Literatura na Świecie 9-10/2021 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

16.00 zł
13.28 zł (13,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Philippe RahmyCiało trwa(pieśń obrzydzenia)przełożyła Anna Wasilewska

I rzuca w oczy moje, pełne przerażenia,

Splamione brudem szaty, ropiące się rany

I narzędzia skrwawione dzikiego zniszczenia.

Charles Baudelaire, Kwiaty zła

(przeł. Stanisław Korab-Brzozowski)

In memoriam

Eric Schwendimann

Antonio Mitrione

Wal się

dochodzę do końca tej historii spisanej bez żadnych wspomnień; jestem chory, pokazuję się nago, bez wysiłku, bez strategii, chcę być absolutnie szczery: jestem synem nienawiści

nic nie odróżnia dzieła od agonii; tylko jedno długie zdanie patrzy w słońce

tej walki nie można wygrać, piszę wtedy, kiedy rozpaczam, wiedząc, że po przegranej zostanie kilka nietkniętych liter z wełny i włosów

to, co minęło, ciągle pragnie, ale pamięć nie potrafi wskrzesić zapału

już się nie podniosę, trwanie gnije pod murem

sortować kości, identyfikować zwłoki; nie pominąć w tej opowieści nikogo; głos się wznosi, urywa, bez melodii i bez linii rytmicznej, wzdłuż krawędzi zębów

jest wrzesień, jeszcze liczę na książkę; paroksyzmy chwytają się nieba

kiedy otwieram oczy, mam się za dziecko światła, kiedy je zamykam, boję się umrzeć; jedno skrajne spojrzenie szuka aniołów, drugie gubi się w trzewiach

między potrzebą uścisku a potrzebą zachowania wolności jest głęboka rana, której nie da się wygoić, nadzieja wyczerpuje się w poszukiwaniu przejścia; droga wielkiego cierpienia nie jest już dostępna; przemoc to jedyna możliwa odpowiedź; ogarnia mnie nieopanowane pragnienie płaczu

puls przyspiesza, rogówki sinieją, promień przewierca mózg

mam poczucie, że coś pożera mnie od zewnątrz, i mam poczucie, że mogę pisać

słyszę różowe skargi; żelazna płytka wprowadza godziny, wibruje i odmierza czas; wiatr przenosi resztki posiłku na skraj okna; ślina roztapia dziąsła

zamykam oczy; plastiki fruwają w powietrzu; pokryta muchami twarz swędzi; skrobię kawałek węgla

w narkozie pojawia się jakieś zwierzę; jego sierść infekuje moje blizny, widzę, że to nie szwy; ale nie potrafię uwierzyć w rzeczywistość przemiany

dzisiaj nie będę już pracować, pod paznokciami mam brud; ktoś wchodzi, kiedy śnię z rozrzuconymi nogami, zbyt odrętwiały, że wypuścić z ręki penisa czy naciągnąć kołdrę

niczego nie zmyślam, słowo jest potrzebą miłości

świat pogrąża się we krwi niczym jajko z obsydianu

kiedy cierpię, leżąc na boku, przyciskając do siebie księgę ze zdjęciami, kiedy myślę o tobie, zatapiam się w nienawiści

ból niczego nie uczy, niczego, azyl, którego udzielił, runął; kiedy milkną krzyki, a wykrzywione, cuchnące wnętrznościami usta, chlustają wymiociną, słyszę, jak wyje głos, który nazywam duszą; to moja dusza, organiczny odpadek, który stara mi się uciec; wbrew temu, co myślę, wbrew temu, kim jestem, to wyznanie jest zapowiedzią zerwania, zrzuca umysł jak wylinkę w obojętność innego, w niepamięć samotności

nie potrafię już powiedzieć, co słyszę; nie znajduję nic, z czym mógłbym się solidaryzować

wiem, że zabija mnie każde moje słowo, bo nie mam innego sposobu, żeby zaświadczyć o swojej dobrej wierze, mogę oddać ciało w zastaw; nie ma dla mnie żadnej różnicy między ciałem a tym, co chciałbym napisać

czy to wystarczy

może nie jest za późno, nawet jeżeli jest coś śmiesznego, dziecinnego, w chęci odwleczenia chwili; to, co zostało utracone przy narodzinach, powraca; spojrzenie pod powiekami jest jak ciało, to żywa nieprzejrzystość; odmowa, gniew, przygnębienie wyczerpują się, zanim rozpocznie się udręka

i to ma być dalszy ciąg, jak tu, do kurwy nędzy, nie umrzeć

piszę przeciwko temu, co mnie unicestwia, i po to, żeby uciszyć głos, który stawia opór unicestwieniu

daję ci ten list, a mnie biorą w całości; niezdrowa noc rozerwała sklepienie, tylko po co; co zdołałem z siebie wydobyć; nic; dopełniono czegoś za mnie; to, czego mi zabrakło, przeżył kto inny, kto inny wypowiedział słowa, które przemilczałem; wkrótce będziesz niósł sam to, co mnie przytłacza

liczą się książki, których nikt nie zdoła napisać; życie, którego nikt nie chce; moja pościel świadczy o tym, co zyskano na kłamstwie; wobec bliskości jedynego dobra, jakie do mnie wróci, płuca napełniają się i opróżniają w milczeniu

dawna racja bytu trwała tam, blisko wody, niewinna wobec wiersza i wobec współczucia; pojawia się niewiele wizji, gdy wstaje i zachodzi skazane słońce

nazywam każdą utraconą cząstkę, aż dystans między ciałem a językiem przestanie istnieć

trzewia i mięso, człowiek i dzieło duszą się w tym samym sosie

asceza domaga się niewybierania między nielicznymi ustępstwami serca, które sprzyjają szczęśliwemu zakończeniu; wszystko gra; wszystko jest jak należy

uwierzyć, że moja choroba niesie w sobie rekonwalescencję

rekonwalescencja, odpływ kogoś, kto ma przed sobą obraz swojej śmierci w formie rezygnacji, a prawdziwe życie w formie pragnienia; czy mój ból jest jeszcze zdolny do takiego cudu; ból, czyli przypływ i odejście człowieka, który przyciska do piersi obraz swojego życia w formie zaniechania, a prawdę śmierci w formie konieczności

ale cóż; chciałbym ci jeszcze opowiedzieć coś o obsydianie, o krwi, od której błyszczy tnąca krawędź rzeczy

pestki na obrusie

przywiązano mnie do szyny, żeby wyprostowana pozycja sprawiała mi mniejszy ból, i chociaż jestem unieruchomiony, mogę się poruszać, nawet jeśli zawdzięczam tę swobodę maszynie

w odleżyny w równych odstępach wrzynają mi się rzemienie; wygląda na to, że o mnie ktoś się troszczy, chociaż wstrząsy na dłuższą metę niweczą ulgę, jaką przynoszą mi te względy

drżą neony; ta chaotyczna jasność, na wpół namacalna, na wpół przyśniona, wyraża samotność i pragnienie; kciuki są straszliwie oddalone od palców wskazujących, palce wykręcone do tyłu, jak u dawnych kurtyzan z Gion

chciałbym znów posłuchać niegdysiejszej kołysanki, zapomnianej modlitwy zwiastującej noc

każdy doświadcza oczywistości swojej śmierci w języku

wypieram się Mouvement par la fin1; życie uschło od ciosów, tak że głos, zamieniony w igłę, nakłuwa mnie na próżno; nie mam nic do zaoferowania

cierpieć to tyle, co się załamać, minus zagadka zniknięcia

podobnie jak dzielne dziecko pod wpływem pieszczot szybko zapomina o nocnym koszmarze, możesz skłamać, twierdzić, że tortura nie osłabia dobrych manier, ale poddajesz się oczywistości; przeklinasz to, co mogłoby cię ocalić, ten powstający szew

i co wolisz od życia

[duet 1]

twoje szpony są podparciem dla skrzydeł, pies przyciska się do mojej nogi, liże mi żółtego i nabrzmiałego penisa; pisanie odmierza opór ciała

pokój wypełniają mdłości, upał dusi meble, sączy się ostra jasność, nagle ogarnia mnie strach; moje serce jest martwe, całkiem niezdolne do bicia, a jednak nic nie ustaje, trzeba żyć, dalej żyć, chociaż oczy pękają jak szkło

jak ja tutaj wszedłem; czy mogę swobodniej poruszać biodrami; nie, nic się nie dzieje, jutro tkwi w potrzasku skurczów, a dzisiejszego dnia nie ma

?

na pierwszej stronie książki widać stos kończyn, głowę w rozkładzie

?

radykalne zło jest testem przebaczenia

dwie stalowe płytki przemieszczają się, noc krzyżuje się z dniem; ruch nożyc wynosi chmury nad powierzchnię morza i rozprasza błyski metalu; te najjaśniejsze będą wkrótce widoczne o zachodzie słońca

w szacie nasączonej uryną morfina poluje na krawędzi zmierzchu

agonia nabiera rozpędu

jestem głodny: absolutny spokój opanowuje ziemię

potem narkotyk dosiada płuc

kiedy szykują mnie do intensywnej terapii, nim zostanę podłączony do respiratora, szukam wzrokiem miejsca, gdzie mógłbym się schować

opłucna szybko zaczyna krwawić

nie rozumiem, dlaczego tak marnotrawi się ludzką skórę

amplituda gestów maleje, drgawki zamierają na języku

radiogram ujawniłby dwa szkielety, jeden w drugim; ten mniejszy kulisty służy za czaszkę większemu; przesuwam się ku górze; ból oczyszcza się w krzykach; gardzę tym histerycznym losem wydanym na pastwę konwulsji

już czas dołączyć do ruin wszechświata

ostrze ledwie mnie muska, zapamiętuje szlak nacięć; pies szczeka, kręci się w kółko, ścigając cel; ale łapy wpadają mu w poślizg, pojawia się zmęczenie

wyładowanie elektryczne rozrywa żołądek

sala zamyka się jak dziób; zapachy skrzypią od straszliwego zimna; zaczyna się zabieg, a lampa, ukąszenie srebra, pokrywa mnie iskrzącymi się nacięciami

opada skalpel; szesnaście białych rąk pracuje nad odłączeniem mojej lewej kości udowej od biodra; wyrwana rzeczywistość bije o brzegi; przymocowane panele, cytrynowe światło

obym wytrwał, mam przecięte struny głosowe, i jeszcze strużyny, i obym zdołał objąć coś jeszcze i zranić wiekuistego

ze snu w szlam, szczątkowe życie, pokrewne skardze

ożywa, na ile może w tej niewygodnej sytuacji, duchowy płomień, bliski wygaszenia; potem ból szeroko otwiera ranę i mówię sobie, że nic nie zdoła dorównać temu interwałowi zwykłej prawdy

mimo frustracji zdarza mi się dostrzec oczywistość dnia pod martwą skórą doznanej przemocy; choć pewnie powinienem mówić, że światło ożywia moją nienawiść; cała trudność w tym, żeby nie przepytywać niebios; po burzy jest możliwe tylko jedno zajęcie, sortować dryfujące odpadki i pośród nich urządzić przestrzeń dla łez

staram się ukierunkować działanie leków przeciwbólowych; dlaczego mam się martwić tym, co tak trudno było przeżyć; przemierzam wilgotną łąkę muzyki Keiji Haino

na zewnątrz jakiś mężczyzna siedzi na niskim krześle, ma opuszczone ręce, pękniętą żyłę na skroni; rozgląda się dokoła, chociaż miałby ochotę wyć i puścić się biegiem

życzę ci, żebyś wytrzymał, i nagle widzę tąpnięcie, na które składają się twoje przyszłe klęski

ból jest zbyt silny, rozpala się wściekłość; mrok gryzmoli przekleństwa; ten zapis bólu należy podtrzymać za wszelką cenę

wznosi się skarga; widzę mechanikę równie złożoną jak sama natura; wszędzie wybucha to, co niepojęte; poruszam się z trudem, rozplątując kolorowe kable; nagle coś chwyta mnie za włosy, unosi spiralnym ruchem; nie wiem, jakie są tutaj inne części świata, rozpoznaję błysk dawnego pancerza i ptaka legionów roztrzaskanego na skałach

ten przyrząd produkuje odpadki; nie ma dla niego żadnych wartości ani tajemnic; to twarda masa, zwarta, ruchoma, każda jej ruchoma część niszczy inne, a uderzając w nie, niszczy samą siebie

właśnie kasuje literaturę

zewnętrzna skorupa, absolutnie hermetyczna, jest poza zasięgiem tych, którzy śnią w jej wnętrzu o przyszłości przypieczętowanej śmiercią; ból jest tylko osadem za kratami, szarą plamą, chrząstką i kościaną bielą ciała, ujawnia się pod jego wpływem

mieniąca się stal sugeruje horyzont

ten labirynt nawiedza jakiś jeździec pełen złości, ma przy sobie broń, ale oszczędzi tych, których spotka, jeśli w ich oczach wyczyta gorycz po utracie nieba; pewnego popołudnia, kiedy trwałem nieruchomo, błagając chorobę, żeby pozwoliła mi odejść, zbliżył się bezgłośnie; koraliki na jego nadgarstku drżały jak dusze; dotknął mojego ramienia i przez sekundę uwierzyłem, że mnie wysłuchano; w pewnym sensie tak było; stanąłem na wprost własnego cierpienia, było tak samo słabe i kruche jak ja; wtedy jakaś nieznana czułość objęła tych, którzy odczuwają swoją śmiertelność jako więź, mimo rozłąki, która jest karą

uznałem ten mechanizm za czyjeś słowa

ale nie potrafiłem się uwolnić od poczucia zagrożenia; księżyc, tak bliski, przestał się liczyć; trzymałem się ramienia jakiegoś mężczyzny, nic więcej; bez oczekiwań, bez nadziei, obudziłem echo własnego strachu

"W czasie upokorzenia, jakiego doznała nasza ojczyzna, Johannes Palm, księgarz z Norymbergi, nacjonalista z przekonania i wróg Francuzów, zginął za Niemcy, pogrążone wówczas w nieszczęściu, i które namiętnie kochał". Adolf Hitler, Mein Kampf, s. 1

niemiecki, mój język macierzysty

Palm, nazwisko mojej matki

nigdy nam nie wybaczą

można pójść do przodu, jeśli obierze się najkrótszą drogę, najlepiej znaną oczom, które czuwają w plugawym świetle i patrzą, jak umieram; to, co najgorsze, czeka, przyrzeczone

synowi, dziedzictwo rezygnacji; dawno temu poskromił dzikusa; jego śmierć jest zalążkiem stężałego pejzażu

chory chłopiec wygląda przez okno, czeka na matkę, która siedzi jeszcze w kościele, na rodzeństwo, które poszło do szkoły; i żeby ten dzień, jak całe jego życie, spłynął z powrotem do domu i spadł na niego

nienawidzę cię, bo wolę swoje cierpienie od twojego; przy urodzeniu pękła mi czaszka, ustała praca serca; wcześnie straciłem tych, których kochałem

została mi matka

narkotyki odmieniły wszystko, ale chyba pamiętam wyschnięte konwalie na żwirze; był koniec czerwca, włożono mnie w gips; trzy liny dusiły się w stawie zarośniętym trzciną; kleiste liście wabiły muszki; ktoś zatrzasnął okiennice; krzyknąłem; niebieski punkt zamarzł u progu lata; słowa o zaskoczeniu brzmiałyby fałszywie, gdybym chciał tamtego dnia wyrazić swoje osłupienie; nie byłem smutny, ale znużony upałem; drapały mnie potrzaskane kości; z tego, co pamiętam, zastanawiało mnie, czy ból nie jest pochodną smug cienia i światła, które przesuwały się po mnie

matka miała na sobie biały fartuch, kiedy brała mnie na ręce

dzisiaj wszystkie nici są rozplątane; wciąż zjeżdżam po tej samej poręczy; szpital odcina się od neonowego tła, na którym widać kawałki gałęzi i tektury

matka siedzi między dwoma oknami, podaje mi filiżankę herbaty jaśminowej; całuję jej ręce i zapach deszczu

wyobrażam sobie ledwie zarysowaną ścieżkę po przejściu zwierząt, to również trasa zakochanych, tych wszystkich, których obecność na świecie przyprawia o zawrót głowy; zjawiłby się wtedy podmuch, ledwie wyczuwalny wśród wysokich traw, dotrzymana obietnica wolności bez przemocy

ale nie mam czasu nawet na łyk; gorycz forsuje żebra i wycieka

ciało jest naturalnym ujściem dla nieszczęścia

już nie spodziewam się, że wyjdę z tego szpitala, chyba że pielęgniarz, który lubi mnie najbardziej, znów połamie mi miednicę uderzeniami swojej miednicy; nie gwałci się po raz drugi dziecka ze szkła, nie wzbudzając podejrzeń

na swoją siedzibę wybieram torturę

radość jest potępiona, ale radość nie cierpi; agonia obiera szlak spadzistego zbocza; jej skarga zagrzebuje w tobie świdrującą nutę narodzin; koniczyna zapełnia opustoszałą przestrzeń

ciału marzy się niewidzialność o zmierzchu, który je w siebie wciąga; ale jeszcze nie pora; nie wiem, co każe mi się uśmiechać i wyciągnąć rękę w stronę żarówki - poczucie, że odniosłem zwycięstwo, czy też, że miałem szczęście

nikt nie wie, czy te drobiny kurzu są cząstkami wyrwanymi dzieciństwu; ani dlaczego liczne strużki wciągają nasze włosy do ścieku

na zewnątrz jest wysoka mgła; słońce, już ostygłe, wisi jak betonowy organ na pręgowanych kominach spalarni; przy życiu pozostaje czerwona kadź, która żąda trupa

to niemal zbyt piękne; z daleka pomrukuje niebo; zrywa się silny wiatr, pełen łusek i pereł; trzaska jakieś okno, czyjś śmiech przebiega piętra

matka budzi się, całuje mnie, wychodzi; mija mężczyznę, który ma wymienić zbiorniki moich drenów; kiedy dotyka mojej nogi, na spalarni włączają się znaki nawigacyjne

oby ten dom spłonął, oby nigdy więcej nie wstał dzień, ta okolica zatruwa powietrze między stromymi brzegami; wycinając otwory drzwi, pamiętano o rozmiarach nieszczęścia

kiedy się masturbuję, możliwie jak najczęściej, korzystając z przerw w pracy aparatury, żółty pies gryzie ścianki przepierzenia

przelałem mocz do kroplówki

tylko to, co mnie kaleczy, uznaję za prawdziwe

pielęgniarz, który mnie dyma, dotyka szklaną taflę, nie mnie

no co, mój mały; who knows, not me; nikt nie okaże litości, amen, mam to gdzieś

jego penis ma ostrą woń; kaleka nie może się bronić; kiedy daje się posuwać, odwaga jest błogosławieństwem

chciałbym dostać szklankę wody i być teraz sam, eukaliptusy zapewniają nocy aromat; czekam, aż drżenie ustąpi

czy wiersz ma upiększyć słowa o miłości, nadać większą wiarygodność temu pasmu flaków wzdłuż szyny

pierdol się, śmierdzielu

słowa osiadają, poszukując formy oporu; jestem za słaby, żeby utrzymać coś w rękach; remisja krzepnie, powietrze czernieje i zaczyna cuchnąć

?

inne zdjęcie przedstawia rurę z wodą wetkniętą w usta

?

nienawiść jest modlitwą biedaka

idę naprzód bez osłony; nie wypominam matce trudnego życia; reaguję na język; jego wołanie łączy skrajną trwogę i radość, krzyk noworodka i kobiety, która się od niego uwalnia

chcę, żeby słowa oddały cios za cios

paznokcie odrywają się jak płatki, morfina dławi kolory; kto zdołałby nazwać każdą z milionów gwiazd, które spadają za tą czarną szybą

pierwszej trepanacji czaszki poddano mnie, kiedy miałem cztery lata, pierwszym elektrowstrząsom, kiedy miałem dwanaście; jak bronić się przed miłością tej, która leżała u mojego boku podczas każdego seansu terapii, obnażona między mną a bólem

tornado, jeszcze odległe, scala swoje wierzchołki; niewykluczone, że przez kontakt z matką zacząłem nienawidzić cierpienia

dziś rano ból jest mniejszy i wydaję się sobie mniej brzydki; zarost maskuje zapadnięte policzki

patrzę, nie widząc, na smugę po przelocie samolotu, na szereg kręgów rozerwanych przez wiatr

ciało utraciło już mięśnie i tłuszcz; pozostaje ta przerażająca wapienna wieża, w której każde okno rozświetla ból; przynoszą mi kawałek chleba

garść pigułek, ptasi szkielet

minuty są ołowiem; słyszę, jak z dachówek staczają się muszelki; kolejne wkłucie ścina żyły lodem; tkwię tutaj, przypięty pasami, nie mogąc umrzeć, przywiązany, żebym się nie zabił

ty psie, ty suko, niech ta plwocina zaklei ci oczy i obyś zdechł

sztuczne serce działa, o ile jego stukot sieka każdy dzień; nie znam żadnego snu, żadnego poglądu, który by nie był interpretacją tego metalicznego odgłosu

należałoby bez końca wyjaśniać, bo wstyd przed wypowiedzeniem wszystkiego karmi poczucie istnienia, podobnie jak maszyna wolno i nieustępliwie bierze na siebie odpowiedzialność za organizm niezdolny do dźwigania swego ciężaru

aparatura przyszłości będzie produkować życie

naciągając ceratę na materac, pielęgniarz łamie mi kolana

sufit kołysze się w tył, skrzep utyka w rozciętym gardle, ale nie czuję nic, bo narkotyk jest silny; heroina hipnotyzuje niedziele

proszę, żeby opuszczono rolety, chcę pokazać, że nie mam do nikogo pretensji; zamieniłbym swoją wytrzymałość na ból, na szczyptę głupoty i bezkarności

chciałbym być człowiekiem, który pierwszy postawi nogę na śmierci

czaszka bez orbit ma nadzieję pęknąć

piszę tak, jak uwalniam pęcherz, krótkimi rozbryzgami

wydrążone ciało puchnie wokół swego cienia

ten przymusowy marsz od cierpienia do cierpienia, kolumna dezerterów

tornado, wertykalna forma powietrza, nacina wybrzeże

mucha przysiada na krawędzi oka, żeby się napić; można powiedzieć, dusza obmywająca się z grzechu

słowo jest zazdrosne o trwałość funkcji ciała

jak ból, który nigdy się nie jąka

jestem nikim, zatracony w nieszczęściu

nie mam wrażenia, że żyję, ale dławię się istnieniem; każdy napad kaszlu rozświetla ekran, każdy bezdech włącza alarm; nikogo tu nie ma, ale przegrzany pokój błyszczy jak spojrzenie

portulakę w doniczce oblegają pasożyty; od wczoraj myślę, że moja agonia przyciąga robactwo; upór owada, który zżera łodygę, pozwala jeszcze mieć nadzieję

mam tylko ambicję, żeby dokończyć tę pracę, chociaż nawet nie wiem, czy dotyczy pisania

zależy mi na dwóch sprawach, pierwsza jest prosta, czy uzyskam sprawiedliwość, druga niejasna, bo czy można sobie wyobrazić trybunał lepszy niż literatura i czy zdołam bronić swojej sprawy, jeśli nie mogę zadbać nawet o własne potrzeby

krzyki są padającym śniegiem; to, co zaczyna się jako mowa, uchodzi w postaci pary

muszę złagodzić skutki ciągłego niepokoju; ubóstwo nie przynosi mi ulgi, mam wszystko do stracenia; intuicja podpowiada mi jednak, że zostanę wynagrodzony; to powinno wystarczyć

zamknij się

ludzie zgubieni wybierają nienawiść, która chroni ich przed wojną; chcą stawić czoło tylko śmierci; podróżują wzdłuż materialnych przyczółków, wzdłuż lasu, klifu, miasta, huraganu; kiedy idą na pole bitwy albo na tyły hospicjów, nie zwalniają, ścigając wroga bez wytchnienia; są często deptani, ale nic ich nie powstrzyma, dopóki nie zdechną w rowie; to bezpańskie psy

nigdzie nie pójdę na tej wykręconej ręce; nie pytam o drogę; pisanie jest najmniej upokarzającym sposobem cierpienia i dawania jałmużny

brzuch, wyniszczony morfiną, rozwija ośmiornicę bebechów

nic się nie dzieje; ten pokój, zamknięty od wielu dni, przewietrza nagły szloch; zawzięcie się masturbuję; samotność gotowa się wtedy rozświetlić

nigdy nie będę miał odwagi umrzeć

sperma wyciska ostatnie łzy; myśl, żeby opowiedzieć o sobie, jest równie próżna, jak myśl o tym, żeby doświadczyć wielkiego szczęścia, bo tekstowi należy powierzyć jak najmniej siebie

ha

poezja to bezmiernie smutna odpowiedź; połknięta w dzieciństwie sperma nie przestaje zatapiać słów

?

trzecie zdjęcie ukazuje żołnierza srającego na zwłoki

?

wyobraź sobie kogoś, kto jest tak rozpaczliwie samotny i cierpi od tak wielu lat, że przyjął imię swojej choroby; spróbuj sobie uzmysłowić, jak bardzo jest nieswój, kiedy się uśmiecha

zaproponuj mu swoje towarzystwo

podaj mu kosz pełen podpowiedzi

myślisz, że jesteś do niego podobny; równie mocno przeraża cię myśl o porzuceniu, jak o byciu podporządkowanym

ale nigdy nie wyobrażasz sobie, że miłości nie ma

prawo chce, żeby ból trzymał na dystans to, co jest nie do przewidzenia, i stał na przeszkodzie śmierci; woń ciała, spopielonego niedawno w śmiertelnym całunie, spowija moje twarde łóżko, gdzie wszystko jest pomazane; ślad piły oddziela niebo od oceanu, fale uwalniają proch kości

droga matko, która nie wyparłaś się swojego nazwiska; słuchasz w milczeniu moich wyrzutów; czy mogłabyś uznać, że łączący nas stan zależności jest na tyle silny, że zmusza mnie, abym cię dręczył, gdy atakuję chorobę, która gnębi nas oboje; jak mam cię przekonać, że mierzę się tylko z językiem; ale jesteś osobą, która zna mnie najlepiej, i wiesz, że tylko uczucie do ciebie może zniszczyć mój gniew; jestem słaby, ale nie zdołałem uwolnić się od dziecka, które urodziłaś; gdybym teraz umarł albo gdybyś ty umarła przede mną, niczego by to nie zmieniło, zwycięstwa nie będzie; musimy się trzymać

penis jest na wierzchu, ejakuluje do pudełka zapałek, tylko kilka kropel; brandzluję się z otwartymi oczami; na półce szczotka do zębów; teraz pudełko płonie na talerzu razem z resztkami jedzenia

poezja nie jest usprawiedliwieniem dla kogoś, kto błaga, żeby kochano go bez wstrętu

myślę, że wolałbym wcale nie pisać

ból jest wiedzą na użytek ciała

oddałbym wszystko za pocałunek na tarasie

wszystko, co jem, ma posmak nienawiści

brzuch porasta włosiem, bestia już przeszła

pomieszczeniem, którego boję się najbardziej, jest wspólna łazienka, przestrzeń wyłożona kaflami, z mdłym światłem w narożnikach, i tak wysoka, że wygląda na pozbawioną sufitu, aż do miejsca, gdzie cienkie ścianki spowija mrok i dociska do podłogi krzyki tych, którzy w zamknięciu odbywają raz lodowatą, a raz parzącą karę codziennego prysznica

[duet 2]

nie potrafię okazać współczucia tym, którzy dzielą ze mną mękę; lampy zapalają się i gasną, cienie gromadzą się, a potem znikają jak drzwi wyrwane z zawiasów

pisząca maszyna nie zna języka, myli nazwiska z odchodami umierających

przybijam twoje piersi, twój pępek, twoje krocze do kryształu tej strony

narastającego bólu, lub do ciała, które go podtrzymuje; które z nich jest gwałtowniejsze; spętane nogi kopią pod prześcieradłem

nie zgadzam się płacić własnym ciałem, bytem sikającym krwią

sam nie wiem, myliłem się, nie chcę się dłużej bronić

ból jest może życiem rany; trywialne włamanie plugawi dno starej emalii

oko otwiera się, chciałoby poznać sumę odwzajemnionych czułości, które nic nie gwarantują i są ciągle żywe

lęk jest na tyle silny, że wymiotuję i wypróżniam się jednocześnie

nie wierzę w wyższość słowa nad innymi formami życia

nucić raczej niż pisać; ten szmer dobrze robi, wznosi się, a potem opada jak kurz

jest godzina trzecia, powoli wciągam w płuca drzazgi i powietrze; nic nie mówię; rzucam kamień; cisza mnie uspokaja, jest echem śmierci; temperatura w pokoju jest letnia

na próżno się staram, nie widzę żadnego sensu w lekkości nanoszonej wiatrem, który wieje nad przypływem i odpływem

czyżbym wyszedł ze snu, czyżbym niewyraźnie dostrzegł ziemię

myślę, że ktoś mnie znajdzie, leżącego ze wzrokiem utkwionym w boazerię; staram się wyobrazić sobie własne zwłoki; to mi się nie udaje, ale porażka przynosi ulgę mojej melancholii

o owocach nie mówi się, że umierają ani że są zabijane; spadają niewinnie w czas, który pęka

na podeście schodów ktoś spuszcza wodę; nieczystości wirują, spływają od krawędzi muszli do środka; podłoga się kurczy

coś ma jeszcze siłę pełzać; mały chłopiec przemierza pokój; jego duża głowa kołysze się do przodu i do tyłu, można by sądzić, że zaraz spadnie

choroba idzie w pisanie

u źródeł rzeki nie ma tajemnicy; patrzę, nie rozumiejąc ani mocno nie czując, na wahadłowy ruch ręki na penisie; odmawiam językowi prawa do bycia kochanym

?

przedostatnie zdjęcie z książki Shelomo Selingera pokazuje noworodka rozszarpanego przez ludzkiego drapieżnika

?

mechanizm znów obraca się wokół własnej osi, stalowe listewki zasłaniają okna; ta resztka sił wydaje się bezmierna, i tak niepotrzebna

jedna pięść wciska się w gardło, druga forsuje odbyt; obracam się dokoła własnej osi z rozrzuconymi rękami i nogami

kiedy tylko mogę, gdy igły nie szpikują mi nadgarstków, otwieram książkę ze zdjęciami

próbuję wtedy wrócić do opowieści o małej istocie, która siedzi, skulona, w każdym z nas; przedstawienie faktów zajęłoby kilka linijek

ale pierwsza sylaba rani jak śruba wystrzelona z procy

mówienie rozprasza nędzne światło; wolę pić swoją krew niż niepotrzebną językowi czekoladę, powtarzam cicho imię matki, Roswitha, Roswitha

już nie błagam o zawieszenie broni, ale chcę panować nad walką

ból, lekka łódka kości, niespodziewanie mnie prowadzi; znowu zauważam własny stosunek do języka; ciało, nagle odmłodniałe, bezbronne wobec spojrzeń, stoi w paprociach

dziewięcioletnia dziewczynka słyszy mój głos, siedzi w gęstwinie liści; nie porusza się, kiedy żołnierz, który prawie się o nią ociera, nieruchomieje, żeby zapalić papierosa i nasłuchuje, a potem rusza na skraj lasu; wystarczyłaby sekunda, aby ją dostrzegł, zamarłą na wietrze, wśród zieleni, narażoną na pionowy atak drapieżnika

ale oślepia go jasność wybuchu i odchodzi

ze strachu, że matka przestanie mnie kochać, zacząłem kłamać dużo wcześniej niż inne dzieci; każdego wieczoru, upewniony półmrokiem, prosiłem, żeby zamknęła oczy, zanim mnie pocałuje; ubierałem wtedy swoje zniekształcone ciało w słowa, błagając bóstwo opiekuńcze snu, żeby nad nią czuwało

jest mi dobrze; słucham opowieści o wieży Babel

myślę o zdaniach napisanych w ubiegłym tygodniu i czuję się od nich bardzo daleki, już niezdolny do gniewu, oślepiony płomykiem świecy, wiedziony milczącą litością dla wszystkiego, co istnieje

trzeba jednak zrezygnować z opisywania takiego przepychu; i zachować słowa na prace domowe

powiedzieć sobie jestem zbrzydzony swoimi skargami i tego się trzymać

czujesz się depozytariuszem pradawnej mocy, wspólnej rzekom i drzewom zdolności drążenia skały

ale wyzbyty korzeni, pozbawiony wirów, stawiasz krzyżyk u progu natury; czy naprawdę uważasz, że mowa przedłuża wysiłek narodzin

idziesz naprzód jak umarli, pośpiesznie, i unikając spotkań; przyszłość zapomina o tobie, spoczywa o kilka metrów dalej, biała kartka na fekaliach

huragan umył kominy, ból tnie ciało za pomocą języka; przegrałem, ale tej klęski nigdzie nie widać

wystarczy, żeby wilgoć wniknęła w papier i wykreśliła, lepiej niż zrobiłbym to ja, rozedrgane koło przebytej drogi

przestaję pisać; słowik bezwstydnie krąży wokół kostnicy; następna faza odbędzie się bez świadków, bez ofiary i kata

masuję penisa, nim wsunę nóż pod obojczyk; potem trzeba wytrzymać ból, aż do okaleczenia

gorączka rozpala knot z eterem, i narkotyk, teraz mocniejszy, uwalnia mury od sekretów; czynności życiowe ustępują; słucham maszyny serca, płuc, wątroby, nerek, które wspierają mnie z czułością

zanim plaster zaklei mi oczy, próbuję jeszcze dyktować, używając powiek; ale drgawki włączają zgiełk spółgłosek; może to właśnie słodycz

drżąc, rozsuwam listowie najpiękniejszych lat

w czasie godzin następujących po zgonie twarz ożywia się, rozlewa się na niej nijakość, podobna do tej, która latem pulsuje na moczarach; pęcherzyki fermentacji wypływające z głębin, kolejne twarze zmarłego, wydostają się na powierzchnię, żeby nadać masce pośmiertnej wyrazistość; jedna z tych kruchych istot, gwiazda poranna, jest trupem spoczywającym pod swoją ostatnią postacią psiej szczęki

zdać się na wiersz z braku miłości

Kalamanga!

Homestead, we wrześniu

Philippe RahmyBeton zbrojonyprzełożył Tomasz Swoboda

??

Wczesnym latem 1515 roku z Lizbony do Norymbergi przywieziono szkic przedstawiający nosorożca. Zwierzęcia tego nie widziano w Europie od czasów rzymskich. Wszyscy znają genialną rycinę Albrechta Dürera, opartą na tym zapomnianym rysunku. Według legendy tę słynną rycinę, do XVIII wieku uznawaną za realistyczną, wykonał ktoś, kto nigdy nie widział nosorożca. Legenda ta, podobnie jak pierwowzór, jest z gruba ciosana. Dürer nie był jasnowidzem. Na niezdarnym szkicu, którym się inspirował, zwierzę było jako tako widoczne. Mistrz z Norymbergi zrobił to, co wszyscy artyści: zataił swoje źródła i sprawił, że pracę kopisty uznano za czystą wizję.

Trudno opisać coś, czego się nie widziało; trzeba wtedy polegać na intuicji. Na ogół efekt daleki jest od doskonałości. Zadanie staje się niewykonalne, kiedy to coś, samo z siebie nowe, jest nikomu nieznane. Możemy wówczas okazać się tak samo niezrozumiali, jak rzecz, o której mówimy. Dlatego najpewniejsza metoda polega na porównaniu odkrywanego zjawiska do czegoś, co znamy i co inni są w stanie pojąć. Dotyczy to zarówno opowieści podróżników, jak i osobistych wyznań, gdyż wiadomo, że obie odmiany przygód, zewnętrzna i wewnętrzna, są jednakowo śmiałe i ich wyjaśnienie wymaga podobnego wysiłku.

Ustalmy najpierw jedną rzecz. Nieznane nie istnieje. Co najwyżej mylimy je z uczuciem wykorzenienia, którego przyczyny są mniej wzniosłe, niż sądzimy, gdyż rodzą je zmęczenie, strach bądź nieuwaga. Podobnie jak najdalsze wyprawy nigdy nie wiodą ku legendarnym dziewiczym ziemiom, a najgłębsze introspekcje nie potrafią odsłonić absolutnie wyjątkowej osobowości, tak też pisarz, marzący o zetknięciu z rzeczywistością tak nową, że braknie słów, by ją oddać, wciąż tylko na nowo opisuje Dürerowskiego nosorożca, mówi o rzeczach, które od zawsze istniały, i szuka wyrazu dla naiwnego zachwytu. Dochodzi wtedy do współzawodnictwa między tym, co widzimy, a tym, co chcemy widzieć, czy też, w wersji bardziej posępnej, osobistej i dosadnej, między tym, co widzą nasze oczy, a tym, na co patrzy nasz umysł.

Pojęcia piękna, brzydoty, dobra i zła uległy rozpadowi. Już nie istnieją. Zastąpiły je jakieś względne miary i proporcje, które umniejszają udział człowieka w tym, co stworzył. W Szanghaju reguła ta stosowana jest tak płynnie, że budynki zdają się dziełami natury. Taką swobodę brył i kształtów znamy na ogół tylko ze snów, w których wiatr kołysze górskimi łańcuchami. To wrażenie nie trwa długo. Jest upalnie. Miasto kurczy się do rozmiaru pięści. Siedzę. Czekam. Na przystanku autobusowym tłok. Włókniste cienie w słońcu zagubionym w szarości. Półnadzy mężczyźni. Kobiety osłaniają twarze chusteczkami. Mają na sobie białe bluzki z krótkim rękawem i czarne, szerokie spodnie. Na stoliku nocnym mojego chorego wuja nie było lampki. Była serwetka w czarno-białą kratę i wazon z bladej, niemal przezroczystej porcelany. Mam przed oczami jego nagie ciało pod przepoconym prześcieradłem, jego duże, owłosione ręce na skraju materaca. Zastanawiam się, jak wygląda życie erotyczne mieszkanek Szanghaju. Czy grzecznie leżą na plecach. Z powodu zanieczyszczenia jest jeszcze ciemniej, skwar coraz większy. Autobus nie przyjedzie. Zatrzymała go manifestacja wściekłych rowerzystów, którzy zablokowali aleję. Głośno dzwonią. Żądają więcej ścieżek rowerowych. Filmuje ich policjant na dachu furgonetki, potem przenosi kamerę na przystanek. Ludzie opuszczają głowy. Idę ich śladem.

Szanghaj to kłamstwo powstałe ze spotkania dwóch równych i przeciwstawnych sił. Kiedy stajemy naprzeciw chińskiego megalopolis, nie jest to tylko nowa przeszkoda, jakaś potężniejsza i trudniejsza do rozwikłania tajemnica, coś w rodzaju Sfinksa na końcu pasa do lądowania, coś, co można zbyć jakąś zgrabną frazą; to przede wszystkim uderzająca cię z nagła przyjemność, podobnie jak czasem w operze śpiew obwieszonej klejnotami postaci wprawia publiczność w drżenie albo jak dziki zwierz, wyskakując z zarośli, olśniewa myśliwego.

Plan miasta to przekrój mózgu całej ludzkości. Widoczne na nim zabytki, place i bulwary, znaki namacalnej rzeczywistości, to także przestrzenie, w których dzieją się rzeczy niewidoczne: pocałunki na peronach, szczury zdychające na uliczkach, myśli tłoczące się pod maską ludzkiej twarzy. To tętnienie materii słychać w całym Szanghaju. Przez miasto płynie zmysłowa, magnetyczna fala. Pożądanie, jakie zwykle odczuwamy na widok nagiego ciała, przenosi się nagle, kompletnie zagubione, na elementy krajobrazu, na załom muru czy kolor taksówki, albo na banalne sceny uliczne, jak miotła zrzucająca z chodnika puszkę po lemoniadzie. Te dryfujące emocje drążą we mnie pustkę. Nie staram się jej zapełnić. Pozwalam, by moje oczy napawały się tym błądzeniem w oddali.

[duet 3]

I znów spokój. Miasto myśli, że je podziwiam. Bawię się z nim, tam w dole, na skraju zagubionego gdzieś hen spojrzenia. W tym czasie coś dzieje się tuż przed moimi oczami. Chodzi o samo pisanie. Między wierszami rozbrzmiewa jakiś przytłumiony głos. Tak samo zwiewny jak miasto, tak samo drżący uczuciem; rodzi się, żyje, umiera i pozostaje żywy, stopniowo znajdując siłę, by wydobyć się z nicości. Im bardziej chcę opisać Szanghaj, starannie i sumiennie, by niczego nie pominąć, tym silniej daje o sobie znać moje życie wewnętrzne, przysłaniając zewnętrzne piękno.

Chiny. Szanghaj. Tu nic nie jest na ludzką miarę. Czuć kolisty ruch. Dajemy mu się ponieść. Ten bezmiar przechodzi z cienia ku światłu. Zapada noc, trafiamy pod ziemię. Wstaje dzień, sięgamy nieba. Ale nigdy nie dotykamy powierzchni. Ulice to tunele, na ich ścianach wyryto kabalistyczne znaki. Czarne ściany jaskini? Białe ściany domu dla obłąkanych?

Porównania są jałowe. Chiny się otwierają. Dosłownie pękają na pół. Rzeczywistość mnie pochłania, ludzie przechodzą obok, mówią dziwne słowa, a kiedy ich dziwne twarze krzyczą, zdają się życzliwi, kiedy się zaś śmieją, widzę w tym wrogość. Siedzące w kącie, na gałęzi czy murku, stare małżeństwo znów odgrywa swoją scenkę.

Ile razy można umrzeć za życia, gdzie umieścić tę śmierć, by móc pisać? Coś się kończy. Tylko tyle mogę powiedzieć, nie przeinaczając mojej miejskiej medytacji i niejasnego poczucia innej rzeczywistości, również obecnej w tej chwili, którą mogę określić wyłącznie jako zapomnienie bądź ukrycie. Coś się kończy. To coś chcę spróbować opowiedzieć, świadomy, że Szanghaj nie przestanie mnie nawiedzać, gdyż jest piękny i kapryśny, zaś chińska rzeczywistość będzie chciała mnie uciszyć, każąc mi napisać tekst, w którym wystąpi tylko ona. Ona i jej pociachane skwarem, wirujące od policyjnych kogutów lato, jej skrzypiące opony, zapach spalonej gumy, udręczony pracą tłum, wszyscy, którzy tłoczą się i pocą przed kinem, ubrani w byle co siedzą w kawiarnianych ogródkach i witrynach, ciała i towary gotowe do spożycia, Chiny w oczach ludzi, w kobiecych lusterkach, Chiny i ich ślepe słońce, ślepy naród i ślepe prawa, dwadzieścia cztery godziny na dobę, trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku, w parzącym świetle lamp, tamtejsze upadki, ciosy i obelgi, Szanghaj w krótkiej sukience, z długimi, odsłoniętymi nogami, z dłońmi w rękawiczkach i papierosem w ustach na rogu ulicy. Miasto i jego żebracy, którzy klęczą bądź siedzą osłupiali w rynsztokach, miasto dyszące z rozdziawioną gębą, z poderżniętym gardłem, rozciągnięta na łóżku ladacznica, gotowa, rozdarta, skromna, wstydliwa i uległa, miasto godne i w sumie martwe, pogrążone w połyskliwym mroku swojej bezbrzeżnej próżności. Chciałoby, żebym patrzył tylko na nie. Mimo wszystko idę o zakład, że wystawię je do wiatru; że istnieje jakaś równoległa historia. Zaczyna się wtedy, gdy chcąc opowiedzieć o Szanghaju, nie mogę znaleźć słów - nie dlatego, że nie potrafię, lecz dlatego, że dzielę swoje siły, próbując przemierzać oba światy naraz. Ale wiem również, że wszystko, co będzie mi dane napisać, przejdzie przez ten smród spalenizny, przez hałas zderzających się samochodów, że będzie wciąż także, przede wszystkim, historią ofiar, które liczy się tu w tysiącach i milionach. Coś się kończy i odradza się z popiołów. To coś stoi jak diabeł na rozdrożu, gdzieś między Szanghajem a odległym wspomnieniem z dzieciństwa.

-

Znów przypomniał mi się nosorożec Dürera. Dzieło sztuki zyskało formę wieczności. Jego losy w pewnym sensie podobne są do losów wszystkich miast. Jest dla wszystkich. Nie należy już do nikogo. Nie. Chcę wiedzieć, co się stało ze zwierzęciem, które pewien król schwytał w Indiach, by wysłać je do innego króla w Europie, dla jego czystej przyjemności. Nosorożec na lizbońskiej arenie zmusił do ucieczki słonia, a następnie został wysłany do Tulonu, gdzie Franciszek I, w glorii świeżego zwycięstwa pod Marignan, chciał dotknąć jego rogu. Potem zwierzę utonęło, przykute do ścian ładowni, kiedy wiozący je do Rzymu statek poszedł na dno podczas burzy w pobliżu Ligurii. Myślę o tym okręcie, o głupim zwierzęciu zalewanym przez słoną wodę. O jego rozpaczliwym krzyku. Idzie pod wodę z tym wszystkim, czego już nie ma, czego może nigdy nie było, pochłonięte przez falę ginących historii, stale krążącą wokół ziemi i w naszym ciele, przez wodę w komórkach, ciało naszego ciała. Myślę o moim wuju, o jego podróży bez powrotu.

??

Copyright Information, Acknowledgments and Photo Credits

Piero Bianconi: "Mio padre", "Mia madre", in: Albero genealogico. Cronache di emigranti, Edizioni Pantarei, Locarno 1969, ? Armando Dad? Editore, Locarno 2009, p. 159-196.

Corinna Bille: "La petite fille et la b?te", "Les étangs de brume", "Les jeunes filles dans la for?t aux mille miroirs", "Le caillou pesant", "L'amour de vous", in: Nouvelles et Petites Histoires, ? Éditions l'Âge d'homme, Lausanne 1988.

Corinna Bille: "Trente-six petites histoires curieuses", in: Cent petites histoires cruelles. Trente-six petites histoires curieuses ? Éditions Castella, ? Éditions Plaisirs de Lire, Albeuve - Suisse 1985, p. 161-204.

Jacques Chessex: Un Juif pour l'exemple, ? Éditions Grasset, Paris 2008.

Jacques Chessex: "Les Italiens", "Qui veut chasser le Dari?", "Catholique vieille bourrique", "Les hôtels de Montreux", "La Côte, l'accueil", in: Portrait des Vaudois, premi?re édition Éditions Bertil Galland, Vevey 1969, ? Éditions Actes Sud, Arles 1990.

Jérôme Garcin: "Le Portrait des Vaudois", in: Entretiens avec Jacques Chessex, ? Éditions de la différence, Paris 1979, p. 78-83.

Sabine Huynh: "Entretien avec Philippe Rahmy", ? Sabine Huynh, ? "Terre a ciel", Tel Aviv, 09/12/2013.

Plinio Martini: Il fondo del sacco, ? Edizioni Casagrande, Bellinzona 2003, p. 67-109.

Giovanni Orelli: L'anno della valanga, ? Edizioni Casagrande, Bellinzona 2015, p. 21-61.

Giovanni Orelli: Il giuoco del Monopoly, ? Arnoldo Mondadori Editore, Milano 1980, p. 3-39.

Jean-Paul Paccolat: "Écrire: la respiration essentielle", in: Corinna Bille: Nouvelles et Petites Histoires, ? Éditions l'Âge d'homme, Lausanne 1988.

Philippe Rahmy: Demeure le corps, ? Cheyne Éditeur, Le Chambon-sur-Lignon 2007.

Philippe Rahmy: Béton armé, ? Éditions de la Table Ronde, Paris 2013, chap. X-XXIII, p. 48-108.

Alberto Roncaccia: "Le croniche di Ticino", ? Alberto Roncaccia.

Jean-Christophe Rufin: "Une jouvence du regard in: Philippe Rahmy, Béton armé", ? Éditions de la Table Ronde, Paris 2013, p. 11-13.

Special thanks go to Philippe Rahmy's widow, Tanja.

Every effort has been made to locate the copyright holders.

We would be pleased to rectify any errors or omissions.

Photo Credits

Cover photo: Basel 1934 (private archive); p. 4 - WikiCommons; p. 71 - (private archive); p. 82 - www.babelio.com; p. 124 - WikiCommons; p. 163 - https://evenements.payot.ch; p. 203 - www.poemes.co; p. 208 - www.babelio.com; p. 238 - www.viceversalitterature.ch; p. 276 - https://ansichten.srf.ch; pp. 11, 27, 37, 51, 67, 93, 113, 129, 145, 161, 175, 193, 213, 229, 247, 265, 283, 299, 315, 331 - photos by Philippe Rahmy, "Corps au miroir", Lausanne 2009 ? Philippe Rahmy.

Numeracja stron na podstawie wersji drukowanej

Jennifer Croft: Odeszło, zostało. Przełożył Robert Sudół. Zdjęcia Jennifer Croft, Laurie Croft. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021

W tle nieostry krajobraz: szeroka rzeka, fale, stary kamienny most z kilkoma przęsłami, na środku wyspa, chyba Świętego Ludwika. Niebo jest pochmurne, im dalej ku horyzontowi, tym jaśniejsze. Na rzekę patrzymy prawdopodobnie przez szybę, na której czerwoną farbą namalowano napis, szyba musi być bardzo blisko, napis jest duży, widzimy tylko trzy litery: "m", "e" i "s". Literę "m" ktoś zaczął ścierać, widać na niej cienkie linie, przez które prześwituje niebo. Właściwie nie widać dobrze ani napisu, ani Paryża. A jednak dzięki pozornemu zakłóceniu z tym większą intensywnością przyglądamy się zarysom drzew, budynków, chmurom i wodzie. Tak wygląda pierwsze zdjęcie umieszczone w książce Jennifer Croft. Zdjęć w książce jest kilkadziesiąt, wszystkie mają format kwadratu, większe w kolorze - na osobnych stronach, malutkie czarno-białe - wplecione w tekst.

Croft opisuje dzieciństwo i dorastanie dwóch sióstr, Amy i młodszej o trzy lata Zoe. Z podziękowań umieszczonych na końcu książki dowiadujemy się, że pisze o sobie i swojej siostrze. Zdjęcia dziewczynek, na których można by rozpoznać ich rysy, pojawiają się dopiero w dalszej części książki i początkowo nie jesteśmy pewni, czy to na pewno Jennifer i Anne Marie. Ale to nie jest powieść z kluczem i nie chodzi w niej o dopasowanie imion postaci do prawdziwych nazwisk. Ważniejsza jest perspektywa, z jakiej Croft opowiada swoją historię w kilkudziesięciu krótkich, jedno-, dwu-, trzystronicowych migawkach. Tę perspektywę przybliżają motta odnoszące się wprawdzie w pierwszej kolejności do fotografii, ale nie tylko.

Henri Cartier-Bresson w pierwszym z nich mówi, że fotografowie zajmują się "rzeczami, które nieustannie znikają, a gdy już znikną, nie ma na świecie takiego mechanizmu, który mógłby przywołać je z powrotem" (s. 7). Ale przecież fotografia jest właśnie takim mechanizmem, chciałoby się powiedzieć. Otóż nie. Jak chyba mówi Cartier-Bresson, fotografia zaledwie uświadamia przemijalność, nie jest cudowną machiną zatrzymującą czas, nie odwzorowuje rzeczywistości jeden do jednego.

"Zdjęcie to tajemnica tajemnicy. Im więcej mówi, tym mniej wiemy", tłumaczy Robert Sudół drugie motto, zaczerpnięte z wypowiedzi amerykańskiej fotografki Diane Arbus. W oryginale "tajemnica tajemnicy" to "a secret about a secret"1. Można by zatem powiedzieć, że "zdjęcie to sekret opowiadający pewną tajemnicę. Im więcej mówi, tym mniej wiadomo".

Od samego początku wiemy, że Croft chce się zmierzyć z trudnym zadaniem opowiedzenia o czymś, co się wymyka opowieści, i bierze czytelnika na świadka swoich prób. Podczas lektury o tej deklarowanej nieufności wobec narracji wielokrotnie sobie przypominamy.

Croft w krótkich urywkach wspomnień nieraz pisze o swoich zdjęciach, ale raczej nie o tych, które umieszcza w książce. Z kolei podpisy pod kolorowymi zdjęciami, pokazanymi na osobnych stronach, rzadko kiedy mówią o tym, co się na nich znajduje. Układają się w list, który dorosła Amy pisze na odwrocie zdjęć do swojej siostry, ale o tym dowiadujemy się dopiero na końcu książki. Na początku czytelnik czuje się zdezorientowany, jakby trafił do gabinetu luster. Mamy do czynienia z co najmniej trzema opowieściami prowadzonymi równolegle: w liście do siostry, w ułożonych chronologicznie wspomnieniach, w które wplecione są czarno-białe fotografie zsynchronizowane czasowo i tematycznie z tekstem, wreszcie z narracją uobecniającą się w sekwencji kolorowych zdjęć, które odnoszą się do głównego tekstu wspomnień w sposób raczej luźny - jako kontrapunkt czy przestrzeń pozwalająca wybrzmieć myśli wyrażonej na stronie obok albo zakłócająca jej odbiór, podobnie jak widok z okna pociągu, na którym zawieszamy wzrok, czytając książkę. Te trzy opowieści wzajemnie się przenikają i komentują.

Pierwsze słowa książki to słowa umieszczone pod kolorowymi zdjęciami: "Pamiętasz, jak uczyłam Cię wymawiać słowa?" (s. 11). Zoe wymawiała zadane słowo i czekała na minę Amy, która miała ocenić, czy dobrze wywiązała się z zadania. "Wtedy patrzyłam z niezadowoleniem, a Ty odwracałaś wzrok" (s. 17) - pisze Amy. Zanim zaczniemy czytać o wspólnych zabawach Amy i Zoe, które w dzieciństwie spędzały ze sobą prawie cały czas, miały własne rytuały, ścieżki w ogrodzie, tajemnice, sekretny język, dzieliły fascynację jazdą figurową na lodzie, zakochiwały się - konfrontujemy się z napięciem w relacji między siostrami, które później często daje o sobie znać. Amy opiekuje się Zoe, czuje się za nią odpowiedzialna, uczy ją czytać, pisać, ćwiczy jej wymowę, strofuje ją, czasem jej matkuje. Napięcie pogłębia się, kiedy Zoe zaczyna chorować i obawy o jej życie i zdrowie przytłaczają Amy. W tekście jest sporo sygnałów nadciągających katastrof i zdjęcia będące niepozornymi kadrami stóp obutych w wysłużone buty, automatu do zdjęć, sfatygowanych kwiatków, fasady domu, łusek na szaroniebieskim wygiętym grzbiecie ryby, fragmentu stalowego mostu wiszącego nad wodą - pod wpływem tekstu zaczynają emanować niepokojem, a czasem przeciwnie, uspokajają narrację, pozwalają się na chwilę uwolnić od natarczywości dziecięcej wyobraźni. Pod koniec książki Croft pisze o Amy: "Od teraz do chwili, gdy zacznie pisać list, będzie przeobrażała katastrofy w zdjęcia, utrwalając raz za razem wszystkie momenty, w których poczuje się zagubiona i dowie się czegoś nowego o świecie" (s. 261).

Jennifer Croft kreuje, odtwarza świat dziecięcej wyobraźni, posługując się subtelnymi środkami. Podąża za dziecięcym spojrzeniem, które wyłapuje szczegóły: wyświechtany dywan, zabawki ukryte w kieszeni spodni, martwe robale, patelnie, durszlaki, sójkę pikującą na kota, łysinę na czubku głowy schylającego się dziadka, piegi na ramieniu siostry. Opisuje dociekliwość i dziecięcy realizm. Kiedy mama opowiada o tym, że urodziła Amy wcześniej, niż się spodziewała, bo w garażu nadepnęła na węża i tak się przestraszyła, że wywołało to skurcze, Amy koniecznie chce wiedzieć, czy wąż to przeżył. Kiedy mama czyta czasopismo "Good Housekeeping" i dziewczynki dowiadują się o tym, że kiedy spadasz w samochodzie z mostu, to w pierwszej kolejności powinnaś ratować męża, "bo gdy ma się męża, wówczas można zrobić sobie więcej dzieci, natomiast jeśli uratujemy dziecko, będziemy mieć tylko to jedno" (s. 50), Amy i Zoe postanawiają ćwiczyć wstrzymywanie oddechu. Croft potrafi też uchwycić dziecięcą skłonność do wyolbrzymień, naśladującą zresztą sposób wysławiania się dorosłych: "Amy wie na sto procent, że Zoe z kolei zjada psie smakołyki, chociaż mówiła jej ponad milion razy, żeby tego nie robiła" (s. 34).

Narracja w głównym tekście wspomnień jest prowadzona w trzeciej osobie, prostym językiem, nieudającym jednak dziecięcej mowy, ale też, w każdym razie w angielskim oryginale, niezawyżającym rejestru. Croft starannie dobiera słowa, którymi można opisać świat wewnętrzny dziecka, nie infantylizując go i nie przyjmując dorosłej perspektywy. Narrator jest wszechwiedzący, czy raczej sporo wiedzący, z żadną postacią nie identyfikuje się wprost. Stopniowo, gdy dziewczynki dorastają, ich drogi się rozchodzą. Od kiedy Amy zamieszkuje w akademiku, coraz częściej towarzyszymy właśnie jej.

Autor polskiego przekładu podąża za tonacją wspomnień Croft, ale czasem, głównie przez dobór słów, styl narracji ulega zachwianiu i odbiega od oryginału. Na przykład w miejscu, gdzie Croft używa określenia "t h e i r d a d's study", czyli dosłownie "gabinet ich taty", Sudół pisze o "o j c o w s k i m gabinecie" (s. 77). Kiedy Zoe d z i e l i się z psem psimi ciasteczkami o smaku masła orzechowego, Croft mówi: "The peanut butters they share". W przekładzie: "Smakiem masła orzechowego r a c z ą s i ę wspólnie" (s. 41). Kiedy przed odwiezieniem Zoe na operację, cała rodzina odwiedza dziadków, znowu wszyscy "raczą się napojami lodowymi" (s. 82), choć w oryginale "they all [...] h a v e root beer floats". Zdjęcie walizeczki Zoe, zrobione przez Amy, "nie ukazuje" (s. 41) tego, jak jest przyozdobiona, w oryginale "does not show", czyli raczej "nie pokazuje". Na boku walizeczki Zoe "w i d n i e j e mały rysunek dziewczynki" (s. 41), w oryginale "on the side of a suitcase [...] is a little drawing of a girl". We wszystkich tych przykładach tłumacz nieco zawyża rejestr polszczyzny, oddala ją od języka, który pozwala Croft zachować dziecięcą perspektywę. Croft unika przy tym wyrażeń, które moglibyśmy nazwać "dziecinnymi" i dlatego kiedy czytamy o tym, że podczas tornada nie należy chować się pod oknem, bo szyba może się zbić, a wtedy "człowiek [...] z r o b i s o b i e k u k u" (s. 24), potykamy się o te słowa. W oryginale czytamy w tym miejscu "you will g e t h u r t", czyli: skaleczysz się.

List Amy do Zoe jest napisany inaczej, w pierwszej osobie, bezpośrednio, z delikatnością i czułością, niepewnością kogoś, kto chce opisać wspólne bolesne wspomnienia, nawiązać zerwany kontakt. Dużo w tym liście refleksji o języku, o znaczeniu słów, ich etymologii, o tłumaczeniu. Opisywane przez Croft relacje między słowami stają się metaforami relacji międzyludzkich i tego, co się może kryć pod fasadą - drugiego, podskórnego życia: "Albo dwell, które znaczy mieszkać, zamieszkiwać, a które kiedyś znaczyło: sprowadzać na manowce" (s. 43).

Słowa bywają też obciążeniem, utrudniają porozumienie. Kilkukrotnie powracającym w książce zwierzęciem, które Amy bardzo lubiła, jest ośmiornica. W liście do siostry Amy pisze: "Czy wiedziałaś, że ośmiornice umieją się komunikować i kamuflować, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dostosowując się kolorem i fakturą do podłoża? [...] W dzieciństwie chciałam, żebyśmy były ośmiornicami, bo wtedy nie potrzebowałybyśmy słów" (s. 144 i 153). I choć obydwie uczą się języków obcych i przychodzi im to z łatwością, a dorosła Amy zajmuje się przekładem literackim, to nieufność wobec słów we własnym języku jej nie opuszcza. Croft opowiada o Amy: "W jednym kraju po drugim będzie obliczać kursy walut i uczyć się nowych słów do wyrażania prawdy, będzie szło jej coraz lżej z tłumaczeniem, bo wszystkie słowa pozbawione wspomnień są piękne i puste jak pisanki, które Amy i Zoe farbowały na Wielkanoc i których Zoe tak bardzo starała się nie stłuc" (s. 261). W słowach zapisane są traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa. W końcowej części książki, w której emocje i rozmyślania Amy stopniowo coraz szczelniej wypełniają tok narracji, dochodzi do przesilenia i Amy zbiera się na odwagę, żeby napisać list do siostry.

Croft zatytułowała swoją książkę, posługując się słowem, którym zwykło się określać kogoś, kto tęskni za domem: Homesick. W liście do Zoe Amy pisze: "Sama nie wiedziałabym, jak przetłumaczyć homesick, nie rezygnując z czegoś, choćby z napięcia między dwoma składowymi tego słowa" (s. 222). Zadanie, przed którym stanął tłumacz, jest tym trudniejsze, że pierwsza, zasadnicza część książki została zatytułowana: "Sick" (chory), a druga, będąca rodzajem epilogu: "Home" (dom). W innym miejscu, podając za przykład właśnie słowo homesick, Amy pisze: "Słowa zawdzięczają swoje istnienie dystansowi, chociaż ich najgłębszym celem jest jego przezwyciężenie" (s. 92). Tytuł polskiego przekładu nawiązuje do dwuznaczności innego angielskiego słowa, o którym mowa w książce, mianowicie left. Stąd Odeszło, zostało, czyli dwa znaczenia tego angielskiego słowa, i tytuły części "Left / odeszło" i "Left / zostało". Gdy to wszystko wiemy i znamy akurat angielskie słowo left, dostrzegamy również w polskim tytule pewne napięcie i jego siłę, ale angielskie podpórki pozostawione w tytułach części uświadamiają nam, że tłumacz jakby stanął w pół drogi i nie dotłumaczył tytułu.

Polski przekład budzi mieszane uczucia. Czasem daje przyjemność obcowania z piękną książką, ale kiedy indziej, o czym pisałem już wyżej, tę przyjemność nieco psuje. W liście do Amy czytamy: "Weźmy na przykład słowo rest, które pierwotnie oznaczało dystans, po jakim wędrowiec musi zrobić sobie przystanek. Właśnie to niechybnie mnie czeka po tym, gdy wreszcie zabiorę się do pisania listu do Ciebie" (s. 36). Abstrahując od tego, że zdania te brzmią niezbyt dobrze, zdziwienie budzi ich sens. Jak to? Przecież Amy pisze te słowa w liście do Zoe. W oryginale czytamy: "Take, for instance, rest, which used to be the distance after which a traveler must pause - which must be what I'm doing now, hopefully maybe finally writing you this letter". Amy mówi zatem o odpoczynku, któremu właśnie się oddaje, teraz, kiedy, jak ma nadzieję, w końcu zabrała się do pisania listu do Zoe. W innym miejscu Amy wyobraża sobie, że jest swoją siostrą "widzę własne ciało na noszach, słyszę dudniące kroki na niekończącym się chodniku" (s. 78). Zastanawiamy się, o czyje kroki chodzi, tymczasem w oryginale mowa jest o noszach, zapewne na kółkach, dudniących czy łomoczących na niekończącym się chodniku: "and see my own body instead thudding down an endless sidewalk on a stretcher". Niektórych decyzji tłumacza nie rozumiem. Kiedy Amy pisze o rosyjskim słowie гриф, zestawia jego brzmienie z brzmieniem angielskiego słowa grief oznaczającego smutek. Równocześnie mówi, że słowo гриф oznacza sępa (vulture): "Russian's гриф, which means vulture, although it is pronounced like grief". W polskim przekładzie czytamy: "rosyjskie słowo гриф, co oznacza "kondor" lub "gryf", a wymawiane jest jak angielskie grief, czyli "smutek"" (s. 100). Znika gdzieś zestawienie sępa ze smutkiem, o które przecież Croft chodziło, pojawiają się za to, nie wiadomo po co, inne znaczenia rosyjskiego słowa.

Mimo tych przekładowych niedociągnięć książkę Croft gorąco polecam, ze względu na wnikliwość obserwacji, misterną konstrukcję, ironię, czułość, językową wrażliwość autorki i umiejętność połączenia fotografii z opowieścią, dzięki której i obraz, i słowo zyskują wyjątkową siłę wyrazu.

1 Motto przytoczone w oryginalnym wydaniu książki Croft brzmi w całości: "A picture is a secret about a secret. The more it tells the less you know" (Jennifer Croft, Homesick: a Memoir, The Unnamed Press, Los Angeles 2019).

Jean-François Revel: O Marcelu Prouście. Przełożyła Grażyna Majcher. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021

Trzeba mieć PIW-owską odwagę (ale też wyczucie), by publikować książkę o Poszukiwaniu straconego czasu ponad sześćdziesiąt lat po jej powstaniu, skoro w świecie wokółproustowskim tyle się dzieje i na temat Prousta wciąż wykluwają się nowe studia. Skoro wydaje się kolejne rękopisy i listy Prousta, a także komentarze do nich.

To był rok 1959; Revel zaczął spisywać swoje uwagi o Prouście parę lat wcześniej, w 1955, a jeszcze później, w następnych wydaniach, coś w książce poprawiał. Przedmowa do kolejnego wznowienia (która otwiera polski przekład) pochodzi z roku 1976. Dwadzieścia lat od postawienia pierwszego słowa. Niby nie tak wiele, ale w tym czasie zdążył na przykład powstać i osiągnąć apogeum, by po chwili zwiędnąć, najlepszy rock. A jeśli to za głośny przykład twórczej energii tamtych lat, to wystarczy powiedzieć "nowa krytyka" (francuska) albo "strukturalizm". I też się zachwycić decybelami. Albo boleśnie się zirytować.

Zirytował się niepomiernie profesor Raymond Picard, który w słynnym tekście "La nouvelle critique ou la nouvelle imposture" z roku 1965 przypuścił atak na kolejnych w dziejach nowożytników, wynalazców "nowych" metod lektury. Niektórzy dostrzegli w tym pamflecie "Pearl Harbor nowej krytyki", inni odesłali autora do lamusa, w którym pleśnieją wszelcy przeciwnicy rewolucyjnych odczytań albo, jak wolał Picard, odczytań z księżyca.

Zaatakowani, przede wszystkim Roland Barthes (jego praca Sur Racine stanowi główny cel napaści), podejmowali polemikę. Gdy w roku 1976 zacząłem studiować romanistykę, ogólne wrażenie było takie, że Picard napisał beznadziejną ramotę i że kolejne interpretacje i teksty krytyczne zadały jej kłam. Pickard postawił przed jaskinią krytyków zbyt słabą zaporę Starej Akademii imienia Gustave'a Lansona. Stada nowych lektur - którym paliwa dostarczały różne "nowe filozofie", teorie semiologiczne, odkrycia psychoanalizy i strukturalizmu - wylatywały z tej jaskini bez żadnych przeszkód. Warto by Picarda przeczytać teraz, by sprawdzić, czy jego pokrzykiwania całkiem się skorodowały, czy też przeciwnie, uszlachetniły. W każdym razie książka Revela mogłaby do tego nas skłonić.

Jean-François Revel (1924-2006) coś o tym wszystkim wie. Sprawa "nowej krytyki" - która spłodziła tyle tekstów o powieści Prousta - trochę go uwiera, i od pierwszej chwili próbuje wyjąć drzazgę, precyzując, że zbyt wcześnie zaczął pisać o Prouście, by w całym tym zgiełku brać udział. Zresztą szkoły krytyczne powstają i przemijają, powieści zostają; jego "zamiarem i potrzebą - powiada w Przedmowie - było napisanie książki, która pozwoliłaby mu odpocząć od teorii". I tak też się dzieje; w całej książce, nawet tam, gdzie Revel coś dopisywał i poprawiał, praktycznie nie ma żadnych odwołań do literatury przedmiotowej; ze swoim pisaniem o Prouście Revel chce pozostać sam.

Jeśli samotność interpretatora jest utopią - żaden nie rodzi się Kasperem Hauserem - to u Revela utopia w dużej mierze się spełnia. Przypomina mi się recenzja Włodzimierza Boleckiego jeszcze z wczesnych lat dziewięćdziesiątych, poświęcona Klasycyzmowi Ryszarda Przybylskiego. Przybylski anonsuje, że wyrzucił przez okno wszystkie książki na tytułowy temat, aby mówić o klasycyzmie wyłącznie z własnej mańki. Na co zirytowany Bolecki zapowiada, że - choć widzi w książce wiele wspaniałości - on jednak poleci pod okno Przybylskiego (na Stegnach) i wywalone książki pozbiera. Sam bym się pod okno Revela nie wybrał. Jego esej, świetnie przełożony przez Grażynę Majcher, to pasjonująca lektura. Czystka, której autor dokonał w swojej głowie, oraz pustka teoretyczna, której nie chciał niczym zapełniać, bardzo mu służą, wręcz jego książkę ustanawiają.

Mówiąc inaczej, chętnie zapomniałbym o Barthesie, którego teksty na temat Prousta są wielce istotne, podobnie jak późniejsze świetne teksty Antoine'a Compagnona. Książka Revela tworzy całość na tyle spójną i poważną, że trzyma się mocno na własnych nogach.

Aczkolwiek, dodam od razu, Revel traktuje "nową krytykę" ryczałtowo, Barthes na przykład jest o wiele bliżej Revela w niejednym jego wywodzie, niż by się mogło wydawać. Dystans Revela uwydatnia i usprawiedliwia się lepiej wobec literackiej krytyki psychoanalitycznej (Weber, Mauron i inni) oraz strukturalistycznej. Lecz mimo okopywania się we wstępie przed późniejszą wobec książki proustologią Revel ucieka przede wszystkim od krytyki "starej", którą nazywa "hagiograficzną" (a ja na własny użytek "harcerską"), szydząc z jej dobroduszności i podatności na liryzm. Wyśmiewając na przykład (to najłatwiejszy przypadek) podręcznikowy zachwyt nad "jednym z najsłabszych zdań" Prousta, tego na koniec sceny z magdalenką, gdy cały świat wychodzi z filiżanki naparu; jeszcze do tego wrócę. W takich fragmentach widać najlepiej, że książka była pisana w latach pięćdziesiątych; w roku 1976 te drzwi były już dawno wyważone i trudno sobie wyobrazić, by Barthes z Deleuze'em unosili się nad wspomnieniem ciasteczka maczanego w lipowej herbatce i wsłuchiwali się w dźwięk trąb wieszczących consumatum cudnego zdarzenia.

Jeden tylko autor zostaje w przedmowie Revela expressis verbis uznany: George H.Painter z jego biografią Prousta (1961), która jest zarazem monografią powieści. W 1976 roku to odwołanie mogłoby wręcz uchodzić za prowokacyjne. Wszelki dosłowny, nawet tak przemyślany jak u Paintera, biografizm uznawano (i w dużej mierze uznaje się nadal) za leciwy i poczciwy, cokolwiek bezradny sposób dobierania się do dzieła artystycznego, skazany z góry na bylejakość. Tymczasem Revel, mimo pewnych wtrętów polemicznych dotyczących zwłaszcza seksualności Prousta, zachwyca się książką i przejmuje od Paintera zasadę wiodącą. I tak: "[...] zgodnie z doskonałym sformułowaniem Paintera Poszukiwanie straconego czasu jest "twórczą autobiografią". Dowód, jaki przedstawia, to znakomita okazja do pozbycia się szkolnego pojmowania wyobraźni, powszechnie przyjmowanego przez obecną krytykę literacką, zgodnie z którym wyobraźnia zawsze stanowi negację postrzeganej rzeczywistości".

W tym pies - i nowa, a także nie tak nowa krytyka - pogrzebani. Słowo "rzeczywistość" w mniej lub bardziej tradycyjnym pojęciu jest dla rozważań Revela punktem wyjścia. Proust opisał to, co zobaczył. Co przeżył, uwewnętrznił, wyssał ze swego wsłuchiwania się i wpatrywania. Nie jest zatem grzechem (jest grzechem ogromnym! - wykrzykują liczni adwersarze Revela) mówić wymiennie Proust, Marcel czy narrator, nie bądźmy dziećmi. I nie chodzi o utożsamienie ja paszportowego z ja literackim - Proust sam bardzo mocno to rozróżnienie akcentował - co o dostrzeżenie mechanizmów tworzenia się powieści, sposobów przerabiania życiowego doświadczenia na powieść, której fundamentem "jest zawsze coś rzeczywistego, zbyt szczególnego, zindywidualizowanego, nieprzewidywalnego, by mogło być wymysłem". Sztuka Prousta - mówi jeszcze Revel, aprobując Paintera - nie polega na wymyślaniu zdarzeń i postaci, ,,historii uczuć, dialogów, krajobrazów"; składniki są "jak najbardziej realne". Przy czym czytelnik, który o biografii Prousta wie bardzo niewiele, z książki Revela niemal nic o faktach się nie dowie; żadnego tu naiwnego zestawiania Reynalda Hahna z Albertyną czy uzdrowiska morskiego Balbec z realnym Cabourg. Dowie się natomiast niezmiernie dużo o powieści, a raczej o dziele. Revel słowem "powieść" bynajmniej nie szafuje. Posuwa się nawet do bonmotu, że "jedyna fikcja, na jaką Proust sobie pozwolił, to twierdzenie, że jego książka jest powieścią".

Nie całkiem rozumiem, po co Revelowi taki tani, średnio efektowny paradoks; niczego on de facto nie zmienia. W każdym razie dzisiaj, w chwili apogeum literatury non-fiction, być może nie ma to już większego znaczenia (skoro kolaboracja pisarzy i krytyki z gatunkiem non-fiction nabrała takich rozmiarów), a i w książce, kiedy już Revel przechodzi do rozważań analitycznych, nie odegra (szczęśliwie) większej roli. Bo też jego uwagi - choćby te, znakomite, o postaciach zaludniających W poszukiwaniu straconego czasu - dotyczą jak najbardziej samego Proustowskiego tekstu i są w istocie analizą zabiegów czysto powieściowych. Revel czyta bardzo wnikliwie; wsadza nos w tekst i konkluduje z najmniejszej możliwej odległości. Jeśli chwilami podnosi wzrok, to po to, by dostrzec na horyzoncie - wystarczy mu parę przenikliwych zdań - innych pisarzy, i coś oryginalnego u Prousta uwydatnić. Balzaka (któremu brakuje Proustowskiej subtelności, koniecznej do wydobycia czynników historycznych z psychologii społeczeństwa), Dostojewskiego (który w przeciwieństwie do Prousta faszeruje bohaterów swoimi poglądami i językiem, podczas gdy u Francuza każdy mówi własnym głosem i jego postaci nie są halucynacjami), Tołstoja, Flauberta, Zoli (którego stawia wyżej niż Balzaka), Musila i zwłaszcza Montaigne'a (dla Revela giganta, któremu przy okazji poświęca jako zwierciadłu Prousta mocny, gorączkowy rozdział). Jego lektura Prousta jest szczęśliwie niezawodowa i pełna dezynwoltury. Nie da się powiedzieć, że całkiem intuicyjna, w każdym razie tak o pisarzu pisze raczej inny pisarz, swobodny jeździec, a nie spętany odniesieniami krytyk czy historyk literatury.

Revel nigdy kimś takim nie był. Wkraczał w literaturę głęboko, lecz sporadycznie. Zajmował się filozofią, socjologią, ocierał się o doradztwo polityczne i dziennikarskie pisanie ad hoc. Tu muszę zmieścić w jednym akapicie parę ogólnych o nim zdań, gdyż Revel jest znanym nieznanym francuskiej humanistyki. Produktem mniej eksportowym niż Barthes, Lacan, Derrida, Foucault, Badiou czy dzisiaj Bruno Latour, myślicielem skrytym za ich plecami, lecz dla wielu - zwłaszcza liberałów jak Mario Vargas Llosa czy znakomity Simon Leys - jednym z największych francuskich intelektualistów i autorytetów. Ta jego bledsza recepcja wynikać może z politycznego ustawienia. Uznawał na przykład za wielkie nieporozumienie francuską obsesję antyamerykańską, co dla ówczesnego świata intelektualnego było skandaliczne. Podobnie jak to, że - po stopniowym odchodzeniu od lewicy, po zdezawuowaniu Sartre'a goszysty - przesunął się na pozycje centro-konserwatywne i liberalne (oczywiście polskie centrum konserwatywne jest bardziej na prawo niż francuskie). I to wreszcie, że nie stworzył żadnego modelu myślenia i czytania, poza tym opartym na zdrowym rozsądku. Był zagorzałym demistyfikatorem i rozdawał kuksańce, gdzie popadnie, tak idolom, jak ich admiratorom. Zwłaszcza na polu filozoficznym, waląc w Heideggera, Lacana i innych - zawsze z werwą i instynktem mordercy, drania z piosenki Przybory, który "zanurzy wuja w stawie" jedną, krótką formułą. W książce o Prouście paru wujów też utopił.

Strona analityczna przeważa jednak w książce Revela nad stroną prześmiewczą; odpowiednie proporcje zostają zachowane, a złośliwości smakują nie jako danie główne, a jako dobra przyprawa. Wśród różnych przytyków wymienię jeszcze te do "lewicowego" sposobu lektury, nie tylko Prousta. Bo też lewica, twierdzi Revel, szanująca moralne, stylistyczne, literackie tabu narzucone przez interpretatorów, "nie dorasta" do krytyki burżuazji, którą formułowała od roku 1850 po rok 1930 sama burżuazja.

Jednym z literackich tabu jest uznawanie powieści za wielką, wspaniałą budowlę, niekiedy określaną jako "wzniosła katedra". Wiąże się to z pokłonem wobec teorii dwóch pamięci, mimowolnej i świadomej, i dla jej Bergsonowskiego zaplecza. Revel uznaje ten temat, fundament filozoficzny dzieła, mający je scalać, za najmniej oryginalny i w tamtej epoce ograny. Bawi go, że słowo "całość" czy "jedność" otrzymuje od krytyków, szukających głębi tam, gdzie jej nie ma, quasi-religijną sakrę najwyższej wartości. Co przypomina mi z kolei rozważania Herlinga-Grudzińskiego o obrazie Vermeera Widok Delft i jego krytykę Proustowskich rozważań o tym obrazie (w słynnej scenie z pisarzem Bergotte'em). Herling nazywa Prousta "cieplarnianym rafinatem" za to, że w obrazie Vermeera dojrzał tylko jeden szczegół, kawałek żółtej ściany, podczas gdy "cud namalowanego przez Vermeera miasta rodzinnego jest cudem całości". Otóż rzecz w tym, że Proust, choć walczy o całość pod kryptonimem "czasu odnalezionego", najlepszy i najgłębszy jest w tym, co pisze ze strony na stronę. "Konstrukcja" czy "całość" - jak twierdzi (a raczej wali z grubej kolubryny) Revel - wzywa "złych pisarzy", i to raczej oni, by oddać w jego imieniu cios Herlingowi, byliby "cieplarnianymi rafinatami".

Revel uważa, że powieść Prousta nie jest komponowana, "raczej ulega z czasem coraz dalej posuniętej dekompozycji, wzbogaca się, pęcznieje od rwących potoków słów i lokalnych przerostów, jak Próby Montaigne'a". Chętnie dostawię swoje krzesełko do tronu Revela, powodowany podobnym odczuciem: cała ta historia z pamięcią, z magdalenką, z objawieniem po potknięciu się o nierówne płyty na dziedzińcu, czasem odzyskanym i kodą zarysowaną na koniec powieści ciągnie się za Proustem "jak wdowa za trumną". Bo też można mieć odczucie, że Proust nie tyle zmierza gracko ku zwycięskiemu słowu "Czas" na końcu książki, ile raczej brnie w to, co wykoncypował dla stworzenia całości. Poddaje się imperatywowi scalania, który sobie narzucił, podczas gdy sama materia dzieła nie całkiem tej koncepcji potrzebuje, wszystko, co się w powieści wydarza, wszystko, co najlepsze, mogłoby obejść się bez tej głośnej metafizycznej sankcji.

Revel doprowadza takie myślenie do skrajności i przenosi artystyczny wymiar dzieła gdzie indziej, w to, co nazwać by można socjologiczną stroną powieści. Mówiąc skrótowo, z nieba do piekła. Podobnie postąpił Warlikowski w spektaklu "Francuzi", pozostawiając z boku konceptualną resztę, wszelkie psychotemporalne rozważania i zabiegi. Tyle że domknął Prousta fragmentami z Racine'a i innych, i rozbroiwszy jedną "całość", stworzył nową, grzmiąc o kresie świata, który swą degrengoladą zaraża świat nadchodzący. Revel, przeciwnie, nie czyta Poszukiwania jako raportu o zmierzchu bogów, ostatecznym wycieńczeniu się arystokracji czy o odejściu jednego świata na rzecz nowego. Żegluje raczej w stronę uniwersalnej kondycji ludzkiej, zdecydowanie wskazując na snobizm jako jeden z jej najważniejszych wyznaczników. Snobizm w jego rozumieniu nie jest partykularnym zachowaniem przypisywanym szczególnie jednej klasie społecznej; to o wiele więcej, decydująca machina zachowań, ponadhistoryczny, fundamentalny, wywołujący lawinę skutków sposób naszego istnienia - opartego na mniej lub bardziej uświadomionym oszukiwaniu i samooszukiwaniu - wobec innych i wobec siebie samego. Zbliża to snobizm do Sartre'owskiej mauvaise foi, złej woli, polegającej na zagadywaniu istnieniowej nicości i pustki. W ujęciu Revela Proust osiąga wyżyny, których jedynym mieszkańcem był Montaigne, najlepszy znawca człowieka.

Człowiek widziany oczyma Prousta nie może być zbawiony. Ewentualnie przez sztukę, jak sugeruje Proust, lecz to aż tak bardzo Revela nie interesuje. On sam widzi sztukę gdzie indziej, niż mogliby ją widzieć ci, którzy czytają w powieści o sonacie Vinteuila, o obrazach Elstira, czy wreszcie o samej powieści, którą Marcel zamierza napisać. Revel pozostaje pod wrażeniem głębokiego Proustowskiego pesymizmu, co uwydatnia w błyskotliwych rozdziałach poświęconych miłości i przyjaźni. Wpisuje go w bardzo francuską tradycję demistyfikacji, której szczyty wyznaczają La Rochefoucauld, Saint-Simon, Flaubert - a na jej końcu zapewne sam Revel. Widać dwie wyróżniające Prousta postawy, które ujawniają jego prawdziwy, głęboki artyzm. Saint-Simon, równie fenomenalny obserwator rzeczywistości, jest bardziej "wspaniałomyślny", przez co nie dostrzega w przeciwieństwie do Prousta prawd moralnych, bo jego "cudowna spostrzegawczość źrenic nie da rady poszerzyć wąskich granic umysłu" i utrudnia dostęp do głębokiego zrozumienia. Flaubert z kolei, równie bezlitosny co Proust, lecz mniej "dorosły", bo bardziej monolityczny i nieprzejednany, a zatem "sztuczny" w swych odkryciach, usiłuje sięgnąć metafizyki przez nadto metodyczne czarnowidztwo, nadto jednolite ujawnianie "znikomości życia ludzkiego", skutkiem czego nie dociera do prawdziwej o nim wiedzy, choć czyni z tego "bulwersujący użytek poetycki".

Nie jest łatwo taką opinię o Flaubercie (czyli w jakiejś mierze o literaturze) przyjąć, ale jest w niej coś, co nie daje spokoju. To tyle na razie. Dużo jeszcze o książce Revela warto by powiedzieć, i z tym i owym się posprzeczać. Jeśli czas się znajdzie.

Jako zespół redakcyjny przywiązany do rocznic, rytuałów oraz rymów na pięćdziesięciolecie "Literatury na Świecie" zwróciliśmy się do jednego z uczestników poprzedniego zespołu, by podzielił się z nami swymi wspomnieniami. Nie dość, że się spóźnił i podpisał felietonik pseudonimem, to na domiar złego nadesłał utwór nieciągły, pod bałamutnym w sumie tytułem "Chwilę temu". Niech tytuł nas nie omami. Podtytuł dodaliśmy sami [przyp. red.].

JAROSŁAW ANDERS (1950). Przez trzy lata opiekował się działem prozy - anglojęzyczność w "LnŚ" zaznawała wtedy luksusów podwójnego etatu. A polskość - zapytajmy od razu - gdzie była polskość? Tłumaczył ma się rozumieć z angielskiego (m.in. Susan Sontag i Malcolma Bradbury'ego) i ma się rozumieć na angielski (m.in. Herberta i Hannę Krall). Opublikował książkę złożoną ze szkiców o nowoczesnej literaturze polskiej - i też po angielsku. Dzień 13 grudnia 81 roku zastał go w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, i w owym kraju o stosunkowo długiej nazwie a od Polski odległym, cokolwiek ścichapęk został najprawdziwszym albarutenistą.

LECH BUDRECKI (1930-2004). Wcześniej pracował w tygodniku "Kultura". W "LnŚ" od 78 roku formalnie prowadził tylko dział eseju, ale był redakcyjnym omnibusem i życzliwym duchem redakcji. Cichy wyznawca Antystenesa. Już jako nieopierzony młokos wyrobił w sobie rozumienie procesu historycznego (w 51 roku panowie ze służb mieli dość bogate środki perswazji) i upodobanie do literatury. Oba te fakultety mogły być ze sobą związane. Do młodszych mówił "Kiciu", obupłciowo. Od 82 roku zastępca Wacława Sadkowskiego. Pochodził z Wileńszczyzny, do Polski miał stosunek zupełnie dobry. Był m.in. współautorem patriotycznego widowiska "Dziś do ciebie przyjść nie mogę" i kilku książek, w tym dwu złożonych ze szkiców o prozie amerykańskiej, tomu opowiadań i jednej powieści.

JACEK ST. BURAS (1945). Tłumacz z języka niemieckiego, przekładał prozę, sztuki teatralne i poezje, m.in. Goethego, Brucknera, Schillera, Hebbla, Kleista, Lessinga, Musila, Brechta, Dürrenmatta, Bernharda, Schwaba, Krausa, Ransmayra - zbyt wiele i niestety zbyt dobrze, by cokolwiek wyróżnić. Doszlusował do "LnŚ" w 83 roku, wkrótce po tym, jak odstrzeliła go niemieckojęzyczna wersja pisma "Polish Perspectives", w którym pracował. Pozostał w nowym zespole "LnŚ" do roku 97, kiedy to nieoczekiwanie poniosło go do pracy w dyplomacji. Mówiło się o nim zdrobniale "Jacek". Po latach wiele chwały przyniosła mu seria książek "Kroki-Schritte", którą w liczbie sześćdziesięciu redagował stopniowo, małymi krokami.

DANUTA CIRLIĆ-STRASZYŃSKA (1930). Wcześniej pracowała w Czytelniku. W "LnŚ" od pierwszego numeru. Za czasów "małego formatu" redaktorka literatur z obszaru dawnej Jugosławii i wielce zasłużona (dla Polski, tyle że od strony południowej) tłumaczka pisarzy z tamtejszych języków i okolic, m.in. Danilo Kiša, Miodraga Bulatovicia, Bory Ćosicia, Predraga Matvejevicia, Milorada Pavicia, Živko Činga, Stevana Tonticia, Dubravki Ugrešić.

LESZEK ENGELKING (1955). W "LnŚ" w latach 1984-1993. Tłumaczył m.in. z czeskiego, słowackiego, rosyjskiego, ukraińskiego, angielskiego i hiszpańskiego - wiersze i prozę, m.in. Holana, Nezvala, Ajvaza, Seiferta, Blatnego, Kolářa, Wernischa, Lorki, Chodasiewicza, Szałamowa, Nabokova, Pounda, Buntinga, Yeatsa. Pewne języki pozostają tu nie wymienione, nie należy bowiem mówić wszystkiego na raz. Sam również pisał, w dodatku publikował, prozę, wiersze tudzież książki literaturoznawcze. Przez wiele lat wykładał na Uniwersytecie Łódzkim, i tam, w Polsce środkowej, na swój bohemistyczny sposób również wspierał nasz kraj, zresztą z całych sił.

ELŻBIETA JAROSZUK (1952-2015). Najważniejsza korektorka małego formatu (1987--1993), a może i wszechczasów. W nowym zespole też czytała w najlepsze (1994-2012). Niekiedy dawało się ją przekonać do form nie najbardziej poprawnych, ale że był to czas dla Polski przejściowy, mało kto zwracał na takie rzeczy uwagę. Niekiedy słyszy się opinię, że brak korekt doprowadził rodzimy kraj do stanu, w którym się znalazł, a kiedy indziej, że to jego stan naturalny.

EUGENIUSZ KABATC (1930-2020). W "LnŚ" w latach 1973-1993. Zastępca Wacława Sadkowskiego. W redakcji nazywano go czasem Eudżenio, pewnie dlatego, że opiekował się literaturą włoską, ale pseudonim Eugenio wcale tego "dż" nie uzasadniał. Lubił też imię Eugeniusz (polskie, nosiło je wielu znanych rodaków). Do Eudżenia mówiło się również "Gieniu". Jako życzliwiec i jedyny przed Erą Bieńczyka znawca win o nikim nie powiedziałby złego słowa. Tłumaczył pisarzy włoskich (Leonarda Sciascię, Carla Collodiego i Giuseppe Bonaviriego), zazwyczaj wespół z Krystyną Kabatcową; książki prozą pisał sam.

ANNA KOŁYSZKO (1953-2009). Od 82 roku zajmowała się działem prozy anglojęzycznej. Tłumaczyła pisarzy, z którymi było jej po drodze. Wśród tych szczęśliwców i szczęśliwczyń znaleźli się Donald Barthelme, Leonard Cohen, Robert Coover, Jack Kerouac, Henry Miller, Vladimir Nabokov, Ana?s Nin, Philip Roth, Getrude Stein, Salman Rushdie. Każde z nich przybywało z dalekich stron, niektórzy nawet z tamtej strony (czy wyrażam się jasno? wiadomo, o jaką stronę chodzi?). Jeśli nie spieszyło się im do polskiej mowy wcześniej, to było w nich dość kultury, by tego nie okazywać.

WACŁAW KUBACKI (1907-1992). Z obecnego zespołu nikt go nie znał, a może i nie widział. Trudno powiedzieć, czy to dobrze, czy źle. Był pierwszym szefem "LnŚ" (1971-1972) - annały podpowiadają, że sygnował kilkanaście numerów. Profesor polonista, pisał również książki. Po przygodzie z "Literaturą na Świecie" dalej w najlepsze wykładał sobie na uniwersytecie.

ZBIGNIEW LEWICKI (1945). Prowadził dział angloamerykański (1974-1979). Na anglistyce warszawskiej nauczał literatury. Jako jej badacz tropił istotę czasu w modernizmie, co doprowadziło go do entropii (jako zagadnienia). Po odejściu z "LnŚ" przeważył w nim i, na ile wolno wnosić z telewizji, przeważa nadal, temperament politologa. Polska na pewno ma dla niego znaczenie, ale jako profesorowi amerykaniście łatwiej mu było scalić (w czterech tomach) historię cywilizacji amerykańskiej. Nie wiadomo, co takiego w łatwiźnie jest, że kusi.

MIROSŁAW MALCHAREK (1932-2018). Grafik i twórca kieszonkowego formatu pisma (1973-1993). Wymyślił wiele wzorków i potem często się na nich wzorował. O Polsce nie mówił, ale przecież mogła żyć w jego sercu.

MIKOŁAJ MELANOWICZ (1935). Profesor japonista na UW i, jak najbardziej zgodnie ze swoim wykształceniem, tłumacz z języka japońskiego. Redaktor w latach 1976-1989. W rodzimym kraju (Polsce) upowszechnił prozę takich pisarzy, jak K?b? Abe, Ry?nosuke Akutagawa, Yasunari Kawabata, Jun'ichir? Tanizaki, S?seki Natsume, Kenzabur? ?e, Yasushi Inoue, Sh?saku End?. Udało mu się również napisać kilka książek o literaturze kraju, z którym bardzo się zbliżył (Japonii). W redakcji o Mikołaju mówiło się "Mikołaj" w pełnym brzmieniu, a czasem "Melan" - pewnie dlatego, żeby było krócej; albo z innego powodu, trudno powiedzieć. Należał do osób ściśle małomównych.

JERZY NIECIKOWSKI (1942-2013). Był asystentem na warszawskiej filozofii, ale usunięto go po marcu 68 roku, kiedy Polaków usuwano nawet z Polski. Szczęśliwie nie miał nieusuwalnego pochodzenia. Choć to zaledwie chwilę temu, dzisiaj już nie wiadomo, skąd wziął się jego przydomek "Misza". O Miszy mawiało się też "Nieciszon". W "LnŚ" kierował działem krytyki literackiej (1972-1979). Potem znów wykładał na filozofii, a nawet na PWST i ASP, i chyba fajnie mu wtedy było. Pisał szkice literackie i recenzje filmowe, aż tu nagle, proszę bardzo - okazał się jeszcze autorem powieści.

ALEKSANDRA OLĘDZKA-FRYBESOWA (1923-2012). W "LnŚ" w latach 1971-1993. Prowadziła dział literatur frankofońskich. Tłumaczyła z francuskiego utwory prozą i wierszem, wśród jej wybrańców i wybrańczyń są Simone de Beauvoir, Roger Caillois, Eug?ne Guillevic, Philippe Jaccottet, Denis de Rougemont, Antoine de Saint-Exupéry, Simone Weil, Paul Valéry, Émile Zola. Z hiszpańskiego też tłumaczyła, ale mniej, i tylko prozę (Miguel Ángel Asturias i José Maria Ferreira de Castro). Z kolei w naszej mowie pisała wiersze. Była w Polsce osobą bardzo kulturalną.

HALINA PŁAWSKA (1923-2020). W "małym formacie", już wtedy emerytka, zajmowała się wierszówkami. W nowym zespole Halinka po mistrzowsku przyrządzała kanapki, którymi z polską wręcz gościnnością częstowała członków i członkinie redakcji, jak również wszelkich napływowych.

KRYSTYNA PYRZEWICZ (danych z biura nie uzyskałem). Supermaszynistka minionej epoki, w której do druku posyłało się numery przepisane na maszynie. Kiedy przepisywała, wkładała okulary. Bez szkieł też była bardzo życzliwa.

ZOFIA RADECKA (danych z biura nie uzyskałem). Goniec, a może gończyni. Nie bez przyjemności przetrwała zmianę zespołu. Zmarła w czasach, kiedy redakcja mieściła się w lokalu przy ul. Zgoda, skąd właściwie wszędzie było blisko.

KRYSTYNA RODOWSKA (1937). W "LnŚ" zajmowała się hispanojęzycznością (1979-1993). Tłumaczyła z hiszpańskiego i francuskiego, nie tylko poetów, m.in. Octavio Paza, Jeana Geneta, Luísa de Cam?esa, Jorge Luisa Borgesa, Marcela Prousta. Od autorek na ogół wolała autorów, niekiedy z wzajemnością. W redakcji i dziś mówi się o niej "Krysia". Z poezji południowoamerykańskiej i francuskiej z upodobaniem układała antologie, te słynne "zbiory kwiatów". No i z wierszy własnych, pisanych po polsku - zarówno za granicą, jak i w naszym kraju (znanym dziś w świecie coraz szerzej).

WACŁAW SADKOWSKI (1933). Redaktor naczelny w latach 1972-1993, budowniczy "małego formatu" pisma i pierwszych dwudziestu lat jego renomy. Z wykształcenia polonista z brodą, z usposobienia zachodniofil. Przyszło mu żyć w Polsce, co zawsze zmienia jakoś postać rzeczy. Do pracy przynosił zawinięte w pergamin kanapki - czasem się nimi dzielił, a czasem zjadał osobiście. Stworzył zespół "LnŚ" od zera, dał możliwość pracy ludziom nowym (w tym ludziom źle widzianym), otworzył łamy dla pisarzy obcych znanych nad Wisłą słabo albo nie znanych wcale (kraj miał już rozwinięte rolnictwo, powszechną edukację, lecznictwo i własne środowisko pisarskie). Mimo że do roku 89 "LnŚ", jak wszystkie inne periodyki, podlegała cenzurze, pod Sadkowskim pismu, rozchodzącemu się w dużych nakładach, udawało się rozepchnąć część zwyczajowych ograniczeń. W 80 roku współorganizował dwutygodniową wizytę studyjną pisarzy amerykańskich, która miała ciągi dalsze (gośćmi byli m.in. John Ashbery i Susan Sontag). Koncesje, które uzyskiwał, miały swoją cenę. Napisał niejedną książkę krytycznoliteracką, a i przełożył co niemiara.

KAZIMIERA STEFANIAK (danych z biura nie uzyskałem). Mówiło się o niej "Pani Kazia", a do niej "Pani Kaziu". Sprzątała w pierwszej siedzibie redakcji, na IV piętrze przy ul. Sienkiewicza, mieszkała pod Hutą. Ścierając kurz z redakcyjnych biurek, zdawała czasem relacje z nie obejrzanych przez redaktorów i redaktorki odcinków "Niewolnicy Isaury" i innych seriali udostępnianych w telewizji. Po śmierci Pani Kazi kontakt się z nią urwał.

BARBARA SUROWSKA (1939). Germanistka z UW, w latach 1973-1989 szefowała działowi niemieckojęzycznemu. Żywo interesował ją poeta Rilke. Zgodnie ze swym zainteresowaniem z Rilkego się habilitowała. W rezultacie swych ustaleń badawczych (biorąc też pod uwagę wyniki badań innych badaczy) zdecydowała się napisać o młodym Rilkem książkę, a potem jeszcze dwie (o starszym). Napisała i inne książki historycznoliterackie (m.in. o Franzu Kafce i Arthurze Schnitzlerze), a jeszcze kilka innych przetłumaczyła, do niewątpliwie cenionej przez siebie polszczyzny.

JÓZEF WACZKÓW (1933-2004). W redakcji mówiło się o nim "Józek", niby zdrobniale, ale nie do końca. Pracował w piśmie w latach 1974-1993. Tłumaczył obficie wiersze i prozę, z języków słowiańskich, zwłaszcza z czeskiego i rosyjskiego - m.in. Jaroslava Haška, Bohumila Hrabala, Vladimíra Holana, Otę Pavla, Jaroslava Seiferta, Vladislava Vančurę, Borysa Pasternaka, Aleksandra Błoka - a także z francuskiego, m.in. André Bretona, Romain Gary'ego, Jean-Paul Sartre'a, Louisa Aragona. Słowian jednak wyróżniał, i było w nim także wiele estymy dla Polski (kraju niektórych naszych przodków). Skrobnął też książkę złożoną z felietonów o przekładzie.

MARIA ZIENTARSKA (1943). Żelazna dłoń małego formatu. Od roku 73 do samego końca (formatu) była sekretarzem redakcji. Sekretarzem, mimo że najbardziej postępowa część zespołu już wtedy pragnęła uzyskać w polszczyźnie stosowne feminativum. Zawsze jednak można było zwracać się do niej per "Marysiu".

Raptus Gorączka

Informacja o Kolekcji Literatury na Świecie

Obie nasze legendarne antologie - O nich tutaj. Książka o języku i przekładzie oraz Reprezentacje Holokaustu - można nabyć za pośrednictwem Działu Wydawnictw Instytutu Książki (ul. Jana Parandowskiego 19, 01-699 Warszawa, tel. +48 22 697 05 32, 22 697 05 34, e-mail: czasopisma@instytutksiazki.pl), a także w Księgarni internetowej Bonito.pl (https://bonito.pl).

Stałe punkty sprzedaży "Literatury na Świecie"

KRAKÓW Główna Księgarnia Naukowa, ul. Podwale 6

Klub "Lokator", ul. Mostowa 1

Księgarnia "Akademicka", ul. Świętej Anny 6

Księgarnia "Karakter", ul. Tarłowska 12

Księgarnia "Massolit", ul. Felicjanek 4/2

SIEDLCE Księgarnia "Współczesna", ul. Katedralna 5

TORUŃ Księgarnia Sztuki, ul. Wały Gen. Sikorskiego 13

WARSZAWA Księgarnia "Artystyczna", w Zachęcie, Pl. Małachowskiego 3

Księgarnia "Gryf", ul. J. Dąbrowskiego 71

Księgarnia im. B. Prusa, ul. Krakowskie Przedmieście 7

Księgarnia "Pardon To Tu", Al. Armii Ludowej 14

Księgarnia Uniwersytecka "Liber", ul. Krakowskie Przedmieście 24

Księgarnia "Wiejska 14", ul. Wiejska 14

Salony EMPiK na terenie całego kraju

Ponadto "Literatura na Świecie" rozprowadzana jest przez firmy kolportażowe: Garmond Press, Kolporter, Pol Perfect, Hurtownia Książek Azymut, Bonito.pl

Prenumerata za pół ceny

Drodzy Czytelnicy!

Instytut Książki przygotował dla Państwa specjalną ofertę na 2021 rok. Prenumerując jeden z naszych tytułów, drugi tańszy otrzymają Państwo ze specjalnym 50% rabatem. Prenumeratę można zamówić na wybrany przez siebie okres, nie ponosząc żadnych opłat związanych z wysyłką.

Wpłaty prosimy kierować na konto Wydawcy:

Instytut Książki

ul. Zygmunta Wróblewskiego 6

31-148 Kraków

Bank Gospodarstwa Krajowego

81 1130 1150 0012 1269 2720 0001

Instytut Książki z siedzibą w Krakowie przy ul. Z. Wróblewskiego 6 jako Administrator danych informuje, że Państwa dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w celu realizacji prenumeraty Czasopism Patronackich. W związku z przetwarzaniem Administrator może podpowierzyć dane osobowe podmiotom zewnętrznym. Przysługuje Państwu prawo dostępu do treści swoich danych, ich poprawiania, cofnięcia zgody na dalsze przetwarzanie, prawo do bycia zapomnianym oraz wniesienia skargi na zasady przetwarzania danych do organu nadzorczego, tj. Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Podanie danych jest dobrowolne, lecz niezbędne w celu złożenia zamówienia na prenumeratę. W sprawach związanych z danymi osobowymi można kontaktować się z inspektorem ochrony danych - iod@instytutksiazki.pl

Warunki prenumeraty

Ceny prenumeraty "Literatury na Świecie"

półroczna - 54 zł; roczna - 108 zł

Informujemy, że w roku 2021 ukaże się sześć numerów naszego pisma

Cena numeru - 18 zł

prenumeratę prowadzą:

Dział Wydawnictw Instytutu Książki - www.instytutksiazki.pl (e-sklep)

Redakcja "Literatury na Świecie" 00-070 Warszawa, ul. Kozia 3/5 m. 6

tel. 22 827 47 91, 828 64 96, e-mail: litnasw@literaturanaswiecie.pl

wpłaty należy kierować na konto wydawcy:

Instytut Książki, Bank Gospodarstwa Krajowego

81 1130 1150 0012 1269 2720 0001

Prenumerata zagraniczna - koszt rocznego zamówienia: 60 euro, 80 USD

wpłaty należy kierować na konto wydawcy:

Instytut Książki, Bank Gospodarstwa Krajowego

PL 81 1130 1150 0012 1269 2720 0001 SWIFT CODE: GOSKPLPW

"RUCH" SA

Prenumerata krajowa - zamówienia na prenumeratę przyjmują

Zespoły Prenumeraty właściwe dla miejsca zamieszkania klienta

www.prenumerata.ruch.com.pl

e-mail: prenumerata@ruch.com.pl

Prenumerata ze zleceniem wysyłki za granicę - informację o warunkach prenumeraty i sposobie zamawiania można uzyskać:

+48 22 693 67 75

www.ruch.com.pl

e-mail: prenumerataz@ruch.com.pl

Prenumerata elektroniczna

http://www.nexto.pl/e-prasa/literatura_na_swiecie_p1027983.xml

Czasopismo Instytutu Książki,

wydawane na zlecenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Drukarnia Petit, 20-210 Lublin, ul. Tokarska 13.

Nakład 1700 egzemplarzy.

Adres Wydawcy: Instytut Książki, 31-148 Kraków, ul. Zygmunta Wróblewskiego 6.

Dział Wydawnictw Instytutu Książki, 01-699 Warszawa, ul. Jana Parandowskiego 19

tel. 22 697 05 32, 22 697 05 34; e-mail: czasopisma@instytutksiazki.pl