej i wiary, by ją wyrazić". Dowcip roześmiał się, niebiański młodzian bił brawo z oddali, ona zaś ciągnęła: "Jeśli osoby na niemoc ducha cierpiące chcą płodzić z nim dzieci; jeśli te, które bynajmniej tego nie rozumieją, ośmielają się żyć - jest to w najwyższej mierze nieprzyzwoite, gdyż w najwyższej mierze nienaturalne i w najwyższej mierze niestosowne. To wszelako, że wino się pieni, a grom krzesze płomień, całkiem jest słuszne i stosowne". Jeszcze nie wybrzmiały te słowa, a powieść-lekkoduch dokonał wyboru: już się uwijał przy Zuchwałości, jakby całkiem był jej oddany. Ona zaś wziąwszy go pod ramię, oddaliła się z nim, a po drodze rzuciła do Rycerza: "Jeszcze się zobaczymy". "To tylko zjawiska zewnętrzne - powiedział mój opiekun - zaraz spojrzysz w swoje wnętrze. A w ogóle, jestem prawdziwą osobą i prawdziwym dowcipem, przysięgam ci na siebie samego, nie wyciągając ręki po nieskończoność". I wszystko znikło, także Dowcip urósł i rozciągnął się, aż przepadł. Nie było go już przede mną i poza mną, ale zdawało mi się, że odnajduję go w sobie; część mojej jaźni, inną jednak niż ja, samą w sobie żywą i samodzielną. Nowy zmysł jakby otwarł się i rozświetlił we mnie, i zobaczyłem czystą masę ciepłego światła. Zawróciłem w siebie i wniknąłem w ów nowy - cudowny - zmysł. Widział jasno i wyraziście niczym duchowe, skierowane do wewnątrz oko, a jego spostrzeżenia były intymne i delikatne, jak doznania słuchu, i tak bezpośrednie jak czucie. Niebawem znów rozpoznałem scenę świata zewnętrznego, czystszą jednak i promienną, w górze błękitną opończę nieba, na dole zielony kobierzec zasobnej ziemi, która zaroiła się od wesołych postaci. To, bowiem, czego pragnąłem w samej głębi serca, żyło i kłębiło się tuż obok, zanim jeszcze zdołałem ująć owo pragnienie w jasną myśl. I wnet ujrzałem też znane mi i nieznane, drogie postacie w dziwacznych maskach, jak w wielkim karnawale rozkoszy i miłości. Wewnętrzne saturnalia - gdyby mierzyć je miarą rozmaitych osobliwości i rozpasania, nie ustępowałyby światu, który przeminął. Ale niedługo trwały bachiczne hulanki duchowe i cały ten świat wewnętrzny rozdarło coś jak elektryczny cios, i usłyszałem, nie wiem jak i skąd, skrzydlate słowa: "Niszczyć i stwarzać, Jedno i Wszystko; tak oto duch wieczny wiecznie unosi się na wiecznych wszechświatowych wodach czasu i żywota i na każdą śmielszą falę baczy, nim ta się rozpierzchnie". Przerażająco pięknie i bardzo obco brzmiał ten głos fantazji, łagodniej zaś i jakby wprost pod moim adresem te oto słowa: "Pora już, można objawić i przedstawić wewnętrzną istotę bóstwa, wolno odsłonić tajniki wszelkich misteriów, a trwoga niechaj ustanie. Wtajemnicz się sam i obwieść, że natura jedynie czci jest godna i zdrowie jedynie godne jest miłości". Przy tajemniczych słowach p o r a j u ż język niebiańskiego ognia jakby osunął mi się w duszę. Płonął i trawił mnie do szpiku; buzował i buchał, prąc na zewnątrz. Sięgnąłem po oręż, aby się rzucić między wojujące namiętności, co wywijają ostrzami przesądów, i walczyć w imię miłości i prawdy - ale oręża pod ręką nie było. Otwarłem usta, by głosić je pieśnią; myślałem, że wszystkie istoty muszą ją usłyszeć i cały świat znów przepełni harmonia dźwięków, przypomniałem sobie jednak, że moje wargi nie posiadły sztuki śpiewania pieśni ducha. "Pragniesz przekazać nieśmiertelny ogień, czysty i nieokiełznany, lecz niepotrzebnie - mówił znany głos mego miłego towarzysza. - Twórz, wymyślaj, przeobrażaj i zachowuj świat oraz jego wieczne kształty w ciągłej zmienności, pośród rozstań i nowych mariaży. Ukryj ducha i opraw w literę. Prawdziwa litera jest wszechmocna, to różdżka czarodziejska w całej swej istocie. Nieprzeparta samowola jej czarodziejskiej wysokości, Fantazji, dotyka nią wzniosłego chaosu rozkwitłej natury i przywołuje na jaw nieskończone słowo na obraz i podobieństwo ducha bożego, słowo, które jest jego odzwierciedleniem i które śmiertelni zowią uniwersum".

?

Tak jak strój niewieści nad męskim, tak też duch niewieści nad duchem męskim ma tę przewagę, że wystarczy jedna jedyna śmiała kombinacja, aby się wydobyć ponad wszelkie przesądy kultury i konwencje mieszczańskie, i w jednej chwili znaleźć w stanie niewinności oraz - w łonie natury.

Do kogóż więc retoryka miłosna miałaby kierować swoją apologię natury i niewinności, jeśli nie do wszystkich niewiast, które zamknęły głęboko w swoich czułych sercach święty ogień bożej rozkoszy, aby się w nich tlił i nigdy nie mógł zgasnąć, choćby dbałości nie zaznał i stał się nieczystym? A zaraz potem bodaj do młodzieńców i do mężczyzn, co wciąż pozostają młodzi. Wśród tych jednakże poczynić trzeba jedno wielkie rozróżnienie. Wszystkich młodzieńców można podzielić na takich, którzy znają owo coś, co Diderot nazywa doznaniem ciała, i takich, którzy tego nie znają. Rzadki to dar! Wielu malarzy zdolnych i rozumnych przez całe życie daremnie go szuka, wielu wirtuozów męskości kończy karierę, nie domyślając się nawet, co ich ominęło. Zwykłą drogą niepodobna do tego dojść. Libertyn może i potrafi popuścić pasa, nie tracąc, by tak rzec, fasonu. Aliści zmysłu rozkoszy w wyższym sensie artystycznym, który dopiero nadaje męskiej sile piękny kształt, miłość jedynie może nauczyć młodziana. Idzie o elektryczność uczucia: o ciche, czułe nasłuchiwanie do wewnątrz, na zewnątrz o swego rodzaju pełną przejrzystość, jak w jasnych fragmentach obrazu malarskiego, co tak wyraziste odczucie budzą we wrażliwym oku. Idzie o cudowne pomieszanie i harmonię wszystkich zmysłów: także w muzyce występują przecież akcenty czyste, głębokie, ani trochę sztuczne, ucho zaś zdaje się je nie tyle słyszeć, co w istocie spijać, kiedy serce pragnie miłości. Wszelako doznanie ciała raczej się wymyka dalszym definicjom. Nie są zresztą potrzebne. Dość na tym, że dla młodzieńców jest to pierwszy stopień sztuki miłosnej i wrodzony dar niewiast, który mogą im one powierzyć i przyswoić, jedynie przychylność swoją i łaskawość okazując. Z nieszczęśnikami, którzy go nie znają, nie trzeba o miłości rozprawiać, z natury bowiem istnieje w mężczyźnie potrzeba tejże, lecz nie ma przeczucia co do niej. Stopień drugi ma w sobie już coś mistycznego i łatwo mógłby wydać się nierozumnym, jak każdy ideał. Mężczyzna, który nie umie spełnić i całkowicie zaspokoić skrytych żądań swej kochanki, nie potrafi bynajmniej być tym, czym jest i być powinien. W istocie jest impotentny i nie może zawrzeć ważnego małżeństwa. Oto wielkość skończona, choćby najwyższej próby, znika w obliczu nieskończonego i naga siła nie wystarczy, by nawet przy najlepszej woli rozwiązać problem. Kto jednak ma fantazję, może jej udzielić, a tam, gdzie jest fantazja, kochankowie skorzy są do wyrzeczeń, by trwonić; ich droga wiedzie do wewnątrz, a celem jest intensywna nieskończoność, nierozłączność bez rachuby i miary; i właściwie nigdy nie muszą się wyrzekać, gdyż ów czar może zastąpić wszystko. Ale sza o tych sekretach! Stopień trzeci i najwyższy to niezmienne uczucie harmonijnego ciepła. Młodzieniec, który je zna, potrafi kochać nie tylko jak mężczyzna, lecz zarazem jak niewiasta. Człowieczeństwo osiągnęło w nim skończony kształt, on zaś wspiął się na wierzchołek żywota. Pewne jest bowiem, że mężczyźni z natury są jedynie gorący bądź zimni: ciepło trzeba im dopiero przyswoić. Niewiasty zaś są z natury ciepłe pod względem zmysłowym oraz duchowym i posiadają zmysł ciepła wszelkiego rodzaju.

Jeśli ta szalona książeczka kiedykolwiek się ziści, zostanie może wydrukowana czy wręcz przeczytana, to niechybnie na wszystkich szczęśliwych młodzieńcach wywrze podobne wrażenie. Różne tylko zależnie od stopnia ich wtajemniczenia. U tych na pierwszym stopniu wywoła doznanie ciała; tych na drugim może całkiem zaspokoić; tym na trzecim powinno zrobić się przy niej po prostu ciepło.

Całkiem inaczej sprawa by się miała z niewiastami. Pośród nich nie ma niewtajemniczonych; wszak każda nosi w sobie miłość, a my, młodzieńcy, wciąż tylko uczymy się o jej niewyczerpanej istocie i pojmujemy ją co rusz ciut lepiej. Już w rozkwicie czy ledwie w zalążku - to wszystko jedno. Także dziewczę w swojej naiwnej niewiedzy wie już przecież wszystko, nim jeszcze błyskawica miłości skrzesze iskrę w jej czułym łonie i sprawi, że zamknięty pąk rozkwitnie jako kielich pełen żądzy. A gdyby pąk miał uczucia, czy przeczucie kwiatu nie byłoby w nim wyraźniejsze niźli świadomość samego siebie? -

Toteż w miłości niewieściej nie występują stopnie i poziomy oświecenia ani w ogóle nic ogólnego, a jedynie bezlik indywidualności i osobliwych gatunków. Żaden Linneusz nie zdoła sklasyfikować nam i zdemoralizować wszystkich tych pięknych kwiatów i roślin w wielkim ogrodzie życia; tylko wtajemniczony ulubieniec bogów rozeznaje się w tej cudownej botanice, w boskiej sztuce odkrywania tajemnych mocy i rodzajów piękna owych roślin, tudzież rozpoznawania pory, kiedy kwitną, oraz jakiej gleby potrzebują. Tam, gdzie bierze swój początek świat albo człowiek, znajduje się też właściwe centrum oryginalności, a żaden mędrzec nie zgłębił tajemnicy, która spowija kobiecość.

Jedno wszak zdaje się dzielić niewiasty na dwie wielkie klasy. To mianowicie, czy baczą na zmysły i w poważaniu mają naturę, same siebie i męskość, czy też utraciły tę prawdziwą czystość wewnętrzną, a za każdą rozkosz płacą skruchą, jeśli nie wręcz gorzką obojętnością w odpowiedzi na wewnętrzne potępienie. To historia wielu z nich. Najpierw lękają się mężczyzn, potem muszą oddać rękę niegodziwcom, których wnet znienawidzą bądź zdradzą, a w końcu wzgardę żywić będą dla siebie i dla losu niewieściego. Własne skromne doświadczenie uznają za powszechne, a wszystko inne za śmieszne; wąski krąg nieokrzesania i nikczemności, w którym stale się obracają, jest dla nich całym światem i ani im w głowie myśl, że mogłyby istnieć jeszcze inne światy. Mężczyźni to dla nich nie ludzie, lecz - mężczyźni tylko, osobny gatunek, fatalny wprawdzie, ale nieodzowny jako sposób na nudę. Wszak one także należą do pewnego sortu, jedna podobna do drugiej, pozbawiona oryginalności i miłości.

Niewybawione z niemocy, czy zatem nie sposób ich z niemocy wybawić? Nie ma u kobiety nic bardziej nienaturalnego niż pruderia (przywara, która niezmiennie budzi we mnie furię wewnętrzną) i nie ma nic dokuczliwszego niż nienaturalność - to dla mnie tak oczywiste i jasne, że nie chciałbym wytyczać granic, nie chciałbym o żadnej rzec: tej z niemocy nie sposób wybawić. Sądzę, że ich nienaturalność nigdy nie będzie wiarygodną, choćby osiągnęły w tej mierze lekkość i swobodę, sięgające pozorów konsekwencji i charakteru. Jednak to tylko pozory; płomienia miłości ugasić niepodobna i pod najgrubszą choćby warstwą popiołu tli się żar.

Obudzić w nim świętą iskrę, wydobyć ją z popiołu uprzedzeń i wzniecić czysty płomień, a gdy rozgorzeje, nakarmić go skromną ofiarą; taki byłby najwyższy cel mojej męskiej ambicji. Pozwól, niech wyznam: nie ciebie tylko kocham, kocham samą kobiecość. I nie tylko kocham, wielbię ją, bo wielbię ludzkość, bo kwiat zwieńczeniem jest rośliny i jej naturalnego piękna, i kształtu.

To najstarsza, najdziecinniejsza, najprostsza religia - do niej wróciłem. Jako najdoskonalszy symbol boskości czczę ogień; a gdzie płonie piękniejszy niźli ten ukryty przez naturę głęboko w miękkiej piersi niewieściej? - Wyświęć mnie na kapłana, nie po to, bym weń patrzył bezczynnie, lecz abym go wyzwolił, rozniecił i oczyścił: gdy będzie czysty, nie potrzeba strażników ni westalek, by go podtrzymywały.

Piszę i marzę, jak widzisz, nie bez namaszczenia; ale też nie bez powołania i to - bożego. Na cóż to nie wolno ważyć się temu, do którego sam Dowcip przemówił głosem z otwartych niebios: "Tyś mój syn umiłowany, któregom sobie upodobał". I dlaczego mam nie powiedzieć o sobie, z własnej woli i samowoli: "Jam jest Dowcipu syn umiłowany" jako i niejeden poczciwiec, co wędrował przez życie od przygód nie stroniąc, o sobie powiadał: "Jam jest fortuny syn umiłowany".

A właściwie chciałem mówić o wrażeniu, jakie ta fantastyczna powieść zrobiłaby na niewiastach, gdyby się skutkiem przypadku bądź samowoli odnalazła i została podana publiczności. Byłoby w rzeczy samej niestosowne, gdybym nie usłużył ci tu, w arcyzwięzłej formie, kilkoma drobnymi dowodami dywinacji czy wieszczby, iżby swoje prawo do godności kapłańskiej wykazać.

Zrozumieć mogą mnie wszystkie, żadna nie zrozumie tak źle i tak źle nie potraktuje jak niewtajemniczeni młodzieńcy. Wiele zrozumie mnie lepiej niźli ja siebie, Jedna wszelako w całej pełni, a jesteś nią ty. Wszystkie inne, mam nadzieję, przyciągam i odstręczam na zmianę, często potrafię zranić i równie często zjednać. Każda oświecona odniesie wrażenie całkiem odmienne i całkiem swoiste; tak swoiste i tak odmienne jak jej osobliwy sposób bycia i kochania. Klementynę wszystko to po prostu zaciekawi jako rzecz niezwykła, o której rzec można: coś w tym jest; to i owo zresztą uzna ona za słuszne. Mówi się, że jest harda i krewka, ja jednak wierzę w jej ciepło. Krewkość i hardość - ta pierwsza godzi mnie z tą drugą, mimo że, jak wskazują pozory, jednej i drugiej przybywa. Gdyby hardość była osamotniona, musiałaby wydać się chłodem i oschłością serca; krewkość pokazuje, że płonie tam święty ogień, który chce się wydostać. Wyobrazisz sobie bez trudu, jak postępowałaby z kimś, kogo darzyłaby szczerą miłością. Tkliwa i wrażliwa Rozamunda równie często okaże się przychylną, jak i obojętną, aż "płocha czułość śmielej poczynać gotowa i samą tylko niewinność dostrzeże w serdecznych umizgach miłosnych". Juliana ma w sobie tyleż poezji, ile miłości, tyleż entuzjazmu, ile dowcipu, ale jedno całkiem od drugiego oddzielone, przeto trwoży się ona niekiedy, w niewieścim sposobie, gdy narasta chaos, i wolałaby w tym wszystkim nieco więcej poezji i nieco mniej miłości.

Byłbym w stanie ciągnąć tak jeszcze długo, ze wszystkich sił bowiem dążę do wiedzy o ludziach i często nie umiem bardziej godziwie spędzać samotnych godzin niźli na refleksji wokół pytania, jak ta lub owa interesująca niewiasta w tym bądź owym interesującym związku mogłaby się znaleźć i zachować. Tymczasem jednak dość na tym, w przeciwnym razie poczujesz przesyt, a wielostronność nie wyjdzie na zdrowie twojemu wróżbicie.

Bodajbyś nie myślała o mnie źle i uwierzyła, że piszę nie dla ciebie jedynie, lecz dla współczesnych. Uwierz, obchodzi mnie tylko obiektywność mojej miłości. Ta obiektywność i wszelka ku niej skłonność utwierdzają, ba, wręcz tworzą magię pisma, a jako że poskąpiono mi talentu, bym tchnął mój płomień w pieśni, przeto cichym wersom muszę zawierzyć piękną tajemnicę. A nie myślę przy tym ani o całym świecie współczesnym, ani o świecie potomnych. Jeśli już mam myśleć o jakimś świecie, niechaj to będzie świat przodków. Sama miłość jest wiecznie nowa i wiecznie młoda, jej mowa zaś wolna i śmiała wedle starego klasycznego obyczaju, nie bardziej cnotliwa niźli elegia rzymska i najszlachetniejsi w największym narodzie, nie bardziej rozumna niźli wielki Platon i święta Safona.

Idylla o próżnowaniu

"Oto uczyłem się sam, a pewien bóg zaszczepił mi bukiet melodyj w duszy". Tak mogę śmiało rzec, gdy mowa nie o radosnej wiedzy tyczącej poezji, lecz o boskiej sztuce gnuśności. Z kimże więc miałbym myśleć i rozmawiać o próżnowaniu, jeśli nie z sobą samym? Przeto w owej nieśmiertelnej godzinie, kiedy geniusz podszepnął mi, iż mam głosić świętą ewangelię prawdziwej rozkoszy i miłości, tak rzekłem do siebie: "O dolo, dolo próżniacza! Tyś jest powietrzem życiodajnym niewinności i natchnienia; ciebie wdychają szczęśliwcy, a szczęśliwym ten, kto ciebie dostąpił i ciebie strzeże, święty klejnocie! Jedyna cząstko bogopodobieństwa, jaka się nam ostała z raju". Kiedym tak przemawiał w sobie, siedziałem, niczym zadumane dziewczę w bezmyślnej romancy, u strumienia i patrzyłem w ślad za umykającą falą. Aliści fale umykały i upływały tak nieśpiesznie, spokojnie i sentymentalnie, jakby Narcyz miał się przeglądać w przejrzystym lustrze i upajać pięknym egoizmem. Mnie także mogłoby ono nęcić, bym się zapadał coraz głębiej we wsobności mego ducha, gdyby natura moja tak bezinteresowną i praktyczną nie była, iż nawet moja spekulacja bez ustanku o dobro wspólne się trapi. Tedy, mimo że moje serce i umysł w miłym samopoczuciu były równie osłabłe jak członki rozebrane przemożnym upałem i bezwładne, z powagą rozmyślałem, co począć, aby nieprzerwanie trwać w objęciach. Jakimż by sposobem, dumałem, przedłużyć nasze bycie razem i w przyszłości raczej zapobiec wszelkim budzącym dziecinne wzruszenie elegiom z powodu nagłego rozstania, niż delektować się, jak dotychczas, komizmem takiego zrządzenia losu, skoro już nastąpiło i jest nieodwracalne. Dopiero kiedy siła wytężonego rozumu, porając się z nieosiągalnością ideału, omdlała z wycieńczenia, poddałem się strumieniowi myśli i ochoczo wsłuchałem we wszystkie barwne baśnie, którymi żądza i wyobraźnia, urzekające syreny w mojej piersi, mamiły mi zmysły. Nie postało w mej głowie nikczemnie krytykować uwodzicielskie kuglarstwa, choć przecież wiedziałem, że w większości są pięknym kłamstwem. Tkliwa muzyka fantazji zdawała się wypełniać puste miejsca ziejące tęsknotą. Przyjąłem to z wdzięcznością i postanowiłem, że ten jakże szczęsny dar, właśnie otrzymany, w przyszłości mocą własnej inwencji powtórzę dla nas obojga i zacznę pisać dla ciebie ten poemat prawdy. Tak powstał pierwszy zarodek cudownego kwiecia: samowoli i miłości. Rozkwitło wolne i jako takie, pomyślałem, niechaj się bujnie rozrasta i dziczeje, a ja nigdy nie zamierzę się na tę obfitość życia i nie zechcę, powodowany niskim upodobaniem do ładu i oszczędnością, przycinać zbędnych listków czy wici.

Niczym mędrzec Orientu całkiem zatopiłem się w świętych rozmyślaniach, spokojnie kontemplując wieczne substancje, szczególnie twoje i swoje. Wielkość w spokoju, powiadają mistrzowie, to najwyższy przedmiot sztuki plastycznej; i nie okazując nadto wyraźnej chęci, nie mozoląc się niegodnie, nadawałem kształt naszym wiecznym substancjom i ujmowałem je w słowa, a czyniłem to w takim oto godnym stylu. Przypomniałem sobie i zobaczyłem, jak lekki sen osnuwa nas, kiedy trwamy w objęciach. Co rusz któreś z nas otwierało oczy, uśmiechało się na widok słodko śpiącego i dość było rozbudzone, by wyrzec krotochwilne słowo, zacząć pieszczotę; zanim jednak ledwie rozpoczęta swawola się ziściła, opadaliśmy oboje, spleceni w jedno, z powrotem w błogie łono półprzytomnego samozapomnienia.

Z najgłębszą niechęcią pomyślałem teraz o złych ludziach, którzy chcą sen odejmować od życia. Prawdopodobnie nigdy nie spali, nigdy też nie żyli. Dlaczegóż niby bogowie są bogami, jeśli nie dlatego, że całkiem świadomie i umyślnie nie robią nic; że to potrafią i osiągnęli w tym mistrzostwo? A jakże silą się poeci, mędrcy i święci, by się w tej mierze upodobnić do bogów! Jakże się prześcigają w pochwale samotności, wolnego czasu, liberalnej beztroski i nieróbstwa! Bardzo słusznie: wszystko, co dobre i piękne, już bowiem istnieje i trwa z własnej mocy. Cóż więc ma znaczyć to bezwzględne dążenie i parcie naprzód, bez chwili spoczynku i punktu krytycznego? Czy ta burza i napór może być źródłem pożywnych soków albo pięknych kształtów dla ludzkości - rośliny, co rośnie w nieskończoność i sama się w ciszy kształtuje? Niczym więcej nie jest ten pusty, niespokojny ruch jak tylko północnym wybrykiem i nie skutkuje niczym oprócz nudy, obcej i własnej. A co tkwi u jego początku i co u końca, jeśli nie antypatia wobec świata, który teraz tak jest podły? Nieopierzona pycha nie pojmuje zgoła, że to tylko brak czucia i zrozumienia, uważa ją więc za szlachetną odrazę wobec powszechnej ohydy świata i życia, co do których nie żywi nawet najlżejszych przeczuć. I żywić nie może, gdyż pilność i korzyść to anioły śmierci z ognistym mieczem, które zagradzają człowiekowi drogę powrotu do raju. Tylko nieśpiesznie, będąc łagodnie usposobionym, w świętym zaciszu prawdziwej bierności, można przypomnieć sobie całe swoje Ja i kontemplować świat i życie. W jakimże sposobie dzieje się wszelkie myślenie i pisanie, jeśli nie w takim, iż człek całkiem ulega wpływowi jakiegoś geniuszu, iż mu się poddaje? Atoli mówienie i kształtowanie zaledwie poboczną jest sprawą we wszelkich sztukach i naukach, istota tkwi w myśleniu i pisaniu i jedynie przez bierność może się ziścić. Zaiste bierność to umyślna, samowolna, jednostronna, wszelako - bierność. Im piękniejszy klimat, tym większa. Tylko Włosi potrafią chodzić, leżeć umie się tylko w Oriencie; gdzie jednakowoż duch uformował się w postać subtelniejszą i słodszą niźli w Indiach? A we wszystkich świata stronach tym, co odróżnia wykwint od pospolitości, jest prawo do próżnowania - właściwe pryncypium szlachectwa.

I wreszcie, gdzie więcej jest rozkoszy, więcej trwałości, siły i ducha rozkoszy: po stronie niewiast, których usposobienie nazywamy biernością, czy może po stronie mężczyzn, u których przejście od pochopnej furii do nudy następuje szybciej niż przejście od dobra do zła?

W rzeczy samej studium próżnowania miast karygodnie leżeć odłogiem, winno się kształtować jako sztuka, nauka, ba - religia! By wszystko sprowadzić do jednego: im bardziej boski jest człowiek lub dzieło człowieka, tym podobniejsi są do rośliny; ta pośród wszelkich form natury najbardziej jest obyczajną i najpiękniejszą. Tedy życie w swej formie najdoskonalszej nie byłoby niczym innym jak c z y s t ą w e g e t a c j ą.

Postanowiłem, rad z rozkoszy swego tu istnienia, wznieść się ponad doczesne przecież, więc pogardy godne cele i zamysły. Sama natura zdawała się utwierdzać mnie w tym przedsięwzięciu i niejako napominać wielogłosowym chorałem, bym nie ustawał w próżnowaniu, kiedy nagle odsłoniło się nowe zjawisko. Zdało mi się, jakbym, niewidnym sposobem, znalazł się w teatrze: po jednej stronie - znane deski sceny, lampy, malowana tektura, po drugiej - nieprzebrana ciżba widzów, morze głów spragnionych wiedzy i oczu patrzących z przejęciem. Z prawej strony proscenium zamiast dekoracji widniała replika Prometeusza, który lepi ludzi. Przykuty długim łańcuchem, pracował w największym pośpiechu, z wysiłkiem; kilka potworów przy nim bezustannie go popędzało i chłostało. Gliny i innych materiałów miał pod dostatkiem, z węgli na wielkiej panwi brał ogień do wypalania. Po drugiej stronie wyłaniał się jako niema figura przebóstwiony Herkules, jakim się go odwzorowuje: z Hebe na kolanach. Z przodu po scenie biegał i gadał tłum młodzieńczych postaci, bardzo wesołych, żywych nie tylko z pozoru. Najmłodsze przypominały amorki, nieco doroślejsze wizerunki faunów, każda jednak jawiła się we własnej manierze, każda miała oblicze uderzająco oryginalne, i każda jakieś podobieństwo do diabła u malarzy bądź poetów chrześcijańskich; można by zwać je: szataniski. Jedna z najmniejszych rzekła: "Kto nie bezcześci, ten i czcić nie umie; jedno i drugie bezgranicznym być musi, a dobry ton na tym polega, że igra się z ludźmi. Czy zatem pewna estetyczna złośliwość nie należy w istotnej części do harmonijnej formacji?". "Nic bardziej szalonego - powiedziała inna - niż kiedy moraliści czynią wam wyrzuty z powodu egoizmu. Nie mają ani krzty racji: jakiż bóg bowiem godnym czci będzie dla człowieka, który sam sobie nie jest bogiem? Mylicie się zaiste, wierząc we własne Ja; jeśli wszakże mniemacie, że są nim wasze ciało, imię czy rzeczy wasze, to się przynajmniej kwaterę sposobi, gdyby jeszcze jakieś Ja miało nadciągnąć". "A tego Prometeja moglibyście czcią prawdziwą darzyć - odezwała się jedna z największych - wszystkich was zrobił i wciąż następnych robi, do was podobnych". W rzeczy samej potwory ciskały każdego nowego człeka, skoro był gotów, między widzów, gdzie wnet nie sposób go było odróżnić, tak podobnie wyglądali wszyscy. "Błądzi tylko co do metody! - ciągnęła szataniska - jak można chcieć samemu lepić ludzi? To nie są bynajmniej właściwe narzędzia". Wskazała przy tym surową figurę boga ogrodów stojącą w głębi sceny między Amorem i bardzo piękną Wenus bez przyodziewku: "Słuszniej rozumował w tej mierze nasz przyjaciel Herkules, który jednej nocy zdołał zatrudnić dla szczęścia ludzkości pięćdziesiąt dziewcząt, i to heroicznych. On też pracował i zadusił wiele straszliwych bestii, celem jego drogi życiowej było wszakże szlachetne próżnowanie i z tej to przyczyny trafił na Olimp. Prometeusz zaś, co wymyślił wychowanie i oświecenie - wręcz przeciwnie. To przez niego nigdy nie zaznajecie spokoju i ciskacie się bez końca; stąd się to bierze, iż kiedy nie macie już nic do roboty, musicie jakoś głupawo nawet o rangę zabiegać albo pragniecie obserwować się i badać nawzajem. Nikczemne to początki. Prometeusz zaś, jako że nakłonił ludzkość do pracy, to i sam musi pracować, czy tego chce, czy nie chce. Jeszcze się zdąży wynudzić i nigdy nie zrzuci pęt". A widzowie usłyszawszy to, wybuchli płaczem i skoczyli na scenę, by swego ojca zapewnić o nieustającym współczuciu; i tak się rozpierzchła alegoryczna komedia.

Wierność i krotochwila

Na pewno jesteś sama, Lucyndo? - Nie wiem... być może... myślę, że - Proszę, proszę! miła Lucyndo. Czy wiesz, że kiedy mała Wilhelmina mówi proszę, proszę! i nie czyni się jej zadość w mig, to krzyczy coraz głośniej i groźniej, aż się dzieje jej wola. - O tym więc chcesz mi powiedzieć, dlatego wpadasz bez tchu do izby i taką mnie trwogą przejmujesz? - Nie bądź zła, słodka niebogo! O, pozwól, moja dziecino! Piękna! Nie czyń mi wyrzutów, duszko! - Nie każesz mi więc jeszcze, wnet, pozamykać drzwi? - Ach tak?... Odpowiem ci bez zwłoki. Najpierw pocałunek, naprawdę długi, i jeszcze jeden, potem znów kilka, i więcej. - O, nie możesz mnie tak całować, jeśli mam zachować rozsądek. Stąd się złe myśli biorą. - Zasługujesz na nie. Naprawdę się śmiejesz, moja markotna damo? Kto by pomyślał! Aliści wiem dobrze: śmiejesz się, gdyż możesz mnie wyśmiewać. Nie dlatego, żeś rada. Albowiem: wyglądał kto kiedy tak serio jak jakiś rzymski senator? Wyglądałabyś zachwycająco, drogie dziecko, ze świętym wejrzeniem twoich ciemnych oczu, z połyskiem wieczornego blasku w długich czarnych lokach, gdybyś nie siedziała tu jak na ławie oskarżonych. Na Boga! Spojrzałaś na mnie tak, że się naprawdę wzdrygnąłem. Omal zapomniałbym o najważniejszym i popadł z kretesem w konfuzję. Ale dlaczego milczysz? Czy jestem ci niemiły? - Ach, to komiczne! Juliuszu, głuptasie! Kto przy tobie dojdzie do słowa? Twoja czułość jakże jest wylewna: niczym z cebra. - Jak ty w rozmowie nocą. - O, halsztuk zostaw, panie. - Zostawić? Żadną miarą. Na co komu nieszczęsny, głupi halsztuk? Przesądy! Precz z nim. - Oby nas nikt nie turbował! - Czyż znów nie sprawia wrażenia, jakby się miała rozszlochać! Zali miewasz się dobrze? Czemu twoje serce bije tak niespokojnie? Pozwól, niech je ucałuję. Mówiłaś coś o zamykaniu drzwi. Dobrze, ale nie tak, nie tu. Prędko na dół, przez ogród, do pawilonu pełnego kwiatów. Chodź! O, nie każ mi czekać. - Wedle rozkazu, panie! - Nie wiem doprawdy, takaś dzisiaj dziwna. - Jeśli zaczniesz prawić mi morały, przyjacielu miły, to od razu możemy wracać. Lepiej dam ci jeszcze jednego całusa i pójdę przodem. - O, nie pędź tak, morał wszak dogonić cię nie zdoła, Lucyndo. Upadniesz, luba! - Nie chciałam, żebyś dłużej czekał. No, jesteśmy na miejscu. A tobie też śpieszno. - A tyś arcyposłuszna. Teraz wszakże nie czas na utarczki. - Spokojnie, spokojnie! - Spójrz tylko, tu możesz spocząć, mięciutko, jak się patrzy. Jeśli więc tym razem nie... nie znajdziesz wymówki. - A może byś chociaż opuścił storę? - Masz rację, światło bardziej powabnym się stanie. Jakże pięknie jaśnieje w czerwonym blasku to białe biodro!... Skąd tyle chłodu, Lucyndo? - Odstaw dalej hiacynty, najdroższy, ta woń mnie odurza. - Jaka krzepkość, samoistność, jaka gładkość i wykwint! Oto jest harmonia kształtów. - O nie, Juliuszu! Zostaw, proszę. Nie chcę. - Nie wolno mi poczuć, czy płoniesz jak ja? To pozwól, niechże się choć wsłucham w bicie twego serca, niech schłodzę wargi w śniegu twoich piersi!... Chcesz mnie odepchnąć? Zemszczę się. Obejmij mnie mocniej, za całusa całus, nie! nie kilka, lecz jeden wieczny. Weź moją duszę całą i daj mi swoją!... O piękne, wspaniałe Pospołu! Czyż nie jesteśmy jak dzieci? Powiedzże! Jak to możliwe, że pierwej byłaś tak obojętna i chłodna, potem zaś silniej wreszcie pociągnąwszy mnie ku sobie, w tym samym okamgnieniu zrobiłaś taką minę, jakby coś sprawiło ci ból, jakbyś bolała nad tym, że odwzajemniasz mój żar. Co tobie? Płaczesz? Nie skrywaj twarzy! Spójrz na mnie, najmilsza! - O, pozwól mi leżeć tak przy tobie, nie mogę spojrzeć ci w oczy. Zaprawdę, złą rzecz uczyniłam, Juliuszu! Możesz mi wybaczyć, najłaskawszy? Nie opuścisz mnie? Potrafisz mnie jeszcze kochać? - Chodź do mnie, słodka! Przytul się tu, do mego serca. Pamiętasz jeszcze tę piękną chwilę, niedawno, gdy szlochałaś w moich ramionach? Ulgę, którą poczułaś? Aliści mów, umiłowana, co tobie? Jesteś zła na mnie? - Na siebie jestem zła. Mogłabym wymierzyć sobie razy... ty wszak dostałbyś, na co zasłużyłeś; a jeśli w przyszłości zachowasz się, panie mój, znów tak po mężowsku...! lepiej się postaram, byś znalazł we mnie żonę. Na to zdać się możesz. Śmiech mnie bierze na myśl o mej konsternacji. Wszelako nie wyobrażaj sobie, panie mój, żeś jest tak nieludzko łaskaw. Tym razem z własnej woli złamałam swe postanowienie. - Wola pierwsza i ostatnia zawsze są najlepsze. Białogłowy zwykle mówią mniej, niż myślą, lecz za to czynią więcej, niźli chcą czynić. To oczywiste: ulegacie dobrej woli. Dobra wola bardzo jest dobra, złe w niej to jedynie, że nie brak jej nawet wtedy, gdy się jej nie chce. - Piękny to defekt. Was jednak przepełnia zła wola i bardzoście w niej zapiekli. - O nie! Jeśli wydajemy się zapiekli, to jedynie dlatego, że nie potrafimy inaczej, przeto nie z powodu zła. A nie potrafimy, bo nie dosyć chcemy; nie jest to więc zła wola, jeno brak woli. A kto temu winien, jeśli nie wy, które nie chcecie udzielić nam nic ze swej obfitości i dobrą wolę pragniecie tylko dla siebie zachować? Zresztą całkiem to wbrew mojej woli się dzieje, że takem się w niej zagłębił, nie wiedząc już, co mamy z tym począć. Zaiste zawsze lepiej, gdy ochłodnę nieco, złości swojej w paru słowach folgując, niż jeślibym miał tłuc piękną porcelanę. Przy tej okazji zdołałem przecież otrząsnąć się trochę z mego pierwszego zdumienia, jakie wywołał we mnie pani niespodziewany patos, znakomita perora tudzież chwalebny zamysł. W rzeczy samej to jeden z najosobliwszych psikusów, jakimi raczyła mnie pani zaszczycić; o ile pamiętam, od kilku już tygodni nie mówiłaś, pani, za dnia, budując okresy tak stateczne i pełne jak w tymże kazaniu. Czy życzy pani sobie przełożyć jej opinię na prozę? - Czyżbyś naprawdę całkiem już zapomniał o wczorajszym wieczorze i ciekawym towarzystwie? Zaprawdę, nie wiedziałam. - O to więc jesteś zła, że zbyt wiele rozmawiałem z Amalią? - A rozmawiaj pan sobie, ile pan chcesz i z kim chcesz. Mnie wszelako grzeczność masz okazywać, tego sobie życzę. - Mówiłaś tak głośno, ów nieznajomy stał obok, poczułem niepokój i nie umiałem poradzić z tym sobie inaczej. - Niż będąc niegrzecznym, jak na niedołęgę przystało? - Wybaczże mi! Wyznaję winę, wiesz, w jaką to wprawia mnie konfuzję, gdy jesteśmy razem w towarzystwie. Rozmawiać z tobą w przytomności innych, to dla mnie przykre. - Ach, jak uroczo umie się wykręcić! - Nigdy mi nie puść takiej rzeczy płazem, dawaj baczenie i bądź surowa. Aliści spójrz tylko, cóżeś uczyniła? Czyż nie kalasz świętości? O nie! Rzecz to niemożliwa, to nawet więcej. Przyznaj mi jedno: byłaś zazdrosna. - Ignorowałeś mnie nieuprzejmie przez cały wieczór. Dziś o poranku chciałam ci wszystko napisać, lecz list podarłam. - A skoro przyszedłem? - Zirytował mnie pośpiech gwałtownika. - Kochałabyś mnie, gdybym nie był tak łatwopalny, taki elektryczny? Czy też nie jesteś taka? Już nie pamiętasz naszych pierwszych pieszczot? Miłość się zjawia w jednym okamgnieniu, cała i wieczna, lub nie zjawia się wcale. Wszystko, co boskie i piękne, jest prędkie i lekkie. Czy może radość gromadzi się tak jak choćby pieniądze i inne materie: konsekwentnym działaniem? Szczęście najwyższe zaskakuje nas jak muzyka wprost z przestworzy, pojawia się i znika. - Tak i ty pojawiłeś się przede mną, najdroższy! I chcesz zniknąć? Nie waż się, powiadam ci. - Nie chcę. Chcę zostać przy tobie, teraz i w ogóle. Posłuchaj, wielką mam chęć na długi dyskurs z tobą o zazdrości; wszelako nasamprzód winniśmy udobruchać obrażonych bogów. - Pierwej dyskurs, a bogowie potem. - Masz rację, jeszcześmy niegodni; gdy coś cię urazi i rozstroi, długo czujesz to w sobie. Jakie to piękne, że taka jesteś wrażliwa. - Wrażliwa nie bardziej od ciebie, ale inaczej. - Powiedz mi więc: jak to się dzieje, że jesteś zazdrosna, jeśli ja nie jestem? - Czyżby bez przyczyny? Odpowiedz! - Zaprawdę nie wiem, co masz na myśli. - W istocie przecież zazdrosna nie jestem, powiedz mi jednak, o czymże to przez cały wieczór mówiliście ze sobą? - A więc o Amalię? Możliwe to? Cóż za dziecinada! O niczym zgoła z nią nie mówiłem, i to właśnie było tak ucieszne. A czy równie długo nie mówiłem z Antoniem, którego czas jakiś temu widywałem niemal każdego dnia? - Mam więc uwierzyć, że z kokietką Amalią rozmawiasz tak jak ze skrytym, poważnym Antoniem? Że to nic innego, nieprawdaż, jak czysta, niewinna przyjaźń? - O nie, nie powinnaś ani nie musisz w to uwierzyć, to wcale nie tak. Jak możesz posądzać mnie o takie głupstwo? Bo jest w tym coś doprawdy głupiego, gdy dwie osoby różnej płci nawiązując relację, wmawiają sobie, że to więzy niewinnej przyjaźni. Z Amalią nie ma nic na rzeczy poza tym, że ją, dla krotochwili, miłuję. Gdyby nie była odrobinę kokietką, nie lubiłbym jej. Oby się więcej takich kręciło w naszym kółku! Wszystkie właściwie niewiasty trzeba, dla krotochwili, miłować. - Juliuszu! Mówisz, jakby ci rozum odjęło. - Tylko zrozum mnie dobrze; nie właściwie wszystkie, lecz jedynie wszystkie te, które są miłe i u których człek żadnej szpetoty nie odkryje. - Więc to nic więcej niźli, jak mawiają Francuzi, galanteria i coquett. - Nic więcej poza moim poczuciem, że piękna to rzecz i dowcipna. Ludzie zaś muszą wiedzieć, co czynią, i czego pragną, a rzadko tak się dzieje. Subtelna krotochwila przeradza się u nich wnet w surową powagę. - Owemu miłowaniu dla krotochwili niepodobna się krotochwilnie przyglądać. - Nie krotochwila winna temu; nic to wszakże innego niźli fatalna zazdrość. Wybacz mi, najdroższa! Nie chcę się zaperzać, lecz bynajmniej nie pojmuję, jak można być zazdrosnym. Na urazy bowiem nie ma miejsca w miłowaniu, podobnie jak na dobrodziejstwa. Musi to więc być niepewność, niedostatek miłości i niewierność wobec siebie. Dla mnie szczęście uchodzi za pewnik, a miłość i wierność to jedno. Ludzie wszelako kochają nieco inaczej. Oto mężczyzna miłuje w niewieście jedynie gatunek, niewiasta w mężczyźnie jedynie jakość jego walorów naturalnych i egzystencji mieszczańskiej, oboje zaś w dzieciach miłują tylko swoje liche dzieło i swoją własność. Tu wierność jest zasługą i cnotą; tu także zazdrość zajmuje należne jej miejsce. Albowiem niepospolicie trafnym jawi się ich odczucie z cichego przekonania płynące, że takich jak oni jest wielu, a jeden jako człowiek tyle mniej więcej wart co drugi, wszyscy zaś razem warci nieszczególnie wiele. - Uważasz więc zazdrość za puste prostactwo i niedomogę formy. - Owszem, a nawet za formę pokraczną i opaczną, co równie jest złe albo nawet gorsze. Wedle owego systemu najlepszym wyjściem będzie ożenek z rozmysłem, przez grzeczność, z czystej uprzejmości; zapewne dla takich osobników tyleż wygodne co zabawne musi być życie obok i z dala od siebie, we wzajemnej pogardzie. Zwłaszcza niewiasta może rozwinąć w sobie prawdziwą pasję dla małżeństwa, a gdy zacznie w nim gustować, z łatwością i pół tuzina zamążpójść naliczy, duchowych bądź cielesnych; a nigdy też nie zabraknie okazji, by wybredną być w kwestii odmiany i wiele o przyjaźni prawić. - Wcześniej już mówiłeś tak, jakbyś uznawał nas za niezdolnych do przyjaźni. Naprawdę tak mniemasz? - Tak! Niezdolność wszakże tkwi, jak myślę, raczej w przyjaźni niźli w was. Miłujecie wszystko, co miłujecie, bez reszty: kochanka i dziecko. Także wasza relacja siostrzana takiego nabrałaby charakteru. - To prawda. - Przyjaźń jest dla was zanadto wielostronna i zanadto jednostronna. Musi być natury całkowicie duchowej i granice mieć jasno określone. Takie wyodrębnienie działałoby na wasze jestestwo równie niszcząco, choć w subtelniejszym sposobie, jak sama tylko zmysłowość, bez miłości. Aliści dla społeczeństwa jest ono aż nadto poważne, głębokie i święte. - Czyż ludzie nie mogą już mówić ze sobą, nie pytając, czy są mężczyznami, czy niewiastami? - Wyglądałoby to z pewnością bardzo poważnie. Co najwyżej mógłby powstać taki atrakcyjny klub. Rozumiesz, co mam na myśli. To już byłoby niemało, gdyby można tam gadać swobodnie i dowcipnie, a nie folgować przy tym zanadto dzikości ani w sztywność za wielką nie popaść. Nigdy dość tego, co najsubtelniejsze i najlepsze, i co widome zawszeć w dobrym towarzystwie jako duch jego i dusza. I tymże jest krotochwila w związku z miłością i miłość dla krotochwili, która bez czucia, czym jest tamta, zniżyć się musi do zwykłego figla. Z tej to przyczyny bronię dwuznaczności. - Czynisz to dla krotochwili czy zwykłego figla? - Nie, nie! Czynię to z pełną powagą. - Lecz nie tak poważnie, nie tak uroczyście jak Paulina oraz jej kochanek? - Uchowaj Boże! Myślę, że kiedy ci się tulą, byliby gotowi, gdyby wypadało, w dzwony bić, co na modły wołają. O! To prawda, moja przyjaciółko, człowiek z natury prawdziwą jest bestią. Z całej mocy tudzież z każdej strony trzeba przeciwdziałać tej haniebnej i żałosnej ciągocie. Temu też służyć mogą dwuznaczności, te jednak tak rzadko są dwuznaczne, a jeśli nie są i jeden tylko sens dopuszczają, nie jest to bynajmniej nieobyczajne, aliści napastliwe i trywialne. Swawolnym rozmowom nie wolno od ducha stronić, winny też być kunsztowne i skromne najbardziej jak można; poza tym wszakże niechaj będą dość niecne. - To pysznie, po cóż jednak one akurat w towarzystwie? - Dla świeżości rozmów jako sól w potrawach. Pytanie nie brzmi wcale, dlaczego się je wypowiada, lecz tylko: w jaki wypowiada się sposób. Zaniechać tego bowiem nie można i nie wolno. Grubiaństwem byłoby wszak rozmawiać z czarującym dziewczęciem, tak jakby się mówiło z bezpłciowym amfibionem. Obowiązkiem i powinnością zawsze pozostanie do tego pić, czym dziewczę jest i czym będzie; a w sytuacji, gdy tak nieczuła, sztywna i nieczysta jest forma istnienia tego towarzystwa, dziewczyna czysta czuje się doprawdy komicznie. - To mi przypomina sławetnego buffo, co sam często wielce bywał smutny, innych wszakże rozśmieszał. - Towarzystwo jest chaosem i tylko dowcipem można kształt mu nadać i do harmonii przywieść; a gdy się od krotochwili stroni i elementów namiętności żartem nie traktuje, ta zbija się w ciężką masę i zaciemnia wszystko. - To chyba namiętności wiszą tu w powietrzu, niemal bowiem zapadła już ciemność. - Z pewnością zamknęłaś oczęta, damo mego serca! W innym razie wszechjasność niechybnie zalałaby pokój. - I kto jest bardziej namiętny, Juliuszu! Ja czy ty? - Obojeśmy tacy, i dobrze. Nie chciałbym żyć inaczej. I patrz! Dlatego zdołałbym się pojednać z zazdrością. W miłości masz wszystko: przyjaźń, urodę bycia we dwoje, zmysłowość, także namiętność; i wszystko w niej być musi, jedno wzmacniać i łagodzić drugie, ożywiać je i wywyższać. - Pozwól, niech cię, wiernego mi, utulę! - Wszelako pod jednym warunkiem na zazdrość ci mogę przyzwolić. Często czułem, że z małą dawką gniewu, który jest kulturalny i uszlachetniony, nawet mężczyźnie do twarzy. Może i tobie do twarzy z zazdrością. - Trafiłeś! Przeto nie muszę się całkiem jej wyrzec. - Jeśli tylko zawsze wyraz tak piękny i dowcipny znajdzie, jak dzisiaj w twych ustach! - Tak uważasz? Cóż, gdy następnym razem rozgniewasz się pięknie i dowcipnie, nie omieszkam powiedzieć ci o tym i pochwał nie szczędzić. - Czy teraz jużeśmy godni tego, by udobruchać obrażonych bogów? - Tak, jeśli ze swym dyskursem jesteś już u końca, bo jeśli nie, powiedz całą resztę. -

NOVALISAUGUST WILHELM SCHLEGELCAROLINE SCHLEGELFRIEDRICH SCHLEGELListy 1797-1799 przełożyła Małgorzata Łukasiewicz

Caroline Schlegel

Friedrich Schlegel

August Wilhelm Schlegel

Novalis

Novalis do Augusta Wilhelma Schlegla w Jenie

Weissenfels, 30-tego list[opada] 1797 [czwartek]

Nie mogłem się wcześniej rozstać z Hemsterhuisem1. Moja podróż też odwlekła się aż do teraz. Jutro stąd wyjeżdżam - i prosto do Freibergu. Na Boże Narodzenie zamyślam być w Dreźnie. Do Berlina napisałem. Mam nadzieję, że teraz, odzyskawszy spokój, pilniej przyłożę się do korespondencji z Berlinem i z Jeną.

Recenzent Pańskiego Szekspira to człowiek o dobrych intencjach2. Ale jego recenzja doprawdy daleka jest od poezji. Ileż dałoby się tu powiedzieć, zwłaszcza w odniesieniu do c a ł o ś c i. Pański Szekspir wśród przekładów jest jak W[ilhelm] Meister wśród powieści. Choć my, Niemcy, od tak dawna paramy się tłumaczeniem, choć to wręcz narodowe zamiłowanie, gdyż nie ma bodaj liczącego się pisarza niemieckiego, który by nie tłumaczył, a jako żywo każdy przykłada do tego taką samą wagę jak do dzieł oryginalnych, to przecież wydaje się, że panuje w tej dziedzinie wyjątkowa ignorancja. Przekład może się u nas stać i wiedzą, i sztuką. Pański Szekspir stanowi znakomity kanon dla naukowego obserwatora. Poza Rzymianami jesteśmy jedyną nacją, która ma tak niezawodny instynkt tłumaczenia i której tak nieskończenie brak edukacji w tym kierunku. Stąd niejakie podobieństwo naszej i późnorzymskiej kultury literackiej. Ten instynkt świadczy o bardzo podniosłym, źródłowym charakterze niemieckiego narodu. Niemieckość to kosmopolityzm wymieszany z najsilniejszą indywidualnością. Tylko dla nas przekłady były rozszerzeniami. Aby podjąć się prawdziwego przekładu, trzeba poetyckiej moralności, trzeba poświęcić skłonność. Tłumaczy się ze szczerej miłości do piękna i do ojczystej literatury. Tłumaczenie, tak samo jak produkowanie własnych dzieł, to twórczość - trudniejszy i rzadszy rodzaj twórczości.

Ostatecznie wszelka poezja jest przekładem. Przekonany jestem, że niemiecki Szekspir jest teraz lepszy od angielskiego. Na Hamleta cieszę się jak dziecko. Ciekawe, czy mam rację, czy też się mylę, zestawiając ze sobą Hamleta i Elektrę? Wedle mego poczucia grecka i nowoczesna poezja różnią się tu diametralnie. Trzeba Panu wiedzieć, że ostatnio czytałem na przemian Sofoklesa i Szekspira, obu w złych przekładach.

Wszelkiej pomyślności dla Drogich Państwa - i proszę zachować dla mnie trochę przyjaźni. Dołączam pozdrowienia dla Augusty3. Wkrótce znów napiszę.

Oddany przyjaciel

Hardenberg

Novalis do Augusta Wilhelma Schlegla w Jenie

Freiberg, 12-tego stycznia 1798 [piątek]

Od dawna nie miałem od Pana wieści. Kilkakroć jednak byłem całą duszą przy Panu. Za pobytu w Dreźnie widziałem się z Pańską drogą siostrą4 i powziąłem do niej serdeczne upodobanie. W całym mieście ona najbardziej mi się spodobała. Rozmawialiśmy o Panu i jakże uradowała mnie wiadomość o Waszym postanowionym już pobycie w Dreźnie. Niewymownie miła jest mi myśl, że zamieszkacie wszyscy tak blisko, a mnie dane będzie tak poufale zakosztować Waszej obecności. Żywo doskwiera mi oddalenie od tak kształcącego towarzystwa jak Pańskie. Czego bym nie dał za możliwość asystowania przy lekturze Pańskiej filozofii H[ermanna] i D[orotei]5. Roznieciła flogiston mego zachwytu tym pięknym poematem. Opromieniony wzniosłym duchem Pańskich rozważań błyszczy dziesięciokrotnym światłem i wyrazistym konturem wyróżnia się spośród wszystkiego, co go otacza.

Kilka ustępów szczególnie mnie poruszyło:

"Roztropność jest najdawniejszą muzą człowieka dążącego do ukształcenia" itd.

Celnie rzuca światło na najdawniejszą poezję!

T a j e m n i c a p i ę k n e g o r o z w i n i ę c i a to istotny składnik ducha poetyckiego w ogóle i powinna też odgrywać walną rolę w utworze lirycznym oraz dramatycznym - modyfikowana przez odmienne treści, lecz jednako widoczna - zarazem jako roztropny ogląd i opis - dwojaka aktywność tworzenia i pojmowania, złączona w jednym momencie - wzajemne dopełnianie się obrazu i pojęcia - jedność działania do wewnątrz i na zewnątrz, skutkiem czego naraz powstaje przedmiot i jego pojęcie.

Nie sądzę, bym się mylił, rozumiejąc Pańską uwagę o miłości w tym sensie, że miłość według Pana nie jest celem bezpośrednio, lecz pośrednio. Rozminąłby się całkiem z naturą miłości ten, kto obrałby sobie miłość jako jedyne zajęcie - ale jeśli wszystkie cele bezpośrednie stają się poniekąd środkiem do celu pośredniego, który zespala je w jednym punkcie? Który jest wyższą jednością wszystkich tych jedności niższego rzędu? Jeśli sumę wszystkich celów bezpośrednich nazwać ukształceniem, można powiedzieć, że duchem tej całości, kluczem ukształcenia, sensem tego wielkiego przedmiotu jest m i ł o ś ć.

Nie ma ducha bez przedmiotu - nie ma miłości bez ukształcenia. Ukształcenie to niejako stały punkt, w którym objawia się ta duchowa siła przyciągania - jej niezbędny organ. To tak jak ze szczęśliwością - tak zwany eudajmonizm jest czystą brednią. Doprawdy godne ubolewania są poważne polemiki z tym poglądem. Żadnemu myślącemu człowiekowi nie przyszłoby na myśl, by coś tak ulotnego jak szczęśliwość uznawać za najwyższy cel, więc niejako za główny f i l a r duchowego universum. Równie dobrze można by powiedzieć, że ciała niebieskie opierają się na eterze i świetle. Gdzie istnieje jakiś stały punkt, tam eter i światło same się skupiają i stamtąd wyrusza niebiański korowód. Gdzie jest obowiązek i cnota - analoga owych stałych punktów - owa ulotna substancja będzie samoczynnie spływać i emanować oraz otaczać te zimne rejony ożywczą atmosferą. Kto więc nie stara się u s t a b i l i z o w a ć obowiązku i cnoty, ten daremnie będzie gonił po świecie za szczęśliwością, nigdy jej nie osiągając, nie mogąc jej zgarnąć i utrzymać.

Nader płodna wydaje mi się końcowa wypowiedź o rytmie opowiadania. Sądzi Pan, jak mniemam, że rytm ten ma się do rytmu epickiego tak jak numerus oratorius [metrum oratorskie] do miary sylabicznej.

Jeśli tak myśleć, jeśli proza chce się rozszerzyć i na swój sposób naśladować poezję, to z chwilą gdy opuszcza zwykłe swoje przedmioty i wznosi się ponad potrzebę, musi też od razu przyjąć obyczaje tego wyższego świata i zatroszczyć się o niezwyczajną dla siebie elegancję. Mimo to pozostaje prozą - czyli mową nastawioną na określony cel, ograniczoną - pozostaje środkiem. Dobiera sobie tylko o z d o b y i przestrzega pewnej muzyczności w szyku słów, w następstwie i budowie zdań. Występuje w bogatym wystroju i z przepychem, a wyższy ogień, który ją przenika, ujawnia się w płynnej spójności członów - jest s t r u m i e n i e m.

Inaczej poezja. Z natury jest płynna - podatna na kształtowanie - i nieograniczona. Każdy impuls popycha ją na wszystkie strony. Poezja jest żywiołem ducha, wiekuiście spokojnym morzem, które tylko na powierzchni załamuje się w tysięcznych swawolnych falach. Jeśli poezja chce się rozszerzyć, może uczynić to jedynie w ten sposób, że się ograniczy, ściągnie, niejako wypuści swój flogiston i skrzepnie. Zyskuje pozór prozy - jej składniki nie tworzą tak ścisłej wspólnoty - nie podlegają zatem tak surowym zasadom rytmicznym - nabywa zdolności do przedstawiania rzeczy ograniczonych. Ale pozostaje poezją, czyli dochowuje wierności istotnym prawom swej natury - staje się niejako bytem organicznym, który całą budową ujawnia swoje płynne źródła, pierwotnie elastyczną naturę, nieograniczoność, wszechzdolność. Tylko mieszanka, układ jej członów nie zna reguł - jej stosunek do całości pozostaje taki sam - każdy impuls rozchodzi się we wszystkie strony. Także tutaj tylko człony poruszają się wokół tego, co wiecznie trwa w spoczynku, jako całość. Ż y c i e - albo s t a n d u c h a - tę nieruchomą jednię i miarę wszystkich ruchów postrzegamy wyłącznie za pośrednictwem poruszeń członów. Podobnie rozum widzimy jedynie przez medium zmysłów. Także tutaj im prostsze, równomierniejsze, spokojniejsze poruszenia zdań, im bardziej jednolitą mieszankę tworzą jako całość, im luźniejszy związek, im bledszy i bardziej bezbarwny wyraz, tym d o s k o n a l s z a jest ta - w przeciwieństwie do o z d o b n e j prozy - n i e d b a ł a poezja, która wydaje się zależna od przedmiotów.

Zda się, że poezja odstępuje tu od swych rygorystycznych wymogów, staje się bardziej uległa, giętka - ale ten, kto odważy się popróbować poezji w tej formie, wnet się przekona, jak trudno ją w tej postaci urzeczywistnić. Ta rozszerzona poezja to największy problem dla praktycznego poety6, a rozwiązać go można tylko w bezpośrednim zbliżeniu i należy on właściwie do w y ż s z e j p o e z j i, której zasady mają się do niższej poezji jak zasady wyższej geometrii do zasad niższej. To jeszcze niezmierzone pole, w najprawdziwszym sensie nieskończony obszar. Ową wyższą poezję nazwać można p o e z j ą n i e s k o ń c z o n o ś c i.

Wydaje mi się też, że można by ująć rytm epistolarny i dialogowy w stosunku do rytmu lirycznego i dramatycznego, jak rytm romantyczny7 w stosunku do epickiego.

Oczekuję od Pana więcej na ten temat. Widzi Pan gotowość z mojej strony, by jak najakuratniej się przed Panem wypowiedzieć. Proszę nie brać mi za złe mędrkowania - to i tak najlepsze, co mam. Niecierpliwie czekam magazynu, który ma nadejść. Od Friedricha nie mam jeszcze żadnych wieści. Dostał już 2 listy. Na pewno całkowicie pochłonięty jest teraz pracami dla magazynu - Pan powie mi o tym więcej. Jestem dość pilny, choć zmagam się teraz z taką masą bezładnej empirii, że często strach mnie bierze - skąd czerpać siły, by to strawić. Dobrze mi robi, gdy mogę niekiedy sięgnąć do lubych spekulacji - jedynie wtedy czuję się mocny i żywotny. Jeśli empirycy zanadto mi się naprzykrzą, urządzam sobie emipiryczny świat, gdzie wszystko idzie jak należy spekulatywnym trybem. Życzę Panu wszelkiej pomyślności. Serdeczne pozdrowienia dla Pani oraz dla Augusty.

Hardenberg

Novalis do Caroline Schlegel w Jenie

Freiberg, 20-tego stycznia 1799 [niedziela]

Czas od ostatniego listu do Pani upłynął mi dość szczęśliwie. Od Wigilii, kiedy straszliwa choroba nagle ustąpiła, Julia8 jest, niczym za sprawą cudu, znowu zdrowa i wesoła. Moje zdrowie jest całkiem znośne i widziałem się z drogą panią Ernst. Wprawdzie tylko bardzo krótko, myślę jednak niebawem zobaczyć się z nią znowu i na dłużej. Martwi mnie bardzo, że moje przyszłe miejsce zamieszkania tak jest odległe od Drezna - bliskość pani Ernst byłaby dla mnie bardzo cenna. To kobieta, do której lgnę sercem, a mówiąc to, wiele mówię o swoim sercu. Szczerze uradował mnie też szczęśliwy alians Friedricha9. Ja również zyskałem nową znakomitą szwagierkę. Nie miałbym zresztą nic przeciwko aliansowi cywilnemu, gdyby to było możliwe. Wiele radości sprawił mi niedawno miły list Wilhelma. Niech mi wybaczy, że odpowiedź kieruję do Pani - dla której żywię tym więcej szacunku i sympatii z racji okazanego mi ostatnio serdecznego oddania i współczucia.

Co się tyczy liberalności, od dwóch miesięcy nie ruszam się z miejsca. To kawał czasu, a nie doliczyłbym się bodaj 3 porządnych idei. Teraz pogrążony jestem bez reszty w t e c h n i c e, gdyż czas mego terminowania się kończy i wymogi pospolitego życia coraz natarczywiej dają o sobie znać. Gromadzę materiał do przyszłych planów i zamierzam tego lata dokończyć może coś z rzeczy rozpoczętych albo naszkicowanych. Poezja uprawiana żywymi siłami, wespół z ludźmi i na wszystkie sposoby podoba mi się coraz bardziej. Trzeba stworzyć wokół siebie poetycki świat i żyć w p o e z j i. Z tym wiąże się mój plan merkantylny. Podporządkowuję mu pisarstwo. Pochwalam energię, z jaką W[ilhelm] oddaje się profesurze. To również należy do p i ę k n e j, liberalnej ekonomii, która jest właściwym żywiołem ukształtowanego człowieka.

Bardzom ciekaw j e g o e l e g i i 10 - na pewno w pięknym kształcie wydobędzie z atmosfery przeszłości materię życia. Gdyby tak uprzednio dorzucił szczyptę przyszłości, uzyskany rezultat byłby jeszcze piękniejszy.

Odrodzenie "Ateneum" cenię sobie niezmiernie. Nie śmiem wdawać się w domniemania co do powieści Friedricha - z pewnością to coś zupełnie nowego. Fantazje Tiecka11 czytałem - wiele tam pięknych rzeczy, aczkolwiek w sumie mogłoby być tego mniej. Sens uwydatnia się często kosztem słów. Zaczynam kochać się w trzeźwości, tej, która naprawdę jest progresywna, prowadzi dalej - wszelako Fantazje są tak czy owak dostatecznie fantastyczne i może nawet nie pragną być niczym więcej. Don Kichot Tiecka12 też już się zapowiada. Proszę mi wkrótce napisać o Ritterze13 i Schellingu. Ritter to rycerz, my zaś jesteśmy jedynie giermkami14. Nawet Baader15 jest tylko jego poetą.

Wszelako panowie ci nie dostrzegają jasno tego, co w naturze najlepsze. Fichte jeszcze zawstydzi tu swoich przyjaciół - a Hemsterhuis bardzo wyraźnie odgadywał tę ś w i ę t ą drogę do fizyki. Również u Spinozy żyje już ta boska iskra rozumu natury. Plotyn, może z inspiracji Platona, pierwszy na sposób prawdziwie duchowy wkroczył do świątyni - i nikt dotąd nie posunął się dalej niż on. W niektórych dawniejszych pismach bije tajemniczy puls i oznacza miejsce zetknięcia ze światem niewidzialnym - moment ożywienia. Goethe ma być l i t u r g i e m tej fizyki - jakoż doskonale zna się na służbie świątynnej. Znakomitą próbą w tej dziedzinie pozostaje teodycea Leibniza. Czymś podobnym będzie przyszła fizyka - aczkolwiek w wyższym stylu. Gdybyż tylko w tak zwanej fizykoteologii zamiast p o d z i w u używano innego słowa!

Ale dość - proszę zachować dla mnie trochę przychylności i trwać w magicznej atmosferze, która Państwa otacza, pośród gwałtownej burzy, niczym rodzina duchów w izolacji od nędznych gnomów wokół, tak aby żadne niższe potrzeby i troski nie mogły Państwa dosięgnąć i przygnieść do ziemi. Zechce Pani przesłać ten list Friedrichowi, do którego napisałem tylko parę słów, ponieważ dużo czasu spędzam teraz pod ziemią16, a na ziemi udręczony jestem przez masę oschłych studiów. Na Wielkanoc stąd wyjeżdżam i zamierzam być u Państwa w kwietniu. Moje przyszłe życie może być bardzo podniecające i płodne.

Proszę wkrótce do mnie napisać - i dołączyć "Ateneum", jeśli to możliwe. Za dużo mam teraz na głowie. Po Wielkiejnocy odetchnę głęboko nowym powietrzem i na wiosnę znowu odtaję i rozgrzeję się. Nie wytrzymuję bez miłości. Ustnie wiele nowego i dobrego. Moc serdecznych pozdrowień dla W[ilhelma] i Augusty.

Życzliwy przyjaciel

Hardenberg

Friedrich Schlegel do Caroline Schlegel

Berlin, 19-ego lutego [1799, wtorek]

Wczoraj dawali tu Piccolominich! Ale nie dla mnie takie atrakcje, jeszcze nie prędko. Żyję i działam w Lucyndzie i na razie zadowalam się Pani opisem weimarskiego przedstawienia, jako że niewątpliwie mocniejszy jest niż sama sztuka. Sprawiła mi Pani tym wielką radość i bardzo chciałbym się odwdzięczyć. Ale dziś wszystko szło mi na opak: nie dostałem arkuszy Don Kichota, z próbnych arkuszy "Aten[eum]" brak mi jeszcze dziesiątego, a tym samym zakończenia Waszych Obrazów17. Toteż jedno i drugie wyekspediuję raczej następną pocztą, a przy okazji może też dalszy ciąg Lucyndy, jeśli Henrietta18 będzie miała czas, bo Dorothea siedzi nad jedną kopią, a ponadto pracuje już nad Faublasem19, którego tłumaczymy i przerabiamy dla Fröhlicha20.

Schl[eiermacher] bawi teraz w sprawach urzędowych w Poczdamie, jestem więc sam ze sobą. Pewnie będzie musiał zostać tam do Wielkiejnocy, też samotny, jeśli nie liczyć Religii21. Wydrukują ją tak jak Zwierciadło, czyli pracujemy na rzecz nowych czcionek22.

Religii tam zresztą niewiele poza tym, że każdy człowiek jest na obraz i podobieństwo Boga, a śmierć ma być unicestwiona. A jednak to rzecz rewolucyjna, podobnie jak moje studium o poezji starożytnej, i pierwszy wgląd w nowy świat. Myślę, że się Pani spodoba, bo znać tam wykształcenie i finezję, klasyczny esej!

Wiadomo Pani zapewne o nieporozumieniu z reptiliami i że pomieszaliście Lucyndę i nowele, które chcę dać do "Aten". Będą, da Bóg, tryskały dowcipem i nie trzeba dopatrywać się rabunku, jeśli akurat się zdarzy, że oberwą podobne osobistości jak u Tiecka w klasycznym młynie dobrego smaku23. Napiszcie znów, co myślicie w związku z "Aten.", prowizorycznie, jeszcze zanim przyślę.

Książę Reuss umarł, a przedtem jeszcze zdążył oświadczyć, że (potajemnie) poślubił Mariannę24. Jeszcze jej nie widziałem, jest niedysponowana i prawie chora. Miejmy nadzieję, że wszystko przeprowadzono należycie i zgodnie z prawem i będzie opływała w dostatki. Zapewne przeniesie się do Was do Weimaru, bo tu jednak mogłoby ją ambarasować, że jest teraz jaśnie oświeconą.

Wspaniale, bosko i więcej niż bosko, że jest Pani tak zdecydowana na przyjazd do Berlina. Jeśli nie, zastawię cały dom i dobytek i zjadę do Was. - Z tego względu nawet dobrze, że tak uprzejmie napisała Pani do starej bestii25. Zmierziło mnie tylko, że ten uprzejmy list był w dodatku piękny, a jeszcze bierze w obronę tak złą książkę, która na to nie zasługuje, podobnie jak ten potwór nie zasługuje na P a n i listy. Proszę jednak nie traktować tego tak poważnie. Lepiej niech Pani już nie pisze, tylko przyjedzie, c'est le principal26.

Szalenie cieszę się na elegię. Rozbudza już tęskne oczekiwania, bo w kółko o tym gadam. Oby Wilh. wkrótce przysłał wiersze z greckiego; to znakomita rzecz. Nie mogę mieć żadnych zastrzeżeń co do ????????27 w "Aten."; proszę więc naradzić się z W.! Czemu nie? Siedem córek Reicharda28 nie musi nas czytać.

Do Fichtego napiszę następną pocztą; również do Schellinga, który obiecał mi swoją Filozofię przyrody29.

Rozprawka Hülsena30 to, moim zdaniem, istny klejnot. P i s m o ś w i ę t e, w najprawdziwszym sensie. Jego religia rodziny, rodziców i dzieci podoba mi się bardziej niż dzieło Schl., a co najlepsze - on sam nie wie, że to religia. Więcej też w tym nerwu i dobitności niż u Schl., który krąży wokół jak jamnik, żeby we wszystkich rzeczach zwęszyć uniwersum.

Moc pozdrowień i wszelkie wyrazy przyjaźni dla Augusty i Wilhelma. Cała reszta następną pocztą. Doroth. i Henr. pozdrawiają najgoręcej.

Friedrich

Fröhlich pragnie gorąco, by IV część "Aten." ukazała się jak najrychlej. Elegia, elegia!

Caroline i August Wilhelm Schleglowie do Novalisa

[Jena], 20-tego lut[ego], 1799 [środa]

A więc to prawda, najdroższy Przyjacielu? S z c z e r z e nas Pan uradował i uszczęśliwił. Pańskim przyjaciołom nie pozostawało dotychczas nic innego, tylko myśleć o Panu, li tylko o Panu, nie o Pańskiej przyszłości, a często też wypraszał Pan sobie wszelkie zatroskanie z naszej strony. Sama przyjęłam taką postawę - tym, którzy są nam mili, łatwo ulegamy i okazujemy posłuch. Nigdy nie zapytałam Pana, jak rozwiąże się ten węzeł? Czy może pozostać tak, jak dotąd? Sama sobie nie zadawałam tego pytania. Spokojnie trwałam w wierze - bo ostatecznie mam więcej wiary niż wy wszyscy - nie, że właśnie tak się ułoży, ale że na jakimś sercu napięcie musi się załamać i niebiańska więź połączy się z ziemską. To, co Pan nazywa rozdziałem między nimi, jest przecież stopieniem. Czemuż by nie? Czy ziemska więź nie jest prawdziwie niebiańska? Może Pan to nazwać, jak Pan chce, grunt, że jest Pan szczęśliwy. Pański list tchnie istnym upojeniem i przybył do mnie niczym na skrzydłach. Teraz cieszę się - a i Pan będzie się cieszył - myślą, że tak musiało się stać. Tylko w tej niemal jałowej samotności mógł Pan stopniowo ulec słodyczy przywiązania. Jak mądrze i zgrabnie wykładał nam Pan kiedyś, że nie ma tu żadnego niebezpieczeństwa. Niebezpieczeństwa nie ma, ale są konsekwencje. Czyż owo miłe zdarzenie miałoby nie pociągnąć następstw? W dwójnasób mi przykro, że nie widziałam Julii. Nie moja w tym wina, Pańska też nie. Pojmuje Pan, mój Najdroższy, zasmuciłoby mnie, gdyby nie pozostał Pan wśród nas, gdyby Pańska żona nie miała stać się sama przez się naszą przyjaciółką, z własnej skłonności. Niechże Pan przyjedzie, pogadamy o tym szerzej. Wielce prawdopodobne, że na Wielkanoc zastanie nas Pan tutaj i wyjedziemy dopiero koło Zielonych Świątek.

Domyślam się, że Charlotte dowiedziała się o wszystkim na Boże Narodzenie, ale milczała jak zaklęta, z pewnością najsurowiej zabronił jej Pan szepnąć choć słówko. Pisze mi właśnie, że spodziewa się widzieć u siebie Charpentierów i Pana, razem. Całe szczęście, że nie lubi pisać; ale na pewno by mi p o w i e d z i a ł a. Friedrich też coś niecoś odgadywał - upewniłam go w tych domysłach.

Bardzo możliwe, że jeszcze tego roku spotkamy się wszyscy pod j e d n y m dachem. Friedrich zostaje na lato w Berlinie, co mi dogadza. W zimie chce tu przyjechać. Mieszkają w Weissenfels. Pan również mógłby tu zamieszkać na jakiś czas. Z Pańskim ojcem wszystko się chyba ułożyło i nie stają Panu na drodze żadne trudności? Będzie tylko rad, wiedząc, że Pan jest rad. Pańskiego drugiego szwagra zostawiamy Fichtemu31.

Nie ma wątpliwości, że gdyby Fichte zyskał pewność co do współudziału R[einharda], zrobiłby zeń drugiego Gözego32. Na razie nie chce jeszcze w to wierzyć, a raczej domaga się faktów, by wstrzymywać się z wiarą. Ostatnią pocztą sam napisał do R., wysłał mu swoją broszurę i wezwał do lamentów nad klechami. Chce odczekać, co tamten na to odpowie. Proszę tylko m n i e donieść, czy wie Pan to na pewno. Ani chwili o tym nie wątpię, ale nie działał dość jawnie, by dało się przytoczyć jakieś fakty. Fichtemu zresztą bardzo na tym zależy. Zaznajomiłam go z większą częścią Pańskiego listu - wszak on tak Pana kocha - także z tym, co Pana dotyczy i z czego szczerze się ucieszył. Że w Prusach zachowano się przyzwoicie, to Pan już pewnie wie.

Trzeciej części "Ateneum" tylko patrzeć. Tymczasem wydarzyło się coś innego. Cóż Pan powie o tej Lucyndzie? Naszą uwagę zwrócił fragment w "Lyceum", który zaczyna się od słów: "Wiersze safickie muszą rosnąć albo trzeba je odnajdywać"33. Niech Pan do tego zajrzy. - Na razie nie uważam, by ta powieść była bardziej powieścią niż rzeczy Jeana Paula - z którymi zresztą jej nie porównuję. Jest daleko bardziej fantastyczna, niż sobie wyobrażaliśmy. Proszę mi donieść, jak się Panu podoba. Co prawda wrażenie nigdy nie jest czyste, gdy się jest tak blisko autora. Zawsze zestawiam jego zamkniętą osobowość z tym rozbuchaniem i widzę, jak twarda skorupa kruszy się - aż strach mnie bierze i gdybym była jego ukochaną, nie dopuściłabym do druku. Wszystko to nie oznacza jednak potępienia. Są rzeczy, których nie należy potępiać, ganić, skazywać na wygnanie ani zmieniać, a to, co robi Friedrich, zazwyczaj jest właśnie tego rodzaju.

Wilhelm ukończył elegię. Jedną kopię ma Goethe, który tu jest, drugą Friedrich. Musi Pan więc zaczekać. Właściwy korpus wiersza wypada nazwać dydaktycznym i tak też miało być zgodnie z intencją W[ilhelma]. Szczegóły odmalowane wybornie - całość może zbyt obszerna, aby naraz wniknąć do duszy, wymaga to w każdym razie skupienia. Powinien Pan to tutaj przeczytać. Ukaże się w 4 części.

Po przyjeździe prosimy od razu stanąć u nas, jeśli inne względy nie przemawiają przeciwko temu. W stosunkach z Schillerem bynajmniej to Panu nie przeszkodzi34. W połowie kwietnia cały Wallenstein będzie na scenie. Nie chciałby Pan tego zobaczyć?

Goethe bardzo zajęty jest optyką i publicznie wcale się go nie widuje.

Niech się Panu dobrze wiedzie, drogi Przyjacielu, muszę jeszcze napisać do Charlotty.

Pozdrowienia dla Julii!

Lucyndę niech Pan użyczy Charlotcie.

[dopisek A.W. Schlegla]

Bodaj jednym słówkiem muszę wyrazić najserdeczniejszą braterską radość z tego, o czym Pan napisał Carol. Podwójnie cieszy mnie teraz nadzieja naszego ponownego spotkania. Jeden powód więcej, żeby odłożyć podróż berlińską na później, za czym przemawiałyby zapewne tamtejsze sprawy teatral[ne]. Goethe już zwrócił mi elegię, tylko Pan musi jeszcze zaczekać. W 3 części "Ateneum" nie znajdzie Pan niestety już nic nowego - 4 powinna Pana zaskoczyć.

Novalis do Caroline Schlegel w Jenie

Freiberg, 27-ego lutego 1799 [środa]

Przed 2 godzinami, przy porannej kawie, gdy na dworze szalała śnieżna zamieć, dostałem list Pani - i oto nagle stałem się posiadaczem osobliwej Lucyndy35, od tak dawna ciesząc się na tę znajomość. Najpierw przeczytałem to, co w liście dotyczy Julii - zwrot o spotkaniu pod j e d n y m d a c h e m sam w sobie wart był całej powieści. Pomyśleć tylko - jeszcze przed rokiem było nas dwóch osieroconych. Jednemu ziemia wprost paliła się pod stopami, wciąż się rozglądał i kto wie, co dostrzegłoby w nim jakieś jasnowidzące oko. Teraz życzliwa postać unosi go na wyżyny, z czcią i wdzięcznością, niczym dar zesłany z góry - i ziemski, krzepiący sen znów zamknął mu oczy - dla innego słońca. Otom więc na powrót w krainie marzeń i całą duszą z Wami, znakomitymi towarzyszami snu.

Dopiero teraz możliwa jest prawdziwa przyjaźń między nami, jako że społeczeństwo nie składa się z pojedynczych osób, lecz z rodzin. Tylko rodziny mogą tworzyć społeczeństwa - pojedynczy człowiek interesuje społeczeństwo jedynie jako fragment i pod kątem swych z a d a t k ó w na członka rodziny. Moja Julia na pewno spodoba się Pani i wszystkim.

Ale upraszam o dyskrecję. Moja rodzina jeszcze o niczym nie wie, jej rodzice o d e m n i e też jeszcze się nie dowiedzieli. Trzeba się sprytnie do tego zabrać. Jestem raczej pewien powodzenia, ale pod warunkiem, że jako pierwszy powiadomię o tym swego ojca. Panią i Fichtego proszę tedy najusilniej o dochowanie sekretu. Przedwczesne rozgłoszenie pogorszyłoby moją sytuację.

Julia nie wie nawet, że Pani coś wie. Miłej Ernstowej nie mogłem powiadomić jak należy - tak tylko mimochodem coś napomknąłem. Spędziliśmy tam szczęśliwy wieczór - Tielemannowie, obie panienki36 i ja.

Tielemannowie są teraz tutaj. Żyjemy sobie niezgorzej, szkoda tylko, że nie zostaje mi teraz wcale czasu na płodne próżnowanie - i tak rzadko mogę się skupić i fantazjować na swoich wewnętrznych organach językowych. Czuję jednak, że ta przerwa sprzyja spokojnej, w i n n e j fermentacji i po ukończonej nauce powrócę z nowymi, wykształconymi siłami do dawnej poezji i filozofii. Obie niezbędne są do szczęśliwego małżeństwa - a bez nich każdy stosunek musi zwyrodnieć w przesyt i nudę.

Rousseau jak nikt rozumiał kobiecość i wszystkie jego filozofemata mają źródło w medytującej duszy kobiecej. Jego apologia stanu natury należy do filozofii kobiet - kobieta jest autentycznym człowiekiem natury - prawdziwa kobieta jest ideałem człowieka natury, tak jak prawdziwy mężczyzna ideałem człowieka sztuki.

Człowiek natury i człowiek sztuki to autentyczne s t a n y p i e r w o t n e. Stany są składnikami s p o ł e c z e ń s t w a. Małżeństwo jest społeczeństwem prostym, tak jak dźwignia jest maszyną prostą. W małżeństwie napotyka się oba stany. Dziecko w małżeństwie jest tym, czym w społeczeństwie artysta - nie jest stanem, lecz sprzyja ścisłemu zjednoczeniu, kiedy to oba stany prawdziwie wzajem siebie zażywają.

Wielkie małżeństwo, państwo, składa się ze stanu żeńskiego i stanu męskiego, które zowie się - po części słusznie, po części niesłusznie - stanem nieukształconym i stanem ukształconym. Małżonką stanu ukształconego jest stan nieukształcony.

Niestety u nas stan nieukształcony pozostał daleko w tyle za u k s z t a ł c o n y m - stał się n i e w o l n i c ą - oby znów stał się m a ł ż o n k ą!

Ale wróćmy do Lucyndy. Pierwsza znajomość zawarta. Dzielę się z Panią okruchami pierwszego wrażenia.

W tej powieści żyje i działa Friedrich. Zapewne niewiele jest książek bardziej indywidualnych. Można tu wyraźnie śledzić jego wewnętrzne poczynania, jak grę chymicznych sił w roztworze cukrowego szkła, i przedziwny to widok. Napiera tysiąc różnorakich, niejasnych wyobrażeń, zapadamy bez reszty w odurzenie, które z myślącego człowieka robi czysty popęd, siłę natury i więzi nas w lubieżnej egzystencji, posłusznej tylko instynktowi.

Nie brak romantycznych pogłosów, wszelako w całości i w szczególe dzieło nie jest jeszcze dość lekkie i proste ani też wolne od szkolnego kurzu.

Nie spodziewam się wiele dobrego po odbiorze. Oby ta powieść nie przyszła na świat przedwcześnie, jak bodaj j e j m l e c z n a s i o s t r a 37 - nieco przed czasem wedle mieszczańskich praw. Za 10 lat Wyznania niedołęgi, ze względu na autora, przyjęto by ciepło i wyrozumiale. Teraz wszystko jest jeszcze niedojrzałe. Serdeczne wynurzenia38 młodzieńca wolno prezentować mężowi, nie młodzieńcowi.

Ideom zresztą nie można nic zarzucić, za to sposobowi wyrazu - owszem, ile że nierzadko wydaje mi się zapożyczony od Kratesa39. A postulat "Bądź cyniczny" nie jest jeszcze powszechnie akceptowany i nawet panie gorącego serca gotowe byłyby ganić piękną Atenkę, że traktowała rynek jak alkowę.

Porównania z Heinsem są nieuniknione. Czyż ma to być wyłącznie lektura dla stopnia mistrzowskiego w loży obyczajności?

Szkiców w dalszym ciągu powinno być więcej - najsłodsza jest mała Wilhelmina, także Prometeusz. I tym podobne - a wreszcie tytuł: Cyniczne fantazje albo szataniski.

Wielu powie: Schlegel ostro sobie poczyna, a my mamy w dodatku jeszcze przyświecać jego orgiom. Inni: Nie usłyszeliśmy głosu umiłowanego syna, to fałszywy Mesjasz Dowcipu, ukrzyżujcie go.

Jeszcze inni: Patrzcie, oto szkółka Goethego, uczeń przerósł mistrza. Z Wenecji zrobił się Berlin.

Richter40 przeżyje chwile grozy. Ten strażnik skromnych obyczajów będzie wzywał gromów z nieba. Jestem jednak pewien, że w gruncie rzeczy przerazi go ten wgląd w jego własną fantazję - prawda wyszła na jaw, to czystej wody voluptuoso.

We mnie budzi to i aprobatę, i sprzeciw. Wiem, że fantazja jest czymś najbardziej niemoralnym - lubuje się w duchowej zwierzęcości. Wiem jednak również, że wszelka fantazja jest jak marzenie senne, kochające noc, brak sensu i samotność. Sen i fantazja to coś najbardziej własnego, najwyżej dla dwojga, ale nie dla większej liczby ludzi. Sen i fantazja skazane są na zapomnienie, nie wolno się przy nich zatrzymywać, a tym bardziej ich u w i e c z n i a ć. Tylko ich ulotność usprawiedliwia zuchwalstwo ich istnienia. Może upojenie zmysłowe jest częścią miłości, jak sen jest częścią życia, ale bynajmniej nie najszlachetniejszą, a dzielny człowiek zawsze przedkładał będzie czuwanie nad sen. Choć i ja nie mogę obejść się bez snu, to przecież cieszę się na przebudzenie i s k r y c i e wolałbym zawsze c z u w a ć.

Nade wszystko zainteresowało mnie idealizowanie wegetacji. Najwyższa miłość wypada u nas obu osobliwie odmiennie. U mnie wszystko było skomponowane w stylu kościelnym - albo w stylu doryckich świątyń. U niego wszystko jest bardziej korynckie. Teraz zwróciłem się ku a r c h i t e k t u r z e ś w i e c k i e j.

Jestem teraz tak blisko południa, że cienie mają wielkość przedmiotów - a zatem twory mojej fantazji odpowiadają mniej więcej rzeczywistemu światu.

Na razie widzę, że nasze pierwsze powieści skrajnie się różnią. Moja będzie gotowa prawdopodobnie tego lata w Cieplicach albo w Karlsbadzie. Mówiąc "gotowa", mam na myśli pierwszy tom - chciałbym bowiem całe swoje życie włożyć w powieść, która sama jedna starczy za całą bibliotekę i może zawrze w sobie lata terminowania n a r o d u. L a t a t e r m i n o w a n i a to nietrafne wyrażenie - sugeruje określony p u n k t dojścia. U mnie jednak ma oznaczać jedynie l a t a p r z e j ś c i a od nieskończoności w skończoność. Mam nadzieję, że tym sposobem zaspokoję zarazem swoje historyczne i filozoficzne tęsknoty. Niezbędna mi do tego jeszcze podróż na Południe i na Północ, jako przygotowanie.

Norwegia i Szkocja z jednej strony, wyspy greckie z drugiej byłyby najbliższymi etapami w drodze do tego celu. Dziś ten plan wydaje się odległy, ale może moja działalność handlowa wesprze mnie w jego wykonaniu.

Czy i Panią ciągnie do powieści? Wilhelm musiałby dołożyć się poetycko. Mogłoby to być piękne dwoiste dzieło. Na elegię cieszę się żywo.

W połowie kwietnia zjadę niezawodnie do Jeny.

Friedrich Schlegel do Novalisa we Freibergu

[Berlin, początek marca 1799]

Dłużej nie mogę kazać Ci czekać na "Aten[eum]". Niedobrze, że to się tak odwlekło. Co dzień miałem nadzieję napisać Ci p o r z ą d n y list; a i dziś pewnie nic z tego nie będzie. Za 2 tygodnie uwolnię się od Lucyndy. Wtedy znowu, na razie tylko prowizorycznie.

Dużo o Tobie myślimy i bardzo uradowało nas Twoje nowe życie. Napisz mi wkrótce więcej i ze szczegółami. Albo lepiej przyjedź sam na Zielone Świątki, kiedy będą tu też W[ilhelmowie]. Inaczej nie zobaczę Cię przed jesienią. - Jeszcze na rok zostajemy w Berlinie i urządziliśmy się. Co dalej, doniosę Ci następnym razem.

Przede wszystkim apeluję, byś dał coś do "Aten". Jeśli nie masz nic gotowego, proponuję i proszę w każdym razie, byś dał mi krótką notkę o najnowszych postępach w fizyce, do rubryki, która pod nagłówkiem "Noty" albo "Doniesienia" będzie ogólnie informowała o w a ż n y c h nowościach. - Dla siebie wybiorę coś z najnowszych zjawisk liter[ackich], Don Kichota Tiecka, Mowy o religii Schl[eiermeiera], może jeszcze coś innego. Często będę miał na myśli określonego przyjaciela, np. przy tych dwóch utworach C i e b i e, aby znaleźć odpowiedni ton - jak gdybym Tobie chciał w ogólnym zarysie przybliżyć jakąś ideę. Gdybyś zechciał w taki sposób napisać o Ritterze, Baaderze, Schellingu, jakby do mnie albo do kogoś, kto niezbyt dobrze się w tym wyznaje, ale mógłby się wyznawać. Chodzi mi o to, że powinieneś tu praktykować i demonstrować swoją ideę o merkantylistycznym i ekonomicznym duchu w literaturze, i wszystko ujmował całkiem popularnie i użytkowo, ale bez troski o formę, jak w liście. Sam widzisz, że cała ta rubryka jest w takim merkantylistycznym duchu.

-

Liczę, że dostanę od Ciebie gruby plik rękopisów - chyba się nie zawiodę? - Niebawem znów z całym zapałem wezmę się za robotę dla "Aten". - Przydałoby mi się dużo Twoich rzeczy, do pewnych kompozycji, o których przemyśliwam.

-

Bardzo mnie cieszy, że Lucynda tak Cię zainteresowała. Podoba mi się również to, co piszesz Caroline, a jeszcze bardziej boska myśl, by państwo ujmować jak małżeństwo mas ukształconych i nieukształconych - w przyszłości kształcących i kształconych.

-

O mojej religii niebawem Ty i cały świat powinniście usłyszeć dostatecznie dużo, nie w ułamkach, lecz wielką porcję. - Obyś wkrótce ogłosił znów jakąś Wiarę i miłość41. - Mało jest rzeczy, które tak wielbię, i mało co tak na mnie oddziałało.

-

W ogóle czuję się nierozerwalnie z Tobą związany przez dwie sprawy - są to religia i małżeństwo.

-

Zgadzam się z Tobą, że chrześcijaństwo [jest] religią przyszłości, tak jak grecka religia należała do przeszłości, już u starożytnych. - Ale czy nie jest jeszcze bardziej r e l i g i ą ś m i e r c i, tak jak klasyczna - rel[igią] życia? Zda mi się, że świetne wzmianki o tym znajduję w Twoich drukowanych rzeczach i w tym, co sobie przypominam z papierów. Przypuszczam, że to także Twój pogląd. Gdybyś tylko to, co masz o chrześcijaństwie, raz zebrał razem, jak w soczewce! - Jesteś może pierwszym człowiekiem w naszej epoce, który ma artystyczne wyczucie śmierci. - Myślę, że chrz[eścijaństwo] właśnie dlatego oraz ponieważ śmierć i życie są jednością, można ujmować ze skrajnym realizmem. Ściskam Cię serdecznie

Friedrich Schl.

Pozdrów ode mnie Carlowitza42.

Friedrich Schlegel do Caroline Schlegel

[Berlin, początek marca 1799]

Quell nobil alma, / che giammai curo rime ne versi43

Proszę tylko nie myśleć, że moje posłuszeństwo jest czymś innym niż posłuszeństwo, romantyczne posłuszeństwo. - Nie oglądam się wcale na ludzi, bo to książka pisana z natchnienia religii, jak każda inna; a jeśli ją uznają za zbyt szaloną, natychmiast napiszę własną Biblię i zapewniam Panią, że odtąd nie będzie już gadania o Luc.[yndzie].

Jeśli Wilhelm chce oceniać Luc. jako powieść czy tam niepowieść - bardzo proszę, ale pod warunkiem, że pierwej przeczyta Cervantesa, i to nie tylko Don Kichota. Ten bowiem należy do sfery, dla której nie bez powodów obrałem nazwę nowela; mam na myśli novelas, zwłaszcza Persilesa, a przede wszystkim Galateę. (Luc. nie będzie dowcipniejsza od tej ostatniej - całość ma dowcipną formę i konstrukcję. Jeśli chodzi o realny dowcip, jakiego W.[ilhelm] zdaje się oczekiwać, odsyłam go do nowel. Tu kłóciłby się z moim zamysłem i popsuł ton, tak jak rozsiane tu i ówdzie pieśni. Ustęp o dowcipie, przeciwko któremu W. protestuje, Tieck chwali najbardziej w całej książce).

Podobnie nie miałbym chęci rozmawiać o powieściach z damą, o której nie wiedziałbym na pewno, że nie cierpi angielskich powieści albo jeszcze lepiej - że żadnych nie czytała. Cervantesa podsuwam nie byle komu, bo uważam, że razem i każde z osobna macie w sobie j e d n ą powieść, która zasługuje na to miano jeszcze bardziej niż te cztery i wszystkie je zawiera.

Odkąd nadeszła dobra nowina o Waszym przyjeździe, Iffland44 poważnie przykłada się do sztuk pięknych. Skanduje w Piccol.[ominich], pozdrawia mnie z najdalszych stron, znowu gra idealnie (tzn. w myślach - Hamleta), jednym słowem robi się elegancki.

Jeśli chodzi o pisma krytyczne, mój pan brat ma po siedemkroć dziewięć razy słuszność. Bardzośmy się uśmieli nad Humboldtem i Schillerem.

Mamy ochotę wyjechać Wam naprzeciw do Poczdamu; byłaby to taka mała przystawka, dla nabrania smaku przez dzień, dwa. Może Schl.[eiermacher] jeszcze tam będzie. Przywiózłbym też pewnie Levisię45. Jest wielce zasmucona i narzeka, że tak późno przyjeżdżacie. Wpadła na pomysł, żeby od Waszego przyjazdu przez jakiś czas stołować się u Was. Ten pomysł przynosi jej zaszczyt i odtąd bardziej ją szanuję. Obawiam się tylko, żeby Fichtowie zanadto nie ucierpieli.

Przemiła dziecina powinna zawsze do mnie pisać, ilekroć się rozbryka. Mnie zbiera się na pisanie, gdy jestem rozsądny; dziś akurat nie. W następny wtorek będę.

Henrietta jest teraz pełnoletnia i może się wypowiadać we własnym imieniu.

Bardzo mnie cieszy, że W dał radę wybrnąć z pieniędzmi. Wyrzucam sobie, że po części z winy mej choroby, po części przez zaniedbanie tak późno dostaniecie te pięć ldr46. Miejmy nadzieję, że przyjdą razem z tym listem albo wnet potem.

Levisia powiada mi właśnie, że w domu, gdzie mieszkała Marianna, tzn. w środku miasta, parę kroków od teatru, można mieć t r z y p o k o j e z a l k o w ą za trzy ldr. miesięcznie. - Sama zresztą pewnie będzie umiała w sposób zgrabnie zawoalowany przedstawić tę propozycję U[ngerowej], bo naprawdę niewygodnie byłoby im w ogrodzie, g d y b y ś c i e Wy zamieszkali w ich domu w mieście.

Niestety te pięć ldr. pójdzie dopiero następną pocztą. Łobuz Fröhlich akurat jest bez grosza. Sam wziąłem tylko drobną część za Luc.[yndę].

Friedrich Schlegel do Caroline Schlegel

[Berlin, koniec marca 1799]

Cieszy mnie Pani zainteresowanie i ocena Lucyndy, a poufnie wyznam, że doraźnie bardziej zależało mi na Pani aprobacie niż W[ilhelma]. Zwłaszcza propozycja listu w tej sprawie rzuca piękne światło na pochwały i przygany. Z radością włączę go do II-go tomu, jeśliby Pani zechciała dorzucić jakieś osoby, miejsca itd., wedle swego dowolnego uznania. - Widzi Pani, główną i centralną partię pierwszej książeczki stanowią Lata terminowania męskości, może nie historia jako taka, ale czysty obraz (to już gotowe). Odpowiednio w drugiej mają być Kobiece poglądy; wielostronne listy kobiet i dziewcząt różnego rodzaju o dobrym i złym społeczeństwie. Obraz t e r a ź n i e j s z o ś c i, bo wyznania na temat przeszłości wydają mi się mniej kobiece i wątpię, czy są jakieś lata terminowania kobiecości. Długo bym się męczył, nimbym wydobył w stylu i kolorycie wyraźnie kobiecy odcień; tak czy owak, sztuka pozostałaby daleko w tyle za naturą.

W Julianie47 mogła Pani rozpoznać nie siebie jako taką, ale swoją opinię, jeszcze raz wyrażoną mi w liście. - Za mało poezji i za dużo miłości. Z łatwością też rozpoznałaby Pani młodą powieść z maską48 jako teraźniejszą, gdyby nie była założyła Pani z góry, że to wcale nie powieść. Chodzi o lata terminowania, już nawet według całkiem zwyczaj[nych] pojęć.

A gdy dochodzą jeszcze trzy inne, nie ma już żadnych wątpliwości. Rycerz to F a u s t, którego niebawem będę mógł napisać. I skoro ta czwórka jest ze sobą spokrewniona, to mamy już o s t a t e c z n e usprawiedliwienie zapowiedzi. Zresztą na Pani argumenty odrzec mogę tylko, że to, czego Pani jeszcze nie zna, jest czasem s a f i c k i e, czasem c y n i c z n e, często zaś, i to bardzo, s a f i c k i e i c y n i c z n e n a r a z, w daleko większym stopniu niż dotychczas. Pytanie o tamten fragment49 pozostałoby więc n i e r o z s t r z y g n i ę t e. Bo gdybym zanadto podkreślał różnicę między wierszem safickim a powieścią, uznałaby Pani to za sofisterię.

Głosy o Wierności i krotochwili są tak zgodne, że niemal mogę przewidzieć Pani opinię. Wszelako obiecuję, że również w pierwszej książeczce znajdzie się jeszcze d o b r y dialog.

Ale proszę napisać mi też o elegii, i to religijnie. Co mogą rzec ludzie, którzy nie chcą uznać w W. geniusza, i mnie też odmówiliby tego miana, gdybym od czasu do czasu nie walnął ich pięścią między oczy? Proszę mi donieść o dalszych elegijnych pomysłach W. Co prawda, gdy już raz poweźmie jakiś projekt, niełatwo mu coś wyperswadować. Ale chciałbym wiedzieć. - A propos, dopuszcza Pani m o ż l i w o ś ć, że w Lucyndzie wspomniani są Bött.[iger] i Jen.[isch]50 - to już przesada!

Henr.[ietta] też aż do Lat terminowania uważała, że to wcale nie powieść, lecz e k s t r a k t, z którego każdy może zrobić sobie jakąś powieść. Napomykam o tych syrenich śpiewach tylko dlatego, że W. pozwolił sobie na sugestię, iż Lucynda jest źle wychowanym dzieckiem Dor.[othei].

Elegię W dostałem zresztą wieczorem, kiedym już był chory i bezsenna noc, jaka potem nastąpiła, upłynęła bardzo poetycznie. Strawiłem nad tym pięć dni, a potem mieliśmy wizytę Eduarda51, którego Dorothea kochała, a którego ja już z jego listow uznałem za interesującą osobę. Owszem, jest bardzo interesujący, jak również sympatyczny. Poza tym to typ poszukiwacza przygód: wygląda mniej więcej tak jak chroniący się w lasach dzikus z Mowy o nierówności Rousseau. Przybył prosto z Moguncji, gdzie stykał się z Rebmannem52. Przez jakiś czas służył w polskim legionie we Włoszech i pewnie dobrze by mu się wiodło we Francji. Ale to jeden z tych, którym zawsze zbraknie cierpliwości, by doczekać plonów. Teraz wyjechał do Ameryki, dokąd też tą przedziwną drogą trafi Szekspir i elegia W. Długo jednak nigdzie nie zabawi. - Od trzech lat nic o sobie nie wiedzieli i wszystko było dla niego nowe. Zachowywał się przy tym bardzo zgrabnie i dystyngowanie, a zarazem bardzo otwarcie. Gorzej poszło z Henriettą. Ta swego czasu też flirtowała z nim bardziej, niż się godzi, jakoż ponowne spotkanie wypadło dla niej raczej nieprzyjemnie.

Jeszcze jeden ważny punkt. Parę razy odwiedziłem wredną kocicę53; nie dowiedziałem się jednak, co Pani napisała w sprawie przyjazdu, a pytać wprost - tej przyjemności nie chciałem jej robić. Jeśli Was usilnie nie zaprosi do siebie, zatrzymajcie się u Dorothei, która jeszcze w tym miesiącu wprowadza się do przyzwoitego i obszernego lokalu. Niezmiernie byłaby rada, gdyby tak się stało, a i ja też. W ten sposób moglibyście się nacieszyć Schleiermacherem, Tieckiem i innymi bardziej niż w tym ścisku u Ungerów. Z Ifflandem też by się na pewno dobrze ułożyło, a jeśli przy skromnym stole n i e zatęskni za Ungerowskimi mięsiwami, uzyska P a n i kolejny dowód jego szczerej natury - chyba że woli Pani nie ryzykować? - Może nie zazna Pani pewnych luksusów, ale też uniknie pewnych niedogodności. Proszę tylko pomyśleć, przecież zwłaszcza Pani przykro byłoby mieszkać u takiej wrednej kocicy jak ta baba. Ponadto Ifflandowie są teraz w jak najgorszych stosunkach z U.[ngerami], tzn. z kocicą.

Jeszcze słówko o powieściach. Gdybym sądził, że mogłaby Pani napisać tylko t ę j e d n ą, którą chce Pani zostawić potomności, nie powinienem domagać się tego za życia. Ale przekonany jestem, i w tym cała rzecz, że napisałaby Pani więcej niż jedną, gdyby ta wreszcie wyszła.

Pozdrowienia dla Augustynki, a jeśli ma Pani dla mnie jeszcze choć trochę przyjaźni, proszę ją dla mnie z macierzyńską troską zachować.

Mało nie zapomniałbym o s p r a w a c h r e a l n y c h. Resztę honorarium za "Aten.[eum]" otrzymałem na bieżąco; Fröhlich nie jest jeszcze przygotowany na asygnaty. W.[ilhelm] otrzyma więc 5 l d r. poprzednią drogą, przez brata Levisi. Ldr jest po 5? tal. Czyli 2 tal. 5 gr. więcej niż dostaje. To na opłacenie [nieczytelne]. Brakującego guldena dopłacę.

Woltmann54, jak się zdaje, jest zdecydowany i nie ustąpi.

Co porabia Schelling i jego Filozofia przyrody? Niedawno prócz innych niefortunnych wypadków miałem jeszcze paroksyzm myślenia, a to z winy elegii W.[ilhelma] i Religii Schleiermachera. Ta ostatnia jest akurat tak s u b i e k t y w n a, jak ta pierwsza - klasyczna. Najwyższy czas, żebym się zebrał i uderzył w dzwon obiektywizmu. Partacze za wiele sobie pozwalają.

1 Frans Hemsterhuis (1721-1790), holenderski filozof; tu mowa o francuskim wydaniu jego prac - ?uvres philosophiques de M. F. Hemsterhuis, Paris 1792 - pożyczonym Novalisowi przez A.W. Schlegla [przypisy tłumaczki].

2 Mowa o zamieszczonej w "Allgemeine Literatur-Zeitung" z listopada 1797 roku recenzji przełożonych przez A.W. Schlegla dramatów Szekspira; autorem był wydawca pisma, Christian Gottfried Schütz.

3 Auguste Böhmer (1785-1800), córka Caroline z jej pierwszego małżeństwa z Wilhelmem Böhmerem.

4 Charlotte Ernst z domu Schlegel (1759-1826), zamężna z Ludwigiem Emanuelem Ernstem, urzędnikiem na dworze saskim.

5 Chodzi o recenzję A.W. Schlegla "Goethes "Hermann und Dorothea"", która ukazała się w "Allgemeine Literatur-Zeitung" z 11-13 grudnia 1797 roku.

6 Por. Novalis, "[O Goethem]": "Goethe to poeta całkowicie praktyczny" (w: Novalis, Uczniowie z Sais. Proza filozoficzna. Studia. Fragmenty, wybrał, przełożył, wstępem i przypisami opatrzył Jerzy Prokopiuk, Czytelnik, Warszawa 1984, s. 303).

7 (niem.) romantisch; tu w znaczeniu romanhaft, powieściowy

8 Julie von Charpentier (1776-1811), córka inżyniera geologa, naczelnika Urzędu Górnictwa w Saksonii; Novalis zaręczył się z nią w grudniu 1797 roku.

9 Friedrich Schlegel związał się z Dorotheą, córką filozofa Mosesa Mendelssohna, po mężu Veit, tłumaczką literatury francuskiej, autorką m.in. powieści Florentin. Poznali się w 1797 roku w salonie Henriette Herz, w 1799 roku po rozwodzie Dorothei zamieszkali razem w Jenie, małżeństwo zawarli w 1804 roku.

10 Mowa o elegii A.W. Schlegla "Die Kunst der Griechen", opublikowanej w "Athenäum", t. 2, cz. 2.

11 Phantasien über die Kunst, für Freunde der Kunst (Fantazje o sztuce dla miłośników sztuki) - zbiór szkiców Wilhelma Wackenrodera, które po śmierci autora wydał w 1799 roku jego przyjaciel Ludwig Tieck, dołączając własne szkice i obszerną przedmowę.

12 Pierwszą z czterech części Don Kichota Cervantesa w przekładzie Ludwiga Tiecka opublikowano w 1799 roku.

13 Johann Wilhelm Ritter (1776-1810), fizyk, kontynuator badań Galvaniego, odkrywca promieni ultrafioletowych.

14 "Ritter to rycerz, my zaś...", powiedzenie przypisywane Goethemu (niem. Ritter - rycerz).

15 Franz von Baader (1765-1841), inżynier górniczy, filozof i teolog.

16 Studiując w Akademii Górniczej we Freibergu, Novalis odbywał praktykę w kopalniach.

17 Wilhelm i Caroline Schlegel, "Die Gemählde. Ein Gespräch von W.", "Athenäum", t. 2, cz. 1.

18 Henriette Mendelssohn, młodsza siostra Dorothei Mendelssohn-Veit-Schlegel; przepisywała manuskrypt Lucyndy.

19 Jean-Baptiste Louvet de Couvray, Les amours du chevalier de Faublas (1790); przekład nie został ukończony (skrócone wydanie polskie w przekładzie Czesława Jankowskiego 1928).

20 Heinrich Fröhlich (1768-1806), berliński wydawca i księgarz; jego nakładem od 1799 roku ukazywało się "Athenäum".

21 Friedrich Schleiermacher, Über die Religion. Reden an die Gebildeten unter ihren Verächtern (1799; wyd. pol. Mowy o religii: do wykształconych spośród tych, którzy nią gardzą, przełożył J. Prokopiuk, Wydawnictwo Znak, Kraków 1995).

22 Christoph Martin Wieland, Der goldne Spiegel oder Die Könige von Scheschian (Złote zwierciadło, czyli Królowie Szeszianu), powieściowa utopia polityczna; tu mowa zapewne o drugiej, rozbudowanej wersji, która ukazała się w 1794 roku nakładem księgarza i wydawcy J. G. Göschena, złożona antykwą. Debata o kroju pisma drukarskiego - tradycyjnie niemieckiej frakturze i nowo lansowanej antykwie - wiązała się wielorako z ówczesnymi debatami politycznymi i literackimi.

23 Aluzja do komedii J. L. Tiecka Prinz Zerbino oder die Reise nach dem guten Geschmack (1797; wyd. pol. Książę Zerbino, czyli podróż w poszukiwaniu dobrego smaku, przełożył Leszek Libera, Oficyna Wydawnicza Uniwersytetu Zielonogórskiego, Zielona Góra 2012); w trakcie podróży Zerbino trafia do młyna, gdzie z rzeczy wielkich robi się miałkie.

24 Marianne Meyer (?-1812), córka berlińskiego kupca, morganatyczna żona Heinricha XIV von Reuss zu Greiz, po śmierci męża uzyskała tytul baronowej von Eybenberg; prowadziła w Wiedniu salon, utrzymywała żywe kontakty z Goethem.

25 Mowa o Friederike Helene Unger (1741-1813), pisarce i tłumaczce literatury francuskiej, żonie wydawcy berlińskiego Johanna Friedricha Gottlieba Ungera. W listach F. Schlegla często padają złośliwe epitety pod jej adresem - powodem mogły być konflikty wydawnicze i rywalizacja towarzyska, a wzmianki w korespondencji osób trzecich sugerują, że tych dwoje łączył kiedyś romans.

26 (fr.) to najważniejsze

27 oaristis (gr.), rozmowa miłosna, też nazwa gatunku lirycznego

28 Chodzi o Johanna Friedricha Reichhardta (1752-1814), kompozytora i krytyka muzycznego, współwydawcę "Lyceum der Schönen Künste".

29 Friedrich Wilhelm Joseph von Schelling, Erster Entwurf eines Systems der Naturphilosophie (1799).

30 August Ludwig Hülsen (1765-1809), teolog, filolog; tu mowa o jego szkicu "Über die natürliche Gleichheit der Menschen", zamieszczonym w "Athenäum", t. 2, cz. 1.

31 Siostra Julii von Charpentier, Ernestine, była zamężna z Franzem Volkmarem Reinhardem; oskarżany o ateizm Fichte mógł podejrzewać Reinharda o autorstwo negatywnej opinii, która ściągnęła na niego represje i ostatecznie zmusiła go do opuszczenia Jeny.

32 Johann Melchior Goeze (1717-1786), naczelny pastor Hamburga, był głównym antagonistą Lessinga w sporze wokół religii naturalnej; Lessing opublikował cykl kąśliwych pism polemicznych Anty-Goeze; Goeze jest też pierwowzorem postaci patriarchy Jerozolimy w Natanie mędrcu.

33 Właściwe brzmienie: "Wiersze safickie muszą rosnąć i trzeba je odnajdywać" (F. Schlegel, Fragmenty, przełożyła Carmen Bartl, oprac. Michał Paweł Markowski, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2009).

34 Po publikacji w latach 1796-1797 krytycznych uwag Friedricha Schlegla o piśmie "Die Horen" doszło do zerwania stosunków między Schillerem a oboma braćmi.

35 Novalis otrzymał rękopiśmienną kopię rozdziałów 1-5; pierwsza część powieści wyszła drukiem w czerwcu 1797 roku.

36 Johann Adolf Thielmann (1765-1824), wojskowy, oficer armii saskiej, jego żona Wilhelmine z domu von Charpentier oraz jej siostry, Caroline i Julie.

37 Chodzi o powieść Johanna Jakoba Wilhelma Heinsego Ardinghello und die glückseligen Inseln (Ardinghello i wyspy szczęśliwe), której publikacja w 1787 roku ściągnęła na autora zarzuty niemoralności.

38 Aluzja do tytułu szkiców Wackenrodera Herzensergiessungen eines kunstliebenden Klosterbruders (Serdeczne wynurzenia miłującego sztukę braciszka zakonnego).

39 Krates z Teb (IV-III w. p.n.e.), filozof ze szkoły cynickiej, autor m.in. parodii dzieł filozoficznych i poetyckich, mąż Hipparchii, z którą według przekazów uprawiali seks na rynku ateńskim - do czego aluzja w następnym zdaniu.

40 Johann Paul Friedrich Richter (1763-1825), znany jako Jean Paul.

41 Glauben und Liebe oder der König und die Königin (Wiara i miłość, czyli król i królowa), zbiór fragmentów Novalisa pod tym tytułem ukazał się w 1798 roku.

42 Hans Georg von Carlowitz (1772-1840), prawnik, saski mąż stanu, zaprzyjaźniony z Novalisem.

43 Zniekształcony cytat z VIII sestyny Petrarki, właściwe brzmienie: quella nobil alma, / che no curo gia mai rime ne versi (ta szlachetna dusza, która nigdy nie ceniła rymów i wierszy).

44 August Wilhelm Iffland (1759-1814), aktor, autor dramatów, od 1796 roku dyrektor berlińskiego Nationaltheater.

45 Mowa o Rahel Levin, potem po mężu Varnhagen.

46 luidor, złota moneta francuska, powszechnie używana w Niemczech

47 Juliane, postać z powieści Florentin.

48 Tu i poniżej odwołania do "Alegorii zuchwałości", fragmentu Lucyndy, w numerze.

49 Chodzi o fragment 119 z "Fragmentów krytycznych" F. Schlegla.

50 Karl August Böttiger (1760-1835), archeolog, radca konsystorza w Weimarze, wydawca "Teutscher Mercur"; uczestniczył intensywnie w życiu artystycznym i towarzyskim Weimaru, zyskał sobie opinię gorliwego kronikarza, ale też plotkarza i intryganta; Daniel Jenisch (1762-1804), teolog, pisarz, w książce Diogenes Laterne (1799) zamieścił złośliwe uwagi o F. Schleglu i F. Schleiermacherze.

51 Joseph Wilhelm Eduard d'Alton (1772-1840), rysownik, przyrodoznawca; ukochany Dorothei Böhmer-Veit-Schlegel z młodości, pierwowzór tytułowego bohatera powieści Florentin.

52 Andreas Georg Friedrich Rebmann (1768-1824), prawnik, publicysta, entuzjasta Rewolucji Francuskiej, po 1792 roku prześladowany, po zajęciu Nadrenii przez Napoleona sędzia w Moguncji.

53 Mowa o Friederike Helene Unger.

54 Carl Ludwig von Woltmann (1770-1817), historyk, profesor na uniwersytecie weimarskim, dyplomata.

Copyright Information, Acknowledgments & Photo Credits

Walter Benjamin: "Die Idee der Kunst", in: Der Begriff der Kunstkritik in der deutschen Romantik, in: Gesammelte Werke, vol. I (1), ed. Rolf Tiedemann, Hermann Schweppenhäuser, Suhrkamp Verlag, Frankfurt am Main 1991.

Wolfgang Braungart: "Manierismus als Selbstbehauptung: Jean Paul", in: Manier und Manierismus, ed. W. Braungart, Max Niemeyer Verlag, Tübingen 2000, pp. 307-322. By kind permission of the author.

Georg Büchner: Woyzeck. Lese- und Bühnenfassung, in: Werke in einem Band (Nach der historisch-kritischen Ausgabe von Werner R. Lehmann), Harenberg Kommunikation, Dortmund 1982, pp. 159-180.

Paul de Man: "Heidegger's Exegeses of Hölderlin", in: Blindness and Insight: Essays in the Rhetoric of Contemporary Criticism, University of Minnesota Press, Minneapolis 1983, pp. 246-266. Copyright 1971, 1983 by Paul de Man.

Barbara Hahn: "Der Mythos vom Salon", in: Die Jüdin Pallas Athene. Auch eine Theorie der Moderne, Berlin Verlag. By kind permission of the author.

Friedrich Hölderlin: "Die Kürze", "Die scheinheiligen Dichter", "Sokrates und Alcibiades", "An unsere großen Dichter", "Empedokles", "[Wie wenn am Feiertage...]", "Abendphantasie", "Hälfte des Lebens", "Der Einzige [Erste Fassung]", "Mnemosyne [Zweite Fassung]", "Mnemosyne [Dritte Fassung]", "Andenken", "Friedensfeier", "Patmos", in: Sämtliche Werke, ed. Friedrich Beißner, Insel Verlag, Frankfurt am Main 1961.

Jean Paul: "Leben des vergnügten Schulmeisterlein Maria Wutz in Auenthal. Eine Art Idylle", in: Werke, ed. Norbert Miller, vol. 1, Carl Hanser Verlag, München 1965.

Jean Paul: "Des Luftschiffers Giannozzo Seebuch", in: Werke, ed. Norbert Miller, vol. 3, Carl Hanser Verlag, München 1966.

Novalis: "Novalis an August Wilhelm Schlegel in Jena [30.11.1797]", "Novalis an August Wilhelm Schlegel in Jena [12.01.1798]", "Novalis an Caroline Schlegel in Jena [20.01.1799]", "Novalis an Caroline Schlegel in Jena [27.02.1799]", "Friedrich Schlegel an Novalis in Freiberg [03.1799]", in: Schriften. Die Werke Friedrich von Hardenbergs, ed. Paul Kluckhohn and Richard Samuel, vol. 4: Tagebücher, Briefwechsel, Zeitgenössische Zeugnisse, ed. Richard Samuel in collaboration with Hans-Joachim Mähl and Gerhard Schulz, Verlag W. Kohlhammer, Stuttgart 1975.

Caroline Schlegel, August Wilhelm Schlegel: "Caroline und August Wilhelm Schlegel an Novalis in Freiberg [20.02.1799]", in: Schriften. Die Werke Friedrich von Hardenbergs, ed. Paul Kluckhohn and Richard Samuel, vol. 4: Tagebücher, Briefwechsel, Zeitgenössische Zeugnisse, ed. Richard Samuel in collaboration with Hans-Joachim Mähl and Gerhard Schulz, Verlag W. Kohlhammer, Stuttgart 1975.

Friedrich Schlegel: "Friedrich Schlegel an Caroline Schlegel: Berlin, 19. Februar 1799", "Friedrich Schlegel an Caroline Schlegel: Berlin, Frühmärz 1799", "Friedrich Schlegel an Caroline Schlegel: Berlin, Spätmärz 1799", in: Kritische Friedrich-Schlegel-Ausgabe, ed. Ernst Behler, vol. 24/III: Die Periode des Athenäums. 25. Juli 1797 - Ende August 1799, ed. Raymond Immerwehr, Verlag Ferdinand Schöningh, München-Paderborn-Wien; Thomas-Verlag, Zürich 1985.

Friedrich Schlegel: Lucinde, in: Kritische Friedrich-Schlegel-Ausgabe, ed. Ernst Behler in collaboration with Jean-Jacques Anstett and Hans Eichner, vol. 5/I: Dichtungen, Verlag Ferdinand Schöningh, München-Paderborn-Wien; Thomas-Verlag, Zürich 1962, pp. 1-34.

Clemens J. Setz: "Ulklären", Deutsche Akademie für Sprache und Dichtung, https://www.deutscheakademie.de/de/auszeichnungen/georg-buechner-preis/clemens-j-setz/dankrede By kind permission of the author.

Rahel Varnhagen: "An Gustav Brinckmann in Berlin. Töplitz, um den 14. August 1795", "An Gustav Brinckmann in Berlin. Töplitz, den 4. und 5. September 1795", "An Gustav Brinckmann in Paris. Berlin, den 9. und 10. März 1799", "An Gustav Brinckmann in Hamburg. Berlin, Anfang Juni 1800", in: Rahel Levin Varnhagen, Rahel. Ein Buch des Andenkens für ihre Freunde, ed. Barbara Hahn, vol. 1, Wallstein Verlag, Göttingen 2011.

Rahel Varnhagen: "Wilhelmine von Boye an Rahel Levin in Berlin. Stralsund, den 10. Februar 1800", "Rahel Levin an Wilhelmine von Boye in Stralsund. Berlin, den 1. Juli 1800", "Rahel Levin an Wilhelmine von Boye in Stralsund. Berlin, den 10. Juli 1800", "Rahel Levin an Wilhelmine von Boye in Berlin. Paris, den 16. Dezember 1800", "Karoline von Schlabrendorf an Rahel Levin in Berlin. Radschütz, den 26. Mai 1808", "Rahel Levin an Karoline von Schlabrendorf in Radschütz. Berlin, den 10. Oktober 1808", "Rahel Levin Varnhagen an Karoline von Schlabrendorf in Paris. Karlsruhe, den 6. Februar 1818", "Rahel Levin Varnhagen an Karoline von Schlabrendorf in Zyrus. Berlin, den 4. Dezember 1819", in: Rahel Levin Varnhagen, Briefwechsel mit Jugendfreundinnen, ed. Barbara Hahn in collaboration with Birgit Bosold and Friederike Wein, Wallstein Verlag, Göttingen 2021.

Rahel Varnhagen: "An Pauline Wiesel in Murten. Baden-Baden, den 1. August 1818", "An Pauline Wiesel in Paris. Berlin, den 9. Dezember 1819", in: Rahel Levin Varnhagen, Briefwechsel mit Pauline Wiesel, ed. Barbara Hahn in collaboration with Birgit Bosold, Verlag C. H. Beck, München 1997.

Every effort has been made to locate the copyright holders.

We would be pleased to rectify any errors or omissions.

Photo Credits

Cover painting: Franz Krüger, Mops, 1815. Staatliche Museen zu Berlin, Kupferstichkabinett / Volker-H. Schneider; p. 4 - by Caroline Rehberg, ca. 1790. Staatliche Museen zu Berlin, Kupferstichkabinett / Jörg P. Anders; p. 38 - Novalis by Eduard Eichens, 1845, www.kulturstiftung.de; August Wilhelm Schlegel, Freies Deutsches Hochstift - Frankfurter Goethe-Museum / Ursula Edelmann; Caroline Schlegel by Johann Friedrich August Tischbein, 1798, WikiCommons; Friedrich Schlegel by Franz Gareis, 1801, WikiCommons; p. 88 - by Friedrich Meier, 1810. Staatliche Museen zu Berlin, Nationalgalerie / Andres Kilger; p. 188 - Württembergische Landesbibliothek, Deutsche Digitale Bibliothek; p. 222 - by Wilhelm Hensel, 1822. Staatliche Museen zu Berlin, Kupferstichkabinett / Jörg P. Anders; p. 332 - by August Philipp Joseph Hoffmann. Sächsische Landesbibliothek - Staats- und Universitätsbibliothek Dresden