Literatura na Świecie 7-8/2021 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

16.00 zł
13.28 zł (13,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Andrew Henry Martin ScholtzVatmaarŻywa opowieść o czasie, którego już nie ma przełożył Łukasz Żebrowski

Vatmaar

Mieszkaliśmy w maleńkiej osadzie zwanej Vatmaar, jakieś cztery mile od Du Toitspan, gdzie z kranów płynęła bieżąca woda, a światło można było zapalić za wciśnięciem guzika. W Du Toitspan były wysokie słupy z cienkimi drutami rozciągniętymi na poprzecznych belkach. Co bystrzejsi nazywali je drutami telefonicznymi. Żadne z nas w Vatmaar nie widziało wcześniej telefonu. Mieliśmy średnio po dwanaście lat.

W Vatmaar musieliśmy wieczorami zapalać świece, które w naszej osadzie można było kupić u kulisa po pensie za sztukę, a w Du Toitspan dwie za pensa. Wodę braliśmy ze studni. Do wody można się było dokopać płytko pod ziemią, a staw, jak sięgają pamięcią babcie i dziadkowie, nigdy nie wysechł.

Mogliśmy trzymać w Vatmaar własne bydło rzeźne i uprawiać ogródek.

Dwumorgowa działka kosztowała piętnaście szylingów - tygodniowy zarobek większości robotników. Płaciło się tylko za narożne słupy, których położenie wyznaczał mierniczy rady miasta, bo tylko narożne słupy były twoje, działka już nie. Nigdzie nie było drucianych ogrodzeń, tylko narożne słupy.

Działki mierzyły od strony ulicy po sto jardów. Było ich sześćdziesiąt - trzydzieści po obu stronach drogi, którą wyżłobił Ta Vuurmaak, kiedy jeszcze przed naszym urodzeniem przyciągnął nad staw kolejowy zbiornik na wodę zaprzężony w cztery osły.

Mieszkańcy Vatmaar płacili radzie miasta Du Toitspan pięć szylingów czynszu rocznie. W zamian otrzymywali prawo do wypasu na miejskich gruntach. Za prawa do działki nowy mieszkaniec musiał wyłożyć jednego funta piętnaście szylingów za słupy narożne i pięć czynszu.

Najpierw musiał jednak stanąć przed planem Vatmaar w siedzibie rady miasta i na pytanie: Gdzie? odpowiedzieć: Gdzieś tam. Prawie nikt z mieszkańców nie umiał w tamtym czasie czytać ani pisać, dlatego nowo przybyły dostawał tylko numer działki na pokwitowaniu, a jego nazwisko wpisywano do Vatmaar Settlement Plan. Musiał się potem pilnować i w sobotę o dziewiątej rano czekać w Vatmaar na Cape-boya, który miał mu pokazać działkę.

W sobotę przybysz, czasem z rodziną i przyjaciółmi, już od świtu czekał na Cape-boya, który pilnował, żeby wziął właściwą działkę.

Kiedy Cape-boy mijał postój w połowie drogi (akację parasolowatą przy skrócie do Du Toitspan), ludzie klaskali i krzyczeli: Jedzie! Jedzie! I kłócili się, kto go pierwszy zobaczył.

To był zawsze starszy mężczyzna na rowerze, żaden "boy", ze zwiniętym w rulon kawałkiem papieru w dłoni i szerokim uśmiechem na twarzy. Na kierownicy zamocowana była tabliczka z napisem: "Du Toitspan Town Council".

Zwykle odzywał się: Gdzie jest taki a taki?

Na co nowo przybyły zdejmował kapelusz i mówił: Tutaj, wuju.

Kiedy tylko miejsca pod narożne słupy zostały wyznaczone, przyglądający się znosili kamienie do ich osadzenia. Żona nowego mieszkańca, a czasem on sam, całowali ziemię i mówili: Dziękuję, Panie.

Wtedy przychodził czas na świętowanie - puszka po ropie pełna khadie albo kafryjskiego piwa czy odrobina sherry dla dorosłych. Każdy, kto pił, zostawiał reszteczkę i wylewając ją, mówił: To siki.

Młody Griqua i jego żona z Daniëlskuil również kupili działkę i kiedy wyznaczone zostały narożniki, żona powiedziała do niego: Petrus, zróbmy to, co robili nasi przodkowie. Obszedł działkę z pełnym pęcherzem i odlał się na wszystkie cztery narożniki.

Lwy na wolności też znaczą swój teren moczem, powiedział ktoś.

Czasami, ale bardzo rzadko, modlono się.

Po świętowaniu wuj Chai zwykle chwytał za łopatę i mówił nowym przybyszom: A teraz woda. Kiedy uzgodnili miejsce, wuj Chai mówił: Dzięki Ci, Panie, za to, że dane mi było wybrać pierwszą łopatę ziemi. Później wszyscy mężczyźni, starzy i młodzi, pomagali kopać i przed zachodem słońca Vatmaar miało nową studnię.

Śmieci się nie rozrzucało. Każde z nas miało dół na odpadki w rogu posesji i tam trafiały wszystkie śmieci, przysypywano je codziennie popiołem z paleniska.

Nie było tu jeszcze wtedy kościoła ani posterunku policji, które zasiewałyby strach w naszych sercach. Ani drużyny piłki nożnej czy sali tanecznej, które odciągałyby naszą uwagę. Doktora ani adwokata, na których można by polegać. Były tylko polne drogi, z dziurami, które same się zasklepiały, kiedy padało. I wszędzie dróżki, którymi się chodziło na skróty.

Vatmaar było biedne, a mimo to nigdy nie zaznaliśmy biedy. Nie przypominam sobie, żebym widział niezamężną dziewczynę w ciąży. Było więcej dzieci niż dorosłych. Starsi zawsze mówili: wciąż mogę się zabrać za jakąś robótkę.

Śmierć przychodziła z rzadka, za to co rusz rodziło się niemowlę. Nikt nie umierał na raka, bo rak był chorobą bogatych, ale z błonicą dzieci nie miały szans. I były dwie odmiany gruźlicy - tłusta i chuda.

Nasze dzieci sprzeczały się ze sobą aż za bardzo, ale kiedy nasi rodzice wszczynali kłótnię, mówili do siebie nawzajem: Uważaj, sąsiedzi cię słyszą.

Dzieci z Vatmaar nie słyszały o ósmym przykazaniu: nie będziesz kraść. Nie mogliśmy się powstrzymać, żeby nie zrobić kółka na czyimś rowerze. I uwielbialiśmy biegać ze starym kołem bez szprych i dętki, wkładając kijek w rowek obręczy.

Najbardziej baliśmy się bólu zęba. Nieszczęśnik musiał iść do Du Toitspan, ze szmatką na ustach, żeby ochronić się przed wiatrem. Trzeba było zapłacić szylinga w szpitalnym ambulatorium i razem z innymi pacjentami czekać na swoją kolej na zewnątrz, bo doktor nie chciał, żeby pacjenci słuchali wrzasków. Czasem, kiedy próbowałeś przeczekać ból na dworze, nabierałeś ochoty, żeby uciec. Ale kwitek za szylinga, którego zapłaciłeś z góry, nie pozwalał ci opuścić kolejki. Ząb był wyrywany na żywca. Tylko ten, którego było stać, płacił ekstra za chloroform.

Jeszcze jednej rzeczy się baliśmy - że doktor złamie nam ząb. Część mówiła: Powinienem był raczej użyć goździków i tabaki. A kiedy lekarz już się z kimś uporał, ci, co czekali na zewnątrz, chcieli wiedzieć: Jak wyrywa?

Najczęściej trafialiśmy w ręce weterynarza, który za każdym razem mówił: Dzięki Ci, Panie, wyszedł!

Dla białej elity Du Toitspan wszyscy mieszkańcy Vatmaar byli tacy sami, ale my mieliśmy nasz własny sort jestem-lepszy-niż-ty. Zwykle chodziło o tych, którzy mówili po angielsku.

[kobieta z ludu Xhosa z dzieckiem na plecach, Transkei, lata 40-te]

Gładkie włosy, niebieskie oczy, jasna skóra też wzbudzały zazdrość.

Ludzie używali różnych słów na opisanie swoich krajan. Te określenia uchodziły wtedy za stosowne i ogólnie przyjęte, nawet słowa, które dzisiaj brzmią obraźliwie i wyszły z użycia.

O białych, którzy walczyli przeciw Anglikom, mówiono Burowie (zanim stali się Afrykanerami), a o Anglikach Czerwone Karki. Słowa "British subject"1 były znienawidzone przez Burów. Wszystkich dorosłych, którzy nie przypłynęli zza morza i nie byli biali, nazywano "boys" i "girls". Ludzi o brązowej skórze Anglicy nazywali "Cape-boys", czasem "Coloureds" - dla Burów byli bastardami albo hotentotami. Słowa "kleurling" jeszcze wtedy nie używano. Czarny pochodzący z Afryki był kafrem, Azjata - kulisem. Czasem posługiwano się tymi słowami rozmyślnie, żeby zranić czyjeś uczucia, ale najczęściej ani ten, kto ich używał, ani ten, kogo tak nazywano, nie wiedzieli, że można inaczej.

Kiedy ludzie rozmawiali między sobą, Anglika zwykło się nazywać "mister", a jego żonę "madam", na Bura mówiono "baas", a na jego żonę "miesies". Szacowni brązowi byli nazywani "mineer" i "mevrou". Dorosłych nazywaliśmy dziadkiem, babką albo wujem czy ciotką, a oni między sobą mówili siostro czy siesie i kuzynie.

Kiedy opowiadam historię Vatmaar, używam tych wszystkich słów tak, jak ich używano kiedyś - z miłością i szacunkiem, nie chcąc nikogo ranić.

Niektórzy mówili, że to Ta Vuurmaak nazwał osadę Vatmaar. Ta Vuurmaak mieszkał w kolejowym zbiorniku na wodę, który był przysypany gałęziami i trawą, żeby latem się nie przegrzewał, a zimą nie wychładzał.

Zbiornik znajdował się niedaleko stawu, a nie w samej osadzie. Dlatego Ta Vuurmaak nie płacił czynszu. Z gliny wydobywanej ze stawu i lotnych piasków, zwożonych na taczce, wyrabiał kimberlejskie cegły o wymiarach dwanaście cali na dziewięć na cztery. Sprzedawał je po dwa pensy sztuka. Wszystkie domy w Vatmaar były zbudowane z kimberlejek Ta Vuurmaaka.

Wuj Flip przewoził te cegły swoim wózkiem i dostawał wypłatę w kimberlejkach, niezależną od tego, czy miał ładunek dwudziestu, czy pięćdziesięciu cegieł. Robocizna nie była wliczona - cegły musiałeś samemu załadować i rozładować.

Ta Vuurmaak był najstarszym dziadkiem w Vatmaar i zawsze mówił, że inni, dużo młodsi, mogliby być jego dziećmi. Vatmaar nazywało go Ta (od "tata") Vuurmaak.

Nie był wysoki, ale wydawał się wysoki. Zawsze nosił długie spodnie z przyciętymi nogawkami. Miał krzywe nogi i ludzie mówili, że taki to nie złapie prosięcia. Jego ciało było pokryte brzydkimi długimi bliznami, każda z własną historią. Nosił skórzane buty, które kupił w sklepie ciotki Wonnie. Mówił, że w 1896 roku podczas pomoru bydła odesłał do matki już drugą żonę, bo nie mogła mu dać dzieci. Nie potrafił zrozumieć, powtarzał zawsze ze śmiechem, że obie kobiety wyszły potem za innych mężczyzn i urodziły im dzieci.

Ta Vuurmaak stale nosił czapkę. Kiedy ją zdejmował, widać było najpiękniejszą łysinę, jaką można sobie wyobrazić. Bezzębnymi szczękami mógł gryźć najbardziej łykowate mięso. Oczy miał zawsze przymrużone, dwie szparki, koloru nie dało się rozpoznać. Jego twarz, szyja, dłonie i kolana były snopkami nachodzących na siebie zmarszczek, które kazały myśleć, że Ta Vuurmaak skończył już sto lat. Miał delikatny, lecz zachrypnięty głos.

Ludzie mówili, że nigdy nie zapominał tego, co widział.

Ta Vuurmaak opowiada o Cape-boyach królowej

W pierwszą niedzielę po wypłacie emerytury zachodziliśmy do "chaty" Ta Vuurmaaka. Tak Tommy Lewis nazwał kolejowy zbiornik na wodę i wszyscy to podchwycili. Ta Vuurmaak opowiadał nam wtedy o Vatmaar. Zawsze chował na tę okazję butelkę sherry.

Nigdy nie mogłem zrozumieć, jak to się dzieje, że biali zabijają się nawzajem, mówił Ta Vuurmaak. Słyszałem kiedyś od Anglików, że oddają życie za starą kobietę, którą nazywają Queen, i choć ludzie tej Queen walczyli jakby od niechcenia, to odstrzeliwali Bogu ducha winnych Burów jak dziką zwierzynę.

Siedziałem na tym square przy stacji, gdzie przesiadywali wszyscy szukający pracy i gdzie przychodzili ci, którzy potrzebowali kogoś do roboty. Zjawił się tam człowiek o nazwisku Chai, który chciał nająć pięciu Cape-boyów, gotowych pracować dla królowej. Było nas tylko trzech, nie wiem, skąd wziął pozostałą dwójkę.

Zabrał nas do Anglika, który powiedział o sobie, że jest Lance-Corporal Lewis. Mieliśmy dostawać sześć pensów dziennie i jeszcze rację żywnościową - puszkę bully-beef i suchary. Rozkazy mamy przyjmować od tego człowieka - tu Anglik wskazał na Chaia.

W tamtych dniach nie było innej pracy niż wojaczka. Czerwone Karki nazywały Lewisa kapralem, bo miał belkę na ramieniu. On i czterech żołnierzy jechali konno. A my w piątkę, razem z prowiantem, na wozie zaprzężonym w osiem osłów.

Nie wiedzieliśmy, jaką będziemy mieli pracę, i baliśmy się Burów, bo nigdy nie chybili ze swoich mauzerów. Drugiego dnia Chai powiedział nam, że jesteśmy w Transwaalu i musimy położyć się spać.

Niedługo potem dowiedzieliśmy się, co musimy robić.

Dwóch z nas miało obserwować farmę. W tym czasie wóz wraz z ludźmi królowej czekał w ukryciu. Kazano nam sprawdzić, czy nikogo nie ma w pobliżu, więc po prostu podeszliśmy do domu i zapytaliśmy, czy możemy zaczerpnąć wody ze studni. Okazało się, że przed burską gospodynią lepiej mieć się na baczności. Była bardzo silna i niczego się nie bała. Widzicie tę bliznę?

Ta Vuurmaak pokazał ślad na łydce.

To sprawka jednej babci, która też miała nas na oku.

Nikogo nie zauważyliśmy i tak też powiedzieliśmy. Wtedy czterech żołnierzy i kapral otoczyli gospodarstwo, a pozostali doprowadzili wóz. Naszym zadaniem było dopilnować, żeby jedzenie i inne dobra pochodzące z farmy zostały załadowane na wóz. Później ktoś z naszej piątki razem z jednym z ludzi królowej miał zabrać domowników do obozu koncentracyjnego. Tak nazywali więzienie dla kobiet i dzieci. Zanim wóz odjechał, musiałem z chłopakami podpalić gospodarstwo. Żeby pokazać Burom, co się stanie, jeżeli zechcą walczyć przeciwko królowej.

Opowiadaj dalej, Tatku, zachęcaliśmy go.

Kiedy tego samego dnia razem z człowiekiem z Przylądka mijałem ogród, zauważyliśmy całkiem spore marchewki. Była zupełna cisza, nawet pies nie szczekał. Wspiąłem się na kamienny mur okalający ogród i właśnie miałem zeskoczyć i wyciągnąć kilka marchewek, kiedy usłyszałem: trach! Poczułem, jakby coś uderzyło w moją nogę. Zeskoczyłem i zacząłem biec. Kiedy biegłem, pomyślałem sobie: Vuurmaak, nie możesz być martwy, bo czuję, że biegniesz.

Kiedy dotarłem do wozu królowej, człowiek z Przylądka już tam na mnie czekał. Nazywał się Gamat. Wpatrywał się we mnie z niedowierzaniem.

Gamat, odezwałem się do niego, a ty co, przyfrunąłeś tutaj?

Nie, wuju, przecie wuj wie, że oni nie pudłują.

Kapral stwierdził, że to tylko powierzchowna rana.

Moje dzieci, powiedział do nas Ta Vuurmaak, nie byłem głupi, miejsce już dawno się zagoiło, a ja wciąż chodziłem z zabandażowaną nogą. Kiedy musieliśmy robić coś, na co nie miałem ochoty, udawałem, że nie mogę stawać na tej nodze. I czułem się aż za dobrze, kiedy Chai mówił: Zostawcie tego kuternogę.

Głaskał starą bliznę i mówił z bezzębnym uśmiechem: Taka jest moja prawda.

Spoglądaliśmy na Ta Vuurmaaka i każde myślało swoje.

Na pierwszej farmie była tylko babcia, jedna ciężarna kobieta i dwie małe dziewczynki, opowiadał Ta Vuurmaak. Żadna z nich nawet nie zapłakała ani nie błagała o zmiłowanie. Staruszka przypomniała sobie, że w kuchni została Biblia. Wtedy zawróciła i weszła w płomienie.

Mówię, co widziałem, moje dzieci, Ta Vuurmaakowi łamał się głos, kiedy spoglądał po kolei na każde z nas. Wyszła z domu, w płonącym ubraniu, ale z Księgą uniesioną wysoko nad głową. Młoda kobieta podbiegła do niej i wyjęła Księgę z jej dłoni.

Co się wtedy stało, Ta Vuurmaak?, chciało się dowiedzieć jedno z nas.

Wtedy babcia zamieniła się w słup ognia, jej sukienka się wypaliła, czepek zajął się ogniem jako ostatni, a my patrzyliśmy w tę starą twarz. Z jej oczu nie popłynęła ani jedna łza, z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk. Nawet dzisiaj, moje dzieci, mam tę twarz przed oczami, jakby to się wydarzyło wczoraj.

Wszystko stało się tak szybko. Po chwili babcia leżała na ziemi - czarne zawiniątko, śmierdzące spalonym mięsem. Wszyscy do niej podeszliśmy, ale było już za późno. Wydała ostatnie tchnienie. Jak wtedy, kiedy pod wpływem ognia zapadł się dach i wszystko zamilkło.

Chai powiedział nam, żebyśmy przynieśli łopaty i kilofy i wykopali grób obok ciała. Młodej kobiecie, która nadal nie płakała, powiedział: Miesies, godzi się, żeby to pani złożyła babcię do grobu.

Wtoczyła staruszkę do grobu i odmówiła Ojcze nasz. Chai odmawiał modlitwę razem z nią. Przyciskając Biblię do piersi, powiedziała: Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią.

Obróciła się w stronę ludzi królowej, którzy siedzieli na koniach, i splunęła w ich kierunku.

Zasypaliśmy dół. Młoda kobieta wzięła do ręki kawałek drewna i z żarzącego się w kuchni popiołu wygrzebała kociołek, napełniła go piachem i postawiła na grobie od strony głowy.

Patrzyła wprost na mężczyzn, którzy wciąż siedzieli na koniach. Odwracali wzrok, nie mogli jej spojrzeć w oczy, bo się ich nie bała. Kiedy to wszystko się działo, ludzie królowej nie kiwnęli nawet palcem. Słyszałem dokładnie, jak kapral Lewis mówił: We must obey orders2.

Później trzeba było spalić jeszcze cztery gospodarstwa. Tym razem Chai obmyślił inny plan. Wiedział, jak wykorzystać białego człowieka.

Ale Ta Vuurmaak zrobił się śpiący i powiedział: Już zdecydowanie za długo opowiadałem prawdę. (Swoje historie nazywał "prawdą".) Musicie poczekać na pozostałe cztery gospodarstwa, nicponie. Idźcie do domu i zajmijcie się tym, co macie do zrobienia, ja chcę spać.

Na kolejną pierwszą niedzielę po wypłacie nie mogliśmy się doczekać. Ta Vuurmaak miał kieliszek, przywieziony przez niego z którejś farmy - jak twierdził, jego najcenniejsza własność. Tylko on mógł się do niego dotykać. Zawsze mówił, że to pamiątka wojenna. Napełnił kieliszek sherry i powiedział, że trzeba je pić jak do kolacji, i pił później to wino tak wolno, jak tylko potrafił.

Po pierwszym kieliszku daliśmy najstarszemu z nas parę kuksańców i powiedzieliśmy: Pytaj.

Ta Vuurmaak, odezwał się, opowiedz nam o pozostałych czterech farmach.

Dobrze, powiedział staruszek. Pierwsza została doszczętnie spalona, z rozkazu królowej. Wtedy to była Wiktoria. Nie wiem, kiedy Chai z kapralem postanowili zmienić rozkazy królowej wedle własnego upodobania. My, szpiedzy, robiliśmy to, co poprzednio. Jeden z kawalerzystów królowej i jeden z jej boyów musieli wozem zaprzężonym w osły odstawiać wszystkie burskie kobiety i ich dzieci, razem z pożywieniem, do obozów koncentracyjnych. Tak się działo, zanim przyszła kolej na piątą farmę. Pamiętacie przecież, że pierwsza została doszczętnie spalona, powiedział Ta Vuurmaak.

Tak, pamiętamy, odpowiedzieliśmy chórem.

Kiedy wóz z Burami i ich dobytkiem wyruszył spod piątego gospodarstwa, Chai powiedział do mnie: Zostajesz z nami i trzymasz gębę na kłódkę.

Położył palec na ustach. Chai miał ze sobą trzech ludzi z farmy, których kapral najął na boyów królowej, też za sześć pensów dziennie i rację żywnościową. Musieli mi pomagać w zdejmowaniu blachy z dachu, wyrywaniu co lepszego drewna, okien i drzwi i gromadzeniu najlepszych sprzętów domowych, garnków i patelni. Chai nazywał te rzeczy vatmaar - do wzięcia.

Najlepsze rzeczy ładowano na wóz królowej, aż zabrakło na nim miejsca.

Wtedy wróciliśmy krótszą drogą, którą, jak mi się wydawało, Chai dobrze znał. Nasz zbiornik na wodę był pusty i Chai powiedział kapralowi, że jeżeli będziemy jeździć w nocy, to do rana przywieziemy tyle wody, ile nam potrzeba, i jeszcze więcej.

Tak jak zapowiadał, zatrzymaliśmy się przy tamtym wysokim drzewie. Teraz jest obumarłe. Widzicie?

Ta Vuurmaak pokazał ręką pień drzewa i znowu odpowiedzieliśmy chórem: Widzimy.

Wszystko wyładowaliśmy bardzo ostrożnie i przykryliśmy arkuszami falistej blachy. Na wierzchu położyliśmy kamienie, żeby wiatr nie zwiał blach. Dali mi prawie całe jedzenie i powiedzieli: Zostań tu do naszego powrotu.

Zapytałem Chaia, gdzie mam spać. Nie mogłem spać jak mysz między tymi gratami, bo myszy zawsze ściągają węże.

Moje dzieci, powiedział Ta Vuurmaak, Chai to szelma. Zapytał mnie: Pamiętasz ten duży kolejowy zbiornik na wodę, tam niedaleko, przy bocznicy, ten, który Burowie podziurawili jak sito?

Pamiętam, odpowiedziałem.

Nie będzie już nigdy służył do trzymania wody, powiedział wtedy. Weź cztery osły i uprząż i ściągnij go tu sobie, posłuży za wyśmienite miejsce do spania.

Tamtej nocy udałem się z czterema osłami do zbiornika. Zaczęło padać tam, gdzie zaczyna się Vatmaar, a zbiornik wyżłobił rów, który dzisiaj nazywacie vatmaarską drogą.

Któregoś dnia Chai wrócił z jedzeniem na cały miesiąc. Powiedział: Zostań tutaj, już po wszystkim, pracują nad zjednoczeniem. Musimy się szykować do pokoju.

Wtedy Chai na dłuższy czas wyjechał. Któregoś ranka zjawił się z kapralem (w cywilu), żeby sprawdzić, czy wszystko jest jak trzeba. Zajechali wozem na resorach zaprzężonym w dwa konie i przywieźli mąkę, kawę i cukier. Słyszałem, jak kapral powiedział do Chaia: You know, Chai, we were fools for not taking sheep and cattle too3.

Wuj Chai opowiada Ta Vuurmaakowi o miłości starego Lewiesa

Niedługo potem przyszli ludzie i zaczęli wbijać w ziemię żelazne słupy i oznaczać je na papierze. Zauważyłem wśród nich Chaia. Obserwowałem, co się dzieje. Kiedy kapral i Chai zaczęli chodzić między słupami i rozmawiać ze sobą, starałem się usłyszeć, o czym mówią, ale bezskutecznie. Tak zobaczyłem, jak Vatmaar powstaje na papierze.

Chcieliśmy już iść, ale Ta Vuurmaak stwierdził, że równie dobrze może powiedzieć nam resztę prawdy. Butelka sherry była już wtedy prawie pusta.

Chai trochę za dużo wypił, powiedział Ta Vuurmaak. Kiedyś w Boże Narodzenie po południu przyniósł dzban khadie. Pomyślał, że mnie odwiedzi, stwierdził, bo przeszliśmy razem długą drogę.

Zaniemówiłem, kiedy usłyszałem to, co Chai opowiadał. Kapral nie gadał z innymi Czerwonymi Karkami, mówił. Chodziło mu o to, że był lepszy niż tamci. Nocami trajkotał z nim, z Chaiem. Kiedy byli sami.

I wtedy Ta Vuurmaak opowiedział nam to, o czym opowiadał mu stary Chai.

Kapral opowiadał o dziewczynie, którą spotkał we Vryburgu. Nazywała się Ruth. Nie chciałem go pytać, czy była biała, czy nie. Zapytałem tylko o jej nazwisko. Powiedział, że nie sądzi, żeby miała nazwisko. Już wiedziałem, że musiała być czarna.

Ile ma lat, zapytałem.

Powiedział, że pewnie siedemnaście.

Jej rodzice o tobie wiedzą, kapralu?, zapytałem.

Yes, they all like me but the old aunty said: If you really want her you must give bogadie (lobola) as you soldiers just make children by our women and then forget them. And another thing is, you whiteface people's children are not our own as you make them Coloureds, and help them turn against us4.

Charlie, zwrócił się do mnie kapral, it is now four months since we were in Vryburg and I cannot get her out of my mind5.

Zrobiło mi się naprawdę żal kaprala Lewisa, bo mówił prosto z serca. Ta Vuurmaak, pamiętasz pierwszy spalony dom?

Tak, pamiętam, Chai.

Nie mogę stać i przyglądać się, jak Burowie cierpią za nic, myślałem sobie. Jak kobiety i dzieci zabierane są ze swoich domów i z rozkazu królowej podpala się wszystko, co posiadają. Zdawałem sobie sprawę, że my, Cape-boyowie, musimy wykonywać brudną robotę, a ludzie królowej stoją i przyglądają się, jak ją wykonujemy. Nie wiem, co by z nami zrobili, gdybyśmy powiedzieli nie. Może by nas skuli i posłali do więzienia, bo nie chcieliśmy, jak to oni mówią, obey orders. Bo nie byliśmy Cape-boyami królowej, tylko ludźmi królowej.

Pamiętasz noc, kiedy obozowaliśmy w pobliżu drugiej farmy? Spaliśmy wtedy za niebieskimi skałami. Kapral Lewis powiedział do mnie w pewnej chwili: Let's take a walk6.

Było ciemno. Wdrapaliśmy się na skalisty pagórek i usiedliśmy na dwóch kamieniach. Długo tak siedzieliśmy w martwej ciszy. Milczałem, bo nie miałem nic do powiedzenia. Noc była tak cicha, że słyszałem bicie jego serca.

My Ruth, by God, I really love you. God, please do not let anybody raise a finger on her. I love you Ruth, Ruth, Ruth7, powiedział nagle kapral. Miał zamknięte oczy, potem je otworzył. Wydawało się, że zapomniał o mojej obecności.

Znowu siedzieliśmy w martwej ciszy. W pewnym momencie położył mi dłoń na kolanie i powiedział: Charlie, you are the only friend I have8.

Znowu przez dłuższą chwilę siedzieliśmy w martwej ciszy. Pomyślałem: kiedy poznam słabości tego człowieka, będę mógł je wykorzystać. Myślałem o kolejnej farmie, którą następnego dnia my, Cape-boyowie, będziemy musieli spalić, kiedy on i jego ludzie będą się przyglądać. Powiedziałem mu: Kapralu, co byś zrobił, gdybyśmy to my, Cape-boyowie, siedzieli na koniach, a ty i twoi ludzie musielibyście spalić dom Ruth?

Nie odpowiedział, zamilkł. Po czym odezwał się chropowatym żołnierskim głosem: You, Charlie, must never think like that9.

Powiedziałem, że mi przykro, ale na szczęście jestem jego przyjacielem, a przyjaciele sobie wybaczają.

Wstałem, żeby się wysikać, i myślałem, że on też wstanie i pójdziemy spać. Ale on nadal siedział z łokciami na kolanach i twarzą w dłoniach i powtarzał tylko: Ruth, my Ruth.

Zaczął mówić do mnie Charlie, kiedy uznał mnie za przyjaciela. Charlie, powiedział wtedy, I don't see her blackness, you know10.

Ha, pomyślałem sobie, miałem rację, że jego dziewczyna jest czarna.

When we are together alone, she sits on my knee, with her hand in my hand. And we are one - I am not me and she is not she. Our heart beat is one beat, and we take breath inbetween beats together. There is no time for thinking, for time stands still. It is love, true love, Charlie. Our souls are united with God. How could I ever forget it? I say, thank you, God11.

Wstał i poszedł sikać.

Znowu usiadłem na kamieniu i zastanawiałem się, co zrobić, żeby nie palić farmy po drugiej stronie, domu, w którym też mieszkała miłość. Przecież i Burowie mówią: Dziękujemy ci, Boże. A to miejsce wydawało się takie niewinne i takie swojskie.

Kapral wrócił i znowu usiadł na kamieniu. Thank God, powiedział, that I have not taken advantage of her. Which I could have and sometimes wish I had12.

Kapralu, powiedziałem, skoro już wiem, co się dzieje w twoim sercu, powiem ci, o czym myślę.

Vuurmaak, powiedział wuj Chai, wiesz, co się stało na czterech innych farmach i jak tu trafiłeś z twoim ukradzionym zbiornikiem na wodę. Dlatego nie będę tego powtarzał. Ale powiem ci, co się zdarzyło po zjednoczeniu.

Wuj Chai opowiada, jak po zjednoczeniu dostali pracę

Nie chciałem wracać do naszego domu w prowincji Vrystaat, powiedział Chai, bo słyszałem, że Steven, mój starszy brat, walczy razem z generałem Joubertem i wszyscy o nim dobrze mówią. I byłeś jeszcze ty, Vuurmaak, z naszym dobytkiem, tutaj, niedaleko stawu. No i ten Anglik, który powiedział, że jestem jego przyjacielem, od niego też nie mogłem się uwolnić.

[kobieta z miasteczka Genadendal, lata 40-te]

Kiedy dotarliśmy do miejsca, które nazywali Military Headquarters13, Cape-boyowie dostali wypłaty i spisano nasze nazwiska i adresy, żeby można było wysłać nam wojenne odznaczenia. Wszyscy podawaliśmy adres: "C/o Du Toitspan Post Office". Podałem też twoje nazwisko, bo pomyślałem, że i ty możesz mieć next of kin14, jak określają czyjąś rodzinę. Pokwitowałem też twoją wypłatę. Powiedziałem, że znam twoją rodzinę.

Pokażesz nam medal wojenny, Ta, zapytaliśmy Ta Vuurmaaka pewnej niedzieli po wypłacie. Jedno z nas chciało wiedzieć: Ilu Burów Ta zastrzelił?

Stary człowiek tylko się zaśmiał, nie otwierając ust. Chai dostarczył mi moje pieniądze. Medal wymieniłem na butelkę sherry, powiedział.

Kapral, opowiadał dalej Ta Vuurmaakowi wuj Chai, zadbał, żebym dostawał wypłatę jeszcze trzy miesiące po zakończeniu pracy, bo byłem jego najbliższym przyjacielem. Kapral także odszedł z armii, bo jak powiedział, przyzwyczaił się do słońca i nie odnalazłby się już w miejscu, z którego pochodzi. Jego kapitan powiedział: Corporal, you have fought for the Queen, and South Africa is now part of the British Empire15.

Kapral nie otrzymał tak jak my pieniędzy, tylko, jak ją nazwał, książeczkę czekową Barclay.

Now, powiedział mi, not a day longer16. I pojechaliśmy pociągiem do jego Ruth.

Kiedy szliśmy od stacji z torbami podróżnymi, które mieściły cały nasz dobytek, Ruth zobaczyła zbliżającego się George'a - w pociągu poprosił, żebym nie nazywał go już kapralem, tylko żebym mówił: George Lewis.

Zaczął biec i zobaczyłem, jak ktoś biegnie w jego kierunku. Złapał to pędzące stworzenie, podrzucił je w górę i znowu złapał. Potem stanął i trzymał ją, jak matka trzyma noworodka. Podszedłem bliżej, ale mnie nie zauważył, wtedy ich minąłem.

Usiadłem pod drzewem i widziałem, jak niesie swoją Ruth do miejsca, gdzie stał spory tłumek, który klaskał i śpiewał ululu. Usłyszałem, jak starszy mężczyzna mówi: Jest jednym z nas.

Postawił ją na ziemi. Z miejsca, w którym siedziałem, wyglądała zupełnie jak inne czarne dziewczęta, które pracowały w domach białych. Kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że jest boso i ma na sobie tylko cienką świeżo wypraną białą sukienkę. Był zimny dzień, ale ona nie czuła zimna. George, jak kapral Lewis kazał się nazywać, przedstawił mnie tym wszystkim ludziom jako swojego przyjaciela Charliego.

Mogłem zobaczyć, jaka Ruth jest naprawdę. Jej chwiejny krok był żywszy niż u innych kobiet. Miała pełne piersi i pod jej sukienką jeżyły się dwa wierzchołki. Miała długą i wąską szyję i zgoła afrykańską twarz - idealne zęby i całkiem białe gałki oczne. Było w niej też coś szczególnego, jakieś wyjątkowe piękno.

Dali nam czystą chatę, z miską i kubkiem wody i dwiema matami z trawy. I powiedzieli: To należy do was, dopóki u nas zostaniecie.

Byli biedni, bo wiele stracili podczas wojny. Brytyjczycy i Burowie zabrali im bydło. Większość miała nic niewarte pokwitowanie za krowy czy owce, które ukradziono im w imieniu królowej. Burowie zabierali im, co tylko chcieli, i mówili: Wy, kafrowie, możecie się cieszyć, że was od razu nie zastrzeliliśmy.

Udaliśmy się potem do ngosi, naczelnika. George przyniósł butelkę brandy dla mężczyzn z rodziny Ruth, ale musiał nią poczęstować naczelnika. I dobrze się stało, bo zdobyliśmy tym jego przychylność. Opowiedział nam wszystko, co chcieliśmy wiedzieć o zwyczajach ślubnych swoich ludzi. Jako jeden z niewielu mówił po angielsku. Powiedział, że rano przyśle kogoś, kto załatwi sprawy związane ze ślubem i wskaże miejsce, gdzie George będzie mógł postawić swoją chatę, zbudować zagrodę dla krów i uprawiać pole. Oczywiście po zapłaceniu bogadie.

Kiedy już kilka razy powtórzyliśmy "e Ra, e Ra" (tak, panie, tak, panie), wyszliśmy od naczelnika. George chciał do razu pójść do swojej Ruth i życzyć jej dobrej nocy.

Następnego dnia odwiedziła nas starsza kobieta z młodym mężczyzną. Wysłał ich ngosi, żeby zorganizowali ślub. Mężczyzna miał tłumaczyć. Babcia nie chciała, żeby Ruth w jakikolwiek sposób była angażowana w te ustalenia.

George na początek zrobił listę potrzebnych rzeczy. Później wypisał w swoim notesie wszystko, co się miało składać na bogadie. Rodzina Ruth chciała nawet dodatkowy kocioł na trzech nogach, brandy i tytoń. Młody człowiek podał George'owi cenę każdej rzeczy.

Nie pamiętam dokładnie, ile to wyniosło, chyba ze sto funtów. Musiał je podjąć następnego ranka w banku we Vryburgu. Kiedy wrócił po wieczornych odwiedzinach u Ruth, powiedział, że wybierają się do jej rra mogolo, wuja jednego z rodziców, prosić, żeby poszedł z nimi i dwojgiem swatów do ngosi wręczyć pieniądze.

Następnego dnia czekaliśmy we Vryburgu, aż Barclays Bank otworzy podwoje. Ledwie drzwi się otworzyły, a ktoś krzyknął: Hey, Corporal Lewis, I want to see you!17

George stanął na baczność i powiedział: At your service, Sir18. Podszedł do mężczyzny w kosztownym ubraniu. Usłyszałem, jak mówi: I will be glad, Sir19.

Mężczyzna wyciągnął notes, zapisał coś, wyrwał kartkę i podał ją George'owi.

George nie powiedział mi, o co chodziło, ale widziałem, że był głęboko zamyślony. Podjął pieniądze w banku. Tego samego dnia po południu poszliśmy w piątkę do ngosi, żeby je wręczyć. Ponownie zabraliśmy z Vryburga butelkę brandy dla naczelnika i nie minęło dużo czasu, a wszyscy poczuli się ukontentowani. Nie było końca zapewnieniom, jaką szczęśliwą dziewczyną jest Ruth.

Rodzina Ruth mówiła, że czeka nas przynajmniej jedna pełnia, zanim tych dwoje weźmie ślub. George mówił, że to nic takiego, jeżeli tylko jest w pobliżu Ruth, swojej natsi, swojej ukochanej.

Dopiero kiedy następnego dnia Ruth przyniosła nam obiad, George przypomniał sobie o tamtej kartce. Powiedział, że wręczył mu ją dowódca jego kompanii, kapitan John Walker. Walker był teraz kierownikiem kompanii diamentowej i chciał, żeby ludzie tacy jak George dla niego pracowali. Ludzie, którzy też urodzili się home, jak mówili na Anglię. Captain był również członkiem rady miasta Du Toitspan. Jeżeli George chciał tę pracę, powinien się z nim jak najszybciej zobaczyć.

George podniósł kartkę do góry i powiedział: Here is the address of his office20.

No to sprzątnijmy i zobaczmy się z twoim army-captain, powiedziałem. Musimy mieć pracę, bo musimy żyć.

Tego samego popołudnia zapukaliśmy do drzwi biura, na których widniał napis "J. Walker". Podali sobie dłonie i obaj się uśmiechnęli. George przedstawił mnie jako jednego z wiernych Cape-boyów królowej, co kapitan skwitował: War brothers21. George stanął na baczność i powiedział: Yes, Sir. Wtedy kapitan stwierdził: We will have no more of that, Mister Lewis. Remember, we're civilians now. I am Du Toitspan's personnel councillor22.

Miał dbać o to, żeby robotnicy byli dobrze traktowani i przyzwoicie wykonywali swoją pracę. Był piątek i powiedział, że musimy ponownie przyjść we wtorek: By then I'll know where to push you to in23.

George znowu stanął na baczność i powiedział: Thank you, Sir. Ja również stuknąłem obcasami i powiedziałem: Thank you, Sir. Kapitan się zaśmiał. Pobiegliśmy do najbliższego baru, żeby wypić jednego thank-you-God.

We wtorek rano czekaliśmy, aż otworzą się biura rady miasta w Du Toitspan. Kiedy kapitan nas zobaczył, powiedział: Good day, you two, come in24.

Przed jego biurkiem stały dwa krzesła, zaprosił nas, żebyśmy usiedli. Ja usiadłem pierwszy, George uważał, że nie wypada siedzieć w obecności oficera pułku. Kapitan musiał powtórzyć: Sit, George. I'll start with your friend. Name?25

Charles Terreblanche, odpowiedziałem, i zapisał to w wielkiej książce.

Your work will be with the town surveyor. He has been complaining that his boy was off work a few days every month. Always after payday. Drunk, drunk you know26.

Moja początkowa pensja miała wynosić siedem funtów dwa szylingi miesięcznie, praca sześć dni w tygodniu, w sobotę pół dnia. Co roku podwyżka i czternaście dni urlopu za każdy przepracowany rok.

Znowu stuknąłem obcasami i powiedziałem: Thank you, my Captain of the Queen.

You fool, powiedział, do you know that the Queen is no more, and that we now have a king?27 Odpowiedziałem: Dziękuję, sir.

Napisał dwa listy, włożył je do kopert i powiedział: You start on Thursday, the first of the month. Take this letter to the paymaster. You'll find him at the bottom of the passage, the door with the board Paymaster. And take this letter to Mister Keely - the surveyor next to the fire buckets28.

Mister Keely powiedział mi: Hope you can work when you are drunk, for you are all the same. Be here on Thursday at eight o'clock sharp!29 - i wskazał na podłogę.

Wypłatę za pierwszy miesiąc mieliśmy dostać tuż przed tak zwanym weekendem wielkanocnym. Wielki Piątek, Sobota, Niedziela Wielkanocna i Poniedziałek Wielkanocny - całe cztery dni na świętowanie ślubu George'a i Ruth.

George miał cały miesiąc na załatwienie spraw, ale czasu i tak było za mało. Raz go zapytałem: George, dlaczego po prostu jej nie zabierzesz i nie zamieszkasz z nią jak mąż z żoną?

Odpowiedział, że może tak zrobić. But I don't want to. If I love Ruth as I think I do, I must also respect her and her family30.

Powiedziałem mu, że następnego dnia musimy pójść do krawca, Moosy Keppie'ego, żeby zdjął z nas miarę, i musimy sprawdzić, czy przyszedł już czarny materiał na nasze garnitury.

Wszystko się udało i na kilka dni przed ślubem garnitury były gotowe.

Rodzice Ruth byli bardzo biedni. Umówiłem się w tajemnicy z jedną z jej ciotek, że dam pieniądze na zakup stroju ślubnego dla Ruth. Następnego dnia po naszej rozmowie poszła do Bergersa, do sklepu z sukienkami we Vryburgu, żeby zasięgnąć języka, i kiedy się zobaczyliśmy, powiedziała mi, ile trzeba zapłacić. Dałem jej pieniądze i poprosiłem, żeby George'owi nic nie mówiła. Ruth mogła powiedzieć.

Nawet teraz, kiedy babcia Lewies i dziadek Lewies wspólnie się starzeją, George wciąż nie wie, skąd się wziął jej strój ślubny, opowiadał po latach wuj Chai.

Ślub dziadka Lewiesa i babci Ruth

Lance-Corporal George Lewis przyjmował życie z dobrodziejstwem inwentarza. Był teraz Ra George'em Lewisem, ale pozostał prawdziwym Anglikiem, zaprzątając sobie wojskową głowę tylko jedną rzeczą naraz. Zawsze był gładko ogolony, miał krótko ostrzyżone blond włosy, jasne rzęsy wokół niebieskich oczu, prosty nos, wąskie usta i kwadratową wystającą szczękę. Palił fajkę i chodził jak żołnierz.

Był szczęśliwy, kiedy w weekend przed ślubem wysiadł z dwukonnej kariolki, z olbrzymim kotłem na trzech nogach i dwiema dwudziestogalonowymi beczkami na kleik. Brandy wniósł do naszego ntlo - naszej chaty i zamknął ją na skobel, który przywiózł ze sobą.

Poważnym problemem było to, jak się dostanie do sędziego w czwartek przed Wielkanocą, bo piątek był dniem wolnym. Już wcześniej uzyskał pozwolenie na ślub na specjalnych warunkach. Wtedy przyszedł mi do głowy pewien plan. George, zapytałem, co Anglik lubi najbardziej?

Wine, woman and song31, odpowiedział.

I whisky, dorzuciłem. Kupisz dwie butelki whisky. Jedną dasz Mister Richmanowi, a drugą Mister Keely'emu, obydwu w środę. I powiedz im prawdę. Mogą odpowiedzieć tylko tak albo nie.

Oh, no!, powiedział George.

Zrobimy to, co tamten Anglik mówił, myśląc o Bogu, powiedziałem: Proście, a będzie wam dane.

Obaj nasi pracodawcy byli spłukani i aż nadto chętni, by dać nam wolne tego dnia.

Na placu we Vryburgu George wynajął dwie dwukółki z budami i polecił woźnicom, aby w czwartek rano o ósmej czekali w wiosce przy wysokim drzewie. Powiedział, że im zapłaci, kiedy się znowu zobaczą.

W czwartek rano ja, George, Ruth i dziadek, który powiedział, że jest jej najstarszym wujem, stawiliśmy się w biurze sędziego, żeby zapłacić pięć funtów za specjalne pozwolenie na ślub. Kancelista wypełnił papiery. Przyszedł sędzia i zapytał George'a i Ruth, czy biorą siebie nawzajem za żonę i męża. Obydwoje odpowiedzieli: I do - jak George poprzedniego wieczoru powtarzał z Ruth. Ja i George podpisaliśmy papiery, a Ruth i jej wuj postawili krzyżyki.

Później z wujem Ruth musiałem pojechać drugą dwukółką, a w pierwszej siedzieli Ruth i George. Kiedy skręcaliśmy do wioski, po obu stronach dróżki wiodącej do chaty weselnej stali ludzie i krzyczeli, klaskali i śpiewali ululu.

Ngosi i starsi mężczyźni siedzieli na krzesłach pod zadaszeniem z blachy falistej. Stały tam też dwa krzesła dla George'a i dla mnie. Musiałem pójść po skrzynkę brandy i polać starszyźnie.

The quicker we get them drunk the better for us32, powiedział do mnie szeptem George.

Zacząłem od naczelnika i napełniłem jego filiżankę po brzegi, bo nie powiedział, żebym przerwał. Od razu zaczął pić. O toastach nie było mowy. Nalewałem wszystkim do pełna, część mężczyzn piła z kubków, które również napełniałem po brzegi. Potem przyniesiono mięso, duże kawałki na talerzu pełnym kleiku. Nie starczyło talerzy i młodsze dziewczęta musiały biec do swoich chat po więcej naczyń.

Po obżarstwie młode kobiety przyniosły garnki i wiaderka z piwem, bojalwą. Naczelnik musiał się napić pierwszy. Potem podał swój kubek George'owi, a ten po kilku haustach podał go mnie. I tak po kolei piliśmy do dna. Obok stała dziewczyna i czekała, aż wiaderko się opróżni, by je znowu napełnić. Tymczasem za nią czekała już w pogotowiu kolejna dziewczyna z pełnym wiaderkiem czy garnkiem.

Po dłuższej chwili mężczyźni jeden po drugim zaczęli wstawać i znikać za potężną skałą. Nazywano ją siklawą - mogli za nią chodzić tylko mężczyźni. Kiedy zrobili to, co robią pijani faceci, niezależnie od tego, gdzie się akurat znajdują, wszyscy naraz zaczynali gadać.

George dał mi znać spojrzeniem, żebym rozlał jeszcze jedną kolejkę brandy. Zrobiłem to tak jak za pierwszym razem, aż nic nie zostało. Ngosi nie mógł wydobyć z siebie słowa i wraz z kilku jego ludźmi udał się do swojej chaty. Część gości po prostu spała na siedząco.

Umowa z naczelnikem i starszyzną była taka, że George będzie mógł przed zachodem słońca zawieźć swoją nową żonę dwukółką do pokoju, który wynajął w Du Toitspan. Ja zostałem u ludzi o nazwisku Cloete, których znałem jeszcze sprzed wojny burskiej. Cały dobytek Ruth zmieścił się w worku po mące. Pożegnania nie przychodziły łatwo, bo goście byli bardzo mili i powtarzali: Dumela, dumela33.

Po ślubie George i Ruth regularnie odwiedzali jej bliskich, ale po kilku miesiącach już tylko przy okazji śmierci kogoś z rodziny. Jej ludzie mówili, że nie jest już jedną z nich. Stała się bardziej George'em niż Ruth.

Po szóstym miesiącu małżeństwa zamieszkali w Vatmaar.

Ta Vuurmaak opowiada, jak wszystko się zaczęło

W niedzielę po kolejnej wypłacie znowu byliśmy w chacie Ta Vuurmaaka, który opowiadał nam dalej swoją prawdę o Vatmaar:

Kiedy byłem w Pan, jak nazywano Du Toitspan, i kupowałem tytoń, zapałki i inne rzeczy, powiedział Ta Vuurmaak, wpadłem na jednego z naszych boyów, którzy należeli do królowej. Opowiadał mi, że Chai dostał pracę białego. Poszedłem wtedy do biura rady miasta, żeby poczekać, aż Chai będzie miał fajrant.

Kiedy mnie zobaczył, dał mi dwa funty, żebym kupił, co mi potrzeba, i żebym wrócił pilnować naszego ziemskiego dobytku.

W tamto sobotnie popołudnie Chai odwiedził mnie w mojej chatynce. Przyniósł butelkę sherry i opowiedział, jak wpadł na pomysł Vatmaar. Słowem vatmaar nazwałem rzeczy kaprala Lewisa i Chaia pochodzące z kradzieży. Teraz on nazwał tak również to miejsce.

Plan tego, co Anglicy nazywają settlement, objawił się Chaiowi którejś nieprzespanej nocy. W myślach zobaczył miejsce w pobliżu stawu.

Rozmawiałem o tym z George'em, powiedział Chai, i on stwierdził, że chciałby razem z Ruth zamieszkać na swoim, z dala od jego i jej ziomków. Bo będą mieli dziecko. George znowu poszedł na rozmowę ze swoim kapitanem. Dobrze się z nim rozumiał. Kapitan obiecał, że sprawę wpisze do porządku następnych zebrań kompanii górniczej i rady miejskiej.

Na obu zebraniach zgodzono się na powstanie osiedla na gruntach kopalnianych - pięć mil od Du Toitspan, w pobliżu stawu, który znajdował się już na gruntach miejskich. Peryferyjne osiedle Du Toitspan dla biednych Cape-boyów, którzy walczyli za królową, i dla innych, którzy również chcieliby tam zamieszkać.

Ta Vuurmaak ciągnął: Chai odwrócił butelkę do góry dnem, ścisnął moją dłoń i powiedział: Dawno mi się tak dobrze nie gadało. Po czym wsiadł na rower i odjechał.

Finał mojej historii jest taki, powiedział Ta Vuurmaak, że Chai i George przyszli z czterema ludźmi i ułożyli dwa stosy rzeczy "do wzięcia". Wtedy Chai chwycił półkoronówkę i zapytał George'a: Heads or tails?34 Chai mógł wybierać pierwszy. Potem zabrali swoje dobra na, jak je nazywali, włości.

You, Vuurmaak, powiedział do mnie Anglik, are well looked after. Take this brick mold and start your own business. People will soon need bricks to build their houses. Only the three of us know how you got the tank, and with your monthly pension you can live like a king35.

Część mężczyzn, którzy nie mieli pracy albo zostali odprawieni, nająłem do wyrobu cegieł. Z trzech wyprodukowanych cegieł dwie należały do tego, kto je zrobił, a jedna była moja.

Po zimie jednoizbowe domy Chaia i George'a były na tyle gotowe, że mogli się do nich wprowadzać - dzisiaj te pokoje służą im za pakamery. I wprowadzili się - Chai sam, a dziadek Lewies ze swoją młodą żoną i jedną z jej starych ciotek.

Każdego ranka obaj jeździli nowiutkimi rowerami do pracy w Pan.

Stary Chetty i jego sklep

Właściciel sklepu, stary Chetty, mówił, że pochodzi z Natalu, ale urodził się w Indiach. Opowiadał nam, gdzie są Indie, ale mu nie dowierzaliśmy, bo przecież był jednym z nas i mieszkał w Vatmaar. Był szczupły, miał czarną, krótko ostrzyżoną brodę przyprószoną siwymi włosami. Był czarnawy, nie brązowy, miał łukowaty nos i brakowało mu przednich zębów.

Starego Chetty'ego nazywaliśmy Kulisem, a jego dwie izby, jedną do mieszkania i drugą do prowadzenia handlu - sklepem u Kulisa. Sprzedawał wszystko, czego potrzebowali ludzie w Vatmaar, ale po wyższej cenie niż w Pan.

Sklep był od frontu, a pokój mieszkalny z tyłu, oddzielone dwuskrzydłowymi drzwiami. Zasuwane okno osłonięto drucianą siatką, która nie pozwalała niesfornym chłopakom niczego podać przez to okno na zewnątrz. Sam sklep miał osiemnaście na osiemnaście stóp, a pokój na zapleczu osiemnaście na szesnaście. Tam też było okno. Jednospadowy dach opadał ku frontowi i wystawał poza mur, tworząc przed sklepem werandę. Weranda opierała się na czterech drewnianych słupach i poprzecznej belce. Stary Chetty kupił arkusze blachy falistej u wujka Chaia i dziadka Lewiesa. Mówili, że to rupiecie z wojny. Do dwóch środkowych słupów przybita była deska z napisem "General Dealer"36.

[mężczyzna z regionu Transkei na progu domu, lata 40-te]

Kiedy stary Chetty jechał uzupełnić zapasy w Pan na swoim towarowym rowerze z wielkim koszem z przodu albo razem z wujkiem Flipem, sklep był zamknięty. Wujek Flip miał niewielki wóz i jednooką klacz zwaną Stara Chwiejba. To był jego drugi koń. Pierwszy zdechł nagle pewnego dnia, jeszcze zanim Devi, córka starego Chetty'ego, zaczęła pracować w sklepie przy wydawaniu reszty.

Jej matka, Free-da, opuściła swoją wioskę podczas wielkiej suszy. Była sierotą i zamieszkała u ludzi, którzy zatrudnili ją do pracy w polu. Stała się kobietą i ci sami ludzie szykowali ją do wydania za mąż w zamian za dobre bogadie.

Jedzenia było niewiele. Raz dostała cięgi za coś, czego nie zrobiła - sine ślady po pasku były jeszcze widoczne, kiedy zaszła do sklepu, który prowadził stary Chetty.

Opowiadała później, jak ciemną nocą nalała wody do tykwy i ruszyła ścieżką, która, jak mówili starzy ludzie, przecina szlak żelaznego konia i biegnie dalej do wielkiej wioski.

Wędrowała, aż słońce zaszło po raz drugi. Wtedy dotarła do dwóch torów zostawionych przez żelaznego konia. Była zmęczona i głodna, kiedy przechodziła przez płot. Uważała, żeby nie nastąpić na tory.

Dalej nie było już ścieżek, ale się nie zatrzymywała. Prosiła Mudim, Boga, żeby trzymał ją za rękę. W końcu stanęła przed domem, nie wiedziała, że taki istnieje, i przed mężczyzną, nie wiedziała, że taki chodzi po ziemi. Mężczyzna otworzył drzwi i spojrzał na nią. Miała sukienkę z worka po mące, z dziurami na głowę i ramiona. Był ziąb, bo pora była zimowa.

Mężczyzna popatrzył na mnie i ruchem rąk powiedział: Wejdź. Weszłam do domu, bo byłam ledwie żywa, opowiadała. Podał mi kubek gorącej kawy, pierwszą kawę, jaką w życiu wypiłam. Usiadłam na podłodze, z plecami przy ścianie, i szybko zasnęłam.

Żona starego Chetty'ego, Free-da, była niska i podobna do babci Lewies. Ludzie w Vatmaar mówili, że kochała swojego męża miłością, o jakiej napisane jest w Biblii.

Devi była ich jedyną, ukochaną córką. Była niska jak jej matka i delikatna od ciągłego rozpieszczania, ale budowę ciała miała po ojcu. Z twarzy przypominała i ojca, i matkę, a uszy miała drobne, jak u Barolong.

Devi była jedynym bystrym dzieckiem w naszej szkole w Vatmaar. Teacher Elsa pozwalała jej regularnie opuszczać dzień nauki, żeby razem z wujem Flipem i emerytami mogła pojechać do Pan po emerytury. Odliczała im wtedy wynotowane w zeszycie sumy, które byli winni jej tacie. Starsi ludzie nigdy się z nią nie spierali, bo i tak nie mogli nic dostać w sklepie, zanim Devi nie przyszła ze szkoły. Wtedy wpisywała ich dług do zeszytu, pokazywała im zeszyt i mówiła: Podpiszcie. Co też robili, kreśląc krzyżyk.

Jej mama tak naprawdę nazywała się Matemba, ale stary Chetty mówił do niej Free-da. My nazywaliśmy ją dobrotliwie Mama Kulisowa. Umarła podczas wielkiej grypy. Potem stary Chetty nigdy już nie był taki jak wcześniej.

Kiedy ktoś był w potrzebie, stary Chetty zawsze mu pomagał i dla ludzi w Vatmaar zrobił wiele dobrego. Kiedy mu dziękowali, podnosił palec i mówił: Nie mnie dziękujcie, tylko Mudim Free-dy. Jego miłość do Mamy Kulisowej nigdy się nie zestarzała i Vatmaar o tym wiedziało.

To stary Chetty podarował Vatmaar pierwszą piłkę do nogi.

Pierwszy pogrzeb

Babka Lewies była pierwszą, którą wyprowadzono z kościoła w Vatmaar. Kiedy trumnę wnieśli do kościoła i położyli na dwóch ławkach, wuj Chai podszedł do dziadka Lewiesa. Bez słowa wziął do ręki angielską Biblię George'a, a swoją, holenderską, położył na stole. Otworzył angielską Biblię i przeczytał: In my Father's house are many mansions, if it were not so I would have told you so37.

Kościół był nabity, bo ludzie w Vatmaar przywiązali się do dziadka Lewiesa. I była niedziela.

Nie było kazania i nie śpiewano Zbliżam się, Boże mój. Była tylko długa chwila ciszy.

Potem ten biały człowiek wziął za ręce swoje kolorowe dzieci i podszedł z nimi do stóp trumny. Popatrzył w czarną twarz swojej ukochanej Ruth i pięknym, mocnym głosem zaśpiewał: Rock of Ages, cleft for me, Let me hide myself in Thee...38 Wszystkie cztery zwrotki.

Trumna została zamknięta i przeniesiono ją na wóz wuja Flipa. Stara Chwiejba wiedziała, że nie powinna się śpieszyć, szło za nią całe Vatmaar.

Przy grobie wuj Chai zaintonował łamiącym się głosem Zbliżam się, Boże mój. Vatmaar znało słowa pieśni i śpiewało je, jakby płynęły z serca i jakby rozmawiało z Ojcem Niebieskim z Vatmaar. Potem opuszczono trumnę. Wuj Chai wrzucił do grobu kilka garści piachu i powiedział po angielsku: Dust to dust, ashes to ashes39 - z szacunku do języka swojego przyjaciela.

Kiedy zasypywano grób, wuj Chai spojrzał w twarz dziadka Lewiesa, wziął go za rękę i odprowadził na bok. Objęli się, jak tylko bliźniacy potrafią. Obydwaj zaczęli płakać. Kiedy tak stali, łzy skapywały obu starcom na ramiona. Wszyscy umilkli. Wtedy starzy przyjaciele opuścili ramiona i niewiele myśląc, wyciągnęli chusteczki w kolorze khaki i otarli sobie nawzajem twarze. Ludzie przyglądali się temu w śmiertelnej ciszy. Wuj Flip pokiwał z wolna głową i powiedział: Miłość nie zna granic.

Wuj Flip opowiada o interesie przewozowym

Wuj Flip opowiadał, że jego ludzie mieszkali w Basuto, kraju, który opuścił jako chłopiec.

Przez ich wioskę przejeżdżał wóz z towarem. Kiedy nikt nie patrzył, Flip wskoczył nań, żeby poczuć, jak się nim podróżuje. Nawet nie przyszło mu do głowy, że kiedy odjedzie, nigdy już nie wróci.

Pierwsza jazda wozem była tak przyjemna, że szybko zapadłem w sen. Krótko przed zachodem słońca obudził mnie człowiek idący z tyłu. Wołał brodatego mężczyznę i rozmawiał z nim w języku, którego wtedy jeszcze nie znałem. Cieszyli się, że mnie mają, bo przyszedłem z własnej woli. Człowiek idący z tyłu zapytał mnie w soto o moje imię. Pelo, odpowiedziałem.

Szefie, powiedział, że ma na imię Pelo, mówił idący z tyłu. Brodaty mężczyzna spojrzał na mnie i odrzekł: Nie, nazywa się Filippus, musi mieć imię z Biblii. Tak mi później opowiadał w soto człowiek idący z tyłu, ale szef prawie nigdy mnie tak nie nazywał.

Wcześnie rano i wieczorem, zanim zrobiło się ciemno, szef zaglądał do grubej, czarnej książki w twardej oprawie. W niedziele leżeliśmy i odpoczywaliśmy. Podczas odpoczynku zjawiali się też inni i szef z nimi rozmawiał, i widziałem, że mówili z tej czarnej książki, którą nazywali Biblia. Dużo później pytałem człowieka idącego z tyłu, czym jest Biblia. Odpowiedział, ale go nie zrozumiałem. Mniej więcej wtedy zacząłem mówić do idącego z tyłu Neels, tak samo, jak nazywał go szef, ale on powiedział, że nazywa się wuj Neels. Był tam jeszcze jeden mężczyzna, Saulus, przewodnik. Ale szef nazywał go Paulus, mówił, że i w Biblii to imię się tak zmieniło. Wuj Neels też mi to objaśnił.

Pierwszego wieczoru z dala od moich ra i mme40 jadłem swoją pierwszą bułkę pieczoną na ruszcie. Mieliśmy ładunek mąki, który, jak mówili, miał trafić do Wolnego Państwa. Mężczyźni palcem wskazującym robili dziurę w każdym worku i wysypywali przez nią mąkę, czekając, aż napełnią kubek. Śmiali się, kiedy to robili. Nie wiedziałem dlaczego. Ale śmiałem się razem z nimi. Podobało im się to.

Tamtej pierwszej nocy płakałem i płakałem, bo pod wozem było zimno. Miałem tylko przepaskę na biodrach. Krzyczeli: Cicho, mały kafrze. Cicho, kafrze! Nie wiedziałem, co znaczy kafr. Później słyszeli, jak się trzęsę i zanoszę od płaczu, bo nie mogłem powstrzymać szczękania zębami. Nad ranem wuj Neels wyciągnął spod siebie worek i mi go rzucił.

Im dalej jechaliśmy, tym bardziej tęskniłem za moją mamą, moim tatą i moją siostrą Robą, i tym częściej o nich rozmyślałem. Tylko sen i praca odciągały mnie od myślenia o domu i wuj Neels dbał, żeby mi ani jednego, ani drugiego nie brakowało. I były jeszcze te śmieszne słowa, których musiałem się uczyć.

Pierwsze słowa, jakich się nauczyłem, to: Umyj naczynia. Później: Zrób kawę. Lubiłem kraść cukier. Zwykle dostawałem do jedzenia resztki. Cały czas brakowało mi mojego ra i mojej mme, ale jedno trzeba przyznać, nigdy nie miałem pustego żołądka.

Byłem wtedy bardzo młody, właściwie byłem jeszcze chłopcem. Z mojej pierwszej życiowej lekcji dowiedziałem się, że sen zabiera tęsknotę za mamą i tatą. Całą zimę budziłem się nocą i płakałem, dopóki znowu nie zasnąłem. W większość nocy nie potrafiłem sprowadzić do moich snów ani mojego ra, ani mme, ani Roby. Wuj Neels przesypiał aż do świtu.

Jeden z postojów wypadł przy tamie. Znad tamy wiał wiatr i było bardzo zimno. Wuj Neels, ten, który mi mówił, co mam robić, bo znał język mojego ra, kazał schować się na czworaka za jego plecami. Następnego ranka powiedział mi, że jestem jego mosimane, jego synem. Wtedy poczułem, że samotność już mi tak nie doskwiera.

Zawsze było coś do prania i dzbanki trzeba było napełnić wodą. Pilnowali, żebym miał co robić, kiedy odpoczywaliśmy. Wiedzieli, że nie byłbym taki głupi, żeby wracać samemu do domu. Szef mówił: Mały kafr zostanie, bo przyszedł z własnej woli.

Nie mogłem się doczekać, aż znów zaprzęgną konie, bo wtedy będę mógł wskoczyć na wóz, wgramolić się do worka i nadrobić sen, którego noc mnie pozbawiła.

Pewnego dnia zatrzymaliśmy się w pobliżu miejsca, gdzie trzeba było rozładować mąkę. Kiedy tylko zaczęło świtać, zobaczyliśmy antylopy pasące się koło wozu. Saulus, przewodnik, podczołgał się do szefa - my musieliśmy spać z przodu, gdzie koła były małe, a szef spał z tyłu, gdzie koła były większe, między nim a nami leżały najróżniejsze graty.

Wuj Paul pokazał antylopy szefowi. Ten wstał z karabinem, który trzymał w worku, zawsze pod ręką. I trach! Trach! Dwie antylopy leżały. Wszystko widziałem, bo dostałem nowe zadanie: zanim zrobię cokolwiek innego, miałem z samego rana zebrać drewno na ognisko. O tej porze było jeszcze zimno, ale wuj Neels dał mi mocno połataną koszulę, która sięgała mi do stóp.

Nikt nie zrozumie, jaki byłem wdzięczny za tamtą koszulę i jaki dumny, że ją mam, mówił wuj Flip. Pierwsza rzecz na świecie, która była moją własnością.

Szef powiedział: Zabierzcie te antylopy i oprawcie je. Ja oczyszczę martiniego. Od tamtej pory każdą broń nazywałem martini.

Nigdy wcześniej nie zjadłem tyle mięsa, ile tamtego ranka, i po raz pierwszy jadłem wątrobę, u nas w domu wątroba była potrawą dorosłych.

Zawsze znalazło się coś, co zajmowało moje myśli, zawsze można było nauczyć się czegoś nowego. Na początku nie mogłem zrozumieć, dlaczego małe koła są z przodu i dlaczego duże ich nie wyprzedzają. I dlaczego martini robi tyle hałasu. Albo dlaczego biali ludzie mają na imię Szef?

Pewnego razu szef mnie zawołał. Nazwał mnie Filippus. Nie usłyszałem, bo wcześniej za każdym razem wykrzykiwał: Mały kafrze. Naraz wstał i wtedy po raz pierwszy zobaczyłem złość dorosłego mężczyzny. Spojrzałem na niego, zerwałem się z miejsca i przestraszony pobiegłem za wóz. Wstawszy ze swojego składanego siedziska, szef podniósł drąg z ogniska, złapał mnie i podciągnął z tyłu moją koszulę. Zadał mi kilka razów, które pamiętam jeszcze dzisiaj i których nigdy nie zapomnę.

To było moje pierwsze lanie, powiedział wuj Flip.

W końcu dojechaliśmy do dużego blaszanego budynku z wystającym z przodu dachem wspartym na słupach. Wyładowaliśmy worki z mąką, po czym załadowaliśmy tyle wysuszonych, rozciągniętych skór, ile się zmieściło, i przymocowaliśmy je pasami. Musieliśmy też zrobić miejsce na kilka drewnianych skrzyń, które należało stawiać bardzo powoli, bo w środku było coś, co mogło się potłuc.

Szef nazywał to miejsce Sklepem Żyda. Wujowi Neelsowi i wujowi Paulowi powiedział: Idę się teraz wykąpać. Poprowadźcie woły na przód. Potem wy dwaj pójdziecie po wasze pieniądze, a kafr Żyda popilnuje wozu. I powiedz mu, Neels, że ma być uważny - tu wskazał na mnie - i mieć żydowskiego kafra na oku.

Oczywiście robiłem, co mi kazali, bo nie chciałem dostać kolejnego lania.

Na następnym postoju szef powiedział do wuja Neelsa: Przynieś mi jedną z tych skrzyń.

Siedział na swoim wyplatanym skórzanym siedzisku.

A ty, Paul, przynieś mi młotek stolarski, rzucił jeszcze.

Po czym bardzo ostrożnie otworzył skrzynię i wyciągnął butelkę z żółtą wodą. Później wuj Neels powiedział mi, że mówi się na to brandy. Szef powolutku wyciągał korek. Nie rozumiałem, dlaczego jest taki ostrożny. Kiedy korek wyszedł, zaśmiał się i powiedział: Przynieście wasze kubki, złodzieje pierwsi.

Wypiliśmy butelkę do połowy i odłożyliśmy ją do skrzyni do następnego postoju.

Na następnym postoju zjawił się przyjaciel szefa. Szef wyciągnął napoczętą butelkę, ale wuj Neels i wuj Paul obeszli się smakiem i całą noc narzekali. Kiedy butelka była pusta, a przyjaciel sobie poszedł, szef chwycił młotek i rozbił butelkę. Odłamki szkła wrzucił do skrzyni i zabił ją na powrót.

Po latach zrozumiałem, że tę mąkę i brandy kradli, powiedział wuj Flip.

Żyd nazywał szefa Mister Swartz. Teraz już wiecie, skąd się wzięło moje nazwisko. Jestem przecież Filippus Swartz.

Wuj Flip był tęgi i raczej niski, ale nie przesadnie, jego okrągły tyłek kołysał się w marszu. Z tyłu na głowie miał łysinę. Dorośli nazywali ją uciekający placek. Mówili, że uciekał podczas bójki i został trafiony z tyłu kamieniem, który zostawił tę bliznę. Miał owalną twarz, zawsze gładko ogoloną jego własną, jak mówił, niemiecką brzytwą. Brakowało mu przedniego zęba i kiedy się śmiał, widać było prześwit między zębami.

Wuj Flip zapewniał jedyny środek transportu między Vatmaar a Du Toitspan. Jego dwukółka była zawsze obładowana, nieważne, czy akurat wyjeżdżał, czy wracał. Nigdy nie prosił wprost o zapłatę za pasażera czy ładunek, wskazywał tylko na tabliczkę z licencją, przybitą dwoma gwoździami do jego ławki, i mówił: Sami widzicie, moja licencja kosztuje dwa szylingi rocznie. Muszę je zapłacić na czas. W biurze w Pan nie mogę rozłożyć rąk, tak jak wy przede mną.

Zwykle mówił to, kiedy ludzie siedzieli już na wozie. I zanim ruszył, dodawał: To nie w porządku wobec Starej Chwiejby. Ona ciągle pilnuje, czy nie przeciążyłem wozu. Wuj Flip zawsze powtarzał, że kupił Starą Chwiejbę, swoją jednooką klacz, bo nikt jej nie chciał i ona o tym wiedziała. Wuj Flip nigdy nie powiedział jej złego słowa i nigdy nie miał ze sobą bata. Jest członkiem rodziny, moją najstarszą córką, mówił, kiedy nic innego nie miał do powiedzenia.

Stara Chwiejba zwykle obracała łeb, zanim ruszyła. Ludzie mówili, że tylko tak może spojrzeć w drugą stronę swoim jednym okiem.

Wuj Flip mówił, że nigdy nie dostał pieniędzy od swojego szefa, pana Swartza, ani kiedy przewoził towary, ani w kopalni. Parę razy Swartz dał mu kilka pensów, mówiąc: To twoje kieszonkowe, jesteś kafrem ochotnikiem.

Puścił mi się już zarost i zacząłem coś czuć do kobiet, kiedy pan Swartz sprzedał wszystko, co miał, opowiadał wuj Flip. Resztę dobytku załadował na wóz, razem z żoną i dwiema córkami, Grietą i Mollie. Wtedy odjechali też wuj Neels i wuj Paul. Zamieszkali razem ze swoimi żonami na farmie pana Delpoorta w pobliżu Klerksdorp. Dwaj nowi pracownicy byli leniwi i brali go za naiwniaka. Żeby żyć z nimi w zgodzie, musiał większość pracy wykonywać sam.

Stary szef, jak go wtedy nazywano, powiedział, że jedzie do kopalni w okolicach Lichtenburga.

Kiedy przyjechaliśmy do Bakerville, musieliśmy zbudować chatę dla białych. Filippus Swartz miał spać pod wozem, opowiadał wuj Flip. Pracowałem, dowożąc wodę dwukołowym wózkiem i sprzedając ją górnikom w czterogalonowych puszkach po nafcie po sześć pensów za puszkę. I to wtedy spotkałem bardzo miłą dziewczynę. Później wam powiem, jak się nazywała.

Siostra Bet

Siostra Bet była w Vatmaar znana jako kobieta z ludu Griqua. W słońcu jej skóra miała kolor jasnobrązowy, w cieniu robiła się matowożółta. Siostra Bet była znacznie wyższa od swojego męża, wuja Flipa, miała proste plecy i okazałe pośladki. Jej kości policzkowe kończyły się wysoko, broda miała ostry zarys, oczy, zawsze lekko przymknięte, spoglądały przez dwie równe szparki. Jej ręcznie szyte sukienki miały prosty krój. W niedziele można ją było rozpoznać po sukience, niedzielnej sukience z dużymi żółtymi kwiatami na niebieskim tle. Była jedną z tych szczęśliwych kobiet, które miały jeszcze sukienkę na powszedni dzień i kolejną do chodzenia po domu, bo większość kobiet miało tylko dwie sukienki. Zawsze nosiła chustkę na głowie, w niedzielę żółtą, prezent bożonarodzeniowy od wuja Flipa.

Siostra Bet była o wiele młodsza od swojego męża. On mówił do niej: koziołku, a ona do niego: staruszku. Kiedy rozmawiali z kimś innym, mówili o sobie nawzajem: moja Bet, mój Flip. Jedyne dziecko Bet, Mały Neels, było jej sobowtórem i zawsze mówiła: Jest w nim więcej mamy niż taty.

Siostra Bet i wuj Flip należeli do najbardziej poważanych ludzi w Vatmaar, on był woźnicą, ona miała swoje khadie - napitek, którym można się było przyjemnie upić - z miodu i polnego korzenia. Tylko ona wiedziała, gdzie go wykopać i robiła to własnoręcznie. Sprzedawała napitek po sześć pensów za puszkę po owocach. Tę puszkę nazywała czarką. Kiedy khadie było mocne, dorośli mówili: Dzisiaj jest dobre. A innym razem: Dzisiaj jest słabe. Siostra Bet odpowiadała zwykle: Bierzesz albo nie, i zawsze sprzedawała wszystko przed zachodem słońca.

Byli bardzo dumni z Małego Neelsa. Dlaczego? Bo miał datę urodzenia. Ani wuj Flip, ani siostra Bet nie znali swojej daty urodzenia. Później wszyscy troje świętowali swoje urodziny w dzień urodzin Małego Neelsa. I robili to z takim zapałem, że całe Vatmaar nie przestawało ich pytać: Kiedy znowu będzie ten wielki dzień?

W kościele obydwoje się upewniali, że mają po trzy pensy na tacę. Po nabożeństwie siostra Bet ściągała buty od razu, kiedy wyszli na ścieżkę, dalej niosła je w ręku.

Koziołku!, powiedział pewnego razu, kiedy po nabożeństwie szli ścieżką. Słyszałaś, jak kaznodzieja mówił: Dawajcie, a będzie wam dane?

Kiedy podeszli pod dom, Mały Neels nagle wykrzyknął: Mamo, zobacz!

Gdzie?, zapytał tata i podniósł kamień, bo myślał, że chodzi o węża.

W zaroślach - i Mały Neels pokazał coś palcem.

Moje dziecko!, powiedziała mama, uścisnęła go i aż uniosła. To nasze dwie trzypensówki, które położyliśmy na tacy, a Bóg oddał nam po dwakroć.

Doliczyłem się dwunastu kurcząt, powiedział wuj Flip.

Wuj Flip nie od zawsze potrafił liczyć. Kiedy zaczął sprzedawać wodę na kopalni, po raz pierwszy obracał pieniędzmi. Czasem wydał za dużo drobnych, czasem za mało. Ale szybko nabrał biegłości, bo pan Swartz kazał swojej córce z nim jeździć i trzymać pieniądze, dopóki Flip nie nauczy się liczyć drobnych. Wuj Flip był dobrze znany wśród górników, lubili go, bo regularnie zdarzało mu się oddać wodę za darmo.

Mollie Swartz była młoda i jak wszystkie młode dziewczęta ładna, chociaż tam, w górniczym obozie, całkiem brudna. Szybko miała chłopaka, Filemona, syna pana Steenkampa. Przy działce pana Steenkampa wóz z wodą stał najdłużej.

A jak zawsze mawiał wuj Flip: Bóg działa w dwójnasób. Pan Steenkamp miał służącą, która często przychodziła do wuja Flipa i mówiła mu: Tatku, ci ludzie nie dają mi się myć tą wodą. Mówią, że jest za droga, żeby ją rozdawać. Mówią, że muszę poczekać na deszcz i wtedy umyję swój zad.

I kiedy panienka Mollie znikała za chatą z panem Filemonem (bo tam był cień, a upał dawał się we znaki), wuj Flip napełniał wiadro służącej. Czasem zostawiał panienkę Mollie w chacie Steenkampów i wtedy służąca pytała ją, czy może pojechać z wujem Flipem napełnić puszki, bo skończyła już swoją pracę.

Panienka Mollie mówiła wtedy: Jeżeli twój pan się zgodzi.

Pan Steenkamp odpowiadał zawsze: Jedź.

Biali nazywali dziewczynę Bet, i on też szybko tak zaczął na nią mówić. Ale mówił to wstydliwie i jakby wbrew sobie. (Koziołek pojawił się dopiero później.)

To było niedługo przed tym, jak zaczął podbierać pieniądze z worka i dawać je Bet, bo dla niego pieniądze były tylko pieniędzmi. Kupowała im wtedy brązowego cukru i czasem puszkę skondensowanego mleka, w której robili dwie dziurki i każde wysysało połowę.

To Bet powiedziała: Musimy tak kraść, żeby się nie zorientowali. I biali nigdy tego nie odkryli. Czasem panienka Mollie dawała wujowi Flipowi trzypensówkę i mówiła: Idź, kup sobie coś.

Któregoś dnia panienka Mollie ponownie została w chacie Steenkampów. Bet wsiadła na wóz, nie pytając, czy może się zabrać. Dłonią zakrywała ucho. Wuj Flip zapytał, co się stało, ale nie chciała powiedzieć. Kiedy odciągnął jej dłoń, zobaczył, że ucho jest spuchnięte.

Użądliła cię osa?, zapytał.

Tak, odpowiedziała.

Bana! Mężczyźni!, powiedział wuj Flip, odciągnął jej dłoń od ucha i przytrzymał ją delikatnie, czując, jakby dotykał czegoś, co już kiedyś miał w ręku. Przypomniał sobie jedwabną chustkę pani, porwaną przez wiatr, którą musiał gonić.

Wtedy po raz pierwszy był tak blisko Bet.

[kobieta z dzieckiem niosąca wodę na głowie, Transkei, lata 40-te]

Kiedy następnym razem wsiadła do wozu przy okazji napełniania puszek, miała spuchnięte usta i ledwo mogła mówić. Zapytał, co się stało.

Powiedziała tylko, że się przewróciła, nie wspomniała gdzie ani jak, a on jej nie wypytywał. Kiedy ją później wysadzał przed chatą Steenkampów, obeszła wóz i stanęła od jego strony. Położyła dłoń na jego dłoni i spojrzała mu w twarz. Jej oczy błyszczały od łez. Potem się odwróciła i odeszła.

Obraz jej wyprostowanych pleców utkwił mu w głowie i nie opuszczał go aż do następnego spotkania.

W piątki było płukanie. Przepłukiwano wtedy diamentowy żwir. Wuj Flip musiał zadbać, żeby górnikom, którzy kupowali u niego wodę, wystarczyło jej aż do poniedziałku, bo w piątki sam musiał obracać patelnią i pilnować, żeby żwir trafił na stół sortowniczy, który tak naprawdę był stołem kuchennym. Do żwiru byli dopuszczani tylko najbardziej zaufani robotnicy. Większość poszukiwaczy diamentów zajmowała się tym sama.

W weekend wuj Flip również nie rozwoził wody, ale te wyprostowane plecy miał stale przed oczami. W niedzielne popołudnie postanowił podejść do chaty Steenkampów. Wystarczyłoby mu ją zobaczyć. Wciąż tęsknił za swoimi ra i mme i za swoją siostrą Robą, ale od kiedy zobaczył Bet, jej wyprostowane plecy ich przesłoniły.

Dzieła Pana są zadziwiające, mówił wuj Flip. Pan wie, co jest miłe i dobre dla człowieka, kiedy przyjdzie jego czas. Zobaczyłem ją, jak siedziała na kamieniu pod akacją. Poznałem po kolorze sukienki. Kiedy podszedłem bliżej, zauważyłem, że sukienka jest świeżo wyprana, to była ta sama sukienka, którą nosiła, od kiedy ją poznałem.

Obchodził zagajnik dookoła, i udawał, że jej nie widzi. Podniosła wtedy kamyk i rzuciła w jego kierunku, żeby przyciągnąć jego spojrzenie.

Podszedł do zagajnika i uśmiechnął się do niej tak szeroko, jak potrafił, bo widział, jak Filemon Steenkamp uśmiecha się do panienki Mollie, kiedy ją zobaczy.

Bet podniosła się z kamienia i powiedziała: Flippus, usiądź. Sama usiadła naprzeciwko i objęła rękami kolana.

Bana!, powiedział wuj Flip. Wiecie? Ta dziewczyna chciała poznać moje życie w najdrobniejszych szczegółach. Począwszy od tego, jak zostałem Fillipusem Swartzem, aż do tego, jak wysypuję diamentowy żwir na stół sortowniczy, i ja, Filippus Swartz, nigdy wcześniej nie wyrzuciłem z siebie takiej masy słów w tak krótkim czasie. Niektóre rzeczy musiałem powtarzać, a ona się śmiała. Podobało mi się, kiedy mówiła: Że jak?

Wtedy powtarzał swoje słowa, tylko żeby usłyszeć jej stłumiony śmiech, przeznaczony jedynie dla jego uszu. Zauważył, że przechyla głowę ukośnie do tyłu, kiedy jest zamyślona. A ona lubiła, kiedy jej powiedział, że nigdy nie miał żony. Powiedział to po tym, jak spytała: Gdzie jest żona Flippusa?

Zrobiło się ciemno. Bet, musimy iść spać, powiedział, bo jutro będę miał dużo pracy. Jutro poniedziałek, wiesz, większość górników będzie bez wody.

Z tego wuja Flipa był robotnik, jakiego każdy szef by sobie życzył. Przypominał bardziej wytresowanego konia niż człowieka.

Bet powiedziała: Boję się. Kiedy zapytał dlaczego, odpowiedziała: Został stary pan. On wie, czego chce. Wszyscy inni pojechali do Lichtenburga.

Zapytał wtedy znowu: Czego się boisz?

Stary pan jest pijany, powiedziała. Podejrzę i sprawdzę, co robi.

Dobranoc, powiedział wuj Flip, bo Bet była teraz jego ukochaną, była jak cukier, mleko skondensowane, była świętą i wszystkim, co piękne. Od kiedy ją spotkał, jego życie nie było takie samo. Czuł, że do niej należy. Boże, powiedział, kiedy modląc się odchodził, czy ona nie jest piękna? Bo Bóg, myślał sobie wuj Flip, jest jedyną istotą, z którą może o niej rozmawiać, i która go zrozumie.

Następnego ranka panienka Mollie zsiadła z wozu wuja Flipa przed chatą Steenkampów, a on czekał, aż zobaczy swoją Bet, jak ją teraz nazywał w myślach. Gdybym tylko mógł zobaczyć te wyprostowane plecy, mówił sobie.

Jedź!, usłyszał krzyk panienki Mollie. Jest poniedziałek, ludzie nie mają wody. Nie stój bezczynnie!

O tej porze mógł już odliczać drobniaki.

Kiedy później, w drodze do chaty Swartzów, znowu zabierał panienkę Mollie czekającą przy Steenkampach, zapytał: Panienko, gdzie jest służąca? Nie widziałem jej.

Odpowiedziała, że nie wie, ale pani poprosiła ją o pomoc w sprzątaniu. I jakby była z tego dumna, dodała: Dziewczyna chyba jest chora. Mój Filemon mówi, że bicz był w robocie. Mówi, że stary pan poprosił Bet, żeby zrobiła mu kawy, ale ona odpowiedziała, że sam ją musi zrobić. Filemon twierdzi, że wrócili w ostatniej chwili, inaczej stary by ją zabił.

Żaden nóż nie zraniłby mego serca dotkliwiej niż te słowa, powiedział wuj Flip, a ona na dodatek powiedziała to, jakby Bet była koniem, którego trzeba złamać. Kiedy na nią patrzył, pomyślał: Znam was, biali, znam was lepiej niż swój lud.

Przez cały tydzień wuj Flip nie widział swojej Bet. W niedzielę, myślał, pójdzie prosto do drzewa i usiądzie na ich kamieniu. Kiedy podchodził, zobaczył, że Bet już tam jest, i przyspieszył kroku.

Dzień dobry, Bet, co się stało?, zapytał jednym tchem.

Chciała się podnieść z kamienia, ale wuj Flip powiedział: Dzisiaj siedzisz na kamieniu i opowiadasz swoją historię.

Widział, że jest chora. Głos jej się łamał, jak kobiecie, która żałuje sama siebie, dziwiąc się, że spotyka ją taki ciężki los. Cała się trzęsła i wuj Flip okrył jej ramiona swoją kapotą. Zauważył, że w tym tygodniu nie prała sukienki.

Ukryła twarz w dłoniach i płakała, płakała, płakała. Im dłużej płakała, tym częściej wuj Flip powtarzał: Płacz, Bet, płacz. Wyrzuć to z siebie. Wtedy poczujesz się dużo lepiej.

Później przestała płakać, a wuj Flip chwycił za rąbek jej sukni i wytarł łzy z jej twarzy i rąk. Zapadła długa cisza. Potem wuj Flip powiedział: Bet, wiem, jaka jesteś, kiedy się śmiejesz i kiedy płaczesz. Bet, powiedział stroskanym, czułym głosem, nie pozwolę, żebyś kiedykolwiek płakała.

I wtedy ją pocałował, żeby przypieczętować swoje słowa. Pierwszy raz kogoś całował.

Po chwili Bet powiedziała: Pewnego dnia, kiedy, jak Bóg pozwoli, będziemy sami, wszystko ci opowiem, Flippus. I obiecuję, że to się stanie, zanim ci powiem, żebyś mnie wziął. Bo wiesz, Flippus, będziesz miał prawo powiedzieć, że mnie nie chcesz. I proszę cię, żebyś mnie wtedy kopnął w zad, jak klacz, której jeszcze nie złamano - i delikatnie pogłaskała jego brodę.

Wuj Flip nie chciał tego słuchać, ale i nie mógł zapomnieć. Nieśpiesznie pokiwał głową i uciszył ją słowami: Nigdy tego nie zrobię, Bet.

Siostra Bet opowiada o kopalni

Siostra Bet mówiła, że dorastała w Daniëlskuil, a kapitan Waterboer to jej wuj. Był najmłodszym bratem taty.

Flippus, nie będę ci opowiadała o tym, jak żyjemy my, Griqua, tak jak ty nie opowiadałeś mi, jak wygląda wasze życie Soto, stwierdziła. Powiedziałeś, że odszedłeś ze swojej wioski, kiedy byłeś jeszcze chłopcem. Pozwól mi teraz opowiedzieć o sobie, Flippus.

Byłam w wieku, w którym stajesz się kobietą, kiedy brat mojego taty... Ale zacznijmy od tego: Mój tata już nie żył i jego najstarszy brat był głową naszego domu. Troszczył się o moją mamę i o nas, dzieci.

Ten nasz wuj był dla mnie bardzo dobry. Zawsze dawał mi jakiegoś smakołyka i klepał mnie po pupie. Gromadzenie drewna na opał było obowiązkiem dziewczynek, musiałyśmy przemierzać duże odległości, żeby nazbierać suchych gałęzi. Byłam wtedy sama, bo Kiewiet, moja siostra, poszła przodem. Nagle zawołał mnie mój wuj. Siedział pod drzewem. Podeszłam bliżej i zapytałam: Wujku Baaitjie, co mogę dla wujka zrobić? Naprawdę bardzo go lubiłam, bo był dla mnie bardzo miły, jak tata.

To wtedy złapał mnie, jakby był zwierzęciem, i rzucił na ziemię.

Była przerażona, bo nagle znalazł się na niej.

Flippus, powiedziała, Bóg dał zwierzętom rogi, żeby się broniły, lecz kobieta ma tylko jadaczkę. Krzyczałam tak głośno, jak potrafiłam: Kiewiet! Kiewiet!

Próbował zatkać mi usta ręką. Kiewiet!, krzyczałam, Kiewiet, on mnie zabije.

Biegnę!, odkrzyknęła Kiewiet.

Kiedy Kiewiet biegła, ten stary mężczyzna, dla którego byłam tak samo miła jak dla taty, odwrócił się i uciekł. Kiewiet nie widziała, jak na mnie siedział ani jak uciekał.

Trzęsłam się ze strachu i byłam cała w kurzu. Kiedy Kiewiet zapytała, co się stało, opowiedziałam jej wszystko, bo była zamężną kobietą. Ona jednak powiedziała, że mi nie wierzy. Kiedy odłożyłam drewno do krytej słomą glinianki, poszłam do studni po wodę i umyłam się. Pomyślałam, że skoro Kiewiet mi nie wierzy, to nikt mi nie uwierzy. I zamilkłam.

Ale Kiewiet gęba się nie zamykała, bo miała nowinę pierwsza klasa. Nikt z rodziny nie uwierzył w to, co opowiedziałam Kiewiet. Moja mama mówiła: Bet, moje dziecko, jak możesz opowiadać takie niestworzone historie? Brat twojego taty jest szanowanym mężczyzną z kapitańskiej rodziny.

Flippus, wujek nie spojrzał mi już więcej w oczy i nie dostawałam już od niego smakołyków. Ludzie zaczęli mnie nazywać pomyloną, a mama powiedziała, że powinna mnie była uśmiercić, jak byłam mała.

I kiedy ci ludzie - pokazała na chatę Steenkampów - po odwiedzinach u kogoś z rodziny zajechali do Daniëlskuil i rozmawiali z moją mamą, powiedziała im: Weźcie ją i zróbcie z niej człowieka.

Biali odpowiedzieli, że przyjechali z kopalni w Barkly-Wes, ale jadą dalej, do kopalni w Bakerville niedaleko Lichtenburga. Szukali dziewczyny do pomocy. Wręczyli mojej mamie dziesięć szylingów - jedyne pieniądze, jakie kiedykolwiek zapłacili za moją pracę.

To było trzy lata temu, Flippus. Siostra Bet patrzyła przed siebie, ale nic nie widziała. Miała pustkę w głowie, pustkę, z którą nie potrafiła sobie poradzić, i znowu zaczęła płakać. Potem przestała i powiedziała: Muszę być silna, jestem sama.

Nie jesteś, powiedział wuj Flip, jest nas dwoje i Bóg.

Widzisz tę sukienkę, Flippus? To moja trzecia sukienka, powiedziała i pociągnęła za chintz. Pierwszą rzuciła mi pod nogi córka mojego wuja, zanim wyjechałam z tymi białymi - i znowu pokazała na chatę Steenkampów. Powiedziała: Łap, czarownico, i zakryj swoją dupę.

Kiedy odchodziłam, nikt nie życzył mi powodzenia. Cała moja rodzina stała i żegnała się z białymi, jakby ich znała. Na mnie patrzyli, jakbym była miotem szczeniąt, które daje się nowemu panu. Nie miałam nawet własnego tobołka, Flippus, tylko sukienkę, która przesiąkła nienawiścią moich ludzi.

Wytarła łzy. Wuj Flip położył dłoń na jej udzie. Pracuję za nic, tak jak i ty, żywimy się tym, co spadnie z pańskiego stołu, mówił, oczy mu błyszczały.

Flippus, powiedziała siostra Bet, włożyła palec do ust i z powrotem go wyciągnęła, wydając ssący odgłos, jak robią ludzie w jej stronach, kiedy składają przysięgę: Naprawimy to, we dwójkę.

Wstała, nie mówiąc już ani słowa, i odeszła.

Kolejna niedziela kazała długo na siebie czekać. Serca tych dwojga, serca najuniżeńszych sług, zdolne wszakże do głębokiej miłości, zostały pod tamtym drzewem.

Niedzielne popołudnie w końcu jednak nadeszło, a każde z nich z jednakową niecierpliwością czekało na koniec pracy. Tym razem to siostra Bet dołączyła do wuja Flipa siedzącego pod drzewem: Dzień dobry, Bet, powiedział wuj Flip, wstał i pokazał na kamień: Usiądź.

Zauważył, że miała wypraną sukienkę. Po raz pierwszy widział ją z chustką na głowie. Ładnie wyglądasz w tej chustce, powiedział.

Dała mi ją Siesie Lena.

Kim jest Siesie Lena?, chciał wiedzieć wuj Flip.

Należy do mojego ludu, ale pochodzi z Postmasburga. Pracuje dla Mister Goodalla, Anglika, jego działka przylega do tej drogi. Odwiedziła mnie, kiedy byłam chora, i poszła po leki, które mi pomogły. Powiedziała: To miejsce, w którym się czegoś szuka, nie wiedząc nawet, gdzie to coś można znaleźć, jest opuszczone przez Boga. Nie znajdziesz tu nawet kępki ziół. Siesie Lena przyniosła buteleczkę z lekarstwem, zawiniętą w chustkę, i powiedziała, żebym zatrzymała i tę buteleczkę, i chustkę. Teraz mogę chodzić jak kobieta, z zakrytą głową.

Flippus, Siesie Lena jest jedyną przyjaciółką, jaką miałam w życiu, Bet spuściła wzrok. Zanim przyjechałeś do Bakerville, stale do niej chodziłam. To Siesie Lena nauczyła mnie wszystkiego, co powinna wiedzieć kobieta z ludu Griqua. Powiedziała mi, co robić, kiedy rodzi się dziecko i kiedy z ciała uchodzi życie. Nauczyła mnie, jak przygotować khadie i gdzie szukać korzenia. Powiedziała: Korzeń jest sekretem. I jeszcze: Jeżeli umiesz przygotować khadie, nigdy nie zostaniesz bez grosza.

Siesie Lena powiedziała mi wszystko o ziołach, jak wyglądają, do czego się ich używa. Zapewniała, że je rozpoznam, kiedy je zobaczę, bo wszystkie Griqua mają taki dar. Tego mnie nauczyła, jak i wielu innych rzeczy. Filippus, Siesie Lena jest moją matką zesłaną przez Boga.

Też chcę ją nazywać Siesie Lena, powiedział po cichu, z wyczuwalną zazdrością wuj Flip, bo też chciał być jednym z nich.

Siostra Bet powiedziała wtedy, że Siesie Lena chciała wiedzieć, skąd się wzięły te pręgi po biczu. Próbowałam je ukryć, ale Siesie Lena byłą dorosłą kobietą: A te ślady po uderzeniach, moje dziecko?, zapytała. Wtedy jej powiedziałam.

I co na to Siesie Lena?

Powiedziała: Lepiej, że tak się stało, moje dziecko. Dobrze, że nie dałaś się temu Steenkampowi, śmierdziel jeden. Na każdego przyjdzie pora.

Młody syn Siesie Leny też pracuje dla Mister Goodalla. Nazywa się Janman i jest mniej więcej w twoim wieku, Flippus. Jego żona i dzieci są w Postmasburgu. Opowiadałam o tobie Siesie Lenie, a ona powiedziała, że dałeś jej wody i jeszcze drobne, chociaż nic ci nie zapłaciła, śmiała się Bet.

Już nigdy nie będzie płaciła za wodę, powiedział wuj Flip. Nie, kiedy sam siedzę na tym wozie.

Flippus, Siesie Lena poprosiła, żebym jej o tobie opowiedziała.

A co chciała o mnie wiedzieć?

Nic. Prosiła tylko, żebym powtórzyła, co mówiłeś o swojej pracy przy diamentowym żwirze. Potem powiedziała: Użyjemy go, żeby się stąd wydostać. Położyła palec na ustach na znak, że to tajemnica, i wyszeptała mi do ucha: Trzymaj gębę na kłódkę, muszę jeszcze porozmawiać z Janmanem. Odwróciła się i powiedziała: Dobranoc, moje dziecko.

Błyszczące kamienie i plan Siesie Leny

Siesie Lena rozmawiała z Janmanem. Mówił, że muszą bardzo uważać i nie powinni się pokazywać w towarzystwie tego Flippusa.

Jeśli Burowie mają uczciwego kafra, szczególnie takiego, który u nich dorastał i któremu mogą ufać, to stale pilnują, żeby nie zadawał się z takimi szczwanymi hotentotami jak my. I zawsze dbają, żeby kafr się nie zorientował, że dla nich, białych, na zawsze pozostanie kafrem, powiedział jej Janman.

Siesie Lena wiedziała już wtedy o ustroniu siostry Bet i wuja Flipa pod drzewem akacji. A ludzie wiedzieli, że panienka Mollie zostanie synową Steenkampów i że kafr jej ojca przesiaduje u służącej Steenkampów.

Jutro, w poniedziałek, pomyślała Siesie Lena, wezmę coś dla Bet i poproszę ją, żeby mi potowarzyszyła w drodze do chaty Goodalla.

Mamo, powiedział Janman, najważniejsze, żeby Bet go zapytała, czy widział już kiedy diamenty rozrzucone pośród żwiru na stole sortowniczym i czy mówi swojemu panu, kiedy je zobaczy, i gdzie jest jego pan, kiedy on wyrzuca na stół diamentowy żwir. Musimy działać ostrożnie, mamo, krok po kroku. To bardzo niebezpieczne. Przyjdzie nam się natrudzić, żeby im odpłacić. Biali mają więcej poważania dla swoich psów niż dla nas.

W tę niedzielę wuj Flip zjawił się pod drzewem przed siostrą Bet. Gdzie ona się tak długo podziewa, zachodził w głowę. Po raz pierwszy w jego życiu czas zaczynał się liczyć. W końcu Bet przyszła. Przyzwyczaił się już wtedy, że wstaje z kamienia, żeby ustąpić jej miejsca.

Tym razem jednak zdjął też kapotę i rozłożył ją na kamieniu. Spodobało jej się to, poczuła się dobrze, jakby była białą kobietą, pomyślała. Pozwoliła mu mówić. Większość z tego, co mówił, wlatywało jej przez jedno ucho, a wylatywało przez drugie.

W końcu się odezwała: Flippus, powiedz mi, jak to jest, kiedy wyrzucasz ten diamentowy żwir na stół.

Powiedział jej, że to on ustawia stół kuchenny obok sita. Kiedy obraca sitem i zbierze się w nim wystarczająco dużo żwiru, przesypuje go do misy, a następnie wysypuje na stół. Później, jeśli nie ma szefa, patrzę, czy na wierzchu nie ma kamieni, powiedział wuj Flip.

Skąd wiesz, że to ten kamień, Flippus?

Szef mnie nauczył i czasem, kiedy sam się napatrzył, mówił do mnie: Teraz ty wypatruj, kafrze. I to ja znajdowałem kamienie, on jest już stary i nie widzi tak dobrze, jak ja.

A dwaj pozostali?, chciała wiedzieć siostra Bet.

A, oni! Szef powiedział, żebym miał na nich oko, nie rozmawiał z nimi i nie pozwalał im się zbliżać do żwiru. I tak robię, ale wydaje mi się, że mnie nie lubią. Mówią, że chcę być biały.

Wszyscy na wyrobiskach wiedzieli, że pan Swartz nikomu nie mówił, kiedy znajdował dobry kamień. Jego diamentowa działka była jedną z najzasobniejszych w Bakerville, szeptali górnicy między sobą.

Słyszałem, jak szef mówił, że Steenkampom nie wiedzie się najlepiej, opowiadał wuj Flip siostrze Bet. Szef wiedział, sam to przyznawał, że panienka Mollie rozdaje wodę za darmo i że nie odstępuje ich syna na krok. Dobrze się stanie, mówił do pani Swartz, jeżeli wezmą ślub, wtedy Filemon będzie sortował diamenty, bo przecież i nasz kafr znalazł sobie dziewczynę. Nie inaczej, Bet.

Tak, jestem tylko twoja, siostra Bet usłyszała własne słowa, wstała i powiedziała: Dobranoc, Flippus.

Wziął ją za rękę. Wyglądali, jakby wychodzili razem ze swojego salonu. Spodobało mu się to. Dobranoc, Bet, powiedział i odchodził powoli, jakby stąpał po trzęsawisku.

Któregoś wieczoru w powszedni dzień Siesie Lena odwiedziła siostrę Bet. Przed chatą stała panienka Mollie, razem z Filemonem i panem Steenkampem. Kiedy ich mijała, powiedziała: Dobry wieczór, mój panie, mój paniczu i moja panienko. Mogę odwiedzić drugą Griqua? Kiedy ją odwiedzam, następnego dnia nie czuję się samotna, mój panie.

Dobrze, wejdź, kobieto, powiedział Steenkamp.

Kiedy weszła do Bet, pocałowała ją i spytała: Jak się masz, dziecko?

Siesie Lena pocałowała ją wtedy po raz pierwszy i cały wieczór opowiadała jedną po drugiej historyjki o Griqua i o Postmasburgu. Mówiła tak, jakby ktoś miał stać na zewnątrz i podsłuchiwać. Później wzięła siostrę Bet za rękę i powiedziała: Chodź ze mną, jest nów, a ty masz lepsze oczy od moich. Po ciepłym dniu żmije sykliwe lubią wychodzić na ścieżkę.

Dobrze się stało, pomyślała Bet, kiedy minęła wejście, bo na zewnątrz stał Steenkamp z żoną i podsłuchiwali, co się u niej mówi. Natychmiast uciekli. Biała kobieta biegła, aż furkotało.

Kiedy kobiety odeszły kawałek od chaty Steenkampów, obie przystanęły. Starsza wzięła młodszą za ręce i wyszeptała: Musimy być cicho. Rozmawiałaś z nim?

Tak, powiedziała Bet.

Opowiedz mi wszystko.

Bet opowiedziała wszystko Siesie Lenie, a Siesie Lena chciała wysłuchać jej jeszcze raz.

Dziecko, powiedziała potem, strzeż go jak złota. Porozmawiam z Janmanem. Zobaczymy się w przyszłym tygodniu. Położyła palec na ustach: Trzymaj język za zębami, uciekniemy stąd, zobaczysz.

Pożegnały się na dobranoc, a w drodze powrotnej siostra Bet pomyślała: Uciekniemy? Kto chce stąd uciekać? Nie zostawię Flippusa! Ale poczekam, popatrzę i zrobię, co powie Siesie Lena, bo ona wie lepiej.

W następny weekend, kiedy siostra Bet i wuj Flip siedzieli pod swoim drzewem (teraz mówili "nasze drzewo"), nie odzywając się ani słowem, i starali się nie zasnąć - wszystko po to, żeby czas płynął wolniej, Siesie Lena czekała na Janmana. Kiedy się zjawił, też usiedli pod akacją, żeby widzieć, czy ktoś się zbliża. Kiedy mu opowiedziała, co mówiła kazie, jej kuzynka, Janman poprosił, żeby opowiedziała to jeszcze raz. Sam nie wiem, czy w to wierzyć, czy nie. Czasem zdarza się przecież, że biały ukręci bat na własny tyłek! Co zrobimy?

Janman, nie mamy dużo czasu, a czas to szczęście. Powiem Bet, że musi poprosić tego mężczyznę, żeby przyniósł jej kamień. Najpierw musi mu jednak powiedzieć, jakie to niebezpieczne, bo jeśli zostanie złapany, umrze w więzieniu.

Tak, najpierw musi go dobrze nastraszyć, powiedział Janman.

Kiedy już wszystko szczegółowo zaplanowali, Siesie Lena powiedziała: Słuchaj, moje dziecko, musimy być uczciwi wobec tego mężczyzny, bo wiem, że wszyscy, których przyłapano, wcześniej próbowali się nawzajem okradać. Dlatego najważniejsze, żebyśmy byli wobec siebie uczciwi, wszyscy czworo.

Przesiedzieli pod drzewem prawie całe popołudnie, w końcu Siesie Lena znowu powiedziała: Masz rację, Bet musi go na początek porządnie nastraszyć.

Kto wie, powiedział Janman, może on nie jest znowu taki głupi. Ludziom, którzy płacili za wodę, najpierw wydawał za dużo reszty, teraz wydaje zawsze co do pensa, ani mniej, ani więcej. A najśmieszniejsze jest to, że kiedy ma taki kaprys, w ogóle nie bierze pieniędzy.

Plan Siesie Leny zakładał, że na początek Bet dopilnuje, żeby Flippus nie zrobił głupstwa. Miała go zapytać, czy naprawdę ją kocha. Jeśliby odpowiedział, że kocha, powinna go objąć za szyję i podarować mu długi pocałunek. Potem musi chwilę poczekać i zapytać: Skoro mnie kochasz, czy zrobisz coś dla mnie? Jeżeli się zgodzi, powinna powiedzieć: Przynieś mi kilka tych połyskujących kamieni.

Jestem pewna, że Bóg jest po naszej stronie, powiedziała Siesie Lena, bo czyż nie widzi, jak ci ludzie nas traktują? Kiedy wolny człowiek musi żyć jak niewolnik, czuje się gorzej niż niewolnik, którego ktoś kupił. Obaj żyją w kajdanach.

[dwaj mężczyźni w strojach ludu Xhosa i chłopiec owinięty kocem, lata 40-te]

Zrobiło się późno i Siesie Lena wstała: Czeka na mnie robota w kuchni.

Do widzenia, mamo.

Do widzenia, moje dziecko.

Wracając, rozmyślali i rozmyślali i rozmyślali, matka i syn, każde zajęte własnymi sprawami, każde podążające własną ścieżką. Powinniśmy raczej pozwolić, żeby ich miłość rozkwitła, niż ją dławić, pomyślała Siesie Lena, bo nigdy jeszcze nie widziałam Bet w tak dobrym nastroju.

W weekend znowu odwiedziła Bet. Powiedziała sobie: Tym razem będę ostrożniejsza, bo przecież wiem, że ją podsłuchują.

Życie poszukiwacza diamentów jest trudne. Cały czas ma nadzieję, że trafi na kamień, który da mu bogactwo. Jeśli nie będzie miał szczęścia, jego rodzina i robotnicy ucierpią wraz z nim. Ale to jego ludzi spotyka zawsze najgorszy los, bo nawet gdy znajdzie wartościowy kamień, zachowuje się wobec nich tak, jakby los go ciężko doświadczał.

Między poszukiwaczami diamentów zdarzali się tacy, którzy za jabłko czy cebulę kupowali kamienie od robotników pracujących dla innych poszukiwaczy. Wszyscy o tym wiedzieli. Poszukiwacze diamentów są przyjaciółmi, bo zaznali podobnego życia, a mimo to panuje między nimi głęboka nieufność i w Bakerville zawsze starali się czegoś dowiedzieć o sobie nawzajem.

Siesie Lena należała do tych szczęśliwych służących. Ponieważ była Angielką, Goodallowie pozwalali jej jeść w kuchni w swojej chacie. Dostała od nich nawet ubranie, i chustkę na głowę, na znak, że pracuje w domu. Kiedy piła herbatę, kładła kubek na spodku. Każdej soboty dostawała też kawałek żółtego mydła. Kawałeczek, który zostawał z poprzedniego tygodnia, dawała zwykle Janmanowi. Ale w tym tygodniu tę resztkę zachowa dla Bet, pomyślała, bo już dawno nie dała jej mydła.

Kiedy odciągnęła blachę zasłaniającą wejście, zobaczyła Bet, która leżała na swoim posłaniu. Bet, moje dziecko, przyniosłam ci kawałek mydła.

Bet otworzyła oczy, nie spała. Właśnie zaczęło się ściemniać, a ona nie miała świecy, bo Steenkampom źle się wiodło. Od kiedy zaczęli kopać na swojej nowej działce, nie znaleźli ani jednego diamentu. Świeca dla służącej to zbytek, mówili.

Siesie Lena znowu zaczęła opowiadać swoje historie, tym razem z dzieciństwa. Potem powiedziała, że na nią już czas.

Poczekaj, pójdę z tobą. Słyszałam, że wczoraj wieczorem na ścieżce zabili żmiję sykliwą, powiedziała Bet. Kiedy odeszły spory kawałek i upewniły się, że w pobliżu nie ma nikogo, Siesie Lena nie zapytała, czy Bet chce to zrobić, tylko po prostu powiedziała jej, co ma zrobić. I kiedy wyjaśniała swój plan, stale powtarzała, jakie to niebezpieczne i że koniecznie musi pocałować Flippusa, a potem przejść do jeśli-mnie-kochasz.

Cały plan, każdy jego szczegół, zapadł Bet głęboko w pamięć. Pożegnały się i kiedy Siesie Lena odchodziła, powiedziała do siebie: Niektórym ludziom zawsze dopisuje szczęście, ale są zwyczajnie głupi. Nie, nawet nie, to po prostu małpy.

Tamtej niedzieli siostra Bet przyszła pod drzewo pierwsza. Kiedy wuj Flip ją zobaczył, przyspieszył kroku. Pod drzewem podał jej rękę na powitanie, a ona przytrzymując się jego dłoni, podniosła się z kamienia. Wtedy puścił jej dłoń, zdjął kapotę, złożył ją w coś na kształt poduszki i położył ją dla niej na kamieniu.

Uprałeś nawet swoją kurtkę, Flippus?

Tak, powiedział. Nie chcę, żebyś musiała siedzieć na brudnej poduszce.

Siedzieli i siedzieli, i napawali się swoją obecnością. Potem siostra Bet przeszła do rzeczy. Robiła dokładnie to, co Siesie Lena jej podpowiedziała. Kiedy Flippus powiedział, że szczerze ją kocha, objęła go za szyję i pocałowała, a on niewiele myśląc, wziął ją w ramiona. Potem zsunął się na kolana i znieruchomiał.

Zrobię to dla ciebie, Bet, mówił powoli. Potem ją pocałował, nie podnosząc się z kolan. Było już późno, oboje wstali. Wuj Flip podał jej rękę i wyprowadził spod akacji. Pożegnali się i każde poszło w swoją stronę.

To był najdłuższy tydzień w życiu Bet. Wydawało się, że niedziela nigdy nie nadejdzie. Nawet Siesie Lena nie przyszła w odwiedziny i nie skróciła oczekiwania. Ale kiedy następnej niedzieli znowu siedzieli obok siebie, nie mając sobie zbyt wiele do powiedzenia, Bet pomyślała o tym, jakim dobrym człowiekiem jest Flippus, bo zrobił to, o co go prosiła, czekanie nie miało już żadnego znaczenia.

To moje lobola, śmiała się do niego.

Robotnicy, którzy pracowali dla poszukiwaczy diamentów i zajmowali się samym kopaniem, wiedzieli, że diamenty sprzedawane są po niewiarygodnie wysokiej cenie, ale tak naprawdę nigdy tej ceny nie znali. Wuj Flip również nie wiedział, ile są warte dwa kamienie w jego wewnętrznej kieszeni.

Nie sprawi ci różnicy, jeśli najpierw powiem, jak się dorobiłam bólu ucha, spuchniętej twarzy i jak mnie chłostano biczem, Flippus?

Nic nie odparł, a ona o wszystkim mu opowiedziała. Siedział bez ruchu, jak ktoś, kto jest bity i ma związane z tyłu ręce.

Wierzę ci, Bet, powiedział po pewnym czasie. Mój pan robił to samo Vlossie, dziewczynie, która u nich pracowała, ale ona uciekła i nigdy więcej jej nie widziałem. Tylko stara pani mówiła, że jej mąż nigdy by czegoś takiego nie zrobił.

Znowu zapadła długa cisza.

Później Bet powiedziała, że Flippus musi położyć na jej dłoni kamienie, które dla niej przyniósł. Były dwa. Jeden wielkości paznokcia kciuka, w żółtym kolorze. Drugi, o połowę mniejszy, biały. Wuj Flip odwrócił kamień, na którym zwykle siedzieli, i ukryła pod nim oba diamenty. Potem powiedziała: Wiemy o tym tylko ja i ty.

Mały Neels nie został poczęty w małżeństwie, ale między aniołami miłości. Dziewczyna-Griqua-z-jedną-sukienką nie miała nic, co mogłaby podarować starszemu mężczyźnie. Ale on też nic od niej nie chciał, bo przywykł do tego, że nic nie znaczy.

Kiedy płomień miłości był najjaśniejszy, złapała go tam, gdzie nikt go nie dotykał. Milczał jak grób i oddychał, jakby musiał schłodzić bijące serce. Potem już nic nie pamięta. Żadnej przerwy, żadnego wytchnienia. Niewielu młokosów mogłoby dotrzymać tempa temu młodemu staruszkowi. A kiedy jego ciało już opadło z sił, obrócił się i zwalił obok niej na trawę, ciężko dysząc. Ha, pomyślał, w niebie nie może być lepiej.

Bet nie miała jeszcze dość.

Potem ochłonęli sami z siebie, jak rozgrzane silniki. To był ich pierwszy raz, a pierwszy raz zdarza się tylko raz.

Odtąd był mężczyzną i myślał jak mężczyzna. Wiedział, co znaczy tak i kiedy powiedzieć nie. Siedzieli obok siebie, nie wstydząc się, że zrobili coś, czego nikt ich nie nauczył. Cieszyli się, że potrafili to zrobić. Bo zakosztowali strawy dorosłych, pomyślała Bet.

Kózko, powiedział Flip, teraz jesteśmy mężczyzną i kobietą. Jakby wypowiadał jakiś rozkaz. Wierzyła mu.

Wstała, wzięła jego kapotę i przytrzymała ją, żeby mógł włożyć ręce do rękawów. Flip wziął Bet za rękę i wyprowadził spod drzewa. Nie powiedzieli sobie dobranoc, tylko skinęli głowami, co znaczyło o wiele więcej.

Była zima i nad kopalnią zawodził zimny wiatr. Bet niosła na tacy herbatę dla panienki Mollie i dla Filemona.

Może jednak jest na świecie miłosierdzie. Panienka Mollie miała na sobie gruby rozpinany sweter, tymczasem Bet nie mogła sobie nawet narzucić koca na ramiona, kiedy podawała herbatę, stojąc na bosych popękanych stopach i trzęsąc się z zimna. Chodź, Bet, powiedziała panienka Mollie, dzisiaj wieczorem pojedziesz ze mną rozwozić wodę i dam ci sweter.

Kiedy po południu wuj Flip przyjechał po panienkę Mollie, na wóz wsiadła też siostra Bet. Wuj Flip uciekał od niej wzrokiem, a kiedy odjeżdżali, zaczął się zastanawiać, co się teraz stanie.

Pod chatą Swartzów Mollie powiedziała: Poczekajcie tu. Wróciła z czerwonym rozpinanym swetrem z długimi rękawami, który dla Bet był cenniejszy niż te dwa diamenty pod kamieniem.

Tymczasem Bet nie przestawała myśleć o tym, jak i gdzie powinna ukryć kamienie, bo strach, jaki miała zasiać w sercu Flipa, ją teraz dopadł. Ale wiedziała, jak sobie poradzić.

Mollie była tej samej postury co Bet i Bet powiedziała: Panienko, mogę panienkę poprosić o jakieś stare majtki panienki.

Mollie weszła do chaty, a po chwili wróciła z bielizną i powiedziała: Bierz, ale nie proś mnie o nic więcej, takim to nigdy nie dogodzisz.

Bardzo dziękuję, odpowiedziała Bet i klasnęła w ręce. I nie zapomniała dodać "moja panienko".

Właśnie tego Bet potrzebowała - czarnych majtek z mocnego materiału, z gumkami wokół nogawek. Wyszła z uczuciem wdzięczności i nie zatrzymując się, założyła sweter, a zaraz potem, schowana za krzakiem, wciągnęła majtki.

Następnego dnia zapytała swoją panienkę, czy może po pracy pójść do Siesie Leny, bo chce jej pokazać swój nowy sweter. Idź, dziewczyno, odpowiedziała panienka Mollie.

Pod chatą Goodallów, która wyglądała lepiej niż chaty innych poszukiwaczy diamentów, którzy choć byli bogaci, woleli żyć jak biedacy, Bet przywitała Missis Goodall: Dzień dobry, Madam. Skończyłam pracę i panienka Mollie powiedziała, że mogę odwiedzić moją Siesie.

She is just round the corner doing the washing41.

Dziękuję, Madam, powiedziała Bet.

Dwie kobiety z ludu Griqua ucałowały się na powitanie. Siesie Lena mrugnęła i zapytała: Poradziłaś sobie?

Bet wiedziała, że rozmowa na ten temat jest niebezpieczna i odpowiedziała mrugnięciem. Rzuciła tylko: Pod naszym drzewem. Obie się zaśmiały. Bet pomogła swojej siesie przy balii. Niewiele mówiły, bo wiedziały, co się stanie, kiedy ludzie odkryją, że ktoś ma diament. Będą chcieli połowę pieniędzy i zaczną grozić: Inaczej cię spalimy.

Siostra Bet znała niejedną historię o ludziach, którzy zostali oszukani, okradzeni albo na lata zamknięci w więzieniu, była bardzo ostrożna i stale zajęta myślami. Nie pójdą do jej Flippusa, postanowiła.

Kiedy pranie było gotowe, Siesie Lena zaparzyła dwa kubki kawy, u Steenkampów Bet nie mogła liczyć na takie luksusy. Potem Siesie Lena powiedziała swojej Madam, że pójdą na spacer z jej wnuczką.

Chodźmy, powiedziała starsza z kobiet.

Weź igłę i nici, wyszeptała Bet.

Siesie Lena posłuchała jej, o nic nie pytając.

Tamtego ranka Bet zatroszczyła się, żeby w chacie nikogo nie było, kiedy sprzątała sypialnię państwa. Otworzyła wiszącą szafkę i wyciągnęła czerwoną jedwabną chusteczkę, którą pan nosił w brustaszy. W sukience nie miała kieszeni, więc chusteczkę umieściła w najbezpieczniejszym miejscu - w nogawce majtek. Wiem już, gdzie włożę diamenty, pomyślała.

Nie zamieniła z Siesie Leną ani słowa, tylko poszły razem ścieżką, która od chaty Steenkampów prowadziła do drzewa.

To moje diamenty, myślała Bet, i nie wypuszczę ich z rąk, dopóki nie będę miała pieniędzy w garści. Pod drzewem usiadła na kamieniu i z uśmiechem spoglądała w trawę, przypominając sobie poprzednią niedzielę.

Podejdź tu i podnieś kamień, poprosiła Siesie Lenę.

Bet wyciągnęła diamenty. Jej siesie odłożyła kamień na miejsce i Bet na nim usiadła. Najpierw pokazała mały diament, a potem ten drugi.

Bet, Bet, Bet, moje dziecko, udało nam się! Pozwól mi je trzymać. Dam je Janmanowi, żeby je sprzedał.

Jest tak, jak myślałam, uprzytomniła sobie Bet. Jestem u niej prawie całe popołudnie i ani razu nie zapytała o mojego Flippusa, mężczyznę, który zrobił to, o co go poprosiłam. Po raz pierwszy poprosiłam jakiegoś mężczyznę, żeby coś dla mnie zrobił, i on to zrobił, a pomyśleć, jakie to było niebezpieczne. Gdyby go złapali, zamknęliby go na zawsze. Wygram albo przegram, ale z diamentami w ręku.

Bet nawlekła igłę na nitkę, rozwinęła trochę kłębka i przerwała nić zębami. Zawiązała supełek i wpięła igłę w swoją sukienkę. Sukienka, gdzieniegdzie połatana, miała kiedyś jakiś kolor, teraz była już tylko brudnobiała.

Jej siesie siedziała przed nią na ziemi, tak jak siedzą stare kobiety: na boku, z nogami wyciągniętymi w przeciwnym kierunku. Bet uniosła nieco swoją sukienkę i wyciągnęła czerwoną jedwabną chusteczkę.

Nie mam pojęcia, skąd wzięła tę czerwoną chusteczkę, pomyślała Siesie.

Bet położyła oba diamenty na jedwabnej chusteczce, złożyła ją w kwadracik pół cala na pół cala i zaszyła. Potem poprosiła Siesie Lenę, żeby ta znowu podniosła kamień. Zamknęła dłoń wokół czerwonej paczuszki, tak żeby Siesie Lena wszystko widziała, i włożyła rękę pod kamień. Później cofnęła ją i otworzyła dłoń, żeby Siesie Lena zobaczyła, że to, co w niej trzymała, zostało pod kamieniem. Tymczasem czerwoną paczuszkę ściskała w drugiej ręce.

Obie się śmiały, a Siesie Lena powiedziała: Chodźmy, nie chcemy, żeby nas tu zobaczyli.

Poszły, nie rozmawiając już więcej. W miejscu, gdzie droga się rozwidlała i musiały się rozdzielić, przystanęły i Bet powiedziała: Wiemy o tym tylko ja i ty, Siesie.

Jesteś dobrym dzieckiem, powiedziała Siesie Lena. Następnego dnia po pracy spotkała się z Janmanem. Udało się nam!, powiedziała.

Jakie są duże i jak wyglądają?

Taki - pokazała paznokieć u kciuka. I taki - pokazała połówkę paznokcia. Jeden żółty, drugi biały.

Pokaż jeszcze raz, mamo, powiedział. Wtedy ci uwierzę.

Siesie Lena włożyła palec wskazujący do ust i wyciągnęła go, wydając ssący odgłos. Naprawdę, powiedziała. Przysięgała, jak robią to Griqua, i skrzyżowała palce wskazujące, co oznacza: Nigdy nie kłamiemy.

Jest o czym myśleć, moje dziecko, powiedziała. Ale zostawmy to do niedzieli. Wiesz gdzie.

Mamo, powiedz mi, gdzie są te kamienie? Ma je mama?

Nie odpowiedziała. Położyła mu dłoń na ramieniu, mówiąc: Do widzenia!

W tym samym tygodniu wuj Flip zobaczył kilka diamentów leżących na wierzchu diamentowego żwiru. Zaniósł je swojemu panu. Ale to były małe diamenciki.

Jesteś najlepszym kafrem w kraju, powiedział pan Swartz.

Mogłem je zatrzymać, pomyślał sobie wuj Flip, ale moja Bet powiedziała, żebym tego więcej nie robił.

W niedzielne popołudnie Bet znowu zjawiła się pod drzewem przed wujem Flipem.

Była zdziwiona, kiedy zobaczyła, że ktoś przewrócił kamień i zapomniał go z powrotem postawić.

Wiem, kto to, będę teraz na nią bardziej uważała, powiedziała do siebie.

Przyszedł wuj Flip i cień wypełnił się ich wspólną obecnością. Niewiele ze sobą rozmawiali, i tylko o tym, co im się kiedyś przytrafiło - nie o diamentach, bo o diamentach nie wiedzieli za dużo, tylko tyle, że bywają niebezpieczne. A my nie chcemy żyć w strachu przed niebezpieczeństwem, powiedziała siostra Bet.

Przywędrowali tu z różnych stron i wiedzieli, że są na świecie miejsca lepsze niż kopalnia diamentów. Miejsca, gdzie można zasadzić coś do zjedzenia i zebrać plony, gdzie da się coś wsadzić w ziemię i być pewnym, że wzejdzie.

Dużo mówili o opuszczeniu tego miejsca zapomnianego przez Boga i mieszkających tu ludzi. Od kiedy spotkał swoją Bet, poznał inne życie i zapragnął być wolny, żeby móc pracować na własne potrzeby. Nie wiedzieli jednak, jak stąd wyruszyć ani dokąd, dlatego aż do pożegnania siedzieli, trzymając się za ręce. Dodało im to otuchy. Żadne z nich nie było uczone w sprawach religii, a ich Bóg nie był tym samym Bogiem w ich myślach. Każde miało własny obraz Wielkiego Dawcy wszystkiego, co dobre, ale modlili się tak samo: Pomóż mi, Ojcze. I najczęściej ich Ojciec im pomagał.

Mocno trzymając jej dłoń w swojej dłoni, Flippus powiedział: Prośmy Pana.

Potem puścił jej dłoń i odszedł.

Pod innym drzewem siedziała matka z synem. Syn był bardzo przejęty, bo spotkał człowieka ze swojego plemienia, idącego z Du Toitspan. Mężczyzna pracował w kopalni Barkly-Wes i powiedział, że jest tam kupiec, który już dwa razy kupował od niego diamenty. Z pieniędzmi za ostatni diament wrócił do Du Toitspan, żeby doprowadzić swój dom do porządku, był bowiem żonaty i miał dwoje dzieci. Mógł kupić wszystko, czego potrzebowali, a do tego jeszcze kilka kóz i mleczną krowę, żeby zapewnić im utrzymanie. Teraz był z powrotem. W Barkly-Wes prawie nie ma diamentów. Dlatego przyszedł za pracą do Bakerville.

Jak on się nazywa?, zapytała Siesie Lena.

Jakob Kierie.

Nie znam tego nazwiska, powiedziała.

Siesie Lena była małomówna i bardzo stropiona, bo myślała tylko o jednym: Gdzie jest ten czerwony woreczek? Pozwoliła mówić Janmanowi. Po czym go zapytała: Podał ci nazwisko tego handlarza diamentami?

Tak, mamo, Mister Hall-Stone.

Tak, powiedziała. Słyszałam, jak Mister Goodall mówił do swojej żony, że Hall-Stone z Barkly-Wes lepiej płaci za diamenty niż ci handlarze w butach z niewyprawionej skóry z Bakerville.

Mamy teraz kupca, ale nie mamy diamentów, pomyślała Siesie Lena i westchnęła.

Mam nadzieję, że Jakob Kierie dostanie pracę. Opowiadałem mu, że mama też jest na kopalni. Powiedział, że będzie się chciał z mamą spotkać.

Nagle Janman wstał i powiedział: Pójdę już, mamo.

Siesie Lena siedziała na kamieniu prawie do zmroku. Mówiła sobie: Ta myśl mnie zamęczy. Muszę się jutro zobaczyć z Bet.

W poniedziałek po południu Siesie Lena zabrała ze sobą stary ręcznik dla Bet. Zwieszał się luźno, kiedy szła, żeby wszyscy widzieli, że niczego w nim nie chowa. Bet wytrzepywała derki ze swoją panią, bo wrześniowe wiatry nawiewały do chaty mnóstwo kurzu.

Dzień dobry pani, utrapienie z tym kurzem, moja pani, powiedziała Siesie Lena.

Tak, moja droga, to ostatnia derka, potem możecie sobie z Bet siedzieć i pytlować.

Siesie Lena i Bet zaśmiały się. Przyniosłam ci ręcznik, moje dziecko, powiedziała Siesie Lena. Stary, ale będzie z niego jeszcze pożytek.

Zaniosła go do ciupki Bet i przy okazji szybko się rozejrzała dokoła i zaczęła szperać. Niewiele co tam było. Uniosła starą skórę leżącą na klepisku i derkę rozłożoną na łóżku, poskrobała ziemię paznokciami, ale była za twarda. Chciała właśnie wytrzepać derkę, kiedy do środka zajrzała Bet.

Tak?, zaśmiała się.

Siesie Lena tak bardzo się przestraszyła, że nie mogła wykrztusić słowa.

Bet stała na zewnątrz, czekając, aż jej siostra wyjdzie. Siesie Lena wyczołgała się na czworakach, bo otwór wejściowy nie był wyższy od stołu. Bet podała jej rękę i pomogła wstać. Kiedy Lena stanęła na nogi, powiedziała do Bet: Co za okropne miejsce do spania. Ale innego nie masz.

Pewnego dnia będę miała, powiedziała Bet. Skończyłam pracę. Chodźmy do ciebie, gdzie da się wejść przez drzwi.

Siesie Lena wzięła Bet za rękę, jakby szła z dzieckiem. Chodź, moje dziecko, powiedziała. A Bet spojrzała na nią wzrokiem, który mówił: Nie ufam ci.

Szły powoli, obie zamyślone.

Masz jeszcze ten czerwony woreczek?

Tak, powiedziała Bet, w niedzielę, kiedy przyszłam pod nasze drzewo, kamień był przewrócony, a woreczek leżał w trawie. Na pewno krowa zwaliła kamień kopnięciem.

Jej siesie wzięła ją w ramiona. Ależ mamy szczęście, moje dziecko!, powiedziała.

Bet czuła, jak bije serce jej siostry. Szczwana z ciebie sztuka, pomyślała.

Szły dalej bez słowa. Jedna drugiej nie ufała, ale obie były ulepione z tej samej gliny.

Powiedz mi, moje dziecko, włożyłaś diamenty z powrotem pod kamień?, zapytała później Siesie Lena.

Nie, nie, moja Siesie. W inne bezpieczne miejsce.

Lena westchnęła i nic nie powiedziała. Pomyślała tylko: Dzięki ci, Panie. Potem opowiedziała Bet o nowym przyjacielu Janmana i o tym, że Janman chciał go przyprowadzić pod drzewo, żeby się tam spotkał z jego matką, Leną. Opowiedziała Bet wszystko, co Janman mówił o tym mężczyźnie.

Dobrze, w takim razie w niedzielę przyprowadzę Flippusa pod wasze drzewo.

Dobrze, powiedziała Siesie Lena. Zobaczę, może zdobędę wiaderko kafryjskiego piwa.

Dobrze, pójdę już, Siesie.

W niedzielne popołudnie czwórka Griqua i jeden Soto siedzieli pod drzewem i podawali sobie piwo z rąk do rąk, żeby każde mogło wypić parę łyków. W ten sposób napitku starczyło na dłużej. Kiedy wiaderko było puste, Siesie Lena powiedziała: A teraz, Jakobie Kierie, opowiedz nam coś o miejscowości, z której pochodzisz. Jak ją nazywają?

Du Toitspan, odpowiedział, i biali mówią tam najczęściej po angielsku. Ale niedaleko tego miasteczka jest też nowa osada, gdzie można kupić kawałek ziemi za piętnaście szylingów i pięć szylingów rocznej opłaty. Jest tam dużo wody. Mówiłem tam z jednym z naszych, nazywa się Ta Vuurmaak. Mówi, że ludzie kupują u niego cegły i że nie musi pracować, bo dostaje emeryturę.

Co to jest ta emerytura?, chciał wiedzieć wuj Flip.

Śmiali się, a potem Siesie Lena mu wyjaśniła. I dobrze, bo Bet też nie wiedziała.

[dwie dziewczynki stojące w drzwiach, Genadendal, lata 40-te]

Wuj Flip zadawał mnóstwo pytań. Nie rozumieli, dlaczego zadaje takie głupie pytania.

Później Jakob Kierie powiedział: Ludziom z tamtej osady bardzo doskwiera, że nie mają własnego środka transportu, a w Pan woźnice drogo sobie liczą.

Ta nowina rozpaliła jego wyobraźnię. Siedział rozmarzony i myślał o własnej uprzęży i wozie. Nie, nie osły, zastanawiał się, wóz zaprzężony w konie, a może w muły. Zaczął się śmiać w duchu, bo poznał swoje pragnienia.

Siesie Lena nie powiedziała, że mają diamenty.

A co, jeżelibyśmy mieli diament...?, zapytała Jakoba Kierie, nie mówiąc nic więcej.

Wtedy musielibyście mi go dać, żebym mógł go sprzedać i oddać wam pieniądze, tak było z Mister Goolamem, który ma sklep spożywczy w Barkly.

Nie odpowiedzieli mu tak ani nie. Każde z nich patrzyło przed siebie, ale nic nie widziało, i nic nie mówiło.

Wtedy Siesie Lena powiedziała: Najważniejsze, żeby się stąd wydostać. Kiedy będziemy odchodzić, nie możemy uciekać, bo nabiorą podejrzeń. Pomyślą: Ukradli kamień.

Niech mówią, co chcą, powiedział Jakob Kierie. Będę szedł, jak będę chciał. Jestem przecież hotentotem włóczęgą.

Poprzestańmy na tym, powiedziała Siesie Lena i podniosła wiaderko. Zobaczymy się tu znowu w niedzielę - i pokazała na drzewo. Rozeszli się zamyśleni, każde w swoją stronę.

Staruszku, wyszeptała do ucha Flipowi Bet, powiedz wszystkim, że się ze mną ożenisz i obserwuj ich facjaty, w niedzielę mi powiesz, jak było. Musimy za ten diament kupić konia i wóz - widziała, jak mu twarz pojaśniała, kiedy usłyszał o kłopotach z transportem. Zgadywała już nastrój swojego Flippusa, jakby go znała całe życie.

Powiem mojej gospodyni, że biorę sobie żonę i że ty nią jesteś, kózko, i zobaczę, co powiedzą.

Trzymali się za ręce i patrzyli sobie w oczy. W końcu wuj Flip się uśmiechnął i powiedział: Pójdę już.

W następną niedzielę wuj Flip poszedł do ciupki siostry Bet. Czekał na zewnątrz. Bet, jesteś tam?, zapytał i pomyślał: Nikogo nie boję się bardziej niż jej, bo jest moją żoną. Jeszcze wczoraj panienka Mollie chciała wiedzieć, dlaczego daję tej dziewczynie dwie puszki wody. Przecież jedna jej wystarczy do umycia gęby, powiedziała. Nie podobało mu się, jak o niej mówi, i odpalił: To moja żona.

Ani wuj Flip, ani nikt inny nie wiedział, po co siostrze Bet ta druga puszka wody. W nocy schowała ją pod ręcznikiem, który Siesie jej dała do podłożenia pod głowę. W puszce ukryła "czerwone niebezpieczeństwo", jak nazywała swoją paczuszkę. Wyciągnęła ją stamtąd z samego rana, wyżęła i włożyła w miejsce między nogami.

Nie możesz śmierdzieć, myślała zawsze, kiedy wkładała ją tam, gdzie było jej miejsce. Kiedy Bet powiedziała swojej pani, że Flippus chce ją wziąć za żonę, ta odparła: Nie chcę u siebie jeszcze jednego kafra i dziewki. Jeden kafr i jedna dziewka to i tak więcej, niż mi potrzeba. Jeżeli on ciebie chce, musi cię ze sobą zabrać. Nie wiem, za kogo on się ma, ktoś tu zapomniał o biczu. Służących jest tu pod dostatkiem. Dam ci kopa w tyłek i zaraz znajdzie się jakaś na twoje miejsce.

To właśnie powiedziała jej pani, mówiła Flipowi Bet. I od tamtej pory Steenkampowie dawali jej coraz mniej jedzenia. Szła głodna do łóżka i głodna wstawała.

Przez cały tydzień Flippus co wieczór przynosił jej pół chleba, bo nie bał się już jej białych. Ale pewnego wieczora Filemon zapytał go: Co tam masz, kafrze?

Chleb dla mojej żony.

Kafrze, zapomniałeś powiedzieć "mój panie", odparł Filemon.

Flippus tylko na niego spojrzał.

Kózko, opowiadał później, kiedy im powiedziałem, że się z tobą ożenię, cała rodzina Swartzów zaczęła się śmiać. Jeszcze nie jesteś mężczyzną, mój kafrze, powiedział gospodarz, który znał go od dziecka, kiedy Flippus biegał jeszcze w przepasce na biodrach. Próbowałeś już? Było przyjemnie? Chcesz teraz porzucić swojego dobrego pana dla jakiejś cipy.

Wuj Flip nie odezwał się ani słowem, tylko popatrzył na gospodarza, który swoimi słowami zdeptał szacunek, jakim go darzył.

Panienka Mollie powiedziała od razu: Trzymaj go z daleka od żwiru. Mój Filemon mówił, że w każdej chwili może się zająć sortowaniem, wystarczy, że papa każe.

I wtedy, kózko, odezwał się gospodarz: On nie jest już naszym kafrem, jest tu obcy, pokażcie mu, gdzie jego miejsce.

Wuj Flip był bardzo przygnębiony, a siostrze Bet było przykro, bo wiedziała, że ona jest tego przyczyną.

Kiedy tamtej niedzieli wiaderko kafryjskiego piwa zostało opróżnione, cała piątka pod drzewem Siesie Leny biła się z myślami. Bet opowiedziała, co mówiła jej gospodyni: Właśnie tego chcieliśmy, jej słowa wyjdą nam na dobre.

Potem Flippus opowiedział swoją historię i wszyscy się śmiali ze słów jego gospodarza, z tego, że Flippus nie jest jeszcze mężczyzną, i z tego, czy już próbował, bo dla nich słowa były słowami, każde miało swoje znaczenie, niezależnie od tego, czy były dobre, czy złe.

Siesie Lena powiedziała, że jej madam od razu się zgodziła, kiedy usłyszała, że Lena musi się udać po swój spadek, w przeciwnym razie bracia nic jej nie zostawią: Madam myślała, że to Jakob Kierie przyniósł tę wiadomość, widziała go ze mną w zeszłą niedzielę i powiedziała, że mogę zabrać ze sobą wszystko, co mam, i że mi da wypłatę, jeżeli znajdę dla niej inną służącą, której będzie mogła zaufać tak samo, jak mnie.

Madam, odpowiedziała wtedy Siesie Lena, madam jest bardzo dobrą madam. Dziękuję, że madam obchodziła się ze mną po ludzku. Odchodzę ze spokojnym sercem i zostawiam madam również ze spokojnym sercem.

Powiedziałam jej, że znalazłam już kogoś dla niej, a madam odpowiedziała wtedy, że muszę tylko powiedzieć, kiedy chcę wyruszyć.

To wszystko brzmi bardzo dobrze, powiedział Jakob Kierie, ale gdzie jest kamień? Nie będę mógł spokojnie myśleć, dopóki nie zobaczę kamienia.

Przyjdzie czas na kamień, powiedziała Siesie Lena, machnąwszy ręką.

Dobrze, powiedział Janman. Dość gadania. W sobotę odbiorę moją wypłatę i Bet również musi poprosić swoją gospodynię o pieniądze. Flippus też poprosi o pieniądze i w niedzielę spotkamy się tu wszyscy i przygotujemy do poniedziałkowego wymarszu. Jest lato, a latem podróżuje się lepiej niż zimą.

Gdzie jest kamień?, znowu chciał się dowiedzieć Jakob Kierie.

Nie musisz się o to martwić, zatroszcz się tylko o kupca, powiedziała Siesie Lena. W porządku? Widzimy się w niedzielę, bo w poniedziałek wyruszamy.

W następną niedzielę rano Siesie Lena zastała pod drzewem Flippusa i Bet. Co teraz?, zapytała.

Bet pierwsza opowiedziała, jak zareagowała jej pani, kiedy poprosiła ją o wypłatę: Zapłaciliśmy już twojej matce, a teraz masz szczęście, że dostajesz głupiego kafra za męża. Zabieraj swoje rzeczy i idź do niego!

Wtedy zawinęłam swoje rzeczy w derkę, zostawiłam skórę i resztę rupieci, przyszłam tutaj i czekam na was.

Flippus opowiedział, że najpierw odstawił wóz, którym woził wodę, i oporządził konia, a potem poszedł do swojego pana i powiedział mu, że skończył pracę.

To musisz się umyć i poczekać na posiłek, jak zawsze.

Nie, mój panie, chcę odejść, powiedziałem. Proszę mi dać pieniądze, które przez te wszystkie lata zarobiłem.

Wtedy wuj Flip zamilkł zamyślony, ale o niczym nie myślał.

Co powiedział twój pan?, chciała wiedzieć Bet. Z oczu Flippusa zaczęły kapać łzy.

Powiedział: A idź, wredny kafrze! I pogonił mnie, jakbym był psem sąsiada.

Bet otarła mu łzy chustką i powiedziała: Jego dzień nadejdzie, staruszku.

Moja madam dała mi nawet jedzenie na drogę, przechwalała się Siesie Lena.

Siesie Lena miała też ze sobą dwie ciężkie skrzynie. Z jedną przyjechała, drugą dostała od swojej madam, gdy ta zobaczyła, że Lena nie mieści się w jednej skrzyni.

Janman przyszedł z całym dobytkiem zawiniętym w derkę. Podobnie Jakob Kierie. Wuj Flip miał dwie derki i torbę na pasku, którą można było zarzucić na ramię. Jakob Kierie pomyślał, że kamienie są w tej torbie.

Dał mi tę torbę wuj Neels, kiedy odchodził, powiedział Flippus i poklepał ją.

Wtedy Siesie Lena powiedziała do Bet: Chodźmy we dwie, spuścimy trochę wody. Kucnęły za krzakiem. Kiedy wróciły, Siesie powiedziała: Bet, daj, ja będę trzymać kamienie.

Ale Bet odpowiedziała: Siesie, oddam je, kiedy będziemy je sprzedawać w Barkly-Wes i zostaniemy tylko we czwórkę.

1 Poddany brytyjski [przypisy tlumacza].

2 Musimy słuchać rozkazów.

3 Wiesz, Chai, głupio zrobiliśmy, że nie wzięliśmy też owiec i krów.

4 Tak, oni wszyscy mnie lubią, ale jedna stara ciotka powiedziała: Jeżeli naprawdę jej chcesz, musisz dać bogadie (lobola) [opłata uiszczana rodzinie panny młodej, często w krowach], bo wy, żołnierze, tylko robicie dzieci naszym kobietom, a potem o nich zapominacie. I jeszcze jedno, wasze dzieci, dzieci ludzi o białych twarzach nie są naszymi dziećmi, bo robicie z nich Koloredów i z waszą pomocą zwracają się przeciwko nam.

5 Charlie, to już cztery miesiące, jak byliśmy we Vryburgu, a ja nie mogę przestać o niej myśleć.

6 Przejdźmy się.

7 Moja Ruth, na Boga, naprawdę cię kocham, Boże, nie pozwól nikomu podnieść na nią ręki. Kocham cię, Ruth, Ruth, Ruth.

8 Charlie, jesteś jedynym przyjacielem, jakiego mam.

9 Charlie, nigdy nie powinieneś tak myśleć.

10 Charlie, ja nie widzę, że ona jest czarna, wiesz.

11 Kiedy jesteśmy tylko we dwoje, ona siedzi na moich kolanach, trzyma dłoń w mojej dłoni. I jesteśmy jednym - ja nie jestem mną, a ona nie jest sobą. Nasze serca biją w jednym rytmie i razem bierzemy oddech między uderzeniami. Nie ma czasu na myślenie, bo czas stoi w miejscu. To miłość, prawdziwa miłość, Charlie. Nasze dusze są zjednoczone z Bogiem. Jak mógłbym o tym zapomnieć? Mówię, dziękuję ci, Boże.

12 Bogu dzięki, że jej nie wykorzystałem. A mogłem i czasami żałuję, że tego nie zrobiłem.

13 dowództwo wojskowe

14 najbliższego krewnego

15 Kapralu, walczyliście za królową, a Afryka Południowa jest teraz częścią Imperium Brytyjskiego.

16 Teraz i ani dnia dłużej.

17 Hej, kapralu Lewis, pokażcie no się!

18 Do usług, panie kapitanie.

19 Oczywiście, panie kapitanie.

20 Tu jest adres jego biura.

21 wojenna brać

22 Z tym już koniec, panie Lewis. Proszę pamiętać, że jesteśmy teraz cywilami. Ja jestem radnym od spraw kadrowych w Du Toitspan.

23 Do tego czasu będę wiedział, gdzie was wsadzić.

24 Dzień dobry, wy dwaj, wejdźcie.

25 Siadaj, George. Zacznę od twojego przyjaciela. Nazwisko?

26 Będziesz pracował z miejskim geodetą. Skarżył się, że jego chłopak każdego miesiąca opuszczał kilka dni pracy. Zawsze po wypłacie. Pijany, pijany, rozumiesz.

27 Głupcze, nie wiesz, że nie ma już królowej i że teraz mamy króla?

28 Zaczynasz we czwartek, od pierwszego. Zanieś ten list do skarbnika. Znajdziesz go na końcu korytarza, drzwi z tabliczką Skarbnik. A ten list zanieś panu Keely'emu - geodecie, tuż obok wiader przeciwpożarowych.

29 Mam nadzieję, że potrafisz pracować, kiedy się upijesz, bo wy wszyscy jesteście tacy sami. Bądź tu we czwartek punkt ósma!

30 Ale nie chcę. Jeżeli kocham Ruth, a myślę, że ją kocham, to muszę szanować i ją, i jej rodzinę.

31 Wino, kobietę i śpiew.

32 Im szybciej ich upijemy, tym lepiej dla nas.

33 Pozdrowienie w języku soto.

34 Dosłownie "głowy czy ogony", odpowiednik polskiego "orzeł czy reszka".

35 Ty, Vuurmaak, jesteś ustawiony. Weźmiesz tę formę do cegieł i założysz własny interes. Ludzie będą wkrótce potrzebowali cegieł do budowy domów. Tylko nasza trójka wie, jak wszedłeś w posiadanie zbiornika, a za swoją miesięczną pensję będziesz mógł żyć jak król.

36 "Towary Mieszane"

37 "W domu mego Ojca jest wiele mieszkań. Gdyby tak nie było, powiedziałbym wam" (J 14,2; uwspółcześniona Biblia Gdańska).

38 "W skały wieków rozpadlinie / Jest dla duszy mej schronienie..."

39 Z prochu w proch, z pyłu w pył.

40 Ojciec i matka (w języku soto).

41 Robi właśnie pranie za węgłem.

Copyright Information, Acknowledgments and Photo Credits

André P. Brink: "Woman and Language in Darkest Africa: The Quest for Articulation in Two Postcolonial Novels", "Literator", Vol. 13, No. 1 (1992), pp. 1-14. Copyright ? 1992 A. Brink. This work is licensed under CC Attribution 4.0.

Jean-Claude Chevalier: "La linguistique, discours pour l'inégalité", w: Qu'est-ce que la culture française?, essais réunis par Jean-Paul Aron, Denoël/Gonthier, Paris 1975, pp. 55-76.

Armand Farrachi: "L'écriture dans la peau", w: Rousseau ou l'état sauvage, Presses Universitaires de France, Paris 1997, pp. 11-31.

Heilna du Plooy: "New Voices Rewriting the Community: Dialogic History in South Africa; A.H.M. Scholtz's Novel Vatmaar", from: Missions of Interdependence: A Literary Directory, edited by Gerhard Stilz, Rodopi, Amsterdam and New York 2002, pp. 157-168. Copyright ? Editions Rodopi B.V., Amsterdam - New York, NY 2002. By kind permission of Brill.

Jean-Jacques Rousseau: "Essai sur l'origine des langues", w: ?uvres compl?tes, tome V: Écrits sur la musique, la langue et le théâtre, Gallimard, Paris 1995, pp. 371-429.

Andrew Henry Martin Scholtz: Vatmaar. 'n Lewendagge verhaal van 'n tyd wat nie meer is nie, Kwela Boeke, Kaapstad 2008, pp. 17-44, 61-93. Copyright ? 1995 A.H.M. Scholtz. By kind permission of NB Publishers.

Jean Starobinski: "L'Essai sur l'origine des langues", w: Accuser et séduire. Essais sur Jean-Jacques Rousseau, Gallimard, Paris 2012, pp. 263-297.

Wilma Stockenström: "Afrikaliefde", "Verlede tyd", "Die bome my vaders en moeders", ***(Gewis, ons is nie water genoeg nie!), "Ecce homo", ***(Welkom, vreemdeling vergetelheid), ***('n Tarentaal vlie skreeuend op na 'n boom), "Die tyd loop katvoet", from: Die stomme aarde: 'n keur, Human & Rousseau, Kaapstad and Pretoria 2007. Copyright ? by Wilma Stockenström. By kind permission of NB Publishers.

Wilma Stockenström: Die kremetartekspedisie, Human & Rousseau, Kaapstad 2018. Copyright ? 1981 by W. Kirsipuu. Copyright ? 1981 by Human & Rousseau Ltd. By kind permission of NB Publishers.

Barry Stocker: "Rousseau and Derrida on Liberty and on Language, the First Social Institution", w: Rousseau on Language and Writing: Two Perspectives, Rousseau, etc., Piketon, Ohio 2014, pp. 64-113. By kind permission of the Author.

Every effort has been made to locate the copyright holders.

We would be pleased to rectify any errors or omissions.

Photo Credits

Cover photo: Pierre-Yves Babelon, "Sunset on Baobab Trees" (AdobeStock); pp. 4, 90, 172 - by Simone Scholtz; p. 6 - by Annari van der Merwe ("Die Suid Afrikaan", 55, Des 1995 - Jan 1996, p. 29); p. 180 - by Maurice Quentin de La Tour (WikiCommons)

pp. 11, 23, 35, 47, 59, 71, 83, 97, 109, 121, 133 - by Anne Fischer, reproduced by permission of Iziko Museums of South Africa, Social History Collections; pp. 145, 159, 177, 187, 199, 211, 223, 235, 249, 265, 277, 289, 301, 315, 331, 345, 361 - by Jansje Wissema, reproduced by permission of the Cape Institute for Architecture. Copyright ? held by the Cape Institute for Architecture (formerly known as: the Cape Provincial Institute of Architects)

Special thanks to Cape Institute of Architecture, Iziko Museums of South Africa,

and University of Cape Town Libraries

for their kind permission to reproduce the photographs.

Numeracja na podstawie wersji drukowanej