Literatura na Świecie 7-8/2020 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

16.00 zł
13.28 zł (13,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jacques Stephen AlexisW mgnieniu okaprzełożyła Magdalena Kamińska-Maurugeon

Does the earth gravitate? Does not all matter attract all matter?1

Węch

- Hmmmm...

La Ni?a Estrellita przeciąga się powoli, unosi nad głową zgięte w łokciach ręce, ukazuje szeroko rozwarte pachy, pręży bicepsy, zaciska pięści, nadyma usta wałeczkiem powietrza, który utkwił między dziąsłami a wargą... Otwiera oko, dostrzega obraz Matki Bożej z Pilar, która obserwuje ją ze ściany. Opuszcza powiekę, drapie się po brzuchu, ale natychmiast otwiera drugie oko, które rozkwita i pozwala wymknąć się spojrzeniu w kierunku budzika, pulsującego na stoliku nocnym.

- Szlag... Jedenasta...

La Ni?a prostuje się żwawo, stawia stopy na podłodze, przeciąga się jeszcze, po czym zanurza rozczapierzone palce w swojej czuprynie, aż dotyka skóry. W pokoju jest ciemno, bo dwie ciężkie kotary zasłaniają drzwi z żaluzją, której drewniane lamelki są jeszcze zamknięte. La Ni?a wstaje, ogarnia pokój wzrokiem:

- No dobrze!...

Idzie do drzwi z żaluzją, jednym ruchem rozsuwa kotary i ustawia lamelki poziomo. Strumień światła. Przy drugich drzwiach powtarza te same gesty. Teraz pokój tonie w słońcu. La Ni?a znów ogarnia wzrokiem bałagan w pokoju.

- No dobrze!...

Podchodzi do lustra, obraca się w miejscu, znieruchomiała, by obejrzeć się z profilu, a potem z trzech czwartych. Głaszcze się po biodrach szybkimi ruchami, przesuwa ręce w górę i waży piersi w dwóch kielichach dłoni. Gwałtownie odrywa ręce, porzucając piersi na łaskę grawitacji... Nie, nie opadły. Ledwie tylko się zakołysały, sutki na chwilę wahnęły się o centymetr... Przysuwa twarz do tafli i uważnie się sobie przygląda...

- No dobrze!...

La Ni?a wkłada szlafrok, kapcie, pewną ręką chwyta chustkę, zwija włosy w węzeł, a potem zdecydowanym ruchem obwiązuje głowę kwadratem tkaniny. Bierze miotłę:

...Desesperacion...

Nuci, ale zaraz zaczyna radośnie gwizdać. Gwiżdże czysto i głośno, jak mężczyzna... La Ni?a żwawo zamiata parkiet, zbiera rozsiane po pokoju przedmioty i odkłada je na miejsce. Jest w świetnym humorze, przepełnia ją zapał; paradoksy temperamentów cyklotymicznych!... Czasem - najczęściej - nastrój podnosi się powoli, zrywami, przecinanymi zapowiedzią ponownego spadku: szczyt, fala, szczyt, fala... jak mniej lub bardziej strome schody... Wczoraj rano, po kąpieli, sądziła, że jest po wszystkim, że dzień nie będzie zły, że to powrót, triumf witalności nad lękiem i pustką. Akurat! Wszystko się nagle załamało. Dzień jak na kolejce górskiej!... Skoro wczoraj nie rozbiła sobie głowy o ścianę, nie rozcięła żyletką żył na nadgarstkach i nie połknęła trutki na szczury, to znaczy, że prawdopodobnie już nigdy nie popełni samobójstwa. Jak wiele jest w stanie znieść ludzkie stworzenie! Nie było jednak takich sytuacji, by jej nastrój tak skrajnie się zmienił w ciągu jednego dnia. Owszem, przeżywała czasem chwile bardzo trudne, zawrotne kryzysy, jednak zazwyczaj odcień jej nastroju pozostaje taki sam przez wiele godzin - rzuca cień albo rzuca światło; skąd więc ta zmiana?... Ach! Długo będzie pamiętać tę Niedzielę Palmową!

Jaka gruba warstwa kurzu zebrała się w pokoju przez osiem dni jej break downu! Po zamieceniu jest już nawet czysto. Wystarczy jeszcze poukładać, zrobić trochę porządku w szafie i małe pranie. Została jej tylko para czystych pończoch. Wypierze też sobie jedną lub dwie pary majtek... Od dziesięciu dni nie nosiła bielizny, miała na sobie tylko sukienkę, narzuconą na gołe ciało, nie mogła znieść jakiegokolwiek stanika, jakichkolwiek fig. Gdy się tkwi w tej mdlącej fazie, nylon na skórze jest gorszy niż naelektryzowane włosie, gryzie jak włosiennica!... Dziś po południu strumień marines znowu napłynie do baru. Już pewnie zaczęli się schodzić. Szarańcza!... La Ni?a musi być w formie. Cóż robić, trwa sezon! Jeszcze dwa albo trzy dni i flota podniesie kotwicę... Kiedy ma te swoje kryzysy, jest niezmordowana w łóżku; jak automatyczna maselnica! Ileż ona wczoraj zarobiła forsy, nie licząc tego, co wygrzebała z kieszeni gości, których dopadła pomroczność! W tym sezonie musi się nachapać. Wolność ma swoją cenę, a ona, La Ni?a, ma więcej szans niż inne, żeby się uwolnić... Będą gadać: "La Ni?a?... Jak to? Nie wiecie, że odeszła?... Tak, moja droga, udało jej się, wycofała się z branży. Teraz prowadzi sklep!...".

W granicach, w jakich dziwka może opuścić La Fronti?re. Niewiele dziewczyn jest w stanie zapomnieć dzielnicę, nawet gdy uskładają już pewną sumkę. Jak miejsce zbrodni!... Te, które odchodzą, najczęściej prędzej czy później wracają, by założyć własny bar albo burdel: innymi słowy eksploatować kumpelki. Gdy się przez lata żyło w La Fronti?re, żadne miejsce na świecie nie ma smaku, człowiek się nudzi. Nie można zapomnieć o dawnych towarzyszkach katorgi. Nie można naprawdę związać się z ludźmi, którzy nie poznali "życia". Człowiek tęskni za La Fronti?re, za jej wrzawą, pokrzykiwaniami, zgiełkiem, dramatami, gwarem, kolorami i gorączkowym rytmem. Gdzie indziej, po latach nocnego życia, następowanie po sobie dnia i nocy ma inny sens. Wycofując się, mamy zazwyczaj dwa rozwiązania, znaleźć palgo, który się w nas zakocha i będzie nas utrzymywał, albo ostatecznie zamieszkać ze swoim chulo i całkowicie utrzymywać jego. Ona, La Ni?a, nigdy nie miała chulo. I nigdy mieć nie będzie! Najgorszym ludzkim gatunkiem w La Fronti?re są właśnie chulos. To chłopcy, którzy, gdyby mogli, nie mieliby nawet odwagi zostać kurwami. To byłaby dla nich za trudna robota. Chulo to nieudacznik, którego jedynym majątkiem jest zawadiacka buźka i zachowanie chojraka, to zwykły ludzki śmieć. Nigdy sobie takiego nie weźmie!... Zresztą po co miałaby go sobie brać?... Do uprawiania miłości? Bichi!2 Jakby to na nią działało!... Więc po to, żeby mieć bratnią duszę?... Tak, gdyby to byli prawdziwi mężczyźni. Oczywiście, oni lepiej niż ktokolwiek wiedzą, kim jest dziwka, znają jej sposoby funkcjonowania, jej serce, ale chulo to chłopak, który kocha tylko samego siebie. Czy którakolwiek znalazła bratnią duszę w osobie swojego chulo? Ani jedna! A chulo nawet nie udaje, jest pajacem z natury... Czasem dziewczyny znajdują w chulo swojego pana, nie odchodzą od niego, nie ze strachu przed biciem - paf! - ale żeby nie zostać samej w chwili prawdy, gdy sypią się siwe włosy... Oczywiście te, które rzucają branżę, by ostatecznie związać się ze swoim chulo, odgrywają wyniosłe. Mówią: "...Félicien to mój mężczyzna... Znamy się już od dziesięciu lat. Był taksówkarzem, ale ja nie chcę, żeby pracował... Bar dobrze prosperuje, po co Félicien miałby pracować?".

To stawia je w pozycji przynależności do jednego mężczyzny. W gruncie rzeczy w tej kwestii dziwki niewiele się różnią od legalnych utrzymanek, wielkich kurtyzan z burżujskich małżeństw. Przyzwoitki, damy, kobiety z półświatka czy nierządnice - niemal wszystkie są jak suki zwinięte u stóp mężczyzny. Mężczyzna mówi:

- Leżeć!...

One się kładą.

Mówi:

- Podaj łapę!

- Aport!

- Lizać!

A samice radośnie słuchają! Nieobyte i szalone są te, które wierzą, że mogą się wymknąć spod jarzma społecznego porządku! Każdy gra w tę grę w ramach różnych ról, które stworzył dla siebie mieszczański reżim. Tak, która w naszych czasach nie jest cichodajką? A już najbardziej chyba te, które mają się za wyzwolone! Wolny wybór, akurat!... Zresztą wiele kobiet cieszy się z tego, że są sukami, tak jak je widzą mężczyźni - jeśli tylko jedzą do syta... A przecież nikt nie należy do nikogo. Gdy nadchodzi chwila prawdy, zmarszczek i siwych włosów, dziwki - jeśli nie mają odpowiednich środków - niemal zawsze tracą chulo, któremu poświęciły wszystko. On idzie do innej, szuka sobie młodszej, bogatszej, radośniejszej, to nieuniknione. Śmiać się, owszem, jest łatwo, ale uśmiechać się do ostatnich dni szyderczo rżącego życia - któż to potrafi?... Nie! La Ni?a Estrellita nigdy nie będzie miała żadnego chulo, żadnego mężczyzny ani pana... Zatem - sama, do końca?

- ?Quien sabe!3...

Kto to może wiedzieć?... La Ni?a po raz ostatni zerka na obraz Matki Bożej z Pilar... Ona jedna wie...

- ?O, mi Virgen del Pilar!... ?Ve aqui tu Ni?a Estrellita!4

Dziś rano La Ni?a nie ma w sobie goryczy, po prostu przemawia do Tej, która wie... Ciekawe! Po raz pierwszy od dawna tak wyraźnie myśli o przyszłości. Owszem, zbierała pieniądze do wełnianej skarpety, jak wszystkie inne manolitas, mówiąc sobie: "Jeszcze dziesięć, piętnaście lat i...".

I co?... Nic nie przychodzi jej do głowy, nie staje przed oczami po owym "I"... La Ni?a Estrellita jest, w tym wypadku, przeciwieństwem innych dziewczyn. Prawie zapomniała, że żyła, zanim zaczęła się puszczać. Z przeszłości nie zostało jej nic, do czego mogłaby wrócić pamięcią. Nigdy nie czuje tego niepohamowanego świądu, który trawi niemal wszystkie dziewczyny: potrzeby, by opowiadać klientowi o własnym życiu, głośniej lub ciszej przy tym pochlipując. La Ni?a nigdy nie płacze nad przeszłością; wszystko przepadło na zawsze: dzieciństwo, czas dojrzewania. Sama już nie wie, jak do tego doszło... To dziwne! Po raz pierwszy myśli o czymś innym niż o teraźniejszości.

- ?O, mi Virgen del Pilar!... ?Aqui esta tu ni?a!5...

Będzie musiała odłożyć dużo pieniędzy. Pieniędzy jej trzeba, nie mężczyzny!... Będzie robić to, czego nie robiły inne dziwki, podróżować dla przyjemności... Właśnie! Tak! Podróżować... Niegłupie. Dlaczego nigdy dotąd o tym nie pomyślała? To idealnie odpowiadałoby La Ni?ii... Przemierzyłaby dalekie krainy, chłonęłaby oczami nigdy niewidziane kolory, słuchałaby nieznanej muzyki, poznała obce zwyczaje... Pewnego dnia jeden facet - żaden blagier - opowiadał jej, że w pewnym dalekim kraju ludzie na powitanie stukają się brzuchami!... Zobaczy krainę Chińczyków... Śmieszne są te kitajce! Pojedzie też do Arabów, porozmawia z kobietami, które żyją po trzysta w domu wspólnego męża... To musi być zabawne. Biedaczki raczej często nie puszczają w ruch bioder. Odpowiadałoby to La Ni?ii... Oczywiście czasem będzie wracać do La Fronti?re, odwiedzać dawne koleżanki. Powie im: "Moja droga, właśnie wróciłam z kraju Papuasów!...".

Ależ Luz-Maria będzie miała minę!... La Ni?a nie trawi tej wywłoki!... Potrzeba jednak dużo forsy, żeby to wszystko zrobić, naprawdę dużo, dużo... Zdobędzie ją. Czyż nie jest La Ni?ą Estrellitą? Może zarobić tyle, ile zechce. Dwa, trzy dni w jednym miejscu i hop! Bagaże!... Właśnie tego jej trzeba, chce być jak ptak...

Mój Boże! Zapomniała o ptakach!... Pośpiesznie podchodzi, otwiera drzwi z żaluzją i wnosi klatkę do pokoju...

- Gru... Gro... Gru... Moje piękne! - Wycierpiały się, w klatce jest jeszcze kilka ziaren, ale chce im się pić! Mój Boże! Pić! La Ni?a otwiera klatkę i wyfruwają z niej dwie papużki; hałasują i harcują po całym pokoju, zamkniętym, lecz zalanym słońcem... Furkot skrzydeł... Naprawdę były spragnione... Już siedzą na brzegu miski... Pij... Pijcie do syta, moje śliczne! Fruuu! Niebieska odlatuje, wdzięcznie poruszając nieładnym dziobem i, przy akompaniamencie piekielnego skrzeku, siada u wezgłowia miedzianego łóżka... Trrrr! Żółta się zrywa i ląduje na ołtarzyku Matki Bożej z Pilar.

- Nie tu, ślicznotko! Tu mieszka święta Matka Boża z Pilar, nie widzisz? - La Ni?a Estrellita biegnie za ptakami do sypialni. Klaszcze w dłonie, podskakuje, pokrzykuje, grozi, wrzeszczy, śmieje się, robi wielkie susy i w końcu łapie ptaki... Trzyma niebieską papużkę w prawej dłoni, a złotożółtą - w drugiej. Zakrzywionymi dziobami skubią jej palce.

- Spokój! Żadnych złośliwości, moje ptaszki!

La Ni?a przyciska do piersi obie papużki. Jak przyjemnie jest czuć w dłoniach to delikatne drżenie! Letni dreszcz życia, który pulsuje, faluje, skrzeczy, przeciąga się, zamienia się w jedwab, w bawełnę, w piórko, w obłok, w powietrze, w sen!... Nieprzerwane skrzeczenie papużek wypełnia pokój... Żółtozłota jest bardziej zmysłowa, bardziej lubi pieszczoty niż niebieska... Żółtozłota jest pewnie samcem... Czy w ogóle istnieją papużki płci męskiej?... La Ni?a wybucha śmiechem!

- No dobrze!...

Wkłada ptaki do klatki, którą zawiesza nad umywalką. Tu będzie im chłodniej...

Dziś rano czuje się świeża i rześka. To nadzwyczajne! Jest odprężona, wypoczęta, nie został cień zmęczenia. Gna ją radosny zapał. Ależ ona ma dziwną naturę! Jakiż witalny dynamizm przepełnia jej drobne ciało! Szaleństwo! Dziś rano czuje się jak napompowany balonik!... Czasem spada wolnym lotem, stacza się z zawrotną prędkością, a wtedy balonik czuje, że umiera, dotyka dna wszelkich otchłani, przepaści gorzkiego lęku. Jest zagubiony, pogrążył się? Nie! Cud! Wystarczy lekki powiew wiatru... Balon się unosi, coraz wyżej i wyżej ku błękitnemu niebu... La Ni?a Estrellita wstaje o własnych siłach, które są niewyczerpane, jak siła napędzająca pory roku... Istnieją tylko dwie przeciwstawne siły - ciepło i zimno - które zwalczając się, występują w różnych proporcjach i z tego rodzą się pory roku. Dlaczego powszechnie uważa się, że istnieją cztery pory roku? Są tylko różnorakie układy zimna i ciepła! Dlaczego ma być dwanaście miesięcy, a nie trzynaście, albo najlepiej czternaście? Czternaście księżycowych miesięcy, które dzieliłyby się na dwie siedmiokolorowe tęcze, a siedem barw miesięcy lśniłoby wokół dwóch biegunów - ciepła i zimna? Dlaczego dzień ma się składać z dwudziestu czterech godzin? Dlaczego nie z trzynastu, czternastu, dwa razy po siedem godzin, które układałyby się w siedem różnokolorowych momentów wokół dwóch biegunów - światła i jego przeciwieństwa, ciemności, dnia i jego negacji, nocy?... Wszystko to jest życiem! Życiem wyjątkowym w swojej dualności, w fundamentalnym rozdwojeniu, w dwóch tęczówkach o siedmiu odcieniach, w siedmiu kolorach, które się obnażają, perlą, migoczą wokół dwóch skrajnych dominant... Czasem La Ni?a Estrellita leży na dnie, na biegunie negatywności, w innych momentach jest zawieszona w połowie drogi między życiem a śmiercią, dryfuje między witalnością a unicestwieniem, w neutralności - złocistożółtej, napuchniętej, lotnej i głupawej... Wreszcie zdarza się jej sięgnąć życiowego zenitu - porywczego, wybujałego i radosnego jak dziś. Nastrój Ni?ii może mieć siedem różnych barw, wokół siedmiu różnych tendencji - negatywnej i pozytywnej. La Ni?a nie kocha nikogo, nie kocha niczego, nikogo nie darzy nienawiścią i nie darzy nienawiścią niczego, ale wie, że miłość i nienawiść istnieją, i że po każdej stronie są uczucia w siedmiu kolorach. Czy La Ni?a pokocha kogoś lub znienawidzi któregoś dnia, choć trochę?... La Ni?a jest prawdziwa, prosta i łatwowierna, wierzy w Niepoznawalne, w tajemne siły, w ulotne bóstwa powietrza i wiatru, w lemury, w larwy i symulakra, jest przesądna, wie, że Matka Boża z Pilar zawsze na nią patrzy. La Ni?a nosi na lewym nadgarstku cienką bransoletkę, na której zawieszonych jest siedem złotych cyfr: 1, 2, 3, 7, 9, 13... La Ni?a wierzy w Złote Liczby. Czy naprawdę jest tak głupia, na jaką wygląda? Dlaczego nie miałaby istnieć liczba współmierna Wszechświata, idealny podzielnik sumy niuansów wszystkich rzeczywistości?... Złote Liczby mają być może związek z fundamentalnym prawem wszechświata, z ruchem, który jednoczy i dzieli wszystko, co istnieje?...

[Port-au-Prince, ok. 1900]

W tym momencie La Ni?a jest po stronie przesady. Podśpiewuje, sprząta w szafie, za chwilę pójdzie się wykąpać, potem się ubierze i grzecznie, bez buntu, pójdzie wypełnić swój kurewski obowiązek. Mężczyźni będą jej pożądać, ona położy się na plecach, żeby uprawiać miłość, ale najpierw odwróci do ściany obraz Matki Bożej z Pilar. Będzie wbijać wzrok w sufit podczas całej akcji, i jeśli uzna, że się to opłaci, uda histeryczną ekstazę, robiąc egzaltowane miny Świętej Teresy z Awili, będzie miauczeć sprośne słowa, by przypodobać się klientowi, a potem uderzy go za tę opcję po portfelu... A jednak ostatnio coś się zmieniło w życiu La Ni?ii Estrellity. To przyszło nagle, tak nagle, że nie dostrzegła kiedy ani jak, ani dlaczego. Ona, która nie miała przeszłości ani przyszłości, teraz ma marzenie. Słyszy, jak przeistacza się w wędrownego ptaka. Ale czy właśnie tego pragnie La Ni?a, powiedz, Matko Boża z Pilar, Ty, która wiesz wszystko, a w którą ona wierzy?

?

El Caucho z kolei dziś rano nie ma się zbyt dobrze. Wszystko idzie nie tak. Nawet spóźnił się do roboty, co mu się nigdy nie zdarza. Majster się wydarł, El Caucho wydarł się również i potem darł się na każdego, kto stanął mu na drodze. El Caucho nie lubi majstra i dziś rano wszystko idzie nie tak.

- Rafaëlu Guttierez - powiedział majster - o której to się przychodzi do pracy?... A potem znów będziesz wciskał chłopakom te swoje gadki o związkach. "Biały" o tym wie i nie jest zadowolony... Już ty się nie martw, niedługo dowie się o wszystkim! Poza tym mam dość czatowania i zabawy w Louisa-Jeana Beagué6 na terenie stoczni! Skoro nie możesz robić tak jak wszyscy i siedzieć z zamkniętą mordą, to po prostu się stąd zwijaj!... To ja tu jestem majstrem, słyszysz?

El Caucho popatrzył na majstra bez słowa, a potem wybuchł:

- Chodź i spójrz tylko, kto tu ma mordę!... Podejdź tu ze swoim pyskiem kapusia, j e ś l i m a s z j a j a! Rzucam ci wyzwanie, żebyś zrobił chociaż krok, słowo El Caucha! A co do tego twojego "białego Amerykańca", to przyprowadź go do mnie na słówko... Obnosisz po stoczni tę swoją wstrętną gębę i skarżysz, za to ja włączam silniki i silniki działają! Którego z nas można łatwiej zastąpić? Co t w ó j szef może zarzucić moim silnikom? Reszta to moja sprawa!... A jak ci nie pasuje, chodź no tu ze swoją gębą, a zobaczysz, kim jest El Caucho! Malicon7!

Majster szybko obrócił się na pięcie.

Na razie nic nie powie szefowi. Po pierwsze dlatego, że wie, że "biały" jest zadowolony z pracy El Caucha. Poza tym nigdy nic nie wiadomo z takim obywatelem jak El Caucho. Żaden z niego aniołek, a gdy ktoś go wkurzy, jest zdolny do wszystkiego: para oczu za oko, a za ząb cała gęba! Zresztą majster wie, że El Caucho długo nie trzyma urazy. Jak tylko mu przejdzie, pewnie niedługo, El Caucho zapyta przy wszystkich, "jak facet faceta", dlaczego z nim zaczął. El Caucho to dziwny typek, i może zaproponuje majstrowi, na oczach i za wiedzą wszystkich, by wypił z nim kieliszeczek, mimo, że jest malicon, cabron8 i kapusiem... El Caucho umie gadać z facetami, z kapusiami też. Gdyby doszło do robotniczych zamieszek czy strajku, majster wie, że El Caucho nie będzie miał dla niego litości, jak tylko go dopadnie; ale majster wie również, że El Caucho mimo wszystko nie odmawia człowieczeństwa żadnej istocie ludzkiej... Gdy majstrowi chorowała matka, El Caucho zadał sobie mnóstwo trudu, by znaleźć dla niego pieniądze, mimo że uważał go za kapusia. Poruszył niebo i ziemię, by malicon mógł uratować matkę. To zbiło majstra z tropu, otworzyła się w nim jakaś klapka, i choć naprawdę jest draniem, dało mu to do myślenia... Jeśli El Caucho zdoła zarejestrować związki, "biały" będzie niezadowolony, a to przeszkodzi majstrowi w jego drobnych machlojkach. A jednak Caucho powinien uważać, ponieważ w tym kraju uznaje się go za cudzoziemca - jest Kubańczykiem i na razie nie może wrócić na Kubę z powodu afery politycznej. Mimo to Federacja Haitańskich Robotników to nie byle co, i bez dobrego pretekstu ani majster, ani "biały" nie doprowadzą do wydalenia El Caucha. Zresztą, choć rząd niechętnie traktuje ruch robotniczy, jest zmuszony liczyć się z nim, nie przestając go szykanować. FHR i ruch robotniczy zdołały umieścić w Urzędzie Zatrudnienia kilku porządnych facetów, którzy robią, co mogą. W gruncie rzeczy prezydent Estimé nie jest złym facetem, jest patriotą. Och! Ma swoje słabości, robi rzeczy, które trudno zrozumieć, jego polityka często nie jest sprawiedliwa, ale ten chudy człowieczek o oczach na pół twarzy, jest nawiedzony niewyraźną ideą narodowej wielkości, to trzeba mu przyznać... Życie jest pełne sprzeczności! Dziwne, że chłopaki nie potrafią tego skumać!... Ruch robotniczy jak na razie jest w stanie mówić to, co chce powiedzieć. Majster o tym wszystkim wie, ale mimo to El Caucho powinien zachować ostrożność, działać dyskretnie, ponieważ jest cudzoziemcem i grozi mu wydalenie. Jeśli El Caucho zostanie w stoczni wystarczająco długo, to na pewno założy związki. Majster to wie, ale El Caucho zbija go z tropu. Jeszcze nigdy nie spotkał typa takiego jak on.

El Caucho czuje, że wszystko idzie dziś rano nie tak. Grzebiąc w silniku Diesla, złamał jedyny dobry klucz francuski, jakim dysponował. Kumpel pożyczył mu swój, ale na dłuższą metę tak się nie da. El Caucho nie chce prowokować majstra, prosząc go dzisiaj o inny klucz... Nie może rzucać się w oczy, jeśli chce doprowadzić do końca to, o czym myśli od jakiegoś czasu. Wie, że wystarczy jeden fałszywy krok, a majster mu nie przepuści, podobnie jak majster domyśla się, że El Caucho nie potraktowałby go ulgowo, gdyby go dopadł podczas robotniczych zamieszek. Cóż chcecie! Takie są prawa ruchów robotniczych, a El Caucho zna tę melodię, trochę już chodzi po tym świecie, i potrafi do niej tańczyć!... Wszystko idzie mu dziś nie tak, spóźnił się do pracy, niezdarnie pożarł się z majstrem i złamał klucz francuski - a to dlatego, że w kieszeni kombinezonu nosi małą karteczkę, która wypala mu serce... Ludzie mówią, że El Caucho jest z wapna i piasku, że bez słowa znosi wszelkie ciosy, ale ci, którzy to powtarzają, patrzą na niego z zewnątrz. Z balkonu oczu widok nie jest rozległy... El Caucho czuje, że wszystko idzie dziś rano nie tak. Boli go żołądek. I nie jest to kwestia kilku głębszych, które wychylił wczoraj wieczorem, to coś poważniejszego. Naprawdę aż go skręca. Z nogami też nie najlepiej, nie czuje ich, są jak odcięte. Pierś pali go mocniej niż rozgrzane do czerwoności żelazo, gardło ma ściśnięte, a w głowie szumi jak w ulu, ale do oczu nie napłyną mu łzy. Dziwne!... Wszystko z powodu świstka, który wypala mu serce przez kieszeń kombinezonu!

Och! Nabazgrano na nim tylko kilka linijek. Początek brzmi tak: "Manzanillo, 22 de enero 1948..."

Kartka podróżowała przez trzy miesiące w poszukiwaniu adresata. Na kopercie widnieją słowa: Se?or Guttierez y Faria... To nazwisko El Caucha. El Caucho o niczym nie wiedział, mimo że stało się to prawie trzy miesiące temu... O niczym nie wiedział... Ani jedna łza nie napływa mu do oczu, choć kartka wypala mu serce... Tak, właśnie tak! Rozwalili go! El Caucho dowiaduje się o tym w środku Wielkiego Tygodnia! Łatwo zrozumieć, jaki to cios!... Jesus nie żyje, zamordowali go w Manzanillo, 22 stycznia 1948 roku... Niemożliwe?... El Caucho bardzo by tego chciał, ale to prawda: Jesus Menendez został zamordowany... Kim jest Jesus Menendez?... Gdyby był tylko politykiem i wybitnym związkowcem, El Caucho żałowałby go, oczywiście, ale Jesus Menendez był kimś więcej. Był człowiekiem prostym, autentycznym. Naturalnie, tak jak wszyscy, El Caucho widział, jak ten Jesus czynił cuda na kubańskich równinach, a robotnicy z plantacji cukrowych biegli za nim tysiącami, krzycząc: "Jesus!... Jesus!...".

To dlatego wszystko dziś rano idzie nie tak. W końcu z Jesusem Menendezem łączyło El Caucha prawdziwe braterstwo, czysto ludzka przyjaźń; był twardym i czułym mężczyzną, który nauczył go wszystkiego, co dzisiaj wie. Ten Jesus pokazał El Cauchowi, jak kochać, jak sprawić, by mocniej zabiło ludzkie serce, jak się śmiać, jak się bić, jak wstawać, jak cierpieć, jak się uczyć, jak przekraczać własne granice, jak wierzyć, jak żyć i włączać się we wszystko, co żyje. Jesus Menendez nie wyszkolił El Caucha, on go naprawdę nauczył dostrzegać w sobie to, kim jest. To bardzo dużo - widzieć się takim, jakim się jest. Choć El Caucho nie wierzy w nic konkretnego, nie chodzi do kościoła, nic już nie wie, nie jest w stanie wyszeptać modlitwy, to jednak wielkim ciosem jest dla niego wiadomość w środku Wielkiego Tygodnia, że oto Jesus został zabity, że naprawdę nie żyje... Wszystko dziś rano idzie nie tak.

Kiedy El Caucho siedział z nosem w swoim dieslu, próbując sprawić, by zaskoczył, podszedł do niego koleś ze stoczni:

- Hej! El Caucho?...

- ... ... ...

- Hej! El Caucho, posłuchaj!

- Co jest? Co się dzieje? Czego znów ode mnie chcecie?... Ach, to ty, Occide? Co jest?...

- No bo, El Caucho...

- Co? Wywal to z siebie! Mów, do cholery! Robota nie może czekać! Mów!

- El Caucho, dzieciak... mi się urodził.

- Urodził się?... Naciado? Brawo! Syn czy córka?

- Syn...

Occido odsłania zęby w głupim, zachwyconym uśmiechu.

Brawo, czarnuchu!... Ale nie mogłeś zaczekać na inny moment, żeby mi o tym powiedzieć? To co, stawiasz kolejkę?

- Nie o to chodzi... To znaczy... Tak, jak chcesz, to postawię... Ale chciałem cię prosić, żebyś został ojcem chrzestnym...

- Ojcem chrzestnym?... Mam iść do kościoła?

- Miałbyś coś przeciwko?

- Dlaczego miałbym mieć, jeśli ksiądz mnie nie wyrzuci?... Zresztą to ty przyprowadziłbyś go do kościoła, więc... Ale nie umiem odmawiać modlitw i nie przeżegnam się...

- Więc nie chcesz? Nie zgadzasz się zostać chrzestnym?

- To zależy...

- ... ...

- Zgodzę się pod jednym warunkiem...

- Warunkiem?

- Tak, zgodzę się, jeśli będę mógł nadać czarnuszkowi imię... Jeśli nie, idź go ochrzcić gdzie indziej, wybierz innego chrzestnego!...

- Skoro tylko o to chodzi!

- Wiesz, jakie nadam mu imię?

- Jakie nadasz mu imię, El Caucho?

- Tu nie jest ono popularne... Dzieciak będzie się nazywał Jesus.

- Jesus?

- Dokładnie tak! Jesus!... To mój warunek!

- Jesus?... Jak Syn Boży? Chyba nie mówisz serio, El Caucho!... Będą się z niego śmiali... Chyba tak nie myślisz, El Caucho? To żart?

- Ty masz na imię Occide, więc dlaczego on nie mógłby mieć na imię Jesus? Jesus!... Albo nie będę chrzestnym.

- Naprawdę Jesus?

- Jesus!

- Gdybyś nie był prawdziwym mężczyzną, El Caucho...

- Tak czy nie? Jesus?

- Dobrze, tak... Wytłumaczę żonie... Tak, El Caucho, ale...

- Więc możesz powiedzieć żonie, że jestem chrzestnym. Nie zapomnij - Jesus!... I możesz powiedzieć kumplom, że chrzestny stawia kolejkę...

Occide dziwnie popatrzył na El Caucha. Gdyby El Caucho nie oddał mu tamtej przysługi, tamtej pamiętnej przysługi... Za coś takiego można zapłacić tylko dozgonną przyjaźnią... Imię Jesus, co za pomysł? Co na to powie Fifine?...

No cóż! Occide powie kumplom, że El Cauchowi zaczyna odbijać. Nawet sobie nie wyobrażacie! Na Haiti nie nazywa się chłopca Jesusem. Są dziewczynki o imieniu Jésula, mężczyźni, którym daje się na chrzcie imiona Dieudonné, Dieujuste, Dieulhomme9, ale nie Jesus... Ach, ci Kubańczycy! Zawsze przesadzają... Ale skoro mu zależy... Ostatecznie mogłoby to jednak przejść, będzie oryginalnie, a poza tym może przyniesie szczęście czarnuszkowi.

W południe El Caucho nie poszedł zjeść, jak zwykle, do pani Pu?ez razem z kumplami z suchego doku. Zaczyna mu iść trochę lepiej, jednak nadal nie może przywyknąć do myśli, że o n i z a m o r d o w a l i Jesusa Menendeza... Cóż... Życie toczy się dalej. El Caucho będzie mieć chrześniaka o imieniu Jesus. I wypełni swoje męskie zadania dokładnie tak, jak życzyłby sobie tego jego przyjaciel... El Caucho, hombre total, godny syn kubańskiego ludu i braterskich Karaibów, chłopak, którego krok natychmiast podchwytuje odpowiedni rytm, zależnie od praktycznych konieczności i życiowych prawd, ponieważ napędza go pełne prostoty serce... El Caucho zatrzymał furgonetkę, wsiadł do niej, ale wysiadł przed Portail Léogane, niedaleko szkoły gospodyń w Martissant. Poszedł nad morze, wpatrując się w siną dal. Idzie po nasłonecznionej, ciepłej ziemi, po wyspie, a nawet po czymś więcej - po wyspie karaibskiej, siostrzanej wyspie Kuby, całej w cukrze... Kuba i Haiti, Kwiat i Perła Antyli... W czasach Joségo Marti i Macco właśnie tutaj tysiące jego ludzi przypływało, by odetchnąć i opatrzyć rany w oczekiwaniu na kolejne wybuchy wielkiej, wyzwoleńczej bitwy o Kubę. Idee Ameryki Łacińskiej, panamerykanizmu, wolności i równości stawiały pierwsze kroki na haitańskiej ziemi i dojrzewały tu, zanim rozprzestrzeniły się między Północą a Południem. Narodziło się dwadzieścia siostrzanych republik. Ci haitańscy niewolnicy! Ależ oni są zawzięci! Znaleźli sposób, by włączyć się do walk w Savannah o północnoamerykańską niepodległość, w imieniu białych Amerykańców, w imieniu jankesów!... Od ponad pięćdziesięciu lat tysiące ludzi z kraju stają do walk na wszystkich polach bitewnych w Ameryce Łacińskiej. Bili się nawet w Missolungi, w Grecji!...W tym zakątku nabrzeża, tam, gdzie on, El Caucho, stawia teraz stopę, meksykański generał Mina, Miranda albo Bolívar stawiali być może swoje stopy, spacerowali... El Caucho chodzi po śladach, które pasat zamazał na piasku... Ludzie stąd są do niego podobni. Tak jak on mają gorącą krew, ich oczy czują kolory, serca - muzykę, w ich głowach żyją rytmy, zmysły zaś kwitną w miłości, a ciała poruszają się bez przerwy, jak w tańcu... Mają analogiczne problemy, niemal identyczne obyczaje i porywcze charaktery. Dziesiątki tysięcy haitańskich robotników, założycieli wielu rodów w prowincji Oriente, dołożyły swoje trzy grosze do kubańskiej muzyki... Tak, on czuje się tu jak u siebie, w jego żyłach płynie nawet kilka kropel tutejszej krwi, a jednak dziś czegoś mu brakuje...

Nie można mieć do nikogo żalu o to, że ma swoją wioskę, swoją dzwonnicę, prawda?... El Caucho wie jednak, że pewnego dnia narodzi się wielka Federacja Karaibska. Kilku ludzi posiadających dar wizjonerstwa już o tym marzy. Wolna federacja ludzi tej samej rasy, tej samej krwi, o takich samych sercach, ludzi, którzy przeżyli tę samą gehennę, tę samą niewolę, tę samą walkę... Wyzwolenie będzie ostateczne dopiero w dniu, gdy połączy się cała energia, wszystkie lokalne karaibskie osobistości, wbrew realnym różnicom, które są wynikiem dziejów i wyspiarskiego życia. Jednak on, El Caucho, syn Karaibów, jest przede wszystkim chłopakiem z Kuby, płaskiej wyspy pokrytej zielonym i rudym włosem, szmaragdem trzcin cukrowych i mocną bielą tytoniu; czasem za tym tęskni. Tu jest za dużo gór! Kiedy zatem El Caucho będzie mógł swobodnie iść pokłonić się Hawanie, Camagüey czy Cienfuegos? Kiedy będzie mógł poszukać śladów krwi swojego przyjaciela Jesusa na tłustej glinie Manzanillo?... Niewiarygodne, ale prawdziwe, dzisiaj El Caucho czuje nostalgię za krajem!

Siedząc przy kontuarze w Sensation Bar, El Caucho czuje się jak mięczak w szponach wspomnień... Po pierwsze, inna jest mowa: karabinowe wystrzały kubańskiej mowy... Są kolory i odcienie, których tu nie uświadczysz, smak powietrza, stopień zasolenia wiatru, wibracje powietrza, smak światła, zapachy i odgłosy... Gdyby kumple dowiedzieli się, że El Caucho tęskni za krajem, byliby zaskoczeni, droczyliby się z nim, klepali po plecach, śmialiby się. W takim przypadku kuksaniec i kpina to najlepsze, co można zrobić, to pomaga, nieco łagodzi spleen. Tak funkcjonuje człowiek, a już zwłaszcza robotnicy nie lubią się rozczulać. Robotnik ma trudne życie, musi nauczyć się zaciskać zęby, śmiać się w każdych okolicznościach. Jak inaczej by sobie poradził?... Dziś, przy kontuarze w Sensation Bar El Caucho czuje się bliski załamania. Tęskni za krajem... El Caucho?... Właśnie tak! El Caucho jest taki, jak inni. Ma zwisające bezwładnie ręce, nieobecną twarz, pikuje nosem do szklanki rumu z colą... W jego kraju rum z colą nazywa się Cuba Libre... Dziś naprawdę każdy widzi, że El Caucho nie jest w dobrej formie. Zresztą on wcale się z tym nie kryje. El Caucho nie umie nie uzewnętrzniać tego, co czuje. Jest nieobecny, odległy, świstek papieru wypala mu serce przez kieszeń kombinezonu, poplamionego smarem... Ten mężczyzna był w końcu jego przyjacielem... Ten mężczyzna uwolnił jego mózg i serce od wszelkich rygorów, nauczył, że człowiek ma być sobą, kimś prawdziwym, a nie wyciętym według idealnego szablonu... Taki właśnie był Jesus Menendez, mesjasz wody i kukurydzy, człowiek, który dokonywał cudów na kubańskich równinach... W barze Mario przygląda się bacznie El Cauchowi... Co jest nie tak z tym chłopakiem? Co go gryzie? Czego szuka?...

La Ni?a Estrellita idzie się wykąpać. Jest wesoła, dziś rano ma humor. Mario od razu to dostrzegł. Interes będzie się kręcił!... Mario daje Ni?ii radosne znaki. Ona odpowiada mu sympatycznym gestem... La Ni?a podchodzi zaciekawiona. Mario zwraca się do niej:

- No co, chica, chcesz pogadać?...

La Ni?a przytakuje i już otwiera usta, gdy podbiega do nich kelner:

- Szefie!... Na ganku czeka oficer policji!... Chce z panem rozmawiać, szefie...

Mario marszczy brwi i rusza. Jakie znowu czekają go kłopoty? O co znowu chodzi? Co tym razem zwali mu się na łeb?

- Zaczekaj, chica, sprawdzę, co to za oficer...

?

La Ni?a krąży wokół przygnębionego faceta przy barze... Wygląda jakby tkwił w kokonie odległego snu. Chyba jej nawet nie widzi... Wokół niego unosi się dziwny zapach albo raczej mieszanka czterech zapachów: ciężkiego smaru, gęstego potu, tytoniu i smutku. Mężczyzna najwyraźniej nie dostrzega jej obecności... La Ni?a napełnia nozdrza tym zapachem, wdycha go, wchłania wyziewy mężczyzny, półleżącego na kontuarze. Ogarnia ją dziwny stan upojenia. La Ni?a wącha mężczyznę, oddycha radośnie i z lekką egzaltacją. To jest to! Dziś rano czuje się jak ptak! Na początku ten ludzki zapach pozostawia wrażenie ogólne, to zapach kogoś, kto wiele przeżył, kto ciągał swe rany i garby po różnych miejscach i przesiąkał stęchlizną każdej z tych okolic. Każde miejsce zostawia w człowieku jakieś nawyki, a El Caucho ma mnóstwo nawyków. Owszem, o tej porze roku zapach Karaibów jest silnie wyczuwalny u wszystkich. Gdy nadchodzą upały, pojawia się ciężka i cierpka woń, coś zagmatwanego, wieloznacznego, coś złożonego ze wszystkich ziół, jakie czuć w powietrzu, z piżma kiełkującej ziemi, z wilgotnych oparów pobliskich gór i wyziewów morza, które kotłuje się i rzęzi, soli i przesala skórę, joduje ją, chloruje, pokrywa sodą, magnezem... Pośród tego wszystkiego La Ni?a wyczuwa bardziej osobiste, wyraźniejsze nuty. Oto miłe zapachy awokado i bananów ze śniadania i pieprzowa ostrość sezamu, którym przyprawia się małe kawałki manioku, maczane rano w esencji gorącej kawy... Ten mężczyzna na pewno jest łakomy, namiętny i czuły. Głęboka miłość do życia, naiwne i braterskie uczestnictwo w tym, co każdego dnia Bóg mu daje, by przetrwał... Trzeba szukać zapachu, wyśnić go, aby go znaleźć, woń ulatnia się z nozdrzy La Ni?ii Estrellity... Mężczyzna wcale nie je dużo, jest oszczędny, żaden z niego wyrafinowany smakosz. Ani jednej nutki tych pikantnych peklowanych, wędzonych śledzi i przypraw w kanapkach, które rozpływają się w ustach, żadnych słodkawych aromatów sezonowych owoców, flaszowców, gravioli, pouterii, olbrzymich moreli, sapodilli i pigw... Może tylko gdzieś tam wybrzmiewa subtelna kwaskowatość porannego akasanu10... Dzięki temu La Ni?a wyobraża sobie tego mężczyznę tuż po przebudzeniu, jego spokój i jego gwałtowność. Zapewne zjada to, co ktoś mu podsunie, albo to, co wpadnie mu w ręce, bez kaprysów, bez wymagań i bez złości. La Ni?a wyobraża sobie jego małe kęsy, sposób, w jaki przeżuwa, być może z lekkim uśmieszkiem w kąciku ust. Wokół unoszą się świeże opary bananów, awokado, sezamu i akasanu. Dobrze chyba jest żyć u boku mężczyzny, który tak pachnie...La Ni?a natychmiast czuje bunt na tę myśl, sztywnieje i się najeża...

Ten zapach tytoniu!... To... Ależ to... Kuba? No tak, Kuba... La Ni?a znów daje się ponieść zalewowi zmysłów, które zbiegają się ze wszystkich stron, żeby zabrać ją, łagodnie kołysząc, aż na wybrzeża Kwiatu Antyli... Ach! Ten tytoń to dusza kubańskiego ludu!... On nie pali cygar, jest prosty, mocny, twardy, cygaro nie należy do jego nawyków... Chyba że od czasu do czasu... Tak, La Ni?a wyczuwa coś, o czym niemal już zapomniała. Oto mężczyzna, który pali kubańskie delicados. Żeby palić ten czarny, surowy, bogaty, zawiesisty, czysty i prymitywny tytoń trzeba być prawdziwym, autentico, Kubańczykiem, trzeba kochać Kubę każdą cząstką ciała, znać wszystkie jej zakamarki, każdą skrytkę, dorastać tam, bawić się, wiedzieć o wszystkich plenerowych palarniach na wyspie... Ten mężczyzna nie tylko jest przywiązany do kubańskiej ziemi, on ją przeżywa, kocha ją zazdrośnie i zaborczo... Rzadko widać Kubańczyków w jego wieku, którzy palą delicados, teraz furorę robi jasny tytoń. Amatorzy delicados to nie lekkoduchy, ulegające przechodnim modom, nie chorągiewki, hołdujące aktualnym gustom, to istoty na wskroś wierne, mężczyźni szanujący tradycję, a nie konformizm, zdolni, rzecz jasna, do zmian, lecz przywiązani do swej osobistej prawdy, o której wiedzą, że jest względna, choć równorzędna prawdzie każdego innego człowieka. Mężczyźni, którzy wierzą z całych sił, nie bacząc na to, co powiedzą inni. Po raz pierwszy od wielu lat rozświetlają się mroki. La Ni?a Estrellita znów widzi twarze i sylwetki, sylwetki starych Kubańczyków, Kubańczyków do szpiku kości, palących leniwie w niedzielnym słońcu ten tytoń kolonialnej Kuby. Widzi Hawanę, zacienione chodniki z ceglanymi łukami w starej części miasta, rzeźbione bramy nad brzegiem morza, stare kamienie, port, a w nim długie budynki Aduana Central, zatokę, cypel, fort, Castillo Morro cały we mchu, rdzy, prochu i trawie, jego stare armaty... I tę wąską uliczkę w pobliżu dawnego gmachu Ministerstwa Edukacji Narodowej, gdzie mężczyźni grają w szachy na powietrzu, cyzelując marzenia, refleksje, gambity, straty, kombinacje i wyliczenia - te życiowe i te szachowe, spowici leniwymi spiralami dymu z cienkich papierosów, które palą od czasu do czasu... Delicados... Jakim mężczyzną jest zatem ten nieznajomy, którego La Ni?a widzi przed sobą? Na pewno mężczyzną świetlistym, pełnym niewzruszonej siły, spokojnym i wiernym! Dawno takiego nie spotkała w pokątnej atmosferze Sensation Baru. Już prawie nie pamięta, że tacy mężczyźni istnieją!... Więc jeszcze jacyś przetrwali?...

Haiti!... Ależ on dostosował się do życia na tej ziemi!... Nie zdradza go rum, który pije teraz małymi łykami... Rum, naturalnie, na Haiti rum nie jest taki sam, jak wszędzie. Każdy człowiek, który naprawdę dobrze zna Karaiby i przeniknął ich ducha, wie, że ten, kto nie pił jeszcze rumu z Haiti, nie zna całego opalizującego, subtelnego, zmysłowego, promiennego, marzycielskiego fermentu, całej sztuki życia, która może kryć się w rumie... Ci, którzy piją rum z wodą, nie są w stanie tego poczuć. Long drinki, jakiekolwiek by były, zawsze wynaturzają rum. Oczywiście bacardi z Kuby, dominikańska cidra i inne mocne trunki z trzciny cukrowej, jamajskie, martynikańskie, portorykańskie etc., to dobre rzeczy, ale rum z Haiti to jest dusza krainy Złotego Kwiatu11, Toussainta Louverture'a i Dessalinesa... A jednak haitański duch, który wyczuwa La Ni?a wokół mężczyzny, to nie jest zapach rumu, lecz coś prostszego, coś bardziej wiejskiego, ludowego wręcz! Mężczyzna posiadł tajne arkany tej ziemi! Tym, co uwyraźnia Haiti w nieuchwytnym i dyskretnym wirze aromatów, jest mocny zapach rumu clairin z namoczonym świńskim drzewkiem oraz zo-douvant - trawą cytrynową i piołunem biedaków, jeszcze skwierczącym od wyziewów czystego alkoholu... Pije się to na stojąco, z kieszeniami pełnymi prażonych pistacji, a do tego pali się często małe cygara po pięć centymów, też moczone w alkoholu. Tylko prawdziwi Haitańczycy, prawi synowie swojego ludu, zakorzenieni w rodzinnej ziemi, piją takie alkohole. A El Caucha otacza ich lekka aura! Poszukując wszelkich niuansów, wszelkich barw tęczy życia i zmysłów, La Ni?a czasem również piła te trunki, w chwilach przepełnionych goryczą, żeby uśpić serce... Ten mężczyzna nie jest jednak pijakiem, nie zionie odrażającym odorem starej skarpety, jak nałogowi alkoholicy, nie wydziela absurdalnych oparów nieprzytomnego opoja. Powoli i świadomie próbował zrozumieć ziemię, na której żyje. Jakiż dar miłości skrywa ten tajemniczy nieznajomy! Haiti czuć także w zabawnej, balsamicznej woni orzeszków ziemnych, napływającej z jego kieszeni... Fuuu... Zdmuchuje się cienką błonkę z ziaren zrolowanych w palcach, do których lepi się odrobina roślinnego oleju i zostaje na długo... Haiti jest też w tych pikantnych zapachach pieczonej wieprzowiny, w intymnej woni smażonych bananów i frytek z batatów. Haiti migocze także na końcu tej karuzeli woni: kukurydza mielona z grochem, akasan, maniok i świeże mabi12... La Ni?a czuje już tylko miły zawrót głowy od tych wszystkich zapachowych bukietów, jakie wietrzy wokół milczącego, przybitego mężczyzny.

[Port-au-Prince, 1901]

Inną sprawą jest to, czym pachną jego włosy. To coś bardziej odległego, coś z kraju, którego La Ni?a nie zna, lecz którego zapach zapamiętała z niezliczonych ciał mężczyzn, którzy maltretowali jej ciało. To Ameryka Środkowa, to Panama, Honduras, Kostaryka... Ameryka Środkowa... Dużym kanałem płyną wszystkie okręty świata. W Ameryce Środkowej krew Indian jest blisko i włosy, mimo rasowych mieszanek, są często proste, sztywne i wpadają do oczu tym, którzy pracują na wietrze, wiejącym z Karaibów albo z Pacyfiku; to dlatego wielu ludzi musi nakładać na nie pomadę. Inni ich naśladują, zwyczaj się przyjmuje i staje się w regionie normą. Niemal wszyscy układają włosy przy użyciu tych rzeczy... La Ni?a mówi o życiu, o którym tak często słyszała. Tam pomieszali się ludzie z całej Ameryki Środkowej i Południowej, Wenezuelczycy, Meksykanie, Chilijczycy, Jamajczycy, Portorykańczycy, Gwatemalczycy, Kolumbijczycy, wszyscy, tak wielu, że nie sposób ich wymienić. Haitańczyków również tam nie brakuje... W tych okolicach brylantyna ma ujmujący zapach wołowego szpiku, nuty orientu i lawendy... Ten mężczyzna zatem podróżował, zaznał trudnego życia migrantów z Ameryki Środkowej, poszukując pracy i niemożliwego chleba powszedniego. Zapewne imał się wszelkich zawodów... Jakież doświadczenie skumulowało się w zapachu jego włosów! Jakiegoż twardego, dojrzałego mężczyznę ma przed sobą La Ni?a!... Może nawet... Tak, udaje się wyczuć niewyraźną nutkę nafty, kroplę w koktajlu zapachów, które wydziela mężczyzna tkwiący przy barze w kokonie melancholijnego snu. Podobno ci, którzy pracowali przy nafcie, już nigdy, do końca życia, nie mogą całkiem pozbyć się woni benzenu. Przylega do nich jak piżmo rasy. La Ni?a sprawdziła to na przygodnych Wenezuelczykach, których nostalgię, rozpacz i samotność leczyła w swoim gorzkim, kurewskim łóżku, pochylając się nad ludzkim bólem... Chyba, że ten zapach wiąże się z jego obecnym zawodem mechanika. Nie. Chociaż... Tak czy inaczej, nie jest to świeża woń, lecz zwietrzała, lekka... Ale kto wie, może! Wenezuela albo Meksyk. Meksyk, to prawie pewne, widać to po czymś innym, choćby po wyciągu z papai. Meksykanie uwielbiają papaje, jedzą je na obiad, na przystawkę i deser, w sałatce, pokrojoną w kostkę, zimną, prawie zmrożoną, podlaną słonym, esencjonalnym alkoholem: pulque13, tequilą, cargadorem14 i czym tam jeszcze!... Papaja wydziela sok, coś w rodzaju ciężkiej, upajającej terpentyny... Tak, to niemal pewne, że mieszkał w Meksyku, bo lubi papaję. Zresztą czuć od niego także słodką papryką, dodawaną do wszystkich azteckich posiłków... Muy indigeno mexicano... "Autentycznie meksykańską..." Być może w tym, co z niego emanuje, kryją się także wysepki tworzące ogon latawca Karaibów i łączące je z południowym kontynentem: Aruba, Gwadelupa, Saint Lucia, Trynidad i inne. Zwłaszcza Małe Antyle Holenderskie. Tam rzeczywiście ziemia jest pustynna, zdolna wyżywić tylko rzadką roślinność: orzechy kokosowe są w cenie... Ach, tak! Ten mężczyzna dopłynął wszędzie, długo krążył po środkowoamerykańskim śródmorzu. Jakiego szukał złudzenia? Jakiego ukrytego skarbu? Za jakim gonił mirażem, przed jakim uciekał koszmarem, jaki pchał go dramat, jaka uparta walka?... Wiele mówiące zapachy, wszystkie wyziewy tej skóry, wygarbowanej przez życie, wyprawionej w tajemniczej walce z aniołem - i z demonami - uwędzonej na kolejnych stacjach jego męki, wszystkie aromaty bezustannego ludzkiego umartwiania się i kojenia, kołyszą dziś spokój serca, który rankiem odzyskała La Ni?a Estrellita. Kim jest zatem mężczyzna, dla którego stała się słodkim magnesem i który dla niej stał się tym samym? Wiatry, które przywiały go ze wszystkich tych brzegów, znają jego sekret.

Silny zapach smaru dociera tym razem do nozdrzy La Ni?ii. Ach tak! Ci ludzie męczą się, by przeżyć, brudzą sobie ręce, śpiewając, kładą się na ziemi, pod silnikami, z których tryskają na nich nikczemne, niebieskie, zawiesiste, mdłe, ohydne wydzieliny... By przeżyć, muszą uprawiać miłość z maszyną, wślizgiwać się pod nią, przywierać do jej ciała, przykładać brzuch do drżącego brzucha mechanizmów, przytulać chłodnice, pieścić osłonki, sprawiać, by pojękiwały ich wnętrza, w których pulsują trybiki, wały korbowe, tarcze, koła zębate i dantejskie piasty. Tłumiki pierdzą im w twarz, akumulatory sikają im na ręce kwasem, zawory ejakulują na nich spermą ciężkich, tłustych i czarnych smarów, kondensatory i kotły wypuszczają na nich swoje gazy, swoją parę, chlapią gorącą wodą... Jego grube, spękane, pozadzierane palce będą do końca życia pokryte impregnatem zwęglonej, oleistej, gęstej i piżmowej smoły... Ten zapach walki o życie, zapach walki o ruch mechanizmów, których najmniejszą nawet skargę, najmniejszą salwę kaszlu wychwytuje wyczulone ucho, zapach człowieka, który wyruszył w drogę ku mocy i chwale, zapach odwiecznej walki ludzkości, odbija się po raz pierwszy echem w nozdrzach La Ni?ii Estrellity, jak triumfalne, barbarzyńskie, podejrzane fanfary, tak piękne, że kobieta czuje się poruszona... Każda miłość ma dwa aspekty, awers i rewers, aspekt duchowy, uczestnictwo, i fizyczny - spółkowanie. Miłość, każda miłość, zawiera w sobie możliwość prostytucji. I tak samo jest z uczuciem, które budzi ten zapach. La Ni?a Estrellita wyczuwa wreszcie woń ludzkiego potu - tego samego potu, który opiewa Biblia! - i to ta esencja ostatecznie podrażnia jej powonienie. La Ni?a nagle zagłębia się w sobie, docierając do punktu swojej egzystencji, o którym myślała, że już na zawsze pogrążył się w nocnych, bezdennych arkanach jej osobowości, wyalienowanej przez prostytucję. Pot jak nędza, pot jak głód dzieci cisnących się w izbie, pot jak czyhająca choroba, pot jak dziurawy dach i popękane buty, pot, z którego rodzi się delikatny uśmiech na zawiedzionej twarzy! Ten półleżący na barze mężczyzna pachnie życiem, pachnie śpiewnym marszem ludzkości ku życiu - nie tak beznadziejnemu, nie tak ohydnemu, lecz bardziej godnemu życiu, pachnie Agnus Dei wszystkich mszy pasyjnych! Jednak tym, co najbardziej porusza zmysł węchu kurewki, jest ten zapach smutku i rozpaczy, który dziś emanuje z El Caucha. Wiecie, ten ostry, gorzki zapach, niemal niewyczuwalny, lecz przenikliwy zapach zalęknionych ludzi? Ten zapach, który wcześniej, znacznie wcześniej, wyczuwają psy, gdy w okolicy ma wkrótce umrzeć człowiek, zapach, który całymi nocami skłania je do wycia, zapach, którego nie wydziela zbliżająca się śmierć, lecz ludzkie ciało emanujące smutkiem i gotowe na ostatnie pożegnanie. I ona wyraźnie czuje tę woń od El Caucha. Ależ on cierpi!... Brat?... A może ojciec?... "Hej, człowieku?... Śpisz?..."

Mario wraca za bar. El Caucho prostuje się gwałtownie i widzi naprzeciwko siebie La Ni?ę Estrellitę, stoi tuż przy nim i patrzy mu w oczy. Wówczas dociera do niego, co tak drażniło mu nozdrza, kiedy stał przy barze, kiedy trwał w swoich oparach. Która godzina?... Szlag! Robota!

- Szefie! Szybko! Ile to będzie?

Nie czekając na odpowiedź, rzuca banknot na blat i chce wychodzić. W tej samej sekundzie La Ni?a Estrellita, która jest już tak blisko, że niemal go dotyka, wymienia z nim długie spojrzenie, natarczywe i zmącone...

?

- Hej! El Caucho!... Hej! El Caucho!...

I sami sobie wymierzamy policzek. Plask!

- Hej! El Caucho!

Mamy wrażenie, że zaraz zemdlejemy na dobre, a mimo to nie jesteśmy w stanie się docucić. Oto co mówił do siebie El Caucho, gdy siedział przy kontuarze w Sensation Bar, z zaciśniętymi pięściami, zbuntowany przeciwko śmierci, ogłupiały, spięty, znieruchomiały, przybity... A przecież już nawet nie myślał o przyjacielu, wielkim Jesusie Menendezie, który zginął od kul jakiegoś nieświadomego kapitana, na czyjeś zamówienie, na równinie wokół Manzanillo. Jak to się jednak układa!

Un poquitin y todo se pone al morado, un chiquitin y todo gira al rosado...15 - powiedział mu kiedyś stary Meksykanin w barwnej pulquerii16 w Oaxaca. Cargador płonie, jest widoczny w całym przesmyku Tehuantepec, dlatego ludzie w tej okolicy zawsze wyglądają tak, jakby śnili na jawie. Śnią, chodząc, śnią, gdy się uśmiechają, śnią, gdy pracują. Właściwie nie cierpią wiecznego głodu prawie wcale, bo śnią... I to wszystko przez cargador! Podobną moc miał cios, który El Caucho zaliczył dziś rano, otwierając list! Do tej pory chodzi nieprzytomny!

El Caucho wymierzył sobie w myślach kolejny policzek, i to mocny, ale i on go nie ocucił. Jesus nie żyje, życie jest do dupy, ma kilka ładnych barw, ale śmierdzi jak zdechły pies!

Właśnie tak! Zresztą wszędzie czuć fetor zdechłego psa, czyli życia. A już wyjątkowo mocno czuć go w tym podłym burdelu, w tym całym Sensation Bar, do którego po raz kolejny zawiodły go własne nogi. Tutejszy zapach w pierwszej chwili nie jest odrażający, maskuje się wodą kolońską, udaje "Nuit de Noël" Carona, czy "Un air embaumé" perfumiarza Jakiegośtam, ale tak naprawdę to odór!... Wyziewy potu pięćdziesięciu osób zebrane do jednego flakonu. Przed użyciem dobrze wstrząsnąć!... Idealna próbka prawdziwego zapachu życia!... Da się w nim wyczuć ten odrażający zapaszek mężczyzn, którzy nie mają czasu się umyć, bo bezustannie kopulują i kochają w swoim życiu tylko jedną rzecz, czyli własne podbrzusze! Psy! Tak na pewno śmierdział ten kapitan, który sprzątnął Jesusa Menendeza na równinie wokół Manzanillo! Takiego piżma nie wydzielają nawet zwierzęta w norach, nawet świńska gnojówka jest czystsza; są zresztą ludzie, którzy czule opiekują się swoimi świnkami... Tak... To jest wyziew jodoformu. Pochodzi od ostrożnego faceta, takiego, co smaruje się chemią przed horyzontalnym fokstrotem i po nim. Hop! I dalej w tango! Tylko jakiś marynarz może wydzielać taki uporczywy zapach, zlewający się z oparami zwietrzałego majeranku, bo tak właśnie pachną włosy marines! Ich mentolowa guma do żucia!... Dlaczego on jeszcze w ogóle siedzi w tym barze? Po pierwsze dlatego, że nie ma siły się ruszyć, że jest ogłuszony, zmordowany, przeorany, wykończony, uwalony na tej ladzie... Po drugie dlatego, że życie śmierdzi wszędzie. Wszystkie żywe istoty to padlinożercy, od muchy po człowieka, jeden zjada drugiego. Wczoraj jakoś nie zauważył, że w tym Sensation Bar tak śmierdzi. To się musiało weżreć w taborety, w żłobienia metalowej tabliczki, w skrzynię kontuaru, w ściany, w parkiet, w stojące powietrze... A jednak to, co poczuł, nie składa się z dawnych zapachów, z zapachów martwych, to jeszcze żyje, rozpycha się, porusza, przedziera się przez mgławicę, która otacza El Caucha... Tak pachnie dziwka, dziwka, która przez całą noc uprawiała miłość, która rozsmarowywała na skórze mnóstwo męskich wydzielin, starannie, przez całą noc... Szlag!... Podziurawili Jesusa... To jest zapaszek faceta, który ma brudne skarpetki, smrodek faceta ze sztuczną szczęką, gościa, który prowadzi auto przez cały Boży dzień, pana, który daje się masować przy użyciu maści, osobnika, który wziął leki przed przyjściem, tak pachnie typ, który jadł korniszony z czosnkiem, łobuz, który postawił wszystkim kolejkę i młody królik z wypomadowanymi wąsami! Tak wali parafianin, który nie opuścił Błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem, chrześcijanin, który wpadł do zakrystii, papuga, która zjadła na kolację niezbyt świeżą rybę, pistolet z nieżytem śluzowym, nygus w nowych trzewikach, facet, który wyjął garnitur z naftaliny, stary makak, który moczył reumatyzm w siarkowych źródłach, chwat, który zdołał się już wyszumieć... Tak pachnie przeciętniak, niebieski ptak, pielgrzym, habitant17, dwunóg... To czuć! Czuć tu arcybiskupem!... Arcybiskupem?... Dokładnie tak, arcybiskupem! Świat, w którym można dziurawić Jesusów, nie może nie śmierdzieć arcybiskupem! Szlag!... Ludzie nie są wymienialni, co pięćdziesiąt lat natura może wydać tylko jednego Szekspira, jednego Mozarta, jednego Beethovena, jednego Goyę, jednego Napoleona, jednego Marksa, jednego Pasteura albo jednego Einsteina, nie więcej! Takie jest równanie życia! I nikt jeszcze nie znalazł rozwiązania... Krótkie pytanie egzaminacyjne na ukończenie szkoły podstawowej za sto lat: "W tak małym kraju jak Kuba, ile lat potrzeba naturze, by wydać jednego Jesusa Menendeza?". Krótkie pytanie egzaminacyjne na certyfikat współczesnego policjanta: "Ile sekund potrzeba na zabicie jednego Jesusa Menendeza?".

Szlag!... Nigdy dotąd El Caucho nie zauważył, że burdele tak okrutnie śmierdzą! A Sensation Bar akurat ma doświadczenie w kwestii burdeli! Manolitas śmierdzą! El Caucho nie cierpi manolitas! Ich ciała jeszcze ujdą, ale to właśnie ich dusze tak zasmradzają burdele. Chociaż nie! Manolitas nie mają dusz, one już nie są ludźmi. Ich dusze ulatują ze świstem przez ziejące dziury!... Niech szlag trafi wszystkie manolitas!

W tej swojej mgławicy, w swojej złości na cały świat, El Caucho usłyszał nagle głos, który znał lepiej niż wszystkie inne głosy. Głos przebił się przez pancerz jego ogłupienia: "Właśnie tego nie mogę w tobie znieść, El Caucho... Brzydko odpowiedziałeś temu facetowi... To typ, któremu nie można ufać, naturalnie - kto mówi, że jest inaczej? - ale odezwał się do ciebie grzecznie. Chyba wiesz!... Właśnie tego w tobie nie lubię, El Caucho, twojego gniewu... Gdy się złościsz, wyrzekasz się siebie, w takich chwilach przestajesz być El Cauchem, stajesz się człowiekiem "w ogóle", "sekretarzem", numerem w organizacji... Gniew jest korzystny tylko wtedy, gdy jest zimny, że tak powiem - miłosny, bo tylko wtedy może być sprawiedliwie mściwy, czyli realny i odpowiednio wymierzony. Dziś rano, przed strajkiem, próbowałeś mi wyjaśnić, co leży na sercu temu żałosnemu gnojkowi, ale gdy tylko zaczęła się bitka - adieu!, i już nie ma El Caucha, został z ciebie tylko "przewodniczący" i "sekretarz". Sekretarz i El Caucho muszą zawsze tworzyć jedność: człowieka. To powinno być nierozdzielne!... Nie bądź taki!... Pozostań sobą!...".

Tak szepcze głos Jesusa Menendeza do ucha El Caucha, w Matanzas, po mityngu, na którym o n i strzelali do robotników z plantacji trzciny cukrowej!...

- Och! Przyjacielu!... Zatem nie całkiem umarłeś, skoro możesz do mnie mówić? - ...Kto po czymś takim uwierzy, że prawdziwi Jesusowie są śmiertelni? Ci, którzy przybierają ludzką postać, bo tylko ludzie są wszechmocnymi bogami. Nic, co żyje z pasją, nie umiera do końca, lecz trwa, przechodzi z pokolenia na pokolenie, przerasta siebie. W ten sposób człowiek jest wieczny, jak życie...

Gniew El Caucha natychmiast opada. Pozostał tylko odprysk zalęknionego zaskoczenia, pomieszany z goryczą, która, z kolei, miała opaść dopiero za kilka dni... A przecież El Caucho wiedział, że najpiękniejszą mową pożegnalną nad grobem prawdziwego człowieka może być tylko wielki wybuch śmiechu, Niagara naprawdę radosnego śmiechu, nieskrępowanego, triumfalnego, bez bólu i fanfaronady. Chłopi z doliny Cul-de-sac, niosąc swoich zmarłych na cmentarz, tańczą często, kołysząc rytmicznie trupem i śpiewając:

M'dis crier pas levé la mort!...

Si crier té lever la mort

Hounsi-canzos yo ta mouri-lever!...18

Płacz nie wskrzesza zmarłych, gdyby płacz mógł wskrzesić zmarłych, my wszyscy, i one, te młode dziewice po inicjacji, bez przerwy kładlibyśmy się i wstawali z martwych... Tak, El Caucho, jest coś, czego musisz nauczyć się od tych niepiśmiennych chłopów - to humanizm i kultura. Jeden z aspektów humanizmu i kultury znajdziesz w wierszach Rubena Dario, w esejach Joségo Marti, znajdziesz u Marksa, u Toma Payne'a, u Toussainta Louverture'a, u Stalina, Jeffersona czy Lincolna. Ci geniusze nie tworzą humanizmu ani kultury, El Caucho, destylują je z dzieła zbiorowego, genialnie sublimują je z życia przeżywanego przez lud, jedynego prawdziwego nauczyciela myślenia i miłości. Nawet najwięksi geniusze, El Caucho, mają swoje ograniczenia, związane z epoką, braki w wykształceniu, dziedziczne słabości, klapki na oczach od gorączkowych walk, które rozdzierają naszą braterską ludzkość. To nie ciebie, to nie ich indywidualnie należy obarczać odpowiedzialnością, El Caucho, ale każdego z nas... Barbarzyństwo, zwierzęcość jest w każdym, po co szukać kozła ofiarnego?... Ty też nie pochwalałeś pewnych aspektów osobowości swojego Jesusa, a mimo to go kochałeś, kochasz go, mimo wad. Trzeba ogromnej kultury, by nigdy nie stracić z oczu zalet, wymieniając wady... Na tym polega nasza wielkość, że wiemy, iż jesteśmy słabi, wiemy o tym dlatego, żeby lepiej walczyć z własnym brudem. Musimy odbudowywać ludzkie serce, El Caucho, bezustannie, ale dziś potrzebujemy tego jeszcze bardziej niż zwykle... Potrzebujemy tego, musimy się do tego od razu zabrać. Pomimo dzikiego zamętu epoki postęp idzie szybko, zbyt szybko jak na dzisiejsze ludzkie serce, które pozostało właściwie sercem wczorajszym... Serce musi nadążać, jeśli nie może być zawsze w pierwszym szeregu. Nie wyznawaj namiętności jednym, ale też nie rzucaj na drugich jowiszowej anatemy, mierz każdego sprawiedliwą miarą. Każdy daje to, co może, czerp dobro od wszystkich, El Caucho... Wdychaj zapach dziwki, przyjacielu, i powiedz, co kryje w sobie dobrego...

El Caucho nie wyszedł z łatwością ze swoich oparów. Nie tak łatwo jest odbudować serce. Życie i śmierć grają w okrutną wersję zabawy w kotka i myszkę. Tkwiąc w swojej mgławicy, usłyszał jednakże głosy, które atakowały go ze wszystkich stron. Cóż chcecie, El Caucho jest tym, kim jest, błędnym rycerzem XX wieku, nieoszlifowanym diamentem, chłopakiem, dzieckiem Karaibów. Bunt i gniew opadły, w ich miejsce pojawiło się melancholijne rozmarzenie, El Caucho westchnął głębiej i powróciła do niego cała prawda wchłoniętych przez niego woni... Wokół tego baru, pośród zapachu dziwki i fetoru gnijącego psa, unosiły się także ulotne, nieśmiałe, czułe i trwałe anielskie opary. Był to zapach świecy, którą La Ni?a Estrellita zapaliła wcześniej przed obrazem Matki Bożej z Pilar. Czysty wosk spłynął jej do wnętrza dłoni. Był to balsam, nieco barokowy, ale jakże leśny i radosny, które pióra papużek pozostawiły na knykciach La Ni?ii. Był to pikantny śpiew ziaren sezamu, które przesypywała między palcami w klatce dla ptaków: ten roślinny śmiech dobrze przylegał do jej rąk. Wreszcie była to jej szyja, wydzielająca cierpki zapach niebieskawej krwi siniaków, które ktoś zrobił jej w nocy. Smutny, bezbrzeżnie smutny zapach... Był to także leciutki rozbryzg odzyskanego spokoju, oddech, który pozostał czysty, słodki, miętowy, jej równy oddech... Boże! I to wszystko wokół baru w burdelu! Owszem, doszło tu do wielokrotnej, gęstej, obrzydliwej detonacji wyziewów samców w rui, lecz jednocześnie w tym ohydnym bukiecie unosiły się zapachy czystego wosku, leśnego, radosnego piórka, pikantnego, roześmianego sezamu, cierpkiego i smutnego siniaka, unosiły się i mówiły, że ludzkie serca są różne i że wszystko do nich należy. Dusze manolitas śmierdzą, to prawda, ale jednocześnie kwitną i niepokoją. Ich dusze "nie uleciały ze świstem przez ziejące dziury", jak to śmiałeś powiedzieć, El Caucho. Prawda jest zawsze dwuznaczna, opalizująca, pełna odcieni i niuansów. I wtedy właśnie czyjś głos wyrwał somnambulika z jego ciemnego, zamkniętego świata.

- Hej, człowieku?... Śpisz?...

El Caucho zerwał się na równe nogi, by nie spóźnić się do pracy. W tej samej sekundzie, w której miał wychodzić, zrozumiał, że to nie były wyziewy typowe dla tego miejsca. La Ni?a Estrellita nie opuszczała go przez cały jego barowy postój. To była ona! La Ni?a Estrellita jest tym wszystkim, całym fetorem zdechłych psów, ale też - ostatecznym, niepewnym, zamierającym, lecz wciąż cennym bukietem zapachów, dla których nie ma już nadziei. Właśnie dlatego spojrzenie, które wtedy wymienili, było prawdziwe, uczciwe, pełne godności, intymne, nieśmiałe, spłoszone i być może mętne, ale uległe i uważne.

1 "Czy ziemia grawituje? i czyż wszelka materia [...] nie przyciąga wszelkiej materii?" (Walt Whitman, "Jestem tym, który cierpi na miłość", przełożył Andrzej Szuba) [przypisy redakcji].

2 Bichi! (kreol.) - bzdura!

3 ?Quien sabe! (hiszp.) - Kto wie!

4 ?O, mi Virgen del Pilar!... ?Ve aqui tu Ni?a Estrellita! (hiszp.) - O Matko Boża z Pilar! Przyjdź do Ni?ii Estrellity!

5 ?O, mi Virgen del Pilar!... ?Aqui esta tu ni?a! (hiszp.) - O Matko Boża z Pilar! Tutaj jest twoja dziewczynka!

6 Louis-Jean Beaugé - haitańska postać historyczna; wyższy oficer wojska w garnizonie w Jérémie na zachodzie Haiti, znany z nieprzejednania, drażliwości i legendarnej wręcz brawury.

7 Malicon (hiszp.) - dosłownie pederasta, tu: odrażający typ.

8 Cabron (hiszp.) - tchórz, człowiek pozbawiony odwagi i charakteru.

9 Dieudonné, Dieujuste, Dieulhomme (fr.) - Dar Boga, Bóg Sprawiedliwy, Bóg-Człowiek.

10 Akasan (kreol.) - popularny haitański napój z mleka, mąki kukurydzianej, gwiazdek anyżu, wanilii i cynamonu.

11 Złoty Kwiat - Anakaona, indiańska królowa Haiti.

12 Mabi (kreol.) - haitańskie piwo domowej roboty.

13 Pulque (hiszp.) - niskoprocentowy lekko musujący napój alkoholowy.

14 Cargador (hiszp.) - słony i bardzo mocny alkohol.

15 Un poquitin y todo... (hiszp.) - Jeszcze trochę i wszystko przejdzie w fioletową żałobę, jeszcze trochę i wszystko pojaśnieje i stanie się różowe...

16 Pulqueria (hiszp.) - bar, w którym pije się pulque.

17 Habitant (kreol.) - chłop.

18 M'dis crier... (kreol.) - "Mówię, że płacz nie przywraca zmarłych do życia!... / Gdyby płacz przywracał zmarłych do życia / Houngan i kanzo powróciliby do życia!...". Houngan, oungan (kreol.) - kapłan vodu; kanzo, hunsi, mambo (kreol.) - kapłanka vodu lub kobieta przechodząca inicjację.

Marie Vieux-ChauvetMiłość, Gniew i Szaleństwoprzełożył Wojciech Gilewski

Oglądam ten dramat, scena po scenie, ukryta w cieniu. Tylko ja jedna zachowuję przytomność umysłu, jestem niebezpieczna i nikt wokół mnie tego nie podejrzewa. Stara panna! Ta, która nie znalazła męża, nie zaznała miłości, która nigdy nie żyła w dobrym znaczeniu tego słowa. Są w błędzie. Ja w każdym razie rozkoszuję się w milczeniu swoją zemstą. Milczenie to moja zemsta. Wiem, komu w ramiona rzuci się Annette i pod żadnym pozorem nie otworzę oczu mojej siostrze Félicii. Zbyt naiwna i za bardzo się obnosi z tą swoją trzymiesięczną ciążą. Jeśli starczyło jej inteligencji, żeby sobie znaleźć męża, to niech jej starczy, żeby go zatrzymać. Zbyt zadufana, za bardzo ufa ludziom. Wkurza mnie ta jej beztroska. Uśmiecha się, szyjąc kaftaniki przyszłemu synkowi? no bo też to musi być chłopiec! I Annette będzie matką chrzestną, założę się...

Obserwuję ich, wsparta łokciami o framugę okna w pokoju: Annette ofiarowuje Jean Luze'owi świeżość swych dwudziestu dwóch lat, w pełnym słońcu, na stojąco. Odwróceni plecami do Félicii, biorą się nawzajem, bez jednego gestu. Z oczu ich tryska pożądanie. Jean Luze walczy, ale na nic się to zda.

Mam trzydzieści dziewięć lat i jestem jeszcze dziewicą. Taki już los większości Haitanek z prowincji, nie do pozazdroszczenia. Czy wszędzie jest tak samo? Czy są na świecie takie małe miasteczka, jak to tutaj, na wpół zasklepione w swoich pradawnych przyzwyczajeniach i gdzie ludzie śledzą się nawzajem? Moje miasto! Mój kraj!, jak z dumą nazywają to smętne cmentarzysko, gdzie niewielu widać mężczyzn, nie licząc lekarza, aptekarza, księdza, komendanta rejonu, urzędnika gminnego, prefekta, wszyscy świeżo powołani i każdy z nich tak bardzo przypomina typowego "człowieka z wybrzeża", aż chce się rzygać. Kawaler to rzadki ptak, bo największą ambicją rodziców było zawsze posyłać synów do Port-au-Prince albo za granicę, żeby zrobić z nich uczonych. Jeden z nich do nas wrócił w osobie doktora Audiera, który studiował we Francji i w którym na próżno szukam śladów nadczłowieka...

Urodziłam się w roku tysiąc dziewięćsetnym. W czasach kiedy w tej małej prowincji panowały w najlepsze przesądy. Powstały tu trzy grupy, które żyły w izolacji jedna od drugiej, jak wrogowie: "arystokraci", do których my należeliśmy, burżuje i prości ludzie. Doświadczając dwuznaczności szczególnie delikatnej sytuacji, już w młodym wieku zaczęłam cierpieć z powodu nazbyt ciemnego koloru skóry, niczym heban, odziedziczonego po odległej protoplastce, co rzucało się w oczy w wąskim kręgu białych i białych Mulatów, w którym obracali się moi rodzice. Ale to sprawa przeszłości i nie chcę, przynajmniej na razie, wracać do tego, czego już nie ma...

Według ojca Paula zatrułam sobie umysł nauką. Inteligencję miałam uśpioną i ją rozbudziłam, taka jest prawda. Stąd pomysł na ten dziennik. Odkryłam w sobie zdolności, których u siebie nie podejrzewałam. Sądzę, że mogę pisać. Sądzę, że mogę myśleć. Stałam się arogancka. Zyskałam samoświadomość. Ograniczyć życie wewnętrzne do zasięgu wzroku, oto mój cel. Szlachetny cel! Dam radę? Łatwo jest mówić o sobie. Wystarczy tylko dużo kłamać, samą siebie utwierdzając w przekonaniu, że piszę, jak trzeba. Spróbuję być szczera: zgorzkniałam od tej samotności? jestem jak ten owoc, co spada, zanim dojrzeje, gnije pod drzewem i nikt nie raczy go tknąć. Niech żyje Annette! Po Justinie Rollierze, poecie, co umarł na suchoty, Bob, Syryjczyk? po Bobie, Jean, szwagier nas obu, a ona nie ma jeszcze dwudziestu trzech lat. Małe miasteczko X nam się emancypuje. Zostaliśmy skażeni tym, co nazywa się cywilizacją.

Copyright Information & Acknowledgments

Jacques Stephen Alexis: L'espace d'un cillement, ? Éditions Gallimard, Paris 1948, 1987, Deuxi?me Mansion "L'Odorat", p. 91-133.

Louis-Philippe Dalembert: Avant que les ombres s'effacent, ? Sabine Wespieser Éditeur, Paris 2017, p. 199-239.

Dany Laferri?re: L'énigme du retour, ? Éditions du Boréal, Montréal 2009, p. 124-142.

Dany Laferri?re: "Trois jours de pluie", "Un océan de détails", "L'agent dormant", "La Bible découverte par une journée de pluie", "L'oeil de l'âne de Watteau", "Le fleuve d'Héraclite", "L'écrivain chez lui", "Rilke dans sa nuit", "Pedro Páramo de Juan Rulfo", "Les Liaisons dangereuses: une machine de guerre", "Boulgakov, l'insoumis", "Gombrowicz: le besoin de liberté", "Hemingway, la brute au coeur fragile", "Jacques Stephen Alexis: un jeune homme éblouissant", "Borges au fil des jours", "Tiens, Alice vient de traverser le miroir", in: L'art presque perdu de ne rien faire, ? Éditions du Boréal, Montréal 2013.

Yanick Lahens: Bain de lune, ? Sabine Wespieser Éditeur, Paris 2014, p. 7-41.

Yanick Lahens: Failles, ? Sabine Wespieser Éditeur, Paris 2010, p. 61-79.

Émile Ollivier: Mille eaux, ? Éditions Gallimard, Paris 1999, chap. VII-VIII, p. 98-134.

Lyonel Trouillot: "Ha?ti et l'Afrique sont des terres de contradictions et de vie"; "La littérature est le lieu d'exploration de son propre rapport a la liberté". Entretien de Guy Tegomo avec Lyonel Trouillot, ? "Africultures", 15 et 22 juin 2009.

Lyonel Trouillot: Parabole du failli, ? Actes Sud, Arles 2013, 13-56.

Gary Victor: Maudite éducation, ? Éditions Philippe Rey, 2012, chap. I-III, p. 11-39.

Marvin Victor: Corps m?lés, ? Éditions Gallimard, Paris 2011, p. 13-46.

Marie Vieux-Chauvet: Amour, Col?re et Folie, ? Éditions Zulma, Paris 2015, p. 11-27.

Photo Credits

Cover photo: Meeting the President (Jocelerme Privert) and Prime Minister (Enex Jean-Charles) of Haiti, October 11, 2016. Photo by Roosevelt Skerrit;

p. 4 - www.bozar.be; p. 38 - howlround.com; p. 54 - www.franceculture.fr; p. 80 - alchetron.com; p. 106 - CIDIHCA (Centre International de Documentation et d'Information Ha?tienne, Caribéenne et Afro-canadienne); p. 134 - www.edizionifrassinelli.it; p. 166 - 2.bp.blogspot.com; p. 184 - www.loophaiti.com; p. 198 - alchetron.com; p. 234 - photo by Georges Seguin, WikiCommons; p. 250 - agence-presse-k-fr.over-blog.com; p. 272 - rezonodwes.com; p. 294 - photo by Georges Seguin, WikiCommons; p. 332 - sites.google.com

pp. 13, 27, 71, 85, 99, 111, 121, 131, 141, 155, 191, 203, 215, 227, 243, 255, 265, 277, 289, 299, 311, 323, 339 - CIDIHCA (Centre International de Documentation et d'Information Ha?tienne, Caribéenne et Afro-canadienne); pp. 45, 59, 173 - Library of Congress (www.loc.gov/pictures); p. 361 - www.bing.com

Numeracja stron na podstawie wersji drukowanej

Every effort has been made to locate the copyright holders.

We would be pleased to rectify any errors or omissions.

Józef Kwaterko, dobry duch tego numeru, zechce przyjąć nasze serdeczne podziękowania.

Również za przekłady wyrażeń z języka kreolskiego.

Nous remercions Frantz Voltaire qui nous a fort gentiment mis a disposition les photos

des archives du Centre International de Documentation et d'Information Ha?tienne,

Caribéenne et Afro-canadienne (CIDIHCA).