Henry David ThoreauDziennikprzełożył Juliusz Pielichowski
1837
22 października
"Czym się teraz zajmujesz? - zapytał. - Prowadzisz dziennik?"1 Oto więc sporządzam dziś pierwszy zapisek.
24 października
Każda cząstka natury poucza, że jedno życie odchodzi, aby ustąpić miejsca innemu. Dąb obumiera w ziemi, pozostawiając po sobie bogatą, dziewiczą próchnicę, która życiodajnej siły użyczy młodemu lasowi. Sosna pozostawia po sobie piaszczystą i jałową glebę, twardsze drzewo bogatą i żyzną próchnicę. Tak i to moje ciągłe ścieranie się ze sobą i obumieranie będzie podglebiem mego przyszłego wzrostu. Jak żyję teraz, takie zbiorę plony. Jeśli sadzę sosny i brzozy, moja próchnica nie wyżywi dębu; jedynie sosny i brzozy, a może chwasty i jeżyny będą zaczątkiem mego powtórnego wzrostu.
Bez daty
Jakieś cztery lub sześć tygodni temu miało miejsce dziwne zdarzenie, któremu, jak mi się zdaje, warto poświęcić trochę miejsca. John2 i ja szukaliśmy pamiątek po Indianach, i udało nam się znaleźć dwa groty oraz kamienny tłuczek, gdy w niedzielny wieczór, z głowami pełnymi przeszłości i tego, co z niej zostało, udaliśmy się do ujścia Swamp Bridge Brook. Kiedy zbliżyliśmy się do krawędzi tworzącego brzeg rzeki wzgórza, natchniony tak bliskim mi tematem, wygłosiłem podniosłą pochwałę tamtych srogich czasów, gwałtownie gestykulując, by lepiej oddać ich charakter. "Tam, na Nawshawtuct - powiedziałem - mieli swój obóz, miejsce spotkań plemienia, a tam, na Clamshell Hill, biesiadowali. Tu bez wątpienia było ich ulubione schronienie; tutaj, na tej grani, znajdował się odpowiedni punkt obserwacyjny. Jakże często stali w tym miejscu o tej właśnie porze, gdy słońce gasło za lasem i ozłacało ostatnimi promieniami wody Musketaquid3, a oni rozważali dokonania mijającego dnia oraz snuli plany na jutro, albo łączyli się z duchami ojców, którzy przed nimi odeszli do krainy cieni!"
"Tutaj - wykrzyknąłem - stał Tahatawan, a tam - dokończyłem zdanie - leży grot strzały Tahatawana".
Natychmiast usiedliśmy w miejscu, które wskazałem, po czym, by spuentować żart, sięgnąłem kapryśnie po pierwszy z brzegu kamień, gdy oto - nie wierzyłem własnym oczom! - pierwszy, na jakim położyłem dłoń, myśląc, że służył do rycia w ziemi, okazał się doskonale zachowanym grotem strzały, tak ostrym, jakby właśnie wyszedł spod ręki indiańskiego rzemieślnika!!!
27 grudnia
Rewolucje nigdy nie są nagłe. Ani pojedynczy człowiek, ani wielu ludzi w ciągu wielu lat lub pokoleń nie wystarcza, by uporządkować sprawy i przygotować ludzkość do ruchu rewolucyjnego. Bohater to jedynie kamienny blok wieńczący piramidę - zwornik łuku. Kim byli Romulus czy Remus, Hengest czy Horsa, że winniśmy im przypisywać cały Rzym czy Anglię? Są sławni lub niesławni, ponieważ bieg wydarzeń uczynił z nich kamienie milowe. Ale przecież wiemy, gdzie lawina miała początek, albo gdzie znajduje się nisza w skale, z której wypływa Amazonka. To, co najważniejsze, w sposób naturalny pozostaje w historii cichym i dyskretnym faktem. W 449 trzy saksońskie nawy przybiły do angielskiego brzegu - "Trzy duże statki przybyły od morza, z trzystu rycerzami"4. Najeźdźca angielskiego wybrzeża nie bardziej był założycielem państwa niż plagą z niemieckiego brzegu.
1838
21 stycznia
Każdy liść i każda gałązka były dziś rano pokryte lśniącą lodową zbroją; nawet trawy na odsłoniętych polach obwieszone były niezliczonymi diamentowymi wisiorkami, które dzwoniły wesoło, muśnięte stopami podróżnika. Było to istne pobojowisko pełne roztrzaskanych klejnotów i szlachetnych kamieni. Tak jakby w nocy usunięto jakąś najbardziej zewnętrzną warstwę ziemi, odsłaniając podłoże z nieoszlifowanych kryształów. Widok zmieniał się z każdym krokiem albo przechyleniem głowy w prawo czy w lewo. Były tam opal i szafir, szmaragd i jaspis, beryl, topaz i rubin.
Piękno zawsze jest takie - ani tu, ani tam, ani teraz, ani wtedy - ni w Rzymie, ni w Atenach, ale wszędzie tam, gdzie znajdzie się dusza zdolna je podziwiać. Jeśli szukam go gdzie indziej, ponieważ nie znajduję go w rodzinnych stronach, moje poszukiwania spełzną na niczym.
7 marca
Nie powinniśmy na chłodno analizować naszych myśli, ale - trzymając pióro pewnie i zgodnie z ich nurtem - sporządzić dokładny zapis. Przecież impuls jest najlepszym znawcą języka, a jego logika, nawet jeśli nieposłuszna Arystotelesowi, nie może dla nas nie być najbardziej przekonująca. Im bardziej zbliżamy się do pełnego, ale prostego zapisu naszych myśli, tym łatwiej nam je przyjąć, bo potrafimy znieść myślenie o nas samych, gdy jesteśmy bezczynni lub w mimowolnym działaniu, ale naprawdę rzadko rozumiemy nasze starania, a najmniej ze wszystkiego nasze prawdziwie rzadkie starania.
24 kwietnia
Człowiek obmyśla nowe środki i sposoby przemieszczania się z miejsca na miejsce. Dniami i nocami statki parowe sunęły ostatnio po falach Atlantyku na zachód - to są nowego rodzaju przywódcy obecnego pokolenia. Tymczasem rośliny wschodzą cicho nad potokami, a ponure lasy falują obojętnie; ziemia nie wydaje z siebie nawet jednego ryku, kociołek kipi nad ogniem, a ludzie zajmują się swoimi sprawami.
27 sierpnia
Zaprawdę jestem ofiarą okoliczności. Oto połknąłem niezbędny mi ząb, a więc nie jestem już w pełni człowiekiem, jedynie kaleką, wybrakowaną namiastką człowieka. Nie wiem nic o żadnej bramie do mej duszy, ale wydaje się, że teraz, gdy wejście do tej wyroczni zostało poszerzone, tym rzadsze i banalniejsze są odpowiedzi, które stamtąd dochodzą. Czułem się podle, odkąd przydarzyło mi się to nieszczęście, i niemal nie ważyłem się podnosić głowy między ludźmi. Niczego nie potrafię zrobić równie dobrze i swobodnie jak wcześniej; nie podejmuję się żadnych przedsięwzięć, bo przeszkadza mi ta okoliczność. Jakże wielki kłopot sprowadza maleńka iskra! Jestem pewien, że gdybym został w tej chwili wezwany w gąszcz bitwy, zawahałbym się z powodu braku tak nieznacznego elementu zbroi, jak ząb. Cnota i Prawda muszą się obejść bez mojej obrony, zarzuca mi się Fałsz oraz Komedianctwo - choć, w rzeczy samej, jestem tylko bezzębny. Nie potrzeba trzęsienia ziemi, by odczuwać wstrząsy, skoro tak niewielki uszczerbek może się okazać przeszkodą nie do sforsowania. Ale niech kulawy rozprostuje nogę i przyłączy się w wyścigu do najszybszych. Tym sposobem uczyni, co było mu pisane. A ten, kto stracił ząb, niech szeroko otworzy usta i trajkocze, sepleni i bełkocze z takim przekonaniem, jak jeszcze nigdy dotąd.
5 września
Dzisiejszego popołudnia pierwszy raz do mnie dotarło, jakim cudem jest rzeka - ogromna masa materii, nieustannie tocząca wody przez pola i łąki tej bogatej ziemi, śpiesząca z wyżyn, mijająca stateczne osady jej mieszkańców i egipskie piramidy, aż do niespokojnego ujścia. Można by pomyśleć, że ludzie mieszkający u źródeł Missisipi i Amazonki, kierując się naturalnym impulsem, podążą szlakiem swoich wód, aby ujrzeć sam kres materii.
20 września
Rozkosznie jest zatonąć w myślach we wrześniowe popołudnie, w promieniach słońca, opierając się o mur - przytulić się do szarego kamienia i wsłuchać w syrenią pieśń świerszcza. Dzień i noc wydają się wtedy nieistotnymi zdarzeniami, a czas jest nieprzemijającym spokojem wieczoru i zwieńczeniem szczęśliwego dnia. Spieczone pola i ozłocone skośnymi promieniami słońca dziewanny są moją strawą. Nie znam słów, które trafniej wyrażają owo usposobienie Natury niż Alma Natura.
Grudzień
Próżno mi objaśniać Ciszę. Nie da się jej przełożyć na angielski. Przez sześć tysięcy lat ludzie tłumaczyli ciszę z właściwą sobie niewiernością; wciąż milczy odrobinę lepiej niż zamknięta księga. Przez pewien czas człowiek może żyć w przekonaniu, że nad nią panuje, i że pewnego dnia ją zgłębi, ale i on w końcu ucichnie, a ludzie tylko wspomną, jak odważny był na początku; albowiem, gdy w końcu w nią zanurkuje, tak wielka będzie różnica między tym, co powiedziane, a tym, co niewypowiedziane, że to pierwsze zda się ledwie bańką powietrza na powierzchni w miejscu, w którym zniknął.
1839
9 lutego
Trzeba człowieka, by w pokoju zapanowała cisza.
3 marca
Poeta.
Musi być więcej niż naturalny - wręcz nadnaturalny. Natura nie przemówi przez niego, ale wraz z nim. Jego głos nie będzie pochodził od niej, ale to on - oddychając nią - sprawi, że stanie się ona wyrazem jego myśli. Tylko wówczas uprawia poezję, gdy ze zjawiska naturalnego czyni duchowe. Gdy mówi, nie odnosząc się do czasu ani miejsca. Jego myśl to jeden świat, a jej - drugi. Jest drugą Naturą - bratem Natury. Nawzajem świadczą sobie uprzejmości. Każde z nich ogłasza prawdę drugiego.
25 lipca
Nie ma innego lekarstwa na miłość, niż kochać jeszcze bardziej5.
17 września
Natura nigdy się nie spieszy; jej sprawy toczą się w równym tempie. Pąk nabrzmiewa niepostrzeżenie, bez pośpiechu i zamętu, tak jakby krótkie wiosenne dni były wiecznością. Wszystkie jej odrębne działania wydają się, w danej chwili, związane pojedynczym celem, ku któremu wszystkie rzeczy niespiesznie zmierzają. Dlaczego więc człowiek miałby się spieszyć, skoro ma nie mniej niż wieczność na dokonanie najdrobniejszego czynu? Niech zużyje tyle eonów, ile trzeba, by dobrze wykonać najlichsze zadanie, choćby było to jedynie obcinanie paznokci. Jeśli zachodzące słońce wydaje się go pospieszać, by lepiej wykorzystał dzień, póki dzień jeszcze trwa, śpiew świerszczy go uspokaja, równomierny jak dawniej, pouczając, by odtąd już zawsze właśnie tak spędzał swój czas. Mądry człowiek jest spokojny, nigdy nie jest nerwowy czy niecierpliwy. W każdej chwili pomieszkuje tam, gdzie akurat przebywa, podobnie jak ciało niektórych wędrowców odpoczywa z każdym stawianym krokiem, podczas gdy inni nigdy nie rozluźniają mięśni nóg, aż narastające zmęczenie w końcu każe im znieruchomieć.
Tak jak mędrzec nie pragnie, aby czas na niego zaczekał, tak też sam nie czeka na czas.
5 listopada
Ajschylos.
Był jeden człowiek, który w tamtym czasie żył swoim własnym zdrowym attyckim życiem. Słowa, które dotrwały do naszych czasów, dowodzą, że ich autor był w swej epoce i swoim pokoleniu prorokiem. Dziś nic nie są one dłużne udramatyzowanej formie, scenicznej maszynerii, ani takim czy innym okolicznościom, w jakich były wypowiadane. W milczeniu pomija się wszystkie odcienie sztuki, służące zaspokojeniu koturnowego smaku, by dojść do najdrobniejszej cząstki absolutnej i prawdziwej myśli, którą w sobie zawierają. Czytelnik będzie jednak rozczarowany, jeśli szuka przejawów rzadkiej mądrości bądź elokwencji, i w dużej mierze będzie musiał się zadowolić człowieczeństwem poety i tym, co znalazł on w sobie do wypowiedzenia. Odkryje, że - jak każdy geniusz - był w swoim czasie człowiekiem samotnym i wytwórcą.
Mamy w zwyczaju twierdzić, że zdrowy rozsądek danej epoki znalazł już wyraz w wizji proroka poprzedniej - tak jakby czas dał mu jakąkolwiek przewagę. Ale tak nie jest: ja nie dostrzegam nic, ale Geniusz zaczyna tam, gdzie inni oraz wszystkie pokolenia ludzi trwają w zawieszeniu, czekając, aż przyjdzie i poświęci im swoją myśl. Zdrowy rozsądek nie jest szczególnie zaznajomiony z żadną prawdą, ale Geniusz ukazuje mu ją w innym świetle. Pozwól prorokowi spojrzeć na najnudniejszy i najtrywialniejszy fakt, a sprawi, że uwierzysz, iż to nowa planeta na niebie.
Jeśli chodzi o krytykę, człowiek nigdy nie musi brać poprawki na drugiego człowieka; za nic nie musi przepraszać, o niczym pamiętać.
Cała przeszłość jest obecna tu i teraz, żeby ją wypróbować; niech się obroni, jeśli zdoła.
7 listopada
Aż do dziś nie byłem świadom obecności dorastającego i już dorosłego pokolenia. Dzieci wydają mi się równie krzepkie i świeże, co grzyby porastające ogrodzenie. Jakie pokrewieństwo wiąże mnie z tymi sprężystymi i rosnącymi w siłę zastępami ludzkości? Czymże są, jeśli nie nowym zielem, rozciągającym się na wszystkie królestwa przyrody, czerpiącym tysiącem korzeni i włókien pożywienie ze wszystkich gleb.
1840
26 stycznia
Żadna definicja poezji nie jest trafna, jeśli sama nie jest poezją. Najbardziej drobiazgowa jej analiza, dokonana z największą nawet uczonością, to wciąż za mało, a poeta natychmiast dowiedzie jej fałszu, odsuwając na bok jej przesłanki. Jest ona, w rzeczy samej, tym wszystkim, czego nie wiemy.
Poeta nie musi dostrzegać, że łąki są czymś więcej niż ziemią, trawą i wodą, ale że właśnie nie są niczym mniej. Nie musi odkrywać, że kwiaty ziemniaka są tak samo piękne jak fiołki, jak sobie roi farmer, a jedynie jak dobre są kwiaty ziemniaka.
Wiersz wychodzi spod stóp poety, cały jego ciężar spoczywał na tym gruncie.
Kieruje się surowszą logiką niż logik.
Równie dobrze można ruszyć w pogoń za tęczą i spróbować objąć ją na najbliższym wzgórzu, co objąć całą poezję, nawet myślą. Najlepsza książka jest tylko jej zwiastunem, podobnym do tych, jakie czasami wszywa się w okładkę.
Jej ekscentryczna i niezbadana orbita obejmuje cały system.
21 marca
Świat jest dziś udatnym teatrem, w którym można odegrać dowolną rolę. Ta oto chwila podsuwa mi dowolny sposób życia, jakie ludzie wiodą na tym świecie, lub jakie wyobraźnia potrafi odmalować. Zanim przyjdzie następna wiosna, mogę być pocztylionem w Peru, plantatorem w Afryce Południowej, skazańcem na Syberii, wielorybnikiem na Grenlandii, osadnikiem na rzece Columbia, kantońskim kupcem lub żołnierzem na Florydzie, poławiaczem makreli na przylądku Sable, Robinsonem Crusoe na Pacyfiku lub milkliwym nawigatorem na dowolnym morzu. Wybór ról jest tak szeroki - żeby tylko rola Hamleta nie okazała się nie do obsadzenia!
Cieszę się większą wolnością niż jakakolwiek planeta; żadna skarga nie sięga drugiego końca świata. Mogę się odsunąć od opinii publicznej, od rządu, religii, edukacji, społeczeństwa. Czy ktoś uzna, że podlegam opodatkowaniu w hrabstwie Middlesex, albo wyceni mnie na jedną włócznię pod palmami Gwinei? Czy mam uprawiać kukurydzę i ziemniaki w Massachusetts, a może figi i oliwki w Azji Mniejszej? Spędzić dzień w biurze na State Street, a może na tatarskich stepach? W poszukiwaniu swojego Brobdingnag mogę popłynąć do Patagonii; w poszukiwaniu krainy Liliputów - do Laponii. W Arabii i Persji moje przygody mogą przewyższyć przyjemność czerpaną z Tysiąca i jednej nocy. Mogę być drwalem w górnym biegu Penobscot, aby w przyszłości przybrać w baśni postać ziemnowodnego boga rzeki, o równie wdzięcznym imieniu jak Tryton czy Proteusz; mogę przewozić futra z Nootki do Chin i zdobyć większą sławę niźli Jazon i jego złote runo; lub wyruszyć na wyprawę badawczą na Morze Południowe, która następnie zostanie opisana jak w periplusie Hannona. Mogę ruszyć śladem Marco Polo lub Mandeville'a.
To tylko niektóre z możliwości, a ile jeszcze innych rzeczy mógłbym zrobić, którym nic nie dorówna!
Z wyroku Losu nasze korzenie nie tkwią głęboko w ziemi, a tutaj to nie cały świat. Kasztanowiec gładki6 nie rośnie w Nowej Anglii; rzadko się tu słyszy przedrzeźniacza. Dlaczego nie dotrzymać kroku dniowi i słońcu nie pozwolić zajść, nie zostać w tyle za latem i migrującymi ptakami? Czy nie powinniśmy współzawodniczyć z bawołem, który dotrzymuje kroku porom roku, skubiąc pastwiska Kolorado tak długo, aż zieleńsza i słodsza trawa będzie nań czekała w Yellowstone? Dzika gęś jest większą kosmopolitką niż my; przerywa swój post w Kanadzie, obiad spożywa na rzece Susquehanna, a na noc mości się na mokradłach Luizjany. Gołąb przenosi w swoim wolu żołędzia od króla Holandii aż na linię Masona i Dixona. A jednak jesteśmy przekonani, że jeśli na naszych farmach rozbierzemy drewniane płoty i zastąpimy je kamiennymi murami, na dobre wytyczone zostaną granice naszego życia i nasze losy będą przesądzone. Jeśli zatrudnisz się jako miejski urzędnik, zaiste, nie uda ci się tego lata wybrać do Ziemi Ognistej.
Ale cóż z tego wszystkiego wynika? Człowiek mógłby ułożyć swoje kończyny wygodnie w łupinie ogromnej dyni, plecami do północno-wschodniej granicy, i wcale nie odczuwać ciasnoty. Nasze kończyny, w rzeczy samej, mają dość miejsca, ale nasze dusze rdzewieją w kącie. Bez ustanku odbywajmy więc wewnętrzne wędrówki i rozbijajmy nasz namiot każdego dnia trochę bliżej zachodniego horyzontu. Naprawdę żyzne gleby i bujne prerie leżą po tej stronie Alleghenów. Jeszcze się nie pojawił Hannon uczuć. Ich włości to niezbadana ziemia, pod panowaniem Mogołów.
30 marca
Jakie rzeczy mnie zajmują? Długi, obfity deszcz, krople spływające po zaroślach, gdy leżę przemoczony na łożu z zeszłorocznego dzikiego owsa, przy zboczu jakiegoś nagiego wzgórza, i rozmyślam. To ważne chwile. Patrzę na krystaliczną łzę, wysłaną właśnie z nieba, aby się ze mną połączyła. Chmury i posępna pogoda otaczają mnie ze wszystkich stron, zbliżamy się do siebie i poznajemy nawzajem; najpierw zbieranie się chmur w pośpiechu i ostatni, zamierający powiew wiatru, a potem regularne kapanie wśród gałązek i liści gdzieś dalej, wrażenie wewnętrznego spokoju i wspólnoty, mokre zarośla i drzewa, które obrzucają cię kropelkami, gdy idziesz; ich ciemny zarys widziany przez strugi deszczu z każdej strony, zwieszający się nad tobą z czułością. To moje niekwestionowane terytorium. To jest prawdziwie angielski spokój Natury. Ptaki się przybliżają i pośród gęstego listowia wydają się bardziej znajome, tworząc nowe melodie na swoich gałęziach pod słońcem.
20 kwietnia
Wszechświat nie czeka, aż ktoś go wyjaśni. Ktokolwiek na poważnie myśli o jego teorii, z miejsca zostaje daleko w tyle. Jego "tak" nie zachowało dla siebie żadnego "nie" na jutro.
Najmędrsza z reguł nie jest lepsza niż jej brak. Prorok już teraz s z e p c z e swoje w i z j e do nagich ścian; żadna okoliczna publiczność nie może ich usłyszeć.
Przechadzka wcześnie rano to błogosławieństwo dla całego dnia. Moim sąsiadom, którzy wstali we mgle i deszczu, opowiadam o czystym wschodzie słońca i śpiewie ptaków jak o jakimś uświęconym micie. Spoglądam wstecz na te świeże, choć już odległe godziny, jak na dawne czasy, gdy panowały krzepkość i kwitnące zdrowie, a każdy czyn był prosty i bohaterski.
18 czerwca
Z przyjemnością natknąłbym się w lesie na człowieka. Chciałbym, by było to jak spotkanie z reniferem albo łosiem.
Wpadam w popłoch, gdy sobie uświadamiam, jak mało jestem n a p r a w d ę przejęty tym, o czym piszę w dzienniku.
19 lipca
Te dwa dni, gdy nie pisałem w Dzienniku, oznaczone w kalendarzu jako 17 i 18 lipca, były niczym cała epoka, w której imperium syryjskie zdążyłoby powstać i upaść. Ile Persji zostało utraconych i odbitych w międzyczasie? Noc przystrojona jest nowymi gwiazdami.
1841
29 stycznia
Ze wszystkich dziwnych i niewytłumaczalnych spraw najdziwniejsze jest prowadzenie tego dziennika. Nie pozwala przewidzieć, czemu właściwie ma to służyć; to, co w nim dobre, wcale nie jest dobre, a co złe - złe. Gdy dokładam wszelkich starań, aby wydobyć na światło dzienne moje najgłębiej skrywane i najkosztowniejsze towary, moja lada wydaje się zaśmiecona wyrobami najgorszego sortu; ale po miesiącach, albo po latach, mogę w tym zagmatwanym stosie odkryć bogactwa Indii i rzadkie specjały sprowadzone aż z Chin, a to, co wydawało się girlandą z suszonych jabłek lub dyni, może się okazać łańcuszkiem brazylijskich diamentów lub pereł z Coromandel.
30 stycznia
Idę tropem lisa, który ma nade mną kilka godzin przewagi; którego być może jednak sam spłoszyłem, stawiając kroki z takim napięciem, jakbym był na tropie samego Ducha, pomieszkującego w tych lasach, którego już wkrótce miałbym złapać w jego norze.
Śnieg na żadne drzewo nie pada tak samo, a formy, które przybiera, są tak różne, jak gałązki i liście, które dają mu gościnę. Są jak gdyby z góry określone przez ducha drzewa. Tak więc jeden boski duch zstępuje na wszystkie z nich jednakowo, ale na każdym wydaje inny owoc. Gdy płatki śniegu osiadają na polach i skałach, przybierając kształt różnych rozpadlin i powierzchni, na które padają, boskość spływa na wszystkich ludzi.
Oto wyraźny trop lisa ciągnący się przez ćwierć mili w poprzek stawu. Ciekawi mnie, co zdecydowało o jego wdzięcznych krzywiznach, większej lub mniejszej odległości między śladami oraz ich wyrazistości, i jak bardzo cały ten trop odpowiada wahaniom jakiegoś umysłu, dlaczego najpierw prowadzi mnie dwa kroki w prawo, a następnie trzy w lewo. Skoro kwestie te nie będą przywołane i rozliczone w Księdze Życia Baranka, to ja zanotuję je dla beztroskich buchalterów. Oto jeden z przejawów boskiego umysłu dzisiejszego ranka. Staw był jego dziennikiem, a wczorajszy śnieg niczym tabula rasa. Zgaduję po kształcie śladu, w którą stronę ów umysł skierował się dziś rano, jaki horyzont widział przed sobą; czy poruszał się powoli, czy raczej szybko, z większą czy mniejszą prędkością i intensywnością, ponieważ nawet najszybszy krok zostawia trwały ślad.
Staw Fair Haven jest p o c i ę t y śladami lisów, można zobaczyć, gdzie hasały, oddając się setkom akrobacji, co świadczy o pewnej osobliwej próżności i skłonności do zabawy w naturze.
Nagle, spoglądając w dół rzeki, zobaczyłem lisa oddalonego o sześćdziesiąt prętów, zmierzającego w kierunku wzgórz po mojej lewej stronie. Ponieważ śnieg był głęboki na pięć cali, brnął naprzód powoli, ale mnie zupełnie to nie przeszkadzało. Poddając się instynktowi pościgu, zadarłem głowę do góry i skoczyłem przed siebie, niczym lis węsząc w powietrzu, z każdym susem zostawiając za sobą świat i Ludzką Społeczność. Zdawało mi się, że lasy rozbrzmiewają rogiem myśliwego, a Diana i wszyscy satyrowie włączyli się w pościg i mnie dopingują. Młodzież olimpijska i elejska wymachiwała rękami na wzgórzach. W międzyczasie szybko zbliżałem się do lisa; jednak wykazywał niezwykłą trzeźwość umysłu, ponieważ zamiast wspinać się w górę po zboczu, które w tym miejscu było strome i nagie, biegł wzdłuż niego w kierunku lasu, choć przez to tracił przewagę. Mimo iż kierował nim strach, nie zrobił ani jednego kroku, który nie byłby piękny. Obrany przez niego kurs był serią najbardziej wdzięcznych zawijasów. Był to sprint godny lamparta, powinienem dodać, jakby śnieg w żaden sposób mu nie zawadzał, a on cały czas umiejętnie gospodarował swoimi siłami. Gdy zaczął nadkładać drogi, okrążyłem go i mu ją odciąłem, napędzany świeżym wigorem, niczym Antajos odzyskując siły za każdym razem, gdy moje stopy dotykały śniegu. Gdy zbliżyłem się na tyle, że widziałem go już bardzo dobrze, a on wślizgiwał się do lasu, dostojnie wyciągnąłem dłoń w jego stronę, oddając mu palmę pierwszeństwa. Pobiegł, jakby nie miał w swoim ciele ani jednej kości, od czasu do czasu opuszczając pysk na śnieg, na pręt lub dwa, a następnie podrzucając głowę do góry, kiedy był zadowolony z obranego kierunku. Kiedy zbliżał się do pochyłości, składał razem przednie łapy i zsuwał się w dół jak kot. Stawiał kroki tak cicho, że nie dałoby się go usłyszeć nawet z bliska, a jednak z taką ekspresją, że nie byłby tak całkiem niesłyszalny nawet z najmniejszej odległości. Mając nadzieję, że to doświadczenie będzie dla niego cenną nauką, gościńcem rzeki wróciłem do miasteczka.
8 lutego
Mój dziennik to ta część mnie, która inaczej mogłaby się rozlać i zmarnować; to plon, który zbieram, gdy pracuję. Nie wolno mi żyć dla niego, ale w nim - dla bogów. Są moimi korespondentami, którym codziennie wysyłam te kartki pocztowe. Jestem urzędnikiem w ich dziale księgowym, wieczorem przenoszę rachunek z księgi dziennej do księgi głównej. Jest jak liść, który na ścieżce wisi nad moją głową. Zginam gałązkę i spisuję na liściu swoje modlitwy; gdy ją puszczam, gałąź strzela do góry i przekazuje moją bazgraninę niebu. Jak gdyby nie tkwiła zamknięta w moim biurku, ale była tak jawna jak każdy liść w naturze. To papirus nad brzegiem rzeki, welin na pastwiskach, pergamin na wzgórzach. Znajduję je wszędzie tak wolne jak liście, które jesienią gromadzą się wzdłuż ścieżek. Wrona, gęś, orzeł unoszą moje pióro, a wiatr rozwiewa liście tak daleko, jak daleko jestem w stanie zajść. A kiedy moja wyobraźnia nie szybuje w górze, ale brnie po omacku przez błoto i muł, piszę trzciną.
[urwiska Fair Haven]
Zawsze coś przypadkowego, bazgroł, a upamiętnia jakieś zdarzenie - równie wielkie jak trzęsienie ziemi czy zaćmienie. Jak zwiędłe liście w tamtym wazonie, zebrałem je daleko stąd. Wyżyny i niziny, lasy i pola zostały przeczesane.
15 kwietnia. Czwartek
Bogowie nie należą do żadnej sekty; nie trzymają z żadnym z ludzi. Gdy sobie wyobrażam, że Natura skłania się raczej ku nielicznym szczerym i wiernym duszom, jakby istniała specjalnie dla nich, zaglądam do pewnego skromnego człowieka, który żyje u stóp wzgórza, pozostawiając zarówno bogów, jak i ludzi samym sobie, i kiedy odkrywam, że truskawki i pomidory rosną także w jego ogrodzie, a słońce wyleguje się gościnnie na jego wzgórzu - zmuszony jestem uznać nieprzekupną hojność bogów.
Każdy prosty, niepodważalny sposób życia pociąga ludzi. Człowiek, który cierpliwie uprawia groszek na własne potrzeby, jest więcej niż godzien szacunku. Sąsiedzi powinni mu zazdrościć.
27 maja. Czwartek
Siedzę w łodzi na stawie Walden, grając dziś wieczorem na flecie, i dostrzegam krążącego wokół mnie okonia, którego, jak się zdaje, zaczarowałem, podczas gdy księżyc odbywa swoją podróż po dnie usłanym gałęziami z pobliskich drzew, i czuję, że tylko najdziksza wyobraźnia jest w stanie wystawić sobie życie, jakie prowadzimy. Natura jest czarodziejem. Noce w Concord są dziwniejsze niż te z Księgi tysiąca i jednej nocy.
Potrzeba nam przestrzeni nie tylko dla łokci, ale i przestrzeni dla oczu w tym siwym powietrzu, które spowija pola. Czasami, przy dziennym świetle, sięgam wzrokiem ponad główną drogą aż do czubków tamtych brzóz na wzgórzu, a niekiedy też przy świetle księżyca.
Niebo jest w górze, bo powietrze ma głębię.
Jak dotąd w całym swoim życiu niczego nie zostawiłem za sobą.
4 września. Sobota
Myślę, że mógłbym napisać poemat zatytułowany "Concord". Za temat posłużyłyby mi Rzeka, Lasy, Stawy, Wzgórza, Pola, Bagna i Łąki, Ulice i Domy, oraz Mieszkańcy Miasteczka. Następnie Poranek, Południe oraz Wieczór, a także Wiosna, Lato, Jesień i Zima, Noc, Babie Lato i Góry na Horyzoncie.
Książka powinna być tak prawdziwa, by zdawała się bliska i znajoma wszystkim ludziom, niczym słońce na ich twarzach - jak słowo, które czasami latem w lesie wypowiada się do kompana, a potem obaj milczą.
30 listopada
Dobra poezja wydaje się tak prosta i naturalna, że kiedy ją napotkamy, dziwimy się, że wszyscy ludzie nie zawsze są poetami. Poezja nie jest niczym innym jak zdrową mową. Chociaż mowa poety trafia w sedno rzeczy, to jednak jest on zasadniczo kimś, kto zwraca się do Natury z uprzejmością, jak do jakiejś drugiej osoby, i w pewnym sensie jest nauczycielem dla świata. Choć bardziej niż ktokolwiek inny stoi pośrodku Natury, bardziej niż ktokolwiek może także stanąć z dala od niej. Być może najlepsze wiersze mówią mi tylko tyle, że ów człowiek po prostu widział, słyszał lub czuł to wszystko, co wydaje mi się moim najpowszedniejszym doświadczeniem.
1842
8 stycznia. Sobota
Gdy, tak jak teraz, południowy wiatr topi styczniowy śnieg i odsłania nagą ziemię, pokrytą wyschniętymi trawami, a miejscami również zwiędłymi zielonymi liśćmi, które wydają się wahać, czy porzucić ostatecznie swą zieleń, czy może jednak wchłonąć nowe soki na nadchodzący rok - o tej porze roku zapachy zdają się dobywać z samej ziemi, a południowy wiatr topi także i moją skorupę. Ona - ziemia - jest moją matką. Czerpię najprawdziwszą siłę z zapachu burzy sunącej nad jej nagą powierzchnią, jak z pożywnych mięs, i ponownie sobie uświadamiam, w jak dużym stopniu człowiek jest podopiecznym natury. Za każdym razem odczuwamy wdzięczność i radość, gdy karmi nas zjawiskami, a nasze potrzeby zdają się częścią domowej gospodarki Natury.
Co najbardziej mnie razi w moich kompozycjach to ich warstwa moralna. Skruszeni nigdy nie przemawiają z odwagą. Ich obietnice powinny być mamrotane w ciszy. Mówiąc wprost, moralność nie jest zdrowa. Niezasłużone radości, które przychodzą bez powodu i sprawiają, że jesteśmy bardziej zadowoleni niż wdzięczni, służą pieśni najlepiej.
20 lutego
Śmierć przyjaciół powinna inspirować nas równie mocno, jak ich życie. Jeśli ich wielkość i bogactwo są wystarczające, pozostawią żałobnikom pociechę przewyższającą wydatki związane z pogrzebem. Nie trudno przyjdzie się rozstać z czymś, co posiada wartość materialną, dlatego że ją posiada. Jak dobro mogłoby odejść z tego świata? To nie ono przychodzi i odchodzi, ale my. Czy powinniśmy go wypatrywać? Czy ono jest od nas powolniejsze?
21 lutego
Muszę przyznać, że nie ma dla mnie nic równie obcego, jak moje własne ciało. Niemal wszystko inne w naturze kocham bardziej.
Zawsze byłem świadom dźwięków w naturze, których moje uszy nigdy nie usłyszą - że wychwytuję ledwie zapowiedź melodii. Zawsze się wycofuje, gdy się do niej zbliżam. Jest gdzieś z tyłu, ona i jej znaczenie. Czy moja wiara i oczekiwanie nie uczynią sobie w końcu uszu? Nigdy nie widziałem do końca, ani nie słyszałem do końca; najlepsza część zawsze pozostaje niewidoczna i niesłyszana.
Jestem jak piórko unoszące się w powietrzu; z każdej strony niezgłębiona przestrzeń.
Czuję się tak, jakby minione lata były jednym zatłoczonym miesiącem, a jednak powtarzalność tego, co się z nich ostało [w tym miejscu w rękopisie brak dwóch linijek tekstu], miło widzieć w teraźniejszości. W dużej mierze żyłem niezdrowo, bo zbyt blisko siebie. Wpadałem na siebie i nie potrafiłem się wyzbyć swej ciasnoty. Nie mogę chodzić wygodnie i przyjemnie, jeśli nie trzymam siebie daleko na horyzoncie. Bo dusza rozjaśnia ciało i sprawia, że staje się ono znośne. Moja dusza i ciało razem się zataczały, potykając się i przeszkadzając sobie nawzajem, jak niedoświadczone bliźnięta syjamskie. Powinny iść zgodnie, aby żadna przeszkoda nie była bliżej niż firmament.
W duszy musi być jakaś ciasnota, która zmusza do posiadania sekretów.
17 marca. Czwartek
Przez cały dzień robiłem ołówki, a po wszystkim, wieczorem, odwiedziłem starego kolegę ze szkoły, za którego sprawą Kanał Wellandzki będzie żeglowny dla statków, omijając Niagarę. Nie dostrzega możliwości i pomysłów na życie, które dostrzegam ja; twierdzi, że niczego nie należy szukać poza pewnymi "udogodnieniami". I tak każdy z nas kroczy w ciszy inną drogą, ze spokojem ducha, ja przez miasteczko przy świetle księżyca rozświetlającym piękny wieczór, aby zanotować tych kilka myśli w dzienniku, podczas gdy on, zapewne, dopracowuje swoje plany, aby były nie mniej udatne, choć inne. Takimi zostaliśmy stworzeni, te same gwiazdy cicho świecą nad nami. Jeśli ja lub on jesteśmy w błędzie, Natura spokojnie przyzwala na wszystko. Przygryza wargę i się uśmiecha, by zobaczyć, jak jej dzieci dochodzą ze sobą do porozumienia. Tak więc buduje się Kanał Wellandzki, oraz inne udogodnienia, za mojego życia. Muszę przyznać, że z pożytkiem. Dzięki temu szybkie statki nie będą niepotrzebnie wstrzymywane.
Co zwiastuje ta zmieniająca się pogoda - chwilami marznę, kulę się w sobie, aby się ogrzać, a po chwili sobie mówię, że to południowy wiatr, i idę dalej, i jest mi znów ciepło i przyjemnie? Czasami się zastanawiam, czy nie oddycham wiatrem z Południa.
21 marca
Któż jest wystarczająco stary, żeby wiedzieć wszystko z doświadczenia?
30 marca
Jak ciężko jest być spokrewnionym z innymi ludźmi! Są jedynie moimi wujami, ciotkami, kuzynami. Słyszę o jakimś bliskim krewnym, ale tylko ten nim jest, kto całą ludzkość ma za przyjaciela. Nasze stosunki z najlepszymi z ludzi szybko okazują się płytkie i trywialne. Już nas nie inspirują. Po pierwszym entuzjazmie pojawiają się miałkość i pustka. Soki odżywiające szlachetne plany wysychają, a planujący z rozpaczą wracają do "zdrowego rozsądku i pracy". Jeśli mogę użyczyć trochę swojego życia i serdeczności społeczeństwu, czy nie powinienem oddać tej przysługi? Dlaczego bogowie nie wymieszają choć odrobiny wina szlachetności z powietrzem, którym oddychamy? Niech cnota ma mocne oparcie w ziemi. Tylko gdzie ona mieszka? Kim oni są, ta sól ziemi? Czy Miłość nie może mieć na ziemi miejsca spoczynku równie pewnego jak słońce na skale? Zatopione w skale kryształy skrzą się i lśnią z daleka, jak gdyby rzeczywiście ubogacały naszą planetę; ale gdzie trwale się skrzy i lśni cnota? Zbyt szybko została uznana za coś zbędnego, zanim ziemia była gotowa ją przyjąć.
Słusznie jesteśmy dla siebie bramą niebios i odkupieniem za grzechy, choć na razie nie dostrzegamy tych poślednich i wąskich ścieżek. Idziemy szlakiem nagich szczytów, nie schodząc w doliny.
W gruncie rzeczy ludzie nie spotykają się ze względu na łączącą ich zażyłość i obopólne zrozumienie, ale z miejsca sprowadzają się nawzajem do roli marionetek. Zachowują się tak, jakby ustalili, że w danych okolicznościach poznają się tylko trochę. Rzadko dochodzą do tego [punktu], w którym mówią o sobie bezinteresownie i traktują się nawzajem jak morze i las, chętni dowiedzieć się o sobie czegoś nowego i inspirującego.
Najpełniejsze obcowanie i zrozumienie, jakie mogą osiągnąć, jest w ciszy ponad i poza mową. Powinniśmy zachować prostotę, by móc polegać na słowach. To, co już wiemy, zawsze objaśnia nasze słowa. Nie potrafię sobie przypomnieć, co jakiś człowiek powiedział, ale jakże mógłbym zapomnieć, kim on dla mnie jest? Znamy się lepiej, niż nam się wydaje; mamy wgląd w zaskakująco intymne sekrety każdej osoby, którą spotykamy, i gdy zajdzie taka potrzeba, dowiemy się, jak dobrze ją znaliśmy. Dla mojej samotnej i odległej myśli mój bliźni pozbawiony jest spowijającej go aury, widzę go w jego intymności i nagości jak gwiazdę za szybą.
1845
5 lipca. Sobota
Walden. - Przyszedłem wczoraj, żeby tu zamieszkać. Mój dom przypomina mi domy w górach, jakie kiedyś widziałem, które zdawały się skąpane w aurze poranka, świeższej niż w komnatach Olimpu, jak je sobie wyobrażam. Zeszłego lata mieszkałem w domu tartacznika, w górach Catskill, wysoko, aż pod Pine Orchard, w okolicy obfitującej w borówki i maliny, gdzie cisza, nieskazitelność i chłód zdawały się jednym - i miały w sobie coś boskiego. Człowiek ów miał tartak na wodospadach Kaaterskill. Cała rodzina, podobnie jak jej dom, była prawa i krzepka, tak w środku, jak i na zewnątrz. Dom nie był otynkowany, a jedynie obity deskami, pomieszczenia w nim nie miały drzwi. Zdawał się posadowiony wysoko, był przestronny i pełen zapachów, idealny, by zadowolić podróżującego boga. Znajdował się tak wysoko, że cała muzyka, urywki melodii, przeróżne dźwięki i towarzyszący im akompaniament, jakie przetaczały się nad pasmem Catskill, rozbrzmiewały w jego korytarzach. Czy człowiek nie mógłby w takiej siedzibie być sobą? I czy dowie się kiedykolwiek o tym pełnym uniżenia życiu? Rozpościerało się tam światło, atmosfera, w jakiej powstały dzieła sztuki greckiej, i w jakiej spoczęły. Przysposobili sobie przestronniejsze komnaty niż te zajmowane przez zwykłych śmiertelników, przynajmniej na wysokości górskich szczytów tego świata. Brakowało tylko odrobiny blasku niżej położonych dolin, jego miejsce zajął najczystszy półmrok, który przynależał do nieba. Tak jednostajna i spokojna była tam pogoda, że nie można było stwierdzić, czy to poranek, południe czy wieczór. O każdej porze słyszało się porannego świerszcza.
6 lipca
Chcę stanąć wobec faktów życia - tych najistotniejszych, które są zjawiskami albo rzeczywistością, jaką bogowie zechcieli nam ukazać - twarzą w twarz, dlatego tu przybyłem. Życie! Któż wie, czym ono jest, co takiego robi? Jeśli nawet nie do końca mam rację, mylę się mniej niż wcześniej; a teraz zobaczmy, co dla nas przygotowali.
Przed 18477
Bez daty
To, co nazywamy mówieniem, jest niezwykłym, choć moim zdaniem zupełnie powszechnym przejawem życia ludzkiej społeczności. Najzwyklejszym zjawiskiem, gdy spotykają się mężczyźni lub kobiety, jest rozmowa. Uczony mógłby z pewnością przeprowadzić stosowny eksperyment w laboratorium i odnotować to jako fakt w swoim dzienniku. Tę cechę naszej rasy można uznać za pewną. Bez wątpienia każdy może przywoływać na myśl liczne, niebudzące żadnych wątpliwości przypadki. Powiada się, i jest to prawdą, że niektóre narody wyrażają się bardziej jasno niż inne; ale zasada ta obowiązuje wśród tych, które mają najmniej liter w alfabecie. Ludzie nie potrafią długo razem przebywać i nie mówić, zgodnie ze społecznymi zasadami uprzejmości (ponieważ wszyscy ludzie mają dwoje uszu i tylko jeden język, muszą spędzać dodatkowe, nieuniknione godziny na słuchaniu w milczeniu podszeptów swojego geniuszu, i to właśnie czyni ciszę w moich oczach godną szacunku). Nie żeby mieli sobie cokolwiek do przekazania, lub żeby zrobili coś naturalnego albo ważnego, o czym warto powiedzieć. Za powszechnym przyzwoleniem korzystają po prostu z wynalazku mowy i prowadzą konwersację, dobrą lub złą. Mówią różne rzeczy - o tym, o tamtym. Wygłaszają swoje "opinie", jak to nazywają.
Umiejętnie zachowując milczenie, nieraz widziałem, jak ludzie popadają w złość i zakłopotanie. Siedzisz zamyślony, jakbyś znalazł się z powrotem pośród rozległej natury. Nie mogą tego znieść. Ich położenie z każdą chwilą staje się dla nich coraz bardziej nieznośne. Tyle człowieczeństwa przeciwko nim, bez żadnego przebrania - choćby przebrania mowy! Nie mogą tego znieść, ani na stojąco, ani na siedząco.
Ludzie nie tylko muszą mówić, ale najczęściej muszą mówić o mówieniu - choćby o książkach, albo o martwych i dawno pogrzebanych rozmowach. Czasami mój przyjaciel oczekuje ode mnie kilku zdań. Czy chce zbyt wiele? Myśli, że teraz moja kolej. Czasami mu się wydaje, że powiedział coś ciekawego, ale ja nie dostrzegam żadnej różnicy. Wygląda dokładnie tak samo, jak wcześniej. Cóż, na pewno nic nie stracił. Przypuszczam, że ma tego dużo więcej.
Widziałem też bardzo bliskich, starych przyjaciół, przedstawianych sobie przez bardzo starych nieznajomych z całą swobodą, jaką zapewnia mówienie. Nieznajomy, który zna tylko imiona, mówi: "Jonas - Eldred"; imiona, które może zdałyby się na coś w sądzie (można przypuszczać, że Bóg nie zna chrześcijańskich imion ludzi). Wówczas Jonas, jak żołnierz na warcie, robi uwagę - na przykład chwali pogodę - a Eldred szybko odpowiada, uwalnia pierś, no i się zaczyna. Raz za razem bezinteresownie chwalą Pana albo naturę, i po wszystkim, po części nawzajem z siebie zadowoleni, porzucają karty. Chyba jednak nie byli obecni przy swoich chrzcinach.
Czasami słuchałem tak uważnie i z taką ciekawością całej ekspresji człowieka, że nie słyszałem ani jednego słowa, które wypowiedział, kiedy mówił z coraz większym ożywieniem, widząc moje zaciekawienie.
Ale człowiek byłby dla mnie przedmiotem zainteresowania, nawet gdyby jego język został wyrwany z korzeniami.
Czasami ludzie zachowują się tak, jakby mogli siebie gdzieś katapultować za pomocą koniuszka swojego języka.
1850
Po 26 kwietnia
Hindusi są bardziej pogodni i roztropni w swej religijności od Hebrajczyków. Posiedli być może czystszą, bardziej niezależną i bezosobową wiedzę o Bogu. Ich religijne księgi opisują pierwszą prawdziwie dociekliwą i kontemplacyjną drogę do Boga; Biblia hebrajska mówi o sumiennym powrocie, o znacznie bardziej ponurej i osobistej pokucie. Pokuta nie jest wolną i uczciwą drogą do Boga. Mądry człowiek rezygnuje z pokuty. Jest bulwersująca i pełna pasji. Bóg woli, abyś zbliżał się do niego rozważnie, nie pokutując, nawet jeśli jesteś największym z grzeszników. Tylko o sobie zapominając, możesz się do niego zbliżyć.
Godne podziwu są łagodność i spokój, z jakimi filozofowie hinduscy podejmują zakazane tematy i o nich rozprawiają.
Fragmenty Wed, z którymi się zapoznałem, spłynęły na mnie niczym światło wyższego i czystszego oświecenia, opisujące wznioślejszą drogę przez jakąś czystszą sferę - wolną od tego, co partykularne, prostą i uniwersalną. Wschodzi we mnie jak księżyc w pełni po pokazaniu się gwiazd, brodząc w odległej, letniej sferze niebios.
Wedanta poucza, jak "porzucając obrzędy religijne", wyznawca może "zyskać oczyszczenie umysłu".
Jedno mądre zdanie jest po wielekroć więcej warte niż cały stan Massachusetts.
Wedy przynoszą rozsądną opowieść o Bogu.
Religia i filozofia Hebrajczyków pochodzą od dzikszego i bardziej nieokrzesanego plemienia, któremu brakuje dobrych manier, intelektualnego wyrafinowania i subtelności Hindusów.
Człowiek natychmiast płynie do Boga, gdy tylko kanał czystości - ciała, intelektu i moralności zostanie otwarty.
Dla Hindusów cnota jest ćwiczeniem intelektualnym, a nie czymś społecznym czy praktycznym. To wiedza, nie czyn.
Nie przedkładam jednej religii ani filozofii nad drugą. Nie ma we mnie zrozumienia dla fanatyzmu i niewiedzy, które dokonują przelotnych, częściowych i dziecinnych rozróżnień pomiędzy wiarą lub formą wiary jednego człowieka a wiarą innego człowieka - tak chrześcijańską, jak pogańską. Modlę się o uwolnienie od ciasnoty umysłu, stronniczości, przesady, bigoterii. Dla filozofa wszystkie religie, wszystkie narody są do siebie podobne. Lubię Brahmę, Hariego, Buddę, Wielkiego Ducha, a także Boga.
31 maja
Rok ma o wiele więcej pór niż pory, o których mówi almanach. Jest taki czas blisko pierwszego czerwca, sam początek lata, gdy w bujnej trawie zakwitają jaskry, i po raz pierwszy przypominam sobie o sianokosach i wytworach z mleka. Każdy dostrzega inne epoki. Jest pora, gdy zaczynają pędzić krowy na dalekie pastwiska - około 20 maja - pilnowana przez farmera, choć każdego roku trochę arbitralnie. Krowy spędzają zimę w stodołach i zagrodach, a lato na pastwiskach. Dlatego latem mogą zaryczeć głośno: "Jutro do świeżych lasów, na nowe pastwiska"8. Czasami widzę sąsiada lub dwóch, jak z pomocą chłopców i najemnych pracowników, wcześnie rano, uzbrojeni w kije i z psami, zabierają bydło na odległe pastwiska w New Hampshire, położone pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt mil stąd. To niezapomniany czas dla dzieci farmerów i często ich pierwsza większa podróż. Pasterz na jakimś górskim pastwisku już oczekuje ich przybycia. A jesienią, kiedy ruszają, by przyprowadzić krowy z powrotem, zastanawiają się, czy Janet lub Brindle ich rozpoznają. Słyszałem, jak jeden z chłopców, gdy cielę, jakie pamiętał z wiosny, wróciło jako jałówka, głaszcząc ją po boku, zawołał: "Ona mnie poznaje, tato, ona mnie poznaje". Przyprowadzona, by dołączyć do bydła na tysiącu wzgórz.
Kiedyś podpaliłem las. Pewnego kwietniowego dnia, udając się z towarzyszem łodzią do źródeł rzeki Concord, z czym wiązała się konieczność biwakowania w nocy na brzegu lub poszukania noclegu w wiejskiej gospodzie albo jakimś gospodarstwie, zabraliśmy ze sobą sprzęt wędkarski, abyśmy mogli wyłowić naszą strawę wprost z wody, jak Indianie. Od szewca mieszkającego nieopodal rzeki dostaliśmy zapałki, które zapomnieliśmy zabrać. Chociaż było to wczesną wiosną, poziom wody był niski, jako że nie padało, i udało nam się złapać mnóstwo ryb, wystarczająco dużo, by starczyło na obiad, więc nad brzegiem stawu Fair Haven zabraliśmy się za ich przyrządzanie, żeby zjeść, zanim opuścimy miasteczko. Ziemia była wyjątkowo sucha i ogień, rozniecony daleko od lasu w osłonecznionej niszy na zboczu wzgórza, na wschód od stawu, nagle przeskoczył na wyschniętą, zeszłoroczną trawę, która rosła wokół pniaka, gdzie umieściliśmy ognisko. Najpierw próbowaliśmy gasić rękami i nogami, a następnie deską przyniesioną z łodzi, ale po kilku minutach był już poza naszym zasięgiem; rozpalony na dole wzgórza, piął się szybko w górę po długiej, wysuszonej, szczeciniastej trawie i rosnących tu i tam krzakach.
"Gdzie to się zatrzyma?", zapytał mój towarzysz. Widziałem, że z jednej strony ogień może zostać odcięty przez strumień Well Meadow, ale prawdopodobnie pójdzie w stronę miasteczka po tej stronie strumienia. "Zatrzyma się w mieście" - odpowiedziałem. Gdy mój towarzysz popłynął łodzią z powrotem w dół rzeki, ja wyruszyłem przez las, aby dać znać właścicielom i zaalarmować miasto. Ogień rozprzestrzenił się już na kilkanaście prętów po każdej stronie i, dziko skacząc i trzaskając, kierował się nieodwołalnie w stronę lasu. Płomienie kroczyły naprzód z dziką rozkoszą i czuliśmy, że nie mamy kontroli nad tą demoniczną istotą, której daliśmy początek. Paliliśmy wcześniej wiele ognisk w lesie, wypalając trawę do gołej ziemi, nigdy jednak nie wznieciliśmy pożaru.
Gdy biegłem przez las w kierunku miasteczka, widziałem za sobą dym ponad lasem, wskazujący miejsce i postępy pożaru. Pierwszy farmer, którego napotkałem po wyjściu z lasu, powożący końmi, zapytał o przyczynę dymu. Powiedziałem. "Cóż - odpowiedział - to nie moja sprawa", i pojechał dalej. Następnie spotkałem właściciela na jego polu; natychmiast zawróciliśmy do lasu, całą drogę biegnąc. Przebiegłem już dwie mile. Gdy w końcu dotarliśmy w pobliże płomieni, natknęliśmy się na stolarza, który wcześniej rąbał drewno, człowieka ułomnego, którego z lasu wypędził pożar, tak że teraz uciekał ze swoją siekierą. Farmer ruszył z powrotem, żeby ściągnąć pomoc. Ja, wycieńczony biegiem, zostałem na miejscu. Cóż mogłem zrobić sam wobec szerokiej na pół mili ściany ognia?
Poszedłem powoli przez las do urwiska Fair Haven, wspiąłem się na najwyższą skałę i usiadłem, aby obserwować postępy zbliżających się do mnie płomieni, oddalonych teraz o milę od miejsca, gdzie rozpaliliśmy ogień. W tej samej chwili usłyszałem odległy dźwięk bijącego na alarm dzwonu i wiedziałem, że miasteczko jest już w drodze na miejsce zdarzenia. Do tej pory czułem się jak człowiek winny - nie odczuwałem nic poza wstydem i żalem. Ale teraz szybko sam ze sobą doszedłem do ładu. Powiedziałem sobie: "Kim są ci ludzie, o których mówi się, że są właścicielami tych lasów, i co mnie z nimi łączy? Zaprószyłem ogień w lesie, ale nie zrobiłem nic złego, a teraz jest tak, jakby sprawił to piorun. Ten ogień trawi tylko swoje naturalne pożywienie". (Od tamtego dnia nigdy nie martwiło mnie to bardziej, niż gdyby było skutkiem uderzenia pioruna. Jedynie błahe łowienie ryb było i jest czymś, co nie daje mi spokoju). Tak więc wkrótce wszystko sobie wyjaśniłem i wstałem, by patrzeć na zbliżające się płomienie. Był to wspaniały spektakl i tylko ja mogłem się nim cieszyć. Ogień dotarł już do podnóża urwiska, a następnie pospieszył w górę po jego zboczach. Wiewiórki uciekały przed nim na oślep, trzy gołębie rzuciły się w sam środek dymu. Płomienie wspinały się po sosnach aż po same ich czubki, jakby drzewa były zrobione z prochu strzelniczego.
Kiedy sobie uświadomiłem, że ogień wkrótce mnie otoczy, wycofałem się i dołączyłem do przybywających z miasteczka posiłków. Potrzebowaliśmy kilku godzin, by za pomocą motyk i łopat, jak i kontrolowanego kontrpożaru, zapanować nad płomieniami i je zdusić. W środku tego wszystkiego dostrzegłem też tamtego pierwszego farmera, który wtedy obojętnie się odwrócił, mówiąc, że to nie jego sprawa, próbującego teraz za wszelką cenę ocalić stos drewna, bo, jak się okazało, jednak była to jego sprawa, a drewno zajęło się ogniem i ostatecznie zostało strawione.
Ogień pochłonął ponad sto, jeśli nie więcej, akrów lasu, i zniszczył wiele młodych drzew. Kiedy wraz z innymi mieszkańcami wracałem późno do domu, nie mogłem nie zauważyć, że tłum, gotów potępić człowieka, który zaprószył ogień, nie współczuł właścicielom lasu, a wręcz był bardzo podekscytowany i nieomal wdzięczny za okazję, jaka przyniosła im tyle rozrywki; i tylko pół tuzina właścicieli, tak zwanych, choć nie wszyscy, wyglądało na niepocieszonych lub zasmuconych, a ja miałem poczucie, że bardziej niż oni interesuję się lasem, lepiej go znam i powinienem dotkliwiej odczuwać tę stratę. Farmer, którego sprowadziłem do lasu, był uprzejmy zapytać mnie o najkrótszą drogę powrotną przez swoją własną ziemię. Dlaczego zatem pół tuzina właścicieli i ci, którzy zaprószyli ogień, mieliby sami odczuwać żal z powodu utraty lasu, podczas gdy resztę miasteczka podniosło to na duchu? Wprawdzie niektórzy właściciele znieśli stratę z godnością, inni jednak mówili za moimi plecami, że jestem "cholernym łobuzem", a jeden czy drugi beksa, zawodząc jak stary kogut, jeszcze przez kilka lat pokrzykiwał z bezpiecznego ukrycia o "spalonym lesie". Żadnemu z nich nie miałem nic do powiedzenia. Od tamtej pory piec lokomotywy przyczynił się do pożaru niemal tego samego kawałka lasu, nawet większego, i w pewnym stopniu zatarł pamięć o wcześniejszej pożodze. Długo po tym, jak już przyswoiłem sobie tę lekcję, nie mogłem się nadziwić, że choć zapałki i podpałka są nam współczesne, ogień jakoś świata jeszcze nie strawił; i dlaczego domy, które posiadają paleniska, po jednym dniu nie spłonęły; tak jakby płomienie już nie były równie wygłodniałe jak wtedy, gdy je obudziłem. Z miejsca przestałem zadręczać się myślą o właścicielach i mojej winie - jeśli o takiej w ogóle mogła być mowa - i zająłem się samym zjawiskiem, jakie było mi dane zobaczyć, zdecydowany, by jak najlepiej je zrozumieć. Oczywiście trochę się wstydziłem na myśl o tym, w jak trywialnych okolicznościach do tego doszło; że w tamtym momencie nie robiłem nic lepszego niż inni mieszkańcy miasteczka.
Tamtego wieczora, wędrując samotnie po lesie, obserwowałem, jak o północy niektóre kikuty drzew wciąż jeszcze się tliły pośród poczerniałych resztek; późno w nocy dotarłem do miejsca, w którym zaczął się pożar, i znalazłem upieczone ryby, wcześniej sprawione, rozsypane na spalonej trawie.
To był zimny dzień, choć pierwszy tamtego lata. Widok ze wzgórza Lee na łąki był bardzo ładny. Zauważyłem, że w taki dzień cienie drzew są bardzo wyraźne i ciemne, ścieląc się na świeżej trawie. Są tak samo oczywiste, jak same drzewa późnym popołudniem. Zwykle nie zdajemy sobie sprawy z wyrazistości cieni rzucanych przez przedmioty w krajobrazie.
To, co nagie i szkaradne, zakrywa teraz woda. Wydaje się, że zieleń wytryska wprost z jej piersi; nie ma łodyg ani korzeni. Łąki są jak niezliczone zwierciadła odbijające światło - tuż przed zachodem słońca olśniewająco jasne.
Bez daty
Nazwiska tych, którzy kupili pola należące do czerwonoskórych, owych dzikich ludzi lasu: Buttrick, Davis, Barrett, Bulkley etc. (Vide Historia). Tu czy tam nadal można spotkać człowieka, w którego żyłach płynie indiańska krew, ekscentrycznego farmera, wywodzącego się od indiańskiego wodza; albo spotkać samotnego Indianina czystej krwi, jak zawsze wyglądającego dziko pośród sosen, jednego z ostatnich z plemion Massachusetts, który ze strzelbą wsiada do pociągu.
Wciąż tu i ówdzie indiańska squaw, razem z psem, jej jedynym towarzyszem, mieszka w jakimś osamotnionym domu, wyzywana przez dzieci idące do szkoły, wyplatając koszyki, zbierając jagody. Można ją spotkać na głównej drodze, z gromadką dzieci lub bez - melancholijne oblicze, melancholijna historia, przeznaczenie; kroczy śladem swej rasy; ta, która się ostała, by ją ułożyć do długiego snu. Dla której rosną jagody. Od wielu lat nie widziałem nawet jednego Indianina nad Musketaquid, a ci, którzy kilkanaście lat temu zjawili się w czółnach i rozbili obóz na brzegu rzeki, mnie musieli pytać o jej źródła. Samotna indiańska kobieta, bezdzietna, w towarzystwie psa, okryta całunem swej rasy, oddająca ostatnią posługę tej wymarłej rasie. Jeszcze niewchłonięta przez żywioły; córa ziemi; jedna z arystokratek tych okolic. Biały człowiek to importowany chwast - łopian i dziewanna, które wypierają orzechy ziemne.
14 listopada
Dziś widziałem w dolinie, podczas prac mierniczych w lasach Drugiej Dywizji, osobliwy okrągły kopczyk, usypany może sześćdziesiąt lub siedemdziesiąt lat temu. Cyrus Stow był przekonany, że to legowisko gołębia, ale wkrótce znalazłem tam węgiel i odkryłem, że to stary dół węglowy. Kiedyś w lasach Maine coś takiego wziąłem za kopiec indiański. Niezniszczalny węgiel drzewny opowiedział mi swoją historię. W lesie zauważyłem pojedyncze dołki i rowy, jak gdyby wykopane przez lisa. Słońce zapewne nieraz tu gościło, więc było to pole uprawne; teraz znów wdziało leśne okrycie. Dzikie, wybujałe, zarośnięte miejsce, obfitujące w mchy i porosty. Nie znajdziemy tu żadnych kopców bohaterów, z wyjątkiem kopców heroicznych węglarzy, którzy niegdyś ciężko tutaj pracowali, usmarowani i brudni; którzy spędzali tu noce, doglądając ognisk, i kładli się, być może, na stęporach, by nie zmógł ich sen.
16 listopada
Mój dziennik powinien być zapisem mojej miłości. Powinienem pisać w nim tylko o rzeczach, które kocham, o moich uczuciach względem każdego aspektu świata, o tym, o czym myśl jest mi najmilsza. Moje pragnienia nie są bardziej ukierunkowane i celowe niż pąk, który się rozwija, orientując się na kwiat i owoc, lato i jesień; lecz świadom jest jedynie ciepła słońca i wpływu wiosny. Czuję się do czegoś dojrzały, ale nic nie robię, nie potrafię odgadnąć, co to jest. Czuję jedynie, że jestem płodny. Nastała dla mnie pora siewu. Długo leżałem odłogiem.
Pomimo poczucia bezwartościowości, które mnie ogarnia, nie bez powodu; mimo że mam się w sumie za nicponia, duch wszechświata w ogromnej mierze jest dla mnie nieopisanie łaskawy, i cieszę się, być może, niezwykłym przydziałem szczęścia. Jednak czasem zadaję sobie pytanie, czy rachunki nie zostaną kiedyś wyrównane.
Ralph Waldo EmersonThoreauprzełożył Jacek Wiśniewski
Henry David Thoreau był ostatnim męskim potomkiem pewnego francuskiego imigranta, który przybył do Ameryki z wyspy Guernsey. W jego charakterze dały się zauważyć pewne cechy odziedziczone po przodkach, w wyjątkowym połączeniu z bardzo silną emanacją anglosaskiego geniuszu.
Urodził się w Concord, w stanie Massachusetts, 12 lipca 1817 roku. Ukończył Harvard College w roku 1837, ale nie zdobył żadnego wyróżnienia. Jako literacki obrazoburca nieczęsto wyrażał wdzięczność swej alma mater, nie miał o niej dobrego zdania, chociaż dług wobec niej miał znaczący. Gdy skończył edukację na uniwersytecie, wraz z bratem uczył w prywatnej szkole, ale wkrótce porzucił to zajęcie. Ich ojciec produkował grafitowe ołówki i na pewien czas Henry poświęcił się temu fachowi, przekonany, że jego wyroby będą lepsze niż te, jakich wówczas używano. Gdy ołówkowy eksperyment dobiegł końca, zaprezentował swój wynalazek chemikom i artystom w Bostonie, a kiedy otrzymał od nich zapewnienie, że jego ołówki nie ustępują jakością najlepszym produktom londyńskim, wrócił do domu zadowolony. Przyjaciele gratulowali mu, przepowiadając rychłe zdobycie wielkiego majątku, lecz on odpowiedział, że nie wyprodukuje już ani jednego ołówka: "Po cóż miałbym to robić, nie warto powtarzać tego, co raz się osiągnęło". Wrócił do niekończących się wędrówek i prac badawczych, codziennego zgłębiania tajników przyrody, chociaż nigdy nie mówił o zoologii czy botanice, pociągało go bowiem studiowanie zjawisk przyrodniczych, a nie nauka w sensie technicznym czy opisowym.
W tym czasie, gdy koledzy wybierali zawód lub rozglądali się za intratnym zajęciem, on sam jako silny i zdrowy młodzieniec z dyplomem w kieszeni z pewnością także stał przed koniecznością podjęcia decyzji; trzeba było odwagi, by porzucić utarte ścieżki i wybrać wolność samotnika, sprawiając zawód rodzinie i przyjaciołom. Było to o tyle trudne, że Henry'ego Davida cechowała niewzruszona prawość i że uparcie bronił niezależności, uważając taką postawę za elementarny obowiązek każdego człowieka. Thoreau nigdy nie miewał wątpliwości, kontestacja leżała w jego naturze. Nie chciał zamienić potężnego głodu wiedzy i działania na zwyczajne rzemiosło czy profesję, zmierzał do bardziej uniwersalnego celu, sztuki dobrego życia. Jeśli bagatelizował lub odrzucał opinie innych, wynikało to z determinacji, by praktyczna strona egzystencji odpowiadała jego własnej wizji życia. Był zawsze czynny i wymagający wobec siebie, a kiedy potrzebował pieniędzy, wolał pracować fizycznie, budować łodzie czy ogrodzenia, sadzić i szczepić drzewa; zamiast stałego zatrudnienia wybierał dorywczą pracę geodety lub jakąkolwiek inną. Sprawność fizyczna i skromne wymagania, biegłość w stolarstwie i świetna znajomość arytmetyki sprawiały, że mógłby, gdyby tylko chciał, zamieszkać w dowolnej części świata. Potrafił szybko zaspokoić swoje potrzeby, co pozostawiało mu sporo wolnego czasu.
Zręczność w dokonywaniu pomiarów, wspomagana wiedzą matematyczną, oraz nawyk weryfikowania danych wymiarowych, które go interesowały, takich jak wysokość drzew, głębokość jezior, długość rzek, wyniesienie wierzchołków gór, nawet odległość pomiędzy ulubionymi szczytami - wszystko to, wraz z dużą wiedzą o okolicach Concord, sprawiło, że w końcu został geodetą. Zajęcie to miało tę zaletę, że stale kierowało jego kroki na nowe, odludne tereny i dobrze służyło jego przyrodniczym eksploracjom. Dokładność i biegłość, z jaką wykonywał zawód, zostały docenione i nigdy nie brakowało mu zleceń.
Praca geodety nie miała dla niego tajemnic, lecz wciąż pojawiały się poważniejsze dylematy, z którymi po męsku się zmagał. Kwestionował wszelką rutynę i każde działanie pragnął oprzeć na najsolidniejszym fundamencie. Był kontestatorem aż do przesady: nie ożenił się, żył samotnie, nie chodził do kościoła, nigdy nie głosował, odmówił płacenia państwu podatków, nie jadał mięsa, nie pijał wina, nigdy nie skosztował tytoniu. Choć był przyrodnikiem, nigdy nie używał sideł czy strzelby. Bez wątpienia mądrze wybrał rolę orędownika rozumu i obrońcy przyrody. Nie umiał zarabiać pieniędzy i potrafił żyć w ubóstwie, schludnie i godnie, bez cienia abnegacji. Być może przyjął pewien styl życia bez specjalnego namysłu, niemniej w późniejszym okresie wyraźnie go aprobował. "Po wielekroć uświadamiam sobie", pisał w dziennikach, "że gdybym nawet był bogaty jak Krezus, moje cele pozostałyby te same, podobnie jak sposób, w jaki działałem". Wszelkie pokusy były mu obce, nie znał silnych pragnień i pasji, nie pociągały go efektowne błahostki. Elegancki dom, stroje, obyczaje i konwersacja ludzi wyrafinowanych nie robiły na nim wrażenia. Wolał towarzystwo zacnego Indianina, uważał też, że towarzyski polor stanowi przeszkodę w komunikacji, więc przedkładał nadeń bezpośrednią i najprostszą więź z drugim człowiekiem. Nie przyjmował zaproszeń na przyjęcia, bo goście tylko przeszkadzali tam sobie nawzajem i trudno było o nawiązanie bezpośredniego kontaktu. "Dumni są z tego", twierdził, "że ich przyjęcia są kosztowne; moja duma bierze się stąd, że moje jadło kosztuje niewiele". Kiedy pytano go przy stole, które danie najbardziej mu odpowiada, mówił: "To, które stoi najbliżej". Nie lubił smaku wina i w ogóle nie miał nałogów. "Pamiętam jak przez mgłę przyjemność, jaką sprawiało mi palenie suszonych łodyg lilii, zanim stałem się mężczyzną", wspominał. "Zawsze miałem odpowiedni ich zapas".
Sposobem na niedostatek było ograniczanie potrzeb i zaspokajanie ich na własną rękę. Podróżując, korzystał z pociągów tylko wtedy, gdy obszar, który przemierzał w ten sposób, był dlań nieważny z perspektywy celu, który akurat miał na względzie. Przemierzał pieszo setki mil, unikając zajazdów; zamiast tego zatrzymywał się na nocleg w domach rolników lub rybaków, gdzie było taniej, przyjemniej i gdzie mógł znaleźć odpowiednich informatorów.
Nie dało się ukryć, że miał w sobie coś z wojskowej natury, zawsze męski, zaradny, rzadko okazywał czułość, jakby nie był sobą, kiedy się czemuś nie sprzeciwiał. Pragnął demaskować fałsz i piętnować błędy; by w pełni wykorzystać swe możliwości, potrzebował przedsmaku zwycięstwa, odgłosu fanfar. Bez wahania mówił "nie", przychodziło mu to łatwiej niż potakiwanie. Wydawać się mogło, że jego pierwszym odruchem, gdy usłyszał jakieś twierdzenie, był sprzeciw, tak bardzo irytowała go ciasnota ludzkiego umysłu. Taka maniera potrafi rzecz jasna zmrozić przyjazne relacje i chociaż koniec końców kompani nie oskarżali go o fałsz czy złośliwość, to wymiana myśli na tym cierpiała. Stąd też, choć był szczery i prostolinijny, nie znalazł nigdy prawdziwie bratniej duszy. "Kocham Henry'ego, ale nie mogę go polubić", mawiał jeden z jego kompanów. "Prędzej przytuliłbym się do pnia wiązu, niż objął go ramieniem".